białczyński

Jan Karol Sas-Zubrzycki (1860 – 1935) – Strażnik Wiary Przyrodzonej Słowian ze Lwowa

Posted in Starosłowiańska Świątynia Światła Świata by bialczynski on 8 Luty 2015

Jan Karol Sas-Zubrzycki (Jan Zubrzycki h. Sas, ur. 25 czerwca 1860 w Tłustem, zm. 4 sierpnia 1935 we Lwowie) – polski architekt, teoretyk architektury, konserwator sztuki.

250zubrzycki

W latach 1878-1884 studiował na wydziale architektury Politechniki Lwowskiej. W latach 1886-1912 mieszkał w Krakowie. W 1901 r. wybudował swoją willę w Zabierzowie. W 1898 r. wraz z siostrą Jadwigą z Łobzowa założył Towarzystwo Rękodzielników Polskich „Gwiazda” od 1912 mieszczące się we Lwowie. W latach 1900-1912 pełnił obowiązki inspektora Budownictwa Miejskiego w Krakowie. W 1916 r. był współzałożycielem Towarzystwa Opieki nad Zabytkami Sztuki i Kultury we Lwowie. Był członkiem Polskiej Akademii Umiejętności. W 1919 r. został profesorem zwyczajnym Katedry Historii Architektury i Estetyki Politechniki Lwowskiej, jako profesor i wykładowca Politechniki pracował do 1929 r. W 1929 r. został odznaczony Krzyżem Komandorskim Orderu Polonia Restituta.

 

mir sława znak krzyżowy

Opublikował liczne prace zawierające m.in. rozważania na temat polskiego stylu narodowego. Wskazywał na oryginalne, rodzime cechy polskiej architektury. Jako architekt tworzył głównie w duchu neogotyku.  Opracowywał też projekty przebudowy kamienic i budowy świeckich budowli publicznych m.in. ratusze w Jordanowie i Niepołomicach. Projektował okazałe kościoły, opracowywał też projekty świeckich budowli użyteczności publicznej i budynków na zamówienia prywatne. Badał polskie style budownictwa monumentalnego i drewnianego. Był świetnym rysownikiem, akwarelistą i fotografikiem. Na jego artystyczny dorobek składa się około 40 kościołów wybudowanych i około 20 przebudowanych na terenie Małopolski, Podola i Bukowiny, w stylu neogotyku „nadwiślańskiego” lub neorenesansu „zygmuntowskiego”.  Niestety Sas Zubrzycki by móc realizować swoje projekty, przyczynił się do zniszczenia kilku starych, czasem bardzo wartościowych kościołów.

Pochowany na cmentarzu Łyczakowskim we Lwowie.

zubrzycki0

Realizacje

  • kościoły (w nawiasach podano rok ukończenia budowy):
    • Bielcza (1908)
    • Błażowa (1900)
    • Bruśnik (1904)
    • Cieklin (1903)
    • Ciężkowice (1903)
    • Czortków (1918) – kościół dominikanów
    • Górno (1913)
    • Jadowniki Podgórne (1910)
    • Jedlicze (1925)
    • Jordanów (1913)
    • Kasinka Mała (1913)
    • Kraków – kościół św. Józefa w Podgórzu (1909), kościół redemptorystów (1907)
    • Lubatowa (1921)
    • Lubcza (1899)
    • Lwów – kościół kapucynów (1930)
    • Łapczyca (1933)
    • Łężkowice (1921)
    • Masłów Pierwszy (1938)
    • Miejsce Piastowe – kościół Michalitów
    • Niewodna (1923)
    • Nowy Sącz Biegonice (1904)
    • Otfinów (1929)
    • Piotrkowice (1907)
    • Porąbka Uszewska (1918)
    • Poręba Radlna (1905)
    • Ryglice (1940)
    • Siedliska-Bogusz (1912)
    • Sokołów Małopolski (1914)
    • Suków
    • Szczepanów (1914)
    • Szczurowa (1893)
    • Tarnów – kościół Świętej Rodziny (1906)
    • Tłuste
    • Trzebinia – kościół Salwatorianów, Najświętszego Serca Pana Jezusa – projekt częściowo niezrealizowany
    • Trześniów
    • Wietrzychowice (1924)
    • Zaleszany (1905)
    • Żeleźnikowa
  • kościoły przebudowane:
    • Bochnia (1905)
    • Borzęcin
    • Szczucin (1905)
    • Tarnobrzeg, kościół dominikanów
    • Tarnawa
    • Trzciana k. Bochni
  • ratusze:
    • Jordanów
    • Myślenice
    • Niepołomice
    • Zator

