białczyński

“Słowiańszczyzna a Wielka Zmiana” wykład i spotkanie autorskie z “Księgą Ruty” na Harmonii Kosmosu – 29 czerwiec 2013 Sulistrowice pod Ślężą

Opublikowany w Mitologia Słowiańska, Starosłowiańska Świątynia Światła Świata, sztuka, Słowianie, Wiara Przyrody przez bialczynski w dniu 9 Czerwiec 2013

Chcę was zawiadomić

i jednocześnie zaprosić wszystkich chętnych

Czordana Czarna Krolowa

Czarodana

 

na wykład “Słowiańszczyzna a Wielka Zmiana”,

oraz na spotkanie autorskie z “Księgą Ruty”

29 czerwca 2013 do Sulistrowic.

Swarozyc Pan Ognia komprSwarożyc

Spotykanie odbywa się we współpracy z Niezależną Telewizją, w ramach Harmonii Kosmosu.

swara zara kompr

Swara

Miejsce wydarzenia – Sulistrowice nad Zalewem.  Wykład na Harmonii Kosmosu o godzinie 12.00, potem przeniesiemy się w inne miejsce, na spotkanie autorskie. Będzie można nabyć “Księgę Ruty” i  pierwszy numer kwartalnika “Słowianić” oraz swobodnie porozmawiać. 

SSSSS s-1553Planuję też Spotkanie autorskie i podpisywanie książek na Festiwalu Fantastyki KRAKON w Krakowie – 28 lipca.

Na dzień Dziecka: Nowe przygody profesora Gąbki i jego Kompanii “Na tropie Czarnej Dziury” -rozdziały 7 -12

Opublikowany w Polska, powieści, sztuka przez bialczynski w dniu 2 Czerwiec 2013

Nowe Przygody Gąbki Sawa i Kira Bialczynskie Smok Wawelski2 kompr webZ okazji Dnia Dziecka

publikujemy kolejnych 6 rozdziałów książki z nowymi ilustracjami – dla Naszych Dzieci. Poczytajcie im – a zobaczycie że przy okazji zabawicie się nieźle i wy sami.

Akcja rozgrywa się w czerwcu 2012 roku w Krakowie, Warszawie i Kijowie.

Książka ukaże się nakładem Wydawnictwa Slovianskie Slovo jeszcze w tym roku.

kandelabrowa jpg

©® by Czesław Białczyński, Kira Białczyńska, Sawa Białczyńska, by Slovianskie Slovo

Rozdział 7 – Na Bielanach, karuzela, co niedziela. I nie tylko tam.

Bartłomiej Bartolini, Książę Krak i Mądrodudek, którego brano za sprytną podróbkę robota z filmu Gwiezdne Wojny, już dwa tygodnie siedzieli na korytarzach Urzędu Miasta Stołecznego. Zebrali przez ten czas bardzo wiele pieczątek i papierów, ale brakowało im ich jeszcze całe mnóstwo, żeby na nieużywanym przez nikogo i bezludnym skrawku łąki za Parkiem Kępy Potockiej mógł stanąć cyrkowy namiot. Przez te dwa tygodnie spotkali się na korytarzach urzędu z wieloma miłymi ludźmi. Nie byli to jednak urzędnicy, a interesanci, którzy cierpliwie krążyli od drzwi do drzwi, usiłując zrozumieć bardzo skomplikowane procedury przyznawania pozwoleń, a potem starając się zebrać potrzebne pieczątki. Jeszcze trudniej było zrozumieć cokolwiek z tego, co usiłowali im bardzo skomplikowanym językiem, zupełnie niepodobnym do języka polskiego, wyłożyć przedstawiciele wysokiego Urzędu.

- Dlaczego, żeby móc nagrywać piosenki, czyli otworzyć studio muzyczne muszę sobie zrobić badanie lekarskie i odbyć szkolenie przeciwpożarowe?! – krzyczał pewien biznesmen, który tuż przed nimi wszedł do gabinetu urzędnika, a teraz go, zdenerwowany, opuszczał.

- W sam rzecz. Dla-czg?! – dziwił się Mądrodudek – Co śpiw i muz ma do Ppoż?!

Książę Krak był przybity i znudzony. Zdjął koronę i kręcił nią kółka na palcu.

- Czy myśmy się nie cofnęli za mało wstecz? – zapytał sam siebie – Jeszcze się okaże, że w trzy tygodnie nie zdążymy.

Drzwi się jednak niespodzianie otwarły i stanął w nich młody, dziarski urzędnik pod krawatem.

- Proszę wchodzić. – powiedział nieco szorstko – Przecież poprzedni petent już wyszedł. Czemu pan … – teraz rzucił dopiero okiem na księcia – … przepraszam, czemu król nie wchodzi? Myślałem, że nikogo już nie ma i że mogę iść. Teraz mamy porę lanczy!

Zaprosił ich szerokim gestem do wnętrza gabinetu. Nasi bohaterowie poderwali się z ławki i zniknęli w środku.

Nie minęła nawet minuta, jak już byli z powrotem na korytarzu. Zadowolony z siebie urzędnik zamknął drzwi na klucz i kłaniając się im nisko popędził przed siebie. Książę Krak nie mógł uwierzyć własnym oczom. Na papierku, który miał przed sobą, widniała stosowna pieczątka.

- A wszyscy mówili, że na tym tu, to stracimy co najmniej tydzień? – powiedział książę – Może to dlatego, że on się tak bardzo spieszył na ten pojedynek na lance. Miły chłopak, ale czy sobie poradzi? Do lancy potrzeba krzepy.

- Jemu chodziło o lancz, a nie o lance, proszę księcia. – nieco  nieśmiało sprostował pomyłkę jaśnie wysokiego majestatu Bartolini – Lancz to obiad po angielsku.

- Obiad? Ale my jesteśmy w Polsce, a nie w Anglii?

- Prawda.  – potwierdził Bartolini – Tylko, że im się tutaj zupełnie poprzekręcało w głowach. Zauważyłeś, książę, jak zmieniają ton, kiedy ja się przedstawię? Oni na punkcie zagranicznych nazw i nazwisk mają chyba hysia.

- Masz rację. Za to gdy ja się przedstawiam, to jakby zobaczyli ogrodnika spod Łomianek. – powiedział książę Krak, któremu nowa rzeczywistość zupełnie przestała się podobać.

- Sło, łom, mian, Janek – literował sobie dla wprawy Mądrodudek, który robił wielkie postępy w nauce języka polskiego.

Zza zakrętu korytarza wypadł nagle pucułowaty jegomość z kasztanowymi włosami, ubrany w granatowy garnitur w białe prążki. Kapelusz trzymał w dłoni i pędził do drzwi, pod którymi stali nasi bohaterowie. Nie zauważył ich nawet. Zrobił krok do przodu, potknął się o nierówność w marmurowej posadzce i zamiast złapać za klamkę pucnął w nią brodą. Wyprostował się zdumiony. Potrząsnął klamką, lecz drzwi nie ustąpiły.

- Co?! Dopiero za pięć minut trzynasta! Zamknięte?!

- Ten pan właśnie wyszedł. – poinformował go usłużnie Bartolini.

-Jak to?! To się nazywa pocałować klamkę, co?!… Ale, ale, witam pana księcia i pana kucharza! – teraz dopiero ich rozpoznał – Człowiek taki zagoniony, że znajomych nie poznaje. Ile już macie z tych dziewięćdziesięciu dziewięciu pozwoleń? Pewnie nie więcej niż trzydzieści, co? A z tych trzystu trzydziestu trzech pieczątek, to ile wam już przystawili?!.. Ale, ale, to jak będzie z tym naszym dilem?! Decydujecie się panowie sprzedać mi licencję na ten fantastyczny model?! – wskazał na Mądrodudka – Zrobimy razem świetny interes. Uruchomię taśmę na milion sztuk na rok. Wy z licencji, ja ze sprzedaży , będziemy żyć, że palce lizać. Do samiutkiej emeryturki. Ale, ale, ona też będzie, że palce lizać!

- Dziękujemy bardzo, ale musimy się zastanowić. – powiedział książę Krak.

- Świetnie, świetnie, proszę, to moja wizytówka. – wcisnął księciu w rękę kartonik odwrócił się na pięcie i zniknął za zakrętem korytarza.

- Już szósty raz daje nam wizytówkę. – Książę pokiwał głową z politowaniem.

- Dziwię się, że pamięta, jak się nazywa. – stwierdził Bartolini.

Tak to naszym bohaterom upływały trzytygodniowe wędrowne wakacje w Urzędzie Miasta Stołecznego Warszawy. Zrozumieli na razie jedno – że sprawa nie będzie prosta. A czasu mają jak na lekarstwo.

Podczas gdy książę Krak, Bartolini i Mądrodudek od dwóch tygodni zmagali się z  urzędnikami w warszawskim magistracie, w przyszłości, to jest dokładnie trzy tygodnie później, czyli 17 czerwca 2012 roku około godziny trzynastej, profesor Gąbka, Don Pedro i Samborek siedzieli na ławce na placu Krasińskich machając nogami, a promienie słońca miło łaskotały ich skórę. Dzień był przepiękny. Wiem, że trudno to sobie wyobrazić, ale tak właśnie jest z machiną czasu. Krak, Bartolini i Mądrodudek cofnęli się o trzy tygodnie w czasie i z tego podarowanego, dodatkowego okresu ich życia upłynęły już dwa tygodnie. Niestety te dni nie były wypoczynkowe ani nawet przyjemne. W teraźniejszości minęło zaledwie kilka godzin, podczas których zaszło jednak bardzo wiele ważnych wydarzeń.

Trzeba powiedzieć, że metoda podróży w czasie wynaleziona przez Ufolódków nie była tak doskonała jak teleportacja, którą się posługiwali zarówno magowie jak i uczniowie w Hogwarcie, ani nawet  tak fajna jak wynalazek profesora Emmetta Lathropa Browna, dzięki któremu podróżował w czasie Marty McFly. W dziurę  czasową wchodziło się po prostu w pewnym punkcie przestrzeni, tam, gdzie się aktualnie znajdował latający talerz, tam też się z pozaprzestrzeni potem wychodziło. W tym czasie Ziemia wraz ze Słońcem przemieszczała się z dużą szybkością przez galaktykę i znajdowała się już dużo dalej, niż na początku. Trzeba więc było ją dogonić. Z tego też powodu spodziewano się powrotu księcia Kraka, Bartoliniego i Mądrodudka dopiero dzisiaj wieczorem, a nie w kilka sekund po tym, jak się w przeszłość udali. Miało to przysporzyć sporych kłopotów ekipie broniącej namiotów cyrkowych nad Wisłą, ponieważ to na nią szykował swoje główne natarcie szef najtajniejszej z tajnych służb. Ale i pozostali musieli jak najlepiej wykorzystać okres nieobecności przyjaciół, bo do zrobienia było bardzo wiele.

Samborek nie marnował ani chwili. Od samego rana surfował po Internecie poszukując wpierw adresu Biblioteki Narodowej, a potem miejsca, gdzie przechowywano specjalne zbiory, na przykład najcenniejsze rękopisy. Szukał też, gdzie znajdują się pracownie konserwacji rękopisów, bo tam można się było spodziewać dzieła Laurentego z Rud „Czary i atraktanty”. Mogło też leżeć ono w przepastnych magazynach dla najbardziej chronionych starych ksiąg. Tak zeszło mu do południa.

Don Pedro kupił w kiosku kilka plotkarskich gazet i jeden poważny dziennik. Poszukiwał tam wszelkich wiadomości, w których pojawiał się interesujący kompanię profesora Gąbki Marszałek Zmora, albo jego bliscy współpracownicy. Don Pedro odczuwał wielką potrzebę podzielenia się swoimi odkryciami ze współtowarzyszami z ławki, więc co chwilę wykrzykiwał na głos jakąś nową sensację. Profesor Gąbka zamknął oczy i od godziny do nikogo się nie odzywał. Oddawał się temu, co lubił najbardziej, to znaczy rozmyślaniom. Nie były to błahe rozmyślania. Zastanawiał się, czy nie będzie im potrzebna pomoc w poszukiwaniu miejsca spoczynku książki, albo w ogóle w walce z ciemnymi mocami, z  Licho i ich ludzkimi poplecznikami Guiltami, a nawet z samą kosmiczną pożeraczką wszystkiego, Czarną Dziurą.

- O! – krzyknął znowu po długim okresie ciszy Don Pedro -  Czy wiedzieliście, że w drugiej  połowie poprzedniego roku Polska zarządzała Unią Europejską?

Nikt mu nie odpowiedział , więc czytał dalej po cichu. Profesor Gąbka wyobraził sobie właśnie, jak przez któregoś z liszków lub Guiltów udaje im się, jak po nitce do kłębka, dotrzeć do Czarnej Dziury. – I co wtedy? – pomyślał – Unicestwimy ją, zatkamy, zabąblujemy. Zamkniemy jej tę wielką Czarną Jadaczkę, w którą wszystko co dobre wciąga, a wszystko co złe z niej wypluwa. Jednak czy istnieje na świecie coś, czym da się ją rzeczywiście zatkać, skoro nawet czyste światło nie daje jej rady?! Czy istnieje coś czystszego albo jaśniejszego od światła? – zastanowił się.

- A czy wiecie, że w czasie tej polskiej prezydencji – włączył się Don Pedro po kolejnej pół godzinie – W komisji rolnictwa Unii trzej doradcy z Polski, którzy – tak się dziwnie składa – są  członkami Najbardziej Oświeconej Rady, zgłosili aż dziewięć nowych projektów? Kilka z nich zostało przegłosowanych  pozytywnie. Na przykład taki, że w sklepach w całej Unii Europejskiej wolno sprzedawać tylko proste jak kij banany i proste ogórki i pomidory, które ważą więcej niż kilogram oraz są idealnie kuliste?!

- Kochany Donku – rzucił mu Samborek – Przestań, bo przeszkadzasz. Od dzielenia się wiadomościami są wieczorne narady. – oderwał wzrok od ekranu i popatrzył w stronę głównego wejścia do  pałacu Krasińskich. – Ja też coś właśnie odkryłem. Mianowicie, że to w podziemiach tego pałacu znajduje się magazyn specjalnych rękopisów i pracownia konserwacji specjalnych zbiorów. Więc jest 90% szans na to, że tutaj przechowują książkę Laurentego z Rud.

Dopiero teraz Samborek zakończył surfowanie i zobaczył, że do drzwi pałacu zmierza właśnie nie kto inny jak … Zielona Dziewczyna. Ta sama, którą spotkali w Bibliotece Jagiellońskiej.

- A wiecie, że przeszedł też ich inny projekt?! Wprowadzono do uprawy marchewkę wielkości półtora metra, w czarnym kolorze! – Don Pedro niezmordowanie kontynuował poszukiwania sensacji. – Podobno kolor pomarańczowy uznano za niepraktyczny, bo ziemia jest czarna i brudzi pomarańczową marchewkę.

Profesor Gąbka zrozumiał w tym momencie, że siła zdolna pokonać Czarną Dziurę naprawdę  istnieje. – Tak, istnieje! To jest świetlisty eter dobrych myśli, energia i moc oświeconych umysłów i czystych serc!

- Nie chcę nic mówić  - powiedział Samborek – Ale widzę Zieloną Dziewczynę. Pozwólcie, że się za nią przejdę. Okej? – rzucił, zamknął laptop, schował go w torbie i przewiesiwszy ją sobie przez ramię ruszył w kierunku biblioteki.

Będą nam potrzebni tacy ludzie o czystych intencjach i oświeconych umysłach, jak ci z Zielonych Oddziałów – pomyślał profesor – Będzie nam potrzeba bardzo wielu takich ludzi. Może trzeba doprowadzić do tego, aby oświecona i zjednoczona większość ludzkości, a może nawet cała ludzkość, stanęła twarzą w twarz z Czarną Dziurą i wygarnęła w nią swoją moc?! Ale jak w takim wielkim mieście mamy znaleźć te Oddziały?  Dlaczego myślę teraz właśnie o Zielonych? – zastanowił się profesor i nagle dotarło do niego znaczenie słów Samborka o Zielonej Dziewczynie. Czy ona przypadkiem nie jest jedną z nich? Taka zielona. Czy to tylko przypadek?!

- Zaczekaj, Samborku – powiedział profesor Gąbka – Ja też udam się do biblioteki. Skoro już ustaliłeś, że książka powinna być tutaj, muszę koniecznie porozmawiać z Najstarszym Inwentaryzatorem. – i ruszył za Samborkiem.

- Zdumiewające! – wykrzyczał Don Pedro – Wiecie, że kolejne zalecenie przyjęte wtedy jest takie, żeby produkować tylko brukselkę wielkości pomarańczy?! Dzięki temu brukselka stanie się prawdziwą brukselą?!

Don Pedro był tak pochłonięty artykułem, że w ogóle nie zauważył, że ławka opustoszała.

- Słuchajcie! – krzyczał więc do samego siebie – O carrramba! Tutaj małym druczkiem piszą, że zakłady Mix Genetix należące do Konsorcjum Od Pomysłu do Przemysłu, jako jedyne na świecie opanowały technologię produkcji nasion kijowych bananów, półtorametrowej czarnej marchewki i…, i wielkiej brukselki nazywanej brukselą!… Jutro w Strasznym Dworze jest posiedzenie Najbardziej Oświeconej Rady!!!… Halo, nie słuchacie mnie?!- Don Pedro rozejrzał się wokół siebie  – Carramba, co się stało?! Gdzie oni są?!

Dostrzegł profesora Gąbkę i Samborka niknących w drzwiach biblioteki, więc czym prędzej pozbierał swoje gazety i popędził za nimi.

W tym samym czasie Leszek Chytrusek razem z Alanem i Igorem zaczaili się w gęstych nadrzecznych krzewach w miejscu, gdzie stały namioty cyrkowe, trochę powyżej Parku Kępy Potockiej. Na szczęście udało im się po drodze zgubić ekipę z radia Tra-Ta-Tam, choć zajęło to bite trzy godziny. – Uparciuchy – pomyślał o nich z pewną czułością redaktor Chytrusek, kiedy już ich wykołowali.

Jerzy Ciernik znajdował się o kilka kilometrów stąd w samym sercu Warszawy, na szczycie najwyższego wieżowca, Warsaw Tower, gdzie prowadził odprawę dla zespołu antyterrorystów przed zaplanowanym atakiem na cyrk.

- Na Bielanach wylądował wróg – zagaił – Skąd wiadomo, że wróg? Nie mieli na to lądowanie pozwolenia. Tam rozbili obóz. Z urzędu miasta wiem, że na to też nie mieli pozwolenia. A kto od nas, albo od naszych przyjaciół nie ma stosownych pozwoleń na cokolwiek, to nasz wróg! Czyż nie tak?!

-Tak jest! – huknęli zarówno umundurowani jak i całkiem cywilni uczestnicy spotkania.

Po czym ci w garniturach założyli na twarze czarne okulary, a ci w mundurach wciągnęli na łyse czaszki  równie czarne kominiarki.

W namiocie Czarny Bolo trenował żonglerkę sześcioma futbolowymi piłkami, a doktor Koyot wyczarowywał kolejne piłki.

- Spróbowałbyś Koyotku wyczarować mi telewizor? – zapytał Smok – Skoro to ma być cyrk piłkarski, to przydałoby się obejrzeć jakiś mecz.

Nie jest wcale tak, jak pokazują na filmach i piszą w różnych niepoważnych książkach, że można wyczarować coś z niczego. Doktor Koyot  zamienił więc na piękny telewizor 3D z wielkim ekranem około sześćdziesięciu piłek, które najpierw wyczarował z około 300 muszelek, znalezionych na  brzegu Wisły.

- Przydałoby się jeszcze krzesełko – powiedział Smok

- No to fru!

I Doktor Koyot wyczarował mu z kolejnych stu piłek wygodny fotel. Smok włączył telewizor, zasiadł w fotelu i szykował się po raz kolejny do zapalenia ulubionej fajki. Ale nie zapalił jej wcale, bo oto na ekranie zobaczył widok, jakiego jeszcze nie widział. Transmitowano mecz ze stadionu we Lwowie. Smok pomyślał, że szkoda, że nikt dzisiaj nie gra na Narodowym w Warszawie, bo Narodowy był przecież o rzut nawet nie dyskiem, a beretem, kilka ulic dalej. No, ale trudno, Lwów też piękne miasto i z każdym tam się można dogadać po polsku. Na zieloniuteńkiej murawie walczyły ze sobą zażarcie dwie drużyny. W jednej grali czarni jak heban zawodnicy z Afryki w żółtych koszulkach i białych spodenkach. Przeciw nim występowało jedenastu żółtoskórych piłkarzy, wypisz wymaluj Japończycy, w białych koszulkach i czarnych spodenkach. Po środku biegał zaś biały sędzia w czarnej koszuli i żółtych gatkach.  - Ale to są podobno mistrzostwa Europy? – upewnił się Smok. To było tak oszałamiające odkrycie, że opadła mu nie tylko szczęka, ale też ręka z nabitą fajką,  o której zupełnie zapomniał. Na dokładkę, ledwie się zaczęło, a już było 1:0. Bramkarz żółtych tak niefortunnie wykopał piłkę, że zamiast do przodu poleciała do tyłu i wylądowała prosto w jego bramce.

- No nie – skomentował Smok  – to całkiem ciekawa impreza! Piłka nożna to naprawdę super gra! Muszę się nauczyć tego numeru z kopem do tyłu.  Trzeciego  lipca widownia w naszym cyrku po prostu oszaleje! Coś bym przekąsił.

- Przekąski wyczaruję na końcu. Jak już wszyscy będą z powrotem. – powiedział Doktor Koyot – Dobrze ci zrobi na linię mały pościk.

Smok Wawelski przejechał dłońmi wzdłuż swego brzuszyska, poklepał się po nim i przyjrzał się mu krytycznie.

- Nie słyszałem, żeby ktoś miał zastrzeżenia do mojej linii! – rzucił, ale jakoś znowu nikt mu nie odpowiedział.

Alan, Igor, Leszek Chytrusek i kamerzysta z ekipy Nic Poza Tym podczołgali się najbliżej jak się dało pod wielki namiot z szyldem Cyrk Maestro Tomatto vel Pomidorro „Zielona Arena”. Kamerzysta włączył kamerę i rozpoczął nagrywanie. Była już godzina czternasta czterdzieści. Namiot z wielkim szyldem prezentował się barwnie i okazale, tak samo jak stojące na zapleczu wozy i amfibia oraz kolejny mniejszy namiot.

Przy uchu redaktora Chytruska nagle zaskrzeczało w słuchawce radiołączności:

-Tu J23, tu J23! 007 Zgłoś się!

-  007 do J23. – wyszeptał Leszek Chytrusek –Jestem na miejscu.

- Rozpoznać siły bojowe przeciwnika! – rzucił do nadajnika znad okrągłego stołu w Sali Kandelabrowej Warszawskiej Wieży J23, czyli Jerzy Ciernik,.

- Tu 007. Tak jest. – odpowiedział mu znad Wisły redaktor Chytrusek. – Ruszamy! – rzucił za siebie i skinięciem głowy wypchnął naprzód Alana i Igora.

- Ale dlaczego my?! – zapiszczeli chórem Igor z Alanem.

- Podpisaliście, że mnie doprowadzicie do namiotów cyrkowych i latającego talerza a także do Zielonych Ludzików, więc jazda! Macie mnie doprowadzić!

- Podpisalyśmy? – zdziwił się Alan – Ale ja tam nic takiego nie widziałem.

- A czytałeś na drugiej stronie?

- To była jakaś druga strona?– zdziwił się Igor.

- Głupi – zaśmiał się kamerzysta – Nie wiesz, że każda rzecz ma dwie strony? Druga to zawsze ta gorsza.

- Zasuwać – pokazał w stronę namiotu Leszek Chytrusek – 90 procent wypłaty na koniec i to tylko wtedy, gdy ten koniec okaże się sukcesem!

- Och nie? – jęknęli razem Igor z Alanem, ale poczołgali się posłusznie pod samo boczne wejście do namiotu.

Cóż, jak się wlazło między wrony trzeba krakać jak i ony. Wejście boczne znajdowało się od strony rzeki i było zasznurowane, jak to w wielkim namiocie, grubymi sznurami wzdłuż obu boków. Między poszczególnymi szlufkami pozostawały jednak wystarczające otwory by zajrzeć do środka i ogarnąć wzrokiem całą przestrzeń wnętrza. Cyrk miał po środku słup, na którym zwykle w cyrkach uprawia się akrobacje powietrzne. Miał też rozległą  arenę, wokół niej zaś widownię na tysiąc osób. Był to największy cyrk jaki Alan i Igor widzieli w życiu. Chociaż nie, może większym cyrkiem była firma ochroniarska, która ich zatrudniała, a jeszcze większym na pewno koncern medialny Nic Poza Tym, z którym podpisali właśnie kretyńską umowę. Nie mieli pojęcia, że w mieście działa jeszcze kilka o wiele, wiele większych cyrków, a największym z nich nie jest ani Konsorcjum Od Pomysłu do Przemysłu, ani nawet Najbardziej Oświecona Rada zbierająca się raz w miesiącu w Sali Kandelabrowej Warszawskiej Wieży. Alan i Igor najpierw spostrzegli psa. Prawie że papillon w czarno białe łaty leżał blisko środka areny na plecach. Wszystkimi czterema łapami odbijał do góry piłki futbolowe w czarno-białe ośmioboki. Gość z miotaczem płomieni przebrany za jaszczurkę siedział przed telewizorem z rozdziawionym pyskiem. Z tego pyska sterczało mu imponujące uzębienie, sto razy groźniejsze niż u krokodyla, którego widzieli kiedyś w warszawskim ZOO. Wyglądało na to, że z jakichś powodów jaszczur osłupiał. Z boku areny facet o długim nosie w czarnoksięskiej czapce w złote gwiazdki, dotykał pałeczką muszelek, z których na oczach Alana i Igora, powstawały czarnobiałe, łaciate futbolówki. Każda nowa futbolówka wędrowała w łapy psa, odbywała cykl żonglerskich podskoków i odesłana jednym mocnym kopem wtaczała się do małej bramki ustawionej za głową psa.

- Cie choroba – wysapał Igor – Prawdziwy cyrk.

- Odwrót – zakomenderował Alan ochrypłym od nadmiaru wypitej w życiu coli głosem – Co my miely zobaczyć to my już widziely.

Odczołgali się czym prędzej spod bocznego wejścia za krzaki, gdzie czatował dzielny redaktor i jego kamerzysta, nagrywający tę scenę.

- I co? – zapytał Chytrusek

- Mają miotacz płomieni, czarodziejską różdżkę, smocze i psie zęby oraz pazury – wyrecytował Alan.

- Co? Co ty wygadujesz?! – rozsierdził się redaktor

- Jak bum cyk, cyk! – potwierdził gorliwie Igor .

- Na zapleczu widziałem amfibię. Tablica rejestracyjna czarna, GK 24568[1]. Może być uzbrojona po zęby. – włączył się kamerzysta.

- Żadnego z was pożytku. Muszę sam zobaczyć. – powiedział wściekły Leszek Chytrusek.

Przesławny redaktor telewizji  Nic Poza Tym ruszył w kucki w kierunku cyrku, a za nim poczołgał się  jego wierny kamerzysta.

Tymczasem w Bibliotece Narodowej w pałacu Krasińskich profesor Gąbka pozostawił na głowie Samborka i nie byle jakiego speca od spraw szpiegowskich, Don Pedra, sprawę dyskretnej obserwacji Zielonej Dziewczyny.

- Nie spuszczajcie jej z oka. Mam przeczucie, że ona nas zaprowadzi do Zielonych Oddziałów, a ci ludzie będą nam potrzebni, jak tylko znajdziemy obiekt-klucz, a może i wcześniej. Pa, pa! A  jakbyśmy się nie spotkali za dwadzieścia minut w głównym halu, to wieczorkiem w Cyrku.

Profesor za nic nie chciał doprowadzić do tego, żeby go Zielona Dziewczyna ponownie rozpoznała, więc szybko pognał w zupełnie specjalne korytarze, gdzie wpuszczano tylko profesorów i to nie byle jakich. Okazało się, że tytuł profesora Akademii Księcia Kraka XXIV w zupełności tutaj wystarczał. Don Pedro i Samborek rozpoczęli poszukiwania, jak zwykle od katalogów. Szukali i szukali, i stracili już prawie nadzieję, kiedy dotarli do ostatniego katalogu: Nieciągłych Druków Specjalnych. Druki nieciągłe to takie, które wychodzą od czasu do czasu, albo tylko jeden raz, jak na przykład ten raport, o którym Zielona Dziewczyna wspominała im w Krakowie. I to ona we własnej osobie znajdowała się właśnie tutaj! Była tak skupiona na wertowaniu  zawartości szufladek,  że nawet ich nie zauważyła. Wycofali się dyskretnie.

- Mało brakowało, a wpadlibyśmy prosto na nią. – powiedział skonsternowany Samborek – Może mnie nie pamiętać, ale przecież mnie zna.

- Carrramba, jeżeli chcemy ją śledzić i pozostać niezauważeni, musimy znaleźć jakieś bardziej strategiczne miejsce– powiedział Don Pedro – Ile tutaj jest wyjść? Może wystarczy obserwować wyjście?

- Poczekaj. Trzeba do Internetu.

Samborek usiadł w dyskretnym kącie i włączył laptop. Przez chwilę przerzucał strony, aż znalazł właściwą.

- Wejście dla publiczności jest tylko jedno i to tam, gdzie wyjście. Wracajmy na ławeczkę, nie ucieknie nam.

W drzwiach zderzyli się niemal z profesorem Gąbką.

- Szybko ci poszło, profesorku! – Don Pedro uniósł brwi ze zdziwienia.

- Raczej szybko mi nie poszło – westchnął profesor – „Czary i atraktanty” są  tutaj, ale to wszystko, co osiągnąłem. Nie dadzą mi na ten rękopis spojrzeć nawet przez szybę pancerną a co dopiero zrobić ksero, albo skany. Trzeba mieć specjalne zezwolenie od samego Ministra Kultury. A co z naszą dziewczyną?

- Właśnie szpera po katalogu druków nieciągłych. – powiedział Don Pedro

- Jest tylko jedno wyjście, więc możemy tutaj w parku zaczekać. – wyjaśnił profesorowi Samborek.

- Czy nie mówiliście, że ta dziewczyna szukała w Krakowie Raportu Specjalnego na temat planów budowy elektrowni atomowej na Mazurach? – zapytał Don Pedro.

- W istocie tak było – rzekł profesor – powiedziała nam o tym sama, nieproszona.

- Gdybyście mnie uważnie słuchali, dowiedzielibyście się ciekawych rzeczy. Wiecie, że  budową tej elektrowni ma się zająć należący do KOP do P Instytut Megaatom?!  -  Don Pedro potrzasnął plikiem gazet – W tych plotkarskich gazetach jest wiele takich kwiatków.

- Mówiła wtedy – wtrącił Samborek – że to jest Znikający Raport. U nas ostatnio wciąż coś tak znika, a to jakieś miliony w czyjejś kieszeni, a to inwestycje, a to prywatne składki na czyjeś emerytury z Funduszy, albo kawałki autostrad, a nawet całe drogi, które już miały być, ale ich nie będzie.

- Fatalnie. To wszystko dowodzi, że poplecznicy Czarnej Dziury urządzili sobie tutaj nad Wisłą istny raj, i że udało im się już dobrze przygotować do ostatecznego starcia z naszą Kompanią.

- Cicho – wyszeptał Samborek łapiąc Don Pedra za róg peleryny – Idzie.

- Carrramba –rzucił Don Pedro – Za nią.

- Okej – odpowiedział Samborek.

I poszli jej śladem. Była już godzina czwarta po południu. Profesor Gąbka co prawda nie osiągnął w bibliotece swojego głównego celu, ale za to zrobił komórką nagrania interesujących ich pomieszczeń w pałacu: sali zbiorów specjalnych, czytelni tych zbiorów, pracowni rekonstrukcji i konserwacji rękopisów i starodruków, magazynu najcenniejszych ksiąg oraz katalogu zbiorów specjalnych.

Redaktora Leszka Chytruska, od czołgania się, szybko rozbolały kolana i  łokcie, więc nie zważając, że może się to źle skończyć, wstał i otrzepał z kurzu granatowy garnitur. Na wszelki wypadek strzepnął energicznie złotą grzywę, bo w każdej chwili życia myślał o tym, jak wypadnie przed kamerą, a kamera była przecież bez przerwy na chodzie i to tuż za jego „plecami”. – Najwyżej coś się wytnie, coś się sklei i już. Dobrze będzie. – pomyślał i ruszył energicznie naprzód.  Wkrótce był przy bocznym wejściu i zapuszczał żurawia do środka. Kiedy ogarnął widok i już miał ustąpić miejsca kamerzyście, w kieszeni jego marynarki zagrzmiała nagle melodia Katiuszy.  Pierwsze takty były ciche, następne już głośniejsze, a kolejne jeszcze bardziej. Redaktor Chytrusek szybko odnalazł komórkę i nacisnął guzik połączenia. Wiedział po melodii, kto dzwoni.

- Słucham, panie Marszałku?!

-  Spróbowałbyś nie słuchać, redaktorku! Więc słuchaj no. Jutro o północy mamy małe spotkanko, w Strasznym Dworze, w sprawie tej elektrowni. Chcę żebyś tam był… Ale, nie o tym chciałem… Napisz no mi kochaniuteńki na jutro artykuł o nieszkodliwości półtorametrowej marchewki. Wiesz, tej, co to mamy na nią patent, a na dodatek będziemy z niej pędzić, o czym nikt na razie nie wie  – więc sza! – najtańszą na świecie wysokoprocentową colę…

- Tak jest – zdążył rzucić do słuchawki Leszek Chytrusek. – Przepraszam panie Marszałku, ale mam tutaj podbramkową sytuację, i…

To było wszystko, co zdążył powiedzieć. Cała jego dotychczasowa przebiegłość  okazała się psu na buty, bo w tej samej chwili boczne wejście do cyrku otwarło się i stanął  w nim jaszczur wielki jak smok.

- Jaszczur, przedpotopowy jaszczur! Na pomoc!!! – ryknął jeszcze w słuchawkę Chytrusek i rozłączył się.

Zamierzał się rzucić do ucieczki, ale za nim i jego kamerzystą wyrósł jak spod ziemi gość z długim nosem i pałeczką w ręku. Redaktor chciał biec w prawo, ale tam czaił się już do skoku przerażający pies o zjeżonej sierści, który  wyglądał jak krwiożerczy diabełek. Pozostała tylko droga w lewo. Zaraz się jednak okazało, że to droga donikąd. Grunt się po chwili urywał, a poniżej płynęła Wisła. Smok zionął w ich stronę ogniem i poczuli, jak robi im się gorąco, nie tylko ze strachu.

- Ja cię sadzę, ale numer!  – Kamerzysta ani na chwilę nie przestał filmować – To ci dopiero połykacz ognia!

Nie zdążył dokończyć zdania, kiedy zrobiło się jeszcze ciekawiej.

- To nasz cyrk. Pozwolenie na wejście macie?! – zapytał długonosy czarnoksiężnik.

A ponieważ mu nie odpowiedziano, podniósł pałeczkę do góry. Trysnęła z niej w ich kierunku błyskawica rozdwojona na końcu jak język żmii. Poczuli uderzenie w pierś, jakby kopnął ich koń, a potem zrozumieli, że lecą w powietrzu. Zanim jednak zdążyli pojąć, że wylądują w Wiśle, już w niej byli.

- Ratunku! Ratunku!!! – wrzeszczał chlapiąc na wszystkie strony redaktor Chytrusek – Nie umiem pływać!!! ….Mój złoty Patek!… Mam nadzieję, że rzeczywiście wodoszczelny…

- Co wodoszczelny patyk?! – dopytywał się kamerzysta

- Patek, debilu! – wrzasnął Chytrusek – Złoty zegarek ze Szwajcarii! – i zachłysnął się wodą.

- Ja cię!!! – kamerzysta filmował oddalający się namiot z szyldem Cyrk Maestro Tomatto vel Pomidorro „Zielona Arena” i malejące postacie na brzegu – To cyrkowcy największej światowej miary!!! Ten połykacz ognia przebrany za jaszczura pierwsza klasa, a ten czarnoksiężnik! Jak prawdziwy! Ale mamy materiał! …Bombowy!… Hit!

- Coś ty?! – redaktor Chytrusek stuknął się w czoło i nabrał wody w usta. Wypluł ją i rozkaszlał się. Kamerzysta już dopadł brzegu, a Chytrusek płynął dalej z prądem wygrażając mu ręką.

- Ani mi się waż!..Rozumiesz?!!! …Ani się waż pokazywać ten materiał! Kiedykolwiek!… Nigdy! Po moim trupie! – I znowu zachłysnął się wodą.

Kamerzysta filmował, jak jego dotychczasowy szef odpływa. Miał nadzieję, że w zupełną niepamięć. Mylił się jednak.

Za to Alan i Igor tym razem się nie pomylili i rezygnując z wypłaty po stówie czym prędzej oddalili się od miejsca tych niesamowitych wydarzeń.

chytrusek_umowa jpg

Rozdział 8 –  Atak na cyrk Maestro Tomatto vel Pomidorro „Zielona Arena”.

 Drugie stracie.

Profesor Gąbka, Samborek i Don Pedro dotarli za Zieloną Dziewczyną aż na Mariensztat. Tu weszła ona do księgarni, nad którą widniał szyld „Sowa”. Jak szybko sprawdził Samborek w Internecie, właśnie w tej księgarni można było dostać archiwalne numery czasopisma Zielone Oddziały. Znajdowały się one także w Bibliotece Narodowej. Pismo przestało się ukazywać już prawie cztery  lata temu. Don Pedro obszedł dokładnie kamienicę i stwierdził, że innego wyjścia z księgarni nie ma. Czekali długo, ale nic się nie zmieniało. Było już późne popołudnie. Nieliczni klienci wchodzili i wychodzili, a Dziewczyna wciąż pozostawała w środku.

- Trzeba wejść – zadecydował w końcu profesor Gąbka – I tak jutro będziemy już w telewizji i wszyscy będą znali nasze twarze. Najwyżej się okaże, że ona nie ma z nimi nic wspólnego.

- W każdym razie nie wygląda mi na Guilta, ludzkiego pomocnika Ciemności. – stwierdził Samborek.

- Wszyscy będziemy znani?! Ja nie chcę.  – Don Pedro nie był wcale z tego powodu szczęśliwy.

- Czas do domu, to znaczy do cyrku. Kiszki mi marsza grają. – powiedział Samborek

- Najgorsze jest to, że dzisiaj kolację wyczaruje nam doktor Koyot, a to zupełnie co innego niż czary Bartłomieja. – stwierdził smętnie profesor Gąbka.

Weszli do księgarni. Samborek ciekawie rozglądnął się po wnętrzu wypełnionym pod sufit słowem drukowanym.

- Witam, czym mogę służyć? – zapytała zza lady Zielona Dziewczyna.

- To pani tutaj pracuje? – zdziwił się profesor Gąbka.

- Już wiem, skąd pana znam. Czemu nie weszliście od razu do środka? Obserwowałam was przez okno. Profesor Gąbka, prawda?!

- Nie do końca – skłamał profesor – Sobowtór profesora. Jestem z cyrku Maestro Tomatto vel Pomidorro „Zielona Arena”. Rozłożyliśmy się na Bielanach, nad Wisłą. – mrugnął do Zielonej Dziewczyny porozumiewawczo okiem – Myślę, że na świecie jest bardzo mało osób, które byłyby w stanie przyjąć do wiadomości, że oto stoi przed  nimi żywa z krwi i kości postać, pochodząca z wirtualnej rzeczywistości.

- Nadchodzą takie czasy – stwierdziła Dziewczyna – Że wielu ludzi z realu będzie się przenosić do wirtualu, a postacie z wirtualu będą mogły swobodnie wędrować po realu.

- Incognito, tak czy siak, czy owak jest jak najbardziej wskazane – rzucił Don Pedro.

- Don Pedro z Krainy Deszczowców?

- Don Depro z Rodziny Cyrkowców, prawdziwy don z Hiszpanii – ukłonił się i zamiótł peleryną podłogę.

- A już myślałam, że mi się to przyśniło. Co panów do mnie sprowadza? Potrzeba jakiejś szczególnej lektury?

- Czy dostaniemy wszystkie roczniki miesięcznika Zielone Oddziały? – zapytał Samborek.

- O! To rzeczywiście szczególna lektura. Niby poprawna, a wywrotowa. Głośno każdy popiera, a po cichu robi w domu i gdzie indziej na odwrót. … Ale tak się składa, że wszystkie numery Zielonych Oddziałów mamy na składzie.

- Więc poproszę. – profesor położył stuzłotowy banknot na ladzie – Ale sprowadza nas też coś innego. Poszukujemy sojuszników. Ludzi dobrej woli. Tutaj na miejscu. Poinformowano nas, że będą nimi Zielone Oddziały. Ziemi grozi zagłada.

- Wiem – powiedziała Zielona Dziewczyna – To się stanie 21 grudnia 2012 roku, czyli…

- …Za sześć miesięcy, cztery dni i kilka godzin. – powiedział szybko Samborek

- Panowie chcą uratować Ziemię od zagłady?

-  A pani znalazła może ten Raport o elektrowni atomowej? – zapytał Samborek

-  Moment. – profesor Gąbka powstrzymał Samborka – Pozwoli pani, że zapytam wprost. Czy pani jest może z Zielonych Oddziałów? Albo zna kogoś?

- Raport?! Zielone Oddziały?  – wzruszyła ramionami – Nic nie wiem. Z kimś mnie panowie pomyliliście.

- A jednak spotkaliśmy panią w Bibliotece Jagiellońskiej, a dzisiaj była pani też w pałacu Krasińskich – wtrącił się Don Pedro. – To nie wygląda na przypadek.

-  To nieporozumienie. Skąd pomysł, że mogę pomóc? Jestem tylko pomocnikiem w ekologicznej księgarni. Trochę się tym interesuję, nic więcej. Lepiej będzie jak przygotuję paczkę z tymi czasopismami.

Odwróciła się na pięcie i odeszła na zaplecze.

- Profesorku – syknął Don  – Tak nie można, wprost, to nie jest prawidłowo po szpiegowsku.

- Przecież nie chcemy jej skrzywdzić, tylko się zaprzyjaźnić?!- obruszył się profesor.

Don Pedro wzruszył ramionami. Po chwili dziewczyna wróciła z paczką. W milczeniu wydała im resztę. Profesor wziął paczkę.

- Przepraszam, pomyliliśmy się – powiedział i uśmiechnął się do niej – Miło było panią poznać. To była interesująca rozmowa. Dziękujemy za roczniki.

Profesor odwrócił się i skierował do wyjścia. Byli już przy drzwiach, kiedy usłyszeli jej głos.

- Profesorze, przepraszam, jeszcze to  – w ręku trzymała mały kartonik – Numery telefoniczne i adresy do księgarń naszej sieci w innych miastach.

Profesor zawrócił, wziął od niej kartonik i wsunął do kieszeni. Podziękował, pożegnali się raz jeszcze i wyszli.

- Czy wszystko jasne?! – zakończył odprawę bojową Szef Najtajniejszej z Tajnych Służb, Jerzy Ciernik.

- Tak jest!!! – ryknęli ci w garniturach i ci w mundurach, aż zatrzęsły się kandelabry.

- Powtarzam raz jeszcze. Wszystko ma się odbywać zgodnie z prawem. Brak pozwoleń! Wkraczamy. Lądują helikoptery sił specjalnych. Otaczamy ich. Armata na główny namiot! Trzy Czarne Osy gotowe do ostrzału z powietrza, gdyby próbowali zwiać! Chcę ich mieć żywych!

- Tu 007! – rozległo się w głośniku radiostacji – Tu 007! Zostaliśmy napadnięci i pobici! J 23, zgłoś się!

- Tu J23! Wiem. Miałem wiadomość ze Strasznego Dworu!.. Czemu tak późno, 007?!

- Późno co, J23?!

- Późno się odzywasz, 007!

- Spłynąłem do Młocin. Nikt nie chciał mnie wyciągnąć na brzeg. A potem nikt nie chciał pożyczyć komórki! Co się w tym mieście dzieje. Człowiek naraża życie, a…

- Dobra! Dość biadolenia! – przerwał mu J23 – Wszystko zapięte na ostatni guzik! Weź radio-taxi na mój koszt i melduj się na Kępie Potockiej, przy Gwiaździstej. O  21.15 zakładamy sztab operacyjny. O 22.00 Godzina Zero. Tu J23, odbiór?!

- Tu 007, zrozumiałem!

- Panowie! Koniec narady bojowej! – ogłosił Komendant – Do dzieła! Wszystkie ręce na pokład!

Rozległo się szuranie krzeseł i antyterroryści oraz tajniacy bez słowa pośpiesznym truchtem opuścili Salę Kandelabrową. Komendant Ciernik z zadowoleniem podkręcił swój czarny włos-antenkę, założył do ucha słuchawkę,  a w klapę wpiął mikrofon.

- Uwaga Czarne Osy! Próba łączności! – rzucił do mikrofonu

- Czarna Osa 100 melduje się! – rozległo się w jego uchu – Czarna Osa 101 na rozkaz! Czarna Osa 102 gotowa do akcji!

- Na! – odczekał sekundę  – Rozpoznanie! – zakończył komendę.

Z dachu Warszawskiej Wieży oderwały się  jedna za drugą trzy czarne ważki. Była  to eskadra najnowocześniej wyposażonych helikopterów bojowych Osa, o jakich świat jeszcze nie słyszał. Dysponowały nie tylko GPSem i noktowizorami[2], miały też prześwietlacze materii, które pozwalały widzieć przez betonowe i żelazne ściany oraz baterie laserowych działek setnej generacji, zdolne zamienić w bitą śmietanę każdy dowolny obiekt. Nawet tę wieżę, od której się właśnie oderwały. Migając rubinowymi światłami helikoptery ruszyły w kierunku Bielan. Plan był prosty: otoczyć teren, zgromadzić  wokół cyrkowego namiotu całą potęgę Oddziałów Ochrony Biznesowej  NORy (czyli Najbardziej Oświeconej Rady) i nie wypuścić stamtąd bez kontroli nawet myszy! Dowiedziawszy się, że w obozie wroga stacjonuje także amfibia, Komendant Ciernik sprowadził na wszelki wypadek nawet  jednostkę opancerzoną i jedną średnią armatę. Trochę to trwało, więc rozpoczęcie  akcji miało nastąpić o godzinie 21.15.  I dokładnie o tej godzinie Komendant opuścił Salę Kandelabrową, w której automatycznie zgasły wszystkie kandelabry. Na szczycie wieżowca na rogu alei Jerozolimskich i Marszałkowskiej zapadła ciemność. Bez jej blasku na ulicach także pociemniało, mimo że nad miastem wciąż jeszcze jarzyła się fiołkowo-purpurowa łuna zachodzącego słońca. Komendant wjechał windą na sam szczyt wieżowca. Czekał tam na niego osobisty helikopter Marszałka Zmory, wypożyczony na czas akcji.

Książę miał już zupełnie dosyć Urzędu Miasta Stołecznego Warszawy . Nadszedł właśnie ostatni dzień ostatniego tygodnia podarowanego czasu i został do zdobycia ostatni, najważniejszy podpis i najważniejsza ze wszystkich pieczątek . Były to podpis i pieczątka samego Prezydenta Miasta.  Okazało się, że dostać się do Prezydenta Miasta osobiście to zupełna niemożliwość. Przebicie się przez zasieki jego sekretarzy i zastępców sekretarzy byłoby większym wyczynem niż przelot balonem, bez lądowania, dookoła Ziemi.  Książę Krak pomyślał, że monarchia za dawnych czasów miała o wiele bardziej ludzką twarz, niż to, z czym ma tutaj do czynienia. U siebie zatrudniał tylko czterech urzędników i to zupełnie wystarczało. Tutaj urzędnicy wypełniali po brzegi kilkanaście kilkupiętrowych budynków, a Prezydent Warszawy był przez zwykłego Warszawiaka widywany osobiście tak często, jak milion wygrany w totolotka. W Grodzie Kraka książę raz w tygodniu rozsądzał spory na miejskim placu i każdy go mógł nie tylko zobaczyć, ale też dotknąć rąbka jego szaty. Raz w miesiącu urządzał też obrzędową ucztę dla wszystkich mieszkańców z okazji świąt przyrody. Brał w niej oczywiście osobiście udział. Okazji do świąt było co najmniej trzy razy tyle, ile miesięcy, ale za rządów Kraka XXIV w państwie Wiślan, Krakowiaków i Górali obowiązywał umiar. Dlatego każde święto trwało tylko 3 dni.

Urzędnik, na którego tym razem czekał książę Krak, był zastępcą zastępcy sekretarza zastępcy Prezydenta do spraw kultury i rozrywki. Wyszedł gdzieś sobie i ani myślał wracać, chociaż były to godziny urzędowania. Książę siedział na ławce od rana, a było już południe. Za jego plecami rósł tłum oczekujących. Z niepokojem spoglądał na zegarek, bo dzisiaj o 12.55 koniecznie musieli opuścić przeszłość. Na pięć minut przed momentem, w którym w nią wkroczyli dokładnie trzy tygodnie temu. Wtedy działo się to o godzinie 13.00. Pięć minut to niezbędny margines bezpieczeństwa, żeby w  Bramie Czasu nie spotkać samego siebie wędrującego w drugą stronę. Wiem, że to brzmi okropnie skomplikowanie, ale sprawy związane z podróżami w czasie są tak potwornie trudne i tak niewiarygodne, że nie łatwo  je wytłumaczyć nawet profesorowi fizyki, a co dopiero zwyczajnym ludziom, jak my wszyscy. W każdym razie, aby znaleźć się na Ziemi, w Warszawie, na Bielanach o godzinie 22.00, tak jak to było zakładane, musieli wystartować przez Bramę Czasu  o 12.55. Jeśli im się to uda, znajdą się w jednej chwili w przestrzeni tam, gdzie z niej trzy tygodnie temu wyszli. To znaczy jakieś trylion kilometrów od miejsca, dokąd zdążyła już polecieć Ziemia. Latający talerz przelatywał ów trylion kilometrów w dziewięć godzin i sześć minut.

Książę Krak nudził się dzisiaj w urzędzie, ponieważ był sam. Mądrodudek przygotowywał talerz i machinę czasu do startu, a Bartłomiej Bartolini dogadywał się z prezesami Polskiego Związku Piłki Nożnej i dawał do prasy oraz kroniki telewizyjnej ostatnie anonse słynnego w wielkim świecie cyrku Maestro Tomatto vel Pomidorro, czyli „Zielonej Areny” Bartłomieja Bartoliniego z Krainy Pomidora i Włoskiej Kapusty. Cyrk miał dać jedno jedyne, ale za to największe w swej przesławnej historii przedstawienie. Miało się ono odbyć dnia trzeciego lipca z udziałem polskich piłkarzy, w namiotach opodal Parku Kępy Potockiej, o godzinie 20.30. Miało to być „Widowisko Piłkarskie z okazji Finałów Mistrzostw Europy”. O dziwo szefowie związku futbolistów polskich bez zmrużenia oka przyjęli zaproszenie dla siebie i drużyny do udziału w cyrkowym widowisku. Centralnym jego punktem był pokaz  iluzjonistyczny prawdziwego złotego Pucharu Europy z „niespodzianką”. Przez całe trzy tygodnie Krak i Bartolini rozpowiadali po wszystkich kolejkach, we wszystkich wydziałach urzędu, że „niespodzianka” w pucharze to głowy państwa Polski i Ukrainy, które zjawią się w cyrku osobiście. Już pierwszego dnia pobytu w przeszłości, czyli trzy tygodnie temu, Bartolini umieścił w Internecie piękną prezentację cyrku „Zielona Arena” przygotowaną przez Samborka w Power Poincie. Cyrk z prezentacji przedstawiał się znakomicie.

Po kolejnych dwudziestu minutach urzędnik nareszcie się zjawił. Stanął przed tłumem z miną iście królewską, potoczył władczym spojrzeniem po zebranych i oznajmił tonem nie znoszącym sprzeciwu:

- Nikogo dzisiaj nie przyjmę! Jestem bardzo zajęty!

Tłum westchnął zdumiony,  a potem nerwowo przełknął ślinę. W tym czasie urzędnik złapał za klamkę swojego gabinetu i zanurzył się w jego czeluściach. Książę Krak był oburzony.

- Jak to! – krzyknął – Mam tylko odebrać papierek z pieczątką  i podpisem prezydenta! Ten dokument jest gotowy, tylko go wydać!

Inni milczeli. W drzwiach obok ważnego urzędnika pojawiła się zaraz usłużna sekretarka.

- Pan zastępca zastępcy sekretarza zastępcy prezydenta przyjmie państwa wszystkich jutro.

- Ale ja muszę mieć ten dokument dzisiaj! – ryknął groźnie książę – I to już!!! Bezzwłocznie!!!

- Pani Marysiu – szepnął ważny urzędnik do sekretarki – Kto to jest ten awanturnik w koronie? Ten gość zna się na prawie. Wie, że istnieje formuła bezzwłoczności dostarczania decyzji prezydenta!

- Nie wiem, kto to. – wzruszyła ramionami pani Marysia -  Wygląda jak król.

- Dobrze – ogłosił urzędnik – Skoro król musi bezzwłocznie, to dostanie w drodze wyjątku. Proszę króla do mnie.

W korytarzu rozległ się szmer oburzenia, ale ważny urzędnik uciszył go krótko:

- I nie buntować mi się tutaj, bo do jutra już niedaleko. Każdy chciałby pewnie dostać jutro korzystną dla siebie decyzję? Hę?!

Książę Krak podreptał pośpiesznie do gabinetu, gdzie odebrał bezzwłocznie najważniejszy z dokumentów z najważniejszą pieczęcią i najważniejszym podpisem. Dokument ten ozdabiała iście królewska czerwona kokarda. Książę czuł się okropnie, kiedy przechodził obok rozsierdzonego tłumu, który pomstował na urząd i urzędników.

- Ludzie! – zawołał książę Krak, kierowany po trosze poczuciem winy  – Czemu nie upominacie się o swoje prawa, jak ja?! Trzeba było krzyczeć! Zróbcie coś wreszcie. Ja niestety nie mam czasu na rewolucję. Gdyby nie to, zaprowadziłbym tu zaraz z powrotem monarchię konstytucyjną.

- Tak! Pewnie! Racja! Zróbmy rewolucję! Do diabła z tym, mamy swoje prawa! – krzyczeli rozochoceni petenci urzędu, kiedy książę biegł już ulicami do latającego talerza.

Ale kiedy ważny urzędnik pojawił się na korytarzu, tłum umilkł i najpierw jedni się mu kłaniali, potem drudzy podawali ręce, wreszcie ktoś trzeci wręczył mu bombonierę.

- Do jutra! – pożegnał ich ważny urzędnik i zakończył urzędowanie na dziesięć minut przed czasem. Była godzina za dziesięć pierwsza.

Profesor Gąbka, Samborek i Don Pedro znajdowali się już na ulicy Gwiaździstej i tylko kilkaset metrów dzieliło ich od pola cyrkowego. Wieczór był niesłychanie spokojny, w powietrzu rozchodził się zapach róż, lip i jaśminu, a świerszcze cykały jak oszalałe. Od Wisły powiało mułem rzecznym i Don Pedro z rozkoszą wciągnął w nozdrza tę przepiękną woń. Wtem za ich plecami rozległ się warkot wielu silników. Obejrzeli się za siebie i zobaczyli, jak zza zakrętu wyłonił się wóz pancerny, który pędził ulicą z dużą prędkością. Za nim podążały samochody bojowe z ludźmi w mundurach i kominiarkach. Wkrótce kawalkada minęła ich wielkim pędem. Za wozami bojowymi z kolistymi z trupią czaszką przebitą bagnetem i napisem „KOP-DOP Ochrona”, jechały nieoznakowane samochody, w których siedzieli krótko przystrzyżeni ludzie w garniturach i ciemnych okularach. Nisko po niebie przetoczyły się z basowym klekotem wirników błyskające światłami czarne jak noc helikoptery Osa. Wszystko to zdążało gdzieś w stronę miejsca, w którym postawili swój cyrk.

- Czy oni przygotowują trzecią wojnę światową?! – zapytał Samborek

- Obawiam się – odpowiedział mu profesor Gąbka – Że to oddziały Prawej Ręki Licho, najważniejszego Guilta na Ziemi, czyli Marszałka Zmory… I że chodzi im o nasz namiot.

W tym momencie minęła ich ciężarówka ciągnąca armatę.

- Teraz rozumiem – rzekł Don Pedro – Dlaczego go nazywają Marszałkiem, chociaż podobno nawet nie służył w wojsku.

Za kolejnym zakrętem okazało się, że niestety mieli rację. Mundurowi i cywile rozłożyli się na placyku. Zdążyli opuścić pojazdy i rozchodzili się, tworząc kordon wokół cyrkowej polany.

- O rany! – wyrzucił z siebie Samborek – Jak my się dostaniemy do domu?

- Mam nadzieję, że prosto – powiedział profesor Gąbka i podszedł do uzbrojonego po zęby człowieka w granatowym stroju bojowym.

- Przepraszam, ale chcielibyśmy przejść.

- Przejść? Jak to? Do środka? – zdziwił się wojak.

- Tak, właśnie. My jesteśmy z tego cyrku. Chcielibyśmy wrócić do pracy.

- A, do pracy?! – rzekł zamaskowany wojownik – Proszę bardzo. Ja mam tylko rozkaz nikogo stamtąd nie wypuszczać.

- Dziękujemy uprzejmie – powiedział profesor Gąbka i cała trójka nie niepokojona przez nikogo udała się do cyrkowego namiotu.

- Szybko, szybko!!!! – Mądrodudek z Bartolinim stali na drabince latającego talerza i wymachując rękami ponaglali księcia Kraka.

Książę zakasał swój książęcy płaszcz i długimi susami, z koroną w prawej ręce oraz najważniejszym dokumentem w lewej, pędził przez łąkę nad Wisłą nie zważając na wpadające nań biedronki, pszczoły  i  motyle.

- Ale się zasapałem – wyrzucił z siebie stawiając stopę na szczeblu drabinki do włazu.

- Przekroczyliśmy barierę bezpieczeństwa – powiedział zaaferowanym głosem Bartolini.

-Ja, ja . Tak. My moż spotk sami się! – potwierdził Mądrodudek – Tylk dwie min do start!

Pośpiesznie zatrzasnęli właz i podążyli do głównej sterowni. Mądrodudek zasiadł za pulpitem i wprowadził do komputera pokładowego kod startu. Komputer zamruczał, silnik zabuczał, komputer westchnął, kolumna światłoczasowa ruszyła tęczowym kołowrotem. Książę Krak i Bartolini pośpiesznie zapięli pasy a Mądrodudek wpiął się do kontaktu. Barwy kolumny zaczęły migotać w oszałamiającym tempie i stawały się coraz jaśniejsze.

- Uwaga! – rzucił komputer pokładowy – My startować! Trz…, dw…, jed, … Zeeeerrrooo!!!

Na ekranie komputera pokładowego ukazała się brama czasu.

- Uwaga! Uwaga! – ostrzegł ponownie komputer pokładowy – My wchodzić w Bram Czas! Trz…, dw…, jed, … Zeeeerrrooo!!!

Zrobiło się zupełnie ciemno i zaległa absolutna cisza.

Helikopter wylądował na terenie graniczącym z polaną cyrkową i komendant Ciernik sprawnie opuścił pojazd. Przywitał się z jednym z dowódców, uścisnął dłoń jednego z szefów tajniaków, po czym we trójkę udali się w stronę cyrku.

- Teren odcięty! – meldował ten w mundurze

- Zwierzyna w saku! – powiedział ten w garniturze – Osaczeni, he, he! – zaśmiał się grubo.

- Wszyscy?!

- Osy meldują, że na ekranach mają sześciu.

- W Zaczarowanym Ogrodzie było ośmiu… – zastanowił się Ciernik – Dwaj muszą jeszcze gdzieś być. A co z namiotem i amfibią?

- Prześwietlone. Puste.

- Puste?…Niedobrze – wymruczał pod nosem komendant.

Chociaż wszystko było jak ta lala, wciąż miał czarne myśli i złe przeczucia. Zatrzymali się przy bramie ogrodzenia. Ten w cywilu podał komendantowi nagłaśniającą tubę.

- Dyrekcja cyrku! – huknął Ciernik – Dyrekcja proszona jest bardzo uprzejmie do ogrodzenia! Tak, jak najuprzejmiej!!! Proszę wziąć ze sobą do okazania: pozwolenie na lądowanie, pozwolenie na rozbicie namiotów, pozwolenie na prowadzenie cyrku, pozwolenie na prowadzenie amfibii, prawo jazdy i prawo do pilotażu myśliwców, pozwolenie na przedstawienie i pozwolenie na pobyt w stolicy! Proszę przygotować paszporty, zaświadczenie o odbyciu szkolenia przeciw-pożarowego i świadectwa zdrowia wszystkich pracowników! Proszę przygotować dokumenty ubezpieczenia cyrku, ubezpieczenia pracowników, ubezpieczenia od niespodziewanych wypadków i ulewnego deszczu, ubezpieczenia od złodziei i Autocasco! I świadectwo szczepienia psa przeciw wściekliźnie!

Na twarzy komendanta po raz pierwszy tego wieczora pojawił się szeroki uśmiech. Liczba zezwoleń i dokumentów, jakich zażądał, zdawała się gwarantować sukces operacji. Było niemalże niemożliwe, żeby jakakolwiek firma w mieście zgromadziła to wszystko i żeby każdy z tych papierków był aktualny.

- ZUS – szepnął  mu cywil. Jerzy Ciernik stuknął się w czoło tak, że byłyby mu spadły okulary.

- Oczywiście – wyszeptał, po czym ryknął w tubę – Przygotować zaświadczenie o aktualnej wpłacie do ZUS! – zaśmiał się do swoich przybocznych – No tośmy ich załatwili na cacy.

- Powtarzam – rzucił w tubę – Dyrekcja!…

… Ale zanim zaczął, w wejściu do namiotu ukazały się dwie postacie. Jedna w meloniku, druga w czarnoksięskiej czapce. Dwaj dziwaczni osobnicy podeszli do bramy w ogrodzeniu pola cyrkowego.

- Jestem profesor Gąbka – powiedział ten w meloniku – A to jest Doktor Koyot. Witamy panów serdecznie w cyrku Maestro Tomatto vel Pomidorro.

- Czy panowie są z dyrekcji?! – rzekł wyniośle Komendant. – I czy macie ze sobą wszystkie dokumenty?!

- Nie jesteśmy z dyrekcji – powiedział profesor – Bo u nas nie ma dyrekcji, a dyrektorem jest sam maestro Tomatto, czyli Bartłomiej Bartolini.

- Dobrze. To proszę go tutaj poprosić. – zaskrzeczał komendant przez tubę

- Tak się składa, że chwilowo wyjechał.

- Wyjechał?! Ciekawe. – Ciernik zakręcił swego jedynego włoska i poprawił okulary na nosie – A pozwolenia macie ze sobą?!

- Nie. Nie mamy. – powiedział doktor Koyot. – Niestety dyrektor Bartolini nie zdążył wrócić z Urzędu i ….

-  Co?! – przerwał mu rycząc przez tubę  komendant – Nie macie pozwolenia?!

- Ani jednego, bo dyrektor jeszcze nie wrócił. – tłumaczył cierpliwie doktor Koyot – Jeżeli panowie chwileczkę zechcecie zaczekać, to być może…

-  Co czekać?! Nie macie zezwolenia i to ani jednego?! – Komendant wyprostował się. W poczuciu wielkiego tryumfu i niekwestionowanego zwycięstwa poczuł nagły przypływ ciemnej siły – Skoro nie macie – ryknął, aż zatrzęsła się ziemia – To zaraz zwiniemy cały ten tutaj cyrk! Cyrku sobie z nas robić nie będziecie!!! Panowie – rzucił do swoich podkomendnych – Do! … – i głos uwiązł mu w krtani, bowiem niebo przeszyła błyskawica.

Może to gwiazda spadła wprost na polanę? Wszyscy otwarli usta ze zdumienia. Za małym namiotem pojawiło się jakby czerwone światełko.

- Przepraszam na minutę, zaraz wracam – rzucił doktor Koyot i skierował się do małego namiotu.

- Co to było?! – rzucił Ciernik  do Mundurowego i Cywilnego.

- Co to było?! – rzucili Mundurowy i Cywilny w mikrofony zatknięte w klapach.

Nie doczekali się odpowiedzi. Z małego namiotu wyszedł Doktor Koyot, a za nim Bartłomiej Bartolini herbu Zielona Pietruszka i książę Krak. Obaj dźwigali naręcza pozwoleń i dokumentów oraz najświeższe wydanie Wieczornego Kuriera.

- Witam! -  powiedział zatrzymując się przy ogrodzeniu Bartolini – Jestem dyrektorem tego cyrku. A  pan jest dyrektorem tamtego? – wskazał za ogrodzenie, gdzie przyczaili się mundurowi i tajniacy, obsługa armaty i załoga pancernego wozu.

- Tak! To znaczy nie. Wypraszam sobie! – wrzasnął komendant – Czy macie wszystkie potrzebne zezwolenia, żeby tutaj postawić swój cyrk?!

- Tak. Mamy. Proszę sprawdzić.

Bartolini wysypał pod nogi komendanta stos papierów, który przydźwigał w swoim fartuchu. Książę Krak wysypał drugi stos zwojów i rolek ze swojego płaszcza.

- A to jest dokument najważniejszy – rzekł, wręczając Ciernikowi wielki papier z czerwoną kokardą – Pozwolenie od Prezydenta na wystawienie widowiska w tymże cyrku dnia trzeciego lipca.

- A żeby panu oszczędzić czasu na kontrolę tych stosów dokumentów, proszę – Bartolini wręczył  komendantowi gazetę – To dzisiejszy numer Kuriera Wieczornego, tu wszystko jest napisane.

Komendant przeczytał tytuł w gazecie i pozieleniał na twarzy, a nogi się pod nim ugięły. Rozwinął też na wszelki wypadek wielki dokument z czerwoną wstążką.

- No tak, poznaję. To jest podpis i pieczęć Prezydenta Miasta Warszawy. Przepraszam.

Przerwać natychmiast akcję !!! – ryknął w tubę – Oni mają wszystkie konieczne zezwolenia od Prezydenta Miasta!!!

Ci umundurowani i ci po cywilnemu zaczęli entuzjastycznie bić brawo. Komendant Ciernik, choć z wielkim bólem, wyciągnął ku Bartoliniemu prawicę. Uścisnęli sobie ręce. Brawa i wiwaty wzbiły się jeszcze mocniej nad bielańskimi łąkami. Jak widać tym oddziałom bojowym nie śpieszyło się wcale do boju.

- Tym razem wygraliście, spryciarze – wysyczał komendant potrząsając ręką Bartoliniego – Ale przysięgam, że was jeszcze dopadnę.

Odwrócił się na pięcie i pomaszerował do swoich oddziałów, a jego przyboczni ruszyli za nim.

- Zarządzam odwrót – ryknął przez tubę i cisnął ją z wściekłością w trawę.

Wszyscy jak na komendę opuścili posterunki i poklepując się po ramionach ze śmiechem wracali do pojazdów.

Wkrótce wokół namiotu zapanowała błoga cisza. Z wnętrza wypełzł Smok Wawelski i Czarny Bolo, a za nimi Samborek i Mądrodudek.

-Uff! – westchnął z ulgą  Don Pedro, który dołączył do nich na końcu – Ależ to było wejście Smoka! Carramba!!!

- To jeszcze nie koniec. Przygotujcie się na jutro. Rano wielka parada cyrku Maestro Tomatto vel Pomidorro „Zielona Arena”. Musi być o nas głośno w mieście.

I rzeczywiście było głośno. Tytuł w Kurierze Wieczornym obwieszczał: „Dziś najsłynniejszy na świecie cyrk Bartłomieja Bartoliniego z Krainy Pomidora i Włoskiej Kapusty zwany „Zieloną Areną” odebrał z rąk Prezydenta Warszawy ostatnie konieczne pozwolenie na występy w stolicy!!! W noc pełni księżycowej, z trzeciego na czwartego lipca wielki pokaz na Bielanach. Jak za dawnych lat!”…

Warszawiacy mieli jeszcze tego wieczora więcej fantastycznych atrakcji. Oto radio Tra-Ta -Tam nadało materiał, co prawda audio, jak to radio, ale za to fantastyczny:

- Szanowni państwo – donosił spiker – Oto zgłosił się do nas incognito pewien człowiek, który sfilmował pewien incydent. Starcie redaktora Chytruska z fantastyczną, przewspaniałą ekipą magików cyrku Maestro…. Możemy tylko potwierdzić, wierzcie nam na słowo, że takiego pokazu ogniowego i pokazu magii  jeszcze nie widzieliśmy!!! …

… I tak dalej, w koło, aż do końca, do ostatniego okrzyku odpływającego Wisłą do Młocin redaktora Leszka Chytruska.

To była sensacja. A ile radości! No, może nie wszyscy się cieszyli.

Leszek Chytrusek zacisnął zęby i ze złością powiedział do komendanta Ciernika

– Chcę mieć pierwszeństwo na wywiad z tymi cyrkowcami – Obaj siedzieli w helikopterze Marszałka Zmory. Przed chwilą wylądowali na dachu Warszawskiej Wieży. – Zajdę im za skórę, zniszczę ich, jeszcze mnie popamiętają.

- Co ja powiem Marszałkowi? – martwił się komendant – On mnie żywcem obłupi ze skóry.

Zbierało mu się na płacz.

