białczyński

Święte Wzgórze Dadźbogów w Dobczycach na Linii Górskich Jezior – kult Świętowita w Świątnikach Górnych – O ukryciu w magazynach Głowy Swarożyca/Dadźboga z Dobczyc.

Posted in Starosłowiańska Świątynia Światła Świata, Słowianie, Wiara Przyrody by bialczynski on 17 Listopad 2013

dobczyce jezioro zamekDobczyce zamek i jezioro – Wzgórze Dobczyckie jest jednym z wielu Wzgórz Świętych na Linii Trzech Jezior Górskich

Kupując (TERAZ – TUTAJ!)  Budujesz Wolne Media Wolnych Ludzi!
slowianic nr 2 przod

Linia Trzech  Górskich Jezior

Kolejnym przykładem usunięcia z przestrzeni publicznej zabytku związanego z Wiarą Przyrodzoną Słowian jest przypadek Głowy Swarożyca z Dobczyc.

Rzeźba przez pewien czas po jej odkryciu na cmentarzysku obok Zamku Dobczyckiego, znajdowała sie w tamtejszym muzeum zamkowym na widoku publicznym. 1383796_10201019140096897_1561553424_n

Głowa Swarożyca eksponowana w przestrzeni publicznej muzeum zamkowego na zamku w Dobczycach

Została jednak szybko schowana w magazynach muzeum zamku w Dobczycach .

Oto relacja Marcina Mirochy na ten temat: “Kiedyś dowiedziałem się że w kaplicy zamkowej znajduje się wspomniana głowa Swarożyca umieszczona na jednej ze ścian. Jakież było rozczarowanie kiedy nic nie znalazłem. Przy wyjściu zapytałem jednego z pracowników czy faktycznie istniała a jeśli tak to gdzie jest ? Wtedy to dowiedzieliśmy się, że została usunięta na polecenie proboszcza, który ma we władaniu kaplicę zamkową. Po krótkiej naradzie z panią z kasy i z panią bileterką pilnujący zbiorów znikł a po chwili przyszedł trzymając w rękach wapienną bryłę która ku wielkiej naszej radości okazała się obliczem Swarożyca (zdjęcie z klepkami w tle ). Mam tylko nadzieję że nadal tam się znajduje”.

960993_10201022780067894_760010722_n

Głowa Swarożyca wydobyta z magazynu i sfotografowana. Fotografował i negocjował wydobycie eksponatu Marcin Mirocha

1383508_10201019191258176_47127984_n

Moim zdaniem jest to głowa Dadźboga, a Wzgórze Dobczyckie było sanktuarium Daźbogów – Panów Nieba.

Obok kaplicy w Dobczycach mamy jeszcze inne bardzo ciekawe obiekty Wiary Przyrodzonej Słowian.

123979W lipie o imieniu Marysieńska z Dobczyc, znajduje się kapliczka Pani Niebieskiej – Daby-Dobrej-Dabogi-Dawany. kapliczka i całe drzewo jest oplecione, zgodnie z najdawniejszą pogańską tradycją poświęconą Maryi- Marze-Marzanye-Marzannie, Marmurienie – bluszczem, zielem trującym, zielem śmierci i choroby ale i zdrowia. Takie są funkcje Marzanny – Pani Choroby i Śmierci, Zagłady i Starości, ale i Zdrowia i Odradzającego się Życia – Zdrowienia.

Rośnie tam olbrzymia lipa która jest pomnikiem przyrody, świętym drzewem wskazującym  na kult innego boga jaki musiał tutaj mieć miejsce. Tym bogiem był zapewne tak często mylony w dysertacjach naukowych ze Swarożycem, Dadźbóg – Pan Światła Niebieskiego, Pan Dnia, Władca Nieba. Bowiem to jemy i Pani Niebieskiej – Daźbodze-Dawanie (Danie-Dabodze, Pani Dobrej) poświęcone jest drzewo LIPA, co przechowała do współczesności pogano-chrześcijańska wiara polskich chłopów.  Dodatkowym bardzo mocnym argumentem na rzecz tej tezy jest fakt, że miejscowość nazywa się Dobczyce (Dobrzyce). Ta nazwa nie pochodzi wcale od jakiegoś Dobka, bo nawet nie ma tutaj takiej legendy lokalnej o pochodzeniu nazwy, tylko od Dadźbogów, bogów którzy mieli tutaj właśnie, od starożytności na tej górze, swoje sanktuarium. Miejsce które nazywa się Kopyto – to jest skała w pobliżu na której jest odcisk końskiego kopyta potwierdza to jeszcze dobitniej. Nagromadzenie świętych obiektów w tej okolicy pozwala wyciągnąć wniosek, ze mamy do czynienia z ważnym sanktuarium Daźbogów  w Górce-Dobczycach, oraz z sąsiadującym z nim sanktuarium równie mocnym i ważnym sanktuarium Świętowita w Świątnikach. Między tymi  dawnymi gromadami kapłańskimi i otaczającymi sanktuaria wsiami toczyła się rywalizacja, która do dzisiaj odbija się w podaniach o odwiecznej wrogości obu miejscowości, które toczyły ciągłe spory graniczne. Przytaczamy poniżej bardzo ważną pracę przyczynkarską do dziejów Świątnik napisaną przez Witolda Szczygła ze Świątnik Górnych w roku 2006.

dobczyceIMG_3213Ta lipa ma swoje imię, co też jest znamienne, ponieważ nadawanie imion to stara tradycja Strażników Wiary i Opiekunów Starych Drzew – drzewidów.

Oto fragment bardzo istotny z pracy Witolda Szczygła:

Wraz z powstaniem pierwszej katedry na wzgórzu wawelskim datować można początki osady służebnej zwanej Górkami, a w późniejszych czasach Świątnikami. Pierwotna nazwa wsi wywodziła się z języka prasłowiańskiego i oznaczała miejsce wyniosłe, trudno dostępne. Odnosiła się do charakteru osiedla, położonego na stromym wzniesieniu w ostępach leśnych.

Według innej teorii językoznawczej nazwa mogła wiązać się z miejscami szczególnymi,kultowymi, jakimi były kurhany i kopce licznie występujące w tej okolicy. Aż do późnego średniowiecza, do precyzyjnego określenia tych miejsc stosowano pojęcie

górki. Dlatego pod względem etymologicznym dodany w późniejszym czasie drugi człon nazwy,Świątniki, zaciera pierwotne znaczenie nazewnicze miejscowości. O istnieniu wczesnośredniowiecznego osadnictwa na tym terenie świadczyć mogą pozostałości dawnego kultu miejsca zwanego Kopytkiem.

Na skale fliszowej powszechnie zwanej Kopytkiem (pierwotnie Kopytem) wyraźnie rysuje się miseczkowate wgłębienie kształtem przypominające końskie kopyto. Jak podaje R. Urbańczyk w „Religii pogańskich Słowian”: „Tu i ówdzie ludność

przypisuje pewnym kamieniom magiczną moc, zwłaszcza leczącą, albo dającą płodność. Szacunkiem i nietykalnością cieszą

się przede wszystkim kamienie z miseczkowatymi wyżłobieniami, co niegdyś służyło za ołtarze ofiarne. Należna im z tego powodu cześć dotarła do naszych czasów, jakkolwiek tradycja mało umie na ten temat powiedzieć.  W dość licznych miejscach znaleziono koło kamieni skorupy i inne szczątki słowiańskiego pochodzenia, z czego wniosek, że jeżeli nie byli Słowianie twórcami miseczek, to jednak z nich później korzystali”. W kulturze Słowian Zachodnich koń odbierał cześć boską, traktowany jako zwierzę święte symbolizował wiatr, powietrze i ogień. Uważany był za łącznika ze światem nadprzyrodzonym. Miejsca i rzeczy związane z tym zwierzęciem otaczano szczególnym kultem oraz opieką, utożsamiano go z bóstwami Świętowitem i Swarożycem. Do dnia dzisiejszego w naszej tradycji przetrwał słowiański zwyczaj wieszania na odrzwiach domostw podkowy, która przynosić ma szczęście i dostatek. Czy nasze Kopytko było poświęcone któremuś z wyżej wymienionych bożków? Tego prawdopodobnie nigdy się nie dowiemy, lecz odkryty w 1969 roku w pobliżu Dobczyc

niezwykle rzadki kamienny posąg Swarożyca skłania ku hipotezie, że lokalna skała mogła być związana z kultem świętego konia. W legendach związanych z tym miejscem widać wyraźnie ślady słowiańskich wierzeń, lecz w wyniku intensywnej chrystianizacji oraz wielowiekowej przynależności wsi do kościoła, podania ewoluowały w stronę tradycji chrześcijańskiej. Podobną teorię adaptacji miejsc słowiańskich przez kulturę chrześcijańską uznawał przedwojenny badacz wierzeń

i tradycji Słowian Józef Kostrzewski – wybitny archeolog, jeden z odkrywców grodu w Biskupinie: „W gajach (słowiańskich) stały zapewne jakieś ołtarze, może w postaci wielkich głazów z naturalnymi wydrążeniami – miseczkami, które tu i ówdzie do niedawna były przedmiotem czci. Takim ołtarzem był może duży głaz narzutowy pod wsią Kołbielą nad Świdrem, w  Siedleckiem, w którego eliptycznych zagłębieniach lud okoliczny w pierwsze święto Wielkanocy składał resztki święconego i

pieniądze, oraz czczony również kamień w Kaliskiem, z wklęsłością zwaną wanienką Matki Boskiej, odwiedzany w święto narodzin Matki Boskiej”. 

Miejscem o podobnym znaczeniu religijnym był z pewnością Diabelski Kamień koło Szczyrzyca w sąsiedztwie, którego

obecnie znajduje się pustelnia z kaplicą. Prawdopodobnie w XI wieku Górki trafiły pod zależność Katedry Wawelskiej, kiedy po zjeździe gnieźnieńskim utworzono biskupstwo w Krakowie a wraz z nim określoną liczbę wsi o charakterze służebnym: „

Do obsługi kościołów przeznaczono w XI wieku wydzielone grupy ludności służebnej, które nazywano świątnikami. Stąd powstały nazwy wsi: Świątniki.  Świątnicy dbać musieli o czystość kościołów i posługiwali przy obrzędach religijnych –

spełniali obowiązki obecnych kościelnych.(…) Służebni nie płacili danin i nie musieli brać czynnego udziału w wojnach, co należało do obowiązków i niejako przywilejów ludzi wolnych”

Według Metryki Józefińskiej z 1787 roku: „Wieś Górki Świątniki z hojności Mieczysława (Mieszka II) króla polskiego Kościołowi Katedralnemu na zamku miasta Krakowa ku usłudze dana i zaznaczona.”  Od tej pory osada Górki stała się własnością

kustoszy Katedry Wawelskiej lub jak podaje W. Anczyc biskupa krakowskiego, tej wersji jednak nie potwierdziły żadne dokumenty średniowieczne.

Z postacią św. Stanisława związana jest najstarsza świątnicka legenda, według której mieszkańcy Górek i Sieprawia toczyli wieloletni spór o granicę. W celu rozstrzygnięcia konfliktu przybył wtedy biskup Stanisław będący właścicielem Górek. Stanąwszy na skalnym wzniesieniu, zwanym dzisiaj Kopytkiem, koń jego zatrzymał się i uderzył kopytem w skałę pozostawiając na niej widoczny ślad. Biskup widząc w tym znak Boży nakazał, aby tędy przebiegała granica między zwaśnionymi wsiami.

Najcenniejszą jednak pamiątką po wiekach minionych są lokalne nazwy terenowe, legendy oraz przekazy ustne, niestety często ignorowane i niedoceniane. W połączeniu ze źródłami pisanymi, racjonalnie i odpowiednio zinterpretowane

pozwalają stawiać nowe hipotezy, wyciągać wnioski. Dlatego zajmując się historią regionalną nigdy nie wolno ich lekceważyć. Tkwią w nich bowiem pozostałości dawnych obyczajów, kultów i wierzeń, które stanowią nierozerwalną część tego, co dumnie nazywamy tożsamością i tradycją. 

Witold Szczygieł, Świątniki Górne 2006″.

Kopytko-Świątniki-GórneKamień Kopytko oczywiście z krzyżem obowiązkowym dla odczynienia pogańskiego kultu

Obok kościoła na wzgórzu dobczyckim stoi także kapliczka, która według legendy lokalnej jest przerobionym na kapliczkę posągiem Świętowita. Posąg został przerobiony przez miejscowych Strażników Wiary Słowian po to żeby zachować kamień dla potomnych. Jest to dzisiaj kamień z kapliczką Chrystusa frasobliwego.

Opis ze strony Opolczykpl.wordpress.com    gdzie znajdujemy opisy wielu zabytków wiary przyrodzonej Słowian

“…Zgodnie z legendą jedna z katolickich “kapliczek” też jest “przerobionym” (czytaj – zagrabionym i zbeszczeszczonym) Świętowitem.

“Najstarsza kamienna kapliczka dobczycka, pochodzi z 1604 roku i przedstawia Chrystusa Frasobliwego. Reprezentuje typ kapliczek na słupach. Wykonana została z bloku piaskowca zwieńczonego kamiennym krzyżem, nakryta jest blaszanym daszkiem na żelaznych prętach. Znajduje się ona w Skansenie na wzgórzu staromiejskim. Według legendy pierwotnie figura ta stanowiła posąg Światowida. Niegdyś stała na  rozstaju dróg, obok dworu w  Gaiku, obecnie teren ten znajduje się pod wodą.”

kapliczki, wrzesień, cz. 6 020

Jej jahwistyczna nazwa – “Chrystus Frasobliwy” – jest chyba nawet logiczna i uzasadniona. Ten żydowski idol chrześcijan zmartwiony jest i przez to “frasobliwy” widząc, jak poganie w Polsce przez tyle wieków jego kultowi i związanemu z nim zabobonowi się opierali….”

kapliczki, wrzesień, cz. 6 022Postać Chrystusa jest rzeczywiście wyraźnie wgłębiona. Widać zdarto pierwszą warstwę rytu i w tej zdartej warstwie dopiero zaczęto żłobić kolejny ryt. Jest to dokumentacja działalności Świtungów Dobczyckich, Strażników Wiary Przyrodzonej Słowian.

Postać Chrystusa jak wiadomo jest wcieleniem Światła i Słońca – jest on Synem Bożym, Synem Światła Świata – Mniejszym Światłem – a więc Dadźbogiem/Swarożycem.  Jest też synem Pani Niebieskiej – Maryi – kult maryjny zaś jest specyficznym kultem Słowian, to oni kładą nacisk na kobiecą postać Matki boskiej, gdyby nie Słowianie, których trzeba było “wciągnąć” wraz z ich ikonografią dawną Wiary pogańskiej do chrześcijaństwa nie istniałby w ogóle kult Matki Jezusa w tej religii. Że tak jest widać po braku zainteresowania tą postacią w kościołach ewangelickich i innych protestanckich.

Dlatego to jego postać, Syna Bożego – Mniejszego Światła,  wyryto na Świętowicie. Dlatego w Świętej Lipie na górze znajduje sie kapliczka matki Boskiej – Dagbogi-Daw-RAby-Dabrawy. Przepływa tu u stóp góry rzeka Raba-Rawa. Ra- światło, dag-ogień, światło, Ra-Bogini, Bogini Rodząca, Rudź – Pani Kwiatu Pąp Rudzi (Paproci -świertlistego Kwiatu), Ta Która Rodzi BodRAszkę-Bedrika, Bożą Krówkę-Swątlnicę, a u chrześcijan Syna Światła Świata – Jezusa.

Opis Witolda Szczygła i zebrane przez niego w nim lokalne artefakty starej Wiary Słowian oraz legendy  pozwalają z posiadanego przez nas dzisiaj poziomu wiedzy nieco inaczej zinterpretować to co on w 2006 roku sam interpretował.

kapliczki, wrzesień, cz. 6 025Autorką trzech zdjęć kapliczki jest “Jadwiga”

Otóż Mieszko II i kościół katolicki zaadaptowali Świątniki i Dobczyce na posługę nowej religii, a zrobili to ponieważ mieli tutaj do czynienia ze szczególnie silnym oporem i mocno zorganizowanym kultem który promieniował bardzo daleko na Słowiańszczyznę. Dlatego nie wybito ich do nogi owych Strażników Wiary Przyrodzonej tutejszych, lecz zrobiono z nich NIEWOLNYCH sługów, służebnych katedry Wawelskiej i biskupa Stanisława ze Szczepanowic (nota bene zdrajcy Polski a nie świętego męczennika, który ma prawo być jej Patronem! – piszemy o tym w artykule poświęconym Strażnikowi Wiary Przyrodzonej profesorowi Tadeuszowi Wojciechowskiemu, który zweryfikował tę prawdę i opisał postać króla Bolesława Szczodrego-Zapomnianego).  Dlatego też to oni udzielali mu pomocy w ucieczce a nie Skawina.  Ci ludzie byli przywykli do służenia dawnym bogom, Świątniki to nazwa po kulcie Świętowita pozostała, a służący tu w chramach i kapisztach  kapłani stali, byli świtungami – świętymi wojami Świętowita i Dadźboga. Dlatego upieczono przy tym ogniu dwie pieczenie – odebrano im jako niewolnym możliwość noszenia broni i brania udziału w wojnach. To był przywilej tylko ludzi wolnych. Skazano ich też na służbę nowemu, znienawidzonemu przez nich, bogu chrześcijańskiemu. Były to kary a nie przywileje.  Wierzchowiec Boski -Świchrz jest świętym koniem Świętowita i Swaroga, i Daźboga-Mitry (Światła Niebieskiego) oraz Posłańca Niebieskiego Mira-Pąćdagżwika, Syna Dażbogowego, Syna Mitry.

Kościół obok zamku nie bez powodu został poświęcony Janowi Chrzcicielowi, a na zboczu góry Jeleniec (Jeleń słoneczne zwierzę Dażbogów) zlokalizowany jest cmentarz – miejsce Mary (Maryi), Pani Śmierci-Pani Niebieskiej.

215584

Kamienne Schody i rzeźby Strażników Góry Jeleniec – Matki i Ojca (Dabogi i Dadźboga) – czyli Marii i Nepomucena

Od 1907 roku schody prowadzą na wzgórze zamkowe. Pierwszym punktem, w którym warto przystanąć i poświęcić chwilę na kontemplację nagrobków jest cmentarz komunalny sąsiadujący z schodami. „Jeleniec” ukrywa w sobie wiele zabytkowych nagrobków i posągów, np. rzeźba aniołka z 1900 roku, kamienne krzyże z 1847, 1848 i 1906 roku, XVIII-wieczny, barokowy pomnik konfederatów barskich. Powróciwszy na kamienną ścieżkę i stawiając kolejne kroki na poszczególnych stopniach, po prawej stronie, mijamy płaskorzeźbę wmurowaną w blok skalny, przedstawiającą Chrystusa modlącego się w Ogrojcu. Rzeźba, znajdująca się nieopodal cmentarza, prawdopodobnie pochodzi z 1882 roku i jest darem Julii Wiśniowskiej – miejskiej akuszerki.

Na tej jednej z dróg wiodących na, górujące nad Dobczycami, wzgórze zamkowe możemy napotkać niezwykły pomnik przyrody. Lipa “Marysieńka” to nie jedyny dowód na to, że w tym małym miasteczku położonym na południe od Krakowa w dawnych czasach gościło wiele koronowanych znakomitości. Drzewo zostało posadzone w 1683 roku na pamiątkę zwycięstwa króla Jana III Sobieskiego nad Turkami w wielkiej bitwie pod Wiedniem. Gdy przyglądniemy się dokładniej, to odkryjemy, że oprócz historii drzewo skrywa w sobie maleńką kapliczkę z figurą Matki Boskiej Niepokalanie Poczętej. Znajdująca się nieopodal kościoła św. Jana Chrzciciela lipa została zniszczona podczas II wojny światowej. Konserwację przeprowadzono w latach 1981-82 oraz w 1998 roku. Obecnie ponad 300 letni pomnik przyrody znajduje się pod opieką Komisji Ochrony Zabytków Przyrody PTTK.

Zbliżając się do szczytu schodów, możemy dostrzec z oddali, że ktoś wyczekuje naszego przybycia. Dwie kamienne figury datowane są na rok 1768. Po lewej stronie mamy przedstawienie Najświętszej Panny Marii Niepokalanie Poczętej, a po przeciwnej św. Jana Nepomucena. W przeszłości posągi strzegły wjazdu na most na rzece. W trakcie II wojny światowej zostały zrzucone przez Hitlerowców do Raby. Dzięki wysiłkowi mieszkańców zostały wyłowione z dna rzeki i przetransportowane w 1970 roku na obecne miejsce.

Dojście-schodami

Mamy tutaj dokładnie udokumentowane systematyczne działanie Strażników Wiary Przyrodzonej Słowian w Dobczycach, Opiekunów Starych Drzew – Drzewidów, czyli ludzi dbających o Drzewa Zapisy i dysponujących Drzewą Wiedą (drzewy- starożytny), począwszy od nasadzenia Świętej Lipy Marysieńki z Dobczyc, w miejsce poprzedniej lipy, którą ścięto w czasach chrystianizacji Dobczyc. Nowe nasadzenie nastąpiło w roku 1683, w 1882 mamy postawienie figury z kamienia po Świętowicie na wzgórzu. Zostało w tym akcie  utrwalone nazwisko Strażniczki – Julii Wiśniowskiej, akuszerki (czarownicy) z Dobczyc. Potem w 1907 roku następuje wykucie schodów na górę (dokładnie tak jak wójt Franciszek Pabel z Karłowa, wykuł schody na górę Szczeliniec w Sudetach –  policzcie schody, przeliczcie je według Magii Czert – czartowskiej –  i zobaczycie co wam wyjdzie). Następnie dwa posągi, które strzegły przejazdu przez rzekę Rabę (Rawę) u stóp góry, zrzucone w latach 1940-1945 przez Niemców do wody, a skrzętnie z niej zaraz wyłowione, po prawie 30 latach  w 1970 roku, trafiają jako Strażnicy – w dalszym ciągu i Rzeki Raby i Góry Dob-RAwy – na górę Dobczycką (Dob-czyce, u Doby Czuwanie, Doby-Czucie), pod Świętą Lipę. Kościół Jana Cchrzciela na górze powstał dzięki IWO ODROWĄŻOWI – znanemu nam z herbów masońskich w licznych budowlach chrześcijanskich – odrowąża Modrego Węża Odry Mory. Potem zaś mamy tu jeszcze odkrycie głowy Swarożyca/Daćboga. Dodajmy do tego na koniec jeszcze jeden artefakt, żeby już cąłkowicie pogrążyć zwolenników teorii “przypadku” – Jest to dzwon Świętego Ru-Jana (Jana) oczywiście przy kościele/kaplicy imienia Jana Chrzciciela-Kupały-KRAszenia z napisem ku czci DOBREGO człowieka, który ocalał nawet od ręki Niemca-Hitlerowca:

123978

Na placu kościelnym stoi dziewiętnastowieczna arkadowa dzwonnica z kamienia ciosanego. Została zbudowana w 1855 roku. W środkowej arkadzie wisi gotycki dzwon „Jan” z 1504 roku. Był odlany w czasach Aleksandra Jagiellończyka. Jako jedyny przetrwał czasy II wojny światowej, a to dzięki napisowi jaki na jego kołnierzu się znajduje. Niemcy nie przetopili go na armaty.

…Kto odlał ten dzwon – DOBREJ MYŚLI jest on
Bo Bóg da mu zbawienie – więc nie troszczy się o mienie
Dzwon ten został ulany – na cześć św. Jana oddany…

dobczyce-r3a

Kościół św. Jana Chrzciciela

Jest to kolejna już budowla w tym miejscu. Pierwszy kościół został wzniesiony w początkach XIII wieku. Jan Długosz – kronikarz historii Polski był związany przez pewien czas z parafią dobczycką i zamkiem. Wymienia Iwo Odrowąża jako założyciela parafii w 1225 roku. Najprawdopodobniej istniała wówczas drewniana świątynia poświęcona Janowi Chrzcicielowi. Starosta dobczycki Sebastian Lubomirski w XVI wieku ufundował kamienną świątynię. Zamknięto ją w 1790 roku z powodu złego stanu technicznego. Obecny kościół, w stylu klasycystycznym, zaczął powstawać w 1828 roku. Fundowali ją Jan Turnał i jego syn Henryk. Jest to budowla na rzucie krzyża łacińskiego. Jest jednonawowa z wieżą wbudowaną w korpus kościoła. Wewnątrz znajduje się pięć drewnianych ołtarzy. Jest też dziecięce epitafium nagrobne Sebastiana Lubomirskiego z 1594 roku – prostokątna płyta z białego marmuru, ujęta w profilowane ramy. Stacje Drogi Krzyżowej malowane są na blasze ołowiano-cynkowej i pochodzą z XVIII wieku. Na wieży kościoła jest herbowy krzyż Jagiellonów, z podwójnymi ramionami. Na elewacji kościoła znajduje się zegar słoneczny.

Pomnik wdzięczności

Msze święte odbywają się tu tylko raz dziennie w niedzielę i święta, od maja do października. W ostatnich latach kościół został pięknie odnowiony na zewnątrz jak i wewnątrz, dzięki różnym ofiarodawcom. Kościół św. Jana Chrzciciela to Pomnik Chrystusowi Królowi w podzięce za Dzieło Wcielenia i Odkupienia na przełomie Tysiącleci 2000 -2001. Przed wejściem do kościoła wmontowana jest tablica pamiątkowa z napisem …kamień węgielny pomnika Króla Królów poświęcony przez Ojca Świętego Jana Pawła II – Polaka. Roku Pańskiego 1999…

Wszak KRES Letni i Kupalia to największe Święto Światła i Ognia w roku kalendarzowym świąt Słowian. Zaiste Wielka jest Moc Wiary Słowiańskiej i Moc Gór, tej wiary a więc Moc Góry Daby Czuwającej (Dag-RA Dającej), Pani Niebieskiego Światła – jest to moc niezmierzona i nieskończona. 

dobczyce-sw.-jan-5

O odczytaniu napisów etruskich (raseńskich/ruteńskich) przez Tadeusza Wolańskiego

Posted in Polska, Starosłowiańska Świątynia Światła Świata, Wiara Przyrody by bialczynski on 16 Listopad 2013

Obejrzyjcie to z pewnym dystansem – zwłaszcza dla tezy że Etruskowie to Rosjanie – owszem Etruskowie, czyli Rasenowie-Rutenowie to Słowianie, ale nie Rosjanie tylko Słowianie Nadadriatyccy żyjący tam od 8000 roku p.n.e. Traktować też należy jako nieostateczne przedstawione w filmie odczytania – teza o „chrześcijańskości” napisów jest pochopna i wcale nie wnosi zapowiadanego „rozwiązania” fragmentów niezrozumiałych, są one nadal nie zrozumiałe. Natomiast nie bierze się w ogóle pod uwagę tezy, że religia chrześcijańska jest wtórnym sfałszowanym konglomeratem dawnej Wiary przyrodzonej Słowian – a to wyjaśnia być może łatwo treść przynajmniej tego napisu w którym występuje słowo Łado. Jest w tym filmie oczywiście jeszcze  wiele podobnych wątpliwych miejsc i interpretacji. |Niektóre idee są wprost bezpodstawne. Trzeba ostro selekcjonować ten materiał.

Rosjanie pochodzą według genetyki genealogicznej od Lechitów-Legów-Lugiów, czyli są potomkami ludzi znad Wisły, którzy przywędrowali tutaj jak tylko zszedł lodowiec. Natomiast nazwa Rusi pochodzi bez wątpienia od Rasena – RASA. Także nazwa morza Tyreńskiego i nazwa Tyrsowie dla plemienia, które weszło do Etrurii jest prawidłową nazwą dla tyrsów – władców, bo tyrs to nic innego jak berło, a człon tyrs znajduje się w słowie Boga-tyrs – bohater, Bogatyrusowie (Bohanie, Bożanie, Bużanie, Bohemowie) – plemię , to pozostałość tego właśnie plemienia świętych wojowników Boha-tyrsów. Inna ich nazwa to GERUSI – RUSI – RASENOWIE .  Słowo tyran – pochodzi od władającego tyrsem – berłem , władcy.

Kupując (TERAZ – TUTAJ!)  Budujesz Wolne Media Wolnych Ludzi!
slowianic nr 2 przod

Jezuici doprowadzili do tego, że książki Wolańskiego znalazły się na indeksie, zostały przez nich spalone, (tak samo palono wtedy książki z poezją Jana Kochanowskiego), ponieważ jego odczytanie pisma etruskiego burzyło cesarsko-papieskie koncepcje Słowian-Barbarzyńców przybyłych do Europy w 6-9 wieku. jezuici chcieli go uwięzić – jak za czasów najciemniejszej Inkwizycji Rozumu.

Pokazuje to jak mocny jest w naukach opisowych nurt ideologiczny kościelno-germanofilski, któremu kres położyła genetyka genealogiczna stwierdzając w roku 2012 że Słowianie byli obecni nad Adriatykiem od 8000 roku p.n.e.

O Święcie Niepodległości, Marszu, Tęczy, Zbawicielu i o tym jak Zielona Moc gotuje urzędasów w Piekle

Posted in Polska, Starosłowiańska Świątynia Światła Świata, Wiara Przyrody by bialczynski on 15 Listopad 2013

Marsz-Niepodleglosci--Kibice-odpalili11 listopada 2013 r. ulicami Warszawy po raz czwarty przejdzie największa, doroczna manifestacja narodowa – Marsz Niepodległości. Podobnie jak w latach ubiegłych, zapraszamy na nią wszystkich Polaków, dla których suwerenność naszego państwa, opartego na 1000-letniej tradycji i tożsamości narodowej, to wartości pierwszorzędne.
Inicjatywa Marszu Niepodległości otwarta jest dla każdego, kto podpisuje się pod hasłem w pełni niepodległej Polski niezależnie od przynależności ideowej czy politycznej. Biało-czerwona, potężna manifestacja narodowa ma jak co roku pokazać jedność i determinację Polaków do walki o Niepodległą Rzeczpospolitą. Zwłaszcza teraz, gdy Unia Europejska trzeszczy w podstawach, sztuczna waluta euro pogrąża kolejne gospodarki, a Polsce i wielu innym państwom narzuca się dławiące nasz rozwój ograniczenia, takie jak „pakiet klimatyczny”. W takiej sytuacji opinia publiczna w naszym kraju i poza jego granicami musi usłyszeć mocny, jednoznaczny głos, głos opowiadający się za suwerennością: polityczną, kulturalną, gospodarczą. Ma to być klarowny głos społeczeństwa, przeciwstawiony mętnym, niejednoznacznym i bojaźliwym wypowiedziom przedstawicieli klasy politycznej i rządzących Polską elit. Podpisano „Stowarzyszenie Marsz Niepodległości”.

mm 1skychart.ashxWidok na orbitę – trasę przelotu komety ISON C – 14 11 2013 – na tle gwiazd.

