białczyński

Stanisław Przybyszewski (1868-1927, Strażnik Wiary Przyrodzoney) – Nad morzem


Dlaczego Stanisław Przybyszewski, znany powszechnie jako okultysta i satanista jest Strażnikiem Wiary Przyrodzoney???

„Jestem tylko meteorem, który na chwilę zabłyśnie, na chwilę ludzkość straszy i przeraża, a potem nagle niknie – a szczęśliwy jestem, że tym przeświadczeniem żyję.
Droga meteorom wyznaczona jest miliard razy dłuższa aniżeli zwykłym gwiazdom (…) Być meteorem, to istotna moja tęsknota: zniszczyć na swej drodze kilka światów, roztopić je w sobie, wzbogacić się nimi i po miliardach lat znowu powrócić, stokroć gorętszym blaskiem rozpłonąć, wieść nowe przemiany i wywody i znowu zniknąć – to to, co w moich najkosztowniejszych snach przeżywam…
Niech zgasnę, czym prędzej zgasnę, bym mógł tylko we wzmożonej potędze powrócić…
A wrócę – wrócę!”

Czy to wystarczy? Ta wiara w ciągłe odradzanie się życia i wieczne życie, życie po śmierci?

cytuję:

W twórczości Stanisława Przybyszewskiego, autora szokującego światopoglądu dla kulturowej formacji pozytywistycznej, bardzo widoczne są motywy satanistyczne. Występują one w różnych odmianach i realizacjach, pełniąc rozmaite funkcje. Z jednej strony takie wątki są symbolem, będącym wyrazem sił i tendencji obecnych w duszy ludzkiej i duszy świata. Z drugiej strony jednak tworzą fabułę eksponującą satanistyczną wizję, czego przykładem są chociażby Dzieci szatana czy Synagoga szatana.

Zainteresowania Przybyszewskiego zostały zdeterminowane fascynacjami epoki, która porzuciła organicyzm czy postulaty oświecania chłopów na rzecz tworzenia tajnych stowarzyszeń, zgłębiania tajemnic ezoterycznej wiedzy czy chociażby praktykowania magii. To właśnie u schyłku XIX wieku swój rozkwit, jeśli nie rzec narodziny, przeżywały wszelkie koła kabalistyczne, ugrupowania okultystyczne, towarzystwa okultystyczno-teozoficzne, które pociągały modernistów swą egzotyką i niezwykłością.

Sam Przybyszewski, twórca utworów o niedokończonym charakterze, ale oryginalnej formie, uważał, że rozwój satanizmu wynikał z rozkwitu instytucji kościoła, który nadal, mimo coraz mniej licznego koła wyznawców, narzucał ideał ascezy, posłuszeństwa, marazmu. Pisarz był zdania, że świat powstał i istnieje tylko dzięki temu, że w dalszym ciągu walczą ze sobą dwie odwieczne, równorzędne potęgi – Bóg i Szatan.”

A więc Ahura Mazda i Ormuzd (Angra Mainju) ? Czarnogłów i Białoboga? Czy to wystarczy. Nie. To związek z Wiarą Przyrody i Wiarą Przyrodzoną nazbyt kruchy. Lecz co jeśli powiemy, że autor ten studiował  wytrwale i głęboko ludzkie namiętności i żądze, które są jakże ważną częścią Wiary Przyrody, Wiary Słowian, nauki o psychologii człowieka, ważną częścią człowieczeństwa w ogóle. A gdy do tego dodać, że Przybyszewski poświęcił całe życie kreśleniu psychologicznych portretów czarownic i analizie magicznych obrzędów oraz że udowodnił niezbicie, iż Kult Szatana, nazywany dzisiaj Satanizmem, jest odłamem równoprawnym  judeo-chrześcijaństwa, a więc jest po prostu chrześcijańską sektą, albo jednym z chrześcijańskich kościołów takich jak Babtyści czy Luteranie?

cytuję:

„Pod wpływem poglądów Przybyszewskiego, jego niezwykłej pozycji apostoła w modernie, buntującego się przeciwko więzom krępującym jednostkę, dążącego do przełamania tabu seksualnych i religijnych, młodopolski satanizm znacznie różnił się od tego średniowiecznego czy romantycznego. Choć nie był tematem nowym i niezbadanym, to jednak przyciągał tak samo twórców, jak i odbiorców, czy nawet szeroko pojęte kręgi krytyków. Wabił nie tylko ze względu na nowoczesną konwencję literacką, lecz również dzięki emocjom, jakie wyzwalał. Traktowany przez Przybyszewskiego, o którym w Niemczech mówiono deutscher Sataniker, czyli niemiecki Satanista i traktowano jako autorytet w satanologicznych kwestiach, jako element przekraczania granic, odrzucania norm i zakazów, jako szansę odważnego przełamywania tabu obyczajowych i wierzeniowych, stał się niemal nową religią.”

Czy Wyznanie Miłości może być Wyznaniem Wiary? Tak, jeśli jest to Wyznanie Wiary Przyrody!

przyby nad morzem 1 przyby nad morzem 2 przyby nad morzem 3 przyby nad morzem 4 przyby nad morzem 5 przyby nad morzem 6 przyby nad morzem 7 przyby nad morzem 8 przyby nad morzem 9

 

Zainteresowanych odsyłam do całości dzieła.

http://biblioteka.vilo.bialystok.pl/lektury/Mloda_Polska/Stanislaw_Przybyszewski_Nad_morzem.pdf

 

Oddajmy zatem głos osobie która może dać dowody ostateczne, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego Gabrieli Matuszek :

 

Gabriela Matuszek – Demony Przybyszewskiego, czyli o szatanie wczesnej nowoczesności

„Stan Rzeczy” 1(1)2011: 117-130
http://www.stanrzeczy.edu.pl/matuszek-demony-przybyszewskiego/

tutaj tylko fragment ale wystarczający:

 

DEMONY PRZYBYSZEWSKIEGO,
CZYLI O SZATANIE
WCZESNEJ NOWOCZESNOŚCI
Gabriela Matuszek

/// 1. Pusta transcendencjaJednym z centralnych zdarzeń wczesnej nowoczesności była „śmierć Boga” i wynikające z tego faktu nihilistyczne konsekwencje (Por. Sheppard 1998). Antropoteizm Ludwiga Feuerbacha, anarchizm metafizyczny Maxa Stirnera, pozytywistyczny materializm, naturalizm i ewolucjonizm przygotowały paradygmatyczny uskok, który dobitnie wskazał Fryderyk Nietsche. W odpowiedzi na radykalną zmianę poczucia sensu rzeczywistości rodzi się, z jednej strony, dekadencki nihilizm, z drugiej – odradzają się alternatywne systemy religijne oraz ezoteryka [1], traktowana jako ponętna forma komunikacji ze zdegradowanym przez myśl filozoficzną transcendentalnym sacrum.Twórczość Przybyszewskiego, który był nadzwyczaj wrażliwy na przemiany cywilizacyjne, wyczulony na ich podziemne prądy, znakomicie oddaje stan anomii, w jakim znalazło się nowoczesne indywiduum, pozbawione egologicznej podmiotowości, systemu aksjonormatywnego i perspektywy wieczności. Polski pisarz, który katolicyzm miał niejako „zakodowany we krwi” (ślady tłumionej religijności przebijają przez całą jego twórczość), dojrzewający artystycznie w europejskiej przestrzeni – w wielokulturowej berlińskiej metropolii – mocno reagował na ledwo rozpoznawalne symptomy choroby ówczesnej kultury. Obecne w jego twórczości blasfemie i demonomanie są ekspresją pankosmicznej traumy, wyrażają wewnętrzną psychomachię epoki, rozgrywającą się między sakralnością, będącą w stanie utraty i nihilistycznymi prądami, podmywającymi jej fundamenty [2].

 

/// 2. Pakty z szatanem

Pakt z szatanem – metaforą poznania ciemnej strony egzystencji – zawarł Przybyszewski już we wczesnej fazie twórczości, kiedy w Królewskiej Bibliotece Berlińskiej zgłębiał pisma dawnych mistyków, teologów, teozofów i alchemików, m.in. Pierra Abelarda, Bernharda z Clairvaux, Awerroesa, Jeana Bodina, Remigiusza, Alphonsa de Spiny, Jakuba Sprenglera (zwłaszcza słynne Malleus Maleficarum), studiował protokoły z procesu czarownic, a także czytał dzieła współczesnych mu okultystów i diabologów, takich jak Éliphas Lévi, Johan Joseph von Görres, Jules Michelet, Papus, Leo Taxil, Stanisław de Guaita, Karl Kiesewetter i wielu innych. Intensywne studia z zakresu satanizmu zaowocowały obszerną rozprawą nt. historii kościoła szatana (Przybyszewski 1997b) [3] i usytuowały Przybyszewskiego w pozycji czołowego „niemieckiego satanisty” (por. Matuszek, 1996, w różnych miejscach), któremu powierzono redakcję ezoteryczno-okultystycznego pisma „Metaphysiche Rundschau” [4]. Problemat szatańskości (demoniczności) świata zajmował Przybyszewskiego przez całe życie – jego ostatnim literackim tekstem będzie demonologiczna powieść Il regno doloroso (1923), osnuta wokół słynnego procesu czarownic, jaki miał miejsce w baskijskiej prowincji Labourt w 1610 r., w której postawione zostaje fundamentalne pytanie o ontologiczny status człowieka i teologiczną strukturę świata.Dialog z koncepcjami ontologicznego nihilizmu („świata bez Boga”) Przybyszewski prowadzi, wykorzystując satanistyczno-gnostyckie fantazmaty, które umożliwiają mu werbalizację trwogi przed metafizyczną pustką i pozwalają uporządkować absurd i chaos świata, przyporządkowując zło sferze materii. Teologia gnozy, która u początków wszechświata dostrzega kosmiczną katastrofę (rozpad pierwotnej Jedni, boskiej pleromy), pozwala wskazać przyczyny zła i wyjaśnić fiasko teodycei, a także wytłumaczyć źródło pierwotnego, archetypicznego lęku, przypisanego kondycji ludzkiej, bardzo mocno odczuwanego w epoce fin de siècle’u.Jak słusznie zauważyła Agata Bielik-Robson, zawierzenie głoszonemu przez gnozę lękowi prowadzi do pomylenia „odrazy do bytu doczesnego z pragnieniem duchowości” (Bielik-Robson 2000: 321) i sprzyja spekulacjom metafizycznym, opartym na repulsji wobec bytu i istnienia. Taką inwersyjną konstrukcją zdaje się być satanizm Przybyszewskiego, uruchamiający heretycki „archetekst”, zbudowany na gnostycko-manichejskim micie dobrego i złego boga [5], nicujący semantykę wielkiej fabuły chrześcijaństwa.

W swej satanologicznej rozprawie polski autor tworzy mitohistorię satanizmu od czasów średniowiecznych po współczesne, próbując udowodnić, że był on skrajną inwersją religii judeochrześcijańskiej i konsekwencją rozwoju instytucji Kościoła, który narzucił ideał uległości i naśladowania, a tym samym stłumił naturalną witalność człowieka. Wprowadzenie celibatu, wykluczenie kobiety, religijne i instytucjonalne restrykcje „grzechu” miały – jego zdaniem – działanie patogenne i wywołały nie tylko powrót do archaicznych wierzeń i obrzędów, ale także transgresyjnych zachowań.Polski modernista zapewne podpisałby się pod stwierdzeniem Jeana Baudrillarda, że „wszystko, co wyzbywa się swej części przeklętej, przypieczętowuje własny zgon” (Baudrillard 2009: 119), bowiem energia Zła jest konieczna dla wewnętrznej równowagi świata. Fiksację Przybyszewskiego na psycho- i onto-patologie można więc traktować jako rozpaczliwą próbę scalenia rozpadającego się świata. Zło i jego bóg, szatan, staje się ważnym przedmiotem literackich eksploracji. Należy jednak podkreślić, że figura szatana jest u Przybyszewskiego bytem wielofunkcyjnym, oznacza bowiem zarówno boga ciemności (złej materii) i demona nierządu (płciowych orgii), jak i metaforę pozytywnego buntu, intelektualnej anarchii, twórczej dynamiki życia.

Można powiedzieć, że eksploracją królestwa szatana, jakiej podejmuje się Przybyszewski, steruje nowożytna, faustyczna ciekawość poznawcza, za którą kryje się narkotyczne pragnienie poznania przez zło (por. Riceur 1986). Główną przestrzenią transgresywnych penetracji staje się pierwotna przestrzeń sabatu, jeszcze nie poddana kulturowej represji i ekskluzji. Jean Baudrillard napisze sto lat później, że „orgia stanowi eksplozywny moment nowoczesności, moment wyzwolenia, dokonującego się we wszystkich możliwych sferach” (Baudrillard 2009: 5), które prowadzi do wyzwolenia

[1] Przypomnijmy, że koniec XIX w. to okres rozwoju tajnych stowarzyszeń i rozkwitu ezoterycznej wiedzy, zwłaszcza w Paryżu, m.in. w kręgu C. Debussy’ego, w którym obracali się S. Mallarmé i J. Péladan, twórca Zakonu Katolickiego Różanego Krzyża, Świątyni i Graala (założonego w 1890 r.; zakon ten uniknął papieskiego potępienia). Debussy (który powiadał, że Przybyszewski należy do jego ulubionych pisarzy) przyjaźnił się ze S. de Guaitą, czołowym satanistą epoki i założycielem Kabalistycznego Różanego Krzyża (1888). W tym okresie powstało też najsłynniejsze brytyjskie towarzystwo okultystyczne, Zakon Złotego Świtu (1887), założone przez M.G. Mathersa, szwagra H. Bergsona (członkiem tego zakonu był przez jakiś czas A. Crowley, najsłynniejszy satanista XX w.). Powstaje też coraz więcej rozmaitych ugrupowań okultystyczno-teozoficznych, nawiązujących do założonego w Nowym
Jorku przez H. Bławatską Towarzystwa Teozoficznego (1875). Pod koniec XIX w. odżywają także herezje katarskie, w 1890 r. powstał w Langwedocji Kościół neokatarski (założony przez J. Doinela i Papusa), który spotkał się z ostrym potępieniem papieskim.
[2] Niektóre z zawartych w tym tekście tez mają szersze rozwinięcie w mojej książce (Matuszek 2008).
[3] Die Synagoge des Satans. Ihre Entstehung, Einrichtung und jetzige Kritik, Berlin 1897. Znamienne, że w Polsce opublikowane zostały tylko fragmenty książki: w „Życiu” 1899 nr 4 i 5 (Synagoga szatana. I. Powstanie i tworzenie, z powodu druku tej rozprawy numer 5 skonfiskowany został przez cenzurę) oraz w „Młodości” 1900 z. 2. W tłumaczeniu autora ukazała się także zmieniona wersja innego fragmentu niemieckiego oryginału, zatytułowana Synagoga szatana. Przyczynek do psychologii czarownicy, Warszawa 1902. Całość została udostępniona w przekładzie na język polski (autorki niniejszej książki) dopiero w sto lat po jej napisaniu (w publikacji: Przybyszewski 1997b).
[4] Po przejęciu pisma przez R. Wrede i przekształceniu go w „Metaphysische Rundschau” właśnie Przybyszewskiemu powierzono stanowisko redaktora, które sprawował od lipca do września 1897 r.
 [5] Przybyszewski pisze w pierwszym akapicie swojej rozprawy: „Istnieją dwaj odwiecznie przeciwstawieni sobie bogowie, dwaj stwórcy i dwaj władcy, bez początku i końca. Dobry bóg stworzył duchy, czyste istoty. Jego królestwo jest niewidzialne i doskonałe, nie zna ni walki, ni bólu. Zły bóg stworzył świat widzialny, cielesny, przemijający. Stworzył ciało i namiętność, ziemię z jej walką, cierpieniem i rozpaczą, niezmierzony padół płaczu. Stworzył naturę, która wytwarza tylko ból, rozpacz i zbrodnie”
(Przybyszewski 1997b: 158).

 

 

O Autorze: Gabriela Matuszek
doktor habilitowany, profesor tytularny na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Zajmuje się literaturą przełomu XIX/XX wieku, literaturą współczesną, polsko-niemieckimi związkami kulturowymi, przekładem literackim. Autorka ponad stu prac naukowych, publikowanych w Polsce, Niemczech, Austrii i Szwajcarii. Najważniejsze książki: „Der geniale Pole? Stanislaw Przybyszewski in Deutschland (1892–1992)”, przeł. D. Scholze, Igel Verlag, Paderborn 1996; „Naturalistyczne dramaty”, Universitas, Kraków 2001, wyd. II poprawione 2008; „Stanisław Przybyszewski – pisarz nowoczesny. Eseje i proza – próba monografii”, Universitas, Kraków 2008. Jest założycielką i kierownikiem Studium Literacko-Artystycznego Uniwersytetu Jagiellońskiego (pierwszej w Polsce Szkoły Pisarzy, działającej od 1994 r,) oraz prezesem krakowskiego oddziału Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. /// E-mail: gabriela.matuszek@uj.edu.pl

Podkreślenia na zielono w tekście pani profesor są moje C. B. ].

 I to już w zupełności wystarczy!

Z Wikipedii:

Stanisław Feliks Przybyszewski (ur. 7 maja 1868 w Łojewie pod Inowrocławiem, zm. 23 listopada 1927 w Jarontach pod Inowrocławiem) – polski pisarz, poeta, dramaturg, nowelista okresu Młodej Polski, skandalista, przedstawiciel cyganerii krakowskiej i nurtu polskiego dekadentyzmu.

Okrzyknięty za życia legendą, stał się bohaterem wielu plotek i anegdot (opisywanych m.in. przez Tadeusza Boya-Żeleńskiego czy Stanisława Brzozowskiego). W Berlinie był nazywany „genialnym Polakiem”[1]. Propagator haseł: „sztuka dla sztuki” i „naga dusza”, a także autor manifestu Confiteor.

Pisał w języku polskim oraz w niemieckim.

Urodził się w Łojewie pod Inowrocławiem w rodzinie wiejskiego nauczyciela Józefa Przybyszewskiego i jego drugiej żony Doroty z Grąbczewskich[2]. Mając 13 lat rozpoczął naukę w toruńskim gimnazjum. Świadectwo dojrzałości uzyskał w gimnazjum wągrowieckim w 1889 roku. Wyjechał do Berlina, gdzie podjął studia architektoniczne, później medyczne. Żadnego z tych kierunków nie ukończył. Pod wpływem filozofii Nietzschego oraz zdobytych wiadomości z dziedziny neurofizjologii opublikował w języku niemieckim dwa krótkie eseje pt. Zur Psychologie des Individuums (1892)[3]. Szybko zyskał akceptację w skandynawsko-niemieckim środowisku cyganerii artystycznej. Przyjaźnił się z Richardem Dehmlem, Alfredem Mombertem, malarzem Edwardem Munchem, Olem Hanssonem oraz Augustem Strindbergiem[3].W Berlinie utrzymywał się z wykonywania dorywczych zajęć. Z pomocą przyszedł mu Stanisław Grabski załatwiając Przybyszewskiemu pracę w redakcji Gazety Robotniczej – dziennika wydawanego dla polskiej emigracji w Berlinie.