Nowe Przyogdy Gabki Sawa i Kira bialczynskie BOLO2 kompr web

Rozdział 9 –  Poranna parada oraz nocna narada. Straszny Dwór

Poranna parada okazała się wielkim sukcesem. Już w metrze dopadli ich reporterzy z mikrofonami i kamerami. Kiedy szli przez Królewską i znaleźli się w Ogrodzie  Saskim, towarzyszył im spory orszak dorosłych i dzieci. Te ostatnie otoczyły wianuszkiem Smoka Wawelskiego, który – jak wiadomo – bardzo lubi dzieci i z tego powodu pozwala im wchodzić sobie na głowę. Dzieci podążały też sznureczkiem za Czarnym Bolem, który zadziwiał wszystkich swoim apetytem na brzoskwinie i winogrona. Czarny Bolo był prawdziwym francuskim pieskiem i uwielbiał owoce oraz warzywa. Wszyscy w korowodzie przebrali się w stroje drużyn uczestniczących w Euro 2012. Tylko Bolo nie musiał się przebierać, ponieważ miał białe podkolanówki, czarny tułów, łaciaty łeb, a na piersi i szyi białą koszulkę. W sumie więc francuski piesek wyglądał jak rasowy reprezentant Niemiec, chociaż Bartolini twierdził, że wygląda jak włoski kelner, a wiedział sporo na temat włoskich kelnerów. Bartolini z racji swych rodowych korzeni, chociaż czuł się Polakiem, przywdział barwy Krainy Pomidora i Włoskiej Kapusty. Na czubku rożnoszpady obracał futbolówką. Doktor Koyot w pomarańczowym stroju klowna z wielkimi czarnymi butami, czyli w barwach typowych dla piłkarzy Holandii, robił za pełną orkiestrę – dął w trąbę, walił w wielki bęben, który zamontował  sobie na brzuchu i strzelał czynelami, a do tego potrząsał w rytm marszu dzwonkami na błazeńskiej czapeczce. Z trąbki wypuścił dodatkową rurkę, przez którą w takt melodii wylatywały w powietrze mydlane bańki. To jeszcze nie koniec. Co któryś raz czarodziej zamiast w bęben walił pałką w mydlaną bańkę, a w jej miejscu pojawiały się ulotne miniaturki obiektów, a to księżniczka lecąca na łabędziu, to tygrys w skoku, to znowu palma kokosowa, czy biało-czerwony kapelusz z żółto-niebieskim pióropuszem. Pojawienie się każdego obiektu w powietrzu wzbudzało wielki aplauz, a aplauz przyciągał coraz to nowych gapiów. Z transparentów niesionych przez Samborka i profesora Gąbkę publiczność mogła się dowiedzieć o wielkim cyrkowo-piłkarskim widowisku na Bielanach, z okazji zakończenia Euro 2012. Kiedy dotarli pod Barbakan i wkroczyli na Starówkę otaczał ich już nieprzebrany tłum, TV Warszawa transmitowała pochód na żywo, a radio Tra-Ta-Tam ogłosiło z  powodu tej parady konkurs wiedzy piłkarskiej, w którym pewien wielki sponsor ufundował jako główną nagrodę luksusowy samochód z napędem na cztery koła, z GPSem i z klimą.

Don Pedro miał rację, ich pojawienie się było prawdziwym wejściem smoka i żadna więcej reklama nie była im potrzebna. Dla porządku wspomnimy tutaj, że w korowodzie reprezentowane też były inne drużyny: książę Krak w swoim królewskim czerwonym płaszczu z białym gronostajowym kołnierzem reprezentował Polskę. Doszło na tym tle do pewnego sporu, ponieważ to Samborek chciał się ubrać w strój polskiego piłkarza, ale oczywiście ustąpił księciu z grodu Kraka i zadowolił się barwami Ukrainy, żółtą koszulką i niebieskimi spodenkami. W końcu dla każdego Krakusa, czyli mieszkańca starożytnej Białej Chorwacji, którą od czasów Bolesława Chrobrego nazwano Małą Polską, Ukraina była jak druga Polska. Pierwsza była im macierzą, a druga ojczyzną. Don Pedro wystroił się jak torreador w złote spodnie, złotą koszulę i w czarny kapelusz. Pelerynę obrócił na czerwoną stronę i machał nią jak muletą, bo tak było bardziej po hiszpańsku. Do krótkiego spięcia doszło też między Mądrodudkiem a Smokiem Wawelskim, ponieważ obydwaj (dzięki swojej zieleni) mogli reprezentować Zieloną Wyspę.  Na szczęście w spór wkroczył profesor Gąbka, który wytłumaczył Mądrodudkowi, że jego zieleń przypomina kolor modry, a modry kolor nada się, żeby reprezentować Francję. Mądrodudkowi rozwiązanie to przypadło do gustu, bo słowo modry przypominało słowo mądry.

- Modr… mądr… – powtarzał z wielkim zadowoleniem – Mądr… modr…dud!

Oczywiście najbardziej filozoficznie podszedł do sprawy profesor Baltazar Gąbka, który przystroił się w barwę niebieską, białą i czerwoną. Dzięki temu sam jeden reprezentował pół Europy.

Na paradzie, spotkaniach i rozmowach miło upłynęło przedpołudnie, ale prawdziwie ważne działania zaplanowano na noc. Osiemnasty dzień czerwca 2012 roku miał być jednym z trudniejszych momentów dla świata. Każdy nów księżycowy to okazja do ataku dla Sił Ciemności. Brak światła Księżyca, otulającego Ziemię magiczną barierą  powstrzymującą demony i ciemne energie powoduje, że w poczuciu zupełnej bezkarności, uderzają one ze zdwojoną mocą. Nie inaczej było i teraz, a nasi bohaterowie właśnie w tę noc musieli wykonać dwa bardzo trudne zadania. Pierwsze polegało na skopiowaniu księgi Laurentego z Rud. Bez doktora Koyota i jego umklajdera wejście do podziemi dobrze strzeżonego Pałacu Krasińskich byłoby całkowicie niewykonalne. Jednak nawet z użyciem czarodziejskiej różdżki było to przedsięwzięcie karkołomne i niebezpieczne. Postanowiono, że grupie która dokona tego brawurowego czynu przewodzić będzie Profesor Gąbka. Smok Wawelski aż palił się do akcji, mimo tego zdecydowano, że trzecim uczestnikiem zespołu zostanie, ze względu na znacznie mniejsze rozmiary, Bartłomiej Bartolini. Bibliotekę zamykano o godzinie  osiemnastej. Pół godziny później ekipa Baltazara mogła więc teoretycznie wkroczyć do akcji. Drugie zadanie wydawało się jeszcze bardziej niebezpieczne. Smok był niepocieszony, że z powodu rozmiarów ciała i wyglądu zewnętrznego, także  i w tej wyprawie przyjdzie mu pełnić tylko rolę kierowcy i łącznika. Pierwsze skrzypce grali tu Książę Krak, Don Pedro i Samborek. Smok miał ich przewieźć amfibią kilkadziesiąt kilometrów na południe, w okolicę Sieradza, gdzie w miejscowości Kalinowa znajdował się Straszny Dwór. Wiadomo było, że na dzień osiemnastego czerwca w Strasznym Dworze zaplanowano oficjalną konferencję Najbardziej Oświeconej Rady i spotkanie zarządów konsorcjów należących do Marszałka Zmory. Don Pedro wyczytał to z gazet. Nikt jednak nie wiedział co zaplanowano tam na noc. Książę Krak, który był znawcą starożytnych kultów i obrzędów, twierdził z całą stanowczością, że w noc nowiu Księżyca odbędzie się tam zlot Sił Ciemności, i że zjawi się na nim sama Licho. Był tego pewien, bo data ta, także według obliczeń astrologii i magii  idealnie nadawała się na wielki sabat. Doktor Koyot poparł go bez zastrzeżeń.

- Osiemnaście w numerologii równa się dziewięć – powiedział – A  szósty miesiąc zsumowany z dwunastym rokiem daje znów dziewięć. Dwie dziewiątki to tandem, który uruchamia Motor Samospełniającego się Wieczystego Upadku. Bo dziewięć i dziewięć równa się znów osiemnaście, czyli dziewięć.

Każda kolejna dziewiątka dodana do tej sumy daje znowu dziewiątkę, w nieskończoność. Generalnie dziewiątka nie jest złą cyfrą, rzecz w tym, że jest najwyższą z podstawowych dziewięciu cyfr. Wiadomo, że jeśli wdrapiesz się na szczyt góry to wyżej już nie wejdziesz, możesz tylko spaść. Jak powiada stare przysłowie: „najbardziej boli upadek z wysokiego konia”. Koń Dziewiątki Dziewiątek to nie był wysoki koń, to było kosmicznych rozmiarów konisko.

Samborek w Internecie odnalazł  fotografie Strasznego Dworu. Posadowiono go pośród pól gospodarstwa rolnego. Pałac właśnie wystawiono na sprzedaż. Został opróżniony i przygotowany do remontu. Mimo tego Konsorcjum KOP do P wynajęło obiekt na trzy dni. Don Pedro przesłał obrazy „poza czasem i przestrzenią” do Największego Deszczowca. Ten potwierdził, iż miejsce jest wyjątkowo nieczyste. Jeżeli gdzieś i kiedyś miały zostać przedstawione plany Sił Ciemności i podjęte decyzje, to właśnie tam. Znaleźć się o północy pomiędzy ciemnymi mocami i ich poplecznikami Guiltami, nie jest niczym przyjemnym, lecz jeśli nasi bohaterowie zamierzali na serio zmienić świat i zapobiec tragedii, musieli się tam udać i wmieszać w tłum Sagatowiczów.

Czarny Bolo, który też rwał się do akcji, a warczenie włączało mu się samo na myśl o potężnych wrogach, niestety razem z Mądrodudkiem musiał pozostać na straży Cyrku.

- Wrrrr, wrooor, hawk! – powiedział Czarny Bolo – Nie podoba mi się to, że ja mam siedzieć w cyrku, a Don Pedro będzie w Strasznym Dworze. Popędziłbym ja im wszystkim kota! Waaarh, hawk!

- Właśnie dlatego lepiej będzie, jak popędzisz każdego, kto się zbliży do naszych namiotów, zamiast płoszyć zgromadzenie w Kalinowej. Tam musimy być wyjątkowo dyskretni. – zawyrokował książę Krak.

Martwiło go, że Bolo i Don Pedro nie za bardzo przypadli sobie do gustu.

Kiedy dwie ważne sprawy dzieją się na raz, powstaje problem, którą z nich najpierw opisać. Jednych bardziej by interesowało, czy nasi bohaterowie znaleźli w przepastnych podziemiach Biblioteki Narodowej rękopis imć Twardowskiego, vel Laurentego z Rud „Czary i atraktanty”. Pewnie pękają oni też z ciekawości, co to za obiekt-klucz, który może uratować Ziemię od zagłady, oraz co to są atraktanty. Inni zapewne są bardziej ciekawi, jak będzie wyglądało „drugie wejście” Licho i co też Ciemne Siły uknuły w Strasznym Dworze? Mnie przypada nieprzyjemny obowiązek dokonania wyboru. Kto przeczytał uważnie tytuł tego rozdziału, ten wie co wybrałem. Niezadowolonym z tego wyboru zdradzę na pocieszenie, co to są atraktanty i dam jedną jedyną, ale za to bardzo dobrą radę.

Atraktanty to inaczej wabiki, ale takie wabiki, które mają prawdziwie magiczną moc. Wywołują tak olbrzymią żądzę u tych dla których są przeznaczone, że nie potrafią się oni im oprzeć. Na przykład dla moich córek, w dzieciństwie, takim atraktantem były lody waniliowe. Inny przykład: kiedy pani komarzyca ma ochotę wyjść za mąż, wydziela kropelkę zapachu, który jest tak mocnym wabikiem dla wszystkich kawalerów-komarów, że zlatują się do niej z najdalszych okolic. Atraktant to wabik, który jest kluczem do czyjegoś serca i ma hipnotyczną moc skupiania uwagi tylko na jednym.

A teraz jedna jedyna, bardzo dobra rada, dla osób mniej zainteresowanych akcją w Strasznym Dworze: przeczytajcie sobie rozdział dziesiąty, a potem wróćcie w to miejsce, to jest na stronę 105. 105 w numerologii równa się 6!

Smok Wawelski doskonale radził sobie z prowadzeniem swojej amfibii po polskich drogach. Dziury i koleiny nie stanowiły dla jego pojazdu żadnej przeszkody,. Amfibia nie odbiegała też specjalnie wyglądem od najbardziej wypasionych gablot horrendalnych[3] snobów i nowobogackich samochwałów. Największym problemem był dla Smoka panujący tutaj olbrzymi tłok. W swoich licznych podróżach Smok Wawelski nigdy nie spotkał się z takimi korkami. Korki naprawdę go wkurzały, a do tego rozpadał się deszcz. Wyjechali po ósmej wieczorem i przez ulice Warszawy przebijali się dobrą godzinę. Raz Smok był już gotów pojechać po dachach tych wszystkich aut przed nimi, albo na przełaj przez łąki, ale książę Krak w porę go powstrzymał.

Za ich amfibią od samego początku drogi podążała niezauważona zielona osa, to znaczy bardzo stary, pomalowany na zielono zabytkowy skuter tej marki, dosiadany przez zakapturzoną postać w zielonej pelerynie.

Przed rozpoczęciem działań książę Krak rozdał członkom poszczególnych ekip smartfony ufundowane przez jednego z operatorów sieci. Były to fantastyczne urządzenia, dużo lepsze od krótkofalówek, które Doktor Koyot wyczarowywał z wiślanych kamyków. Największym ograniczeniem dla nawet najlepszego czarodzieja jest  jego własna wyobraźnia. Te smartfony były urządzeniami najnowszej generacji, mini-komputerami wyposażonymi w satelitarne łącze tele-wideo. Oczywiście miały też dyktafon, kamerę, aparat fotograficzny, latarkę, superszybki Internet, GPS, lecz przede wszystkim możliwość prowadzenia wideo-konferencji z dziesięcioma numerami na raz.

- Full-wypas – powiedział na ich widok Samborek – Nie potrafią tylko stepować i grać w golfa.

Ekipa księcia Kraka pobrała też specjalne stroje z magazynów latającego talerza. Kosmiczna technologia Ufolódków pozwalała na zmianę właściwości tych strojów za naciśnięciem guzika. Raz mogły udawać zwyczajne ubrania, raz były jak wojskowe panterki, a kiedy indziej zamieniały się w prawie niewidzialny strój komandosów Ninja.

Kiedy dojechali do Kalinowej spadł mocny deszcz. Było już ciemno. Smok Wawelski zaparkował amfibię w przydrożnych zaroślach pod wioską. Włączył swój smartfon i uruchomił tryb wideokonferencji. Profesor Gąbka oraz książę Krak mieli smartfony wetknięte w kieszonki na piersi i włączone kamery. Smok wybrał jednostronny kontakt z nimi. W kontakcie mieli też pozostawać Mądrodudek, Bartolini i Doktor Koyot. Tylko z Mądrodudkiem dało się jednak pogadać, widocznie ekipa z Pałacu Krasińskich odcięła łączność. Rola łącznika zaczynała Smoka wciągać i fascynować. Jeszcze do wczoraj nawet mu się nie śniło, że możliwe są takie cuda. Na podzielonym na cztery ekranie obserwował, a przez słuchawkę słyszał, co się dzieje w Kalinowej i w Warszawie.  Całość zgrywał ze swojego smartfona do pokładowego komputera amfibii. – Istny cud! – pomyślał – Fantastyczne! – ale zaraz się zreflektował – Czy niedługo każdy będzie mógł podglądać i podsłuchiwać każdego?

Samborek, książę Krak i Don Pedro postanowili wejść do Strasznego Dworu od tyłu, przez wielki zaniedbany park. Dotarli tam pół godziny przed północą. Natychmiast zauważyli, że duża sala balowa w odległym skrzydle dworu jarzy się zimną, niebieskawą poświatą.

- Są właśnie tam – wyszeptał książę Krak.

- Trzeba uważać – rzucił Don Pedro – Na pewno rozstawili straże w parku.

- W razie czego działamy na moje „trzy – cztery” – zadecydował książę.

Deszcz ustał chwilę temu. Pachniało rumiankiem i macierzanką, świerszcze koncertowały w najlepsze, powietrze było ciężkie od aromatu nocnych kwiatów i lepkie od wilgoci. Nagle usłyszeli zbliżające się głosy, więc przycupnęli w kępie ziół. Strażnicy zbliżali się zajęci skrzekliwą kłótnią.

- Gdzieś porwał ten naszyjnik? –skrzeczał pierwszy liszek – Miałeś się ze mną podzielić!

- Nic nie porwałem. Był i się zbył – zaskrzeczał drugi z liszków.

- A może tyś go spaskudził, co, Paskudniku-Obłudniku?! Widziałem, żeś się przy nim kręcił.

-  Trzy – cztery! – krzyknął książę.

Dwa liszki i paskudnik były tak zaskoczone, że nie zdążyły ani mrugnąć trój-okiem, ani wydać jednego okrzyku z paskudnych powykrzywianych gąb. Nim kiwnęły palcem Don Pedro już pozaklejał im usta, Samborek zarzucił na łby kaptury, a książę Krak skrępował ręce i nogi.

- Tarnina – zauważył książę – Tu ich uwięzimy  – szepnął  – Pamiętam jedno zaklęcie, które powinno się nadać.

I rzeczywiście, nadało się. Przestroili swoje kombinezony Ninja tak, żeby udawały szatki liszków, albo łachmany paskudników. Za strażników dworu, mogli uchodzić jednak tylko od biedy, bo stroje paskudników są tak paskudne a ubrania liszków tak liche, że nie da się ich podrobić nawet przy pomocy wysokiej ufolódczańskiej technologii. Kiedy już uporali się                                                                                                   ze swoją garderobą książę Krak kucnął naprzeciw paskudnika, zdjął mu kaptur z głowy i odkleił ostrożnie usta.

- Czy znasz, kochany paskudniku, hasło i odzew?! – zapytał grzecznie.

- Pewnie, że znam!  – powiedział paskudnik jedną gębą, krzywiąc drugą, jakby wcinał cytrynę. – Ale ci nie dam!

- Skoro znasz – rzekł książę Krak spokojnie – To bardzo grzecznie i uprzejmie cię proszę, żebyś mi je podał.

Paskudnik tak bardzo zapaskudził powietrze, że wszyscy musieli zatkać nosy. Paskudził i łkał żałośnie. Dłuższą chwilę nie potrafił się powstrzymać ani od łez ani od paskudzenia. Wreszcie, kiedy nasi bohaterowie byli już niemal bliscy omdlenia wziął na wstrzymanie.

- Czy naprawdę z głębi serca tak bardzo grzecznie mnie prosisz?! – wydusił z siebie pierwszą gębą, zezując przy tym to na księcia Kraka to na Samborka.

- Wołałbym, żeby się to okazało prawdą – dodał sceptycznie drugą gębą, opuścił w dół kąciki ust i zatrzepotał rzęsami.

- Popatrz, tak bardzo mnie to rozczuliło, że spaskudziłem powietrze. – uzupełnił trzecią gębą uśmiechniętą od ucha do ucha.

- Tylko bądź szczery! – wrzasnęła na koniec pierwsza z gąb.

Ten paskudnik miał akurat trzy gęby i we wszystkich zęby, ale bywają paskudniki w innych wersjach, na przykład bezzębne albo tylko jednogębne.

-  Bardzo szczerze, z całego serca i nadzwyczaj grzecznie cię proszę, podaj nam hasło i odzew….Tylko błagam cię – książę czym prędzej powstrzymał go gestem – nie rozczulaj się już bardziej… ani nawet tak samo jak poprzednio!

- Powiem ci…. –  rzekła pierwsza paskudnicza gęba – Tak, powiem – potwierdziła po chwili namysłu gęba numer dwa – Powiem , bo nikt mnie nigdy jeszcze tak ładnie o nic nie poprosił. – stwierdziła trzecia z gąb – W ogóle nikt nigdy o nic mnie nie prosi! – powiedziała druga – Tylko rozkazują, albo poszturchują, albo grożą , albo krzyczą, że aż uszy bolą. – uzupełniła pierwsza.

Dalej poszło łatwo. Od pierwszej gęby dowiedzieli się, że hasło brzmi: ATOM, a od drugiej, że odzew to: MOTA, a trzecia gęba poprosiła ich o absolutną dyskrecję.

Poznawszy hasło bez trudu minęli gęste straże i za pięć dwunasta, znaleźli się w sali balowej Strasznego Dworu. Na szczęście był to dosyć liczny zlot, złożony także z ludzi, więc zamieniwszy po raz kolejny ubrania, tym razem na wykwintne garnitury,  wmieszali się pomiędzy uczestników. Salę zalewało błękitne światło emanujące z fosforyzujących pochodni. Z jednej strony sali znajdował się wielki stół prezydialny. Po środku ustawiono szczerozłoty tron pokaźnych rozmiarów. Na blacie stołu rozstawiono szklanki. Stała tam także potężna szklaną konew pełna szafirowego płynu. Na ścianie nad tronem zawieszono monumentalny, stary zegar z kurantem, który wskazywał za dwie minuty dwunastą. Po prawej i lewej stronie zegara powieszono portrety prapradziadka i pradziadka Marszałka Zmory. Od kiedy portrety przemówiły do niego w Sali Kandelabrowej, Marszałek woził je ze sobą wszędzie. Po prawej stronie tronu zasiadali poplecznicy Ciemnych Sił, rekrutujący się spośród ludzi. Tych  Ufolódki nazywały GUILTami, czyli Gnomami Utopii i Lobby Technologicznego. Ludzie siedzący za stołem byli dwa razy ważniejsi od tych, którzy siedzieli na widowni. Po lewej stronie tronu zasiadły liszki i paskudniki. Te za stołem były dwa razy większe od tych siedzących naprzeciwko, na widowni. Całe szczęście, że Samborek, Don Pedro i książę Krak znaleźli się pomiędzy ludźmi, bo po lewej stronie widowni byłoby im trudno wytrzymać. Paskudniki bez przerwy wokół siebie paskudziły, a liszki bez przerwy podwędzały innym jakieś rzeczy. Dochodziło przez to do zgrzytliwych kłótni i jazgotliwych sporów, a czasami też do brutalnych rękoczynów.

- A wy z jakiego regionu? – zapytał ich z mocno wschodnim akcentem, ubrany w garnitur niski człowieczek, kiedy zajmowali miejsca – Bo ja z Kazachstanu!

- Ooo, to daleko, Chazaria-Koszeria[4], rozumiem – powiedział poważnie książę Krak – To się chwali, przemierzyć pół kontynentu na tak ważną uroczystość. A my z bliska, z  Kraju Prawiślańskiego.

- Skąd?! A z Prywislańskiego Kraju? Ponimaju. – odrzekł i uprzejmie zrobił im miejsce obok siebie.

- Proszę o spokój! – powiedział tłukąc pięścią w stół postawny mężczyzna w okularach w złotej oprawie.

- To jest Marszalek Zmora – szepnął na ucho księcia Don Pedro – Widziałem go na zdjęciach.

- Ten z pojedynczym włosem to Jerzy Ciernik – poinformował ich Samborek –Występował w mundurze w czasie ataku na nasz cyrk.

- A ten trzeci obok to Leszek Chytrusek, ten redaktor z telewizji Nic Poza Tym. Smok wawelski i Doktor Koyot poznali się z nim bliżej. – uświadomił ich książę Krak.

– A reszta to członkowie Najbardziej Oświeconej Rady – zawtórował mu Samborek – Przemysłowcy, doradcy…

- …Geniusze technologii i genetyki – podchwycił Don Pedro – Autorytety moralne i dziennikarze.

- Spokój, Liszki! – rzucił donośnie Marszalek Zmora, ale nic to nie pomogło – Generale Karadziejewicz  – zwrócił się do podwójnej wielkości liszka siedzącego po lewicy -  proszę zaprowadzić porządek w swoich szeregach!

Liszek-Sekretarz, który stał u boku generała Karadziejewicza zdzielił najbliżej siedzącego rozwrzeszczanego liszka w łeb rulonem planów budowy elektrowni, które miały być dziś przedstawione Licho.

- Ciszaaaaaa!!! – wrzasnął generał Karadziejewicz – Bo wam nogi z tego, ten…powyrywam!!!!!

Zaległa śmiertelna cisza.

- Proszę o skupienie! –  huknął Marszałek Zmora – Oczekujemy na pojawienie się wysłanniczki Czarnej Dziury, pani Licho. Będzie tu za minutę. No już, skupionko! – powtórzył groźnie, a kiedy zaległa cisza, wskazując na zegar za tronem, zaintonował basem znaną pieśń:

Ten zegar stary gdyby świat

Kuranty ciął jak z nut.
Zepsuty wszakże od stu lat,
Nakręcać próżny trud.
Lecz jeśli niespodzianie
Ktoś obcy tutaj stanie…

Tu Marszałek przerwał niespodzianie, bo zegar zaczął bić. Uderzał głęboko i dźwięcznie. Dwanaście razy. Potem zaległa cisza.

Wiecie, że cisza ma różne wymiary i różnie można ją nazwać. Cisza, która teraz zapadła była pełna napięcia i oczekiwania, ale był to rodzaj ciszy nie do nazwania. Trwała dokładnie minutę.

Nagle wszystkim na sali balowej zdało się, że portrety pradziadka i prapradziadka Marszałka Zmory wykrzywiły gęby, wywaliły na wierzch gały i poruszyły ustami. Osłupiała widownia była też przekonana, że to z ust owych portretów wydobyło się zgrzytliwe jak piła mechaniczna, płynące z głębin Ziemi oświadczenie:

- Jeesssssteeemmm!

W jednej chwili słowo to napełniło salę niesamowitą wibracją. Szklanki na stole prezydialnym zaczęły drżeć i podskakiwać, a następnie razem z konwią śpiewać rozwibrowaną szklaną pieśń. Jakby ktoś grał na nich niewidzialnym palcem hymn na cześć przybywającej Licho. W następnej sekundzie szklanki przestały skakać po stole, a twarze przodków Marszalka Zmory znieruchomiały. Na tronie pojawiła się przybywająca z Nikąd niewiarygodna postać. Pojawiła się „z Nikąd”, ponieważ nie przybyła a była, a dopóki tutaj nie przybyła, przebywała w miejscu, które ludzie nazywają Nigdzie, a które jest Jądrem Ciemnej Energii. Na jej widok sabatowicze powstali z krzeseł. Mimo, że stali, byli i tak trzy razy od niej niżsi. Licho przystroiła się na ten wieczór w bufiastą suknię do samej ziemi ze świecącego czarnego brokatu, przeszywanego srebrną pajęczą nicią. W sukni tej z powodzeniem zmieściłoby się sześć grubych ruskich bab, a wypełniała ją sama jedna Licho. Don Pedro stwierdził ze zdziwieniem, że jest nielichej postury i wyobraził sobie, że pod sukniami ukrywa arsenał straszliwych broni. Szyję Licho przyozdabiała siejąca po sali błyskami diamentowa kolia. Ale najbardziej niewiarygodne było to, co znajdowało się powyżej szyi. Zamiast głowy miała trupią czaszkę, ledwo obciągniętą woskową skórą. Po bokach zwisały z niej cienkie proste włosy utkane z tej samej srebrzystej pajęczyny, która ozdabiała suknię. Pośrodku twarzy ziały dwa otwory. Spod grubych łuków brwiowych, z głębi oczodołów, wświdrowywały się w zebranych dwie pary oczu. Te wyższe, bliższe czoła oczy, świeciły intensywnym zielonym światłem, te niższe zaś, bliższe otworów nosowych, pałały równie intensywnym żółtym blaskiem. Marszałek Zmora na jej widok natychmiast chwycił za batutę i dyrygując widownią zaintonował:

Tysiąc lat, tysiąc lat

Śpiewać za mną cicho!

I cała sala podchwyciła ochoczo i rzeczywiście dosyć cicho:

Tysiąc lat, tysiąc lat

Niech nam żyje Licho!!!

Generał Karadziejewicz natychmiast podniósł dzban z napojem i zaczął  nalewać do szklanek.

Tysiąc lat, tysiąc lat

Daj nam z pełną michą!

Tysiąc lat, tysiąc lat

Ukochana Licho!!!

I…, jeszcze raz, jeszcze raz…

- Dosssyććć !!! – ryknęła Licho i wyrwawszy szklaną konew z rąk Karadziejewicza wychyliła ją sama do dna. – Siadaććććć! – syknęła.

Wszyscy potulnie usiedli, bacząc by górne oczy Licho nie zaczęły się jarzyć ostrzegawczym żółtym światłem.

- Co do Licha! – ryknęła odstawiając z hukiem konew – Co z wami?!!! Trzy kroki! Trzy kroki dzielą nas od celu, a wy nie potraficie ich postawić?! – jedno górne oko zaczęło pulsować raz na zielono, raz na żółto – Ten trzeci krok, znaną wam sprawę pewnego drzewa na Syberii, załatwiłam osobiście! Na Kremlu!… Myślicie, że z nimi, w tym pałacu jak bombka na choinkę, to była prosta gra?! – oboje górnych oczu pałało złowieszczym żółtym blaskiem -  Bo oni zawsze muszą mieć wszystko największe, więc choinkę na święta i Nowy Rok, też?! Nie! To była ciężka harówka i tona złota dla różnych przybocznych, żeby w ogóle na te pałace wejść!… Godziny przekonywania!… A wy tutaj co?! Chcecie mnie naprawdę rozgniewać?! – Teraz już wszystkich czworo oczu świeciło się na żółto, a jedno dolne migotało nawet od czasu do czasu czerwienią.

- Ależ pani – pośpiesznie wtrącił Marszałek Zmora – Wszystko jest na dobrej drodze, jest tylko jedna przeszkoda. Jakiś pacan ma tam działkę… z dwudziestoma dwoma dwustudwudziestoletnimi dębami. Na skraju planowanego pasa ochronnego elektrowni.

- Przekonaliśmy Unię, że ta elektrownia w sercu mazursko-litewskiej puszczy jest niezbędna dla przyszłości świata! – wtrącił się niepytany Komendant Ciernik i ponaglił Liszka-Sekretarza, aby czym prędzej wręczył Pani Licho plan elektrowni.

Ten z drżeniem kolan posunął się w jej kierunku, ale zrobił tylko jeden krok, gdyż nagle Marszałek Zmora wykonał w powietrzu salto i został posadzony w krześle na głowie. Potem ze stołu poderwała się wielka konew po niebieskim napoju i powędrowała na łysinę Ciernika. Łepetyna komendanta znalazła się w konwi, jak w szklanym słoju. Wyglądał teraz niczym kosmonauta, albo bokser po nokaucie. Liszek-Sekretarz padł na ziemię, podcięty czymś niewidzialnym. Rulon wyleciał mu z ręki i sam rozwinął się na podłodze.

- Nie okłamywać mnie! – warknęła Licho.

Wszyscy jęknęli z przerażenia i skurczyli się na swoich miejscach, usiłując stać się niewidzialnymi.

- Ależ brak tylko jednej pieczątki!… Z powodu tych dębów, pani! – rozpaczliwe krzyki Ciernika dobiegały z konwi, jak z tamtego świata.

- Pani?! Pani, bardzo proszę! – zawył Marszałek Zmora – Czy ja zawsze muszę z tobą rozmawiać z tak niewygodnej pozycji?

- Nie zawsze. Tylko kiedy wszystko chrzanisz! – syknęła Licho rozpalając drugie oko na czerwono.

- Ależ pani, te drzewa wytniemy po cichu, najdalej pojutrze! Chłop odda nam działkę po dobrej woli, jak ich już nie będzie miał! Tę pieczątkę też mamy w kieszeni. – Marszałek zrobił palcami znany gest oznaczający, że urzędnik, który ma wydać decyzję, dostał już swoje pieniądze.

Licho uspokoiła się i oczy jej pozieleniały. Don Pedro od chwili, kiedy się zjawiła czuł się bardzo dziwnie. Krew krążyła mu żywiej w żyłach, a na policzki wystąpiły wypieki. Z rosnącym napięciem obserwował kolejne jej wyczyny i czuł, że wzbiera w nim podziw dla tej niesamowitej postaci. Następne słowa Licho sprawiły, że pilnie nadstawił uszu.

- A co z naszymi przeciwnikami?! Spartaczyliście to znowu! – rzekła.

Obydwoje jej górnych oczu zapłonęło przy tych słowach na żółto, a jedno dolne zapaliło się nawet na chwilę na czerwono. Liszki, paskudniki i Guilty zadrżały, a całe prezydium zza stołu spełzło na wszelki wypadek pod blat.

- Ależ pani, sama ich wybroniłaś w Tajemniczym Ogrodzie! – zaprotestował Marszałek.

Niespodziewanie Licho wypuściła go z uścisku. Usiadł i ciężko oddychał. Kościstą ręką roztrzaskała też szklaną bańkę na głowie Jerzego Ciernika, dzięki czemu zaczerpnął wreszcie powietrza.

- Głupcy! – wrzasnęła – Zrobiliście zasadzkę w Świętym Gaju! W przybytku starych słowiańskich bogów! Czy wy durnie myślicie, że wszystko wam wolno?!!! Nie wiecie, że kto tam wejdzie staje się nietykalny, a kto złamie to tabu, ściąga na siebie gniew wszystkich bóstw Wszechświata?! Wszystkich!!

Stół uniósł się do góry, a drugie dolne oko Licho zapłonęło na czerwono. Nagle znów się uspokoiła. Czerwony kolor oczu ustąpił żółtemu. Stół opadł na podłogę.

- Koniec posiedzenia! Do roboty! Ale już!! – huknęła, aż zatrzęsły się ściany, podłogi i sufity.

Tłum poderwał się z krzeseł. Powietrze w całej sali zostało w jednej chwili spaskudzone, a liszki zasypały podłogę skradzionymi wcześniej przedmiotami wyrzucanymi teraz bez ładu i składu z kieszeni, z kapeluszy i zza pazuchy. Przy drzwiach wyjściowych powstał zamęt, ktoś się przewrócił, ktoś wpadł na kogoś, ktoś kogoś zaczął tarmosić za uszy. Jedni wspinali się po plecach drugich, byle tylko szybciej wydostać się z zasięgu wzroku Licho. Paskudniki i liszki hurmą wypadały z sali balowej, Guilty tratowały się w wyjściu.

Jeden z czarnych jak noc paskudników, który miał na imię Czarnonocnik zauważył w tym chaosie dziwną jak na to zgromadzenie postać w zielonej pelerynie z kapturem zasłaniającym twarz. – A to kto, u Licha? – pomyślał i postanowił nie spuszczać jej z oka. A nuż uda się przysłużyć Przepotężnej Pani i zostanie mianowany przez nią majorem a może nawet generałem paskudników? Paskudnik kątem oka zauważył, że Marszałek Zmora dosiada komendanta Ciernika i poganiając go jak wierzchowca cwałuje do drzwi.  Sala balowa zamieniła się w pobojowisko. Licho obrzuciła rozgardiasz pogardliwym wzrokiem, zaśmiała  się złowieszczo i … zniknęła.

Don Pedro poczuł, jak odzywają się w nim dawne ciemne wspomnienia i pragnienia.

- Carrramba! – pomyślał – Chciałbym być tak silny jak ona i rządzić innymi twardą ręką, jak niegdyś rządził Największy Deszczowiec!

Licho przypominała mu go trochę, ale była tysiąc razy potężniejsza od Największego.

Don Pedro zauważył, że w całym tym rozgardiaszu Liszek-Sekretarz zgubił plan elektrowni, który próbował wręczyć Licho. Czym prędzej zwinął wielką płachtę w rulon i  schował ją za pazuchą swego wytwornego garnituru.

Książę Krak, Don Pedro i Samborek pośpiesznie opuścili Straszny Dwór i bez przeszkód dotarli do amfibii. Smok zdziwił się, że wszystko trwało tak krótko, po czym poinformował ich, że muszą się udać do pałacu Krasińskich, gdyż Profesor Gąbka i Bartolini potrzebują pilnie pomocy. „Czary i atraktanty” wciąż się nie odnalazły, mimo że było już trzydzieści minut po północy.

Nowe Przygody Gabki _sawa i kira bialczynskie_ufoludek2 kompr web

Rozdział 10 – Straszne dziwy w pałacu Krasińskich  

 

Ekipie profesora Gąbki od początku nic nie układało się tak, jak powinno. Najpierw okazało się, że mimo, iż biblioteka jest zamykana o osiemnastej, to w dziale rekonstrukcji rękopisów pozostało dwóch pracowników, którzy ślęczeli nad jakąś pilną pracą. Strażnicy czujnie patrolowali korytarze i teren dookoła budynku. Kiedy pracownicy wreszcie skończyli i zgasili światło w swoim pilnie strzeżonym laboratorium, a strażnicy przestali dzwonić kluczami po wszystkich korytarzach i znaleźli się w swoim pokoju, gdzie mogli rozegrać partię bierek, było już dobrze po dziewiątej. Zapadał zmierzch i w parku zapalono latarnie. Profesor Gąbka, Doktor Koyot i Bartłomiej Bartolini znaleźli się przy ogrodzeniu. Mieli zamiar przejść przez nie przy pomocy umklajdera, bo wspinanie się po ozdobnych kratach w miejscu tak publicznym musiałoby się źle skończyć. Kiedy jednak Doktor Koyot przyłożył umklajder do prętów ogrodzenia okazało się, że ten nie działa.

- Jak to nie działa? – zdziwił się Bartolini – To niemożliwe!

- Nie wiem, dlaczego  ludzie uważają, że magiczna pałeczka nie może się po prostu popsuć?! – odparował Doktor Koyot.

No właśnie, ja tego też nie rozumiem. Ja, czyli autor. Każdy sobie wyobraża, że magiczna pałeczka to kawałek polakierowanego drewna, albo plastikowa rurka z kulką na końcu, oraz że magiczna moc bierze się z powietrza, promieniuje z wnętrza Ziemi, emanuje od czarownika lub spływa cudownym sposobem z kosmosu. Włóżcie takie opowieści między bajki i posłuchajcie, jak to naprawdę działa.

Gdyby magiczna moc przekształcania przedmiotów emanowała z czarownika, to na co by mu była potrzebna pałeczka? Chyba tylko dla ozdoby. Gdyby magiczna moc brała się z powietrza, to każdy by mógł ją sobie wziąć i byłby czarownikiem. Gdyby moc spływała z kosmosu, także nie potrzebna byłaby pałeczka. Raczej przydałaby nam się antena odbiorcza i to wielka. Im większa tym lepsza. Najlepsza byłaby taka wielkości Stadionu Narodowego. Gdyby to tak działało, to przy pomocy małej anteny moglibyśmy wyczarować małe rzeczy, a przy pomocy dużej większe. Wtedy z użyciem anteny wielkości Narodowego moglibyśmy wyczarować na przykład trzy kolejne Pałace Kultury w Warszawie, choć nie wiem czy bylibyśmy od tego szczęśliwsi. Przy pomocy anteny wielkości pałeczki magicznej moglibyśmy co najwyżej wyczarować Pchłę Szachrajkę. Nie, moi drodzy. Nie wiem, dlaczego wielu pisarzom na świecie wydaje się, że dzieciom można wciskać taki kit. Kochani, wiedzcie, że umklajder to poważna sprawa! Jest wynikiem tysięcy lat pracy alchemików nad poszukiwaniem kamienia filozoficznego, czyli nad możliwością przemiany każdej rzeczy w złoto. Jest to zminiaturyzowane urządzenie z wymiennymi wsadami i magiczną baterią księżycową. Umklajder składa się z czterech części, bo cztery jest w magii cyfrą niesłychanie ważną. Te cztery części to: obudowa (pokrowiec pałeczki), bateria księżycowa (u podstawy pałeczki), wymienny wsad (wewnątrz pokrowca) – złożony z tysięcy pierwiastków przeważnie nieznanych chemikom, a znanych dobrze alchemikom, oraz kulka stykowo-dotykowa (na szczycie pałeczki). To pokrowiec nadaje pałeczce taki drewniano-plastikowy wygląd, jaki widzicie na filmach. Nie będę się tutaj rozpisywał, jak  to razem działa, ale wierzcie mi, że wszystko w pałeczce może się popsuć – nawet pokrowiec. Gdyby pokrowiec miał jakąś nieszczelność i nie izolował czarownika od wsadu i kulki, to czarownik wyleciałby w powietrze albo roztopiłby się jak woskowa figurka. Energię przemiany rzeczy w inną rzecz  można porównać z mocą elektrowni atomowej. Do przemiany jednej muszelki w futbolówkę Doktor Koyot musiał zużyć tyle energii, ile wszystkie żarówki w Warszawie zużywają w tydzień. Musiał mieć też w pałeczce specjalny wsad z minerałami (tymi tworzącymi muszelkę, jak i tymi tworzącymi futbolówkę). No, dosyć już tych mądrości. Samemu mi się zakręciło w głowie.

- Jak to się zepsuła?- zdumiał się więc Bartolini. – To niemożliwe!

- A tak to! – odpowiedział mu Koyot. – Możliwe. Teraz jesteśmy w kropce. Trzeba wracać do namiotu i wymienić umklajder. Nie mam przy sobie części zamiennych.

- Spróbuj jeszcze raz, Koyotku – profesor Gąbka trochę się niecierpliwił.

Czy wszystko szło dzisiaj na opak przez zwykły przypadek? Nie sądził. Wręcz odwrotnie. Doktor Koyot spróbował jeszcze raz, ale nic to nie dało. W ten sposób stracili półtorej godziny. Doktor Koyot nie mógł się teleportować po nowy umklajder, nie mogli użyć latającego talerza, ani też Czarny Bolo nie mógł przynieść im nowego urządzenia w zębach.  Mądrodudek od czasu katastrofy na Lodówie w Syriuszu trzymał się od umklajderów jak najdalej. On jeden mógłby skrócić czas oczekiwania, dowożąc im na miejsce odpowiednie części lub nowy umklajder. Na przeszkodzie stanęła jednak przysięga, jaką sobie Ufolódek Mądrodudek swego czasu uroczyście złożył: „Nigdy przenigdy nie tknę tego przeklętego urządzenia, które zamieniło naszą miodem i mlekiem płynącą planetę w kupę lodu i kamieni, a nas samych w pół-automaty!”. Tłumaczenie Mądrodudkowi przez komórkę, że zestaw części do umklajdera nie jest umklajderem, okazało się nieskuteczne. Doktor Koyot wsiadł więc w autobus i przywiózł co trzeba. Nauczony przykrym doświadczeniem, oprócz nowiutkiego umklajdera na gwarancji przywiózł też części zamienne. I dobrze zrobił, bowiem Siły Ciemności tego wieczoru konsekwentnie krzyżowały im plany. Nowy umklajder okazał się być do kitu, zepsuty od samego początku. Następne pół godziny zajęło Doktorowi Koyotowi przekładanie części i różne kombinacje. W końcu setna z nich okazała się skuteczna i gdy o godzinie jedenastej piętnaście przyłożył umklajder do ogrodzenia, zdołał zrobić na minutę wielki okrągły otwór. Szybko przemierzyli trawnik i znaleźli się w ciemnym miejscu na tyłach budowli. Strażnicy wgapieni nie tyle w monitory, co w stolik z bierkami nie mogli ich zauważyć. Bierki to była gra w sam raz dla ochroniarzy – nie, nie dlatego, że to gra niemądra. Wręcz odwrotnie, to gra, która ćwiczy sprawność fizyczną i strategiczne myślenie, a zwłaszcza delikatność ruchów i sprawność palców. Zapytajcie rodziców na czym ta gra polega. Powinni pamiętać[5].  Kamery obserwacyjne były nastawione na okna, drzwi i inne możliwe do przewidzenia drogi wejścia np. na kominy i dach. Nikt nie przewidywał wejścia drogą magiczną, czyli przez ceglaną ścianę. Tymczasem: Ssssykk!!! – Doktor Koyot przyłożył magiczną pałeczkę do muru – Ssssyk!!! – i znów powstał okrągły otwór, przez który wszyscy trzej bez trudu się prześlizgnęli, a po którym po chwili nie pozostał najmniejszy ślad.

Zaczęli od Sali Katalogu. Z zapisu w katalogu wynikało, że księga powinna się znajdować w Dziale Zbiorów Specjalnych, na półkach przeznaczonych dla rękopisów, pod literą L. Półka z rękopisami na „L” liczyła tylko kilkanaście tomów. Profesor Gąbka szybko przeleciał wszystkie grzbiety bystrym okiem uzbrojonym w lupę.

- Nie ma! – jęknął – Jak pech to pech. Nie podoba mi się to w ogóle. To nie przypadek. Do tej pory mieliśmy szczęście, a dzisiaj nam go wyraźnie brak.

Trzeba było objąć poszukiwaniami zarówno pracownię rekonstrukcji i konserwacji rękopisów, jak i specjalne zbiory razem z czytelnią rękopisów i starodruków, a na koniec rozległe magazyny drugiego poziomu podziemi, przeznaczone dla najbardziej chronionych starych ksiąg. Profesor Gąbka postanowił, że się rozdzielą. Najgorsze było to, że nikt nie miał pojęcia, jak ten rękopis może wyglądać, ani gdzie dokładnie jest, a biblioteka była przecież olbrzymia. Bartoliniego oddelegowano do piwnicznych magazynów, profesor Gąbka zajął się specjalnymi zbiorami i czytelnią, a Doktor Koyot pracownią rekonstrukcji i konserwacji. Zanim przystąpili do działania, Doktor Koyot ekranował wszystkie wybrane przez nich pomieszczenia magiczną zasłoną wizualną, po czym do kamer włączono, nagrany na wideo przez profesora Gąbkę, widok pustych pomieszczeń. W ten sposób nasi bohaterowie oszukali strażników, którzy  - chociaż bardzo zajęci grą w bierki – to jednak byli nie w ciemię bici. Na wszelki wypadek Doktor Koyot zastosował też magiczną zasłonę dźwiękoszczelną, żeby jakiś hałas nie zwrócił uwagi ochroniarzy. Zaraz potem każdy ruszył w swoją stronę, gdyż godzina była późna. Prawdę mówiąc, było już tylko dziesięć minut do Godziny Duchów.

Godzina Duchów to nie godzina i nie tylko duchów. To magiczny czas, który trwa od północy do świtu a dzieją się w nim rzeczy niezwyczajne. Każde dziecko wie, że w Noc Wigilijną zwierzęta mówią ludzkim głosem. Niektóre dzieci wiedzą też, że zawsze po północy domowe zabawki ożywają i ruszają na poszukiwanie przygód, a rano, znajdują się na swoim miejscu, jak gdyby nigdy nic. Nieco mniej dzieci i dorosłych wie, że w tym czasie po borach hasają laskowiki i wiły, że po polach uprawnych harcują rżane baby, na rozstajnych drogach pojawiają się zwodnice, na bagnach światła, w rzekach grasują wodniki, a na bezludnych stepach pławią się w trawach krasawice. Spomiędzy korzeni drzew wypełzają krasnoludy i piędzimężykowie (tacy w szpiczastych czapkach, ubrani na szaro ludkowie wielkości świnki morskiej), w kopalniach pojawiają się skarbnicy, na zamkach i w ruinach zaś tańczą do białego rana białe damy.

Dzisiaj krasawice nie pławiły się w promieniach księżyca bo – jak wszyscy wiemy – był nów, a nów powoduje, że w wyżej wymienionych miejscach zamiast opisanych tutaj miłych i niegroźnych istot pokazują się niestety te mniej piękne, zwane zduszami. Wilkołaki, mętliki, strzygi z wielkimi zębami i widziadła.  Nie będziemy dalej ciągnąć listy szkarad i paskud, jakie wypełzają w nów księżycowy na świat, bo mamy ważniejsze sprawy na głowie.

Profesor Gąbka wszedł do sal ze zbiorami rękopisów i starodruków przeznaczonych wyłącznie do specjalnej profesorskiej czytelni i złapał się za głowę. Czuł, że zaraz  go rozboli ze zmartwienia. Szeregi półek ciągnęły się jak okiem sięgnąć po obu stronach wąskiego przejścia. Podejrzewał, że jeśli się nie wie, gdzie co się znajduje, można tutaj szukać czegokolwiek do sądnego dnia, czyli w nieskończoność.

– Przecież musimy to znaleźć! Musimy! Od tego zależy los naszej planety! – wymamrotał do siebie profesor i ruszył wzdłuż pierwszej półki odczytując po kolei tytuły – Przyjdziemy tutaj jutro, jeśli będzie trzeba. I pojutrze! A jeżeli braknie czasu?!

Doktor Koyot rozglądął się po pracowni rekonstrukcji i konserwacji. Zadanie wydało mu się niezbyt trudne, ale dręczyła go myśl, że przecież pracownicy mają jeszcze indywidualne pokoje. Czy wszystkie książki były konserwowane tutaj? A co z tymi, które poddawano jakimś specjalnym zabiegom, na przykład prześwietlano, czy doklejano utracone kawałki papierowych lub pergaminowych stronnic? W rogu pracowni dostrzegł kserokopiarkę, komputer i skaner. – Tu będziemy mogli wykonać kopię „Księgi czarów” – pomyślał – Pod warunkiem oczywiście, że ją znajdziemy.

Zabrał się energicznie do przeszukiwania szaf i biurek, przepastnych szuflad i tego, co leżało na blatach stołów. Gdy jakaś szafa była zamknięta, radził sobie przy pomocy magicznej pałeczki. Wystarczyło zamienić na chwilę drewno w przejrzyste szkło żeby zobaczyć co jest w środku. Najtrudniej poszło mu z szafą pancerną, którą odkrył w jednym z zakamarków pracowni. Miała metalowe drzwi, a pod warstwą metalu znajdowały się inne substancje. –Trzymając kulkę umklajdera przytkniętą do powierzchni metalu kręcił energicznie magicznym wsadem, usiłując wprowadzić w promień, bijący z baterii księżycowej odpowiedni minerał. Po chwili musiał przerwać, bo pokrowiec za bardzo się rozgrzał i mógł się przepalić. Byłaby to katastrofa na dużą skalę. Mógł nawet spowodować pożar, nie mówiąc o tym, że sam zostałby porażony księżycowym eterem o wysokim napięciu. Po chwili, udało się! Przez otwór wielkości piłki futbolowej przejrzysty jak okienna szyba zajrzał do wnętrza. Kasa była zupełnie, ale to zupełnie pusta. W tej części biblioteki nie znajdowało się tak dużo książek, jak można by było przypuszczać. Aktualnie konserwowano około trzydziestu rękopisów. Niestety żaden z nich nie był tym poszukiwanym. Po około dwudziestu minutach Doktor Koyot postanowił więc dołączyć do profesora Gąbki.

Godzina dwunasta  wybiła, a Bartłomiej Bartolini herbu Zielona Pietruszka posuwał się z drżeniem serca przez podziemne magazyny. Co prawda zapalił światło, ale ogrom tych tajemniczych pomieszczeń działał mu na wyobraźnię. Im dalej zagłębiał się w korytarze wiodące między półkami pełnymi ogromniastych ksiąg, tym więcej dziwnych dźwięków i głosów do niego docierało.

– A co będzie, myślał,  jeżeli w godzinę duchów ożyją wszystkie postacie z tych książek? Wyjdą z nich na korytarze magazynu i zaczną  rozrabiać?

Bartolini zauważył, że coraz bardziej trzęsą mu się nogi.

– A jeśli zapytają go, skąd się tutaj wziął? Przecież nie pochodził z żadnego cennego dzieła z odległej przeszłości. Powiedzieliby mu, żeby szedł na swoje miejsce, to znaczy gdzieś między bajki.

Bartłomiej stwierdził ze zdziwieniem, że nie należy do tych, co to niczego się nie boją. Co chwilę słyszał jakieś szepty, szmery i trzaski w różnych dziwnych miejscach. A to z przodu, lecz gdy tam kierował swoją rożnoszpadę, nagle dźwięk dochodził z tyłu.

– Nie, pomyślał, ja tutaj sam nie zostanę. Każdy powinien robić to, co potrafi najlepiej. Ja najlepiej pichcę, więc czas wrócić do towarzyszy i zaproponować im małą przekąskę.

Zrobił w tył zwrot i poszedł poszukać Doktora Koyota.

Profesor Gąbka przeszedł już tymczasem jakieś półtora kilometra i przepatrzył około trzech tysięcy grzbietów książek. Na razie darował sobie te półki, które można było zlustrować jedynie jadąc na drabinie. Przydałby się ktoś do pomocy, bo drabina nie posiadała własnego napędu. Profesor Gąbka nie był na tyle zaawansowanym czarownikiem, żeby dokonać tego przeglądu dosiadając latającej miotły. Kiedy doszedł do końca rzędu, rozbolały go nogi i był naprawdę załamany. Na szczęście do Sali Zbiorów Specjalnych wszedł właśnie Doktor Koyot i Bartolini.

- W ten sposób niczego nie znajdziemy – powiedział na ich widok profesor – Po raz pierwszy w życiu jestem zupełnie bezradny. Nie mam żadnego pomysłu.

- Ja też nie wyobrażałem sobie, że tego jest aż tyle – rzekł zafrasowany Doktor Koyot i usiadł po turecku na podłodze, bo w tej pozycji najlepiej mu się myślało.

- Proponuję coś przegryźć – powiedział Bartolini – wyczaruj no mi Koyotku patelnię, palnik gazowy i roboczy zestaw kolacyjny, to znaczy masełko, mąkę, cukier, trochę przypraw, kilka jajek, garść orzechów i migdałów na polepszenie rozumu, parę owoców na przekąskę, zieloną herbatę, colę oraz mus jabłkowy. Może szarlotka rozjaśni nam w głowach. A może pomogą orzeszki lub cola?

- Czas połączyć się ze Smokiem – rzekł profesor Gąbka, podczas gdy Doktor Koyot spełniał prośbę Bartoliniego -  Dobrze, drogi Bartłomiejku, że pomyślałeś o posiłku, posiłki nam się przydadzą, ale może niekoniecznie takie jak szarlotka.

Profesor Gąbka  rzucił okiem na ekran swojego smartfona.  Na ekranie wyświetliła się godzina za piętnaście pierwsza w nocy. Stwierdził, że to strasznie późno i że dobrze wychowany człowiek , nigdy nie dzwoniłby do nikogo o takiej godzinie. Zauważył jednak, ze Smok kilkukrotnie próbował się z nimi łączyć.  Widać zaaferowany poszukiwaniem książki nie zauważył tego. Wcisnął klawisz połączenia.

- Tu Smok Wawelski, słucham? – usłyszał w słuchawce wciśniętej  w ucho, a na ekranie zobaczył uśmiechnięty jak zawsze pysk ukochanego towarzysza najtrudniejszych wypraw. Od razu poczuł się lepiej, choć nic jeszcze nie zdążył powiedzieć.

- Co u was słychać, drogi Smoczusiu?!

- Jeszcze na nich czekam, zaraz powinni tu być.  – odpowiedział Smok- Ooo, widzę, książę Krak i reszta ekipy zbliża się właśnie do mojego stanowiska! … – Smok przełączył obraz na przybyszów.

Książę Krak zamienił wojskową panterkę na królewski czerwony płaszcz z gronostajem, a Samborek swój strój wojownika Ninja na strój ukraińskiego piłkarza. Bardzo mu te kolory przypadły do gustu. Za to Don Pedro po zmianie stroju na swój własny nadal przypominał Ninja, tyle że w czarnej pelerynie i kapeluszu torreadora.

- Jak poszło? – zapytał profesor

- Doskonale, ale o tym później. A co u was? – zapytał Książę

- Obawiam się – powiedział zmartwiony profesor Gąbka – że potrzebujemy posiłków.

- Posiłek, dobra myśl – rzekł Smok i usłyszał zaraz głos Bartoliniego – Też tak pomyślałem. Już piekę przepyszną szarlotkę! Zapraszamy!

- Właśnie – potwierdził profesor – Jesteście nam potrzebni. Sami nie damy rady znaleźć tej „przeklętej” księgi. Zaparkujcie blisko pałacu, a Doktor Koyot wyjdzie po was na trawnik.

- Już ruszamy! Do zobaczenia! – rzucił Smok do słuchawki i rozłączył się. – Proszę wsiadać, drzwi zamykać! – powiedział do współtowarzyszy, stojących u stóp amfibii. – Teraz nie powinno być korków.

Drzwiczki się zatrzasnęły, po chwili zaburczał basowo silnik pojazdu i ruszyli z powrotem do Warszawy. Za nimi z cieniutkim warkotem popędziła zielona osa z wygaszonym reflektorem. Niestety na osie zasuwała nie tylko zakapturzona postać w zielonej pelerynie. Uczepiony mocno pazurami tylnego błotnika poszybował za skuterem czarny jak noc paskudnik.

Kiedy zaparkowali amfibię zauważyli dziwną postać, bardzo podobną do R2D2, albo do….

- Mądrodudek?! – zdziwił się książę Krak – Co ty tu robisz?!

- Oj, ja, jak ciesz! Mil, mil że wy. Glup wyszl. Mój  sumń nie dal mi spć! Ja, ja na pomc!

Nikt nic z tego nie zrozumiał poza tym, że sumienie nie dało Mądrodudkowi spać z jakichś powodów i że przybył, jak oni, na pomoc.

- A co na to powiedział Bolo? – Samborek martwił się o przyjaciela, który został sam na straży cyrku.

- Wrr, hawk! Dam se rrradę! Howk, leć! I tyle. – rzekł Mądrodudek.

W tej sekundzie jak spod ziemi wyrósł Doktor Koyot i zabrał ich do parku, a następnie przy pomocy umklajdera przeprowadził przez kratę przy pałacu i przez ścianę do biblioteki. Tę scenę obserwowała zakapturzona postać w zielonej pelerynie, która lawirując na swojej Osie ani na chwilę nie straciła amfibii z oczu. Na szczęście ta Osa nie miała  żadnego żądła, nawet takiego jak prawdziwe osy, ani tym bardziej działa laserowego setnej generacji, jak Osy Marszalka Zmory. Na nieszczęście jednak miała paskudnika Czarnonocnika przyczepionego do błotnika i on też tutaj był, ukryty w krzaku czarnego bzu.

Podczas gdy posiłki nadciągały z Kalinowej i z Bielan, Doktor Koyot z Bartolinim i profesorem Gąbką przejrzeli wszystkie półki w Dziale Zbiorów Specjalnych, te dolne, te środkowe i te najwyższe. Niestety nie znaleźli tego, czego szukali. Zachodziła obawa, że działając w pośpiechu przeoczyli jakiś ukryty za innymi wolumin[6].  Zanim Doktor Koyot wprowadził do biblioteki pomocników, profesor Gąbka i Bartolini postanowili jednak przenieść kwaterę główną do piwnicznych magazynów. Zebrali sprzęt kuchenny oraz wyczarowane wiktuały i Doktor zlikwidował system ochronny w pozostałych pomieszczeniach. Gdy podchodzili pod drzwi magazynu, Bartoliniemu zdawało się, że słychać zza nich odgłosy całkiem wesołej zabawy. Jakieś śmiechy mieszały się ze  śpiewami, padały okrzyki i rozlegały się dosyć głośne rumory.

- Słyszysz, Baltazarku?! – zapytał – To chyba duchy. Nie otwieraj tych drzwi!

- Nic nie słyszę, Bartłomiejku. Strach ma wielkie uszy. – rzekł mu profesor i nie przejmując się ostrzeżeniem wkroczył do magazynu.

Nim  zabłysło światło zapalone przez profesora, Bartolini usłyszał jeszcze tysiące szeptów i przeraźliwe szuranie, jakby stu tysięcy uciekających szczurów. Kiedy jednak zapłonęły lampy, w magazynie ciągnącym się przez całe podziemie pałacu nie było śladu żadnego bałaganu ani orgii[7]. Bartolini był bardzo zdziwiony, że nie ma tu nikogo, bo miał pewność, że tak jak i poprzednio słuch go nie myli. Ale cóż, faktem było, iż podziemia są puste, a z faktami się nie dyskutuje, one po prostu są. Poza tym nie był teraz całkiem sam, więc nieco uspokojony zabrał się do rozkładania swojej kuchni i obrusa. Bartłomiej Bartolini był nie lada mistrzem kucharskim, o czym kompania przekonała się już w czasie wyprawy do Krainy Deszczowców. Każda mama przyzna – jeśli jej spytacie  – że trzeba być superkuchmistrzem, żeby upiec pyszną szarlotkę na palniku gazowym. Przepraszam, właśnie otrzymałem sprostowanie z PRZYSZŁOŚCI – nie była to szarlotka, tylko strudel? Tak, strudel z jabłkami. Szarlotki jednak nie da się upiec na palniku, choćby nie wiem co. Chyba, że z użyciem prawdziwej magii. Ale wtedy nie potrzeba nawet gazowego palnika.

Wkrótce zrobiło się miło i wesoło, gdyż nadeszła prowadzona przez Doktora grupa posiłkowa. Wszystkie strachy opuściły natychmiast Bartłomieja, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

- Moi kochani – powiedział – Siadajcie i zjedzmy strudelka z jabłkami. Po tak wspaniałym posiłku na pewno coś wymyślimy.

Profesor Gąbka wolałby od razu zabrać się do roboty, ale liczba książek w magazynie była tak przerażająca, że poddał się bez walki. Zwłaszcza, że rozszedł się smakowity aromat jabłek i cynamonu…

Paskudnik Czarnonocnik tymczasem nie próżnował w krzaku czarnego bzu. Jak wiadomo krzaki czarnego bzu są siedliskiem złych duchów, ciemnych mocy i wszelkiego diabelstwa, więc paskudnik czuł się tutaj jak w domu. Zaraz też wystawił antenkę i nadał wiadomość do „swoich”. Swoi to były takie jak on zwykłe szeregowe paskudniki z jego oddziału. Bał się, że jeśli zawiadomi o odkryciu kogoś wyższego rangą, ten zaraz przypisze sobie wszystkie zasługi, jego tylko jak zawsze ofuknie i odeśle do domu, a z marzeń o stopniu majora zostaną jedynie gwiazdki na niebie i belki w powale[8].  Sam nie dałby sobie rady, a tak przyprowadzą przed oblicze Licho całą Kompanię i wszyscy we stu zostaną majorami.

- Tu 32 Jot! – nadawał z krzaka czarnego bzu, który kwitł właśnie na biało – Tu 32 Jot! Siedem Zero Zero, zgłoś się!

- Tu Siedem Zero Zero! Słucham!

- Skrzyknij no szybko ferajnę, ruszcie cztery litery a wszyscy będziemy majorami! Podaję namiary.

I podał współrzędne swojego krzaka.

Kiedy posiłek w podziemnym magazynie dobiegł końca, profesor Gąbka przeszedł do sedna zagadnienia.

- Moi drodzy – rzekł, a w jego głosie brzmiał niepokój – Jest trzecia nad ranem, osiemnastego czerwca, za dwie godziny zrobi się jasno, a za trzy będzie tu zmiana straży i obchód. Jeżeli do tego czasu nie znajdziemy woluminu o czarach i atraktantach, trzeba będzie tu przyjść jutro, a potem pojutrze i tak dalej. Obawiam się, że nawet gdybyśmy byli prawdziwą kompanią, złożoną ze stu ludzi, jak w wojsku, to nie bylibyśmy w stanie przeszukać tych wszystkich półek. Czy ktoś ma jakiś pomysł, skoro książki nie ma tam, gdzie być powinna?

Nikt się nie spodziewał, że odpowiedź padnie tak szybko i że udzieli jej najmłodszy uczestnik wyprawy. Samborek, tak jak uczono go w szkole, podniósł dwa palce i wyczekująco spojrzał na profesora.

- Proszę Samborku. Słuchamy.

- Błąd polega na tym, że zastosował pan, profesorku, metodę klasyczną. W ten sposób nie znajdziemy, ale teraz wszystko jest w komputerach. Jeżeli ta książka była kiedykolwiek w tej bibliotece, to jej droga od początku do końca, z półki na półkę czy gdziekolwiek, będzie opisana w komputerach, w rozporządzeniach, mailach od kierownika do pracownika, w elektronicznej kartotece obiektu, albo jeszcze gdzie indziej.

- Genialne! – rozradował się Smok Wawelski – Za naszych czasów taka robota detektywistyczna byłaby zupełnie niemożliwa.

- Tak, ale trzeba się dostać do zawartości komputerów – zgasił nieco jego entuzjazm Samborek – Każdy komputer ma na pewno swoje hasła. Pewnie też wszystkie komputery tutaj są połączone w sieć. Nie jestem hakerem. To dla mnie za trudne.

- Ja, ja. Ja t zrob!  - Mądrodudek pokazał swoją uniwersalną wtyczkę, którą podłączał się do każdej sieci. – Ja wejd w sić!

- Więc do roboty! –  rozkazał książę Krak.

Ale nikt się nie poruszył, gdyż wszyscy osłupieli ze zdumienia. Otaczał ich nieprzebrany rój szkaradnych szczurowato-maszkarowatych stworków wielkości kota. Musiały podkraść się bezszelestnie za ich plecami. Jedne były białe i miały po dwie trąbki przypominające różowe glisty, a drugie były różowe,  miały pióra zamiast futra, dzioby ostre jak szpilki, a na nich stare okulary. Wszystkie były uzbrojone w małe widełki, widelce i widelczyki oraz w łygi do mamałygi[9], łyżki do zupy i łyżeczki deserowe.

- Ręce do góry, nogi do dziury! – zapiszczał dowódca stworów, z dwiema glistowatymi trąbkami zamiast nosa.  – My jesteśmy papierojady i każdemu damy rady! A z nami są bukwożery, które wyżrą wam wasze cztery! Cztery litery!

- Papierojady i Bukwożery! Pokażcie im! – rzucił drugi dowódca z różowymi piórami – Do tańca wojennego i pieśni !!! – rozkazał

I stwory rzuciły się w dzikie tany dookoła przerażonych ratowników świata z Kompanii profesora Gąbki. Teraz będzie najtrudniejsze, bo trzeba sobie wyobrazić West Side Story, znany, stary musical z Brodwayu. Papierojady i bukwożery[10] zatańczyły jak wrogie gangi Białych i Kolorowych uliczników z tego filmu, i zaśpiewały dokładnie w takt tamtej piosenki. Kto nie widział tego filmu, niech go sobie ściągnie z Internetu (tylko legalnie!).

„My jesteśmy nie łamagi!

Tylko dzielne papierrrofagi!!I

Nam przewodzą Guilty, Guilty!!! – Gnomy Utopii!!!, Gnomy Utopii!!!,

Nami kierują Guilty Guilty!!! – Gnomy Lobbi!!! Techno-logii!!!

My rozkazy na papierze!

Pożeramy niczym jeże!!!

Nasze serca atomowe!

A żołądki papierowe!

Co marszałek Zmora powie!

My pożremy i na zdrowie!

Nam przewodzą Guilty, Guilty!!! – Gnomy Utopii!!!, Gnomy Utopii!!!,

Nami kierują Guilty Guilty!!! – Gnomy Lobbi!!! Techno-logii!!!

Ach, mniam mniam – już papierek w zębach mam, Mniam mniam”

Kiedy tylko papierojady i bukwożery skończyły pieśń ich dowódca zawołał:

- Teraz zeżreć mi ich i to natychmiast! W całości, do ostatniej kości!

Na to Bartolini, a potem Smok Wawelski zaczęli bić brawo, a pozostali dołączyli się do nich spontanicznie.

- Brawo, brawo! – krzyczał  rozentuzjazmowany Bartolini, jak to mieli we zwyczaju rodowici mieszkańcy Krainy Włoskiej Kapusty – Mamma mia, brawissimo!!!

Papierojady i bukwożery oniemiały. Dowódca wstrzymał ich gestem dłoni.

- Naprawdę się wam podobało? – zapytał – Ćwiczyliśmy to całe trzy tygodnie.

- Naprawdę, fantastyczne! – zachwycał się Bartolini – Jestem wielkim fanem tego musicalu, i zawsze płaczę, kiedy tamta wielka miłość tak tragicznie się kończy. – tu Bartolini otarł końcem fartucha wielką łzę, która mu popłynęła z lewego oka.

- Ale, ale – odezwał się doktor Koyot – Czy dobrze słyszeliśmy , wy się żywicie papierem i zjadacie litery z książek w tej bibliotece?

- O tak, mniam, mniam! – rzekł dowódca papierojadów

- A jak, cham, cham! – potwierdził różowy wódz bukwożerów – Robimy to na rozkaz Guiltów, chociaż te stare książki wcale nie są smaczne.

- Zwabiły nas tutaj fantastyczne zapachy z waszej kuchni – powiedział dowódca papierojadów – Czy możemy się poczęstować? Od tego papieru i atramentu mamy już zupełnie pokręcone żołądki.

- Nie możecie powiedzieć tym Guiltom, żeby się wypchały? – powiedział Samborek – Niech same wpychają papier i atrament.

- Niestety nie. Tutaj zupełnie nie ma co jeść, a oni nas tu zamknęli. Codziennie przychodzi dwóch i liczą, czy zjedliśmy wystarczająco dużo.

- Przepraszam – wtrącił się profesor Gąbka – Ale czas leci, a my musimy znaleźć pewną bardzo ważną książkę, więc pozwólcie, że ja, ten oto dzielny chłopiec Samborek, i ten oto przewspaniały Ufolódek Mądrodudek włączymy komputer i poszukamy tej książki. A wy poczęstujcie się tym, co zostało z naszej uczty. Doktor Koyot wyczaruje Bartoliniemu nowe produkty, Bartolini wyczaruje świetne strudle z jabłkami, a na  razie mamy w bród zielonej herbaty i coli, starczy dla wszystkich.

Rozpoczął się poczęstunek.

- A co to za książka? – zapytał jeden z szeregowych papierojadów.

-  Ty, co się pytasz?! – fuknął na niego dowódca – Ciekawość pierwszy stopień  do piekła!

- Ależ przed przyjaciółmi nie mamy tajemnic – powiedział książę Krak – To „Czary i  atraktanty” Laurentego z Rud.

- Och! Znam to. Coś okropnego. – jęknął niespodzianie ktoś z tłumu bukwożerów – Nie do zjedzenia, ni w ząb mi nie idzie.

- Widziałeś tę książkę?! – zainteresował się profesor Gąbka.

- Widziałem – powiedział szczególnie niski i wychudzony bukwożer – Zabrali ją dzisiaj rano, nie wiem gdzie. Ci dwaj Guiltowie. Schudłem przez nią, patrzcie co ze mnie zostało. Prawie nic.

- Chodźcie, jedzcie – zapraszał Bartolini – Nie mogę patrzeć na tak wygłodzone osoby, serce mi pęka. Zostawię wam przepisy na strudle z jabłkami, i nie tylko. Jabłek jest pełno w okolicznych ogrodach.

- A resztę produktów wam wyczaruję – rzekł doktor Koyot.

- Wspaniale – powiedział wódz papierojadów – To już sobie włączcie te komputery i szukajcie czego chcecie. Tak się cieszę, że was poznaliśmy.

- Fantastycznie – rzekł wódz bukwożerów – wypowiemy posłuszeństwo tym wstrętnym Guiltom. Przejdziemy na wegetarianizm!

Podczas gdy trwało pieczenie kolejnego strudla, profesor Gąbka uruchomił komputer stojący  w jednym z boksów w magazynie. Niestety nie było tutaj ani kserokopiarki ani skanera. Mądrodudek podłączył się do systemu, a Samborek wywoływał na ekran kolejne ikony.  Mądrodudek wchodził w dokumenty i komputery pracowników biblioteki, aż wreszcie po pół godzinie wyszukiwarka znalazła kartę obiektu „Czary i atraktanty” przywiezionego z Krakowa w 1961 roku. Wszystko było na tej karcie odnotowane, nawet to, że wczoraj wpłynęło zamówienie od Marszałka Zmory, który chciał tę książkę pożyczyć na Wystawę Cennych Ksiąg w Warszawskiej Wieży, jaka miała być otwarta jutro. W związku z tym dzisiaj dwaj pracownicy wzięli księgę do rekonstrukcji i pracowali nad nią do późnych godzin.