Kometa C/2012 S1 (ISON) popisała się kolejnym wybuchem i zauważalnym wzrostem jasności – podaje serwis NASA o nazwie SpaceWeather.com. Kometa C/2012 S1 (ISON), zapowiadana na kometę stulecia, przez pewien czas trochę nas rozczarowywała będąc nawet 3 magnitudo słabsza od oczekiwań. Wszystko zmieniło się 13-14 listopada, kiedy to kometa pojaśniała kilkukrotnie i zaczęła rozbudowywać piękny warkocz.

11.11.2013 – Wielka Zmiana trwa w całej pełni. Nasza pogańska tożsamość sięga około 30 000 lat, albo co najmniej 10.000 lat w Europie, a nie 1000 lat na jakie powołują się członkowie Stowarzyszenia Marsz Niepodległości. Myślałem, że w ogóle nie będę komentował tego dnia i wydarzeń towarzyszących mu w rzeczywistym świecie i świecie medialnym-wirtualnym. Okazuje się jednak, że w opisie wydarzenia jaki przewalił się przez media i to zarówno pop-propagandowe jak i te solidniejsze internetowe, wnikliwiej obserwujące RzczyIstność kompletnie zabrakło pogłębionej, holistycznej oceny wydarzeń ostatnich dni, czyli Listopada 2013 i nadchodzącego Grudnia 2013, w Polsce i na Świecie. Mało tego, z licznych komentarzy, nawet na naszym blogu, widać, że mało kto w ogóle przeanalizował cele i hasła tego marszu. Pisano nawet tutaj, że nie ma czego świętować, że przecież nie ma niepodległości, że jest niewola „jewropejska”, i w tym stylu i duchu, podczas gdy hasłem marszu było właśnie Przywrócenie Pełnej Niepodległości Polski, której nie ma w sposób oczywisty. Władający Polską politycy i media po Marszu „postarali się”, aby podkreślić swój wasalny status wobec sąsiedniego kraju. Żeby dobrze zrozumieć sens tego kajania się zbiorowego rządzącej Polską Yeti-Yelity, tzw. Układu Warszawskiego, trzeba dobrze zrozumieć co właściwie się stało, co w Polsce sprokurowano (i to na planie materialnym i na planie mentalnym, a nie tylko na poziomie płasko widzianej „polityki”).

mm2Aktualne położenie ISON C – 14 11 2013

Astronomowie na całym świecie wyczekują ze zniecierpliwieniem na pojawienie się na naszym niebie komety ISON. Jest ona nazywana przez nich „kometą stulecia”. Dziś zbliżyła się ona do Marsa. Kometa nazwana została ISON od nazwy teleskopu, za pomocą którego została odkryta przez Witalija Newskiego z Rosji i Artioma Nowiczonoka z Białorusi we wrześniu 2012 roku. Według szacunków jej jądro ma około 5 kilometrów średnicy. „Wygląda na to, że pod koniec listopada 2013 r. przeleci ona w bliskiej odległości od Słońca. W tym czasie jej jasność może być tak duża, że będzie ją można zobaczyć gołym okiem w ciągu dnia!” – czytamy w dzisiejszej „Gazecie Wyborczej”. (opis medialny z 1 10 2013 roku)

Mam oczywiście świadomość, że takie stawianie sprawy oglądu tych wydarzeń spowoduje łatwe zaszeregowanie niniejszej wypowiedzi i oceny do kategorii „kuriozalnych dewiacji intelektualnych” i spowoduje, że nikt nie odważy się jej zacytować ani użyć oficjalnie, jako źródła „tzw. poważnej” analizy wydarzeń w Polsce. I dobrze, niech tak pozostanie. Myślę, że społeczeństwo nasze nie dojrzało jeszcze do tego, by tego typu analizy traktować serio. Wszystko w swoim czasie. Chociaż muszę powiedzieć, że zadziwiły mnie wypowiedzi dwóch księży w dniu 13 listopada na ekranie, oczywiście wzgardzanej intelektualnie i lekceważonej, Telewizji Trwam. Tam uznano wydarzenia Marszu Niepodległości za ZNAK CZASU, Znak w sensie boskim a nie w sensie ludzkim, przyziemnym, nic nie znaczący drobny akt polityczny. To – przyznam – dosyć przenikliwy punkt widzenia, chociaż wnioski wyciągane w rozmowie przez kapłanów, rzecz jasna w duchu i na użytek „umocnienia pośrednictwa duchowego kościoła” w kontakcie Człowiek-Istota/Energia, są kompletnie chybione.

My jednak mimo tego spróbujmy popatrzeć na ciąg zdarzeń z perspektywy  Świadomości Nad/Pod Materią, czyli na wydarzenia materialne z punktu widzenia siły sprawczej, Świadomości Zbiorowej Ludzkości, a nawet z poziomu duchowego – Świadomości Nieskończonej .

mm c75c168d3336a9bffa15d7a2c9aaff2ISON C – Niektórzy z rosyjska tłumaczą tę nazwę również jako Is Sonca czyli Ze Słońca lub Ist Słoneczny – Światło RA. Przeleci ona ponownie bardzo blisko Ziemi udając się z powrotem w głębię Kosmosu 26 grudnia 2013, a więc w okresie Święta Narodzin Światła Świata,  (K-RA-czun, BodRA Krówka-Bedrik)

Oto około 10 listopada przelatuje po raz pierwszy w dziejach tuż tuż obok Ziemi w stronę Słońca kometa nazwana przypadkiem przez naukowców ISON C-ileś tam (2012 = numerologicznie 5- znak granicy, a z dodatkiem S1 = Początek -6). Kometa Stulecia – tak się ją nazywa. Przybywa z głębin Obłoku Oorta. A z nią dwie inne komety, które przelatują blisko Ziemi.  Społeczność ludzi na Ziemi opanowana przez tzw. „Świątynię Nauki”  i tzw. naukowy (czytaj czysto materialistyczny) światopogląd marksistowski, sprzeczny z kantowskim widzeniem Świata i zależności holistycznych, kompletnie ignoruje w swojej zbiorowej świadomości ten fakt.

Są jednak jednostki – dosyć złożona i liczna, rozprzestrzeniona po świecie, luźno ze sobą powiązana a jednak w miarę spójna,  grupa obserwatorów i analityków Rzeczy Istności, grupa Ludzi Świadomych Wielkiej Zmiany , która ten fakt zauważa.

Zacznijmy od tego, że Ktoś nazywa tę kometę ISON C i nadaje jej numer. W języku Słowian istnieje głęboko archaiczne, pierwotne słowo magiczne (do dzisiaj znane w języku rosyjskim, w polskim zanikło) wyrażające pojęcie POCZĄTKU i KOŃCA jednocześnie – to słowo brzmi iskon – iscon, a pochodzi od niego pojęcie końca i słowo koniec (kon-nic)- ist konający, jak i słowo isk-RA oznaczające pojęcie początku, a jednocześnie zalążek światła. W obowiązującym powszechnie międzynarodowym języku angielskim (uproszczonej kreolskiej wersji języka aryjskiego-prasłowiańskiego = scytyjskiego) tłumaczy się nazwę tej komety jako Syn Człowieczy lub Iz Son (ist Son, is Son) czyli Ist Syna, lub Pochodzący z Syna, tłumacząc to oczywiście jako Zbawiciel. Dla nas Słowian Rodzimowierców jest to jasne: Iz Sona – Syna SwaRAga – Ognia Niebieskiego, czyli od SuaRAżyca-Suońca – Ognia Słonecznego.

mmm 635197845813558922Płonie Tęcza na Placu Zbawiciela – Telewizja Trwam komentuje to jako Boski Znak i interpretuje jako wyraz Woli Ludu Bożego. ZNAK od Boga. Jednocześnie ludzie zarządzający polskimi mediami , relacjami i materiałami wysyłanymi do mediów świata, zadbali by ten obraz stał się wizytówką polskiego Święta Niepodległości.

Przyziemny materialista zapyta teraz co to ma wspólnego z 11 listopada w Polsce, pomijając fakt, że właśnie w tym czasie Kometa Ison C mijała Ziemię, a w Sercu Europy przygotowano wielką prowokację, w której wykorzystano gigantyczną energię mentalną tłumów eksplodujących emocjami o skrajnym charakterze.  100 000 ludzi w Marszu Niepodległości przeżywało duchowe uniesienia patriotyczno-ojczyźniane, a towarzyszyły im miliony osób przy telewizorach w Polsce, równie zaangażowanych mentalnie i emocjonalnie. Następnie ta olbrzymia masa została poddana presji emocjonalnej, czyli „ściśnięta stresem” wywołanym prowokacją. Wszystko to w zamiarze wąskiej grupy Sprawców Prowokacji miało się stać zalążkiem sytuacji, o której od dawna się w Polsce pisało i na którą od dawna zwracano uwagę w licznych publikacjach internetowych – sytuacji Zamachu Stanu.

mmm 83af02507211995d661ad,641,0,0,0

Jeśli mówiono o tym gdzieś w telewizjach i pokazywano owo Święto Niepodległości w Polsce, to właśnie ten obraz  pokazano ludziom na świecie, jako typowy dla Polski. Stało się tak za sprawą rządzącej Polską Grupy Układu Warszawskiego.

To te publikacje Internetowe właśnie spowodowały, że cała ta misterna prowokacja spaliła na panewce. Spowodowały one między innymi najważniejszą z punktu widzenia rozwoju wypadków decyzję, o przeniesieniu Obchodów Święta Niepodległości przez PIS do Krakowa. Pokazuje to jak ważna jest komunikacja społeczna i Wolny Internet – bo to on był zalążkiem analitycznych opracowań i publikacji na temat dziwnego zbiegu okoliczności nazwanego Przypadkową Koincydencją Szczytu Klimatycznego w Warszawie i Dnia Niepodległości. Sieć Internetowa jest Naszą Zbiorową Narodową Świadomością, jest naszą pamięcią i narzędziem wymiany informacji. Czy ktoś tego chce czy nie chce mamy wspólną przestrzeń informatyczną i informacyjną, rodzaj Zbiorowego Mózgu, który podejmuje wyzwania, inspiruje, prowokuje do działania i zmienia Rzeczywistość. Jak choćby w Krakowie gdzie 22000 osób przybyło na zaproszenie młodej Internautki, na imprezę wiosenną na Zakrzówek. Internautce urządza się teraz pokazówkę sądową typową dla kraju reżimu policyjnego. Nic dziwnego. To jej zachowanie jest przecież preludium do obywatelskiego nieposłuszeństwa w stylu arabskim.

mmm 635197862878942766

Czy to jest obraz niepodległości, pokojowego marszu, radości i manifestacji Jasnej Siły czy też oczywista Manifestacja Sił Ciemności?

mmm marsz-niepodleglosci2013-4147071-616x385

Rzeka ognia przetaczająca się w ciemnościach, siała grozę w relacjach telewizyjnych. Rzeka Ognia w Ciemnościach rozlana i tocząca się przez Serce Europy – to dominujący przekaz medialny dnia! Tylko Telewizja Republika pokazywała NORMALNOŚĆ tej manifestacji, która dominowała tak naprawdę w tym Marszu w 99,99%. mmm 5281dcd79ec36_k27

Był tam i nasz NIKLOT ze swoim transparentem. Byli ludzie z małymi dziećmi i wózkami, albo z dziećmi w nosidełkach.  Oni usiłowali zamanifestować coś innego niż ksenofobię i szowinizm. Nie mieli na myśli haseł bogo-ojczyźnianych katolickich, ani zawłaszczania Polski dla grupy o chrześcijańskim wyznaniu i poglądach.  Jednak czy tu na zdjęciu mamy obraz patriotyzmu? Czy to nie obraz faszyzmu, który podpala świat? Czy symbole OGNIA i WOJNY, towarzyszące pochodowi wystrzały petard – symbolika archetypu, stara jak świat – pogańska symbolika, powinna była stanowić oprawę dla Święta Niepodległości Wszystkich Polaków – Wszystkich w swojej Tęczowej Różnorodności? Chcieli nie chcieli stanowiła ona tę oprawę, ale czy była użyta świadomie przez dominujące ten pochód katolickie masy? Wątpię.

au 130 Czy marsz ten miał być marszem wyłącznie Czarnej Falangi Katolickiej, czy całej polskiej młodzieży o pełnym spektrum różnorodności i nowoczesnym spojrzeniu na kwestię narodu i wspólnoty polskiej? Czy miał być symbolem propozycji dla Polaków na przyszłość jaką daje Obóz Narodowo-Radykalny Katolicki, czy też powinien wyglądać zupełnie inaczej, być Manifestacją Polski dla Każdego POLAKA? Także tego który Tęczę uznaje za swój symbol Religijny – dla Polaka Poganina na przykład, lub dla Polaka Buddysty?  Partykularny komentarz powyżej zaprezentowany przez Gazetę Polską Codziennie reprezentującą PIS i Czarną Falangę wskazuje, że i ta prasa i media (TV Republika) poświęcają obiektywny obraz (także tego marszu) na ołtarzu swojej polityki i propagandy własnego punktu widzenia. Ich relacja jest tylko pozornie „obiektywna i prawdziwa”, bo w gruncie rzeczy podporządkowana interesom tej grupy społecznej która ich powołała. Wpisują się te media w ogólny podział i nie przełamują tendencji faszyzującej życie Polaków lecz ją umacniają, pokazując obraz w krzywym zwierciadle, wyłącznie na własną modłę.

mmm Q,11-11-2013-r--Marsz-Niepodleglosci

Biało-czerwoni podpalacze Świata! Kto rządzi mediami w Polsce? Kto zadbał o ten przekaz? Czemu on służy? Odwróceniu uwagi od procesu nieuniknionej Wielkiej Zmiany we wszystkich możliwych wymiarach? Bez wątpienia w tym dniu miało miejsce przesilenie – była to ostatnia próba odwrócenia biegu wydarzeń. Próba ta spaliła na panewce i ukazała w całej rozciągłości bankructwo XIX wiecznego pojmowania narodu, niepodległości, której źródłem ma być dmowszczyzna i katolicyzm.  Stało się to wbrew intencjom uczestników tej manifestacji, którym się zdawało, że manifestują co innego niż w RzeczyIstności manifestowali.

mmm 9c70d7d-580-365-0-0-3000-1891Ktoś kto widzi dzisiaj w Tęczy symbol homoseksualny, i to  zarówno ten Kto Bierze Barwy Tęczy na symbol jak i Ten Kto atakując ten symbol niszczy go,  daje dowody mentalnej dewiacji umysłowej, zaślepienia kalijugą. Demonstruje swoją podatność na manipulację na każdym poziomie mentalnym i fizycznym.  Dlatego bardzo istotnym pytaniem jest i bardzo ważną odpowiedzią jest – o czym wszystkie pop-propagandowe media milczą jak jeden mąż – Kto Podpalił Tęczę?! Kto stał za usunięciem policji sprzed ambasady Rosji, kto stał za organizacją zadymy przy squocie?? Kto zadbał o przekazy medialne – np. TVN oczekiwał długi czas z kamerami, żeby zadyma przy Skorupki się wreszcie zaczęła, a potem narracja już „poszła w świat” i była prowadzona w stylu stalinowskiej nagonki.  Kto dokonał „rozwiązania marszu” i na jakiej podstawie – kto manipulował prowokacjami i decyzjami Ratusza? Wreszcie kto zadecydował, że prowokacje jednak się odbędą mimo nieobecności PISu i że będą mu „przyklejane”, a obraz podpalonej budki strażnika ambasady Rosji w Polsce pójdzie w świat, za co trzeba było mimo wszystko uniżenie przeprosić Wielkiego Brata. Kto masowo tak uniżenie przepraszał? Oczywiście „autor” prowokacji.

Czy były to inspiracje Rosji i znów narracja rosyjska zdominowała media światowe? Czy to inicjatywa czysto „polska”, z kręgów Układu Warszawskiego, który walczy na śmierć i życie o przetrwanie i powstrzymanie Wielkiej Zmiany?

Te pytania i odpowiedzi na nie są ważne, ale nie najważniejsze, bo istnieją też inne plany tego wydarzenia – tak jak powiedzieliśmy, mentalne i kosmiczne.

mmmm 59686155_744094724_o

Ktoś kto myśli, że to wszystko ma wymiar wyłącznie materialny i komu się wydaje, że może tym manipulować, jest nieskończenie ograniczony umysłowo. Pisaliśmy tutaj, że „głupie pomysły” chodzą rządzącym po głowie i że zmierzają oni do odpalenia wielkiej prowokacji. Mimo wszystko te głupie pomysły zostały częściowo zrealizowane, jednak próby dalszego rozszerzania tej prowokacji na Moskwę i polską ambasadę w Rosji, to już tylko żałosny łabędzi śpiew tego nieudanego puczu.

Bo Wielka Zmiana panie i panowie nie ma nic wspólnego z tak żałosnymi próbami wykorzystania sytuacji. Tęcza nie jest symbolem homolobby, ani znakiem rosnącej w narodzie katolickiej wiary, tak jak swastyka nie jest symbolem faszyzmu. Ta spalona w Warszawie Tęcza jest symbolem próby zawrócenia Wisły kijem. Ośmiesza ona podobne poczynania Teraz i na Zawsze.

Ku Ziemi i Słońcu lecą jeszcze jak wiemy dwie inne komety. Jest to widowisko nigdy nie oglądane przez ludzi na naszej planecie, ale o tym konfrontujące się na poziomie małpiego zaślepienia tłumy nie myślą, nie przyjmują tego do wiadomości. I to jest sedno tej całej kosmicznej demonstracji, na którą można patrzeć przyziemnie – „naukowo”, „racjonalnie”, materialistycznie tylko,  ale można ją też postrzegać w kategoriach Paradygmatu Świadomości Nad/Pod Materią.

Opisywanie holistyczne RzeczyIstności na wszystkich jej poziomach (materialnym, mentalnym , kosmicznym i duchowym) musi narażać podejmujących ten wysiłek na uśmieszki politowania ze strony Lemingów, Yetisynów, „materialistów” i „racjonalistów”, którzy poziomu mentalnego świata w ogóle nie zauważają. Tego wyższego jeszcze poziomu duchowego celowo tutaj nie opisujemy w tym artykule, bo każdy na temat tego poziomu rozgrywających się w listopadzie i grudniu 2013 roku zdarzeń na Ziemi i Słońcu, musi wyciągnąć wnioski adekwatne do swoich możliwości analizy i percepcji.

Przedstawiony opis jest też oczywiście tylko fragmentem mozaiki ograniczonym do wycinka, który rozgrywał się w Sercu Świata. Nie piszemy tutaj o peryferyjnym Ataku Ciemności na Filipinach. Dla milionów katolickich i islamskich mieszkańców Filipin Kometa ISON C i wywołany jej przelotem oraz wzmożoną aktywnością Słońca niespotykany tajfun to symbol jednoznacznie się kojarzący. A dla 2500 osób, które straciły życie i dla milionów osób, które straciły „życie” w dotychczasowej jego formie (dom, zdrowie, bliscy, uprawy, majątek, itp.) jest to dosłownie realizacja Końca i Początku zupełnie odmienionej egzystencji – znak Życia i Śmierci – prawdziwy ISKON.

My Ludzie Wolni i Świadomi, uznający istnienie i działanie Paradygmatu Świadomości Nad/Pod Materią nie możemy się przy opisach RzeczyIstności ograniczać do poziomu „materialistycznych poglądów” i pozostać przy ograniczonych „naukowością” opisach zdarzeń, na przykład powodowani lękiem przed publiczną śmiesznością, albo „oskarżeniami o oszołomstwo” płynącymi od ludzi ograniczonych wyłącznie materialistycznym punktem widzenia.

Niezależnie od indywidualnie wyciąganych przy okazji wydarzeń listopadowo-grudniowych wniosków możemy wyciągnąć z zaistniałej sytuacji także wnioski dla naszej Zbiorowej Polskiej czy też Ludzkiej Świadomości. Wnioski te są takie, że na szczęście obraz Zbiorowej Świadomości Polaków nie jest tak czarny i pogrążony w ogniu jak malowały go pop-propagandowe media Sił Ciemności i Niewolnictwa (czarne i czerwone). Ma on wyraźny rys Wolności prawdziwej, Wolności mentalnej i w rzeczywistości obraz Polaka jest bardziej Zielony niż czerwony czy czarny – jest to obraz owych pogodnych młodych ludzi wypowiadających się z marszu do kamer (TV Republika), obraz Rodzin z dziećmi biorących udział w pochodzie, tych nie rzucających petard i nie wszczynających burd z zamaskowaną twarzą.

Obserwujmy moi drodzy spokojnie i ufnością przelot ISON C 2012 S1 z powrotem obok Ziemi 26 grudnia i obserwujmy zdarzenia jakie będą mu towarzyszyć, obserwujmy to na planie materialnym, mentalnym , kosmicznym i duchowym – holistycznie, i wyciągajmy wnioski co do Wielkiej Zmiany – bo ona jest największym fenomenem jaki dane jest nam spostrzegać naszymi ograniczonymi ludzkimi zmysłami w tych dniach Odrodzenia Światła Świata.

W kontekście tych listopadowo-grudniowych wydarzeń doradzam wszystkim ze zdwojoną uwagą śledzić wątek wycięcia prawie 400 drzew w Parku Krasińskich i jego rzekomej „renowacji”. Rozpoczęta przez ruch społeczny Zielona Moc akcja prześwietlenia tej gigantycznej afery nabiera rozpędu i zaczynają się w tej sprawie pojawiać pierwsze konsekwencje. Masakra Starych Drzew w Parku Krasińskich wpisuje się w prezentowany przez nas ciąg zdarzeń, które stanowią konfrontację Starego Świata z Wiarą Przyrodzoną Słowiańską i myśleniem Przyrodotwórczym – Nowym Stylem Życia, ekologicznym światopoglądem i nowoczesnym naprawdę racjonalnym i naukowym , holistycznym patrzeniem na świat.

mmmm 35197991010252404

Okazuje się , że przy tej tak zwanej renowacji polegającej na wycięciu drzew i „zniknięciu” wyciętego drewna wartości milionów złotych – jak podaje Telewizja Republika (14 listopada 2013)  – popełniono szereg innych przestępstw, w tym nie przebadano terenu archeologicznie, nie dopatrzono wielu elementów przetargów, nie dokonano analizy historycznej przez co zniszczono założenie parkowe wykonane przez jednego z największych polskich projektantów parkowego krajobrazu, Franciszka Szaniora w latach 1891-1895. Dopuszczono się tam pospolitych przestępstw, które wpisują się w szerszy kontekst „przestępczego” zagospodarowania okolicy Polskiej Akademii Nauk, Krakowskiego Przedmieścia, ulicy Twardej i Placu Zamkowego  (słynny biurowiec na Starówce, który wykreśla ją de facto z listy Dziedzictwa UNESCO). Tak działa Układ Warszawski! Ale Kraków i Warszawa to Nasza Wspólna Sprawa, nasza, narodu i plemienia Wolnych Polaków, a nie ICH Cosa Nostra.park jerzm dwa deby z widokiem na pień gigant DSC00426 3obr

Sprawą Parku Krasińskich zajmuje się już dzisiaj Prokuratura, i nawet jeśli Układ Warszawski ukręci tej sprawie łeb w obecnym układzie władzy i interesów Yetielity, to dosięgnie ich wszystkich, a zwłaszcza powiązanych z Mafią Nieruchomościową Urzędasów odpowiedzialnych podpisami za decyzje, ręka Zielonej Mocy. Jeden ze słynnych Wiceprezydentów Warszawy jest już na celowniku dziennikarzy śledczych z TV Republika (popieramy w tym działaniu bezwzględnie dziennikarzy z tej stacji telewizyjnej).

Zgotujemy Wam Piekło! Idzie Nove! Trwa Marsz Niepodległości. Marsz NOVEGO!

Jak już wspominaliśmy listopad będzie wyjątkowy pod względem ilości obserwowanych komet. Niektórzy nazywają go już miesiącem komet. Faktem jest, że praktycznie w jednym kadrze można będzie zawrzeć komety Encke, ISON i Lovejoy. Niektórzy twierdzą, że to nagromadzenie komet będzie czymś skutkować dla Ziemi. [Zmianynaziemi.pl]

Na koniec obraz marszu z TV Republika, lecz już „podkolorowany” lukierkową muzyczką. NIKLOT – 24’30” do 25’00”. Były też flagi Zadrugi z Toporłem (ok. 30′).

Towarzyszył marszowi jednak nieustanny huk petard. Na kadrach widać momentami ludzi zamaskowanych – czy to są późniejsi zadymiarze? Prowokatorzy? Idioci? Pan Bosak w TV Republika tłumaczył, że oni testują i ćwiczą swoje zdolności „bojowe”, że nie należeli do marszu, ale Straż Marszu ich widziała? Widziała i nic nie zrobiła z zamaskowanymi ludźmi? Widziała czy nie? Oczywiście, że winę za prowokację ponosi policja, Ratusz itp. Ale wkład w zadymę jest dwustronny.

Platforma wali się i rozpada. Nie zrobiono sondaży po 11 listopada, ale tuż przed miała OFICJALNIE już tylko 20%. Tak jak przewidywałem nie zwiększa to elektoratu PIS, który jest niezdolny do stworzenia oferty programowej dla WOLNYCH LUDZI – Dla Wszystkich Polaków, ma ją tylko dla katolików. Ruch Narodowy też wydaje się być niezdolny do wytworzenia programu Dla Wszystkich. Pokazuje to nie tylko reakcja na Naszą Wyciągniętą Rękę, ale także spalenie Tęczy. Czy wszystko – zmierza na wszystkich planach w kierunku utworzenia Ruchu Wolnych Ludzi – Zrzeszenia Słowiańskiego? Jakiejś nowej formy Ludowego Wiecu i Internetowej Demokracji Bezpośredniej, Referendalnej, pod sztandarem Wolnej Polski?

 

Ślęża: List Otwarty do papieża Franciszka i Metropolity Wrocławskiego


Wrocław, 13.11.2013

 

Ocalić Masyw Ślęży jako wspólne dziedzictwo 

 

List otwarty do:

Jego Świątobliwość Papież Franciszek, Biskup Rzymu

Jego Ekscelencja Arcybiskup Józef Kupny, Metropolita Wrocławski

Szanowni Panowie, już od kilku lat możemy zaobserwować niepokojące poczynania proboszcza z Sulistrowic, pana prałata dra Ryszarda Staszaka, dotyczące braku respektu i poszanowania dla słowiańskich i celtyckich miejsc kultu na Masywie Ślęży.

Wszystkie góry w Masywie Ślęży – na tysiące lat przed przybyciem chrześcijaństwa – były świętym miejscem Słowian Zachodnich. Masyw stanowi rodzaj łącznika między światem przyrody a światem duchowym, i był miejscem wielu obrzędów z tym związanych. W tym sensie w świadomości polskich Słowian po dziś dzień Ślęża jest naszą świętą górą, tak jak Grabarka dla prawosławia czy Częstochowa dla katolicyzmu.

Dzisiaj dla wielu ludzi nie związanych z tradycją chrześcijańską, Ślęża i Radunia pozostają celem wycieczek, a dla wielu są miejscem medytacji, refleksji, pogłębiania własnej duchowości, zgłębiania tych tradycji w spotkaniu z pozostającymi tu artefaktami tych słowiańskich tradycji.

Od wielu dziesiątek lat miejsca te są intensywnie odwiedzane przez mieszkańców Wrocławia i okolic, przez ludność z całej Polski a nawet i z zagranicy, a także przez ludzi nie związanych z żadną tradycją religijną, w celu poszukiwania tych ww. historycznych i duchowych wartości czy też jako miejsce odpoczynku i rekreacji.

Od kilku lat trwa jednak sukcesywne zawłaszczanie publicznej i turystycznej przestrzeni Ślężańskiego Parku Krajobrazowego na wyłączną działalność Kościoła katolickiego. Z jednej strony przy głównym szlaku z Przełączy Tąpadła na Ślężę ustawia się znaki drogi krzyżowej, a na szczycie monumentalny krzyż, z drugiej zaś doprowadza się do usunięcia rzeźby, która jest wierną repliką posągu Światowida  znajdującego się w Muzeum Archeologicznym w Krakowie. Rzeźba ta stała od ponad trzech lat w Domu Turysty  Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego im. Romana Zamorskiego na szczycie Ślęży, w miejscu dla siebie najwłaściwszym, lecz została usunięta na skutek nacisków ks. Staszaka.

Taka praktyka i takie poczynania proboszcza z Sulistrowic spotykają się też z niezrozumieniem i ubolewaniem ze strony wielu członków samego Kościoła katolickiego. Duża część decyzji tutejszego proboszcza odnośnie Masywu Ślęży nie ma szerszego poparciu ze strony tutejszej ludności, a jest raczej działaniem samowolnym, łamiącym dobre obyczaje pokojowego współżycia.

W imieniu całej diaspory słowiańskiej i wszystkich osób, którym dziedzictwo słowiańskie na Masywie Ślęży jest cenną wartością, wyrażamy niniejszym sprzeciw wobec polityki lokalnych administratorów Kościoła katolickiego, polegającej na braku szacunku dla naszych wspólnych słowiańskich korzeni, bo przecież i w żyłach polskich katolików płynie słowiańska krew.

Opisane powyżej wydarzenia wpisują się niestety w daleko szerszą perspektywę. Z wielkim niepokojem obserwujemy i boleśnie odczuwamy jak przestrzeń niezależnej myśli i działania wolnych ludzkich duchów kurczy się i jest zawłaszczana przez polski kler.

Nie jest to z pewnością odzwierciedleniem ideału samego Kościoła katolickiego wg Soboru Watykańskiego II, szczególnie dotyczącego tu tematu stosunku Kościoła do religii niechrześcijańskich, wyrażonego w deklaracji Nostra Aetate, czy też w Konstytucji duszpasterskiej o Kościele w świecie współczesnym, Gaudium et spes, wypowiadającej się tak pozytywnie o wartościach humanistycznych i ogólnoludzkich współczesnego świata.

Dialog, respekt i poszanowanie innych tradycji religijnych postawił sobie Kościół katolicki na tymże soborze jako czołowe wyzwania dla przyszłej drogi Kościoła w tych wiążących dokumentach soborowych.