SAS Zubrzycki Jan Mistrz Twardowski Białoksiężnik polski

97b8967bbe25bb2fcc10e7ec26fc6bccSAS Zubrzycki Jan Mistrz Twardowski Białoksiężnik polski. Prawda z podań. Miejsce Piastowe 1928. Wydawnictwo Książnicy – Michalineum. s.407. liczne il. opr. kartonowa. brak przedniej okładki. stan bloku bardzo dobry. 21 cm. Te książkę kupiono na aukcji internetowej za 189 PLN.

 mistrz-twardowski-bialoksieznik-polski-b-iext27155813

„Mistrz Twardowski białoksiężnik polski” to bardzo rzetelnie udokumentowana analiza dotycząca osoby, czasów, wierzeń, dziejów i postaci przez większość uważanej za baśniową. Dzieło zawiera bardzo obszerne i rzetelne wprowadzenie oraz rozdziały:

  1. Mistrz Twardowski na tle dziejów
  2. Twardowskiego uczoność
  3. Twardowskiego polskość
  4. Twardowski na tle czynów swoich własnych

Książka jest bardzo bogata ilustrowana symbolami mającymi znaczenie nie tylko dla badaczy magii i okultyzmu w ogóle, ale także dla badaczy naszej rodzimej tradycji słowiańskiej i prapolskiej na tle tradycji ogólnoeuropejskiej. Książka zawiera także analizy wierzeń, mitów, podań i legend oraz nazewnictwa starosłowiańskiego.

Wybrane książki Zubrzyckiego

  • Zwięzła historja sztuki od od najpierwszych jej zaczątków aż po czasy napoleońskie (1914)
  • Wawel przeddziejowy (1918)
  • Obsypiny… Obsyłania… Rąbek złoty z czasów dobrobytu i oświaty Polaków dawnych (1921)
  • Zabytki miasta Lwowa (1928)
  • Serce : rozbiór pierwiastków polskiej sztuki ludowej i narodowej (z rysunkami), Lwów 1921.

Dziadek wybudował cegła po cegle niemal całą ulicę Kalwaryjską i cały Rynek Podgórski, łącznie z kościołem Świętego Józefa – bardzo pięknym i cudownie położonym na Krzemionkach.

Ryn Podg 437px-Krakow_Podgorze_church_20070814_1755Kościół Św. Józefa

Kościół parafialny pw. św. Józefa – świątynia w Krakowie, usytuowana w Rynku Podgórskim na północnych stokach Krzemionek Podgórskich w południowo-środkowej części Krakowa, zbudowana w latach 1905-1909 według projektu Jana Sas-Zubrzyckiego, według architektury neogotyckiej. Jest to największy kościół w Podgórzu.

[Kogo mógł ezoteryk, okultysta i rodzimowierca Sas-Zubrzycki zatrudnić do budowy tego swojego, wypieszczonego architektonicznie kościoła? Władysława Białczyńskiego – wolno-murarza?].

Ryn koścół inna stronas krzem 120159396420080112-foto-147Kościół wrasta w skały

[W tych skałach znajdowała się niegdyś pracownia alchemiczna Mistrza Twardowskiego – i przy okazji budowy tego kościoła dokonano jej odkrycia oraz przebadania archeologicznego]. Tak działali Strażnicy Wiary Słowian.

Kościół wrasta w skały

Rynek Podg  kościół foto29

tumblr_n4dsv6wasP1qfg0tlo1_500sas1sas2sas3sas4

 

big_C-fakepath-sasI-04

5082125

5082130ciesla_murarz_cz2-1

big_C-fakepath-sasII-03big_C-fakepath-ciesla-murarz-Cz2-32

big_DSC_0036tumblr_n4dp2zZfSE1qfg0tlo2_500

sas5sas6

 

Życie Jana Sas-Zubrzyckiego – Patrona Szkoły

„Życie Jana Sasa Zubrzyckiego wypełniała intensywna praca, której głównym impulsem była miłość ojczyzny i próba ocalenia od zapomnienia tego, co w przeszłości najcenniejsze – poczucia piękna, harmonii i prawdy. Był obrońcą podstawowych, ponadczasowych wartości”.

K. Stefański

„Jan Sas Zubrzycki przez całe życie angażował się w sprawy narodowe, a swoje przywiązanie do idei niepodległej Rzeczypospolitej manifestował nawet elementami stroju, nosił zawsze wpiętą w ubiór odznakę orła w koronie”.

1_Ciesla_Polski_i_Murarz_Pols

„Cieśla polski i Murarz polski” – zbiór 10 zeszytów autorstwa Jana Sasa Zubrzyckiego wydanych w latach: Cieśla 1915-1916; Murarz 1917-1919

Zeszyty te stanowią doskonałe uzupełnienie „Cieślictwa polskiego” oraz „Polskiego budownictwa drewnianego”.