- Wiem, gdzie ona jest! – zawołał profesor Gąbka – Na pierwszym piętrze długo paliło się dzisiaj światło. Trzeba tam iść!

- Momnt – pisnął – Mądrodudek – Tu jjsst!

- Tutaj jest komplet skanów książki!!! – zawołał Samborek. – Czy ktoś ma pendrajwa?!

- Pendrajwy i dyskietki też jadam, ale mam tu jedną całą  płytkę – rzekł ów wygłodzony, wychudzony maleńki bukwożer.

- Daj! – Mądrodudek niezbyt grzecznie wyrwał mu płytkę z ręki – Przepr, al szpisz ś! – wetknął ją do komputera.

Uczta trwała tymczasem w najlepsze, dzielono się strudlami i owocami, częstowano się zieloną herbatką i colą, więc nikt nie zwracał uwagi na środki ostrożności. Powietrze w salach podziemi Biblioteki Narodowej poszarzało nagle od przesączających się przez ściany i szpary paskudników. Kiedy papierojady i bukwożery ich dostrzegły, było już za późno. W podziemiach znalazła się ponad setka nieprzyjaciół.

- Do boju! – ryknął wódz bukwożerów łapiąc za widelec.

- Do boju! – zawtórował mu Bartolini chwytając rożnoszpadę.

- No to fru!!! – wrzasnął Doktor Koyot i rzucił się głową naprzód.

I wywiązała się bitwa. Był to szczególnie zażarty bój, bo paskudniki miały świadomość, że wygrywając, zmienią coś w swoim życiu na lepsze a bardzo tej zmiany pragnęły. Dlatego – chociaż były w mniejszości łatwo zdobywały przewagę i spychały przeciwników coraz dalej od drzwi wyjściowych. W końcu udało im się zdobyć kuchnię i prowizoryczną jadalnię pełną smakołyków. To zachęciło je jeszcze bardziej. Kiedy wódz bukwożerów zauważył utratę kuchni, w której pozostały zapasy produktów do strudli i przepisy Bartoliniego, zaryczał niczym ranny zwierz i pociągnął swoich do szturmu. Atak powiódł się o tyle, że udało im się odzyskać produkty, zapasy i przepisy oraz patelnię z przykrywką. W trakcie walki rozzłoszczony przegraną paskudnik z całej siły kopnął palnik, który przewrócił się i buchnął ogniem na rulon papieru przygotowanego do naprawy starych ksiąg. Płonący rulon potoczył się pod biurko, pod którym natychmiast zaczęły się palić papiery w koszu na śmieci i kable. Podziemia powoli wypełniał ogień, swąd płonącej izolacji i kłęby gryzącego dymu. Najzażarciej ze wszystkich walczyli Bartolini, Don Pedro i książę Krak. Byli wyćwiczonymi wojownikami zaprawionymi w ciężkich bojach i cały czas dbali o kondycję. Pozostali także spisywali się bardzo dzielnie. Koyot co chwilę z sykiem pałeczki zamieniał jakiegoś paskudnika w rurki z kremem, a Samborek ciskał w przeciwników strzałami zrobionymi z czego się dało: z ołówka, z długopisu, ze spinacza. Wreszcie trafił któregoś paskudnika cyrklem tak boleśnie, że tamtemu zupełnie odechciało się dalszej walki. Jednak paskudniki nieustannie wypierały ich w głąb magazynu. Nagle rozległ się sygnał alarmu przeciwpożarowego, pod sufitem zaczęły migać żółte i czerwone lampy, a z automatycznego systemu gaśniczego na uczestników bitwy polały się dziesiątkami pryszniców strugi zimnej wody. To ochłodziło na moment nastroje. Don Pedro niespodziewanie zaprzestał walki i stał z błogą miną pod prysznicem postękując:

- Cuudownie, o jak cuuudnie, carrramba, jak ja kocham wodę!

Był to decydujący cios dla obrońców biblioteki. Paskudniki szybko posunęły się do przodu. Profesor Gąbka w ostatniej chwili wyciągnął z komputera nagraną płytkę z księgą czarów Jana Twardowskiego, zaraz potem wdarły się tam paskudniki. Mądrodudek zdążył na szczęście odłączyć się  od komputera; wzniósł się na swoich trzech łapach przekształconych w wirnik w powietrze i odleciał na tyły. Wtedy nastąpiło krótkie spięcie i eksplozja w systemie komputerowym. Wszystkie światła pogasły.

- Przegraliśmy – krzyknął wódz bukwożerów – Ratuj się kto może! Pilnować zapasów, przechodzimy do podziemia!

- Kanałami! – rzucił dowódca papierojadów.

- Nie wiedziałem, że tu jest jeszcze jeden poziom podziemi – wysapał Bartolini fechtując w ciemności.

Doktor Koyot oświetlił pole walki magiczną pałeczką a Samborek latarką ze smartfona. Zobaczyli, jak papierojady pakują się do małych otworów kanałowych stanowiących odpływ dla systemu przeciwpożarowego.

- To nie dla nas – zawyrokował Don Pedro. Musimy przejść przez ścianę do parku.

Na zewnątrz magazynu rozległy się tupoty i pokrzykiwania. Było słychać wycie syren straży pożarnej i policji.

Jeszcze tylko Bartolini walczył z najbardziej zażartym paskudnikiem Czarnonocnikiem, który napierał na niego ze wszystkich sił. Bartolini nauczony włoskiej szermierki zadał mu jednak florencki sztych w ucho i rozciął je na pół. Paskudnik zawył, rzucił broń i złapał się za rozpłatany frędzel na łbie, z którego na posadzkę wyciekła kropla czarnej jak smoła krwi.

- Żegnajcie przyjaciele! Pamiętajcie, przyrzekliście być wegetarianami! – zawołał Bartolini, a Doktor Koyot przytknął magiczną pałeczkę do ściany.

- Pamiętamy!!! – zakrzyknęły chórem nurkujące w kanalizacji i spływające z potokami wody do podziemia papierojady i bukwożery.

- No to nara! – Samborek machał im na pożegnanie.

Jeden po drugim wyskakiwali przez ścianę do bibliotecznego ogrodu. Na szczęście wyszli w miejscu, które było ciemne. Ostatni wyskoczył książę Krak. Za nim usiłował się jeszcze przedostać przez magiczny otwór paskudnik Czarnonocnik, ale odbił się od ściany jak piłka.

Sytuacja była trudna, gdyż dookoła biegało pełno ludzi, ciągnięto węże, migotały niebieskie policyjne światła. Słychać było warkot śmigłowców.

- To twój słynny klops, Bartłomiejku! – zawyrokował profesor Gąbka.

- Szszszszt! – usłyszeli nagle spod krzaka czarnego bzu – Tędy. Tylko ja was mogę wyprowadzić!

Zdziwieni dostrzegli tam zakapturzoną postać w zielonej pelerynie. Postać odrzuciła kaptur i ich zdumionym oczom ukazała się?…. Wiecie już kto, prawda?! Tak, Zielona Dziewczyna.

- Chodźcie za mną. Szybko! – rzuciła – Pracowałam tutaj dopóki nie zaczęłam się za bardzo interesować sprawą planów elektrowni atomowej – Mam jeszcze klucz od furtki dla pracowników na tyłach ogrodu.

Przemknęli się pod drzewami do furtki i wyszli na ulicę poza zasięgiem rozgardiaszu policyjnych i strażackich wozów. Stało się to w momencie, kiedy trzy nadlatujące czarne helikoptery zalały otoczenie pałacu  jaskrawym światłem. Paskudniki przesączyły się przez ściany na zewnątrz, lecz tutaj, zalane strugami światła zupełnie straciły orientację.  Reflektory przeczesywały ogród i teren biblioteki. Były to słynne Osy Marszałka Zmory. Czarnonocnik z krwawiącym uchem powlókł się zniechęcony do krzaka bzu. Ukrył się tam by lizać rany.

Nasi bohaterowie szczęśliwie dotarli do amfibii. Razem z Zieloną Dziewczyną odjeżdżali po chwili pośpiesznie bocznymi uliczkami. Nad Warszawą powoli szarzało. Nadchodził kolejny dzień.

Nowe Przyogdy Gabki Sawa i Kira bialczynskie BOLO2 kompr web

Rozdział 11 – Zielona Polana.  „Czary i Atraktanty” Laurentego z Rud

Do cyrku dotarli już bez dalszych przygód.

- Ufff – sapnął Bartolini – Jeszcze tyle przed nami, a już mam zupełnie dosyć.

Zza dużego namiotu wypadł zziajany Czarny Bolo machając ze szczęścia ogonem.  Bartolini wyciągnął z kieszeni strudel z jabłkami, który schował specjalnie dla niego i poczęstował Prawie że Papillona. Gdy Czarny Bolo przełknął ciasto, zobaczył nową osobę i zjeżył się, przybierając wielkość średniego pudla.

- Wrrrr! – powiedział do Samborka – A to kto?!! Wrrah!!!

- Ne, to ne je wrah ino przitel – włączył się niespodzianie Mądrodudek po czesku – Ń wrg, przyjćl!

- No, no Mądrodudku – rzekł książę Krak, który był znawcą nie tylko starych wierzeń i praw, ale też wszystkich języków starożytnej Wielkiej Harii, nazywanej też Białą Chorwacją, Krakostanem, a potem Małą Polską – Robisz wielkie postępy w językach słowiańskich. W dodatku po czesku idzie ci znacznie lepiej niż po polsku.

- Zanim zapytam, kim pani jest naprawdę, zapraszam do naszego cyrkowego namiotu.  – Profesor Gąbka przepuścił Zieloną Dziewczynę przodem, wskazując jej drogę, jak to zawsze robią dobrze wychowani panowie.

Gdy weszli do namiotu, dziewczyna wyraziła zachwyt piękną dekoracją i wspaniałą areną, Bartolini zaproponował colę, Doktor Koyot podsunął jej krzesło, Czarny Bolo powachlował ją ogonem, Don Pedro wyraził głębokie zainteresowanie jej zieloną peleryną z kapturem, a profesor Gąbka przedstawił po kolei całą Kompanię. Potem przyszedł czas na zadawanie pytań.

- Jak pani na imię? – zapytał Samborek.

- Sawa, ale nazywają mnie Zielona Sowa.

- Co, Zielona Sowa?! Ta słynna Zielona Sowa z Zielonych Oddziałów?! To pani uratowała Dolinę Rospudy przed autostradą!!! – zapiszczał z zachwytu Bartolini

- Więc jednak trafiliśmy właściwie – rzekł profesor Gąbka.

- Przepraszam profesorze, że okazałam tyle nieufności tak zacnej Kompanii, ale…

- Proszę się nie tłumaczyć, wiemy że wielu szuka Zielonej Sowy i dałoby niezłą zapłatę za jej wskazanie – odezwał się książę Krak.

- Gdy zobaczyłam w telewizji reportaż na temat cyrku Maestro Tomatto vel Poimidorro byłam pewna, że nic mi z waszej strony nie grozi i że mówiliście szczerze, wtedy w księgarni. Miałam nadzieję, że zadzwoni pan, profesorze, pod któryś z podanych na karteczce numerów, ale wszystko potoczyło się tak szybko. Dowiedziałam się o spotkaniu w Strasznym Dworze i musiałam się do tego przygotować. Potem zobaczyłam, że wybieracie się tam amfibią…

- Śledziła nas pani?! I ja nic o tym nie wiem?!– Don Pedro był zagniewany.

- Jeszcze raz przepraszam.

- Hawk! – powiedział po psiemu Czarny Bolo – Hoow, Don Pedro, tak doskonały szpieg, a dał się szpiegować! Hawk, wwawk, ale wtopka!

- Ty lepiej milcz, jak poważni ludzie rozmawiają! – obruszył się Don Pedro – Nie będę ci przypominał, że masz kartofel zamiast nosa. Ty też nie wyczułeś strażników, jak lądowaliśmy na Bielanach!

- Wrrr! – rozeźlił się Czarny Bolo – Powiedz jeszcze słowo, a tak ci się wrąbię w kostkę, że popamiętaszszzsz!!! Wrrrr!!!

- Panowie, panowie?! – powiedział błagalnie książę Krak – Czarny Bolu, nie patrz tak łakomie na łydkę Don Pedra, a ty Don Pedro nie opowiadaj takich rzeczy o Czarnym Bolu! Równie dobrze mógłbyś oskarżać komputer pokładowy, że wylądowaliśmy w złym miejscu.  – Książę pogroził im obu palcem i obrócił się do dziewczyny  -  Wybaczamy ci, Zielona Sowo – powiedział – Ale co dalej?! – zwrócił się do profesora Gąbki – Czy masz profesorku rzeczywiście jakiś koncept?!

- Koncepty to moja specjalność – rzekł profesor Gąbka – Ale bez pomocy ludzi dobrej woli na nic by się one zdały. Ziemia jest o trzy kroki od zagłady. Nie powstrzymamy Guiltów, Licho i wszystkich Ciemnych Sił żadnym zwyczajnym sposobem. Przyjdzie moment, że będzie trzeba wykrzesać z ludzkości wszystko, co najlepsze, i tu Zielone Oddziały będą nie do zastąpienia. Być może jedna jasna myśl więcej i jedna ciemna fala mniej zadecydują ostatecznie o ocaleniu Ziemi. Ale póki co, musimy spróbować uniemożliwić postawienie jednego z tych trzech kroków. Wiemy, że ostatni krok to ścięcie starej jodły na Syberii, w dniu 21 grudnia. Na to wydarzenie możemy wpłynąć znajdując obiekt-klucz. Odczytanie Księgi Twardowskiego to początek naszej drogi do zwycięstwa w tej sprawie. Jest jeszcze inny krok, ten, który planuje Marszałek Zmora: budowa elektrowni atomowej. Jeżeli uda nam się go powstrzymać, szanse na ocalenie Ziemi wzrosną.

- A mnie nie do końca się podoba, że ślepo wierzymy Szczególnie Wielkiemu Komputerowi Zimnej Planety, który nam wskazał Zielone Oddziały jako sojuszników i że tak ufamy tej dziewczynie. – zaatakował profesora Don Pedro – Co oni właściwie mogą nam dać, te Zielone Oddziały? Ilu ich jest?! W czym mogą pomóc?! To ładnie brzmi „jedna jasna myśl więcej” czy „jedna ciemna fala mniej”, ale co to właściwie znaczy?

Don Pedro był nastawiony bardzo sceptycznie do pomysłu wtajemniczania kogokolwiek w ich sprawy.

– A jak ktoś z nich zacznie opowiadać o nas na lewo i prawo?!  - mówił – Zrobi się szum w mediach: gazetach, telewizji, radiu. Że Zimna Planeta i tak dalej. Za wcześnie dla ludzkości na taką wiedzę!

- Ja, ja. Zgod! Za wczas. – powiedział Mądrodudek – O dwadśća śdm, a nawt o śdmśąt śdm lat, za wczas.

- Mało kto wie, że Zielona Sowa to ja, a przecież wam to powiedziałam. Ale Don Pedro ma rację. Nasza wspólna akcja musi pozostać tajemnicą. Najlepiej, żeby nie wiedział o niej nikt spoza tego grona. A żeby was do końca przekonać i pokazać, jaką mamy siłę, zapraszam do naszego OZONu, czyli Obozu Zielonych Oddziałów Nowej Ziemi. Nowa Ziemia to Zielona Ziemia, a obóz to zjazd Zielonych z całej planety na ekologiczne warsztaty. Pokażę wam Zieloną Polanę.

- Zgoda, ale wybierzemy się tam tylko skromną reprezentacją, gdyż po pierwsze czas usiąść do Księgi Laurentego – rzekł profesor Gąbka – A po drugie, nikt nie powinien na razie łączyć Cyrku Tomatto vel Pomidorro „Zielona Arena” z Zielonymi Oddziałami.

- Skoro Don Pedro jest nieprzekonany, to powinien się znaleźć w tej reprezentacji – powiedział książę Krak – On i Samborek, który sam, można rzec, jest ekologiem, opiekuje się drzewami, a do tego doskonale orientuje się we współczesności.

- O nie! – powiedział stanowczo Don Pedro – Jeśli miły książę pozwoli, chciałbym przedstawić księciu pewien pomysł, ale, carrramba, …. Na strrronie!

- Jak to na stronie, Donku?! – zdziwił się Bartolini – Dotąd nie mieliśmy przed sobą w Kompanii tajemnic.

- Jeśli ja przeszkadzam, to przepraszam. Gdzie jest łazienka? Chciałabym umyć ręce. – powiedziała Zielona Dziewczyna.

- Ja wskaż! – rzucił się z pomocą Mądrodudek.

- Przepraszam! – ryknął Smok, który do tej pory milczał – To niebywałe! Nikt nam tutaj w niczym nie przeszkadza. Wytłumacz się, Donku!

Don Pedro tak bardzo się zawstydził, że niemal zapadł się w swoją pelerynę.

- Bo, bo -  jąkał się – Chodzi o to, że pewne rzeczy jednak powinny być tajne!

- Chyba nie chcesz powiedzieć, że ciągnie cię do starego ustroju Deszczowców, jak wilka do lasu? – zapytał Don Pedra Doktor Koyot.

- Nie, ale jednak…!!! – wił się Don Pedro kryjąc usta w pelerynie.

- Mów natychmiast, wszystko po kolei – rozkazał Książę Krak.

- Ale jednak… najpierw chciałbym, żeby ona – Don Pedro nieustępliwie wskazał na Zieloną Dziewczynę – Złożyła przysięgę milczenia.

- Zgoda! – powiedziała Zielona Sowa bez wahania – Rozumiem doskonale ostrożność Don Pedra. Przysięgam – wzniosła prawą rękę do góry – Na własną kalarepę, liść sałaty i zieloną pietruszkę Bartoliniego, że będę milczeć aż po grób! Tak mi dopomóż Świerczyno, Dębino i cała Zielona Rodzino!

- Teraz dobrze. – Don Pedro odwinął pelerynę, wyprostował się, zachichotał i powiódł po wszystkich diabelskim okiem – Otóż wymyśliłem, że powinniśmy mieć jakąś wtyczkę  u naszych wrogów. Ja się na taką wtyczkę najlepiej nadaję. Mam wprawę w krętactwach i matactwach, mam wprawę w rzucaniu słów na wiatr i w blefowaniu. Do tego łatwo zmieniam poglądy i lubię wkradać się w czyjeś łaski. Na początek bez trudu wkradnę się w łaski łasego na pochlebstwa redaktora Chytruska, z jego pomocą zaś wejdę w łaski samego Marszałka Zmory.  Kiedy tam będę, to po pierwsze wy będziecie wiedzieć, co oni knują, a po drugie w decydującym momencie mogę podszepnąć tamtym taki plan, jaki będzie dla nas wygodny.

- To bardzo niebezpieczne – rzekł profesor Gąbka – ale gdyby znalazł się odważny, który wejdzie do obozu wroga i będzie go szpiegował… No, no! Chociaż to nieeleganckie… ale mówiąc wprost, pozwoliło zdobyć niejedno królestwo.

- Hmmm – Książę Krak się zafrasował, skubał brodę i podkręcał wąsy, a nawet trzy razy obrócił w zamyśleniu koronę na głowie – Pomysł ciekawy…ale będzie nam tutaj brakowało twoich zdolności…

- Żadnych „ale”, proszę księcia – przerwał mu Don Pedro – Jeśli książę pozwoli, carrramba, ja jestem szpiegiem zawodowym, a Największy wybrał mnie do tego zawodu, gdyż mam to we krwi. Nikt nie będzie lepszy ode mnie i nikt nie ma większych szans na sukces niż ja.

- To prawda – potwierdził Doktor Koyot.

- Więc zgoda – rzekł książę Krak – szczegóły omówimy później. W takim razie kto pojedzie teraz z Zieloną Sową i Samborkiem na Zieloną Polanę? Na ochotnika.

- Ja chętnie pojadę – zgłosił się Bartolini – Przy rozwiązywaniu zagadek nie na wiele się przydam. Książę jako znawca starych wierzeń, profesor jako znawca przyrody, doktor Koyot jako czarnoksiężnik, znawca rebusów i zaklęć, Smok Wawelski jako znany w świecie detektyw i wreszcie Mądrodudek jako obsługujący komputer pokładowy i utrzymujący kontakt z Lodówą, będą potrzebni tutaj. Także Czarny Bolo, bo ktoś musi pilnować cyrku i naszych największych tajemnic, podczas gdy reszta będzie zajęta pracą nad zaklęciami. Więc zostaję tylko ja.

- Powinni zabrać do obozu to! – rzekł Don Pedro i wyciągnął zza pazuchy rulon z planami elektrowni atomowej – Liszek-Sekretarz miał ten plan wręczyć Licho, ona mu go wyrwała, a potem w rozgardiaszu, kiedy wszyscy uciekali z sali balowej Strasznego Dworu, wpadło mi to w ręce.

- Coś takiego?! – Książę Krak rozwijał pośpiesznie plan – Tu powinna być zaznaczona ta strefa ochronna z działką, na której mają jutro, a może nawet jeszcze dzisiaj  cichaczem wyciąć dęby. Chyba tutaj – wskazał palcem, a wszystkie głowy wyciągnęły się w stronę rozłożonego na podłodze areny planu.

- Tak – powiedziała Zielona Sowa – Tutaj wyraźnie drzewostan boru wchodzi w granice strefy ochrony elektrowni i są tu prywatne działki. Odnajdziemy je szybko, bo to miało być ponad dwadzieścia drzew na jednej działce. Z tego, co wiem, to właśnie  jedna z tych prywatnych działek.

- Dwadzieścia tak starych drzew, do tego dębów na jednej działce to dziwne. Niech Mądrodudek zrobi kopię dla nas, a wy weźmiecie ten plan na Zieloną Polanę. Trzeba szybko zorganizować opór. – rzekł książę Krak.

-  Zielone Oddziały mogłyby poprowadzić obronę dębów. Są znane z takich akcji. My powinniśmy wciąż pozostać incognito, czyli w cieniu.  – podsunął księciu profesor Gąbka.

Przez chwilę książę milczał, po czym uśmiechnął się do swoich myśli i poprawił koronę. Rozejrzał się dookoła po wpatrzonych w niego z napięciem twarzach.

-  Dobrze – zgodził się, gdyż był bardzo zgodnym i łagodnym księciem, a jeśli ktoś mówił mądrze, to nigdy się z nim nie sprzeczał. – Zatem, Zielona Sowo, wyrażam zgodę, aby Samborek i Bartolini udali się z tobą na Zieloną Polanę. Bartolini powinien potem wrócić i zdać nam relację, a Samborek może wziąć udział w obronie dębów, którą wy zorganizujecie.

- Przedstawię ich jako cyrkowców z Zielonej Areny, ale też jako osoby bardzo przejęte ekologią i praktykujące zasady ochrony Przyrody. Powiem, że chcą się do nas przyłączyć.

- Bo to prawda – rzekł Samborek – bardzo chcemy.

- Tak, tak – dołączył się Bartolini – Ja bym w życiu do garnka nie włożył sztucznej, czarnej marchewki, pomidora ważącego kilogram, albo nie daj boże jakiejś brukseli zamiast przyzwoitej brukselki. Co to się na świecie nie wyprawia! Jakem Bartolini herbu Zielona Pietruszka, to przecież sprzeczne z prawami przyrody! Dobrze, że się jeszcze do mojej herbowej pietruszki nie dobrali. A daleko na tę polanę?

- Niedaleko. To w Puszczy Kampinoskiej. Czy lubicie jeździć na rowerach?

- Jeszcze jak! – zawołał ochoczo Smok, lecz zaraz zorientował się, że on sam nigdzie nie jedzie.

- Jasne! – zawołał Samborek – Ja robiłem wokół parku Zaczarowanej Dorożki po trzydzieści kilometrów dziennie!

Na wspomnienie domu, mamy i swojego wspaniałego roweru posmutniał trochę, ale rozchmurzył się szybko, gdy Zielona Sowa powiedziała mu, jakim modelem roweru uda się do puszczy.

I znów nasi bohaterowie rozdzielili się na trzy zespoły. Pierwszą grupę tworzyli Zielona Sowa, Bartolini herbu Zielona Pietruszka i Samborek, którzy udali się na Zieloną Polanę. Polana ta leżała w jedynej chyba w Europie puszczy, która znajduje się w granicach stolicy państwa.

Polska to dziwny kraj. W obrębie grodu Kraka, czyli starodawnej stolicy także znajdowała się wielka puszcza. Drugim takim dziwnym krajem jest Brazylia w Ameryce Południowej, której stolica jest położona w sercu wielkiej Puszczy Amazońskiej. Tak się jakoś dziwnie składa, że tam właśnie płynie rzeka Amazonka, którą nazwano tak na cześć dzielnych kobiet-wojowniczek ze starożytności. Podobno mieszkały one na Mazowszu.

Smok Wawelski, Mądrodudek, książę Krak, Doktor Koyot, profesor Gąbka i Czarny Bolo pozostali w namiotach cyrkowych skupiając się nad płytką DVD, z takim trudem uratowaną z podziemi Biblioteki Narodowej. Don Pedro zaś po tajemniczej rozmowie z księciem Krakiem, w której książę zaakceptował szczegóły jego tajnego planu, utworzył sam ze sobą trzeci zespół. Na początek miał jako reprezentant cyrku udać się na wywiad do Telewizji Nic Poza Tym, gdzie w programie „Jak bum cyk cyk!” miał być gościem redaktora Chytruska. Bartolini więc zanim wyjechał z Zieloną Sową, wystukał numer stacji telewizyjnej i jako dyrektor cyrku Tomatto vel Pomidorro wyraził zgodę na wywiad, który Leszek Chytrusek proponował już od wczoraj. Bartolini  umówił Don Pedra do programu wieczornego.

- Wystąpisz jako trzeci, ostatnie dziesięć minut. Jako wielka gwiazda programu – zakomunikował Bartolini. – Dzisiaj o dwudziestej, kiedy prawie wszyscy zasiadają przed telewizorami.

Tak oto Leszek Chytrusek umówił się z Don Pedrem na oficjalne spotkanie. Bartolini jeszcze tylko szybciutko przyrządził dla całej kompanii maślane ciasteczka i wielki dzbanek zielonej herbaty, a Zielona Sowa ściągnęła ze swojego domu rowery. Okazała się wielką wielbicielką pojazdów dwukołowych.

Grzegorek przeszusował przez Warszawę na wyścigowym modelu takiej młodzieżowej szosówki, o jakiej nawet mu się nie śniło. Miała koła Mavic, amortyzatory Rock Shox i hamulce AVID. Samborek miał na głowie kask Limar, a rower na kołach opony Michelin. Zwykłym zjadaczom chleba na pewno nic to nie mówi, ale widzę, jak miłośnikom dwóch kółek  gały wyszły na wierzch z zazdrości.

- Sawa, to ładne imię – stwierdził Samborek rytmicznie pedałując.

- Jak tej księżniczki Mazonek z Mazowii, która wyszła za rybaka Warsa. Oni razem założyli Warmię i Warsowię. – wyjaśnił mu Bartolini – Nie znasz tej opowieści? W ósmym wieku wszyscy ją sobie powtarzali, nad Wisłą i w Rzymie.

- Amazonki nad Wisłą? – zdziwił się Samborek.

- A jak! To w starożytnej Słonecji wszystko pokręcili. One były znad Morza Mazowskiego, a nie Czarnego, a  potem się przeniosły na Mazowsze. Więc Mazonki, a nie jakieś tam Amazonki.

- Ja znam tylko z globusa, który dostałem na piąte urodziny, morze Azowskie – powiedział Samborek

- O to, to! To jest to samo morze. Teraz Azowskie.

Samborek nic na to nie powiedział, bo nie wiedział co rzec. Pedałowali we trójkę do Kampinosu, pięknymi, słonecznymi ulicami stolicy. Dziwnie było pomyśleć, że i tutaj mieszkały w starożytności wojownicze Amazonki.

Zielona Polana była pełna namiotów przypominających zielone grzyby. Gdyby popatrzyć na nią z lotu ptaka, wydawałaby się pusta. Kuchnia, stołówka i wielki namiot konferencyjny wtopiły się idealnie w las. Samborek i Bartolini byli zdziwieni rozmiarami tego obozu i liczbą ludzi, którzy tutaj przyjechali. Bartolini z radością usłyszał dźwięki włoskiej mowy i mógł sobie nawet przez chwilę porozmawiać w ojczystym języku, z którego przez lata używał tylko jednego zwrotu. Jakiego?! …..No właśnie, zgadliście! Można tutaj było usłyszeć zresztą wszystkie języki świata.

- Jesteśmy jedną wielką rodziną – mówiła Zielona Sowa, prowadząc ich od grupy do grupy. Właśnie weszli do okrągłego namiotu z potężnym niebieskim basenem po środku – Tutaj pracuje grupa Czyste Morza.

- Don Pedro by się tu chętnie przyłączył – stwierdził Samborek.

Wielki basen udawał morze, a przedstawiono w nim wszystkie możliwe rodzaje zagrożeń w odpowiednim pomniejszeniu. Woda miała w sobie tyle soli co prawdziwy ocean, gumowe boki basenu falowały poruszane przez mechanizmy, wywołujące prawdziwe fale. Na środku obrzydliwa czarna, gęsta ciecz pływała po powierzchni, wydobywając się z uszkodzonej platformy wiertniczej. Śmierdziało  nią w całym namiocie. Ropa naftowa rozlewała się bezładną plamą i dryfowała do brzegu, na którym ustawiono domki i plażę pełną ludzkich figurek. Maleńkie złote rybki uciekały od plamy, próbując w panice wydostać się na brzeg. Uczestnicy tego warsztatu wyławiali ostrożnie rybki do słoików z czystą wodą.

- Następny namiot to Świeże Powietrze – powiedziała Zielona Sowa – a kolejny Grupa CO2 – Efekt Cieplarniany.

- Nie jestem przekonany, czy Don Pedrowi rzeczywiście by się tutaj spodobało – rzekł Bartolini zatykając sobie nos – Mnie tam się nie podoba.

- Czy jest możliwe – zapytał Samborek – Żeby ustalić jakąś wspólną akcję, zaplanować ją i wykonać we wszystkich krajach, z których oni tutaj przyjechali?

- Oczywiście. Na początek trzeba by pomysł takiej akcji zaprezentować, przekonać wszystkich i to przegłosować. Tu są naprawdę bardzo ważni ludzie z całego świata, chociaż wyglądają tak zwyczajnie. – opowiadała Zielona Sowa prowadząc ich do następnego namiotu – A to jest grupa, w której my weźmiemy udział: Obrońców Borów, Ginących Gatunków Roślin i Wymierających Zwierząt. Tu przedstawimy nasz plan.

Jak się okazało, wśród zebranych tutaj osób byli dwaj znajomi Samborka z Towarzystwa Ochrony Najstarszych Drzew w Polsce, Witek i Dobromir. Ucieszyli się na widok najmłodszego członka swojej organizacji i przywitali go bardzo serdecznie. Samborek od razu poczuł się jak wśród swoich, a inni zebrani także poczuli, że to jest swój człowiek. Resztki nieufności zostały łatwo przełamane maślanymi ciasteczkami Bartoliniego. Dokładne ustalenie planu działania i przygotowanie do szybkiej obrony drzew w puszczy zajęło im ponad trzy godziny. Na miejsce akcji wysłano wywiadowców. Wsiedli w samochód terenowy, który poprowadził Witek i wyruszyli na północ. Grupa miała trzy takie pojazdy. Były to, jak powiedziała im Sowa, bardzo nowoczesne samochody hybrydowe, z silnikiem wodorowym i elektrycznym, przekazane do testowania przez Zielonych z Drugiej Japonii, czyli z Zielonej Wyspy[11].

Guilty najwyraźniej uparły się, żeby zniszczyć największą polsko-litewską puszczę. Tam właśnie, w samym jej sercu, tak pięknie opisywanym przez wieszcza obu tych narodów Adama Mickiewicza, wybrano miejsce na elektrownię atomową! Pozostawało mieć nadzieję, że jeszcze nie zaczęła się wycinka, o której była mowa w Strasznym Dworze. Dwie godziny po zwiadowcach wystartowała pozostała część Zielonego Oddziału Obrońców Boru, w dwóch pojazdach prowadzonych przez Zieloną Sowę i sympatycznego Boa Babę, znanego afrykańskiego Obrońcę Baobabów. Wzięli oni ze sobą mnóstwo dziwnego sprzętu. Między innymi liny do przywiązywania się do drzew i kamery filmowe. Rowery zamontowali na samochodowych bagażnikach. Zawiadomiono też zaprzyjaźnionego reportera ze znanego kanału telewizyjnego poświęconego przyrodzie i zwierzętom.

Dobromir z Bartolinim zwiedzali obóz OZON do późnego popołudnia. Bartoliniemu przychodziły do głowy coraz to nowe pomysły na współpracę, lecz wszystko to mogło nabrać konkretnego kształtu dopiero wtedy, gdy profesor Gąbka, książę i Doktor Koyot odkryją, co jest obiektem-kluczem do Zmiany, opisanym w księdze zaklęć przez Twardowskiego. Prawdę mówiąc, Bartolini kręcił się po obozie trochę zniecierpliwiony, bo był bardzo ciekaw, co też odkryli współtowarzysze pozostawieni w cyrku. Myślami ciągle błądził gdzie indziej, niż prowadziły go nogi. Wreszcie – gdy oprowadzanie dobiegło końca – mógł się grzecznie pożegnać i dosiąść swojego roweru, by ruszyć w drogę powrotną. Kiedy odjeżdżał, od wywiadowców z puszczy litewskiej, którzy dotarli na miejsce prowadzeni przez  Witka, nie było jeszcze na szczęście żadnych niepokojących sygnałów.

W tym czasie w cyrkowym namiocie działy się naprawdę ciekawe rzeczy. Mądrodudek wykonał ze skanów  komputerowe wydruki. Komputer pokładowy poukładał skany w kolejności, co nie było takie łatwe, ponieważ strony księgi nie zostały ponumerowane. To znaczy były, ale literowo od AAA przez AAB, AAC aż do ZZZ. Nie mieli pewności, czy taka kolejność jest właściwa. Każdy otrzymał kopię książki dla siebie. Zasiedli przy stole na środku areny i pogrążyli się w lekturze. Czytali powoli i uważnie, popijając zieloną herbatę i pogryzając pozostawione przez Bartoliniego maślane ciasteczka. Wyobraźcie sobie, że przez godzinę nikt się nie odezwał! Każdy uczeń może sobie chyba wyobrazić, co to oznacza. Na lekcji, która trwa krócej niż godzinę naprawdę trudno wysiedzieć w milczeniu przez choćby pięć minut!

- Chyba coś mam – powiedział doktor Koyot – strona KAT.  – I przeczytał na głos co następuje:

Przeciw Liszości i upadłości

Łapki szczurze, kilka kości

Gotuj w włoszczyźnie,

 Niech je żar liźnie

Trochę pierza z nietoperza,

siedem włosów z brody jeża

ósm szprych struganych z wiązu wisielca

dziewięć promieni złap z głowy Cielca…

  – I jedź do Mielca?! Nie, nie i nie. – zaprotestował zdecydowanie Baltazar Gąbka – To jakiś żart, przecież włoszczyzna pojawiła się u nas dopiero z królową Boną. Ten tekst jest za młody. Ale rozumiem, dlaczego akurat to ci się podoba.

- Posłuchajcie tego, strona TAK – powiedział książę Krak:

Przybądź Pełny Księżycu

Jestem ruta ruciana, ziele święte Rujana

znajdź mnie w litewskim borze

płoń uczyń na muchomorze

ten napój dzieje odmieni

Światło wyciągnie z cieni

Ziemię dobędzie z Nicu

Naw się obróci w orzech,

- Kto wie, kto wie. – powiedział Smok Wawelski. – Choć rymuje się, że aż zęby bolą.

- Chyba to jest to, orzech, to przecież nasienie, czyli zarodnik.  – filozofował tymczasem książę – Nawie są siedzibą zmarłych, a muchomor…

- Ale poczytajcie sobie na stronie NIE – zapiał z zachwytem Wawelski Smok i wyrecytował:

Ene, due, rabe

Złapał Chińczyk żabę

A żaba Chińczyka,

Co z tego wynika?

Rapete, papete, w łepetę,

Entliczek, pętliczek, czerwony…

- To dziecięce wyliczanki. – przerwał mu zaaferowany własnym odkryciem Profesor Gąbka – Ja naprawdę mam! Słuchajcie, strona KOD:

Nad kryształową tonią

W noc pełną świetlisty

Kwiat-niekwiat od Rudzi

pała czysty wonią

i płoszy od ludzi

kosz stulistną dłonią

W zaczarowanym odbity lustrze

Zerwany w noc zwrotną

U rudnych źródeł potoku

co spływa w puszczę prastarą

Wszystko zmienić mocen

swą Siłą odwrotną,

on może ją ustrzec

od sądzonego wyroku

Jeśli natchnion wiarą

Jeśli złączon z czarą

I zaklęty Marą

- Nie rozumiem ostatnich linijek! Co sądzicie o tym, Koyotku, książę, Smoku?!

- KAT, TAK, KOD, NIE – literował Mądrodudek – Kat tak, kod nie – powtórzył – Nie tak, kod kat.

- O czym mówisz, Mądrodudku? – zainteresował się książę Krak, który jak zwykle go  nie zrozumiał.

- Wy odczyt strny Kat-Tak-Kod-Nie. W tak kolejności! To coś zncz?! Ja, ja. – rzekł Mądrodudek i wstukał to pracowicie w pokładowy komputer, który wywlókł z latającego talerza. Nikt nie zrozumiał za dobrze, o co mu chodziło.

- No jak?! – zachęcił ich profesor Gąbka – Prastara puszcza to puszcza litewska. Kraina Tysiąca Nenufarowych Jezior i Królestwo Bociana leży na pograniczu polsko-litewskim. Kto to opowiadał o jakimś stowarzyszeniu bocianim gdzieś tam…? – profesor nie mógł sobie przypomnieć – Nad Rospudą?

- Rospuda ma źródła na granicy puszczy. – stwierdził doktor Koyot. – Trochę nie pasuje.

- Ja! T ja znlzłem! Ja! – wrzasnął Mądrodudek – Kraina Bociana nd jezior Gołdap. W Intrnecie.

- Tak było, Kraina Bociana nad jeziorem Gołdap, w Internecie. – potwierdził książę Krak – To rzeczywiście pasuje, a ponieważ ten wierszyk nie jest zaklęciem, to musi być atraktantem! A więc co to za obiekt, o którym imć Twardowski nas tutaj informuje?

- Kwiat-Niekwiat – zamyślił się profesor. – Wszystko zmienić mocen…

- Oczywiście! – książę Krak puknął się w czoło – Oczywiście!!! Kwiat Od Rudzi! Znamy dwie prastare boginie nazywane Rudziami. – Zatańczył w koło stołu, zamiatając podłogę królewskim płaszczem – Matkę Wszelkiego Życia Rudź nazywaną też Przyrodą, jako, że stoi zawsze Przy Rodzie, Władcy Ludzkiego Rodu. Przyroda jest zarazem matką młodszej Rudzi, nazywanej Opiekunką Narodzin!

- Tak. – zapiszczał z emocji Doktor Koyot – Pąp Rudzi, czyli inaczej Pąk Rudzi to przecież to samo co Kwiat Paproci! Mamy!!! Mamyyyyy! – zerwał się z krzesełka i biegał dookoła areny, jakby nagle stał się dzieckiem. Biegał i wciąż krzyczał – Mamyyy!!! Mamyyy!!!

- Ale uwaga – rzucił książę Krak – ta młodsza Rudź też ma swoją roślinkę. Jest nią ruta. Ruciane wieńce rzuca się uroczyście na wodę, jeśli się chce, żeby komuś urodziło się dziecko!

Nikt go jednak nie słuchał. Wybuchła ogólna wrzawa i szaleństwo radości.

Wtedy właśnie nadjechał na rowerze Bartolini, który z początku pomyślał, że stało się coś złego. Jednak kiedy wpadł do namiotu i zobaczył, jak wszyscy  się cieszą biegając, krzycząc i fikając koziołki, od razu wiedział, że znaleźli zagadkową formułę w księdze i rozwiązali tajemnicę atraktantu, czyli wabika. Teraz będą mogli zwabić i oczarować wszystkich ludzi, a tym samym zbawić cały świat i odczarować bieg wydarzeń spychających Ziemię w otchłań zagłady.

Niestety Bartłomiej Bartolini nie miał racji. Kiedy ochłonęli książę Krak powtórzył swoje wątpliwości. I wtedy dotarło do nich, że mają co najmniej dwa rozwiązania. Jak zauważył książę Krak, młodsza bogini z dawnych słowiańskich wierzeń, Opiekunka Narodzin, miała swoją roślinę, rutę. Kwiat od Rudzi mógł więc być rutą. Na dodatek dawno, dawno temu, rutą nazywano nie tę rutę, którą dobrze znamy z naszych łąk,  tylko bardzo rzadko spotykaną, rutę stepową.

Na trzecią możliwość, a mianowicie tę, że wszystkie części odczytane zostały nieprzypadkowo i że razem stanowią jedno rozwiązanie, wpadł Mądrodudek. Nazwy stron, z których odczytano teksty, dawało się bowiem ułożyć w szereg mniej lub bardziej zrozumiałych zdań. Na przykład: KAT NIE, KOD TAK, albo NIE TAK, KOD KAT, lub KOD TAK, KAT NIE, a także KAT TAK, KOD NIE.  Rozgorzała więc gwałtowna dyskusja. Każdy był w niej ekspertem i każdy uważał, że ma rację, więc wkrótce zaczęto dzielić włos na czworo. Rozmowa przeciągnęła się do późnego wieczora i Bartolini musiał ich siłą wyciągnąć na kolację. Co gorsze, nie przestali dyskutować nawet przy jedzeniu. Nie zauważono zatem,  jak pyszny jest makaronem z szynką, pomidorami i z bazylią przygotowany przez Bartoliniego, ani jak wiele serca włożył w tę potrawę. Mistrz patelni pocieszał się jednak, że stół złagodził spór. Porzekadło, że wspólne jedzenie łagodzi obyczaje, a czasem nawet godzi zwaśnionych, okazało się prawdziwe. Z pełnym brzuchem miewa się także lepsze pomysły. Bartolini miał nadzieję, że tak będzie i teraz. Istotnie spór osłabł, ale tylko na czas jedzenia i tylko dlatego, że usta mieli pełne pomidorów i makaronu oraz pachnących ziółek. Ledwie wstali od jadła, znów rzucili się sobie do gardeł. Oczywiście tylko w przenośni, czyli że na nowo rozgorzała zażarta dyskusja. Najgorsze, że zupełnie przegapili wystąpienie telewizyjne Don Pedra w programie „Jak bum cyk cyk!”. Na szczęście Mądrodudek nastawił nagrywanie, więc mogli to sobie odtworzyć rano. Niewiele do tego rana brakowało, kiedy Doktor Koyot zarządził przymusowe pójście spać.

- To absolutnie niedopuszczalne, żeby tak krzyczeć na siebie całą noc i żeby tak przeciążać umysł i ciało! Sen jest warunkiem zdrowia! Zaczynacie już opowiadać straszne bzdury! – krzyczał.

Potulnie więc rozeszli się do łóżek. Smok też udał się do swego bardzo wielkiego łóżka, które można by nazwać legowiskiem. Umył zęby, przebrał się w pidżamę w paski i obniżył temperaturę w pomieszczeniu do plus jednego stopnia. Jak pamiętacie, Smok śpi dobrze tylko wtedy kiedy jest zimno. Przyłożywszy głowę do poduszki zasnął więc w ciągu minuty. A śpiąc wciąż powtarzał, mamrocząc niewyraźnie:

- A ja waaaam móóówię, że dziecięceee wyyyliczanki to sąąąąą staaaarożytneee zaaaaaklęęęęcia.

Tej nocy śniła mu się jego wspaniała Smocza Jama pod Wawelem, do której strasznie już tęsknił.

pedro_umowa jpg

Rozdział 12 – Przypadek czy Przeznaczenie, czyli „Jak bum cyk cyk!” 

w TV Nic Poza Tym.

Rano otrzymali wiadomość od Samborka, który zaraz po wschodzie słońca zadzwonił na komórkę Bartoliniego. Bartolini na wpół śpiąc mamrotał początkowo coś o czarach marach i diable. To dlatego, że spał wyjątkowo krótko. Zaraz jednak otrzeźwiał gdy zobaczył na komórce, że jest już prawie szósta rano:

-  Cieszę się Samborku,  że dzwonisz…, to nic, że jest wcześnie…., dobrze że mnie zbudziłeś, bo czas przygotować śniadanie…. Poczekaj sekundkę, nie rozłączaj się muszę tylko zrobić poranną gimnastykę, bez tego ani rusz….

Bartolini odłożył komórkę, zdjął szlafmycę z pomponem, w której miał zwyczaj sypiać i wykonał serię przysiadów, dziesięć pompek, sześć kocich grzbietów, pięć kocich kołysek oraz stanie na głowie. Samborek cierpliwie wysłuchał w słuchawce jego posapywań, po czym usłyszał od Bartoliniego streszczenie wydarzeń wczorajszego wieczoru i nocy. Przekazał dzielnemu kuchmistrzowi wiadomości z puszczy mazursko-litewskiej. Na szczęście w zagrożonym rejonie nie widziano na razie drwali, ani niczego podejrzanego. Założono obóz i rozpoczęto dyskretną obserwację.

Okazało się, że zagrożone wyrębem są co najmniej trzy miejsca, bo na planie zaznaczono trzy warianty strefy ochrony elektrowni. W każdym wariancie w strefę  wchodził inny rejon z dębami. Nie dało się najwyraźniej uniknąć wycięcia starych dębów, których w puszczy nie brakowało. Ktoś mógłby pomyśleć, że w związku z tym nie zaszkodzi jak się wytnie dwadzieścia dwa, albo nawet dwadzieścia pięć starych dębów, ale to nie jest tak, jak myślicie. Czy wiecie na przykład, że malutkie krzaczki czarnej jagody, nazywanej też borówką, tworzą olbrzymie połączone korzeniami kępy, które mają po kilkaset metrów średnicy. Taka kępa to nie są tysiące osobnych krzaczków tylko jedna roślina. Jakby powiedział doktor Koyot – jedna istota. Jeżeli zniszczy się fragment takiej istoty, ważną część jej połączeń, to cała kępa przestaje owocować, a na jej miejsce pojawiają się leśne chwasty. Tak wymierają wielkie obszary lasu, który tylko z wyglądu przypomina zdrowy las. Drzewa i krzewy, i to co żyje pomiędzy nimi w lesie, stanowi jedną gigantyczną, żywą istotę, BÓR.

Tego wszystkiego dowiedział się Samborek poprzedniego wieczora od Zielonej Sowy i Witka. O tym samym opowiadał ich przyjaciel z Afryki, czarny jak heban obrońca baobabów, Boa Baba. Baobaby, rosnące nawet o wiele kilometrów od siebie, wymieniają się wiadomościami. Wiadomości zapisane pyłkiem kwiatowym baobabu roznoszone są przez kursujące miedzy nimi owady. Boa Baba twierdził, że baobaby lubią przed snemporozmyślać o tym, co tam u ich krewnych rozsianych po sawannie.

Samborek obiecał na koniec Bartoliniemu, że także pomyśli o wierszykach z księgi Twardowskiego, które kucharz wyrecytował mu do dyktafonu. Na tym się pożegnali i każdy ruszył do swoich zajęć. Bartolini stwierdził, że każda rozmowa z przyjacielem jest pożyteczna i że człowiek uczy się całe życie. Ta historia z baobabami nigdy nie przyszłaby mu do głowy!

Kiedy tylko inni się obudzili, wstali i umyli zęby, spór wybuchł na nowo.

- Powtórzę po raz setny – upierał się profesor Gąbka – że tutaj nie chodzi o rutę zwyczajną, czy o rutę stepową.

- Ta druga to bardzo ważne zioło w czarach – zauważył doktor Koyot – Z niej przygotowywano napój czarowniczy i wróżebny, już w starożytnej Persji. Tylko przy jej pomocy można było odczytać przyszłość!

- Profesorek ma rację – rzekł książę Krak, który dopiero co założył koronę. Uwierała go dzisiaj, więc wciąż coś przy niej kombinował.

- Przemyślałem to. Musi chodzić o Przyrodę, czyli o Rudź-Rodżanę a nie o jej córkę. – kontynuował książę ważąc każde słowo – Bo sprawa dotyczy całej Ziemi i całej Przyrody! Poza tym pąp Rudzi to ta sama roślina, którą dzisiaj nazywa się paprocią, a za naszych czasów, ósmym wieku, nazywało się paprudzią.

Książę Krak zrezygnował w końcu z korony, zdjął ją i położył na stole. Tymczasem do namiotu wkroczył Bartolini z jajecznicą i grzankami z przypieczonym serem. Mądrodudek niósł za nim owoce, a Smok Wawelski, wystrojony w piękny fartuszek z falbanką, dźwigał wielki dzban kompotu truskawkowego i tacę ze szklaneczkami oraz kompletną zastawą.

- Czary mary, diabeł stary… – podśpiewywał sobie Bartolinii.

-  No nie! – krzyknął znienacka profesor Gąbka, kiedy Bartolini stawiał przed nim jajecznicę i talerzyk z dwiema grzankami, gdyż piosenka kucharza wpadła mu prosto w ucho. – Przecież Bartłomiejek to najgenialniejszy rozwiązywacz rebusów na świecie. Ma talent we krwi! Czary mary, czyli czary Marzanny. Rozwiązałeś zagadkę trzech ostatnich linijek wierszyka! Tę, która najbardziej nie dawała mi spokoju!

„…Jeśli natchnion wiarą

Jeśli złączon z czarą

I zaklęty Marą!”

- To znaczy – kontynuował z głębokim namysłem profesor – Że znaleziony w najczystszym miejscu puszczy Kwiat Paproci, należy włożyć w czarę, czyli dzban i zaczarować tak jak czyni to Mara-Marzanna, Królowa Śniegu, czyli zamrozić go!

- A nie mówiłem, że dziecięce wyliczanki to nic innego, jak dawne zaklęcia? – ucieszył się Smok Wawelski – A co z entliczkiem-pętliczkiem?[12] Czy tutaj nie chodzi o zaklęcie Przepląta, Władcy Przypadku, który uwielbia plątać wszystkim ścieżki oraz myśli, a jest starym odwiecznym przyjacielem Licho?!

-  Ponieważ wszyscy są tutaj znawcami tych spraw, czyli wielkimi ekspertami – powiedział Doktor Koyot – Stworzymy komisję ekspertów. Jak to w komisji, napiszemy wspólny raport, w którym uzgodnimy co jest, a czego nie ma. Na koniec podejmiemy decyzję! Tak będzie nowocześnie i demokratycznie.

- Tak t rob w Sejm! Ja. – włączył się w dyskusję Mądrodudek.

- Dosyć tego!  - huknął niespodzianie książę Krak, a korona podskoczyła na blacie stołu. Dawno nie widziano, żeby był tak zdenerwowany – Nie będziemy u nas wprowadzać tych dziwacznych zwyczajów! Jeśli każdy wykręci kota ogonem i to uzgodnimy, a potem zapiszemy ,to wyjdzie z tego kot o sześciu ogonach i bez choćby jednej głowy!

- Racja. – stwierdził filozoficznie Smok Wawelski wyciągając z kieszonki swoją ulubioną fajkę – Prawdy się nie uzgadnia. Tutaj nie ma żadnych wersji, nic się nie dzieje przypadkiem. Weźmy choćby odczytanie takich, a nie innych stron z księgi Twardowskiego. Czy to można nazwać zbiegiem okoliczności?! A jak to się stało, że on ponad pięćset lat temu zapisał to przesłanie w swojej książce?! A jak to jest możliwe, że ta książka, która przecież zaginęła, jednak ocalała?! Kiedy pomyślę, że znalazła się właśnie w Warszawie, to w ogóle przestaję wierzyć, że na świecie istnieje coś takiego jak przypadek! To przecież niebywale logiczny ciąg wypadków. – nabił fajkę tytoniem i włożył ją sobie między zęby.

- To znaczy, że to są wszystko powiązane ze sobą wydarzenia? – zdumiał się Bartolini – Że to wielki, ciągnący się od tysiącleci plan? Jeśli tak, to my też jesteśmy nieprzypadkowymi trybikami w tym kosmicznym planie!

- Taaak! – Smok westchnął i kiwnął głową na potwierdzenie słów Bartoliniego.

Majestatycznie wyciągnął zza pazuchy zapalniczkę i pstryknął, ale płomyczek się nie zapalił.

- Książę i Smok mają rację – powiedział profesor Gąbka – Chciałbym zauważyć, że prawda jest tylko jedna, to prawda prawdziwa, a nie jakaś półprawda, okrojona i uzgodniona. To bardzo ważne, bo nie możemy się pomylić. Jeśli się pomylimy, to…

Właśnie wszyscy wyobrazili sobie co się stanie, jeśli się pomylą i zamilkli.

- Proponuję zjeść śniadanie – powiedział Bartolini – Po nim na pewno coś wymyślimy.

Smok znów pstryknął zapalniczką. Buchnął płomyczek.

- No nieee! – jęknął zdegustowany do granic możliwości Doktor Koyot – Nie będziesz chyba Smoczusiu palił przy stole?! I nie mów mi, że smokom – przeciwnie niż ludziom – nie szkodzi palenie na czczo!

- Ja tam lubię sobie czasem zionąć ogniem na czczo – wymamrotał Smok.

Choć to powiedział z rozpędu to zawstydził się własnymi słowami i czynami. Przede wszystkim tym, że nie pomyślał o innych siedzących przy stole. Spurpurowiał, zdmuchnął płomyczek, schował fajkę i zapalniczkę tam, skąd je wyjął, oraz przeprosił za gafę. Kompania uśmiechnęła się do niego, powiedziała, że przecież nic się nie stało, więc nie ma za co przepraszać i zabrała się do wyśmienitej jajecznicy Bartoliniego. Wszyscy wiedzieli, że nie zrobił tego umyślnie.

Śniadanie się zakończyło. Smok srebrnym widelczykiem wygrzebał z dna swojej szklaneczki ostatnią słodziutką truskawkę. Czarny Bolo  znów przespał dyskusję, zmęczony całonocnym czuwaniem. Gdyż „ktoś musiał czuwać, aby spać mógł ktoś”! Zbudził się dopiero na jajecznicę na bekonie, a teraz przełknął ostatni kęs owego bekonu i powiedział:

- Baarrr, waaaar, dobrrr! Howk!.

- Dbrrr, dbrrr! Jaja! – potwierdził Mądrodudek i odłączył się od kontaktu, po czym łyknął haust kompotu i usiadł na swoim miejscu przy komputerze.

- Taaak – wysapał Smok z pełnym po brzegi brzuchem i sięgnął po wykałaczkę – Koood.

- TAK! KOD! – podchwycił ochoczo Mądrodudek.

Doktor Koyot uderzył trzykrotnie w stół umklajderem, potem zabębnił jeszcze trzy razy.

- Uderz w stół! – powiedział do siebie, gładząc się drugą ręką po brzuchu i rozpamiętując smak wspaniałego śniadania.

I wtedy wszyscy , jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wszystko nagle pojęli! I jeszcze naglej, dokładnie to wszystko zrozumieli! Olśnienie spłynęło na nich w jednej sekundzie i nie mieli już żadnych wątpliwości.

- Te dwa kawałki tworzą pierwsze i drugie danie – stwierdził Bartolini.

- Jasne. – rzekł książę Krak – Oto kompletny atraktant, dwuczęściowy.

- Kwiat Paproci i Ruta. To klucz – stwierdził profesor Gąbka.

- Obiekt-klucz! Nie rzecz, bo to przecież coś żywego, a nie martwy przedmiot. – stwierdził Doktor Koyot.

- Ja, ja. – przytaknął Mądrodudek, który wniósł przecież wielki wkład w końcowe rozwiązanie. –Tak. Kod.

- Wrah! Wrrrah! – warknął zadowolony Czarny Bolo, myśląc o pognębieniu wszelkich wrogów, których teraz bez trudu pokonają.

- Zatem możemy spokojnie obejrzeć wczorajsze telewizyjne występy Don Pedra – zaproponował książę Krak.

- Gdybyś, Koyotku, wyczarował wygodne fotele zamiast tych twardych krzeseł – zaproponował Smok – przenieślibyśmy się wszyscy do salonu telewizyjnego.

- Ale, ale, a gdzie się podziewa Don Pedro?! – zdziwił się Doktor Koyot.

- Mamma mia! – krzyknął Bartolini – On nie wrócił na noc do domu? To jest – ugryzł się w język – do naszego Cyrku?!

Dopiero teraz zauważyli, że Don Pedra nie ma z nimi od wczorajszego wieczora. Zrobiło im się wstyd, że w zacietrzewieniu, zajęci dyskusją, pogrążeni w gorących sporach, zapomnieli o przyjacielu, który mógł potrzebować ich pomocy.

- Wrrrrr! A może go uprowadzono?!!! Wrahh!!! – zaniepokoił się Czarny Bolo.

- Jakoś jestem spokojny o niego – powiedział książę Krak z nieco tajemniczą miną – Don Pedro dałby znać, gdyby potrzebował naszej pomocy. Poczekajmy, aż się sam odezwie, a póki co zobaczmy, co tam wczoraj nagadał.

I rozsiedli się przed telewizorem w wygodnych fotelach wyczarowanych przez Doktora Koyota. Dla księcia Kraka udało mu się nawet wyczarować coś specjalnego, z ozdobnymi wspornikami zagłówka.

Mądrodudek nastawił nagrywanie nie tak, jak trzeba. Na początku nagrał się wcześniejszy fragment programu. Wiedzieli, że Don Pedro, jako największa gwiazda, wystąpi w ostatnich dziesięciu minutach. Mieli zamiar przewinąć  wywiad Leszka Chytruska z osobą, która pojawiła się na ekranie, ale Doktor Koyot zauważył, że to bardzo znany polski skoczek. Gość był chudy jak szczapa, a mówiąc, gestykulował cienkimi rączkami. Na jednej miał złotą bransoletkę, a na placach drugiej trzy równie złote sygnety. Doktor Koyot nie potrafił powiedzieć czy to skoczek narciarski, czy o tyczce, czy też skacze on na bungee, albo na trampolinie. To przestało mieć znaczenie, kiedy zauważyli, że na stoliku obok redaktora Chytruska, dzierżącego w dłoni swój nieodłączny notesik z pytaniami, spoczywają dziwne warzywa: wielka czarna marchew, proste jak kij banany oraz wielka brukselka, czyli bruksela.

- Więc uważa pan, że te warzywa są doskonałe dla zdrowia i że każdy sportowiec już od dawna je jada?

- Tak! – powiedział sportowiec z pełnym przekonaniem i przerzucił zawadiacko falę włosów z czoła na bok – Banany, kij i marchewka, bardzo duża marchew, marchwisko, to podstawa systematycznego treningu i wysokich wyników sportowych.

- Bardzo panu dziękuję. Wypowiedź praktyka daje nam pewność, że te warzywa – Leszek Chytrusek wskazał na stół – Są absolutnie zdrowe.

Redaktor zwrócił się teraz do innej kamery i mówił wprost do telewidzów.

- Jedząc je można wyglądać tak szczupło! No i można mieć tyle siły, co nasz mistrz olimpijski! Ale gwoli pewności absolutnej – rzekł przymilnie Leszek Chytrusek zwracając się znów do swojego gościa – Prosiłbym, żeby pan jeszcze raz widzom powiedział… bo, bo widzi pan ja czytałem w takiej książeczce, że to może być niebezpieczne?…. I … – redaktor zawiesił głos

- A po co pan czyta?! – przerwał mu gość programu –  Ja, to proszę pana, w ogóle nie czytam! Od dawna!

Na studio telewizyjnym zagrzmiały salwy śmiechu a potem oklaski i powstała wielka wrzawa, przez którą przebijały się pojedyncze słabe gwizdy.

- No , ja też nie czytam.  W zasadzie – powiedział po namyśle redaktor – Ta książeczka to był komiks. Mówiąc prawdę, taka bajka o tym, że rzepka rosła i rosła, aż nikt jej nie mógł wyciągnąć. No i nie była wcale smaczna, ani nie doprowadziło to do niczego dobrego, więc…

- Panie redaktorze – przerwał mu pewny siebie mistrz sportu – Po co pan to wszystko czyta?! Tylko narobią człowiekowi bigosu w głowie. Ta marchewka jest uhm! Palce lizać! A ta bruksela smakuje jak landrynki, i niech mi pan wierzy, nic się nikomu nie stanie, jak dostanie kijem po bananie! To znaczy, chciałem powiedzieć, jak dostanie po kijowym bananie! Komiksów też nie trzeba czytać! Jest pan dużym chłopakiem redaktorze, a wciąż wierzy pan w bajki?!

Po tej wypowiedzi mistrza olimpijskiego studio dosłownie oszalało. Aplauz przerodził się w spory tumult. Redaktor podziękował miłemu gościowi i pożegnał się z nim, po czym uciszył salę królewskim gestem.

- Poniekąd – powiedział do widowni i do kamery, czyli do wszystkich telewidzów oglądających go w domach – Poniekąd nasz wspaniały mistrz olimpijski ma rację. Przecież mamy naszą, NASZĄ telewizję! A w niej programy, takie jak „Prawda, prawda i tylko prawda”, „Szklanym Okiem”, albo „Jak bum cyk, cyk!” i Nic Poza Tym nie jest nam potrzebne, żeby wiedzieć o świecie to, co trzeba!!!… A teraz… -

Przerwały mu gromkie brawa, które nie chciały się skończyć, ale redaktor przekrzyczał w końcu rozradowany tłum.

- Teraz …. Teraz witam już serdecznie ostatniego naszego gościa!  Pana Don Depro, z rodziny cyrkowców z Hiszpaniiiii!!!! (oklaski) Którego tutaj do nas wydelegowano z Cyrku Maestro Tomatto vel Pomidorro „Zielona Arena”!!!

Don Pedro ukłonił się i przywitały go ponowne oklaski pomieszane z okrzykami aprobaty.

-  Zacznijmy od tego, co najbardziej zapewne interesuje naszych widzów. Ten słynny na świecie zagraniczny cyrk – mówił Leszek Chytrusek zaglądając w swój notesik – Obrał sobie za dekorację zieleń i przedstawia się jako Cyrk Ekologiczny. Jednocześnie postacie przebrane są za bohaterów z Przygód Profesora Gąbki, czyli postacie z polskiej powieści. O co w tym wszystkim chodzi?!

- Tak do końca, carramba,  nie jest to dla mnie jasne. – powiedział Don Pedro – Ogólnie chodzi o to, że te postacie w powieści żyją w zgodzie z naturą. Zdrowo się odżywiają i walczą o czystość świata. Nie tylko, żeby nie był zaśmiecony odpadkami, ale też żeby był uczciwy i sprawiedliwy.

- To ma być taki wzór dla wszystkich, jak rozumiem – redaktor udawał, że się zastanawia – Zwłaszcza dla dzieci zapewne… A w życiu?! W życiu codziennym też kierujecie się tymi samymi zasadami , prawda?!

-  Tak – Don Pedro nie za bardzo wiedział, jak odpowiedzieć na to pytanie, bo przecież wiadomo, że w życiu różnie bywa. Każdy jest tylko człowiekiem i popełnia błędy, a nawet wielkie gafy, jak na przykład Smok przy wspólnym stole  – W zasadzie tak. – potwierdził nieco niepewnie.

- W zasadzie, powiada pan… – zastanowił się Leszek Chytrusek, skrobiąc się po czubku głowy – Więc pan ma zapewne odgrywać rolę czarnego charakteru?! Czyż nie?!

- I tak i nie, bo widzi pan, redaktorze, w finale każdego przedstawienia Don Pedro wraca na właściwą ścieżkę, na dobrą, jasną stronę mocy.

- Ale w życiu, jak to w życiu. człowiek nie zawsze postępuje jak bohaterowie powieści – zasugerował redaktor.

- Nie bardzo rozumiem – rzekł Don Pedro – Carrramba, no w życiu różnie przecież bywa!

Sala wybuchła śmiechem. Zabrzmiały też oklaski przeplatane okrzykami aprobaty i gwizdami.

- Dobrze, miły panie – redaktor Chytrusek przez chwilę się nie odzywał, a potem nagle zmienił temat – A proszę mi powiedzieć,… Jak to jest z tymi umiejętnościami cyrkowymi waszych aktorów?

- Jak w każdym cyrku – powiedział Don Pedro – To tylko rzemiosło, a nie żadne cuda.

- Odnoszę jednak wrażenie, proszę sprostować, jeśli się mylę – powiedział z miłym uśmiechem ulizany Chytrusek – Bo mogę się mylić, prawda?… Że, że … No, jednak byłem tam  i na własne oczy widziałem, że… że jednak oni coś potrafią specjalnego…

- Prostuję, kochany panie redaktorze – rzekł Don Pedro z równie przymilnym uśmiechem – Prostuję z miłą chęcią. To było tylko wrażenie, mylne wrażenie. Zapewniam pana, że nie umieją nie tylko czarować, ale nawet wywołać pełnej iluzji czyli złudzenia, że to czary. To tylko taki kamuflaż, czyli ściema. Zresztą, proszę koniecznie przyjść na pokazy trzeciego lipca. Sam pan zobaczy! Magia w cyrku to przedstawienie, kolorowe opakowanie bez cukierka w środku. Kiedy kilku kolegów jest nie w formie, to nawet może się zdarzyć zamiast czarów wielka klapa.

- Co on mówi?! – zdumiał się Bartolini patrząc z niedowierzaniem na ekran.

- Jak to klapa?! – pytał dalej Chytrusek – Wszyscy oczekują, że przeniosą się do krainy czarów i baśni?!

- Cóż, czasami zdarza nam się przy pomocy różnych sztuczek wznieść na poziom czarów, ale dzisiaj nawet małe dzieci nie wierzą w czary i wiedzą, że kino to jedynie kino, a cyrk to tylko cyrk.  Nie wykluczam, że tym razem będzie to dobre widowisko, ale bywają problemy z wysoką formą, jak to w życiu.

- A myśli pan, że dostanę jakąś wejściówkę? Odniosłem wrażenie, przy pierwszym kontakcie, że raczej nie jestem mile widzianym gościem.  Ci cyrkowcy, na przykład czarownik o pseudonimie Koyot, to osoby nastawione wrogo do ludzi, do całego świata. Oni byli, jakby to wyrazić – redaktor udał, że szuka odpowiedniego słowa – Tacy , niemili, tak, rzekłbym szalenie niemili, wręcz agresywni!

-  Przez chwilę udało się panu – powiedział Don Pedro – jako, że jest pan mistrzem reportażu, sprawić, że maski przyjaźni spadły z twarzy aktorów. Aktorzy jak to aktorzy. Na scenie udają różne rzeczy, ale w życiu nie są już często tacy sympatyczni. Na przykład ten klown Wielki Zielony Jaszczur, który przedstawia się jako Smok, to w istocie bardzo marny aktorzyna, Dalmatyńczyk, jak te pieski, Drago Walewskić. Wspomaga go cała hydraulika i mechanika, te mięśnie, ta paszczęka… to hydraulika z mechaniką! Bez tego robiłby zupełnie inne wrażenie. To malizna, słabizna ten nasz Drago! Do tego za występy liczy sobie drogo, udaje miłego dla dzieci, a manipuluje nimi i wykorzystuje je do swoich sztuczek. Należało by ostrzec rodziców przed tym Pseudosmokiem. Z charakteru to po prostu Terminator w kostiumie Pokemona, i to ten zły Terminator…. A poza tym… Proszę, tutaj jest wejściówka dla pana. To prezent ode mnie, nieuzgodniony…

- Czy on mnie obgaduje?! – zastanawiał się na głos Smok – Czy ja dobrze słyszę?! Niech mnie ktoś uszczypnie?!

Tymczasem w telewizorze rozległy się oklaski. Redaktor Leszek Chytrusek wstał, w uniżonej pozie podbiegł do Don Pedra, odebrał bilet i uścisnął mu rękę. Uśmiechnął się szeroko do publiczności trzymając jego dłoń dużo dłużej niż należało, jakby na coś czekał. I rzeczywiście oklaski przerodziły się w owację:

- Le-szek, Chytru-sek! Don, Depro! Le-szek, Chytru-sek!! Don, Depro!! Le-szek, Chytru-sek!!! Don, Depro!!!

Redaktor wypuścił niechętnie dłoń Don Pedra i władczym  gestem uciszył salę.

- Co on wyprawia – włączył się znowu w pokaz telewizyjny zniecierpliwiony Smok Wawelski – Dał mu bilety?! Nie mogę w to uwierzyć!

- Spokojnie Smoczusiu – uspokajał go Doktor Koyot – Zobaczmy to do końca.

- To tyle, … – rzekł redaktor Leszek Chytrusek  kierując się na swoje miejsce i wachlując swoim nieśmiertelnym notatnikiem – ..na temat umiejętności aktorskich cyrkowców Maestra Tomatto vel Pomidorro… Przejdziemy teraz, jeśli nasz miły gość pozwoli, do innej sprawy. – Redaktor uprzejmie zaczekał aż jego gość przyzwoli na przejście do innego tematu.

Przedłużająca się cisza zmusiła Don Pedra do skinięcia głową.

- To będzie z zupełnie innej beczki – redaktor rozejrzał się z tryumfalnym uśmiechem po widowni. Najpierw długo w lewo, potem długo w prawo. Czekał, kiedy usłyszy szmery i lekkie chichoty, a kiedy się to stało, rzucił nagle – Cyrkowcy Bartoliniego i sam Bartolini lubią się przedstawiać jako nowocześni i ekologiczni, żyjący w zgodzie z naturą, walczący z zanieczyszczeniem. Wiem to, bo sprawdziłem, że przedstawienia cyrku mają taki wydźwięk. W jednym z wywiadów słyszałem też, że wszystko w cyrku napędzane jest czystą energią, nawet różne odpadki i śmieci zamieniane są w tę czystą energię… A można wiedzieć, co to za czysta energia?! Co to właściwie jest?! No bo jak się patrzy z boku na cyrk to nie widać tam żadnego wiatraka, z wodnej elektrowni też nie korzystacie…

- Tak – Don Pedro westchnął – Jeśli idzie o energię, to rzeczywiście jest czysta. Ale…

- Ale?!!!

-  Ale nie do końca. Cyrk jest podłączony do miejskiej sieci elektrycznej, a na przykład słynna amfibia Smoka, to pojazd, który nawet nie ma filtra do spalin, nie mówiąc już o hybrydowym[13] silniku.

