białczyński

Mikołaj Jarmakowski – Alternatywna historia cywilizacji – Słowianie NARODEM MATKĄ?

Posted in Polska, Słowianie by bialczynski on 1 Marzec 2015

Współczesna ortodoksyjna i akademicka nauka wywodzi dzisiejszą cywilizację od pasterskiego ludu Sumerów, który rzekomo miał dać początek pismu. Koło, natomiast – według tychże źródeł akademickich – ma swoje źródło w cywilizacji Mezopotamii. Wszelkie dowody archeologiczne, które nie mieszczą się w jakże ciasnych ramach powyższego dogmatu są wyrzucane na śmietnik historii i kolokwialnie mówiąc „zamiatane pod dywan”.

Cywilizacja Sumeru rozwijała się od 4300 do 2500 roku p.n.e. Akademicka i oficjalna wersja historii z tego okresu wywodzi „stworzenie” pisma.

Kultura Vinca rozwijała się w południowo-wschodniej Europie w okresie 5000-4000 p.n.e. Wyróżniamy dwie fazy rozwoju tej cywilizacji: starszą, czyli Turdaş lub Vinča A i B oraz młodszą, czyli Pločnik lub Vinča C i D. Na bazie kultury Vinca w czasach późniejszych (IV, III w. p.n.e.) powstała kultura badeńska. Pierwsze odkrycia z terenów tej kultury pochodzą z 1908 roku. Na terenach, które były objęte zasięgiem przez kulturę Vinca znaleziono ok. 1000 glinianych statuetek przedstawiających kobiety w pozycji siedzącej lub stojącej. Powszechna była ponadto metalurgia; odkrycie warsztatu metalurgicznego w Pločniku przesunęło epokę miedzi w Europie o 500 lat wstecz. Ludność tej kultury zajmowała się przeważnie hodowlą i rolnictwem. Hodowano: bydło, kozy, świnie i psy, uprawiano zaś: pszenicę, jęczmień, soczewicę i groch. Nadwyżki ze zbiorów wymieniano na sól i obsydian. Największe odkryte osady kultury Vinca to: Divostin, Potporanj, Selevac, Pločnik, Predionica Liobcova oraz Ujvar. Według badań genetycznych społeczność tej kultury (podaję za – https://bialczynski.wordpress.com/tag/pismo-vinca/) tworzyli Staroeuropejczycy (haplogrupa I2) oraz Scyto-Słowianie, czy Prasłowianie – haplogrupa R1A.

Kultura Vinca stworzyła swoje własne pismo – potwierdza to szereg dowodów archeologicznych załączonych pod artykułem. Symbole zaś religijne i solarne z Turdaş-Vinča pokrywają się niemal zupełnie z symboliką kultury łużyckiej i przedłużyckiej. Prasłowiański alfabet kultury Vinca jest zatem pierwszym alfabetem prasłowiańskim i najstarszym na świecie, wyprzedzającym Sumer oraz kulturę minojską (współtworzoną przez Słowian) o 2000-1000 lat.

Bardziej kontrowersyjnym odkryciem z terenów kultury Vinca jest, jednakże kopalnia węgla (lub miedzi) w Rudnej Gławie (140 km od Belgradu), która datowana jest na ok. 5000 rok p.n.e. Ciekawostką jest to, że ślady po kulturze Vinca znaleziono w południowej Francji. Wskazywałoby to, iż ludność tej kultury musiała dość intensywnie migrować na zachód.

Reasumując: na dwa, trzy tysiące lat przez Sumerem, w Europie południowo-wschodniej rozwijała się kultura Vinca, która posiadała pismo, rozwinięty przemysł i rzemiosło, sztukę oraz obróbkę metali. Kulturę tą tworzyli Prasłowianie (którzy zjawili się Europie ok. 8000 r p.n.e.) oraz Staroeuropejczycy (przybywający w Europie od ok. 30 000 lat). Wielu badaczy uważa, że kultura Vinca stworzyła podwaliny dla kultury minojskiej; dowodem na, to jest ścisłe pokrewieństwo symboli religijnych obu kultur oraz podobieństwo pisma Vinca do minojskiego pisma linearnego „A”. Tyle o piśmie. Przejdźmy do sprawy wynalezienia koła.

Ortodoksyjna nauka akademicka wbrew zdrowemu rozsądkowi przypisuje stworzenie koła tylko i wyłącznie cywilizacji Mezopotamii (ok. 3000 p.n.e) oraz Egiptu (ok. 3300 p.n.e). Tymczasem najstarsze znalezisko przedstawiające koło pochodzi z Polski, a ściślej mówiąc z Bronocic (woj. świętokrzyskie). Waza z Bronocic liczy sobie 5500 lat, czyli pochodzi z ok. 3500 r p.n.e. Na tej wazie znajduje się wizerunek koła rytualnego – najstarszy na świecie. Zatem początku koła nie należy szukać tylko i wyłącznie w Mezopotamii i Egipcie, ale również na Słowiańszczyźnie; najpewniej wynalezienie koła przez Prasłowian było równoległe z wynalezieniem koła w Mezopotamii i Egipcie. Rozstrzygnięcia tego kto wynalazł koło należy jednak pokładać w przyszłych odkryciach archeologicznych.

Na zakończenie słów kilka wypadałoby rzec o kulturze Cucuteni (powszechnie zwanej kulturą trypolską lub cucuteni-trypole). Ludność, która tworzyła tą kulturę (haplogrupy R1A) budowała wielkie – jak na tamten czas – protomiasta. Przeważnie były to ośrodki miejskie rozlokowane na obszarze 150 hektarów, mieszczące ok. 12 – 15 tysięcy mieszkańców. Dla porównania – miasta Międzyrzecza i Egiptu nie przekraczały 30 hektarów. Wnioski wynikające z powyższego zestawiania danych archeologicznych są jednoznaczne.

Opracował: Mikołaj Jarmakowski

https://www.facebook.com/slavicetnoart?fref=ts

https://www.facebook.com/lechistanpl?fref=ts

 

znaki vincaZESTAWIENIE ZNAKÓW I SYMBOLI KULTURY VINCA

ARTEFAKT ARCHEOLOGICZNY POKRYTY PISMEM - KULTURA VINCAMODEL ŚWIĄTYNI POKRYTY PISMEM – KULTURA VINCA

PISMO KULTURY VINCA NA TLE PISM INNYCH LUDÓWPISMO KULTURY VINCA NA TLE PISM INNYCH LUDÓW

TRYPOLSKIE PROTOMIASTOTRYPOLSKIE PROTOMIASTO

WAZA Z BRONOCICWAZA Z BRONOCIC

 

TABLICZKA Z GRADESNICY - KULTURA VINCATABLICZKA Z GRADESNICY – KULTURA VINCA

SYMBOLE RELIGIJNE I SOLARNE - KULTURA VINCASYMBOLE RELIGIJNE I SOLARNE – KULTURA VINCA

DRUGA TABLICZKA Z GRADESNICY - KULTURA VINCADRUGA TABLICZKA Z GRADESNICY – KULTURA VINCA

 

Ja dodam tutaj tylko dla porządku, że Kultura Vincza (Vinca, a nie Vincha – jak to zapisuje transkrypcja germańska, czyli po prostu „wincza” w słowiańskiej wymowie) nazwana tak od miejsca pierwszych znalezisk w miejscowości Vincza, która stała się częścią Belgradu oczywiście „przypadkiem tylko” koresponduje z Venec – Wenecja i Vinidi – Wenedia.

Tych wszystkich rzeczy, które tutaj tak łatwo połączył logicznie Michał Jarmakowski nie da się rzecz jasna połączyć ze Słowianami i ich obecnością w Europie od około 8000 roku p.n.e. tylko pod warunkiem, że nie uznaje się za obowiązujące wyników badawczych nauki ścisłej jaką jest genetyka genealogiczna. 

Według prawodawców analiza genetyczna DNA wystarczy by z 99% pewnością zidentyfikować zbrodniarza, zabójcę i skazać go na karę śmierci lub dożywocie, czyli zadecydować o życiu lub śmierci człowieka,  ale dla „nauki akademickiej” nie jest ona wystarczająco pewnym narzędziem dla weryfikacji opisowych, opartych na spekulacjach teorii cywilizacyjnych budowanych przez archeologów i historyków.

Zabawna niekonsekwencja.

CB

Lady_of_Vinca

Pani z Vincza

Profesor Grzybowski z Bydgoszczy o etnogenezie Słowian.

Posted in Polska, Słowianie by bialczynski on 17 Luty 2015

https://www.youtube.com/watch?feature=player_detailpage&v=7rITx7gSYVk

Genetyk, prof. Tomasz Grzybowski o etnogenezie Słowian

O trwałości niektórych tradycji w Krakowie sięgającej 40.000 i 5.500 lat p.n.e.! (Wstęp do studium ciągłości kulturowej Słowian Małopolskich)

Posted in nauka, Polska, Słowianie by bialczynski on 1 Luty 2015

288382Ten artykuł jest przykładem jak zdawałoby się zadanie dosyć w sumie banalnego pytania może naprowadzić na bardzo poważne poszlaki dotyczące trwałości zwyczajów kulturowych, które świadczą o pewnej ciągłości w danej okolicy. Ciągłość ta została przez współczesnych zupełnie zapomniana. Przeciętni żyjący w Krakowie ludzie nie wiedzą, że dzieje osadnictwa w tym miejscu ziemi sięgają 200.000 lat wstecz (pierwszy człowiek, 120.00 lat pierwsze większe grupy ludzi). Nie wiedzą, że istnieją w Krakowie cmentarzyska sprzed 4000 lat, a tym bardziej nie mają pojęcia, że są prapraprawnukami tych ludzi, którzy na tych cmentarzyskach leżą pogrzebani. Nie wiedzą, że wcześniej ci ludzie żyli dokładnie w tym właśnie miejscu, albo w osadach rozrzuconych po okolicy na przestrzeni zaledwie kilkunastu kilometrów. Są ich wnukami w prostej linii, czego można logicznie dowieść wcale nie przy pomocy wymyślnych badań antropologicznych kości czaszki, czy genetycznych badań krwi i zastosowania wielkiego aparatu teorii naukowych na temat sekwencjonowania DNA, haplotypów, czy częstotliwości mutacji. O tej ciągłości kulturowej świadczy banalny fakt.

Ale zacznijmy od początku.

 

Najpierw pytanie jakie zadał mi pan Zmyśliński (to oczywiście nick)

tumblr_kyb3beq2gD1qzgiooStanisław Wyspiański i Władysław Ekielski – projekt Wawel Akropol

Zmyśliński said, on 16 Styczeń 2015 at 21:39 (Edycja)

Mam pytanie do Pana Białczyńskiego. Czy uważa Pan że Kraków, (Od Cyrusa wg. definicji z przywoływanej tutaj książki) był pewnego rodzaju centrum kultowym Ario-Słowian/Scyto-Ariów? (ostrożność nakazuje mi używać obydwie nazwy wymiennie). Sama nazwa, jeśli przyjąć że faktycznie Wawel-Babel to to samo co Baba El wskazywałaby przecież na bardzo wysoką (świętą) rangę tego ośrodka. Interesuje mnie to ponieważ w ostatniej książce o archeologii którą złapałem, autorstwa pana Andrzeja Buko mówiącej o tym rejonie, wymienione na Wawelu obiekty, które uchodzą za najstarsze, nazywane są (tutaj cytuję) kolejno: „budowla czworokątna, relikty kaplicy krzyżowej, tetrakonchos świętych Feliksa i Adaukta, rotunda, przedromański kościół św. Michała, narożnik budowli przedromańskiej, wczesnoromańskie palatium, romańska bazylika św. Marii Egipcjanki, kaplica (?) palatium romańskiego, katedra romańska, kaplica, rotunda romańska, kościół św. Michała” Znamiennie ciekawy jest ten tajemniczy czworokąt. Chciałem spytać Pana, jako rodzonego Krakowiana (o ile pamięć mnie nie myli) w jakim stopniu doczesne badania archeologiczne oddają rzeczywiste nazewnictwo owych budowli i czy aby na pewno nie znajduje się pod nimi nic starszego? Czy może uważa Pan raczej, że Wawel był może jednak konstrukcją bardziej przypominającą ziemny nasyp, coś jak kurhan, lub też drewniany gród? Może kopano za płytko? Nawet jeśli, to pierwsze osadnictwo skupiające się naokoło (nie w ścisłym centrum samego wzgórza) datowane jest dopiero na XI – XII wiek. Czy z czasów przedchrześcijańskich miały szansę zachować się jakiekolwiek ślady materialne wskazujące na tak wczesne (więcej niż 500 lat p.n.e) osadnictwo?

WyspianskiwawelStanisław Wyspiański i Władysław Ekielski – projekt Wawel Akropol

Oczywiście zachowały się takie ślady i to nie sięgające 500 lat p.n.e. ale 5000 lat p.ne. i nawet wcześniej. Oto tekst oryginalny który pozwoli nam pokazać długotrwałość osadnictwa ludzkiego w Krakowie i jego okolicy oraz wskazać na odkryte przez archeologię miejsca tego osadnictwa w postaci tak osad jak i cmentarzysk. Będzie to zbiór kilku zaledwie przykładów, żeby nie przynudzać wieloma skomplikowanymi dowodami i nie przytłoczyć czytelnika faktami.

Okolica Krakowa jest zamieszkała przez ludzi nieustannie, bez jednej przerwy (pomijając okresy całkowitego zlodowacenia) od czasów paleolitu. Ci pierwsi, którzy pojawili się tutaj około 120.000 lat temu to byli Neandertalczycy, ale po nich około 40.000 lat temu zjawili się homo sapiens – i wszystko wskazuje na to że byli to Staroeuropejczycy o męskiej haplogrupie Y-DNA I1 oraz I2.  Cytuję ze strony muzeum Archeologicznego w Krakowie oddział Nowa Huta:

Obszar Jury Krakowskiej obfituje w liczne ślady pobytu człowieka i jest, oprócz Śląska, kolebką najstarszego osadnictwa pradziejowego w Polsce. Pierwotnego człowieka przyciągały tutaj niewątpliwie liczne jaskinie – naturalne miejsca zamieszkania lub schronienia, obfitość łatwo dostępnych surowców krzemiennych, bliskość źródeł wody (obecna Wisła, Rudawa, Prądnik i inne).

krakow-wawel-08 trzy kopce

Pierwsze łowiecko-zbierackie gromady ludzkie przybyły na obszar dzisiejszego Krakowa i jego okolic ok. 120 000 lat temu w okresie przedostatniego zlodowacenia (tzw. środkowopolskiego). Najstarsze ślady osadnictwa związane są z paleolitem dolnym i środkowym i reprezentowane są przez stanowiska archeologiczne w Jaskini Ciemnej i w Schronisku Wylotnym w Ojcowie, w Piekarach koło Krakowa oraz w Krakowie na Wawelu i Zwierzyńcu. 

[Czy zatem rozumiecie teraz dlaczego Dolina Ojców to Dolina Ojców??? Czy rozumiecie jak stare jest osadnictwo na Wawelu i czym jest Wawel dla mieszkańców tej okolicy? Dlaczego Zwierzyniec nazywa się „zwierzyniec” i dlaczego w tamtejszym Welskim Lesie wciąż znajduje się Ogród Zoologiczny?]

Około 40 000 lat temu na obszar Jury Krakowskiej przybywają nowi myśliwi. Gromady te, związane z paleolitem górnym, były znacznie liczebniejsze. Byli to przedstawiciele nowego gatunku ludzkiego określanego jako Homo sapiens (człowiek myślący) zbliżonego pod względem wielu cech fizycznych do człowieka współczesnego. Siedziby górnopaleolitycznych łowców niedźwiedzia odkryto w Jaskini Nietoperzowej w Jerzmanowicach i w Jaskini Koziarni w Sąspowie. Jaskinie dostarczyły przepięknych krzemiennych grotów oszczepów kultury jerzmanowickiej. Nieco odmienne w kształcie groty znalezione na Zwierzyńcu w Krakowie związane są z kulturą szelecką.

 

[Zatem Jerzmanowice wpisane w System Oriona i Psią Skałę Syriusza, powiązane z Wawelem w jeden system miejsc świętych są zasiedlone od 40.000 lat. Czy macie pojęcie jakie to ważne stwierdzenie prostego faktu, gdy się go powiąże z wynikami badań genetycznych, które stwierdzają że od 40.000 lat żyje w Europie Homo sapiens o haplogrupie I1 oraz I2 zwany Staroeuropejczykiem?]

Przedstawiciele innych kultur górnopaleolitycznych (kultura oryniacka i wschodniograwecka), tym razem łowcy mamuta, których miejsca pobytu odkryto w Jaskini Mamutowej w Wierzchowiu i w Krakowie przy ul. Spadzistej (pod Kopcem Kościuszki), posługiwali się do wyrobu narzędzi, broni i ozdób oprócz surowca krzemiennego również surowcem kościanym (wisiorki z ciosów mamuta, naszyjniki z zębów zwierzęcych). Z Jaskini Mamutowej pochodzi kilkanaście grotów oszczepów lub dzid wykonanych z ciosu mamuta sięgających swymi rozmiarami niekiedy do 30 cm długości. Z kolei przy ul. Spadzistej natrafiono na kilka obozowisk górnopaleolitycznych myśliwych, z pozostałościami po szałasach zbudowanych z kości mamuta, datowanych na 23 000 lat temu.

[A więc osady pod Kopcem Kościuszki jakie znaleziono, bo przecież znaleziono przypadkiem tylko coś tam – pochodzą z 21.000 p.n.e.!!! To wzgórze należy do Zwierzyńca i Welskiego Lasu, a Zwierzyniec był zasiedlony i 40.000 lat temu co zostało powiedziane powyżej. To niemalże jedno i to samo miejsce, a więc ciągłość, na ile to może stwierdzić współczesna nauka z jej niedoskonałymi narzędziami pomiarowymi.]

Badania pradziejów Jury Krakowskiej pozostają nie tylko w gestii archeologów, ale także geologów, paleobotaników, paleozoologów oraz antropologów. Pamiętajmy, że ziemia kryje jeszcze wiele tajemnic. Chrońmy więc jej dzieje, bowiem naród bez własnej historii nie jest narodem.

Anna Dagnan-Ginter.

[Czyli że badania prowadzono w miarę holistycznie pod względem archeologicznym.]

 

… więcej: https://www.ma.krakow.pl/pradzieje/paleolit_mezolit

 

” Obszar Nowej Huty rozciąga się wzdłuż lewego brzegu Wisły, na wschód od Krakowa. Zajmuje powierzchnię nieco ponad 100 km2 i jest położony na południowo-zachodnim skraju zachodniomałopolskich wyżyn lessowych. Ze względu na dobre warunki naturalne (żyzne i łatwe w uprawie gleby wytworzone na lessach, położenie nad dużą rzeką ułatwiającą komunikację) był to teren bardzo korzystny dla rozwoju populacji pradziejowych. Dowodem tego jest prawie 140 stanowisk archeologicznych, na których odkryto materialne ślady aktywności ludzkiej. Niektóre z tych stanowisk przebadano na dużą skalę podczas wykopalisk prowadzonych przez nowohucki Oddział Muzeum Archeologicznego w Krakowie. W wyniku tych badań obszar najmłodszej dzielnicy Krakowa należy dziś do najlepiej przebadanych terenów w kraju, a uzyskane materiały zabytkowe wniosły istotny wkład w poznanie prahistorii ziem Polski. Jak w soczewce skupia się w nich wiedza o zmianach jakie zaszły w rozwoju ludzkości na przestrzeni ostatnich 7 tysięcy lat.
” Najstarszym śladem pobytu grup ludzkich na obszarze Nowej Huty są pozostałości krótkotrwałego obozowiska łowców mamutów z okresu górnego paleolitu, odkryte przypadkowo podczas budowy walcowni-slabing. Zawierało ono kości młodego mamuta, które wystąpiły w towarzystwie kilku wyrobów krzemiennych pozwalających datować znalezisko na ponad 20 tys. lat p.n.e. Powyższe znalezisko ma charakter wyjątkowy. Tereny Polski południowej znajdowały się wówczas w strefie arktycznej ostatniego zlodowacenia. Gromady myśliwych zapuszczały się tu tylko w okresach cieplejszych, w celach łowieckich.

[Tu mamy ten czas który nazywa sie w genetyce genealogicznej „przewężeniem, czyli szyjką butelki genetycznej, kiedy populacja spadła, wahała się, a z osad ludzie wycofali się nad Dunaj i dalej na południe – Ci SAMI LUDZIE!]

Po ustąpieniu ostatniego zlodowacenia, ok. 10 tys. lat temu, klimat stopniowo ocieplał się. Na tereny porośnięte przedtem tundrą bądź całkowicie pozbawione roślinności, zaczęły wkraczać lasy. Ogólne cechy klimatu i rzeźby terenu stały się zbliżone do dzisiejszych.”

44_stanislaw_august_odwiedza_groby

I tutaj docieramy do współczesności kiedy minął w okolicach Krakowa okres lodowcowy i warunki poprawiły się na tyle by okresowe obozowiska zastąpiły osady stałe. Znów wracają wtedy z południa Europy, z Doliny Węgierskiej i znad Dunaju ludzie o haplogrupie I1 oraz I2 – Staroeuropejczycy, ale tym razem mają już towarzystwo ludu który nadciągnął ze wschodu, z  Azji , znad Aralu i Morza Kaspijskiego przez wielką równinę nad Morzem Czarnym – są to Scyto-Ariowie, Prasłowianie o haplogrupie R1a. Te dwie grupy ludności tworzą osady neolityczne i zajmują się uprawą roli.  Przybysze by móc się porozumiewać z tutejszymi „przekształcają” nieco swój język tak by mogła nim mówić cała nowa wspólnota. W takiej sytuacji, jeśli język nie jest wprowadzany przemocą,  przeważnie jako wspólny pozostaje ten język, który wnosi więcej nazewnictwa użytku codziennego do wspólnoty, albo jest wygodniejszy, bardziej precyzyjny, obejmuje szerszy zakres pojęć, ma wygodniejszą konstrukcję użytkową. Ten nowy język to już język słowiański, który zastępuje język przybyszów – scytyjsko-aryjski oraz język tubylców staroeuropejski, biorąc trochę z jednego i trochę z drugiego.   Dlaczego wziął zdecydowanie więcej z ario-scytyjskiego? Prawdopodobnie Ario-Scytowie byli lepiej zorganizowani społecznie, i prezentowali bogatszą paletę wiedzy, która była stosowana w życiu codziennym. Wiemy, że to oni nieśli rolnictwo, uprawę i hodowlę, koło i inne zdobycze cywilizacyjne człowieka.

mapaStanowiska archeologiczne w Krakowie Nowa Huta

Około 7500 lat temu na terenach Nowej Huty (i w innych częściach południowej Polski) pojawiły się grupy pierwszych rolników, wywodzące się z terenów Niziny Węgierskiej. W rozwoju dziejowym wprowadzenie uprawy roli i hodowli zwierząt miało znaczenie przełomowe – jest to okres nazywany neolitem.