Całe spektrum działań Kościoła katolickiego w Polsce jawi się jednak raczej jako odwrót od idei Soboru Watykańskiego II i powrót do fundamentalizmu religijnego, graniczącego często z fanatyzmem.

XXI wiek to czas pojednania. Zjednoczona Europa narodów, w której to jednoczeniu Kościół katolicki miał swój niezaprzeczalny wkład, jest oparta na tolerancji i poszanowaniu innych obyczajów i światopoglądów. Zjednoczona cała ludzka rodzina, bogata dorobkiem swoich tak różnych dróg, którymi kroczyła od początku dziejów, chce być uszanowana w swojej różnorodności. Czy także współistnienie daje się wpisać w treść nowej ewangelizacji?

Zwracamy się z prośbą do Jego Świątobliwości i Jego Ekscelencji, by uczynili co w Ich mocy, by odwrócić niedobre tendencje, by Święta Góra Słowian mogła stać się jednak miejscem POJEDNANIA i DIALOGU, nie waśni i podziału.

Z poważaniem i serdecznymi pozdrowieniami

(1.) Zespół Redakcyjny miesięcznika „Słowianić” (2.) wraz z grupą inicjatorów

Czesław Białczyński, Kraków, pisarz i publicysta

Piotr Kudrycki, Muchnice Nowe, sadownik i wydawca

Joanna Maciejowska, Wrocław, historyk

Marek Wójtowicz, Wrocław, inżynier

2.

Mariusz Agnosiewicz, Warszawa, wydawca

Radosław S. Czarnecki, religioznawca, Towarzystwo Kultury Świeckiej

Justyna Jakimowicz, Gajówka, Góry Izerskie

Jacek M. Kwiatkowski, Sulistrowice, teolog, coach, terapeuta

Lucyna Łobos, Chicago

Jerzy Artur Naglik, Berlin, fizyk, przedsiębiorca

Anna Olszta, Bydgoszcz, inżynier

Krzysztof Orłowski, Dublin, przedsiębiorca, i healer

Tadeusz Owsianko, Sobótka, dziennikarz

Jerzy Przybył, Norrköping (S), artysta, rzeźbiarz i malarz

Beata Rejszel, Tychy, nauczyciel

Adam Smoliński, Szczecin, dziennikarz

Emilia Szeterlak, Zielona Góra, nauczyciel

Barbara Walczak, Wadowice, Klub Zaginione Dziedzictwo

Paweł Ziemiński, Łódź, dr nauk ekonomicznych, przedsiębiorca

Podpis popierający ten list można złożyć od dnia 14 listopada 2013. List jest umieszczony na stronie internetowej http://www.slowianskasprawa.pl . Podpis należy wysłać przez pocztę e-mail, na adres: info@slowianskasprawa.pl

zmieniony adres mailowy: info@slowianskasprawa.pl

Przy składaniu podpisu pod tym listem, prosimy o podanie imienia, nazwiska, miejsca zamieszkania (tylko miejscowość) i wykształcenia albo zawodu. Podpisy będą zamieszczane i uzupełniane regularnie, każdego wieczora, na powyższej stronie WWW.

[e-mail jest z jednej strony niezbędnym weryfikatorem a z drugiej adresem kontaktowym dla tych osób, które będą chciały być powiadamiane w przyszłości o dalszym biegu naszych inicjatyw w powyższej sprawie.]

 

PODPISYWANIE LISTU

Szanowni Państwo, wybraliśmy drogę dla nas wymagającą najmniejszego nakładu pracy, gdy chodziło o pisanie skryptu strony internetowej. Niestety nie mogą Państwo dokonać swojego wpisu bezpośrednio sami, wypełniając formularz wersji flash. Możliwe jest to tylko przez wysłanie takiego krótkiego potwierdzenia pocztą elektroniczną. Lista sygnatariuszy jest uzupełniana systematycznie w plikach po kilku, kilkunastu sygnatariuszy.

 

A zatem e-mail na adres info@slowianskasprawa.pl

W tej krótkiej informacji podajemy

 

imię, nazwisko, miejscowość, zawód

 

 

 

Wzór takiej poczty potwierdzającej podpisanie listu otwartego:

Niniejszym podpisuję się pod listem otwartym „Ocalić Masyw Ślęży jako wspólne dziedzictwo” 

Jan Kowalski, Warszawa, nauczyciel

 

Wysyłamy, i to wszystko

 

 

 

Dziękujemy serdecznie za poparcie tej wspólnej inicjatywy

Gdyby Pańskie imię, nazwisko nie pojawiło się na tej liście w ciągu 24h od wysłania poczty, prosimy bardzo o wyrozumiałość i o ponowienie wpisu. Dziękujemy.

 

Gazeta Wrocławska o wojnie religijnej na Ślęży!

Posted in Polska, Starosłowiańska Świątynia Światła Świata, Słowianie, Wiara Przyrody by bialczynski on 13 Listopad 2013

Dzisiaj wieczorem – 13. 11. 2013 roku odczytany zostanie z anteny Niezależnej Telewizji 1 we Wrocławiu List Otwarty podpisany wstępnie przez grupę inicjatywną złożoną z wielu środowisk reprezentujących Wiarę Przyrodzoną Słowian, środowiska ekologiczne i przyrodotwórcze Zielonych , środowiska Wolnych Ludzi, polskie środowisko Ateistyczne, skierowany do władz Kościoła Katolickiego w Polsce oraz do zwierzchnika tego kościoła w Watykanie, w związku z działaniami Kościoła, poprzez  osobę proboszcza z Sulistrowic, jakie mają miejsce w Masywie Ślęży.  Dzisiaj wieczorem opublikujemy ten list także tutaj na naszym blogu i podamy link do strony na której będą zbierane podpisy obywateli Polski pod tym listem.

Publikujemy tutaj tekst z Gazety Wrocławskie,j który ukazał się w jej papierowym wydaniu w dniu wczorajszym, a na stronie internetowej już 11 listopada.

gazetawroclawska

Światowid zniknął ze Ślęży. Podpalono też Jezusa. Wojna religijna pod Ślężą?

http://www.gazetawroclawska.pl/artykul/1038797,swiatowid-zniknal-ze-slezy-podpalono-tez-jezusa-wojna-religijna-pod-sleza,3,id,t,sg.html#galeria-material

Data dodania: 2013-11-11 11:11:29 Ostatnia aktualizacja: 2013-11-12 12:06:28

Gazeta Wrocławska Malwina Gadawa
Ze schroniska na górze Ślęży zniknął posąg Światowida. – To działanie rozbójnicze, które w żadnej mierze nie może być tolerowane. Nie pozwalamy na to, by wrogie nam siły, które odcisnęły już swoje ponure piętno na naszych przodkach, przeszkadzały nam teraz w sięganiu do naszych korzeni – mówią Rodzimowiercy, związani z kwartalnikiem „Słowianić”, którzy posąg wykonali i postawili w schronisku. Uważają, że do jego usunięcia przyczynił się proboszcz parafii w Sulistrowicach. On zaś łączy ostatnie wydarzenia na Ślęży z niedawnym podpaleniem figurki Jezusa Frasobliwego w kaplicy w Sulistrowiczkach.
 Światowid zniknął ze Ślęży. Podpalono też Jezusa. Wojna religijna pod Ślężą?

(© arch. kwartanika „Słowianić”)

Wierną replikę figury Światowida, której oryginał znajduje się w Muzeum Archeologicznym w Krakowie, umieszczono trzy lata temu w Domu Turysty PTTK na Ślęży. Rzeźba, którą stworzył Piotr Kudrycki, związany z kwartalnikiem „Słowianić”, została oficjalnie zaprezentowana podczas uroczystości nazywanej “Harmonią Kosmosu”. Wtedy nie była dla nikogo problemem.

Dlatego jej twórcy zaskoczeni są tym, co się wydarzyło w ostatnim czasie.

 Światowid zniknął ze Ślęży. Podpalono też Jezusa. Wojna religijna pod Ślężą?

(© arch. kwartanika „Słowianić”)

Nasze zdziwienie było ogromne, kiedy zobaczyliśmy, że rzeźby nie ma już w schronisku na Ślęży. Jesteśmy przekonani, że za tym wszystkim stoi proboszcz parafii w Sulistrowicach, ksiądz Ryszard Staszak. To przez jego naciski kierownictwo schroniska usunęło rzeźbę. W ostatnim czasie proboszcz bardzo się uaktywnił, postawił nawet Drogę Krzyżową na górze – mówi Marek Wójtowicz z kwartalnika “Słowianić”.

Inicjatorzy stworzenia i postawienia rzeźby na górze Ślęża wystosowali w tej sprawie nawet oficjalne oświadczenie, w którym czytamy: Obecnie – na skutek ciągłej presji psychicznej i gróźb miejscowego proboszcza Ryszarda Staszaka – kierowniczka placówki była zmuszona usunąć rzeźbę z przestrzeni publicznej. To co zaszło na Ślęży jest działaniem rozbójniczym, które w żadnej mierze nie może być tolerowane! Nie pozwalamy na to, by wrogie nam siły, które odcisnęły już swoje ponure piętno na naszych przodkach przeszkadzały nam teraz w sięganiu do naszych korzeni. Pomrokę średniowiecza rozświetlimy jasnością naszych serc i umysłów.
Zawsze tu byliśmy i zawsze będziemy. Mają Prawosławni swoją Grabarkę, maja Katolicy swój Watykan, a świętym miejscem Słowian jest Ślęża! My, Rodzina Słowiańska zjednoczona w Duchu, dajemy odpór zakusom ciemnych sił.

Oświadczenie podpisali: Czesław Białczyński, Piotr Kudrycki, Joanna Maciejowska i Marek Wójtowicz.

Dlaczego rzeźba zniknęła ze schroniska? Z kierowniczką nie udało nam się porozmawiać, bo nie było jej na miejscu, za to pracownica, która nie chciała się przedstawić, była zirytowana tematem. – Nikogo nie interesuje to, że w schronisku nie ma wody, że jest nam ciężko, tylko jakiś klocek, który schowaliśmy – mówiła pracownica.

Na kolejne pytania, dlaczego taka decyzja zapadła, odpowiedziała zniecierpliwiona, że nikt na nich nie naciskał, ani proboszcz, ani burmistrz, ani wojewoda. Na koniec rzuciła: – Bo nie pasował nam do wystroju i tyle.

Sołtys Sulistrowic Ewa Jankowiak również nie chce się w tej sprawie wypowiadać. Mieszkańcy nie chcą mówić oficjalnie co sądzą o sprawie, bo jak twierdzą, nie chcą “zadzierać” z proboszczem, część z nich uważa, że figura powinna pozostać na swoim miejscu, bo to w końcu historia tych ziem.

Ksiądz Ryszard Staszak, proboszcz parafii pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa w Sulistrowicach choć na początku nie chciał komentować sprawy, dzisiaj odpiera zarzuty Rodzimowierców. – Tak naprawdę nie wiem co to są za ludzie i czego tak naprawdę chcą.

Ksiądz Staszak uważa, że trzeba szukać tego co łączy, a nie dzieli. – Ja nie walczę z żadnym pogaństwem. Uważam, że na Ślęży jest miejsca i dla Światowida, i dla Drogi Krzyżowej, którą notorycznie ktoś niszczy i to już pewnie nie jest wybryk młodzieży – mówi proboszcz.

Kapłan dodaje, że w kaplicy w Sulistrowiczkach również są pogańskie figurki, np. niedźwiedzia lub mnicha. – Trzeba mówić i o tym, co było tutaj kiedyś, ale także o tym, co jest dzisiaj. Każdy powinien się szanować.

Ksiądz Ryszard Staszak nie rozumie dlaczego grupa osób, chce sobie przywłaszczyć prawo do Ślęży, która jest dobrem wszystkich, nie tylko katolików czy pogan. Dodaje, że zgłosi także na prokuraturę sprawę internetowych wpisów, w których grożono mu i obrażano go.

Przeczytaj więcej o tej sprawie: Podpalili figurę i grozili księdzu

Przypomnijmy, że nieznani sprawcy podpalili drewnianą figurką Jezusa przy kaplicy w Sulistrowiczkach. Nadpalone zostały również drzwi do świątyni. Na szczęście pokryte były specjalnym impregnatem, więc nie doszło do większego nieszczęścia. Ks. Ryszard Staszak uważa, że to sprawa opatrzności bożej i tego, że w świątyni znajdowały się relikwie Jana Pawła II. Proboszcz uważa, że podpalenie było celowe. Mówi także o pogróżkach, które miał wcześniej dostawać.

Paweł Petrykowski, rzecznik prasowy Komendy Wojewódzkiej Policji przyznaje, że funkcjonariusze jeszcze nie znaleźli winnego lub winnych podpalenia figury w Sulistrowiczkach.

Osoby związane z figurą Światowida odpierają insynuację, że mogli mieć coś z tą sprawą wspólnego. – To kompletna bzdura. Nie wierzę w żadne podpalenie. To może był wybryk młodzieży lub prowokacja – mówi Marek Wójtowicz.

Dodaje także, że Rodzimowiercy będą walczyć o to, żeby figura powróciła na swoje miejsce. Jak? Tego jeszcze nie chce zdradzić, mówi tylko, że już wkrótce wszystko będzie jasne.

sobliwego w kaplicy w Sulistrowiczkach.

3/3

Kaplica w Sulistrowiczkach

http://www.parafiasulistrowice.pl)

 

Polecam też tekst na Racjonalista.pl (Iran w sercu Europy): tutaj

Świętowit w Choroszczy zniszczony! Obcięto mu głowę.

Posted in Starosłowiańska Świątynia Światła Świata by bialczynski on 13 Listopad 2013

sn854535

Kupując (TERAZ – TUTAJ!)  Budujesz Wolne Media Wolnych Ludzi!
slowianic nr 2 przod

02 lip, 2009

http://gazeta.choroszcz.pl/?tag=swiatowid

Światowidowi podcięto głowę

Zamieszczony przez: admin w: KRONIKA WIEJSKA|MIASTO I GMINA

Rzeźba pogańskiego boga Światowida stojąca na Babiej Górze nieopodal wsi Kościuki została uszkodzona. W miejscu styku głównej kolumny z wizerunkiem czterech głów widnieje ślad po użyciu piły. Sprawca wandalizmu nie przeciął drewna do końca, dlatego głowa bożka trzyma się jeszcze na czubku figury.

Oprócz głowy naruszono także podstawę rzeźby: specjalne kamienne zabezpieczenie chroniące drewno przed gniciem zostało wydłubane z podłoża. Wygląda to tak, jakby ktoś chciał wyrwać Światowida z ziemi. Teraz figura narażona jest na bezpośrednie działanie wilgoci.sn854533

„To bezmyślny wandalizm” – mówi Jan Adamski, znawca i miłośnik lokalnej historii  – „Światowid był ważnym symbolem, pamiątką po naszych przodkach, świadczył o ich duchowości. To od Światowida pochodzi nazwa „Światkowizna”, która później przekształciła się w „Sieśkowiznę”, a ta – w dzisiejszą „Szyszkowiznę”. Przede wszystkim jednak Światowid stanowi unikalną atrakcję turystyczną. Nie rozumiem, komu mogłoby zależeć na jego zdewastowaniu.”

Figura Światowida stoi na Babiej Górze w pobliżu wsi Kościuki. Jest to kopia posągu słowiańskiego bóstwa znalezionego w Zbruczu na Ukrainie. Babia Góra była według historyków miejscem dawnych kultów pogańskich. Rzeźbę postawiono tu w 1998 r. Pomysłodawcą przedsięwzięcia był Sławomir Halicki, ówczesny dyrektor Centrum Kultury w Choroszczy, obecnie – burmistrz Suraża. Początkowo rzeźba stała krótko w siedzibie Centrum Kultury, była też ozdobą Jarmarku Dominikańskiego. (IH)

sn854536

W tym artykule pani Hukałowicz starała się pisać o posągu w sposób godny, ale cóż . indoktrynacja robi swoje i kościółkowe wdruki co tydzień powtarzane na mszy – Napisała “głowa bożka” mimo, że nazwała go wcześniej Bogiem.

Galeria zdjęć uszkodzonego Światowida fot. Izolda Hukałowicz. (także zdjęcia powyżej)

sn854532

Ta rzeźba została postawiona za pieniądze Wszystkich Polaków, a kilku ultrasów katolickich, oszołomów całkowitych ją zniszczyło.

sn854534

W artykule jest mowa o uszkodzeniu. Za to ledwo osmalony krzyż z Jezusem w Sulistrowiczkach – to jest podpalenie. ta rzeźba jest bezpowrotnie zniszczona. Była takim samym dziełem sztuki jak Jezusik ze Sulistrowiczek. Jedno i drugie działanie jest zbrodnicze. Tylko pytam się dlaczego – tamto jest akceptowane. Ktoś z Wiernych Parafian napisał na naszym forum – I nie dziwię się że Waszą Figurę usunęli, dobrze zrobiło, Nie będzie pogaństwa!  Jak mam go nazwać? A kto go do tego inspiruje? Czyżby sam to wymyślił?! 

Nie! inspiruje go postawa kleru katolickiego! Konkretnych osób. A jedna z takich osób działająca podstępnie, niczym Wilk w Owczej Skórze, prowadzi parafię w Sulistrowicach.

sn854532

Pomnik był podpalany, przewracany – działanie to było systematyczne, nie wandalskie a przemyślane. Ludzie mieli piłę. Co Was opętało Średniowieczne Klechy?  Macie 100.000 kościołów w Polsce, postawiliście je używając OGNIA  i MIECZA na naszych Świętych Górach, takich jak Ślęża, nie pytaliście nas o zgodę, wasze bezprawie sankcjonował bat i stos inkwizycji,  a przeszkadza wam 100 Świętowitów. Wszystkie chcecie zniszczyć?! Nie doczekanie wasze!

Te zdjęcia z Panoramio:

4206628

Pewnie jakiś klecha albo katolicki fanatyk zauważył że ktoś się tutaj modli! To wystarczy, żeby palić i ciąć,  kiedy się jest pod wpływem takiej formy ekumenizmu jaka jest głoszona w kościołach polskich.21853357

Czy ludzie którzy “pracowali” nad tą rzeźbą parę godzin – zostali zauważeni, ujęci? Mija 4 lata od rozpoczęcia “śledztwa”. No ale kto nie potrafi złapać zabójców swojego szefa, Policjanta Policjantów, generała Papały, to chyba w ogóle nie powinien dostawać kasy z naszych kieszeni.

Jak myślicie – czy został naprawiony? To raczej niemożliwe. A może usunięto go, bo jego głowa mogła spaść komuś na głowę?!

Rafał Kopko Orlicki – O prasłowiańskim pochodzeniu słowa „wino”.

Posted in Polska, Starosłowiańska Świątynia Światła Świata, Słowianie by bialczynski on 12 Listopad 2013

Prasłowiańskie pochodzenie słowa ‘wino’

© by Rafał Kopko Orlicki

aaa kieliszek-winogrona-butelki-wino

Na stronach Wikipedii, spotkamy wyjaśnienie, że wyraz; „wino”, wywodzi się z łaciny, lecz jest obcy temu językowi. Skąd się tam wziął, tego nauka już nie potrafi wyjaśnić. Wyraźnie widać, jak badacze łaciny nie dopuszczają istnienia przed Rzymianami, Celtami i Etruskami, żadnej innej wielkiej kultury. Dalej, że wyraz ten prawdopodobnie przybył z Kaukazu bądź z Grecji. Oczywiście, nic nie ma o tym, że język i kultura Grecka czerpały z kultury prasłowiańskiej, podobnie kultura Etruska a więc i łacina, która powstała głownie na bazie języka etruskiego oraz celtyckiego. Zacznijmy więc, od podstaw, temat nazwy ‘wino’, bo jest to trunek który lubię i zainteresowanie się pochodzeniem jego nazwy, wziąłem sobie do serca.
W językach prasłowiańskich, podobnie jak w j.Etruskim (Raseńskim – tak ten lud sam siebie nazywał), kształtowanie układu morfemów następowało często w odwrotnym kierunku niż uczynilibyśmy to dzisiaj, a nierzadko obustronnie (refleksyjnie). Dlatego, dzisiaj, powinniśmy owe pradawne słowa etruskie próbować odczytywać z lewej strony na prawą, jak np. nazwę polskiego miasta; „Rawa mazowiecka”. (‘Ra-wa’, czyli; ‘moc-tu/ta’, która to nazwa pochodzi od obronnego grodu, jaki dawno w tym miejscu istniał.)
Termin ‘wino’, to pradawny, Arjo-Słowiański wyraz rzeczywiście pochodzący zapewne z Kaukazu gdzie było centrum (koliba) kultury Arjów. Tam właśnie, występują najstarsze szczepy winne.

aaa wino-z-winogronArjowie, byli bez wątpienia Słowianami, zaś ich nazwę (Aryjczycy) oraz symbol szczęścia „swastykę’, zawłaszczyli Niemcy za czasowi A.Hitlera. Bezceremonialnie. Jak wcześniej, podbili ziemie zachodnich Słowian nad Łabą oraz przejęli ich kulturę i legendy, z których jedynie na południu, pozostali Łużyczanie.
Nie można się zgodzić z twierdzeniem zawartym w słowniku etymologicznym A. Brucknera, że ’wino’ wywodzi się od łacińskiego słowa ‘vinum’. Nie jest to wyraz, który do języka polskiego przywędrował pierwszy raz z łaciny czy też wtórnie. Łacina jedynie utrwaliła ten wyraz w naszej świadomości, bo posługiwał się nią Kościół oraz dwór książęcy.

aaaa indeks
Skoro Etruskowie uprawiali i spożywali obficie wino zanim w ich krainie zapanowali Celtowie i inne ludy napływowe, zanim zrodziło się imperium Rzymskie gdzie powstała łacina utworzona na bazie języków; prasłowiańsko-etruskiego i celtyckiego, to musieli posiadać jakąś nazwę dla tego trunku.
To słowo, musiało istnieć wcześniej, nie tylko na Kaukazie, ale i na półwyspie Apenińskim! Wino, stanowiło bowiem, bardzo ważny składnik kultury etruskiej, co widzimy na pozostawionych przez nich freskach. Zabawa i pijaństwo na umór, było w ich życiu ważną czynnością, niemalże świętą. Był to sposób wpadania w ekstazę, jaki praktykowali Słowianie wpierw za pomocą halucynogennego napoju ‘soma’ (‘Soma’ zapewne wywodzi się z trzech pramorfemów; ‘Si-on/an-ma’; ‘jasność/światło-on-ma’), używanego do wyzwalania duchowych wizji.
Etruskowie, to po części potomkowie tubylczych Słowian i napływowej ludności z Hetyckiej Anatolii (Ladii i Arzawy), która była pod wielkim wpływem kulturowym Arjo-Słowian z pobliskiego Kaukazu. Jak wiadomo, Arjowie podbili po części zbrojnie, ale w większości kulturowo, olbrzymi obszar, od Indii i Tybetu po Mezopotamię (Persja) i północny Egipt. Dzisiaj, z tego powodu, gen R1a1 posiadają; Polacy (szczególnie na Spiszu i reszcie Śląska), Łużyczanie, Rosjanie, wspólnie z większą częścią północnych Indyjczyków (najwięcej ich znajdziemy w kaście dawnych rycerzy i nauczycieli – braminów), oraz prawdopodobnie w Iranie – gdzie brak jest takich badań, lecz świadczy o tym kultura tego kraju i rysy twarzy oraz błękitny kolor oczu wielu Irańczyków. Indie i Persja, to kraje dalekiego południa, gdzie również zapewne znano wino, znacznie przed Rzymianami.

aaa 135466_beczka_wino_winogrona
Znaczenie prasłowiańsko-indyjskiego rdzenia ‘wid’ oraz ‘wed’ i jego odmian, dość obszernie opisano w Kwartalniku Językoznawczym 2011/3 (7) w artykule; „Polskie jednostki leksykalne z prasłowiańskim rdzeniem *vˇed-„ autorstwa Kingi Knapik. Ja jednak sięgam do jeszcze głębszych i starszych części mowy niż rdzenie, mianowicie do najmniejszych, niepodzielnych układów fonemów o logicznym znaczeniu językowym, (czyli posiadających byt, jako samodzielne wyrazy, przynajmniej w dawnym języku), jakimi są morfemy.

Słowo; ‘wino/vine/winu/wini’, to więc terminy starosłowiańskie, w których występują dwa morfemy, w tym pierwszy to morfem leksykalny (samodzielny) a drugi to morfem słowotwórczy (niesamodzielny); ‘1)wi-2)no/ne’ a które znaczyły odpowiednio; ‘2)nie-1)widzi/widzenie’. Czyli ‘utratę świadomości’, pod wpływem trunku o takiej nazwie – nadanej mu od tego stanu fizyczno – psychicznego.
Podobne pochodzenie i bliskoznaczne znaczenie ma słowiańskie słowo ‘wina’, od pramorfemów; ‘1)wi-2)na’, czyli; ‘widzenie-na(ma)’, czyli ‘2)zna/posiada/ma-1)widzenie/wiedzę/świadomość’. Dlatego, poprzez stworzenie zaprzeczenia do słowa ‘wina’ opartego na almorfie (odmianie morfemu); ‘ne/nie/no/ni’ zbudowany został termin; ‘ne wini’; czyli ktoś ‘nie winny’. Sensualnie, była to osoba, która ‘nie miała wiedzy/świadomości’, co jest jak najbardziej logiczne.
Jak to wyraźnie podaje oficjalna nauka, etymologia łacińskiego słowa ‘ vinum’ jest niejasna i jest to wyraz obcy temu językowi. Co tym bardziej wskazuje na jego słowiańskie pochodzenie. W innym wypadku, jeśli Celtowie oraz powstali z nich Rzymianie przyjęli te nazwę od tubylców, to musieliby być nimi neandertalczycy, którzy wyginęli w większości ok. 40 tys. l. p.n.e.
Jest jednak jak najbardziej jasna, tylko, że od odkrycia, iż w znacznej mierze przodkami języka oraz kultury; Włochów, Francuzów, Hiszpanów i po części Niemców, twórcami cywilizacji Rzymskiej byli Etruskowie, (którzy pierwsi w Europie budowali akwedukty, kopuły świątyń, łaźnie, umiejętnie obrabiali metale, cudownie rzeźbili postacie ludzkie, posiadali własne pismo i prawo, rządzili się ustrojem demokracji i republik dwunastu miast) uznano za regułę, iż ‘pisma etruskiego się nie tłumaczy’, bo nikt go nie rozumie. Dlatego tez, nauka zachodnia nie akceptuje współtworzenia łaciny poprzez kulturę i prajęzyk słowiański, za pośrednictwem języka etruskiego.

aaaa_Domowe-wino-43
Zachód, pod wpływem pseudonaukowej propagandy Rzymsko-Niemieckiej a po części i Katolickiej, uznawał sąsiednich Słowian za ludy dzikie, niemalże nago biegające z łukami po śnieżnych i mroźnych krainach, pół niemowy bez znajomości pisma. Nigdy nie przeprowadzono więc na zachodzie, analizy porównawczej; głosek, sylab, rdzeni i morfemów wydobytych poprzez logiczne porównania ich powtórzeń w piśmie etruskim, do starosłowiańskich rdzeni i morfemów. Czy do podobieństwa obrazowego liter, zawartego w runach słowiańskich, piśmie węzełkowym odciskanym na naczyniach glinianych (podobnym do sanskrytu), głagolicy.

aaaa 258786732_7c3139a74f_z
Kiedy w XIXw polski szlachcic, archeolog i badacz j. etruskiego, Tadeusz Wolański, dowiódł, że j. etruski (Raseński, czyli ‘Ras-eni’, z morfemów ‘ra-si-eni’; ‘moc-jasność-oni’, czyli sensualnie; ‘biali ludzie’, czyli ‘rasa’, a co zostało później przeniesione do łaciny w słynnym ‘tabula rasa’, czyli; ‘biała/niezapisana – tablica/karta’ jak również występuje w nazwie miejscowej Słowian rosyjskich; ‘Rassija’ od ‘ra-si-simja’, czyli; ‘wielka biała – ziemia’ bądź ‘ras-si-mja’, czyli; ‘rasów-jasna-mająca’ a wiec ziemia mająca jasnych/jasnowłosych ludzi, bo ‘raseni/rasowie’ to byli przypuszczalnie biali ludzie) tłumaczy się za pomocą starosłowiańskich wyrazów i morfemów, uzyskując logiczne zdania pełne kulturowych wątków z epoki etruskiej, zaczął być prześladowany przez Jezuitów. Zakon ten, zwany żandarmami papieża, dbał o utrzymanie poglądu, że wszelki postęp duchowy oraz cywilizacyjny przybył do Słowian z Rzymu bądź od Chrześcijan, czyli Cyryla i Metodego. Tylko, że Cyryl i Metody doskonale znali język starosłowiański, jaki panował w Salonikach (wówczas był to ‘Sołuń’, czyli ‘si-łuń’; ‘jasny-blask’) oraz pismo słowiańskie występujące w licznych odmianach, jakie jedynie zapragnęli ujednolicić w celu ułatwienia szerzenia przekazu Biblijnego.

aut kwi ow winogrona hung grapes
Język Grecki, w dużej mierze, w początkowych latach swojego bytu, powstawał na bazie pisma i mowy Słowian, w tym Achajów (L-Achaje), od których nazywano tak dawniej cały język Grecki, jako achajski. Lachaje to ludzie z ‘la’, czyli ‘równin’ najprawdopodobniej nad Dunajskich, u krawędzi lodowca. (Stąd; ‘Polanie’, czyli dawniej ‘Po-lahy’, co zostało w języku Ukraińskim, jako ‘Lachy’. Podobnie ‘Czechy’ od ‘S-lechy’. Inaczej jest z nazwą ‘Ślązacy’ pochodzącą od ‘S-lazacy’, mającą wiele wspólnego z Łużyczanami, których nazwa pierwotna to zapewne właśnie ‘Luzacy’, (stąd łacińska nazwa ‘Lusatia’) czyli ‘ludzie wolni’. Wszystko to jednak były plemiona słowiańskie, Lahskie. Język ich niezwykle podobny. Nawet Prusowie to w większej części Słowianie a mniejszej Bałtowie, co zachowało się w szczątkach mowy Pruskiej). W ten sposób, j. grecki zawiera mnóstwo prasłowiańskich pojęć importowanych od Słowian a nie odwrotnie.
Nazywane niekiedy przez dawnych Greków ‘wino, ‘ jako ‘οἶνος’ czy też ‘ oînos’, to wymawiane archaicznie ‘foiwos’ bądź ‘woiwos’ a pochodzące od prasłowiańskiego ‘owotsi, owoszti, owoći’ wywodzącego się od rdzeni: ‘ow-ot-is-ti’, czyli sensualnie; ‘ tu-to-z-te’, które współcześnie należy tłumaczyć raczej w przeciwnym kierunku, jako; ‘z tego to tu’ bądź podobnie.
To, że łacina i greka przyznają się, iż czerpały wyraz podobny do naszego ‘owoc’ z jakiegoś wspólnego źródła, nie wskazując na Słowian, jest dowodem, jak zachód ciągle nie jest w stanie zaakceptować kulturowej egzystencji Słowian wcześniejszej niż Grecka czy Rzymska, na obszarze większej części Europy, w tym półwyspu Apenińskiego oraz Grecji.