- No właśnie. Więc z tymi sprawami też nie jest tak do końca fajnie,  jak to przedstawiają w innych programach. Pewnie znalazłoby się też coś innego, w tym cyrku, co brudzi… – zasugerował sprytnie Chytrusek – …Ale zostawmy ten temat, a co pan sądzi o energii atomowej?! Wszyscy wiemy, że bez elektrowni atomowych świat czeka cofanie się w rozwoju, ograniczenia dostaw prądu do domów i tak dalej. Ale pan jest pewnie, tak jak inni cyrkowcy Bartoliniego, przeciwnikiem elektrowni atomowych?!

- Słyszeliście to, słyszeliście – skarżył się Smok – Ale się do mnie doczepił, i do mojej amfibii. Ona akurat jest jedyną rzeczą, która nie korzysta z czystej energii, a on wmawia innym, że mamy tu takich rzeczy pełno!!! To skandal!!!

- Nie denerwuj się, Smoczusiu. Z tą siecią to akurat prawda, choć moglibyśmy tego nie robić. Mnie się to też nie podoba. Łyknij sobie zielonej herbaty na uspokojenie – zasugerował Bartolini.

Don Pedro na ekranie najwyraźniej usiłował się przypodobać redaktorowi i ludziom w studio.

- Generalnie to jestem wielkim zwolennikiem atomowej energii. – wyrzucił z siebie radośnie – Przyszłość świata do niej należy! Kto mówi inaczej jest głupi.

- Noo nie!– wysapał rozzłoszczony doktor Koyot – Teraz to nas zupełnie pogrążył. To, że mamy takiego kogoś między sobą, stawia nas w innym świetle. Że niby tylko kogoś udajemy, a nim naprawdę wcale nie jesteśmy!

- Całkowicie się z panem zgadzam – ciągnął w TV Nic Poza Tym redaktor Chytrusek – Ale pracuje pan jednak w cyrku Zielona Arena. Jakoś musicie się dogadywać, rozumieć między sobą… Cyrk to praca zespołowa, a często niezgoda uniemożliwia, dobre wyniki, efekty końcowe w przedstawieniach… Czy to ma jakieś znaczenie, że tak się pan różni poglądami?

- Nie doszukiwałbym się w tym jakichś znaczeń – rzekł Don Pedro – Cyrk to tylko firma, a występy cyrkowe to tylko praca. Jestem zawodowcem. Każdy tam nim jest i każdy wie, co do niego należy. To trzeba przyznać. Dajemy bardzo dobre przedstawienia! Dlatego zapraszam wszystkich chętnych na trzeciego lipca. Widowisko zakończy się po północy. Kto nie wejdzie do środka, będzie mógł oglądać je na telebimach rozstawionych dookoła cyrku. I pana redaktora też serdecznie oczywiście zapraszam… Albo będzie to wielkie przedstawienie, albo kompletna klapa! To, tamto czy owamto warto zobaczyć osobiście! Będzie się o tym długo mówić!…  A poza tym … – tu Don Pedro wskazał swoją czarną jak noc pelerynę i czarny kapelusz – Nie ukrywam, że noszę się od jakiegoś czasu z zamiarem zmiany barw klubowych.

Sala wybuchła szaleńczym wprost entuzjazmem. Redaktor Chytrusek nie usiłował tym razem powstrzymać kogokolwiek od okrzyków. Parę osób wypadło z widowni i ściskało Don Pedra, inne składały mu gratulacje. Jakaś paniusia na szpilkach wręczyła mu bukiet z czarnych marchewek i kijowych bananów. Redaktor tymczasem podszedł blisko do kamery i przekrzykując wiwaty rzucił prosto do mikrofonu:

- Dziękuję państwu! To wszystko na dziś. – przez ekran zaczęły się przewijać napisy końcowe audycji -  Zapraszam do programu „Jak bum cyk, cyk!” za tydzień!  – tłum zawył jak na komendę jeszcze radośniej – Pamiętajcie! Tylko u nas „Prawda, cała prawda i najprawdziwsza prawda”!!!

Smok Wawelski z irytacją nacisnął pilota i w namiocie cyrkowym zaległa cisza. Była pełna niesmaku, poczucia klęski i przygnębienia. Jak wiecie, takiego rodzaju ciszy jeszcze w tej książce nie było. Cóż, czasami i taką ciszę trzeba jednak przełknąć.

- Wrrrr! Zdradził nas?! Wrahhh!!! – ni to stwierdził, ni zapytał Czarny Bolo.

- Wiem, że się nie bardzo z Don Pedrem lubicie, ale chyba masz rację – powiedział smętnie Smok Wawelski.

- Rozumiem Smoczusiu, że ciebie szczególnie ubodło to, co powiedział Don Pedro – odezwał się ostrożnie Doktor Koyot – Więc twoja ocena nie może być do końca sprawiedliwa, ale ja też mam wrażenie, że przesadził.

- Wiem, że Don Pedro miał się wkraść w łaski redaktora, ale czy on zachęcał widzów do przyjścia do nas, czy ich odstraszał?! W końcu ośmieszył nas wszystkich! – obruszył się profesor Gąbka. – Mimo wszystko trzeba poczekać. Jest takie powiedzenie, że nieważne, jak się mówi o kimś, dobrze czy źle, ważne, żeby się dużo mówiło. Więc może to wbrew pozorom będzie dobra reklama?!

- Jeśli ktoś nas weźmie w obronę, to będzie się o nas dalej mówiło – zgodził się Doktor Koyot.

- Ja, cś w tm jst, ja. – powiedział bez przekonania Mądrodudek.

Tylko książę Krak milczał i skrobał się po głowie. Czoło miał zmarszczone, a wzrok nieobecny. Pogrążył się w głębokim zamyśleniu. Korona od dawna wisiała na ozdobnym wsporniku książęcego fotela. Czy księcia rozbolała głowa, czy też ciążył mu dzisiaj za bardzo ten symbol królewskiej władzy, trudno powiedzieć.

wyprawa_gotowa jpg


[1] To bardzo szczęśliwy numer rejestracyjny. Suma cyfr równa się 7, a siódemka jak wiemy jest szczęśliwą liczbą. Jeśli ktoś uważnie czytał Porwanie Baltazara Gąbki Stanisława Pagaczewskiego, któremu w tym miejscu składamy wielki hołd za to, że obdarował świat tak wspaniałym dziełem, ten zna ów numer rejestracyjny GK 24568. Jak widać amfibia została zakupiona przez Smoka Wawelskiego gdzieś w okolicach Gdańska.

[2] Noktowizory to lornetki pozwalające widzieć w ciemnościach… Ale komu ja to tłumaczę? Dzisiaj każdy siedmiolatek to wie.

[3] Horrendalny to jest moje naprawdę strasznie, wprost diabelnie, czyli horrendalnie ulubione słowo. Znaczy tyle co – okropny, straszny, olbrzymi, niewyobrażalny, diabelny… a właściwie  wszystko to na raz. Gdybym potrafił napisałbym całą wielką powieść używając tylko słowa horrendalnie. Na szczęście nie potrafię.

[4] Od Autora tylko dla dorosłych: W VIII wieku dzisiejszy Kazachstan nazywano  Chazarią. Wtedy sięgał od Kaukazu do Donu, a stamtąd daleko na wschód. Stąd wywodzi się Kozaczyznę (Kozak – ros. Khazak, Kazach – Khazakh). Jeszcze wcześniej, w starożytności, był to kraj plemienia Koszanów –  Koszerów i Koszetyrsów. Część z nich zamieszkała później w Indiach i utworzyła tam słynne Królestwo Koszanów-Kuszanów.

[5] Na wypadek gdyby nie pamiętali, przypominam, że gra ta polegała na rozsypaniu na stole plastikowych bierek (patyczków), wśród których były bierki specjalne, takie jak haczyki, widełki i inne. Gracze na przemian podejmowali bierki z chaotycznie splątanego stosu, tak żeby nie poruszyć przy tym żadnej innej, leżącej na stole. Kto poruszył, ten oddawał kolejkę przeciwnikowi, który rozbierał stos aż do własnej skuchy. Wygrywał, ten kto nazbierał więcej punktów (więcej patyczków, lub  o wyższej wartości punktowej). Nie należy mylić bierek z kierkami, kierki to gra karciana.

[6] Wolumin, to takie bardziej napuszone i przemądrzałe określenie na książkę w twardej oprawie.

[7] Orgia – to znaczy, że coś jest bardzo, bardzo, bardzo. Na przykład orgia barw to znaczy, że jest bardzo dużo różnorodnych i krzykliwych barw. Przeważnie mówi się „orgia” mając na myśli bardzo, bardzo wesołą zabawę.

[8] Żeby zrozumieć ten dowcip musicie wiedzieć, że każdy major ma na czapce wojskowej jedną gwiazdkę i jedną belkę, a powała to sufit. Ktoś kto ma nierówno pod sufitem to osoba, której się pomieszało w głowie.

[9] Mamałyga – to kasza kukurydziana lub jaglana, którą jadało się ze skwarkami wielką drewnianą łygą.

[10] Bukwożery to znaczy Literożery, ale z dawnych czasów, kiedy pismo ryto na bukowych deseczkach, albo na korze brzozy, albo pisano sekretnym atramentem na papirusie.

[11] Od Autora – Tylko dla dorosłych: Zieloną Wyspą zwykło się nazywać Irlandię, chociaż to, jak sama nazwa wskazuje Grenlandia jest Zieloną Wyspą. Ją też, Irlandię,  przez długi czas uważano za drugą Japonię, najszybciej rozwijający się kraj Świata. Kiedyś ktoś chciał zrobić Drugą Japonię z Polski, ale nic z tego nie wyszło i Drugą Japonią stała się Irlandia. Ktoś też kiedyś powiedział o Polsce, że jest Zieloną Wyspą. Było to w chwili, kiedy Irlandii popadła w straszne gospodarcze tarapaty. Krótkowzroczność to w niektórych zawodach bardzo poważna choroba. Mam głęboką nadzieję, że w końcu nie okażemy się ani Drugą Zieloną Wyspą ani tym bardziej Trzecią Japonią i pozostaniemy na zawsze tym czym jesteśmy, SOBĄ.

[12] Tylko dla Dorosłych: entliczek-pentliczek. To zaklęcie brzmiało dawno temu „wątpliczek-pętliczek, czerwony guziczek…” i tak dalej. Czy zastanawialiście się kiedyś dlaczego słowo „wątpię” wiąże się z wątpiami i wątrobą, czyli tym co w brzuchu? Dawniej wróżono z wątpi i z wątroby. Wątpia wskazywały także na stan zdrowia złowionej zwierzyny. Czerwony guziczek, to nie guzik od ubrania, lecz całkiem inny rodzaj guza. Dziecinne wyliczanki to rzeczywiście dawne zaklęcia magiczne.

[13] Ponieważ już drugi raz pada słowo „hybrydowy”, jednak postaram się je wytłumaczyć. Hybryda to takie stworzenie  zlepione z części różnych innych stworzeń. Na przykład pegaz to koń ze skrzydłami a centaur to człowiek z końskimi nogami i końskim ogonem. W tym wypadku chodzi o auto, które ma silnik na benzynę i jednocześnie na inne paliwo, na przykład wodę, albo na prąd. Moja koleżanka też miała koński ogon a nikt nie uważał jej za hybrydę, więc nie jestem pewien czy wam to do końca dobrze wytłumaczyłem.

„Na Zdrowie – SŁOWIANIE” – IV Festiwal Filmów Kontrowersyjnych, 18 – 19 maja, Zabrze

Opublikowany w sztuka, Słowianie przez bialczynski w dniu 11 Maj 2013

plakat04aWydarzenie: IV Festiwal Filmów Kontrowersyjnych

Czas: 18 – 19 maja 2013r., godz. 9:00-21:00 i 9:00-18:00

Miejsce: Kino ROMA, Zabrze

Bilety: wstęp wolny


Motto festiwalu
: „Na Zdrowie – SŁOWIANIE”


Tematy
:

- współczesna nauka i możliwości przez nią ujawniane w aspekcie zdrowotnym

- najnowsza nauka i jej wpływ na postrzeganie ludzi i wszechświata

- manipulacja w życiu człowieka w kontekście postrzegania rzeczywistości

- alternatywne spojrzenie wykraczające poza dotychczasowy paradygmat nauki
– Słowiańskie Korzenie i wiedza z nich płynąca
– Starosłowiańskie pismo ‘Głagolica’ i jego znaczenie w życiu człowieka
– budowanie i tworzenie Rodowych Siedlisk w harmonii z naturą i ludźmi


Dodatkowe informacje:

- wstęp wolny

- wykłady, panele dyskusyjne

- darmowe płyty DVD z filmami festiwalowymi

- festiwal non-profit zorganizowany wyłącznie za pomocą barteru i wolnych datków

 

 

To już czwarta odsłona kontrowersyjnych doświadczeń serwowanych w ramach projekcji filmowych niechętnie lub w ogóle publikowanych w mediach głównego nurtu oraz prelekcji zaproszonych gości uzupełniających treści w wyświetlanych materiałach wideo.

Tym razem po raz kolejny stawiamy na zdrowie, ponieważ ta tematyka cieszy się największym zainteresowaniem zarówno w kręgach osób działających w tej dziedzinie życia jak i osób związanych z innymi aspektami doświadczania tej rzeczywistości, a także prezentujemy nasze Słowiańskie Korzenie, które są dla współczesnego Polaka na tyle odległe i tajemnicze iż na tę chwilę bardzo kontrowersyjne i mało znane.
Dzięki  materiałom wyświetlanym w ramach festiwalu, chcemy przybliżyć istotne kwestie związane z naszym zdrowiem zarówno poprzez jedzenie i jego wpływ na nasze zdrowie, rośliny działające uzdrawiająco na nasze ciała i nasze dusze / wnętrze czy psychikę oraz przybliżyć naszą Starosłowiańską wiedzę ukrytą przed zniszczeniem i manipulacyjnymi wpływami destrukcyjnych systemów zniewalających społeczeństwa, od zarania dziejów, a także znaleźć sposób jak w tych ciężkich czasach stać się w pełni samowystarczalny poprzez stworzenie Siedliska Rodowego.

Ten festiwal jest dla każdego, kto pragnie zadbać o swoje zdrowie, dowiedzieć się jak może dokonywać samoleczenia, skorzystać z porad i metod osób działających w tej przestrzeni energetycznej oraz zgłębić swoją wiedzę na temat naszej słowiańskości i wykorzystać wiedzę naszych przodków we współczesnym społeczeństwie.

Festiwal odbędzie się 18 i 19 maja 2013 roku w Zabrzańskiej ‘ROMIE’, najstarszym kinie w województwie Śląskim,  w godzinach od 9:00 do 21:00 dnia pierwszego i od 9:00 do 18:00 dnia drugiego.
Oprócz samych filmów i prelekcji, będzie można liczyć na ciekawą atmosferę, napoje serwowane przez lokalną Herbaciarnię ‘Czajnik’ Rafała Przybyloka oraz otrzymać płytkę DVD z repertuarem festiwalowym.

Serdecznie i gorąco wszystkich zapraszamy – to jest festiwal i przestrzeń stworzona dla Ciebie – WSTĘP WOLNY !!!

PROGRAM FESTIWALU

Dzień 1 „Na Zdrowie”

OTWARCIE FESTIWALU

9:00 FILM: Dżingiel FFK
9:05 POWITANIE: Krzysztof Słupianek FFK;
Wojciech Karpowicz STOWARZYSZENIE ‘Twoje Życie w Twoich Rękach’9:15 FILM: “Po prostu na surowo”
reż. A Raw For Thirty LLC Production
10:35 WYKŁAD: Alani Satori & Piotr Denis11:45 FILM: “Rozwiewając Dym – nauka o      Cannabis” reż. KUFM – TV
12:45 WYKŁAD: Tomasz Gruba
 14:00 FILM: “Substancja – LSD Aberta Hofmanna” reż. Martin Witz

15:30 WYKŁAD: Kuba Babicki
 

16:45 FILM: „Mistrz” reż. K.Bochenek, D.Kucewicz, M.Michalik
17:45 WYKŁAD: Katarzyna Barczyńska

19:00 FILM: “Uzdrawiająca terapia – Powrót do Portalu Serca – Moc Serca a matrix” reż. Portal Serca
19:30 WYKŁAD: Ewa Filipkowska

 

21:00 Zakończenie dnia pierwszego

 

Dzień 2 „SŁOWIANIE”

OTWARCIE 2 DNIA FESTIWALU
9:00 Otwarcie drugiego dnia festiwalu9:05 FILM: “Żyjąca Matryca”
reż. Greg Becker
10:30 WYKŁAD: Vincenty Docent 11:30 FILM: “Gry Bogów Akt 5,część 1″
reż. Siergiej Striżak  
12:20 WYKŁAD: Tadeusz Mroziński

 

14:00 FILM: “Rodnoje” reż. A. Szczabrow, W. Sokolin, A. Wykowskich
14:40 WYKŁAD: Mateusz Aponiewicz

16:00  „Szkoła Szczetinina”
reż. N.A. Gudylina, D.N. Smalaninow
16:50  WYKŁAD: Grzegorz Skura

18:00  Zakończenie festiwalu

 

 

Zapraszamy:

- osoby zainteresowane tematyką zdrowia i świadomości słowiańskiej

- zainteresowanych rozwojem wewnętrznym i możliwościami idącymi za zmianą postrzegania świata i rzeczywistości oraz prawidłowego obrazowania

- wszystkich zainteresowanych szeroko pojętą dyskusją publiczną w tematyce zdrowia i świadomości.

- wszystkich zainteresowanych tworzenia nowej rzeczywistości w oparciu o świadome działanie, prawidłowe obrazowanie oraz tworzenie Rodowych Siedlisk

 

Organizatorzy:

Kino ROMA Zabrze  http://www.kinoroma.zabrze.pl/

Stowarzyszenie Twoje Życie w Twoich Rękach http://www.twojezycie.org

Festiwal Filmów Kontrowersyjnych  http://www.ffk.org.pl

 

Partnerzy festiwalu:

Wydawnictwo Alfaton http://www.alfaton.pl/

Herbaciarnia Czajnik http://herbaciarniaczajnik.pl/

Conga.pl http://conga.pl/

 

Polski łącznik – część 5 (maj 2013)

Opublikowany w Polska, powieści, sztuka, Słowianie przez bialczynski w dniu 9 Maj 2013

Dla przypomnienia gdzie jesteśmy

Podobno 8 lub 9 maja zakończyła się II Wojna Światowa. Być może. Ale przypominam że dla Polski zakończyła się ona w czerwcu 1989 roku a więc ta data nie jest dla nas powodem do świętowania -ani 8 maja ani 9 maja to nie powód by defilować i wywieszać flagi narodowe.

Są powody by przypuszczać, że ta wojna pod inną postacią wciąż trwa na terytorium naszego kraju.  Więc niech ten odcinek “Polskiego łącznika”  będzie dla wszystkich sarkastycznym  czyli – by nie było kontrowersji z tym słowem  – IRONICZNYM, komentarzem do obecnego, bez wątpienia “kolonialnego” lub co najwyżej “postkolonialnego”  położenia III RP

Wydawnictwo Kraina Księżyca

Czesław Białczyński

Polski łącznik

Copyright © by Czesław Białczyński

Kraków 1991

Część 5

polski łącznik gazeta krakowska 1991 wywiad str 1 max

(poświęcam ten odcinek pamięci Macieja Szumowskiego i Doroty Terakowskiej-Szumowskiej)

Polski Łacznik Gazeta Krakowska 1991 odc 7

* część 5

*

Potężny cios w szczękę zwalił Rzeźnika z nóg. Nim się zorientował, już na jego prawym przegubie zatrzasnęły się kajdanki. Druga obrączka powędrowała do kaloryfera i szczęknęła na rurce doprowadzającej gorącą wodę. Rzeźnik szarpnął się i spróbował wstać. Złapał go za włosy a kolanem uderzył w podbrzusze.

—  Gdzie ona jest?! — ryknął jak zraniony odyniec.  — Gadaj skurwysynie, bo wyszarpię z ciebie flaki.

— Nie wiem… Nic nie wiem — jęknął Adamczyk skręcony w przedziwnym przyklęku. Wolną ręką trzymał się za brzuch. Z ust i nosa kapała mu na ubranie krew. Mieszkanie przypominało pobojowisko. Książki wysypane na podłogę, powyry­wane kartki, wybebeszona szuflada z biurka, pocięta wersal­ka. Słoiki z szafek w kuchni opróżnione na jedną kupę do zle­wu. Rozbite radio leżało w rogu. Nad wszystkim unosiło się pierze z poszatkowanej poduszki. W łazience Walk odkrył ślady krwi na umywalce i przestraszył się. Zostawił tu dziew­czynę samą. Gdzie ona była teraz?!

Po wyjściu od pułkownika spędził kilka chwil z podkomisarzem Sędzikowiczem ustalając sposób kontaktu i nakazując mu przesyłanie korespondencji pod adresem warszawskiego UOP, na Rakowiecką 2a. Potem pisał raport i porządkował papiery. Dopiero koło trzeciej przypomniał sobie o dziewczynie i za­dzwonił do domu, Oczywiście już jej tu nie było, nikt nie od­bierał — tak wtedy myślał. Wtedy zadzwonił na Świętego Jana i stara Okińczycowa zaniepokojona powiedziała mu, że Kasi nie ma w domu od wczoraj. Powiedział jej, że do ra­na byli razem. Stara Okińczycowa była zdziwiona, że Kasia jeszcze nie dała znaku życia. Zwykle uprzedzała o swoich wyskokach. Dokończył raport tłumacząc sobie, że być może przed chwilą dopiero wyszła z mieszkania przy alei Solidar­ności i jest właśnie w drodze. Ale kiedy po kolejnej godzinie dalej jej nie było, stracił pewność siebie. Tknięty złym prze­czuciem wrócił do domu. Drzwi mieszkania zostały wyważo­ne, a wewnątrz Walczyk zastał bobrującego w najlepsze Rzeź­nika!

Walczyk odsunął się o krok i wyszarpnął spod lewego ramie­nia pistolet nie przestając patrzeć w oczy policjanta. Zarepetował. Lufa wbiła się w podgardle Adamczyka,

—  Gadaj! Albo będziesz zbierał mózg po ścianach! — wy­cedził z pasją.

—  Pytasz o dziewczynę?! — Tony lęku były wyczuwalne wyraźnie w głosie tamtego. — Nic  o niej nie wiem. Jak Bo­ga kocham!

—  A o reszcie coś wiesz? Czego szukacie, gnoje?!

—   Było  otwarte. Przyszedłem porozmawiać! Opamiętaj się Walczyk! — krzyknął histerycznie Rzeźnik czując, jak lufa miażdży mu krtań.

—  Sprytnie wymyślone. Bezczelność to wasza specjalność, no nie? Zdemolować mieszkanie, przewrócić do góry nogami, pobić i porwać dziewczynę i jeszcze zaczekać z głupią bajecz­ką?! Myślisz, że ci uwierzę?!

— A mógłbym wymyślić coś głupszego?!

—  Wbij sobie w łeb, że jeżeli jej spadnie włos z głowy to ty o swojej możesz już zapomnieć! Pojąłeś?! — Tamten pró­bował się okręcić wokół uwięzionej ręki, żeby zmienić niewy­godną pozycję, ale pistolet jeszcze głębiej werżnął się w jego grdykę. Dłoń Walczyka drżała a w jego oczach było szaleństwo. — Pojąłeś?!!!

—  Thak! — wycharczał Rzeźnik pchnięty energicznie ku ścianie. Lufa cofnęła się wtedy o milimetr, co umysł polic­janta odnotował nie bez ulgi.

—  A teraz   —   powiedział Walczyk spokojniej    —   oświeć mnie, w co wdepnąłem?

— W wielkie gówno — wysapał Adamczyk i niespodziewa­nie roześmiał się. — W takie wielkie, że w nim utoniesz. Brzegów nie widać.

—  Nareszcie… — rzekł inspektor z westchnieniem, co za­skoczyło Rzeźnika. — To lubię — dodał i cofnął się. Schował pistolet do kabury. — Widzisz, jeżeli chodzi o notes to wpierw będziecie musieli mnie zabić. Noszę go zawsze o tu, na sercu. Wystawili cię Rzeźnik. Ty już nie żyjesz. Wiesz o tym?

— Może tak, a może nie. Tłumaczę ci, że nie mam nic wspól­nego z tym nalotem a tym bardziej porwaniem. W ogóle jest jakieś porwanie?

—  Co to za głupia gadka? Chcesz zrobić ze mnie durnia?! —  Walczyk mierzył go zimnym spojrzeniem bez drgnięcia powie­ki, jakby patrzył na owada, któremu za chwilę zacznie obry­wać nogi i skrzydła.

—  Po prostu porwanie mi nie pasuje. Masz się z nią za­miar żenić? Dałeś na zapowiedzi? Wiedziała akurat tyle, żeby ją dobrze postraszyć i wystarczy. Rozumiesz?

W tym momencie zadzwonił telefon. Walczyk podniósł słu­chawkę. To była Kaśka!

—  Gdzie jesteś do cholery?! — wrzasnął. — W kawiarni?! Spotkałaś po drodze dawnego znajomego?  Niech cię diabli!

Miałaś czekać w domu! Myślałem, że cię porwali!… Co?! Nie mam teraz czasu!… Słucham?… Jak uważasz! — Ostatnie zda­nie powiedział zimno i twardo. Odłożył słuchawkę ze złoś­cią.

—  Mała się znalazła? — na twarzy Rzeźnika odmalowała się niekłamana ulga.

—  Dobrze — powiedział Walczyk z zupełnym spokojem. — Chciałeś rozmawiać, to porozmawiajmy. Ja też chciałem, tyl­ko nie wiedziałem, od czego zacząć.

—  Kajdanki. — Tamten wyciągnął przytroczoną do kalo­ryfera rękę w stronę inspektora. Walczyk nie poruszył się.

—  To cię interesuje? — zapytał wyciągając z kieszeni na piersi notes.

— Powiedzmy. Tylko jedna strona.

— Nie zdążyłeś jej wyrwać.

—  Nie mogłem znaleźć tego gówienka — Rzeźnik parsknął z lekceważeniem i pokręcił głową nad pechem, jaki go wte­dy spotkał. Patrzył teraz prosto w oczy inspektora i Walk zrozumiał, że tamten mówi prawdę.

— Proponuję interes — powiedział wolno policjant. — Du­ży interes. Ta kartka jest dla pewnych ludzi dużo warta.

—  Kto cię przysyła?

—  Powiedzmy grupa biznesmenów, którzy nie chcą mieć nic wspólnego z żadnymi aferami, z KGB, z SB,  w ogóle z żadną polityką. To uczciwi ludzie o nieposzlakowanej opinii. Od dawna robili w tym kraju to, co jest dopiero ostatnio ta­kie modne, duże interesy.

—  Nieposzlakowani powiadasz. Jakim cudem znaleźli się w notesie Grabież, skoro ją interesowała tylko polityka?

—   Jakim? Na zasadzie przypadku. Wiesz, że kiedyś nic nie było za darmo.

— Bogaci kapusie. Dawniej kapusie, dziś high life. Wyższe sfery finansowe.

—  Jeżeli tak chcesz to nazywać… Zależy im, żeby ich na­zwiska nie były łączone ze sprawami, z którymi nie mają nic wspólnego. Po co ich niszczyć Walczyk, skoro jest, jak mówię. Wierz mi.

—  Jasne, jasne. Więc mówisz, że to nie oni wydali rozkaz pozbycia się Grabież?! Nie oni chcieli mnie zabić?! Nie oni zrobili mi nalot?

— Nie.

—  I mam uwierzyć na słowo starego gliny, który się wy­sługiwał „trójce”?

—  Kto inny chce ci przeciąć drogę. Grabież przypadkiem potrąciła grubszą strunę. Ta struna ją zabiła. Zabije i ciebie Walczyk… Zastanów się.

— Co o tym wiesz?

—  Nie wolałbyś dać sobie spokój. Mój klient sypnie gro­szem, zwiniesz żagle i będziesz żył długo i spokojnie.

— A tamci dadzą mi żyć?

— Jak przestaniesz wokół nich krążyć… Kto wie?

— Jestem wścibski.

—  Jak chcesz. Nie przyszedłem z pustymi rękami, ale pa­miętaj, że cię ostrzegałem. Fioletowy podkoszulek, coś ci to mówi?

— Gadaj.

—  Facet koło pięćdziesiątki. Znałem go kiedyś. Zawodowy zabójca. Nie przypuszczam żeby zmienił profesję… Dokład­nie nie wiem, o co chodzi, i wolę nie wiedzieć. Coś szykują. Nowy pasztecik dla młodej demokracji. Wiem, że tam był. Jak myślisz, czy przyszedł do niej z wizytą towarzyską?

— Tyle wiem i bez ciebie.

—  Pseudonim Karat. Brał udział w takich aferach, że się do nich nie dogrzebiecie przez najbliższe sto lat. Resztę po­wiem, jeżeli przyjmiesz moje warunki.

—  Nie mogę zwrócić notesu. Jest wpisany do akt. To po­ważny dowód.

—  Jak ci powiedziałem, mojego klienta nie obchodzą afe­ry SB. Mnie też. Już z tym skończyłem. Stary jestem. Teraz mnie interesuje wyłącznie przyzwoita zapłata za drobną przysługę. Wystarczy wyrwać strony 45 i 46 i zniszczyć je. Do­staniesz za to Karata, skoro ciebie forsa nie bierze. Bez Ka­rata nie ruszysz dalej… — zawiesił głos i czekał cierpliwie, podczas gdy Walczyk badał jego źrenice, aż się upewnił, że tam­ten nie kłamie.

— Mógłbym cię docisnąć… — zaryzykował Walczyk.

—  Możesz mnie zatłuc, jakem Rzeźnik… — wycedził szep­tem nie spuszczając wzroku z oczu Walczyka.

—  Znasz klucz?

—  Zgłupiałeś? Wtedy miałbyś rację, już bym nie żył.

Walk podszedł blisko i po krótkim wahaniu rozpiął kaj­danki. Adamczyk wstał. Półzgięty dotruchtał do krzesła krzy­wiąc się z bólu przy każdym kroku. Dopiero kiedy usiadł ostrożnie się rozprostował, a potem przeciągnął.

—  Cholerny dysk! — poskarżył się. — Za stary jestem na takie numery. To mój ostatni sezon.

— Więc co z tym Karatem?

—  Ma za sobą ze dwa tuziny trupów, jak ulał, może wię­cej, kto to wie? Niezły ogonek, co?  Wiem, że zawsze brał udział w grach z najwyższą stawką. Nigdy nie poznałem go osobiście, ani nie wiem, jak się nazywa. Pewnie on sam już zapomniał, jak myślisz, Walczyk?… — zapytał retorycznie. — Je­żeli maczał palce w sprawie Grabież, to ta sprawa musi być cholernie śmierdząca. A maczał je na pewno.

—  Jak na niego wpadłeś? Okińczycowa nie chciała z tobą rozmawiać.

—  Chciała — nie chciała, coś kręciła.

— Więc napad na jej wnuczkę to wy?

— Powiedzmy. Stała jej się krzywda? Nie.

—  Za to dwóch Szwedów ucierpiało.

— Mogli się nie wtrącać.

—  Skoro nie ona, to kto. Ten gnojek od techniki pamię­ciowej, co robił portret?

—  Za dużo wymagasz Walk.

— Wróćmy do Karata…

— Kartki — Rzeźnik wyciągnął rękę.

Walczyk przez chwilę ważył notes w dłoni, po czym otworzył go energicznie, odszukał właściwe kartki i bez słowa zdecy­dowanym ruchem wyrwał je. Podał Rzeźnikowi, ale nie pu­szczał, mimo że tamten już je trzymał w palcach. Rzeźnik uśmiechnął się ze zrozumieniem.

—  Karat wyjechał do Warszawy. Dostał tam nowe zlece­nie. Jest zatrudniony w jednej ze spółek jako prywatny de­tektyw. Nie wiem w jakiej, ale masz rysopis i spółek w koń­cu niedużo.

Walczyk puścił kartki. Rzeźnik sprawdził numerację, podarł je na małe kawałki i podpaliwszy wrzucił do popielniczki. Przez chwilę patrzyli, jak płoną. Wreszcie został z nich tylko popiół.

— Kopii nie ma?

— Nie ma.

— Lepiej, żeby nie było.

— I lepiej żebyś mówił prawdę. Jeżeli nie, i tak was dor­wę. Znajdę sposób. Chyba w to nie wątpisz Rzeźnik, co?

— Niestety nie.

Rzeźnik podniósł się ciężko i pokuśtykał w stronę drzwi.

—  Uważaj na siebie Walczyk. Niezły z ciebie glina, ale nie wróżę ci długiego życia.

Walczyk pokiwał głową bez słów. Co miał powiedzieć. Praw­dę mówiąc ten sukinsyn mu zaimponował. Twardziel. A kie­dy twardziel rzuca ci komplement to zawsze jest coś więcej, niż zwykłe uznanie twojej wartości.

Gdy tylko za Rzeźnikiem zamknęły się drzwi, Walczyk wziął notes, zapalił lampkę na biurku i zaczął przy pomocy miękkiego ołówka mozolnie odtwarzać litery i cyfry ze spalonych stron. Jego wysoki iloraz inteligencji wreszcie się na coś przy­dawał. Kiedy ktoś pisze na cienkich kartkach długopisem, za­wsze odciska się kształt na sąsiednich stronach, które są bez­pośrednio pod tą zapisywaną. Tu było nie inaczej. Zapiski ze stron 45 i 46 odcisnęły się, co prawda słabo, ale zawsze, na stronicach 44 i 47. Miał na koniec, po jakichś dwóch godzi­nach siedemnaście liter, z których nie potrafił zidentyfikować trzech, oraz dwadzieścia siedem cyfr, z których sześć budziło jego wątpliwości. Nie miał dowodu, ale jeżeli Rzeźnik kłamał, Walczyk stanie na głowie, żeby zdobyć przeciw mordercom in­ne.

*

Bohdan Hunza już pierwszego wieczora po swoim przyjeź­dzie do Warszawy wyswobodził się wcześniej z powitalnego bankietu urządzonego w „Victorii” przez Towarzystwo Przy­jaźni Polska-Ukraina, grupę Polaków pochodzenia ukraińskie­go spod Przemyśla przewodzonych przez posła Stanisława Ciepłego finansujących to podniosłe wydarzenie, przez region „Mazowsze” i wreszcie delegację senatorów reprezentu­jących parlament oraz wiceministra MSZ reprezentującego rząd RP. Złe samopoczucie związane z grypą posłużyło mu za pretekst, by jak najszybciej znaleźć się w przestronnym dwu­osobowym pokoju na dwudziestym piętrze hotelu „Forum”, który dzielić miał z profesorem Czupajem. Od razu wykręcił numer kierunkowy do Wrocławia, a potem 61-12-16. Miał wiele szczęścia, zastał Korcza w domu.

—  Jestem w Warszawie, w „Forum”. Jeżeli możesz, przy­jedź jak najszybciej — rzucił do słuchawki. Miał opory przed mówieniem zbyt otwarcie przez telefon. W ZSRR wszystkie rozmowy hotelowe były podsłuchiwane i nagrywane. Wie­dział, że w Polsce także wykryto ostatnio parę central pod­słuchowych zainstalowanych w hotelach. Sprawa stała się głośna, ale czy zaprzestano tego procederu?

—  Widziałem was w telewizji. Powitanie na lotnisku — zawołał wesoło Korcz z drugiej strony. — Czekałem, aż się odezwiesz. Nie wiem, czy mi się uda wyrwać. To gorący okres,   wybory na karku i mam tu parę spraw do załatwie­nia.

—  To ważne. Nie tylko dla ciebie. Małe światełko z czar­nej dziury — powiedział zawieszając głos. — Potrzebuję pil­nie twojej rady.

—  Będę w ciągu dwudziestu czterech godzin — odpowie­dział Korcz poważnym tonem. Doskonale zrozumiał, o co chodzi. Czarną Dziurą nazywali w rozmowach między sobą cały pod­skórny nurt zakonspirowanych działań wyznaczających kie­runki i prądy tego, co działo się na powierzchni politycznych konstelacji i oceanu życia publicznego. Wszystko z niej po­chodziło i w końcu wszystko ona pochłaniała okrywając nie­przeniknioną czernią.

— Przemyślałeś to?

— Tak — powiedział pewnie Hunza.

Umówili się w jednej z kawiarni na Ścianie Wschodniej, ja­ko, że Hunza w ogóle nie znał miasta. Nie chciał spotykać się z Korczem w hotelu ze względu na Czupaja, którego się zaczął bać jak ognia. Czupaj zauważył przemianę w Hunzie, ale jak na razie nie doszło między nimi do żadnej rozmowy na ten temat. Chyba nie rozumiał, czemu przypisać zachowa­nie Hunzy, ale zapewne tłumaczył je sobie różnicami zdań, do których coraz częściej między nimi dochodziło.

Następnego dnia między kolejną rundą półoficjalnych roz­mów Hunza miał dwie wolne godziny. Ten czas przeznaczyli na wspólne spotkanie.

Mimo nikłej ilości gotówki Hunza nie potrafił sobie odmó­wić przyjemności przejechania spod Sejmu na Wiejskiej do centrum taksówką. Zachłystywał się miastem, które wydawa­ło mu się bajecznie kolorowe, bogate, różnorodne. Kobiety eleganckie i piękne, mężczyźni z małymi czarnymi dyplomat­kami wyjątkowo dobrze ubrani. Jakże było inne niż Kijów tkwiący w kleszczach zamrożonego odwrotu od realnego so­cjalizmu. Szeregi lśniących samochodów zachodnich marek z trudem mieściły się na rondzie pod byłym gmachem KC trąbiąc klaksonami i zajeżdżając sobie drogę nawzajem. Nie­przerwany potok aut ciągnął się aż do następnych świateł. Mnóstwo prywatnych szyldów reklamujących spółki, warszta­ty, sklepy, zakłady, wielkie firmy i małe, łapało wzrok barwą i nowoczesnym liternictwem. Słyszał już, że w tutejszym „białym domu” lada chwila ruszy prawdziwa gieł­da. Złośliwy policzek dla komunistów. Prawdziwego szoku doznał jednak wysiadłszy przy Rutkowskiego, wędrując wzdłuż szeregu małych sklepików kipiących ruchem i towa­rem, a potem wszedłszy w śródmiejski pasaż na tyłach Ściany, gdzie szeregami rozłożyli się drobni handlarze oferu­jący dosłownie wszystko, co człowiek mógłby sobie wymyślić, i to co mu nawet do głowy nie przyjdzie. Handlowano w każdym miejscu, na metrze kwadratowym wolnego chodnika, na stoiskach, albo rozłożonej płachcie brezentu, czy na gazecie. Nie raziło go to, nie drażniło. Marzył, że doczeka dnia, w któ­rym Kijów będzie wyglądał podobnie, skończą się upokarza­jące kolejki po chleb, a będzie można grymasząc kupić takie luksusy jak winogrona, mandarynki, banany, mango, awokado, kiwi, dziesiątki gatunków kawy i herbaty czy choćby ma­karonów. Było tu zresztą wszystko.

Ciągnące się nieprzerwaną linią sklepy obuwnicze, odzieżowe, radiotechniczne, kosmetyczne, samochodowe, księgarskie, spożywcze — wszystko pod gołym niebem, kipiące towarem, przetykane muzyką z kaset, zachwa­laniem sprzedawców, brzmiące różnojęzycznym gwa­rem, rozedrgane namiętnym dobijaniem targu, po prostu tętniące autentycznym handlem będącym wszak najpierwszym, najpierwotniejszym, podstawowym objawem ży­cia i wolności.

Stał chwilę z zamkniętymi oczami, wystawiając twarz do słońca, wsłuchany w rytm tego gigantycznego bazaru i czuł, jak wzbiera w nim pewność, że zrobi wszystko, dokładnie wszystko, co w jego mocy, żeby Kijów nie był już nigdy gor­szy od żadnego europejskiego miasta, a Ukraińcy nie musieli dłużej znosić upokorzenia płynącego z biedy i niewoli. Czuł, jak z każdą sekundą ładuje się jego wyczerpany zmaganiami ostatnich tygodni akumulator, jak mobilizuje się każdy nerw i komórka mózgu. „Tyle jeszcze do zrobienia!”, myślał prze­dzierając się przez gęstwę ciał na Marszałkowskiej pod Sawą. „Ale zmusimy ich, żeby zaczęli się wreszcie z nami liczyć!” Poczucie ogromu spraw, które trzeba zmienić, by zacząć żyć normalnie, nagle przestało go obezwładniać. „Powinienem tu częściej przyjeżdżać. Taki bodziec zrobiłby dobrze każdemu członkowi tej zakichanej Najwyższej Rady Republiki”.

Kiedy wszedł na salę, Marcin Korcz siedział już przy sto­liku w rogu. Sama kawiarnia nie była zbyt przytulna. Przy­witali się serdecznie i zamówili dwie kawy. Korcz miał nieco więcej zmarszczek i nieco mniej włosów, ale optymistyczny uśmiech nadal nie schodził mu z ust nawet w najbardziej beznadziejnych sytuacjach.

—  Jesteś zdecydowany na oficjalny kanał? — zapytał ci­cho, gdy Hunza mniej więcej już zreferował mu, z czym przybywa.

—  Tak. Potrzebne nam dobre stosunki w waszym rządem. Tobie jednemu tutaj ufam.

Korcz zastanowił się. Upił mały łyczek kawy i zapalił pa­pierosa.

—  Trzeba się trzymać z daleka od Sejmu i tej całej Ko­misji Nadzwyczajnej, robią dwuznaczne ruchy…  — Marcin umilkł zastanawiając się znowu. — Skontaktuję się w tej sprawie z dyrektorem Biura Analiz i Informacji UOP. Znam go dosyć dobrze. To pacyfista z ruchu „Wolność i Pokój”, człowiek bez powiązań, którego wzięli tam chyba tylko po to, żeby pozyskać społeczną akceptację dla nowego urzędu. Jest wystarczająco niezależny i ostrożny, żeby nie zaprzepaścić takiej karty. Był z nami blisko związany.

—  Wiedziałem, że postarasz się zrobić jakiś dodatkowy interes — zaśmiał się Hunza.

— Jeżeli już mówimy o interesach — Korcz utkwił badaw­cze spojrzenie w swym rozmówcy. — Na co liczycie w re­wanżu?

—  Na co? — Hunza westchnął. — Niestety nie na wasze czołgi czy rakiety ziemia-ziemia. Na poparcie w odpowiedniej chwili. Kiedy to będzie niezbędne. To taki gest dobrej wo­li.

— Lis z ciebie.

—  Inaczej dostarczyłbym to po prostu tobie, a nie prosił o pośrednictwo. Chodzi o precedens,   nową jakość w stosun­kach ukraińsko-polskich.

—  Będę z tobą szczery — rzekł poważnie Marcin Korcz. —  Zrobię wszystko, żeby wziąć udział w odbiorze tej przesył­ki. Tutaj albo po waszej stronie. Uważam, że dokąd, choć jeden esbek pracuje w Urzędzie, to ich kanały są niepewne.

—  Nie przesadzasz? — Hunzę często złościł bezkompromi­sowy radykalizm tamtego. — Jakichś pewnych ludzi chyba mają.

—  Naprawdę pewni, i to nie zawsze, są ludzie z CIA, SIS albo innego zachodniego wywiadu. Tamci zresztą też kierują się tylko własnym interesem. Mogliby to zatrzymać, przehandlować z Moskwą, w zamian za coś ważniejszego z ich punktu widzenia. Teraz nam mówią, że nie wolno do NATO, bo papa Gorbi dostałby śmiertelnej czkawki… — roześmieli się obaj.  —  Gdybyśmy naprawdę zawsze słuchali całego świata, to do dziś bylibyśmy cudzymi niewolnikami — dokończył Korcz.

Przez długą chwilę milczeli. Ruch w kawiarni był dosyć duży. Co chwilę jacyś nowi ludzie wpadali na moment, wy­pijali szybko i wychodzili, pewnie do swoich stoisk na ulicę. Korcz w zamyśleniu kiwał głową.

—  Popatrz, popatrz — powiedział Korcz — Nie miałem pojęcia, o co chodzi z tym popem, którego sprzątnęli pod Moskwą. Więc to tak. — Gwizdnął cicho. Dopiero teraz do­tarło do niego, że oto dostąpił udziału w tajemnicy, która nie była grą pozorów, ale krwistą rzeczywistością   o   wymiarze międzynarodowego konfliktu. — Depczą wam po piętach?

— Nie sądzę.

—  Jaka byłaby najbardziej nieprawdopodobna droga ta­kiego materiału?… Zastanawiałeś się nad tym?

— Chyba przez Nowy Jork — zażartował Hunza.

—  Ciekawa myśl — podchwycił   Korcz.   —   Powiedzmy z Kijowa do Wilna, z Wilna do Leningradu i stamtąd dyplo­mata wywozi to do Sztokholmu. Zaproponuję to temu face­towi z UOP. To Ślązak, nazywa się Robert Szklorz, Wiem, że zrobi wszystko co w jego mocy.

—  Dam ci list na wypadek, gdyby mieli wątpliwości… — Hunza wyjął kopertę z pieczęciami Ruchu i wręczył Korczowi. Korcz schował ją dyskretnie do kieszeni.

—  Najchętniej zorganizowałbym wam bezpośrednie spot­kanie, ale rozumiem, że nie ma na to czasu. Jeżeli chcesz mieć konkretną odpowiedź, to ustalmy miejsce przekazania mate­riału, hasło i tak dalej. Podam im to, jeżeli wyrażą zaintere­sowanie. Jeżeli nie, odbierze to ktoś od nas. Nie wybaczyłbym sobie do końca życia, gdybym zaprzepaścił taką okazję.

—  Zgoda. Więc słuchaj… — Hunza zniżył głos do cichego szeptu, który zupełnie utonął w szumie rozmów kawiarni.

Kiedy po dalszym kwadransie obaj rozmówcy wyszli, ma­ły krępy mężczyzna o krótkich blond włosach rozczesanych od środka na boki, który wszedł tu zaraz za nimi i przez cały czas siedział w drugim końcu salki popijając colę i pożerając kolejne porcje ciastek z kremem, wsunął dłoń do czarnej sa­szetki leżącej obok gazety i wyłączył magnetofon zaopatrzony w doskonały mikrofon kierunkowy najnowszej generacji. Nie zwracając niczyjej uwagi mężczyzna opuścił kawiarnię. Wy­szedł na oślepiająco jasną ulicę i natychmiast zgubił się w wielobarwnym tłumie. Kierował się prosto do pułkownika. Musiał przyznać, że pułkownik miał nie tylko nosa, ale zawsze był osobą najlepiej poinformowaną. Nic nie było go w stanie zaskoczyć.

*

Drygała był zaskoczony wizytą złożoną mu w Pruszkowie przez kurdyjskiego posłańca Wielkiego Loni. Właśnie po raz setny przeglądał tę samą ekscytującą kasetę z pornosem, na którym dwie apetyczne blondynki lizały się wzajemnie i wty­kały sobie między nogi różne bardzo dziwne rzeczy, kiedy za kratą pilnowanej przez dwumetrowego goryla furtki zjawił się Ismaił.

Ostry dźwięk interkomu przerwał mu kontemplację i wyrwał go ze stanu zadziwienia. Drygała kręcił głową z podziwu i niedowierzania, a interkom  hałasował. Podniósł go w końcu.

—  Szefie. Jest tu Ismaił i chce koniecznie z panem mówić —   usłyszał swojego goryla.   Natychmiast podszedł do okna i uchylił o milimetr żaluzje. Rzeczywiście był to Ismaił, uśmie­chający się głupio do ochroniarza.

—  Wpuść — rzucił krótko. — Niech poczeka w salonie na dole.

„Czego ten tu u diabła jeszcze chce”, pomyślał z niechęcią o  gościu. Wszystko dopięte na ostatni guzik, dogadane. Wczo­raj mieli ostatnie spotkanie przed akcją u Ryczyńskiego… — Drygała rzadko się denerwował, ale tym razem serce lekko przyspieszyło bicie.  Zgasił wideo i, nim zszedł na dół, wypił duży kieliszek koniaku, żeby przytłumić uczucie niepokoju, który nie przystoi bossowi tak dużego biznesu.

Kurd siedział przy małym szklanym stoliku w jednym z trzech skórzanych foteli wykazując zainteresowanie wyłą­cznie dla swych oliwkowych, starannie wypielęgnowanych dłoni. Kto by pomyślał, że te dłonie uśmierciły kilkanaście osób w Ankarze i drugie tyle w Istambule podkładając dwa wielkiej mocy ładunki wybuchowe w banku amerykańskim,

i  na lotnisku międzynarodowym. Na wprost niego leżała złota bransoleta z czterema niemałymi rubinami, pozostawiona w roztargnieniu na serwantce przez Zośkę. Na widok Drygały poderwał się natychmiast z szerokim, przyjaznym uśmiechem ugrzecznionego sprzedawcy z tureckiego bazaru i wyciągnął ku jego ręce obie dłonie. Uścisnął go jak samego sułtana. Po­chylony nisko, ujmujący, wyglądał na petenta niższej kate­gorii, a nie kogoś, kto może stawiać warunki. Drygała   nie miał jednak złudzeń. Stronie polskiej bardziej zależało na tym interesie. Wielu biznesmenów liczyło na uruchomienie dzia­łalności jubilerskiej przynoszącej przecież wszędzie na świe­cie horrendalne zyski. Źródłem surowca dla nich mógł być tylko Związek Sowiecki. Rzeczywiście to, co miał do powie­dzenia Ismaił, musiało tutaj wzbudzić opory i podejrzliwość. Oto pierwszy duży interes musiał ulec przesunięciu w cza­sie, a suma dostawy, i co za tym idzie zapłaty, nagłej zmia­nie. Wynik tych negocjacji nie był pewny. Wiele zależało od jego kuglarsko-cyrkowych zdolności, ale Turcy, Kurdowie, Arabowie w sztucz­kach handlowych zawsze wykazywali większą od innych na­cji biegłość. Ten dziś wygra, kto będzie lepiej udawał, że mu na drugim nie zależy. Bo czego Drygała nie wiedział, tym razem dla Wielkiego Loni nikt inny nie wchodził w rachubę jako kontrahent.

— Przybywam ze smutną nowiną… — zaczął Ismaił robiąc płaczliwą minę i zawieszając głos na parę sekund, żeby ewentualnie pozwolić przeciwnikowi włączyć się z pytaniem. Wyglądał komicznie — przystojna, męska twarz okolona czar­nymi kędziorami włosów, w skurczu niemowlęcej rozpaczy. Drygała pozostał jednak kamiennie niewzruszony. Milczał.

—   Wy mieliście wyznaczyć  —  kontynuował Kurd — miejsce i czas odbioru przesyłki. I tak się stało. Wilno to wasz pomysł. Zaszły okoliczności powodujące, że nasz człowiek z diamentami nie będzie mógł być w Wilnie wcześniej niż za czternaście dni.

— To niezgodne z naszym kontraktem — powiedział chło­dno Drygała. — Moi ludzie jutro rano wyjeżdżają do Wilna. Napije się pan czegoś?

—  Alkoholu Koran zabrania. Lemoniady z lodem,  jeśli można?

Goryl sięgnął do zamrażalnika barku i wyciągnął zeń li­trową butelkę napoju cytrynowego. Dopełnił go wodą sodo­wą z syfonu i wrzucił garść kostek lodu. Wciąż nie spuszcza­jąc oka z gościa podał mu wysoką szklankę.

—  Powinniśmy zerwać kontrakt — powiedział Drygała patrząc w przestrzeń pokoju. — Ujawnienie miejsca i czasu transakcji na dwa dni przed terminem było gwarancją bez­pieczeństwa dla nas. W końcu to się odbywa na waszym terenie, nawet jeśli to Litwa.

—  Proszę mi wierzyć panie Barabasz — Ismaił przyłożył rękę do serca, a jego oczy wyrażały bezgraniczną szczerość — że zwłoka była niezależna od Loni i nie jest to żadna pułapka. Wczoraj Lonia dowiedział się, że ładunek będzie większy o dwa kilogramy. Wiem, że macie prawo zerwać kontrakt, ale ponieśliście wydatki, więc… Słowem szefowie są skłonni opuścić nieco cenę tych dwóch kilogramów w stosunku do poprzedniej uzgodnionej partii. Możecie wyznaczyć nowe miejsce i nowy czas.

—  Do jakiego stopnia chcą nam zbonifikować kłopoty? — Powiedzmy do pięciu procent…

—  A jeżeli odmówimy? Albo będziemy się upierać przy początkowej umowie?

—  Musielibyśmy poszukać innego kontrahenta. Podwójna wysyłka to zbyt duże ryzyko.   Trzeba odczekać jakiś czas… taka zwłoka nie odpowiadałaby Loni. W Moskwie oczekują szybkiego obrotu gotówką, a nie zamrażania jej na długie terminy.

Drygała zamyślił się. Nie podobała mu się cała ta historia. Do czego naprawdę tamtym potrzebne są dwa tygodnie?

Gra nie toczyła się teraz o cenę dodatkowych kilogramów, ale o to, kto wyznacza warunki odbioru.

—  Dwanaście procent — powiedział Drygała.

„Pojutrze miał nastąpić odbiór diamentów. Wiadomo, że kapitał po naszej stronie jest już ulokowany i zamrożony”, myślał szybko Drygała. „Dwa tygodnie zwłoki to strata, któ­ra zmusza do jak najszybszego przejęcia ładunku zaraz po wyznaczonej przez tamtych dacie. W istocie oznacza to zmia­nę w jednym z warunków kontraktu. To Rosjanie wyznacza­ją datę odbioru, a przecież Polacy mieli zagwarantowane wyznaczenie miejsca i daty”.

—  Siedem — powiedział Kurd z miną, jakby przełknął plaster cytryny bez cukru.

—  Jedenaście — zabrzmiało to twardo i ostatecznie.

Kurd  zaprzeczył  delikatnym  ruchem głowy. Drygała wstał i wyciągnął rękę na pożegnanie wzruszając przy tym ramionami jak człowiek niepocieszony po stracie bliskiego. Ismaił zerwał się z fotela zaskoczony. Ten chwyt wytrącił go z równowagi. Podał rękę Drygale raczej machinalnie.

—  Przykro mi — powiedział Drygała. — Poszukajcie ko­go innego.

Odwrócił się plecami do gościa i najwyraźniej zamierzał opuścić pokój, jakby rozmowy były zakończone.

—  Chwila — krzyknął Ismaił-Kabr, gdy Drygała trzymał już rękę na klamce. — Niech będzie osiem! — wyrzucił przez zaciśnięte wargi, jakby nieznośny ból wątroby nie pozwalał mu mówić.

—  Jedenaście — powtórzył Drygała. — Tracimy kontrolę nad terminem. Dobrze o tym wiecie. Zbyt duże ryzyko.

—  Niech będzie…  jedenaście… — zgodził się niespodzie­wanie kurdyjski wysłannik i opadł na fotel. Miał wrażenie, że przepłynął cieśninę Bosfor. Drygała zawrócił uśmiechnię­ty i uścisnęli sobie ręce.

—  W porządku — powiedział. — Miejsce i dokładny ter­min podamy na czterdzieści osiem godzin przed odbiorem.

W gruncie rzeczy zdawał sobie sprawę, że zmiana miejsca nie wchodzi w grę. To znaczy punkt w Wilnie tak, ale samo Wilno na pewno nie. Po pierwsze mieszkało tam paru Pola­ków, na których można było liczyć, po drugie, odkąd Sajudis dyktował na Litwie warunki, trudno by było znaleźć bar­dziej neutralny teren. Nawet KGB nie mógł tam dziś dzia­łać tak otwarcie, jak jeszcze parę miesięcy temu. Drygała miał świadomość, że żaden gang z Moskwy nie działa na swój całkiem prywatny użytek, i że każdy z nich jest jakoś powiązany z milicją, albo jakimiś ważnymi figurami będącymi aktualnie na świeczniku, które tworzą parasol ochronny.

— Odbiór musi nastąpić nie dalej niż w czterdzieści osiem godzin po wyznaczonym terminie zwłoki — powiedział wol­no i dobitnie Kurd. Teraz miało się zdecydować dosłownie wszystko. Arab w napięciu obserwował stężałą twarz swoje­go rozmówcy. Ale Drygała się nie wahał. O co w końcu chodziło? Jeżeli szykują podwójny skok, to będą niemile za­skoczeni, bo oprócz dwóch łączników, którzy przyjadą z for­są, będzie tam jeszcze trzech ludzi gotowych na wszystko i do­brze uzbrojonych. Zaskoczenie to dziewięćdziesiąt procent sukcesu.

—  Zgoda — potwierdził Drygała po pewnej zwłoce, żeby tamtemu się nie wydawało, że poszło za łatwo.

Kurd wstał i pożegnał się serdecznie znowuż traktując Drygałę jak kalifa Bagdadu. Kiedy tylko goryl z Kurdem zniknęli za drzwiami, boss warszawskiego gangu wystukał odpowiedni numer na płaskiej czerwonej słuchawce. Ktoś błyskawicznie podniósł po drugiej stronie.

—  Pałka? Natychmiast odwołaj wszystko, ale bez paniki. Poproś ich na Próżną. Niech będą za dwie godziny. Muszę się zastanowić.

—  Nie cierpię takich niespodzianek! — Roman kręcił się niecierpliwie na krześle w znanym sobie pokoju z podobizną Elvisa Presleya. Ryczyński spływał potem. Tylko Karat mil­czał nieruchomy jak głaz.

—  Miałem być w ogóle poza tym! — powiedział Ryczyń­ski z pretensją w głosie. Nie podoba mi się to. Szykują pu­łapkę.

— Uspokój się Edziu. Jesteśmy przygotowani i na to. O co chodzi? Ładunek rośnie to i prowizja większa. Dla wszyst­kich, nie?

—  Ale dwa tygodnie i następne spotkanie… — zaczął Ry­czyński.

—  …Jutro — przerwał mu Drygała — dostarczysz resztę forsy. Ta zostaje już u mnie. — Drygała wskazał na walizkę, szary bolid stał w kącie.

—  Potrzebna będzie większa walizka — stwierdził    Roman — I nowa skrytka w pociągu. Nowe bilety. Zastana­wiam się, czy nie zmienić paszportów.

— Załatw wszystko, jak uważasz, Lewatywa. Koszty bio­rę na siebie. Musicie być absolutnie bezpieczni. Jest czas. Ca­łe dwa tygodnie.

Karat    bez słowa wyciągnął z kieszeni paszport i bilet, i położył na szklanym stole przed Lewatywą. Jego spokój podobał się Romanowi. Ochroniarz wyciągnął paczkę cameli i podsunął mu przed nos. Zajarasz?

—  Chętnie. — Roman wziął papierosa i zapalił. — A je­dnak cię polubiłem Karat. — Stawro wstał. — Na mnie już czas. Spotkamy się w środę na wyścigach, na Służewcu. Okey?

— Okey — rzekł Karat

Roman pożegnał się ze wszystkimi i wyszedł. Mimo wszystko w tym człowieku było coś niepokojącego. Roman rzadko czuł strach, ale Karat wzbudzał w nim dreszcze.

Dokładnie w tym samym czasie, kiedy na ulicy Próżnej toczyła się narada gangu, Marcin Korcz składał wizytę na Rakowieckiej pod numerem 2a w Biurze Analiz i Informacji, do którego dostał się z trudem po różnych korowodach z prze­pustkami. Dopiero interwencja dyrektora Roberta Szklorza przerwała krąg niemożności i wartownik przepuścił Korcza za bramę. Jeszcze rok, dwa temu taka wizyta byłaby zupeł­nie nie do pomyślenia. W głowie najbardziej ugodowego opo­zycjonisty nie śmiała wtedy powstać myśl, że w jakiejkol­wiek sprawie dopuszczalna jest współpraca z urzędem bez­pieczeństwa. Potraktowano by to jako zdradę. Ale teraz po przeciwnej stronie skromnego biurka siedział człowiek, który zaliczył w swoim trzydziestoparoletnim życiu więcej cel wię­ziennych niż miał włosów na głowie. Jako mało znany przed­stawiciel słabego ugrupowania opozycyjnego nie mógł liczyć przy tym na tak luksusowe traktowanie w więzieniu jak KOR-owcy znani całemu światu i był narażony na najgorsze szykany. Doskonale poznał tę instytucję w jej poprzednim kształcie i to od jak najgorszej strony. Dziś zajmował jeden z ważniejszych gabinetów w tym gmachu, a jako członek ru­chu pacyfistycznego był szczególnie przydatny szefując sekcji wyłapującej wszelkie wiadomości o formujących się ruchach lewackich, neofaszystowskich i grupach terrorystycznych.

Szklorz nie był profesjonalistą, ale miał ambicję szybko się nim stać. Departament stanowił mieszaninę rutyniarzy i nowicjuszy. Ci drudzy po przeszkoleniach szybko uczyli się od tajniaków nowego fachu, a mając rodowód podobny do swego dyrektora nadrabiali skutecznie braki zaangażowaniem tak obcym poprzedniej generacji aparatczyków nawykłych do ręcznego sterowania z góry.

Po wymianie zwykłych   grzeczności   Korcz przeszedł do sedna rzeczy. Szklorz słuchał go uważnie od czasu do czasu przerywając dodatkowym pytaniem. Otwarł list od Hunzy i studiował go długą chwilę.

W godzinę później dyrektor Biura nie siedział już, lecz przemieszczał się po pokoju sinym od papierosowego dymu, na krótkiej przestrzeni między drzwiami a oknem niemal z prędkością światła. Skubał brodę i odpalał papierosa od pa­pierosa myśląc intensywnie nad tym, co usłyszał. Korcz stwierdził w myślach, że Szklorz wykazuje typowy więzien­ny syndrom — cztery kroki w prawo, cztery w lewo, i zno­wu cztery w prawo jak w celi.

Robert Szklorz zatrzymał się raptownie, spojrzał na Kor­cza i zapytał:

—  A jeżeli to prowokacja? Jesteś pewien tego Ukraiń­ca?

—  Jeszcze potrafię poznać, kiedy ktoś mówi prawdę, a kiedy kombinuje. To jest instynkt, dzięki któremu tu dzi­siaj siedzę. Inaczej dawno bym ziemię gryzł.

—  W porządku — powiedział Szklorz zapalając kolejne­go papierosa. — Porozmawiam z szefem.   Sprawę   przejmie wywiad. Dyrektor będzie na pewno chciał zawiadomić Mini­stra, a on skonsultuje sprawę z Premierem. Bez zgody Pre­miera nic nie da się zrobić. To potrwa.

—  Chyba nie zrozumiałeś? — zdenerwował się Korcz. — Trzeba się spieszyć, nawet jeżeli KGB nie depcze mi po pię­tach. Wyznaczyli bardzo krótki termin odbioru przesyłki. Gdyby to była z ich strony prowokacja, Hunza nie dałby te­go listu. Tu są podpisy ich wszystkich:    Kołowin, Panfił  —  w imieniu Ruchu. Wykazał chyba najwyższe zaufanie i mak­simum dobrej woli. Nie wolno tego zaprzepaścić. Jestem go­tów wysłać swojego człowieka albo nawet pojechać sam, je­żeli macie zamiar bawić się w biurokratyczne hierarchie i przepychanki.

—  Dobrze. Niech ci będzie. Zastosujemy tryb przyspieszo­ny. Pamiętaj, że to nie jest robota dla amatorów. Jeżeli Pre­mier i Minister zdecydują, że wchodzimy, to zajmiemy się wszystkim bez twojej pomocy. Mamy niezłych fachowców, na pewno nie gorszych niż MI 6 czy SAS.

—  Tylko, że oni w przeciwieństwie do was mogą być pe­wni, dla kogo ich ludzie pracują.

—  Tu też się paru pewnych znajdzie. Bez paniki. Znam nawet jednego, który mógłby się podjąć tej operacji za gra­nicą. Pracował w „czwórce” i wyleciał stamtąd za odmowę wykonania rozkazu tuż przed zabójstwem Popiełuszki. Współ­pracował z KPN-em, aż do zeszłego roku handlował autami na giełdzie. Przywrócono mu stopień pułkownika i zatrud­niono go w pionie wywiadu. Nazywa się Czarny. Jemu to powierzymy.

— Jeżeli w ogóle powierzycie.

—  Jeżeli nie, to będziesz miał wolną rękę. Ale nie przy­puszczam.

—  W każdym razie macie czas na decyzję do jutra,   do trzynastej — powiedział Korcz wstając. — Czekam na twój telefon w hotelu. — Nie spapraj tego, bo ci przyszłe pokole­nia nie wybaczą! — zaśmiał się grożąc Szklorzowi palcem.

—  Pamiętaj Marcin, że amatorzy w tej robocie mają wię­cej szans coś spaprać niż zawodowcy,

—   Czujesz się zawodowcem?  —   zapytał  sceptycznie Korcz.

— Nie. Ale mam kilku pod sobą.

Robert Szklorz z niecierpliwością oczekiwał we wnętrzu szarej lancii pojawienia się Ministra i Premiera. Zaraz po wyjściu Korcza udał się do szefa Urzędu, a ten bez wahania połączył się z gabinetem Ministra Spraw Wewnętrznych. Po godzinie Minister przyjął ich u siebie, a po dalszej udało się złapać Premiera, który, jak się okazało, opuścił już pałac Ra­dy Ministrów przy Krakowskim Przedmieściu i pojechał do domu. Szef miał parę spotkań nie do odwołania, w tym jed­no w ambasadzie USA i tym sposobem młody dyrektor Biu­ra Analiz musiał przejąć na siebie ciężar całej sprawy. Za­brali Premiera z domu i w asyście drugiego samochodu z BOR udali się na krótką przejażdżkę do Wilanowa. O tej porze ogrody pałacowe były zamknięte dla publiczności, a bryła pałacu Branickich odcinała się niewyraźną szarością od czerni nieba. Teraz Szklorz dopalał ósmego papierosa, pod­czas gdy dwaj dystyngowani panowie przechadzali się alej­kami dyskutując nieustannie od czterdziestu minut. Robert spojrzał na zegarek. Ochroniarze z drugiej limuzyny nie wy­kazywali najmniejszych oznak zniecierpliwienia przyzwycza­jeni do sytuacji, że ich podopieczni ucinają sobie czasami sa­motne, wielogodzinne spacerki w najdziwniejszych miejscach i o najdzikszych porach.

Nareszcie ujrzał ich. Szli bardzo powoli. Premier także palił. Czerwony owal żaru rozświetlił jego charakterystyczny profil. Premier żywo gestykulując odrzucił niedopałek i ener­gicznie zgniótł go butem. Teraz obaj dygnitarze przyspieszyli kroku i już po chwili usłużny borowiec otwierał przed nimi drzwi samochodu. Kierowca włączył silnik, podczas gdy Premier i Minister sadowili się na miejscach z tyłu. Szklorz po­czuł dotknięcie na ramieniu.

—  Panie dyrektorze — powiedział Premier z charaktery­styczną  zadyszką — tym razem będzie  wygodniej skorzy­stać z usług pańskiego przyjaciela Korcza. Musimy utworzyć specjalną grupę antykryzysową złożoną z wyjątkowo zaufa­nych pracowników Urzędu. Ta sprawa ma szersze i bardzo skomplikowane tło. KOK to już w tej chwili atrapa. Będzie pan koordynatorem tej grupy. Jutro rano Minister zapozna pana ze szczegółami sytuacji. Może pan zawiadomić Korcza, że macie zielone światło, nie chcemy jednak, by łącznikiem był pracownik wywiadu. Niech uruchomi swojego człowieka, a my zapewnimy mu ochronę.

—  Mam swobodę w doborze ludzi? — zapytał zaskoczony Szklorz.

—  Niech pan przez noc przygotuje listę i zweryfikujemy ją jutro razem — włączył się Minister. — Czekam na pana o dziewiątej u siebie.

—  Tak jest — powiedział młody dyrektor Biura Analiz UOP nie do końca pojmując, dlaczego to on ma koordynować działania  grupy  antykryzysowej  powołanej przez Premiera na szczeblu rządowym.

*

Część oficjalna pożegnania już się zakończyła i przedsta­wiciele Ruchu zmierzali do przeszklonych drzwi prowadzą­cych na płytę lotniska. Hunza, który przez cały czas odczu­wał niepokój i niepewność, czy postąpił słusznie wręczając Korczowi list do Premiera i dyrekcji UOP, teraz nabrał pew­ności, że tak. Miał nadzieję, że treść tego pisma nie wymknie się poza krąg najbardziej wtajemniczonych. Mogłoby to za­szkodzić Ruchowi w stosunkach z KPZR na Ukrainie i z Kre­mlem. Był to z jego strony doprawdy najwyższy dowód za­ufania i deklaracja intencji w stosunku do rządu polskiego. Teraz z niecierpliwością wypatrywał znajomej sylwetki Mar­cina Korcza na tarasie widokowym dla żegnających.

Lotowski mikrobus podwiózł ich do samolotu. Przepuścił Czupaja przodem i przed samym wejściem stojąc już na schodkach zatrzymał się osłaniając oczy ręką ułożoną w da­szek. Zauważył Korcza od razu. Tamten machał gazetą zło­żoną w rulon. Hunza pomachał mu również dając tym samym do zrozumienia, że zauważył znak. Zniknął we wnętrzu samo­lotu prowadzony przez śliczną stewardesę w granatowym uni­formie na swoje miejsce. Usiadł i zapiął pas.

— Jednak się zdecydowali — pomyślał i kamień spadł mu z serca. — Gorący towar ruszy w dalszą drogę ku celowi i za dwanaście dni będzie już po tej stronie granicy. Odpo­wiedzialność to jednak potworny ciężar, dużo większy niż ry­zyko wynikające z prowadzenia wywiadowczej gry.

*

Pożegnalny wieczór Walczyka i Kasi wypadł blado, Z tru­dem udało mu się namówić ją na spotkanie w kawiarni „U Zalipianek” przy ulicy Szewskiej, którą inspektor upodo­bał sobie w czasie pobytu w Krakowie. Regionalny beskidz­ki wystrój stanowił dla niego przyjemną, egzotyczną odmia­nę po kawiarnianej przeciętności, do jakiej przyzwyczaiła go stolica. Poza tym lokal posiadał obszerny taras wychodzący na Planty co podczas upałów obejmujących miasto niczym rozżarzone kleszcze miało swoje znaczenie. Lato było w tym roku straszne, i choć teoretycznie zbliżało się ku końcowi, wciąż jeszcze miało się wrażenie, że końca upałom nie będzie.

Spóźniła się pół godziny i stanęła przy jego stoliku w chwili, kiedy zbierał do kieszeni papierosy i zapalniczkę, oraz wyczytany z nudy na dziesiątą stronę egzemplarz „Dzien­nika Konserwatywnego”. Napięcie w kraju wyczuwalnie ros­ło i choć do wyborów prezydenckich pozostawały ponad dwa miesiące, już spekulowano na temat szans i kandydatur, po­jawiały się pierwsze personalne propozycje, toczono polemiki na temat progu stu tysięcy podpisów koniecznych do rejes­tracji kandydata, dużo miejsca poświęcano też rozłamowi w obozie Solidarności.