W maju 1891 r. związał się z przyjaciółką z Wągrowca Martą Foerder. Miał z nią troje dzieci: Bolesława (ur. 22 lutego 1892), Mieczysławę (ur. 14 listopada 1892) i Janinę (ur. w lutym 1895), których losem i wychowaniem się nie interesował. 9 czerwca 1896 Marta Foerder nie mogąc liczyć na miłość i wsparcie Przybyszewskiego, popełniła samobójstwo będąc w ciąży z czwartym dzieckiem. Ich synem zaopiekowała się matka Przybyszewskiego, dziewczynki zostały oddane do przytułku.

W 1893 r. Przybyszewski poznał i poślubił Norweżkę Dagny Juel – pianistkę, córkę lekarza z Kongsvinger. Razem stworzyli parę, która skupiała wokół siebie artystów berlińskiej cyganerii. W latach 1893–1897 mieszkali na zmianę w Berlinie i Kongsvinger. Z tego związku miał dwoje dzieci: Zenona i córkę Ivi (ur. 3 października 1897). Dagny porzuciła męża w 1900 r. Przez rok tułała się po Europie. Dagny Juel Przybyszewska miała romans między innymi z Edwardem Munchem, norweskim malarzem – symbolistą. Historia trójkąta Przybyszewski – Juel – Munch była przez malarza wykorzystywana w wielu cyklach m.in. Jealousy 1896 gdzie Munch sportretował Przybyszewskiego, Dagny i siebie. W 1901 r. zwaśnieni małżonkowie zeszli się w Warszawie. Dagny zginęła zastrzelona przez młodego wielbiciela.

W 1898 r. pisarz sprowadził się do Krakowa, gdzie objął redakcję „Życia” stając się artystycznym przywódcą Młodej Polski.

W 1899 nawiązał romans z malarką Anielą Pająkówną, z którą miał jedno dziecko – córkę Stanisławę (1901–1935).

We Lwowie odwiedził w 1899 r. Jana Kasprowicza, którego żona Jadwiga (1869–1927) zafascynowana twórczością Przybyszewskiego porzuciła męża i córki by dzielić życie ze Stanisławem. Zamieszkali w Warszawie. W tym czasie pisarz często wyjeżdżał do Rosji, gdzie cieszył się dużą popularnością.

W 1905 roku, po wybuchu rewolucji, przenieśli się z Jadwigą do Torunia, gdzie Przybyszewski poddał się kuracji odwykowej (był alkoholikiem). Problem alkoholowy nękał go jednak z przerwami do końca życia. Dopiero w Toruniu udało się przeprowadzić rozwód Jadwigi – pobrali się 11 kwietnia 1905 roku w Inowrocławiu (ślub cywilny w zaborze pruskim mógł odbyć się bez uprzedniego unieważnienia ślubu kościelnego).

W 1906 r. małżonkowie wyjechali do Monachium. Pieniądze na podróż zdobyli dzięki sprzedaży rękopisu Ślubów. Życie w Niemczech było, w zależności od stanu finansów, mniej lub bardziej udane. W czasie wojny spadło zapotrzebowanie na literaturę – niewiele dzieł Przybyszewskiego drukowano z czym wiązał się brak dochodów. W tym okresie obudziły się w twórcy uczucia patriotyczne, czego wyrazem była broszura propagandowa wydana po niemiecku i po polsku w 1916 roku[4].

Po zakończeniu wojny został współpracownikiem poznańskiego czasopisma Zdrój. Po wojnie na krótko zamieszkał w Pradze, następnie w Krakowie i w Poznaniu. W latach 1919-1920 mieszkał w Poznaniu, w gmachu Dyrekcji Poczty, gdzie m.in. tłumaczył pruskie dokumenty pocztowe i sporządzał opracowania urzędowe[5]. W latach 1920–1924 mieszkał w Gdańsku, gdzie pełnił funkcję urzędnika biura tłumaczeń w Dyrekcji Kolei Państwowych[6]. Zaangażował się w utworzenie polskiego gimnazjum, którego otwarcie w Gdańsku nastąpiło w maju 1922 roku[6].

Próbował osiąść w Toruniu, Zakopanem, Bydgoszczy – wszędzie bez skutku. Wreszcie z Warszawy otrzymał propozycję pracy w kancelarii cywilnej prezydenta RP. W listopadzie 1924 r. zamieszkał na Zamku Królewskim w małym mieszkaniu z pracownią.

W 1925 roku został odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski[7].

Twórczość Przybyszewskiego nie budziła w owym czasie aprobaty – dorabiał odczytami o literaturze (zwłaszcza na temat twórczości Kasprowicza), z którymi jeździł po Polsce.

Z powodu braku pieniędzy w 1927 Przybyszewski powrócił na ojczyste Kujawy, osiadając na zaproszenie Józefa Znanieckiego w dworku w Jarontach pod Inowrocławiem, w pobliżu miejsca swych narodzin. Zmarł tamże, pochowany został na przykościelnym cmentarzu w Górze. W 1931 r. wzniesiono Przybyszewskiemu nagrobek z inskrypcją: Meteor Młodej Polski[8].

 

Stanisław Przybyszewski był członkiem Świątyni Czcicieli Słońca z Berlina i ze Szklarskiej Poręby oraz najprawdopodobniej Świątyni Światła Świata w Krakowie. Wszystko to jest tym ciekawsze, że Stanisław Przybyszewski jest synem Doroty Grąbczewskiej. TAK! Krew jego płynie z tej samej rodziny co opisanego tutaj w dziale Wielcy Polacy Bronisława Grąbczewskiego (powstańca styczniowego, odkrywcy Syberii), którego kowieński oddział rodziny wywodził się z pnia Grąbczewskich z Płockiego.

Jeszcze trochę Zimowej Baji na Nowy Słowiański Rok 7524 (2015)!

Posted in sztuka by bialczynski on 1 Styczeń 2015

1498798Nie znam autora, ale piękna bajka

painting-snow-pin-laptop-house-winter-sledge-card-new-year-918976Thomas Kinkade

Włączcie sobie hudbę tę którą tu załączam, kliknijcie obrazek na cały ekran i zanurzcie się w Zimowym Bajnym Śnie, w Śnieżystych Malarskich Opowieściach

 

Dla niektórych Nowy Słowiański Rok zacznie się 21 marca 2015 i wtedy nastanie god 7524, ale dla  jeszcze innych zacznie się on jesienią 23 września 2015. Dla nas zaczął się on już dzisiaj – Witaj Nowy 7524 roku słowiański!!!  Jeśli coś pokręciłem niech mnie ktoś sprostuje.

Zyczenia 2015 Bogumil ZniczŻyczenia od Bogumiła Znicza

 

1797003Thomas Kinkade

1617522Thomas Kinkade

luis romero6

Luis Romero

luis romero 4 Luis Romero

l r 77Luis Romero

luis romero 99Luis Romero

luis romero 3Luis Romero

a Winter Flock

Jane Ward – Zimowe owce

Bill Folowell High_Country_Early_Winter_Morning_013[1]

Bill Followell

paintings-winter-artwork--1568038-2560x1600

1-winter-on-the-farm-robin-moline

snow-covered-village-robin-moline

 

Robin-Moline-WeathervaneRobin Moline

robin-moline-wintery-farmRobin Moline

 

paintings_landscapes_winter_trees_drawings_1280x1024_26877

Snow-Angels-Christmas-Tree-Ice-Rink-Winter-People-Painting-Art-Wallpaper

a s 8d17c76876467a8d8e500f2f72e9019a

Robert_Bateman_Sleeping_Snow_Leopard_1433_113Robert Bateman

aa winter-campfire-art-1280x1024

aa Winter art Wallpaper__yvt2

Słowiańska hudba (muza na karnawał) – Południce

Posted in sztuka, Słowianie by bialczynski on 28 Grudzień 2014

https://www.youtube.com/watch?v=B_eVs3NTNYo

Południce vs Griot Groove – MAMO MOJA MAMO

https://www.youtube.com/watch?v=Hk-zPj_gC5M

 

Południce vs. Wounds – Oj puojdu ja

https://www.youtube.com/watch?v=rlVZ5vtfiwU

 

Południce vs. Liquid Molly – Dolina, dolinuszka

Opublikowany 29 gru 2012

Płyta Południce/Elektronice (2012)
Z jednej strony Południce: (wciąż) młode dziewczyny starające się śpiewać jak wiekowe babcie; z drugiej – twórcy „młodej” muzy klubowej. Patrzące sobie głęboko w oczy wiejskie pieśni i dubstep, dub, elektro i inne bity. Muzyczny mezalians? Być może, ale z widokami na happy end.

 

 

https://www.youtube.com/watch?v=fc8OcfyW4jo

 

 

Południce vs. Edemski – Derewo, derewo ty moje

 

https://www.youtube.com/watch?v=0zjrKCQwVik

 

Południce vs. Red Emprez – W subotu pizneńko

 

https://www.youtube.com/watch?v=E7zIfymmLyk

 

 

Południce vs. Martin Sethi – Pokuć

 

 

 

 

Tagged with:

Czesław Białczyński – „Borowczycy” – fragment powieści „Z Królestwa Sis – Tomirysa i Czaropanowie”


[UWAGA: Tylko dla Dorosłych (15+)]

© by Czesław Białczyński

las szt 1230403972Du46d22 Borowczycy

 

Tamara przemieszczała się powolnym krokiem przez pobojowisko jakim stało się miejsce uczty. Słońce dawno już wyszło ponad postrzępioną krawędź gór na wschodzie. Ją samą zbudził tętent wierzchowca. Zdziwiła się, tak szybkiemu porannemu przejazdowi wywiadowcy. – Jakby uciekał przed duchami gór? Wychyliła twarz przez okienko. To była Ludmiła, wracająca z rekonesansu. Nie miała ochoty wysłuchiwać tej butnej księżniczki znad Wiady zwanej też Odrą-Obdzierą, albo Sławuną. Podniosła się z łożnicy i poszła pod Zapis. Nie wiedziała, że pilnie śledzi każdy jej ruch Okrasa. – Te orgie – pomyślała patrząc na rozrzuconych w bezładzie śpiących na powietrzu, a właściwie splecionych bez przytomności w dziwnych konfiguracjach ludzi, staną się kiedyś przyczyną naszej klęski. Trzeba zerwać z tym archaicznym obyczajem „gościny do upadłego”. To była jej zdaniem pozostałość jakiegoś cieżkiego czasu ludzkości, wielkiego niedostatku, wręcz śmiertelnego głodu. Musiało to być potężne zdarzenie zagrażające całej populacji ziemskiej, które odcisnęło się w zbiorowej podświadomości na setki pokoleń. Ucztowanie było czczeniem jadła i napitku, oddawaniem czci odurzeniu i rozpuście. Rozpuście, która dawno temu musiała zapobiec jakiemuś wielkiemu wymarciu. Teraz jednak, choć także, groziło ludzkości obecne pośród niej podstępne, zabójcze „zło”, nikt jego obecności nie zauważał. To czego dotknęła mentalnie podczas Przejścia stanowiło esencję „zła”. Co złe dla ludzi nie musiało być oczywiście złe dla planety, ani dla Bogów, ani dla samych sprawców owego zła. Ale ona była człowiekiem i przyszło jej , jako człowiekowi, stanąć temu Czemuś na drodze. Pluła sobie w brodę, że powiedziała: Tak! Undyna była od niej sto razy mądrzejsza. Zobaczyła przyjaciółkę opartą o pień Zapisu, z trzema kochankami oplecionymi niczym tęgie powoje wokół jej silnych ud. Nie poczuła ukłucia zazdrości, ani nie zganiła służki w myślach za to, że żadnym z tych trzech, z którymi oddawała się rozkoszy, nie był Darwan. Darwan gdyby tutaj był może poczułby i jedno i drugie. Ale Darwan mocno podpity, pociągnięty przez którąś z Nawojek i tutejszą, kamieńską piękność, wcześnie powędrował ku domostwu na skraju kamiennego kręgu. Był czas na rozpustę i czas na małżeństwo, czas kiedy beztroskie dzieciństwo kończyło się Przejściem w Swodobę Dorosłości, a potem Przejściem w Dojrzałość do Założenia Rodu, czyli Swadźbą, Małżeństwem, Ożenkiem. Wreszcie nadchodził czas zbudowania własnego gospodarstwa, a potem to już jesień… i zima. Undyna uśmiechnęła się przez sen i zabawnie zmarszczyła piękny nos, na którym usiadła malowana zielonołyskiem mucha. Tamara pochyliła się nad przyjaciółką i odgoniła muszysko, po czym pogładziła z miłością jej policzek. Wyprostowała się. Nagle poczuła tę zimę w sobie, chociaż powietrze było gorące, jak to na południe od gór. Okrasa zauważył jak się przygarbiła, więc natychmiast zmusił swoje stopy do ruchu i podniósł się od stołu. Okno jego skromnego lokum wychodziło prosto na Zapis. A on przemedytował samotnie, nie wychyliwszy ani garnca miodu, ani szklanicy piwa, całą noc. Rozmyślał co też jest tam zapisane w tym odwiecznym drzewie. Kto właściwie był założycielem tego miasta Kamiennego Jaja? Ludzie czy jakieś inne prastare istoty? Czy pośród słojów tego drzewa przesnuwała się także nieć jego żywota? Czy podążała wysnuta z korzenia przez wszystkie konary i gałęzie ku zielonemu wierzchołkowi, czy też urywała się w połowie, nie wydawszy owoców? Wstał pośpiesznie. Ciało poruszało się za jego myślą z nieznacznym opóźnieniem. Jakby magia potrzebowała czasu żeby zebrać roje komórek organizmu do ponownej jedności i działania, w zgodzie z wolą człowieka. Nie mógł dopuścić, aby ksieżniczka się martwiła.

 

– O czym rozmyślasz moja piękna pani – usłyszała ukochany głos zza ramienia. Obróciła się natychmiast ku niemu z promiennym uśmiechem, który miał znaczyć nie tylko „kocham cię”, ale też „nic mi nie jest”. I jeszcze „trzymaj się, choć wiem, że nie żyjesz”! Nie! Tego ostatniego nie było w jej wzroku ani w uśmiechu. Ona była przekonana, że w Carodunie, albo w Dziewięciu Kręgach ożywią go, znajdą dla niego ratunek. Inaczej skoczyłaby ze skały, tam w górach, tak, ze Skały Tronu. Bez zastanowienia. Ale po co żyć teraz, kiedy nigdy z nim już nie będzie. Nie dorobią się wspólnych dzieci ani domu….

Jej wzrok pociemniał jak głęboka woda. Uchwycił szybko jej dłoń i pociągnął ją za sobą. Jemu także nie robił dobrze widok szczęśliwych, beztroskich ludzi, splecionych w uścisku rozkoszy. Nie zazdrościł im, że korzystali z życia we właściwy sposób dla ich wieku i stanu. W ich wypadku z tej pozornej zabawy rodziła się konkretna przyszłość, a on nie czuł żadnej przyszłości przed sobą. Żywy trup.

– Pół dnia zajmie nam porządkowanie Materii Istu – rzekł pośpiesznie kierując jej myśli ku organizacji dalszej wyprawy. Ruszyli w stronę gospody, gdzie czuwały pod wodzą Aganiszki Nawojki strzegące czystości ścieżek mentalnych tutejszych dowódców i wojta. Tam także znajdowali się stróżujący przy lęgamie Pałkini i Bierygowie pod wodzą Krzesimira i Gęby z Rawy. W zagrodzie gospody panował ruch. Dojono kozy i pojono konie, wyklepywano masło i wyciskano wonne sery z ziołami. Pieczno chleb, którego piękny zapach unosił się wokół wielkiego na trzy piętra domostwa.

– Tak – odpowiedziała mu – Nie wyjedziemy dzisiaj. Spuszczenie ich z łańcucha w nocy to też nie najlepszy pomysł. Na szczęście nie będzie już więcej ucztowania, więc jutro o świcie powinniśmy być gotowi.

Widok kręcących się po zagrodzie i po gospodzie uśmiechniętych ludzi był pokrzepiający i na twarzach ich obojga zagościł uśmiech. W dużej sali na parterze zastali Roga Warsza. Rozmyślał dokładnie o tym co i oni. I tym się z nimi podzielił. Urządzanie materialnej przestrzeni przy pomocy mogtowiji to nie było żadne jakieś tam „pstryk i po ptokach”! Skoro zdecydowali się wziąć na hol mentalny cały gród, to nieustannie kilkanaście nawojek pracowało w więzi z tutejszymi wojownikami. Zwykłej energii przestrzeni materialnej musiano przeciwstawić równoważną, a właściwie nieco większą moc energii pozaprzestrzeni duchowej. Obie one miały przeciwny ładunek energetyczny. Nie dało się teraz z nagła, jednym pstryknięciem palców wyłączyć tego mechanizmu. Energia czaru była prawdopodobnie tak duża, że cały ten gród wyleciałby w powietrze od tego pstryku przeciwmaterii. Jutro o poranku znaleziono by tutaj kupę bezładnie rozrzuconych kamieni i kilka osmalonych trupów, a także duży jak jezioro lej po reszcie, która wyparowała. Operacja „uwalniania”, czyli perswazji mentalnej połączonej ze zmniejszaniem antymaterialnego wkładu energii w czar, musiała zająć pół dnia o ile nie dłużej.

– Czary Mary, Dyj-Bełt Stary, Łap Ogary, Panie Kary. – wyrecytował dziecinną rymowankę Rah Warsz – Nie bez powodu nam to wbijali do łbów od malutkiego. To nie żarty!

Z ożarem powstałym w wyniku zastosowania niematerialnej energii naprawdę nie było śmichów-chichów.