Ludność ta posiadała również szereg innych, nieznanych wcześniej, atrybutów cywilizacyjnych. Jednym z najważniejszych była umiejętność wykonywania naczyń z gliny i wypalania ich w ognisku. Od charakterystycznych wstęg rytych na naczyniach, ugrupowania te nazywamy kulturą ceramiki wstęgowej rytej. W materiałach archeologicznych potwierdzona jest również umiejętność wytwarzania tkanin. Licznie znajdowane gliniane przęśliki świadczą, że nici przędziono przy pomocy przęślicy. Tkano na pionowych krosnach, o czym świadczą odkrycia ciężarków tkackich obciążających taki warsztat tkacki.

 

[Mamy potwierdzenie, że w Nowej Hucie było co najmniej 140 osad  około 5.500 roku p.n.e. Co znowu zgadza się z oceną genetyki iż haplogrupa R1a jest obecna nad Wisłą co najmniej od 5.500 p.n.e w sposób ciągły, nieprzerwany niczym, żadnym wymarciem.]

 

więcej: https://www.ma.krakow.pl/oddzial_Nowa_Huta/pradzieje/neolit

Wzgórza system krakowski w Polskim mapa odległości opisanyŚwięte Wzgórza i Kopce Małopolski w Systemie Świętych Wzgórz Polski-Lechii.

Tak więc w sposób ciągły, nieprzerwany Kraków rozumiany jako obszar dzisiejszego miasta i przyległe okolice był zamieszkiwany przez ludzi od roku około 8.000 p.n.e. (10.000 lat temu- jak piszą). Ślady osadnictwa, cmentarze, warsztaty są znajdowane w dziesiątkach miejsc – w tym np. całe otoczenie Kopca Kraka jest usiane obiektami (w rozumieniu  artefaktów) archeologicznymi z okresu Kultury Łużyckiej ok. 1700 p.n.e. do 500 p.n.e. Ale oczywiście przed kulturą łużycką były inne tzw „kultury archeologiczne” i one także są w bliskiej okolicy jądra Krakowa, Wawelu, obecne – Dolina Prądnika i Ojcowska, cała Dolina Wisły (Nowa Huta) jest sztandarowym przykładem nie tylko archaicznego osadnictwa, ale i ciągłości osadnictwa.

smoczaCzęść od tunelu Przebitego pod katedrę nie jest udostępniona turystom.

więcej: (http://www.sktj.pl/epimenides/jura/smocza_p.html)

Wawel jest Górą Świętą z całą pewnością, a wskazują na to nie tylko legendy z nią związane ale sama jej budowa, zwłaszcza jeśli się jedno i drugie powiąże nie tylko etymologicznie z Bramą Boga/Bogów i nazewniczo/etymologicznie z Welą i poprzez wiedzę antropologiczną z wiadomościami na temat szamanizmu i miejsca Inicjacji Szamanów. Jest to typowa Koga- Kagańska Góra (identycznie jak Kogająt Zalmoksisa w Bucegach), wznosząca się jako skała nad rzeką, przy czym wierzchołek góry łączy z wodą rzeki szereg jaskiń przechodzących przez wnętrze skały. Z tych jaskiń została do dzisiaj tylko jedna – Smocza Jama, wiele odnóg tej jaskini oraz inne otwory do jaskiń zostały zamurowane bardzo dawno i zabudowane. Ta jedna skalna jaskinia zwana Jamą (zupełnie jak u Persów w mitach odnowicielskich o odradzającym się życiu z pępów, z ziarna, mitów o Jimie i Jamie, którzy przetrwali w podziemiu koniec świata) ma wyjście u podnóża góry, a przy wysokim poziomie wody w Wiśle to wyjście znajduje się pod wodą. Na takiej górze kandydat na szamana wchodził na szczycie do jaskini i przez kilka miesięcy nie wychodził z niej , albo nie wychodził w ogóle, ale odradzał się „cudownie” w innym miejscu kraju jako gotowy mag – mogta i wiedun. Bywało i bywa także teraz, że ze smoczej jamy można wyjść tylko pod wodę i wypłynąć z nurtem Wisły w innym miejscu. Pobyt w ciemnościach przez wiele dni deprywował kandydata, oczyszczał go dosłownie fizycznie do poziomu zerowego, ale także i przede wszystkim „zerował” go psychicznie. Te warunki ta góra spełnia i tę funkcję najprawdopodobniej (na 95%) pełniła.
Nie musiały tam stać żadne budowle, mogła stać kącina drewniana. Nic nie wiemy o tym co i jak jest/było pod samymi budynkami dzisiejszego Wawelu – na dobrą sprawę jest to teren archeologicznie „niemalże dziewiczy” (przebadany jest niewielki procent wzgórza wawelskiego): https://wawel.krakow.pl/pl/druk.php?op=25. Podobno kiedyś był tutaj usypany kopiec, który zburzono. Jest też wystarczająca ilość śladów różnych przedromańskich, być może pogańskich budowli i ślady romańskich kościołów na wzgórzu Wawel (kilkanaście budowli różnych). Tereny pod budowlami takimi jak katedra i pałac, czy budynki austriackie są praktycznie nietknięte badaniami archeologicznymi.

Jednakże tak jak napisałem nie musiało być posadowione na wzgórzu nic poza jedną drewnianą kąciną i kopcem oraz wejściem do świętej jaskini i świętym drzewem, ponieważ wszędzie dookoła, np. 1250 metrów od Wzgórza Wawel mamy tzw. Skałkę (gdzie stwierdzono ślady cmentarzyska kultury łużyckiej), 2500 metrów od Wawelu mamy zaś Wzgórze Kraka na którym również stwierdzono istnienie osady i cmentarzyska kultury łużyckiej. Nie ma też żadnej pewności czy pod tym co już odkryto na Wawelu nie znajduje się jeszcze coś starszego.

Osad, które dały początek późniejszemu Krakowowi satelicko rozmieszczonych wokół wzgórza jest kilkanaście. O Wzgórzu Kraka i Czarnej Królowej – Czarnotynie już wspomniałem, ale ja sam mieszkam na Prądniku, 4 kilometry od Wawelu, Dolina Prądnika to zaś siedlisko ludzi od 100.000 lat.

glowacki-widok-na-wawel

Zacytuję znowu:

Na terenie miasta Krakowa oraz w jego okolicach, ustalono, iż ślady bytowania ludzi zaliczyć można do grupy najstarszych znalezisk ludzkich w Polsce. Na wawelskim wzgórzu, w okolicach ulicy Królowej Jadwigi i na Sowińcu znaleziono ślady wspólnot pierwotnych. Znaleziska te, pochodzące z epoki kamiennej wydatowano na 120.000 do 9.000 lat przed nasza erą. Rozwój osadnictwa na obszarze dzisiejszego Krakowa, sięga epoki paleolitu i rozpoczął się ok. 50.000 – 40. 000 lat temu. Tak archeolodzy, interpretują znaleziska narzędzi krzemiennych oraz ślady obozowisk grup ludzkich. Trudno jednak dokładnie określić powstanie osady nazwanej w późniejszym czasie Krakowem….”

„..Główne zespoły tego osadnictwa rozlokowały się na izolowanym Wzgórzu Wawelskim, gdzie istniały doskonałe warunki do budowy grodu oraz w południowej części tzw. Stożka Prądnika – wciętego od północy w silnie nawodnioną dolinę Wisły. Na obszarze „Stożka”, bezpośrednio u podnóża Wawelu, usytuowało się obronne podgrodzie zwane Okołem, dalej zaś na północ – głównie przy ciągach drożnych – osady otwarte…”

I jeszcze inne źródło:

„Pierwsze ślady człowieka pojawiają się na terenie dzisiejszego Krakowa już około 200 000 lat p.n.e. – w okresie paleolitu (świadczą o tym: liczne kości mamutów, które wykorzystywano do budowy szałasów oraz narzędzia wykonane z krzemienia odnalezione na Wawelu, Sowińcu,wzgórzu bł. Bronisławy).

„W neolicie istniały silne więzi, potwierdzone wymianą wyrobów (naczyń, narzędzi krzemiennych, miedzianych) oraz idei kulturowych, pomiędzy społecznościami z terenu Polski, a grupami żyjącymi na południu i wschodzie. Stamtąd dotarła do Polski znajomość obróbki miedzi, choć sądząc po niewielkich ilościach prawdopodobnie importowano głównie gotowe wyroby (topory, sztylety, ozdoby), a lokalna produkcja prowadzona była na minimalną skalę. Przejawem kultury duchowej było wykonywanie, przeważnie z gliny, figurek ludzkich i zwierzęcych jako symboli kultu płodności i urodzaju. Zmarłych, w dalszym ciągu, chowano niespalonych (szkieletowy obrządek pogrzebowy), wyposażając ich w ozdoby (z muszli, kości i miedzi), broń i przedmioty codziennego użytku (naczynia, ciężarki tkackie – przęśliki). Oprócz pojedynczych, niewyróżniających się grobów, pojawiają się też duże drewniano- lub kamienno-ziemne konstrukcje grobowe (megality, grobowce kujawskie, kurhany) będące nie tylko formą kultu zmarłych, ale i symbolem wspólnoty żyjących.”

[Z kilkoma stwierdzeniami można by się tutaj kłócić, jak na przykład skąd dotarła i dokąd znajomość obróbki miedzi. Przecież mieszkali i tam na południu i tu na północy ludzie z tej samej rodziny po ojcach i po matkach, posługujący się zbliżonym zapewne wciąż językiem. Ewoluował on powoli bo postęp technologiczny był powolny i nie pojawiało sie bardzo wiele nowych wyrazów określających nowe zjawiska czy narzędzia, czy odkrycia].

 

” Silniejsze zaludnienie tego terenu występuje w okresie neolitu 3500-1700 lat p.n.e., wraz z pojawieniem się hodowli bydła, garncarstwa i tkactwa. Głównymi narzędziami, którymi posługiwał się ówczesny człowiek, stają się siekiery gładzone, topory i motyki wykonane z kamienia. Pojawia się rolnictwo i hodowla zwierząt domowych. Na terenie Modlnicy, Mogiły, Wyciąża powstają osiedla ziemianek (czyli dołów pokrytych dachem stożkowym). W okolicach Krakowa pojawiają się pierwsze groby szkieletowe (Węgrzce, Batowice,Grębałów, Krzesławice). Odnajdywane szkielety mają pozycję skurczoną, ponieważ przed złożeniem do grobu zmarłego wiązano, aby w ten sposób przeszkodzić mu w powrocie na ziemię. Do grobu wkładano również: gliniane naczynia oraz broń. Z tego czasu pochodzą odnalezione gliniane posążki, przedstawiające kobietę (Witkowice) oraz zwierzę (Modlnica). Pod koniec neolitu pojawiają się pierwsze wyroby miedziane (na terenie Płaszowa odnaleziono czekan pochodzący z tego okresu).

Ślady epoki brązu 1700-700 lat p.n.e. do naszych czasów przetrwały dzięki licznym znaleziskom wyrobów brązowych oraz pozostałości pracowni odlewniczych np. na terenie Nowej Huty.

Kultura łużycka rozwijająca się na terenie Krakowa około 1300 r. p.n. e. przyniosła zwiększenie gęstości zaludnienia, oraz powstanie osad o charakterze obronnym- grodów. Na terenie Krakowa ślady takiego osadnictwa odnajdujemy na Skałce, Wawelu, Zakrzówku, Kobierzynie i Batowicach. W tym czasie powstają cmentarzyska ciałopalne (Prokocim, Mydlniki, Skotniki, Mogiła). W odnalezionych grobach natrafiono na tzw. popielnice (czyli naczynia w których umieszczono spalone szczątki zmarłego) oraz wyposażenie grobowe (naczynia z pożywieniem, ozdoby oraz broń).

Napływ ludności celtyckiej, która zjawia się około 300 r. p.n.e. powoduje zmiany w produkcji ceramiki oraz sposobie wytapiania rudy (dymarki). Dzięki ludności celtyckiej na terenie Krakowa pojawiły się pieniądze, które Celtowie wybijali we własnych mennicach. Świadczą o tym m.in. gliniane formy do wyrobu krążków menniczych, znalezione w Mogile i Zakrzowie. Szczególnie wiele śladów kultury celtyckiej da się odnaleźć na terenie Nowej Huty- Igołomii, Pleszowa, Mogiły m.in.: osiedla z chatami, piece do wytopu żelaza oraz wypalania ceramiki. Poziom rozwoju metalurgii potwierdzają licznie odnajdywane: siekiery, noże, sierpy, zapinki itp.

[Mamy tutaj czas kiedy pozwolono się osiedlić między Słowianami ludziom o haplogrupie R1b – Celtom. Przy czym nie musiały to być liczne grupy, ani grupy zdobywcze, lecz mogły to być wręcz grupy rzemieślników-niewolników z wojen Scytyjsko-Celtyckich tego okresu na zachodzie Białego Lądu (Europy). Mogły to być grupy wedrujące z zachodu na wschód kontynentu, którym udzielono zgody na osiadłość – tak jak potem żydom. Mogła to być w końcu tylko migracja zdobyczy technicznych – nowego sposobu wyrabiania, ozdabiania.]

Okres rzymski 1-400 r.n.e. przyniósł na terenie Krakowa i jego okolicy wzrost handlu z Cesarstwem, rozwój produkcji przemysłowej (dymarki do wytopu rud żelaza w rejonie Igołomii) oraz produkcji garncarskiej ( np. zachowały się piece garncarskie na terenie Igołomii, Pobiednika, Tropiszowa, Zofipola). O rozwoju handlu świadczą liczne pozostałości wyrobów pochodzących z terenów dzisiejszych Włoch i Grecji. W Mogile i Igołomii odnaleziono fragmenty naczyń typu terra sigillata (łac. glina wyciskana), wyprodukowanych w Galii a na terenie Wawelu pozostałości monet rzymskich.

Kres kulturze celtyckiej na tym terytorium przyniósł najazd Hunów w V wieku n.e., który doprowadził do zahamowania handlu z rejonem Morza Śródziemnego.

Na około VIII wiek przypada przybliżony czas powstania pierwszego grodu na Wawelu oraz sypania kopców Kraka i Wandy.”

http://www.almanach.krakow.pl/pl/przez-wieki/prapoczatki/archeologia.html

Znów na terenie Wawelu  – coś znaleziono – z epoki rzymskiej, tym razem. Ja dodam od siebie nieśmiałą sugestię, że ta tzw „kultura celtycka” (archeologicznie rzecz biorąc) to może być w 100% Kultura Słowiańska o czym świadczy ciągłość genetyczna ludzi o haplogrupie Y-DNA R1a oraz I1 i I2 na tym terenie. To po prostu jest tak, że piece do wytopu żelaza typu „celtyckiego”, garnki na wzorze celtyckim oparte, to jeszcze nie Celtowie we własnych osobach (haplogrupa R1b), tak jak volkswageny w Krakowie AD 2015 to nie kultura archeologiczna Niemców zaludniających Kraków, tylko Polaków, Krakowian  używających tychże volkswagenów, czyli obiektów na licencji kultury archeologicznej niemieckiej. W dodatku archeologowie XXXI wieku (czyli dalekiej przyszłości) mogliby odkopać fabrykę tychże volkswagenów w Gliwicach – i to by powiedzieli? Że to Niemcy je tam produkowali. Nieprawda to Polacy w Gliwicach produkują volkswageny (czy też ople – nie wiem do końca i nie chce mi się tego sprawdzać!).

Kopce zostały usypane najpewniej grubo wcześniej niż w VIII wieku. Hipoteza „Awarskiej Sprzączki” to absurd bez jakiegokolwiek dublującego ten artefakt potwierdzenia. Mogła się dostać do Kopca Kraka w wyniku splądrowania go przez Awarów, zwłaszcza że otoczenie kopca zawiera przecież artefakty z czasów kultury łużyckiej (1700 czy też skromniej licząc 1300 p.n.e.). Potwierdzenie ciągłości osadniczej na Wawelu i Skałce, w Podgórzu (Kopiec Kraka, Płaszów), w Nowej Hucie, i na Prądniku mamy aż nadto liczne i tutaj podane powyżej.

 Teraz do rzeczy. Zwróćcie uwagę na odniesienia w dalszej części tekstu do fragmentów przeze mnie wytłuszczonych w tekście powyżej bądź zaznaczane od początku artykułu na czerwono.

1280px-RoyalGravesWawel krypta królewska

Jak rozlokowane są współcześnie cmentarze w Krakowie.

sc000279a9

Wawel i Skałka

Jak bardzo mocno od 40.000 lat, trzyma się w Krakowie tradycja, która trwa zupełnie poza kontrolą chociażby takich instytucji jak kościół katolicki, czy władza królewska, wojewódzka albo inna lokalna, pokazują dzisiejsze lokalizacje cmentarzy w naszym mieście. Wawel – miejsce kopca, czakramu, smoczej jamy i podziemnej komnaty najstarszych władców Lechii, a także i Skałka – miejsce Świętego Gaju ze Świętym Źródłem to najważniejsze cmentarze w Polsce, gdzie grzebie się przez wieki pisanej historii Polski królów, wieszczów, bohaterów narodowych, głowy państwa świeckiego i kościoła katolickiego.

sm salwatorski

Wzgórze Bronisławy

Wzgórze Bronisławy (Broni Sławian) miejsce Cmentarza Salwatorskiego, gdzie spoczywa także wielu Strażników Wiary przyrodzonej Słowian, chociażby Vincenz czy Gorzkowski.

57b9bbbcdfdf967cb83291e089a6bf08

Grębałów

Grębałów-Krzesławice to największy cmentarz Nowej Huty.

cmentarze-6-600x398

cmentarze-9Batowice – zdjęcia Kuba Włodek

Batowice

Batowice to aktualnie największy współczesny cmentarz Krakowa.

106959063

Pasternik – Wróża Góra

Tak samo w Bronowicach na Wzgórzu Wróża Góra ze Świętym Źródłem Tetmajera znajduje się cmentarz Bronowicki.

719faedd1c14d72645010f0c4157f5eb

Podgórze

Również obok Kopca Kraka w Podgórzu znajduje się Cmentarz Podgórski – jeden z największych cmentarzy w mieście i najstarszych. Warto wspomnieć o odkryciu tutaj dookoła Kopca Kraka artefaktów z kultury łużyckiej 1700 p.n.e – 500 p.n.e.

10612_1162384901_0b72_pRakowice

Z kolei cmentarz Rakowicki może nie najstarszy w mieście, ale najbardziej szacowny i znany w Polsce z cmentarzy krakowskich, będący główną nekropolią zasłużonych Małopolan (Wiślan, Mogilanów) i Krakowian (Harów, Czaropanów) wypada w jednym ze świętych miejsc linii Wawel – Łysa Góra (Góra Welska – Świątynia Dziewięciu Kręgów w Górach Łyskowickich/Świętokrzyskich). Jest to punkt umieszczony dokładnie według systematycznie powtarzającego się modułu 650 metrów – 1250/1300 metrów – 2500/2600 metrów i jeszcze większych krotności tych liczb pomiędzy świętymi punktami Krakowa i okolicy, sięgającej aż pod Ojców na północny i zachodzie oraz pod Bochnię na południowym wschodzie (Krakuszowice, Dobczyce, Mogilany).

Niestety na cmentarzach nie prowadzi się oczywiście wykopek archeologicznych z głębokich warstwach ziemi. Możemy być jednak pewni, że cmentarz Rakowicki nie jest młodszy lecz może być starszy niż ten w Batowicach (5.500 p.n.e.) czy w Grębałowie (5.500 p.n.e.) pochodzące z czasów kultury przedłużyckiej. A dowodem na świętość tego miejsca jest sama jego nazwa, czyli etymologia. Wystarczy nam to na razie zamiast badań archeologicznych.

 

System Kopców kraków 2 grodzisko Centrum

RA-kowice – Rak – Znak Raka w letnie Przesilenie który rozpoczyna lato w Święto K-RA-szu (Kupalia, Dzikie Łowy na Bodre Światło Ciemne – w Królowanie Jasności) i jednocześnie rozpoczyna zimę 20 grudnia w Święto K-RA-czun (Święto Godów, Dzikie Łowy Zimowe na Bodre Światło Jasne – w Królowanie Ciemności). Zatem to miejsce jest tak stare jak ZODIAK, jak wiedza o Zodiaku, jak kalendarz i  wiedza o nim, jak obrzędy Dzikich Łowów (Przesilenia Zimowe i Letnie RA i Letni RAK) i obrzędy Wielkiej Bitwy Niebieskiej (Równonoce Wiosenne i Jesienne), jak Dysk z Nebry, jak znajomość rytmu upraw rolniczych przez ludność haplogrupy I1, I2, R1a, R1b, są po prostu wśród ludzi odwieczne, od 20.000 lat a nie od 5.000 czy 2.000 lat,  i cały ten czas jest to miejsce święte już z samej swojej nazwy – miana. RA-KOWICE, gdzie nie kowale kozy jak w znanej bajce , ale wróże-kowalisi RAKi Kują, w Prawdziwej Rzeczywistej Baji.

system-kopcc3b3w-krakc3b3w-2-grodzisko-centrumENGWspółczesne cmentarze Krakowa są rozlokowane dokładnie tam gdzie znajdowały się 8000 i 5500, 4000 lat temu, cmentarze późniejsze Kultury Ceramiki Wstęgowej, Kultury Łużyckiej i te z czasów jeszcze późniejszych – na Rakowicach, w Batowicach, Grębałowie, przy Kopcu Kraka, na Wawelu, na Skałce, na Wzgórzu Broni Sławian.