— Napijesz się czegoś? — zapytał.

W krótkiej niebieskiej sukience, z małymi perełkami w uszach i dyskretnym makijażem wyglądała wyjątkowo pięknie.

—  Chętnie — odpowiedziała. W jej głosie wyczuwało się napięcie. Mimowolnie udzieliło się ono i Walczykowi.

—  Wyjeżdżam — powiedział bez wstępów. — Jak wiesz, odwołano mnie. Nie mam pojęcia na jak długo.

— Kiedy?

— Jutro rano.

Podeszła kelnerka i zamówili kawę. Po jej odejściu zapa­dło niezgrabne milczenie. Nie starał się go przerywać i stop­niowo stawało się coraz cięższe. Westchnęła, jakby głaz ucis­kał jej piersi.

—  Masz ochotę spędzić ze mną ten wieczór? — zapytał, kiedy filiżanki parujące aromatycznym napojem stanęły już przed nimi. — Od razu pani zapłacę — zwrócił się do młodej

kelnerki. Z uroczym uśmiechem zainkasowała dziesięć tysię­cy i oddaliła się pełnym powabu krokiem kobiety, której za­leży, by wywrzeć wrażenie na mężczyźnie. Kasia odprowa­dziła ją niechętnym spojrzeniem.

— Chciałabym, ale… — zaczęła.

—  …Rozumiem — przerwał jej zdecydowanym tonem. — Kiedy słyszę „ale” wiem, że będą komplikacje nie do rozwi­kłania.

—  Posłuchaj — zaczęła ponownie szukając instynktownie jego umykających w bok oczu. — To wszystko jest dla mnie zbyt nagłe… trudne…

Otworzyła usta, ale nim coś powiedział, zamilkł w pół sy­laby. Czekała na jego słowa. Nie odzywał się.

—  Mama przyjechała i powinnam dziś z nimi trochę po­być…

—  Wiesz dobrze, że nie o to chodzi… Przez parę dni za­trzymam się w Polonii. Nowi szefowie skąpią na lepszy ho­tel. Wydaje mi się, że jesteś bezpieczna. Zadzwoń kiedyś. Bę­dę ciekaw, co u ciebie słychać.

—  Nie zadzwonię — powiedziała cicho, lecz stanowczo.

—  Widać się pomyliłem. W porządku… — Westchnął, wło­żył gazetę do kieszeni i wstał. — W takim razie trzymaj się malutka. Grzbietem dłoni pieszczotliwie przeciągnął po jej policzku i szyi. Zrobiło się jej ciepło i miło. Odszedł.

Miała ściśniętą krtań i ręce jej drżały. Ileż wysiłku mu­siała włożyć w to „nie”, po jednej wspólnie spędzonej nocy! Co byłoby później? Miała wrażenie, że zaraz się rozpłacze z żalu, albo pobiegnie za nim i wsiądzie do tego ekspresu, wsiądzie w każdy pociąg, który on wybierze, choćby na naj­dalszą stację w galaktyce… Zauważyła, że zapomniał papie­rosów i zapalniczki. Poderwała się chcąc go zawołać. Nada­remnie szukała wzrokiem smukłej sylwetki. „Kurczę!”, skar­ciła się w duchu, próbując opanować rozdygotanie. „Nie za­chowuj się jak świeżo zdeflorowana dziewica. Poszedł i na­wet się za siebie nie obejrzał. Nie będziesz niczyją niewolnicą, żadne uczucie nie jest tego warte!”. Bezmyślnie obracała w ręku czerwoną, matową zapalniczkę, jedyną rzecz, jaka jej po nim została.

W pociągu Walczyk studiował notatnik dziennikarki uzupeł­niony kopiami stron 45 i 46. Zupełnie nie dało się tego ugryźć bez klucza. Wiedział teraz, że ma przed sobą zaszyfrowane informacje na temat paru osób trudniących się donosicielstwem w zamian za koncesje na prowadzenie prywatnej działalności w dawnych latach, kiedy byle kto nie mógł zostać handlowcem, fabrykantem czy choćby właścicielem najnędzniejszego kiosku z plastikowymi koszmarkami. I tak nic z te­go nie wynikało. Przyjął, że na pierwszej stronie znajdują się inicjały tych osób, ale czy było to kilkanaście nazwisk czy też imiona i nazwiska kilku ludzi nie dało się ustalić. Druga stro­na zawierała szereg cyfr i tutaj stawał już kompletnie bez­radny. Żeby móc z czystym sumieniem przyjąć grę Rzeźnika, Walczyk musiał sprawdzić te kartki, poznać ich treść. Tak zwa­ni biznesmeni mogli się okazać kimś innym. Rzeźnik nie kła­mał, ale czy zleceniodawcy dostarczyli mu kompletu infor­macji? Niewykluczone, że prowadził jeszcze inną, głębiej zakamuflowaną grę. Walczyk schował notes i odwrócił się do okna. Pejzaż śmigał za oknami ekspresu, jakby to on dokądś pę­dził, a nie pociąg. Istotnie tak było — cała Ziemia pędziła na oślep w przestrzeń, w czarną otchłań bez dna, kosmiczną pustkę. Myśli inspektora kręciły się wokół czegoś małego, nieistotnego, podczas gdy Ziemia kręciła się jak szalona wo­kół swej osi, i wokół Słońca, a ze Słońcem w spiralnym ra­mieniu Galaktyki cały układ wirował swego walczyka skompo­nowanego przez kosmicznego Straussa, Galaktyka także bra­ła udział wraz z milionami innych galaktyk w zbiorowym hiperobłędzie wirowania. „Cóż znaczą te moje wszystkie uczu­cia”, myślał „i cała ta zakichana sprawa, która zaczęła się i skończy w tej samej sekundzie Wszechświata równoważnej stuleciu ludzkiej egzystencji. Cały ten dramat rozgrywał się na obszarze przestrzeni, której patrząc z punktu widzenia ca­łości nie dałoby się zidentyfikować nawet najczulszym ska­nerem elektronowym. Z punktu widzenia tej całości Ziemia była bowiem tylko atomem, a krążące po niej w liczbie sze­ściu miliardów istoty co najwyżej cząstkami elementarnymi, a może nawet czymś jeszcze mniej zauważalnym. Kocham nad życie, nienawidzę śmiertelnie, zabijam siebie, zabijam innych”, ciągnął swój filozoficzny wywód. „Ścieramy się, tłu­czemy, mordujemy w wojnach; cząstki elementarne przycią­gane lub odpychane przez inne cząstki. Czy to nie śmieszne — miłość dwóch milionów, albo, jeden elektron morduje dru­gi!” „Cha, cha, cha!” — Walk zaśmiał się półgłosem, co spo­wodowało, że pasażer z przeciwnego fotela przyjrzał mu się z uważną dezaprobatą.

— Tysiąc lat to tylko dziesięć sekund — powiedział do niego inspektor. Mężczyzna o obwisłych policzkach i równie obwisłej dolnej wardze przyozdobionej włochatą brodawką wyglądał na właściciela baru albo fabryki plastikowych kras­noludków.

— Sześć tysięcy to minuta — odpowiedział mu niespo­dziewanie „obwisły” współpasażer i Walczyk jeszcze raz się przekonał, jak bardzo łatwo skrzywdzić człowieka na podsta­wie jego wyglądu.

Do szefa UOP udał się dopiero następnego dnia w połud­nie. Nie zastał go. Sekretarka powiedziała, że ma się zgło­sić u dyrektora Szklorza z BAI. Był trochę zaskoczony. Cóż on, pracownik Wydziału Śledczego, ma robić pod zwierzchnic­twem BAI?! Działo się coś dziwnego. Dyrektor już na niego czekał. Poinformował Walka o sformowaniu Grupy Antykryzysowej na specjalnych prawach, z najwyższym priorytetem ważności, w związku z szykującą się akcją KGB na terenie Polski, czemu oficjalny rezydent i cała ambasada ZSRR w Warszawie oczywiście energicznie przeczyła. Od tej pory Walk miał pełnić ważną rolę łącznika z ambasadą USA, a po­za tym miał brać udział we wspólnych działaniach podejmo­wanych w ramach Grupy i naradach, oraz spotkaniach robo­czych, co było niezbędne, by mieć stały ogólny przegląd sy­tuacji.

Na razie był wolny. Miał czas na zakwaterowanie, zapoz­nanie się ze współpracownikami i zorganizowanie biura. Za 48 godzin miała się odbyć pierwsza ogólna narada całej Gru­py, na której zostaną rozdzielone zadania. Było zastanawia­jące, że kontrolę nad Grupą miał sprawować Minister Spraw Wewnętrznych i jeden z zaufanych wiceministrów z MON, a raporty miały być przedkładane także bezpośrednio Premie­rowi. Oznaczało to, że sytuacja jest bardzo poważna i napię­ta, i może dotyczyć wewnętrznych struktur UOP czy ogólniej MSW i MON. Jak stwierdził Szklorz, szykowała się „zady­ma”. Miejsca w hotelu miał na razie nie zmieniać, pokój mógł być przydatny do innych celów. Przydzielono mu samodziel­ne biuro, numer telefoniczny, asystenta, wydano przepustkę, kartki do kantyny na obiady i wyposażono go w czerwonego poloneza WAR 3375, do którego kluczyki pokwitował u in­tendenta.

Nie zamierzał tracić dwóch dni bezczynnie. Jak zwy­kle okazywało się, że zanim wszystko ruszy, jest jeszcze czas i mógł spokojnie powęszyć choćby dzień dłużej w Krako­wie. Postanowił spożytkować ten podarowany czas na wytro­pienie Karata.

Zdobycie wstępnych informacji nie zajęło mu wiele cza­su. Już następnego ranka po stwierdzeniu, że w czternastu spółkach detektywistycznych (na około sto zarejestrowanych w Warszawie) w ciągu dwóch ostatnich miesięcy zatrudniono trzydziestu nowych ludzi, zwalniając jednocześnie czternas­tu z siedmiu spółek, zażądał teczek personalnych wszystkich nowo przyjętych i zwolnionych. Po dwudziestu minutach miał je na biurku. Teraz należało tylko dopasować rysopis. Zna­lazł takich czterech, a po zastanowieniu rozszerzył krąg po­szukiwań obejmując nim ostatnie sześć miesięcy, bo jeśli spół­ka zatrudniająca Karata stanowiła przyczółek nieformalnej struktury utworzonej przez byłych esbeków, to mogli mu wy­stawić wsteczną datę zatrudnienia. O dziwo do grupy czte­rech doszlusowało tylko dodatkowych sześciu. Widać dopiero ostatnio zaczął się większy przepływ kadrowy. Ludzie ci by­li zatrudnieni w czterech biurach detektywistycznych o dość dużej fluktuacji: „Sezamie”, „Gigancie”, Spółce „Ares” raczej tylko strzegącej mienia i „A & A”. Walczyk postanowił zacząć od „Sezamu”, jako że tam miał aż czterech podejrzanych, Waligórski, Horak, Rusinek i Łabza. Biura „Sezamu” mieściły się na 29 piętrze Intraco I. Należało ich dyskretnie poobserwo­wać. Kiedy asystent przyniósł mu spis prywatnych adresów owych dziesięciu delikwentów, inspektor ruszył do miasta. Musiał się sam tym zająć. Istniało zbyt duże ryzyko, że ktoś nieostrożny spłoszy przeciwnika.

*

Generał Ozierow spotkał się z Michaiłem Gorbaczowem w jego mieszkaniu na Wzgórzach Leninowskich dopiero w dziesięć dni po zabójstwie popa. Wcześniej jakoś prezydent nie mógł dla niego znaleźć minuty wolnego czasu. Raisa wy­jechała na krótki wypoczynek do ich posiadłości pod Moskwą, więc tym razem byli zupełnie sami — jeśli nie liczyć, rzecz jasna, nieodstępnego służącego, kucharza i goryla Gorbaczowa; cała trójka z kremlowskiej straży. Sprawa zabójstwa ojca Aleksandra Szretyńskiego z cerkwi prawosławnej nie dawa­ła mu spokoju. Grynia Kopysznikow znalazł w Kijowie, ale nikt się z nim nie kontaktował. Obserwowali go bardzo dyskretnie. Niby nic się nie działo, lecz Ozierow wiedział, że to cisza przed burzą, bo mikrofilm jest już na pewno we wła­ściwych rękach i lada chwila ruszy dalej. Ktoś tutaj w Moskwie dobierał się do planu „W” i czynił to w taki sposób, że mógł zniweczyć całą pracę Jedenastki pod jego osobistym kierownictwem. Ozierow nie miał stuprocentowej pewności kto to jest, ale miał stuprocentowe podejrzenia. W jego fa­chu trudno było o pewność. Oczywiście jego podejrzenia kon­centrowały się na Kriuczkowie i Jakowlewie. Kiedy dotarły do niego materiały z sekcji zwłok popa, wiedział, że dorwali go profesjonaliści, i do tego byli na tyle bezczelni, żeby wręcz zostawić swoją wizytówkę. Popa bito usiłując wyciągnąć z niego informacje, a kiedy to nie pomogło zaaplikowano mu zastrzyk, miał świeży ślad nakłucia na grzbiecie dłoni. Śmierć nastąpiła na skutek niewydolności serca. Nie wątpił, że po­dano duchownemu dużą dawkę pentotalu, serum prawdy, i to zabiło jego słabe serce. Główny ślad stanowiło jednak obcię­te ucho. Głowę popa zmasakrowano już po śmierci i odrąba­no mu ucho. Tak, odrąbano! Saperką. A więc: Specnaz! Jak­by zostawili przy trupie podpis. Po co? Działali z odkrytą przyłbicą, co świadczyło, że rychło wypowiedzą wojnę wszyst­kim demokratycznym siłom, tym skupionym wokół genseka też. Gorbaczow przyjął go w living roomie z wielką powściąg­liwością. Entuzjazm prezydenta, który Ozierow obserwował zaledwie miesiąc temu, teraz zdecydowanie przygasł.

—  Towarzyszu prezydencie — powiedział Ozierow, gdy Gorbaczow po wysłuchaniu jego relacji milcząco sączył drin­ka. — Zmierzają do podważenia waszej pozycji. To zamach na Radę Prezydencką i was osobiście!

—  Czasami nie mam pewności czy postępuję słusznie — powiedział Gorbaczow patrząc w ciemność za  oknem.   — Weźmy na przykład dzisiaj. Jelcyn oświadcza, że Rosja wy­stąpi z ZSRR! Czy ktoś słyszał większy absurd? A on to mó­wi poważnie. Zastanawiam się, czy już niedługo nie nadej­dzie taki dzień, że armia będzie dla nas jedynym ratunkiem. Szewardnadze namawia mnie na sojusz z USA w sprawie Iraku. To przecież zdrada wobec naszej polityki w Zatoce, ustępstwo uderzające najbardziej w nas samych. Można się cofać. Należy się cofać, jeśli się nie ma siły zaatakować. Ale pytanie o granice tych ustępstw. Jeszcze krok i nasz okręt się rozpadnie. Czy do tego zmierzają Jelcyn, Szewardnadze, Bakatin, Ryżkow? — zamilkł i znów powoli sączył alkohol. Jak­by przestał zauważać Ozierowa, pogrążony w jakichś rozleg­łych, perspektywicznych spekulacjach. Trwało to dobrą chwi­lę, w czasie której generał nie śmiał nawet głośniej odetchnąć. Czy Gorbaczow wyrośnie na nowego Stalina? — zastanawiał się patrząc na prezydenta. — Czy tak, jak ja teraz, czuli się generałowie tamtego jedynowładcy w jego obecności?

Nagle Gorbaczow ocknął się, wrócił do teraźniejszości i spojrzał na Ozierowa odkrywając na nowo jego obecność.

—  Czy to znaczy, że plan „W” nie ma już priorytetu ze­ro? — zapytał ostrożnie Ozierow.

—  To znaczy tylko, że mam związane ręce. Mogę im wy­dać rozkazy, a oni ich nie wykonają, mogę wydać polecenie, a oni nie usłuchają. To oni mają przewagę w tej chwili. Nawet nie mogę ich zdjąć. Tak samo oni nie mogą ruszyć mnie. Należałoby pójść odważniej do przodu, ale to zbyt niebezpie­czne dla kraju. Nie mogę go pchnąć na krawędź wojny do­mowej.

—  A oni, towarzyszu prezydencie… Oni mogą? — zapytał Ozierow.

—  Nie odważą się. Na razie. To pat… Realizujcie, generale, swój plan „W”, macie wolną rękę i brońcie go jak lew. To ostatnia szansa dla was, dla Jedenastki, być może dla nas wszystkich.

— Gorbaczow popatrzył wprost w oczy Ozierowa i generał dostrzegł na dnie tego spojrzenia istne morze gory­czy, gniewu i ognia. — Ten plan wydawał się epizodyczny, uboczny choć ważny — powiedział gensek z taką zawziętoś­cią, że aż przeszły go ciarki.   — Polski łącznik jest dla nas ważny nie tylko w sensie   terytorialnym, to także łącznik z przyszłością, z czasem, który nadejdzie. Od opanowania te­go środkowo położonego terytorium może zależeć, kto się ju­tro znajdzie w ofensywie, a kto na długo zostanie zepchnię­ty do obrony. Nie przypuszczałem jednak, że ten plan okaże się „być albo nie być” pierestrojki. Kriuczkow i grupa woj­skowych obrali go sobie za pierwszy, najważniejszy cel. Czy nie widzicie tego generale?  — Gorbaczow odwrócił znów wzrok do okna. — Tak — westchnął. — Od tego chcą zacząć, a kto wygra pierwszą bitwę, tym razem może wygrać wszyst­ko.

—  Zaatakują na wielu frontach — powiedział Ozierow. Prezydent w zamyśleniu pokiwał twierdząco głową.

—  Być może konieczna będzie z nimi ugoda. Tylko na ja­kich warunkach? — Nagle Gorbaczow wstał. Ozierowa także poderwało  z miejsca. Posłuchanie było  najwyraźniej  skończone.

—  Uczyńcie wszystko co w waszej mocy towarzyszu Ozie­row — powiedział ściskając mu na pożegnanie rękę.

Kiedy Ozierow wsiadał do swego samochodu i potem, kie­dy szybko przemierzał pustawe ulice wydzielonym dla dyg­nitarskich limuzyn pasem, nie mógł się pozbyć wrażenia, że Gorbaczow czegoś nie dopowiedział. Czy naprawdę przywód­ca był z nim do końca szczery? Czy plan „W” nie jest już przypadkiem skazany na zagładę, a on sam na zesłanie do prowincjonalnych koszar w Kazachstanie? Wszak Jakowlew był gościem Gorbaczowa wtedy na Kremlu, i to przed Ozierowem. Dlaczego teraz gensek umywał ręce spychając wszelkie decyzje na garstkę ludzi oddanych Ozierowowi, kiedy wie­dział dobrze, że przeciw niemu jest trzy czwarte KGB i ca­ła GRU. Czy naprawdę nie mógł, czy też nie chciał się przeciwstawić grupie wojskowych? I z jakich pobudek to czynił: dlatego, że bał się obalenia tej pierwociny demokracji, jaką tu zaszczepił, czy też dlatego, że zrezygnował z demokracji i przygotowywał się do objęcia dyktatury? Zresztą dla Ozie­rowa pobudki genseka były mniej ważne od faktu, że zosta­wiał swoich dotychczasowych sojuszników na pastwę orto­doksyjnych bojówkarzy z armii i politbiura, i że wśród tych porzuconych znajdował się on, generał pułkownik, dyrektor Pierwszej Dyrekcji Generalnej, tajny doradca do spraw bez­pieczeństwa, Iwan Władimirowicz Ozierow.

Postanowił z całą mocą, że nie pozwoli się pożreć, choć go już na pożarcie, być może, skazano.

*

Agent CIA był pracownikiem pionu radcy handlowego ambasady USA w Warszawie. Przedstawił się jako John Halley. Sam znalazł Walczyka we foyer Sali Kongresowej podczas przerwy koncertu Toshiro Akimoto, młodego japońskiego pia­nisty, jednego ze zwycięzców tegorocznego konkursu Fryde­ryka Chopina. Walczyk był śmiertelnie znużony. Pierwsza część koncertu składała się z utworu na chór Brahmsa, który w wy­konaniu warszawskich filharmoników, zdaniem inspektora, nadawał się bardziej pod kotlet i sznapsa niż na uroczystość pośród karmazynowych pluszów. Wrażenie powiększał pewien rozgardiasz panujący na sali. Wciąż ktoś się jeszcze przemykał i dosiadał, chrząkał, rozglądał się, szeptał. Na szczęście trwa­ło to krótko i już pojawił się drobniutki Akimoto, nie wyż­szy od fortepianu — jak stwierdził Walczyk — ale potrafiący doskonale wyczarować z instrumentu perełki chopinowskiego brzmienia w koncercie f-moll opus 21. Inspektor rzadko by­wał w filharmonii, nie był znawcą, ani nie był szczególnie osłuchany. Same partie fortepianowe i wszelkie skompliko­wane ewolucje muzyczne związane z Chopinem wsączyły mu się jednak głęboko w duszę przez lata ciągłego wałkowania mistrza przez polskie radio i telewizję, i choć brzmiały swoj­sko to nie budziły w nim szczególnych wzruszeń. Japończyk był doskonały, lecz nie porwał go. Gra młodego pianisty spro­wadzała się do biegłości technicznej i schematycznego akade­mizmu. Jak dotychczas tylko jeden raz Walczyk autentycznie przeżywał dzieła mistrza, kiedy nietypowo interpretował je Ivo Pogorelić, wielki przegrany konkursu sprzed paru lat. Tu Walczyk był wzruszony zaledwie przez parę minut słuchając wspaniale delikatnych fraz skrzypiec i żałował, że jest ich tak mało, a fortepian je zagłusza, bądź brutalnie przerywa.

Publiczność Warszawy popisała się prowincjonalizmem — Akimoto bisował siedem razy i tylko dlatego tak mało, że nie miał siły na więcej — odmówił ósmego bisu mimo nie milknących oklasków oraz skandowań. Widać słuchaczom się wydawało, że mają do czynienia z gwiazdą najwyższego świa­towego formatu, a nie początkującym wirtuozem, który wy­grał pierwszy w życiu poważniejszy konkurs organizowany dla pianistycznego narybku.

Walczyk doszedł do wniosku, że albo się nie znają na muzy­ce, albo cena biletu jest za wysoka i czują niedosyt. Dostali za mało za te pieniądze. Walczyk miał nadzieję, że Amerykanin zjawi się właśnie teraz, a nie na koniec całości, bo nie miał ochoty wysłuchiwać symfonii d-moll Francka z równie nie­zliczonymi bisami. I rzeczywiście zjawił się. Miał młodą chło­pięcą twarz, sprawiał wrażenie niezbyt rozgarniętego, poru­szał się niezgrabnie i ciężko, choć na oko nie miał nadwagi. Jakby go z trudem odlano lub ociosano z jakiegoś ciężkiego minerału, pozostawiając zbyt wypukłe wargi, olbrzymie kości policzkowe i przerysowane łuki brwi wystające poza linię nieforemnie sklepionego czoła. Czarne kędziory przydługich włosów, krzywe nogi i kiepskie ubranie wyróżniały go raczej z tłumu, niż weń wtapiały. John Halley doskonale mówił po polsku, bez śladu akcentu. Poprosił o ogień i podał hasło. Walczyk zamiast ognia poczęstował go papierosem, to była cała odpowiedź.

—  Dobry koncert — zauważył Amerykanin z szerokim uśmiechem.

—  Tak, fantastyczny — stwierdził Walczyk z nutą ironii. — Ciekawe, czy jak ten Akimoto zostanie prawdziwą gwiazdą, to będzie musiał bisować siedemdziesiąt siedem razy?

—  Też pan liczył bisy? — Halley zaśmiał się, złapał dow­cip. — Tu ma pan wszystko, co jest interesujące na temat je­go występu — powiedział wręczając Walczykowi program. Walczyk wziął program i uśmiechnął się słabo.

—  Dziękuję w imieniu wszystkich miłośników muzyki po­ważnej z naszej firmy.

—   Są tam też informacje o następnych koncertach… — Halley zamilkł, bo zbliżył się do nich dystyngowany staru­szek i zgasił niedopałek w popielniczce.

—   …Mamy doniesienia, że interesujące nas działania — kontynuował, gdy tamten się oddalił — wkroczyły w decydu­jącą fazę. Lada dzień nastąpi przełom. I jeszcze coś… — Amerykanin zatrzymał Walczyka widząc, że zamierza odejść i zni­żył głos. — Szykuje się duży przerzut złota albo diamentów do waszego kraju. Tym razem to nie tranzyt. Stacja docelowa Warszawa. Nadawca Moskwa. Przesiadka w Wilnie, Mówi się, że to fundusze operacyjne pewnej utajnionej struktury dzia­łającej na styku Kolegium i Sztabu Armii.

—  To fantastyczne! — Walk był autentycznie zaskoczony precyzją i skalą wiadomości posiadanych przez amerykański wywiad.

—  Ja też tak sądzę. Nie przypuszczałem, że w Warszawie działa tak operatywny gang. Oczywiście partyjny gang, wspomagany po partyjnej linii z Moskwy. A pan?

Inspektor pokręcił przecząco głową.

Zadzwonił dzwonek i Halley poszedł na salę, zaś Walczyk skierował się do szatni.

Inspektor był niezadowolony ze swojego poloneza. Za bar­dzo rzucał się w oczy. Jechał za Rusinkiem od samego Intraco. Mężczyzna w fioletowym podkoszulku pod szarą mary­narką (co za fatalne przyzwyczajenie!) wsiadł do granatowego volvo i kierował się chyba poza miasto. Walk miał go na ce­lowniku od tygodnia. W tłoku śródmiejskim łatwo się było jakoś ukryć, ale gdyby wyjechali na szosę, śledzenie Rusinka stałoby się skomplikowane, nawet przy jego zawodowej klasie, niemożliwe.

Równolegle do „prywatnego” śledztwa postępowały dzia­łania związane z informacją Halleya. Dyrektor BAI powie­rzył tę sprawę Walczykowi, delegując drugiego inspektora wy­działu śledczego Klempicza do obserwacji poczynań zwolnio­nych z pracy w SB oficerów zarówno wyższych, jak i niższych rangą, a związanych z wywiadem, kontrwywiadem, „trójką” i „czwórką”. Walk od razu polecił dostarczyć sobie wykaz ewentualnych podejrzanych, którzy mogliby być w Warsza­wie odbiorcami dużych ilości złota lub diamentów. Nie dziwi­ło go, że taki gang się uformował, jak na razie wolny rynek w Polsce był bowiem rynkiem pośredników a pośrednictwo jubilerskie to najbardziej zyskowny rodzaj operacji handlo­wych. Pytanie na co miały iść pieniądze z tego obrotu złotem i diamentami. Było tam blisko kilku do niedawna towarzyszy partyjnych z PZPR i kilku ludzi z WSI, i paru Esbeków. Czy to tajny fundusz nowej Socjaldemokracji, czy może kapitał zakładowy kilku nowych spółek młodego żarłocznego, mieszanego polsko-ruskiego kapitalizmu po czerwonej linii. Z dostarczonego przez Halleya programu „koncertu” Walczyk wyczytał, że wysoko zakonspirowany agent amerykań­ski o kryptonimie Zachary przekazał z Moskwy wiadomość o ostrej konfrontacji wewnętrznej w KGB i armii, podziałach w politbiurze, planowanej kontrofensywie przeciw Gorbaczowowi i uruchomieniu podwójnej operacji mającej na celu wpłynąć na kształt wyborów prezydenckich, a w drugiej fa­zie parlamentarnych, w Polsce. Poinformował też o pogłos­kach, że stanowisko Moskwy w sprawie wycofania wojsk so­wieckich znad Wisły ulegnie usztywnieniu i proces zostanie zamrożony. Pojawiają się też publicznie głosy, że ZSRR nie stać na zasilanie w ropę i gaz byłych satelitów w sytuacji, kiedy na wewnętrznym rynku brakuje paliw i energii. Chyba, że po nowych kapitalistycznych cenach, dziesięć razy drożej. We­dług ustaleń agenta poglądy tego typu są rozpowszechniane ze źródeł zbliżonych do kół wojskowych.

Trzeba było przyznać, że CIA doskonale wywiązywała się jak na razie z nieformalnej umowy o wzajemnym dostarcza­niu danych, a ich Zachary był rzeczywistym skarbem. UOP przydałby się ktoś taki w Moskwie, ale Kreml zrobił się ostrożny. Od piętnastego sierpnia nawet ci pracownicy amba­sady polskiej, którzy do wczoraj byli zagorzałymi popleczni­kami Moskwy i najbardziej służalczymi wasalami, tak że w końcu placówka na wschodzie stała się dla nich praktycznie rodzajem politycznego azylu, od tej daty nie byli dopuszcza­ni do żadnych ważniejszych źródeł informacji. Urząd wnios­kował pośrednio, między innymi i z tej przesłanki, że szyku­je się coś dziwnego, być może wrogiego wobec Polski, ale poza tym wywiad był bezradny.

Volvo Rusinka zasygnalizowało nagle skręt w prawo i zje­chało na chodnik. Walczyk przejechał obok i zaparkował o kilka wozów dalej. Obejrzał się do tyłu. Potężny zabijaka wszedł właśnie do gabinetu kosmetycznego ORNO. „Masaż czy mani­cure?”, zastanawiał się inspektor. „Czy może skrzynka kon­taktowa”. Pozostawało czekać cierpliwie.

Kolejne trzecie zebranie Grupy Antykryzysowej, powoła­nej przez dyrektora Biura Analiz i Informacji na polecenie ministra spraw wewnętrznych odbyło się wczoraj w nocy, w prywatnej willi pod Warszawą, niedaleko rządowego ośrod­ka w Jadwisinie. Grupa miała wciąż niepełny skład. Do dwóch pracowników kontrwywiadu pułkowników Kotlara i Łepkowskiego zasłużonych w ujawnionej, choć nie dokończo­nej pełnym sukcesem, sprawie „Bankiera”, oraz dwóch logistów z Biura Analiz dołączył major Paliszewski z wywiadu, major Głownia — szef sekcji specjalnej, inspektor Klempicz z Wydziału Śledczego i oczywiście z tego samego wydziału Walczyk. Każdemu z wymienionych miały podlegać ponadto od­powiednie sekcje pionów „W” i „T”. Brakowało jednego z oficerów wywiadu, który miał podobno uporządkować swo­je sprawy i niebawem dołączyć do pozostałych. Walczyk podej­rzewał, że wynikły jakieś kontrowersje wokół kandydatury drugiego oficera z „jedynki” i stąd zwłoka.

Dopiero wczoraj przedstawiono im pełny raport o sytuacji oraz poinformowano o szczegółach akcji, w której biorą udział. W skromnym pokoju bawialnym willi po wykładzie Roberta Szklorza zapadło pełne napięcia milczenie. Walczyk, podobnie jak inni, był przygotowany na podobny rozwój wy­padków, jednakże spodziewał się kontrataku komunistów później, na wiosnę 1991 roku. Sądził również, że KGB nie zdo­ła się zmobilizować wcześniej niż upora się z wewnętrznymi kłopotami w ZSRR, których przecież mieli teraz w nadmia­rze. Widać tamci uznali Polskę za ważne ogniwo, mające wielki wpływ na rozwój wypadków międzynarodowych i we­wnętrznych w ZSRR. „Cóż, trzeba będzie stawić im czoła!”, pomyślał. „Nie jest dobrze w Urzędzie, skoro jestem tu ja ściągnięty z Krakowa, Kotlar z Gdańska, Paliszewski ściąg­nięty pospiesznie z Wrocławia, logista Bender wyrwany z urlo­pu na Majorce, a całą grupą kieruje Robert Szklorz. Wrażenie inspektora pogłębiło się, kiedy Szklorz poinformował ich o propozycji wykorzystania półamatorów z PW do akcji bez­pośredniej, przejęcia dokumentów od Ukraińców.

Łącznikiem miał być człowiek wyznaczony przez Marcina Korcza, co prawda były policjant, spadochroniarz, a potem ochroniarz samego Przewodniczącego (dopóki się nie poprztykał z szefem ochrony najważniejszej wtedy osoby prywatnej w całym obozie socjalistycznym), ale jednak nie mający do­świadczenia wywiadowczego, po prostu żaden agent.

Oznaczono go kryptonimem B. B. Miał do spełnienia ogra­niczone zadanie: odbiór dokumentów w Wilnie i przekaza­nie ich w Leningradzie dyplomacie podróżującemu ze Sztokholmu i Helsinek do Moskwy. Zdaniem Walczyka pomysł, by mikrofilm wrócił do Moskwy i stamtąd wyleciał do Warsza­wy z normalną pocztą dyplomatyczną, był sprytny. Szmuglowanie go przez przejścia samochodowe czy kolejowe było niepotrzebnym ryzykiem. Tylko poczta dyplomatyczna z Mos­kwy miała zagwarantowaną stuprocentową nietykalność.

Walczyk od początku wiedział, że przydzielono go do zadań na miejscu, toteż nie poświęcał temu wątkowi większej uwa­gi. Dotarło do niego jedynie, że wystawiając B. B. jako akty­wistę Partii Walki Marcina Korcza rząd będzie miał pole manewru i w razie czego oficjalnie zaprzeczy jakimkolwiek swoim powiązaniom ze sprawą.

Dużo bardziej zajmowała go sprawa diamentów i jej związek z kampanią wyborczą oraz ewentualną akcją KGB na terenie Polski, w ogóle kwestia nielegalnego finansowania partii z zagranicy wschodniej, a także ewentualny związek z tymi dwo­ma sprawami zabójstwa Zuzanny Grabież w Krakowie, która być może natrafiła na jakieś aktualne ślady w tej właśnie materii.

Narada trwała prawie do rana i każdy z nich wyjechał z Jadwisina z gotowym planem operacyjnym. Zabezpiecze­niem operacji wileńskiej miał się zająć pułkownik, którego się dokooptuje i to był jedyny nie do końca załatwiony punkt programu.

Walczyk dowlókł się do hotelu wyczerpany, zdrzemnął się na dwie godziny, o siódmej rano wziął prysznic, wypił podwój­ną kawę i zaraz wydał polecenie, które miał od dawna na myśli. Pod „Sezamem” ustawił dwóch wywiadowców, którzy mieli fotografować wszystko i wszystkich przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, a kiedy tylko pojawi się Rusinek, zaraz zawiadomić o tym Walczyka.

Była środa i od rana inspektor rzucił się w wir pracy rozsyłając ludzi, by węszyli po mieście, rozpytywali się wśród swoich informatorów, zachowując najdalej posuniętą ostroż­ność, o ewentualnych odbiorców złota lub diamentów. Sam zastanawiał się nad problemem, kto z dostarczonej mu przez ich człowieka w komendzie policji listy, mógłby najbardziej pasować na bossa tak kolosalnego przedsięwzięcia. Niewyklu­czone, że go na liście nie było. O dziewiątej przyszli mu do głowy fałszerze dokumentów i ten trop również polecił spraw­dzić swojemu asystentowi. Ktoś pewnie wyrabiał ostatnio fał­szywe papiery na Wschód. Sprawdził też czy nie ma jakiejś wiadomości od podkomisarza Sędzikowicza z Krakowa, ale nie było. Wyciągnął więc kartoteki osób umieszczonych na liś­cie i zapoznał się z nimi wszystkimi szczegółowo. Z akt pa­trzyły na niego dziesiątki kaprawych gąb dawnych waluciarzy, nielegalnych handlarzy, przemytników, paserów, oszus­tów, sutenerów i złodziei, którzy w ostatnich czasach wyro­śli na osoby podejrzane o prowadzenie zorganizowanej dzia­łalności przestępczej na większą skalę.

O jedenastej zawiadomiono go, że podejrzany Rusinek wszedł do biura „Sezam”. Walczyk natychmiast tam pojechał. I oto teraz śledzony przez niego morderca wychodził wreszcie z gabinetu odnowy ORNO i wsiadał do swojego samo­chodu.

Jechali ulicą Puławską. Walczyk sprytnie lawirował po trzypasmowej jezdni, nie wypuszczając spod kontroli szybko ja­dącego volvo. Nie dysponował tyloma ludźmi, by móc przydzielić Rusinkowi osobistego anioła stróża — ta część jego działań wykraczała w zasadzie poza zakres prac GA i już po­stawienie pod Sezamem dwóch ludzi mogło zostać uznane za nadużycie prerogatyw. Dyrektor UOP i szef GA Szklorz zostali poinformowani, czym Walczyk się zajmował w Krako­wie, i że główny trop wiedzie do Warszawy, ale Walczyk nie zagłębiał się w szczegóły, bowiem w raporcie, choć nie po­minął nalotu na swoje mieszkanie, musiał. zataić przebieg spotkania z Rzeźnikiem.

Walk uruchomił radio i połączył się z biurem.

—  Sprawdźcie, czym się obecnie zajmuje spółka detek­tywistyczna „Sezam”. Jakie mają otwarte zlecenia?

— Rutynowo?

— Tak, ale dyskretnie. Najlepiej niech tam idzie Jowgiłło. Jest tam gdzieś?

—  Jestem panie inspektorze — odezwał się jego asystent.

—  Ozłocę cię, jeżeli ustalisz, kto jest przydzielony do ja­kiego zadania.

—  Postaram się, ale od złota wolę butelkę dobrego ko­niaku.

—  Masz ją — stwierdził z zadowoleniem Walczyk. — Tylko ich nie spłosz.

—  Zrozumiałem. Koniec. — Radio miauknęło i wyłączył się.

Tymczasem mijali właśnie pokraczną konstrukcję zanied­banej skoczni narciarskiej na igelicie wyrosłej na tej nizinie w czasach, gdy nieomylnym przywódcom narodu wydawało się, że wszystko im się uda przenieść do stolicy łącznie z Wa­welem i Tatrami. Zbliżali się do skrzyżowania z Wilanowską i aleją Niepodległości. Walczyk zastanawiał się czy volvo skręci teraz, czy też pojedzie prosto. Na wszelki wypadek przyspieszył, żeby nie zostać za bardzo z tyłu. Każde świat­ła mogły być groźne. Z jednej strony przytrzymywały szyb­ki wóz Rusinka, z drugiej uwidaczniały ciągnącego się za nim stale o jakieś dwa, trzy samochody czerwonego polone­za. Tamten wybrał kierunek dotychczasowy, ale już kawa­łek za skrzyżowaniem niespodziewanie skręcił w prawo. „Wyścigi?” pomyślał Walczyk i uświadomił sobie od razu, że środa to dzień gonitw. Podczas gdy Rusinek podjechał pra­wie pod główną bramę, Walczyk zaparkował na samym skraju rozległego terenu i dalej poszedł piechotą.

Dobra pogoda ściągnęła sporą widownię na dzisiejsze wy­ścigi. Walczyk kupił bilet i z programem w ręku skierował się do kas, gdzie spostrzegł cierpliwie studiującego pierwszą go­nitwę byłego ubeka. Z daleka obserwował spokojne, flegmatyczne ruchy tamtego, zdecydowany chód, wyprostowaną sylwetkę. Bez trudu rozpoznawał w nim zawodowca, ale nie bardzo docierał do niego fakt, że ten człowiek ma na swym koncie tyle fachowych zabójstw. Karat. Dlaczego Karat? Do­brze opanował tę dziedzinę sztuki walki? Inspektor postano­wił (zaraz jak tylko będzie mógł) przesłać do Krakowa ryso­pis Rusinka i poprosić Sędzikowicza, żeby sprawdził wszystkie krakowskie szkoły sztuki walk Wschodu. Dobre miejsce kon­taktowe dla kogoś takiego. Mógł się tam zahaczyć jako in­struktor, a wtedy któryś z jego „uczniów” mógłby być tym drugim, małym, sprawnym o dłoniach poruszających się tak szybko jak śmigła helikoptera i nie mniej twardych niż stal.

Rusinek oderwał się od pulpitu i podszedł do kasy, wyjmując z kieszeni szarych spodni z nienagannym kantem gruby portfel wypchany pięćdziesiątkami i setkami. „Nie musi oszczędzać”, pomyślał Walk. — „Grywa regularnie czy ma takie wysokie honoraria?! Raczej to drugie”. Walk rzu­cił okiem na program, na chybił trafił wybrał dwa konie i stanął w kolejce za zabójcą. Trochę sobie wyrzucał ten szus, powinien się był trzymać bardziej z daleka. Karat kupił trzydzieści razy kolejność 5—7. Dziwne było stać za pleca­mi mordercy, mieć go na wyciągnięcie dłoni, a do tego kaj­danki w kieszeni, mieć duży stopień pewności, że to on bru­talnie skopał po brzuchu tamtą młodą kobietę, a następnie zacisnął pętlę na jej szyi, stać tuż za tym olbrzymem, wpa­trywać się w jego pulsujące pod szarą marynarką mięśnie, w gruby czerwony kark i nie móc go tknąć palcem, obcho­dzić jak zgniłe jajo, czaić się, kamuflować, podczas gdy miałoby się ochotę natychmiast własnoręcznie wymierzyć spra­wiedliwość. Ale wiedzieć, a udowodnić coś, to wielka różnica.

—  Słucham pana? — powtórzyła po raz drugi kasjerka. Koniecznie  powinien    powściągnąć nerwy.  Niecierpliwość i porywczość to dwaj najwięksi przeciwnicy każdego śled­czego. — Słucham pana?!!!

—  Pięć razy to samo co ten gość przede mną   —   rzucił w końcu.

Karat pakujący plik zakładów do kieszeni obejrzał się i obrzucił go leniwym, taksującym spojrzeniem, a potem po­częstował ironicznym uśmieszkiem znawcy, co odkrył nowi­cjusza. Odwrócił się na pięcie i pożeglował lekko kołyszącym się krokiem na trybuny. Rozległ się dzwonek. Za chwilę zamkną kasy. Walczyk złapał swoje kupony i z wolna ruszył za mordercą.

Stawro nie lubił spotkań w eksponowanych miejscach. Właśnie zaczęła się gonitwa na 2400 metrów dla trzylatków angielskiej krwi. Przyszedł tu z Danką. W końcu były to ich ostatnie trzy dni, a wszystko co miał do załatwienia to wrę­czyć Karatowi kopertę z nowymi dokumentami i biletem. Danka wyglądała prześlicznie i przez cały czas siłą się po­wstrzymywał, żeby jej nie obejmować. Rozbudzała w nim niezmiennie mrocznego samca skuczącego z pożądania. Lubił to uczucie — wzburzona krew — podobnie jak w tych krót­kich chwilach, kiedy z bakiem pełnym beznedryny albo płótnem w podwójnym dnie walizki przekraczał barierkę na cle. Nie potrafił żyć słabo. Jego natura domagała się zawsze silnych bodźców, a z biegiem czasu musiały się one stawać coraz mocniejsze, by wywołać ten sam efekt. Zupełnie jak z heroiną albo innym narkotykiem.

Bomba już poszła w górę, kiedy poczuł, że obok siada ktoś zwalisty, rzucający potężny cień. Gonitwa miała zaska­kujący przebieg. Numer trzy, Amor, piękny kasztan o łabę­dziej szyi, prowadził aż do ostatniej prostej. Wygrał w tym roku wszystkie swoje starty i był pewniakiem. Na sto me­trów przed metą wciąż był jeszcze o dwie głowy przed ści­gającą go parą czarnych jak smoła derbistów ze stadniny w Golejewku, Cezarem i Piłatem oznaczonych numerami „7″ i „5″. Mały jak pchełka dżokej Bujdens w kraciastej koszuli dwoił się i troił, ale na celowniku piątka wzięła go o łeb, a po chwili niepewności fotokomórka ustaliła, że drugi był Cezar, numer siedem. Lewatywa dał Dance drugą setkę, żeby postawi­ła na kolejną gonitwę.

Walczyk obserwował z zainteresowaniem Rusinka, który mimo że wygrał kupę forsy, wcale nie zrywał się i nie biegał do kasy tylko siedział nadal nieruchomo. Piękna dziewczyna w białej plisowanej spódniczce będąca tu najwyraźniej z sąsiadem tam­tego dostała pieniądze i ruszyła do kasy. Walczyk natężył uwagę, by nie uronić teraz najmniejszego szczegółu. Młody człowiek o jasnych włosach siedzący obok Karata dyskretnie podał mu kopertę. Rusinek schował ją do kieszeni. Nic więcej, nie wy­mienili nawet jednego zdawkowego zdania. Dopiero teraz właściciel fioletowego podkoszulka podniósł się i niespiesznie skiero­wał do wnętrza budynku. Tamten został na swoim miejscu. Ża­łował, że jest sam, że nie ma przy sobie aparatu fotograficzne­go a radio zostało w samochodzie.

— Co tu jest grane? — zastanawiał się wstając. — Czy to wszystko jakoś się w końcu splecie czy też rozstrzeli w wielu niespójnych kierunkach?

Była szansa, aby zaopiekować się obydwoma pod warunkiem, że natychmiast nie prysną. Tamten na pewno posiedzi jeszcze jedną gonitwę, a za Rusinkiem może posłać jednego z chłopców czatujących w Intraco. Zdecydował się i szybkim krokiem ru­szył do swojego samochodu. Musiał wiedzieć kim jest ten drugi.

*

Tego samego dnia w Moskwie generał Ozierow otrzymał teleks od porucznika Rudina z Kijowa, że nastąpił kontakt Grynia z Hunzą. Nakazał nie spuszczać komandosa z oka ani przez chwilę. Pudełko miało być zatrzaśnięte na amen i dokładnie niewidzialne. Gra znowu nabierała tempa i zbliżał się ostatni akord. Ozierow czuł, że przez najbliższe noce będzie niewiele spał.

Seria z lewej strony przecięła drzwi ciężarówki. Kierowca dostał! Osunął się bezwładnie na kółko z opuszczoną ku podło­dze ręką, po której w ułamkach sekund spłynęła struga krwi.  Auto zatańczyło ze świstem opon skręcając ku poboczu. Jechało z szybkością około sześćdziesięciu kilometrów na godzinę, kiedy Borys skulił się, uchylił drzwiczki i osłaniając zgiętym przedra­mieniem głowę rzucił się w ciemność. W locie usłyszał drugą serię bębniącą po blachach i brzęk tłuczonego szkła. Przetoczył się kilkanaście razy i odwrócił na wznak. Na szczęście nie trafił na żaden kamień, bo jego kości by tego nie wytrzymały. Przez uderzenie na moment stracił dech i zrobiło mu się ciemno przed oczami. Przestraszył się, że nie zdoła złapać powietrza, którego zaczynało mu panicznie brakować. Wpadł w łan żyta ciągnący się wzdłuż szosy na Homel już od jakichś pięciu kilometrów. Rzadka kołchozowa uprawa tutaj dość dobrze obrodziła, zboże było na tyle gęste i puszyste, że wystarczająco zamortyzowało upadek. Uniósł się na klęczki i dopiero wtedy nastąpił rozkurcz. Oddychał. Ciężarówka toczyła się jak pijana coraz bardziej zba­czając z trasy, podskakiwała na wybojach przechylając się w bok jak ranne zwierzę. Rozklekotana, siała reflektorami w bezkres­ne łany wciąż pędząc na oślep — podrygująca, wymarła łajba na oceanie z żółtoszarych fal. W tym momencie usłyszał, że z lewej ktoś błyskawicznie przedziera się przez niskie przydrożne krzewy porastające z rzadka przeciwległy brzeg szosy. Zaraz potem zobaczył czarny przysadzisty cień w furażerce wydoby­wający się z niebytu na asfaltową powierzchnię, monstrualnie złowieszczy na tle rozgwieżdżonego nieba. Mężczyzna zrobił kilka kroków jakby zamierzał dopędzić umykającą ciężarówkę, która otarła się o betonowy słup na poboczu i jak kula bilardo­wa pchnięta tym słabym impulsem w kierunku środka jezdni toczyła się dalej z martwym kierowcą w kabinie. Bieg napastni­ka był ciężki, jako że dźwigał krótką rurę o kilkunastocenty­metrowej średnicy, którą Gryń rozpoznał od razu. Mężczyzna przyklęknął, wycelował i pociągnął za spust. Pocisk rakietowy runął za uciekinierką z nieprzyjemnym świstem.

Huk detonacji i błysk musiały być zauważalne w promieniu wielu kilometrów. Z ciężarówki buchnęły płomienie — pod postacią chmury czarnego dymu z płonących olejów i gumy uleciała z niej resztka życia — stała się tylko kupą nierucho­mego, bezwartościowego złomu.

Z daleka, widoczny jako dwa białe punkciki nadjeżdżał ja­kiś samochód. Mężczyzna zauważył go i skręcił z szosy ponownie w krzaki. Zapadła wiercąca w uszach cisza przerywana tyl­ko skwierczeniem dopalającego się wraka.

Po chwili blisko płonącej ciężarówki zatrzymała się czarna wołga i wyskoczyło z niej dwóch mężczyzn. Osłaniając się od ognia marynarkami i kapeluszami próbowali zajrzeć do kabiny.

—  Zabili go? — krzyknął jeden.

—  Cholera wie! Tam chyba jest ciało?!

—  Coś tam jest. Ciało? Ciało. Chyba dwa.

—  Jesteś pewien Rudin?!

—  Nie wiem. Tak.

Mężczyźni cofnęli się i zamarli jakby ich zahipnotyzowało to wielkie ognisko a skonstatowany przed chwilą fakt pozbawił sił. To był dobry moment. Borys Gryń, albo jak wolał Dżiryt, zrozumiał, że jeśli ma jakąkolwiek szansę uciec, to właśnie te­raz. Człowiek, który strzelał, jest odgrodzony od niego przez tych, którzy stoją na szosie. Ci, którzy stoją, nie mają zamiaru go zabijać, są zmartwieni. Widział ich ostre profile pogłębione kontrastem ognia i nocy. Ten, który z opuszczonymi ramionami niedowierzająco kręcił głową był chyba bliski płaczu — jakby mu umarła ukochana, a nie spaliła się jakaś obca, bezosobowa ciężarówka. Miał charakterystycznie cofnięty podbródek, czar­ne, krótkie włosy i ormiański nos z garbkiem.

Borys poderwał się znienacka i ruszył kłusem w pole. Po­suwając się szerokimi zakosami szybko oddalił się od szosy. Wiedział, że go zauważyli, że wpatrują się teraz w ciemność nasłuchując, że jego umykająca sylwetka jest zapewne widzial­na dzięki blaskowi bijącemu od wraka. Jednak za chwilę i tak spostrzegliby swój błąd i zaczęli szukać drugiego ciała, a wtedy byłoby za późno. Rozległ się znowu grzechot karabinu maszy­nowego i niemal równocześnie kule zaświstały obok Dżiryta znacząc ciemność świetlistymi smugami żaru; jakby ktoś z pręd­kością dźwięku wyrzucał niedopałki papierosów w żyto, jeden po drugim. Obejrzał się w chwili kiedy tamci dwaj z szosy sku­leni padali w rów. Pomyślał, że nie żyją, ale nie do nich strze­lano tylko do niego. Był widać ważniejszy. Zaraz zresztą rozle­gły się pojedyncze wystrzały pistoletowe. Gryń pędził jak osza­lały, byle dalej od tego miejsca. Na szosie tymczasem rozgorzała regularna bitwa. Kanonada niosła się po pustych, ciemnych po­lach kołchozu. W promieniu piętnastu kilometrów nie było żad­nej zagrody. Jeszcze dalej na południowy wschód ciągnęła się zaś zupełnie nie zamieszkana, całkiem martwa strefa: zona Czarnobyla — Kanał Ukrainy i Białorusi wypalony udarem atomo­wym przez lekkomyślnych władców tej ziemi, bezdusznych biu­rokratów z Kijowa i Kremla, co nie kiwnęli palcem by zapobiec budowie tej bomby jądrowej zwanej atomową elektrownią, i potem nie kiwnęli palcem by uchronić ludzi przed skutkami wybuchu. Ich oportunizm i służalstwo kosztowały dziesiątki za­bitych i setki prawie zabitych choć wciąż jeszcze żywych. Zie­mia leżała martwa, tylko oni ciągle nie byli martwi. Gdzieś tam, daleko, w Moskwie, w Nowosybirsku czy Semipałatyńsku, albo diabli wiedzą gdzie jeszcze, cieszyli się dobrym zdrowiem i try­skali jeszcze lepszym samopoczuciem niż dawniej. I szykowali nowe plagi tej martwej ziemi!

Borys Gryń ściskając w kieszeni mikrofilm pędził, aż cał­kiem stracił siły. Nie wiedział ile kilometrów biegł. Aż całkiem nie ucichły odgłosy kanonady. Chcieli go zabić. To nie ulegało wątpliwości. Nie udało się.

— Szcze nie wmierła Ukraina… — wyszeptał i padł twarzą w zboże. Nie umarł, żył dalej i zbierał siły do dalszego biegu.

*

Niedziela zaobfitowała niesłychaną kondensacją wydarzeń. Dla Walczyka miał to być jeszcze jeden zwykły dzień pracy. Grupa antykryzysowa nie miała niedziel. W laboratorium wywoływa­no kolejne filmy z obserwacji „Sezamu” i inspektor już od siódmej rano, jak codziennie, szturmował ich telefonami. Rusinek pracował oficjalnie dla spółki kantorowo-handlowej „Denar” w charakterze eskorty. Człowiek, który dał mu ko­pertę, został sfotografowany jeszcze tego samego wieczora, we środę, gdy żegnał się ze swoją flamą na Marszałkowskiej. Sam udał się wtedy na Belgijską, gdzie najwyraźniej mieszkał. Walczyk obserwował mieszkanie do północy, aż wreszcie zgasło świa­tło. W spisie lokatorów znalazł nazwisko Niedzielski. Na noc zostawił pod domem wywiadowcę. W kartotekach nie było żadnego Niedzielskiego zameldowanego na Belgijskiej. Walk kazał się budzić w każdej chwili, gdyby obserwowany wykonał jakiś podejrzany ruch. Rusinek obstawiony już teraz przez trójkę wywiadowców udał się na Mariensztat, pod numer czwarty, do swego mieszkania i nie opuszczał go więcej tego dnia. Granatowe volvo stało przed domem.

Noc przebiegała spokojnie, podobnie jak czwartek i piątek a także sobota, które nie przyniosły nic nowego, niestety także w głównej, diamentowej części śledztwa o wiele ważniejszej z punktu widzenia GA.

Kiedy Walczyk brał prysznic, zadzwonił telefon. Oficer dyżur­ny przekazał mu wiadomość od Jowgiłły, że Niedzielski jest in­żynierem budowlanym przebywającym od trzech lat na kontrakcie w Algierii. W jego mieszkaniu nikt nie został zameldo­wany. Walczyk pomyślał, że mieszkanie zostało wynajęte obecne­mu lokatorowi z pominięciem oficjalnej drogi przez spółdzielnię dla uniknięcia korowodów i podatków, co było nagminną prak­tyką w całym kraju. Spisali umowę, forsa z rączki do rączki i po wszystkim. Walczyk był pewien, że mężczyzna z Belgijskiej jest ważnym ogniwem w sprawie. Coś kombinował z Rusinkiem. Co robił? Gdzie pracował? Co znajdowało się w kopercie? Jeżeli był zawodowcem jak tamten, to brak zameldowania byłby dla niego nie wygodny. Kim był? Na pewno nie aktualnym pracow­nikiem jakiegokolwiek pionu UOP ani policji. Mógł jednak być wywiadowcą SB, którego akta zniknęły. To było prawdopodob­ne. Spotkanie na Służewcu miało typowy dla utajnionych kon­taktów przebieg. Żaden z nich nie musiał nic mówić. Wpierw dyskretne oddalenie dziewczyny, potem koperta i wszystko by­ło jasne… Dziewczyna? Coś sobie uświadomił, drobne przeocze­nie, jej mieszkanie na Marszałkowskiej.

—  Sprawdźcie do kogo należy lokal jego dziewczyny. Masz dokładny adres?

—  Tak jest. – Walczyk odłożył słuchawkę i intensywnie rozwa­żając różne warianty wrócił pod prysznic.

W godzinę później, po skromnym śniadaniu w restauracji „Metropolu” — hotelu przylepionego do „Polonii” trochę no­wszą fasadą wychodzącą nie na Jerozolimskie, ale na Marszał­kowską i połączonego z jego hotelem wewnętrznymi przejścia­mi, Walk wsiadł w samochód i pojechał na Rakowiecką.

Na pliku zdjęć z trzech poprzednich dni wręczonych mu przez analityka zakreślono jedną twarz.

Wspólny analityk wydziału kryminalnego Komen­dy Głównej Policji i UOP pracował tutaj od po­nad trzydziestu lat. Ten siwiuteńki staruszek był ży­wą encyklopedią przestępców. Wystarczyło dać nawet nie­wyraźne zdjęcie zrobione z ukrytej kamery nocą i często już na tej podstawie identyfikował bandytę. Na szczęście nikomu nie przyszło do głowy wyrzucać go stąd w ramach nowych porząd­ków i pracował dalej choć miał prawo już dawno odejść na eme­ryturę. Otrzymał zdjęcie od fotografa czterdzieści minut wcze­śniej a teraz trzymał już w ręku kartotekę. Osobą odwiedzają­cą „Sezam” wczoraj o godzinie 9.35 był niejaki Mikołaj Pałka.

—  Kierowca Barabasza z Pruszkowa — powiedział.

—  Barabasza?

—  Piotr Drygała, numer cztery na pańskiej liście. Po znik­nięciu Jeziornego wyrasta na istnego rekina.

—  Jeziornego?

—  Gdzie pan żyje?! — staruszek  pokiwał z politowaniem głową. — Tego od kantorów co wyparował z kilkoma milionami dolarów w RFN. Rok temu podejrzewano, że jest zamieszany w przemyt brylantów z Rosji. Miał je niby przerzucać na Zachód, takie pośrednictwo, żadnych dowodów. W śledztwo wmieszał się kontrwywiad i wtedy delikwent zniknął. Chyba zwiał. Sprawę prowadził pułkownik Kotlar.

—  Kotlar? — zdziwił się Walk. — Dziękuję panu.

Chyba szukał czegoś innego a znalazł co innego! Czyżby trybiki zaczęły się zazębiać? Co miał wspólnego „Sezam” z Dryga­łą, Drygała z Jeziornym, brylanty z diamentami, Rusinek z nieznajomym z Belgijskiej, a krakowska dziennikarka z tym wszystkim? W takie zbiegi okoliczności Walczyk nie wierzył od dzieciństwa. Popędził do biura, gdzie czekał już na niego przy­dzielony mu aspirant Jowgiłło, kompletny żółtodziób wprost ze szkółki, energiczny chłopak z Sejn, po ojcu pół-Litwin o rudych jak płomień włosach, pasujących bardziej do Irlandczyka. Nie był doświadczony, ale energiczny i chętny, wystarczająco inteli­gentny, żeby się nim czasami wyręczyć. Zdążył już przeprowa­dzić wywiad środowiskowy na Marszałkowskiej, to znaczy pogadać z dozorcą wieżowca. Co prawda nikt się tu nikim nie in­teresował, a dozorca nie interesował się nawet kawałkiem chodnika jaki miał do posprzątania, ale właściciela mieszkania numer 265 pamiętał akurat doskonale. Rysopis się zgadzał. Fa­cet miał bielusieńką jak śnieg corollę, dbał o nią i pozwalał do­zorcy regularnie myć za parę groszy, w sam raz na butelkę najtańszej wódki, bez której cieć nie umiał żyć. Trwało to dokład­nie od czasu kiedy „pan Roman” kupił tu sobie mieszkanie.

—  Więc jak się w końcu ten facet nazywa?! — nie wytrzymał Walczyk.

—  Roman Stawro. Nie notowany — zakończył przydługą re­lację Jowgiłło.

—  Wywiadowca ze starego portfela?

— Raczej nie. Jeżeli, to do tego stopnia tajny, że wszystko po nim zaginęło, nawet pamięć ludzka.

—  Sprawdzałeś? Dokładnie?… Z kim mówiłeś?!

Ojej, panie inspektorze — zniecierpliwił się aspirant. — Z Mrówczykiem.

—  No tak. Jak on nie słyszał to nikt nie wie. Masz jego da­ne? Obrażony Jowgiłło podał mu kartkę, wyciąg z ksiąg mel­dunkowych. Ostatnio wielu ludzi miało Walczyka dość.

—  Dwa mieszkania — myślał Walczyk. — W jednym miesz­ka z dziewczyną. Drugie wynajął, żeby być sam, gdy to ko­nieczne. Od trzech dni tam właśnie sypiał. Przygotowanie do akcji?… Lat 32, rozwiedziony, jednego  dziecko, chłopiec lat sześć, Maciej…

Inspektor nie tracił czasu na zbędne rozważania. Zajął się raportami innych wywiadowców. Niestety, cała reszta pionu jakby dreptała w miejscu przed niewidzialnym murem. Żadnych wiadomości na temat paszportów, zaproszeń, wiz, szmuglu złota, kamieni szlachetnych czy broni. Kompletnie nic. Porozumiał się z inspektorem Klempiczem. Stamtąd także nie napłynęły żadne nowe fakty mogące ujawnić powiązania byłych ofi­cerów z jego częścią śledztwa. Obserwacja prowadzona przez ekipę Klempicza może potrwać miesiąc i więcej i przyniesie coś albo nic. Przedwczoraj odbił notatki Grabież na ksero i dał specjalistom od szyfrów, żeby spróbowali zmontować jakiś program i złamać tekst.

Tych też poganiał, ślęczeli prawie nie wychodząc do domu i mieli inspektora powyżej uszu. Ludzie usuwali mu się z drogi. Nerwy miał napięte jak postronki i łatwo wybuchał. Dosłownie warczał, kiedy ktoś z czymś nie zdążył na czas, albo wchodził mu w paradę. Dzisiejsza informacja analityka o kierowcy Dry­gały i o samym Drygale-Barabaszu była najcenniejszą zdobyczą całego zespołu. Chyba dlatego Walczyk uczepił się jej jak rzep. Wpił się wszystkimi pazurami w ten strzępek podejrzeń, jak po­rzucony kochanek wpija się w strzęp ciśniętego na odczepne współczucia. Ślad, którego być może nie ma. Jowgiłło wyszedł. Walk pomyślał, że to dziwne — Rusinek zatrudniony jako eskorta niczego jakoś ostatnio nie eskortował.

Przez cały czas Walczyk intensywnie spodziewał się także ko­lejnego zamachu na swoją osobę. Ciągle zwlekał z przeniesie­niem się z hotelu, choć proponowano mu przeprowadzkę do jed­nego z mieszkań operacyjnych. Tamci na pewno orientowali się, gdzie go szukać. A jednak ucichli. Dlaczego?! — pytał sam sie­bie i nie znajdował zadowalającej odpowiedzi. Przez chwilę, gdy myślał o Krakowie mignęła mu szczupła, dziewczęca sylwetka, łabędzia szyja i diabełkowate spojrzenie, ale zaraz to wszystko zgasło jak płomień zdmuchniętej świecy.

Drzwi się otwarły i Jowgiłło wetknął w szparę wyciągniętą rękę z szarą kopertą dużego formatu i zaraz potem głowę zwieńczoną płomienistą czupryną.

— Poczta dla pana! — rzucił. Walk wstał niechętnie. Ode­brał plik. Jowgiłło znowu zniknął, zostawiając go samego. Prze­syłka z UOP w Krakowie. Rozdarł papier. W środku inna, mniejsza koperta z żółtego kartonu, z licznymi znaczkami. Ze Stanów Zjednoczonych? Tak! Wziął z biurka nóż do papieru i rozciął ją ostrożnie. Na blat wypadł list i kilka kartek spiętych grubszym spinaczem. List był od Krzysztofa Lacha. Walczyk uważ­nie przeczytał list po czym w podnieceniu zaczął przeglądać do­łączone kartki. Były zapisane gęsto, drobnym dobrze mu znanym charakterem kobiecego pisma. To było pismo Zuzanny Grabież! Wczytał się w drobny maczek zachłannie, jakby chciał go pożreć… A więc przyszedł ten list zza grobu. Zemsta dziennikarki!

Po dwóch godzinach Jowgiłło zastał go dokładnie w tej sa­mej pozycji, pochylonego nad kluczem do notatnika. Widząc gorączkowo wertującego stronice Walczyka asystent zatrzymał się niezdecydowany w progu.

—  Panie inspektorze? — zapytał nieśmiało.  — Coś nie w porządku? – Walczyk uniósł głowę i popatrzył na niego nieprzytom­nym wzrokiem.

—  Od dziesięciu minut usiłują się z panem połączyć. Nie od­biera pan telefonów?

—  Co? — Walczyk ocknął się i dopiero teraz dostrzegł pulsu­jące czerwone światełko w aparacie.

Na linii były obie ekipy obserwacyjne. Rusinek  opuścił mieszkanie przy Mariensztacie. Stawro w tym samym czasie wsiadł w corollę i kręcił się po mieście. Zachowywał się dziw­nie, jakby sprawdzał czy kogoś za sobą nie ciągnie. „Zorientowali się?!” — przestraszył się Walczyk.

—  Kieruje się teraz na most Poniatowskiego. Odbiór!   — zaskrzeczał wywiadowca w interkomie.

—  Odebrałem. Jadę za wami! — rzucił inspektor. — Bądź w stałym kontakcie! Nie zgub go! — Popędził do samochodu skacząc po dwa stopnie.

—  Zjeżdża ślimakiem na Wioślarską. — Usłyszał w osobi­stym radiotelefonie, kiedy sięgał już do klamki poloneza. Wsiadł, przekręcił kluczyk w stacyjce i przełączył na wewnętrzne radio.

—  Tu 017 — odezwał się drugi wywiadowca. — Obiekt za­trzymał się pod halą Mirowską. Wysiada. Jesteśmy na parkin­gu. Szeląg pójdzie za nim.

—  Ostrożnie. To spec wysokiej klasy. Sprawdza nas. Za mało ludzi! — zaklął w duchu. — We trzech nie zrobią porząd­nego pudła. Zauważy ich, albo im zniknie. To nie był przypa­dek, że po trzech dniach „usypiania” jak na komendę, o jednej godzinie tamci ruszyli z kopyta.

Na placu Unii Lubelskiej skręcił w aleję Pierwszej Armii Wojska Polskiego. Taki kierunek dawał mu spore pole manewru. Jeżeli Stawro pojedzie na południe, inspektor skręci w Tra­sę Łazienkowską i przetnie mu drogę Agrykolą, albo złapie ja­dąc Alejami Ujazdowskimi i potem w Gagarina. Jeżeli ucieka­jący ruszy na północ, albo do Śródmieścia, wtedy Walczyk będzie miał szansę szybko znaleźć się na Jerozolimskich pod Domem Partii, albo dalej dopadnie go na Świętokrzyskiej.

—  Skurczybyk! — odezwał się głos z radia. — Zawraca. Ściął trawnik. Musimy zrobić   koło do najbliższej przełączki albo się ujawnić.

— Rób koło! — rzucił Walczyk poirytowany. „Co im przychodzi do tych zakutych łbów: Ujawnić się!

—  Wraca w stronę mostu. Może Wybrzeże Kościuszkow­skie?

Mimo niedzieli i dosyć wczesnej godziny ruch panował na ulicach duży. Była fantastyczna pogoda i wydawało się, że każ­dy mieszkaniec stolicy przyjął sobie za punkt honoru ten pier­wszy październikowy weekend spędzić na przejażdżce, choćby do Łazienek. Walczyk od razu zrozumiał, że pościg nie da rezulta­tu, jeśli nie zastosuje specjalnych metod. Wystawił koguta na dach. Migocąc na niebiesko i pracując zawzięcie klaksonem przebił się przez plac Na Rozdrożu nie zważając na światła na skrzyżowaniu. Rzucał się co prawda w oczy, ale do Stawry by­ło jeszcze daleko, jak się zbliży zlikwiduje koguta, a póki co to jedyna szansa szybszego poruszania się przez ten galimatias. Manewrował między czerwonymi autobusami komunikacji miejskiej i prywatnymi samochodami z wprawą rajdowca. Nie schodził poniżej osiemdziesiątki.

—  Wybrzeże Kościuszkowskie — zameldował 027. — Zbli­żamy się do mostu. A więc tamten nie skręcił na lewy brzeg Wisły. Minął Piękną, dojeżdża do placu Trzech Krzyży. Już wiedział co robić. Byle tylko nie przegapić tamtego w potoku innych samochodów. Przy „białym domu” zdjął koguta i niczym nie wyróżniając się spośród innych   samochodów   wjechał na rondo. Potem skręcił w Nowy Świat.

—  Tu 017. Obserwowany opuścił  halę Mirowską i idzie piechotą wzdłuż Marchlewskiego. Ma ze sobą dużą torbę po­dróżną.

—  Skąd ją wziął?

—  Na chwilę się zgubił przy stoiskach na górze. Potem już ją miał. Nie mogłem podchodzić za blisko. Prawdopodobnie wziął ze stoiska z częściami samochodowymi. Musi tam mieć kontakt.

Zamknięcie ruchu w Nowym Świecie spowodowało, że jeździły tu tylko autobusy komunikacji miejskiej i taksówki oraz nieliczne samochody osobowe czy dostawcze. Walczyk docisnął ga­zu. Oczywiście napatoczył się zaraz palant z drogówki przy­czajony za furgonetką z ciastkami przy Bliklem. Inspektor nie zamierzał się zatrzymać. Docisnął pedał jeszcze mocniej, nie tracąc czasu na zbędne gadki. Na wszelki wypadek zawiadomił centralę, żeby drogówka dała sobie spokój i nie urządzała przy­padkiem pościgu z dzikim wyciem i strzelaniną.

—  Jedzie Tamką w górę — meldował 027 — Teraz zwolnił. Walczyk pomyślał, że już im się nie wymknie. Zwolnił, bo się uspokoił. Wydarzenia przybrały jednak zaskakujący obrót.

Walczyk skręcił w Świętokrzyską i zaparkował z boku wypatrując corolli. Zamiast tego doczekał się tylko poloneza 027. Corolla wyparowała. Walczyk wściekły wyskoczył z samochodu.

—  Gdzie go macie?!

—  Tu go nie było?

—  Cholera! Jak mógł wsiąknąć? Przywarował. Sprawdzę wszystkie przecznice na lewo, do Foksal, a wy jedźcie do wylotu Oboźnej na Krakowskie Przedmieście. Musi tu być!