 

Wisztaspęta zmierzał dostojnym krokiem do sterfy czerwonej pałacu, zarezerwowanej dla Króla Królów. Nie wiedział na pewno, ale przypuszczał, w jakim celu wzywa go Władca Świata. Przeczuwał, że nadeszły wieści z Gór Czarnych Kauków. Pierwsza część wielkiej intrygi została wypełniona. Był przekonany, że zaplanowane podwójne zabójstwo powiodło się. Gdyby nie, wykrywszy spisek, już dawno zawleczono by go do kazamat pałacu i zdarto zeń skórę. Skoro nie żyli ci dwaj, Arda Złoty i Wijrak z Opasu, teraz prawie wszystkie klucze do władzy w pałacu znalazły się w rękach Wisztaspęty. Zamierzał bez ogródek zaproponować władcy by uczynił jego syna, Ortana głównym magiem imperium. Tylko Wisztaspęta znał teraz tajemnicę oraszlaki. Czyż król królów mógł mu odmówić?! Ardaban był starszy od Ortana, ale tutaj wielkie znaczenie miała magia, moc przeznaczenia. Czyż samo imię Tańczący z Orem, Władający Orem nie było proroczą wróżbą, którą Kirus Wielki miał teraz szansę po prostu, małym kiwnięciem palca, spełnić? Jaki władca w tych czasach oparłby się swojej próżności, gdy bieg wypadków sam z siebie buduje wokół niego legendę boga na ziemi, tego który zstąpił z Niebios namaszczony przez samego Oro-Mądra – Ahura Mazdę. Wisztaspęta zatrzymał się w gwieździstym holu gdzie zbiegało się osiem korytarzy pałacowych, a po środku stał mały ołtarzyk. Stanął przed dnim i złożył ręce jak do modlitwy. Skłonił głowę. Ukląkł przed bóstwem. Na klęczniku stało małe srebrne naczynie z kadzidłem. Otworzył je i wsypał kilka ziarenek w migoczący wieczny płomień. Mocny zapach nardu i mirry rozszedł się w powietrzu. Nie wypowiedział jednak żadnych słów. W głowie miał zamęt. Za nic nie potrafił utrzymać spokojnej, wewnętrznej samokontroli, potrzebnej do skutecznych modłów do bóstwa. Poczuł nagle, że posępna groza czai się w pałacu. Kirus Wielki wydawał się być odległy, zajęty niezrozumiałymi problemami. Zdumiewająco się ostatnio postarzał, jakby jego siły witalne wysysała jakaś urojona pijawka. Niektóre z jego dekretów zupełnie nie zgadzały się z linią jego dotychczasowego panowania. Momentami wydawało mu się , że duch innej osoby patrzy jego przygasłymi oczami, mówi jego wolnym, chropawym głosem, czy gryzmoli rozchwiany podpis na podyktowanych przed chwilą dokumentach. A przecież król królów nie był wcale starcem. Ostatnio na przykład zezwolił Jugijczykom i Ziemitom na powrót do Syrej Ziemi! Swego czasu Skołoci z Północy wygnali ich przecie z tegoż kraju nad Morzem Sporów, głęboko w pustynię perską. Nie bez powodu. Głosili herezję i wszczynali bunty na podstawie odszczepieńczej Księgi Kobyły. To było ze strony Kirusa pociągnięcie niepolityczne, nierozsądne, bo Widan z Trysu nad Dunajem dobrze wiedział co robi przeganiając ich na cztery wiatry! To co głosili było sprzeczne nie tylko z Wiarą Przyrodzoną, ale także z naukami Zoroastra. Wywyższali się ponad innych, tak samo jak Żarzduszt-Zoroaster wywyższył Czcicieli Ognia. Mieli się za jedynych obdarowanych Łaską Pana. Oni i tylko oni. Resztę ludzi traktowali jak śmiecie, z najwyższą pogardą… Do tego wszystkiego te straszne sny o krwi… Rozpoczął modlitwę:

– Mitro, Panie nasz, obrońco domu Achemenidów, miej w opiece mnie, syna Orsama, ostojo łaski i sprawiedliwości, który niegodziwość i okrucieństwo przemieniasz w cnotę, pomóż mi w godzinie potrzeby! Co mam teraz uczynić potężny Władco Światła! Wstając otworzył złotą szkatułkę stojącą na klęczniku obok naczynia z kadzidłem i wyjął tuzin cienkich patyczków z drzewa sandałowego. Niektóre z tych magicznych pałeczek były krótkie, inne długie, jedne proste a inne zakrzywione i powyginane. Cisnął je wszystkie na dawan przed ołtarzem. Wisztaspęta wpatrzył się w plątaninę na wyszywanym bajnym wzorze złożonym ze znaków magicznych. Jego oczy nagle zaokrągliły się ze zdumienia. To wszystko razem ułożyło się w słowo! Nagle w korytarzu wiodącym od komnat jego haremu pojawił się Jamaspęta, jego najważniejszy doradca z Bałchu nad Bałchaszem, którego tutaj ze sobą przywiózł jako szambelana. Biegł w rozwianej szacie klapiąc sandałami o posadzkę i wymachując do Wisztaspęty rękami. Satrapa zgarnął pospiesznie napis i włożył patyczki do pudełka. Starannie ustawił je na klęczniku. Tymczasem Jamaspęta dobiegł do niego ledwo łapiąc powietrze. Otwierał usta niczym ryba jednocześnie chcąc coś powiedzieć i zaczerpnąć tchu, co nie dało się pogodzić.

– Spokojnie szambelanie – położył mu rękę na ramieniu i mocno uścisnął, co natychmiast uspokoiło Jamaspętę. – A teraz mów, po kolei. Ale składnie, bo król królów mnie oczekuje i nie mam już czasu do stracenia.

– Pobiły się panie, i jedna oblała dziecko drugiej wrzątkiem?

– Kogo, syna?

– Nie, córkę.

Wisztaspęta odetchnął głęboko uspokojony tą wiadomością.

– Które to?

– Nie będziesz zadowolony panie.

– Mów! – spojrzał posępnie.

– Twoja trzecia żona Oda zrobiła to najmłodszej oficjalnej żonie Rodogunie.

– Znowu matka Ortana?! Weź i wyrznij je obie, razem z ich wszystkimi dziećmi, na pustynię i niech tam zdychają bez ludzkiej pomocy! Prócz Ortana, rzecz jasna!

– Ależ panie, z Rodoguną masz pięciu synów, a z Odą siedmiu. Z urodzenia przynależą do Gwardii Nieśmiertelnych Kirusa.

– Dobrze. Wywal je razem z ich córkami! Najlepiej puść je na ruchome wydmy, niech znikną mi z oczu raz na zawsze. Mam powyżej uszu ich ciągłej rywalizacji. I do tego teraz, kiedy toczę tutaj jedno z najbardziej skomplikowanych przedsięwzięć, które wymaga wsparcia i jedności zadrugi! To będzie doskonały przykład dla całego haremu.

– Panie, ale Oda pochodzi z Jugii! To nie spodoba się królowi królów…

– Masz wolną rękę. Potraktuj je jak mój podarek dla ciebie, jak niewolnice. Uwięź je gdzie chcesz, byle razem w jednym obwarze. Razem z córkami! Synowie mają pozostać przy mnie. I niech się nawzajem pozagryzają.

Powiedziawszy to Wisztaspęta odwrócił się i ruszył szybko korytarzem do króla króli, któremu i tak kazał już za długo oczekiewać na siebie. W głowie dudnił mu tylko jeden wyraz. Słowo w które ułożyły się wróżebne patyczki. Darjusz. Jamaspęta stał nieruchomo i zdawało się, że przestał oddychać odprowadzając władcę wzrokiem. Poruszył się dopiero gdy zniknął on za złoconymi drzwiami królewskiej części pałacu. Czy Wisztaspęta mówił serio, czy też to tylko chwilowa wściekłość spowodowała tak okrutne polecenie. Po głębokim namyśle doszedł do wniosku, że satrapa miał zbyt przeciążony umysł. Postanowił poczekać do wieczora i jeszcze raz omówić z nim tę kwestię. Najmłodszy syn Rodoguny, Darjusz był wszak ulubieńcem Wisztaspęty, a sam Kirus trzymał go w rękach podczas ceremonii nadania imienia! Niesłychane! Wisztaspęta musiał na chwilę postradać rozum.

 

Audiencja przebiegła zgodnie z przewidywaniami bałchańskiego satrapy, który sztukę aktorstwa opanował do perfekcji jeszcze za młodu, gdy uczono go cyrkowych sztuczek magicznych. Uwielbiał cyrk i teatr. Od małego ćwiczył się w poskramianiu tygrysów, wilków i roztaczaniu przed publiką fałszywych wizji zwanych iluzjami. Pseudomagia była oszustwem, ale Wisztaspęta opanował też w podstawowym stopniu zasady prawdziwej magii, na tyle by wiedzieć jak władać choćby głosem. Oczywiście król królów także był tego świadom. Nigdy podczas audiencji nie opuszczało go czterech wytrawnych magów. Jednak władca Bałchaszu i Bogotroji potrafił oszukać ich wszystkich odkąd sprzągł się z Tymi Których Spotkał w Bajanii. Na myśl o tym spotkaniu zawsze dostawał dreszczy. Tak wielkiego skrzystego statku nie widział nigdy w życiu i wiedział, że już nie zobaczy. Czy była to słynna Starożytna Strzała? Najpewniej to ona! Zatem jest teraz sprzęgnięty z tymi, o których pisano na Kartach Przeznaczenia. Przybyli ponownie! Tylko skąd? Powiedzieli: „zza Wielkiej Wody”. Ale której, Wądlądstyku-Styksu, czy Białej Wody, tej naprawdę Wielkiej, Mlecznej, Niebiańskiej – zza Białowodzia?

– To była demoniczna istota wiatrowa, olbrzymi wir z ostrogą, czarny jak noc. – powiedział Kirus uważnie obserwując zmarszczki na twarzy Wisztaspęty – Jednego możesz być pewien, że nie ode mnie ona pochodziła. Zamierzałem uczynić Wijraka Głównym Klucznikiem Imperium… Ale cóż, teraz zapewne uczynię nim ciebie… – zawiesił głos i wejrzał przenikliwie w oczy wasala.

– Panie – Wisztaspęta pokłonił nisko głowę, a podnosząc ją zwrócił uwagę by zawisnąć źerenicami dokładnie na królewskich źrenicach i ani drgnąć powieką – To dla mnie bardzo kłopotliwa sytuacja. Proszę cię byś mnie zwolnił z nowego obowiązku. Do tej pory dobrze współpracowało nam się na polu walki. Większość bitew odbyliśmy ramię w ramię z sukcesem. Nie powinno się zmieniać pary szczęśliwych wierzchowców w rydwanie przed osiągnięciem linii mety. Podbiliśmy Mlekomedir i Syrą Ziemię, ze dwadzieścia królestw małmazjatyckich, łącznie z wyspami na Morzu Sporów i Kuprem Małmazji, powoli kończymy dzieło po południowej stronie Gór Czarnych Kauków… To ty dokonałeś tego wszystkiego, ale przyznasz, że jestem szczęśliwą maskotką stojącą zawsze u twego boku. Także na wschodzie, gdzie, o Największy z Wielkich, Królu Świata, nadgryzłeś poważnie Windję podbijając kraje Koszanów, Bierygów i Kudakiedyczów. Przed tobą reszta Windji, a potem pozostanie już tylko Kutaj i Sistan. Cały świat znajdzie się wtedy w twoim ręku.

– Słusznie prawisz – władca przerwał mu zniecierpliwionym gestem – Zapewne mógłbyś do jutra wymieniać jeszcze kraje jakie zdobyłem i władców których poniżyłem, ale chyba tym bardziej rozumiesz, że potrzebuję bardzo zaufanego klucznika. Dlatego tobie poleciłem wydobycie od Wijraka tajemnicy Kamienia Wijozowicznego i Jego Wielkiej Przemiany w oraszlakę. Nikomu innemu nie ufam.

– Zwolnij mnie jednak z tego obowiązku. – powtórzył stanowczo Wisztaspęta – To przykre, że Wijrak i Złoty Arda zginęli, ale prawdę mówiąc liczyliśmy się z tym, że żaden z nich nie wróci z Północy. W każdym razie klęska tej wyprawy była brana pod uwagę przez Ciebie o Jasny Panie w Twoim Wielkim Planie podboju Sistanu. Zapewne wróci ich stamtąd garstka. Jeżeli przywiozą ze sobą Kamień z Wyspy Kara to będzie prawdziwie szczęśliwy finał…. Mam inne rozwiązanie. Jest ktoś komu ja mogę z kolei zaufać tak jak Ty mnie o Najjaśniejszy Panie, kto jest magiem już dojrzałym i doświadczonym a dosyć młodym i krzepkim żeby podołać cieżkiemu zadaniu wypełniania złotym proszkiem twoich skarbców. Wszak trzeba nam dla powodzenia podboju i ustanowienia wasalnej władzy masę tego proszku. Trzeba pracować dzień i noc, a wiedzy o sposobie nie wolno rozpowszechnić. Kto się tego podejmie zapewne wyczerpie siły żywotne w krótkim czasie. Proponuję zrobić Magisterem Klucznikiem mojego młodszego syna, Ortana. Zwróć panie uwagę na jego imię. Czyż to nie proroctwo spełnione twoim jednym dekretem, jednym słowem i podpisem na dokumencie?! Jesteś święty o Panie, całe królestwo będzie miało tego potwierdzenie.

– Czemu miałbym zaufać, że wiesz co czynisz? – Kirus uśmiechnął się złowieszczo i Wisztaspęta poczuł, że król królów wietrzy jakiś podstęp i spisek.

– Pozwól, że rozwieję twoje wątpliwości – satrapa pokazał gestem, że chce się zbliżyć, aby powiedzieć coś na ucho Panu Świata. Nie było mu w smak dawać gwarancje Kirusowi, ale czuł, że sprawa wisi na włosku. Gdy ten się łaskawie zgodził, podpełzł na kolanach i zakrywając usta dłonią wyszeptał:

– Jako gwarantów dam panie pod twoje władanie, do twojego haremu matkę Ortana Odę i moją najmłodszą żonę z moim ulubionym synem, a twoim synem przybranym, Darjuszem. Oczywiście muszą zabrać, ze sobą także wszystkie córki. Będę zaszczycony, kiedy któraś z tych młódek spodoba ci się na tyle, byś ze mną zechciał oficjalnie dzielić więzy krwi…

Władca Świata uśmiechnął się i skinął głową na zgodę. Propozycja oddania, niejako pod „zastaw”, tego co Wisztaspęta miał najcenniejsze, i związania się węzłem rodzinnego powinowactwa spełniała oczekiwania Wielkiego Kirusa. Wisztaspęta cofnął się na przepisową odległość bijąc głową o dywan i ukląkł czekając na dalsze słowa króla królów.

 

Kiedy satrapa Bałchu i Bogotroji mijał ołtarzyk bóstwa skakał niemal do sufitu jak mały chłopiec. Radość rozsadzała jego trzewia. – Tak łatwo poszło!!! Po prostu niewyobrażalnie! Wiedział, że to nie byłoby możliwe bez pomocy tych Ropuchogłowych Kreatur z Pustyni Toka Mahy Uciekły, z którymi zawarł dyaskijski pakt, czarne przymierze, mroczniejsze niż najciemniejsza bezksiężycowa skądynawijska noc, ponura jak szkwał na nordzie. Wiedział, że oni lepiej znali Kirusa Wielkiego niż on sam siebie. To kiedy i w jaki sposób niebotyczna pycha zgubi władcę świata, było tylko kwestią czasu i miejsca, ale było pewne jak dwa i dwa jest cztery! Dlaczegoż zatem to nie on – jak mu to wytłumaczono na pokładzie niebotycznego skrzystego okrętu – Miałby spełnić swoje marzenia?

Był przekonany, że Jamaspęta nawet nie rozpoczął pakowania tych dwóch kłótliwych, bezrozumnych suk! Pogrążyły cały harem w intrygach czyniąc zeń zastępcze pole walki, na którym realizowała się ich mazońska niewytrzebiona wciąż, mimo dokonanego gwałtu, natura. Nareszcie się ich pozbędzie!

 

Undyna bardzo szybko stanęła na nogi. Wyzwoliła się ze słabego uścisku trzech młodzieńców, którzy mimo nieprzytomności nadal próbowali ją obłapiać. Wyruszyła na skraj miasta, za północne wały, do banioru z przeczystą wodą, który po prawej stronie grodu ulokowany był w skalnej niecce wartkiego potoka górskiego. Musiała odświeżyć swoje zmulone ciało po tej orgii, pozbyć się resztek odurzenia i odzyskać świeżość umysłu. Kąpiel w lodowatej wodzie dobrze jej zrobi. Potem gorący napar z ziół i równie wrząca bania oraz ponowna zimna kąpiel. Ten zestaw leczniczy idealnie zapobiegał słabościom organizmu i niechcianym wpadkom. W życiu Mazonek nie było miejsca na przypadkowe związki i niespodziewane obowiązki. Uczono je od małego jak zapobiegać nagłym wybuchom „uczucia” i przywiązywaniu się do dopiero co poznanych chłopaków. Uczono je też jak postępować, by nie wpaść w innego rodzaju zależność, na przykład przez posiadanie wspólnego potomstwa. Undyna zrzuciła z siebie purpurową suknię w jaką była odziana na wczorajszą uroczystość biesiadną i uklękła nad baniorem. Pełne, obfite piersi o sterczących sutkach zakołysały się w zwierciadlanym odbiciu. Zanurzyła dłonie w wodzie i bezwstydny widok zniknął, a palce natychmiast jej zdrętwiały. Podniosła płyn i zaczerpnęła potężny haust. Woda miała smak i konsystencję mrożonych diamentów. Nie wiedziała, że banior jest położony w ten sposób, iż mimo odosobnienia jego powierzchnię widać z górnego piętra młyna, leżącego na skraju grodu, już za jego bramami, w nadrzecznym zagłębieniu. Nie wiedziała też, że to do owego młyna udał się z dwoma dziewkami Darwan. Ruszyła do drugiego brzegu klasyczną żabką. Tymczasem on właśnie się przebudził i wyglądał przez okienko z poddasza w stronę gór, aby sprawdzić jak wysoko jest słońce. Zdawało mu się, że w rudych promieniach, dostrzegł na powierzchni stawiku okolonego szuwarami i iwą, postać o pełnych mlecznobiałych piersiach i srebrnołuskim ogonie. Pod światło trudno było rozróżnić szczegóły, ale miała urzekająco śliczne, obfite kształty i jeszcze piękniejszą, bielusieńką twarz. To ci gratka! Syreny i toplice widywało się niezwykle rzadko. Postanowił ją podejść w kąpieli. Dziewki spały jeszcze, kompletnie nieprzytomne, jak mu się zdawało, więc poczuł się zwolniony z obowiązku dotrzymywania im towarzystwa przy porannym posiłku. Co prawda kodeks Obyczaju Kochanków zakazywał rozstawania się cichaczem, ale z drugiej strony nakazywał też nie budzić śpiących. Zresztą co tam, pogada z nimfą wodną i wróci do nich.

Starając się nie hałasować zbytnio, zszedł po skrzypiących schodach z pięterka, pokłonił się żonie młynarza, która wlaśnie brała się do palenia w piecu, podziękował szerokim uśmiechem za kubek koziego mleka i oscypek, który mu wcisnęła w dłoń i wyszedł na zewnątrz. Dzień pachniał macierzanką. Powietrze było rzeźwe, ale ciepłe. Darwan ruszył w stronę baniorku.