Tagged with: , ,

Czesław Białczyński – „Borowczycy” – fragment powieści „Z Królestwa Sis – Tomirysa i Czaropanowie”


[UWAGA: Tylko dla Dorosłych (15+)]

© by Czesław Białczyński

las szt 1230403972Du46d22 Borowczycy

 

Tamara przemieszczała się powolnym krokiem przez pobojowisko jakim stało się miejsce uczty. Słońce dawno już wyszło ponad postrzępioną krawędź gór na wschodzie. Ją samą zbudził tętent wierzchowca. Zdziwiła się, tak szybkiemu porannemu przejazdowi wywiadowcy. – Jakby uciekał przed duchami gór? Wychyliła twarz przez okienko. To była Ludmiła, wracająca z rekonesansu. Nie miała ochoty wysłuchiwać tej butnej księżniczki znad Wiady zwanej też Odrą-Obdzierą, albo Sławuną. Podniosła się z łożnicy i poszła pod Zapis. Nie wiedziała, że pilnie śledzi każdy jej ruch Okrasa. – Te orgie – pomyślała patrząc na rozrzuconych w bezładzie śpiących na powietrzu, a właściwie splecionych bez przytomności w dziwnych konfiguracjach ludzi, staną się kiedyś przyczyną naszej klęski. Trzeba zerwać z tym archaicznym obyczajem „gościny do upadłego”. To była jej zdaniem pozostałość jakiegoś cieżkiego czasu ludzkości, wielkiego niedostatku, wręcz śmiertelnego głodu. Musiało to być potężne zdarzenie zagrażające całej populacji ziemskiej, które odcisnęło się w zbiorowej podświadomości na setki pokoleń. Ucztowanie było czczeniem jadła i napitku, oddawaniem czci odurzeniu i rozpuście. Rozpuście, która dawno temu musiała zapobiec jakiemuś wielkiemu wymarciu. Teraz jednak, choć także, groziło ludzkości obecne pośród niej podstępne, zabójcze „zło”, nikt jego obecności nie zauważał. To czego dotknęła mentalnie podczas Przejścia stanowiło esencję „zła”. Co złe dla ludzi nie musiało być oczywiście złe dla planety, ani dla Bogów, ani dla samych sprawców owego zła. Ale ona była człowiekiem i przyszło jej , jako człowiekowi, stanąć temu Czemuś na drodze. Pluła sobie w brodę, że powiedziała: Tak! Undyna była od niej sto razy mądrzejsza. Zobaczyła przyjaciółkę opartą o pień Zapisu, z trzema kochankami oplecionymi niczym tęgie powoje wokół jej silnych ud. Nie poczuła ukłucia zazdrości, ani nie zganiła służki w myślach za to, że żadnym z tych trzech, z którymi oddawała się rozkoszy, nie był Darwan. Darwan gdyby tutaj był może poczułby i jedno i drugie. Ale Darwan mocno podpity, pociągnięty przez którąś z Nawojek i tutejszą, kamieńską piękność, wcześnie powędrował ku domostwu na skraju kamiennego kręgu. Był czas na rozpustę i czas na małżeństwo, czas kiedy beztroskie dzieciństwo kończyło się Przejściem w Swodobę Dorosłości, a potem Przejściem w Dojrzałość do Założenia Rodu, czyli Swadźbą, Małżeństwem, Ożenkiem. Wreszcie nadchodził czas zbudowania własnego gospodarstwa, a potem to już jesień… i zima. Undyna uśmiechnęła się przez sen i zabawnie zmarszczyła piękny nos, na którym usiadła malowana zielonołyskiem mucha. Tamara pochyliła się nad przyjaciółką i odgoniła muszysko, po czym pogładziła z miłością jej policzek. Wyprostowała się. Nagle poczuła tę zimę w sobie, chociaż powietrze było gorące, jak to na południe od gór. Okrasa zauważył jak się przygarbiła, więc natychmiast zmusił swoje stopy do ruchu i podniósł się od stołu. Okno jego skromnego lokum wychodziło prosto na Zapis. A on przemedytował samotnie, nie wychyliwszy ani garnca miodu, ani szklanicy piwa, całą noc. Rozmyślał co też jest tam zapisane w tym odwiecznym drzewie. Kto właściwie był założycielem tego miasta Kamiennego Jaja? Ludzie czy jakieś inne prastare istoty? Czy pośród słojów tego drzewa przesnuwała się także nieć jego żywota? Czy podążała wysnuta z korzenia przez wszystkie konary i gałęzie ku zielonemu wierzchołkowi, czy też urywała się w połowie, nie wydawszy owoców? Wstał pośpiesznie. Ciało poruszało się za jego myślą z nieznacznym opóźnieniem. Jakby magia potrzebowała czasu żeby zebrać roje komórek organizmu do ponownej jedności i działania, w zgodzie z wolą człowieka. Nie mógł dopuścić, aby ksieżniczka się martwiła.

 

– O czym rozmyślasz moja piękna pani – usłyszała ukochany głos zza ramienia. Obróciła się natychmiast ku niemu z promiennym uśmiechem, który miał znaczyć nie tylko „kocham cię”, ale też „nic mi nie jest”. I jeszcze „trzymaj się, choć wiem, że nie żyjesz”! Nie! Tego ostatniego nie było w jej wzroku ani w uśmiechu. Ona była przekonana, że w Carodunie, albo w Dziewięciu Kręgach ożywią go, znajdą dla niego ratunek. Inaczej skoczyłaby ze skały, tam w górach, tak, ze Skały Tronu. Bez zastanowienia. Ale po co żyć teraz, kiedy nigdy z nim już nie będzie. Nie dorobią się wspólnych dzieci ani domu….

Jej wzrok pociemniał jak głęboka woda. Uchwycił szybko jej dłoń i pociągnął ją za sobą. Jemu także nie robił dobrze widok szczęśliwych, beztroskich ludzi, splecionych w uścisku rozkoszy. Nie zazdrościł im, że korzystali z życia we właściwy sposób dla ich wieku i stanu. W ich wypadku z tej pozornej zabawy rodziła się konkretna przyszłość, a on nie czuł żadnej przyszłości przed sobą. Żywy trup.

– Pół dnia zajmie nam porządkowanie Materii Istu – rzekł pośpiesznie kierując jej myśli ku organizacji dalszej wyprawy. Ruszyli w stronę gospody, gdzie czuwały pod wodzą Aganiszki Nawojki strzegące czystości ścieżek mentalnych tutejszych dowódców i wojta. Tam także znajdowali się stróżujący przy lęgamie Pałkini i Bierygowie pod wodzą Krzesimira i Gęby z Rawy. W zagrodzie gospody panował ruch. Dojono kozy i pojono konie, wyklepywano masło i wyciskano wonne sery z ziołami. Pieczno chleb, którego piękny zapach unosił się wokół wielkiego na trzy piętra domostwa.

– Tak – odpowiedziała mu – Nie wyjedziemy dzisiaj. Spuszczenie ich z łańcucha w nocy to też nie najlepszy pomysł. Na szczęście nie będzie już więcej ucztowania, więc jutro o świcie powinniśmy być gotowi.

Widok kręcących się po zagrodzie i po gospodzie uśmiechniętych ludzi był pokrzepiający i na twarzach ich obojga zagościł uśmiech. W dużej sali na parterze zastali Roga Warsza. Rozmyślał dokładnie o tym co i oni. I tym się z nimi podzielił. Urządzanie materialnej przestrzeni przy pomocy mogtowiji to nie było żadne jakieś tam „pstryk i po ptokach”! Skoro zdecydowali się wziąć na hol mentalny cały gród, to nieustannie kilkanaście nawojek pracowało w więzi z tutejszymi wojownikami. Zwykłej energii przestrzeni materialnej musiano przeciwstawić równoważną, a właściwie nieco większą moc energii pozaprzestrzeni duchowej. Obie one miały przeciwny ładunek energetyczny. Nie dało się teraz z nagła, jednym pstryknięciem palców wyłączyć tego mechanizmu. Energia czaru była prawdopodobnie tak duża, że cały ten gród wyleciałby w powietrze od tego pstryku przeciwmaterii. Jutro o poranku znaleziono by tutaj kupę bezładnie rozrzuconych kamieni i kilka osmalonych trupów, a także duży jak jezioro lej po reszcie, która wyparowała. Operacja „uwalniania”, czyli perswazji mentalnej połączonej ze zmniejszaniem antymaterialnego wkładu energii w czar, musiała zająć pół dnia o ile nie dłużej.

– Czary Mary, Dyj-Bełt Stary, Łap Ogary, Panie Kary. – wyrecytował dziecinną rymowankę Rah Warsz – Nie bez powodu nam to wbijali do łbów od malutkiego. To nie żarty!

Z ożarem powstałym w wyniku zastosowania niematerialnej energii naprawdę nie było śmichów-chichów.

 

Wisztaspęta zmierzał dostojnym krokiem do sterfy czerwonej pałacu, zarezerwowanej dla Króla Królów. Nie wiedział na pewno, ale przypuszczał, w jakim celu wzywa go Władca Świata. Przeczuwał, że nadeszły wieści z Gór Czarnych Kauków. Pierwsza część wielkiej intrygi została wypełniona. Był przekonany, że zaplanowane podwójne zabójstwo powiodło się. Gdyby nie, wykrywszy spisek, już dawno zawleczono by go do kazamat pałacu i zdarto zeń skórę. Skoro nie żyli ci dwaj, Arda Złoty i Wijrak z Opasu, teraz prawie wszystkie klucze do władzy w pałacu znalazły się w rękach Wisztaspęty. Zamierzał bez ogródek zaproponować władcy by uczynił jego syna, Ortana głównym magiem imperium. Tylko Wisztaspęta znał teraz tajemnicę oraszlaki. Czyż król królów mógł mu odmówić?! Ardaban był starszy od Ortana, ale tutaj wielkie znaczenie miała magia, moc przeznaczenia. Czyż samo imię Tańczący z Orem, Władający Orem nie było proroczą wróżbą, którą Kirus Wielki miał teraz szansę po prostu, małym kiwnięciem palca, spełnić? Jaki władca w tych czasach oparłby się swojej próżności, gdy bieg wypadków sam z siebie buduje wokół niego legendę boga na ziemi, tego który zstąpił z Niebios namaszczony przez samego Oro-Mądra – Ahura Mazdę. Wisztaspęta zatrzymał się w gwieździstym holu gdzie zbiegało się osiem korytarzy pałacowych, a po środku stał mały ołtarzyk. Stanął przed dnim i złożył ręce jak do modlitwy. Skłonił głowę. Ukląkł przed bóstwem. Na klęczniku stało małe srebrne naczynie z kadzidłem. Otworzył je i wsypał kilka ziarenek w migoczący wieczny płomień. Mocny zapach nardu i mirry rozszedł się w powietrzu. Nie wypowiedział jednak żadnych słów. W głowie miał zamęt. Za nic nie potrafił utrzymać spokojnej, wewnętrznej samokontroli, potrzebnej do skutecznych modłów do bóstwa. Poczuł nagle, że posępna groza czai się w pałacu. Kirus Wielki wydawał się być odległy, zajęty niezrozumiałymi problemami. Zdumiewająco się ostatnio postarzał, jakby jego siły witalne wysysała jakaś urojona pijawka. Niektóre z jego dekretów zupełnie nie zgadzały się z linią jego dotychczasowego panowania. Momentami wydawało mu się , że duch innej osoby patrzy jego przygasłymi oczami, mówi jego wolnym, chropawym głosem, czy gryzmoli rozchwiany podpis na podyktowanych przed chwilą dokumentach. A przecież król królów nie był wcale starcem. Ostatnio na przykład zezwolił Jugijczykom i Ziemitom na powrót do Syrej Ziemi! Swego czasu Skołoci z Północy wygnali ich przecie z tegoż kraju nad Morzem Sporów, głęboko w pustynię perską. Nie bez powodu. Głosili herezję i wszczynali bunty na podstawie odszczepieńczej Księgi Kobyły. To było ze strony Kirusa pociągnięcie niepolityczne, nierozsądne, bo Widan z Trysu nad Dunajem dobrze wiedział co robi przeganiając ich na cztery wiatry! To co głosili było sprzeczne nie tylko z Wiarą Przyrodzoną, ale także z naukami Zoroastra. Wywyższali się ponad innych, tak samo jak Żarzduszt-Zoroaster wywyższył Czcicieli Ognia. Mieli się za jedynych obdarowanych Łaską Pana. Oni i tylko oni. Resztę ludzi traktowali jak śmiecie, z najwyższą pogardą… Do tego wszystkiego te straszne sny o krwi… Rozpoczął modlitwę:

– Mitro, Panie nasz, obrońco domu Achemenidów, miej w opiece mnie, syna Orsama, ostojo łaski i sprawiedliwości, który niegodziwość i okrucieństwo przemieniasz w cnotę, pomóż mi w godzinie potrzeby! Co mam teraz uczynić potężny Władco Światła! Wstając otworzył złotą szkatułkę stojącą na klęczniku obok naczynia z kadzidłem i wyjął tuzin cienkich patyczków z drzewa sandałowego. Niektóre z tych magicznych pałeczek były krótkie, inne długie, jedne proste a inne zakrzywione i powyginane. Cisnął je wszystkie na dawan przed ołtarzem. Wisztaspęta wpatrzył się w plątaninę na wyszywanym bajnym wzorze złożonym ze znaków magicznych. Jego oczy nagle zaokrągliły się ze zdumienia. To wszystko razem ułożyło się w słowo! Nagle w korytarzu wiodącym od komnat jego haremu pojawił się Jamaspęta, jego najważniejszy doradca z Bałchu nad Bałchaszem, którego tutaj ze sobą przywiózł jako szambelana. Biegł w rozwianej szacie klapiąc sandałami o posadzkę i wymachując do Wisztaspęty rękami. Satrapa zgarnął pospiesznie napis i włożył patyczki do pudełka. Starannie ustawił je na klęczniku. Tymczasem Jamaspęta dobiegł do niego ledwo łapiąc powietrze. Otwierał usta niczym ryba jednocześnie chcąc coś powiedzieć i zaczerpnąć tchu, co nie dało się pogodzić.

– Spokojnie szambelanie – położył mu rękę na ramieniu i mocno uścisnął, co natychmiast uspokoiło Jamaspętę. – A teraz mów, po kolei. Ale składnie, bo król królów mnie oczekuje i nie mam już czasu do stracenia.

– Pobiły się panie, i jedna oblała dziecko drugiej wrzątkiem?

– Kogo, syna?

– Nie, córkę.

Wisztaspęta odetchnął głęboko uspokojony tą wiadomością.

– Które to?

– Nie będziesz zadowolony panie.

– Mów! – spojrzał posępnie.

– Twoja trzecia żona Oda zrobiła to najmłodszej oficjalnej żonie Rodogunie.

– Znowu matka Ortana?! Weź i wyrznij je obie, razem z ich wszystkimi dziećmi, na pustynię i niech tam zdychają bez ludzkiej pomocy! Prócz Ortana, rzecz jasna!

– Ależ panie, z Rodoguną masz pięciu synów, a z Odą siedmiu. Z urodzenia przynależą do Gwardii Nieśmiertelnych Kirusa.

– Dobrze. Wywal je razem z ich córkami! Najlepiej puść je na ruchome wydmy, niech znikną mi z oczu raz na zawsze. Mam powyżej uszu ich ciągłej rywalizacji. I do tego teraz, kiedy toczę tutaj jedno z najbardziej skomplikowanych przedsięwzięć, które wymaga wsparcia i jedności zadrugi! To będzie doskonały przykład dla całego haremu.

– Panie, ale Oda pochodzi z Jugii! To nie spodoba się królowi królów…

– Masz wolną rękę. Potraktuj je jak mój podarek dla ciebie, jak niewolnice. Uwięź je gdzie chcesz, byle razem w jednym obwarze. Razem z córkami! Synowie mają pozostać przy mnie. I niech się nawzajem pozagryzają.

Powiedziawszy to Wisztaspęta odwrócił się i ruszył szybko korytarzem do króla króli, któremu i tak kazał już za długo oczekiewać na siebie. W głowie dudnił mu tylko jeden wyraz. Słowo w które ułożyły się wróżebne patyczki. Darjusz. Jamaspęta stał nieruchomo i zdawało się, że przestał oddychać odprowadzając władcę wzrokiem. Poruszył się dopiero gdy zniknął on za złoconymi drzwiami królewskiej części pałacu. Czy Wisztaspęta mówił serio, czy też to tylko chwilowa wściekłość spowodowała tak okrutne polecenie. Po głębokim namyśle doszedł do wniosku, że satrapa miał zbyt przeciążony umysł. Postanowił poczekać do wieczora i jeszcze raz omówić z nim tę kwestię. Najmłodszy syn Rodoguny, Darjusz był wszak ulubieńcem Wisztaspęty, a sam Kirus trzymał go w rękach podczas ceremonii nadania imienia! Niesłychane! Wisztaspęta musiał na chwilę postradać rozum.

 

Audiencja przebiegła zgodnie z przewidywaniami bałchańskiego satrapy, który sztukę aktorstwa opanował do perfekcji jeszcze za młodu, gdy uczono go cyrkowych sztuczek magicznych. Uwielbiał cyrk i teatr. Od małego ćwiczył się w poskramianiu tygrysów, wilków i roztaczaniu przed publiką fałszywych wizji zwanych iluzjami. Pseudomagia była oszustwem, ale Wisztaspęta opanował też w podstawowym stopniu zasady prawdziwej magii, na tyle by wiedzieć jak władać choćby głosem. Oczywiście król królów także był tego świadom. Nigdy podczas audiencji nie opuszczało go czterech wytrawnych magów. Jednak władca Bałchaszu i Bogotroji potrafił oszukać ich wszystkich odkąd sprzągł się z Tymi Których Spotkał w Bajanii. Na myśl o tym spotkaniu zawsze dostawał dreszczy. Tak wielkiego skrzystego statku nie widział nigdy w życiu i wiedział, że już nie zobaczy. Czy była to słynna Starożytna Strzała? Najpewniej to ona! Zatem jest teraz sprzęgnięty z tymi, o których pisano na Kartach Przeznaczenia. Przybyli ponownie! Tylko skąd? Powiedzieli: „zza Wielkiej Wody”. Ale której, Wądlądstyku-Styksu, czy Białej Wody, tej naprawdę Wielkiej, Mlecznej, Niebiańskiej – zza Białowodzia?

– To była demoniczna istota wiatrowa, olbrzymi wir z ostrogą, czarny jak noc. – powiedział Kirus uważnie obserwując zmarszczki na twarzy Wisztaspęty – Jednego możesz być pewien, że nie ode mnie ona pochodziła. Zamierzałem uczynić Wijraka Głównym Klucznikiem Imperium… Ale cóż, teraz zapewne uczynię nim ciebie… – zawiesił głos i wejrzał przenikliwie w oczy wasala.

– Panie – Wisztaspęta pokłonił nisko głowę, a podnosząc ją zwrócił uwagę by zawisnąć źerenicami dokładnie na królewskich źrenicach i ani drgnąć powieką – To dla mnie bardzo kłopotliwa sytuacja. Proszę cię byś mnie zwolnił z nowego obowiązku. Do tej pory dobrze współpracowało nam się na polu walki. Większość bitew odbyliśmy ramię w ramię z sukcesem. Nie powinno się zmieniać pary szczęśliwych wierzchowców w rydwanie przed osiągnięciem linii mety. Podbiliśmy Mlekomedir i Syrą Ziemię, ze dwadzieścia królestw małmazjatyckich, łącznie z wyspami na Morzu Sporów i Kuprem Małmazji, powoli kończymy dzieło po południowej stronie Gór Czarnych Kauków… To ty dokonałeś tego wszystkiego, ale przyznasz, że jestem szczęśliwą maskotką stojącą zawsze u twego boku. Także na wschodzie, gdzie, o Największy z Wielkich, Królu Świata, nadgryzłeś poważnie Windję podbijając kraje Koszanów, Bierygów i Kudakiedyczów. Przed tobą reszta Windji, a potem pozostanie już tylko Kutaj i Sistan. Cały świat znajdzie się wtedy w twoim ręku.

– Słusznie prawisz – władca przerwał mu zniecierpliwionym gestem – Zapewne mógłbyś do jutra wymieniać jeszcze kraje jakie zdobyłem i władców których poniżyłem, ale chyba tym bardziej rozumiesz, że potrzebuję bardzo zaufanego klucznika. Dlatego tobie poleciłem wydobycie od Wijraka tajemnicy Kamienia Wijozowicznego i Jego Wielkiej Przemiany w oraszlakę. Nikomu innemu nie ufam.

– Zwolnij mnie jednak z tego obowiązku. – powtórzył stanowczo Wisztaspęta – To przykre, że Wijrak i Złoty Arda zginęli, ale prawdę mówiąc liczyliśmy się z tym, że żaden z nich nie wróci z Północy. W każdym razie klęska tej wyprawy była brana pod uwagę przez Ciebie o Jasny Panie w Twoim Wielkim Planie podboju Sistanu. Zapewne wróci ich stamtąd garstka. Jeżeli przywiozą ze sobą Kamień z Wyspy Kara to będzie prawdziwie szczęśliwy finał…. Mam inne rozwiązanie. Jest ktoś komu ja mogę z kolei zaufać tak jak Ty mnie o Najjaśniejszy Panie, kto jest magiem już dojrzałym i doświadczonym a dosyć młodym i krzepkim żeby podołać cieżkiemu zadaniu wypełniania złotym proszkiem twoich skarbców. Wszak trzeba nam dla powodzenia podboju i ustanowienia wasalnej władzy masę tego proszku. Trzeba pracować dzień i noc, a wiedzy o sposobie nie wolno rozpowszechnić. Kto się tego podejmie zapewne wyczerpie siły żywotne w krótkim czasie. Proponuję zrobić Magisterem Klucznikiem mojego młodszego syna, Ortana. Zwróć panie uwagę na jego imię. Czyż to nie proroctwo spełnione twoim jednym dekretem, jednym słowem i podpisem na dokumencie?! Jesteś święty o Panie, całe królestwo będzie miało tego potwierdzenie.

– Czemu miałbym zaufać, że wiesz co czynisz? – Kirus uśmiechnął się złowieszczo i Wisztaspęta poczuł, że król królów wietrzy jakiś podstęp i spisek.

– Pozwól, że rozwieję twoje wątpliwości – satrapa pokazał gestem, że chce się zbliżyć, aby powiedzieć coś na ucho Panu Świata. Nie było mu w smak dawać gwarancje Kirusowi, ale czuł, że sprawa wisi na włosku. Gdy ten się łaskawie zgodził, podpełzł na kolanach i zakrywając usta dłonią wyszeptał:

– Jako gwarantów dam panie pod twoje władanie, do twojego haremu matkę Ortana Odę i moją najmłodszą żonę z moim ulubionym synem, a twoim synem przybranym, Darjuszem. Oczywiście muszą zabrać, ze sobą także wszystkie córki. Będę zaszczycony, kiedy któraś z tych młódek spodoba ci się na tyle, byś ze mną zechciał oficjalnie dzielić więzy krwi…

Władca Świata uśmiechnął się i skinął głową na zgodę. Propozycja oddania, niejako pod „zastaw”, tego co Wisztaspęta miał najcenniejsze, i związania się węzłem rodzinnego powinowactwa spełniała oczekiwania Wielkiego Kirusa. Wisztaspęta cofnął się na przepisową odległość bijąc głową o dywan i ukląkł czekając na dalsze słowa króla królów.

 

Kiedy satrapa Bałchu i Bogotroji mijał ołtarzyk bóstwa skakał niemal do sufitu jak mały chłopiec. Radość rozsadzała jego trzewia. – Tak łatwo poszło!!! Po prostu niewyobrażalnie! Wiedział, że to nie byłoby możliwe bez pomocy tych Ropuchogłowych Kreatur z Pustyni Toka Mahy Uciekły, z którymi zawarł dyaskijski pakt, czarne przymierze, mroczniejsze niż najciemniejsza bezksiężycowa skądynawijska noc, ponura jak szkwał na nordzie. Wiedział, że oni lepiej znali Kirusa Wielkiego niż on sam siebie. To kiedy i w jaki sposób niebotyczna pycha zgubi władcę świata, było tylko kwestią czasu i miejsca, ale było pewne jak dwa i dwa jest cztery! Dlaczegoż zatem to nie on – jak mu to wytłumaczono na pokładzie niebotycznego skrzystego okrętu – Miałby spełnić swoje marzenia?