winogrona Grape
‘Grecja’ to po prostu ‘Hratja’, nazwa pochodząca z greckiego słowa poprzez łacinę „graikos’, czyli ‘gorai-kos’; ‘górska kraina’. Jak nasze góry Karpaty to góry Hrawate, czyli Garbate. Stąd Ruska nazwa ‘hora’, a polska ‘góra’. Stąd Chorwaci, pochodzący ze obszaru Karpat, dzisiaj ‘Kroati/Hrwati’ to ‘ludzie górscy’, (podobnie jak rzeka ‘Krka’ to po prostu ‘górska/górka’) bo głoski ‘ho/go’ zostały zastąpione lokalnie przez ‘k’ a być może zawierające tę ‘głoskę takimi były wcześniej, jak widzimy to u Greków czy w nazwie ‘Karpaty’.
Podobnie, dawna grecka nazwa ‘morza’, czyli ‘moreas’ wywodzi się przypuszczalnie od ‘mora/mira-as’, czyli ‘świat/miejsce-wysokie’. Czy wyspa ‘Kreta’ od słowa ‘krateia’ tłumaczonego na ‘silna’ to w istocie ‘hora-teia’, czyli ‘górzysta-ta’. Szereg eposów greckich zawiera przeinaczone nazwy bóstw słowiańskich a język grecki pełen jest prasłowiańskich słów. Nawet inna nazwa tej ziemi ‘ellada’, wywodzi się ze słowiańsko-indyjskich morfemów; ‘el-lada’, (‘Hellada’), czyli’ ‘miejsce-porządku/spokoju/gładkie/łagodne’ i pochodzi z nazwanej tą nazwą przez ludy Arjów i Hetytów równinnej krainy, położonej po drugiej stronie cieśniny Bosforskiej o nazwie ‘Ladia’. Przez Greków zwanej ‘Lidia’. Podobnej nazwy, użyli Etruskowie nazywając swoją krainę Lacja, co później zostało wzięte przez Rzymian, stąd ‘Latina’, czyli język łaciński. We wszystkich tych słowach, morfem ‘la’ oznacza; ‘równina, płaskie, równe, niskie, proste, uporządkowane’, stąd ‘La-ha’; ‘nizina-życia’, ‘la-as’; ‘proste-wysokie’, ‘szlak’; ‘si-la-k’; jasne-proste’, miasto ‘kalisz’ od ‘ka-li-is’; ‘trudna/okrężna/kolista-droga-z’. Podobnie rzeka „Wisła’ od rdzeni; ‘wi-is/si-la’, czyli; ‘widna-z/jasna-droga’, bo był to po prostu, wygodny szlak wędrówek Słowian. Podobnie, późniejsze wyrazy łacińskiego pochodzenia, ale wzięte z rdzeni i morfemów mowy etrusko-słowiańskiej do łaciny; ‘linia, liana, lina, lont, liczba’. Stąd też imiona, takie jak ‘Lada’, ‘Wlado’ czy słowo ‘włada’ a więc żyjący ‘równo, w prawie’, czy nawet imię słynnego wodza Hunów ‘Attyla’ oznaczające; ‘At-ti-la’; ‘to-ten-prawy’ (nazywanego czule z tego powodu „ojczulkiem”), nadane mu zapewne przez miejscowych Słowian żyjących nad bagnami Balatonu (biała toń) i równie słowiańskie imię jego brata; ‘Blado’. Nic dziwnego, ze dzisiejsi Węgrzy to dawni ‘Madziarzy/Maziarzy’. ‘Madż/maż’ to błotnista, miękką ziemia, podobnie jak w nazwie ‘Mazury’ czy ‘Maz-owsze’, krain gdzie późno ustąpił lodowiec pozostawiając za sobą błotnistą tundrę. Nazwy te świadczą o dawnym zasiedleniu tych obszarów przez Słowian. Wśród Pusztunów – plemion Pakistanskich, nazwą ‘madż’ do tej pory nazywa się rozkopana miękką ziemie grobów, co zapewne wzięli od Arjo-Słowian.
Miasto Rzym, istniało, jako miasto etruskie, zanim powstało państwo Rzymian i zapanowała tamże łacina, położone obok innego raseńskiego miasta Velci/Vilci (wilki). Stąd zapewne legenda o wilczycy i dwóch braciach.

aaa kieliszki-butelki-wina-winogrona
Badania haplogrup genowych narodów, wykazują, że Słowianie byli w Europie już około 15-12 tysiąclecia przed naszą erą, (czyli postępowali za cofającym się lodowcem) a na środkowym obszarze Polski czy Rosji ok. 8000 p.n.e, gdy lodowiec wyparował z tych krain.
Podczas gdy południowe obrzeża lodowca ustępowały za północne Karpaty, gwałtownie zmieniał się klimat i w pasie dzielącym lodowiec od południa, gdzie z topniejącego lądolodu powstawała bagnista tundra i rodziły się koryta rzek, występowało zjawisko licznych deszczy w porze letniej. Zaś w zimowej, opady mokrego śniegu. Stąd, ludy prasłowiańskie nazwały cały szereg rzek występujących właśnie w obszarze między ciepłym południem a krawędzią lodowca, od rdzenia ‘den’. Będą to dzisiaj nieco zmienione nazwy; Ro-dan, Dun-aj, Dnie-str, Dnie-pr, Don, gdyż ‘di’ znaczyło ‘chłód, zimno’ (jak w słowach ‘lody/lo-di’; ‘równe-zimne’ czy ‘woda’, ‘wo-di’; ‘tu-zimne’) a morfemy zaimkowo-jezykowe, typu; ‘ni, ne, nie, en’ znaczyły ‘nie/koniec’. Czyli sensualnie, słowo ‘1)di-2)en’ i jego słowiańskie odmiany; ‘den/din/dzień/djeń’, oznaczało; ‘2)nie-!)zimno’, bądź; ‘zimna koniec’.
Słowianie, istnieli w Europie znacznie przed Niemcami i nacjami romańskimi, jakie powstały na bazie ludów; Nordyckich, Celtyckich, Słowian, Semitów i Illyrów. Wino, było więc, jak wskazuje historia Etrusków i innych ludów oraz etymologia tego słowa a także wiek narodowe udowodniony badaniami haplogrup genowych, dobrze znane Prasłowianom. Musieli posiadać dla niego własną nazwę, zanim narodził się język Grecki czy Łacina. Skoro Słowianie są w Europie kilkanaście tysięcy l.p.n.e., Etruskowie dopiero ok. tysiąca l.pn.e, podobnie język retoromański (w tym ‘ladin’ powstały na północy Włoch a więc na styku z Wenedami i innymi Słowianami naddunajskimi), łacina czyli starorzymski dopiero ok. 500 l.p.n.e, zaś język romańskie ok.500 l.n.e. Gdy więc również za czasów Mieszka I uprawiano w Polsce owoce winne, bo klimat był znacznie cieplejszy, była to już zapewne dawna tradycja a nie efekt wpływów Rzymskich. Tylko z powodu nawrotu małego lodowca, utraciliśmy tą tradycją, a później, za przyczyną gospodarki komunistycznej która niszczyła prywatną przedsiębiorczość.

winogrona uprawa home page thumbnail 7
Natomiast ‘piwo’, to przypuszczalnie nie tyle starszy, co dostępniejszy od wina napój, który również znali Prasłowianie, wcześniej od innych europejskich nacji. Nazwa pochodzi od rdzenia ‘pi-wo’; ‘płynne-to’, jak w słowie ‘pić’ od dawnego; ‘pi-ti’, czy w nazwie gór; ‘Alpy/Al-pi’ (gdzie płynie rzeka ‘Lech’), czyli ‘wysokie-zimne/mokre’ (jak góry ‘Ur-al’; ‘ziemia-wysoka’), bądź w słowie ‘woda’ od dawnego ‘wa-di/wati’ (w Hetyckim była to ‘watar’) czyli ‘ta-zimna’, czy słowo; ‘ropa’ od ‘ro-pi’; ‘rodząca-wilgoć’ a stąd nazwa ‘Europa’, której oficjalna nauka w żaden ząb nie jest w stanie rozpoznać skąd się wzięła. Przypisuje ją więc, mitom Greckim a ściślej przekazom pochodzącym z Teb. Mit ten mówi o krainie gdzie żyć miała księżniczka o takim imieniu, którą porwał biały byk. Jest to oczywista przenośnia, symbolika obrazująca potężnego władcę krain na północy gdzie panują śniegi i jasne noce polarne, lub białej rasy. Pod imieniem dziewczyny umieszczono nazwę jego ziemi, do której została porwana, zaszyfrowaną w morfemach; ‘El-ur-ro-pi/pe-as/is/os’, czyli; ‘miejsce/wybrane/ta-ziemia-rodząca-deszcz/wilgoć-zaimek’. To obraz dawnej walki, białych ludów północy z ludami południa. Ale to temat na inne strony.

winogrona uprawa Crimson_Seedless_Table_Grapes
Na najdalej wysuniętej na południe wyspie Grecji – Krecie (nie licząc Cypru) gdzie wzory ornamentowe i barwa tradycyjnych strojów ludowych są niezwykle podobne do wzornictwa Słowian ruskich, w jednej wsi, jeszcze istnieje miejscowy dialekt słowiański, który jak opowiadał mój grecki przewodnik – daje się w pojedynczych słowach zrozumieć przez Rosjan czy Polaków. Zachowała się tamże oraz na obszarze całej Grecji, starożytna nazwa słowiańska, związana ze zwyczajem picia wina, przypominającym zwyczaj górali polskich picia wódki. Otóż mężczyźni stają obok siebie w okręgu i z jednego kubka piją mocne, destylowane wino. Zapewne dawniej było to zwykłe wino. Pija w ten sposób, że kubek z trunkiem podają sobie z reki do reki, nigdy nie upijając go do końca a jedynie dolewając. Zwyczaj ten nazywa się „kupa” i bez wątpienia ma źródłosłów słowiański. Morfem ‘ku/ko/ka’ oznacza właśnie okrąg, koło, bądź wzniesienie (kopyto, kalo, kopiec, kontur, kora na drzewie, i wiele innych slow związanych z czymś, co jest wypukłe, wklęsłe, ale półokrągłe jak ‘koryto’ czy tez okrągłe, zawiera ten rdzeń, w tym przypuszczalnie jego odmianą jest słowo ‘ho-ra’, ‘gó-ra’), czy zgromadzenie w okręgu. Zaś rdzeń ‘pa’, przeważnie oznacza; ‘na/ma’. Najmniejsza staroruska jednostka administracyjna występująca w statutach litewskich z czasów Rzeczypospolitej szlacheckiej, to była ‘kopa’, która to nazwa przyjęła się od wiecowania włościan w okręgu, twarzą w twarz. Stąd ‘prawo kopne’, czyli wiecowe, ludowe, na którym dawniej wybierano nawet władców i wojewodów (‘wojów wodzących’ – czyli prowadzących na wojnę).
Pradawne ślady takich zgromadzeń w okręgu, na których zapewne popijano, jakiej odurzające trunki, zachowały się w postaci; słowiańskich, celtyckich, oraz germańskich, kamiennych okręgów nazywanych w Anglii ‘kromlechy’, od przypuszczalnie ‘kręgu-lachy(ów)’, czyli ludzi ‘światłych, przewodników’. Tak jak to zostało ujęte w dawnych słownikach szwedzkich, gdzie termin; ‘lach-man’ oznaczał przewodnika a później prawnika.
ORLICKI

aut kwi ow winogrona alvarinho-grapes

Kupując (TERAZ – TUTAJ!)  Budujesz Wolne Media Wolnych Ludzi!
slowianic nr 2 przod

Biała pod Ślężą – 12 listopada 2012

Posted in Starosłowiańska Świątynia Światła Świata by bialczynski on 11 Listopad 2013

DSC00453kompr

 

 

Kupując (TERAZ – TUTAJ!)  Budujesz Wolne Media Wolnych Ludzi!

slowianic nr 2 przod

72559091_4344303_1131473

2010-07-02

DSC00450kompr

712px-Peter_Wlast_wird_geblendet

 

Kupując (TERAZ – TUTAJ!)  Budujesz Wolne Media Wolnych Ludzi!

slowianic nr 2 przod

600px-Jaxa_Flucht2

 

Karte_Jaxa

DSC00445kompr

723px-West_slavs_9th-10th_c.

Nowy jpgkompr

Obraz Jana Matejki [powiększ]

DSC00444kompr

72559091_11064454_846065

Sleza-mapa_szczytu

DSC00443kompr

72559091_11311950_856773

DSC00442kompr

72559091_12774943_809385

DSC00441kompr

72559091_13952620_1140824

DSC00447kompr

72559091_14572639_2109601

DSC00448kompr

72559091_15518169_801575

DSC00449kompr

Kupując (TERAZ – TUTAJ!)  Budujesz Wolne Media Wolnych Ludzi!
slowianic nr 2 przod

72559091_2689486_2128887

DSC00451komprKamieniołomy w Białej72559091_4709216_845841

DSC00440komprPożegnanie ze Ślężą

72559091_16324564_2446373

Radunia Ślęża pentagram-i-12Mocy

Tagged with: ,

Polski łącznik – część 5 (na 11.11. 2013 roku: Święto Narodowe – 95 rocznica Wyzwolenia Polski)

Posted in Polska, powieści, Teksty społecznie zaangażowane by bialczynski on 10 Listopad 2013

Dla przypomnienia gdzie wciąż żyjemy, przed tą WIELKĄ 95. NARODOWĄ ROCZNICĄ Wyzwolenia Polski

Podobno 8 lub 9 maja zakończyła się II Wojna Światowa. Być może. Ale przypominam że dla Polski zakończyła się ona w czerwcu 1989 roku a więc ta data nie jest dla nas powodem do świętowania -ani 8 maja ani 9 maja to nie powód by defilować i wywieszać flagi narodowe.

Są powody by przypuszczać, że ta wojna pod inną postacią wciąż trwa na terytorium naszego kraju.  Więc niech ten odcinek “Polskiego łącznika”  będzie dla wszystkich sarkastycznym  czyli – by nie było kontrowersji z tym słowem  – IRONICZNYM, komentarzem do obecnego, bez wątpienia “kolonialnego” lub co najwyżej “postkolonialnego”  położenia III RP

Kupując (TERAZ – TUTAJ!)  Budujesz Wolne Media Wolnych Ludzi!
slowianic nr 2 przod

Wydawnictwo Kraina Księżyca

Czesław Białczyński

Polski łącznik

Copyright © by Czesław Białczyński

Kraków 1991

Część 5

(poświęcam ten odcinek pamięci Macieja Szumowskiego i Doroty Terakowskiej-Szumowskiej)

*

Potężny cios w szczękę zwalił Rzeźnika z nóg. Nim się zorientował, już na jego prawym przegubie zatrzasnęły się kajdanki. Druga obrączka powędrowała do kaloryfera i szczęknęła na rurce doprowadzającej gorącą wodę. Rzeźnik szarpnął się i spróbował wstać. Złapał go za włosy a kolanem uderzył w podbrzusze.

—  Gdzie ona jest?! — ryknął jak zraniony odyniec.  — Gadaj skurwysynie, bo wyszarpię z ciebie flaki.

— Nie wiem… Nic nie wiem — jęknął Adamczyk skręcony w przedziwnym przyklęku. Wolną ręką trzymał się za brzuch. Z ust i nosa kapała mu na ubranie krew. Mieszkanie przypominało pobojowisko. Książki wysypane na podłogę, powyry­wane kartki, wybebeszona szuflada z biurka, pocięta wersal­ka. Słoiki z szafek w kuchni opróżnione na jedną kupę do zle­wu. Rozbite radio leżało w rogu. Nad wszystkim unosiło się pierze z poszatkowanej poduszki. W łazience Walk odkrył ślady krwi na umywalce i przestraszył się. Zostawił tu dziew­czynę samą. Gdzie ona była teraz?!

Po wyjściu od pułkownika spędził kilka chwil z podkomisarzem Sędzikowiczem ustalając sposób kontaktu i nakazując mu przesyłanie korespondencji pod adresem warszawskiego UOP, na Rakowiecką 2a. Potem pisał raport i porządkował papiery. Dopiero koło trzeciej przypomniał sobie o dziewczynie i za­dzwonił do domu, Oczywiście już jej tu nie było, nikt nie od­bierał — tak wtedy myślał. Wtedy zadzwonił na Świętego Jana i stara Okińczycowa zaniepokojona powiedziała mu, że Kasi nie ma w domu od wczoraj. Powiedział jej, że do ra­na byli razem. Stara Okińczycowa była zdziwiona, że Kasia jeszcze nie dała znaku życia. Zwykle uprzedzała o swoich wyskokach. Dokończył raport tłumacząc sobie, że być może przed chwilą dopiero wyszła z mieszkania przy alei Solidar­ności i jest właśnie w drodze. Ale kiedy po kolejnej godzinie dalej jej nie było, stracił pewność siebie. Tknięty złym prze­czuciem wrócił do domu. Drzwi mieszkania zostały wyważo­ne, a wewnątrz Walczyk zastał bobrującego w najlepsze Rzeź­nika!

Walczyk odsunął się o krok i wyszarpnął spod lewego ramie­nia pistolet nie przestając patrzeć w oczy policjanta. Zarepetował. Lufa wbiła się w podgardle Adamczyka,

—  Gadaj! Albo będziesz zbierał mózg po ścianach! — wy­cedził z pasją.

—  Pytasz o dziewczynę?! — Tony lęku były wyczuwalne wyraźnie w głosie tamtego. — Nic  o niej nie wiem. Jak Bo­ga kocham!

—  A o reszcie coś wiesz? Czego szukacie, gnoje?!

—   Było  otwarte. Przyszedłem porozmawiać! Opamiętaj się Walczyk! — krzyknął histerycznie Rzeźnik czując, jak lufa miażdży mu krtań.

—  Sprytnie wymyślone. Bezczelność to wasza specjalność, no nie? Zdemolować mieszkanie, przewrócić do góry nogami, pobić i porwać dziewczynę i jeszcze zaczekać z głupią bajecz­ką?! Myślisz, że ci uwierzę?!

— A mógłbym wymyślić coś głupszego?!

—  Wbij sobie w łeb, że jeżeli jej spadnie włos z głowy to ty o swojej możesz już zapomnieć! Pojąłeś?! — Tamten pró­bował się okręcić wokół uwięzionej ręki, żeby zmienić niewy­godną pozycję, ale pistolet jeszcze głębiej werżnął się w jego grdykę. Dłoń Walczyka drżała a w jego oczach było szaleństwo. — Pojąłeś?!!!

—  Thak! — wycharczał Rzeźnik pchnięty energicznie ku ścianie. Lufa cofnęła się wtedy o milimetr, co umysł polic­janta odnotował nie bez ulgi.

—  A teraz   —   powiedział Walczyk spokojniej    —   oświeć mnie, w co wdepnąłem?

— W wielkie gówno — wysapał Adamczyk i niespodziewa­nie roześmiał się. — W takie wielkie, że w nim utoniesz. Brzegów nie widać.

—  Nareszcie… — rzekł inspektor z westchnieniem, co za­skoczyło Rzeźnika. — To lubię — dodał i cofnął się. Schował pistolet do kabury. — Widzisz, jeżeli chodzi o notes to wpierw będziecie musieli mnie zabić. Noszę go zawsze o tu, na sercu. Wystawili cię Rzeźnik. Ty już nie żyjesz. Wiesz o tym?

— Może tak, a może nie. Tłumaczę ci, że nie mam nic wspól­nego z tym nalotem a tym bardziej porwaniem. W ogóle jest jakieś porwanie?

—  Co to za głupia gadka? Chcesz zrobić ze mnie durnia?! —  Walczyk mierzył go zimnym spojrzeniem bez drgnięcia powie­ki, jakby patrzył na owada, któremu za chwilę zacznie obry­wać nogi i skrzydła.

—  Po prostu porwanie mi nie pasuje. Masz się z nią za­miar żenić? Dałeś na zapowiedzi? Wiedziała akurat tyle, żeby ją dobrze postraszyć i wystarczy. Rozumiesz?

W tym momencie zadzwonił telefon. Walczyk podniósł słu­chawkę. To była Kaśka!

—  Gdzie jesteś do cholery?! — wrzasnął. — W kawiarni?! Spotkałaś po drodze dawnego znajomego?  Niech cię diabli!

Miałaś czekać w domu! Myślałem, że cię porwali!… Co?! Nie mam teraz czasu!… Słucham?… Jak uważasz! — Ostatnie zda­nie powiedział zimno i twardo. Odłożył słuchawkę ze złoś­cią.

—  Mała się znalazła? — na twarzy Rzeźnika odmalowała się niekłamana ulga.

—  Dobrze — powiedział Walczyk z zupełnym spokojem. — Chciałeś rozmawiać, to porozmawiajmy. Ja też chciałem, tyl­ko nie wiedziałem, od czego zacząć.

—  Kajdanki. — Tamten wyciągnął przytroczoną do kalo­ryfera rękę w stronę inspektora. Walczyk nie poruszył się.

—  To cię interesuje? — zapytał wyciągając z kieszeni na piersi notes.

— Powiedzmy. Tylko jedna strona.

— Nie zdążyłeś jej wyrwać.

—  Nie mogłem znaleźć tego gówienka — Rzeźnik parsknął z lekceważeniem i pokręcił głową nad pechem, jaki go wte­dy spotkał. Patrzył teraz prosto w oczy inspektora i Walk zrozumiał, że tamten mówi prawdę.

— Proponuję interes — powiedział wolno policjant. — Du­ży interes. Ta kartka jest dla pewnych ludzi dużo warta.

—  Kto cię przysyła?

—  Powiedzmy grupa biznesmenów, którzy nie chcą mieć nic wspólnego z żadnymi aferami, z KGB, z SB,  w ogóle z żadną polityką. To uczciwi ludzie o nieposzlakowanej opinii. Od dawna robili w tym kraju to, co jest dopiero ostatnio ta­kie modne, duże interesy.

—  Nieposzlakowani powiadasz. Jakim cudem znaleźli się w notesie Grabież, skoro ją interesowała tylko polityka?

—   Jakim? Na zasadzie przypadku. Wiesz, że kiedyś nic nie było za darmo.

— Bogaci kapusie. Dawniej kapusie, dziś high life. Wyższe sfery finansowe.

—  Jeżeli tak chcesz to nazywać… Zależy im, żeby ich na­zwiska nie były łączone ze sprawami, z którymi nie mają nic wspólnego. Po co ich niszczyć Walczyk, skoro jest, jak mówię. Wierz mi.

—  Jasne, jasne. Więc mówisz, że to nie oni wydali rozkaz pozbycia się Grabież?! Nie oni chcieli mnie zabić?! Nie oni zrobili mi nalot?

— Nie.

—  I mam uwierzyć na słowo starego gliny, który się wy­sługiwał „trójce”?

—  Kto inny chce ci przeciąć drogę. Grabież przypadkiem potrąciła grubszą strunę. Ta struna ją zabiła. Zabije i ciebie Walczyk… Zastanów się.

— Co o tym wiesz?

—  Nie wolałbyś dać sobie spokój. Mój klient sypnie gro­szem, zwiniesz żagle i będziesz żył długo i spokojnie.

— A tamci dadzą mi żyć?

— Jak przestaniesz wokół nich krążyć… Kto wie?

— Jestem wścibski.

—  Jak chcesz. Nie przyszedłem z pustymi rękami, ale pa­miętaj, że cię ostrzegałem. Fioletowy podkoszulek, coś ci to mówi?

— Gadaj.

—  Facet koło pięćdziesiątki. Znałem go kiedyś. Zawodowy zabójca. Nie przypuszczam żeby zmienił profesję… Dokład­nie nie wiem, o co chodzi, i wolę nie wiedzieć. Coś szykują. Nowy pasztecik dla młodej demokracji. Wiem, że tam był. Jak myślisz, czy przyszedł do niej z wizytą towarzyską?

— Tyle wiem i bez ciebie.

—  Pseudonim Karat. Brał udział w takich aferach, że się do nich nie dogrzebiecie przez najbliższe sto lat. Resztę po­wiem, jeżeli przyjmiesz moje warunki.

—  Nie mogę zwrócić notesu. Jest wpisany do akt. To po­ważny dowód.

—  Jak ci powiedziałem, mojego klienta nie obchodzą afe­ry SB. Mnie też. Już z tym skończyłem. Stary jestem. Teraz mnie interesuje wyłącznie przyzwoita zapłata za drobną przysługę. Wystarczy wyrwać strony 45 i 46 i zniszczyć je. Do­staniesz za to Karata, skoro ciebie forsa nie bierze. Bez Ka­rata nie ruszysz dalej… — zawiesił głos i czekał cierpliwie, podczas gdy Walczyk badał jego źrenice, aż się upewnił, że tam­ten nie kłamie.

— Mógłbym cię docisnąć… — zaryzykował Walczyk.

—  Możesz mnie zatłuc, jakem Rzeźnik… — wycedził szep­tem nie spuszczając wzroku z oczu Walczyka.

—  Znasz klucz?

—  Zgłupiałeś? Wtedy miałbyś rację, już bym nie żył.

Walk podszedł blisko i po krótkim wahaniu rozpiął kaj­danki. Adamczyk wstał. Półzgięty dotruchtał do krzesła krzy­wiąc się z bólu przy każdym kroku. Dopiero kiedy usiadł ostrożnie się rozprostował, a potem przeciągnął.

—  Cholerny dysk! — poskarżył się. — Za stary jestem na takie numery. To mój ostatni sezon.

— Więc co z tym Karatem?

—  Ma za sobą ze dwa tuziny trupów, jak ulał, może wię­cej, kto to wie? Niezły ogonek, co?  Wiem, że zawsze brał udział w grach z najwyższą stawką. Nigdy nie poznałem go osobiście, ani nie wiem, jak się nazywa. Pewnie on sam już zapomniał, jak myślisz, Walczyk?… — zapytał retorycznie. — Je­żeli maczał palce w sprawie Grabież, to ta sprawa musi być cholernie śmierdząca. A maczał je na pewno.

—  Jak na niego wpadłeś? Okińczycowa nie chciała z tobą rozmawiać.

—  Chciała — nie chciała, coś kręciła.

— Więc napad na jej wnuczkę to wy?

— Powiedzmy. Stała jej się krzywda? Nie.

—  Za to dwóch Szwedów ucierpiało.

— Mogli się nie wtrącać.

—  Skoro nie ona, to kto. Ten gnojek od techniki pamię­ciowej, co robił portret?

—  Za dużo wymagasz Walk.

— Wróćmy do Karata…

— Kartki — Rzeźnik wyciągnął rękę.

Walczyk przez chwilę ważył notes w dłoni, po czym otworzył go energicznie, odszukał właściwe kartki i bez słowa zdecy­dowanym ruchem wyrwał je. Podał Rzeźnikowi, ale nie pu­szczał, mimo że tamten już je trzymał w palcach. Rzeźnik uśmiechnął się ze zrozumieniem.

—  Karat wyjechał do Warszawy. Dostał tam nowe zlece­nie. Jest zatrudniony w jednej ze spółek jako prywatny de­tektyw. Nie wiem w jakiej, ale masz rysopis i spółek w koń­cu niedużo.

Walczyk puścił kartki. Rzeźnik sprawdził numerację, podarł je na małe kawałki i podpaliwszy wrzucił do popielniczki. Przez chwilę patrzyli, jak płoną. Wreszcie został z nich tylko popiół.

— Kopii nie ma?

— Nie ma.

— Lepiej, żeby nie było.

— I lepiej żebyś mówił prawdę. Jeżeli nie, i tak was dor­wę. Znajdę sposób. Chyba w to nie wątpisz Rzeźnik, co?

— Niestety nie.

Rzeźnik podniósł się ciężko i pokuśtykał w stronę drzwi.

—  Uważaj na siebie Walczyk. Niezły z ciebie glina, ale nie wróżę ci długiego życia.

Walczyk pokiwał głową bez słów. Co miał powiedzieć. Praw­dę mówiąc ten sukinsyn mu zaimponował. Twardziel. A kie­dy twardziel rzuca ci komplement to zawsze jest coś więcej, niż zwykłe uznanie twojej wartości.

Gdy tylko za Rzeźnikiem zamknęły się drzwi, Walczyk wziął notes, zapalił lampkę na biurku i zaczął przy pomocy miękkiego ołówka mozolnie odtwarzać litery i cyfry ze spalonych stron. Jego wysoki iloraz inteligencji wreszcie się na coś przy­dawał. Kiedy ktoś pisze na cienkich kartkach długopisem, za­wsze odciska się kształt na sąsiednich stronach, które są bez­pośrednio pod tą zapisywaną. Tu było nie inaczej. Zapiski ze stron 45 i 46 odcisnęły się, co prawda słabo, ale zawsze, na stronicach 44 i 47. Miał na koniec, po jakichś dwóch godzi­nach siedemnaście liter, z których nie potrafił zidentyfikować trzech, oraz dwadzieścia siedem cyfr, z których sześć budziło jego wątpliwości. Nie miał dowodu, ale jeżeli Rzeźnik kłamał, Walczyk stanie na głowie, żeby zdobyć przeciw mordercom in­ne.

*

Bohdan Hunza już pierwszego wieczora po swoim przyjeź­dzie do Warszawy wyswobodził się wcześniej z powitalnego bankietu urządzonego w „Victorii” przez Towarzystwo Przy­jaźni Polska-Ukraina, grupę Polaków pochodzenia ukraińskie­go spod Przemyśla przewodzonych przez posła Stanisława Ciepłego finansujących to podniosłe wydarzenie, przez region „Mazowsze” i wreszcie delegację senatorów reprezentu­jących parlament oraz wiceministra MSZ reprezentującego rząd RP. Złe samopoczucie związane z grypą posłużyło mu za pretekst, by jak najszybciej znaleźć się w przestronnym dwu­osobowym pokoju na dwudziestym piętrze hotelu „Forum”, który dzielić miał z profesorem Czupajem. Od razu wykręcił numer kierunkowy do Wrocławia, a potem 61-12-16. Miał wiele szczęścia, zastał Korcza w domu.