Zagłębienie do którego schodziło się ze ścieżki odgradzającej teren gęstą iwą miało miękkie, nieco bagienne podłoże. Trzeba było ostrożnie stąpać z kępy na kępę, pomiędzy tatarakami. Małe żabki przypatrywały mu się bezczelnie z liści kwitnących grążeli i nenufarów. Starał się iść ostrożnie tak żeby nie spłoszyć tej wodnej piękności. Dotarł do skraju szuwarów i delikatnie rozchylił kurtynę. Zobaczył ją. Dziewczyna stała teraz zanurzona do trzech czwartych ud i ochlapywała twarz, po przepłynięciu dystansu, który rozkosznie rozluźnił jej wszystkie mięśnie. To była Undyna! Darwan zawstydził się, że ją podgląda, i zrozumiał że jeśli się jej teraz pokaże i opowie, że zobaczył z okna syrenę w baniorze, ta go wyśmieje. Nie wiedział jednak jak się wycofać. Problem rozwiązał wąż wodny, który płynąc prosto do stopy Darwana, obok wiszącej ciężko główki kwiatu lotosu, zmusił go do wykonania kroku. Był to krok w pustkę, a raczej w głębię bez oparcia. Tylko chlupnęło, a potem szeroka fontanna wzniosła się wokół jego walącego się w banior ciała. Co za wstyd! – zdążył pomyśleć. Przestraszona widokiem intruza Undyna zanurzyła się po szyję.

– Witaj – wyrzucił z siebie gramoląc się na kolana i parskając. – Przepraszam, ale nie wiedziałem…

– No wiesz? – rzuciła gniewnie – Po prostu przyznaj się że podglądałeś! Jakbyś nie mógł zwyczajnie poprosić bym ci się pokazała?

– Posłuchaj, to tylko tak wyglądało, zobaczyłem cię z poddasza młyna, myślałem patrząc pod słońce, że to jakowaś syrena albo panna wodna, zaciekawiło mnie to.

– Akurat. Takie bajki opowiadaj młynareczce z którą spędziłeś noc, ale nie mnie. Widzę, że z ciebie wyspecjalizowany topielec. Uważaj, bo bardziej nerwowa Mazonka niż ja, zaskoczona w kąpieli, może cię naprawdę skrócić o głowę.

Nagle za plecami Darwana wyrosła z szuwarów kolejna postać, której widok spowodował, że uśmiech zszedł z twarzy Undyny.

– Nieładnie Darwanie żeś nas cichcem opuścił i nie spożył z nami śniadania. – zabrzmiał z tyłu dźwięczny sopran.

Darwan odwrócił się i… zapanowała kłopotliwa cisza. Pierwsza ocknęła się Undyna. To było dziwne, ale poczuła jakiś niesmak, że oni, tych dwoje spędziło razem tę noc.

– …. – Ona ma rację. Nie wypada, chcąc być w zgodzie z kodeksem, opuszczać towarzyszek nim one się przebudzą.

– Zwłaszcza tej której się zaproponowało, mimo iż jeszcze nie czas na to, wspólne poszukiwanie Kwiatu Paprudzi! – uśmiechała się tryumfalnie Jowita.

– Ja coś takiego powiedziałem? – zdziwił się Darwan, bo nie przypominał sobie takiego faktu.

Undyna poczuła, jak w jej sercu wyrasta kawałek lodu. – To o to chodzi?! – pokiwała głową. – Życzę zatem szczęścia! – wysyczała i ruszyła szybką strzałką do brzegu. Nie patrząc w ich stronę wynurzyła się po drugiej stronie stawu w całej krasie. Jej ciało było przepięknie harmonijne, uładzone. Wiedziała dobrze jakie robi wrażenie. Stanowczym gestem podjęła szatę spomiędzy traw i trzymając ją w dłoni ruszyła ku ścieżce. Wkrótce zniknęła zanurzając się w cień pomiędzy wierzbiną, iwą i łoziną.

– Dlaczego to powiedziałaś? – zapytał Jowitę zdziwiony Darwan, który oniemiał na tak bezczelne kłamstwo. Wyrzucał sobie teraz, że tak go zatkało, iż tego od razu nie sprostował. Jowita wzruszyła tylko ramionami i poczęła się rozdziewać.

– Co się przejmujesz – rzekła obojętnie – Przecież nie składałeś jej żadnych przyrzeczeń! No nie? Gdybyś składał to byś z nami wczoraj nie poszedł. Nie jesteś związany.

– Ale to było kłamstwo!

– Nie lubię jej i tyle. Cóż takiego się stało? Jesteś w niej zakochany, czy jak? – Jowita z premedytacją udawała, że niczego nie rozumie.

– Odszczekasz to kłamstwo publicznie – rzucił z groźbą. Podpłynęła do niego i oplotła go nagimi udami. Zmierzała dłonią ku jego pachwinom. – Mazonkom nie godzi się kłamać z błahych powodów!- rzekł dużo miększym tonem.

– A jesteś pewien – wyrzuciła z namiętną intonacją, obłapiając go – Że mój powód jest błahy?… Chciałam ci oszczędzić nadziei i rozczarowań, bo wiem, że ona nie jest dla ciebie. Dobrze ją znam. Chciałam ci oszczędzić bólu, jeśliś się w niej przypadkiem zadurzył. Ona to robi z każdym młodzianem jaki jej się nawinie. Rozumiesz? Taka zabawa i lubość płynąca z obserwacji cierpienia innych, z ich upokarzania… Nie odszczekam niczego. Jak widzisz miałam ważki powód.

Darwan odtrącił ją gwałtownie i ruszył do brzegu.

– To zła dziewczyna, niejednego już ma na sumieniu! – rzuciła za nim wściekle i rozpłakała się.

 

Kiedy dotarł do gospody skierował się do stołu przy którym Undyna spożywała jajecznicę i owoce. Ta jednak poderwała się na jego widok i zabrawszy swój talerz oraz pajdę chleba dosiadła się ostentacyjnie do zdziwionej Tamary, Okrasy i Raha Warsza. Darwan minął ich rzucając słowa zwyczajowego powitania i udając, że zmierzał do stołu, przy którym posilała się Młynareczka. Rah Warsz zaśmiał się cicho pod nosem rozbawiony tą sceną.

– Z czego się śmiejesz – wysyczała gniewnie Undyna

– Wyglądacie jak para namokniętych kurczaków, które nadepnęły sobie na odcisk pod zimnym prysznicem! – wyrzucił.

Tamara zaśmiała się cicho , a po chwili znacznie głośniej wybuchnął śmiechem Okrasa. Było to tak trafne porównanie, że wywołało wśród nich trudny do opanowania spontaniczny wybuch radości. Wkrótce wszyscy troje pokładali się, trzymając za brzuchy. Tamara raz po raz ocierała łzy, które jej nabiegały do oczu. Parę sąsiednich stołów zwróciło uwagę na ich rozweselenie i także im, udzielił się zaraźliwy śmiech. Pewnie gdyby to nie dotyczyło jej, Undyna także by się śmiała do rozpuku, ale złość rozsadzała ją od środka, przesłaniając rzeczywistość bordową kurtyną.

– Głupki! – rzuciła i zerwawszy się od stołu, cała czerwona, szyja, twarz i suknia, wyfrunęła z furkotem z jadalni.

– Rzeczywiście jak mokry, rozwścieczony kurczak! – zaśmiał się Okrasa

– Taki co to dopiero co nauczył się latać na tyle, żeby się nie nabić na byle palik! – rzucił za nią cięty dowcip Rah Warsz. Udała, że go nie słyszy, ale dopiekł jej tym do żywego, budząc chęć odwetu przy najbliższej okazji!

Jowita nie pokazała się tego ranka na wspólnym śniadaniu.

 

W rzeczy samej, jak rzekł mu Wilczyc, tak się działo. Nie było już żadnej burzy na ich szlaku, a szli przecież przez mocno burzowe okolice Gołgolidii. Kiedy przybył Sęp okazało się, że ich droga będzie krótsza niż przypuszczali. Zasadzka została przez Trojgłazycha przeniesiona pod gród Iskon, miejsce obronne, obwar-cytadelę w ziemi Isepodonów. Pierwszego dnia kolejnego długiego tygodnia wyszli na rozległy płaskowyż Gary, jednego ze spływającyh z Gór Kauków dopływów Kubani. Wydobywali się nie niepokojeni przez nikogo z plątaniny wąwozów w kraju Dagonów schodząc na północny zachód, w bukowe lasy Czechenów. Za radą Wilczyca, który trzeba to przyznać, wreszcie na coś się przydał i prowadził ich bardzo sprawnie w tym labiryncie leśnoskalnym, odkąd dobyli się na bardziej płaskie tereny obrali ostry, zachodni kurs marszruty. Jeszcze wczoraj schodzili kanionem potoku Haromąd, który rozszerzał się w łagodny bieg Awarskiej Koszy, a dzisiaj byli już praktycznie po środku płaskowyżu, w terenie mocno zalesionym. Górskie powietrze ustąpiło bardziej przyjemnemu zrównoważonemu powiewowi z północnych dolin. Wilczyc nawet nie przypuszczał, że będzie to jeden z najciemniejszych dni w jego życiu. Z tego miejsca było jeszcze widać ostre grzbiety kanionów wiodących bieg wód na wschód, ale oni mieli już za chwilę skierować się całkiem na północ bezrzecznym przestworem pomiędzy zlewniami rzek Kubani i Sułaka. Wilczycowi zdało się nagle, że wyczuwa zapach jodłowego dymu. Pomyślał, że trzeba będzie ominąć niespodziewane obozowisko ludzkie, jakichś wędrowców, którzy zmierzali od północy w góry. Jeżeli rozłożyli się w dolinie przed nimi to nie bardzo wiedział jak.

– Dymy! – rzucił ktoś z przedniej straży.

 

Borzydar polował tego ranka na sarny, ale trafili jelenia, potężnego, wspaniałego, o imponującym porożu. Poszli w las o szarym świcie. Znali te rozpadliny dobrze. Co roku latem zapuszczali się w wąwozy górskie zbierając leśne pożytki, które jego zadruga zwana powszechnie Borowczykami, nauczyła się przetwarzać w taki sposób, że leśne miody, borówki, maliny i orzyny, a też grzyby, bez trudu wytrzymywały w spichrzykach okolicznych plemion do wiosny. Receptury strzegli zazdrośnie. Za swoje produkty otrzymywali wszystko inne, co było im potrzebne zimą do przetrwania; futra, drewno, susz mięsny, sól, zboże. Borowczycy nie uprawiali ziemi, lecz specjalizowali się w zbieractwie. Polowali rzadko i tylko nieliczni z nich. Zbierali zaś w lesie niesłychane specjały, które trafiały na dalekie dwory północy i na wschód, nawet do książęcych i kapłańskich sadyb, na Welską Górę w Carodunonie, do Kutaju, Tajlądu, Gątdany, Gątbytyny, na Jawę i do całego Tajchu. Główny obóz rozłożyli na polanie w której zbiegały się górskie wąwozy, na przejściu między stokami a pagórzystym obszarem działu wód. Było to doskonałe leże dla tak dużej zadrugi, koło sześciuset ludzi, w dwunastu rodach, w czterdziestu rodzinach. Ostatnimi laty zadruga rozrastała się bardzo szybko i istniała możliwość, że otrzyma od Rady Starowieku totem plemienny. Sześćset gąb utrzymywało się przy życiu ze zbieractwa leśnego. Za każdym razem kiedy nadchodziła wiosna rozpoczynali Święto Noworoczne w Dzień Zrównania, w Wielką Bitwę Niebieską Białej Krowy i Czarnego Byka, od ofiar i błagalnych modłów do Panów Boru, Borowiła i Borany oraz ich dzieci: Boruty, Rokity i Bugaja-Wilca. Modlili się o to, aby las nie skąpił im pożytków i chronił ich od wrogów. A były to pożytki specyficzne. Można rzec wysokospecjalistyczna oferta handlowa zadrugi Borowczyków. Na czym polegała?

las niedź kwiaty czerwpomarancz DSC00278

Przez cały rok, ale szczególnie wtedy na wiosnę, chadzali w las na zbiór zwiniętych, dopiero co kiełkujących pąków pąprudzi. Pączki umieszczano w kwaśnej zalewie, w wielkiej glinianej kadzi wkopanej w ziemię, co chroniło ją od wysokich temperatur lata. Miała szczelne wieko, dopasowane na grubość paznokcia a ciężkie tak, że do wnętrza nie dostawało się powietrze. Pąki dobywano stamtąd co jakiś czas, tylko chłodną nocą, w pełni księżyca i pakowano w mniejsze garnce. Potem rozwożono je po całym Sistanie. Oczywiście było w Królestwie Sis więcej zadrug specjalizujących się w zbiorze pąprudzi. Pączki pąprudne stanowiły wielki rarytas, zwłaszcza na wschodzie. Kutajskie dwory przepadały za przysmakiem pochodzącym właśnie z Gór Kauków, jako że rosła tutaj wyjątkowa odmiana paproci – orliczka królewska, o pieprznym ostrym aromacie. Marmolada z owej paprudzi i płatków róży, zawijana w ciasto i smażona na głębokim tłuszczu była niezbędnym składnikiem świątecznych pączków w Kraczun – Zimowe Święto Przesilenia Ciemności, Noc Dzikich Łowów Ciemnej Krowy-Bedrika, kiedy bogowie ciemności polowali wraz z nią na rodzące się świeże Białe Światło BodRAKa, Młodą Bożą Krówkę. Zalewę w kadzi chłodzono i wymieniano, wzbogacano leśnymi ziołami i miodem. Recepturę trzymali szefowie rodów w głębokiej tajemnicy.

00 bór JCS_Armillaria ostoyae 13060

Sednem owej taji wyrobu smakowitych i trwałych pączków pąprudnych była domieszka ziela peruniki, dodawana do zalewy. Nikt poza tą zadrugą czegoś takiego nie wytwarzał. Takich specjalizacji mieli Borowczycy wiele. Na przykład, odkąd na dużą skalę rozpoczęto uprawy zbóż wiele osób po zjedzeniu placków z pszenicy miewało żołądkowe kłopoty, bóle i uczulenia. Tymczasem na leśnych polanach wciąż rosły dzikie trawy, z których zbiór ziarna był niesłychanie pracochłonny. Wypieki z nich dawały jednak nie tylko siłę do życia, ale też zdrowie i długowieczność. Zawsze w owej dzikiej mące znajdowały się różne domieszki. Trochę asparagusa, trochę krwawnika, kilka ziaren kąkolu, albo trochę lebiody, czy sporysz. Sporyszowe placuszki dawały piękne wizje, odlot w czarowne krainy i bliski kontakt z bogami, ale żeby nie wywołały skrętu kiszek trzeba było wiedzieć jak obrobić fioletowe różki nasienne. Tę rzecz zaś wiedzieli Borowczycy, bo wśród nich zasady postępowania ze sporyszem przekazywano w rodach z pokolenia na pokolenie. Taką mąkę sporyszową skupowały szczególnie świątynie i to na całej Północy, od zachodniego brzegu Landwodstyku po Kończudkę na wschodzie.

 

ISLANDS-IN-THE-SKY-ssp1

Borzydar wziął dzisiaj ze sobą dobrych strzelców: Kuropieskę i Leszka, a także młódź plemienną Ondraszka i Szarkę, niedoszłą Mazonkę. Mięso jadano wśród Borowczyków rzadko, kilka razy do roku, najczęściej w trakcie świątecznej uczty i zabawy zaprawianej piwem. Chłopak dopiero co, na Kupalia-Kres, skończył 14 roków, a poświecono go Bogowi Wojny Ładzie-Włodarzowi, czyli Jątrze. Właśnie zbliżało się Święto Ładów i Peruna. Bożydar pozwolił więc przewodzić w polowaniu młokosowi, synowi swojej siostry, Kalinki. Młodziak musiał się uczyć polować i władać wszelkimi rodzajami broni, by choć w ułamku stać się takim,  jak ten sturamienny, stujądry, stuoczny wojowniczy bóg, patron bitew i łowów, który w każdej z mocarnych rąk dźwigał inny rodzaj śmiercionośnego oręża, a każdą źrenicą wypatrywał wroga z innej strony. Dlatego nadano mu na niedawnych obrzędach przejścia dorosłe imię po jego opiekunie, Jątrze-Ondrze. Był też inny powód. Cały lud Windyjczyków-Indirów z Południowego Półwyspu uznawał owego Jądreja za głównego swego opiekuna, a chłopak miał ojca właśnie stamtąd, z Waru Hary – Harappy. Ciemnoskóry młokos strzelał nieźle z łuku i był dobrym tropicielem, ale co do innych oręży musiał się jeszcze wiele nauczyć. Okazji po temu było naprawdę niewiele, bo mało kto odważał się ze złym zamiarem przekroczyć Góry Kauków od południa. Szarka za to miała tak zwanego nosa, niezawodną intuicję, która pozwalała jej kierować oko i rękę oraz strzałę tam tylko, gdzie się z tym godzili Bogowie Boru. Źle było zadrzeć z nimi i ubić ulubionego przez nich zwierza. Dorodna łania wyszła prosto na strzał. Ondraszko złożył się nim pomyślał i wypuścił strzałę. Szarka krzyknęła – Nie!!!

Jerzy  przybyl słońce jeleń

Borzydar zdążył tylko wciągnąć powietrze by go ostrzec krzykiem, ale nie zdążył. Byłaby celna ta strzała, gdyby nie wielki jeleń, który zasłonił samicę własną piersią i padł na miejscu śmiertelnie raniony w oko.

– Przepraszam! – odkrzyknął Ondraszko, jakby sam intuicyjnie poczuł, że popełnił poważny błąd. Tak, to jest błąd, kiedy trafiasz nie w to, w co celowałeś. Przykro było patrzeć jak olbrzymie zwierzę wali się na ziemię a imponujące złociste poroże zanurza się w paprociach i pogrąża w bezruchu. Zwierzęta spłoszyły się i uciekły. Trawy i krzewy trzaskały przez chwilę pod ich kopytami, a potem zapadła nieruchoma cisza. Jeleń posiadał zaiste imponującą posturę. Nie był to dobry znak.

Borzydar syknął tylko niezadowolony, Szaraka zwiesiła nisko głowę. Płakała. Oby nie było z tego nieszczęścia. Czyżby przedwcześnie wypuścił chłopaka na szerokie wody? W wojaczce i polowaniu potrzebne było nie tylko szczęście, ale i wyczucie i boże błogosławieństwo. Trafiłeś niewłaściwego zwierza i ściągałeś klątwę na siebie i cały ród! Tak nie raz bywało. Przewodnik stada osierocił je, a sam oddał życie za łanię. Była ciężarna?! Tak czy owak złożyli przebłagalną ofiarę bo z Borowiłem, Panem Puszcz nie było żartów. Trudno o Żywioł bardziej mściwy i pamiętliwy. Ofiara nie została przyjęta, co wprawiło Borzydara w irytację, a pozostałych kompanów napełniło złymi przeczuciami. Postanowił jednak mimo wszystko podzielić mięso i wraz z zadrużanami wracać do obozowiska. Zabicie zwierzyny i pozostawienie jej na pastwę drapieżników stanowiłoby jeszcze gorsze świętokradztwo. Bardziej bezecne było już tylko zabicie zwierzęcia bez potrzeby, dla przyjemności, albo zabawy. Oprawiali jelenia w ciszy. Tylko ptaki skrzeczały nerwowo, podrażnione czy to wonią krwi, czy pobekiwaniem łań opuszczonych nagle przez przywódcę. Borzydar postanowił się nie przejmować. Jego ojciec powiadał, że „złe” myślenie ściąga „złe” wydarzenie. Postanowił więc zlekceważyć, to co się stało. Coż bowiem mogli jeszcze? Od razu udać się do Leśnej Świątyni, albo na miejscu zastrzelić młokosa? Co wtedy z Kalinką i jej mężem Jągaiłłą? Uwierzyliby w prawidłowość jego przeczucia, czy też obwiniliby go o pochopne zabicie ich pierworodnego, czyli oskarżyli o nieumyślną zbrodnię? Czy to nie skończyłoby się walką na śmierć i życie i wzajemną wróżdą, a w konsekwencji zniszczeniem całej zadrugi? Dopiero trzecie lato sprawował funkcję wodza zadrugi. Nie miał więc i on dostatecznego doświadczenia, jakie miewają starzy, mądrzy wodzowie.