Ordynacka, Gałczyńskiego, Okólnik to kilka małych uliczek o niskiej zabudowie zwartej, trzy-, czteropiętrowe kamienice. Nie zajęło mu wiele czasu sprawdzenie ich. Drugi wóz posuwał się w dół Oboźną. W sumie mieli do przeczesania niewielki fragment terenu i zdawało się niemożliwe, żeby corolla wy­mknęła się nie zauważona. A jednak tak właśnie się stało. Ślad się urwał. Corolla zniknęła. Po krótkim wahaniu kazał ekipie z 027 przetrząsać podwórka, a sam ruszył za drugim podejrza­nym. Rusinek stał się ostatnią nitką i głupio byłoby wypuścić go z rąk. Połączył się z 017.

—  Co u ciebie 017?

—  Zbliżamy się do Dworca  Centralnego.  Mamy go cały czas w zasięgu. Nie spieszy się.

—  Zaraz dołączę do was — rzucił Walczyk i ponownie ruszył swoim „polonezem” na Aleje Jerozolimskie. Po chwili minął brą­zową sylwetkę hotelu „Forum”. W oddali zamajaczył białoseledynowy wieżowiec Lotu i przysadzista bryła dworca.

*

W tym samym czasie JG 235, który zrezygnował z lotu Szeremietiewo—Chicago via Waszyngton, znalazł się na Okę­ciu zakończywszy zupełnie inny lot. W zatłoczonym hallu międzynarodowych przylotów czekała na niego grupka osób, któ­rych osobiście jeszcze nie poznał, ale o których wiedział, że stanowią trzon komitetu organizacyjnego przyszłego sztabu kandydata Jana Kowalskiego. Był zadowolony z siebie i na jego chłopięcej twarzy malował się szeroki uśmiech, kiedy ści­skał ręce tych kilku ubranych elegancko mężczyzn, z którymi wkrótce przyjdzie mu dłużej współpracować. Jego chicagow­ska firma Star Elektronics podpisała właśnie w Moskwie wspa­niały kontrakt na dostarczenie dużej ilości mikroprocesorów i podzespołów do automatycznych central telefonicznych, co było jej specjalizacją na rynku amerykańskim. Kontrakt opie­wał na milion dolarów. Milion dodatkowych dolarów, którymi Kowalski mógł teraz dowolnie operować. Nie dysponował wol­ną sumą tej wielkości, jako że jego firma borykała się ostat­nio z kłopotami. Postanowił wykorzystać uzyskaną kwotę nie gdzie indziej tylko w Polsce. Nie zamierzał jednak inwestować w żadne interesy, fabryki czy spółki, chciał zainwestować w sie­bie, we własną kampanię wyborczą. Czas robił się niezwykle gorący, choć lato już zelżało i temperatura powietrza spadła bezpowrotnie. W Warszawie zanosiło się na deszcz i jak zwykle wiało, podczas gdy napięcie rosło z godziny na godzinę, z każ­dym zgłoszonym oficjalnie kandydatem, których już było kilku.

Niewielu z nich miało szansę zdobyć w przyszłości wyma­gane minimum podpisów, by zostać zarejestrowanym przez Pań­stwową Komisję Wyborczą. Premier przebywał właśnie z wizytą w USA, gdzie toczył rozmowy z prezydentem Bushem i Jamesem Bakerem. W Czecho-Słowacji, poseł Śladek puścił farbę na temat kulis Aksamitnej Rewolucji i powiązań mię­dzy Kartą 77 a KPCz i KGB. Sołżenicyn ogłosił swój memoriał „O przyszłości Rosji”. Na Ukrainie odbyły się strajki ostrze­gawcze dla poparcia dążeń niepodległościowych i zażądano ustą­pienia ze stanowiska przewodniczącego Rady Najwyższej Repu­bliki, komunisty Leonida Krawczuka. Z Ministerstwa Obrony Narodowej pozbywano się dopiero teraz wiceministrów będą­cych członkami WRON-u, wywiad wojskowy (WSI) pozostawał wciąż nietknięty. Krakowscy policjanci wyjechali w ramach pierw­szego porozumienia na przeszkolenie na Florydę. W Moskwie generał KGB Kaługin podał do sądu przewodniczącego Kole­gium Kriuczkowa za niesłuszne, jego zdaniem, odebranie mu emerytury, a gazety drukowały rewelacje rezydenta wywiadu w Anglii o pracy szpiega i wynurzenia jednego z pułkowni­ków, który twierdził, że KGB jest jedyną realną siłą reforma­torską w ZSRR i jedynym oparciem dla prezydenta Gorbaczowa. Litewski Sąjudis oświadczył, że z największą pomocą w cza­sie sowieckiej blokady gospodarczej pospieszyła Ukraina i Bia­łoruś w związku z czym, kto wie, czy idea Wielkiego Księstwa jest już pogrzebana całkowicie i czy jeszcze nie powróci.

W Polsce trudno było prorokować, któremu z kandydatów się powiedzie. Niektóre krzykliwe, choć małe partyjki, zdawa­ły się być pewne swojego sukcesu. Niektóre wielkie i poważne partie o bardzo starym opozycyjnym rodowodzie miały wątpli­wości. Swych kandydatów wystawiły SdRP, spadkobierczyni PZPR, i jej najzagorzalszy wróg od lat piętnastu KPN, Unia Polityki Realnej prowadzona przez żwawego ultraliberała, Chrześcijańsko-Demokratyczne Stronnictwo Pracy, zatomizo­wana Partia Zielonych, na wpół legalna Solidarność Walczą­ca, a nawet związek zawodowy rolników i Liga Kobiet Pol­skich. Lada chwila mieli się sypnąć jak z korca inni kandy­daci, niektórzy bardzo niezależni, a wśród nich Jan Kowalski z Ekwadoru, biznesmen międzynarodowego pokroju — jak go reklamowano, właściciel posiadłości w Meksyku, domów w Quito i na Hawajach, wynajmujący apartament w jednym z naj­droższych wieżowców mieszkalnych Chicago, by z bliska kie­rować swą renomowaną firmą Star Elektronics zaopatrującą całe Stany Z jednoczone i ćwierć świata cywilizowanego w au­tomatyczne centrale telefoniczne. Jego nazwisko nie zagościło nawet na stronicach dużych dzienników, przepłynęło przez trzecie stronice co poniektórych mniej ważnych pism i ślad po nim zaginął. Dziennikarze nie zwrócili uwagi na kogoś tak mało znaczącego, kto wydawał się nie mieć żadnych szans w konfrontacji z dwoma głównymi potentatami: Premierem i Przewodniczącym. Ci dwaj występowali zaś wobec siebie już otwarcie wrogo. Ostateczne spotkanie gigantów w jednym z podwarszawskich klasztorów ojców Bernardynów zakończyło się fiaskiem. Argumenty Premiera o konieczności zapobieżenia podziałowi sił, by nie utracić poparcia społecznego, nie skutko­wały. Tak samo zresztą jak argumenty Przewodniczącego o ko­nieczności przyspieszenia podziału, po to, by nie utracić popar­cia społecznego. W tej sytuacji trudno było sobie wyobrazić jakiekolwiek zbliżenie stanowisk i obaj politycy rozstali się rozczarowani, a nawet zagniewani uporem drugiej strony.

Jan Kowalski nie orientował się w tym wszystkim. W czar­nej walizce, dosyć obszernej dyplomatce z szyfrowym zamkiem, z którą się nie rozstawał, dźwigał maszynopis swojej dysertacji społeczno-politycznej „Lwy pustyni”. W książce wykładał nie tylko swoje poglądy ekonomiczne, ale całą mistyczno-magiczną wizję rzeczywistości. Dziś miał rozmawiać z wydawcą, nowo powstałą spółką R & R wsławioną półmilionowym nakładem wywiadu-rzeki z jednym z czołowych reżyserów niefortunne­go Wielkiego Skoku polskiej gospodarki sprzed dwudziestu lat, który przy okazji tegoż skoku zwichnął sobie nie tylko nogę w kostce, ale i ideowy kręgosłup. Jutro miał się z autorem Wiel­kiego Skoku spotkać osobiście (jak także z jego nieodłącznym pierwszym asystentem z tamtych lat), w trakcie przyjęcia zorganizowanego specjalnie na cześć Jana Kowalskiego w war­szawskim hotelu „Holiday Inn”. W ogóle w ciągu nadchodzą­cych trzech dni miał się spotkać z setką różnych osób, w któ­rych personaliach i rodowodach gubił się i plątał, a którzy przygotowywali pracowicie grunt i organizowali właśnie jego sukces. Wielu z nich wywodziło się wprost z rozwiązanej dopiero co „przewodniej siły narodu”, a kilkunastu z jej „karzą­cego ramienia”, czyli milicji ludowej i służby bezpieczeństwa. Była tam też grupa wojskowych w mundurach i grupa wojskowych o których nikt nie wiedział nawet, że są wojskowymi. To nie przeszkadzało Kowalskiemu. Jak powiedział pułkownik Gordijewski podczas rozmowy w podmoskiewskiej daczy z ge­nerałem Ozierowem: „Obcokrajowiec nie musi wiedzieć, skąd kto się wywodzi i kim kiedyś był”. Ważne, kim jest teraz i że chce pomóc ratować kraj. A wszak nikt lepiej Polski nie ura­tuje jak Jan Kowalski, który posiada spójną ideę opartą na własnej podstawie filozoficznej i wizję przyszłości tak prostą, logiczną oraz odważną, że aż wprost niewiarygodną. Wielu ekonomistów będzie się musiało klepnąć w pustą, łysą kala­repę i zakrzyknąć: Że też ja na to nie wpadłem, to takie oczywiste!

JG 235 wcale nie był pewny, że jego koncepcje ekonomicz­ne przyniosą jakikolwiek efekt, zwłaszcza iż zarówno książkę „Lwy pustyni” jak i koncepcje odebrał dopiero co w Moskwie, ale miał pewność, że na początek musi przekonać do nich masy obiecując jak najwięcej się da. Tak się zawsze robiło. A potem? Potem najwyżej się zweryfikuje to i tamto. Nikt, nigdy i nigdzie nie realizował wszystkich swoich wyborczych obietnic. Zresztą gdyby doszło do sytuacji, że stanąłby przed takim problemem, będzie dyspo­nował sztabem fachowców. Było ich tu pełno wokół niego, bę­dzie ich więcej jutro w „Holiday Inn”, a pojutrze, kto wie, mo­że nawet łaskawie zezwoli na udział w przedsięwzięciu obec­nemu ministrowi finansów oferując mu doradztwo. Zresztą doradców na całym świecie nie brakuje. Każdy chciałby błysnąć. Na przykład taki Sachs — dużo gada, a do czego doprowadził ten biedny kraj po półtora roku wcielania w życie swoich mrzo­nek. I jeszcze biją mu brawo! Omamił ludzi, Fundusz Waluto­wy i całe to, pożal się Boże, EWG.

—  Prosimy,  prosimy.  Samochody już czekają!  —  Jedni przez drugich wyciągali do niego ręce, a on uśmiechał się i kłaniał. Jak nieśmiały chłopiec, o ujmującej powierzchowno­ści, lecz jednocześnie żelaznym nieruchomym spojrzeniu nie pozwalającym wątpić w jego siłę. Owo spojrzenie kobry było dla niego samego czymś zaskakująco nowym. Przedtem nie był taki. Byle słowo Iris — jego żony, potrafiło tak go zaboleć i po­niżyć, że miał ochotę ją udusić. Odkąd zrozumiał, że jest nazna­czony, odkąd się poczuł natchniony, przestał zwracać uwagę na takie drobiazgi jak czyjeś złośliwości czy poniżające gesty. Podniósł dłoń do góry i zaległa cisza.

—  Chcę powiedzieć — rzekł z niemałą trudnością w daw­no nie używanym ojczystym języku — że jestem bardzo szczę­śliwy móc się przydać mojemu staremu krajowi.

To krótkie oświadczenie zostało przyjęte przy wtórze dy­skretnych oklasków, po czym Jan Kowalski i jego świta zapa­kowali się do pięciu mercedesów czekających u progu dworca lotniczego i wyruszyli do Różanu, w którego okolicy dwa miesiące temu Kowalski kupił jeszcze jeden dom, chcąc wyglądać na naprawdę solidnego obywatela o ugruntowanych rodzimych korzeniach. Tam, pod Różanem mieściła się teraz centrala ca­łej akcji wyborczej, jak głosiła reklamówka: „Jedynego naprawdę niezależnego kandydata na prezydenta Rzeczypospoli­tej”, przeniesiona z Tucholskich Borów. Zespół trzech byłych wysokich oficerów i czterej programiści tego przedsięwzięcia zwanego przez niektórych „Preludium” przebywał jednak gdzie indziej. Dalej na północ, w zapadłej wiosce Mikaszówka zagrzebanej nad małym jeziorem na Pojezierzu Suwalskim w jedynym skrawku odwiecznej, dziewiczej puszczy litewskiej (tak kiedyś opiewanej przez Mickiewicza), jaki pozostał przy Rzeczpospolitej po Drugiej Wojnie Światowej. Linia Curzona jednym pociągnięciem pióra trzymanego w obcych rękach wy­znaczyła los Polaków po tamtej stronie granicy skazując ich na banicję z własnej ojczyzny raz na zawsze.

Cóż, jeśli nie jesteś wilkiem, to musisz przyjąć rolę owcy. Ról neutralnych w Naturze nie ma. Inaczej sądzą tylko ideali­ści, ale idealizm paradoksalnie zawsze doprowadzał do paskudniejszych rzezi i nietolerancji niż trzeźwy, nawet prostacki re­alizm. Czyż Hitler nie wymarzył sobie idealnie czystej rasy, a Stalin idealnego ustroju powszechnej równości? Czyż dzisiaj w imię najwyższych, religijnych ideałów nie toczono świętej wojny przeciw innowiercom i nie mordowano tylko dlatego, że ktoś się nie urodził szyitą, albo nie uznawał Koranu za Je­dyne Źródło Światła? Czy dzisiaj krytyka papieża w Polsce nie skończyłaby się dla pisarza tym czym Szatańskie wersety dla Salmana Rushdiego? A może wystarczyłoby zaatakować prymasa albo spróbować odebrać zagrabioną przez stalinowców cerkiew przerobioną na katolicki kościół, by zostać ukamieno­wanym?! Idealizm. To wszystko brało się zawsze ze wzniosłe­go, fanatycznego idealizmu. Nie jesteś wilkiem, stajesz się owcą.

Jan Kowalski na pewno nie zamierzał być owcą w tej kam­panii, choć politycy polscy i cała prasa z góry przeznaczyli mu taką rolę. Nie jesteś owcą — musisz być wilkiem.

*

Oczekiwanie przedłużało się w nieskończoność. Rusinek-Karat już dwie godziny kręcił się bezsensownie po dworcu łażąc z poziomu na poziom, zaglądając do kawiarni w pasażu, do księgarni, na postój taksówek, do bagażowni, to znów stojąc bezmyślnie w hallu kasowym, gdzie odbiorniki telewizyjne są­czyły beznamiętnie serial Santa Barbara, zdający się przema­wiać dramatyczną akcją do wyobraźni tego rzezimieszka. W końcu zdecydował się chyba na obiad, bo wspiął się na naj­wyższy poziom do restauracji dworcowej. Po drodze rzucił ja­kieś grosze do kapelusza rumuńskiemu żebrzącemu dziecku i zniknął w toalecie obok szatni. Walczyk cały czas trzymał się z daleka, co było nie lada sztuką zważywszy na rozmiar za­mkniętej przestrzeni, po jakiej Karat miotał się jak mucha po szklanej klatce akwarium. Miotanie się także było niezłą metodą sprawdzania ogona i Walczyk cały czas drżał, że jego wywia­dowcy, których przecież specjalnie nie dobierał, w końcu po­pełnią błąd i wpadną na Rusinka.

Walczyk stał teraz na galeryjce po przeciwnej stronie baru i restauracji lustrując z góry hall kas z kłębiącym się do okie­nek tłumem. Ciżba ludzka zdawała się momentami składać wyłącznie z Cyganów pochodzenia rumuńskiego i rozmaitego autoramentu rdzennych włóczęgów, którzy dawno zapomnieli, co to łóżko bądź dom, a chyba nigdy nie mieli okazji, odkąd przyszli na świat, poczuć, co to serce czy miłość. Obok bezdom­nych żebraków siedzieli zgodnie rozdygotani narkomani z kart­kami, że nie mają na chleb, a za to mają AIDS, i zdezelowani, trzęsieni delirką alkoholicy oraz upadłe, zwichnięte kobiety w wytłuszczonych strzępach ubrań, wybuchające podczas kłót­ni rynsztokowym slangiem warszawskiej Pragi. Na samym środku, niedaleko wylotu szerokich marmurowych stopni z cią­gnącymi się po ich bokach dwoma wstęgami schodów rucho­mych, jakiś wariat padł na ziemię krzyżem i leżąc na brzuchu w prawej ręce wyciągniętej w górę wznosił nad siebie krucy­fiks intonując zagadkowe modły w obronie kraju i narodu. Towarzyszyło mu dwóch mniej nawiedzonych obdartusów do­dających po każdej inwokacji chóralne „Amen”, a wokół ze­brała się grupka zaszokowanych podróżnych przetykana gęsto nie mniejszą grupką kieszonkowców. Walczyk był niedawno na dworcu, gdy przyjechał z Krakowa, ale wtedy się spieszył i przemknął jak błyskawica do wyjścia na Jerozolimskie, żeby czym prędzej znaleźć się w hotelu. Teraz miał czas poobser­wować. Wynik tej obserwacji napawał go smutkiem i przeraże­niem. Szklano-marmurowe wnętrze i cała nowoczesność gma­chu tak bardzo kłóciła się z rozplenionym po nim pasożytni­czym robactwem ludzkim, że nie sposób było przejść do po­rządku nad dysonansem. Pierwsze rodem z bogatych seriali o Zachodzie, drugie żywcem wyjęte z Trzeciego Świata. To chyba była cała przerażająca prawda o Polsce dzisiejszej doby.

Karat rzeczywiście utknął w restauracji. Posilał się. Walczy­kowi burczało w brzuchu — też by coś zjadł. Postanowił kupić przy jednej z lad barowych bułkę z szynką i zieloną sałatą, paczkę orzeszków ziemnych i trzy mandarynki. Było to choler­nie drogie.

O szesnastej piętnaście przy grzmiącej zapowiedzi kolejne­go ekspresu Karat wyłonił się ponownie z restauracji i z wolna zszedł po schodach. Podczas obiadu nie rozmawiał z nikim poza kelnerem, nikt z nim się także nie kontaktował. Torbę cały czas trzymał przy sobie. Minął powoli nawiedzonych religijnym amokiem dziwaków i zszedł szerokimi schodami na poziom okalającego perony korytarza, z którego co kawałek odchodzi­ły w dół eskalatory na poszczególne perony. Walczyk oderwał się od balustrady, minął biura Orbisu, informacji i rezerwacji. Szybkim krokiem schodził w dół. Wyłonił się właśnie zza po­tężnego kwadratowego filara, gdy nagle zauważył przy kiosku Stawrę. Tamten miał przy sobie dwie walizy. Jedną zwyczaj­ną, czarną, drugą o nietypowym wąskim kształcie, z szyfro­wymi zamkami. Wyglądała jak pojemnik na instrument mu­zyczny, powiedzmy puzon, tyle że całkiem płaska, wyokrąglona na krawędziach. Rzadko widuje się takie walizki. Stawro kupo­wał w kiosku gazetę i papierosy. „Dokąd jadą?”, zastanawiał się Walczyk, podczas gdy tamten płacił pojedynczym banknotem i czekał na resztę. Jeden z wywiadowców musi pojechać z nimi.

Stawro zebrał drobne i schował je do kieszeni. Był czuj­ny. Rozglądał się. Uspokojony ruszył ku szerokim stopniom. Szedł szybkim, zdecydowanym krokiem. Rzucił okiem na zegar oraz tablicę odjazdów. Wyświetlano na niej osiem aktualnych pozycji. Walczyk postępował w bezpiecznej odległości za nim. Przy wylocie schodów w korytarz obwodniczy stał wywiadowca po­pijając coca-colę z butelki, obok wózka z napojami i słodycza­mi. Zauważył Walczyka, ale nie zwrócił uwagi na Stawrę, nie znał go. Tamten tylko prześlizgnął się wzrokiem po niecieka­wym człowieczku w dżinsowym ubraniu żłopiącym łapczywie colę i skierował się do eskalatora na trzeci peron. Figurowały tam dwa odjazdy w czarnym elektronicznym okienku nad wej­ściem: Leningrad i Lublin. Walczyk podszedł do wózka udając, że chce kupić ciastka. Zapłacił, wziął paczkę, otworzył i przysta­nął obok wywiadowcy zjadając ocukrzoną, kruchą gwiazdkę.

—  Gdzie Rusinek? — zapytał cicho.

—  Na trzecim peronie. Szeląg poszedł za nim.

— Słuchaj uważnie. Oni obaj są tutaj. Przed chwilą drugi zszedł na ten sam peron. Pojadą, albo przekażą komuś bagaż. Nie wiem. Jeżeli pojadą, ruszysz razem z nimi. Nikt nie śmie się dowiedzieć, że jesteś z policji. Ty musisz się dowiedzieć, do jakiej stacji jadą. Pogadaj z konduktorem. Tylko pamiętaj, jak się zorientują to koniec.

—  Zrobi się.

—  Zawiadomić kogoś, że nie wrócisz na noc?

—  Nie trzeba.

—  Jak tylko wsiądą w pociąg, poślemy kogoś za wami, on cię zluzuje.

W tym momencie z megafonu nad ich głowami padła zapo­wiedź:

—  Międzynarodowy pociąg  ekspresowy z  Berlina  przez Warszawę, Wilno do Leningradu wjeżdża na tor piąty przy pe­ronie trzecim…

—  Cholera — Walczyk tak mocno ścisnął torebkę, że z ciastek pozostała tylko miazga. „Karat! Karat!, zatłukło mu się w gło­wie, specjalista od diamentów, kamieni szlachetnych! Karat”. Zapowiedź jeszcze trwała. Słuchał uważnie każdego słowa: — „…Pociąg zatrzymuje się w Białymstoku, Grodnie, Wilnie i Daugawie. Przejazd tylko za ważnymi biletami z rezerwa…” — Dalej już nie słuchał. Przez moment głęboko skupiony myślał intensywnie. Miał parę minut, by przeanalizować, co się bar­dziej opłaca, i jaki wybrać wariant. Zdecydował się.

—  Nie pojedziesz! — klepnął  zdziwionego  wywiadowcę w plecy. — Upiekło ci się, co? Na pewno mamy kogoś w urzę­dzie celnym. Przypatrzymy się im na granicy i poczekamy, aż wrócą. Wtedy będą nasi.

Walczyk powoli przybliżył się do barierki, skąd odprowadza­jący obserwowali ruch na peronie. Wywiadowca Szeląg stał pod tablicą z rozkładem wagonów. Wielka pomarańczowa lokomo­tywa elektryczna przetoczyła się majestatycznie wzbudzając głuche drżenie w konstrukcji całego budynku. Wagony zwal­niały, aż pisk hamulców zrównał ich pęd z krokiem piechura, a potem ze zgrzytem stanęły w miejscu. Otworzyły się drzwi. Wyskoczył konduktor. Stawro i Rusinek udając nieznajomych skierowali się do wagonu sypialnego. Slipinger sprawdzał bi­lety i rezerwacje. W Warszawie wsiadało sporo osób. Walczyk dał Szelągowi znak, że akcja skończona. Stawro ze swoją dziwną walizką i z drugą, czarną, zwyczajną właśnie zniknął w kory­tarzu wagonu. Inspektor postanowił zaczekać, aż pociąg odje­dzie. Teraz nie miał już wątpliwości, co się znajduje w podłuż­nym sakwojażu — forsa. Walczyk był przekonany, że na granicy celnik nie znajdzie tej walizki w przedziale. Pociąg był pełen kryjówek, które obsługa znała i mogła udostępnić, jeżeli się miało odpowiednie kontakty i dobrze zapłaciło. Odpowiednia suma wystarczyła też, by stępić czujność celników. Gdyby chcieli przetrząsnąć wszystkie podejrzane miejsca, odkręcić każdą płytę izolacyjną, pociąg musiałby stać na granicy trzy dni. Walczyk wykręciwszy jeden numer telefonu mógłby teraz bez trudu zapobiec wywozowi tych pieniędzy z kraju. Na granicy wywleczono by tych obu z przedziału i ludzi z obsługi także. Obsługa wskazałaby w zamian za gwarancję bezkarności miej­sce ukrycia bagażu nie przejmując się zleceniodawcami. Oto miał jednego z morderców dziennikarki i najprawdopodobniej

zapowiedziany przemyt diamentów, o którym mówił człowiek z CIA. Tyle, że nie chodziło mu o płotki. Nie zadowoli się are­sztując wykonawców, którzy mogą tylko milczeć, jeżeli w ogó­le chcieliby przeżyć. Poczeka, aż Stawro i Rusinek zjawią się z kamieniami u Drygały. Wtedy dopiero zwinie wszystkich. Kie­dy będą za kratkami wszyscy, któryś na pewno pęknie skuszo­ny złagodzeniem wymiaru kary za współpracę z policją. „Jak to łatwo poszło?” zdziwił się. „Strasznie łatwo!” A reszta pionu krążyła po mieście jak oszalałe stado psów nie mogąc nicze­go wytropić. I to wszystko dzięki Rzeźnikowi.

Wtedy po raz pierwszy Walczyk pomyślał, że Rzeźnik wcale nie mówił prawdy, a raczej, że zataił lub przed nim zatajono jej istotną część. Najwyraźniej komuś zależało, żeby UOP od­krył Rusinka i wyjaśnił, na czym polega zabójstwo Zuzanny Grabież. Kiedy Walczyk wszedł do jej pokoju, Rzeźnik szukał no­tatnika i znalazł go. Nie zdążył wyrwać kartki, o którą mu szło, ale nie było to tak, jak Walczyk sobie dotychczas wyobrażał. No­tatnik miał trafić do rąk Walczyka bez jednej kartki. Ludzie, któ­rzy to zaplanowali, wiedzieli o jej posunięciach i istnieniu tego zaszyfrowanego dokumentu. Nie mogli być zwykłymi biznes­menami czy podrzędnymi kapusiami z dawnych lat. Wiedzieli, że prędzej czy później Walczyk albo programiści złamią ten szyfr. Może przypuszczali, że inspektor trafi na klucz, który nadszedł właśnie dziś rano? Jedno było pewne, nie ci zabili Grabież, którzy oddawali mu notatnik i wskazywali palcem mordercę. Wskazując mordercę, wskazywali również na diamenty.

Nie liczyli, że Walczyk uniemożliwi transakcję, która miała się odbyć poza terytorium Polski, choć mogło się i tak zda­rzyć. Chcieli jedynie ujawnienia transakcji, chcieli szumu wo­kół niej, chcieli, by tajny fundusz KGB-GRU wypłynął na po­wierzchnię, by polski wywiad i wywiady zachodnie dowiedzia­ły się o tym. Ale o czym właściwie? Czyż nie wiedzieli od da­wna, że w Amsterdamie i Londynie handluje się sowieckimi kamieniami i złotem, co zasila kiesę rządu ZSRR? Rządu tak, ale czy wiedzieli, że KGB? Czy wiedzieli, że istnieje w sa­mym KGB druga, dość silna, frakcja zdolna ujawnić przed światem taki fakt? „Tak!” Walczyk wyprostował się i odetchnął głęboko, Rzeźnik miał powiązania z tymi ludźmi w Polsce, któ­rzy pracowali dla tego właśnie odłamu KGB. Czego oni chcieli? Żeby wyszło na jaw, że z Moskwy do Polski toczy się kasę, że pompuje się prywatne kieszenie bonzów postpezetpeerowskich i samej nowej post-Partii?! Że postpartia przez „swoje” dawne służby wojskowe i policyjne szmugluje forsę z kraju na jakieś dziwne konta?!!! Kim byli dokład­nie, inspektor na razie nie wiedział. Karat zaś pracował w ta­kim razie dla tych, którzy związali się z drugą stroną i używa­jąc w swych rozgrywkach polsko-radzieckiej mafii zmierzali do jakiegoś niewiadomego na razie, głęboko zakonspirowanego celu. Grabież musiała wiedzieć coś na temat tego celu. Grze­biąc w sprawach byłych esbeków natknęła się pewnie przypadkiem na jakiś gorący trop i musieli ją zlikwidować. Mieli w no­sie jej notatnik, albo nie mieli pojęcia, że w ogóle istnieje. A jednak notatnik był ważny! Czy możliwe, by popełnili tak prosty, zasadniczy błąd, że mając dosyć czasu nie przetrząsnęli dokładnie mieszkania zamordowanej? A potem zamach na Walczy­ka? Co to było? Próba zastraszenia czy zabicia kogoś, kto mo­że dokądś dojść. A może próba odwrócenia uwagi?

„Do diabła, powiedział cicho do siebie, kim oni są?” Łami­główka wciąż się nie układała do końca. Jakieś elementy nie pasowały tu do siebie, choć miał świadomość, że zrobił du­ży krok do rozwiązania.

Zamykano z trzaskiem drzwi. Lizak poszedł w górę. Kon­duktor, jak na zwolnionym filmie, wskoczył na stopień wagonu i ekspres z Berlina do Leningradu wyruszył w dalszą drogę przez Wilno będące dla co najmniej dwóch pasażerów ważną stacją końcową ich podróży.

Roman Stawro spokojnie rozkładał swoje rzeczy w przedzia­le. Kupił dzisiejszą „Naszą Gazetę”, dziennik, nad którego naz­wą długo się kiedyś zastanawiano. Powołany do życia doraź­nie na czas poprzednich kontraktowych wyborów parlamentar­nych przeistoczył się w potężny koncern dyskretnie wspierają­cy linię rządową, lecz sprytnie manewrujący na granicy niezależności. Lubił tę gazetę za jej jasny język, ostry ton i kla­rowność poglądów, z którymi bardziej się identyfikował niż z bezpłciową mieszaniną postaw „Życia” czy „Ekspresu”.

— Na kogo zagłosujesz? — zapytał wesoło. — Co, Karat?

Był odprężony. Do odjazdu zostały dwie minuty. Wyjął ter­mos i kanapki. Od rana nie miał nic w ustach. Najpierw krążył jak oszalały gubiąc ewentualne psy gończe, których wcale jed­nak nie było, potem musiał odebrać forsę od Drygały na Próż­nej, w końcu lecieć piechotą na pociąg. Teraz zamierzał odpo­cząć. Następne manewry zaczną się już po zmroku, tuż przed granicą w Kuźnicy Białostockiej.

—  W życiu głosował nie będę — rzekł skwaszony Karat. — Kandydatów  jak nasrał, ale nie różnią się od siebie bardziej niż dwa kawałki gówna na dnie miski klozetowej.

Roman aż skrzywił się z niesmaku. Wyglądało na to, że zapowiada się urocza podróż.

—  Dawniej też nie głosowałeś, kiedy była taka różnorod­ność i możliwość wyboru? — zapytał ironicznie.

—  Ty lepiej uważaj mądralo! — Rusinek wycelował w nie­go palcem, jak ten przeklęty facet z jego koszmarnego snu i zmarszczył brwi groźnie dokładnie jak tamten. — Trzymaj język przy sobie. Nie jestem przygłupem, choć tak ci się wy­daje!

— Spokojnie. Bez obrazy, — rzucił Stawro z gasnącym uśmiechem. — Mamy wspólną sprawę na dwa dni i trzy noce. Nie tak nerwowo.

Karat sapnął, machnął ręką i zwalił się na siedzenie. Roz­luźnił krawat. Był wściekły, że musiał dziś założyć białą ko­szulę i tego śledzia. Od jakiegoś już czasu używał wyłącznie szeroko wyciętych podkoszulków, bo każdy kołnierzyk go du­sił, a krawat… krawat był wręcz jak stryczek. Chyba zaczynała mu się astma, ale nie potrafił zrezygnować z papierosów. Ro­man wstał. Zamknął drzwi do przedziału, który mieli tylko dla siebie i otworzył okno. Pociąg ruszył. Roman lustrował uważ­nie otoczenie. Przy ruchomych schodach jakiś włóczęga w woj­skowym szynelu pamiętającym pewnie powstanie warszaw­skie wygrzebywał niedopałki z kosza na śmieci. Młoda dziew­czyna niedbale oparta o filar żuła gumę. Tłum kłębił się przy stoisku z oranżadą. Ruchome schody zwoziły na peron tabuny nowych podróżnych. Roman uważnie twarz po twarzy studio­wał osoby na peronie. Na galeryjce obok starej kobiety w śmie­sznym kapeluszu zobaczył jasnowłosego, przystojnego męż­czyznę w białej koszuli, którego wcześniej nie było, i tego go­ścia, co żłopał colę przy nim.

Pociąg wyruszył punktualnie. Wewnątrz było gorąco i du­szno. Widać włączono już ogrzewanie, choć do nocy było dale­ko, a na zewnątrz temperatura wynosiła czternaście stopni Cel­sjusza. „Październik to jesień”, pomyślał widocznie maszyni­sta. Roman popatrzył w górę na galeryjkę. Jasnowłosy stał tam nadal, obojętnym spojrzeniem odprowadzając znikający w tu­nelu pociąg.

*

flaga_polska

Tagi:

“Zakaz wjazdu” – nowe wydanie w Solaris!

Opublikowany w Polska, powieści, sztuka przez bialczynski w dniu 2 Maj 2013

petecki_messier_13v5Można już zakupić w księgarni internetowej Solaris nowe wydanie “Zakazu wjazdu”. Świetna okładka oddaje doskonale nastrój tej książki. W lipcu na Krakonie będę podpisywał moje trzy stare powieści s-f w nowych wydaniach Wydawnictwa Solaris. Dla zachęty poniżej fragment “Zakazu…”:

Pionier nadlatywał jednak. Pomyłka nie miała miejsca. Do lądowania pozostało niewiele ponad godzinę i kilka radiolatarni nadesłało już dane o odebranym sygnale Pioniera. Mimo że znajdował się tak blisko, jego załoga do tej pory nie próbowała nawiązać bezpośredniego kontaktu. Było to dziwne, zważywszy nawet na wyjątkowe okoliczności powrotu. Statek żeglował ku Trytonowi prowadzony automatycznym namiarem. Pandyk wraz z Palsem i Gastorem pozostawali w głównej hali kontroli lotów. Ulm miał przybyć lada chwila. Kiedy zadzwonili do niego, już nie spał. Spakował dopiero co rozpakowane rzeczy i pierwszym lotem strato udał się do portu promów. Na Lunie dostał specjalny stateczek z pilotem i właśnie w tym momencie przecinał strefę planetoid. Pionier zbliżał się, towarzyszyła temu normalna procedura. Z zewnątrz, widoczny już w dużych powiększeniach, nie wykazywał żadnych uszkodzeń. Był to statek średniej wielkości, służący do wypraw naukowo-badawczych, wyposażony w pełny zestaw laboratoriów i komfortowe pomieszczenia dla sześcioosobowej załogi. Pioniery latały w zasadzie jedynie na Irmę, nie miały więc uzbrojenia, poza bronią myśliwską, której używano do polowań na okazy irmańskiej fauny. Na pokładzie powinno znajdować się sześć osób, stanowiących normalną obsadę ekspedycji. Z zapartym tchem obserwowano z hali lotów smukły korpus mknący ze stale spadającą prędkością ku bazie. W równych odstępach czasu czerń kosmosu rozrywały tryskające z dziobowych dysz zielone błyskawice hamownic. Pionier wytracał prędkość przed podejściem do lądowania. Wkrótce przejęty przez automaty kosmoportu skierował się na satelitę Neptuna i zataczając pętle z grzmotem, który zakłócał odwieczną niegdyś ciszę planetki, sunął ku bojom lądowiska. Chwytacze zanurzyły się w ogień dziobowych dysz i po chwili z rzednącej zawiesiny dymu i pyłów wyłonił się błyszczący kadłub okrętu zastygły w bezruchu. Manewr został zakończony.

Tarian i Pandyk poderwali się od pulpitów i szybkim krokiem ruszyli ku hali remontowej. Z czeluści, zakrytych dotychczas płytami, wychynęły na powierzchnię lądowiska dźwigi. Otoczyły korpus rakiety rojem ażurowych konstrukcji. Uniesiono statek i bezgłośnie wtoczono podeń transportery. Metr za metrem, powoli, z najwyższą precyzją Pionier zanurzał się w rozjarzonym wnętrzu hali. Zatrzaśnięto wrota. Statek spoczywał całym ciężarem swego cielska w korytarzu doku.

— Trzeba zachować szczególne środki ostrożności — powiedział Gastor, przypatrując się przez szybę rybiej łusce statku i szczelinie wypełnionej obłym korpusem.

— Zarządzam procedurę nadzwyczajną! — rzucił w mikrofon Pals. Z wnętrza pojazdu do tej pory nie wydobył się żaden dźwięk, poza regularnie miauczącym sygnałem automatu pozycyjnego.

 

Trzech techników w grubych kombinezonach otworzyło drzwi luku. Pierwszy z nich niósł kamerę, która przekazywała obraz na monitor umieszczony w kopule obserwacyjnej, gdzie znajdowali się Pals i Ulm. Gastor i Pandyk zdecydowali się zostać na dole. Czuwali bezpośrednio nad przebiegiem akcji. Ostatni z techników zagłębił się w czeluście Pioniera. Nie doszli daleko. Znaleźli Tripa na korytarzu, jakieś sto metrów od wejścia. Leżał na podłodze zwinięty w kłębek. Strzęp człowieka. Szkielet odziany w kombinezon. Był jednak przytomny, tak się przynajmniej zdawało, ale nie udało się nawiązać z nim kontaktu. Natychmiast przeniesiono go na salę medyczną i po wstępnym zanalizowaniu danych na temat jego organizmu zaaplikowano mu pierwszą dawkę preparatu odżywczo-pobudzającego.

Technicy tymczasem szukali dalej. Przez kilka godzin przeczesywano pokłady Pioniera 26. Centymetr po centymetrze, każdy zakamarek. Zbierano pył do analizy dezaktywacyjnej, szukano jakichkolwiek śladów pozostałych pięciu członków załogi. Wytrząśnięto z komputera blok pamięci operacyjnej. Niestety nie zawierał danych z okresu pobytu na Irmie. Tymi danymi dysponował tylko mózg stacji badawczej, która była domem załogi w czasie jej pobytu na planecie. Technicy sprawdzali wszystkie układy, sterowniczy, zasilający, energetyczny, wentylacyjny. Nie wykryli najmniejszych odchyleń. Statek był w pełni sprawny. Tylko jego pasażer przybył wyczerpany do ostatecznych granic.

Już wtedy Ulm zadał sobie pytanie, które później wyleciało mu z pamięci: Jak to się stało, że Trip doprowadził się niemal do głodowej śmierci, dysponując wszystkimi zapasami okrętowej kuchni?

 

— Co z nim?

— Trudno powiedzieć.

Różowe trójkąciki rozjaśniały ciemność pokoju liliową poświatą. Twarz Ulma zapadała w czerń w rytmie ich drgań.

— Brak kontaktu?

— I tak, i nie — psycholog pochylił nisko głowę, jakby szukał czegoś na podłodze. Nagle wyprostował się i w kolejnym błysku ostro zarysowały się zmarszczki wokół jego ust. Drugi człowiek znajdował się w ogrodzonej parawanem wnęce. O jego obecności świadczył jedynie szelest folii i przelewanie się wywoływaczy. Na płaską kuwetę regularnie spadały krople.

— Chcesz mi dokładniej o tym opowiedzieć?

Ulm zdawał się wahać. Obrócił się z fotelem w kierunku niewidocznego rozmówcy. Potarł skronie końcami palców.

— Wiesz, że czasem udawało się nam wspólnie do czegoś dojść. Ale teraz…

— Myślisz, że czas coś zmienił?

— Nie. Nie to. Widzisz — starał się dokładniej dobierać słowa — problem Tripa nie nadaje się do akademickich rozważań, teoretyzowania. Nie ma czasu na sprawdzanie hipotez. Na mnie spoczywa ciężar podjęcia decyzji. Trzeba tam wysłać zwiadowcę. Kiedy? Kogo? Jak go uzbroić? Może posłać od razu całą ekspedycję? A może tutaj, w bazie spróbujemy rozstrzygnąć, co się wydarzyło na Irmie?

— Rozumiem. Ty masz ochotę na to ostatnie rozwiązanie.

— Tak.

— Więc spróbujmy. Jeśli chcesz, zawiadomię moich zwierzchników i popracujemy razem kilka dni.

— Ale twoja praca jest równie ważna!

— Znajdzie się w bazie kilku innych specjalistów, którzy nie są gorsi ode mnie.

Folia zaszeleściła głośniej i kapanie ustało.

— Włącz światło! — usłyszał Ulm. Bez słowa nacisnął kontakt. Zza parawanu wysunęła się wysoka, szczupła postać w grubym fartuchu ochronnym. To był Gastor. Dawny współpracownik Ulma. Razem odkryli punkty stykowe Alfa Centauri. Gastor sprawnie rozsupłał boczne szwy krępującego go stroju i zdjął rękawice.

— Skończyłem właśnie pierwszą partię hologramów wnętrza jego mózgu — powiedział.

— Jest coś?

— Na pierwszy rzut oka nic, ale oddam je do analizatorni. W każdym razie po tej partii nie spodziewajmy się rewelacji. Zdecydowałeś się? — Gastor zmienił nagle temat.

Na twarzy Ulma zagościł przelotny uśmiech. Może raczej grymas, który miał symbolizować uśmiech.

— Zgoda! — spojrzał prosto w oczy Gastora.

 

Szli teraz pustym korytarzem o niebieskich, łukowato sklepionych sufitach. Gastor myślał nad czymś intensywnie, wachlując się trzymanym w ręku plikiem dokumentów.

— Jaki jest jego ogólny stan? — zapytał nagle.

— Organizm na skraju wyczerpania, teraz już oczywiście czuje się lepiej, ale muszę ci powiedzieć, że jest w tym jakaś zagadka. Leki, jakie zastosowaliśmy w celu przywrócenia mu równowagi, skutkują z dziwnymi oporami.

— Jak mam to rozumieć?

— No, nie można powiedzieć, żeby nie działały. Owszem. Stan jego zdrowia stale się poprawia, jednak po tych dawkach leków, jakie zastosowano, należałoby się spodziewać lepszych efektów. Dostał przecież całą serię środków psychotropowych, a mimo to szok nie został przełamany.

— Jak długo trwała podróż? Czy myślisz, że nabawił się tego wszystkiego w czasie jej trwania?

— Leciał trzy dni, a więc normalnie. Wydaje mi się niemożliwe, żeby już w stanie szoku udało mu się wprowadzić statek w styk. Wiesz przecież…

— Tak. To nie jest takie łatwe. Wyjść, to co innego. Wyjść statek może samodzielnie.

— No właśnie. To przecież nasuwa sugestię, że tragedia rozegrała się już po starcie i osiągnięciu punktu stykowego w Wolarzu.

Korytarz kończył się jednymi tylko, białymi drzwiami. Gastor nacisnął klamkę. Zalał ich rubinowy blask reflektorów płonących wewnątrz pomieszczenia. Przekroczyli próg i Gastor skierował się w stronę owalnego pulpitu, nad którym, tyłem do drzwi, siedział zakapturzony mężczyzna. Bez słowa położył przed tamtym plik hologramów. Zakapturzony uprzejmie skinął głową, nie odrywając się od pracy. Wyszli ponownie na korytarz.

— Czy nie sądzisz, że Trip jest chory? — odezwał się po kilku krokach Gastor.

— Możliwe — odpowiedział Ulm z wahaniem. — Z drugiej strony nie pierwszy rok latamy na Irmę. Nigdy dotąd nikt nie nabawił się żadnej choroby.

— Tak. To byłoby dziwne. Przetrząsnęliśmy przecież tę planetę dokładnie. Co prawda ekspedycje nie przebywały zbyt długo w poszczególnych strefach, ale to nie ma znaczenia. Istnieje raczej małe prawdopodobieństwo zagadkowej zarazy. Chociaż…

— Chociaż co? — Ulm zatrzymał się.

— Nie podoba mi się to dziwne zachowanie jego organizmu.

— Zrobiliśmy oczywiście wszystkie analizy. Hologramy to właściwie już część śledztwa, a nie programu medycznego. Faza medyczna została zakończona. To może być jedynie choroba niewykrywalna naszymi metodami. A wiesz przecież, że posiadamy najlepszy sprzęt, jaki tylko istnieje. Jeśli tym sprzętem nie potrafiliśmy wykryć choroby, to tym bardziej jej nie wyleczymy.

Zatrzymali się przed windą. Białe lampki z numerami kondygnacji wędrowały rozbłyskującą ścieżką ku symbolowi ich piętra.

— Gdzie on leży? — Gastor wszedł do windy pierwszy, nim jeszcze drzwi rozsunęły się do końca.

— Chcesz go zobaczyć?

— Tak.

— Teraz?

— Może być teraz — Gastor uśmiechnął się, wkładając ręce do kieszeni spodni. Ulm nacisnął odpowiedni guzik.

— Zaraz tam będziemy — powiedział, wpatrując się w lampę przyklejoną do sufitu windy trzema nieregularnymi przyssawkami.

 

Stali w izolatce Tripa. Pilot spoczywał nieruchomo na łóżku. Właściwie wydawało się, że zawisł poziomo, uwięziony kablami. Ciało wspierało się na niewidzialnej siatce pól siłowych, oplatały je zwoje przewodów połączone z aparatami kontroli. Miarowe tykanie centralnego kontrolera świadczyło, że wszystko jest w porządku. Organizm pilota nie wykazywał niepokojących odchyleń od przewidzianych programem leczenia norm. Gastor przyglądał się dokładnie ciału tego człowieka. Jego twarzy. Obaj z Ulmem znali kiedyś Tripa.

Twarz, którą mieli teraz przed oczyma, nie przypominała tamtej. Biała papierowa maska. Martwo utkwione w suficie oczy. Nieprzerwanie. Bez jednego mrugnięcia powiek. W przyciemnionej izolatce panował przykry nastrój. Ilekroć Ulm tutaj wchodził, zawsze odczuwał przygnębienie. Nie potrafił pomóc temu człowiekowi. Gdyby nie spokojny, regularny rytm kontrolera, można by pomyśleć, że na łóżku leży trup.

— Wyjdźmy stąd — szepnął do Gastora.

Tamten tylko skinął głową. Wyszli na korytarz. Przed drzwiami siedział strażnik, który na ich widok podniósł się z fotela.

— Wszystko w porządku? — zapytał Ulm raczej z obowiązku.

— Tak jest — odparł strażnik. — Przed chwilą otrzymał nową dawkę leków.

Oddalili się od izolatki, nie mogąc otrząsnąć się z przygnębienia.

— Zajdźmy do mojego gabinetu — zaproponował Ulm.

 

— Co z resztą załogi? — Gastor bawił się niebieską szklaneczką, którą dopiero co opróżnił.

— Na statku nie ma żadnych śladów, które świadczyłyby o jej obecności w drodze powrotnej.

— Czyli zostali, a Trip wystartował bez ich wiedzy…

— Lub za ich wiedzą, tylko że w drodze zdarzyło się coś, co doprowadziło go do takiego stanu.

— Po co go więc wysłali?

— Coś musiało się zdarzyć. Coś niedobrego.

— I w jednym, i w drugim wypadku dochodzimy do tego samego wniosku. Trip był jednym z odporniejszych pilotów. Pamiętam wyniki jego testów na pustkę, na ciemność i tak dalej. Był naprawdę twardy. Byle co go nie zmogło.

— Teoria o epidemii pasowałaby, gdyby nie to, że nie potwierdzają jej lekarze.

— Myślisz, że wszyscy zachorowali, a on jeden wydostał się, jako najodporniejszy?

— To możliwe.

— Nie rozwiążemy tutaj tego problemu. Konieczna będzie następna ekspedycja.

— Nie. Najpierw wyślemy zwiadowcę.

 

Ze snu wytrącił Ulma dzwonek holofonu. Na wpół śpiąc, nie wyrwany jeszcze z koszmaru, który toczył się w jego wyobraźni na odległej Irmie, włączył fonię.

— Mówi Ulm.

— Tu Gastor. Przyjdź natychmiast do izolatki. Trip zaczął mówić!

— Już idę! — krzyknął niemalże.

Ta wiadomość rozbudziła go zupełnie. Trip mówi! Czyżby minął szok? To zmieniłoby całkowicie przebieg wydarzeń. Może dowiedzą się nareszcie czegoś konkretnego. Odruchowo spojrzał na zegarek. Pierwsza w nocy.

Szybkim krokiem przemierzał korytarze swego poziomu. Echo powielało jego stąpnięcia wibrującym stukotem. Przymglona, bladobłękitna poświata zlewała kontury przedmiotów, wygładzała chropowate struktury ścian i sufitów. Przed izolatką jak zwykle czuwał ten sam strażnik. Ulm wszedł do środka. Zniknęła szarość, do jakiej się przyzwyczaił w tym ponurym pokoiku. Trip siedział na łóżku. Prócz Gastora znajdowali się tutaj również Pals, Pandyk i Tarian — szef Astropolu na Trytonie. Na widok Ulma Gastor uniósł się z fotela.

— Czekaliśmy tylko na ciebie. Rejestrujemy wszystko — wskazał na zamontowaną w kącie kamerę i mikrofony.

— Dlaczego przyleciałeś wcześniej? — pytał Tarian.

— Musiałem.

Trip nie wrócił jeszcze całkiem do równowagi. Kiedy Ulm przypatrzył mu się uważniej, znacznie zmalał jego optymizm. Ruchy pilota w dużym stopniu pozostały automatyczne. Wyprężona postawa, regularny ruch palców lewej dłoni to kurczących się, to rozwierających, nie wróżyły nic dobrego. Sam fakt skontaktowania się Tripa ze światem nie znaczył jeszcze, że dowiedzą się czegoś konkretnego, czegoś, co pomoże w rozwiązaniu zagadki.

— Jak to musiałeś? — pytał Pandyk. — Czy coś się stało?

— Po prostu musiałem — wyrecytował pilot jak z taśmy. — Nic się nie stało.

— Przecież wiesz — powiedział Gastor — że powrót był planowany na inny termin. Poza tym zabrałeś im statek i naraziłeś na niebezpieczeństwo. Gdyby teraz musieli z niego skorzystać, to co?

Zapanowała chwila ciszy.

— Nic im nie będzie — odparł pilot, lekceważąco krzywiąc wargi.

— Co się z tobą ostatnio działo? Co robiłeś? — zadał pytanie Ulm.

— Byłem w raju — odrzekł Trip bez zastanowienia i jego palce przyspieszyły bezustanny ruch.

— W jakim raju?!! — wykrzyknął skonsternowany Pandyk, odgarniając siwy kosmyk, który opadł mu na czoło.

— W zwyczajnym. Takim z rajskimi jabłoniami — powiedział spokojnie pilot, wpatrując się w oczy Pandykowi.

— I co tam jeszcze było? — spytał Ulm.

— Trawa. Kwiaty. Wielki wąż na drzewie i kobieta. Dużo motyli.

— I jak było? — zaciekawił się Gastor.

— Przyjemnie. Bardzo przyjemnie.

Ulm poczuł, że ktoś szturcha go w bok. Był to Pals.

— Tak nie można — szepnął do Ulma. — Trzeba go oderwać od tego tematu, bo już nic z niego nie wydobędziemy.

— A co robił Makong? — rzucił pytanie Ulm.

Pilot wzdrygnął się. Popatrzył na Ulma szeroko otwartymi oczami. Po jego twarzy przebiegł dziwny skurcz, a kąciki ust wydłużyły się. Nagle palce Tripa zatrzymały się. Przestał nimi poruszać tak niespodziewanie, że wszyscy to zauważyli.

— Posłuchaj, Ulm — odezwał się pilot.

Po raz pierwszy zwrócił się bezpośrednio do któregoś z obecnych w izolatce naukowców, najwyraźniej rozpoznając jego osobę.

— Posłuchaj, Ulm — powtórzył. — Znaliśmy się kiedyś, tak?

— Tak — potwierdził Ulm, spoglądając kątem oka na Gastora.

— Gdzie tam patrzysz?!! — wrzasnął naraz Trip. — Słuchaj uważnie!!!

Zapanowała konsternacja. Tarian poszukał oczami alarmowego przycisku. Nie dla niego jednego stało się oczywiste, że Trip wpada w szał.

— Słuchasz mnie? — zapytał pilot z groźbą w głosie.

— Słucham — odpowiedział Ulm.

— Więc posłuchaj! Nie pytaj mnie! Rozumiesz? Nigdy nie pytaj mnie o Makonga! Makong dla mnie nie istnieje! I nie powinien istnieć dla nikogo ani on, ani cała ta banda. Jestem bombą! I tylko to jest ważne!

Chory gwałtownie podniósł się z łóżka, zrywając pęk przewodów łączących go z diagnostykiem. Kontroler uruchomił swą piskliwą syrenę. Tarian, przyciskając guzik alarmu, pomnożył jeszcze hałas. Tymczasem Trip dopadł Ulma i wczepiwszy się w jego kombinezon rękami, z których sączyły się wąskie strużki krwi, charczał:

— Ty mnie musisz wysłuchać! To ja jestem tu najważniejszy, rozumiesz?

Pals i Pandyk z całych sił odciągali pilota od przerażonego Ulma. Wreszcie wpadły pielęgniarki ze strzykawkami. Kiedy Trip je zobaczył, z dzikim krzykiem rzucił się w ich stronę, lecz zdążył przebiec najwyżej dwa kroki. Dosięgły go wtedy wystrzelone ze strzykawek bolce i upadł na kolana, starając się wyrwać z przegubów igły dozymili. Padł na twarz i usiłował jeszcze podnieść rękę, lecz nie mógł się ruszyć.

— Bardzo ważne — wydobył się jeszcze z jego ust szept. — Raaąj…

Głowa opadła mu bezwładnie na posadzkę.

Pierwszy otrząsnął się Ulm. Miał zakrwawioną bluzę i porządny kołowrót w głowie.

— Natychmiast na salę operacyjną — rzucił matowym głosem.

Próba Inwazji – nowe wydanie z Solaris – NIEZŁE!

Opublikowany w Polska, sztuka przez bialczynski w dniu 3 Kwiecień 2013

Aktualizacja 02 04 2013

Właśnie otrzymałem autorskie egzemplarze “Próby Inwazji ” z Solaris – książka jest wydana bardzo ładnie graficznie, na niezłym papierze. Jestem zadowolony, naprawdę niezła robota. Następny ma być “Zakaz wjazdu”.  Polecam na stronie internetowej Solaris, do kupienia tylko tam.

pi3 pi2

petecki_messier_13v5

Link do sklepu:
http://solarisnet.pl/fantastyka/143007-proba-inwazji.html

Fragmenty:

“…

NOTA WYDAWNICTWA „AYCASNES”

Valaco 605.3776 c.

Książka, którą oddajemy dziś w ręce naszych czytelników, jest jeszcze jedną próbą wyjaśnie­nia pewnych zagadek związanych z pamiętny­mi wydarzeniami roku 3016, które zainicjowały tzw. Trzecią Rewolucję. Rzecz jasna, jest w tym utworze bardzo wiele fikcji i jeszcze więcej spe­kulacji. Autor nie pokusił się tu o dokładne odtworzenie owych wypadków, nie starał się nam również ukazać skomplikowanej sytuacji ani prawdziwego w każdym szczególe obrazu tamtych, odległych przecież czasów. Historia, jaką przedstawia, dotyczy losów ludzi wpląta­nych mimowolnie w owe wydarzenia, jednostek posuwających się z ich nurtem niejako wbrew swej woli, a częściowo (do pewnego momentu) także i wbrew swoim przekonaniom. Dotychczas wydano wiele prac traktujących o Trzeciej Rewolucji i okolicznościach, jakie doprowadziły do jej wybuchu. Wśród tych bardziej lub mniej udanych pozycji były ścisłe, niemalże naukowe opracowania, ale trafiały się i całkowite fantazje, sprzeczne nawet z podstawowymi faktami znanymi nam z nielicznych zachowa­nych dokumentów czy filmów.

 Wielu wypadków do dziś nie wyświetlono, a jeszcze większa część zdarzeń — otoczonych w owym czasie ścisłą tajemnicą i tworzonymi celo­wo pogłoskami o sprzecznej nieraz treści — w ogóle nie jest znana. Tak więc wszystkie opraco­wania, jakie do tej pory powstały, opierały się głównie na wyobraźni ich twórców, skłonnych do różnych spekulacji i interpretacji.

Wydawnictwo, wychodząc z założenia, że przy takiej mnogości hipotez nic już nie jest w stanie zaciemnić obrazu minionych zdarzeń, postano­wiło dopuścić jeszcze jedną ich wersję w na­dziei, że być może właśnie ona zbliży nas wszy­stkich najbardziej do prawdy.

Geander Mora

recenzent Aycanes-Altal Teryt

Republiki Boyd

 ….

I ten wieczór zapowiadał się spokojnie, lecz bezbarwnie jak setki podobnych wieczorów. Re­dan wstał z ławki i już kierował się w stronę oszklonego pomieszczenia, gdy znów poczuł na­wrót tego dziwacznego, bezpodstawnego strachu ściskającego go za serce, paraliżującego ruchy. Nie miał pojęcia, co to może być, gdyż niczego podejrzanego nie zauważył, jednak czuł wyraźnie, że coś się w otoczeniu zmieniło. Niepokój wzrastał.

— Chyba się starzeję — zauważył na głos, drapiąc się po głowie.

Rozejrzał się uważnie. Na trawniku siedział tupang. Maskotka i ulubieniec wszystkich pra­cowników, dokarmiany przez nich na każdym kroku.

— Ty stary pieszczochu — rzekł do zwierzę­cia, nachylając się nad jego lśniącym, tłustym cielskiem. — Chodź tutaj. Pogłaszczę cię. Wiem, że to lubisz, jak nikt inny.

Podniósł tupanga z ziemi i posadził sobie na kolanach. Znów siedział na ławce, wpatrując się w krzaki. Mierzwił gładką sierść. Zwierzę wydawało ciche pomruki i westchnienia. Było zadowolone. Strach powoli ustępował.

Chyba się starzeję — myślał Redan. — Nie­długo trzeba będzie porzucić to zajęcie. A nuż zdarzy się coś złego… Co wtedy stanie się z małą Itą… Eee, skąd w ogóle przychodzą mi ta­kie myśli.

Tupang przebywał na terenie instytutu chyba od samego początku jego istnienia. Jeszcze w trakcie przeprowadzki przyplątał się skądś, mo­że znad rzeki, gdzie nie mógł znaleźć odpo­wiedniej ilości żarcia? Tutaj nie musiał się tym przejmować. Teraz nie jadał byle czego, najlep­sze kąski czasem mu nie smakowały. Zadomo­wił się w instytucie na dobre, a nawet zdążył zestarzeć. Fala niepokoju powróciła gwałtownie.

Przecież — przemknęło Redanowi przez myśl — pogoda jest zupełnie zwyczajna, a ciągle odzywa się to diabelne serce. Nigdy mi nic nie dolegało. Więc dlaczego dzisiaj…

Nie dokończył. Dojrzał go. Człowiek leżał oparty o mur. Przez kratę widać było tylko czarny kształt dłoni spoczywającej na chodni­ku. Strażnik zastanowił się chwilę. Odbezpie­czył kufę. Może mu się tylko wydaje? W tam­tym miejscu panował półmrok. Nie, nie pomy­lił się, tam na pewno leży człowiek. W dolnym rogu bramki widzi ludzką dłoń. Spuścił tupanga na ziemię. Trzeba to sprawdzić. Ruszył w tam­tą stronę.

Na chodniku leżał mężczyzna. Oczy na wierz­chu, twarz prawie sina. Łapał powietrze z charkotem. Strażnik nachylił się nad nim.

Nie — pomyślał. — Ten nie udaje. Znów kło­pot.

— Co jest? — zagadnął leżącego. — Słabo pa­nu?

Oczy tamtego spoczęły na twarzy strażnika. Redan cofnął się o krok, pod niesamowitym spojrzeniem człowieka. Nieznajomy przewiercił go nim w jednej chwili na wylot, jednocześnie coś zakłuło w sercu mocniej niż poprzednio, strażnik poczuł znów strach, lecz już nie taki jak przedtem. To był strach skondensowany. Nieustępliwy. Strach bliski szaleństwa. Leżący nie spuszczał oczu z pochylonego nad nim czło­wieka.

Za zakrętem rzeki stały trzy czarne drzewa. Tak olbrzymie, że ledwo można je było objąć wzrokiem. Łódź kołysała się nierówno. Wiosła z ledwo uchwytnym pluskiem zanurzały się w ciemnej toni. Po powierzchni pływały tłuste plamy jakichś smarów.

Płynęli w absolutnej ciszy. Na dziobie, pochy­lony nad wodą, prawie ciągnąc po niej nosem, przewodnik. Napięty. Czujnie wsłuchany w oto­czenie. Łowiący każdy szmer, inny od plusku wioseł, w swe niezawodne ucho. Hebanowa skó­ra lśni, grubo namaszczona olejkami hevoi.

Dwaj pozostali wioślarze to tubylcy. Purpurowoskórzy, z przepaskami na biodrach. Mocne mięśnie z wprawą obracają drągi, pchające łódź do przodu po szerokiej rzece. Tubylcy mają błyszczące oczy i lekki, drwiący uśmieszek na ustach. Chcą tym uśmieszkiem dodać sobie otu­chy. Ale to nie takie łatwe. Sytuacja nawet dla nich jest niecodzienna. Nie boją się. To nie strach wyziera z ich ruchów, to nie strach spo­gląda z zachmurzonych lic. Oni są zbyt pry­mitywni. Nie wiedzą, co to strach. Potrafią za to dobrze wiosłować. Wiosłują rzeczywiście do­brze. Najlepiej, jak potrafią. Tak jak przy pod­chodzeniu do rozwścieczonego durandoka, kie­dy gryzie ziemię i łamie potężnym, łuskowatym ogonem drzewa sur. Urodzeni łowcy.

Przewodnik to zbieg. Jego skóra świadczy o tym najlepiej. Niebieskawoczarny, leży teraz wyprężony jak struna, z uchem nad wodą… Ży­cie nauczyło go sztuki nasłuchiwania. Tylko dzięki niej jeszcze żyje i płynie z nimi w łodzi. Brzeg jest porośnięty gęsto i dziko. Można by powiedzieć bujnie. Ale to jakaś dziwna bujność. Ani jednej barwy, do jakiej wzrok przyzwycza­ja się w dżungli. Nic żółtego, pomarańczowego czy czerwonego, ani jednego zielonego kielicha. Nie ma również ta puszcza nic z kniej północ­nych regionów Vollu. Ni jednego zielonego liś­cia czy grama błękitu. Ciągle tylko czerń. Czerń i szarość. Trochę popielatego, zwłaszcza w tra­wach, trochę przyprószanego brunatu.

A jednak w tej czerni, pozorującej śmierć, tai się życie. Nawet nie tai. Ono faktycznie kipi bujnie, lecz jakoś niezauważalnie dla niewpraw­nego w tym pejzażu oka. Łódź przezornie trzy­ma się blisko brzegu. Niemal ocierają głowami o skrzypiące, spopielałe witki arbelozu. Nieba z łodzi prawie nie widać. Przez gęste, zbite ko­rony poprzerastane epifitami przeziera tu i ów­dzie jasnoszary przestwór. Niebo tutaj jest zaw­sze takie. Wioślarze z wprawą utrzymują drew­nianą skorupkę przy brzegu. Wkoło absolutna cisza. Nie słychać w tej dżungli normalnego gwaru, gwizdów aktacamów, pomruków ous, zawodzeń kinteifów, nerwowego tupania aguczamów czy posapywania przedzierającego się z łopotem przez zbitek czerwieni drzew sur bassol bassa. Tutaj panuje cisza. Bezludna, nie­przyjazna. Dzisiaj nawet nie wieje wiatr. To oczywiste. Przewodnik wie, co robi. Nie wypły­nąłby w wiatr. Jeszcze mu głowa miła. Nie po to uciekał z Hy, żeby wpadać na patrol z byle powodu. Każdy głupi wie: „Nie wypływaj w wiatr, choćby w żagle”. Przysłowia nie kła­mią. Tworzyły je pokolenia.

— Czy tutaj kiedykolwiek świeci słońce? — zapytał Off.

Przewodnik zbył go milczeniem. Wioślarze wyszczerzyli zęby w bezrozumnym uśmiechu. Muskuły grały im pod skórą. Wiosła tonęły w ciemnej otchłani z ledwo słyszalnym szmerem. Zbliżali się do kolejnego zakola. Off wiercił się niespokojnie na sękatej ławce. Uwierały go sprzączki szarogranatowego kombinezonu, uwierał skórzany beret. Przebranie piekielnie niewygodne, ale konieczne. Pomyślano nawet o oryginalnej bieliźnie.

— Na wszelki wypadek — powiedział Dager. Teraz Off wiercił się jak na szpilkach. Gryzły go lolronowe kalesony, całe ciało swę­działo. Pilnował się, żeby nie drapać podrażnio­nej skóry.

Gdzieś na brzegu trzasnęła gałązka. Off ro­zejrzał się niespokojnie. Przewodnik nie zare­agował. Łódź płynęła dalej. Równo, miarowym rytmem, rytmem oddechów purpurowoskórych. Trzaski powtórzyły się, tym razem bliżej. Off nerwowo przygryzł wargę. Nie chciał myśleć o wpadce. Taka wizja mogła przyprawić o dreszcze. To zresztą niemożliwe. Ma najlepsze­go przewodnika i najlepszych wioślarzy. Trzeba trzymać na wodzy rozdygotane nerwy.

Czy jeszcze daleko? Jak długo można wytrzy­mać takie napięcie? Skoro przewodnik nie re­aguje, widać nic się nie dzieje. Tym razem trzaski powtórzyły się tuż-tuż. Off czuł, jak oblewa go pot i drętwieją koniuszki palców, kurczowo zaciśniętych na długiej kufie. Wpat­rzył się w zarośla, lecz przez sieć szarych wi­tek nic nie dojrzał…”

Poczet “Bogowie Słowian” – Apokryf uzupełniony o obrazy z Księgi Ruty


Zapraszam do Pocztu  Bogów na Czarny Pasek – wszystkie części zostały uzupełnione o znaki boskie i obrazy bogów z Księgi Ruty. Jako że będzie ona w sprzedaży z końcem kwietnia, początkiem maja 2013 roku, możemy już zdradzić te wizerunki wykonane przez Jerzego Przybyła. Poczet został też uzupełniony o imiona bogów nawiązujące do ich pełnych funkcji i innych panteonów-Pocztów Boskich krajów Ariów (Sistanu).

CB

Copyright © by Czesław Białczyński, all right reserved ® by Jerzy Przybył, by Zdzisław Beksiński

SSSSS s-1553

Tum Gaja – Ruji (Maji)

Gaj Ruja clip_image002

Bogowie Żywiołów i Bogowie Mocy

Żywiołowie i Mogtowie

Żywiołowie: Sporowie i Simowie

Mogtowie: Prowowie, Bożebogowie, Rgłowie

SSSSS s-1553

Żywiołowie

TYN SPORÓW (Grubów)

znak sporów słowo

Członkowie rodu: Spor, Śrecza, Wołos, Rosza, Rada-Zboża

Główność: jednogłowy

Przynależność: Twer Swąta, Trzem Czarnogłowa, Tum Jeszy, Tyn Grubów

Głowny przybytek, miejsce przebywania: Ziemia, Wela, Niebo

Atrybuty

żywe: Grusza i Jabłoń, Wół i Krowa, Groch i Grzyby, Stokrotka i Sporysz, Sroka, Żuk Gnojnik i Pszczoła,

kamień: Diament Żółty i Jaspis

minerał: Sól – Kamień Jadalny

rzeczy: Skóra, Futro

maści (barwy): Złotoczerwona (marchwiana),

czerty i rezy (liczby): Czertę 7, Liczbę 7,

taje (guzły) i gramoty (zapisy, sjenowity, wici): Taję S, Gramotę n,

Miesiąc Lipień, 

Na Weli

Niwa (symbol): Niwa Zaczynu  (Bagna)

Tyn: Dwór Złoty

Wieńce i ofiary: Stokrotkę i Groch

Obrzędowy wypiek (potrawa, obiad – potrawa obiata): prosiniec (pieczywo), rosół (potrawa), rostruchan-roztuchan (napój)

SPOR

Postacie-wcielenia (równe miana): Spor-Tyja, Spor-Darz i Spor-Spór.

Inne nazwania jego osoby (przydomki): Hejdaż – Pan Dostatku i Bogactwa, Bogoc, Usład, Us-Złat, Złotowąs, Złotobóg, Bóg Dawca Dostatku, Dawca Złotych Taj, Pągacz-Pagan, Pan Pągów-Pagów (Złotych Kul i Pąków oraz ZŁOTYCH KRĘGÓW, pag – okręg, opole, stąd pagus – mieszkaniec okręgu, poganin)

Zajmowany krag:Czwarty Krąg

funkcja (zakres działania):dawca dostatku i bogactwa pod każdą postacią

ród: Grubowie

pochodzenie: Dzięgle – Czarnogłów i Białoboga

narzędzia czarowne – oznaki władzy: Wiecznie Sypiący Róg Obfitości

Pomocnicy (Stworze – bogunowie): Kłobuki (Hobołdy, Choboldy, Chobołdy, Chobardy, Koboldy, Kobołdki, Kubołcziki, Kubołtki, Stopany, Kauki)

Wizerunki:Spor kompr

Znaczenie mian i imion oraz przydomków, i ważniejsze pojęcia wywodzone z jego miana:

SPOR to określenie znaczące: duży, większy, rozkrzewiony, wydatny, obfity, ale i oszczędny (w polskim skrzętny). Określenie to ma związek z rdzeniem pry, od którego wywodzą się znaczenia prawy, prosty, prawiący, pierwy (omawiamy te odniesienia przy osobie Prowego i Czstnoty-Pirwy), a także, poprzez per, pir, znaczenia „piorunowe”, „ogniowe”, „świetliste”. Od tego samego rdzenia pochodzi również krąg znaczeń sprośny, proszący, prośny, prosię, prosiniec – wiążący się z indoeuropejskimi bóstwami obfitości. Miano to zawiera również odniesienie do sprys – drąg, promień, które podkreśla męskość bóstwa, oraz do sprychny – zwinny, prędki i sprych – skok.

Spor nosi przydomki (wtórne miana-imiona) Spora-Tyi (Gruba-Chrubacza), Spora-Darza (Hejdaża) i Spora-Spóra.

Przydomek Darz został omówiony przy osobie Dażboga. Pochodzące od niego słowo hejdaż podkreśla nadzwyczajną, niezwykłą obfitość, jaką Spor darzy wybranych, a także jego niebiańskie cechy i pochodzenie (dag – płonąć).