—  Jestem w Warszawie, w „Forum”. Jeżeli możesz, przy­jedź jak najszybciej — rzucił do słuchawki. Miał opory przed mówieniem zbyt otwarcie przez telefon. W ZSRR wszystkie rozmowy hotelowe były podsłuchiwane i nagrywane. Wie­dział, że w Polsce także wykryto ostatnio parę central pod­słuchowych zainstalowanych w hotelach. Sprawa stała się głośna, ale czy zaprzestano tego procederu?

—  Widziałem was w telewizji. Powitanie na lotnisku — zawołał wesoło Korcz z drugiej strony. — Czekałem, aż się odezwiesz. Nie wiem, czy mi się uda wyrwać. To gorący okres,   wybory na karku i mam tu parę spraw do załatwie­nia.

—  To ważne. Nie tylko dla ciebie. Małe światełko z czar­nej dziury — powiedział zawieszając głos. — Potrzebuję pil­nie twojej rady.

—  Będę w ciągu dwudziestu czterech godzin — odpowie­dział Korcz poważnym tonem. Doskonale zrozumiał, o co chodzi. Czarną Dziurą nazywali w rozmowach między sobą cały pod­skórny nurt zakonspirowanych działań wyznaczających kie­runki i prądy tego, co działo się na powierzchni politycznych konstelacji i oceanu życia publicznego. Wszystko z niej po­chodziło i w końcu wszystko ona pochłaniała okrywając nie­przeniknioną czernią.

— Przemyślałeś to?

— Tak — powiedział pewnie Hunza.

Umówili się w jednej z kawiarni na Ścianie Wschodniej, ja­ko, że Hunza w ogóle nie znał miasta. Nie chciał spotykać się z Korczem w hotelu ze względu na Czupaja, którego się zaczął bać jak ognia. Czupaj zauważył przemianę w Hunzie, ale jak na razie nie doszło między nimi do żadnej rozmowy na ten temat. Chyba nie rozumiał, czemu przypisać zachowa­nie Hunzy, ale zapewne tłumaczył je sobie różnicami zdań, do których coraz częściej między nimi dochodziło.

Następnego dnia między kolejną rundą półoficjalnych roz­mów Hunza miał dwie wolne godziny. Ten czas przeznaczyli na wspólne spotkanie.

Mimo nikłej ilości gotówki Hunza nie potrafił sobie odmó­wić przyjemności przejechania spod Sejmu na Wiejskiej do centrum taksówką. Zachłystywał się miastem, które wydawa­ło mu się bajecznie kolorowe, bogate, różnorodne. Kobiety eleganckie i piękne, mężczyźni z małymi czarnymi dyplomat­kami wyjątkowo dobrze ubrani. Jakże było inne niż Kijów tkwiący w kleszczach zamrożonego odwrotu od realnego so­cjalizmu. Szeregi lśniących samochodów zachodnich marek z trudem mieściły się na rondzie pod byłym gmachem KC trąbiąc klaksonami i zajeżdżając sobie drogę nawzajem. Nie­przerwany potok aut ciągnął się aż do następnych świateł. Mnóstwo prywatnych szyldów reklamujących spółki, warszta­ty, sklepy, zakłady, wielkie firmy i małe, łapało wzrok barwą i nowoczesnym liternictwem. Słyszał już, że w tutejszym „białym domu” lada chwila ruszy prawdziwa gieł­da. Złośliwy policzek dla komunistów. Prawdziwego szoku doznał jednak wysiadłszy przy Rutkowskiego, wędrując wzdłuż szeregu małych sklepików kipiących ruchem i towa­rem, a potem wszedłszy w śródmiejski pasaż na tyłach Ściany, gdzie szeregami rozłożyli się drobni handlarze oferu­jący dosłownie wszystko, co człowiek mógłby sobie wymyślić, i to co mu nawet do głowy nie przyjdzie. Handlowano w każdym miejscu, na metrze kwadratowym wolnego chodnika, na stoiskach, albo rozłożonej płachcie brezentu, czy na gazecie. Nie raziło go to, nie drażniło. Marzył, że doczeka dnia, w któ­rym Kijów będzie wyglądał podobnie, skończą się upokarza­jące kolejki po chleb, a będzie można grymasząc kupić takie luksusy jak winogrona, mandarynki, banany, mango, awokado, kiwi, dziesiątki gatunków kawy i herbaty czy choćby ma­karonów. Było tu zresztą wszystko.

Ciągnące się nieprzerwaną linią sklepy obuwnicze, odzieżowe, radiotechniczne, kosmetyczne, samochodowe, księgarskie, spożywcze — wszystko pod gołym niebem, kipiące towarem, przetykane muzyką z kaset, zachwa­laniem sprzedawców, brzmiące różnojęzycznym gwa­rem, rozedrgane namiętnym dobijaniem targu, po prostu tętniące autentycznym handlem będącym wszak najpierwszym, najpierwotniejszym, podstawowym objawem ży­cia i wolności.

Stał chwilę z zamkniętymi oczami, wystawiając twarz do słońca, wsłuchany w rytm tego gigantycznego bazaru i czuł, jak wzbiera w nim pewność, że zrobi wszystko, dokładnie wszystko, co w jego mocy, żeby Kijów nie był już nigdy gor­szy od żadnego europejskiego miasta, a Ukraińcy nie musieli dłużej znosić upokorzenia płynącego z biedy i niewoli. Czuł, jak z każdą sekundą ładuje się jego wyczerpany zmaganiami ostatnich tygodni akumulator, jak mobilizuje się każdy nerw i komórka mózgu. „Tyle jeszcze do zrobienia!”, myślał prze­dzierając się przez gęstwę ciał na Marszałkowskiej pod Sawą. „Ale zmusimy ich, żeby zaczęli się wreszcie z nami liczyć!” Poczucie ogromu spraw, które trzeba zmienić, by zacząć żyć normalnie, nagle przestało go obezwładniać. „Powinienem tu częściej przyjeżdżać. Taki bodziec zrobiłby dobrze każdemu członkowi tej zakichanej Najwyższej Rady Republiki”.

Kiedy wszedł na salę, Marcin Korcz siedział już przy sto­liku w rogu. Sama kawiarnia nie była zbyt przytulna. Przy­witali się serdecznie i zamówili dwie kawy. Korcz miał nieco więcej zmarszczek i nieco mniej włosów, ale optymistyczny uśmiech nadal nie schodził mu z ust nawet w najbardziej beznadziejnych sytuacjach.

—  Jesteś zdecydowany na oficjalny kanał? — zapytał ci­cho, gdy Hunza mniej więcej już zreferował mu, z czym przybywa.

—  Tak. Potrzebne nam dobre stosunki w waszym rządem. Tobie jednemu tutaj ufam.

Korcz zastanowił się. Upił mały łyczek kawy i zapalił pa­pierosa.

—  Trzeba się trzymać z daleka od Sejmu i tej całej Ko­misji Nadzwyczajnej, robią dwuznaczne ruchy…  — Marcin umilkł zastanawiając się znowu. — Skontaktuję się w tej sprawie z dyrektorem Biura Analiz i Informacji UOP. Znam go dosyć dobrze. To pacyfista z ruchu „Wolność i Pokój”, człowiek bez powiązań, którego wzięli tam chyba tylko po to, żeby pozyskać społeczną akceptację dla nowego urzędu. Jest wystarczająco niezależny i ostrożny, żeby nie zaprzepaścić takiej karty. Był z nami blisko związany.

—  Wiedziałem, że postarasz się zrobić jakiś dodatkowy interes — zaśmiał się Hunza.

— Jeżeli już mówimy o interesach — Korcz utkwił badaw­cze spojrzenie w swym rozmówcy. — Na co liczycie w re­wanżu?

—  Na co? — Hunza westchnął. — Niestety nie na wasze czołgi czy rakiety ziemia-ziemia. Na poparcie w odpowiedniej chwili. Kiedy to będzie niezbędne. To taki gest dobrej wo­li.

— Lis z ciebie.

—  Inaczej dostarczyłbym to po prostu tobie, a nie prosił o pośrednictwo. Chodzi o precedens,   nową jakość w stosun­kach ukraińsko-polskich.

—  Będę z tobą szczery — rzekł poważnie Marcin Korcz. —  Zrobię wszystko, żeby wziąć udział w odbiorze tej przesył­ki. Tutaj albo po waszej stronie. Uważam, że dokąd, choć jeden esbek pracuje w Urzędzie, to ich kanały są niepewne.

—  Nie przesadzasz? — Hunzę często złościł bezkompromi­sowy radykalizm tamtego. — Jakichś pewnych ludzi chyba mają.

—  Naprawdę pewni, i to nie zawsze, są ludzie z CIA, SIS albo innego zachodniego wywiadu. Tamci zresztą też kierują się tylko własnym interesem. Mogliby to zatrzymać, przehandlować z Moskwą, w zamian za coś ważniejszego z ich punktu widzenia. Teraz nam mówią, że nie wolno do NATO, bo papa Gorbi dostałby śmiertelnej czkawki… — roześmieli się obaj.  —  Gdybyśmy naprawdę zawsze słuchali całego świata, to do dziś bylibyśmy cudzymi niewolnikami — dokończył Korcz.

Przez długą chwilę milczeli. Ruch w kawiarni był dosyć duży. Co chwilę jacyś nowi ludzie wpadali na moment, wy­pijali szybko i wychodzili, pewnie do swoich stoisk na ulicę. Korcz w zamyśleniu kiwał głową.

—  Popatrz, popatrz — powiedział Korcz — Nie miałem pojęcia, o co chodzi z tym popem, którego sprzątnęli pod Moskwą. Więc to tak. — Gwizdnął cicho. Dopiero teraz do­tarło do niego, że oto dostąpił udziału w tajemnicy, która nie była grą pozorów, ale krwistą rzeczywistością   o   wymiarze międzynarodowego konfliktu. — Depczą wam po piętach?

— Nie sądzę.

—  Jaka byłaby najbardziej nieprawdopodobna droga ta­kiego materiału?… Zastanawiałeś się nad tym?

— Chyba przez Nowy Jork — zażartował Hunza.

—  Ciekawa myśl — podchwycił   Korcz.   —   Powiedzmy z Kijowa do Wilna, z Wilna do Leningradu i stamtąd dyplo­mata wywozi to do Sztokholmu. Zaproponuję to temu face­towi z UOP. To Ślązak, nazywa się Robert Szklorz, Wiem, że zrobi wszystko co w jego mocy.

—  Dam ci list na wypadek, gdyby mieli wątpliwości… — Hunza wyjął kopertę z pieczęciami Ruchu i wręczył Korczowi. Korcz schował ją dyskretnie do kieszeni.

—  Najchętniej zorganizowałbym wam bezpośrednie spot­kanie, ale rozumiem, że nie ma na to czasu. Jeżeli chcesz mieć konkretną odpowiedź, to ustalmy miejsce przekazania mate­riału, hasło i tak dalej. Podam im to, jeżeli wyrażą zaintere­sowanie. Jeżeli nie, odbierze to ktoś od nas. Nie wybaczyłbym sobie do końca życia, gdybym zaprzepaścił taką okazję.

—  Zgoda. Więc słuchaj… — Hunza zniżył głos do cichego szeptu, który zupełnie utonął w szumie rozmów kawiarni.

Kiedy po dalszym kwadransie obaj rozmówcy wyszli, ma­ły krępy mężczyzna o krótkich blond włosach rozczesanych od środka na boki, który wszedł tu zaraz za nimi i przez cały czas siedział w drugim końcu salki popijając colę i pożerając kolejne porcje ciastek z kremem, wsunął dłoń do czarnej sa­szetki leżącej obok gazety i wyłączył magnetofon zaopatrzony w doskonały mikrofon kierunkowy najnowszej generacji. Nie zwracając niczyjej uwagi mężczyzna opuścił kawiarnię. Wy­szedł na oślepiająco jasną ulicę i natychmiast zgubił się w wielobarwnym tłumie. Kierował się prosto do pułkownika. Musiał przyznać, że pułkownik miał nie tylko nosa, ale zawsze był osobą najlepiej poinformowaną. Nic nie było go w stanie zaskoczyć.

*

Drygała był zaskoczony wizytą złożoną mu w Pruszkowie przez kurdyjskiego posłańca Wielkiego Loni. Właśnie po raz setny przeglądał tę samą ekscytującą kasetę z pornosem, na którym dwie apetyczne blondynki lizały się wzajemnie i wty­kały sobie między nogi różne bardzo dziwne rzeczy, kiedy za kratą pilnowanej przez dwumetrowego goryla furtki zjawił się Ismaił.

Ostry dźwięk interkomu przerwał mu kontemplację i wyrwał go ze stanu zadziwienia. Drygała kręcił głową z podziwu i niedowierzania, a interkom  hałasował. Podniósł go w końcu.

—  Szefie. Jest tu Ismaił i chce koniecznie z panem mówić —   usłyszał swojego goryla.   Natychmiast podszedł do okna i uchylił o milimetr żaluzje. Rzeczywiście był to Ismaił, uśmie­chający się głupio do ochroniarza.

—  Wpuść — rzucił krótko. — Niech poczeka w salonie na dole.

„Czego ten tu u diabła jeszcze chce”, pomyślał z niechęcią o  gościu. Wszystko dopięte na ostatni guzik, dogadane. Wczo­raj mieli ostatnie spotkanie przed akcją u Ryczyńskiego… — Drygała rzadko się denerwował, ale tym razem serce lekko przyspieszyło bicie.  Zgasił wideo i, nim zszedł na dół, wypił duży kieliszek koniaku, żeby przytłumić uczucie niepokoju, który nie przystoi bossowi tak dużego biznesu.

Kurd siedział przy małym szklanym stoliku w jednym z trzech skórzanych foteli wykazując zainteresowanie wyłą­cznie dla swych oliwkowych, starannie wypielęgnowanych dłoni. Kto by pomyślał, że te dłonie uśmierciły kilkanaście osób w Ankarze i drugie tyle w Istambule podkładając dwa wielkiej mocy ładunki wybuchowe w banku amerykańskim,

i  na lotnisku międzynarodowym. Na wprost niego leżała złota bransoleta z czterema niemałymi rubinami, pozostawiona w roztargnieniu na serwantce przez Zośkę. Na widok Drygały poderwał się natychmiast z szerokim, przyjaznym uśmiechem ugrzecznionego sprzedawcy z tureckiego bazaru i wyciągnął ku jego ręce obie dłonie. Uścisnął go jak samego sułtana. Po­chylony nisko, ujmujący, wyglądał na petenta niższej kate­gorii, a nie kogoś, kto może stawiać warunki. Drygała   nie miał jednak złudzeń. Stronie polskiej bardziej zależało na tym interesie. Wielu biznesmenów liczyło na uruchomienie dzia­łalności jubilerskiej przynoszącej przecież wszędzie na świe­cie horrendalne zyski. Źródłem surowca dla nich mógł być tylko Związek Sowiecki. Rzeczywiście to, co miał do powie­dzenia Ismaił, musiało tutaj wzbudzić opory i podejrzliwość. Oto pierwszy duży interes musiał ulec przesunięciu w cza­sie, a suma dostawy, i co za tym idzie zapłaty, nagłej zmia­nie. Wynik tych negocjacji nie był pewny. Wiele zależało od jego kuglarsko-cyrkowych zdolności, ale Turcy, Kurdowie, Arabowie w sztucz­kach handlowych zawsze wykazywali większą od innych na­cji biegłość. Ten dziś wygra, kto będzie lepiej udawał, że mu na drugim nie zależy. Bo czego Drygała nie wiedział, tym razem dla Wielkiego Loni nikt inny nie wchodził w rachubę jako kontrahent.

— Przybywam ze smutną nowiną… — zaczął Ismaił robiąc płaczliwą minę i zawieszając głos na parę sekund, żeby ewentualnie pozwolić przeciwnikowi włączyć się z pytaniem. Wyglądał komicznie — przystojna, męska twarz okolona czar­nymi kędziorami włosów, w skurczu niemowlęcej rozpaczy. Drygała pozostał jednak kamiennie niewzruszony. Milczał.

—   Wy mieliście wyznaczyć  —  kontynuował Kurd — miejsce i czas odbioru przesyłki. I tak się stało. Wilno to wasz pomysł. Zaszły okoliczności powodujące, że nasz człowiek z diamentami nie będzie mógł być w Wilnie wcześniej niż za czternaście dni.

— To niezgodne z naszym kontraktem — powiedział chło­dno Drygała. — Moi ludzie jutro rano wyjeżdżają do Wilna. Napije się pan czegoś?

—  Alkoholu Koran zabrania. Lemoniady z lodem,  jeśli można?

Goryl sięgnął do zamrażalnika barku i wyciągnął zeń li­trową butelkę napoju cytrynowego. Dopełnił go wodą sodo­wą z syfonu i wrzucił garść kostek lodu. Wciąż nie spuszcza­jąc oka z gościa podał mu wysoką szklankę.

—  Powinniśmy zerwać kontrakt — powiedział Drygała patrząc w przestrzeń pokoju. — Ujawnienie miejsca i czasu transakcji na dwa dni przed terminem było gwarancją bez­pieczeństwa dla nas. W końcu to się odbywa na waszym terenie, nawet jeśli to Litwa.

—  Proszę mi wierzyć panie Barabasz — Ismaił przyłożył rękę do serca, a jego oczy wyrażały bezgraniczną szczerość — że zwłoka była niezależna od Loni i nie jest to żadna pułapka. Wczoraj Lonia dowiedział się, że ładunek będzie większy o dwa kilogramy. Wiem, że macie prawo zerwać kontrakt, ale ponieśliście wydatki, więc… Słowem szefowie są skłonni opuścić nieco cenę tych dwóch kilogramów w stosunku do poprzedniej uzgodnionej partii. Możecie wyznaczyć nowe miejsce i nowy czas.

—  Do jakiego stopnia chcą nam zbonifikować kłopoty? — Powiedzmy do pięciu procent…

—  A jeżeli odmówimy? Albo będziemy się upierać przy początkowej umowie?

—  Musielibyśmy poszukać innego kontrahenta. Podwójna wysyłka to zbyt duże ryzyko.   Trzeba odczekać jakiś czas… taka zwłoka nie odpowiadałaby Loni. W Moskwie oczekują szybkiego obrotu gotówką, a nie zamrażania jej na długie terminy.

Drygała zamyślił się. Nie podobała mu się cała ta historia. Do czego naprawdę tamtym potrzebne są dwa tygodnie?

Gra nie toczyła się teraz o cenę dodatkowych kilogramów, ale o to, kto wyznacza warunki odbioru.

—  Dwanaście procent — powiedział Drygała.

„Pojutrze miał nastąpić odbiór diamentów. Wiadomo, że kapitał po naszej stronie jest już ulokowany i zamrożony”, myślał szybko Drygała. „Dwa tygodnie zwłoki to strata, któ­ra zmusza do jak najszybszego przejęcia ładunku zaraz po wyznaczonej przez tamtych dacie. W istocie oznacza to zmia­nę w jednym z warunków kontraktu. To Rosjanie wyznacza­ją datę odbioru, a przecież Polacy mieli zagwarantowane wyznaczenie miejsca i daty”.

—  Siedem — powiedział Kurd z miną, jakby przełknął plaster cytryny bez cukru.

—  Jedenaście — zabrzmiało to twardo i ostatecznie.

Kurd  zaprzeczył  delikatnym  ruchem głowy. Drygała wstał i wyciągnął rękę na pożegnanie wzruszając przy tym ramionami jak człowiek niepocieszony po stracie bliskiego. Ismaił zerwał się z fotela zaskoczony. Ten chwyt wytrącił go z równowagi. Podał rękę Drygale raczej machinalnie.

—  Przykro mi — powiedział Drygała. — Poszukajcie ko­go innego.

Odwrócił się plecami do gościa i najwyraźniej zamierzał opuścić pokój, jakby rozmowy były zakończone.

—  Chwila — krzyknął Ismaił-Kabr, gdy Drygała trzymał już rękę na klamce. — Niech będzie osiem! — wyrzucił przez zaciśnięte wargi, jakby nieznośny ból wątroby nie pozwalał mu mówić.

—  Jedenaście — powtórzył Drygała. — Tracimy kontrolę nad terminem. Dobrze o tym wiecie. Zbyt duże ryzyko.

—  Niech będzie…  jedenaście… — zgodził się niespodzie­wanie kurdyjski wysłannik i opadł na fotel. Miał wrażenie, że przepłynął cieśninę Bosfor. Drygała zawrócił uśmiechnię­ty i uścisnęli sobie ręce.

—  W porządku — powiedział. — Miejsce i dokładny ter­min podamy na czterdzieści osiem godzin przed odbiorem.

W gruncie rzeczy zdawał sobie sprawę, że zmiana miejsca nie wchodzi w grę. To znaczy punkt w Wilnie tak, ale samo Wilno na pewno nie. Po pierwsze mieszkało tam paru Pola­ków, na których można było liczyć, po drugie, odkąd Sajudis dyktował na Litwie warunki, trudno by było znaleźć bar­dziej neutralny teren. Nawet KGB nie mógł tam dziś dzia­łać tak otwarcie, jak jeszcze parę miesięcy temu. Drygała miał świadomość, że żaden gang z Moskwy nie działa na swój całkiem prywatny użytek, i że każdy z nich jest jakoś powiązany z milicją, albo jakimiś ważnymi figurami będącymi aktualnie na świeczniku, które tworzą parasol ochronny.

— Odbiór musi nastąpić nie dalej niż w czterdzieści osiem godzin po wyznaczonym terminie zwłoki — powiedział wol­no i dobitnie Kurd. Teraz miało się zdecydować dosłownie wszystko. Arab w napięciu obserwował stężałą twarz swoje­go rozmówcy. Ale Drygała się nie wahał. O co w końcu chodziło? Jeżeli szykują podwójny skok, to będą niemile za­skoczeni, bo oprócz dwóch łączników, którzy przyjadą z for­są, będzie tam jeszcze trzech ludzi gotowych na wszystko i do­brze uzbrojonych. Zaskoczenie to dziewięćdziesiąt procent sukcesu.

—  Zgoda — potwierdził Drygała po pewnej zwłoce, żeby tamtemu się nie wydawało, że poszło za łatwo.

Kurd wstał i pożegnał się serdecznie znowuż traktując Drygałę jak kalifa Bagdadu. Kiedy tylko goryl z Kurdem zniknęli za drzwiami, boss warszawskiego gangu wystukał odpowiedni numer na płaskiej czerwonej słuchawce. Ktoś błyskawicznie podniósł po drugiej stronie.

—  Pałka? Natychmiast odwołaj wszystko, ale bez paniki. Poproś ich na Próżną. Niech będą za dwie godziny. Muszę się zastanowić.

—  Nie cierpię takich niespodzianek! — Roman kręcił się niecierpliwie na krześle w znanym sobie pokoju z podobizną Elvisa Presleya. Ryczyński spływał potem. Tylko Karat mil­czał nieruchomy jak głaz.

—  Miałem być w ogóle poza tym! — powiedział Ryczyń­ski z pretensją w głosie. Nie podoba mi się to. Szykują pu­łapkę.

— Uspokój się Edziu. Jesteśmy przygotowani i na to. O co chodzi? Ładunek rośnie to i prowizja większa. Dla wszyst­kich, nie?

—  Ale dwa tygodnie i następne spotkanie… — zaczął Ry­czyński.

—  …Jutro — przerwał mu Drygała — dostarczysz resztę forsy. Ta zostaje już u mnie. — Drygała wskazał na walizkę, szary bolid stał w kącie.

—  Potrzebna będzie większa walizka — stwierdził    Roman — I nowa skrytka w pociągu. Nowe bilety. Zastana­wiam się, czy nie zmienić paszportów.

— Załatw wszystko, jak uważasz, Lewatywa. Koszty bio­rę na siebie. Musicie być absolutnie bezpieczni. Jest czas. Ca­łe dwa tygodnie.

Karat    bez słowa wyciągnął z kieszeni paszport i bilet, i położył na szklanym stole przed Lewatywą. Jego spokój podobał się Romanowi. Ochroniarz wyciągnął paczkę cameli i podsunął mu przed nos. Zajarasz?

—  Chętnie. — Roman wziął papierosa i zapalił. — A je­dnak cię polubiłem Karat. — Stawro wstał. — Na mnie już czas. Spotkamy się w środę na wyścigach, na Służewcu. Okey?

— Okey — rzekł Karat

Roman pożegnał się ze wszystkimi i wyszedł. Mimo wszystko w tym człowieku było coś niepokojącego. Roman rzadko czuł strach, ale Karat wzbudzał w nim dreszcze.

Dokładnie w tym samym czasie, kiedy na ulicy Próżnej toczyła się narada gangu, Marcin Korcz składał wizytę na Rakowieckiej pod numerem 2a w Biurze Analiz i Informacji, do którego dostał się z trudem po różnych korowodach z prze­pustkami. Dopiero interwencja dyrektora Roberta Szklorza przerwała krąg niemożności i wartownik przepuścił Korcza za bramę. Jeszcze rok, dwa temu taka wizyta byłaby zupeł­nie nie do pomyślenia. W głowie najbardziej ugodowego opo­zycjonisty nie śmiała wtedy powstać myśl, że w jakiejkol­wiek sprawie dopuszczalna jest współpraca z urzędem bez­pieczeństwa. Potraktowano by to jako zdradę. Ale teraz po przeciwnej stronie skromnego biurka siedział człowiek, który zaliczył w swoim trzydziestoparoletnim życiu więcej cel wię­ziennych niż miał włosów na głowie. Jako mało znany przed­stawiciel słabego ugrupowania opozycyjnego nie mógł liczyć przy tym na tak luksusowe traktowanie w więzieniu jak KOR-owcy znani całemu światu i był narażony na najgorsze szykany. Doskonale poznał tę instytucję w jej poprzednim kształcie i to od jak najgorszej strony. Dziś zajmował jeden z ważniejszych gabinetów w tym gmachu, a jako członek ru­chu pacyfistycznego był szczególnie przydatny szefując sekcji wyłapującej wszelkie wiadomości o formujących się ruchach lewackich, neofaszystowskich i grupach terrorystycznych.

Szklorz nie był profesjonalistą, ale miał ambicję szybko się nim stać. Departament stanowił mieszaninę rutyniarzy i nowicjuszy. Ci drudzy po przeszkoleniach szybko uczyli się od tajniaków nowego fachu, a mając rodowód podobny do swego dyrektora nadrabiali skutecznie braki zaangażowaniem tak obcym poprzedniej generacji aparatczyków nawykłych do ręcznego sterowania z góry.

Po wymianie zwykłych   grzeczności   Korcz przeszedł do sedna rzeczy. Szklorz słuchał go uważnie od czasu do czasu przerywając dodatkowym pytaniem. Otwarł list od Hunzy i studiował go długą chwilę.

W godzinę później dyrektor Biura nie siedział już, lecz przemieszczał się po pokoju sinym od papierosowego dymu, na krótkiej przestrzeni między drzwiami a oknem niemal z prędkością światła. Skubał brodę i odpalał papierosa od pa­pierosa myśląc intensywnie nad tym, co usłyszał. Korcz stwierdził w myślach, że Szklorz wykazuje typowy więzien­ny syndrom — cztery kroki w prawo, cztery w lewo, i zno­wu cztery w prawo jak w celi.

Robert Szklorz zatrzymał się raptownie, spojrzał na Kor­cza i zapytał:

—  A jeżeli to prowokacja? Jesteś pewien tego Ukraiń­ca?

—  Jeszcze potrafię poznać, kiedy ktoś mówi prawdę, a kiedy kombinuje. To jest instynkt, dzięki któremu tu dzi­siaj siedzę. Inaczej dawno bym ziemię gryzł.

—  W porządku — powiedział Szklorz zapalając kolejne­go papierosa. — Porozmawiam z szefem.   Sprawę   przejmie wywiad. Dyrektor będzie na pewno chciał zawiadomić Mini­stra, a on skonsultuje sprawę z Premierem. Bez zgody Pre­miera nic nie da się zrobić. To potrwa.

—  Chyba nie zrozumiałeś? — zdenerwował się Korcz. — Trzeba się spieszyć, nawet jeżeli KGB nie depcze mi po pię­tach. Wyznaczyli bardzo krótki termin odbioru przesyłki. Gdyby to była z ich strony prowokacja, Hunza nie dałby te­go listu. Tu są podpisy ich wszystkich:    Kołowin, Panfił  —  w imieniu Ruchu. Wykazał chyba najwyższe zaufanie i mak­simum dobrej woli. Nie wolno tego zaprzepaścić. Jestem go­tów wysłać swojego człowieka albo nawet pojechać sam, je­żeli macie zamiar bawić się w biurokratyczne hierarchie i przepychanki.

—  Dobrze. Niech ci będzie. Zastosujemy tryb przyspieszo­ny. Pamiętaj, że to nie jest robota dla amatorów. Jeżeli Pre­mier i Minister zdecydują, że wchodzimy, to zajmiemy się wszystkim bez twojej pomocy. Mamy niezłych fachowców, na pewno nie gorszych niż MI 6 czy SAS.

—  Tylko, że oni w przeciwieństwie do was mogą być pe­wni, dla kogo ich ludzie pracują.

—  Tu też się paru pewnych znajdzie. Bez paniki. Znam nawet jednego, który mógłby się podjąć tej operacji za gra­nicą. Pracował w „czwórce” i wyleciał stamtąd za odmowę wykonania rozkazu tuż przed zabójstwem Popiełuszki. Współ­pracował z KPN-em, aż do zeszłego roku handlował autami na giełdzie. Przywrócono mu stopień pułkownika i zatrud­niono go w pionie wywiadu. Nazywa się Czarny. Jemu to powierzymy.

— Jeżeli w ogóle powierzycie.

—  Jeżeli nie, to będziesz miał wolną rękę. Ale nie przy­puszczam.

—  W każdym razie macie czas na decyzję do jutra,   do trzynastej — powiedział Korcz wstając. — Czekam na twój telefon w hotelu. — Nie spapraj tego, bo ci przyszłe pokole­nia nie wybaczą! — zaśmiał się grożąc Szklorzowi palcem.

—  Pamiętaj Marcin, że amatorzy w tej robocie mają wię­cej szans coś spaprać niż zawodowcy,

—   Czujesz się zawodowcem?  —   zapytał  sceptycznie Korcz.

— Nie. Ale mam kilku pod sobą.