Wzory sztuki ciesielskiej wywodzące się ze sztuki ludowej, tradycyjne polskie wykończenia i zabudowy.Plany, rzuty, zdjęcia, przykłady mieczowań, odrzwia i drzwi staropolskie, wiązania, bramy, stropy drewniane, słupy z mieczowaniem, zdjęcia domów wiejskich i dworów, dachów, szczytnic, okien i okienek.Obiekty przedstawione na zdjęciach w większości już nie istnieją.
Zawartość:
Cieśla polski: Zeszyty I-V – 40 tablic i 20 stron objaśnień
Murarz polski: Zeszyty I-V – 40 tablic i 20 stron objaśnień

Jan Sas Zubrzycki (1860-1935), architekt, konserwator sztuki, profesor Politechniki Lwowskiej. Opublikował liczne prace zawierające m.in. rozważania na temat polskiego stylu narodowego. Wskazywał na oryginalne, rodzime cechy polskiej architektury. Jako architekt tworzył głównie w duchu neogotyku. Wybudował ponad 40 kościołów i przebudował około 20. Opracowywał też projekty przebudowy kamienic i budowy świeckich budowli publicznych m.in. ratusze w Jordanowie i Niepołomicach.

 

Wydawca Graf_ika
Data wydania    2010
Oprawa: twarda, szyta, okładka drukowana w kolorze, pokryta matową folią; ozdobna, zadrukowana wyklejka.
Format: 32 x 22 cm
Liczba stron: 158
ISBN-10/13    978-83-61889-02-1

280266

Kraków. W pobliżu kościoła św. Floriana można zobaczyć wspaniale odrestaurowaną kamienicę Jana Zimlera. Budynek został zbudowany w 1892 roku, a jego projektantami byli Józef Donhajzer i Jan Sas Zubrzycki

dzwon-wolnosci-b-iext26102114

Dr Jan Sas Zubrzycki: „Dzwon wolności”: Dzwony zwyczajne i dzwony niezwykłe, dzwony cudowne, sakralne, bajeczne w dziejach i polskiej tradycji historycznej i mitycznej. „Zdaje się nam powszechnie, jakoby dzwony były w Polsce najpóźniej do kościołów wprowadzone i wszystkie miały do nas przyjść z Niemiec, albowiem ukuto prawidełko sztuczne, wedle którego wszyscy ludzie mieliby prawo do pierwszeństwa na każdym polu, tylko nie my Polacy. Jest to wielka nieprawda. Dzwony u nas w Polsce o wiele wcześniej były znane niżeli w V stuleciu, bo mamy na to wiele dowodów pewnych!”

bogoznawstwo-slawjan-bogoznawstwo-slowian-b-iext26140928

„W nauce polskiej od czasu dawnego pojawiają się dzieła, koniecznie mówiące o mitologii, jakby tu nieodwołalnie musiał się objawiać związek nierozerwalny między Niebem Grecji Starożytnej a Niebem Staro-Lechii. Jeżeli da się wprowadzić tę zgodność pomiędzy wiarę Hellenów a wiarę Sarmacji, to dobrze, w przeciwnym razie nie pozostaje nic innego, jak przekreślić całą przeszłość pogaństwa Polski najdawniejszej i orzec, że panowało tutaj nie tylko barbarzyństwo najciemniejsze, ale i próżnia, po prostu nicość…”

Było jednak zgoła inaczej. „Naród polski od prawieków słynął bogactwami stanowiącymi dobrobyt jego umysłowy i obyczajowy, a Polacy mieli ukształtowane bogato wierzenia swoje w siły przyrodzone, które czcili zmysłowo wprawdzie, lecz z podniesieniem ducha równoczesnym.”

Autor książki omawia sylwetki słowiańskich bogów, staropolskie wierzenia oraz symbolikę religijną na tle  dziejów. W publikacji opisano również znaczenie naszej rodzimej kultury i tradycji oraz jej wpływ na rytuały i zwyczaje ogólnoeuropejskie. Książka – choć niewielka objętościowo – jest niezwykle bogata w wartościowe treści, z którymi powinien zapoznać się każdy, kto chce dowiedzieć się czegoś na temat pochodzenia naszej bogatej tradycji i kultury.

 

Stanisław Przybyszewski (1868-1927, Strażnik Wiary Przyrodzoney) – Nad morzem


Dlaczego Stanisław Przybyszewski, znany powszechnie jako okultysta i satanista jest Strażnikiem Wiary Przyrodzoney???