Był przekonany, że Jamaspęta nawet nie rozpoczął pakowania tych dwóch kłótliwych, bezrozumnych suk! Pogrążyły cały harem w intrygach czyniąc zeń zastępcze pole walki, na którym realizowała się ich mazońska niewytrzebiona wciąż, mimo dokonanego gwałtu, natura. Nareszcie się ich pozbędzie!

 

Undyna bardzo szybko stanęła na nogi. Wyzwoliła się ze słabego uścisku trzech młodzieńców, którzy mimo nieprzytomności nadal próbowali ją obłapiać. Wyruszyła na skraj miasta, za północne wały, do banioru z przeczystą wodą, który po prawej stronie grodu ulokowany był w skalnej niecce wartkiego potoka górskiego. Musiała odświeżyć swoje zmulone ciało po tej orgii, pozbyć się resztek odurzenia i odzyskać świeżość umysłu. Kąpiel w lodowatej wodzie dobrze jej zrobi. Potem gorący napar z ziół i równie wrząca bania oraz ponowna zimna kąpiel. Ten zestaw leczniczy idealnie zapobiegał słabościom organizmu i niechcianym wpadkom. W życiu Mazonek nie było miejsca na przypadkowe związki i niespodziewane obowiązki. Uczono je od małego jak zapobiegać nagłym wybuchom „uczucia” i przywiązywaniu się do dopiero co poznanych chłopaków. Uczono je też jak postępować, by nie wpaść w innego rodzaju zależność, na przykład przez posiadanie wspólnego potomstwa. Undyna zrzuciła z siebie purpurową suknię w jaką była odziana na wczorajszą uroczystość biesiadną i uklękła nad baniorem. Pełne, obfite piersi o sterczących sutkach zakołysały się w zwierciadlanym odbiciu. Zanurzyła dłonie w wodzie i bezwstydny widok zniknął, a palce natychmiast jej zdrętwiały. Podniosła płyn i zaczerpnęła potężny haust. Woda miała smak i konsystencję mrożonych diamentów. Nie wiedziała, że banior jest położony w ten sposób, iż mimo odosobnienia jego powierzchnię widać z górnego piętra młyna, leżącego na skraju grodu, już za jego bramami, w nadrzecznym zagłębieniu. Nie wiedziała też, że to do owego młyna udał się z dwoma dziewkami Darwan. Ruszyła do drugiego brzegu klasyczną żabką. Tymczasem on właśnie się przebudził i wyglądał przez okienko z poddasza w stronę gór, aby sprawdzić jak wysoko jest słońce. Zdawało mu się, że w rudych promieniach, dostrzegł na powierzchni stawiku okolonego szuwarami i iwą, postać o pełnych mlecznobiałych piersiach i srebrnołuskim ogonie. Pod światło trudno było rozróżnić szczegóły, ale miała urzekająco śliczne, obfite kształty i jeszcze piękniejszą, bielusieńką twarz. To ci gratka! Syreny i toplice widywało się niezwykle rzadko. Postanowił ją podejść w kąpieli. Dziewki spały jeszcze, kompletnie nieprzytomne, jak mu się zdawało, więc poczuł się zwolniony z obowiązku dotrzymywania im towarzystwa przy porannym posiłku. Co prawda kodeks Obyczaju Kochanków zakazywał rozstawania się cichaczem, ale z drugiej strony nakazywał też nie budzić śpiących. Zresztą co tam, pogada z nimfą wodną i wróci do nich.

Starając się nie hałasować zbytnio, zszedł po skrzypiących schodach z pięterka, pokłonił się żonie młynarza, która wlaśnie brała się do palenia w piecu, podziękował szerokim uśmiechem za kubek koziego mleka i oscypek, który mu wcisnęła w dłoń i wyszedł na zewnątrz. Dzień pachniał macierzanką. Powietrze było rzeźwe, ale ciepłe. Darwan ruszył w stronę baniorku.

Zagłębienie do którego schodziło się ze ścieżki odgradzającej teren gęstą iwą miało miękkie, nieco bagienne podłoże. Trzeba było ostrożnie stąpać z kępy na kępę, pomiędzy tatarakami. Małe żabki przypatrywały mu się bezczelnie z liści kwitnących grążeli i nenufarów. Starał się iść ostrożnie tak żeby nie spłoszyć tej wodnej piękności. Dotarł do skraju szuwarów i delikatnie rozchylił kurtynę. Zobaczył ją. Dziewczyna stała teraz zanurzona do trzech czwartych ud i ochlapywała twarz, po przepłynięciu dystansu, który rozkosznie rozluźnił jej wszystkie mięśnie. To była Undyna! Darwan zawstydził się, że ją podgląda, i zrozumiał że jeśli się jej teraz pokaże i opowie, że zobaczył z okna syrenę w baniorze, ta go wyśmieje. Nie wiedział jednak jak się wycofać. Problem rozwiązał wąż wodny, który płynąc prosto do stopy Darwana, obok wiszącej ciężko główki kwiatu lotosu, zmusił go do wykonania kroku. Był to krok w pustkę, a raczej w głębię bez oparcia. Tylko chlupnęło, a potem szeroka fontanna wzniosła się wokół jego walącego się w banior ciała. Co za wstyd! – zdążył pomyśleć. Przestraszona widokiem intruza Undyna zanurzyła się po szyję.

– Witaj – wyrzucił z siebie gramoląc się na kolana i parskając. – Przepraszam, ale nie wiedziałem…

– No wiesz? – rzuciła gniewnie – Po prostu przyznaj się że podglądałeś! Jakbyś nie mógł zwyczajnie poprosić bym ci się pokazała?

– Posłuchaj, to tylko tak wyglądało, zobaczyłem cię z poddasza młyna, myślałem patrząc pod słońce, że to jakowaś syrena albo panna wodna, zaciekawiło mnie to.

– Akurat. Takie bajki opowiadaj młynareczce z którą spędziłeś noc, ale nie mnie. Widzę, że z ciebie wyspecjalizowany topielec. Uważaj, bo bardziej nerwowa Mazonka niż ja, zaskoczona w kąpieli, może cię naprawdę skrócić o głowę.

Nagle za plecami Darwana wyrosła z szuwarów kolejna postać, której widok spowodował, że uśmiech zszedł z twarzy Undyny.

– Nieładnie Darwanie żeś nas cichcem opuścił i nie spożył z nami śniadania. – zabrzmiał z tyłu dźwięczny sopran.

Darwan odwrócił się i… zapanowała kłopotliwa cisza. Pierwsza ocknęła się Undyna. To było dziwne, ale poczuła jakiś niesmak, że oni, tych dwoje spędziło razem tę noc.

– …. – Ona ma rację. Nie wypada, chcąc być w zgodzie z kodeksem, opuszczać towarzyszek nim one się przebudzą.

– Zwłaszcza tej której się zaproponowało, mimo iż jeszcze nie czas na to, wspólne poszukiwanie Kwiatu Paprudzi! – uśmiechała się tryumfalnie Jowita.

– Ja coś takiego powiedziałem? – zdziwił się Darwan, bo nie przypominał sobie takiego faktu.

Undyna poczuła, jak w jej sercu wyrasta kawałek lodu. – To o to chodzi?! – pokiwała głową. – Życzę zatem szczęścia! – wysyczała i ruszyła szybką strzałką do brzegu. Nie patrząc w ich stronę wynurzyła się po drugiej stronie stawu w całej krasie. Jej ciało było przepięknie harmonijne, uładzone. Wiedziała dobrze jakie robi wrażenie. Stanowczym gestem podjęła szatę spomiędzy traw i trzymając ją w dłoni ruszyła ku ścieżce. Wkrótce zniknęła zanurzając się w cień pomiędzy wierzbiną, iwą i łoziną.

– Dlaczego to powiedziałaś? – zapytał Jowitę zdziwiony Darwan, który oniemiał na tak bezczelne kłamstwo. Wyrzucał sobie teraz, że tak go zatkało, iż tego od razu nie sprostował. Jowita wzruszyła tylko ramionami i poczęła się rozdziewać.

– Co się przejmujesz – rzekła obojętnie – Przecież nie składałeś jej żadnych przyrzeczeń! No nie? Gdybyś składał to byś z nami wczoraj nie poszedł. Nie jesteś związany.

– Ale to było kłamstwo!

– Nie lubię jej i tyle. Cóż takiego się stało? Jesteś w niej zakochany, czy jak? – Jowita z premedytacją udawała, że niczego nie rozumie.

– Odszczekasz to kłamstwo publicznie – rzucił z groźbą. Podpłynęła do niego i oplotła go nagimi udami. Zmierzała dłonią ku jego pachwinom. – Mazonkom nie godzi się kłamać z błahych powodów!- rzekł dużo miększym tonem.

– A jesteś pewien – wyrzuciła z namiętną intonacją, obłapiając go – Że mój powód jest błahy?… Chciałam ci oszczędzić nadziei i rozczarowań, bo wiem, że ona nie jest dla ciebie. Dobrze ją znam. Chciałam ci oszczędzić bólu, jeśliś się w niej przypadkiem zadurzył. Ona to robi z każdym młodzianem jaki jej się nawinie. Rozumiesz? Taka zabawa i lubość płynąca z obserwacji cierpienia innych, z ich upokarzania… Nie odszczekam niczego. Jak widzisz miałam ważki powód.

Darwan odtrącił ją gwałtownie i ruszył do brzegu.

– To zła dziewczyna, niejednego już ma na sumieniu! – rzuciła za nim wściekle i rozpłakała się.

 

Kiedy dotarł do gospody skierował się do stołu przy którym Undyna spożywała jajecznicę i owoce. Ta jednak poderwała się na jego widok i zabrawszy swój talerz oraz pajdę chleba dosiadła się ostentacyjnie do zdziwionej Tamary, Okrasy i Raha Warsza. Darwan minął ich rzucając słowa zwyczajowego powitania i udając, że zmierzał do stołu, przy którym posilała się Młynareczka. Rah Warsz zaśmiał się cicho pod nosem rozbawiony tą sceną.

– Z czego się śmiejesz – wysyczała gniewnie Undyna

– Wyglądacie jak para namokniętych kurczaków, które nadepnęły sobie na odcisk pod zimnym prysznicem! – wyrzucił.

Tamara zaśmiała się cicho , a po chwili znacznie głośniej wybuchnął śmiechem Okrasa. Było to tak trafne porównanie, że wywołało wśród nich trudny do opanowania spontaniczny wybuch radości. Wkrótce wszyscy troje pokładali się, trzymając za brzuchy. Tamara raz po raz ocierała łzy, które jej nabiegały do oczu. Parę sąsiednich stołów zwróciło uwagę na ich rozweselenie i także im, udzielił się zaraźliwy śmiech. Pewnie gdyby to nie dotyczyło jej, Undyna także by się śmiała do rozpuku, ale złość rozsadzała ją od środka, przesłaniając rzeczywistość bordową kurtyną.

– Głupki! – rzuciła i zerwawszy się od stołu, cała czerwona, szyja, twarz i suknia, wyfrunęła z furkotem z jadalni.

– Rzeczywiście jak mokry, rozwścieczony kurczak! – zaśmiał się Okrasa

– Taki co to dopiero co nauczył się latać na tyle, żeby się nie nabić na byle palik! – rzucił za nią cięty dowcip Rah Warsz. Udała, że go nie słyszy, ale dopiekł jej tym do żywego, budząc chęć odwetu przy najbliższej okazji!

Jowita nie pokazała się tego ranka na wspólnym śniadaniu.

 

W rzeczy samej, jak rzekł mu Wilczyc, tak się działo. Nie było już żadnej burzy na ich szlaku, a szli przecież przez mocno burzowe okolice Gołgolidii. Kiedy przybył Sęp okazało się, że ich droga będzie krótsza niż przypuszczali. Zasadzka została przez Trojgłazycha przeniesiona pod gród Iskon, miejsce obronne, obwar-cytadelę w ziemi Isepodonów. Pierwszego dnia kolejnego długiego tygodnia wyszli na rozległy płaskowyż Gary, jednego ze spływającyh z Gór Kauków dopływów Kubani. Wydobywali się nie niepokojeni przez nikogo z plątaniny wąwozów w kraju Dagonów schodząc na północny zachód, w bukowe lasy Czechenów. Za radą Wilczyca, który trzeba to przyznać, wreszcie na coś się przydał i prowadził ich bardzo sprawnie w tym labiryncie leśnoskalnym, odkąd dobyli się na bardziej płaskie tereny obrali ostry, zachodni kurs marszruty. Jeszcze wczoraj schodzili kanionem potoku Haromąd, który rozszerzał się w łagodny bieg Awarskiej Koszy, a dzisiaj byli już praktycznie po środku płaskowyżu, w terenie mocno zalesionym. Górskie powietrze ustąpiło bardziej przyjemnemu zrównoważonemu powiewowi z północnych dolin. Wilczyc nawet nie przypuszczał, że będzie to jeden z najciemniejszych dni w jego życiu. Z tego miejsca było jeszcze widać ostre grzbiety kanionów wiodących bieg wód na wschód, ale oni mieli już za chwilę skierować się całkiem na północ bezrzecznym przestworem pomiędzy zlewniami rzek Kubani i Sułaka. Wilczycowi zdało się nagle, że wyczuwa zapach jodłowego dymu. Pomyślał, że trzeba będzie ominąć niespodziewane obozowisko ludzkie, jakichś wędrowców, którzy zmierzali od północy w góry. Jeżeli rozłożyli się w dolinie przed nimi to nie bardzo wiedział jak.

– Dymy! – rzucił ktoś z przedniej straży.

 

Borzydar polował tego ranka na sarny, ale trafili jelenia, potężnego, wspaniałego, o imponującym porożu. Poszli w las o szarym świcie. Znali te rozpadliny dobrze. Co roku latem zapuszczali się w wąwozy górskie zbierając leśne pożytki, które jego zadruga zwana powszechnie Borowczykami, nauczyła się przetwarzać w taki sposób, że leśne miody, borówki, maliny i orzyny, a też grzyby, bez trudu wytrzymywały w spichrzykach okolicznych plemion do wiosny. Receptury strzegli zazdrośnie. Za swoje produkty otrzymywali wszystko inne, co było im potrzebne zimą do przetrwania; futra, drewno, susz mięsny, sól, zboże. Borowczycy nie uprawiali ziemi, lecz specjalizowali się w zbieractwie. Polowali rzadko i tylko nieliczni z nich. Zbierali zaś w lesie niesłychane specjały, które trafiały na dalekie dwory północy i na wschód, nawet do książęcych i kapłańskich sadyb, na Welską Górę w Carodunonie, do Kutaju, Tajlądu, Gątdany, Gątbytyny, na Jawę i do całego Tajchu. Główny obóz rozłożyli na polanie w której zbiegały się górskie wąwozy, na przejściu między stokami a pagórzystym obszarem działu wód. Było to doskonałe leże dla tak dużej zadrugi, koło sześciuset ludzi, w dwunastu rodach, w czterdziestu rodzinach. Ostatnimi laty zadruga rozrastała się bardzo szybko i istniała możliwość, że otrzyma od Rady Starowieku totem plemienny. Sześćset gąb utrzymywało się przy życiu ze zbieractwa leśnego. Za każdym razem kiedy nadchodziła wiosna rozpoczynali Święto Noworoczne w Dzień Zrównania, w Wielką Bitwę Niebieską Białej Krowy i Czarnego Byka, od ofiar i błagalnych modłów do Panów Boru, Borowiła i Borany oraz ich dzieci: Boruty, Rokity i Bugaja-Wilca. Modlili się o to, aby las nie skąpił im pożytków i chronił ich od wrogów. A były to pożytki specyficzne. Można rzec wysokospecjalistyczna oferta handlowa zadrugi Borowczyków. Na czym polegała?

las niedź kwiaty czerwpomarancz DSC00278

Przez cały rok, ale szczególnie wtedy na wiosnę, chadzali w las na zbiór zwiniętych, dopiero co kiełkujących pąków pąprudzi. Pączki umieszczano w kwaśnej zalewie, w wielkiej glinianej kadzi wkopanej w ziemię, co chroniło ją od wysokich temperatur lata. Miała szczelne wieko, dopasowane na grubość paznokcia a ciężkie tak, że do wnętrza nie dostawało się powietrze. Pąki dobywano stamtąd co jakiś czas, tylko chłodną nocą, w pełni księżyca i pakowano w mniejsze garnce. Potem rozwożono je po całym Sistanie. Oczywiście było w Królestwie Sis więcej zadrug specjalizujących się w zbiorze pąprudzi. Pączki pąprudne stanowiły wielki rarytas, zwłaszcza na wschodzie. Kutajskie dwory przepadały za przysmakiem pochodzącym właśnie z Gór Kauków, jako że rosła tutaj wyjątkowa odmiana paproci – orliczka królewska, o pieprznym ostrym aromacie. Marmolada z owej paprudzi i płatków róży, zawijana w ciasto i smażona na głębokim tłuszczu była niezbędnym składnikiem świątecznych pączków w Kraczun – Zimowe Święto Przesilenia Ciemności, Noc Dzikich Łowów Ciemnej Krowy-Bedrika, kiedy bogowie ciemności polowali wraz z nią na rodzące się świeże Białe Światło BodRAKa, Młodą Bożą Krówkę. Zalewę w kadzi chłodzono i wymieniano, wzbogacano leśnymi ziołami i miodem. Recepturę trzymali szefowie rodów w głębokiej tajemnicy.

00 bór JCS_Armillaria ostoyae 13060

Sednem owej taji wyrobu smakowitych i trwałych pączków pąprudnych była domieszka ziela peruniki, dodawana do zalewy. Nikt poza tą zadrugą czegoś takiego nie wytwarzał. Takich specjalizacji mieli Borowczycy wiele. Na przykład, odkąd na dużą skalę rozpoczęto uprawy zbóż wiele osób po zjedzeniu placków z pszenicy miewało żołądkowe kłopoty, bóle i uczulenia. Tymczasem na leśnych polanach wciąż rosły dzikie trawy, z których zbiór ziarna był niesłychanie pracochłonny. Wypieki z nich dawały jednak nie tylko siłę do życia, ale też zdrowie i długowieczność. Zawsze w owej dzikiej mące znajdowały się różne domieszki. Trochę asparagusa, trochę krwawnika, kilka ziaren kąkolu, albo trochę lebiody, czy sporysz. Sporyszowe placuszki dawały piękne wizje, odlot w czarowne krainy i bliski kontakt z bogami, ale żeby nie wywołały skrętu kiszek trzeba było wiedzieć jak obrobić fioletowe różki nasienne. Tę rzecz zaś wiedzieli Borowczycy, bo wśród nich zasady postępowania ze sporyszem przekazywano w rodach z pokolenia na pokolenie. Taką mąkę sporyszową skupowały szczególnie świątynie i to na całej Północy, od zachodniego brzegu Landwodstyku po Kończudkę na wschodzie.

 

ISLANDS-IN-THE-SKY-ssp1

Borzydar wziął dzisiaj ze sobą dobrych strzelców: Kuropieskę i Leszka, a także młódź plemienną Ondraszka i Szarkę, niedoszłą Mazonkę. Mięso jadano wśród Borowczyków rzadko, kilka razy do roku, najczęściej w trakcie świątecznej uczty i zabawy zaprawianej piwem. Chłopak dopiero co, na Kupalia-Kres, skończył 14 roków, a poświecono go Bogowi Wojny Ładzie-Włodarzowi, czyli Jątrze. Właśnie zbliżało się Święto Ładów i Peruna. Bożydar pozwolił więc przewodzić w polowaniu młokosowi, synowi swojej siostry, Kalinki. Młodziak musiał się uczyć polować i władać wszelkimi rodzajami broni, by choć w ułamku stać się takim,  jak ten sturamienny, stujądry, stuoczny wojowniczy bóg, patron bitew i łowów, który w każdej z mocarnych rąk dźwigał inny rodzaj śmiercionośnego oręża, a każdą źrenicą wypatrywał wroga z innej strony. Dlatego nadano mu na niedawnych obrzędach przejścia dorosłe imię po jego opiekunie, Jątrze-Ondrze. Był też inny powód. Cały lud Windyjczyków-Indirów z Południowego Półwyspu uznawał owego Jądreja za głównego swego opiekuna, a chłopak miał ojca właśnie stamtąd, z Waru Hary – Harappy. Ciemnoskóry młokos strzelał nieźle z łuku i był dobrym tropicielem, ale co do innych oręży musiał się jeszcze wiele nauczyć. Okazji po temu było naprawdę niewiele, bo mało kto odważał się ze złym zamiarem przekroczyć Góry Kauków od południa. Szarka za to miała tak zwanego nosa, niezawodną intuicję, która pozwalała jej kierować oko i rękę oraz strzałę tam tylko, gdzie się z tym godzili Bogowie Boru. Źle było zadrzeć z nimi i ubić ulubionego przez nich zwierza. Dorodna łania wyszła prosto na strzał. Ondraszko złożył się nim pomyślał i wypuścił strzałę. Szarka krzyknęła – Nie!!!

Jerzy  przybyl słońce jeleń

Borzydar zdążył tylko wciągnąć powietrze by go ostrzec krzykiem, ale nie zdążył. Byłaby celna ta strzała, gdyby nie wielki jeleń, który zasłonił samicę własną piersią i padł na miejscu śmiertelnie raniony w oko.

– Przepraszam! – odkrzyknął Ondraszko, jakby sam intuicyjnie poczuł, że popełnił poważny błąd. Tak, to jest błąd, kiedy trafiasz nie w to, w co celowałeś. Przykro było patrzeć jak olbrzymie zwierzę wali się na ziemię a imponujące złociste poroże zanurza się w paprociach i pogrąża w bezruchu. Zwierzęta spłoszyły się i uciekły. Trawy i krzewy trzaskały przez chwilę pod ich kopytami, a potem zapadła nieruchoma cisza. Jeleń posiadał zaiste imponującą posturę. Nie był to dobry znak.