Robert Szklorz z niecierpliwością oczekiwał we wnętrzu szarej lancii pojawienia się Ministra i Premiera. Zaraz po wyjściu Korcza udał się do szefa Urzędu, a ten bez wahania połączył się z gabinetem Ministra Spraw Wewnętrznych. Po godzinie Minister przyjął ich u siebie, a po dalszej udało się złapać Premiera, który, jak się okazało, opuścił już pałac Ra­dy Ministrów przy Krakowskim Przedmieściu i pojechał do domu. Szef miał parę spotkań nie do odwołania, w tym jed­no w ambasadzie USA i tym sposobem młody dyrektor Biu­ra Analiz musiał przejąć na siebie ciężar całej sprawy. Za­brali Premiera z domu i w asyście drugiego samochodu z BOR udali się na krótką przejażdżkę do Wilanowa. O tej porze ogrody pałacowe były zamknięte dla publiczności, a bryła pałacu Branickich odcinała się niewyraźną szarością od czerni nieba. Teraz Szklorz dopalał ósmego papierosa, pod­czas gdy dwaj dystyngowani panowie przechadzali się alej­kami dyskutując nieustannie od czterdziestu minut. Robert spojrzał na zegarek. Ochroniarze z drugiej limuzyny nie wy­kazywali najmniejszych oznak zniecierpliwienia przyzwycza­jeni do sytuacji, że ich podopieczni ucinają sobie czasami sa­motne, wielogodzinne spacerki w najdziwniejszych miejscach i o najdzikszych porach.

Nareszcie ujrzał ich. Szli bardzo powoli. Premier także palił. Czerwony owal żaru rozświetlił jego charakterystyczny profil. Premier żywo gestykulując odrzucił niedopałek i ener­gicznie zgniótł go butem. Teraz obaj dygnitarze przyspieszyli kroku i już po chwili usłużny borowiec otwierał przed nimi drzwi samochodu. Kierowca włączył silnik, podczas gdy Premier i Minister sadowili się na miejscach z tyłu. Szklorz po­czuł dotknięcie na ramieniu.

—  Panie dyrektorze — powiedział Premier z charaktery­styczną  zadyszką — tym razem będzie  wygodniej skorzy­stać z usług pańskiego przyjaciela Korcza. Musimy utworzyć specjalną grupę antykryzysową złożoną z wyjątkowo zaufa­nych pracowników Urzędu. Ta sprawa ma szersze i bardzo skomplikowane tło. KOK to już w tej chwili atrapa. Będzie pan koordynatorem tej grupy. Jutro rano Minister zapozna pana ze szczegółami sytuacji. Może pan zawiadomić Korcza, że macie zielone światło, nie chcemy jednak, by łącznikiem był pracownik wywiadu. Niech uruchomi swojego człowieka, a my zapewnimy mu ochronę.

—  Mam swobodę w doborze ludzi? — zapytał zaskoczony Szklorz.

—  Niech pan przez noc przygotuje listę i zweryfikujemy ją jutro razem — włączył się Minister. — Czekam na pana o dziewiątej u siebie.

—  Tak jest — powiedział młody dyrektor Biura Analiz UOP nie do końca pojmując, dlaczego to on ma koordynować działania  grupy  antykryzysowej  powołanej przez Premiera na szczeblu rządowym.

*

Część oficjalna pożegnania już się zakończyła i przedsta­wiciele Ruchu zmierzali do przeszklonych drzwi prowadzą­cych na płytę lotniska. Hunza, który przez cały czas odczu­wał niepokój i niepewność, czy postąpił słusznie wręczając Korczowi list do Premiera i dyrekcji UOP, teraz nabrał pew­ności, że tak. Miał nadzieję, że treść tego pisma nie wymknie się poza krąg najbardziej wtajemniczonych. Mogłoby to za­szkodzić Ruchowi w stosunkach z KPZR na Ukrainie i z Kre­mlem. Był to z jego strony doprawdy najwyższy dowód za­ufania i deklaracja intencji w stosunku do rządu polskiego. Teraz z niecierpliwością wypatrywał znajomej sylwetki Mar­cina Korcza na tarasie widokowym dla żegnających.

Lotowski mikrobus podwiózł ich do samolotu. Przepuścił Czupaja przodem i przed samym wejściem stojąc już na schodkach zatrzymał się osłaniając oczy ręką ułożoną w da­szek. Zauważył Korcza od razu. Tamten machał gazetą zło­żoną w rulon. Hunza pomachał mu również dając tym samym do zrozumienia, że zauważył znak. Zniknął we wnętrzu samo­lotu prowadzony przez śliczną stewardesę w granatowym uni­formie na swoje miejsce. Usiadł i zapiął pas.

— Jednak się zdecydowali — pomyślał i kamień spadł mu z serca. — Gorący towar ruszy w dalszą drogę ku celowi i za dwanaście dni będzie już po tej stronie granicy. Odpo­wiedzialność to jednak potworny ciężar, dużo większy niż ry­zyko wynikające z prowadzenia wywiadowczej gry.

*

Pożegnalny wieczór Walczyka i Kasi wypadł blado, Z tru­dem udało mu się namówić ją na spotkanie w kawiarni „U Zalipianek” przy ulicy Szewskiej, którą inspektor upodo­bał sobie w czasie pobytu w Krakowie. Regionalny beskidz­ki wystrój stanowił dla niego przyjemną, egzotyczną odmia­nę po kawiarnianej przeciętności, do jakiej przyzwyczaiła go stolica. Poza tym lokal posiadał obszerny taras wychodzący na Planty co podczas upałów obejmujących miasto niczym rozżarzone kleszcze miało swoje znaczenie. Lato było w tym roku straszne, i choć teoretycznie zbliżało się ku końcowi, wciąż jeszcze miało się wrażenie, że końca upałom nie będzie.

Spóźniła się pół godziny i stanęła przy jego stoliku w chwili, kiedy zbierał do kieszeni papierosy i zapalniczkę, oraz wyczytany z nudy na dziesiątą stronę egzemplarz „Dzien­nika Konserwatywnego”. Napięcie w kraju wyczuwalnie ros­ło i choć do wyborów prezydenckich pozostawały ponad dwa miesiące, już spekulowano na temat szans i kandydatur, po­jawiały się pierwsze personalne propozycje, toczono polemiki na temat progu stu tysięcy podpisów koniecznych do rejes­tracji kandydata, dużo miejsca poświęcano też rozłamowi w obozie Solidarności.

— Napijesz się czegoś? — zapytał.

W krótkiej niebieskiej sukience, z małymi perełkami w uszach i dyskretnym makijażem wyglądała wyjątkowo pięknie.

—  Chętnie — odpowiedziała. W jej głosie wyczuwało się napięcie. Mimowolnie udzieliło się ono i Walczykowi.

—  Wyjeżdżam — powiedział bez wstępów. — Jak wiesz, odwołano mnie. Nie mam pojęcia na jak długo.

— Kiedy?

— Jutro rano.

Podeszła kelnerka i zamówili kawę. Po jej odejściu zapa­dło niezgrabne milczenie. Nie starał się go przerywać i stop­niowo stawało się coraz cięższe. Westchnęła, jakby głaz ucis­kał jej piersi.

—  Masz ochotę spędzić ze mną ten wieczór? — zapytał, kiedy filiżanki parujące aromatycznym napojem stanęły już przed nimi. — Od razu pani zapłacę — zwrócił się do młodej

kelnerki. Z uroczym uśmiechem zainkasowała dziesięć tysię­cy i oddaliła się pełnym powabu krokiem kobiety, której za­leży, by wywrzeć wrażenie na mężczyźnie. Kasia odprowa­dziła ją niechętnym spojrzeniem.

— Chciałabym, ale… — zaczęła.

—  …Rozumiem — przerwał jej zdecydowanym tonem. — Kiedy słyszę „ale” wiem, że będą komplikacje nie do rozwi­kłania.

—  Posłuchaj — zaczęła ponownie szukając instynktownie jego umykających w bok oczu. — To wszystko jest dla mnie zbyt nagłe… trudne…

Otworzyła usta, ale nim coś powiedział, zamilkł w pół sy­laby. Czekała na jego słowa. Nie odzywał się.

—  Mama przyjechała i powinnam dziś z nimi trochę po­być…

—  Wiesz dobrze, że nie o to chodzi… Przez parę dni za­trzymam się w Polonii. Nowi szefowie skąpią na lepszy ho­tel. Wydaje mi się, że jesteś bezpieczna. Zadzwoń kiedyś. Bę­dę ciekaw, co u ciebie słychać.

—  Nie zadzwonię — powiedziała cicho, lecz stanowczo.

—  Widać się pomyliłem. W porządku… — Westchnął, wło­żył gazetę do kieszeni i wstał. — W takim razie trzymaj się malutka. Grzbietem dłoni pieszczotliwie przeciągnął po jej policzku i szyi. Zrobiło się jej ciepło i miło. Odszedł.

Miała ściśniętą krtań i ręce jej drżały. Ileż wysiłku mu­siała włożyć w to „nie”, po jednej wspólnie spędzonej nocy! Co byłoby później? Miała wrażenie, że zaraz się rozpłacze z żalu, albo pobiegnie za nim i wsiądzie do tego ekspresu, wsiądzie w każdy pociąg, który on wybierze, choćby na naj­dalszą stację w galaktyce… Zauważyła, że zapomniał papie­rosów i zapalniczki. Poderwała się chcąc go zawołać. Nada­remnie szukała wzrokiem smukłej sylwetki. „Kurczę!”, skar­ciła się w duchu, próbując opanować rozdygotanie. „Nie za­chowuj się jak świeżo zdeflorowana dziewica. Poszedł i na­wet się za siebie nie obejrzał. Nie będziesz niczyją niewolnicą, żadne uczucie nie jest tego warte!”. Bezmyślnie obracała w ręku czerwoną, matową zapalniczkę, jedyną rzecz, jaka jej po nim została.

W pociągu Walczyk studiował notatnik dziennikarki uzupeł­niony kopiami stron 45 i 46. Zupełnie nie dało się tego ugryźć bez klucza. Wiedział teraz, że ma przed sobą zaszyfrowane informacje na temat paru osób trudniących się donosicielstwem w zamian za koncesje na prowadzenie prywatnej działalności w dawnych latach, kiedy byle kto nie mógł zostać handlowcem, fabrykantem czy choćby właścicielem najnędzniejszego kiosku z plastikowymi koszmarkami. I tak nic z te­go nie wynikało. Przyjął, że na pierwszej stronie znajdują się inicjały tych osób, ale czy było to kilkanaście nazwisk czy też imiona i nazwiska kilku ludzi nie dało się ustalić. Druga stro­na zawierała szereg cyfr i tutaj stawał już kompletnie bez­radny. Żeby móc z czystym sumieniem przyjąć grę Rzeźnika, Walczyk musiał sprawdzić te kartki, poznać ich treść. Tak zwa­ni biznesmeni mogli się okazać kimś innym. Rzeźnik nie kła­mał, ale czy zleceniodawcy dostarczyli mu kompletu infor­macji? Niewykluczone, że prowadził jeszcze inną, głębiej zakamuflowaną grę. Walczyk schował notes i odwrócił się do okna. Pejzaż śmigał za oknami ekspresu, jakby to on dokądś pę­dził, a nie pociąg. Istotnie tak było — cała Ziemia pędziła na oślep w przestrzeń, w czarną otchłań bez dna, kosmiczną pustkę. Myśli inspektora kręciły się wokół czegoś małego, nieistotnego, podczas gdy Ziemia kręciła się jak szalona wo­kół swej osi, i wokół Słońca, a ze Słońcem w spiralnym ra­mieniu Galaktyki cały układ wirował swego walczyka skompo­nowanego przez kosmicznego Straussa, Galaktyka także bra­ła udział wraz z milionami innych galaktyk w zbiorowym hiperobłędzie wirowania. „Cóż znaczą te moje wszystkie uczu­cia”, myślał „i cała ta zakichana sprawa, która zaczęła się i skończy w tej samej sekundzie Wszechświata równoważnej stuleciu ludzkiej egzystencji. Cały ten dramat rozgrywał się na obszarze przestrzeni, której patrząc z punktu widzenia ca­łości nie dałoby się zidentyfikować nawet najczulszym ska­nerem elektronowym. Z punktu widzenia tej całości Ziemia była bowiem tylko atomem, a krążące po niej w liczbie sze­ściu miliardów istoty co najwyżej cząstkami elementarnymi, a może nawet czymś jeszcze mniej zauważalnym. Kocham nad życie, nienawidzę śmiertelnie, zabijam siebie, zabijam innych”, ciągnął swój filozoficzny wywód. „Ścieramy się, tłu­czemy, mordujemy w wojnach; cząstki elementarne przycią­gane lub odpychane przez inne cząstki. Czy to nie śmieszne — miłość dwóch milionów, albo, jeden elektron morduje dru­gi!” „Cha, cha, cha!” — Walk zaśmiał się półgłosem, co spo­wodowało, że pasażer z przeciwnego fotela przyjrzał mu się z uważną dezaprobatą.

— Tysiąc lat to tylko dziesięć sekund — powiedział do niego inspektor. Mężczyzna o obwisłych policzkach i równie obwisłej dolnej wardze przyozdobionej włochatą brodawką wyglądał na właściciela baru albo fabryki plastikowych kras­noludków.

— Sześć tysięcy to minuta — odpowiedział mu niespo­dziewanie „obwisły” współpasażer i Walczyk jeszcze raz się przekonał, jak bardzo łatwo skrzywdzić człowieka na podsta­wie jego wyglądu.

Do szefa UOP udał się dopiero następnego dnia w połud­nie. Nie zastał go. Sekretarka powiedziała, że ma się zgło­sić u dyrektora Szklorza z BAI. Był trochę zaskoczony. Cóż on, pracownik Wydziału Śledczego, ma robić pod zwierzchnic­twem BAI?! Działo się coś dziwnego. Dyrektor już na niego czekał. Poinformował Walka o sformowaniu Grupy Antykryzysowej na specjalnych prawach, z najwyższym priorytetem ważności, w związku z szykującą się akcją KGB na terenie Polski, czemu oficjalny rezydent i cała ambasada ZSRR w Warszawie oczywiście energicznie przeczyła. Od tej pory Walk miał pełnić ważną rolę łącznika z ambasadą USA, a po­za tym miał brać udział we wspólnych działaniach podejmo­wanych w ramach Grupy i naradach, oraz spotkaniach robo­czych, co było niezbędne, by mieć stały ogólny przegląd sy­tuacji.

Na razie był wolny. Miał czas na zakwaterowanie, zapoz­nanie się ze współpracownikami i zorganizowanie biura. Za 48 godzin miała się odbyć pierwsza ogólna narada całej Gru­py, na której zostaną rozdzielone zadania. Było zastanawia­jące, że kontrolę nad Grupą miał sprawować Minister Spraw Wewnętrznych i jeden z zaufanych wiceministrów z MON, a raporty miały być przedkładane także bezpośrednio Premie­rowi. Oznaczało to, że sytuacja jest bardzo poważna i napię­ta, i może dotyczyć wewnętrznych struktur UOP czy ogólniej MSW i MON. Jak stwierdził Szklorz, szykowała się „zady­ma”. Miejsca w hotelu miał na razie nie zmieniać, pokój mógł być przydatny do innych celów. Przydzielono mu samodziel­ne biuro, numer telefoniczny, asystenta, wydano przepustkę, kartki do kantyny na obiady i wyposażono go w czerwonego poloneza WAR 3375, do którego kluczyki pokwitował u in­tendenta.

Nie zamierzał tracić dwóch dni bezczynnie. Jak zwy­kle okazywało się, że zanim wszystko ruszy, jest jeszcze czas i mógł spokojnie powęszyć choćby dzień dłużej w Krako­wie. Postanowił spożytkować ten podarowany czas na wytro­pienie Karata.

Zdobycie wstępnych informacji nie zajęło mu wiele cza­su. Już następnego ranka po stwierdzeniu, że w czternastu spółkach detektywistycznych (na około sto zarejestrowanych w Warszawie) w ciągu dwóch ostatnich miesięcy zatrudniono trzydziestu nowych ludzi, zwalniając jednocześnie czternas­tu z siedmiu spółek, zażądał teczek personalnych wszystkich nowo przyjętych i zwolnionych. Po dwudziestu minutach miał je na biurku. Teraz należało tylko dopasować rysopis. Zna­lazł takich czterech, a po zastanowieniu rozszerzył krąg po­szukiwań obejmując nim ostatnie sześć miesięcy, bo jeśli spół­ka zatrudniająca Karata stanowiła przyczółek nieformalnej struktury utworzonej przez byłych esbeków, to mogli mu wy­stawić wsteczną datę zatrudnienia. O dziwo do grupy czte­rech doszlusowało tylko dodatkowych sześciu. Widać dopiero ostatnio zaczął się większy przepływ kadrowy. Ludzie ci by­li zatrudnieni w czterech biurach detektywistycznych o dość dużej fluktuacji: „Sezamie”, „Gigancie”, Spółce „Ares” raczej tylko strzegącej mienia i „A & A”. Walczyk postanowił zacząć od „Sezamu”, jako że tam miał aż czterech podejrzanych, Waligórski, Horak, Rusinek i Łabza. Biura „Sezamu” mieściły się na 29 piętrze Intraco I. Należało ich dyskretnie poobserwo­wać. Kiedy asystent przyniósł mu spis prywatnych adresów owych dziesięciu delikwentów, inspektor ruszył do miasta. Musiał się sam tym zająć. Istniało zbyt duże ryzyko, że ktoś nieostrożny spłoszy przeciwnika.

*

Generał Ozierow spotkał się z Michaiłem Gorbaczowem w jego mieszkaniu na Wzgórzach Leninowskich dopiero w dziesięć dni po zabójstwie popa. Wcześniej jakoś prezydent nie mógł dla niego znaleźć minuty wolnego czasu. Raisa wy­jechała na krótki wypoczynek do ich posiadłości pod Moskwą, więc tym razem byli zupełnie sami — jeśli nie liczyć, rzecz jasna, nieodstępnego służącego, kucharza i goryla Gorbaczowa; cała trójka z kremlowskiej straży. Sprawa zabójstwa ojca Aleksandra Szretyńskiego z cerkwi prawosławnej nie dawa­ła mu spokoju. Grynia Kopysznikow znalazł w Kijowie, ale nikt się z nim nie kontaktował. Obserwowali go bardzo dyskretnie. Niby nic się nie działo, lecz Ozierow wiedział, że to cisza przed burzą, bo mikrofilm jest już na pewno we wła­ściwych rękach i lada chwila ruszy dalej. Ktoś tutaj w Moskwie dobierał się do planu „W” i czynił to w taki sposób, że mógł zniweczyć całą pracę Jedenastki pod jego osobistym kierownictwem. Ozierow nie miał stuprocentowej pewności kto to jest, ale miał stuprocentowe podejrzenia. W jego fa­chu trudno było o pewność. Oczywiście jego podejrzenia kon­centrowały się na Kriuczkowie i Jakowlewie. Kiedy dotarły do niego materiały z sekcji zwłok popa, wiedział, że dorwali go profesjonaliści, i do tego byli na tyle bezczelni, żeby wręcz zostawić swoją wizytówkę. Popa bito usiłując wyciągnąć z niego informacje, a kiedy to nie pomogło zaaplikowano mu zastrzyk, miał świeży ślad nakłucia na grzbiecie dłoni. Śmierć nastąpiła na skutek niewydolności serca. Nie wątpił, że po­dano duchownemu dużą dawkę pentotalu, serum prawdy, i to zabiło jego słabe serce. Główny ślad stanowiło jednak obcię­te ucho. Głowę popa zmasakrowano już po śmierci i odrąba­no mu ucho. Tak, odrąbano! Saperką. A więc: Specnaz! Jak­by zostawili przy trupie podpis. Po co? Działali z odkrytą przyłbicą, co świadczyło, że rychło wypowiedzą wojnę wszyst­kim demokratycznym siłom, tym skupionym wokół genseka też. Gorbaczow przyjął go w living roomie z wielką powściąg­liwością. Entuzjazm prezydenta, który Ozierow obserwował zaledwie miesiąc temu, teraz zdecydowanie przygasł.

—  Towarzyszu prezydencie — powiedział Ozierow, gdy Gorbaczow po wysłuchaniu jego relacji milcząco sączył drin­ka. — Zmierzają do podważenia waszej pozycji. To zamach na Radę Prezydencką i was osobiście!

—  Czasami nie mam pewności czy postępuję słusznie — powiedział Gorbaczow patrząc w ciemność za  oknem.   — Weźmy na przykład dzisiaj. Jelcyn oświadcza, że Rosja wy­stąpi z ZSRR! Czy ktoś słyszał większy absurd? A on to mó­wi poważnie. Zastanawiam się, czy już niedługo nie nadej­dzie taki dzień, że armia będzie dla nas jedynym ratunkiem. Szewardnadze namawia mnie na sojusz z USA w sprawie Iraku. To przecież zdrada wobec naszej polityki w Zatoce, ustępstwo uderzające najbardziej w nas samych. Można się cofać. Należy się cofać, jeśli się nie ma siły zaatakować. Ale pytanie o granice tych ustępstw. Jeszcze krok i nasz okręt się rozpadnie. Czy do tego zmierzają Jelcyn, Szewardnadze, Bakatin, Ryżkow? — zamilkł i znów powoli sączył alkohol. Jak­by przestał zauważać Ozierowa, pogrążony w jakichś rozleg­łych, perspektywicznych spekulacjach. Trwało to dobrą chwi­lę, w czasie której generał nie śmiał nawet głośniej odetchnąć. Czy Gorbaczow wyrośnie na nowego Stalina? — zastanawiał się patrząc na prezydenta. — Czy tak, jak ja teraz, czuli się generałowie tamtego jedynowładcy w jego obecności?

Nagle Gorbaczow ocknął się, wrócił do teraźniejszości i spojrzał na Ozierowa odkrywając na nowo jego obecność.

—  Czy to znaczy, że plan „W” nie ma już priorytetu ze­ro? — zapytał ostrożnie Ozierow.

—  To znaczy tylko, że mam związane ręce. Mogę im wy­dać rozkazy, a oni ich nie wykonają, mogę wydać polecenie, a oni nie usłuchają. To oni mają przewagę w tej chwili. Nawet nie mogę ich zdjąć. Tak samo oni nie mogą ruszyć mnie. Należałoby pójść odważniej do przodu, ale to zbyt niebezpie­czne dla kraju. Nie mogę go pchnąć na krawędź wojny do­mowej.

—  A oni, towarzyszu prezydencie… Oni mogą? — zapytał Ozierow.

—  Nie odważą się. Na razie. To pat… Realizujcie, generale, swój plan „W”, macie wolną rękę i brońcie go jak lew. To ostatnia szansa dla was, dla Jedenastki, być może dla nas wszystkich.

— Gorbaczow popatrzył wprost w oczy Ozierowa i generał dostrzegł na dnie tego spojrzenia istne morze gory­czy, gniewu i ognia. — Ten plan wydawał się epizodyczny, uboczny choć ważny — powiedział gensek z taką zawziętoś­cią, że aż przeszły go ciarki.   — Polski łącznik jest dla nas ważny nie tylko w sensie   terytorialnym, to także łącznik z przyszłością, z czasem, który nadejdzie. Od opanowania te­go środkowo położonego terytorium może zależeć, kto się ju­tro znajdzie w ofensywie, a kto na długo zostanie zepchnię­ty do obrony. Nie przypuszczałem jednak, że ten plan okaże się „być albo nie być” pierestrojki. Kriuczkow i grupa woj­skowych obrali go sobie za pierwszy, najważniejszy cel. Czy nie widzicie tego generale?  — Gorbaczow odwrócił znów wzrok do okna. — Tak — westchnął. — Od tego chcą zacząć, a kto wygra pierwszą bitwę, tym razem może wygrać wszyst­ko.

—  Zaatakują na wielu frontach — powiedział Ozierow. Prezydent w zamyśleniu pokiwał twierdząco głową.

—  Być może konieczna będzie z nimi ugoda. Tylko na ja­kich warunkach? — Nagle Gorbaczow wstał. Ozierowa także poderwało  z miejsca. Posłuchanie było  najwyraźniej  skończone.

—  Uczyńcie wszystko co w waszej mocy towarzyszu Ozie­row — powiedział ściskając mu na pożegnanie rękę.

Kiedy Ozierow wsiadał do swego samochodu i potem, kie­dy szybko przemierzał pustawe ulice wydzielonym dla dyg­nitarskich limuzyn pasem, nie mógł się pozbyć wrażenia, że Gorbaczow czegoś nie dopowiedział. Czy naprawdę przywód­ca był z nim do końca szczery? Czy plan „W” nie jest już przypadkiem skazany na zagładę, a on sam na zesłanie do prowincjonalnych koszar w Kazachstanie? Wszak Jakowlew był gościem Gorbaczowa wtedy na Kremlu, i to przed Ozierowem. Dlaczego teraz gensek umywał ręce spychając wszelkie decyzje na garstkę ludzi oddanych Ozierowowi, kiedy wie­dział dobrze, że przeciw niemu jest trzy czwarte KGB i ca­ła GRU. Czy naprawdę nie mógł, czy też nie chciał się przeciwstawić grupie wojskowych? I z jakich pobudek to czynił: dlatego, że bał się obalenia tej pierwociny demokracji, jaką tu zaszczepił, czy też dlatego, że zrezygnował z demokracji i przygotowywał się do objęcia dyktatury? Zresztą dla Ozie­rowa pobudki genseka były mniej ważne od faktu, że zosta­wiał swoich dotychczasowych sojuszników na pastwę orto­doksyjnych bojówkarzy z armii i politbiura, i że wśród tych porzuconych znajdował się on, generał pułkownik, dyrektor Pierwszej Dyrekcji Generalnej, tajny doradca do spraw bez­pieczeństwa, Iwan Władimirowicz Ozierow.

Postanowił z całą mocą, że nie pozwoli się pożreć, choć go już na pożarcie, być może, skazano.

*

Agent CIA był pracownikiem pionu radcy handlowego ambasady USA w Warszawie. Przedstawił się jako John Halley. Sam znalazł Walczyka we foyer Sali Kongresowej podczas przerwy koncertu Toshiro Akimoto, młodego japońskiego pia­nisty, jednego ze zwycięzców tegorocznego konkursu Fryde­ryka Chopina. Walczyk był śmiertelnie znużony. Pierwsza część koncertu składała się z utworu na chór Brahmsa, który w wy­konaniu warszawskich filharmoników, zdaniem inspektora, nadawał się bardziej pod kotlet i sznapsa niż na uroczystość pośród karmazynowych pluszów. Wrażenie powiększał pewien rozgardiasz panujący na sali. Wciąż ktoś się jeszcze przemykał i dosiadał, chrząkał, rozglądał się, szeptał. Na szczęście trwa­ło to krótko i już pojawił się drobniutki Akimoto, nie wyż­szy od fortepianu — jak stwierdził Walczyk — ale potrafiący doskonale wyczarować z instrumentu perełki chopinowskiego brzmienia w koncercie f-moll opus 21. Inspektor rzadko by­wał w filharmonii, nie był znawcą, ani nie był szczególnie osłuchany. Same partie fortepianowe i wszelkie skompliko­wane ewolucje muzyczne związane z Chopinem wsączyły mu się jednak głęboko w duszę przez lata ciągłego wałkowania mistrza przez polskie radio i telewizję, i choć brzmiały swoj­sko to nie budziły w nim szczególnych wzruszeń. Japończyk był doskonały, lecz nie porwał go. Gra młodego pianisty spro­wadzała się do biegłości technicznej i schematycznego akade­mizmu. Jak dotychczas tylko jeden raz Walczyk autentycznie przeżywał dzieła mistrza, kiedy nietypowo interpretował je Ivo Pogorelić, wielki przegrany konkursu sprzed paru lat. Tu Walczyk był wzruszony zaledwie przez parę minut słuchając wspaniale delikatnych fraz skrzypiec i żałował, że jest ich tak mało, a fortepian je zagłusza, bądź brutalnie przerywa.

Publiczność Warszawy popisała się prowincjonalizmem — Akimoto bisował siedem razy i tylko dlatego tak mało, że nie miał siły na więcej — odmówił ósmego bisu mimo nie milknących oklasków oraz skandowań. Widać słuchaczom się wydawało, że mają do czynienia z gwiazdą najwyższego świa­towego formatu, a nie początkującym wirtuozem, który wy­grał pierwszy w życiu poważniejszy konkurs organizowany dla pianistycznego narybku.

Walczyk doszedł do wniosku, że albo się nie znają na muzy­ce, albo cena biletu jest za wysoka i czują niedosyt. Dostali za mało za te pieniądze. Walczyk miał nadzieję, że Amerykanin zjawi się właśnie teraz, a nie na koniec całości, bo nie miał ochoty wysłuchiwać symfonii d-moll Francka z równie nie­zliczonymi bisami. I rzeczywiście zjawił się. Miał młodą chło­pięcą twarz, sprawiał wrażenie niezbyt rozgarniętego, poru­szał się niezgrabnie i ciężko, choć na oko nie miał nadwagi. Jakby go z trudem odlano lub ociosano z jakiegoś ciężkiego minerału, pozostawiając zbyt wypukłe wargi, olbrzymie kości policzkowe i przerysowane łuki brwi wystające poza linię nieforemnie sklepionego czoła. Czarne kędziory przydługich włosów, krzywe nogi i kiepskie ubranie wyróżniały go raczej z tłumu, niż weń wtapiały. John Halley doskonale mówił po polsku, bez śladu akcentu. Poprosił o ogień i podał hasło. Walczyk zamiast ognia poczęstował go papierosem, to była cała odpowiedź.

—  Dobry koncert — zauważył Amerykanin z szerokim uśmiechem.

—  Tak, fantastyczny — stwierdził Walczyk z nutą ironii. — Ciekawe, czy jak ten Akimoto zostanie prawdziwą gwiazdą, to będzie musiał bisować siedemdziesiąt siedem razy?

—  Też pan liczył bisy? — Halley zaśmiał się, złapał dow­cip. — Tu ma pan wszystko, co jest interesujące na temat je­go występu — powiedział wręczając Walczykowi program. Walczyk wziął program i uśmiechnął się słabo.

—  Dziękuję w imieniu wszystkich miłośników muzyki po­ważnej z naszej firmy.

—   Są tam też informacje o następnych koncertach… — Halley zamilkł, bo zbliżył się do nich dystyngowany staru­szek i zgasił niedopałek w popielniczce.