„Jestem tylko meteorem, który na chwilę zabłyśnie, na chwilę ludzkość straszy i przeraża, a potem nagle niknie – a szczęśliwy jestem, że tym przeświadczeniem żyję.
Droga meteorom wyznaczona jest miliard razy dłuższa aniżeli zwykłym gwiazdom (…) Być meteorem, to istotna moja tęsknota: zniszczyć na swej drodze kilka światów, roztopić je w sobie, wzbogacić się nimi i po miliardach lat znowu powrócić, stokroć gorętszym blaskiem rozpłonąć, wieść nowe przemiany i wywody i znowu zniknąć – to to, co w moich najkosztowniejszych snach przeżywam…
Niech zgasnę, czym prędzej zgasnę, bym mógł tylko we wzmożonej potędze powrócić…
A wrócę – wrócę!”

Czy to wystarczy? Ta wiara w ciągłe odradzanie się życia i wieczne życie, życie po śmierci?

cytuję:

W twórczości Stanisława Przybyszewskiego, autora szokującego światopoglądu dla kulturowej formacji pozytywistycznej, bardzo widoczne są motywy satanistyczne. Występują one w różnych odmianach i realizacjach, pełniąc rozmaite funkcje. Z jednej strony takie wątki są symbolem, będącym wyrazem sił i tendencji obecnych w duszy ludzkiej i duszy świata. Z drugiej strony jednak tworzą fabułę eksponującą satanistyczną wizję, czego przykładem są chociażby Dzieci szatana czy Synagoga szatana.

Zainteresowania Przybyszewskiego zostały zdeterminowane fascynacjami epoki, która porzuciła organicyzm czy postulaty oświecania chłopów na rzecz tworzenia tajnych stowarzyszeń, zgłębiania tajemnic ezoterycznej wiedzy czy chociażby praktykowania magii. To właśnie u schyłku XIX wieku swój rozkwit, jeśli nie rzec narodziny, przeżywały wszelkie koła kabalistyczne, ugrupowania okultystyczne, towarzystwa okultystyczno-teozoficzne, które pociągały modernistów swą egzotyką i niezwykłością.

Sam Przybyszewski, twórca utworów o niedokończonym charakterze, ale oryginalnej formie, uważał, że rozwój satanizmu wynikał z rozkwitu instytucji kościoła, który nadal, mimo coraz mniej licznego koła wyznawców, narzucał ideał ascezy, posłuszeństwa, marazmu. Pisarz był zdania, że świat powstał i istnieje tylko dzięki temu, że w dalszym ciągu walczą ze sobą dwie odwieczne, równorzędne potęgi – Bóg i Szatan.”

A więc Ahura Mazda i Ormuzd (Angra Mainju) ? Czarnogłów i Białoboga? Czy to wystarczy. Nie. To związek z Wiarą Przyrody i Wiarą Przyrodzoną nazbyt kruchy. Lecz co jeśli powiemy, że autor ten studiował  wytrwale i głęboko ludzkie namiętności i żądze, które są jakże ważną częścią Wiary Przyrody, Wiary Słowian, nauki o psychologii człowieka, ważną częścią człowieczeństwa w ogóle. A gdy do tego dodać, że Przybyszewski poświęcił całe życie kreśleniu psychologicznych portretów czarownic i analizie magicznych obrzędów oraz że udowodnił niezbicie, iż Kult Szatana, nazywany dzisiaj Satanizmem, jest odłamem równoprawnym  judeo-chrześcijaństwa, a więc jest po prostu chrześcijańską sektą, albo jednym z chrześcijańskich kościołów takich jak Babtyści czy Luteranie?

cytuję:

„Pod wpływem poglądów Przybyszewskiego, jego niezwykłej pozycji apostoła w modernie, buntującego się przeciwko więzom krępującym jednostkę, dążącego do przełamania tabu seksualnych i religijnych, młodopolski satanizm znacznie różnił się od tego średniowiecznego czy romantycznego. Choć nie był tematem nowym i niezbadanym, to jednak przyciągał tak samo twórców, jak i odbiorców, czy nawet szeroko pojęte kręgi krytyków. Wabił nie tylko ze względu na nowoczesną konwencję literacką, lecz również dzięki emocjom, jakie wyzwalał. Traktowany przez Przybyszewskiego, o którym w Niemczech mówiono deutscher Sataniker, czyli niemiecki Satanista i traktowano jako autorytet w satanologicznych kwestiach, jako element przekraczania granic, odrzucania norm i zakazów, jako szansę odważnego przełamywania tabu obyczajowych i wierzeniowych, stał się niemal nową religią.”