Miano Spór zawiera znaczenie wspór, co podkreśla właściwość wspierania ludzi w przedsięwzięciach przez tego boga i cechy męskie bóstwa. Także wywodzone z indoeuropejskiego rdzenia per (zawartego również w określeniu Peruna czy Prowego i Perepułta) oznacza upór, prę – siłę, zadzierzystość, ostrość (litewskie spirti – wierzgać, niemieckie spornen – wierzgać, sporen – ostrogi, pruskie spartis – siła), opór – zapierać się, opierać się, spierać się. Spór to także sąd i sądzenie (cerkiewne prja, rasprja – spór, proces, sąpir – przeciwnik, pirenja – debata). Oznacza również nacisk, napieranie, rozgrzewanie, rozgorzenie i dosięganie (serbskie dopirati), wzlatywanie, przekraczanie, przebijanie oraz to wszystko, co się wiąże z rdzeniem per w znaczeniu prać – uderzaćb.

Tyja, wymieniony jako bóstwo przez „Statuty gnieźnieńskie” i powtórzony słusznie przez Jana Długosza w jego „Kronice” (wbrew prześmiewkom A. Brucknera), to przydomek zawierający wiele znaczeń wywodzących się z rdzenia tyć, takich jak tować, tuczyć przychodzić do sił, podrastać, wzbierać, tyć – grubieć (tusza, tucha, tuk), dawać otuchę – przynosić nadzieję, pocieszać (bułg. raztusza – pocieszenie), stuchać – wróżyć, tuszyć – mieć przeczucie, nadzieję, życzenie.

Wszystkie te przydomki określają Spora na tyle, że można pokusić się o opis wyglądu i przyrodzonych cech tego boga. Nie jest on wcale bogiem łagodnym, lecz ostrym, walecznym, napierającym, zadzierzystym. Jest bez wątpienia gruby i wielki, ale przy tym szybki i zwinny. Przynosi czasem nadzieję, a czasem spór-sąd – jest więc kapryśny. Kiedy już jednak obdarzy kogoś powodzeniem i szczęściem, to zawsze bez umiaru. Jest prawy, silny i męski. Jest także sprośny, rozpierający (rubaszny) j tryskający siłami życiowymi, żywotny, życiodajny i szczęśliwy.

SPORZA-ŚRECZA

Postacie-wcielenia (równe miana): Sporza-Śrecza, Sporza-Spiecha i Sporza-Cwetna

Inne nazwania jego osoby (przydomki): Cetna-Keltna – Pani Powodzenia i Szczęścia, Władczyni Pomyślności, Średcza – Środkowa, Godząca i Pośrednicząca, Złota Baba (cwiet, swiet – złoto, barwa, kwiat).

Zajmowany krag:Czwarty Krąg, Krąg Wielkich Żywiołów

funkcja (zakres działania):rządzi szczęśliwymi spotkaniami i wynikającymi z nich sporzącymi działaniami, jest boginią rozmnażającą, powielającą, przynoszącą uśmiech szczęścia. Daje tym którzy są zapobiegliwi, skrzętni, oszczędni.

ród: Grubowie

pochodzenie: Dzięgle – Czarnogłów i Białoboga

narzędzia czarowne – oznaki władzy: Samonapełniający się Kuferek-Kosz i Ozdoby (Naszyjnik, Kolczyki, Szpile, Bransolety, Opaski i Pierścienie).

Pomocnicy (Stworze – bogunowie): Spory (Sporysze, Sparysze, Sporzce, Korgorusze, Kolowiersze, Rungitisy)

Wizerunki:

Sporza Śrecza clip_image002Sporza-Śrecza – wizerunek na stanicy


Znaczenie mian i imion oraz przydomków, i ważniejsze pojęcia wywodzone z jego miana:

Sporza, żona-siostra Spora, czyli Sporynia to znaczy mnoga, liczna, plenna, mnożna, również sprzyjająca (sprzać – sprzyjać), spożywająca, dająca pożywienie, sprzątająca i skrzętna.

Żona Spora nosi wtórne imiona Sporzy-Śreczy, Sporzy-Cwetny (Cwty-Kwty-Cetny) i Sporzy-Spiechy. Spiecha znaczy pospieszna, szybka, równocześnie znaczy też dojrzewająca oraz dojrzała (rus. spjełyj –dojrzały), dająca powodzenie (dospieć dojrzewać, spiać – osiągać), przybywająca – to jest zarówno przychodząca, jak i przyrastająca (przyśpiać – przybyć, przyróść), przygotowująca, gotująca (dośpiałe –gotowe do zjedzenia, przygotowane, ugotowane) i sprzyjająca osiąganiu celu (sporzyjać sprzyjać).

Śrecza to przydomek podkreślający, że bogini ta daje powodzenie i szczęście płynące z dobrego spotkania, czyli od innych ludzi. Słowo śratać znaczyło witać, spotykać, wychodzić ku sobie, znajdować (sure –znachodzić, znajdować), śrecza – szczęśliwe spotkanie, szczęście, pośratać – pozdrowić, błogosławić. Słowo to ma bliski związek z wywodzącymi się z tego samego rdzenia pojęciami serca (srdce, sirdce), serdeczności i środka, a co za tym idzie, środkowego dnia tygodnia (środy – strzedy, sredy – będącej dniem święta bogini szczęścia na Rusi) oraz pośredniości, średniości i pośrednictwac. Pośrednictwo, pośredniczenie to słowa oznaczające wymianę, słowiańskie, niemal dzisiaj wyparte, odpowiedniki germańskiego wyrazu handel. Wyraz śrecza wiąże się ze staroindyjskim sarma – płynięcie, prąd, jak w śrem, srzem, sermas. Również ser – pokarm obrzędowy, uważany za ważny produkt ofiarny, nawiązuje nazwą do kręgu pojęć związanych z boginią Śreczą. Inne bliskie znaczeniem pojęcia to szreń – biały, zimny, siwy (na okrywę śniegową) i śreż – śnieg,

Cwetna (Kwta, Cwta, Cetna) – to przydomek podkreślający kobiecość bogini, jej siły rozrodcze, rozkwitłość i kwietność powiązaną z rozmnażaniem (cetno – parzystość, podwójność, szczęście), Jednocześnie przydomek ten, jak samo słowo kwiat-cwiet, jest związany organicznie z pojęciem jasności, światła i świętości. Także kwiel-kuwieka – wabik, głos kwilący, cichy płacz, piszczałka-wabik, kutająca –brojąca (kutati – broić) i uspokajająca, ozdobiona, okryta całunem, strojem, strojna kwiatamid.

Te przydomki określają Sporzę jako bardzo kobiecą, zapobiegliwą, radosną choć zmienną, mogącą też przywieść do płaczu, jasną, świetlistą, sprzyjającą ludziom, serdeczną, płodną, strojną, brojącą, wabiącą wdziękiem i głosem, kwitnącą, rozrastającą się i rozkrzewiającą, darzącą życiem i powodzeniem, pozwalającą odnaleźć szczęście i czułą. Jednym z głównych ośrodków jej czci był Śrem, zwany też Srzemem, nad Wartą, Uroczysko znajdowało się również na Litwie nad rzeką Sermas, dopływem Jurye. Na Załabiu wśród Drzewian, Milczan, a także wśród Durzywian (Durzyńców) i Bodynów znad Jeziora Body w Alpach bogini nosiła miano Keltna.

WOŁOS

Postacie-wcielenia (równe miana): Wołok-Sporzec, Rogalec-Hammon i Kłąb-Klimba

Inne nazwania jego osoby (przydomki): Hammon – Święty Byk – Władca Płodności Bydła i Pan Bydła

Zajmowany krag:

funkcja (zakres działania):włada płodnością i mnożnością wszego żywego

ród:Grubowie

pochodzenie: z rodu Rgłów – Syn Śreczy i Rgła

narzędzia czarowne – oznaki władzy: Bycze Rogi i Zgrzebło

Pomocnicy (Stworze – bogunowie): Skotniki (Chlewniki, Lopematy)

Wizerunki:Wolos kompr

Znaczenie mian i imion oraz przydomków, i ważniejsze pojęcia wywodzone z jego miana:

Niemcy nazwali go „słowiańskim bogiem Hamnon – Suentebuek” (Rogalem –Świętym Bykiem), co zgadza się z byczym wyglądem i rogatością Wołosa, cechami boga znanymi z opisów ruskich z X wieku. Przydomek Sporzec oznacza pierworodnego syna Spora. Przydomki Rogalec i Kłąb mają takie same odniesienia, jak omówione niżej przydomki Rgiełca: Rogołec i Kiełt. Jednakże określenie Klimba (Kłymba, Kłąb) kieruje opis boga bardziej ku cesze kłębienia – mieszania, łączenia, bełtania, burzenia się, kotłowania, zwijania w kłębek. Przydomek ten wiąże się z kręgiem takich znaczeń, jak głąb – kłąb (głębia-kłębia) oraz klępa – klempa (samica krowy, łosia, żubra, tura, konia i człowieka, czyli ogólnie samica pokrywana ku rozmnożeniu i rozpłodowi).

Ostatnim, ale bardzo ważnym przydomkiem jest Wołok. Zarówno słowo wół (wołek), jak i wilk (wołk) pochodzi od tego samego rdzenia wel – wielki. Z tego samego rdzenia wywodzą się więc takie wyrazy, jak wołchw – czarownik, wołchwowanie – czarodziejstwo, wele, wołot, ielki, Wela, Weles, wał, wełna -fala, wełna – sierść, Wełm, włos – włos i włos – kłos (źdźbło, runo), a także włóczyć, wlec, włóczęga, własność, włość, włodarz, władza, władać (więc Wład-Ładziwc i Łado), ład, ładność, itp. Jest to olbrzymi krąg splatający się w jedność wyjaśnialną tylko w obrębie baju-mitu, który obejmuje postacie zarówno Łada, Ładziwa, Welesa, Wodo-Wełma, Chorsa, jak i Wołosa-Wołoka.

Wołos jest bogiem wołowym, bogiem, z którym łączy się kult przetrwały do dziś w folklorze na Rusi jako obrzęd wołoszenia, u Słowian Zachodnich jako Chodzenie z Turoniem. Bogiem wilczym (wołkowym) jest Weles; według baju, chciał on być Pasterzem Całej Trzody Świata i ukradł bydło Perunowi, który je miał powierzone pod opiekę przez Borowiła. Weles uciekł ze wszystkimi zwierzętami na Welę, ale został pokonany i jedyne, na co mu pozwolono, to wypasanie wilków. A żeby to była dlań kara, a nie nagroda, dano owemu bogu Kozią Głowę (jedni mówią, że zamiast własnej, drudzy, że jako głowicę zdobiącą nieodłączną pasterską laskę). Tak to Weles pasa nocami wilki, a wilki gonią go z powodu zapachu koziego włosia (lub widoku koziej głowy). Jest widywany na Ziemi jako Wilczy Pasterz, choć niektórzy twierdzą, że Wilczy Pasterz to Zdusz – król Wilkołaków.

Przydomek Wołok w wypadku Wołosa odnosi się więc do włóczęgi (bo pasterstwo wiąże się ze zmianą miejsca) oraz wołka – wołu, oznaczając Wołowego (Skotnego) Boga. Słowo wołać pochodzi również od miana tego boga i czynności pasterskich (nawoływania po halach i borach).

Kapłańskie gromady wołchwów obsługują świątynie (światliszcza) zarówno Wołosa, jak Welesa, Wodo-Wełma i Ładów. Jest to jedna z bardzo starych gromad kapłańskich, wywodząca się swoimi praktykami z czasów koczowniczego, pasterskiego trybu życia plemion słowiańskich.

ROSZA

Postacie-wcielenia (równe miana): Rosta-Rostwa, Raza-Rasa, i Rusza-Roża

Inne nazwania jego osoby (przydomki): Pani Wszelkich Robót, Pani Robótnej, Pani Czynu, Pani Obfitości.

Zajmowany krag:Krąg Szósty

funkcja (zakres działania): rządzi obfitością, daje tęgie brzuszysko i zwały tłuszczu, ale także pożytki tym którzy są robotni, szparcy, obrotni, gospodarni. Sporzącą w robocie – czyli poruszającą, dającą ruch, rozpoczynającą każde dzieło.

ród: Grubowie

pochodzenie: z rodu Wodów – Córka Śreczy i Wodo

narzędzia czarowne – oznaki władzy: Posiada obfite kształty postaci podobnie jak Obiła. Posługuje się Złotym Koszem, który zawsze nosi na plecach i Złotymi Grabiami.

Pomocnicy (Stworze – bogunowie): Plonki (Plunki, Plujki, Aitwory, Atwory, Otwóry, Oćwiary, Otwiry, Puki, Pukieny, Aitwarasy),

Wizerunki: Rosza kompr

Znaczenie mian i imion oraz przydomków, i ważniejsze pojęcia wywodzone z jego miana:

Rosza jest córką Wodo i Śreczy. Nosi przydomki Rosty-Rostwy, Rasy-Razya i Ruszy-Roży. Miano główne, Rosza, wraz z pozostałymi przydomkami tworzy krąg znaczeń wypływających z pojęcia wzrostu, rośnięcia, zboża (roża), kwitnienia oraz rosy – kroplistego osadu wody, wspomagającego swą wilgocią rośnięcie i dającego bujność roślinom, poruszającego ich siły żywotne. Rosza jest Panią Wspierającą każde działanie, czyn, przedsięwzięcie, sporzącą w robocie – czyli poruszającą, dającą ruch, rozpoczynającą każde dzieło. Nie jest przy tym, jak Rudź, opiekunką myśli, pomysłu, lecz pierwszego i każdego następnego kroku – działania, czynu. Przydomki Rosta (Rostwa) i Rasa odnoszą się do tego samego, czyli do wzrostu, rośnięcia. U Słowian Południowych wyraz rost (rosłość, wzrost, rośnięcie) zastępuje słowo rast (rastienie, rasti), co wynika stąd, że wyraz ów bierze początek w rdzeniu or (ordt, orsti) oznaczającym także świeżość, moc, młodość (orewit, orz, jary, jarowity, orzga – rózga obrzędowa dąjąca swym uderzeniem moc płodności, ożóg – rozpalacz nieci i gaśnica żywota). Miano Rosza, Rosa, Rossa nawiązuje także do rosochatości, czyli rozkrzewienia, bujności, rozsiewania, rozsadzania, rozpościerania, obejmowania czynami coraz większych przestrzeni.

Wielką cześć owej bogini oddawano na wzgórzu Rossa w Wilnie nad rzeką Wiliją (związek z wii – wijący, uwiłty i wilgny, wilgotny nie jest przypadkowy). Z lędźwi bogini Rossy zrodził się Rusłan (Urusłan), a od niego mają pochodzić Rosowie-Rosjanie (Rassijanie) i Rosiowie-Rusowie. Nazwy owych wielkich plemion, które dały początek narodom Rosjan, Ukraińców (Rusinów: Małych, Czarnych i Czerwonych) oraz Białorusinów, nawiązują zarówno do rosy – wilgoci (jak wszyscy Słowianie tak i oni zakładali grody na moczarach, w widłach rzek i byli od niepamiętnych czasów rolnikami), lecz także do owego rozprzestrzenienia, rozsiania, danego im przez opiekującą się nimi Matkę Roszę. Plemiona te były znane już starożytnym pisarzom pod mianami Rossolanów, Roksolanów, Rosówb. Również Polacy przechowali pamięć owych mian, nazywąjąc ruskie panny Roksolankamic. Niektórzy zachodni i południowi żercy i kudawowie uważają, że pochodzą oni od bogini Rudzi, a nie Roszy (irańska Rudabe) albo wprost od Rodżany. Bezpośrednio od bogini pochodzi również plemię Raszan z ludu Sorbów, które nad rzeką Rasą, czcząc boginię w swoim grodzie zwanym Raszką, zbudowało zalążek nowej ojczyzny – Serbii Naddunajskiej (Bałkańskiej). Rasa była rzeką bogini Roszy. Ośrodek wiary Roszy znajdował się również w białochorwackim Rosiejowie w Wiślanii, gdzie nachodzi się kopiec (bugryszcze) Roszy. Pamięć bogini przetrwała jedynie w obrzędach i podaniach ludowych Rusi, gdzie pod wpływem chrześcijaństwa dawną boginię zamieniono w demona konopnych upraw – Rosomocha.

Rostruchanami (roztuchanami), nazywano kielichy używane początkowo podobnie jak kruże czy wilki, w czasie obrzędowych uczt, a z czasem przy wszystkich innych biesiadach. Uczty i igry ku czci Roszy nazywano Rosgardami (gardzic – wojownik Perperuny, bohater). Wyraz przetrwał w języku polskim w formie rozgardjasz, od XVIII wieku oznaczając już tylko biesiadowanie, nieład, zamieszanie weselne, a także w języku pruskim, gdzie rozgard – wspólna łąka (jak wiadomo uczty świąteczne odbywały się zawsze na wspólnej ziemi, najczęściej świątynnej).

Zwierzęciem Roszy przynoszącym szczęście jest ropucha i bardzo rzadki drapieżnik rosomak. Rośliną symbolizującą Roszę jest powszechnie używany do dzisiaj w lecznictwie ludowym i czarach rozmaryn (Morska Rosa – tu widać ostatni chyba już współczesny ślad mitu o narodzinach i pochodzeniu bogini od Pana Mórz Wodo-Wełma). Od imienia tej bogini pochodzi nazwa posiłku będącego wywarem z mięsa i roślin obgotowanych w wodzie – rosołu, który początkowo był potrawą wyłącznie świąteczną, ucztową, poświęconą bogini Roszy (tak jak np. kisiel był poświęcony Welesowi i Nyi). Rosół jeszcze obecnie, z początkiem XXI wieku, jest na wsiach polskich, czeskich, słowackich, rosyjskich, ruskich i południowosłowiańskich uświęconym pierwszym daniem niedzielnego obiadu, jedzonego zawsze w samo południe (dokładnie o godzinie 12), po wcześniejszym odbyciu religijnych obrzędów. W związku z odniesieniami scytyjsko-perskimi pozostają też takie znaczenia, jak rasa – ród, rasowy – rodowy i rjasa – bogata tkanina, z której wykonywano szaty książęce (wcześniej być może kapłańskie, podobnie jak z futra rosomaka). Przydomek Raza, podobnie jak Roża, wiąże się z rdzeniem raz – obrabiać pole, pracować, bronować, orać i raz – ścinać, zboże, mleć na mąkę (razowy – grubo zmielony, żytni, reg, rougos – ziarno, rzezać – ciąć, zabijać zwierzęta, ludzi) oraz raz, razić – uderzać. Jak wiadomo w najdawniejszych czasach napaść i grabież były środkiem pomnażania bogactwa czy zdobywania pożywienia. Stąd także takie wyrazy, jak obraza, uraza, uraz, odraza, narażać się, narazić, przerazić,, a nawet – razem, wraz – pospołu, należą do kręgu pojęć bliskich imieniu bogini Roszy. W tym samym kręgu pozostają też słowa, takie jak wyrażać, wyraz, narzaz – danina, nacięcie, rzeźwy, rześki oraz zaraza – siła porażająca, kładąca pokoteme. Przydomek Roża dodatkowo nawiązuje do rogowatości, Togów, kolców oraz róż.

Istyjskim odpowiednikiem Roszy jest bóg Pilwits – dawca bogactwa. Istowie znają także i obchodzą wielkie święto zwane Rosąf.

RADA-ZBOŻA

Postacie-wcielenia (równe miana): Zboża-Sporzyca, Czisła-Czisłoboga i Krza

Inne nazwania jego osoby (przydomki): Pani Radości dla wszystkich, Pani Zaczynu, Pani Wzrostu, Władczyni Zasiewów i Urodzaju, Opiekunka Czisła (Kalendarza – Kulędarza, Koło Dara, Kłodarza).

Zajmowany krag:Szósty Krąg

funkcja (zakres działania):opiekunka kalendarza, daje radość każdemu – czyli możliwość i umiejętność radowania się i śmiechu. Dba o urodzaj i plenność nasienia oraz ziarna roślinnego.

ród: Grubowie

pochodzenie: z rodu Bożów i Grubów – Córka Rodżany, Bożeboga i Spora

narzędzia czarowne – oznaki władzy: Rozsiewające Bukiety. Pierwszy z nich to Bukiet Zbóż Rozsiewający Sytość, drugi – Bukiet Kwiatów Rozsiewający Radość.

Pomocnicy (Stworze – bogunowie): Radunice (Radice, Jumisy, Jumaleńsze),

Wizerunki:Rada Zboza kompr

Znaczenie mian i imion oraz przydomków, i ważniejsze pojęcia wywodzone z jego miana:

Święto Rady-Zboży jest obchodzone na wiosnę razem z Dziadami Wiosennymi i nazywane Radunicą.

Rada, córka Spora i Rodżany, nosi przydomki Zboża-Sporzyca, Czisła-Czisłobogaa i Krza. Dwa przydomki: Zboża i Sporzyca znaczą właściwie to samo – córka Spora, z tym że pierwszy może również oznaczać córkę Boża-Bożeboga (pochodzącą z Boża), który jak wiadomo miał swój udział w jej spłodzeniu. Słowo „zboża” ma identyczne znaczenie jak „sporza”, a cała zmiana brzmienia wyrazu polega na udżwięcznieniu „s” i „p”.

Przydomek Krza oznacza Panią Rozkrzewiającą, rozradzającą zboża i wszelki pożytek ziemi. Słowo to nawiązuje zarówno do kri – krzak, krzew, jak i do kri – krew, krow – krowa. Inne nawiązania to krzesanie (ognia), krzątanie (praca, sprzątanie ), wskrzeszanie (odradzanie) i krzczyca (czub, wiecha, warkocz włosów). Znaczenie rdzenia spor omówiono w Tai Szóstejb.

Miano Czisła oznacza mnożność, bezlik, wielką liczbę, niezliczoność i w ogóle liczbę. Pożytki dawane przez Zbożę są bowiem niezliczone, tak jak niezliczona jest ilość zbożowych ziaren sypanych w grzędy i liczba kłosów w łanach. W języku rosyjskim czisło oznacza nie tylko liczbę, ale i datę, konkretny dzień, co wiąże się z kalendarzem – bardzo ważnym przy uprawie roli, wyznaczaniu terminów siewu i zbioru zbóż. Wyraz ten oznacza również grono. Istyjskim odpowiednikiem Rady-Zboży jest bóg Ceroclis.

SSSSS s-1553

TYN SIMÓW (ZIEMI)

znak simow ziemia

Członkowie rodu: Sim, Matka Ziemia (Siem), Ziemiennik, Skalnik, Obiła

Główność: jednogłowy

Przynależność: Twer Swąta, Trzem Czarnogłowa, Tum Jeszy, Tyn Ziemów

Głowny przybytek, miejsce przebywania: Ziemia, Wela, Niebo

Atrybuty

żywe: Wierzba-Witwa i Wierzba-Iwa, Dzik i Ślimak, Bocian, Tojeść, Żurawina i Borówka Bagienna, Bobownik i Bagno, Jelonek Rogacz

kamień: Czarny Diament i Opal

minerał: Granit

rzeczy: Kamień, Skałę i Ziemię

maści (barwy): Czarna (Brunatna)

czerty i rezy (liczby): Czerta 8, Liczba 17,

taje (guzły) i gramoty (zapisy, sjenowity, wici): Taja Z, Gramota t,

Miesiąc Sierpień (Zarzew)

Na Weli

Niwa (symbol):Niwa Ziemi

Tyn: Dwór Skalny

Wieńce i ofiary: Tojeść, Żurawinę i Borówkę Bagienną, Bobownik i Bagno

Obrzędowy wypiek (potrawa, obiad – potrawa obiata):


SIM

Osełką uderzył Sim kiedyś Bożeboga przez co wylęgły się pszczoły. Sim zbudował na wysokiej górze, porosłej gęstym borem, wspaniały dwór-zamyk dla swojej żony Siemi (Matki Ziemi), i stamtąd trysnął wspaniały strumień Żywej Wody, którym jego żona karmiła żyzne doliny wokoło. Także, jak prawią liczne kapiszty wschodnie, dla niej, by się miała czym przykryć, wykuł z kamienia Sklepienie Niebieskie. Sim razem ze Skalnikiem był budowniczym Mostu Mostów – drogi wiodącej przez poszczególne Niebiosy i łączącej je w jedno lite Niebło zwane Niebem.

Postacie-wcielenia (równe miana): Sim-Stołb, Sim-Skraj i Sim-Wirch

Inne nazwania jego osoby (przydomki): Magura-Magóra – Pan Gór, Pan Skał, Władca Szczytów i Źlebów

Zajmowany krag:Czwarty Krąg

funkcja (zakres działania):włada górami i szczytami górskimi, baczy na wszystko co się w tym obszarze wydarza

ród: Ziemowie (Simowie)

pochodzenie: Dzięgle – Czarnogłów i Białoboga

narzędzia czarowne – oznaki władzy: Czarowna Osełka-Brus, Sim ma szatę Czarnobrunatną.

Pomocnicy (Stworze – bogunowie): Piędzimężyki (Mężyki, Pikuliki, Pi kuły, Gorcóniky)

Wizerunki:

Sim clip_image002Sim

Znaczenie mian i imion oraz przydomków, i ważniejsze pojęcia wywodzone z jego miana:

Słowo to oznacza najbliższy ludziom świat zewnętrzny – Ziemię, to, po czym stąpają i co ich karmi – ziemię, najbliższą człowiekowi grupę ludzką – rodzinę, ród – siemia, a także gospodarstwo wraz z czeladzią i sługi – sjemia. Litwini zwą kobietę żmoną. Wyraz ten nie zachował się w Słowiańszczyźnie, ale od niego pochodzi słowo żena – kobieta i żona. Również (litewskie) żmonez – ludzie. Dodatkowo siem znaczy „siedem” (wyjątkowo szczęśliwa liczba, także szczęśliwa czerta w magicznym systemie słowiańskim).

Sim nosi przydomki: Sim-Stołb, Sim-Skraj i SimWirch (Magura-Magóra). Siem jest czczona jako SiemSjemia, Siem-Matka Ziemia i Siem-Lęga.

Skraj – czyli znajdujący się na krańcach Ziemi (szczyty górskie są miejscami, z których można się dostać do Nieba), skrzący się – świetlisty (przebywający zawsze w słońcu, powyżej warstwy chmur), jaśniejący, jak wszyscy bogowie, skryty – trudny do zobaczenia i spotkania, nieujawniający się (niechętny ludziom i innym bogom), osobny, zamieszkujący bezludną krainę.

Wirch – zwieńczający, przebywający na szczytach, górujący nad innymi (zwierzchność), wierzgający (wirzg) – co wiąże się z wrogiwyrzutek (osobny), rzucający (głazami, skałami, lawinami). Wirch – wyniosły, władający powierzchnią. Pojęcie wierch wiąże się też blisko z wierg – los, dola, wyrok płynący z góry, przeznaczenie. Te znaczenia otwierają cały wielki krąg związany z wiarą i wierzeniami. Wierzchowiem i wierzchowiną nazywano górskie źródła, tryskające u szczytów spod nagich skał. Sim-Wirch jest Władcą Gór i Górskich Źródeł. Miano to nawiązuje również do wichrów szalejących na szczytach. Wichory i sam Strzybóg są jedynymi chętnie widzianymi przez Sima gośćmi. Bywają u niego w gościnie także Perun, Perperuna oraz Dażbogowie, a Swarożyc skrywa się za górami, zapadając w Zaświaty albo topi się na dnie górskiego jeziora, gdzie śpi nocą. Bliskie jest też pojęcie wirów powietrznych i wodnych (strumienie górskie wirują i kręcą się identycznie jak Wichory). Należy również uwzględnić przydomek znany z Rusi Kijowskiej Magura, spotykany również w Polsce w wielu nazwach. Przydomek ten oznacza Posiadającego Górę, Będącego Górą, Górującego. Poprzez gorzeć - jarzyć się i grzać, nawiązuje do świetlistości tego boga jak w przypadku wielu innych bytów niebiańskich.

Stołb – czyli stojący, nieruchomy, także słup, co podkreśla męskość boga. Stlba – stopień, stuba – drabina, a więc bóg, ku któremu trzeba się wspinać, przebywający na szczytach. Góry Stołpowe (słupowe, stołowe) – nagie wyspowe wypiętrzenia górskie o płaskim wierzchołku (na tego rodzaju skałach składano temu bogu we wgłębieniach ofiary). Stołbami, stolpami lub słupami nazywano także wielotwarzowe posągi bogów. Bliskie znaczeniowo są wyrazy takie, jak stóg – stożek, stok – zbocze górskie, również iztok (rus.) – źródło (co koresponduje znaczeniowo z wierch, wierzchowie – szczyt górski i źródło). Również stołb – stułeby (stugłowy), co nawiązuje do wielogłowości górskich pasm złożonych z wielu pojedynczych łbów (głów) – szczytów. Wreszcie stoł ma pierwotne znaczenie tronu, stolim znaczy wielki, olbrzymi, zaś stakle – podpora (nawiązanie go góry Trzygław, na której wspiera się Niskie Niebo). Ogólnie rysuje się obraz Sima jako zastałego, nieruchomego, twardego, wyniosłego, silnego, samotnego, podpory i opoki Świataa.

SIEMIA-SIEM

Postacie-wcielenia (równe miana): Siem-Sjemia, Siem-Matka Ziemia i Siem-Lęga

Inne nazwania jego osoby (przydomki): Matka Ziemia – Pani Zielonych Równin, Opiekunka Ludzi.

Zajmowany krag:Czwarty Krąg

funkcja (zakres działania):opiekuje się wszystkim co na sobie nosi w tym takjże ludźmi

ród: Ziemowie

pochodzenie: Dzięgle – Czarnogłów i Białoboga

narzędzia czarowne – oznaki władzy: Czarowna Czwórlistna Koniczyna, nosi Szarociemnozielone szaty

Pomocnicy (Stworze – bogunowie): Przypołudnice (Przipoldnice, Pśespolnice, Oprzypołudnie, Panny Polne, Panny Zbożowe, Baby Polne, Baby Zbożowe, Karakondżuły, Karakondżule, Laukamaty),

Wizerunki:

Siem Ziemia clip_image002Siem – Matka Ziemia (opiekunka kolejnych pokoleń Ludzi)

Znaczenie mian i imion oraz przydomków, i ważniejsze pojęcia wywodzone z jej miana:

Lęga, określenie wtórne Siemi, oprócz znaczeń związanych z glibielą, lgnięciem, lęgnięciem, zalęgiem, bagnem, mokradłami, błotem, gliną nawiązuje również do łąka (luka, lug – podmokła łąka, łęg). Podkreśla to kobiecość bogini, wiąże się z łonem i funkcjami rozrodczymi, łożyskiem, leżem i wieloma innymi znaczeniami takimi choćby, jak łażenie – krążenie, chodzenie (Matka Ziemia stale krąży po różnych okolicach dbając o ich dostatek), łęka – łuk (okrągłość), łąka – łączność (złączenie) czy łukawyj – krzywy, diabelski (co zawsze sprowadza się do dawnej, pogańskiej, przedchrześcijańskiej boskości). Ogólnie, żona Sima rysuje się jako odmienna niż on sam, bardzo przychylna ludziom kształcicielka i mnożycielka gleby-ziemi, karmiąca wszystko, co żywe.

SKALNIK

Postacie-wcielenia (równe miana): Skoł, Kład i Jameń-Jama

Inne nazwania jego osoby (przydomki): Panem Grot i Jaskiń, Panem Jam i Pieczar , Władcą Podziemi

Zajmowany krag:

funkcja (zakres działania): obejmuje swoim działaniem wszelkie podziemia, do których prowadzą drogi z powierzchni Ziemi.

ród:Ziemowie

pochodzenie: Syn Matki Ziemi i Sima

narzędzia czarowne – oznaki władzy: Złoty Kamień i Biały Kamień – Dwie Bryły: Złota i Solna (Kryształowa).

Pomocnicy (Stworze – bogunowie): Skarbki (Skarbnicy, Skarboniki, Skarbolicy, Karliki, Karły, i Podziomki, Kładowniki, Krużce)

Wizerunki:Skalnik kompr

Znaczenie mian i imion oraz przydomków, i ważniejsze pojęcia wywodzone z jego miana:

Skalnik nosi przydomki Skoł, Kład i Jameń-Jama. Jego istyjskim odpowiednikiem jest Podziemny Bóg – Dugnaj. Skalnik jako syn Ziemi i Sima nosi w swoim mianie owo pochodzenie. Słowo skała zawiera dwojakie pierwotne znaczenie wywodzące się bezpośrednio ze świata wierzeń i bajów (mitów) wiary przyrodzonej. Podanie mówi, że Skalnik (Skała-Skoł) zrodził się z miękkiej Siemi – czarnej, grząskiej, bagiennej, mokrej, brunatnej, ciemnej – Kali (kał znaczy błoto, pulpa, kałuża, nieczystość, glina), objętej z wielką mocą przez swego męża-brata, Sima. Owa gliniana kula, jaką był Jamień-Jama na początku, ściśnięta przez Sima, stała się twarda jak skała, jak jamień – kamień, jak żelazo, Stąd właśnie drugie znaczenie słowa kał, kalić – utwardzać, twardy. Prasłowiański wyraz kaliti znaczył hartować żelazo, zakalony – twardy, utwardzony, zahartowany, zakalec – twarde, zestalone, wypieczone na kamień ciasto, kalonka – gliniane, wypalane szczyty dachu, skał – twardy. Tak więc skał to jednocześnie twardy, kamienny oraz pochodzący z kałuiy, kału – bryi, brunatny, brudny. Jego miano nawiązuje również do świętych pojęć Kłody (kołka i koła), Kłódzi i Kołoty. Także do pojęcia skały – szczeliny, wejścia do świata podziemnego. Do kręgu znaczeń pokrewnych wchodzą również takie wyrazy, jak kład – podstawa rozpostarta pod nogami ludzi, kład – skarb ziemi, kład budulec oraz kład – nałożony ciężar. Bliskie korzenie ma słowo skarb i karba – nacięcie, linia wyżłobiona w kamieniu, w skale, w glinie albo w drewnie, skarbić – znaczyć, skorbać (skrobać) – ciąć, żłobić, wycinać, oznaczyć coś bardzo starannie. Żłobienie w skale wymagało pracowitości i staranności. Skrbiti to troszczyć się, opiekować, skarb to także bydło domowe, skrb – skąpiec strzegący pilnie swoich skarbów. Stąd miano wspomagających Skalnika bogunów Skarbkówb. Krbaniem, krbanią nazywano dzban, w którym chowano kosztowności i drogocenności. W takich dzbanach zakopywano skarby w ziemi. Inne odniesienia wskazujące na baj (mit) i wierzenie przyrodzone jako wspólne źródło to takie znaczenia słowa skarb, jak troska, żal, uraza, zgrzyt, skarga.

Przydomek Jameń nawiązuje do pojęcia Jamy – podziemia, groty, pieczary i kamieni. Przydomek ten wykazuje bliski związek z irańskimi, indyjskimi i scytyjskimi bogami Jamą i Jimąc. Człon koł podkreśla męskie cechy boga.

ZIEMIENNIK

Postacie-wcielenia (równe miana): Ziemiennik-Zimnik, Ziemiennik-Ispoł oraz Ziemiennik-Kukier.

Inne nazwania jego osoby (przydomki): Kukr-Kukrzysko, Ziemiobóg – Panem Pustek i Nieużytków, Panem Kopców, Władcą Pustyni, Carem Stepu oraz Władcą Isepów.

Zajmowany krag: Szósty Krąg

funkcja (zakres działania):sprawuje pieczę nad stepami, wyspami, nieużytkami, ziemią zlodzoną i spustoszoną. Jest panem kopców, a więc opiekunem wzniesień poświeconych bogom

ród: Ziemowie

pochodzenie: z rodu Plątów – Syn Sima  i Plątwy

narzędzia czarowne – oznaki władzy: Kamienne Berło, czyli Bryłobyrło.

Pomocnicy (Stworze – boginki): Jego pomocnicami a właściwie strażniczkami granic są Brzeginie (Beregyni, Berehynie, Panny Łąkowe, Przegińki, Prehynie, Meżamaty)

Wizerunki: -

Znaczenie mian i imion oraz przydomków, i ważniejsze pojęcia wywodzone z jego miana:

Miana Zimnik-Ziemiebog, Ispoł oraz Kukier (Kukr-Kukrzysko) to przydomki Ziemiennika. Bóg ten jest znany zarówno na północy, jak na południu Słowiańszczyzny. Jego postać przetrwała we wspaniałych, barwnych obrzędach płodności w Bułgarii, Mołdawii, na Wołoszy i w Macedonii, Jego istyjski odpowiednik to Zemnieks.

Wyrazy ziemia (irańskie humi) i zima (irańskie hima) wywodzi się ze wspólnego pnia, od którego pochodzą także takie znaczenia, jak ludzie (homo) człowiek-mężczyzna (humanus, guma) i kobieta (imona, żona, żena). Zima odsłania ziemię i powoduje uśpienie Ziemi, uschnięcie i obumarcie jej płodów. Wszyscy jesteśmy dziećmi Ziemi, wszystko, co żywe na niej, jest jej płodem. Najdawniejsze domy, w których człowiek szukał schronienia przed zimnem i zimą to wkopywane w ziemię ziemianki, zwane przez Irańczyków jumami, a u nas jamami. Ten związek znaczeniowy może być pośrednim dowodem na braterstwo Skalnika i Ziemiennika.

Kukrzysko to zarówno ognisko, jak i siedlisko, Kukrachty to święta potrawa przeznaczona Ziemiennikowi. Kogut (kukuryk) to ognisty ptak, ptak ofiarny, stróż każdego domostwa, podobnie jak wąż (zaskroniec, żmija) czy pies. Przydomek ten nawiązuje także do kauk – silny, dzielny, uderzać, bić, wyć, krzyczeć, czyli do bogów Działu – Kauków. Wyraz kokorycz wskazuje na Kukiera jako boga kędzierzawego, o zawijanych włosach, okrytego włosiem (kłakami).

Przydomek Ispoł nawiązuje zarówno do wyrazów isty – istny, istotny – ważny, istota – byt, jak i do ispina – wyspa, teren zalewany, czyli nieużytek, piaskowisko, szutrowisko, kamienisko, gołoborze oraz do słowa społ – spory, wielki, olbrzymi, spajający – scalającyb (łączący Ziemię-glebę z Simem-skałą, stanowiący spojenie tych dwóch skrajnych żywiołów Ziemi). Także pałający – czyli świecący blaskiem, jaśniejący oraz pałający – poruszający się żwawo, pędzący, poruszający się silnymi, gwałtownymi ruchami. Do cech pałania nawiązuje końcówka głównego miana – miennik, czyli mieniący się – świecący i zmieniający się szybko. Określenia te nawiązują do niezdecydowanej postawy Ziemiennika względem ludzi, który raz postępuje korzystnie dla nich, raz zaś odwrotnie, staje się ich przeciwnikiem.

OBIŁA

Postacie-wcielenia (równe miana): Obłoca-Obła, Obwiła-Obwleka i Oblęga-Obleża

Inne nazwania jego osoby (przydomki): Kalia – Pani Gleby, Pani Gliny i Karmicielką Żywego, bywa też nazywana Panią Bagienną (Bagrową)

Zajmowany krag:Szósty Krąg

funkcja (zakres działania):Pani karmiąca gleby i gliny, bagna i bagry – napełniająca ziemię plennością

ród:Simów(Ziemów)

pochodzenie: z rodu Wodów, Świstów i Sporów – Córka Stryji, Siemi, Spora i Wodo

narzędzia czarowne – oznaki władzy: Samokopiąca Kopaczka

Pomocnicy (Stworze – bogunowie): Obiłuchy (Pilewice, Plewice, Piłowitze, Kłoczany, Kłokisy)

Wizerunki:OBILAO kompr

Znaczenie mian i imion oraz przydomków, i ważniejsze pojęcia wywodzone z jego miana:

Obiła ma przydomki: Obłoca-Obła, Obwiła-Obwleka i Oblęga-Obleża. Również Kalia – czyli błotna, kałużna, kałowa, brudna, miękka. Wszystkie pozostałe przydomki i miana nawiązują z jednej strony do pojęć wicia, wici, wijania, powijania, uwijania, owitania – zamieszkiwania (czyli wiążą się z kręgiem pojęć wypływających z rdzenia swęt), a z drugiej strony kojarzą się z innym ciągiem znaczeń wywodzących się z pojęcia obłości – kulistości, krągłości, łukowatości, obejmowania, oblegania, ściskania, obwlekania, porastania, obłoczeniaa. Inny związek wypływa z rdzenia łokać, który wprowadza do opisu postaci bogini pojęcia oblęgania – śliskości, błota, wylęgu, leży. Obłojca – opiły, obł oka – obżarta, obłojnie – chciwie, łokacz – kałuża, łek – moczar, łokać – łykaćb. Dalej wywodzi się z tego połączenia związek z łąka, łęk, łekno, łuk, ług i imieniem celtyckiego bóstwa Lug. Wszystko to razem wskazuje na bliskość bogini ze Śląkwą i potwierdza jej rodowód. Wydaje się istnieć również bliski związek z istyjskim odpowiednikiem Obiły Luibegeldą i celtyckim Lugiem.

SSSSS s-1553

TYN PROWÓW (Cnoty)

znak cnoty ci

Członkowie rodu: Prowe, Czstnota, Prawdziwc, Sądza

Główność: jednogłowy

Przynależność: Twer Swąta, Trzem Czarnogłowa, Tum Jeszy, Tyn Prowów

Głowny przybytek, miejsce przebywania: Ziemia, Wela, Niebo

Atrybuty

żywe: Brzost i Brzoza Biała, Ryś, Cietrzew, Powój, Bratek, Ruta, Karabus,

kamień: Kryształ Górski

minerał: Magnetyt

rzecz: Kwarc

maści (barwy): Różowa

czerty i rezy (liczby): Czertę 1, Liczbę 1

taje (guzły) i gramoty (zapisy, sjenowity, wici): Taja C, Gramota b

Miesiąc -

Na Weli

Niwa (symbol): Niwa Tronu

Tyn: Kryształowy Dwór

Wieńce i ofiary: Powój, Bratek, Ruta,

Obrzędowy wypiek (potrawa, obiad – potrawa obiata):

Gdy chodzi o Mocarzy najpierwszymi są wśród nich Prowowie.

PROWE

Postacie-wcielenia (równe miana): Prowe-Isto, Prowe-Praw, Prowe-Karb

Inne nazwania jego osoby (przydomki): Pan Zasad i Praw, Dawca Praw, Pan Rozumu i Władca Mocy.

Zajmowany krag:Piąty Krąg

funkcja (zakres działania):przewodzący i ustanawiający prawa świata, prowadzący ludzi, ale też pierwszy wśród mocy, rozsądzajacy pomiędzy nimi. Sprawuje pieczę nad ludzkim rozumem, rozsądkiem i rozmysłem.

ród:

pochodzenie: Dzięgle – Czarnogłów i Białoboga

narzędzia czarowne – oznaki władzy: Żelazna Trzykątna Tarcza, oraz szata purpurowa podobnie jak u jego córki Sądzy.

Pomocnicy (Stworze – bogunowie): Kraśniaki (Kraśnięta, Krośnięta, Krośniaki, Kroszęta, Krasnoludy, Krasnoludki, Krasołudki)

Wizerunki: -

Znaczenie mian i imion oraz przydomków, i ważniejsze pojęcia wywodzone z jego miana:

PROWE – czyli pierwszy (prwy) z Mocarzy, stanowiciel prawa, strażnik praw, znający prawdę, prawiący – mówiący i kierujący, a także sądzący, przewodzący (prowadzący), prawy – czysty, szczery i jednocześnie prawy, właściwy (w odróżnieniu od lewego niewłaściwego, co się bierze z odwrotnego kierunku kołowania w tanach magicznych i czynnościach czarownych, jakby zawracania życia ku śmierci – ponieważ lewy jest związany z bóstwami podziemia, Zaświatów), także sprawiedliwy. Również sprawny, sprawujący sądy, dający prawidła. Jednocześnie miano tego boga wiąże się z całym kręgiem znaczeń wywodzonych od per – uderzać, prać, które zostały omówione przy osobach Spora i Peruna, a także Perepułta. Tam mieszczą się również podkreślające męskość boga odniesienia do pręt, prąd, napierający, prędki. Miano Prowe jest wbrew pozorom dwuczłonowe, a drugi człon -we jest skróconym -wed (wiodący, widzący, wiedzący, wieszczący, wiążący). Znaczenie tego rdzenia omawialiśmy już wielokrotnie wyżej.

Isto znaczy istotny – główny, wywodzący się ze Swątowego istu, prawdziwy i właściwy (jestojski – prawdziwy, istinnyj – prawdziwy, istina – prawda, isty – właściwy). Także idący, nadchodzący (iść), nieuchronny (znachodzący).

Karb, czyli trzymający w karności, w karbach, w posłuszeństwie, w prawie i prawdzie. Znaczący uczynki karbami i karzący – karciciel. W mianie tym zawarty jest rdzeń kar oznaczający maść zarówno czerwoną, jak i czarną – barwy krwi i żałoby, związane ze śmiercią, karą pośmiertną, krwią czy wymierzaniem powszechnych dawniej kar cielesnych

CZSTNOTA

Postacie-wcielenia (równe miana): Czstnota-Cna, Czstnota-Pirwa i Czstnota-Czela

Inne nazwania jego osoby (przydomki): Czołna-Chwała zwana też Sławą – Pani Czci i Cnót, Pani Czystości i Oczekiwania, Pani Samotności, Pani Cierpliwą

Zajmowany krag:Piąty Krąg

funkcja (zakres działania): Jest strażniczką i opiekunką cnót, chwały, sławy, czci. Wynagradza cierpliwym, oczekującym i samotnym

ród:Prowowie

pochodzenie: Dzięgle – Czarnogłów i Białoboga

narzędzia czarowne – oznaki władzy: Trójkąt i Złoty Wieniec oraz szatę białą tak jak jej syn Prawic

Pomocnicy (Stworze – bogunowie): Dobrochoty (Dobrochty, Dobroszęta, Dobrożiły, Dobrodzieje, Księżoludki, Pełniczki)

Wizerunki:Czsnota-pirwa kompr

Znaczenie mian i imion oraz przydomków, i ważniejsze pojęcia wywodzone z jego miana:

Czstnota to imię dwuczłonowe, gdzie pierwszy człon znaczy czystość, cnotę, cześć, chwałę i ckliwość – słodycz oraz ckliwość – tęsknotę, Drugi człon miana, -nota, nawiązuje do nyć – zawodzić, wyć, tęsknie śpiewać, nucić, umierać (nyja – śmierć).

O przydomku Czstnoty, Pirwa, warto tu powiedzieć ponad to, co powyżej powiedziano w związku z Prowem, że być może było to główne dawne miano tej bogini, ma ono bowiem także po prostu znaczenie: Prwa – żona Prowego.

Cna, czyli cnotliwa, tęskna, czysta, pusta – czcza (odnosi się do jej dziewictwa nigdy nie była zapłodniona, pełna), ckliwa – nudna, ckląca – czekająca, tęskniąca, zacna – godna szacunku, poważana, pełna czci i czczona.

Czela (Czołna-Chwała) wiąże się z jej pierwszeństwem (urodziła się przed Prowem jako Pirwa, a więc na czele wszystkich mocarzy, i razem z Prowem przewodzi im wszystkim) oraz czołzaniem – śliskością (co odkreśla kobiecość bogini). Jednocześnie jest to bogini czuła, ckliwa, a jej prawa są skierowane do ludzi (czel – człowiek, czeladź) do rodzaju człowieczego jako całości. Człon -łna (-la, -łzna) odnosi się zarówno do jej kobiecości (łona) jak i jaśnienia (łuna), czy płaczu i pustości – łonienia – ronienia, łzawienia. Chwała znaczy dokładnie cześć, sława, uwielbienie i podziękowanie, ale nie zwykłe, lecz dziękczynienie skierowane do bóstwa (np. „chwała ci, Panie”, „chwała Bogu”). Słowo to jest tożsame ze słowem Sławab i ma pochodzenie indoeuropejskie. Zachowało się w staroislandzkim skval – czcza paplanina, puste słowa, głośna mowa, wołanie. Z pojęciem chwały wiążą się także pojęcia chwat – dzielny, chwacki – zręczny, chybki – szybki, chwyt – chwytać, uchwyt, chwat – chwytający. Ten ciąg znaczeń nawiązuje bezpośrednio do mitu i postawy Czstnoty, bohatersko (chwacko) broniącej syna, Prawica. W słowie Sława zawiera się z kolei przebogaty ciąg znaczeń związanych zarówno z pojęciem słowa, jak i słońca, słania, posłania, posyłania, przesłania, błogosławieństwa, prawosławia – czyli prawowierności – prawdziwej, prawej wiary i wiernościc. Sławić znaczyło chwalić, wielbić. Sławny był ten, kto był wierny raz danemu słowu, przyrzeczeniu, wierze czyli prastarej, prawej religii.

Czelny – czołowy, wychodzący na czoło, z uniesionym czołem, posiadający cześć, moc dzielenia na części. Z tym rodzajem śnitki wiąże się zdolność kierowania ludźmi. Z rdzenia czel pochodzą takie pojęcia, jak człowiek, czelność, naczelnik (wychodzący na czoło), czeladź – dawniej cała rodzina razem ze służbą i niewolnikami (także pokolenie), czela – rodzina, ród, także tłum ludzki, czela – wszystkie pokolenia rodu, czeluść – dawniej gęba, otwór, usta, czoło – pagórek, wierzchołek, wzgórze. Poprzez wspólny praindoeuropejski rdzeń kel wywodzi się również z tego słowa pojęcia czółno – łódź wydłubana w pniu (czołn, czlun, łużyckie coln), czułość – wrażliwość, czsnota – cnota, cześć i część, człon – część całości, członeka. Ludzie posiadający w swojej nieci tylko ten rodzaj śnitek to przypuszczalni królowie, wytędze, naczelnicy plemienia, czołowe postacie swego ludu, bogacze.

PRAWDZIWC-PRAWOTA

Postacie-wcielenia (równe miana): Prawic, Karna-Ukor lub Prawda-Prawota.

Inne nazwania jego osoby (przydomki):Jednoręki – Pana Prawdy i Prawości, Pana Pokory, Władcy Niewinnych

Zajmowany krag:Siódmy Krąg

funkcja (zakres działania):opieka nad niewinnymi, dochodzenie i odsłanianie prawdy, dbałośćo przestrzeganie prawa ustanowionego przez bogów i ich ziemskich przedstawicieli

ród:Prowów

pochodzenie: jest synem (córką) Prowego i Dziewanny, albo Prowego i Czstnoty.

narzędzia czarowne – oznaki władzy: Jednoręki, w prawicy dzierży Wagę Uczynków.

Pomocnicy (Stworze – bogunowie): Prawki (Prawdki, Prowdki, Samoludy, Samoludki, Praworuki, Prawiczki, Prawce, Prowydnyki)

Wizerunki:prawdziwic Prawota kompr

Znaczenie mian i imion oraz przydomków, i ważniejsze pojęcia wywodzone z jego miana:

Prawdziwc jest Zwany (lub Zwana jest – jeśli przyjąć punkt widzenia Wschodnich Kapiszt Mokoszy o Żeńskiej płci bóstwa) Prawicem, Karną-Ukorem lub Prawdą-Prawotą. Przydomki Prawic, Prawdziwc, Prawda i Prawota zawierają kręgi znaczeniowe wywodzące się z rdzenia per (pir), które omówiono przy postaci Peruna, Spora i Prowego w Tai Szósteja. Wszystkie one sprowadzają się do prać – uderzać, prać – myć, czyścić (pyrti, pirć – łaźnia), ofiarowywać (pir – ofiara), przeć, prąd, prąt, pierw itp. Postać Prawica występuje, pod mianem Karny, w najstarszych zapisach słowiańskich kronikb. W Knidze Gołubiej, w mitach i podaniach Rusi, jest przedstawiany jako Prawota. Wiele opowieści mitologicznych zachowało się do dzisiaj.

Główne miano, Prawdziwc, zawiera w końcówce zdrobnienie -ic oznaczające syna, a poprzez całość drugiego członu dziwc, nawiązuje do postaci matki Prawdziwca, Dziewanny oraz do jego dzikiego przyrodzenia (zbioru cech). Przydomek Prawic określa owego Boga jako prawiącego – mówiącego, karzącego (karzyć – mówić), wydającego sąd, sądzącego. To drugie znaczenie podkreśla także przydomek Karna – karzący, prawiący wyroki, także „mówiący”. Przydomek Ukor nawiązuje z kolei do kary i ukorzenia się, poddania wyrokowi, wyrażenia żalu za popełnione winy. Przydomek Prawda oznacza Dawcę Praw (praw dawca) i Mówiącego (prawiącego) Prawdę, Prawego (praw-wda). Przydomek Prawota znaczy dosłownie – Sprawiedliwość, czyli że Prawic jest bogiem Sprawiedliwym –Dawcą Sprawiedliwości. Jednocześnie przydomki z członem praw podkreślają niewinność (prawiczość) boga (który nie ma żadnych ciągot do bogiń, boginek ani do kobiet ziemskich)c oraz jego prawość. Przydomek Prawota mówi również o pewnej cielesnej cesze boga, jego ułomności, która się wzięła ze stoczonej przezeń walki z Potworemd Pogromem w czasie Wojny o Bytę. Pogrom odgryzł mu lewą rękę i Prawdziw jest od tamtego czasu bogiem jednorękim – wyłącznie prawym (praworęcznym, prawostronnym). Podobną rolę spełnia u Istów Kellukis – Pan dróg.

SĄDZA

Postacie-wcielenia (równe miana): Osuda, Kriwda-Tresta i Sędziwa

Inne nazwania jego osoby (przydomki): Pani Osądu i Sierdzy, Władczyni Przywar, Pani Waśni i Kaźni, Sadza

Zajmowany krag:Siódmy Krąg, Krąg Małych Mogtów

funkcja (zakres działania):włada osądami ludzkimi, rozsierdzeniem i pomstą, wyrównywaniem krzywd, ale i powoduje krzywdy i krzywe wyroki. Powoduje waśnie i jest odpowiedzialna za wykonywanie kary. Często powoduje troski i zgryzoty.

ród:Prowów

pochodzenie: z rodu Sołów i Dziewów – Córka Prowego, Dabogi i Dziewanny, albo Plątwy

narzędzia czarowne – oznaki władzy: Kij-Samobij i Osęk

Pomocnicy (Stworze – bogunowie): Sądzenice (Sojenice, Sjudenice, Siuda Baby, Sudenice, Sudennice)

Wizerunki: Sadza osudza kompr

Znaczenie mian i imion oraz przydomków, i ważniejsze pojęcia wywodzone z jego miana:

Sądza jest czczona przez wszych Sławian jako Osuda, KriwdaTresta i Sędziwa. Jej postać pod mianem Usuda została przechowana przez Słowian Południowych (Serbów) w wielu podaniach i baśniach. Jako Kriwda przetrwała w Setniku Południowosłowiańskim, Knidze Gołubiej, folklorze Rusi (Białorusi, Małorusi) oraz w Rosji. Miana Sądza, Sędziwa, Osuda, wiążą się z kręgiem znaczeń takich jak: sąd, sądzenie – wydawanie sądu, wyroku, sąd – pogląd, wypowiedż, sąd – kara, sędzia – wódz, członek rady Starszych, sędziwy – stary, siwy, sędło – sieć, sęk (suk) – kołek, gałąź, sęt – mówić, rzec, presenetiti –zamawiać, urzekać. Cała grupa tych nazwań wiąże się z pierwotną rolą Starszego Rodu, który był jednocześnie sędzią rozstrzygającym spory, wróżem, wraczem-znachorem odczyniającym i zaklinającym uroki, starcem radzącym i mówiącym plemieniu, jak postąpić, wyrażającym osąda. Z tym znaczeniem wiążą się również postacie Sądzenic – boginek przynoszących przy urodzeniu wierg-los w imieniu Prowów, działających zwłaszcza w zastępstwie Sądzy-Osudy. Przydomek Tresta wiąże się z pojęciem: trestkać – karać, umorzyć, troska – zgryzota, trzask – uderzenie, trzeszczeć, troszczyć się, trociny – opiłki, treść – zawartość, trzon – rdzeń, trzcina, tręść – trząść, trętwieć – drętwieć, trącić, trzeć i trzepaćb.

Ostatni przydomek, Kriwda, wiąże się z kręgiem znaczeń odpowiadających przydomkowi Sądza, ale poszerzających ten krąg w stronę nieprawości. Kriwda w Gołubiej Knidze i baśniach ruskich występuje jako Nieprawota – przeciwniczka Prawoty (Prawdy-Prawica). Kriw – znaczy krzywy, krzywda – skarga, wina, być komuś krzywym – być winnym, krzywaźń – nieprzyjaźń, wrogość, waśń, krzywo patrzyć –patrzeć wrogo, krzywdzić kogoś -wyrządzać mu szkodę, krzywdować sobie – żałować czegoś, wyrzekać się, krzywula (kriwula) – laska obrzędowa obwieszczająca święto i zawiadamiająca o wiecu oraz obrzędach świątynnych, kriwe – kapłan (pierwotnie tylko kapłan Sądzy-Osudy, później także innych bogów – zwłaszcza u Istów). Słowo kriwda wiąże się z innymi kręgami znaczeń wywodzonymi od krew i krowa. Jest to krąg wypływający z rdzenia chors’ (gor, kor). Także wiąże się z kręgiem krzydło-skrzydło (skrzysty, skrzydlaty, iskra) i kręgiem krzynica-krynica (źródło święte, skrzynia – pojemnik, skrętny –kręty, skrat – skrzat, skrzętny, skryty)c.

Miejscami szczególnej czci Sądzy były w Białochorwacji Sądz-Sądecz (dzisiejszy Stary Sącz) i Sądzymirz (dzisiejszy Sandomierz). Z Sądzą można porównywać istyjską Gabyauję, a może tajemniczą Prokorimos.

SSSSS s-1553

TYN BOŻEBOGÓW (Ubożów)

zna radogostów ouk

Członkowie rodu: Bożebóg, Uboża, Boda, Warza-Cica

Główność: jednogłowy

Przynależność: Twer Swąta, Trzem Czarnogłowa, Tum Jeszy, Tyn Bożów

Głowny przybytek, miejsce przebywania: Ziemia, Wela, Niebo

Atrybuty

żywe: Leszczyna i Dzikie Wino, Wąż i Świnia, Szpak i Jeżyk, Winorośl i Biedrzeniec, Barwinek i Bodziszek oraz Muchomor Czerwony, Dzięgiel i Zimowit, Bożą Krówkę i Muchę.

kamień: Akwamaryn i Beryl

minerał: oleje (olej skalny)

rzeczy: Kasza i Pierze

maści (barwy): Ciemnobrązowa (Brunatna)

czerty i rezy (liczby): Czertę 4, Liczbę 13

taje (guzły) i gramoty (zapisy, sjenowity, wici): Taję U, Gramotę z

Miesiąc -

Na Weli

Niwa (symbol): Niwa Domu

Tyn: Dwór Kamienny

Wieńce i ofiary:Dzięgiel, Barwinek

Obrzędowy wypiek (potrawa, obiad – potrawa obiata):gostba – ugoszczenie dla Bogów z pokarmu gotowanego np. kaszy, jest szczególnie przeznaczone Bożom-Radogostom

BOŻEBÓG

Postacie-wcielenia (równe miana): Domowit-Radogost, Bożebog-Bożycz i Bożebog-Bodo

Inne nazwania jego osoby (przydomki): Pan Gospodarstwa, Pan Spichrza, Opiekun Ludzi i Wielki Pasterz Niebieski

Zajmowany krąg:Piąty Krąg, Krąg Dużych Mogtów

funkcja (zakres działania):opiekuje się gospodarstwem jako całością spraw z nim związanych. Pilnuje spichrza kiedy nie ma w nim Body, opiekuje się domem, przychówkiem i dobytkiem kiedy nie ma w nim Uboży, opiekuje się Bodrym światłem pod nieobecność Body. Jest Panem Ludzi, a więc od niego zależy to jak się ludziom w ich bycie ziemskim wiedzie, co maja a o czym nie wiedzą, co posiadają. W jego szczeggólnej opiece pozostają drzewa Leszczyny.

ród: Bożowie

pochodzenie: Dzięgle – Czarnogłów i Białoboga

narzędzia czarowne – oznaki władzy: Leszczynową Laskę i Złoty Trójorzech, oraz Złoty Skobek

Pomocnicy (Stworze – bogunowie): Ubożęta (Domowiki, Domowe Dziadki, Detki, Didki, Bożęta, Ubożuchy, Chatniki)

Wizerunki: -

Znaczenie mian i imion oraz przydomków, i ważniejsze pojęcia wywodzone z jego miana:

Miana nie zachowały się w swej pierwotnej postaci z powodu mocnego zakazu (tabu) wymawiania imienia bóstw, których przychylność była tak ważna dla gospodarstwa i domu. Przetrwały i zostały zapisane imiona wtórne, czyli przydomki będące w powszechnym użyciu, jak Bożycz (południowi Słowianie), Bożeniek, Uboż (północni Słowianie), Radogost, Bodo (Słowianie zachodni), Domacha (Słowianie południowi). Polacy przechowali również to miano, ale w formie: Ubożęta – słudzy u Boża, określającej bogunów będących pomocnikami Boża (Bożeboga). Ubożą była pierwotnie Domacha, żona-siostra Boża. Uboża znaczy dokładnie to samo, co Bożyna, czyli żona Boża. Imię to nie ma nic wspólnego z ubóstwem rozumianym jako bieda. Oznacza ono boginię szczególnie ubóstwianą, czyli czczoną, tę, o której względy zabiegano. Istotą miana Bożeboga jest zdwojony człon bog (udział, dawca, bogactwo, szczęście), który omówiony został przy osobie Dażboga.

Bożebóg jest zwany Radogostem, Domowitem, Bożyczem i Bodem. Jego żona-siostra, Uboża, nosi miana Uboży-Domachy, Uboży-Gostby i Uboży-Radogódzy.

Przydomki Radogost i Radogódza mają tożsamy zakres. Człon pierwszy rad- znaczy tyle co chętny, radosny, darzący, niosący zadowolenie (od zmienionego indoeuropejskiego ardh – darzyć, dawać zdrowie, radzić, zaradzać). Rdzeń ten jest bardzo bliski rod – rodzić, ród, rodzina. Także blisko związane znaczeniem jest radło – narzędzie orne (oradło-socha-pług), co dawniej obejmowało i sam proces orania (orkę zwano radłem). Rada – czyli zgromadzenie wydające prawa, sądzące, decydujące o wyprawach, bitwach, obronie, przenosinach plemienia, regulujące całe życie wewnętrzne wspólnoty. Rada była zebraniem najwyższych dostojników i miała charakter religijny. W jej skład wchodziła starszyzna (wodzowie, kniaziowie) i kapłani (żercy, czarownicy, wracze). Już zestawienie tych czterech rudymentarnych znaczeń musi powiedzieć wiele o ważności bóstwa. Drugi człon obu mian zawiera w sobie równie istotny krąg znaczeń. God, Got, Gost, Gódź – to indoeuropejskie określenia boga i ducha, godności i złączenia, a także czasu. W Polsce słowo to zachowało się w odniesieniu do czasu (Godowie, god – rok, godzina, dogodny – właściwy czas) i na określenie znaczności, ważności, godny – zacny, ważny. Zachowało się także w pojęciu ugoda, zgoda oraz pogoda.

Określenie Gospodzin oznacza tego właśnie boga. Radogost i Radogódza są więc radzi gościom, ale jako Rado-bogowie – radzi, godzący i godni, dawcy szczęścia.

Przydomek Domowit oznacza z jednej strony to samo co Radogost – rad gościom, witający w domu, ale z drugiej ma o wiele głębsze i wielorakie znaczenia wypływające z mnogich odniesień i nawiązań członu wit. Przede wszystkim owitat’ – założyć, zamieszkać, narodzić się, uwić – stworzyć, a więc Domowit to Dawca Domu, Założyciel Gospodarstwa, Opiekun Domu, Ten Który Tworzy Dom. Słowo dom nie jest pochodzenia łacińskiego (jak się zwykło sądzić), lecz praindoeuropejskiego. Pochodzi z okresu Wspólnoty i jest najstarszym słowiańskim określeniem stałej budowli zrobionej z drewna lub glinya.

Przydomek Bożeboga Bożycz nie jest zdrobnieniem oznaczającym syna (jak w Swarog -Swarożyc), lecz określa jego funkcję udzielcy, czyli użyczającego życia, użyczającego dobry byt, opiekuna gospodarstwa – czyli darcy żywota, a także żyżcy – czyli rozpalającego każdego ranka ogień (żec, zażegać – palić, podpalać), opiekuna domowego ognia. Człon ten podkreśla związek z boskością – płonięciem, jaśnieniem.

Bodo – postać przydomka zachowana na Łużycach i w starych dokumentach czeskich (tu w odniesieniu do bogini Body – córki Bożeboga) oznacza boga dawcę (końcówka -do to skrócone -daw). Przydomek ten znaczy również budujący, opiekun budowli (od bud – budować), także bóg będący (stale obecny), strażnik bytu (od bud – byt). Oznacza ona również bodącego, strzegącego bodrego światła (Biedronki Bożej Krówki – Młodego Światła). Według mitu Bodo, wraz ze swoją córką Bodą, jest pasterzem owego młodego światła, opiekunem zaraz po jego dorocznym narodzeniu i aż do chwili Dzikich Łowów Zimowych (20-26 grudnia). Body to także ostry i kłujący (boda – ostroga), co podkreśla męskość bóstwa. Bliskie są również inne aryjskie nawiązania, jak np. gockie badi- leżę, niemieckie Bett – łóżko (pierwotnie legowisko było całym domem człowieka).

UBOŻA

Postacie-wcielenia (równe miana): Uboża-Domacha, Uboża-Gostba i Uboża-Radogódza.

Inne nazwania jego osoby (przydomki): Pani Domu i Władczyni Ogniska Domowego

Zajmowany krag: Piąty Krąg

funkcja (zakres działania): dba o spokój domu i jego powodzenie, o dobrą weń domową i domowy dobytek

ród: Bożowie

pochodzenie: Dzięgle – Czarnogłów i Białoboga

narzędzia czarowne – oznaki władzy: Samonapełniający się Dzban

Pomocnicy (Stworze – bogunowie): Skrzęty (Krzaty, Skrzaty, Skrzęta, Skrjenia, Skrytki, Skrzatki, Skrzaki, Szkraty, Szetki, Szpirki, Barstuki),

Wizerunki: Uboza - Domacha kompr

Znaczenie mian i imion oraz przydomków, i ważniejsze pojęcia wywodzone z jego miana:

Przydomek Uboży Gostba nawiązuje do znaczenia gospodziny – pani, władczyni (rus. gosudara, pol. gospodza, serb. gospa), a także do gości, gościny, gościńca. Gostba znaczy po prostu gościnna, ugaszczająca i dbała. Gostbą nazywano także uroczyste posiłki połączone z ofiarą dla przodków, złożone z pokarmu gotowanego. Były one przeznaczone nie tylko dla Dziadów (duchów przodków), ale i dla bogów, przy okazji gościny - przebywania na uroczysku, w świątyni, lub podczas goszczenia Dziadów i bogów w domu. Należy odróżnić ofiary w rodzaju gostby od obiaty połączonej z przyrzeczeniem, żertwy połączonej ze spaleniem czy innych jeszcze rodzajów ofiar. Wielkie rodziny słowiańskie budowały w ramach własnego gospodarstwa (terytorium) specjalny budynek zwany gospodą, który był przeznaczony na uroczystości, przyjmowanie gości, narady i sprawowanie religijnych obrzędów, w tym ofiar.

Domacha (Domasza, Domowicha), czyli Pani Domu, władczyni wszystkiego, co w nim jest. Słowo dom, jak już wspomniano wyżej, ma pochodzenie bardzo archaiczne i jest wspólne dla wszystkich Ariów (Indoeuropejczyków). Człon -macha ( -masza) pochodzi od mieć i oznacza posiadanie, władanie domem, lecz może też określać moszczenie, zagospodarowywanie (od moszyć, mościć, mochać – wykładać mchem). Istnieje też bliski związek znaczeniowy z mieszkać, a więc w mianie bogini zawiera się pojęcie Zamieszkująca Dom.

BODA

Boda jest ulubienicą swoich rodzicieli Bożeboga i Uboży-Domachy, ich jedynym wspólnym dziecięciem, czyli boginią Czystej Krwi. Jest to bogini narowista, gwałtowna i zmienna. Jej atrybutami są Bidło-Klepadło, Kubeł-Beczuła i Bicz-Chwost Krowi, którym bogini posługuje się niczym orężem, oraz wspomaga się w swojej pasterskiej robocie. Jest ona tytułowana Panią Komory i Spichrza, oraz Wielką Pasterką Niebieską. Czczą ją w różnych stronach i słowiańskich ziemicach pod mianami Swątbody (Świebody-Swobody), Budry-Bodry i Bodzicy-Bodziany. Chwost-Ogon Krowi nie jest atrybutem Body trzymanym przez nią w ręku, lecz że jej wyrasta spomiędzy pośladków i z owymi czarnymi długimi włosami bogini się zlewa. Tym Chwostem bogini broni Bożej Krówki, którą pasie po Niebieskich Ługach zimą zaraz po jej narodzeniu. Jedni mówią, że ma dwa proste rogi ostre jak sztylety, drudzy zaś że tylko jeden po środku czoła. Tym rogiem bodzie wrogów Bodry – Biedronki – Świeżego Światła, Jasnej Duszy Swątlnicy. Pasterzem Ciemnej Bożej Krówki jest Badnjak. Pomocnikami Body są bardzo niechętne ludziom boguny – Żyry. Mówią także, że Boda jest jedyną, która współczuła Swątlnicy jej doli i pragnąc tego samego stała się chodzącą samopas po niwach Swątbodą. Ci zwą ją Panią Wolnej Woli.

Postacie-wcielenia (równe miana): Swątboda (Świeboda-Swoboda), Budra-Bodra i Bodzica-Bodziana

Inne nazwania jego osoby (przydomki): Będą, Świętoboda, Bociana, Swawola, Bida – Pani Komory i Spichrza, oraz Wielka Pasterka Niebieska, Pani Wolnej Woli – swobody

Zajmowany krag:Młodzi Mogtowie, Siódmy Krąg

funkcja (zakres działania):jej główne zajęcie to pasanie i ochrona Bodrego Światła – Biedronki. Opiekuje się także bocianami – nosicielami szczęścia. Czuwa jednak także nad zbiorami i przetworami w spichrzach, stodołach i komorach. Ponieważ jest jednak jednocześnie panią wolnej woli i chadza często samopas po dziwnych miejscach bywa że komory i spichrza pod jej opieką świecą pustkami. 

ród: Bożowie

pochodzenie: Córka Boda -Bożeboga i Uboży-Domachy

narzędzia czarowne – oznaki władzy: Bidło-Klepadło, Kubeł-Beczuła i Bicz-Chwost Krowi. Ma dwa proste rogi ostre jak sztylety, lub tylko jeden po środku czoła.