—   …Mamy doniesienia, że interesujące nas działania — kontynuował, gdy tamten się oddalił — wkroczyły w decydu­jącą fazę. Lada dzień nastąpi przełom. I jeszcze coś… — Amerykanin zatrzymał Walczyka widząc, że zamierza odejść i zni­żył głos. — Szykuje się duży przerzut złota albo diamentów do waszego kraju. Tym razem to nie tranzyt. Stacja docelowa Warszawa. Nadawca Moskwa. Przesiadka w Wilnie, Mówi się, że to fundusze operacyjne pewnej utajnionej struktury dzia­łającej na styku Kolegium i Sztabu Armii.

—  To fantastyczne! — Walk był autentycznie zaskoczony precyzją i skalą wiadomości posiadanych przez amerykański wywiad.

—  Ja też tak sądzę. Nie przypuszczałem, że w Warszawie działa tak operatywny gang. Oczywiście partyjny gang, wspomagany po partyjnej linii z Moskwy. A pan?

Inspektor pokręcił przecząco głową.

Zadzwonił dzwonek i Halley poszedł na salę, zaś Walczyk skierował się do szatni.

Inspektor był niezadowolony ze swojego poloneza. Za bar­dzo rzucał się w oczy. Jechał za Rusinkiem od samego Intraco. Mężczyzna w fioletowym podkoszulku pod szarą mary­narką (co za fatalne przyzwyczajenie!) wsiadł do granatowego volvo i kierował się chyba poza miasto. Walk miał go na ce­lowniku od tygodnia. W tłoku śródmiejskim łatwo się było jakoś ukryć, ale gdyby wyjechali na szosę, śledzenie Rusinka stałoby się skomplikowane, nawet przy jego zawodowej klasie, niemożliwe.

Równolegle do „prywatnego” śledztwa postępowały dzia­łania związane z informacją Halleya. Dyrektor BAI powie­rzył tę sprawę Walczykowi, delegując drugiego inspektora wy­działu śledczego Klempicza do obserwacji poczynań zwolnio­nych z pracy w SB oficerów zarówno wyższych, jak i niższych rangą, a związanych z wywiadem, kontrwywiadem, „trójką” i „czwórką”. Walk od razu polecił dostarczyć sobie wykaz ewentualnych podejrzanych, którzy mogliby być w Warsza­wie odbiorcami dużych ilości złota lub diamentów. Nie dziwi­ło go, że taki gang się uformował, jak na razie wolny rynek w Polsce był bowiem rynkiem pośredników a pośrednictwo jubilerskie to najbardziej zyskowny rodzaj operacji handlo­wych. Pytanie na co miały iść pieniądze z tego obrotu złotem i diamentami. Było tam blisko kilku do niedawna towarzyszy partyjnych z PZPR i kilku ludzi z WSI, i paru Esbeków. Czy to tajny fundusz nowej Socjaldemokracji, czy może kapitał zakładowy kilku nowych spółek młodego żarłocznego, mieszanego polsko-ruskiego kapitalizmu po czerwonej linii. Z dostarczonego przez Halleya programu „koncertu” Walczyk wyczytał, że wysoko zakonspirowany agent amerykań­ski o kryptonimie Zachary przekazał z Moskwy wiadomość o ostrej konfrontacji wewnętrznej w KGB i armii, podziałach w politbiurze, planowanej kontrofensywie przeciw Gorbaczowowi i uruchomieniu podwójnej operacji mającej na celu wpłynąć na kształt wyborów prezydenckich, a w drugiej fa­zie parlamentarnych, w Polsce. Poinformował też o pogłos­kach, że stanowisko Moskwy w sprawie wycofania wojsk so­wieckich znad Wisły ulegnie usztywnieniu i proces zostanie zamrożony. Pojawiają się też publicznie głosy, że ZSRR nie stać na zasilanie w ropę i gaz byłych satelitów w sytuacji, kiedy na wewnętrznym rynku brakuje paliw i energii. Chyba, że po nowych kapitalistycznych cenach, dziesięć razy drożej. We­dług ustaleń agenta poglądy tego typu są rozpowszechniane ze źródeł zbliżonych do kół wojskowych.

Trzeba było przyznać, że CIA doskonale wywiązywała się jak na razie z nieformalnej umowy o wzajemnym dostarcza­niu danych, a ich Zachary był rzeczywistym skarbem. UOP przydałby się ktoś taki w Moskwie, ale Kreml zrobił się ostrożny. Od piętnastego sierpnia nawet ci pracownicy amba­sady polskiej, którzy do wczoraj byli zagorzałymi popleczni­kami Moskwy i najbardziej służalczymi wasalami, tak że w końcu placówka na wschodzie stała się dla nich praktycznie rodzajem politycznego azylu, od tej daty nie byli dopuszcza­ni do żadnych ważniejszych źródeł informacji. Urząd wnios­kował pośrednio, między innymi i z tej przesłanki, że szyku­je się coś dziwnego, być może wrogiego wobec Polski, ale poza tym wywiad był bezradny.

Volvo Rusinka zasygnalizowało nagle skręt w prawo i zje­chało na chodnik. Walczyk przejechał obok i zaparkował o kilka wozów dalej. Obejrzał się do tyłu. Potężny zabijaka wszedł właśnie do gabinetu kosmetycznego ORNO. „Masaż czy mani­cure?”, zastanawiał się inspektor. „Czy może skrzynka kon­taktowa”. Pozostawało czekać cierpliwie.

Kolejne trzecie zebranie Grupy Antykryzysowej, powoła­nej przez dyrektora Biura Analiz i Informacji na polecenie ministra spraw wewnętrznych odbyło się wczoraj w nocy, w prywatnej willi pod Warszawą, niedaleko rządowego ośrod­ka w Jadwisinie. Grupa miała wciąż niepełny skład. Do dwóch pracowników kontrwywiadu pułkowników Kotlara i Łepkowskiego zasłużonych w ujawnionej, choć nie dokończo­nej pełnym sukcesem, sprawie „Bankiera”, oraz dwóch logistów z Biura Analiz dołączył major Paliszewski z wywiadu, major Głownia — szef sekcji specjalnej, inspektor Klempicz z Wydziału Śledczego i oczywiście z tego samego wydziału Walczyk. Każdemu z wymienionych miały podlegać ponadto od­powiednie sekcje pionów „W” i „T”. Brakowało jednego z oficerów wywiadu, który miał podobno uporządkować swo­je sprawy i niebawem dołączyć do pozostałych. Walczyk podej­rzewał, że wynikły jakieś kontrowersje wokół kandydatury drugiego oficera z „jedynki” i stąd zwłoka.

Dopiero wczoraj przedstawiono im pełny raport o sytuacji oraz poinformowano o szczegółach akcji, w której biorą udział. W skromnym pokoju bawialnym willi po wykładzie Roberta Szklorza zapadło pełne napięcia milczenie. Walczyk, podobnie jak inni, był przygotowany na podobny rozwój wy­padków, jednakże spodziewał się kontrataku komunistów później, na wiosnę 1991 roku. Sądził również, że KGB nie zdo­ła się zmobilizować wcześniej niż upora się z wewnętrznymi kłopotami w ZSRR, których przecież mieli teraz w nadmia­rze. Widać tamci uznali Polskę za ważne ogniwo, mające wielki wpływ na rozwój wypadków międzynarodowych i we­wnętrznych w ZSRR. „Cóż, trzeba będzie stawić im czoła!”, pomyślał. „Nie jest dobrze w Urzędzie, skoro jestem tu ja ściągnięty z Krakowa, Kotlar z Gdańska, Paliszewski ściąg­nięty pospiesznie z Wrocławia, logista Bender wyrwany z urlo­pu na Majorce, a całą grupą kieruje Robert Szklorz. Wrażenie inspektora pogłębiło się, kiedy Szklorz poinformował ich o propozycji wykorzystania półamatorów z PW do akcji bez­pośredniej, przejęcia dokumentów od Ukraińców.

Łącznikiem miał być człowiek wyznaczony przez Marcina Korcza, co prawda były policjant, spadochroniarz, a potem ochroniarz samego Przewodniczącego (dopóki się nie poprztykał z szefem ochrony najważniejszej wtedy osoby prywatnej w całym obozie socjalistycznym), ale jednak nie mający do­świadczenia wywiadowczego, po prostu żaden agent.

Oznaczono go kryptonimem B. B. Miał do spełnienia ogra­niczone zadanie: odbiór dokumentów w Wilnie i przekaza­nie ich w Leningradzie dyplomacie podróżującemu ze Sztokholmu i Helsinek do Moskwy. Zdaniem Walczyka pomysł, by mikrofilm wrócił do Moskwy i stamtąd wyleciał do Warsza­wy z normalną pocztą dyplomatyczną, był sprytny. Szmuglowanie go przez przejścia samochodowe czy kolejowe było niepotrzebnym ryzykiem. Tylko poczta dyplomatyczna z Mos­kwy miała zagwarantowaną stuprocentową nietykalność.

Walczyk od początku wiedział, że przydzielono go do zadań na miejscu, toteż nie poświęcał temu wątkowi większej uwa­gi. Dotarło do niego jedynie, że wystawiając B. B. jako akty­wistę Partii Walki Marcina Korcza rząd będzie miał pole manewru i w razie czego oficjalnie zaprzeczy jakimkolwiek swoim powiązaniom ze sprawą.

Dużo bardziej zajmowała go sprawa diamentów i jej związek z kampanią wyborczą oraz ewentualną akcją KGB na terenie Polski, w ogóle kwestia nielegalnego finansowania partii z zagranicy wschodniej, a także ewentualny związek z tymi dwo­ma sprawami zabójstwa Zuzanny Grabież w Krakowie, która być może natrafiła na jakieś aktualne ślady w tej właśnie materii.

Narada trwała prawie do rana i każdy z nich wyjechał z Jadwisina z gotowym planem operacyjnym. Zabezpiecze­niem operacji wileńskiej miał się zająć pułkownik, którego się dokooptuje i to był jedyny nie do końca załatwiony punkt programu.

Walczyk dowlókł się do hotelu wyczerpany, zdrzemnął się na dwie godziny, o siódmej rano wziął prysznic, wypił podwój­ną kawę i zaraz wydał polecenie, które miał od dawna na myśli. Pod „Sezamem” ustawił dwóch wywiadowców, którzy mieli fotografować wszystko i wszystkich przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, a kiedy tylko pojawi się Rusinek, zaraz zawiadomić o tym Walczyka.

Była środa i od rana inspektor rzucił się w wir pracy rozsyłając ludzi, by węszyli po mieście, rozpytywali się wśród swoich informatorów, zachowując najdalej posuniętą ostroż­ność, o ewentualnych odbiorców złota lub diamentów. Sam zastanawiał się nad problemem, kto z dostarczonej mu przez ich człowieka w komendzie policji listy, mógłby najbardziej pasować na bossa tak kolosalnego przedsięwzięcia. Niewyklu­czone, że go na liście nie było. O dziewiątej przyszli mu do głowy fałszerze dokumentów i ten trop również polecił spraw­dzić swojemu asystentowi. Ktoś pewnie wyrabiał ostatnio fał­szywe papiery na Wschód. Sprawdził też czy nie ma jakiejś wiadomości od podkomisarza Sędzikowicza z Krakowa, ale nie było. Wyciągnął więc kartoteki osób umieszczonych na liś­cie i zapoznał się z nimi wszystkimi szczegółowo. Z akt pa­trzyły na niego dziesiątki kaprawych gąb dawnych waluciarzy, nielegalnych handlarzy, przemytników, paserów, oszus­tów, sutenerów i złodziei, którzy w ostatnich czasach wyro­śli na osoby podejrzane o prowadzenie zorganizowanej dzia­łalności przestępczej na większą skalę.

O jedenastej zawiadomiono go, że podejrzany Rusinek wszedł do biura „Sezam”. Walczyk natychmiast tam pojechał. I oto teraz śledzony przez niego morderca wychodził wreszcie z gabinetu odnowy ORNO i wsiadał do swojego samo­chodu.

Jechali ulicą Puławską. Walczyk sprytnie lawirował po trzypasmowej jezdni, nie wypuszczając spod kontroli szybko ja­dącego volvo. Nie dysponował tyloma ludźmi, by móc przydzielić Rusinkowi osobistego anioła stróża — ta część jego działań wykraczała w zasadzie poza zakres prac GA i już po­stawienie pod Sezamem dwóch ludzi mogło zostać uznane za nadużycie prerogatyw. Dyrektor UOP i szef GA Szklorz zostali poinformowani, czym Walczyk się zajmował w Krako­wie, i że główny trop wiedzie do Warszawy, ale Walczyk nie zagłębiał się w szczegóły, bowiem w raporcie, choć nie po­minął nalotu na swoje mieszkanie, musiał. zataić przebieg spotkania z Rzeźnikiem.

Walk uruchomił radio i połączył się z biurem.

—  Sprawdźcie, czym się obecnie zajmuje spółka detek­tywistyczna „Sezam”. Jakie mają otwarte zlecenia?

— Rutynowo?

— Tak, ale dyskretnie. Najlepiej niech tam idzie Jowgiłło. Jest tam gdzieś?

—  Jestem panie inspektorze — odezwał się jego asystent.

—  Ozłocę cię, jeżeli ustalisz, kto jest przydzielony do ja­kiego zadania.

—  Postaram się, ale od złota wolę butelkę dobrego ko­niaku.

—  Masz ją — stwierdził z zadowoleniem Walczyk. — Tylko ich nie spłosz.

—  Zrozumiałem. Koniec. — Radio miauknęło i wyłączył się.

Tymczasem mijali właśnie pokraczną konstrukcję zanied­banej skoczni narciarskiej na igelicie wyrosłej na tej nizinie w czasach, gdy nieomylnym przywódcom narodu wydawało się, że wszystko im się uda przenieść do stolicy łącznie z Wa­welem i Tatrami. Zbliżali się do skrzyżowania z Wilanowską i aleją Niepodległości. Walczyk zastanawiał się czy volvo skręci teraz, czy też pojedzie prosto. Na wszelki wypadek przyspieszył, żeby nie zostać za bardzo z tyłu. Każde świat­ła mogły być groźne. Z jednej strony przytrzymywały szyb­ki wóz Rusinka, z drugiej uwidaczniały ciągnącego się za nim stale o jakieś dwa, trzy samochody czerwonego polone­za. Tamten wybrał kierunek dotychczasowy, ale już kawa­łek za skrzyżowaniem niespodziewanie skręcił w prawo. „Wyścigi?” pomyślał Walczyk i uświadomił sobie od razu, że środa to dzień gonitw. Podczas gdy Rusinek podjechał pra­wie pod główną bramę, Walczyk zaparkował na samym skraju rozległego terenu i dalej poszedł piechotą.

Dobra pogoda ściągnęła sporą widownię na dzisiejsze wy­ścigi. Walczyk kupił bilet i z programem w ręku skierował się do kas, gdzie spostrzegł cierpliwie studiującego pierwszą go­nitwę byłego ubeka. Z daleka obserwował spokojne, flegmatyczne ruchy tamtego, zdecydowany chód, wyprostowaną sylwetkę. Bez trudu rozpoznawał w nim zawodowca, ale nie bardzo docierał do niego fakt, że ten człowiek ma na swym koncie tyle fachowych zabójstw. Karat. Dlaczego Karat? Do­brze opanował tę dziedzinę sztuki walki? Inspektor postano­wił (zaraz jak tylko będzie mógł) przesłać do Krakowa ryso­pis Rusinka i poprosić Sędzikowicza, żeby sprawdził wszystkie krakowskie szkoły sztuki walk Wschodu. Dobre miejsce kon­taktowe dla kogoś takiego. Mógł się tam zahaczyć jako in­struktor, a wtedy któryś z jego „uczniów” mógłby być tym drugim, małym, sprawnym o dłoniach poruszających się tak szybko jak śmigła helikoptera i nie mniej twardych niż stal.

Rusinek oderwał się od pulpitu i podszedł do kasy, wyjmując z kieszeni szarych spodni z nienagannym kantem gruby portfel wypchany pięćdziesiątkami i setkami. „Nie musi oszczędzać”, pomyślał Walk. — „Grywa regularnie czy ma takie wysokie honoraria?! Raczej to drugie”. Walk rzu­cił okiem na program, na chybił trafił wybrał dwa konie i stanął w kolejce za zabójcą. Trochę sobie wyrzucał ten szus, powinien się był trzymać bardziej z daleka. Karat kupił trzydzieści razy kolejność 5—7. Dziwne było stać za pleca­mi mordercy, mieć go na wyciągnięcie dłoni, a do tego kaj­danki w kieszeni, mieć duży stopień pewności, że to on bru­talnie skopał po brzuchu tamtą młodą kobietę, a następnie zacisnął pętlę na jej szyi, stać tuż za tym olbrzymem, wpa­trywać się w jego pulsujące pod szarą marynarką mięśnie, w gruby czerwony kark i nie móc go tknąć palcem, obcho­dzić jak zgniłe jajo, czaić się, kamuflować, podczas gdy miałoby się ochotę natychmiast własnoręcznie wymierzyć spra­wiedliwość. Ale wiedzieć, a udowodnić coś, to wielka różnica.

—  Słucham pana? — powtórzyła po raz drugi kasjerka. Koniecznie  powinien    powściągnąć nerwy.  Niecierpliwość i porywczość to dwaj najwięksi przeciwnicy każdego śled­czego. — Słucham pana?!!!

—  Pięć razy to samo co ten gość przede mną   —   rzucił w końcu.

Karat pakujący plik zakładów do kieszeni obejrzał się i obrzucił go leniwym, taksującym spojrzeniem, a potem po­częstował ironicznym uśmieszkiem znawcy, co odkrył nowi­cjusza. Odwrócił się na pięcie i pożeglował lekko kołyszącym się krokiem na trybuny. Rozległ się dzwonek. Za chwilę zamkną kasy. Walczyk złapał swoje kupony i z wolna ruszył za mordercą.

Stawro nie lubił spotkań w eksponowanych miejscach. Właśnie zaczęła się gonitwa na 2400 metrów dla trzylatków angielskiej krwi. Przyszedł tu z Danką. W końcu były to ich ostatnie trzy dni, a wszystko co miał do załatwienia to wrę­czyć Karatowi kopertę z nowymi dokumentami i biletem. Danka wyglądała prześlicznie i przez cały czas siłą się po­wstrzymywał, żeby jej nie obejmować. Rozbudzała w nim niezmiennie mrocznego samca skuczącego z pożądania. Lubił to uczucie — wzburzona krew — podobnie jak w tych krót­kich chwilach, kiedy z bakiem pełnym beznedryny albo płótnem w podwójnym dnie walizki przekraczał barierkę na cle. Nie potrafił żyć słabo. Jego natura domagała się zawsze silnych bodźców, a z biegiem czasu musiały się one stawać coraz mocniejsze, by wywołać ten sam efekt. Zupełnie jak z heroiną albo innym narkotykiem.

Bomba już poszła w górę, kiedy poczuł, że obok siada ktoś zwalisty, rzucający potężny cień. Gonitwa miała zaska­kujący przebieg. Numer trzy, Amor, piękny kasztan o łabę­dziej szyi, prowadził aż do ostatniej prostej. Wygrał w tym roku wszystkie swoje starty i był pewniakiem. Na sto me­trów przed metą wciąż był jeszcze o dwie głowy przed ści­gającą go parą czarnych jak smoła derbistów ze stadniny w Golejewku, Cezarem i Piłatem oznaczonych numerami „7″ i „5″. Mały jak pchełka dżokej Bujdens w kraciastej koszuli dwoił się i troił, ale na celowniku piątka wzięła go o łeb, a po chwili niepewności fotokomórka ustaliła, że drugi był Cezar, numer siedem. Lewatywa dał Dance drugą setkę, żeby postawi­ła na kolejną gonitwę.

Walczyk obserwował z zainteresowaniem Rusinka, który mimo że wygrał kupę forsy, wcale nie zrywał się i nie biegał do kasy tylko siedział nadal nieruchomo. Piękna dziewczyna w białej plisowanej spódniczce będąca tu najwyraźniej z sąsiadem tam­tego dostała pieniądze i ruszyła do kasy. Walczyk natężył uwagę, by nie uronić teraz najmniejszego szczegółu. Młody człowiek o jasnych włosach siedzący obok Karata dyskretnie podał mu kopertę. Rusinek schował ją do kieszeni. Nic więcej, nie wy­mienili nawet jednego zdawkowego zdania. Dopiero teraz właściciel fioletowego podkoszulka podniósł się i niespiesznie skiero­wał do wnętrza budynku. Tamten został na swoim miejscu. Ża­łował, że jest sam, że nie ma przy sobie aparatu fotograficzne­go a radio zostało w samochodzie.

— Co tu jest grane? — zastanawiał się wstając. — Czy to wszystko jakoś się w końcu splecie czy też rozstrzeli w wielu niespójnych kierunkach?

Była szansa, aby zaopiekować się obydwoma pod warunkiem, że natychmiast nie prysną. Tamten na pewno posiedzi jeszcze jedną gonitwę, a za Rusinkiem może posłać jednego z chłopców czatujących w Intraco. Zdecydował się i szybkim krokiem ru­szył do swojego samochodu. Musiał wiedzieć kim jest ten drugi.

*

Tego samego dnia w Moskwie generał Ozierow otrzymał teleks od porucznika Rudina z Kijowa, że nastąpił kontakt Grynia z Hunzą. Nakazał nie spuszczać komandosa z oka ani przez chwilę. Pudełko miało być zatrzaśnięte na amen i dokładnie niewidzialne. Gra znowu nabierała tempa i zbliżał się ostatni akord. Ozierow czuł, że przez najbliższe noce będzie niewiele spał.

Seria z lewej strony przecięła drzwi ciężarówki. Kierowca dostał! Osunął się bezwładnie na kółko z opuszczoną ku podło­dze ręką, po której w ułamkach sekund spłynęła struga krwi.  Auto zatańczyło ze świstem opon skręcając ku poboczu. Jechało z szybkością około sześćdziesięciu kilometrów na godzinę, kiedy Borys skulił się, uchylił drzwiczki i osłaniając zgiętym przedra­mieniem głowę rzucił się w ciemność. W locie usłyszał drugą serię bębniącą po blachach i brzęk tłuczonego szkła. Przetoczył się kilkanaście razy i odwrócił na wznak. Na szczęście nie trafił na żaden kamień, bo jego kości by tego nie wytrzymały. Przez uderzenie na moment stracił dech i zrobiło mu się ciemno przed oczami. Przestraszył się, że nie zdoła złapać powietrza, którego zaczynało mu panicznie brakować. Wpadł w łan żyta ciągnący się wzdłuż szosy na Homel już od jakichś pięciu kilometrów. Rzadka kołchozowa uprawa tutaj dość dobrze obrodziła, zboże było na tyle gęste i puszyste, że wystarczająco zamortyzowało upadek. Uniósł się na klęczki i dopiero wtedy nastąpił rozkurcz. Oddychał. Ciężarówka toczyła się jak pijana coraz bardziej zba­czając z trasy, podskakiwała na wybojach przechylając się w bok jak ranne zwierzę. Rozklekotana, siała reflektorami w bezkres­ne łany wciąż pędząc na oślep — podrygująca, wymarła łajba na oceanie z żółtoszarych fal. W tym momencie usłyszał, że z lewej ktoś błyskawicznie przedziera się przez niskie przydrożne krzewy porastające z rzadka przeciwległy brzeg szosy. Zaraz potem zobaczył czarny przysadzisty cień w furażerce wydoby­wający się z niebytu na asfaltową powierzchnię, monstrualnie złowieszczy na tle rozgwieżdżonego nieba. Mężczyzna zrobił kilka kroków jakby zamierzał dopędzić umykającą ciężarówkę, która otarła się o betonowy słup na poboczu i jak kula bilardo­wa pchnięta tym słabym impulsem w kierunku środka jezdni toczyła się dalej z martwym kierowcą w kabinie. Bieg napastni­ka był ciężki, jako że dźwigał krótką rurę o kilkunastocenty­metrowej średnicy, którą Gryń rozpoznał od razu. Mężczyzna przyklęknął, wycelował i pociągnął za spust. Pocisk rakietowy runął za uciekinierką z nieprzyjemnym świstem.

Huk detonacji i błysk musiały być zauważalne w promieniu wielu kilometrów. Z ciężarówki buchnęły płomienie — pod postacią chmury czarnego dymu z płonących olejów i gumy uleciała z niej resztka życia — stała się tylko kupą nierucho­mego, bezwartościowego złomu.

Z daleka, widoczny jako dwa białe punkciki nadjeżdżał ja­kiś samochód. Mężczyzna zauważył go i skręcił z szosy ponownie w krzaki. Zapadła wiercąca w uszach cisza przerywana tyl­ko skwierczeniem dopalającego się wraka.

Po chwili blisko płonącej ciężarówki zatrzymała się czarna wołga i wyskoczyło z niej dwóch mężczyzn. Osłaniając się od ognia marynarkami i kapeluszami próbowali zajrzeć do kabiny.

—  Zabili go? — krzyknął jeden.

—  Cholera wie! Tam chyba jest ciało?!

—  Coś tam jest. Ciało? Ciało. Chyba dwa.

—  Jesteś pewien Rudin?!

—  Nie wiem. Tak.

Mężczyźni cofnęli się i zamarli jakby ich zahipnotyzowało to wielkie ognisko a skonstatowany przed chwilą fakt pozbawił sił. To był dobry moment. Borys Gryń, albo jak wolał Dżiryt, zrozumiał, że jeśli ma jakąkolwiek szansę uciec, to właśnie te­raz. Człowiek, który strzelał, jest odgrodzony od niego przez tych, którzy stoją na szosie. Ci, którzy stoją, nie mają zamiaru go zabijać, są zmartwieni. Widział ich ostre profile pogłębione kontrastem ognia i nocy. Ten, który z opuszczonymi ramionami niedowierzająco kręcił głową był chyba bliski płaczu — jakby mu umarła ukochana, a nie spaliła się jakaś obca, bezosobowa ciężarówka. Miał charakterystycznie cofnięty podbródek, czar­ne, krótkie włosy i ormiański nos z garbkiem.

Borys poderwał się znienacka i ruszył kłusem w pole. Po­suwając się szerokimi zakosami szybko oddalił się od szosy. Wiedział, że go zauważyli, że wpatrują się teraz w ciemność nasłuchując, że jego umykająca sylwetka jest zapewne widzial­na dzięki blaskowi bijącemu od wraka. Jednak za chwilę i tak spostrzegliby swój błąd i zaczęli szukać drugiego ciała, a wtedy byłoby za późno. Rozległ się znowu grzechot karabinu maszy­nowego i niemal równocześnie kule zaświstały obok Dżiryta znacząc ciemność świetlistymi smugami żaru; jakby ktoś z pręd­kością dźwięku wyrzucał niedopałki papierosów w żyto, jeden po drugim. Obejrzał się w chwili kiedy tamci dwaj z szosy sku­leni padali w rów. Pomyślał, że nie żyją, ale nie do nich strze­lano tylko do niego. Był widać ważniejszy. Zaraz zresztą rozle­gły się pojedyncze wystrzały pistoletowe. Gryń pędził jak osza­lały, byle dalej od tego miejsca. Na szosie tymczasem rozgorzała regularna bitwa. Kanonada niosła się po pustych, ciemnych po­lach kołchozu. W promieniu piętnastu kilometrów nie było żad­nej zagrody. Jeszcze dalej na południowy wschód ciągnęła się zaś zupełnie nie zamieszkana, całkiem martwa strefa: zona Czarnobyla — Kanał Ukrainy i Białorusi wypalony udarem atomo­wym przez lekkomyślnych władców tej ziemi, bezdusznych biu­rokratów z Kijowa i Kremla, co nie kiwnęli palcem by zapobiec budowie tej bomby jądrowej zwanej atomową elektrownią, i potem nie kiwnęli palcem by uchronić ludzi przed skutkami wybuchu. Ich oportunizm i służalstwo kosztowały dziesiątki za­bitych i setki prawie zabitych choć wciąż jeszcze żywych. Zie­mia leżała martwa, tylko oni ciągle nie byli martwi. Gdzieś tam, daleko, w Moskwie, w Nowosybirsku czy Semipałatyńsku, albo diabli wiedzą gdzie jeszcze, cieszyli się dobrym zdrowiem i try­skali jeszcze lepszym samopoczuciem niż dawniej. I szykowali nowe plagi tej martwej ziemi!

Borys Gryń ściskając w kieszeni mikrofilm pędził, aż cał­kiem stracił siły. Nie wiedział ile kilometrów biegł. Aż całkiem nie ucichły odgłosy kanonady. Chcieli go zabić. To nie ulegało wątpliwości. Nie udało się.

— Szcze nie wmierła Ukraina… — wyszeptał i padł twarzą w zboże. Nie umarł, żył dalej i zbierał siły do dalszego biegu.

*

Niedziela zaobfitowała niesłychaną kondensacją wydarzeń. Dla Walczyka miał to być jeszcze jeden zwykły dzień pracy. Grupa antykryzysowa nie miała niedziel. W laboratorium wywoływa­no kolejne filmy z obserwacji „Sezamu” i inspektor już od siódmej rano, jak codziennie, szturmował ich telefonami. Rusinek pracował oficjalnie dla spółki kantorowo-handlowej „Denar” w charakterze eskorty. Człowiek, który dał mu ko­pertę, został sfotografowany jeszcze tego samego wieczora, we środę, gdy żegnał się ze swoją flamą na Marszałkowskiej. Sam udał się wtedy na Belgijską, gdzie najwyraźniej mieszkał. Walczyk obserwował mieszkanie do północy, aż wreszcie zgasło świa­tło. W spisie lokatorów znalazł nazwisko Niedzielski. Na noc zostawił pod domem wywiadowcę. W kartotekach nie było żadnego Niedzielskiego zameldowanego na Belgijskiej. Walk kazał się budzić w każdej chwili, gdyby obserwowany wykonał jakiś podejrzany ruch. Rusinek obstawiony już teraz przez trójkę wywiadowców udał się na Mariensztat, pod numer czwarty, do swego mieszkania i nie opuszczał go więcej tego dnia. Granatowe volvo stało przed domem.

Noc przebiegała spokojnie, podobnie jak czwartek i piątek a także sobota, które nie przyniosły nic nowego, niestety także w głównej, diamentowej części śledztwa o wiele ważniejszej z punktu widzenia GA.