Czy Wyznanie Miłości może być Wyznaniem Wiary? Tak, jeśli jest to Wyznanie Wiary Przyrody!

przyby nad morzem 1 przyby nad morzem 2 przyby nad morzem 3 przyby nad morzem 4 przyby nad morzem 5 przyby nad morzem 6 przyby nad morzem 7 przyby nad morzem 8 przyby nad morzem 9

 

Zainteresowanych odsyłam do całości dzieła.

http://biblioteka.vilo.bialystok.pl/lektury/Mloda_Polska/Stanislaw_Przybyszewski_Nad_morzem.pdf

 

Oddajmy zatem głos osobie która może dać dowody ostateczne, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego Gabrieli Matuszek :

 

Gabriela Matuszek – Demony Przybyszewskiego, czyli o szatanie wczesnej nowoczesności

„Stan Rzeczy” 1(1)2011: 117-130
http://www.stanrzeczy.edu.pl/matuszek-demony-przybyszewskiego/

tutaj tylko fragment ale wystarczający:

 

DEMONY PRZYBYSZEWSKIEGO,
CZYLI O SZATANIE
WCZESNEJ NOWOCZESNOŚCI
Gabriela Matuszek

/// 1. Pusta transcendencjaJednym z centralnych zdarzeń wczesnej nowoczesności była „śmierć Boga” i wynikające z tego faktu nihilistyczne konsekwencje (Por. Sheppard 1998). Antropoteizm Ludwiga Feuerbacha, anarchizm metafizyczny Maxa Stirnera, pozytywistyczny materializm, naturalizm i ewolucjonizm przygotowały paradygmatyczny uskok, który dobitnie wskazał Fryderyk Nietsche. W odpowiedzi na radykalną zmianę poczucia sensu rzeczywistości rodzi się, z jednej strony, dekadencki nihilizm, z drugiej – odradzają się alternatywne systemy religijne oraz ezoteryka [1], traktowana jako ponętna forma komunikacji ze zdegradowanym przez myśl filozoficzną transcendentalnym sacrum.Twórczość Przybyszewskiego, który był nadzwyczaj wrażliwy na przemiany cywilizacyjne, wyczulony na ich podziemne prądy, znakomicie oddaje stan anomii, w jakim znalazło się nowoczesne indywiduum, pozbawione egologicznej podmiotowości, systemu aksjonormatywnego i perspektywy wieczności. Polski pisarz, który katolicyzm miał niejako „zakodowany we krwi” (ślady tłumionej religijności przebijają przez całą jego twórczość), dojrzewający artystycznie w europejskiej przestrzeni – w wielokulturowej berlińskiej metropolii – mocno reagował na ledwo rozpoznawalne symptomy choroby ówczesnej kultury. Obecne w jego twórczości blasfemie i demonomanie są ekspresją pankosmicznej traumy, wyrażają wewnętrzną psychomachię epoki, rozgrywającą się między sakralnością, będącą w stanie utraty i nihilistycznymi prądami, podmywającymi jej fundamenty [2].

 

/// 2. Pakty z szatanem

Pakt z szatanem – metaforą poznania ciemnej strony egzystencji – zawarł Przybyszewski już we wczesnej fazie twórczości, kiedy w Królewskiej Bibliotece Berlińskiej zgłębiał pisma dawnych mistyków, teologów, teozofów i alchemików, m.in. Pierra Abelarda, Bernharda z Clairvaux, Awerroesa, Jeana Bodina, Remigiusza, Alphonsa de Spiny, Jakuba Sprenglera (zwłaszcza słynne Malleus Maleficarum), studiował protokoły z procesu czarownic, a także czytał dzieła współczesnych mu okultystów i diabologów, takich jak Éliphas Lévi, Johan Joseph von Görres, Jules Michelet, Papus, Leo Taxil, Stanisław de Guaita, Karl Kiesewetter i wielu innych. Intensywne studia z zakresu satanizmu zaowocowały obszerną rozprawą nt. historii kościoła szatana (Przybyszewski 1997b) [3] i usytuowały Przybyszewskiego w pozycji czołowego „niemieckiego satanisty” (por. Matuszek, 1996, w różnych miejscach), któremu powierzono redakcję ezoteryczno-okultystycznego pisma „Metaphysiche Rundschau” [4]. Problemat szatańskości (demoniczności) świata zajmował Przybyszewskiego przez całe życie – jego ostatnim literackim tekstem będzie demonologiczna powieść Il regno doloroso (1923), osnuta wokół słynnego procesu czarownic, jaki miał miejsce w baskijskiej prowincji Labourt w 1610 r., w której postawione zostaje fundamentalne pytanie o ontologiczny status człowieka i teologiczną strukturę świata.Dialog z koncepcjami ontologicznego nihilizmu („świata bez Boga”) Przybyszewski prowadzi, wykorzystując satanistyczno-gnostyckie fantazmaty, które umożliwiają mu werbalizację trwogi przed metafizyczną pustką i pozwalają uporządkować absurd i chaos świata, przyporządkowując zło sferze materii. Teologia gnozy, która u początków wszechświata dostrzega kosmiczną katastrofę (rozpad pierwotnej Jedni, boskiej pleromy), pozwala wskazać przyczyny zła i wyjaśnić fiasko teodycei, a także wytłumaczyć źródło pierwotnego, archetypicznego lęku, przypisanego kondycji ludzkiej, bardzo mocno odczuwanego w epoce fin de siècle’u.Jak słusznie zauważyła Agata Bielik-Robson, zawierzenie głoszonemu przez gnozę lękowi prowadzi do pomylenia „odrazy do bytu doczesnego z pragnieniem duchowości” (Bielik-Robson 2000: 321) i sprzyja spekulacjom metafizycznym, opartym na repulsji wobec bytu i istnienia. Taką inwersyjną konstrukcją zdaje się być satanizm Przybyszewskiego, uruchamiający heretycki „archetekst”, zbudowany na gnostycko-manichejskim micie dobrego i złego boga [5], nicujący semantykę wielkiej fabuły chrześcijaństwa.