Borzydar syknął tylko niezadowolony, Szaraka zwiesiła nisko głowę. Płakała. Oby nie było z tego nieszczęścia. Czyżby przedwcześnie wypuścił chłopaka na szerokie wody? W wojaczce i polowaniu potrzebne było nie tylko szczęście, ale i wyczucie i boże błogosławieństwo. Trafiłeś niewłaściwego zwierza i ściągałeś klątwę na siebie i cały ród! Tak nie raz bywało. Przewodnik stada osierocił je, a sam oddał życie za łanię. Była ciężarna?! Tak czy owak złożyli przebłagalną ofiarę bo z Borowiłem, Panem Puszcz nie było żartów. Trudno o Żywioł bardziej mściwy i pamiętliwy. Ofiara nie została przyjęta, co wprawiło Borzydara w irytację, a pozostałych kompanów napełniło złymi przeczuciami. Postanowił jednak mimo wszystko podzielić mięso i wraz z zadrużanami wracać do obozowiska. Zabicie zwierzyny i pozostawienie jej na pastwę drapieżników stanowiłoby jeszcze gorsze świętokradztwo. Bardziej bezecne było już tylko zabicie zwierzęcia bez potrzeby, dla przyjemności, albo zabawy. Oprawiali jelenia w ciszy. Tylko ptaki skrzeczały nerwowo, podrażnione czy to wonią krwi, czy pobekiwaniem łań opuszczonych nagle przez przywódcę. Borzydar postanowił się nie przejmować. Jego ojciec powiadał, że „złe” myślenie ściąga „złe” wydarzenie. Postanowił więc zlekceważyć, to co się stało. Coż bowiem mogli jeszcze? Od razu udać się do Leśnej Świątyni, albo na miejscu zastrzelić młokosa? Co wtedy z Kalinką i jej mężem Jągaiłłą? Uwierzyliby w prawidłowość jego przeczucia, czy też obwiniliby go o pochopne zabicie ich pierworodnego, czyli oskarżyli o nieumyślną zbrodnię? Czy to nie skończyłoby się walką na śmierć i życie i wzajemną wróżdą, a w konsekwencji zniszczeniem całej zadrugi? Dopiero trzecie lato sprawował funkcję wodza zadrugi. Nie miał więc i on dostatecznego doświadczenia, jakie miewają starzy, mądrzy wodzowie.

Przez drogę powrotną nie opuszczał ich ponury nastrój. Normalnie z taką zdobyczą byliby witani jak bohaterowie, ale dzisiaj tak nie będzie. Mimo, iż Borzydar powtarzał sobie nieustannie jak mantrę ”nic się nie stało” wiedział, że stało się.

Teren łowiecki był oddalony od obozowiska o dziewięć kół czasu na południowy wschód. Mniej więcej w połowie drogi poczuli zapach dymu, który intensywniał w miarę marszu. Przez półtora staji leżał w lesie ledwo wyczuwalny swąd. Niesłychane!!!

– Dziwne – rzucił Kuropieska – Nie pamiętam tego zapachu.

00 bór forest wallpaper987

Borzydar wwąchał się w powietrze jak pies, otwierając i kurcząc szerokie nozdrza. Była w tym dymie nuta mięsna, jakby w obozowisku już świętowano, a ktoś inny niż oni dostarczył tam polędwice i szynki do obwędzenia. Był też obecny inny składnik, który Borzydar zapamiętał z pewnej okrutnej bitwy morskiej pod oblężonym grodem Gątdaną, na Pomorzu Wądalskim. Wystrzeliwano wtedy z obu stron ogniste pociski, płonące kule gliniane nasączone mazią i grudy rud żelaznych rozpalonych do czerwoności. Katapultowane wzajemnie ładunki spadały z jednej strony na pokłady statków, a z drugiej na bronione wały.

– Racja – rzucił głęboko zaniepokojony Borzydar – Szybciej!

alaska-autumn-wallpapers

Jego niepokój, w miarę posuwania się przez stanowiący teraz nielada przeszkodę gęsty las rozpostarty między głazami i szutrowiskami, narastał. Mimo, że droga stawała się trudna, przyspieszyli. Borzydar uświadomił sobie, że wtedy ten zapach brał się ze spalonych szat, z odzienia płonącego na zastępach wojowników uwięzionych na pokładach. Owo wspomnienie wiązało mu się też ze spalonymi ogniem wroga, spopielałymi ciałami na wałach miasta oraz scaloną ogniem rozpaloną gliną. Gątowie i Dawanowie w grodzie mieli opanowaną tę technikę ogniową i stosowali ją na całym obszarze zasiedziałym przez siebie; od Wędonii nad Wądlądstykiem, wzdłuż Lechu, Rynu, Łabędy, Wiady i Wisły, aż po linię Isteru-Dunaju. Wtedy wystarczyło, że podpalili skrzydła atakującej floty i jej tyły. Reszty dokonał północno-zachodni szkwał, Wicher Norny, Nordyk, który rozprzestrzenił pożar. Niedobitki dopływające do plaży wyławiano i szlachtowano bez prawa łaski. Północne plemiona i szczepy mimo, że łączyły ich z ludźmi osiadłymi na południowym wybrzeżu Błotyku, na Pomorzu, Zapomorzu i Łukomorzu, bliskie więzy pokrewieństwa, co jakiś czas atakowały zbrojnie Gardarikę i kraje Wandów-Wenedów, bo ci z południa nie godzili się na ich przyjęcie na swojej ziemi, a ciężkie zimy nie raz powodowały skrajny głód i zagrożenie życia dla skońskich zadrug. Nie mieli wyjścia, musieli pójść na rabunek, na chąstwę. Mądrzy władcy przyjmowali ich w większych ilościach do swoich drużyn i pozwalali odbywać zdobywcze wyprawy ze swoimi wojami, do Kiełków, na zachód i na południe, na Romajów, za Dunaj. Wielu władców nie chciało ich jednak do siebie wpuszczać, bo byli to ludzie nieokrzesani, grubiańskiej mowy i obyczaju. Nórd to była nie tylko nazwa sztormu i wichru, ale też ponurego człeka, o plugawej wykoślawionej mowie, skorego do bitki i gwałtu, mięsożercy, surowego jak sama północna przyroda.

To był ten sam zapach! – Borzydar stał się niespokojny kiedy znajdowali się już naprawdę niedaleko płaskowyżu, a dymy snujące się od obozowiska niosły już wyraźny zapach palonych szmat i mięsa. Dym wlókł się przez las, ciemny i tłusty, siny, momentami niemal czarny. Czyżby to była kara za zabicie króla tego lasu, albo kogoś znacznie większego, kto wcielił się w to zwierzę, a tutaj tylko chwilowo przebywał?! – pomyślał. I zrozumiał od razu, że to nie jest właściwe pytanie, bo leśny wypadek nie miał charakteru kary, lecz stanowił znak. Wyraźny znak nieszczęścia. Gdy znaleźli się całkiem blisko zauważyli, że pomiędzy drzewami jeszcze pełgają po ziemi pojedyncze ogienki. Pnie od strony polany zostały nadpalone na wysokość dwu chłopa, krzewy spopielone. Wkrótce pomiędzy krzakami znaleźli zwęglone ciała pobratymców. Pierwszy, na którego się natknęli był staruszek Kwik, strażnik kadzi pąprudzi odpowiedzialny za mieszanie i wietrzenie kiszonki. Borzydar czuł żar na twarzy, ale mimo tego nie zwalniał, pędził przed siebie nie bacząc, że zaraz utknie w jakimś wykrocie, ze złamaną nogą. Nie zanotował nawet w świadomości, kiedy wyszarpnął harap z pochwy i uniósł go nad głowę. Do pierwszej linii drzew zostały mu kroki. Kuropieska podążał za nim tak blisko, że czuł oddech tego zawziętego wojownika na plecach. Ród Kuropieski był największy w całej zadrudze. Kiedy wypadł z lasu i odsłoniło się przed nim w całej okazałości obozowisko, poczuł że miękną mu kolana. Nie zwolnił ani na kasztę biegu, nogi poruszały się jak szprychy rydwanu. Był w transie. – Co z Kalinką i Jągaiłłą, co z jego własną rodziną, z Modromoreną i ich pięciorgiem dzieciaków!? Co z matką i ojcem, gdzie są wujowie!?

S Panasenko  Czarowny Las 1990

– Modraszko?!!! Burka, Stanisz, Jur, Lestek, Mirka! Pójdźcie do mnie dzieciaki!!! Modraszko?! Matko Najświętsza, Pani Nasza Opiekunko! Gdzieście są?!!!

W obozowisku nie było widać ludzi tylko zgliszcza. Poprzez powalone zwęglone namioty, chyże i wozy dostrzegli wreszcie centralny plac, a na nim…? Stos?! Stos zwęglonych, spopielonych ciał ludzkich! Kuropieska padł na kolana i zaczął wyć jak raniony byk! Szarka zamarła w bezruchu. Ciała i szkielety, duże i małe, zwłoki i kościotrupy mężów i kobiet! I dzieci!!! Nikt się tutaj nie bronił! Borzydar dopadł żgliska i począł je rozgarniać, nie bacząc na gorącość bijącą z wnętrza stosu. Kości pobratymców parzyły go w dłonie nawet, kiedy były zimne jak lód. Cały czas miał nadzieję, że „jego”, ocaleli! Głupie myślenie, zwodnicze. Szkielety kruche jak świąteczne ciasteczka, rozsypywały się za dotknięciem ręki w pył. Stos zdawał się nie mieć końca, ale on nie ustawał. Wciąż miał nadzieję, że ona i dzieci są gdzieś tam na dnie, w jakiejś niszy, w jakimś czarownym namiocie, pod płachtą ocalającego od żaru materiału, utkanego z Modraszczynej woli i zawziętości by bronić życia potomstwa!  Nadzieję, że zaraz zobaczy jej piękne czoło i usta, jej uśmiech, że ich dzieciątka są tam razem z nią, żywe, i roześmiane jak zawsze, z kolejnym pytaniem na temat świata wypisanym na twarzach!!! Głupią nadzieję, że zaopiekowała się nimi i ochroniła je od hekatomby, która pochłonęła innych!!!

Ondraszek stał obejmując za ramię Szarkę, niczym słup solny porażony okrutnym widokiem. Wymordowano wszystkich do nogi! Spędzono ich tutaj jak bydło i podpalono! Kuropieska wiedział już, że nikt nie ocalał z pogromu.

Leszko uważnie przyglądał się ziemi. Była spalona i zestalona. Na skraju polany spękana, w centrum zaś glina zamieniła się w szklisko.Kuropieska wciąż wył jak śmiertelenie ranny zwierz. Temperatura musiała tu być bardzo wysoka. Leszko wiedział coś na ten temat, bo w zadrudze pełnił funkcję kowalisa. Pożar wypalił regularne koło obejmujące całe obozowisko i zahaczające o las tylko tam, gdzie bór wdzierał się nieregularnie w polanę. Centrum wokół zapisu potraktowano płomieniem o okrutnie palących własnościach. Nie, nie tym najgorszym o jakim słyszał, co to powoduje, że po ludziach i rzeczach nie pozostaje nawet ślad w postaci obłoku pary, ale ogniem drugiego stopnia, o niebieskim śmiertelnym tchnieniu.

Borzydar tymczasem nie ustawał w poszukiwaniach przerzucając zwały upieczonych trupów. W końcu dotarł do warstwy, która zdawała się bardziej stała. Ciała miały tu twarze i strzępy odzienia. Ręce i nogi miały ciało, a nie tylko zwęglone kości. Kolejna warstwa, i kolejna! Kto to uczynił i jak?! Wszystko wskazywało, że użyto czarownych mocy! A więc Czaropanowie, Świtungowie, albo Armia Upiorów!!! Ale dlaczego?

– Cóżeśmy wam uczynili?! – wyrzęził – Przecież żyliśmy spokojnie, zgodnie z boskimi, przyrodzonymi prawidłami! Nikogo nie ukrzywdziliśmy! Zawsze dbaliśmy w wymianie by obie strony osiągnęły korzyść! Nigdy nikogo nie złupiliśmy ani nie zabiliśmy! Ani nikomu nie wzięliśmy niczego co nie nasze! Dlaczego!

Wtedy nagle zobaczył jej twarz. Tak, to była ona. Modraszka, Modromorena! Jego ukochana żona!!! Była cała! Rozpoznał jej niebieską suknię!

– Przemów! – podniósł ją delikatnie, a wtedy spod jej ciała, okryte zwojami jej paradnej chusty ukazały się drobniutkie twarzyczki. Białe i nieruchome jak perły w popielisku. To były jego dzieci!!! Ich dzieci!!! Wszystkie, objęte jej chustą. Wszystkie wokół matczynych kolan! Spowite materią, która miała je ochronić od śmiertelnego płomienia. – Przemów! … Przemów!!!

– Mów! Ufff! Ówww! – odpowiedział głucho bór.

Wtedy coś w nim pękło. Raz na zawsze.

Szarka poruszyła się. Zrobiła krok do przodu i znowu zamarła. Zapadła śmiertelna cisza. Tylko Leszko pozostał jedynym człowiekiem zdolnym do działania. Znalazł się teraz na drugim końcu polany, tam gdzie opadała ona w dół, do lasu, oddzielającego ten płaskowyż od kolejnego parowu i obniżenia. Płynął tam strumień. Leszko intensywnie poszukiwał śladów i łączył w głowie proste fakty, które rzuciły mu się w oczy. Na początku myślał, że zbrodni dokonali Świtungowie albo królewska Armia Upiorów, ale to mu się nie zgadzało. Zauważył, że żadne z ciał na żglisku nie posiada ozdób ze złota. Nie było też widać złotych przedmiotów w miejscach, gdzie jeszcze wczoraj, znajdowały się przydomowe ołtarzyki, przy owinach, obok wozów i namiotów, zastępujących im stałe domostwa. Dokonano tutaj rabunku, co nie było zgodne z postępowaniem świętych wojowników, ani upiryw-biersakrów. Nie przeżyło też żadne zwierzę domowe, ani wierzchowce.

Teraz i do Ondraszka nagle dotarło, że pomiędzy ludzkimi szkieletami na placu znajdują się czaszki małych i dużych domowych zwierząt.

– To byli obcy! – rzucił w przestrzeń myśląc, że nikt go nie słyszy.

Powracający z dolnego lasu Leszko wyrósł mu nagle za plecami.

– Tak, znalazłem nad strumieniem ślad końskiego kopyta w mule. Wierzchowiec był ciężki, nie tak jak nasze, do tego podkuty.

Szarka objęła wzrokiem horyzont, w dole przed nimi, daleko. Jak okiem sięgnąć ciągnęły się zalesione doliny. Bór, nieporuszony niczym, jak zwykle ścielił się szmaragdem po widnokres. W jednej z nich, zatopionej w sinej poświacie oddali, leżała ich wioska, zimowe leże, teraz już nikomu nie potrzebne. Zostało ich, Borowczyków, raptem pięcioro. Ale dla tych, którzy dokonali tej zbrodni to było o pięcioro za dużo. Była pewna, że oni, jak tutaj teraz stoją, nie spoczną dopóki nie dopadną wszystkich zbrodniarzy, którzy brali udział w tym ludobójstwie.

Borzydar poczuł nagle, że nie wierzy w boga. Bogowie nie mogli istnieć, skoro wydarzyło się coś takiego! Nie mieli prawa do tego dopuścić! Więc ich po prostu nigdy nie było i nie ma! Nie istnieją!!!

W tej chwili wiatr zakręcił się wirem na skraju polany i poderwał w górę pyły oraz popiół kości ich najbliższych. Wzniósł ten siwy tuman wysoko nad drzewa, które zaszumiały. Korony drzew wydały ponure wycie… Niczym trombity pogrzebowe. Sina chmurka rozproszyła się w powietrzu. Nad polaną zaświeciło słońce.  I znowu wszystko zamarło w bezruchu.

park jerz dęby pomniki świało i drzewo DSC00421 3obr

O książce Piotra Makucha „Od Ariów do Sarmatów. Nieznane 2500 lat historii Polaków”

Posted in nauka, Polska by bialczynski on 15 Listopad 2014

mp 12 SSS

Od Ariów do Sarmatów. Nieznane 2500 lat historii Polaków

Autor: Piotr Makuch
Wydawnictwo: Księgarnia Akademicka
Seria: nd
Rok wydania: 2013
Wydanie: I
Nakład: bd
ISBN: 978-83-7638-242-5
Format: 170 x 245 mm
Oprawa: twarda
Liczba stron: 288

Cena:48.00
produkt chwilowo niedostępny

Wreszcie doczekałem się książki, której myślałem, że nie dożyję. Wraz z publikacją pracy doktorskiej Piotra Makucha z Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie ” Od Ariów do Sarmatów. Nieznane 2500 lat historii Polaków.” (Księgarnia Akademicka Kraków 2013 – rok wydania jest mylący bo chyba wyszła teraz, ja otrzymałem PDF kilka dni temu) , przekroczony został wreszcie Rubikon niemocy w myśleniu naukowym o przeszłości i dziejach Słowian Starożytnych.

Fragment tego doktoratu poświęcony pokrewieństwom słowiańsko-irańskim w legendzie i postaci Kraka oraz Cyrusa Wielkiego oraz podaniu o Wieży/Wierzy Babel i Szklanej Górze Welskiej – Wawel, publikowaliśmy u nas tutaj: TUTAJ  w roku 2013.


Przytaczam fragment opisu książki z internetu i pozwalam sobie zamieścić spis treści oraz Autorski Wstęp doktora Piotra Makucha i kilka ważnych z mojego punktu widzenia stron książki z otrzymanego  PDFa. Zwłaszcza mam tutaj na myśli tę stronicę, która potwierdza naukowo wywód miana grodu Kraków – od Karakou – Caracou – czyli nawiązuje bezpośrednio do podawanych przez starożytnych nazw Krakowa: Caroduna, Carodunon.

Nareszcie został zrobiony odważny krok w kierunku rewizji myślenia o Polakach jako tworach zrodzonych z Daty 966. Jestem przekonany, że ten właśnie milowy krok otworzy wyobraźnię zbiorową Polaków na ich Starożytne Korzenie i przeobrazi ich myślenie nie tylko o własnej tradycji starożytnej ale także o źródłach ich wiary i religii pierwotnej Przyrodzonej Słowiańskiej.

Kilka słów o książce

W czasach szkolnych nabyłem przeświadczenia, że Polacy są pewnym ewenementem w historii świata, a ich odrębność polegać miałaby głównie na tym, że – w przeciwieństwie do wielu innych nacji, takich jak choćby Włosi, Grecy czy Niemcy – w czasach przedpaństwowych nie rozwinęli żadnych wysublimowanych form kultury. Ucząc się o początkach państwa polskiego odniosłem wrażenie, że Polska i Polacy pojawili się na arenie dziejów w roku 966 mocą jakiegoś cudownego aktu stwórczego, swoistego creatio ex nihilo, zaś Mieszko I przyjmując chrzest powołał Polskę, a z nią Polaków, do życia. […] Warto jednak zauważyć, że – począwszy od XV, a na XVIII i XIX wieku kończąc – funkcjonował zupełnie inny obraz Polaka-szlachcica, potomka starożytnych Sarmatów, będącego ucieleśnieniem wszystkich cnót, które charakteryzowały ten wyjątkowo dzielny i szlachetny lud.
Ze „Wstępu”

Dokonując rewizji dotychczasowych odczytań najdawniejszych zapisów dziejów Polski przedpiastowskiej (kronika Kadłubka, ale też Galla Anonima, Mierzwy, Długosza) i uzupełniając je równoległymi przekazami kronik czeskich, Pan Piotr Makuch zauważa uderzające analogie pomiędzy mitem założycielskim państw zachodniosłowiańskich (Polski i Czech) a historią starożytną ludów irańskich i tą częścią ich mitologii epickiej, którą w dużym uproszczeniu określa się jako „kejanidzką”. Stwierdza, że zbieżności te nie ograniczają się do pojedynczych faktów zauważanych przez wcześniejszych badaczy (przede wszystkim Plezię), lecz mają charakter kompleksowy, poparty licznymi szczegółami.
Z recenzji prof. Anny Krasnowolskiej

 

 

Oddajmy głos samemu Autorowi

mp1

mp3

mp4

mp5

mp6

mp7

 

mp10Oczywiście, że wymienione próby wyjaśnienia tego imienia są niewystarczające ponieważ ma ono ciąg powiązanych znaczeń które prowadzą do najgłębszych pokładów Wiary Przyrodzonej Słowian.

mp11

 

Tutaj o Karakoa – Caracoa – Carodunie

mp8

Przedstawiamy tutaj fragment historyczny dotyczący Dariusza Wielkiego, Cyrusa Wielkiego, Filipa Macedońskiego i Aleksandra Macedońskiego , gdyż ten watek wiąże się z kolei z pewnym artykułem który już niedługo , o Srebrnej Górze i Śmierdzącej Górze na krakowskich Bielanach

….

mp9

Gdybyśmy poszli o krok dalej to ustalilibyśmy, że oczywiście jest to ta sama idea leżąca u podstawy i że ta idea ma głęboki podkład wierzeniowy, nie legendarny tylko lecz  mitologiczny. W takim układzie zaraz wyjaśniłaby nam się sama nazwa Wawel i Babel – Wieża/Wierza i Góra szklana po której dusze ludzkie wspinaja się do Nieba – Na Welę. Zwłaszcza że u Litwinów znaleźlibyśmy opowieść o strzegącym Welskiej Góry Szklanej Smoku – WIZUNASIE, który przepuszcza „na tamten świata” tylko tych którzy rozwiążą zadaną im zagadkę.

Tagged with: , ,

Słowiańscy Mardowie

Posted in Słowianie by bialczynski on 14 Lipiec 2014

Ze Słownika T. S. Marskiego

 

Arthanjia (Artha’njia) jedno z trzech państw słowiańskich obok Khojaby(Kujawii) i Slawii znanych z zapisów arabskich, charakteryzowała się tym, że zwyczajowo zabijano wszystkich cudzoziemców którzy naruszali jej granice, miała być eksporterem ołowiu i miała być w odległości 30 dni drogi od ”ciemnego morza” czyli Czarnego Morza, czyli podobna odległość jak do krainy Gerrów(Gierów~Dzierów) 40 dni w górę dopływu Dniepru Herrosu szlak lądowy może być krótszy o 10 dni.

Część Nyji, przestrzeń Nyji sanktuArium ~ święta przestrzeń (są to analogiczne ciągi słowotwórcze), święta przestrzeń, strzeżona przestrzeń, zakazana przestrzeń dla obcych-niewiernych, w czasach historycznych ograniczona głównie do teokratycznego państwa zmarłych boga Lachów Nyi czyli Hariów, zwanej Artaniją której zwyczajowe prawa nakazywały zabijać cudzoziemców, trudno więc o cudzoziemskie przekazy z jej terytorium, ale wiadomo, że Artanija eksportowała ołów może spod Olkusza, stolicą jej miała być Artha ~ Arda.

U nas tylko jako rdzeń p’arta (Partowie) ~ b’ardo (góra) ~ b’arda (topór), m’art’wa, m’ard’ów (Mardowie) up’Arta ot’Arta, od’Arta, zad’Arta itp. więc możliwa jakaś przednia redukcja, lub to tłumaczenie na arabski nazwy Ląd Ledian-Letian (Leda-Leta) w arabskim możliwa przestawka led ~ lad ~ red ~ rad w eld-ald ~ erd ~ ard lub stolica ta to góra ~ barda (bminus)arda, Ledianie nazywali się też Bardami od góry i od pieśni co związane z Hor’watami, od Ledian chyba imię Diany redukcja w słowie Ledianie (polacy) pierwszych liter le’Diana czyli od lediana-ledianka ~ polka, jej greckie imię Arte’mida czyli od Arthy tak jak Diany od Lediańska (polski) co nam znów tu potwierdza, że Artha’nija to Polska. Samo Arta jest najprawdopodobniej skrótem od P’arta, partia ~ part ~ część czyli dzielnica, część ziemi, część kraju, rejon, Partenos to też dziewice stąd być może wzięły się Amazonki, od Partii jako kraju we władaniu dziewic (Wanda też była dziewicą), stąd Partia stała się mityczną Amazonią, czyli p’arta ~ arta-artha jako dzielnica, kraj, ukraina, okręg, artha ~ Nija, kraj, dzielnica Nyji, część ~ ziemia Nyji ~ władcy zmarłych, jak wiadomo Długosz nazywa Nyję Bogiem Lachów, być może jest związek miedzy etnonimem Pszoniec ~ Przoniec, a Part zaPrzeć ~ zaParty, jest też parcieje ~ niszczeje i nasza nazwa niszczycieli ze Storrady ziemi Smoka niszczyciela bogów.