Kiedy Walczyk brał prysznic, zadzwonił telefon. Oficer dyżur­ny przekazał mu wiadomość od Jowgiłły, że Niedzielski jest in­żynierem budowlanym przebywającym od trzech lat na kontrakcie w Algierii. W jego mieszkaniu nikt nie został zameldo­wany. Walczyk pomyślał, że mieszkanie zostało wynajęte obecne­mu lokatorowi z pominięciem oficjalnej drogi przez spółdzielnię dla uniknięcia korowodów i podatków, co było nagminną prak­tyką w całym kraju. Spisali umowę, forsa z rączki do rączki i po wszystkim. Walczyk był pewien, że mężczyzna z Belgijskiej jest ważnym ogniwem w sprawie. Coś kombinował z Rusinkiem. Co robił? Gdzie pracował? Co znajdowało się w kopercie? Jeżeli był zawodowcem jak tamten, to brak zameldowania byłby dla niego nie wygodny. Kim był? Na pewno nie aktualnym pracow­nikiem jakiegokolwiek pionu UOP ani policji. Mógł jednak być wywiadowcą SB, którego akta zniknęły. To było prawdopodob­ne. Spotkanie na Służewcu miało typowy dla utajnionych kon­taktów przebieg. Żaden z nich nie musiał nic mówić. Wpierw dyskretne oddalenie dziewczyny, potem koperta i wszystko by­ło jasne… Dziewczyna? Coś sobie uświadomił, drobne przeocze­nie, jej mieszkanie na Marszałkowskiej.

—  Sprawdźcie do kogo należy lokal jego dziewczyny. Masz dokładny adres?

—  Tak jest. – Walczyk odłożył słuchawkę i intensywnie rozwa­żając różne warianty wrócił pod prysznic.

W godzinę później, po skromnym śniadaniu w restauracji „Metropolu” — hotelu przylepionego do „Polonii” trochę no­wszą fasadą wychodzącą nie na Jerozolimskie, ale na Marszał­kowską i połączonego z jego hotelem wewnętrznymi przejścia­mi, Walk wsiadł w samochód i pojechał na Rakowiecką.

Na pliku zdjęć z trzech poprzednich dni wręczonych mu przez analityka zakreślono jedną twarz.

Wspólny analityk wydziału kryminalnego Komen­dy Głównej Policji i UOP pracował tutaj od po­nad trzydziestu lat. Ten siwiuteńki staruszek był ży­wą encyklopedią przestępców. Wystarczyło dać nawet nie­wyraźne zdjęcie zrobione z ukrytej kamery nocą i często już na tej podstawie identyfikował bandytę. Na szczęście nikomu nie przyszło do głowy wyrzucać go stąd w ramach nowych porząd­ków i pracował dalej choć miał prawo już dawno odejść na eme­ryturę. Otrzymał zdjęcie od fotografa czterdzieści minut wcze­śniej a teraz trzymał już w ręku kartotekę. Osobą odwiedzają­cą „Sezam” wczoraj o godzinie 9.35 był niejaki Mikołaj Pałka.

—  Kierowca Barabasza z Pruszkowa — powiedział.

—  Barabasza?

—  Piotr Drygała, numer cztery na pańskiej liście. Po znik­nięciu Jeziornego wyrasta na istnego rekina.

—  Jeziornego?

—  Gdzie pan żyje?! — staruszek  pokiwał z politowaniem głową. — Tego od kantorów co wyparował z kilkoma milionami dolarów w RFN. Rok temu podejrzewano, że jest zamieszany w przemyt brylantów z Rosji. Miał je niby przerzucać na Zachód, takie pośrednictwo, żadnych dowodów. W śledztwo wmieszał się kontrwywiad i wtedy delikwent zniknął. Chyba zwiał. Sprawę prowadził pułkownik Kotlar.

—  Kotlar? — zdziwił się Walk. — Dziękuję panu.

Chyba szukał czegoś innego a znalazł co innego! Czyżby trybiki zaczęły się zazębiać? Co miał wspólnego „Sezam” z Dryga­łą, Drygała z Jeziornym, brylanty z diamentami, Rusinek z nieznajomym z Belgijskiej, a krakowska dziennikarka z tym wszystkim? W takie zbiegi okoliczności Walczyk nie wierzył od dzieciństwa. Popędził do biura, gdzie czekał już na niego przy­dzielony mu aspirant Jowgiłło, kompletny żółtodziób wprost ze szkółki, energiczny chłopak z Sejn, po ojcu pół-Litwin o rudych jak płomień włosach, pasujących bardziej do Irlandczyka. Nie był doświadczony, ale energiczny i chętny, wystarczająco inteli­gentny, żeby się nim czasami wyręczyć. Zdążył już przeprowa­dzić wywiad środowiskowy na Marszałkowskiej, to znaczy pogadać z dozorcą wieżowca. Co prawda nikt się tu nikim nie in­teresował, a dozorca nie interesował się nawet kawałkiem chodnika jaki miał do posprzątania, ale właściciela mieszkania numer 265 pamiętał akurat doskonale. Rysopis się zgadzał. Fa­cet miał bielusieńką jak śnieg corollę, dbał o nią i pozwalał do­zorcy regularnie myć za parę groszy, w sam raz na butelkę najtańszej wódki, bez której cieć nie umiał żyć. Trwało to dokład­nie od czasu kiedy „pan Roman” kupił tu sobie mieszkanie.

—  Więc jak się w końcu ten facet nazywa?! — nie wytrzymał Walczyk.

—  Roman Stawro. Nie notowany — zakończył przydługą re­lację Jowgiłło.

—  Wywiadowca ze starego portfela?

— Raczej nie. Jeżeli, to do tego stopnia tajny, że wszystko po nim zaginęło, nawet pamięć ludzka.

—  Sprawdzałeś? Dokładnie?… Z kim mówiłeś?!

Ojej, panie inspektorze — zniecierpliwił się aspirant. — Z Mrówczykiem.

—  No tak. Jak on nie słyszał to nikt nie wie. Masz jego da­ne? Obrażony Jowgiłło podał mu kartkę, wyciąg z ksiąg mel­dunkowych. Ostatnio wielu ludzi miało Walczyka dość.

—  Dwa mieszkania — myślał Walczyk. — W jednym miesz­ka z dziewczyną. Drugie wynajął, żeby być sam, gdy to ko­nieczne. Od trzech dni tam właśnie sypiał. Przygotowanie do akcji?… Lat 32, rozwiedziony, jednego  dziecko, chłopiec lat sześć, Maciej…

Inspektor nie tracił czasu na zbędne rozważania. Zajął się raportami innych wywiadowców. Niestety, cała reszta pionu jakby dreptała w miejscu przed niewidzialnym murem. Żadnych wiadomości na temat paszportów, zaproszeń, wiz, szmuglu złota, kamieni szlachetnych czy broni. Kompletnie nic. Porozumiał się z inspektorem Klempiczem. Stamtąd także nie napłynęły żadne nowe fakty mogące ujawnić powiązania byłych ofi­cerów z jego częścią śledztwa. Obserwacja prowadzona przez ekipę Klempicza może potrwać miesiąc i więcej i przyniesie coś albo nic. Przedwczoraj odbił notatki Grabież na ksero i dał specjalistom od szyfrów, żeby spróbowali zmontować jakiś program i złamać tekst.

Tych też poganiał, ślęczeli prawie nie wychodząc do domu i mieli inspektora powyżej uszu. Ludzie usuwali mu się z drogi. Nerwy miał napięte jak postronki i łatwo wybuchał. Dosłownie warczał, kiedy ktoś z czymś nie zdążył na czas, albo wchodził mu w paradę. Dzisiejsza informacja analityka o kierowcy Dry­gały i o samym Drygale-Barabaszu była najcenniejszą zdobyczą całego zespołu. Chyba dlatego Walczyk uczepił się jej jak rzep. Wpił się wszystkimi pazurami w ten strzępek podejrzeń, jak po­rzucony kochanek wpija się w strzęp ciśniętego na odczepne współczucia. Ślad, którego być może nie ma. Jowgiłło wyszedł. Walk pomyślał, że to dziwne — Rusinek zatrudniony jako eskorta niczego jakoś ostatnio nie eskortował.

Przez cały czas Walczyk intensywnie spodziewał się także ko­lejnego zamachu na swoją osobę. Ciągle zwlekał z przeniesie­niem się z hotelu, choć proponowano mu przeprowadzkę do jed­nego z mieszkań operacyjnych. Tamci na pewno orientowali się, gdzie go szukać. A jednak ucichli. Dlaczego?! — pytał sam sie­bie i nie znajdował zadowalającej odpowiedzi. Przez chwilę, gdy myślał o Krakowie mignęła mu szczupła, dziewczęca sylwetka, łabędzia szyja i diabełkowate spojrzenie, ale zaraz to wszystko zgasło jak płomień zdmuchniętej świecy.

Drzwi się otwarły i Jowgiłło wetknął w szparę wyciągniętą rękę z szarą kopertą dużego formatu i zaraz potem głowę zwieńczoną płomienistą czupryną.

— Poczta dla pana! — rzucił. Walk wstał niechętnie. Ode­brał plik. Jowgiłło znowu zniknął, zostawiając go samego. Prze­syłka z UOP w Krakowie. Rozdarł papier. W środku inna, mniejsza koperta z żółtego kartonu, z licznymi znaczkami. Ze Stanów Zjednoczonych? Tak! Wziął z biurka nóż do papieru i rozciął ją ostrożnie. Na blat wypadł list i kilka kartek spiętych grubszym spinaczem. List był od Krzysztofa Lacha. Walczyk uważ­nie przeczytał list po czym w podnieceniu zaczął przeglądać do­łączone kartki. Były zapisane gęsto, drobnym dobrze mu znanym charakterem kobiecego pisma. To było pismo Zuzanny Grabież! Wczytał się w drobny maczek zachłannie, jakby chciał go pożreć… A więc przyszedł ten list zza grobu. Zemsta dziennikarki!

Po dwóch godzinach Jowgiłło zastał go dokładnie w tej sa­mej pozycji, pochylonego nad kluczem do notatnika. Widząc gorączkowo wertującego stronice Walczyka asystent zatrzymał się niezdecydowany w progu.

—  Panie inspektorze? — zapytał nieśmiało.  — Coś nie w porządku? – Walczyk uniósł głowę i popatrzył na niego nieprzytom­nym wzrokiem.

—  Od dziesięciu minut usiłują się z panem połączyć. Nie od­biera pan telefonów?

—  Co? — Walczyk ocknął się i dopiero teraz dostrzegł pulsu­jące czerwone światełko w aparacie.

Na linii były obie ekipy obserwacyjne. Rusinek  opuścił mieszkanie przy Mariensztacie. Stawro w tym samym czasie wsiadł w corollę i kręcił się po mieście. Zachowywał się dziw­nie, jakby sprawdzał czy kogoś za sobą nie ciągnie. „Zorientowali się?!” — przestraszył się Walczyk.

—  Kieruje się teraz na most Poniatowskiego. Odbiór!   — zaskrzeczał wywiadowca w interkomie.

—  Odebrałem. Jadę za wami! — rzucił inspektor. — Bądź w stałym kontakcie! Nie zgub go! — Popędził do samochodu skacząc po dwa stopnie.

—  Zjeżdża ślimakiem na Wioślarską. — Usłyszał w osobi­stym radiotelefonie, kiedy sięgał już do klamki poloneza. Wsiadł, przekręcił kluczyk w stacyjce i przełączył na wewnętrzne radio.

—  Tu 017 — odezwał się drugi wywiadowca. — Obiekt za­trzymał się pod halą Mirowską. Wysiada. Jesteśmy na parkin­gu. Szeląg pójdzie za nim.

—  Ostrożnie. To spec wysokiej klasy. Sprawdza nas. Za mało ludzi! — zaklął w duchu. — We trzech nie zrobią porząd­nego pudła. Zauważy ich, albo im zniknie. To nie był przypa­dek, że po trzech dniach „usypiania” jak na komendę, o jednej godzinie tamci ruszyli z kopyta.

Na placu Unii Lubelskiej skręcił w aleję Pierwszej Armii Wojska Polskiego. Taki kierunek dawał mu spore pole manewru. Jeżeli Stawro pojedzie na południe, inspektor skręci w Tra­sę Łazienkowską i przetnie mu drogę Agrykolą, albo złapie ja­dąc Alejami Ujazdowskimi i potem w Gagarina. Jeżeli ucieka­jący ruszy na północ, albo do Śródmieścia, wtedy Walczyk będzie miał szansę szybko znaleźć się na Jerozolimskich pod Domem Partii, albo dalej dopadnie go na Świętokrzyskiej.

—  Skurczybyk! — odezwał się głos z radia. — Zawraca. Ściął trawnik. Musimy zrobić   koło do najbliższej przełączki albo się ujawnić.

— Rób koło! — rzucił Walczyk poirytowany. „Co im przychodzi do tych zakutych łbów: Ujawnić się!

—  Wraca w stronę mostu. Może Wybrzeże Kościuszkow­skie?

Mimo niedzieli i dosyć wczesnej godziny ruch panował na ulicach duży. Była fantastyczna pogoda i wydawało się, że każ­dy mieszkaniec stolicy przyjął sobie za punkt honoru ten pier­wszy październikowy weekend spędzić na przejażdżce, choćby do Łazienek. Walczyk od razu zrozumiał, że pościg nie da rezulta­tu, jeśli nie zastosuje specjalnych metod. Wystawił koguta na dach. Migocąc na niebiesko i pracując zawzięcie klaksonem przebił się przez plac Na Rozdrożu nie zważając na światła na skrzyżowaniu. Rzucał się co prawda w oczy, ale do Stawry by­ło jeszcze daleko, jak się zbliży zlikwiduje koguta, a póki co to jedyna szansa szybszego poruszania się przez ten galimatias. Manewrował między czerwonymi autobusami komunikacji miejskiej i prywatnymi samochodami z wprawą rajdowca. Nie schodził poniżej osiemdziesiątki.

—  Wybrzeże Kościuszkowskie — zameldował 027. — Zbli­żamy się do mostu. A więc tamten nie skręcił na lewy brzeg Wisły. Minął Piękną, dojeżdża do placu Trzech Krzyży. Już wiedział co robić. Byle tylko nie przegapić tamtego w potoku innych samochodów. Przy „białym domu” zdjął koguta i niczym nie wyróżniając się spośród innych   samochodów   wjechał na rondo. Potem skręcił w Nowy Świat.

—  Tu 017. Obserwowany opuścił  halę Mirowską i idzie piechotą wzdłuż Marchlewskiego. Ma ze sobą dużą torbę po­dróżną.

—  Skąd ją wziął?

—  Na chwilę się zgubił przy stoiskach na górze. Potem już ją miał. Nie mogłem podchodzić za blisko. Prawdopodobnie wziął ze stoiska z częściami samochodowymi. Musi tam mieć kontakt.

Zamknięcie ruchu w Nowym Świecie spowodowało, że jeździły tu tylko autobusy komunikacji miejskiej i taksówki oraz nieliczne samochody osobowe czy dostawcze. Walczyk docisnął ga­zu. Oczywiście napatoczył się zaraz palant z drogówki przy­czajony za furgonetką z ciastkami przy Bliklem. Inspektor nie zamierzał się zatrzymać. Docisnął pedał jeszcze mocniej, nie tracąc czasu na zbędne gadki. Na wszelki wypadek zawiadomił centralę, żeby drogówka dała sobie spokój i nie urządzała przy­padkiem pościgu z dzikim wyciem i strzelaniną.

—  Jedzie Tamką w górę — meldował 027 — Teraz zwolnił. Walczyk pomyślał, że już im się nie wymknie. Zwolnił, bo się uspokoił. Wydarzenia przybrały jednak zaskakujący obrót.

Walczyk skręcił w Świętokrzyską i zaparkował z boku wypatrując corolli. Zamiast tego doczekał się tylko poloneza 027. Corolla wyparowała. Walczyk wściekły wyskoczył z samochodu.

—  Gdzie go macie?!

—  Tu go nie było?

—  Cholera! Jak mógł wsiąknąć? Przywarował. Sprawdzę wszystkie przecznice na lewo, do Foksal, a wy jedźcie do wylotu Oboźnej na Krakowskie Przedmieście. Musi tu być!

Ordynacka, Gałczyńskiego, Okólnik to kilka małych uliczek o niskiej zabudowie zwartej, trzy-, czteropiętrowe kamienice. Nie zajęło mu wiele czasu sprawdzenie ich. Drugi wóz posuwał się w dół Oboźną. W sumie mieli do przeczesania niewielki fragment terenu i zdawało się niemożliwe, żeby corolla wy­mknęła się nie zauważona. A jednak tak właśnie się stało. Ślad się urwał. Corolla zniknęła. Po krótkim wahaniu kazał ekipie z 027 przetrząsać podwórka, a sam ruszył za drugim podejrza­nym. Rusinek stał się ostatnią nitką i głupio byłoby wypuścić go z rąk. Połączył się z 017.

—  Co u ciebie 017?

—  Zbliżamy się do Dworca  Centralnego.  Mamy go cały czas w zasięgu. Nie spieszy się.

—  Zaraz dołączę do was — rzucił Walczyk i ponownie ruszył swoim „polonezem” na Aleje Jerozolimskie. Po chwili minął brą­zową sylwetkę hotelu „Forum”. W oddali zamajaczył białoseledynowy wieżowiec Lotu i przysadzista bryła dworca.

*

W tym samym czasie JG 235, który zrezygnował z lotu Szeremietiewo—Chicago via Waszyngton, znalazł się na Okę­ciu zakończywszy zupełnie inny lot. W zatłoczonym hallu międzynarodowych przylotów czekała na niego grupka osób, któ­rych osobiście jeszcze nie poznał, ale o których wiedział, że stanowią trzon komitetu organizacyjnego przyszłego sztabu kandydata Jana Kowalskiego. Był zadowolony z siebie i na jego chłopięcej twarzy malował się szeroki uśmiech, kiedy ści­skał ręce tych kilku ubranych elegancko mężczyzn, z którymi wkrótce przyjdzie mu dłużej współpracować. Jego chicagow­ska firma Star Elektronics podpisała właśnie w Moskwie wspa­niały kontrakt na dostarczenie dużej ilości mikroprocesorów i podzespołów do automatycznych central telefonicznych, co było jej specjalizacją na rynku amerykańskim. Kontrakt opie­wał na milion dolarów. Milion dodatkowych dolarów, którymi Kowalski mógł teraz dowolnie operować. Nie dysponował wol­ną sumą tej wielkości, jako że jego firma borykała się ostat­nio z kłopotami. Postanowił wykorzystać uzyskaną kwotę nie gdzie indziej tylko w Polsce. Nie zamierzał jednak inwestować w żadne interesy, fabryki czy spółki, chciał zainwestować w sie­bie, we własną kampanię wyborczą. Czas robił się niezwykle gorący, choć lato już zelżało i temperatura powietrza spadła bezpowrotnie. W Warszawie zanosiło się na deszcz i jak zwykle wiało, podczas gdy napięcie rosło z godziny na godzinę, z każ­dym zgłoszonym oficjalnie kandydatem, których już było kilku.

Niewielu z nich miało szansę zdobyć w przyszłości wyma­gane minimum podpisów, by zostać zarejestrowanym przez Pań­stwową Komisję Wyborczą. Premier przebywał właśnie z wizytą w USA, gdzie toczył rozmowy z prezydentem Bushem i Jamesem Bakerem. W Czecho-Słowacji, poseł Śladek puścił farbę na temat kulis Aksamitnej Rewolucji i powiązań mię­dzy Kartą 77 a KPCz i KGB. Sołżenicyn ogłosił swój memoriał „O przyszłości Rosji”. Na Ukrainie odbyły się strajki ostrze­gawcze dla poparcia dążeń niepodległościowych i zażądano ustą­pienia ze stanowiska przewodniczącego Rady Najwyższej Repu­bliki, komunisty Leonida Krawczuka. Z Ministerstwa Obrony Narodowej pozbywano się dopiero teraz wiceministrów będą­cych członkami WRON-u, wywiad wojskowy (WSI) pozostawał wciąż nietknięty. Krakowscy policjanci wyjechali w ramach pierw­szego porozumienia na przeszkolenie na Florydę. W Moskwie generał KGB Kaługin podał do sądu przewodniczącego Kole­gium Kriuczkowa za niesłuszne, jego zdaniem, odebranie mu emerytury, a gazety drukowały rewelacje rezydenta wywiadu w Anglii o pracy szpiega i wynurzenia jednego z pułkowni­ków, który twierdził, że KGB jest jedyną realną siłą reforma­torską w ZSRR i jedynym oparciem dla prezydenta Gorbaczowa. Litewski Sąjudis oświadczył, że z największą pomocą w cza­sie sowieckiej blokady gospodarczej pospieszyła Ukraina i Bia­łoruś w związku z czym, kto wie, czy idea Wielkiego Księstwa jest już pogrzebana całkowicie i czy jeszcze nie powróci.

W Polsce trudno było prorokować, któremu z kandydatów się powiedzie. Niektóre krzykliwe, choć małe partyjki, zdawa­ły się być pewne swojego sukcesu. Niektóre wielkie i poważne partie o bardzo starym opozycyjnym rodowodzie miały wątpli­wości. Swych kandydatów wystawiły SdRP, spadkobierczyni PZPR, i jej najzagorzalszy wróg od lat piętnastu KPN, Unia Polityki Realnej prowadzona przez żwawego ultraliberała, Chrześcijańsko-Demokratyczne Stronnictwo Pracy, zatomizo­wana Partia Zielonych, na wpół legalna Solidarność Walczą­ca, a nawet związek zawodowy rolników i Liga Kobiet Pol­skich. Lada chwila mieli się sypnąć jak z korca inni kandy­daci, niektórzy bardzo niezależni, a wśród nich Jan Kowalski z Ekwadoru, biznesmen międzynarodowego pokroju — jak go reklamowano, właściciel posiadłości w Meksyku, domów w Quito i na Hawajach, wynajmujący apartament w jednym z naj­droższych wieżowców mieszkalnych Chicago, by z bliska kie­rować swą renomowaną firmą Star Elektronics zaopatrującą całe Stany Z jednoczone i ćwierć świata cywilizowanego w au­tomatyczne centrale telefoniczne. Jego nazwisko nie zagościło nawet na stronicach dużych dzienników, przepłynęło przez trzecie stronice co poniektórych mniej ważnych pism i ślad po nim zaginął. Dziennikarze nie zwrócili uwagi na kogoś tak mało znaczącego, kto wydawał się nie mieć żadnych szans w konfrontacji z dwoma głównymi potentatami: Premierem i Przewodniczącym. Ci dwaj występowali zaś wobec siebie już otwarcie wrogo. Ostateczne spotkanie gigantów w jednym z podwarszawskich klasztorów ojców Bernardynów zakończyło się fiaskiem. Argumenty Premiera o konieczności zapobieżenia podziałowi sił, by nie utracić poparcia społecznego, nie skutko­wały. Tak samo zresztą jak argumenty Przewodniczącego o ko­nieczności przyspieszenia podziału, po to, by nie utracić popar­cia społecznego. W tej sytuacji trudno było sobie wyobrazić jakiekolwiek zbliżenie stanowisk i obaj politycy rozstali się rozczarowani, a nawet zagniewani uporem drugiej strony.

Jan Kowalski nie orientował się w tym wszystkim. W czar­nej walizce, dosyć obszernej dyplomatce z szyfrowym zamkiem, z którą się nie rozstawał, dźwigał maszynopis swojej dysertacji społeczno-politycznej „Lwy pustyni”. W książce wykładał nie tylko swoje poglądy ekonomiczne, ale całą mistyczno-magiczną wizję rzeczywistości. Dziś miał rozmawiać z wydawcą, nowo powstałą spółką R & R wsławioną półmilionowym nakładem wywiadu-rzeki z jednym z czołowych reżyserów niefortunne­go Wielkiego Skoku polskiej gospodarki sprzed dwudziestu lat, który przy okazji tegoż skoku zwichnął sobie nie tylko nogę w kostce, ale i ideowy kręgosłup. Jutro miał się z autorem Wiel­kiego Skoku spotkać osobiście (jak także z jego nieodłącznym pierwszym asystentem z tamtych lat), w trakcie przyjęcia zorganizowanego specjalnie na cześć Jana Kowalskiego w war­szawskim hotelu „Holiday Inn”. W ogóle w ciągu nadchodzą­cych trzech dni miał się spotkać z setką różnych osób, w któ­rych personaliach i rodowodach gubił się i plątał, a którzy przygotowywali pracowicie grunt i organizowali właśnie jego sukces. Wielu z nich wywodziło się wprost z rozwiązanej dopiero co „przewodniej siły narodu”, a kilkunastu z jej „karzą­cego ramienia”, czyli milicji ludowej i służby bezpieczeństwa. Była tam też grupa wojskowych w mundurach i grupa wojskowych o których nikt nie wiedział nawet, że są wojskowymi. To nie przeszkadzało Kowalskiemu. Jak powiedział pułkownik Gordijewski podczas rozmowy w podmoskiewskiej daczy z ge­nerałem Ozierowem: „Obcokrajowiec nie musi wiedzieć, skąd kto się wywodzi i kim kiedyś był”. Ważne, kim jest teraz i że chce pomóc ratować kraj. A wszak nikt lepiej Polski nie ura­tuje jak Jan Kowalski, który posiada spójną ideę opartą na własnej podstawie filozoficznej i wizję przyszłości tak prostą, logiczną oraz odważną, że aż wprost niewiarygodną. Wielu ekonomistów będzie się musiało klepnąć w pustą, łysą kala­repę i zakrzyknąć: Że też ja na to nie wpadłem, to takie oczywiste!

JG 235 wcale nie był pewny, że jego koncepcje ekonomicz­ne przyniosą jakikolwiek efekt, zwłaszcza iż zarówno książkę „Lwy pustyni” jak i koncepcje odebrał dopiero co w Moskwie, ale miał pewność, że na początek musi przekonać do nich masy obiecując jak najwięcej się da. Tak się zawsze robiło. A potem? Potem najwyżej się zweryfikuje to i tamto. Nikt, nigdy i nigdzie nie realizował wszystkich swoich wyborczych obietnic. Zresztą gdyby doszło do sytuacji, że stanąłby przed takim problemem, będzie dyspo­nował sztabem fachowców. Było ich tu pełno wokół niego, bę­dzie ich więcej jutro w „Holiday Inn”, a pojutrze, kto wie, mo­że nawet łaskawie zezwoli na udział w przedsięwzięciu obec­nemu ministrowi finansów oferując mu doradztwo. Zresztą doradców na całym świecie nie brakuje. Każdy chciałby błysnąć. Na przykład taki Sachs — dużo gada, a do czego doprowadził ten biedny kraj po półtora roku wcielania w życie swoich mrzo­nek. I jeszcze biją mu brawo! Omamił ludzi, Fundusz Waluto­wy i całe to, pożal się Boże, EWG.

—  Prosimy,  prosimy.  Samochody już czekają!  —  Jedni przez drugich wyciągali do niego ręce, a on uśmiechał się i kłaniał. Jak nieśmiały chłopiec, o ujmującej powierzchowno­ści, lecz jednocześnie żelaznym nieruchomym spojrzeniu nie pozwalającym wątpić w jego siłę. Owo spojrzenie kobry było dla niego samego czymś zaskakująco nowym. Przedtem nie był taki. Byle słowo Iris — jego żony, potrafiło tak go zaboleć i po­niżyć, że miał ochotę ją udusić. Odkąd zrozumiał, że jest nazna­czony, odkąd się poczuł natchniony, przestał zwracać uwagę na takie drobiazgi jak czyjeś złośliwości czy poniżające gesty. Podniósł dłoń do góry i zaległa cisza.

—  Chcę powiedzieć — rzekł z niemałą trudnością w daw­no nie używanym ojczystym języku — że jestem bardzo szczę­śliwy móc się przydać mojemu staremu krajowi.

To krótkie oświadczenie zostało przyjęte przy wtórze dy­skretnych oklasków, po czym Jan Kowalski i jego świta zapa­kowali się do pięciu mercedesów czekających u progu dworca lotniczego i wyruszyli do Różanu, w którego okolicy dwa miesiące temu Kowalski kupił jeszcze jeden dom, chcąc wyglądać na naprawdę solidnego obywatela o ugruntowanych rodzimych korzeniach. Tam, pod Różanem mieściła się teraz centrala ca­łej akcji wyborczej, jak głosiła reklamówka: „Jedynego naprawdę niezależnego kandydata na prezydenta Rzeczypospoli­tej”, przeniesiona z Tucholskich Borów. Zespół trzech byłych wysokich oficerów i czterej programiści tego przedsięwzięcia zwanego przez niektórych „Preludium” przebywał jednak gdzie indziej. Dalej na północ, w zapadłej wiosce Mikaszówka zagrzebanej nad małym jeziorem na Pojezierzu Suwalskim w jedynym skrawku odwiecznej, dziewiczej puszczy litewskiej (tak kiedyś opiewanej przez Mickiewicza), jaki pozostał przy Rzeczpospolitej po Drugiej Wojnie Światowej. Linia Curzona jednym pociągnięciem pióra trzymanego w obcych rękach wy­znaczyła los Polaków po tamtej stronie granicy skazując ich na banicję z własnej ojczyzny raz na zawsze.

Cóż, jeśli nie jesteś wilkiem, to musisz przyjąć rolę owcy. Ról neutralnych w Naturze nie ma. Inaczej sądzą tylko ideali­ści, ale idealizm paradoksalnie zawsze doprowadzał do paskudniejszych rzezi i nietolerancji niż trzeźwy, nawet prostacki re­alizm. Czyż Hitler nie wymarzył sobie idealnie czystej rasy, a Stalin idealnego ustroju powszechnej równości? Czyż dzisiaj w imię najwyższych, religijnych ideałów nie toczono świętej wojny przeciw innowiercom i nie mordowano tylko dlatego, że ktoś się nie urodził szyitą, albo nie uznawał Koranu za Je­dyne Źródło Światła? Czy dzisiaj krytyka papieża w Polsce nie skończyłaby się dla pisarza tym czym Szatańskie wersety dla Salmana Rushdiego? A może wystarczyłoby zaatakować prymasa albo spróbować odebrać zagrabioną przez stalinowców cerkiew przerobioną na katolicki kościół, by zostać ukamieno­wanym?! Idealizm. To wszystko brało się zawsze ze wzniosłe­go, fanatycznego idealizmu. Nie jesteś wilkiem, stajesz się owcą.

Jan Kowalski na pewno nie zamierzał być owcą w tej kam­panii, choć politycy polscy i cała prasa z góry przeznaczyli mu taką rolę. Nie jesteś owcą — musisz być wilkiem.

*

cdn

11. 11. 13 Marsz Niepodległości – Warszawa, 15.00 – Rondo im. Romana Dmowskiego

Posted in Polska by bialczynski on 9 Listopad 2013
Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 935 obserwujących.