W swej satanologicznej rozprawie polski autor tworzy mitohistorię satanizmu od czasów średniowiecznych po współczesne, próbując udowodnić, że był on skrajną inwersją religii judeochrześcijańskiej i konsekwencją rozwoju instytucji Kościoła, który narzucił ideał uległości i naśladowania, a tym samym stłumił naturalną witalność człowieka. Wprowadzenie celibatu, wykluczenie kobiety, religijne i instytucjonalne restrykcje „grzechu” miały – jego zdaniem – działanie patogenne i wywołały nie tylko powrót do archaicznych wierzeń i obrzędów, ale także transgresyjnych zachowań.Polski modernista zapewne podpisałby się pod stwierdzeniem Jeana Baudrillarda, że „wszystko, co wyzbywa się swej części przeklętej, przypieczętowuje własny zgon” (Baudrillard 2009: 119), bowiem energia Zła jest konieczna dla wewnętrznej równowagi świata. Fiksację Przybyszewskiego na psycho- i onto-patologie można więc traktować jako rozpaczliwą próbę scalenia rozpadającego się świata. Zło i jego bóg, szatan, staje się ważnym przedmiotem literackich eksploracji. Należy jednak podkreślić, że figura szatana jest u Przybyszewskiego bytem wielofunkcyjnym, oznacza bowiem zarówno boga ciemności (złej materii) i demona nierządu (płciowych orgii), jak i metaforę pozytywnego buntu, intelektualnej anarchii, twórczej dynamiki życia.

Można powiedzieć, że eksploracją królestwa szatana, jakiej podejmuje się Przybyszewski, steruje nowożytna, faustyczna ciekawość poznawcza, za którą kryje się narkotyczne pragnienie poznania przez zło (por. Riceur 1986). Główną przestrzenią transgresywnych penetracji staje się pierwotna przestrzeń sabatu, jeszcze nie poddana kulturowej represji i ekskluzji. Jean Baudrillard napisze sto lat później, że „orgia stanowi eksplozywny moment nowoczesności, moment wyzwolenia, dokonującego się we wszystkich możliwych sferach” (Baudrillard 2009: 5), które prowadzi do wyzwolenia