Wspominaliśmy, że Artha’nijia ‚ołów‚ który miała eksportować wydobywany mógłby być pod Olkuszem, przy mutacji jego nazwa Orkusz ~ Alkusz ~ Arkusz stąd może i stolica Artha, bo istnieje para synonimów arkusz – k’arta (k’artelusz), po Norwesku orken to pustynia może tak samo od Scytów jak po grecku erem (elem), we frazach pustynia scytyjska choć to można wytłumaczyć, jako tłumaczenie nazwy Kele~Hele~Pełki od polany-hali górskiej na której był wiec.

 

Słowianie = Chorwaci i Hunowie

Czyli w zależności od pryzmatu przez jaki ktoś ich widział czy się sami widzieli, tak nazwę ich odczytywał, czyli widzieli nas Czesi znali nazwę Mogilan, mówili hrob więc Chrobaci, mieli wielkie stada bydła (bogactwo) więc Karwaci, mieli święte góry więc wydaje mi się, że od tego Chorwaci, góra-hora obojętnie czy to od kurhanów czyli grobów przodków, czy świątyń na górach.

Warni wydaje mi się raczej od nazwy Kruków, był sobie władca Warnów Krut, co znaczy Krut dokładnie Kruk, podobnie jest z imieniem Kraka, po Czesku Krkavec velký to kruk, po bułgarsku kruka nazwa się  Garvan Grobar, można to odczytać jako gawron grabarz.

Słownik etymologiczny Borysia, podaje dawne i obecne słowiańskie nazwy kruka czyli voron, vran, kavran, havran, psł. *gavorn, warna lit., Boryś nie wie skąd się wzięło owe *ga- jednak bułgarskie garvan z łacińskim corvus-korv’us, czy angielskim raven & grave wskazywałby, że garvan jest bez przestawki, i to był pierwotnie przymiotnik w znaczeniu wielki, pierwotna forma to karwan-garwe-grawe czyli wracamy do nazwy karw-byk po bułgarsku byk to bik, a w angielskim big-wielki, czyli ostatecznie Garvan Grobar to byłby Wielki Grabarz.

Nie jest to nic dziwnego, że byk-karw i garvan-kruk ma tą samą podstawę słowotwórczą, my mówimy wilk, a Rosjanie wołk fonetycznie bliższe naszego wołu, bo wół i wilk to pierwotnie tylko co wielkie-bolsze zwierzę.

Pierwotnie siedziby kruków to raczej małopolska i tzw. Hari przebierający się za zmarłych czerniący sadzą ciała itd. jeszcze raz podkreślę istna armia kruków, musieli dać początek Warnom nad Łabą, a Awarpi-Warni to mogą być dwie nazwy rożnego pochodzenia choć opisujący początkowo ten sam lud, oczywiście ten sam lud przynajmniej 2000 lat temu, potem historia ich mogła się oddzielić.

Jest też taka inskrypcja księcia Wrany niby z 1197-1207 jeśli dobrze odczytano to „kaloio cre” blisko granicy bułgrsko-greckiej.
„az Vrana douka vielik stvori grada Kricuva mesca 21 za molit kaloio cre”
Ja, wielki  książę Wrana, zbudowałem gród Kricowo w miesiącu maju na prośby cara Kalojan.
Niestety blok granitu z tym napisem zagiął znaleziono go w 1889 roku.
Brzmi to trochę ja Wrana zbudowałem gród Kruczewo.

Zdaje się w 824 Frankowie odnotowują w Dacji na północ od Serbów obecność Obodrytów to nazwa uformowana między dolną Odrą, a dolną Łabą, od kiedy tam praktycznie w centrum Kaganatu Awarów byli, czy zawędrowali tam może z swymi sąsiadami Longobardami, a może w ślad za nimi, czytam teraz „Państwo Samona” Labudy wywodzi, że Warnowie w 594 roku mieszkali miedzy Łabą, a Salą razem ze Słowianami, Konstantyn P. pisał też o zdobyciu Solony przez Słowian „którzy też nazywają się Awarami”, Labuda twierdzi, że Konstantemu P. coś się pomyliło.

Tylko jak komuś, kto żył sto lat po upadku dość wielkiego mocarstwa Awarów, mogło coś tak zasadniczego się pomylić, w źródłach greckich nie ma raczej nic o Obodrytach mogli oni występować, pod być może już historyczną nazwą Awarinów-Awarów wspólną dla Chorwatów i Obodrytów/Warnów, jak w Kaganacie doszło do przewrotu i zdobyli władzę Chorwaci to nie zmieniali nazwy, bo była to tak samo ich nazwa.

Zresztą mamy jednoznaczny przekaz Słowianie dawniej nazwali się Hunami. Czy Guim to Dulembowie, a może Goci czy Gepidzi, czy może Chorwaci gnębiący Obodrytów, bo z tego to jednoznacznie nie wynika.

— Cytuj —

http://www.bu.edu/english/levine/grch4+5.htm

An incident. At this time the Huns came out of Pannonia and fought many bitter battles against the French in Lorraine, but queen Brunhilda and her grandchildren made them return to their own country by giving them gifts of money (The people who were called Huns then are now called Slavs, and the land that was called Pannonia is now called Slavonia).
[…]
This emperor had been good for all of his people; he often was victorious against his enemies. He beat the Huns, who are now called Slavs, many times.
[…]
Samon, who was French, and born in the country of Sanz, went to Slavonia to do some trading, together with a group of other merchants. He arrived exactly at the point that the Slavs, who were also called the Guim [i.e., the Wends], were trying forcibly to free themselves from subjection and servitude to the Huns, who are also called the Avare, because, under them, they were held in such low esteem that when they fought against their enemies, they guarded their homes from those who were fighting, and gave them aid when they needed it. However, that did not prevent them from inflicting much shame and persecution on the Slavs, and they were so brutal to them that you would not have thought that they were men commanding other men, but wild beasts commanding old mares. Among the other cruelties that that perpetrated on them, which are so horrible to hear, they shamed and humiliated them in an unheard-of way: they went into their very homes, to spend the winter, took their wives by force, and slept with them. Such grief and troubles they brought to them. The Huns, who are called Slavs, suffered so, that when the children that the Guim engendered upon their wives were fully grown, and when they saw the suffering that their own fathers inflicted on their stepfathers, they would not tolerate it, but prepared to battle against their fathers. At this point Samo and his companions, of whom we spoke above, came into the country, and took sides with the Slavs against the Guim. The Guim were defeated by their own children.
— Koniec cytatu —

Na pewno nazwa Wołynianie z Dulembami na Wołyniu i nazwa Wolinu i Wilków (wołk) wskazywałaby z przekazem „We wcześniejszych czasach byli oni zjednoczeni przez jednego króla, który zwał się Mâchâ. Pochodził on ze szczepu który zwał się Welînbâbâ, i ten szczep urósł w powagę dzięki niemu. Wtedy nastał podział między nimi i ich państwo upadało” że imperium Awarów-Hunów zapoczątkowali-reaktywowali, jacyś na pewno zjednoczeni Połabianie ze stolicą raczej w Wolinie. Po ok. 630 możliwe, że w tym imperium dominowali Chorwaci gdzieś do 800, ale pod nazwą Huni czy Awarowie.

Wracając do Twojego wywodu Bułgarzy to Chorwaci, jeśli połączyć informację, że na wybrzeżu Kaspijskim obecnego Iranu w w II-IV wieku siedziby mieli Mardowie, którzy zdobyli w ówczesnej Persji wielkie znaczenie, a Kadłubek pisze, że Chrobry ujarzmił potężny szczep Mardów pod nazwą tą rozumie się małopolskich Chorwatów, to mamy zbieżność Bułgarzy mogą być i reimigrantami z Persji oraz Chorwatami z pochodzenia, to się nie wyklucza. 
herod:
Na początek małe sprostowanie. Wspominałem wcześniej o ludzie „Varsany” na Węgrzech, który mówił w XI w. językiem alańskim. Okazuje się, że to nie pozostałości po Awarach, a jedno z trzech plemion chazarskich, przybyłych do Panonii z Madziarami.
Wygląda więc na to, że to Chazarowie byli z pochodzenia Alanami.
Nic nie stoi więc na przeszkodzie by Awarów uznać za Słowian.

— Cytuj —Warni wydaje mi się raczej od nazwy Kruków, był sobie władca Warnów Krut, co znaczy Krut dokładnie Kruk, podobnie jest z imieniem Kraka, po Czesku Krkavec velký to kruk, po bułgarsku kruka nazwa się  Garvan Grobar, można to odczytać jako gawron grabarz.

 

Swawrilo Grumus:
Być może Mar-harii i Bul-harii b-w wul-harii znaczyłoby to samo wielcy-harii, tylko na tak wielkim obszarze domieszek różnych ludów mogło być więcej. Co do Mardów, to emigracja ich do Persji sięga czasów partyjskich (wygnańcy scytyjscy) zajmowali wąski pas wzdłuż wybrzeża kaspijskiego dotarli tam morzem?, do dziś zamieszkują tam (mo?)Gilanie (na zachód) i Mazandaranie (w mitach perskich tak nazywa się kraina diabłów, stąd ich kojarzę z Harami), chociaż z tych paru słów to mazanderański jest bardziej podobny do angielskiego (wpływ jako Sarmaci?), znów nazwa Mazeruni – Mazeni do Mazowsza – Mazurów.

http://pl.wikipedia.org/wiki/Język_mazanderański

Mardowie podlegali Białej Chorwacji a potem Polsce

 

 

Kosmas z Pragi między rokiem 1110 a 1125, w Chronica Boëmorum tak opisuje obszar diecezji praskiej: „Granice zaś jej ku zachodowi są następujące: Tuhośt, który ciągnie się do połowy rzeki Chamb, Siedliczanie, Łączaniei, Deczanie, Litomierzyce, Lemuzi, aż do środka lasu, którym są Czechy ograniczone. Następnie na północ te są granice: Pszowianie, Chorwaci i drudzy Chorwaci, Ślęzanie, Trzebowianie, Bobrzanie, Dziadoszanie, aż do środka lasu, którym otoczone są granice Milczan. Stąd na wschód te rzeki ma za granice: Bug i Styr z grodem Krakowem i prowincją, której nazwa jest Wag, z wszystkimi krainami należącymi do wspomnianego grodu Kraków. Stąd rozszerzona dołączonym pograniczem węgierskim ciągnie się aż do gór, których nazwa jest Tatry. Następnie w tej części, która zwraca się na południe, po przyłączeniu krainy morawskiej diecezja ta ciągnie się aż do rzeki, której nazwa jest Wag, i do środka lasu, którego nazwa jest Mure, i do takiej że nazwy góry, którymi odgraniczona jest Bawaria.”[13]

Piszący w XII wieku Pop Duklanin w swoim Latopisie używa określenia Białej Chorwacji w odniesieniu do północnej Dalmacji.

Wincenty Kadłubek, w Kronice Polskiej (ks. II, rozdz. 12), opisuje czyny Bolesława Chrobrego, który: podbił pod swe panowanie Selencję[14], Pomorze, Prusy, Ruś, Morawy, Czechy i pozostawił swym następcom jako [kraje] lenne. Miasto Pragę ustanowił drugą stolicą swego królestwa[15]. Poddał pod swe panowanie Hunnów, czyli Węgrów, Chorwatów i Mardów[16] szczep potężny[17]

Mardowie z Mardakanu

 

Z opowieści Heydara, który jest opiekunem i klucznikiem „Dużego Mardakanu” wynika, że wiele lat temu, jeszcze przed narodzeniem Chrystusa w tym miejscu żyło plemię Mard, które pochodziło z terenów Persji. Byli bardzo odważni (podobno jedno ze znaczeń słowa mard w języku azerbejdżańskim znaczy odważny). W bitwie pomiędzy Persami i Aleksandrem Macedońskim pod Gaugamelą (331 r. przed narodzeniem Chrystusa) Mardowie stanowili część perskiej armii obok Albańczyków kaukaskich, Kassańczyków i Girkanów. Od tego czasu ślad po Mardach znika z kart historii i tylko w rękopisach Strabona znajdziemy wzmianki o Mardach żyjących na południowo – zachodnich brzegach Morza Kaspijskiego. Jak głosi legenda, niektórzy Mardowie powrócili na Abszeron i osiedlili się w tym miejscu, które znamy jako Mardakan. Kilka wieków później miejsce Mardów stało się ważne strategicznie na Abszeronie. W czasach Shirvanshaha Akhsitana (przeniósł stolicę z Szamachy do Baku), w 1187 roku była zbudowana prostopadłościenna wieża, która była znana jako „Duży Mardakan”. Później w 1203 roku został zbudowany „Mały Mardakan”.

 

Dane nt. bitwy pod Gaugamelą podawane przez Johna Warry’ego, Armie Świata Antycznego, Warszawa 1995, s. 81:
Persowie: piechota: Gwardia 2000, najemnicy greccy 2000; lekkozbrojni: Mardowie 2000, kontyngenty chłopskie ok. 50 tys.; jazda: Persowie 10 tys, gwardia 1000, i 31 tys. innej (np. 6 tys. ciężkiej Baktryjczyków); 15 słoni i 200 rydwanów z kosami. Aleksander: piechota: falanga 12 tys., hypaspiści 3000, greccy sojusznicy 7 tys., najemnicy greccy 8-9 tys.; lekkozbrojni: Trakowie 6 tys., Reszta 3 tys.; jazda: hetajrowie 2100; reszta 4950. W każdym razie siły perskie są dużo mniejsze, niż szacunki autorów antycznych. Mimo że to pozycja popularnonaukowa jest b. rzetelna i sądzę, że szacunki tego autora są sensowne.

 

Czy Mardowie byli wyznawcami Mary- Marzanny i Mora-Marduka?

 

I mamy szereg perskich władców, z których każdy był inny i inaczej wobec poddanych postępował – Cyrus np. nic nie burzył w Babilonie, sam uznał się za pomazańca boga Marduka.

 

Góra Mora-Marduka – Meru, leżała w Hiperboreji-Zaboranii?

 

Góra MARA Mora Meru

 

Góra Meru

przez janusz » 23 lip 2011, o 22:04

M. Gersztejn: Hiperborea leży w Arktyce?

W. Uwarow – rosyjski badacz nieznanego wysnuł teorię, jakoby kraina wiecznego szczęścia znana w mitologii greckiej pod nazwą Hiperborea znajdowała się w rzeczywistości na terenie dzisiejszej Grenlandii. O tajemniczej krainie pośród północnych mórz mówią też legendy innych ludów i religii, w tym hinduizmu i buddyzmu. Tym razem wraz z hipotezami idą czyny – Rosyjskie Towarzystwo Geograficzne ma zamiar sprawdzić, czy hipotezy Uwarowa są prawdziwe.

autor: Michaił Gersztejn – przewodniczący Komisji Ufologicznej Rosyjskiego Towarszystwa Geograficznego

W czasie nadchodzącego lata ekspedycja Rosyjskiego Towarzystwa Geograficznego wyruszy na największą wyspę świata. Specjaliści podejmą próbę zweryfikowania hipotezy zakładającej, iż Grenlandia jest częścią kontynentu, który znalazł się pod wodą wskutek upadku asteroidy, co miało miejsce kilka tysięcy lat temu.
Legendarny zatopiony kontynent – Hiperborea została upamiętniona pod bardziej powszechną nazwą Atlantyda. Wyjaśnienie wydaje się jednak niespodziewane. Kontynent mógł zatonąć, ale nie w całości i poszukiwano go nie tam, gdzie należy…

[Hiperborea to w mitologii greckiej znajdująca się na dalekiej północy kraina, której nazwa bierze się od tego, że leżała za siedzibą wiatru północnego – Boreasza.]

Wśród niektórych Hindusów panują wierzenia, że ich przodkowie zamieszkiwali kiedyś okolice dzisiejszego Spitsbergenu.
W starożytnych mitach położone na dalekiej północy tereny uważane są za krainy szczęścia i pierwotne siedziby wielu ludów. Indyjski epos „Mahabharata” wspomina, iż na północ od mlecznego morza (tj. Oceanu Arktycznego) znajduje się wielka wyspa Shvetadvipa – kraina szczęścia i radości, wokół której kręci się Słońce, Księżyc i gwiazdy.
W centrum tego „pępka świata” wedle Hindusów wznosiła się złota góra Meru znajdująca się dokładnie na biegunie północnym.

Góra Meru – występuje w mitologii hinduskiej i buddyjskiej, która umieszcza ją gdzieś na północy. Jeszcze 100 lat temu uważano, że Meru istnieć mogła w rzeczywistości, gdzieś w pierwotnej europejskiej siedzibie przodków dzisiejszych Indusów.

[Góra Meru to w kosmologii hinduskiej, buddyjskiej i dźinnijskiej centrum wszystkich fizycznych i duchowych wszechświatów, siedziba Brahmy oraz innych bóstw. Wiele świątyń, jak na przykład słynne Angkor Watt w Kambodży zbudowano na wzór góry Meru. Swego czasu wierzono, iż Arianie mogli rzeczywiście przywędrować do Indii gdzieś z Europy, zaś góra Meru, która przetrwała w ich wierzeniach, istniała w rzeczywistości. W buddyzmie znana jest jako Sumeru (Wspaniała Meru).]

Hindusi uważają, że ich przodkowie przybyli z miejsca, gdzie noc trwa sto dni. Wskazuje to na noce polarne na obszarach położonych (na 77 stopniu szerokośći geograficznej N) na południe od Spitsbergenu albo na północ od Półwyspu Tajmyr.
Starożytni Grecy również uważali Hyperboreę za szczęśliwy kraj, gdzie panuje wiecznie złoty wiek. Uznali oni m.in., iż pochodził stamtąd Abaris – mędrzec i lekarz, którego Apollo obdarzył tajemniczą „złotą strzałą”. Jednak rzymski hisotryk Pliniusz starszy pisze o Hyperboreadach jako o prawdziwym ludzie.

„Słońce świeci tam przez pół roku” – pisze. „W tym leżącym w sprzyjającym klimacie kraju nie wieją żadne niebezpieczne wiatry. Nie znają tam kłótni ani żadnych cierpień. Śmierć następuje tam tylko z powodu przesytu życia…”

Hyperboreadzi nie byli jednak współczesnymi starożytnym Grekom i Rzymianom, bowiem w tamtym czasie Północ skuta już była lodem. Skąd jednak tak dokładne opisy dni polarnych? Astronomiczna liczba opisów wskazuje, że istnieje coś, na co należy zwrócić uwagę.
Klimat w dawnej Eurazji nie przypominał dzisiejszego. Potwierdzają to niedawne badania przeprowadzone u wybrzeży Szkocji, gdzie kilka tysięcy lat temu panował klimat zbliżony do śródziemnomorskiego. Zatem wedle opinii naukowców, gdzież pośrodku Oceanu Arktycznego niegdyś mogła istnieć dogodna do życia strefa o umiarkowanym klimacie.

Gdzie leży góra Meru ?
Starożytne i średniowieczne mapy ukazują Hiperboreę podobnie. Przedstawiana jest jako krągły kontynent podzielony na cztery części, pośrodku którego wznosi się góra. Pojawia się ona także na mapie Merkatora – renesansowego kartografa. Dziś próżno go jednak szukać pod wodami wokoło bieguna.
Rozwiązanie tego problemu staje się możliwe dzisiaj. Dyrektor Międzynarodowego Centrum Badań Ufologicznych, Walery Uwarow* zwórił uwagę, że konstrukcja wielu starożytnych zorientowane są nie na współczesny biegun, ale na miejsce oddalone od niego o 15 stopni. To nie błąd, bowiem kapłani przywiązywali wielką wagę do orientacji świątyń i innych budynków w związku ze stronami świata. W ten sposób chcieli albo upamiętnić pewne ważne miejsce, o znacznie większym dla nich znaczeniu niż dzisiejszy biegun północny lub wkazać jego ówczesne położenie.
Największa ze wskazówek znajduje się w Południowej Ameryce. Jest to Aleja Zmarłych, wzdłuż której zbudowano miasto Teotihuacan. Choć Majowie i Aztekowie wiedzieli, jak określać strony świata z wielką dokładnością, droga odchyla się 15 stopni ku wschodowi. Podobnie dzieje się w przypadku wielu innych monumentalnych konstrukcji na całym świecie, w tym m.in. w chińskich piramidach. Azymuty wyprowadzane z tych konstrukcji przecinają się w jednym punkcie – wznoszącej się wśród grenlandzkich lodów bezimiennej górze. Czy jest to jednak Góra Meru – były Biegun Północny?

Biegun północny zmienił położenie
Walery Michałowicz Uwarow porównał starożytne mapy z mapami dna Oceanu Arktycznego i przyznał i niemożliwe jest raczej, aby swe wnioski określić mianem przypadku. Zarysy szelfu Grenlandii i Płyty euroazjatyckiej zbiegają się z wyobrażeniami Hiperborei na starożytnych mapach.
Cztery rzeki również pasują do swych miejsc. Rzeka, która wypływa z centrum i kieruje się na południe idealnie wpasowuje się w kontur zachodniego wybrzeża Grenlandii w okolicach Morza Baffina i Cieśniny Davisa, z ujściem w kierunku Morza Labradorskiego. Rzeka płynąca na wschód odpowiada rzekom wpadającym do fiordu w Ziemi Chrystiana X, podczas gdy rzeka płynąca na północ wpada w zatokę Morza Lincolna.
Dziś w północnej części Płyty euroazjatyckiej nad wodą wznoszą się m.in. Spitsbergen, Ziemia Północna, Ziemia Franciszka Józefa oraz Nowa Ziemia.
Flamandzki kartograf Merkator użył kilku starożytnych i współczesnych mu map i nie ma wątpliwości, że korzystał z bardzo dokładnych źródeł. Dla przykładu na mapie ukazana jest cieśnina oddzielająca Azję od Ameryki Północnej, o istnieniu której w Europie dowiedziano się dopiero po ekspedycji Beringa z 1728 r.
Wydaje się, że nią ma wątpliwości, iż Grenlandia to pozostała cześć po Hyperborei. Co jednak spowodowało tak gwałtowne zmiany ?