Przez drogę powrotną nie opuszczał ich ponury nastrój. Normalnie z taką zdobyczą byliby witani jak bohaterowie, ale dzisiaj tak nie będzie. Mimo, iż Borzydar powtarzał sobie nieustannie jak mantrę ”nic się nie stało” wiedział, że stało się.

Teren łowiecki był oddalony od obozowiska o dziewięć kół czasu na południowy wschód. Mniej więcej w połowie drogi poczuli zapach dymu, który intensywniał w miarę marszu. Przez półtora staji leżał w lesie ledwo wyczuwalny swąd. Niesłychane!!!

– Dziwne – rzucił Kuropieska – Nie pamiętam tego zapachu.

00 bór forest wallpaper987

Borzydar wwąchał się w powietrze jak pies, otwierając i kurcząc szerokie nozdrza. Była w tym dymie nuta mięsna, jakby w obozowisku już świętowano, a ktoś inny niż oni dostarczył tam polędwice i szynki do obwędzenia. Był też obecny inny składnik, który Borzydar zapamiętał z pewnej okrutnej bitwy morskiej pod oblężonym grodem Gątdaną, na Pomorzu Wądalskim. Wystrzeliwano wtedy z obu stron ogniste pociski, płonące kule gliniane nasączone mazią i grudy rud żelaznych rozpalonych do czerwoności. Katapultowane wzajemnie ładunki spadały z jednej strony na pokłady statków, a z drugiej na bronione wały.

– Racja – rzucił głęboko zaniepokojony Borzydar – Szybciej!

alaska-autumn-wallpapers

Jego niepokój, w miarę posuwania się przez stanowiący teraz nielada przeszkodę gęsty las rozpostarty między głazami i szutrowiskami, narastał. Mimo, że droga stawała się trudna, przyspieszyli. Borzydar uświadomił sobie, że wtedy ten zapach brał się ze spalonych szat, z odzienia płonącego na zastępach wojowników uwięzionych na pokładach. Owo wspomnienie wiązało mu się też ze spalonymi ogniem wroga, spopielałymi ciałami na wałach miasta oraz scaloną ogniem rozpaloną gliną. Gątowie i Dawanowie w grodzie mieli opanowaną tę technikę ogniową i stosowali ją na całym obszarze zasiedziałym przez siebie; od Wędonii nad Wądlądstykiem, wzdłuż Lechu, Rynu, Łabędy, Wiady i Wisły, aż po linię Isteru-Dunaju. Wtedy wystarczyło, że podpalili skrzydła atakującej floty i jej tyły. Reszty dokonał północno-zachodni szkwał, Wicher Norny, Nordyk, który rozprzestrzenił pożar. Niedobitki dopływające do plaży wyławiano i szlachtowano bez prawa łaski. Północne plemiona i szczepy mimo, że łączyły ich z ludźmi osiadłymi na południowym wybrzeżu Błotyku, na Pomorzu, Zapomorzu i Łukomorzu, bliskie więzy pokrewieństwa, co jakiś czas atakowały zbrojnie Gardarikę i kraje Wandów-Wenedów, bo ci z południa nie godzili się na ich przyjęcie na swojej ziemi, a ciężkie zimy nie raz powodowały skrajny głód i zagrożenie życia dla skońskich zadrug. Nie mieli wyjścia, musieli pójść na rabunek, na chąstwę. Mądrzy władcy przyjmowali ich w większych ilościach do swoich drużyn i pozwalali odbywać zdobywcze wyprawy ze swoimi wojami, do Kiełków, na zachód i na południe, na Romajów, za Dunaj. Wielu władców nie chciało ich jednak do siebie wpuszczać, bo byli to ludzie nieokrzesani, grubiańskiej mowy i obyczaju. Nórd to była nie tylko nazwa sztormu i wichru, ale też ponurego człeka, o plugawej wykoślawionej mowie, skorego do bitki i gwałtu, mięsożercy, surowego jak sama północna przyroda.

To był ten sam zapach! – Borzydar stał się niespokojny kiedy znajdowali się już naprawdę niedaleko płaskowyżu, a dymy snujące się od obozowiska niosły już wyraźny zapach palonych szmat i mięsa. Dym wlókł się przez las, ciemny i tłusty, siny, momentami niemal czarny. Czyżby to była kara za zabicie króla tego lasu, albo kogoś znacznie większego, kto wcielił się w to zwierzę, a tutaj tylko chwilowo przebywał?! – pomyślał. I zrozumiał od razu, że to nie jest właściwe pytanie, bo leśny wypadek nie miał charakteru kary, lecz stanowił znak. Wyraźny znak nieszczęścia. Gdy znaleźli się całkiem blisko zauważyli, że pomiędzy drzewami jeszcze pełgają po ziemi pojedyncze ogienki. Pnie od strony polany zostały nadpalone na wysokość dwu chłopa, krzewy spopielone. Wkrótce pomiędzy krzakami znaleźli zwęglone ciała pobratymców. Pierwszy, na którego się natknęli był staruszek Kwik, strażnik kadzi pąprudzi odpowiedzialny za mieszanie i wietrzenie kiszonki. Borzydar czuł żar na twarzy, ale mimo tego nie zwalniał, pędził przed siebie nie bacząc, że zaraz utknie w jakimś wykrocie, ze złamaną nogą. Nie zanotował nawet w świadomości, kiedy wyszarpnął harap z pochwy i uniósł go nad głowę. Do pierwszej linii drzew zostały mu kroki. Kuropieska podążał za nim tak blisko, że czuł oddech tego zawziętego wojownika na plecach. Ród Kuropieski był największy w całej zadrudze. Kiedy wypadł z lasu i odsłoniło się przed nim w całej okazałości obozowisko, poczuł że miękną mu kolana. Nie zwolnił ani na kasztę biegu, nogi poruszały się jak szprychy rydwanu. Był w transie. – Co z Kalinką i Jągaiłłą, co z jego własną rodziną, z Modromoreną i ich pięciorgiem dzieciaków!? Co z matką i ojcem, gdzie są wujowie!?

S Panasenko  Czarowny Las 1990

– Modraszko?!!! Burka, Stanisz, Jur, Lestek, Mirka! Pójdźcie do mnie dzieciaki!!! Modraszko?! Matko Najświętsza, Pani Nasza Opiekunko! Gdzieście są?!!!

W obozowisku nie było widać ludzi tylko zgliszcza. Poprzez powalone zwęglone namioty, chyże i wozy dostrzegli wreszcie centralny plac, a na nim…? Stos?! Stos zwęglonych, spopielonych ciał ludzkich! Kuropieska padł na kolana i zaczął wyć jak raniony byk! Szarka zamarła w bezruchu. Ciała i szkielety, duże i małe, zwłoki i kościotrupy mężów i kobiet! I dzieci!!! Nikt się tutaj nie bronił! Borzydar dopadł żgliska i począł je rozgarniać, nie bacząc na gorącość bijącą z wnętrza stosu. Kości pobratymców parzyły go w dłonie nawet, kiedy były zimne jak lód. Cały czas miał nadzieję, że „jego”, ocaleli! Głupie myślenie, zwodnicze. Szkielety kruche jak świąteczne ciasteczka, rozsypywały się za dotknięciem ręki w pył. Stos zdawał się nie mieć końca, ale on nie ustawał. Wciąż miał nadzieję, że ona i dzieci są gdzieś tam na dnie, w jakiejś niszy, w jakimś czarownym namiocie, pod płachtą ocalającego od żaru materiału, utkanego z Modraszczynej woli i zawziętości by bronić życia potomstwa!  Nadzieję, że zaraz zobaczy jej piękne czoło i usta, jej uśmiech, że ich dzieciątka są tam razem z nią, żywe, i roześmiane jak zawsze, z kolejnym pytaniem na temat świata wypisanym na twarzach!!! Głupią nadzieję, że zaopiekowała się nimi i ochroniła je od hekatomby, która pochłonęła innych!!!

Ondraszek stał obejmując za ramię Szarkę, niczym słup solny porażony okrutnym widokiem. Wymordowano wszystkich do nogi! Spędzono ich tutaj jak bydło i podpalono! Kuropieska wiedział już, że nikt nie ocalał z pogromu.

Leszko uważnie przyglądał się ziemi. Była spalona i zestalona. Na skraju polany spękana, w centrum zaś glina zamieniła się w szklisko.Kuropieska wciąż wył jak śmiertelenie ranny zwierz. Temperatura musiała tu być bardzo wysoka. Leszko wiedział coś na ten temat, bo w zadrudze pełnił funkcję kowalisa. Pożar wypalił regularne koło obejmujące całe obozowisko i zahaczające o las tylko tam, gdzie bór wdzierał się nieregularnie w polanę. Centrum wokół zapisu potraktowano płomieniem o okrutnie palących własnościach. Nie, nie tym najgorszym o jakim słyszał, co to powoduje, że po ludziach i rzeczach nie pozostaje nawet ślad w postaci obłoku pary, ale ogniem drugiego stopnia, o niebieskim śmiertelnym tchnieniu.

Borzydar tymczasem nie ustawał w poszukiwaniach przerzucając zwały upieczonych trupów. W końcu dotarł do warstwy, która zdawała się bardziej stała. Ciała miały tu twarze i strzępy odzienia. Ręce i nogi miały ciało, a nie tylko zwęglone kości. Kolejna warstwa, i kolejna! Kto to uczynił i jak?! Wszystko wskazywało, że użyto czarownych mocy! A więc Czaropanowie, Świtungowie, albo Armia Upiorów!!! Ale dlaczego?

– Cóżeśmy wam uczynili?! – wyrzęził – Przecież żyliśmy spokojnie, zgodnie z boskimi, przyrodzonymi prawidłami! Nikogo nie ukrzywdziliśmy! Zawsze dbaliśmy w wymianie by obie strony osiągnęły korzyść! Nigdy nikogo nie złupiliśmy ani nie zabiliśmy! Ani nikomu nie wzięliśmy niczego co nie nasze! Dlaczego!

Wtedy nagle zobaczył jej twarz. Tak, to była ona. Modraszka, Modromorena! Jego ukochana żona!!! Była cała! Rozpoznał jej niebieską suknię!

– Przemów! – podniósł ją delikatnie, a wtedy spod jej ciała, okryte zwojami jej paradnej chusty ukazały się drobniutkie twarzyczki. Białe i nieruchome jak perły w popielisku. To były jego dzieci!!! Ich dzieci!!! Wszystkie, objęte jej chustą. Wszystkie wokół matczynych kolan! Spowite materią, która miała je ochronić od śmiertelnego płomienia. – Przemów! … Przemów!!!

– Mów! Ufff! Ówww! – odpowiedział głucho bór.

Wtedy coś w nim pękło. Raz na zawsze.

Szarka poruszyła się. Zrobiła krok do przodu i znowu zamarła. Zapadła śmiertelna cisza. Tylko Leszko pozostał jedynym człowiekiem zdolnym do działania. Znalazł się teraz na drugim końcu polany, tam gdzie opadała ona w dół, do lasu, oddzielającego ten płaskowyż od kolejnego parowu i obniżenia. Płynął tam strumień. Leszko intensywnie poszukiwał śladów i łączył w głowie proste fakty, które rzuciły mu się w oczy. Na początku myślał, że zbrodni dokonali Świtungowie albo królewska Armia Upiorów, ale to mu się nie zgadzało. Zauważył, że żadne z ciał na żglisku nie posiada ozdób ze złota. Nie było też widać złotych przedmiotów w miejscach, gdzie jeszcze wczoraj, znajdowały się przydomowe ołtarzyki, przy owinach, obok wozów i namiotów, zastępujących im stałe domostwa. Dokonano tutaj rabunku, co nie było zgodne z postępowaniem świętych wojowników, ani upiryw-biersakrów. Nie przeżyło też żadne zwierzę domowe, ani wierzchowce.

Teraz i do Ondraszka nagle dotarło, że pomiędzy ludzkimi szkieletami na placu znajdują się czaszki małych i dużych domowych zwierząt.

– To byli obcy! – rzucił w przestrzeń myśląc, że nikt go nie słyszy.

Powracający z dolnego lasu Leszko wyrósł mu nagle za plecami.

– Tak, znalazłem nad strumieniem ślad końskiego kopyta w mule. Wierzchowiec był ciężki, nie tak jak nasze, do tego podkuty.

Szarka objęła wzrokiem horyzont, w dole przed nimi, daleko. Jak okiem sięgnąć ciągnęły się zalesione doliny. Bór, nieporuszony niczym, jak zwykle ścielił się szmaragdem po widnokres. W jednej z nich, zatopionej w sinej poświacie oddali, leżała ich wioska, zimowe leże, teraz już nikomu nie potrzebne. Zostało ich, Borowczyków, raptem pięcioro. Ale dla tych, którzy dokonali tej zbrodni to było o pięcioro za dużo. Była pewna, że oni, jak tutaj teraz stoją, nie spoczną dopóki nie dopadną wszystkich zbrodniarzy, którzy brali udział w tym ludobójstwie.

Borzydar poczuł nagle, że nie wierzy w boga. Bogowie nie mogli istnieć, skoro wydarzyło się coś takiego! Nie mieli prawa do tego dopuścić! Więc ich po prostu nigdy nie było i nie ma! Nie istnieją!!!

W tej chwili wiatr zakręcił się wirem na skraju polany i poderwał w górę pyły oraz popiół kości ich najbliższych. Wzniósł ten siwy tuman wysoko nad drzewa, które zaszumiały. Korony drzew wydały ponure wycie… Niczym trombity pogrzebowe. Sina chmurka rozproszyła się w powietrzu. Nad polaną zaświeciło słońce.  I znowu wszystko zamarło w bezruchu.

park jerz dęby pomniki świało i drzewo DSC00421 3obr

Pamięci Dymitra Iwanowskiego (1957 – 2013) – Białoruskiego Strażnika Wiary Słowian z Grodna

Posted in Starosłowiańska Świątynia Światła Świata, sztuka, Słowianie by bialczynski on 4 Grudzień 2014

Horadnia_DV_2002_05Podczas manifestacji w roku 2002,

„Знакаміты мастак. Шчыры, адкрыты і адважны чалавек. Я заўсёды ганарыўся сяброўствам з ім. Бачыў Дзіму і на выставах і на мітынгах і на „сутках”. І паўсюль ён паводзіў сябе прыстойна і натуральна. Паўсюль яго паважалі”, — напісаў пра Іваноўскага Пачобут.

Зміцер Іваноўскі, сапраўды, вядомы не толькі як творца, але як і грамадскі дзеяч, які ўдзельнічаў у акцыях пратэсту, трапляў за краты. Пра яго пісалі гродзенцы так: „Чалавек-змагар, чалавек-дабрыня, чалавек-ахвяра і… чалавек-мастак”.

 

6 grudnia 2013 roku zmarł nasz przyjaciel Dymitr Iwanowski. Znany malarz i rzeźbiarz białoruski, uchodźca polityczny, który w jesieni 2013 zdecydował się powrócić na Białoruś. Mieliśmy wspólne plany rozwoju Ośrodka Myśli Słowiańskiej w Nurcu, który swoim oddziaływaniem miał objąć Rosję, Białoruś, Ukrainę, Polskę i inne słowiańskie kraje. Niestety splot niekorzystnych wydarzeń stanął na przeszkodzie temu dziełu. Dymitr zdecydował się wrócić w strony rodzinne, choć w Nurcu stworzył już zalążek Ośrodka Słowiańskiej Sztuki i Rękodzieła. Był też wielkim piewcą przyrody w swojej twórczości i pozostawił po sobie wiele obrazów, które niestety jak na razie nie zostały zdigitalizowane. Był twórcą Akademii Złotego Wieku, którą wbrew władzom prowadził w swojej pracowni. Niespodziewanie zmarł na serce, będąc w pełni sił twórczych i życiowych niedługo po powrocie do rodzinnego kraju, Białorusi, za którą bardzo tęsknił. Dzisiaj mija dokładnie rok od jego niespodziewanego odejścia.

gi-2663-11587-big

Poświęcamy ten artykuł 

Jego pamięci

w pierwszą rocznicę śmierci.

get_img2

Памёр мастак Дзмітрый Іваноўскі

Вядомы гарадзенскі мастак Дзмітрый Іваноўскі памёр увечары 5 снежня.

Прычынай смерці называюць праблемы з сэрцам. Пахаванне адбудзецца заўтра, 7 снежня. А 9.30 адбудзецца памінальная служба ў касцёле Божай Міласэрнасці, паведамляе мясцовы сайт t-styl.info.

Пазнавальныя творы Іваноўскага на гістарычную і сучасную грамадска-палітычную тэматыку нельга зблытаць ні з чым. «Яго карціны станавіліся класікай, як толькі з’яўляліся», – кажа пра творчасць Дзмітрыя Іваноўскага журналіст Анджэй Пачобут.

За жыццё мастака прайшло амаль 60 персанальных выстаў, але самай важнай і хвалюючай ён называў выставу ў родных Гудзевічах. Апошнім часам Дзмітрый Іваноўскі жыў у вёсцы, дзе яму вельмі падабалася. У сярэдзіне 2000-х мастака можна было сустрэць не толькі ў яго майстэрні (калісьці яна знаходзілася ў добра вядомай зале на Будзённага, 48а), але і на мітынгах – ён удзельнічаў у пратэстах прадпрымальнікаў, за што неаднаразова трапляў на «суткі».

gi-2663-11588-big

«Мастацтва – гэта маё жыццё, гэта ўсё для мяне. Я перапробаваў шмат у жыцці, працаваў і са скульптурай, і з графікай, але алейныя фарбы для мяне засталіся самым любімым сродкам самавыяўлення. Чым больш я працую імі, тым больш разумею, колькі яшчэ не ведаю. Імі можна перадаць усе: настрой, пачуцці, тое, што бачыш і што адчуваеш. Тут тысячы магчымасцяў! І на шчасце, няма той мяжы, да якой можна было б дайсці і спыніцца», – казаў аб сваёй працы Дзмітрый

 

” Sztuka – to jest moje życie , to wszystko co jest dla mnie ważne.Przebyłem szmat życiowej drogi, pracowałem z rzeźbą i grafiką , ale farby olejne dla mnie były najbardziej ulubionym środkiem wyrazu . Im więcej pracuję z nimi , tym bardziej zdaję sobie sprawę, jak bardzo mało o nich wiem. Mogą przekazać wszystko : nastrój , uczucia, co widzisz i co czujesz . Dają tysiące możliwości ! Na szczęście , w sztuce nie ma granicy , do której można by dojść i się zatrzymać „- mówił o swojej pracy Dmitrij.