[1] Przypomnijmy, że koniec XIX w. to okres rozwoju tajnych stowarzyszeń i rozkwitu ezoterycznej wiedzy, zwłaszcza w Paryżu, m.in. w kręgu C. Debussy’ego, w którym obracali się S. Mallarmé i J. Péladan, twórca Zakonu Katolickiego Różanego Krzyża, Świątyni i Graala (założonego w 1890 r.; zakon ten uniknął papieskiego potępienia). Debussy (który powiadał, że Przybyszewski należy do jego ulubionych pisarzy) przyjaźnił się ze S. de Guaitą, czołowym satanistą epoki i założycielem Kabalistycznego Różanego Krzyża (1888). W tym okresie powstało też najsłynniejsze brytyjskie towarzystwo okultystyczne, Zakon Złotego Świtu (1887), założone przez M.G. Mathersa, szwagra H. Bergsona (członkiem tego zakonu był przez jakiś czas A. Crowley, najsłynniejszy satanista XX w.). Powstaje też coraz więcej rozmaitych ugrupowań okultystyczno-teozoficznych, nawiązujących do założonego w Nowym
Jorku przez H. Bławatską Towarzystwa Teozoficznego (1875). Pod koniec XIX w. odżywają także herezje katarskie, w 1890 r. powstał w Langwedocji Kościół neokatarski (założony przez J. Doinela i Papusa), który spotkał się z ostrym potępieniem papieskim.
[2] Niektóre z zawartych w tym tekście tez mają szersze rozwinięcie w mojej książce (Matuszek 2008).
[3] Die Synagoge des Satans. Ihre Entstehung, Einrichtung und jetzige Kritik, Berlin 1897. Znamienne, że w Polsce opublikowane zostały tylko fragmenty książki: w „Życiu” 1899 nr 4 i 5 (Synagoga szatana. I. Powstanie i tworzenie, z powodu druku tej rozprawy numer 5 skonfiskowany został przez cenzurę) oraz w „Młodości” 1900 z. 2. W tłumaczeniu autora ukazała się także zmieniona wersja innego fragmentu niemieckiego oryginału, zatytułowana Synagoga szatana. Przyczynek do psychologii czarownicy, Warszawa 1902. Całość została udostępniona w przekładzie na język polski (autorki niniejszej książki) dopiero w sto lat po jej napisaniu (w publikacji: Przybyszewski 1997b).
[4] Po przejęciu pisma przez R. Wrede i przekształceniu go w „Metaphysische Rundschau” właśnie Przybyszewskiemu powierzono stanowisko redaktora, które sprawował od lipca do września 1897 r.
 [5] Przybyszewski pisze w pierwszym akapicie swojej rozprawy: „Istnieją dwaj odwiecznie przeciwstawieni sobie bogowie, dwaj stwórcy i dwaj władcy, bez początku i końca. Dobry bóg stworzył duchy, czyste istoty. Jego królestwo jest niewidzialne i doskonałe, nie zna ni walki, ni bólu. Zły bóg stworzył świat widzialny, cielesny, przemijający. Stworzył ciało i namiętność, ziemię z jej walką, cierpieniem i rozpaczą, niezmierzony padół płaczu. Stworzył naturę, która wytwarza tylko ból, rozpacz i zbrodnie”
(Przybyszewski 1997b: 158).

 

 

O Autorze: Gabriela Matuszek
doktor habilitowany, profesor tytularny na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Zajmuje się literaturą przełomu XIX/XX wieku, literaturą współczesną, polsko-niemieckimi związkami kulturowymi, przekładem literackim. Autorka ponad stu prac naukowych, publikowanych w Polsce, Niemczech, Austrii i Szwajcarii. Najważniejsze książki: „Der geniale Pole? Stanislaw Przybyszewski in Deutschland (1892–1992)”, przeł. D. Scholze, Igel Verlag, Paderborn 1996; „Naturalistyczne dramaty”, Universitas, Kraków 2001, wyd. II poprawione 2008; „Stanisław Przybyszewski – pisarz nowoczesny. Eseje i proza – próba monografii”, Universitas, Kraków 2008. Jest założycielką i kierownikiem Studium Literacko-Artystycznego Uniwersytetu Jagiellońskiego (pierwszej w Polsce Szkoły Pisarzy, działającej od 1994 r,) oraz prezesem krakowskiego oddziału Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. /// E-mail: gabriela.matuszek@uj.edu.pl

Podkreślenia na zielono w tekście pani profesor są moje C. B. ].

 I to już w zupełności wystarczy!

Z Wikipedii:

Stanisław Feliks Przybyszewski (ur. 7 maja 1868 w Łojewie pod Inowrocławiem, zm. 23 listopada 1927 w Jarontach pod Inowrocławiem) – polski pisarz, poeta, dramaturg, nowelista okresu Młodej Polski, skandalista, przedstawiciel cyganerii krakowskiej i nurtu polskiego dekadentyzmu.

Okrzyknięty za życia legendą, stał się bohaterem wielu plotek i anegdot (opisywanych m.in. przez Tadeusza Boya-Żeleńskiego czy Stanisława Brzozowskiego). W Berlinie był nazywany „genialnym Polakiem”[1]. Propagator haseł: „sztuka dla sztuki” i „naga dusza”, a także autor manifestu Confiteor.

Pisał w języku polskim oraz w niemieckim.

Urodził się w Łojewie pod Inowrocławiem w rodzinie wiejskiego nauczyciela Józefa Przybyszewskiego i jego drugiej żony Doroty z Grąbczewskich[2]. Mając 13 lat rozpoczął naukę w toruńskim gimnazjum. Świadectwo dojrzałości uzyskał w gimnazjum wągrowieckim w 1889 roku. Wyjechał do Berlina, gdzie podjął studia architektoniczne, później medyczne. Żadnego z tych kierunków nie ukończył. Pod wpływem filozofii Nietzschego oraz zdobytych wiadomości z dziedziny neurofizjologii opublikował w języku niemieckim dwa krótkie eseje pt. Zur Psychologie des Individuums (1892)[3]. Szybko zyskał akceptację w skandynawsko-niemieckim środowisku cyganerii artystycznej. Przyjaźnił się z Richardem Dehmlem, Alfredem Mombertem, malarzem Edwardem Munchem, Olem Hanssonem oraz Augustem Strindbergiem[3].W Berlinie utrzymywał się z wykonywania dorywczych zajęć. Z pomocą przyszedł mu Stanisław Grabski załatwiając Przybyszewskiemu pracę w redakcji Gazety Robotniczej – dziennika wydawanego dla polskiej emigracji w Berlinie.