Pomocnicy (Stworze – bogunowie): Żyry (Żyrowiki, Kikimory, Złydnie),

Wizerunki:Boda kompr

Znaczenie mian i imion oraz przydomków, i ważniejsze pojęcia wywodzone z jego miana:

Byt oznaczał kiedyś nie tylko istnienie, bycie. Jest to prasłowo rozgałęzione w trzy rdzenie byt-byt’ (bud’) -bud. Pierwotnie rdzeń ten znaczył róść. Ma on także znaczenie mieszkać. W grece zachował pierwotne znaczenie płodzę, daję róść, rosnę, rodzę się, stawam się i wykazuje bliski związek wynikowy z drzewo, roślina, liść, przyroda. Ros. zabudiet’ – zapomnieć, nezabudet – na pamiątkę, ku pamięci, zabyty – zapomniany, zabytek – rzecz z przeszłości. Od być pochodzi wyraz bydło, który oznacza nie tylko byt, ale stan i mieszkanie, zwierzęta domowe, także dobytek – czyli to, co się posiadło. Inna gałąź znaczeń opartych na tym samym rdzeniu to budować, budynek, buda – mieszkanie, dom, ukształcanie. Jeszcze inny budzić – czyli czuwać, powstać. Badniak -nie tylko imię boga, przechowane w obrzędach i podaniach Serbów, ale i określenie święta tego boga obchodzonego 24 grudnia, w Narodziny Światła (Swąta), także miano symbolu światła biedronki (bodryj, biedroń – dzielny, raźny), bożego bydełka – nosicielki świeżego światła z Nieba. Jest także bdit i bdyna – czuwać, czuwanie obrzędowe przy zmarłym połączone z płaczami nad nim. Do mitu o Bożej Krówce nawiązuje pruskie słowo baudźiu – naganiać [patrz: Taja o Wielkich Bitwach i Dzikich Łowach, Taja o Swątlnicy-Strzęśli]. Indyjskie bodhati – czuwa, uważa, spostrzega, uznaje, budzi, poznaje, awestyjskie baodaiti – czuć, budzića. Buła-Byta była więc czymś, co rosło, a potem pozwalało rosnąć ziemskiemu światu, życiu. Z niej się owo życie (rośliny, drzewa, bydło) narodziło. Stała się ona matką przyrody. Była domem, mieszkaniem, budowlą, istnieniem, dała ludziom dobytek i bydło.

Bodę czczą w różnych stronach i słowiańskich ziemicach pod mianami Swątbody (Świebody-Swobody), Budry-Bodry i Bodzicy-Bodziany. Warto zwrócić uwagę na końcówkę -dra w przydomku Budra. Określa ona boginię jako darczynię bytu (Bodara) broniącą nowego światła i ciągłości całego świata, darowującą dalsze życie. Z kolei w przydomku Bodziana zwraca uwagę końcówka -dziana, oznaczająca boginię działającą, dziełającą (czyniącą) byt, ale i walczącą, bodącą, kolącą wrogów nowego światła. Ponadto przydomek Budra określa boginię jako budującą przyszły byt, czuwającą, czujną, żwawą, żywotną i młodą. Określa ją także jako umykającą przed prześladowcami Pasterkę Bodrego Światła. Boda ukrywała się w miejscu zwanym Budą. Tam powstał gród, w którym oddawano jej szczególną cześć. Miejscem jej czci była Bodenia z uroczyskiem nad Jeziorem Bodeńskim, Góry Boczeńskie z uroczyskiem nad rzeką Bodą, Budziszyn i Łysogóry, ze świątynią otoczoną kamiennymi kręgami na Łysej Górze (dzisiejszy Święty Krzyż). Wszystkie te miejsca przynależały do licznych plemion wielkiego ludu Budynów, takich jak Bytyńcy, Budowie, Bodzowie, Bodeni i Bodzani. Cześć bogini Bodzie oddawali przede wszystkim poddani wielkiego króla Wątów (Antów) Boza, którzy nosili w sobie sporo krwi Budynów i Wędów Nadciemnomorskich. Sprzymierzywszy się z Hunami, wyparli oni w IV wieku znad Dunaju Gotów i założyli tam gród Budę. Warto zwrócić uwagę, że to oni wprowadzili pojęcie obwodu – okręgu zwanego za Karpatami opolem, a wśród Pomorzan pagiem. Władztwo króla Boza było podzielone na 72 okręgi-obwody plemienne. Choć sam Boz poległ w walkach z Ostrogotami króla Winitara, Antowie (Wątowie) sprzymierzeni z Hunami króla Atylli – Bicza Bożego, weszli w granice cesarstwa rzymskiego i osiedli na stałe w dorzeczu Dunaju, skąd kiedyś, jako z Nowej Koliby, byli wyszlib. Świątynię na Łysej Górze założyli koło I wieku n.e. wiślańscy Lędzice, a kręgi wokół niej pobudowali Wątowie Nadciemnomorscy, wracający w rodzinne nadbałtyckie strony po dokonanych nad Dunajem podbojach. Oddali oni w ten sposób hołd czczonej przez siebie szczególnie bogini, jako walecznej Obrończyni Światła Świata. Działo się to w VI wiekuc. Zwraca uwagę nazwa uprzęży zwanej obodjem, a także związek z boginią Bodą kolącej rośliny Bodziszka i ptaka Bociana (Bodziana). Bocian to według mitu Cisz-Ciesz, jeden z wojów Zerywanów, pierwszy wytędz, zamieniony w ptaka przez boginię Bodę, której był synemd. Południowi Słowianie, zwłaszcza Chorwaci, a co za tym idzie, również dzisiejsi Małopolanie, widzą w niej poza pasterką niebiańską także sprawczynię biedy ludzkiej, wrogo nastawioną do ludzi od czasu, gdy straciła syna z powodu jego własnej lekkomyślności. Zwą ją oni Bidą-Będą.

WARZA-CICA

Warzę czczą wszy Sławianie także pod mianami Cicy, Wary-Wrzy i Josty. Szczególnie wśród Mazów-Mazowszan i Kujawów ma ona wielki chyr. Tam właśnie, przy kamiennych ołtarzach miseczkowych, jeszcze i dzisiaj odbywa się obrządek zwany Jościem, czyli karmieniem bogów chlebem, miodem i mlekiem oraz krwią ofiarną.

Postacie-wcielenia (równe miana): Cica, Wara-Wrza i Josta.

Inne nazwania jego osoby (przydomki): Pani Paleniska, Władczyni Jadła, Wielkiej Piekarnicy, Pani Chlebowego Pieca

Zajmowany krag:Siódmy Krąg

funkcja (zakres działania):opiekuje się wwzelkimi wypiekami i gotowaniem jadła, ciepła strawą i przetworami domowymi. Główne miejsce jej opieki to palenisko i piec chlebowy oraz czynności pieczenia, smażenia, gotowania, parzenia, wypieku, kiszenia, kwaszenia, zaprawiania, kisłoty (fermentacji i tworzenia osadów).

ród: Bożowie

pochodzenie: z rodu Chorsów – Córka Chorsa i Uboży-Domachy lub Swary i Bożeboga

narzędzia czarowne – oznaki władzy: Wielka Kopyść, Wieczny Kołacz, i Samonapełniający się Kocioł, oraz Wiecznie Pełny Wór Jadła

Pomocnicy (Stworze – bogunowie): Owinniki (Ogniki-Skierki)

Wizerunki:Warza Cica kompr

Znaczenie mian i imion oraz przydomków, i ważniejsze pojęcia wywodzone z jego miana:

Warzę czczą wszy Sławianie także pod mianami Cicy, Wary-Wrzy i Josty. Jej główne miano Warza i przydomek Wara-Wrza nawiązuje do kompleksu takich znaczeń, jak: war – warzyć (wrzeć), gor – gorzeć, żar – żarzyć i chwar (chor) – chorzel. Wywodzą się z tego kompleksu także takie wyrazy, jak: warzyć – gotować, przygotowywać jadło (Warza jest boginią Jadła), wrzask – krzyk, wrzawa – zgiełk, wrot – wrócić (wrotny – powracający), wrota bramy, wierzeje – wejście, przejście (pojęcie nawiązujące wyraźnie do wiary i inicjacji obrzędowej – wrota wiary), wiercić – wgłębiać się, zgłębiać, zagłębiać, zawierać – zamykać, otwierać – odmykać, otwór – przejście (co uwypukla także żeńskie cechy bogini), weriga – łańcuch, swór – atrybut bogini (zawsze pełen jościa), wrzos (ruskie worsa) – roślina wrąca, dająca wrot (co nawiązuje do chors i określa działanie całego rodu Chorsa – Pana Ciemności), wora -długi szereg, płot, wirtine – wiązka, wirować – obracać się, okręcać się, wir – miejsce kręcące się, wciągające w głąb, wir – tan polegający na okręcaniu się wokół osi i jednoczesnym podążaniu po okręgu wspólnego wszystkim tancerzom koła (taniec obrzędowy ku czci Warzy i Chorsów, znany jako Wrzino, Koło), izwor, wrzidlo – źródło, wirti – kipieć, wars – zupa. Jednocześnie jednak Warza może doprowadzić człowieka do nędzy i upadku. Wiążą się z nią takie pojęcia, jak: wargs – zły, wrag – diabeł (co może stanowić pogłos dawnej boskości), wierg – los, wyrok, wrog – los, wróg – nieprzyjaciel, wróżba – przepowiednia, wróżda – zabójstwo, zemsta, wran – czarny, wróża – rzucanie losów, wróżenie z rzutu patyków wróżebnych, wargas – nędza, wergas – niewolnik, warge – żal, wrona – czarny, złowróżbny ptak, warnas, kołwarnis – kruk, kuowarna – kawka, wrań – szpunt (korek, zamknięcie)a. Jest to cała wielka grupa znaczeń wywodząca się od Warzy, Swaroga, Watry, Chorzycy i Chorsa. Część wyrazów z tej grupy wypływa wprost z mitu o powracającej Warzy, otwierającej i zawierającej Wór. Jej miano Cicajest znane z kronik i oznacza karmiącą, mleczną (cyckać – ssać), ale jednocześnie plączącą (czes. Cickati – wikłać). Josta to przydomek nawiązujący wprost do jadła, jedzenia i jościa – rodzaju ofiary z pokarmów składanej bogini Cicy.

Od miana tej bogini mogą pochodzić męskie imię Wars i kobiece Warja, Josta, Justa, Jowita

SSSSS s-1553

TYN RGŁÓW (ROGALÓW)

zna rgłów ziwete

Członkowie rodu: Rgieł, Reża, Rgiełc, Żywia-Siwa

Główność: jednogłowy

Przynależność: Twer Swąta, Trzem Czarnogłowa, Tum Jeszy, Tyn Rogali

Głowny przybytek, miejsce przebywania: Ziemia, Wela, Niebo

Atrybuty

żywe: Trześnia (Wiśnia) i Orzech (Włoski, Bukowy, Dębowy), Borsuk, Wróbel, Chrabąszcz, Trawa, Pokrzywa, Proso i Żyto, Łubin i Gryka  oraz Dżdżownica.

kamień: Kryształ Solny

minerał: sól kamienna, solanka

rzeczy: Polewka i Chleb (Placek-Podpłomyk) oraz Mąka

maści (barwy): Zielonożółta

czerty i rezy (liczby): Czertę 8, Liczbę 8,

taje (guzły) i gramoty (zapisy, sjenowity, wici): Taję Ż, Gramotę p,

Miesiąc Wrzesień (Werszeń)

Na Weli

Niwa (symbol): Niwę Kłosa

Tyn: Solny Tyn 

Wieńce i ofiary: Proso i Żyto, Łubin i Gryka

Obrzędowy wypiek (potrawa, obiad – potrawa obiata):prokur – obrzędowy chleb pszeniczny

RGIEŁ

Postacie-wcielenia (równe miana): Rgieł-Rogł, Rgieł-Owsień i Rgieł-Prosiń

Inne nazwania jego osoby (przydomki): Pan Domowej Zwierzyny, Władca Hodowli.

Zajmowany krag:Piąty Krąg, Krąg Dużych Mogtów

funkcja (zakres działania):w jego opiece pozostają duże zwierzęta domowe – konie, muły, kucyki, osły, krowy, byki, świnie, owce, kozy, strusie i indyki

ród:Rogale

pochodzenie: Dzięgle – Czarnogłów i Białoboga

narzędzia czarowne – oznaki władzy: Złoty Łańcuch i  Kopka Zboża, którą zamyka w dłoni. Nosi zielonożółtą szatę.

Pomocnicy (Stworze – bogunowie): Polewiki (Pokucie, Gospodarzyki, Susedki, Susediki)

Wizerunki:

Rgieł clip_image002Rgieł

Znaczenie mian i imion oraz przydomków, i ważniejsze pojęcia wywodzone z jego miana:

RGIEŁ i REŻA. Ich istyjskimi odpowiednikami są Rungis – bóg Ziarna i Sambaris – bóg Płodności Zbiorów. Miana tej boskiej pary zawierają szereg znaczeń związanych z funkcją opiekunów zbiorów, hodowli oraz uprawy, jaką sprawują w Boskim Kręgu. Są to znaczenia takie, jak: reż, rży – żyto (czes., rus., serb., litew. – rugiai), rożasty – rogaty, rżnący – ostry, rżnący tnący (opiekun zbiorów, rzęcia i rzeńców tnących żyto, zboże), rohatyna – włócznia (podkreślające męskość), rzyć (podkreślające żeńskość), rogoza – zagroda pleciona z mat wiklinowych dla bydła, raugas – kwas, rugti – kwaśnieć, kisić (podstawowe pierwotne formy zagospodarowywania płodów i przechowywania pokarmów), riaugmi – czkanie się po obfitym posiłku, rżet’ (rżanie, rżawa, rżeć) – ryczeć, także rzwieć – o głosach wydawanych przez konie, łosie, jelenie podczas rui, wreszcie przestawione żreć – pożerać – jeść, żertwa – ofiara. Echo czci Rgłów zachowało się w miejscowych nazwach polskich Rgielsko, Rgilewo, czy połabskich – Rugiaa.

Rgieł nosi imiona Rgieł-Rogł, Rgieł-Owsień i Rgieł-Prosin, zaś Reża jest czczona jako Reża-Ragana, Reża-Rża i Reża-Rzwa. Wszystkie trzy przydomki Reży zostały w zasadzie już omówione powyżej: Rża, czyli rżąca i rżnąca (opiekunka rzeńców). Rzwa, czyli rycząca – opiekunka Rui, płodzenia i Ragana, regna – żytnia, opiekunka łanów.

Jeśli idzie o Rgła-Rogła, to trzeba dodać, że przedstawiono go nie tyle jako boga rogatego, ile jako boga o Żelaznych Zębach. Opis ten wiąże się z funkcją orki i bronowania ziemi uprawnej, którym to czynnościom Rogł patronuje.

Również z zasiewami zbóż i opieką nad nimi wiąże się drugi przydomek Rgła Owsień. Pamięć i cześć dla Owsienia przechowała się na Rusi, gdzie do niedawna obchodzono wielkie uroczystości i znano liczne obrzędy z nim związane. Nie należy mylić Owsienia z Tausieniem-Jesieniem (trzecim z Godów, bogów Kiru). Owies jest rośliną wschodzącą już na wiosnę stąd pochodzi właśnie jego nazwa wschodzący o wiośnie – owies, owes, owios. Jego nazwa wypływa w równej mierze z pojęcia wisu, wiszu – trawy, zwisających kiści, gałązek okrytych pękami ziaren. Kolejnym źródłem dla miana Owsienia i owsa jest wić – rosnąć, wijać, wywijać się – wyrastać, powijać, owitać – okwitać, kwitnąć, owocować, rodzić, jak też zamieszkiwać. Owsień to bóg zamieszkujący łany zbóż – ich strażnik, ten, który je powija, daje im wzrost oraz daje dobry urodzaj uprawom. Święta ku czci Jesienia-Tausienia zostały wchłonięte przez obrzędy Rgła-Owsienia i w końcu, na Rusi, obchodzić poczęto dwukrotnie w roku święto Owsienia (przy siewie jesiennym i przy wiosennym wzejściu zboża). W czasach notowanych przez etnografów (XIX wiek) święto to obchodzono już tylko na wiosnę.

Prosiń, ostatni przydomek Rgła, jest związany z innym zbożem – prosem, ale także z pojęciami prośby, proszenia – mnożenia się zwierząt gospodarskich, trzody (podobnie jak Owsień i owca, tak Prosień i prosię), chleba (proskur – chleb pszeniczny ofiarny).

W tym przydomku mieszczą się równiez dwa nawiązania do mitu poprzez skojarzenie z prosty – wyprostowany, stojący i wopros – pytanie. Rgieł bowiem stoi nieruchomo między zbożami zupełnie niezauważalny, a kiedy ktoś się na niego natknie, musi odpowiedzieć na zadane pytanie, jeżeli zaś nie odpowiada, zostaje rozszarpany przez Żelaznozębego Prosienia. Rgieł i Reża-Ragana często pokazują się w towarzystwie siedmiu czarnych psów, które pomagają im pilnować zbóż. Tych psów, podarowanych im przez Dziwienia było pierwotnie dziewięć (symbolika czert), ale dwa z nich Stawra i Gawrę Rgieł musiał oddać Welesowi.

REŻA

Postacie-wcielenia (równe miana): Reża-Ragana, Reża-Rża i Reża-Rzwa

Inne nazwania jego osoby (przydomki): Pani Łąk i Pastwisk, Opiekunka Zbóż, Pani Drobnej Domowej Zwierzyny

Zajmowany krag:Piąty Krąg, Dużych Mocy

funkcja (zakres działania):opiekunka traw i ziół łąkowych, pani pastwisk, która zajmuje się bydłem i trzodą od chwili, gdy zwierzęta zostaną wypędzone z zagrody. W jej kręgu pozostają takie domowe zwierzęta jak psy, koty, myszy, łasice, pszczoły, jedwabniki, węże, jeże. Zajmuje się strażowaniem zbóż aż do ich zbioru.

ród:Rogale

pochodzenie: Dzięgle – Czarnogłów i Białoboga

narzędzia czarowne – oznaki władzy: Złoty Oczkur i Złote Źdźbła. Ma brązową szatę.

Pomocnicy (Stworze – bogunowie): Bylice (Ziemuny, Zemuny, Kamienne Baby, Skalne Baby, Skałoludy, Wrosty),

Wizerunki: -

Znaczenie mian i imion oraz przydomków, i ważniejsze pojęcia wywodzone z jego miana:

Miana Rgieł i Reża są jednoczłonowe, bardzo stare i wywodzą się bezpośrednio od reg – ziarno. U Słowian pierwotne -g w końcówce przeszło z czasem w -ż. Najstarsza forma z -g zachowała się w mianie boga Rgła i jego syna Rgiełca. Reża, żona Rgła (czyli Rglina), to już późniejsza forma, pierwotniejszy jest przydomek przechowany przez Litwinów, Ragana.

RGIEŁC

Postacie-wcielenia (równe miana): Rżec, Rogołec i Kiełt

Inne nazwania jego osoby (przydomki): Pan Roli i Władca Ziemi Uprawnej, Pan O Żelaznych Zębach

Zajmowany krag:Siódmy Krąg

funkcja (zakres działania): opiekuje się ziemią uprawną i uprawami polowymi od ich siewu do zbioru, dba o pulchność ziemi i jej tłustość. Zwłaszcza strzeże razem z Reżą-Raganą zbóż, ale i dużych upraw w rodzaju koniczyn, karpieli, buraków, ziemniaków, rzepaku, gryki, łubinu, kukurydzy, kapusty i innych. Jego opiece powierzone są wszystkie duże uprawy a więc także wielkie zagony fasoli, kwiatów, ziół, tytoniu, konopi, maku, soczewicy czy brukwi.

ród: Rogale

pochodzenie :syn  Reży i Rgła

narzędzia czarowne – oznaki władzy: Złota Motyka, albo Złote (Żelazne) Radło-Oradło

Pomocnicy (Stworze – bogunowie): Południce (Polednice, Połdnice, Poldnice, Miawki, Żytnie Baby, Żytnice, Rżane Baby, Rżanice, Reżnice, Żytnie Panny).

Wizerunki:

Rgiełc clip_image002Rgiełc-Rżec

Znaczenie mian i imion oraz przydomków, i ważniejsze pojęcia wywodzone z jego miana:

Rgiełc nosi przydomki Rżec, Rogołec i Kiełt. Miano Rgiełc i Rżec określa syna Rgła, a znaczenia związane z tym imieniem omówiono przy opisie Rgła i Reży. Gromada mików uważała, że przydomek Kiełt określał Wołosa lub Rgła-Rogła, a nie Rgiełca. Niektóre kapiszty przyjmują, że do Rgiełca odnosi się miano Keltna, przypisywane na Załabiu, Połabiu, Łużycach, w Bodenii, Czechach i na Słowacji bogini Śreczy-Cetnie. Tu przyjęto dla Rgiełca przydomek Kiełt, różny zarówno od Cetny-Keltny (Śreczy), jak i od Kłąba-Klimby (Wołosa). Przydomek ten wskazuje boga odpowiedzialnego za kiełkowanie – wschodzenie zarodków, kłębienie się – wzrastanie, jednocześnie kłującego, posiadającego kły – rogi albo zębiska (żelazne zęby – które niektórzy przypisują raczej Rgłowi), kiełtającego się –chwiejnego, zwieńczonego wysokim czubem – kołtunem, kiełzającego, czyli podobnie jak Krodo, ukrócającego (zwłaszcza tych, którzy depczą i niszczą zasiewy oraz uprawy), a także skiełzłego –wilgotnego, może Śliskiego (kiełzko – ślisko). Określenie Kiełt oznacza także cały krąg pojęć związanych z kłodą, Kłódzią Swąta, kołkiem – drągiem i kołem – okręgiem. Inne nawiązania prowadzą do takich pojęć, jak: kłusować, kłosić, skłaniać się, składać, kłaść (kład-skarb), kłącze, kłaki, kłobuczenie (kołbuk, kłobuk – pączek, dzwonek, kołpak). Wołos był ojcem bogunów Kłobuków, wspomagających Spora.

Przydomek Rogołec wskazuje, że rogi Rgiełca miały galisty – kolisty kształt przypominający rogi baranie, jest to nawiązanie zarówno do symbolu słonecznego (baran) jak rdzenia reg oznaczającego żyto (zboże w ogóle). Inny jeszcze krąg wyrasta z nawiązania do galić – ogołacać, oczyszczać.

Istyjski odpowiednik Rgiełca to Łaukosarg – opiekun łąk i zbóż.

ŻYWIA-SIWA

Postacie-wcielenia (równe miana): Żwia-Żniwa, Siwa i Krodo.

Inne nazwania jego osoby (przydomki): Krodo-Kurcho – Pani Zagród, Pani Ogrodów, Władczyni Sadów i Pani Ptactwa Domowego

Zajmowany krag:Siódmy Krąg

funkcja (zakres działania):opiekunka zagród i ogrodów, pani drzew i krzewów owocowych, zagonów jarzynowych i ptactwa domowego. Czuwa nad drzewami trześni, orzechów, śliw, ale i nad krzewami róży owocowej, dereniu czy roślinami ozdobnymi i kwiatami. W jej opiece leżą winnice, uprawy chmielu, tytoniu, konopi, maku, lnu, słonecznika i innych roślin olejowych, grochu i fasoli. Zajmuje się także bydłem i trzodą pozostającą w zagrodzie lub chlewie, czy stajni. W jej opiece znajdują się wszelkie płody od chwili gdy znajdą się w stodole i spichrzu. Pilnuje ich razem z Ubożą, Bodą i Warzą-Cicą.

ród: Rogale

pochodzenie: Reża i Rgieł

narzędzia czarowne – oznaki władzy: Trzy Złote Jabłka i Łasica

Pomocnicy (Stworze – bogunowie): Niziołki (Niziołkowie, Maliki, Ludki, Łutki, Darzamaty)

Obrzędowy wypiek:

Wizerunki:

Żywia-Żniwa clip_image002Żywia-Żniwa

Znaczenie mian i imion oraz przydomków, i ważniejsze pojęcia wywodzone z jego miana:

Żywia nosi przydomki Żwi-Żniwy, Siwej i Krodo-Kurcho. Bogini była znana średniowiecznym kronikarzom niemieckim (XIV wiek) pod mianem Krody. Imię to wiąże się zarówno ze znaczeniem krut – okrutna, jak i krótka – niska, krota – obłaskawiona, łagodna, łaskawa (ukrócona), ukrócająca (tych, którzy niszczą zasiewy i plony), krotna – zwielokrotniająca (tym, którzy szanująjej niwy), krota – dziura (co podkreśla płeć bogini), wykrot – dół, krada – twarda, stwardniała, obrzmiała, kardma – kardnąca, ukradkowa, skradąjąca się, ukrywająca (co wiąże się bezpośrednio z mitem o jej podstępnym strzeżeniu sadów i skradaniu się). Także skrudląca – krusząca, skróda – stos drewna, koróda – kłoda, krada – ołtarz (wyraźne współczesne nawiązanie do dawnej boskości znaczenia), kródnieć – skracać się, krudzy – krócej, kurczyć się, skracać, krudować – karczować, kruda – karczowisko, skrudzić – bronowaćc, skrząca się (skrąta) i skrzysta, skrzydlata (co wskazuje na jej niebiańskie pochodzenie). Również kruta – kręta, kręcąca się.

Jako Kurcho (Kurke) jest znana z zapisów pruskich. Miano to nawiązuje do jej zajęcia opiekunki-hodowczyni kur i kurów oraz innego ptactwa domowego. Istotne jest przede wszystkim odniesienie do kura-koguta – strażnika domostw, zwiastuna dnia, odstraszającego swym pianiem Ciemne Siły, będącego ważną postacią w podaniach i zwierzęciem ofiamym. Słowo kur poprzez związek z perskim churos – kogut, nawiązuje do Chorsa. Było ono stosowane na określenie ognia, pożaru, a także narządów płciowych, tak męskich, jak i żeńskichd. Jeszcze wcześniej zostały zapisane imiona bogini Siwa i Żywiae. Przydomek Siwa ma związek z rdzeniem swęt (światło, świętość) oznacza boginię Biało-Świecąco-Włosą.

Żywia (Żwia) to przydomek oznaczający boginię Żywicielkę, Panią Życia, boginię żywą, ożywiającą, orzeźwiającą, żyzną, żywotną, żwawą. Miano wykazuje związek z Rzwia (Żwia), rzwieć – ryczeć, ale i rżnąć – rząć (ciąć) i rząć – gnać. Przydomek ten omówiono dokładnie przy opisie bogini Reży-Rzwy. Bliskie jest także nawiązanie do żgwić – palić, płonąć, jaśnieć. Wreszcie Żniwa, czyli odpowiadająca za rzęcie (żęcie, żętwę, żnieję), opiekująca się zbiorem płodów z pól uprawnych. Wykazuje bliski związek z żec – żgać (dźgać) i żgać – podpalać, rozpłomieniać, podżegać, żegadło, żegleń – węgiel, żglić – palić, żglisko – palenisko smętarne.

Istyjskim odpowiednikiem Żywii jest Curche-Kurko.

SSSSS s-1553

PIERWBOGOWIE i ŚWIATŁONICZE

Bogini Której Nie Ma – Osiemdziesiąta Dziewiąta

Swątlnica

Bogini Której Nie Ma – Osiemdziesiąta Dziewiąta

Swątlnica  – z TWERU SWĄTA ( z rodu Sołów i Rodów) – Poczwórkroć zrodzona córka Dażboga i Rodżany

Szczęśla

znak swątlnicy szta

Wszystkie kątyny są zgodne co do tego, że Swątlnica nosiła miana: Swątbody-Swawoli, Starzęśli-Strzęśli, Swątolicej-Swątlicy i Imieli-Jumali. Godzą się także, że raz jedna, raz druga duszyczka Swątlnicy uwięzionej na Wierchu Weli, jest stamtąd wypuszczana. Dzieje się tak dwa razy do roku. Wołchwowie z Jełowszcziny, a za nimi większość kapiszt Wschodu widzi w niej świeże, Bodre Światło Boga Bogów – Bożą Krówkę. Zgadzają się też, że dwa razy do roku jest ona od nowa rodzona przez Rodżanę, która ukrywa Bodre Światło pod językiem, albo w fałdach swych sukien, i dwa razy do roku jest ścigana w Dzikich Łowach przez zastępy rozjuszonych bogów, którym wszystkim zalazła za skórę. Są też zgodne, że jako Boża Krówka powtarza poczwórny krąg zaklętych przemian rosnąc i przybierając postać czterech świętych zwierząt: Biedronki, Orła, Białej Krowy i Czarnego Byka. Nosi tytuł Pani Swobody, Pani Woli, Władczyni Wolności, Wielkiej Swawolnicy. Jej liczbą jest 26, nie posiada czerty, bo nie jest osobnego rodu.

Postacie-wcielenia (równe miana): Swątboda-Swawola, Starzęśla-Strzęśla, Swątolica-Swątlica i Imiela-Jumala.

Inne nazwania jego osoby (przydomki): Swątwola

Zajmowany krag: Krąg Kręgów

funkcja (zakres działania):koło przemian, kierat roku, wieczyste wcielanie i przemiana

ród:Światłonicze – Sołowie – Rodowie, córka Dażboga i Rodżany

przynależność: Twer Swąta

główny przybytek (miejsce przebywania):Kłódź na Wierchu Weli ( w postaci wcielonej w Swąta) i Łąki Welańskie (w postaciach wedrika-biedronki białej z czarnymi lub czerwonymi kropkami, czarnej z czerwonymi kropkami, czerwonej z czarnymi kropkami, orła białego, czerwonego i czarnego, Białej Krowy, Czerwonej Krowy i Czarnego Byka

narzędzia czarowne – oznaki władzy: Czarnoczerwony Czarowny Płaszcz Gwieździsty

Pomocnicy (Stworze – bogunowie): –

Członkowie rodu: Swąt

Atrybuty

żywe:biedronka

kamienne: -

metalowe:-

rzeczowe:hubka-chapka i krzemień

maści (barwy):-

czerty i rezy (liczby): – lub 89

taje (guzły) i gramoty (zapisy, sjenowity):

Wieńce i ofiary:

Obrzędowy wypiek:

Wizerunki:

Swątlnica w cyklu przemian clip_image002Swątlnica w cyklu przemian

Znaczenie mian i imion oraz przydomków, i ważniejsze pojęcia wywodzone z jego miana:

Swątlnica nosiła miana: Swątbody, Swawoli, Swątwoli, Swobody, również Starzęśli, Strzęśli, Skrzęśli, Skreśli, i Swątolicej, Swątlicy, Swadelnicy, Swędłolicej, Sweticy, a także Imieli, Jimieli, Omeli, Imeły. Cztery ostatnie nazwania są równocześnie określeniami jemioły – pasożytniczego krzewu o znanych obrzędowych i czarownych właściwościach, porastającego korony drzew. Jemioła odgrywała bardzo wielką rolę w Święcie Narodzin Światła, czyli w Godach (zimowym Górowaniu Ciemności), kiedy rodzi się świeże, młode – Bodre Światło, pozwalające światu toczyć się dalej i po zimowym uśmierceniu odradzać się ku nowej wegetacji wiosennej oraz nowemu rokowi-godowi. Jemioła, jako atrybut świąt grudniowych Bożego Narodzenia, przetrwała do dzisiaj w obrzędach bożonarodzeniowych. Obrzęd z jej użyciem był znany zarówno Celtom, Rzymianom, Germanom, jak i Słowianom i jest dzisiaj powszechny w krajach o kulturze europejskiej. Zachowały się zapisy dotyczące obrzędów celtyckich związanych z tym Świętym krzewem – symbolem bogini Światła. Kapłani-Druidzi ścinali jemiołę złotym sierpem z dębów w ten sposób, by spadając z drzewa nie dotknęła ziemi. Spadającą łapano na lniane prześcieradłaa. Jej owoce miały czarowną moc, a dwoistość jagód i liści nawiązywała do podwójności boskich par Żywiołów i Mocy i daru wzmożonej płodności – sporub. Z tradycji słowiańskiej znany jest zarówno biały lniany czechół -obrzędowe prześcieradło wieszane u sufiu, pod którym ukrywano jemiołę i całowano się (echo obrzędowych orgii związanych z tym dniem), jak i używany przez wołchwów, znachorów i czarowników specjalny sierp do ścinania czarownych roślinc.

Bliskie związki wierzeń Celtów i Słowian są potwierdzone przez naukę, a ich źródłem było długotrwałe wspólne zajmowanie tych samych terenów i mieszanie się plemion celtyckich i słowiańskich w wielu miejscach [np. Śląsk, Nadłabie, Załabie, Alpy, Czechy, Słowacja, Wiślania (Wiseland), Ziemica Naddunajska. Istnieją zarówno bogowie o wspólnym celtycko-słowiańskim rodowodzie [Smertulos -Śmierć, Rosmerta – Mor, Morena – Marzanna, Cernnunos – Czarnogłów, Dis – Dyj, Belenus – Bel (Belbuk, Białobóg), Nox – Nyja, Bod – Boda, Essus – Jesse, Trigaranos – Trzygław, Divona – Diw, Danann – Dziewanna, Maja – Maja (Gaj-Ruja), Rudianos - Rod i inni]d, jak i przedmioty otaczane tą samą czcią (między innymi jemioła) czy obrzędy o wspólnych korzeniach (na przykład zwyczaje godowe – dziś noworoczne, związane z zapustami i narodzinami Nowego Światła). Mit odtworzony powyżej w jednej swej części (związanej z odradzaniem się Swątlnicy), przetrwał tylko we fragmentach podań, bardzo drobnych strzępkach, zwłaszcza na słowiańskim Połabiue. Cały obrządek związany z jemiołą jest bezpośrednim odblaskiem mitu, który ponadto odbija się wyraziście w etymologicznych powiązaniach słowiańskich nazw ludowych jemioły, opowieściach o niej i w pojęciach – swobody, swojej woli, wolności i ich związkach znaczeniowych dających się spleść z mitem. Podanie to łączy się w całość z kompleksem opowieści o Diwie-Ładziwie na szczycie Drzewa, Wojnie o Krąg, opowieści o Ładzie Kołacie i jego wozie zaprzężonym w skrzyste niedźwiedzice, a wreszcie, z kręgiem opowieści o Dzikich Łowach, Wielkich Bitwach i Narodzinach Bodrego Światła.

Część obrzędów przetrwała również w Czechach i na Słowacji w świętach przypisanych bogini Perchcie – Przepigole (Plątwie).

Jemioła to w narzeczach polskich jemioło, jemiało, miele, w cerkiewnosłowiańskim imeła, w ruskim omjeła, w czeskim omeli, jmeli, w słowackim meli, w serbskim imela, w łużyckim jemjelina. Słowo zawiera znaczenia odnoszące się do wydarzenia z mitu – pojmania Starzęśli – jąć, pojmać, imać. Wiąże się także z takimi wyrazami jak: miotła, mleć, mieć, imię i małyf. Wszystko to określa boginię jako małoduszną (małą), mielącą ozorem, pojmaną, o zapomnianym, zakazanym imieniu. Jagody i kora jemioły od niepamiętnych czasów służyły do wyrobu ptasiego lepu. Krzew Jemioły znajduje się pod opieką Ładów. Krzew i Boża Krówka (Czarna i Czerwona) są jedynymi żywymi wizerunkami bogini (jej przedmiotowymi przejawami) na Ziemi.

W pozostałych imionach pobrzmiewa przede wszystkim człon swęt, wynikający z jej pochodzenia od Swąta lub Dażboga – Pana Światła, a także opisujący ją jako boginię świetlistą, gorejącą, tę która weszła w Kłódź, bądź świętującą (Swątlnica wiecznie świętowała, nie wykonywała żadnych robót nakazanych przez Boga Bogów). W części imion występuje wyraz swat (swatać – wydawać za mąż). Końcówki jej mian zawierają człon -dlnica, -delnica, -lnica, -tlica, -licag. Nawiązują one do dzielenia i dawania – jako że jest to bogini dająca Nowe Światło każdego roku i dzieląca je między bogów oraz ludzi, udzielająca go ludom Ziemi. Nawiązują także do jej pięknego lica i do tlić się – żarzyć, płonąć ogniem. W końcówce -lnica słychać wyraźne nawiązanie do lenić się – czyli być leniwym (Swątlnica niczego nie chciała robić) oraz lenić się – zrzucać skórę (co nawiązuje do jej wielokrotnych narodzin i przekształceń postaci). Warto dodać, że len był materiałem na czechoły – święte obrusy. Swiędłolica to przydomek odwołujący się do znanego z mitu przekształcenia bogini w zwiędłą staruchę – Starzęślę. Końcówki -boda i -wola nawiązują, w połączeniu z pierwszym członem swa do poczucia wolności i wyłącznie swojo-własności (swego ciała, bytu-bodu i ducha-woli). Wreszcie cztery ostatnie nazwy Strzęśla i Starzęśla oraz Skrzęśla i Skreślah, nawiązują do skrzyć się, skryć się, strzelać, strząsać, a także do pojęcia starości. Oznaczają w połączeniu z końcówką -śla boginię ślącą skrę światła, ścielącą światłu drogę, jednocześnie strzęsioną (z Drzewa Drzew, z fałd sukien Rodżany), a także skrytą w Kresie Sołu (Skreśla, Skrześla), czy wreszcie skreśloną z wykazu boskich imion, skreśloną z Kręgu i Pocztu Bogów. Końcówka -rzęśla nawiązuje do rzęsistości – obfitości (jaką poprzez dar światła zsyła ta bogini na Ziemię). Starzęśla to druga, dobrze znana ludowi polskiemu, nazwa jemioły. Połabianie i Łużyczanie zwali ową boginię Sweticei.

Bodre Światło Boga Bogów, czyli Boża Krówka to postać związana wyłącznie z odradzaniem się boskiej Skry Światła Świata. Bodre Światło rodzi się dwukrotnie w czasie roku (20-26 grudnia Jasne Bodre Światło – Biała Boża Krówka i 20-26 czerwca Ciemne Bodre Światło – Czarna Boża Krówka). Oba te „światła” (obydwie postacie Swątlnicy) uosabia biedronka (biała, czarna lub czerwona). Po narodzinach następują Dzikie Łowy zmierzające do upolowania i zabicia świeżego Światła-Jasności albo Światła-Ciemności. Dalsze wydarzenia opowiada dokładnie mit o Dzikich Łowach i Wielkich Bitwach. Młode Światło w ciągu roku wzrasta, osiągając po trzech miesiącach postać Orła, a po dalszych trzech Skrzystej Krowy lub Skrzystego Byka. Po osiągnięciu dojrzałej postaci Czarny Byk (lub Biała Krowa) obumiera – pomniejsza się, przechodząc przez stan Orła, do całkowitego zaniku i narodzin jako Boża Krówka – Bedrik. We wszystkich krajach Słowian Boża Krówka ma identyczne miana kojarzące ją ze słońcem, światłem lub bydełkiem bożym. Jej miano wywodzi się z rdzenia bud zachowanego w ruskim budr (bidr, bodryj) – krzepki, chętny, mocnego ducha, serbskie bodr – żwawy, litewskie budrus – czujny, świeży. Rdzeń bud tworzy takie ciągi wyrazów, jak: byt, być, budować, buda – dom, bud – zwykły, budzić, bdyna (bdit) – czuwać, blusti (bludą) – uważać, spostrzegać, indyjskie bodhati – czuwa, uważa, uznaje, awestyjskie boudajti – czujea. Jest to pień olbrzymiego znaczenia, z którego najwięcej ocalało na Rusi. Wszystkie znaczenia, jak i ocalałe obrzędy wiążą się z Bożą Krówką. Istyjskie mity potwierdzają, pierwotny kształt opowieści.

Boża Krówka, Boża Owieczka, Słonyszko, Bedrik, Biedronka to w różnych krajach Słowian nazwy tego samego zjawiska: owada będącego ucieleśnieniem młodego, świeżego Światła – pierwszego, jarzęcego Światła Bodrego. Jego narodziny rozpoczynają okres wydłużania się dnia, czas upadku Ciemnościa. Większość Sławów używa określenia Boża Krówka i Bedrik-Biedronka. Czesi, Serbowie i Chorwaci nazywają owada Bożą Owieczką, a Łużyczanie Bożym Słoneczkiem. ukraińcy poza nazwą Soneczko używają określenia Bedrik. Nazwę Biedronka wywodzi się od beran (baran), czyli bydełko (owca) boża. Baran u wszystkich Ariów jest przedstawieniem światła słonecznegob. Określenie to zawiera znaczenia takie jak: wgłębienie, stok, biera – los, brać, bodryj (ros.) – krzepki, silnego ducha, chętny, bodry (serb.) –żwawy, budrus (litew.) – czujny, świeży. Wywodzi się je więc także z rdzenia bud tworzącego takie słowa, jak budzić, budowacc. Słowo bodry – krzepki jest jednocześnie odwróceniem wyrazu dobry. Nawiązuje także do barwy białej i określenia biały – wielki, świecący (sanskryckie bhati). Takie nawiązanie prowadzi z kolei także do odmiennego kręgu znaczeń: biel (bielawa) – bagno, błoto i bajać – mówić, opowiadać oraz baj mit, bajorek itp.d. Znana jest także inna nazwa Bożej Krówki – Wiedrzenica, która wiąże ją z boginią Pogodą. Litwini używają nazwy Dievo Karwyte (Boża Krówka). W sanskrycie spotyka się okreś1enie Indragopa, czyli Bydło Indry. Pokazuje to jeszcze jeden z licznych związków słowiańsko-indyjskich

Następnego dnia zasiadano w kręgu wokół Snopa-Kolędy (Macicy – Kłódzi, mającej symbolizować prawdziwą Kłódź Swąta, z której odradza się Swet-lnica, Boża Krówka). Tu odbywało się ciche, milczące oczekiwanie do wieczora, aż do chwili, gdy na niebie pokazywała się pierwsza gwiazda, owo Światło (Iskra Swąta). Widziano w niej obraz pierworodnej iskry – zaczynu istnienia (Skry Światła – Swetu, Skry Świata – Swetu, Skry Świętej – Swąta, Skry Świtu – Swiłtej). Niepojawienie się owej gwiazdy oznaczałoby koniec świata, zapowiadałoby niechybne zwycięstwo Sił Ciemności w mającej się rozpocząć nocnej bitwie, prorokowałoby nadejście nocy, która nigdy się nie skończy.

Światłonicze

Powłoka-Niebło, Głębia-Gołuba, Głębia-Powłoka

znak gołuby gerb

Postacie-wcielenia (równe miana): Niebyła, Głąbia-Mać, Gołuba Macica, Matka Strąprza

Inne nazwania jej osoby (przydomki): Niebo Głębokie, Najgłębsze Niebo-Głąb,  Dalina – Niebo Dalekie, Otchłania, Matka Bram, Mać Bram, Bramana

Zajmowany krag: Krąg Kręgów – Zamieniona w Niebo – z włosami Nicy tworzy Powłokę – Niebo Najgłębsze i Niebo Głębokie

funkcja (zakres działania): Powłoka Nieba, Opiekunka Nieba Dalekiego (Dali) i Nieba Głębokiego (Głębi)

ród: Światłonicze

pochodzenie: od Swata i Nicy (z wód po jajach Zniczów i włosów Nicy)

przynależność: Twer Swąta

główny przybytek (miejsce przebywania): Bramy Bram w Najdalszym Niebie, w Otchłani

narzędzia czarowne – oznaki władzy: Warkosa – Czarny Warkocz Przestroni

Pomocnicy (Stworze – bogunowie): Światłogońce

Członkowie rodu: Światłonicze-Pierwbogowie (Nica, Znicze, Strąpsza-Wspóra) oraz Kirowie

Atrybuty: -

Wieńce i ofiary:

Obrzędowy wypiek:

Wizerunki:

Znaczenie mian i imion oraz przydomków, i ważniejsze pojęcia wywodzone z jego miana:

Najgłębsze Niebo – zostało w końcu nazwane Niebem Najdalszym, czyli Dalą. Niebło-Niebo – stało się określeniem Całego Nieba, czyli wszystkich Niebiosów. W trakcie Działów wykształciły się Cztery Niebiosy, które poświatło Światowitowe złączyło niczym lity most w jedno Niebo. Te Cztery Nieba-Niebiosy to: Niebo Dalekie – Dal, czyli Powłoka, Niebo Głębokie – Głąb (Czeluść), Niebo Wysokie, czyli Ciemń i Niebo Bliskie (albo Niskie), zwane Niebem Dażbogów albo Żywiołów. O Niebie Wysokim mówi się czasami, że jest Niebem Kamiennym, i nazywa się je Kopułą Niebieską. Jest to Niebo Simów, ale w istocie podanie mówi o kopulacji Sima, Kupały i Perperuny. Niebo Głębokie jest Niebem Kirów, Dalekie zaś Niebem Umorów lub może Nicy, jako że tam trzyma ona wetknięte w gniazda swe paluchy, i jest ono utkane z jej włosów. Stosuje się także wśród niektórych Słowian dla nazwania Nieba Wysokiego lub Niskiego (zależnie od ziemicy i pamięci prastarego wzoru) miano Sklepienia Niebieskiego. Jedni prawią, że jest ono wykute z żelaza przez Swaroga i oddane Dażbogom, inni że z Kamienia przez Sima w darze dla Matki Ziemi, by się nim okryła.

Wyraz niebło ma kształt analogiczny jak webło, symboliczna roślina-atrybut bogini Wądy (morski wodorost – tasiemnica). Webło – „włosy wodne”, niebło – „włosy Nicy-niebytu”.

Światłonicze

Strąprza-Wspóra

znak strąprzy zeło

Postacie-wcielenia (równe miana): Jasna-Stronpora, Opióra

Inne nazwania jej osoby (przydomki): Głąb – identyfikowana z Głębią podobnie jak Białoboga, albo uznawana za niebyłą jak Niebyła-Głąb – a jedynie za cząstkę Swata – Wspór

Zajmowany krag: Krąg Kręgów, zamieniona w Kirów i Światłogońce na skutek rozerwania

funkcja (zakres działania): jaskrawe, strzeliste, żywe, ład, ugodzenie, strony, kiry, runy, pory, wity

ród: Światłonicze – Pierwbogowie

pochodzenie: córka Swąta – utoczona z istu Swąta i żarzącej materii Kłódzi

przynależność: Twer Swąta

główny przybytek (miejsce przebywania): Niebo Dalekie, Niebo Głębokie, Niebo Najgłębsze-Powłoka, Wierch Weli

Wizerunki:

Wspóra-Głab clip_image002Strąprza w postaci Wspóra Swąta

Znaczenie mian i imion oraz przydomków, i ważniejsze pojęcia wywodzone z jego miana:

Strąprza – Stronpora – Wspóra – Opióra – Jasna – przeciwieństwo Głąbi – Głębi – Goluby – Gołubi (Czeluści), druga córka Światłoświata. Jej miano mieści w sobie cały krąg znaczeń uzewnętrznionych w micie o niej jako Matce Kirów – strona, pora, wspierająca, opora, opoka, pióro (pir – rdzeń także takich znaczeń, jak np. piorun), przeć, strzęp, strop, trop, tron

NICA

zna k nicy niczto

Postacie-wcielenia (równe miana): Niebyta, Niebyła, Niebuła

Inne nazwania jego osoby (przydomki):

Zajmowany krag:

funkcja (zakres działania): obejmuje nicość i bezistność

ród: Pierwbogowie-Światłonicze

przynależność: Twer Swąta

główny przybytek (miejsce przebywania): poza Wszech Światem i w jego nielicznych głebinach

narzędzia czarowne – oznaki władzy: -

Pomocnicy (Stworze – bogunowie): -

Członkowie rodu: Strasze

Atrybuty –

Nica (córka Pierwnicy-Niebuły Niebyły, Niebyty i Swąta lub tylko Swąta)

Nica zmieszana ze Światłoświatem clip_image002

Nica zmieszana ze Światłowiłetem

Znaczenie mian i imion oraz przydomków, i ważniejsze pojęcia wywodzone z jego miana:

-

Co oznacza, że nic tylko nic znaczy i nic więcej. A nice – to także odwrotna strona materii świata, i odwrotna strona czegoś.

SSSSS s-1553

Pierwbogowie

Znicze

Postacie-wcielenia (równe miana): Znicze, Ubogowie, Umory

Inne nazwania osoby (przydomki): Umory Strasze, Upadli Bogowie, Orły Strasze, Orły Welańskie

Zajmowany krag: Krąg Kręgów

funkcja (zakres działania): Noszenie dusz – zmarłych i nowonarodzonych, bogów i rzeczy między Welą, Ziemią a Niebem. Nie wolno im tkną Ziemi ni Weli stopą. Wypoczywają w gniazdach-gwiazdach Kirów gdy odwiedzają swoją matkę Nicę

ród: Pierwbogowie – Znicze

pochodzenie: synowie Swąta i Nicy

główność: w postaci Straszów – jedno- lub dwugłowe, dawniej przed upadkiem czterogłowe

przynależność: Twer Swąta

główny przybytek (miejsce przebywania): Niebo Niskie, Niebo Wysokie, Niebo Głębokie, Niebo Dalekie

narzędzia czarowne – oznaki władzy: -

Pomocnicy (Stworze – bogunowie): –

Członkowie rodu: Wiłchmur, Swarłat, Chorłyskot, Czernobił i Porewiłt; wszyscy oni mieli panować nad Wysokim Działem, zalążkiem Niebios. Drugich pięciu to byli: Siemargł, Miłrod, Zielwodzieł, Wełdomarz (Wełtomar) i Prowdołd – ci mieli panować nad Niskim Działem, zalążkiem Ziemi i Podziemia.

W postaci Straszów noszą imiona: Chorłyskota zwą dziś Tugarinem, Wiłchmura Sołowiejem-Rzepiórem, Swarłada Rarogiem, Siemargła Senmurgiem, Porewiłta Ponurtem, Zelwodzieła Dziwolągiem, Prowgołda Rochwistem lub Rohatyniem, Czernobiła Biełozórem, Wełtomarza zaś Krogulcem-Skruchtem17.

Atrybuty

żywe:

kamienne:

metalowe:

rzeczowe:

maści (barwy):

czerty i rezy (liczby):

taje (guzły) i gramoty (zapisy, sjenowity):

Wieńce i ofiary:

Obrzędowy wypiek:

Wizerunki:

Znicze clip_image002Znicze- Strasze Welańskie

Znaczenie mian i imion oraz przydomków, i ważniejsze pojęcia wywodzone z jego miana:

Znicze – zrodzeni z Nicy, z niczego, synowie Nicy zarazem ogniści, świetliści, płonący, skrzyści. Znieceni i zrodzeni w niecy. Także znikający (niknut, sniknut) i niecni, czyli niecnotliwi. Wielość i jakość znaczeń odpowiadających mitologicznej roli pierworodnych synów Boga Bogów Swąta gruntuje tę właśnie nazwę jako właściwą dla owego rodu. Święty, wiecznie płonący ogień w kątynach litewskich, np. w Romowem, nazywano zniczą, każdy święty ogień określano wśród Słowian tą właśnie nazwą. Znicze zostali zamienieni w Gwiazdy, a następnie, ułaskawieni, stali się Umorami-Straszami, skrzydlatymi (skrzystymi) przewoźnikami dusz zmarłych między Ziemią a Welą.

Umor senmurgUmor-Znicz Senmurg

Kapłani-opiekunowie ognia nazywali się Znicziusami. Miano to w pełni przechowali Istowie-Bałtowie.

SSSSS s-1553

Próba Inwazji – nowe wydanie z Solaris już w sprzedaży

Opublikowany w powieści, sztuka przez bialczynski w dniu 6 Marzec 2013

petecki_messier_13v5

Link do sklepu:
http://solarisnet.pl/fantastyka/143007-proba-inwazji.html

Fragmenty:

“…

NOTA WYDAWNICTWA „AYCASNES”

Valaco 605.3776 c.

Książka, którą oddajemy dziś w ręce naszych czytelników, jest jeszcze jedną próbą wyjaśnie­nia pewnych zagadek związanych z pamiętny­mi wydarzeniami roku 3016, które zainicjowały tzw. Trzecią Rewolucję. Rzecz jasna, jest w tym utworze bardzo wiele fikcji i jeszcze więcej spe­kulacji. Autor nie pokusił się tu o dokładne odtworzenie owych wypadków, nie starał się nam również ukazać skomplikowanej sytuacji ani prawdziwego w każdym szczególe obrazu tamtych, odległych przecież czasów. Historia, jaką przedstawia, dotyczy losów ludzi wpląta­nych mimowolnie w owe wydarzenia, jednostek posuwających się z ich nurtem niejako wbrew swej woli, a częściowo (do pewnego momentu) także i wbrew swoim przekonaniom. Dotychczas wydano wiele prac traktujących o Trzeciej Rewolucji i okolicznościach, jakie doprowadziły do jej wybuchu. Wśród tych bardziej lub mniej udanych pozycji były ścisłe, niemalże naukowe opracowania, ale trafiały się i całkowite fantazje, sprzeczne nawet z podstawowymi faktami znanymi nam z nielicznych zachowa­nych dokumentów czy filmów.

 Wielu wypadków do dziś nie wyświetlono, a jeszcze większa część zdarzeń — otoczonych w owym czasie ścisłą tajemnicą i tworzonymi celo­wo pogłoskami o sprzecznej nieraz treści — w ogóle nie jest znana. Tak więc wszystkie opraco­wania, jakie do tej pory powstały, opierały się głównie na wyobraźni ich twórców, skłonnych do różnych spekulacji i interpretacji.

Wydawnictwo, wychodząc z założenia, że przy takiej mnogości hipotez nic już nie jest w stanie zaciemnić obrazu minionych zdarzeń, postano­wiło dopuścić jeszcze jedną ich wersję w na­dziei, że być może właśnie ona zbliży nas wszy­stkich najbardziej do prawdy.

Geander Mora

recenzent Aycanes-Altal Teryt

Republiki Boyd

 ….

I ten wieczór zapowiadał się spokojnie, lecz bezbarwnie jak setki podobnych wieczorów. Re­dan wstał z ławki i już kierował się w stronę oszklonego pomieszczenia, gdy znów poczuł na­wrót tego dziwacznego, bezpodstawnego strachu ściskającego go za serce, paraliżującego ruchy. Nie miał pojęcia, co to może być, gdyż niczego podejrzanego nie zauważył, jednak czuł wyraźnie, że coś się w otoczeniu zmieniło. Niepokój wzrastał.

— Chyba się starzeję — zauważył na głos, drapiąc się po głowie.

Rozejrzał się uważnie. Na trawniku siedział tupang. Maskotka i ulubieniec wszystkich pra­cowników, dokarmiany przez nich na każdym kroku.

— Ty stary pieszczochu — rzekł do zwierzę­cia, nachylając się nad jego lśniącym, tłustym cielskiem. — Chodź tutaj. Pogłaszczę cię. Wiem, że to lubisz, jak nikt inny.

Podniósł tupanga z ziemi i posadził sobie na kolanach. Znów siedział na ławce, wpatrując się w krzaki. Mierzwił gładką sierść. Zwierzę wydawało ciche pomruki i westchnienia. Było zadowolone. Strach powoli ustępował.

Chyba się starzeję — myślał Redan. — Nie­długo trzeba będzie porzucić to zajęcie. A nuż zdarzy się coś złego… Co wtedy stanie się z małą Itą… Eee, skąd w ogóle przychodzą mi ta­kie myśli.

Tupang przebywał na terenie instytutu chyba od samego początku jego istnienia. Jeszcze w trakcie przeprowadzki przyplątał się skądś, mo­że znad rzeki, gdzie nie mógł znaleźć odpo­wiedniej ilości żarcia? Tutaj nie musiał się tym przejmować. Teraz nie jadał byle czego, najlep­sze kąski czasem mu nie smakowały. Zadomo­wił się w instytucie na dobre, a nawet zdążył zestarzeć. Fala niepokoju powróciła gwałtownie.

Przecież — przemknęło Redanowi przez myśl — pogoda jest zupełnie zwyczajna, a ciągle odzywa się to diabelne serce. Nigdy mi nic nie dolegało. Więc dlaczego dzisiaj…

Nie dokończył. Dojrzał go. Człowiek leżał oparty o mur. Przez kratę widać było tylko czarny kształt dłoni spoczywającej na chodni­ku. Strażnik zastanowił się chwilę. Odbezpie­czył kufę. Może mu się tylko wydaje? W tam­tym miejscu panował półmrok. Nie, nie pomy­lił się, tam na pewno leży człowiek. W dolnym rogu bramki widzi ludzką dłoń. Spuścił tupanga na ziemię. Trzeba to sprawdzić. Ruszył w tam­tą stronę.

Na chodniku leżał mężczyzna. Oczy na wierz­chu, twarz prawie sina. Łapał powietrze z charkotem. Strażnik nachylił się nad nim.

Nie — pomyślał. — Ten nie udaje. Znów kło­pot.

— Co jest? — zagadnął leżącego. — Słabo pa­nu?

Oczy tamtego spoczęły na twarzy strażnika. Redan cofnął się o krok, pod niesamowitym spojrzeniem człowieka. Nieznajomy przewiercił go nim w jednej chwili na wylot, jednocześnie coś zakłuło w sercu mocniej niż poprzednio, strażnik poczuł znów strach, lecz już nie taki jak przedtem. To był strach skondensowany. Nieustępliwy. Strach bliski szaleństwa. Leżący nie spuszczał oczu z pochylonego nad nim czło­wieka.

Za zakrętem rzeki stały trzy czarne drzewa. Tak olbrzymie, że ledwo można je było objąć wzrokiem. Łódź kołysała się nierówno. Wiosła z ledwo uchwytnym pluskiem zanurzały się w ciemnej toni. Po powierzchni pływały tłuste plamy jakichś smarów.

Płynęli w absolutnej ciszy. Na dziobie, pochy­lony nad wodą, prawie ciągnąc po niej nosem, przewodnik. Napięty. Czujnie wsłuchany w oto­czenie. Łowiący każdy szmer, inny od plusku wioseł, w swe niezawodne ucho. Hebanowa skó­ra lśni, grubo namaszczona olejkami hevoi.

Dwaj pozostali wioślarze to tubylcy. Purpurowoskórzy, z przepaskami na biodrach. Mocne mięśnie z wprawą obracają drągi, pchające łódź do przodu po szerokiej rzece. Tubylcy mają błyszczące oczy i lekki, drwiący uśmieszek na ustach. Chcą tym uśmieszkiem dodać sobie otu­chy. Ale to nie takie łatwe. Sytuacja nawet dla nich jest niecodzienna. Nie boją się. To nie strach wyziera z ich ruchów, to nie strach spo­gląda z zachmurzonych lic. Oni są zbyt pry­mitywni. Nie wiedzą, co to strach. Potrafią za to dobrze wiosłować. Wiosłują rzeczywiście do­brze. Najlepiej, jak potrafią. Tak jak przy pod­chodzeniu do rozwścieczonego durandoka, kie­dy gryzie ziemię i łamie potężnym, łuskowatym ogonem drzewa sur. Urodzeni łowcy.

Przewodnik to zbieg. Jego skóra świadczy o tym najlepiej. Niebieskawoczarny, leży teraz wyprężony jak struna, z uchem nad wodą… Ży­cie nauczyło go sztuki nasłuchiwania. Tylko dzięki niej jeszcze żyje i płynie z nimi w łodzi. Brzeg jest porośnięty gęsto i dziko. Można by powiedzieć bujnie. Ale to jakaś dziwna bujność. Ani jednej barwy, do jakiej wzrok przyzwycza­ja się w dżungli. Nic żółtego, pomarańczowego czy czerwonego, ani jednego zielonego kielicha. Nie ma również ta puszcza nic z kniej północ­nych regionów Vollu. Ni jednego zielonego liś­cia czy grama błękitu. Ciągle tylko czerń. Czerń i szarość. Trochę popielatego, zwłaszcza w tra­wach, trochę przyprószanego brunatu.

A jednak w tej czerni, pozorującej śmierć, tai się życie. Nawet nie tai. Ono faktycznie kipi bujnie, lecz jakoś niezauważalnie dla niewpraw­nego w tym pejzażu oka. Łódź przezornie trzy­ma się blisko brzegu. Niemal ocierają głowami o skrzypiące, spopielałe witki arbelozu. Nieba z łodzi prawie nie widać. Przez gęste, zbite ko­rony poprzerastane epifitami przeziera tu i ów­dzie jasnoszary przestwór. Niebo tutaj jest zaw­sze takie. Wioślarze z wprawą utrzymują drew­nianą skorupkę przy brzegu. Wkoło absolutna cisza. Nie słychać w tej dżungli normalnego gwaru, gwizdów aktacamów, pomruków ous, zawodzeń kinteifów, nerwowego tupania aguczamów czy posapywania przedzierającego się z łopotem przez zbitek czerwieni drzew sur bassol bassa. Tutaj panuje cisza. Bezludna, nie­przyjazna. Dzisiaj nawet nie wieje wiatr. To oczywiste. Przewodnik wie, co robi. Nie wypły­nąłby w wiatr. Jeszcze mu głowa miła. Nie po to uciekał z Hy, żeby wpadać na patrol z byle powodu. Każdy głupi wie: „Nie wypływaj w wiatr, choćby w żagle”. Przysłowia nie kła­mią. Tworzyły je pokolenia.

— Czy tutaj kiedykolwiek świeci słońce? — zapytał Off.

Przewodnik zbył go milczeniem. Wioślarze wyszczerzyli zęby w bezrozumnym uśmiechu. Muskuły grały im pod skórą. Wiosła tonęły w ciemnej otchłani z ledwo słyszalnym szmerem. Zbliżali się do kolejnego zakola. Off wiercił się niespokojnie na sękatej ławce. Uwierały go sprzączki szarogranatowego kombinezonu, uwierał skórzany beret. Przebranie piekielnie niewygodne, ale konieczne. Pomyślano nawet o oryginalnej bieliźnie.

— Na wszelki wypadek — powiedział Dager. Teraz Off wiercił się jak na szpilkach. Gryzły go lolronowe kalesony, całe ciało swę­działo. Pilnował się, żeby nie drapać podrażnio­nej skóry.

Gdzieś na brzegu trzasnęła gałązka. Off ro­zejrzał się niespokojnie. Przewodnik nie zare­agował. Łódź płynęła dalej. Równo, miarowym rytmem, rytmem oddechów purpurowoskórych. Trzaski powtórzyły się, tym razem bliżej. Off nerwowo przygryzł wargę. Nie chciał myśleć o wpadce. Taka wizja mogła przyprawić o dreszcze. To zresztą niemożliwe. Ma najlepsze­go przewodnika i najlepszych wioślarzy. Trzeba trzymać na wodzy rozdygotane nerwy.

Czy jeszcze daleko? Jak długo można wytrzy­mać takie napięcie? Skoro przewodnik nie re­aguje, widać nic się nie dzieje. Tym razem trzaski powtórzyły się tuż-tuż. Off czuł, jak oblewa go pot i drętwieją koniuszki palców, kurczowo zaciśniętych na długiej kufie. Wpat­rzył się w zarośla, lecz przez sieć szarych wi­tek nic nie dojrzał…”

Ocalmy Łużyce i Pamięć Połabia – galeria [Let's Save Lusatia and Memory of Polabi - gallery] (pol/eng)

Opublikowany w sztuka, Słowianie przez bialczynski w dniu 5 Marzec 2013

Galeria Łużycka dwujęzyczna i wzbogacona 03 02 2013

die lausitzŁużyce [Die Lausitz, Lusatia]

Dzieciątko – obrzęd i strój związany z Zimowym Przesileniem – żywcem przeniesione z Wiary Przyrody (to nasze korzenie)

[Child - ritual and dress associated with the winter solstice - transformed in its pure form from the Faith of Nature (these are our roots)]

Dzieciątko

Przód stroju – Dzieciątko obchodzi wieś z rózgą i rozdaje podarunki

[Front of the dress - The Child goes around a village with a rod and hands out gifts]

Das Kindlein tyłniesamowity archaiczny strój nawiązujący do czasów pogańskich

[an amazing archaic outfit referring to the pagan times]

Kindlein2Dzieciątko – twarz odseparowana od zwykłej przestrzeni – w świętym nieskalanym obszarze sacrum

[Child - its face is separated from the ordinary space - in the holy unblemished sacred place]

haftwyrafinowany haft łużycki obecny w strojach, bieliźnie i okryciach

[sophisticated Lusatian  embroidery which is present on apparel, underwear and coats.]

Łużycka pannałużycka panna

[Lusatian maiden]

Łużyckie panny

Niezamężne Łużyczanki

[Unmarried Lusatian women]

LLLNiezamężne Łużyczanki

[Unmarried Lusatian women]

Łużyckie stroje codzienneinne stroje

[other outfit]

Łużyczanka w stroju Łużyckim LausicGospodyni – strój świąteczny

[ Housewife - a festive apparel]

ŁużyczankiMężatka i panny

[A married woman and single women]

Strój świąteczny - ŁużyceMężatka w chuście

[A married women wearing a scarf]

Strój Łużyckistrój z innej okolicy

[outfit from another area]

Serbołużyczanki z RaduszewaSerbołużyczanki z Raduszewa

[Lusatian Sorb (Serb) women from Raduszewo]

slbRaduszewo Gród Serbołużycki - Zamyk OkółRaduszewo – zamyk-okół łużycki (obwar)

[Raduszewo – Lusatian round stockade]

Raduszewo nocRaduszewo – odtworzenie

[ Raduszewo – reconstruction]

Wzory haftu łużyckiegowzory różnych haftów regionalnych z Łużyc

[patterns of various regional embroideries from Lusatia]

LL

Słowiański Krąg: Rozhovor Marka Hapona pro Pohanský kruh [współpraca polsko-czesko-słowacka]

Opublikowany w Starosłowiańska Świątynia Światła Świata, sztuka, Słowianie, Wiara Przyrody przez bialczynski w dniu 5 Marzec 2013

Polecam wszystkim braterski blog: Pohansky Kruh, a tam wywiad z Markiem Haponem ilustrowany bogato jego grafikami. Jak widzicie z WIOSNĄ ROZKWITA i rozwija się międzynarodowa słowiańska współpraca w dziedzinie Wiary Przyrod(zone)y Słowian i kultury słowiańskiej

CB

Czytajcie całość w:

http://pohanskykruh.wordpress.com/2013/02/17/rozhovor-marka-hapona-pro-pohansky-kruh/

Rozhovor Marka Hapona pro Pohanský kruh

Únor 17, 2013
tags: Marek Hapon

Na sklonku loňského roku jsme vám představili tvorbu polského umělce žijícího v USA, Marka Hapona. Vzhledem k pozitivním reakcím na tento článek jsme se s Markem domluvili na rozhovoru, který se věnuje jeho umění, inspiraci slovanským pohanstvím i dalším aspektům s jeho prací a životem souvisejících. Věříme, že vás Markovy názory a životní filosofie zaujmou stejně jako jeho kresby.

W.

Discord - Nesoulad (1990)

Discord – Nesoulad (1990)

Na úvod bych se rád vrátil k tvému stručnému životopisu, jímž jsi uvedl na našich stránkách své kresby. Musím říci, že na mne zapůsobila jeho niternost a otevřenost, s níž popisuješ své „etnické“ probuzení pro vlast svých předků. Zásadní roli v tom hrál tvůj odchod do USA, kde jsi se tváří v tvář tamní bezobsažné kultuře uvědomil, že patříš k jinému národu a asimilovaný Američan, tj. člověk, jenž odložil své kořeny, se z tebe nestane. Domníváš se, že pokud bys zůstal s matkou žít v Polsku, a tuto negativní zkušenost neprožil, vydal by ses vůbec na uměleckou dráhu?

Často jsem si říkal, např. jak by se můj život lišil, kdybych býval zůstal v Polsku. Jsem si téměř jistý, že v určitou chvíli bych z Polska odešel, pokud ne z ekonomických důvodů, každopádně ze zvědavosti. Být mimo svou zemi mi rozhodně pomohlo v tom, že jsem svou národní kulturu viděl s odstupem a  jiné kultury tváří v tvář. Následkem toho se u mě rozvinula schopnost oceňovat své dědictví, namísto toho, abych jej bral jako samozřejmost. Kdybych zůstal v Polsku, čelil bych nebezpečí, že budu uchvácen umělou, okázalou pop kulturou, proudící ze západu a různými uměleckými trendy. Nicméně si myslím, že počátek „mého procitnutí“ byl mou součástí a dříve či později by k němu stejně došlo.

Chicago Town Courier - Posel města Chicaga (1990)

Chicago Town Courier – Posel města Chicaga (1990)

V technice kresby jsi se propracoval k dílům udivujícím svými detaily. Tvé kresby se od počátku vyznačují tím, že jsou černobílé, což umocňuje dojem z nich. Co tě vedlo k tomu barvy zásadně nepoužívat?

Na počátku jsem zkoušel barvy používat. Brzy jsem si však uvědomil, že mé kresby jsou spíše o tvaru a kontrastu, než o stínování a barvě. Když jsem zkusil perokresbu, okamžitě jsem se zamiloval do její rychlosti a spontánnosti.  Rovněž jsem si uvědomil silné zalíbení pro vzory. Od té chvíle jsem začal rozvíjet vlastní styl kresby. Pero se stalo perfektním prostředkem k vyjádření intelektu a srdce. Kreslení se stalo mou poezií.

Vlevo a níže je několik příkladů mé rané práce s barvou a jedna z mých prvních perokreseb, Mother and Son. Jak můžete na těchto obrazech vidět, začal jsem se přesouvat od realističtějších forem k abstraktnímu a grafickému umění.

All You Can Eat - Vše, co dokážete sníst (1992)

All You Can Eat – Vše, co dokážete sníst (1992)

Creation - Stvoření (1992)

Creation – Stvoření (1992)

Mother and Son - Matka a syn (1992)

Vedle abstraktních scén, neskutečných postav apod. zahrnuje tvoje tvorba i stylizované portréty. Co tě vlastně obvykle inspiruje k vytvoření nového díla?

Neustále se obohacuji novými ideami a novými informacemi. Zároveň mi zůstává blízké téma, jež miluji, jímž je naše rodná slovanská víra. Když se nová informace úspěšně spojí s tím, co jsem už vstřebal, dále ji rozvíjím. V mých myšlenkách začíná růst představa.  Je to skutečně krásné, protože pokud zůstávám nablízku tomu, co miluji a cítím, nemá konce tvoření nových forem – nových vizualizovaných básní. Někdy mi lidské tváře připadají ironické, To proto, že v nich vnimám božskost. Rysy jejich tváří jsou jedinečným biologickým projevem osobní a národní historie.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 493 other followers