Upadek asteroidy
Starożytne legendy wielu ludów wspominają o katastrofie na globalną skalę, o której podania różnią się jedynie opisem jej skutków. Niektóre z podań wspominają o powodziach, inne o ogniu. Czy jednak wszystkie z nich nie dotyczą niszczycielskiego upadku asteroidy, która wpłynęła na zmianę osi Ziemi. Ci, którzy znajdowali się bliżej epicentrum mówili o spadającym z nieba ogniu i gigantycznym pożarze, podczas gdy ludy zamieszkałe dalej były świadkami potopu spowodowanego wdzieraniem się ogromnych mas wody na ląd.

„Nastał deszcz ognia i ziemia pokryła się popiołem. Kamienie i drzewa przyparte zostały do ziemi i zmiażdżone… Na niebie pojawił się wielki wąż. Na ziemię spadła jego skóra i kawałki kości. Pojawiły się przerażające fale. Niebo i wielki wąż upadli na ziemię i zalali ją” – mówi jedna z legend Majów zawarta w „Chulam Balam”.

Również chińskie kroniki zawierają opis niezwykłej katastrofy. Słońce miało nie wstawać przez kilka dni. Firmament niebieski miał pęknąć, tak samo, jak Ziemia, która nigdy już nie wyglądała tak samo.
Starożytny egipski papirus zawiera odniesienia do niespodziewanej zmiany pór roku w starożytności: „zima pojawiła się zamiast lato, a miesiące następowały po sobie w odwrotnej kolejności.”

Wyobrażenie Meru znalezione na jaskiowym malunku w Chińskim Turkiestanie (Ujguristan)

Uderzenie asteroidy nie obyło się też bez skutków dla ruchu i położenia planety. Uległo zmianie położenie bieguna północnego i z czasem przybrał obecną pozycję. Biorąc pod uwagę niebezpośrednie dowody, katastrofa zdarzyła się mniej więcej 10.000 lat temu.

Prawdy dowiemy się latem…?
Zweryfikowanie hipotezy Uwarowa jest stosunkowo łatwe. Rytualne centrum Hiperboreadów stanowiła góra Meru, którą otaczał kompleks świątynny i prowadząca w górę droga. Góra nigdy nie pokryta jest lodem. Rosyjskie Towarzystwo Geograficzne planuje latem wyprawę na Grenlandię, która potwierdzi lub obali odważną teorię Uwarowa (znanego m.in. z twierdzeń dotyczących tajemniczej syberyjskiej Instalacji). Według opinii dr Uwarowa, szanse na znalezienie czegoś w niezbadanych dotąd regionach są dość duże.
– Ekspedycja rozpocznie się na przełomie lipca i sierpnia, kiedy trwa grenlandzkie lato, zaś w okolicy w najmniejszej ilości występuje pokrywa lodowa i śnieżna. Ustalone już zostały zasady finansowania oraz duńskie wizy. Polecimy do Upernavik – miejsca oddalonego o 200 km od miejsca, gdzie znajduje się góra, w dalszą podróż udając się helikopterem.
Jeśli się uda, ekspedycja jako pierwsza po tysiącach lat dotrze do legendarnej góry. Przedtem w miejsce to nie docierały inne naukowe wyprawy. Dla ludności rodzimej miejsce to jest święte. Jeśli uda się potwierdzić teorię dr Uwarowa, będzie to jedno z największych odkryć w dziejach ludzkości.

Cywilizacje arktyczne
Szukano ich także w rejonie Półwyspu Kolskiego.
Pierwsze pogłoski mówiące o istnieniu ruin pozostawionych przez antyczną cywilizację w północnej części europejskiej Rosji pojawiły się w pierwszej połowie ub. wieku. Okultysta i mistyk Aleksandr Barczenko po otrzymaniu specjalnego wsparcia od szefa sekcji specjalnej OGPU Gleba Bokija wyruszył wraz z pięcioma towarzyszami w głąb Półwyspu Kolskiego. Wkrótce piotrogradzka „Krasnaja Gazieta” opublikowałą sensacyjny wywiad, w którym Barczenko mówi o odkryciu ruin świątyń starszych niż egipskiej piramidy.
Jednakże w 1923 roku w celu zweryfikowania odkrycia udał się tam Arnold Kołbanowski. Znalazł przewodnika Barczeniki i przy udziale lokalnych władz pokonał po raz kolejny tą samą drogę. Okazało się, że „ruiny”, o których mówił Barczenko to niezwykłe twory przyrody. Jego znajomość z wysoko postawionymi urzędnikami nie wyszła mu jednak na dobre. Barczenko został zaresztowany i rozstrzelany w 1937 roku.
http://www.infra.org.pl/historia-/paleo … -w-arktyce

Mała ciekawostka – Góra Meru znajdowała się na planecie Deneba. Zasłynęła z tego, że to na niej odbywało się słynne Konklawe Jedi.

 

Marduk

 

Marduk (sum. damar-dutu, tłum. „Młody byczek boga Utu”)[1] – bóstwo opiekuńcze miasta Babilon, najważniejszy bóg panteonu babilońskiego, syn boga Enki/Ea, małżonek bogini Sarpanitu, łączony z planetą Jowisz.

Ze względu na pozycję miasta, Marduk szybko stał się naczelnym bóstwem Mezopotamii. W szczytowym nasileniu kultu innych bogów uważano za jego sługi bądź jedynie inne aspekty jego osobowości. Jego kult stał się również popularny w Asyrii.

Symbolem Marduka było trójkątne narzędzie rolnicze – łopata lub motyka – zwane marru (ponieważ na początku był najprawdopodobniej, jak inni bogowie, jedynie lokalnym bóstwem rolniczym). Towarzyszył mu wąż-smok.

Kojarzy się go przede wszystkim z takimi dziedzinami, jak magia, mądrość, woda i sądownictwo – im bowiem patronował.

 

Marduk (Sumerian spelling in Akkadian: AMAR.UTU 𒀫𒌓 „solar calf”; perhaps from MERI.DUG; Biblical Hebrew מְרֹדַךְ Merodach; Greek Μαρδοχαῖος,[1] Mardochaios) was the Babylonian name of a late-generation god from ancient Mesopotamia and patron deity of the city of Babylon, who, when Babylon became the political center of the Euphrates valley in the time of Hammurabi (18th century BCE), started to slowly rise to the position of the head of the Babylonian pantheon, a position he fully acquired by the second half of the second millennium BCE. In the city of Babylon, he resided in the temple Esagila.[2]

According to The Encyclopedia of Religion, the name Marduk was probably pronounced Marutuk. The etymology of the name Marduk is conjectured as derived from amar-Utu („bull calf of the sun god Utu”).[2] The origin of Marduk’s name may reflect an earlier genealogy, or have had cultural ties to the ancient city of Sippar (whose god was Utu, the sun god), dating back to the third millennium BCE.[3]

In the perfected system of astrology, the planet Jupiter was associated with Marduk by the Hammurabi period.[4]

 

Marduk’s original character is obscure but he was later associated with water, vegetation, judgment, and magic.[5] His consort was the goddess Sarpanit.[6] He was also regarded as the son of Ea[7] (Sumerian Enki) and Damkina[8] and the heir of Anu, but whatever special traits Marduk may have had were overshadowed by the political development through which the Euphrates valley passed and which led to people of the time imbuing him with traits belonging to gods who in an earlier period were recognized as the heads of the pantheon.[9] There are particularly two gods—Ea and Enlil—whose powers and attributes pass over to Marduk.

In the case of Ea, the transfer proceeded pacifically and without effacing the older god. Marduk took over the identity of Asarluhi, the son of Ea and god of magic, so that Marduk was integrated in the pantheon of Eridu where both Ea and Asarluhi originally came from. Father Ea voluntarily recognized the superiority of the son and hands over to him the control of humanity. This association of Marduk and Ea, while indicating primarily the passing of the supremacy once enjoyed by Eridu to Babylon as a religious and political centre, may also reflect an early dependence of Babylon upon Eridu, not necessarily of a political character but, in view of the spread of culture in the Euphrates valley from the south to the north, the recognition of Eridu as the older centre on the part of the younger one.

 

I na koniec znów wróćmy do Marskiego

 

mar 70

 

 

Tagged with: , ,

Giacomo Benedetti – Indo-europejska lingwistyka: indo-irańscy niszczyciele głosek

Posted in nauka, Słowianie by bialczynski on 11 Czerwiec 2014

[ɣʷ]

Publikujemy polskie tłumaczenie ważnego artykułu z dziedziny lingwistyki umieszczonego na brytyjskim blogu:

http://new-indology.blogspot.co.uk/2013/07/indo-european-linguistics-indo-iranian.html

© translate by Katarzyna Goliszek

 

Indo-europejska lingwistyka: indo-irańscy niszczyciele głosek

 

Mówi się tak dużo na temat archeologii i genetyki, więc powinniśmy pomówić o lingwistyce, która jest podstawą pojęcia indo-europejskości i pełni ważną rolę w indologii.

Właściwie, ewolucja nowożytnej indoeuropejskiej lingwistyki jest dosyć podobna do tej odnoszącej się do kwestii ojczyzny (germ. Urheimat) Indo-Europejczyków.

Początkowo, Sanskryt był uważany za pierwotny/źródłowy język indo-europejski, a Indie za jego ojczyznę, następnie środkowa Azja (za Pictet (Adolphe)), stała się oficjalnym kandydatem, jak również j. indo-irański miał nadal, jak najbardziej znaczącą pozycje.Jednak podczas 19 wieku powstały pewne wątpliwości dotyczące faktu, że Sanskryt albo j. indo-irański, były bardziej pierwotne/źródłowe od języków europejskich, zaczynając od j. greckiego. Jest to interesujące, że ta zmiana była współczesna z przejściem z długiego okresu Orientalizmu (w pozytywnym znaczeniu, powstało sformułowanie ex Oriente lux) do Eurocentryzmu w kulturze europejskiej. Europa stawała się imperialistycznym panem świata i już nie musiała uczyć się niczego więcej od Azji.

 

W latach dwudziestych 19 wieku, Hegel rozwinął filozofię historii, która umiejscowiła Europę na wierzchołku ewolucji, w której Wschód był dość prymitywny, a Grecja była miejscem gwałtownego rozkwitu wolności i filozofii. Jak pisał w swoich „Lectures…” (Lectures on the Philosophy of World History by Georg Wilhelm Friedrich Hegel, Johannes Hoffmeister):

„Ludy orientalne nie wiedzą, że duch albo człowiek jako taki, są wolni sami w sobie, a ponieważ nie wiedzą o tym, sami nie są wolni. Oni wiedzą tylko, że Jeden jest wolny… Świadomość wolności początkowo powstała u Greków i byli oni w związku z tym, wolni, ale, tak jak Rzymianie, wiedzieli tylko, że Niektórzy, a nie wszyscy ludzie jako tacy, są wolni… Narody germańskie, wraz z powstaniem chrześcijaństwa, jako pierwsze, zdały sobie z tego sprawę, że Wszyscy ludzie, z natury są wolni, a wolność duszy jest podstawową treścią.”

 

Według Hegla, cala europejska nauka i sztuka powstała w Grecji. Jego zdaniem, początków greckich należy poszukiwać w Oriencie, ale Grecy, wszystko to, co otrzymali od ludów orientalnych, ‚przekształcili’, ‚zreformowali’ i ‚odrodzili’. Twierdził on również, że Grecy byli pomostem od barbarzyństwa do cywilizacji, oraz wynalazcami historii (Africa, Asia, and the History of Philosophy: Racism in the Formation of the Philosophical Canon, 1780-1830 (Suny Series, Philosophy and Race) by Peter K. J. Park).

 

W tamtych czasach kultura niemiecka hołdowała Grecję (jak można to również zobaczyć w architekturze neoklasycznej w Berlinie i innych miastach niemieckich), która obaliła kult dla Indii i Wschodu. Czy nie jest to przypadek, że to jest odzwierciedlone także w lingwistyce?

 

W roku 1837, Theodor Benfey, ważny filolog niemiecki, zasugerował, że pięć krótkich samogłosek w j. greckim („α”, „ε”, „ι”, „ο”, „υ”), może być uważane za bardziej oryginalne, niż ”biedniejszy” system trzech krótkich samogłosek sanskrytu („a”, „i”, „u”), z „e” i „o”, traktowanymi, jako ‚ zmętnienie/zakłócenie (clouding’ (ger. ‚Trübung’)) (The Study of Indo-European Vocalism in the 19th century: From the beginnings to Whitney and Scherer. A critical-historical account (Studies in the History of the Language Sciences) by Wilbur A. Benware). Tak wiec greckie samogłoski, nie były zniekształceniem samogłosek Sanskrytu, ale zupełnym *paradygmatem, zubożonym przez Indo-Irańczyków. Niemniej jednak, ten sposób widzenia obalił tradycyjny pogląd, głoszony także przez Hegla, a mianowicie, że Orient był podłożem greckiej cywilizacji i że rozwój przyszedł od najprostszego do bardziej złożonego.

 

W roku 1848 Curtius nadal odpowiadał na sugestie Benfeya zauważając, że Sanskryt, j. gocki (Gothic) i starożytny j. perski (Old Persian), wszystkie były zgodne w systemie trzech krótkich samogłosek. Niemniej jednak, dziesięć lat później, w swojej pracy poświęconej j. greckiemu, zgodził się z opinią, że Sanskrytowi przypisywano zbyt duże znaczenie w gramatyce porównawczej. Następnie, pojawili się gramatycy języków nowożytnych (Neo Grammarians) i ”odkryli” Regułę Zmiękczającą (Palatal Law), zgodnie z którą dwie przednie samogłoski („e”, „i”) zmiękczały głoski podniebienne w j. indo-irańskim: w przypadku „e”, zanim przeszła w „a”. Znanym przykładem (The Quest for the Origins of Vedic Culture: The Indo-Aryan Migration Debate by Edwin Bryant, Edwin Francis Bryant) jest w Sanskrycie forma dokonana kṛ”robić”: cakāra. Dlaczego nie kakāra? Ponieważ to słowo powstało z *kekora, a j. grecki potwierdza istnienie oryginalnej samogłoski z ponownym powielaniem samogłoski czasu dokonanego „ε” (e.g. γέγονε). Jednak, dlaczego w takim razie nie możemy znaleźć cytowanego przykładu słowa cukrodha, forma dokonana od krudh lub cukopa od kup, albo jugopa od gup? Gdzie znajdowała się samogłoska przednia „e”, czy też „i”? Po prostu, w Sanskrycie, każda głoska tylnojęzykowa jest normalnie zastępowana przez podniebienną w procesie podwojenia, możliwe, że z przyczyn utraty podobieństwa dźwięczności (euphonic reasons of dissimilation).

 

Fakt, że j. grecki nie miał takiego podwojenia, nie jest dowodem, że nie jest ono oryginalne w Sanskrycie, a właściwie, system Sanskrytu ma wewnętrzną logikę, ponieważ rdzenie posiadają podwojenie z poszczególną samogłoską rdzenia („a”, „i” lub „u”), podczas, gdy j. grecki zawsze używa „e”. Jak zauważył Kulikov (Reduplication in the Vedic verb: Indo-European inheritance, analogy and iconicity by Leonid Kulikov):

 

”Wygląda na to, że starożytny j. indo-aryjski zachował oryginalny proto-indo-europejski system ponownego podwojenia w mowie, w lepszym stopniu niż jakikolwiek inny j. indo-europejski.”

 

Możemy nawet przypuszczać, że j. grecki posiada „e”, ponieważ poprzednia głoska podniebienna zmiękczyła kolejną samogłoskę, zanim stała się ona tylnojęzykowa <przypuszczam, że w starożytnym j. greckim, podniebienne dźwięki nie były znane, ponieważ język pierwotny/substrat ich nie miał>. Jeśli chodzi o zmiękczanie/palatelizację głosek, wydaje się, że, biorąc pod uwagę zasady głosek podniebiennych, lingwistom chodziło o proces, który dokonał się w j.łacińskim we Włoszech, ze zmiękczeniem łacińskiego tylnojęzykowego „c” przed „e” , czy też „i”. Jest jednak interesującą rzeczą to, że w j. francuskim występuje zmiękczenie/palatelizacja także przed „a”, jak w chat pochodzącego od cattus ‚cat’ (https://en.wikipedia.org/wiki/Palatalization#Phonetics).

Następnym ważnym przykładem, który jest często podawany jest partykuła „ca” w Sanskrycie, porównywana z łacińskim „que”, greckim „τε” (mykeńskim „qe”), znowu wyjaśniane jako zmiękczenie/palatelizacja, która nastąpiła ze względu na oryginalną przednią samogłoskę „e”.

 

Jednak, skoro Indo-Irańczycy tak bardzo skłaniali się ku zmiękczeniu/palatelizacji tylnojęzykowej występującej przed „e” oraz „i”, dlaczego mamy wiele słów z sylabami „ki” i „ke” (które pochodzą od „*kai”) lub z „ka” od hipotetycznego tzw. PIE *ke”?

 

Nawet, jesli uznamy, że rodzaj nijaki „kim” posiadał tylnojęzykowe głoski analogicznie do męskiego „kas”, dlaczego mamy taki czasownik, jak ciketati, który według przypuszczeń pochodzi od *kueit lub ciketi od ci, co oznacza ‚obserwować/dostrzegać’,przypuszcza się, że pochodzi od *ku̯ei-?Kiedy wyjątek przestaje potwierdzać regułę i zaczyna podważać istnienie tej reguły?
Jednak, moja wątpliwość jest bardziej radykalna. Ciężko jest mi uwierzyć w to, że z systemu pięciu krótkich samogłosek, wyłonił się system trzech, a w szczególności w to, że wszystkie „e” i „o” stały się „a”, z systematycznym upraszczaniem, które można by nazwać zadziwiającym fenomenem w historii ludzkości! Zwłaszcza, kiedy przejście z „o” na „a” nie jest czymś nieznanym (na przykład w j. rosyjskim, jak również często w „amerykańskim” angielskim „o” jest wymawiane jak „a”, przejście z „e” na „a” wydaje się czymś bardzo niezwykłym. Na odwrót, przejście z „a” na „e” lub „o” jest potwierdzone w wielu językach, włącznie z językami indo-aryjskimi i irańskimi. Sam Sanskryt zamienił „as” w „o” na koniec wyrazu oraz w „e” w środku wyrazu.

 

Także j. angielski jest dobrym przykładem: niemieckie „Mann” odpowiada angielskiemu „man” (wym. men), niemieckie „waschen” angielskiemu „wash” (wym. wosh). Gdyby angielski nie był językiem, w którym pisano przed zmianą, mielibyśmy obecnie język z wieloma „e” i „o” zamiast „a”, i możliwe, że niektórzy lingwiści spieraliby się, że angielskie dźwięki mogły być bardziej oryginalne.
Oto, czego możemy dowiedzieć się z tego źródła (Indo-European Phonetics – Short vowels) na temat indo-europejskich dźwięków:

 

„System dźwięków wydawał się być zupełnie zniszczony w językach indo-irańskich, gdzie dwie główne głoski indo-europejskie: ”*e” oraz „*o”, zbiegły się z „*a”. Jednak to przejście „*e”> „a” nie jest tutaj czymś niezwykłym: kilka języków anatolijskich: luwijski i palajski także ucierpiały z tego powodu.”

 

Jakie to smutne, że te barbarzyńskie rasy zniszczyły ten piękny europejski system dźwięków!

 

Wydaje się, że przeciętny językoznawca nie jest świadomy problemów, jakie ta teoria ze sobą niesie i pokolenia lingwistów nie znalazły niczego dziwnego w tym, że Indo-Irańczycy przekształcili każde „e” i „o” bez wyjątku w „a”, które nie jest bardzo potrzebne do rozróżnienia słów. Jedynym wyjaśnieniem, jakie mogę sobie wyobrazić na temat tak niewiarygodnej teorii jest takie, że język pierwotny/substrat nie znał „e” i „o”, tak jak klasyczny arabski. Aczkolwiek, to znaczyłoby, że Indo-Irańczycy nie byli zmieszani praktycznie z oryginalnymi ludami posługującymi się językami indo-europejskimi. Również zastanawiające jest to, dlaczego rozwinęli oni te dźwięki później w każdym z indo-irańskich dialektów/języków. Następnie, jak jest możliwe to, że żaden dialekt/język indo-iranski nie zachował ich? Kwestia j. arabskiego jest również interesująca, ponieważ „a” często zmienia się w „e” w wielu jego dialektach (http://en.wikipedia.org/wiki/Arabic_language#Vowels) w krajach muzułmańskich ale nie arabskich, (gdzie nie mówi się po arabsku, tak jak w Turcji), gdzie słyszy się słowa arabskie wymawiane z „e”, jak „Allahu ekber”…

 

Co więcej, jak zostało to zauważone w cytowanym fragmencie, znajdujemy „a” na miejsce „*e” również w niektórych językach anatolijskich, które są uważane za najbardziej archaiczne w niektórych aspektach. Niemniej jednak, wydaje się to dziwne, iż nie ma wzmianki o tym, że dla tzw. PIE „*o” mamy „a” w językach anatolijskich, z wyjątkiem j.licyjskiego, w którym występuje „e”. Może tak jest, ponieważ odnosi się on do j. proto-anatolijskiego, w którym, zgodnie z tym, co mówią lingwiści, wszystkie pięć samogłosek jest ‚prawie nienaruszone’ (Anatolian Historical Phonology. (Leiden Studies in Indo-European 3) by H. Craig Melchert). Widocznie, dlatego że j. luwijski posiada tylko takie samogłoski jak „a”, „i”, „u” jest on uważany za ‚redukcję’ (The Oxford Handbook of Ancient Anatolia: (10,000-323 BCE) by Sharon R. Steadman,Gregory McMahon).

Tak czy owak, patrząc na listę na tej stronie ( (Indo-European Phonetics – Short vowels)), można zauważyć, że mamy „a” zamiast „*o” w językach albańskim, ilyryjskim, trackim, frygijskim, germańskim i bałtyckim, oprócz indo-irańskiego. Trzy z tych języków (ilyryjski, tracki, frygijski) są starożytne, a j. bałtycki zachował wiele elementów indo-europejskich elementów. {Od tłumacza – brak wzmianki o j. słowiańskim i jego ”o”!!!}. Czy to nie jest wskazówka, że „a” mogło być bardziej oryginalne? Z takim podziałem między językami indo-europejskimi, jak możemy zdecydować czy jedna czy druga samogłoska jest oryginalna?

 

Hiszpański uczony F. Villar utrzymuje, że „o” nie było obecne w tzw. PIE. Zauważa on również, że w starożytnym ‚Old European’ (http://en.wikipedia.org/wiki/Old_European_hydronymy) często występuje dźwięk „a”. Na przykład, jest wspólny element w nazwach rzek: Var-, który pochodzi od rdzenia tzw. PIE.

 

*(H)u̯eh1-r, tak jak wedyjskie

vār (water/woda), luwijskie u̯a-a-ar,

tocharskie B war. W takim razie, również w j. tocharskim (http://en.wikipedia.org/wiki/Tocharian_languages#Comparison_to_other_Indo-European_languages) (https://en.wikipedia.org/wiki/Sanskrit#Vowels) występuje „a” w miejsce „*e” w niektórych przypadkach i także „a” w miejsce „*ō̆”, tak jak w j. tocharskim A

śtwar ‚cztery’ (tzw. PIE *kwʷetu̯óres), czy też vak ‚voice/głos’) (tzw. PIE *u̯ṓkʷs).