 

 

Памёр Зміцер Іваноўскі

timthumb.php

У гэта цяжка паверыць, з гэтым цяжка змірыцца. Яшчэ адзін светлы чалавек пакінуў гэтую зямлю. Чалавек, імя якога назаўсёды застанецца і ў памяці слухачоў “Універсітэту Залатога Веку”.

Менавіта ён быў сярод гарадзенцаў, якія ранняй вясной 2010 г. паехалі ў польскі Ўроцлаў, каб бліжэй пазнаёміцца з досведам працы па актывізацыі сталых людзей.

Менавіта да яго на пяты паверх майстэрні ўпарта ўздымаліся штотыдзень слухачы нашай “Акадэміі мастацтваў Залатога Веку”. І ён, нягледзячы на занятасць, хворыя ногі і іншыя балячкі аддаваў ім сваё сэрца, дзяліўся сакрэтамі мастацтва.

Здаецца, зусім нядаўна за гарбатай у офісе мы размаўлялі пра тое, як наступным летам зробім каля яго бацькоўскай хаты на Мастоўшчыне, куды ён нядаўна перабраўся жыць, мастацкі плэнэр для нашых сталых мастакоў. І вось такая страшная навіна прыляцела 5 снежня…

Дзякуй табе, Зміцер, за ўсё! Мы будзем помніць цябе.

Слухачы і выкладчыкі праграмы “Універсітэт Залатога Веку”, сябры грамадскага аб’яднання “Цэнтр “Трэці сектар” выказваюць шчырыя спачуванні родным і блізкім Зміцера Іваноўскага.

 

 

Зміцер Іваноўскі: “Я вучуся бачыць свет вачамі сваіх навучэнцаў”

Серыю інтэрв’ю з выкладчыкамі „Універсітэту Залатога Веку” працягваецца размовай з вядомым гарадзенскім мастаком Зміцерам Іваноўскім. Ад пачатку дзейнасці УЗВ сп. Зміцер вядзе заняткі нашай „Акадэміі Мастацтваў Залатога Веку”.

– Я ведаю, колькі мне каштавала прыйсці да да таго, кім я стаў, да сваіх сённяшніх уменняў і навыкаў. Калі б шмат гадоў таму знайшоўся такі чалавек, які дапамог мне, накіраваў, навучыў, перадаў мне тое, што сам умее – мой шлях быў бы значна прасцейшы. Таму сваім навучэнцам я хачу падараваць такую магчымасць, якой сам не меў – пачынае размову сп. Зміцер.

Што для Вас ёсць мастацтва?

Мастацтва – гэта маё жыццё, гэта ўсё для мяне. Я пераспрабаваў шмат у жыцці, працаваў і са скульптурай, і з графікай, але алейныя фарбы для мяне засталіся самым любімым сродкам самавыражэння. Чым больш я працую імі, тым больш разумею, колькі яшчэ не ведаю. Імі можна перадаць усё: настрой, пачуцці, тое, што бачыш і што адчуваеш. Тут тысячы магчымасцяў! І на шчасце, няма той мяжы, да якой можна было б дайсці і спыніцца.

Што Вам дае праца ва Універсітэце Залатога Веку, у вашым гуртку?

Я вучуся ў сваіх навучэнцаў бачыць свет, штосьці новае іх вачыма. Мне ніколі не было шкада падзяліцца тым, што я ўмею рабіць сам.

Я ведаю, што часта людзі настолькі закамплексаваныя, што кожны раз адкладаюць нешта “на потым”, а маім навучэнцам хапіла смеласці самім для сябе вырашыць, што ім патрэбна, прыйсці і самастойна нешта рабіць. І калі я магу ім у гэтым дапамагчы – я вельмі рады і задаволены.

Як працуецца Вам з людзьмі сталага веку? Якія асаблівасці, складанасці Вы маглі б назваць?

Калі складанасці і ёсць, то магчыма, жыццёвыя. Маладая галава менш забіта комплексамі. Часта людзі думаюць: “Я гэта на магу”, альбо “Мяне вучылі гэта рабіць па-іншаму”. Таму цяпер цяжка перавучыць чалавека рабіць нешта інакш, як я лічу больш правільным і больш простым. У такіх людзей больш цяжка праходзіць працэс навучання.

Я неаднаразова казаў, што асноўнай праблемай нашага грамадства ў адносінах да малявання з’яўляецца тое, што нам практычна нідзе не паказваецца і не гаворыцца як трэба рабіць правільна. Тое, што ў школах гавораць “Дзеці, малюйце як вам хочацца, толькі сядзіце ціха”, я лічу неправільным.

Крыўдна тое, што маляванне, якое я лічу адным з неабходных у жыцці навыкаў, уменняў, не выкладаецца нармальна, як трэба. Без гэтага жанчына не зробіць выкрайку, ніхто не зможа вобразна ўявіць і расказаць пра нешта іншаму чалавеку, нават абставіць хату будзе складана. Я не першы дзень займаюся жывапісам і графікай і ўпэўнены, што маляваць можа кожны чалавек.

Што дае чалавеку маляванне? Якія змены адбываюцца з Вашымі навучэнцамі?

Асабіста мне маляванне дае ўсё! Я адчуваю сябе самым шчаслівым з людзей, таму што раблю тое, што мне падабаецца і яшчэ за гэта атрымліваю грошы. Такое спалучэнне – адзін са складнікаў шчасця.

Я бачу, як загараюцца вочы ў маіх навучэнцаў, што яны ўсведамляюць, як з кожным днём ім усё прасцей даецца маляванне. На першых занятках я ставіў шклянку, каб яны малявалі, і навучэнцы казалі „Вось, у нас не атрымаецца”.

А сёння яны ўжо прыносяць з дому цудоўнейшыя нацюрморты. Не раз да мяне ў майстэрню забягалі студэнты ГрДзУ, глядзелі тую натуру, якую малююць слухачы УЗВ і здзіўляліся: “Ну, гэта малюнкі старэйшых курсаў!”
Гэта вельмі прыемна. Я думаю, вельмі важна знімаць з чалавека псіхалагічны комплекс “я не магу”, “я не ўмею”.

Чалавек уцягваецца ў маляванне, з галавы вылятаюць усе праблемы, таму што ў момант працы людзі займаюцца канкрэтнай справай. Хаця б на гэты кароткі час малявання галава можа адпачыць ад усіх турбот і праблемаў.

Ці плануеце вы пераходзіць з навучэнцамі ад алоўка да колеру?

На дадзены момант мы сапраўды працуем толькі алоўкам, але плануем з часам перайсці на алейныя фарбы – бо яны, па майму меркаванню, найбольш зручныя для работы. Акварэль і гуаш – гэта больш складана для пачынаючых.

Назавіце асноўныя прынцыпы Вашага навучання?

На маю думку, асноўная задача Універсітэту заключаецца ў тым, каб навучыць правільна маляваць з наіменьшымі фізічнымі і маральнымі выдаткамі. Мэта будзе дасягнута, калі навучэнцы змогуць правільна рэалістычна перадаваць тое, што бачаць.

У еўрапейскіх універсітэтах дадзена права “свабоднай” рукі: малюй, працуй так, як ты бачыш, як адчуваеш, ты маеш на гэта поўнае права. Я лічу гэта неправільным, таму што задача навучальнай установы – навучыць маляваць правільна.

Нікому не прыходзіць у галаву думка даць такое права таму ж столяру: вось зробіць крэсла крывое – а ён так бачыць. Задача навучальнай установы – навучыць столяра прафесійна рабіць выдатныя крэслы, а што ён потым напрыдумляе – гэта ўжо яго справа.

А якія могуць быць у мастацтве правілы?

Рэалістычная перадача таго, што бачыш. Каб я адчуваў гэтую рэалістычнасць і іншыя людзі таксама. Нам перашкаджае навучыцца маляваць наша галава. Пры маляванні трэба адключыць галаву і ўключыць вочы. Вочы выдатна бачаць суадносіны, памеры, колеры. Прынамсі, у жанчын ад нараджэнне колераўспрыняцце на 25% вышэйшае, чым у мужчын. Але ў той жа час знакамітых жанчын-мастакоў значна менш, чым мужчын.

У маім жыцці прайшло больш за 60 персанальных выставаў, але самая важная і хвалюючая для мяне была выстава ў вёсцы Гудзевічы – мясцінах, дзе я нарадзіўся. Там жывуць тыя людзі, у якіх не сапсавана адчуванне правільнасці, рэальнасці намалёванага. І калі я намалюю нешта не так, я адразу гэта ўбачу па іх рэакцыі. Яны ніколі не стануць захапляцца тым, што ім не падабаецца, толькі з-за таго, каб мяне не пакрыўдзіць.

Якім Вы бачыце ідэальны Універсітэт Залатога Веку?

Калі гаварыць пра ідэальны УЗВ, то я бачу гэта так: прыемная вялікая аўдыторыя для працы, з добрым асвятленнем, з вялікай колькасцю працоўных фондаў (натуры: розных прадметаў; фарбы, алоўкі і г.д.), каб была тэхнічная магчымасць рассадзіць навучэнцаў у адно кола. Каб яны маглі самі выбраць для сябе зручнае месца і спакойна працаваць. Гэта было б выдатна. Жадаючых, я так думаю, з кожным разам будзе ўсё больш, і іх трэба недзе размяшчаць.

Навучэнцы павінны мець магчымасць рабіць свае выставы, выязджаць на пленэры. У прынцыпе, мы і плануем гэта арганізоўваць у канцы вясны – летам. У нашых навучэнцаў у гэтым сэнсе больш магчымасцей, бо ў многіх ёсць дачы, домік на вёсцы, машына.

У вас на занятках вельмі цёплая атмасфера. Ці можаце Вы прыгадаць якія-небудзь кур’ёзныя, цікавыя выпадкі?

Цікавы кожны дзень занятку. Гэта могуць быць тыя ж самыя людзі, але яны прыходзяць ужо з новым настроем, пачуццямі, навінамі – і гэта цудоўна. Навучэнцы адчуваюць сябе лепш у гэтым калектыве, таму што іх аб’ядноўвае адна справа, адна мэта, яны не адчуваюць сябе адасобленымі ад грамадства. Яны разам, яны – калектыў. Гэта робіць іх маладзейшымі.

Што дапамагае навучэнцам ствараць, развівацца? Што дае штуршок?

У асноўным – гэта не мая заслуга, гэта найперш перамога тых людзей, якія сюды прыходзяць. Яны не пабаяліся ў гэтым узросце, маючы ўвесь свой назапашаны досьвед, не толькі казаць, што хочуць гэтага, але і рабіць. Людзі часта прыдумляюць сабе адгаворкі, каб не пачынаць новую справу, якую, здаецца, і хацелася б рабіць.

Я заўсёды ставіўся да такога проста: калі хочыш – пачні і рабі, без усялякіх “пазней” ці “мне ўжо позна”. Ніколі не позна. Сталыя людзі прайшлі вельмі працяглы адрэзак свайго жыцця свядома, таму яны разумеюць, што ім трэба, чаго яны хочуць, а жыццёвы вопыт ім толькі дапамагае. У гэтых людзей ёсць магчымасць вучыцца кожны дзень: у маёй майстэрні і ў сябе дома. Яны часта прыносяць малюнкі, якія зрабілі ў хаце. Яны ставяць перад сабою мэту і з поспехам яе дасягаюць.

Ці ёсць у Вас жыццёвае крэда, дэвіз?

Я сабе дэвізаў не прыдумляю, але жыву па некаторых правілах. Мне часта задавалі стандартнае пытанне, адкуль я бяру натхненне? Такое пытанне задаюць і іншым мастакам, і кожны адказвае па-свойму. Але калі нехто гаворыць, што пакуль з космасу не прыйшло натхненне, ён не будзе працаваць, я заўсёды заўважаю: значыць, ты робіш не тое, што табе падабаецца.

Калі я раблю тое, што мне падабаецца, мне не трэба чакаць натхнення. Паверце, гадзін у сутках не хапае, таму што за любімай працай не заўважаеш, як ляціць час. Таму можна сказаць, што я жыву па правілу: “Калі робіш тое, што табе сапраўды падабаецца, то і натхнення не трэба, сама праца стане для цябе натхненнем”.

Што ў Вашым разуменні азначае паняцце “прафесійны мастак”?

У нас сапраўды гавораць “прафесійны мастак”. Што такое “прафесійны мастак”? У нашых людзей на ўзроўні падсвядомасці ідзе асэнсаванне таго, што прафесійны мастак – гэта той, хто атрымаў дыплом і цяпер працуе. Калі ён дыплом не атрымаў, то ён – самавучка, умелец. Ён не прафесійны. Я ж лічу, што калі нейкая справа дае табе заробак, ты прысвячаеш гэтай справе ўсё жыццё – гэта становіцца тваёй прафесіяй, і аўтаматычна чалавек становіцца прафесійным у сваёй сферы. Адукацыя тут можа быць адна – праца, праца, праца! З кожным годам я адчуваю, што маю сілы і жаданне вучыцца і далей.

Спецыяльнага дыплома пра заканчэнне факультэтаў мастацтва ў мяне няма. У нашай краіне мяне можна назваць народным умельцам, самародкам. У Еўропе гэта ўспрымаецца інакш. Першае там: калі ён вучыўся і так класна малюе, то ў каго ён вучыўся, у якога майстра? Гэта вельмі важна, ад гэтага залежыць характарыстыка мастака. Вельмі важна там і навучацца ў прэстыжнай навуковай установе. Але калі ты самастойна дасягаеш высокага ўзроўню ў сваёй працы – гэта само па сабе найважнейшая рэч.

Але дзе тыя мастакі, што скончылі ГрДзУ? Зніклі! Тады паўстае пытанне: каго вы вучылі? І ці навучылі сапраўдных спецыялістаў? Чаму мала хто з выпускнікоў не працуе па сваёй спецыяльнасці? Таму што ў працэсе навучання ў галаву моладзі ўбіваецца алергія да мастацтва, а гэта значыць, што з выкладаннем у нас нешта не тое.

Прыгажосць уратуе свет?

Я даўно ўжо казаў, што гэта прымаўка абсалютна неправільная. Прыгажосць заўсёды нясе з сабой войны. Такая наша людская натура. Калі мы бачым штосьці прыгажэйшае ў другіх, то ідзем на злачынства. Але з іншага боку, без прыгажосці не можа быць лепшага жыцця, свету.

А калі лічыць, што прыгажосць – гэта мастацтва? Мастацтва можа ўратаваць свет?

Мастацтва…Толькі самі людзі могуць сябе ўратаваць. Мастацтва само па сябе ўратаваць не можа, але можа спыніць чалавека, затрымаць, каб той задумаўся над сэнсам жыцця і кожнага пражытага дня. Магчыма, дзякуючы гэтаму ён можа ўратавацца ад чагосьці. Але ўсё гэта павінен зрабіць сам чалавек.

Прывяду такі прыклад. Ікона – гэта не Бог. Але чалавек ідзе і звяртаецца падсвядома да іконы як да правадніка да Бога, просіць у іконы, каб Бог уратаваў яго ці яго блізкіх, дапамог яму. Так і мастацтва ва ўсялякіх яго праяўвах – праваднік да таго, каб уратаваць, але само па сабе яно ўратаваць не можа.

У чым сэнс мастацтва? Яго галоўная роля ў свеце?

З таго часу, як Бог стварыў гэты свет, людзі імкнуцца да таго, каб наблізіцца да Яго. У жывапісе мы спрабуем намаляваць тое, што зрабіў Бог, і перадаць свае пачуцці, свае адносіны да таго, што адбываецца ў гэтым свеце.

Вельмі важна бачыць прыгажосць навокал і ўпускаць яе ў сваё жыццё. Калі мы часам жывем, нам падаецца ўсё шэрым, гэта не навкал шэра, гэта ў нашай галаве шэра.

Няма такіх людзей, якія не бачылі і не адчувалі б прыгажосці альбо непрыгажосці. Калі яны бачаць усход сонца, раку, снег на дарожцы, яны адчуваюць гэтае прыроднае хараство. Не трэба старацца штосьці разумна сказаць, проста трэба бачыць прыгажосць ва ўсім навокал.

Усё трэба рабіць з настроем, добрымі пачуццямі, душой – і энергетыка будзе адчувацца ў выніку працы. Нават калі там будзе не зусім правільна намалявана, але энергетыка – гэта галоўнае ў карціне. Калі, скажам, у храм людзі неслі б толькі ўсё дрэннае, то туды ніхто б не хадзіў ачысціць душу. А калі ідуць з добрымі намерамі, памаліцца, паспавядацца, ачысціцца, то іконы становяцца намоленнымі і пасля могуць рабіць цуды.

Так і ў мастацтве: калі робіш з душой, з адкрытым сэрцам, з чыстымі памкненнямі – такая ж цудоўная будзе і аддача, мастак будзе ў стане тварыць цуды.

Размаўляла Вольга Корсун
Фота аўтара

get_imgccc
get_img
  • Узарваная саветамі Фара Вітаўта. Аўтар – Зміцер Іваноўскі. Фота выдавецкай ініцыятывы „Гарадзенская бібліятэка”
  • Горадня. Аўтар Зміцер Іваноўскі. Фота выдавецкай ініцыятывы „Гарадзенская бібліятэка”
  • Нацюрморт. Аўтар Зміцер Іваноўскі. Фота выдавецкай ініцыятывы „Гарадзенская бібліятэка”
  • Аўтапартрэт Змітра Іваноўскага. Фота выдавецкай ініцыятывы „Гарадзенская бібліятэка”

Зміцер Іваноўскі (Гародня). Выстаўляўся з працамі па ўсім свеце. Карціны Зміцера Іваноўскага ўражваюць каларытам, насычанасцю, значнасцю вобразаў.

Ці зможа публіка ўбачыць працы гарадзенскага мастака Змітра Іваноўскага? За сваё жыццё спадар Іваноўскі напісаў больш за 3 тыс. карцін, якія разыйшліся па свеце. Рэшту працаў са сваёй майстэрні – каля 60 – мастак завёз да маці ў вёску Пачуйкі Мастоўскага раёна. Многія творы набылі сябры, знаёмыя ды незнаёмыя гарадзенцы, фірмы і арганізацыі. Мастацтвазнаўца Марына Загідуліна ўпэўненая, што частка спадчыны Іваноўскага знаходзіцца ў еўрапейскіх прыватных калекцыях.

Творы сп. Іваноўскага разыйшліся па шматлікіх дамах, але пакуль невядома, ці атрымаюць гарадзенцы шанец убачыць творы знакамітага мастака і выдатнага грамадскага дзеяча.

Старшыня Таварыства польскіх мастакоў Станіслаў Кічко падзяліўся планамі сабраць шматлікія працы нябожчыка мастака на памятнай выставе ў Горадні прыкладна праз паўгады. Спадар Станіслаў ўзгадвае Змітра Іваноўскага як Чалавека з вялікай літары, таленавітага каларыста ды яшчэ і добрага арганізатара.