 

Drobiazgowi językoznawcy oczywiście mówią, że to wszystko to modyfikacje oryginalnej samogłoski, ale ja to uważam za zwyczajny dogmatyzm. Powszechna teoria twierdzi, że tzw. PIE „*o” zmieniło się w proto-tocharskie „*e” albo „*æ”, które zmieniło się w „a” w tocharskim, jak również w „e” w tocharskim B. Czy nie jest bardziej prawdopodobne to, że one wszystkie pochodzą od „*a” aniżeli od „*o”? Zmiana z tylnej na przednia samogłoskę, jest dużo trudniejsza niż ze środkowej lub prawej środkowej samogłoski „a”. Powinniśmy zauważyć w tym miejscu, że w wymowie w Sanskrycie, krótkie „a” jest raczej wymawiane, jako środkowa samogłoska (http://en.wikipedia.org/wiki/Laryngeal_theory#Corroboration_by_Hittite_texts), a nie jako przednia samogłoska, tak jak a w wielu językach europejskich. Ta środkowa samogłoska mogła łatwo przejść albo w przednią samogłoskę „e”, albo w tylną samogłoskę „o”.
Problem tkwi w tym, że wielu językoznawców zgadza się z hipotetycznymi proto dźwiękami i zajmują się nimi tak, jakby były one prawdziwymi bytami. A jeśli masz jakieś wątpliwości co do ich istnienia, to reagują oni jak jakiś katolik, kiedy zaprzeczysz istnienia (tzw.) „trójcy świętej”.

 

Laryngały (http://en.wikipedia.org/wiki/Laryngeal_theory#Corroboration_by_Hittite_texts) to jedne z tych nienaruszalnych bytów. Językoznawcy dyskutują o ich liczbie w taki sam sposób, w jaki teolodzy mogliby dyskutować o liczbie boskich hipostazji… albo może przypominają oni bardziej matematyków i uważają, że językoznawcze fakty są przedmiotem dedukcji, tak jak formułki matematyczne. Platonizm często wyłania się w nauce Zachodu… Istotnie, Hermann Grassmann (http://en.wikipedia.org/wiki/Hermann_Grassmann), prekursor gramatyków języków nowożytnych „Neo-Grammarians”, w poszukiwaniu ścisłych praw w zmianie fonetycznej, był przede wszystkim matematykiem… Ostatnio, jak zaobserwował Bernard Sergent, istnieje rodzaj algebraicznego umatematyczniania (mathématisation algébrique) gramatyki porównawczej. Teoria Benvenistea głosi, że rdzeń spowodował rozkład wyrazów i fonemów i że wyrazy indo-europejskie obecnie rekonstruowane, przypominają równania…

 

To prawda, że języki anatolijskie dają nam znak klinowy dla dźwięku zapisywanego jako „ḫ”, które w innych językach jest bezdźwięczne, jak hetyckie ḫants (przód/front), (twarz/ face)’, w Sanskrycie i w Grece ‚anti’, w j. luwijskim ḫawi (owca/sheep) w Sanskrycie avi, łacińskie ovis. Jednak, nawet jeśli przyjmiemy, że to nie jest dodanie, ale oryginalna cecha i, że „ḫ” i „ḫḫ” (często występujące w anatolijskich tekstach) maja dwa różne dźwięki, gdzie jest dowód na trzy lub cztery (nie mówiąc o 6 czy 8, czy więcej) inne laryngały, poza rekonstrukcjami metafizycznymi (często sugerujących wymowy, które przekraczają ludzkie możliwości)?

Znacząca kwestia jest to, że teoria laryngalna ma swoje podstawy we „współczynnikach dźwiękowych” (coéfficients sonantiques), które zaproponował de Saussure w celu wyjaśnienia dlaczego rzekome oryginalne „*e” zmieniło się w „a” lub tez „o”. Jednak, jeśli zgodzimy się z tym, że „a” było oryginalne i że łatwo zmieniło się w „e” oraz „o” także bez konieczności użycia specjalnych „współczynników dźwiękowych”, nie potrzebujemy trzech laryngałów, w szczególności laryngał (a-colouring) *h2 okazałby się niepotrzebny. Jeśli chodzi o *h3 (o-colouring), przyjrzyjmy się j. angielskiemu. Fakt, że ball (piłka) jest wymawiana jako bol, nie wynika z obecności żadnego tajemniczego laryngału, ale raczej z następującej „l”, jak w wall (sciana) i fall (upadek). Również zmiana z „a” na „o” w j. bengalskim, nie wymaga dźwięków, które już zniknęły, na przykład nômoshkar za namaskar.
Rowniez prawo Brugmanna (https://en.wikipedia.org/wiki/Brugmann%27s_law), które mówi, że tzw. PIE (http://en.wikipedia.org/wiki/Proto-Indo-European_language) „*o” (apofoniczny zmiennik <the ablaut (http://en.wikipedia.org/wiki/Indo-European_ablaut) alternant> samogłoski „*e”) w sylabach nie końcowych, stało się „*ā” w sylabach otwartych (sylabach kończących się samogłoską) w j. indo-irańskim (http://en.wikipedia.org/wiki/Indo-Iranian_languages ), może być odwrócone. Jest jeszcze inny ważny fakt na temat wymowy „ā” w Sanskrycie: jest to otwarta tylna, aniżeli środkowa, samogłoska „l”. I to samo jest z perskim długim „a”, podczas, gdy krótkie „a” jest wymawiane jako przednia samogłoska „æ” (http://en.wikipedia.org/wiki/%D9%81%D8%A7%D8%B1%D8%B3%DB%8C%D8%A9#Vowels).
Ponieważ prawo Brugmanna dotyczy w szczególności języka greckiego (sanskryckie jajāna, greckie γέγονε), możemy przypuszczać, że „*ā” w sylabach nie końcowych w j. proto-greckim, było wymawiane jako tylna samogłoska. Natomiast krótkie „a” było często wymawiane, jako samogłoska przednia, w sposób podobny do perskiego. Wtedy opozycja ilościowa „*a/ā” byłaby zastępowana przez opozycję jakościową „*e/o”. W przypadku końcowych sylab, końcowe „*ā”, zostałoby zachowane w j. greckim (i w j. łacińskim również) i co jest ciekawe, łatwo zmieniłoby się w „ē” (η), w dialektach jońskich.

 

Jeśli chodzi o język tocharski, przejście z późnego tzw. PIE „ā” do j. proto-tocharskiego „o”, jest już ogólnie uznane, z wyjątkiem końcowej pozycji (co też znalazłem w artykule napisanym przez Ronalda Kima) (http://en.wikipedia.org/wiki/Tocharian_languages#Vowels_2).

Jeszcze innym ciekawym aspektem w j. greckim (i w j. łacińskim), są rzeczowniki z rdzeniem naprzemiennym, jak w -es-/-os-, jak genos-/genes-. Jeśli przypuścimy, że indo-irańskie -”as”- jest oryginalne, ta przemienność może pochodzić od dwóch modyfikacji, w różnych przypadkach, z tego samego dźwięku. To samo można powiedzieć, o tych innych przypadkach, w których niektóre języki indo-europejskie, maja „e”, inne maja „o”, dla przykładu, w j. łacińskim pēs, pedis (stopa/foot), w j. greckim πούς, ποδός, albo tez, odwrotnie, łacińskie novus (nowy/new), grecki νεός.

W tym punkcie kończę. Nie przedstawiłem całej teorii systematycznie, ale myślę, że te wskazówki, które zebrałem przez ileś lat obserwacji, powinny być przedmiotem refleksji, a może nowych ścieżek językoznawczych. Dedykuję ten artykuł Satyi Swarup Misrze, którego prace dały mi pierwszy impuls do tych rozważań.

Giacomo Benedetti, Kyoto, Japonia, 1 sierpnia 2013

 

[ɣʷ]

Przypisy:

 

Według Wikipedii:

 

*Paradygmat (ujednoznacznienie)

 

1. paradygmat – w nauce wzorzec lub najogólniejszy model lub jako wzorcowy przykład

2. paradygmat fleksyjny

 

Paradygmat – w rozumieniu wprowadzonym przez filozofa Thomasa Kuhna w książce Struktura rewolucji naukowych (The Structure of Scientific Revolutions) opublikowanej w 1962 roku – to zbiór pojęć i teorii tworzących podstawy danej nauki. Teorii i pojęć tworzących paradygmat raczej się nie kwestionuje, przynajmniej do czasu kiedy paradygmat jest twórczy poznawczo – tzn. za jego pomocą można tworzyć teorie szczegółowe zgodne z danymi doświadczalnymi (historycznymi), którymi zajmuje się dana nauka.

 

Charakterystyka

Najogólniejszym paradygmatem jest paradygmat metody naukowej, jest to kryterium uznania jakiejś działalności za naukową.

Paradygmat od tzw. dogmatu odróżnia kilka zasadniczych cech:

  • nie jest on dany raz na zawsze – lecz jest przyjęty na zasadzie konsensusu większości badaczy,

co nie oznacza, że naukowcy głosują nad przyjęciem lub odrzuceniem paradygmatu, liczy się zgodność paradygmatu z dotychczasową wiedzą i spełnienie wielu warunków (w zakresie np. istniejących dowodów)

  • może okresowo ulec zasadniczym przemianom prowadzącym do głębokich zmian w nauce zwanych rewolucją naukową (zobacz: experimentum crucis),
  • podważa sens absolutnej słuszności.

samo pojęcie „absolutnej słuszności” nie ma charakteru naukowego.

Dobry paradygmat posiada kilka cech i m.in. musi:

  • być spójny logicznie i pojęciowo,
  • być jak najprostszy i zawierać tylko te pojęcia i teorie, które są dla danej nauki rzeczywiście niezbędne,
  • dawać możliwość tworzenia teorii szczegółowych zgodnych ze znanymi faktami. (…)

 

Paradygmat fleksyjny leksemu – zbiór wszystkich form fleksyjnych danego wyrazu. Na opis paradygmatu oprócz informacji, w jakich formach fleksyjnych może dany wyraz występować, składa się także informacja o właściwych poszczególnym formom końcówkach fleksyjnych.

(…)

 

*Teoria laryngalna – teoria, według której w języku praindoeuropejskim, oprócz zwykłych spółgłosek i samogłosek istniały trzy głoski o artykulacji gardłowej lub krtaniowej, zwane głoskami laryngalnymi lub w skrócie laryngałami (z gr. larynx ‚krtań’).

Hipotezę co do istnienia laryngałów w prajęzyku zaproponował w 1879 Ferdinand de Saussure, jako wyjaśnienie pewnych irracjonalnych z pozoru zjawisk fonetycznych obserwowanych w językach indoeuropejskich (np. wzdłużeń), zwłaszcza w starożytnej grece w formach i wyrazach odziedziczonych z prajęzyka. Laryngały utrzymały się jedynie w języku hetyckim i we wczesnych pożyczkach indoeuropejskich w językach uralskich.

Laryngały w piśmie oznacza się symbolicznie jako h1, h2, h3, ale ich rzeczywistego brzmienia nie znamy. Wiadomo tylko, że miały one możność wpływu na barwę sąsiadującej samogłoski, a przede wszystkim na barwę samogłoski powstającej na miejscu zanikłego laryngału. I tak, h1 daje przeważnie samogłoskę [e], h2 [a], a h3 [o]. Przypuszcza się że h1 brzmiało jak [ʔ] lub [h], h2 jak [x] lub [ħ] a h3 jak [xʷ] lub [ɣʷ]. (…)

Czy w Berlinie postawią pomnik pomordowanym Słowianom?

Posted in Słowianie by bialczynski on 24 Maj 2014

Über_den_Dächern_von_BerlinSist – stolica państwa Guniów Hakowników z V wieku n.e., lecz jeszcze dawniej obwar mitycznego Bierły Awarisa – Bierlin,  zwana przez zapis kronikarski  Soest, a potem znana też jako Copnik-Kopanica (Koepenig), dzisiaj Berlin – ciekawe jak Niemcy tłumaczą sobie tę nazwę.

 

Berlin – stolica Niemiec. Miasto zbudowane na zagrabionych Słowianom Połabskim i Łużyczanom, Serbom Łużyckim ziemiach. Całe Wschodnie Niemcy to ziemie zagrabione Słowian.  Do tego ten haniebny plan wymordowania, który nie został wcielony w życie dzięki nam samym, dzięki naszej walce z Hitlerem, dzięki deszyfratorskim działaniom Polaków związanym z Enigmą (a tak niewiele dni zabrakło do hitlerowskiej bomby atomowej i rakiet z głowicami które spadłyby na Londyn i USA!!!), także dzięki dostarczeniu przez Polaków dowodów Hitlerowskiej Zbrodni na Żydach (a nie na Polakach i Rosjanach, których zginęło 30 milionów) w Auschwitz (za co do dzisiaj nazywa się Polaków w ich niemieckich gazetach i TV  Antysemitami, a Auschwitz polskimi obozami zagłady). 

Na temat tego pomnika, który nam Polakom powinni w Berlinie Niemcy postawić pisałem w artykule

Gott mit Uns, Nasze Godło, czyli jak w nowym godzie, 2013, pogodzić nowe stare ze starym nowym [kliknij]

[przypominam ten artykuł z przełomu roku 2012 i 2013 także ze względu na wypowiedziane tam proroczo słowa o Wielkiej Zmianie w roku 2013 – w tym kontekście inaczej przedstawia się sprawa Ukrainy, jak myślę.]

Przeczytajcie sobie teraz wiadomość z Gazety Polskiej Codziennie – 24 maja 2014, 70 lat po roku 1944, 70 lat po zamordowaniu 180 tysięcy Warszawiaków po powstaniu Warszawskim, 75 lat po wymordowaniu Polskiej Inteligencji. Dziadek mojej żony ocalał cudem z Pogromu Profesorów Uniwersytetu Jagiellońskiego.  Polonia Niemiecka nadal nie ma praw mniejszości narodowej ani zwróconego majątku zagrabionego przez Hitlerowców.

Bez dalszego komentarza pozostawiam tę sprawę. Myślę, że jest zupełnie jasne kontynuacją czego są współczesne Niemcy – Prus (nazwa zagrabiona tak jak ziemia) i III Rzeszy!

 

au 2222

Kamienne i drewniane Baby Połowców spod Doniecka (X wiek) oraz stelle i baby Słowian, Prusów i Scytów (Prasłowian)

Posted in Słowianie by bialczynski on 18 Maj 2014

Połowcy-Kumanowie to podobnie jak Bułgarzy grupa plemienna mieszana o pochodzeniu tursko-słowiańskim. Między 11 a 13 wiekiem tworzyli wielkie państwo nad Morzami Czarnym i Koszpijskim, które obejmowało swoją władzą zarówno plemiona tureckie, Tatarów, Bułgarów, Węgrów, Chazarów jak i Słowian.

Niniejszy artykuł nawiązuje blisko do poprzedniego gdzie widzieliśmy Belbuka z Lubicka. Wielu publicystów twierdzi że „bab” kamiennych z terenu Słowian nie ma, właśnie ów Belbuk nią jest.

Połowcy mapaPrzedstawiamy tutaj Kamienne Baby, które są rozsiane licznie po stepach Ukrainy. Polscy archeolodzy z Uniwersytetu Jagiellońskiego w roku 2008 dokonali renowacji owych figur w Muzeum Leśnym Veliko Anadol pod Donieckiem.

Изваяние ”Кезер”

Kamienna figura spod Kezer

Prezentujemy tutaj kilka zdjęć owych Bab ponieważ wykazują one uderzające podobieństwo do rzeźb słowiańskich i istyjskich (bałtyjskich) w kamieniu, ale także i w drewnie, wykonanych w innych okresach dziejowych, zwłaszcza we wcześniejszych czasach pogańskich.

 

Na początek jednak tzw. Baba Pruska (oczywiście z wąsami) z Olsztyna

 

283817Czas zatarł szczegóły tych rzeźb, ale łatwo rozpoznamy, że są to męskie postacie – zwykle mają wąsy, a za pasem nóż, krótki miecz i bardzo często róg. Są to rzeźby wykonane przez Prusów, lud spokrewniony z Litwinami, który podbity przez Krzyżaków utracił swoją niezależność w XIII w. Tak więc rzeźby te mają co najmniej 700 lat, a pewnie nawet więcej. Nie wiemy, jak Prusowie je nazywali i do czego służyły. Możemy się jedynie domyślać, że były obiektami kultu. Co ciekawe, podobne rzeźby spotkać można na stepach Ukrainy, zwłaszcza na położonych dużo dalej na wschód stepach Kazachstanu, zamieszkiwanych przez ludy tureckie. Takie rzeźby o typowo męskich atrybutach (wąsy, broń) ustawiano przed wiekami na mogiłach wojowników, a zwano je „babami”. Co ma baba do męskich posągów? Po turecku baba to… ojciec, a także człowiek zasłużony lub czcigodny starzec. Pozostaje tajemnicą, dlaczego Prusowie wykonywali i czcili podobne posągi.

 

A teraz kolejna Kamienna Baba Bałtyjska która okazuje się posagiem kultowym znalezionym w miejscu kultu – odkrycie z Poganowa z roku 2005

MTAyNHg3Njg,Obraz_074

Prymitywną rzeźbę kamienną tzw. „babę” odkryli podczas badań wczesnośredniowiecznego kompleksu osadniczego Poganowo IV archeolodzy z Muzeum im. Wojciecha Kętrzyńskiego w Kętrzynie. Archeolodzy pracowali pod kierownictwem Mariusza Wyczółkowskiego a wspomagali ich studenci z Instytutu Archeologii Uniwersytetu Warszawskiego. „Jest to pierwsze tego typu znalezisko na całym południowo-wschodnim pobrzeżu Bałtyku. Co prawda z terenu ziem zamieszkiwanych do czasu podboju krzyżackiego przez plemiona Prusów znanych było do tej pory 21 +bab+, lecz nie znany był kontekst archeologiczny miejsca ich znalezienia. Większość z nich znana była już w XIX w. Posąg odkryty w Poganowie stanowił jeden z elementów kamiennego kręgu, wewnątrz którego usypany był niewielki kopiec” – informuje dyrektor Muzeum im. Wojciecha Kętrzyńskiego Izabela Mellin-Wyczółkowska.

Na powierzchni wykopu wokół kopca znaleziono ponad 300 fragmentów kości zwierzęcych. W pobliżu znajdowało się prostokątne palenisko złożone z dwóch warstw kamieni wylepionych z wierzchu gliną. „To rewelacyjne odkrycie potwierdza kultowy charakter badanego od 2005 r. stanowiska. Jest to zatem pierwszy znany i badany archeologicznie kompleks osadniczy z wydzielonym miejscem zorganizowanego kultu z terenu ziem bałtyjskich. Stanowiska kultowe znane są z badań ziem zamieszkiwanych we wczesnym średniowieczu przez Słowian i ludność Skandynawii, jednak na terenach wokół południowo-wschodnich wybrzeży Bałtyku nie były dotychczas znane” – tłumaczy Izabela Mellin-Wyczółkowska.

Przypomina, że w czasie badań w latach 2005-2006 odkryto tam już zagłębione w ziemi palenisko i sąsiadujący z nim kopiec usypany z luźnych kamieni. „Wokół nich, na przestrzeni ponad 1 ara występowały zazwyczaj w skupiskach kości zwierzęce. Znaleziono tam także żelazne obręcze drewnianego klepkowego wiaderka i przęśliki. Według wstępnych analiz ponad 70 proc. z kilku tysięcy fragmentów kości stanowią szczątki koni, które we wczesnym średniowieczu traktowane były jako zwierzęta szczególnie poświęcone bóstwom. Spotyka się także kości jelenia i znacznie rzadziej krowy” – opowiada.

20060814histriamuseumneAntropomorficzna starożytna „baba” z Rumunii, prawdopodobnie scytyjska, czyli słowiańska

Na podstawie odkrytych fragmentów ceramiki funkcjonowanie miejsca kultu można datować na X-XI wiek do początku XII wieku. „Warstwy spalenizny i węgli drzewnych znalezione na stokach grodziska i w nasypie, na którym prawdopodobnie stała wieża mogą świadczyć o gwałtownym końcu funkcjonowania całego kompleksu osadniczego” – zaznacza dyrektor.

 

Scythian_stelae_01Oto wyjaśnienie wszystkich zagadek – Scytyjskie-Skołockie czyli Pra-Słowiańskie Baby ze starożytności (VII w. p.n.e. do V wieku n.e.)

Jak mówi, dotychczasowe odkrycia nieznanych w literaturze przejawów kultu w Poganowie na nowo otwierają dyskusję nad wpływem zwyczajów tureckich ludów stepowych na wczesnośredniowiecznych ziemiach pruskich. Są niezwykle ważnym argumentem zwolenników teorii „stepowego” pochodzenia „bab pruskich”.

Kamienny posąg przewieziony został do kętrzyńskiego muzeum.

_MG_4523

I jeszcze kilka stelli Scytyjskich  – niektóre z XI wieku p.n.e.

_MG_4516

_MG_4519

_MG_4522

 

A teraz już Muzeum Leśne pod Donieckiem i „baby” Połowców-KumanówVelikoanadolskiy-Forest_1

P50_9

 

 

aaoraz inne Baby ze Stepów Nadczarnomorskich i znad Aralu i Morza Koszpijskiego

 

 14Droga Słowiano-Turskich Bułgarów nad Dunaj

P88_2Kijów

Изваяние с ожерельем из Кеме-КечуKeme-Kecza

Изваяние из ОнгудаяOngudaj

Изваяние из БарлыкаBarłykИзваяние из ЧадыраCzadyr

Изваяние из ТалдыTałdy

t_63_1askania_nowa_7a_202Askania

1370222_518829844866085_620180357_nRyc. 24 „Kamienne baby” które poprzez widoczne na nich przestawienia broni i elementów stroju są łączone z Kimmerami: A. Kyzburun, Przedkaukazie, B. Belogradec, Bułgaria. (Chochorowski 1996, s. 25, rys. 5.3-4).

Bardzo dobra i ciekawa strona poświęcona Scytom i Kimerom, z której pochodzi powyższa rycina :https://archeologiawschodu.wordpress.com/category/srodkowy-wschod/

 

 

 

Słowiańskie Preludium z Krakowa (hudba Wataha, Strojone, Marek Smok Rajss), 8 minut po Słowiańsku!

Posted in Klan, sztuka, Słowianie by bialczynski on 13 Maj 2014

 Czy myślicie, że przypadkowo wybrano Słowiańsk?

8 minut po Słowiańsku

 

Słowiańskie Preludium – Teatr Ludowy Kraków – Nowa Huta (hudba Wataha, Strojone, Marek Smok Rajss)

 

http://www.youtube.com/watch?v=WbqaJ-o9EX4

 

http://www.youtube.com/watch?v=LT-iOUGa3gg

 

 

 

Tagged with:
Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 822 obserwujących.