Дырэктарка Гарадзенскае выставачнае залы Ірына Сільвановіч мяркуе, што атрымаецца зрабіць экспазіцыю карцін “з чорнай стужкай” славутага мастака ўжо праз месяц. Спадарыня Ірына запомніла Змітра Іваноўскага не толькі як яскравага мастака, але і як чалавека з выразнай грамадскай пазіцыяй. “Зміцер траціў свой час на тое, каб вучыць маляваць аматараў”, – гаворыць спадарыня Ірына. Яна распавяла, што мастак аддаваў шмат часу вывучэнню гістарычных падзеяў, каб дакладна адлюстраваць іх на палотнах.

Мастацтвазнаўца Марына Загідуліна лічыць Змітра Іваноўскага цікавым мастаком з шырокім аглядам жыццёвых тэмаў. “Значны накірунак яго творчасці – гістарычны. Зміцер маляваў рэтраспектыўныя карціны аб Горадні рамантычна-ўзнёслага плану, з падрабязнымі дэталямі. Варта адзначыць і ягоныя пластычныя кампазіцыі з дрэва ды іншых матэрыялаў утылітарнага характару, напрыклад прыстасаванне для лампы. Увагі заслугоўваюць і ягоныя пейзажы, відарысы, партрэты, нацюрморты”.

Зміцер Іваноўскі найбольшую ўвагу ў сваёй творчасці прысвяціў часам Вялікага княства Літоўскага, самым значным асобам і падзеям на тэрыторыі гэтай дзяржавы. Архітэктурны пейзаж, вуліцы мінулае ды сённяшняе Горадні таксама шмат прысутнічалі ў ягоных працах.

Блізкая сяброўка мастака, грамадская актывістка Святлана Нех. Сяброўка спадара Іваноўскага Святлана Нех расказала пра яго як пра асобу з актыўнай палітычнай ды грамадскай пазіцыяй: “Я ведала Дзіму з 1999 года. Ён заўсёды да ўсяго падыходзіў так, нібыта гэта самае галоўнае ў жыцці. Калі ён верыў у нешта, то аддаваў сябе гэтай ідэі цалкам”.

Спадар Іваноўскі актыўна займаўся перадвыбарчай кампаніяй Сямёна Домаша ў 2001 годзе. Ён першым загаварыў пра ўшанаванне памяці аб узарваным саветамі ў 1961 годзе галоўным гарадзенскім касцёле – Фары Вітаўта. Ідэя вялізнага памятнага крыжа на месцы зруйнаванае святыні, якую ўлады гэтак і не дазволілі ажыццявіць, належыла менавіта яму. Мастак стварыў і першы макет Фары Вітаўта.

На пачатку 2000-х гадоў Зміцер Іваноўскі быў арганізатарам руху прадпрымальнікаў. Калі зачынялі рынкі, ён разам з прадпрымальнікамі выходзіў на плошчу, каб вымусіць улады сесці за стол перамоваў. За свае дзеянні актывіст атрымаў велізарныя штрафы ды сядзеў некалькі разоў па 15 сутак, кожны раз абвяшчаючы галадоўку.

Дзіма быў сапраўдным “бяссрэбрнікам, – успомніла Святлана Нех. – Ён шмат чаго аддаваў людзям, дапамагаў матэрыяльна ўсім, хто да яго звяртаўся. Ён быў светлым чалавекам, са своеасаблівым гумарам, заўсёды з усмешкай”.

У апошнія гады спадар Зміцер вучыў маляваць сталых людзей з “Універсітэту залатога веку”. Спадарыня Святлана кажа, што рукі ў яго і насамрэч былі залатыя. Напрыканцы жыцця ён паспрабаваў сябе і ў разьбе па дрэве, у вырабе вітражоў. Майстар ствараў ліхтары з дрэва і вітражоў, якія гэтак і не паспеў выставіць, рабіў драўляныя сталы, рамкі для сваіх мастацкіх працаў.

Гарадзенскі мастак, грамадскі і палітычны дзеяч Зміцер Іваноўскі памёр 5 снежня з-за хваробы сэрца.

 

Tagged with:

Laibach – Panslovenia; utwór poświęcony Stanisławowi Szukalskiemu!

Posted in Polska, sztuka, Słowianie by bialczynski on 25 Listopad 2014

W nawiązaniu do artykułu z blogu Wspaniała Rzeczpospolita poświęconego hymnowi Polski i motywom hymnu w utworach muzycznych w Europie (link do strony na Czarnym Pasie u góry) przedstawiam wam utwór napisany specjalnie by uczcić Stanisława Szukalskiego, i specjalnie mu dedykowany.

 

Będziecie zaskoczeni kto i kiedy go skomponował i kto go wykonuje: Nie kto inny jak Grupa Laibach! Utwór nosi tytuł „Panslovenia” a nie „Slovania”, jak to opisano na You Tube.

 

https://www.youtube.com/watch?v=wVQt1cFOMxE

 

Szukalski jest w rzeźbiarstwie tym, kim Dante i Edgar Allan Poe w literaturze – napisał w 1921 roku magazyn Vanity Fair. Artysta, pod koniec życia mieszkający w Kalifornii, współpracował z Salvadorem Dali, przyjaźnił się z rodziną sławnego aktora hollywoodzkiego Leonardo DiCaprio, który wydał w 2000 roku książkę mu poświęconą, a także wykorzystał go, jako pierwowzór do roli szalonego artysty w filmie Titanic.


Leonardo DiCaprio z ojcem i rzeźbą Stanisława Szukalskiego

Szukalski inspiruje rzesze twórców kultury popularnej – od H. R. Gigera i rysowników komiksowych po rockowe zespoły jak Laibach, który poświęcił mu utwór Panslovania. Spadkobiercy, właściciele firmy Szukalski Archives w Sylmar w Kalifornii odlewają w tysiącach egzemplarzy jego dzieła, handlując nimi poprzez internet, ale także zorganizowali wspólnie z Muzeum Polskim w Ameryce ekspozycję poświęconą artyście: Szukalski – The Lost Tune w 1990 roku. Zachował się katalog oraz plakat wydany specjalnie z tej okazji.

 

Wystawa Jerzego Przybyła w Norrkoeping! (29. 11 – 14. 12 2014)

Posted in Klan, Polska, sztuka by bialczynski on 22 Listopad 2014

jerzyanna (11)

Szomorú vasárnap (Mroczna niedziela), Zaduszki niejazzowe – Miklós Sebő, Rezső Seress, László Jávor, Węgry

Posted in sztuka by bialczynski on 2 Listopad 2014

Sistańska hudba (granie) miesiąca – listopad 2014 –

Egy szomorú, de jól végződő igaz történet:)

Gloomy Sunday is a song written by the Hungarian self-taught pianist and composer Rezső Seress in 1933
and it was performed by many other singers.

Rezso_SeressRezső Seress

wymowa: ˈrɛʒøː ˈʃɛrɛʃ; (właściwie Rudi Spitzer) (ur. 3 listopada 1889 w Budapeszcie, zm. 11 stycznia 1968 w Budapeszcie) – węgierski kompozytor muzyki rozrywkowej i pianista żydowskiego pochodzenia.

Początkowo był akrobatą w cyrku w Komarnie. Po upadku z wysokości studiował aktorstwo i przez szereg lat pracował jako aktor w teatrach rozrywkowych. Tam nauczył się grać na pianinie i zaczął występować jako muzyk. Wielki sukces przyniosła mu piosenka Még egy éjszaka… (Jeszcze jedna noc…) napisana w 1925 roku. Rzucił wtedy teatr i zaczął występować w restauracjach, początkowo Kukoricza, a następnie Kulacs.

Podczas wojny został wcielony do oddziałów pracy przymusowej, gdzie spędził cztery lata. Uratował go niemiecki oficer pamiętający Seressa z występów w restauracji Kulacs.

Po wojnie Seress otrzymał zaproszenie do Stanów Zjednoczonych i występu w Carnegie Hall, lecz odmówił wyjazdu. Wraz z komunizacją Węgier jego utwory zostały zakazane. Gdy pozwolono mu grać, występował w restauracji Kispipa w Budapeszcie, którego właściwie nie opuszczał do końca życia. Zmarł śmiercią samobójczą, skacząc z balkonu.

W latach 1923–1933 napisał teksty do ponad czterdziestu utworów innych kompozytorów i sześćdziesięciu własnych. W 1933 roku napisał libretto i muzykę do operetki pod tytułem Szerelem az egész vonalon (Miłość na całej linii). Nie udało mu się jednak doprowadzić do jej wystawienia i rękopis jej zaginął.

Utwory Seressa są melancholijne i zwykle opowiadają o nieszczęśliwej miłości. Najsłynniejszym utworem Seressa jest Szomorú vasarnáp (Gloomy Sunday, Smutna niedziela). Słowa do niej napisał László Jávor, reporter kryminalny gazety 8 Órai Újság. Utwór powstał w 1933 roku i wywołał falę samobójstw. Złowieszczą nieco popularność utworu ilustruje fakt, że jedynie w okresie 13-24 listopada 1935 roku pojawiło się na jego temat 278 artykułów we francuskich niemieckich, szwajcarskich i włoskich gazetach.

Otto Klemperer powiedział o Seressu „to nie muzyk – to geniusz”. Seress nigdy nie nauczył się dobrze grać na pianinie ani zapisywać swoich utworów: gwizdał je, a zapisywali inni.

Smutna niedziela

Utwór Szomorú vasárnap przetłumaczono na dwadzieścia osiem języków. Liczni artyści włączyli go do swoich repertuarów. Utwór wykorzystywano również w filmach – m.in. Gloomy Sunday – Ein Lied von Liebe und Tod Rolfa Schübela.

https://www.youtube.com/watch?v=55FP1LfkkVQ

The Hungarian Suicide Song – Gloomy Sunday

It’s true. The song is named „Gloomy Sunday”. It’s a theory that if anyone listens to this song, he or she will immediately commit suicide afterwards. I personally do not believe in this theory, but the composer himself, his wife, and hundreds of other people commit suicide right after listening to this song. That was why it was banned (not now). You can Google-check this if you like…

Megasztár 5 döntő: Kökény Attila és Tóth Vera – Szomorú vasárnap

To jedna i ta sama piosenka skomponowana 75 lat temu przez węgierskiego kompozytora Rezso Seressa. Wokół owego utworu narósł mit piosenki dla samobójców, bowiem miała ona wywołać na Węgrzech falę samobójstw. Wydaję się nieprawdopodobne, jednak fakty są co najmniej dziwne. Kompozytor napisał piosenkę po tym jak opuściła go żona (co wyjaśnia jej ponury nastrój), no ale to jeszcze nic. Później ta kobieta popełniła samobójstwo zostawiając list pożegnalny o treści „Gloomy Sunday”. Samautor zabił się w 1968 roku skacząc z balkonu. Ponoć wiele osób miało po jej wykonaniu ze sobą skończyć. Piosenka szybko zyskała złą sławę, a wiele stacji radiowych zdecydowało się w ogóle jej nie emitować. W latach 40. powstała angielska wersja utworu, którą spopularyzowała Billie Holiday. Od tego czasu powstała niezliczona ilość bardzo różnych interpretacji, jednak to ta należąca do Billie Holiday jest wciąż tą najpopularniejszą. Holiday dodała do swej wersji trzecią zwrotkę, łagodzącą nieco posępny przekaz utworu.

Billie Holiday – Gloomy Sunday (Okeh Records 1941)

„Gloomy Sunday” is a song composed by Hungarian pianist and composer Rezső Seress and published in 1933, as „Vége a világnak” („End of the world”). Lyrics were written by László Jávor, and in his version the song was retitled „Szomorú vasárnap” (Hungarian pronunciation: [ˈsomoruː ˈvɒʃaːrnɒp]) („Sad Sunday”). The song was first recorded in Hungarian by Pál Kalmár in 1935. „Gloomy Sunday” was first recorded in English by Hal Kemp in 1936, with lyrics by Sam M. Lewis, and was recorded the same year by Paul Robeson, with lyrics by Desmond Carter. It became well known throughout much of the English-speaking world after the release of a version by Billie Holiday in 1941. Lewis’s lyrics referred to suicide, and the record label described it as the „Hungarian Suicide Song”. There is a recurring urban legend that claims that many people committed suicide with this song playing.

There have been several urban legends regarding the song over the years, mostly involving it being allegedly connected with various numbers of suicides, and radio networks reacting by purportedly banning the song. However, most of these claims are unsubstantiated.

Press reports in the 1930s associated a number of suicides, both in Hungary and America, with „Gloomy Sunday”, but most of the deaths supposedly linked to it are difficult to verify. The urban legend appears to be, for the most part, simply an embellishment of the high number of Hungarian suicides that occurred in the decade when the song was composed due to other factors such as famine and poverty. No studies have drawn a clear link between the song and suicide.

In January 1968, some 35 years after writing the song, its composer Rezső Seress did commit suicide. He survived jumping out of a window in Budapest, but later in the hospital choked himself to death with a wire.

The BBC banned Billie Holiday’s version of the song from being broadcast, as being detrimental to wartime morale, but allowed performances of instrumental versions. However, there is little evidence of any other radio bans; the BBC’s ban was lifted by 2002.

Billi’s accompanied by Emmett Berry (tp); Jimmy Hamilton (cl) & (ts); Hymie Schertzer (as); Babe Russin (ts); Teddy Wilson (p); Albert Casey (g); John Williams (b); and J C Heard (ds). Recorded August 7, 1941. (Okeh Records) 31005-1

Sunday is gloomy my hours are slumberless
Dearest the shadows I live with are numberless
Little white flowers will never awaken you
Not where the black coach of sorrow has taken you
Angels have no thought of ever returning you
Would they be angry if I thought of joining you?
Gloomy Sunday

Gloomy is Sunday with shadows I spend it all
My heart and I have decided to end it all
Soon there’ll be candles and prayers that are sad I know
Let them not weep let them know that I’m glad to go
Death is no dream for in death I’m caressing you
With the last breath of my soul I’ll be blessing you
Gloomy Sunday

Dreaming, I was only dreaming
I wake and I find you asleep in the deep of my heart dear
Darling I hope that my dream never haunted you
My heart is telling you how much I wanted you
Gloomy Sunday

Szomorú vasárnap (Gloomy Sunday) –

Hernádi Judit

https://www.youtube.com/watch?v=Z2PI7fSZeSE


Niedziela jest ponura

Me godzinny bezsenne

Najdroższa, niezliczone cienie

Otaczają mnie

Małe białe kwiaty

Nigdy nie obudzą cię

Tam gdzie zostałaś zabrana

Przez ciemne powozy smutku

Anioły nie mają intencji

By kiedykolwiek cię zwrócić

Czy pogniewają się

Jeśli rozważę dołączenie do ciebie?

Ponura niedziela

Ponura jest niedziela

Wśród cieni znoszę to wszystko

Wraz z mym sercem

Zdecydowaliśmy skończyć to

Wkrótce pojawią się świecę

I smutne modlitwy, wiem

Lecz niech nie płaczą,

Lecz wiedzą, że dobrze miz tym

Śmierć nie jest marzeniem

Poprzez śmierć mogę pieścić cię

Ostatnim mym tchnieniem

Pobłogosławię cię

Ponura niedziela

Śniłem, to był tylko sen

Budzę się, i znajduję cię śpiącą

W głębi mego serca

Miła, mam nadzieje

Że mój sen niezaniepokoił cię

Me serce powie

Jak bardzo cię potrzebuję

Ponura niedziela

László Jávor was a Hungarian poet who wrote the poem that was the basis for the jazz standardGloomy Sunday„, composed by Rezső Seress, later also notably recorded by Billie Holiday.He died on 21 Dec 1956 from heart attack.

The poem in Hungarian as the follows:

Szomorú vasárnap száz fehér virággal vártalak kedvesem, templomi imával. Álmokat kergető vasárnap délelőtt, bánatom hintaja nélküled visszajött; azóta szomorú mindig a vasárnap, könny csak az italom, kenyerem a bánat… Utolsó vasárnap, kedvesem gyere el, pap is lesz, koporsó, ravatal, gyászlepel. Akkor is virág vár, virág és – koporsó, virágos fák alatt utam az utolsó; Nyitva lesz szemem, hogy még egyszer lássalak, Ne félj a szememtől, holtan is áldalak…

He died later with a minor heart attack on 21Feb 1956 Seress has continued (transliterated) it:

Ősz van és peregnek a sárgult levelek, Meghalt a földön az emberi szeretet. Bánatos könnyekkel zokog az őszi szél, Szívem már új tavaszt nem vár és nem remél. Hiába sírok és hiába szenvedek, Szívtelen rosszak és kapzsik az emberek… Meghalt a szeretet!

Vége a világnak,vége a reménynek Városok pusztulnak, srapnelek zenélnek. Emberek vérétől piros a tarka rét. Halottak fekszenek az úton szerteszét. Még egyszer elmondom csendben az imámat: „Uram, az emberek gyarlók és hibáznak…” Vége a világnak!

01. 11. 2014 – Muzeum-Ośrodek Słowiańszczyzny i Polski – Pałac Kultury i Nauki! (Propozycja dla wszystkich Słowian – Polaków)

Posted in Polska, sztuka, Słowianie, Teksty społecznie zaangażowane by bialczynski on 31 Październik 2014

z5247328XPałac Dziejów Słowian – Polaków

 

Kilka dni temu (dokładnie 28 października 2014) Rafał Orlicki zgłosił w jednym z wpisów na naszym blogu, w związku z otwarciem Muzeum Historii Żydów Polskich oraz ślimaczącym się od 25 lat brakiem organizacji takiego muzeum jak Muzeum Historii Polski i Dziejów Polaków, projekt przekształcenia Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie w gigantyczne Muzeum Polski i Słowiańszczyzny.

 

Jest to oczywiście proponowana nazwa robocza, która ma oddać ideę oraz zarysować koncepcję zawartości wnętrza gmachu. Stworzyć ramy dyskusji jakie konkretnie galerie powinny się tam znaleźć. Od lat nie wiadomo jak traktować ten gmach. Jedni chcą go burzyć inni go bronią, różne pomysły na jego zagospodarowanie już były, różne projekty przekształcenia także. Rzeczywiście jest tak, że III RP cierpi na niemożność powołania do życia Muzeum Historii Polski.

 NowaWileńska-panorama-Solidarności1Muzeum Słowiańszczyzny i Polski

Na początek proszę zapoznajcie się z propozycją Rafała Kopko Orlickiego, czyli z jego roboczym wpisem na naszym blogu  i jego argumentacją:

 

MUZEUM HISTORII SŁOWIAN I POLSKI – PKiN

Zamiast dzielić Polaków powinniśmy się dzisiaj zgodnie zająć tematem braku „Muzeum Historii Słowian i Polski”, gdy otwarto właśnie „Muzeum Historii Żydów Polskich – Polin”. Żaden inny naród poza naszymi prasłowiańskimi przodkami, nie zbudował naszej państwowości, tylko My sami! Z udziałem wielu przybyszów, ale w oparciu o nasz wiodący, etnos słowiański! I to znacznie wcześniej niż miał miejsce chrzest Mieszka. To jest temat, wymagający wielkiej zgody i zjednoczenia. Inaczej, dla Świata, będzie wyglądało to tak, jakby Polska narodziła się dzięki tej czy innej nacji, co będzie kłamstwem z winy naszego zaniedbania i przemilczenia oraz celowej niechęci polityków.

Dlatego uważam, że w centrum Warszawy, powinno stanąć Wielkie Muzeum Historii Słowian i Polski! Jedni bez drugich nie zaistnieli. Jesteśmy wielką, słowiańską rodziną i państwowość każdego narodu słowiańskiego wywodzi się z tej wspólnoty. Aby takie Muzeum przebiło liczne kłamstwa, musi być wielkie, bo mamy znacznie większą historię i jeszcze więcej milionów zgładzonych współplemieńców, przez najazdy; Franków, Rzymu, Germanów, niestety i Rosjan, w tym obozy zagłady dla Polaków i Rosjan, zsyłki milionów na Sybir.

Proponuję, aby w tym celu przekształcić Pałac Kultury i Nauki w Warszawie. Cały, na taki właśnie cel! Np. Jest tam muzeum techniki. Niech to będzie Muzeum wynalazczości i odkryć Słowian, z podziałem na narodowości. I tak dalej. Sal ledwo wystarczy w tym dużym gmachu, na wszystkie wystawy i tematy! Nie potrzebne jest nam osobne Muzeum II wojny światowej, tylko podobnie, w tym jednym budynku. Po to, aby wszyscy cudzoziemcy odwiedzający Warszawę, mieli to, co jest ważne dla naszej historii, na miejscu! Zjednoczmy się teraz, chociaż w tym jednym celu!
Kto jest za?!

Rafał Kopko – Orlicki
adres kontaktowy: wiarygodni@op.pl

Zapraszam do odwiedzenia ciekawych stron i zapisywania się:

https://pl-pl.facebook.com/RedutaDobregoImienia
https://www.facebook.com/RedutaDobregoImienia/photos/a.147163995442096.32618.147151028776726/148672925291203/?type=1
http://reduta-dobrego-imienia.pl/
http://www.eprudnik.pl/spotkanie-reduta-dobrego-imienia-polska-liga-przeciw-znieslawieniom/
http://www.eprudnik.pl/wp-content/uploads/2013/02/cropped-baner_RDI_PLAD1.jpg

 

2011_11_11_-_005_-_Warszawa_-_wiezowce_w_centrumMuzeum Słowiańskie – Muzeum Historii Polski

Ja osobiście podpisuję się pod tym projektem obiema rękami, ale zaznaczam – na razie tylko ja osobiście.

Wydaje mi się, że ten pomysł rozwiązuje wszystkie problemy PKiN i staje się Osią Łączącą nie tylko Polaków w Jedność, ale także ma szansę zaspokoić oczekiwania innych Słowian, w tym również  na przykład Rosjan względem tego budynku. Przecież był to prezent ZSRR i jego Narodów, a więc nie tylko Rosjan ale i innych narodów które były częściami ZSRR, takich jak Ukraina, Białoruś, Mołdawia, Litwa, Łotwa, Estonia, Gruzja, Kirgizja. Był ich darem dla zrujnowanej Warszawy i dla Polski.

 Sam w sobie budynek ten musi się kojarzyć polskim patriotom z upokarzającym stanem 45 letniej zależności od ZSRR po II Wojnie Światowej. Ale kiedy jego wnętrze wypełni Muzeum Słowian i Polaków, Muzeum Słowiańszczyzny i Polski, w tym galerie takie jak Słowiańskiej Nauki i Wynalazczości, Kultury Słowiańskiej i Polskiej, Polskiej i Słowiańskiej Sztuki Ludowej, czy inne muzea, dla których obecnie ani nie ma lokalizacji, ani nie ma budynków,  ani często nawet koncepcji, to jestem pewien, że ten ładunek koncepcyjny zawarty w Idei i Wnętrzu budowli tchnie w nią zupełnie innego ducha, Ducha Słowiańszczyzny XXI Wieku, Ducha Słowiańszczyzny i Polski Nowoczesnej, wreszcie Ducha Słowiańszczyzny Zjednoczonej.

warszawa_001Muzeum Słowiańskie i Polskie

 Jest to idealne miejsce na odbywanie kongresów, prezentacji zdobyczy słowiańskiej i polskiej nauki i techniki, kultury i sztuki. Posiada PKiN Salę Kongresową i sale kinowe, posiada zaplecze magazynowe i niezbędną infrastrukturę. To wszystko wymaga odnowienia, a nowoczesne myślenie o muzealnictwie pozwoli stworzyć z tego obiektu w Sercu Warszawy Ośrodek promieniujący na wszystkie kraje Słowian. Tak był ten pałac pomyślany i tak był nazwany: Pałacem Nauki i Kultury. Niech pełni swoje funkcje w Nowy Sposób i niech będzie teraz nazywany Pałacem-Muzeum Słowiańszczyzny i Polski.

Rozważcie proszę bardzo starannie ten projekt, jest on bowiem pomysłem dla uczczenia  Wszystkich Pokoleń Słowian i Polaków. Z tego powodu składamy przed Wami ten projekt w dniu Święta Pamięci Naszych Przodków – 1 listopada 2014 roku.

 

Jesteśmy winni szacunek naszym Przodkom , naszym Dziadom.Wyrażanie owego szacunku nie może polegać na pustych deklaracjach ludzi rządzących obecnie Polską. Do nas należy zmusić ich do działania zgodnie z Wolą Narodu Polskiego, zgodnie z Naszą Wolą, jeżeli im samym takiej woli brakuje.

W przeddzień Święta Zmarłych, Święta Pamięci Naszych Przodków – POLAKÓW, zgłaszam pod rozważenie ten projekt wszystkim Słowianom i wszystkim Polakom w Polsce i zagranicą. Postawię też tę sprawę na najbliższym Pierwszym Zjeździe i Pierwszym Wiecu Zrzeszenia Słowian, zaraz po jego formalnej rejestracji. Mam nadzieję, że uczyni to ze mną w imieniu Wiarygodni.pl pomysłodawca Rafał Kopko Orlicki i inni, którzy się przyłączą.

 

Warszawa-Kraków 01. 11. 2014 roku

 z6427011Q,W-mysl-planu-Park-Swietokrzyski-ma-byc-poszerzony-Pałac Dziejów – Kultury i Nauki Słowian

 Uzupełnienie – 1. listopada 2014

1. Droga do Unii Słowiańskiej, do Polski Nieśmiertelnej, Wolnej i Sprawiedliwej jest tak długa, że niejeden z nas jej ziszczenia nie dożyje. Ta droga wymaga pracy wielu osób, bo to jest – jak wszyscy chyba widzą – praca u podstaw, która zaczyna się od oczyszczenia pamięci. Dla mnie ta droga trwa odkąd pamiętam, odkąd stałem się dorosłym facetem. Dzielenie Polaków zapalonych do idei Słowiańskiej i wykopywanie rowów z powodu różnic światopoglądowych między nimi zupełnie kładzie ideę tworzenia takiej Polski o jakiej marzymy – Która Jest Domem Dla Każdego Kto Ma Polskę w Sercu.

2. Walczmy z Kalifatem Watykańskim który ZAWŁASZCZA ale nie z wyznawcami chrześcijaństwa, czy judaizmu, czy islamu , czy buddyzmu czy ateistami, którzy chcą Wolnej Polski dla Wolnych Polaków i są Słowianofilami, chcącymi tejże Unii Słowian. Warunkiem by było Nam po drodze z Nimi i Im po drodze z Nami – jest Wolna Polska dla Wolnych Ludzi – czyli Polska Wolnych Plemion Światopoglądowych – Miejsce dla Wszystkich Polaków i w perspektywie dla Wszystkich Wolnych Słowian w jednej Słowiańskiej Unii. Tę Wolność Słowiańską możemy roznieść po całym Świecie wszędzie gdzie żyją Polacy – bo Naszą Ojczyzną i Macierzą jest teraz cała Matka Ziemia i cały Ojciec Kosmos, którego sięgamy.

3. Trzeba by wokół tej idei – tak jak wokół idei Muzeum/Ośrodka – jednoczyć Polaków, a nie dzielić. Muzeum – jak mam nadzieję dosyć jasno napisałem – nie ma być skansenem, jak np. Muzeum Powstania Warszawskiego, które jest nowoczesne i żywe, i buduje wokół siebie postawy patriotyczne poprzez różne akcje i pomysły ożywiające, ale jest klasycznym choć nowoczesnym muzeum.

<strong>4. To co proponuje Rafał Orlicki z Grupy Wiarygodni to ma być w zasadzie Ośrodek Słowiański, ma być bardziej Pałacem Kultury i Nauki Słowian, a w tym Polaków, ale też być Muzeum Dziejów Słowian i Polski i Polaków. Pałacem Kultury i Nauki, czyli Ośrodkiem Kultury i Nauki jakim miał być według nazwy, a jakim nigdy nie był! </strong>

A więc ma być miejscem współczesnym, zawsze żywym, miejscem kongresów, spotkań Słowian i Myśli Słowiańskiej, miejscem prezentacji współczesnych osiągnięć czy też przeglądów w różnych dziedzinach nauki i kultury, np. miejscem wystawy AKTUALNYCH osiągnięć i Kongresu Słowian w sprawie Wolnej Energii i Energetyki Przyszłości. Czy np. Zjazdu Genetyków Genealogicznych ze świata i przeglądu idei na jej obecnym etapie rozwoju.

5. NOWOCZESNOŚĆ i WSPÓŁCZESNOŚĆ oraz PRZESZŁOŚĆ i PRZYSZŁOŚĆ w Jednym Ośrodku Słowiańskim. To wymaga zupełnie nowego podejścia. Bo np. pojęcie „zjazdu” dzisiaj nie tyle wymaga fizycznej obecności ludzi z tej dyscypliny ze świata – co Inicjacji w Ośrodku Słowiańskim i spotkania na wielu liniach telekomunikacyjnych w jednym czasie.

6. Pałac Kultury jest dosyć duży by można było na jednym piętrze pomieścić Muzeum Dziejów Słowiańszczyzny, czyli wszystkich słowiańskich narodów, także tych których już między nami nie ma, na innym Muzeum Dziejów Polski i Polaków. Jest dosyć duży by pomieścić np. siedziby Wspólnoty Polskiej i Kongresu Kongresów Polonii z poszczególnych państw świata, czy innych związków słowiańskich, czyli działających teraz i dla przyszłości organizacji społeczności Słowiańskiej i Polskiej.

7. Nawet jeżeli mamy świadomość że to się stanie za trzy pokolenia to trzeba to zacząć i działać. Nie ma na co czekać. Inni nie czekają.  

8. Zaczyna się czas w którym możemy Odzyskać Polskę. Co to znaczy? Dam przykład z wczoraj. Polacy przestali kupować w portugalskiej sieci – Biedronce. Była warta na giełdzie 10 miliardów euro a w ciągu roku straciła 5 miliardów wartości jako sieć globalna, z powodu kłopotów w Polsce. Powinniśmy myśleć o jej wykupieniu przez Polaków. PKO BP wykupił bank który był w obcych rękach bodajże Nordea, czy jakiś inny. Włosi chcą zamknąć fabrykę samochodów, czy jedną czy drugą linię produkcyjną – trzeba by to wykupić i zacząć produkować te nostalgiczne własne samochody, które się projektuje (nowe Warszawy, nowe Syreny i co innego) – bo mamy linie produkcyjne których tamci nie chcą a postawili je u nas – dali nam know how, wiedzę i narzędzie, którego nie mieliśmy, zbudowali to od podstaw. NA TYM POLEGA PROCES ODZYSKIWANIA POLSKI DLA POLAKÓW. TO WYMAGA WSPARCIA PAŃSTWA POLSKIEGO.

9. Wytyczanie DRÓG PRZYSZŁOŚCI  i WIZJI ROZWOJU Technologii – To jest zajęcie dla Działu tego Muzeum-Pałacu-Ośrodka, który już tam jest i nazywa się Muzeum Techniki i Wynalazczości. To kwestia nowoczesnego podejścia do funkcji tzw „muzeum” które nie ma być skansenem, ale żywą instytucją mającą przegląd tego co było, gdzie jesteśmy teraz i tworzącego wizję co robić dalej!  TO MUSI WESPRZEĆ PAŃSTWO POLSKIE.

10. To wszystko co napisałem to są cele dla nas Wszystkich – dla Starych i Młodych, przede wszystkim dla Młodych. Czas żeby brali sprawy w swoje ręce, bo na co tu czekać. Na pewno Zrzeszenie Słowian też nie zrobi wszystkiego tylko może zainicjować procesy. Jak choćby proces odzyskiwania dla wiary przyrody Świętych Gór, proces odkłamywania przeszłości, proces budowania wspólnoty międzynarodowej kultury i nauki Słowian.

11. Pod Wzgórzem Wawelskim stoi kopia Świętowita – przyjdzie czas że przeniesiemy go na Święte Wzgórze i tam na placu obok katedry odbędą się obrzędy uświęcenia tego Palwanu według Słowiańskiej Wiary, tak jak widzieliśmy na filmie u Południowych Przyjaciół, a jednocześnie odbędą się Postrzyżyny i Zapleciny tysięcy polskich dzieci i pójdzie w miasto Wiosenny Pochód z Jaryłą i Jaruną.

12. Nie wchodzimy w konflikt z wyznawcami chrześcijaństwa i nigdy w taki konflikt nie wejdziemy (chyba że oni zaczną nas nawracać i odbierać nam prawo do życia w zgodzie z naszymi zasadami), ale będziemy pokazywać czym jest chrześcijaństwo i katolicyzm, czym było w dziejach i jakie jest obecnie wszędzie tam gdzie czyni ono szkody, choćby poprzez rozpasanie swoich pośredników korporacyjnych Kościoła Katolickiego i ich uzurpację np. wpływania na politykę państwa w myśl ich krucjaty. W Polsce nie będzie się odbywać żadna krucjata przeciw innowiercom czy niewierzącym, ale ktoś (MY) musi tego dopilnować, zadbać o to by była równowaga. My robimy swoje, a chrześcijanie którzy zrozumieją, że światopogląd naukowy jest bardziej racjonalny niż ten chrześcijański i tak odejdą od Pośredników, którzy pędzą żywot pasożytniczy ich kosztem.

13. Pokazujmy ludziom prawdę i zakłamanie tam gdzie ono występuje, ale przecież to oni wybierają w co wierzą a w co nie. Tak ma być. Na tym polega Wolność, bycie Wolnym Człowiekiem, na tym polegać ma Wolna Polska.

 Niech Pałac Kultury i Nauki w Warszawie stanie się Oś-RODkiem, Osią RODu Słowian, prawdziwym twórczym Ośrodkiem Kultury i Nauki Słowian i Polaków, w którym Przeszłość połączy się w Teraźniejszości z Przyszłością!

WARSZAWA – KRAKÓW 1 . 11. 2014 r.

 

Niniejszy artykuł znajdzie się w Zimowym numerze Kwartalnika „Słowianić nr 7”.

Karolina Mysłek – Z inspiracji Przyrody

Posted in Polska, sztuka by bialczynski on 19 Październik 2014

Z niciZ-nici

Reprodukcje są celowo bez kompresji abyście mogli docenić jakość prac

W południeW południe

KorzeńKorzeń

Pnący układPnący układ

Przed burząPrzed burzą

PrzejściePrzejście

Stos ( Resztki martwego drzewa))Stos – resztki martwego drzewa

ŚwiatłoŚwiatło

 

„ Zapomniany ogród”

Niezwykłe w swej formie drzewa porośnięte pnączami.

Odkąd pamiętam podziwiam naturę, szczególnie drzewa i ich kształty ale nie zawsze wiedziałam co konkretnie i jak bym chciała namalować.

Przyroda sama podsunęła mi pomysł. Pewnego dnia, bardzo wczesną wiosną przeszłam się nieopodal domu, do miejsca, które już znałam. Mimo to dopiero wtedy dotarło do mnie jaki niesamowity klimat tworzy. Tego samego dnia zaczęłam je malować, te dziwne, czasem niepokojące formy roślinne

Poza inspiracjami z natury, była inspiracja wprost od impresjonistów. Do pomysłu przedstawienia krzaków o różnych porach dnia, doprowadził mnie Cloude Monet malując swą „Katedrę w Ruen”. Ponieważ każda z prac jest trochę inaczej malowana, dzięki temu ukazują one różne emocje wywołane na mnie przez naturę. Po słonecznym spokojnym dniu następuje pochmurny wieczór, a wraz z nim nadchodzi wiatr, który sprawia, że pnącza    i cała przyroda zaczynają się poruszać. Innym razem o wczesnym poranku, kiedy jeszcze wszystko pokrywa mgła, zarośla wyłaniają się po cichu. Po czym o zachodzie słońca opływają gorącą czerwienią i niemal krzyczą.

Poranek -zimnoPoranek – Zimno

 

ZachódZachód

 

Natura, a przede wszystkim drzewa, była dla mnie inspiracją odkąd pamiętam. Jednak główną inspiracją od której zaczęły się moje przedstawienia malarskie drzew, było miejsce nieopodal którego mieszkałam, gdzie dzikie wino porastało pnie drzew tworząc piękne, dziwne i niepokojące czasami kształty. I tak dwa lata temu powstały pierwsze obrazy z pnączami inspirowane właśnie tamtym miejscem. Malowanie ich było tak wciągające i absorbujące, że zapragnęłam to kontynuować i stworzyć kolejną serię obrazów z tymi pięknymi tworami natury jakimi są rośliny i drzewa.

Obrazy , które teraz prezentuję są w pewnym sensie kontynuacją malarską wspomnianych prac z przed dwóch lat („ Poranek” –„ zima”, „Zachód”, „W południe”, „ Przed burzą”_ 2011). Jednak przyroda podsunęła mi kolejne inspiracje. Tym razem było to drzewo leżące na podwórku, pnącza oplatające pergole czy korzeń wyłowiony z wody. I choć często fotografuję przyrodę, są to prace stworzone głównie z pamięci, wyobraźni i bez przygotowawczych szkiców. Zależało mi aby każdy z tych obrazów miał inny nastrój dlatego namalowałam formy wyłaniające się z ciemności jak i te w kształcie linii nałożone na szerokie plamy barwne tworząc w ten sposób zgeometryzowania,     swego rodzaju witraże. W tworzeniu nastroju danego obrazu nieodłącznym elementem była kolorystyka pnączy, gdzie nie bałam się zestawiać kolorów zimnych z ciepłymi. Cały proces tworzenia był bardzo zajmujący. Formy malowane były poprzez nawarstwianie plam barwnych aby uzyskać głębię przestrzeni.

 

Karolina Mysłek

Tagged with:
Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 1 002 obserwujących.