W maju 1891 r. związał się z przyjaciółką z Wągrowca Martą Foerder. Miał z nią troje dzieci: Bolesława (ur. 22 lutego 1892), Mieczysławę (ur. 14 listopada 1892) i Janinę (ur. w lutym 1895), których losem i wychowaniem się nie interesował. 9 czerwca 1896 Marta Foerder nie mogąc liczyć na miłość i wsparcie Przybyszewskiego, popełniła samobójstwo będąc w ciąży z czwartym dzieckiem. Ich synem zaopiekowała się matka Przybyszewskiego, dziewczynki zostały oddane do przytułku.

W 1893 r. Przybyszewski poznał i poślubił Norweżkę Dagny Juel – pianistkę, córkę lekarza z Kongsvinger. Razem stworzyli parę, która skupiała wokół siebie artystów berlińskiej cyganerii. W latach 1893–1897 mieszkali na zmianę w Berlinie i Kongsvinger. Z tego związku miał dwoje dzieci: Zenona i córkę Ivi (ur. 3 października 1897). Dagny porzuciła męża w 1900 r. Przez rok tułała się po Europie. Dagny Juel Przybyszewska miała romans między innymi z Edwardem Munchem, norweskim malarzem – symbolistą. Historia trójkąta Przybyszewski – Juel – Munch była przez malarza wykorzystywana w wielu cyklach m.in. Jealousy 1896 gdzie Munch sportretował Przybyszewskiego, Dagny i siebie. W 1901 r. zwaśnieni małżonkowie zeszli się w Warszawie. Dagny zginęła zastrzelona przez młodego wielbiciela.

W 1898 r. pisarz sprowadził się do Krakowa, gdzie objął redakcję „Życia” stając się artystycznym przywódcą Młodej Polski.

W 1899 nawiązał romans z malarką Anielą Pająkówną, z którą miał jedno dziecko – córkę Stanisławę (1901–1935).

We Lwowie odwiedził w 1899 r. Jana Kasprowicza, którego żona Jadwiga (1869–1927) zafascynowana twórczością Przybyszewskiego porzuciła męża i córki by dzielić życie ze Stanisławem. Zamieszkali w Warszawie. W tym czasie pisarz często wyjeżdżał do Rosji, gdzie cieszył się dużą popularnością.

W 1905 roku, po wybuchu rewolucji, przenieśli się z Jadwigą do Torunia, gdzie Przybyszewski poddał się kuracji odwykowej (był alkoholikiem). Problem alkoholowy nękał go jednak z przerwami do końca życia. Dopiero w Toruniu udało się przeprowadzić rozwód Jadwigi – pobrali się 11 kwietnia 1905 roku w Inowrocławiu (ślub cywilny w zaborze pruskim mógł odbyć się bez uprzedniego unieważnienia ślubu kościelnego).

W 1906 r. małżonkowie wyjechali do Monachium. Pieniądze na podróż zdobyli dzięki sprzedaży rękopisu Ślubów. Życie w Niemczech było, w zależności od stanu finansów, mniej lub bardziej udane. W czasie wojny spadło zapotrzebowanie na literaturę – niewiele dzieł Przybyszewskiego drukowano z czym wiązał się brak dochodów. W tym okresie obudziły się w twórcy uczucia patriotyczne, czego wyrazem była broszura propagandowa wydana po niemiecku i po polsku w 1916 roku[4].

Po zakończeniu wojny został współpracownikiem poznańskiego czasopisma Zdrój. Po wojnie na krótko zamieszkał w Pradze, następnie w Krakowie i w Poznaniu. W latach 1919-1920 mieszkał w Poznaniu, w gmachu Dyrekcji Poczty, gdzie m.in. tłumaczył pruskie dokumenty pocztowe i sporządzał opracowania urzędowe[5]. W latach 1920–1924 mieszkał w Gdańsku, gdzie pełnił funkcję urzędnika biura tłumaczeń w Dyrekcji Kolei Państwowych[6]. Zaangażował się w utworzenie polskiego gimnazjum, którego otwarcie w Gdańsku nastąpiło w maju 1922 roku[6].

Próbował osiąść w Toruniu, Zakopanem, Bydgoszczy – wszędzie bez skutku. Wreszcie z Warszawy otrzymał propozycję pracy w kancelarii cywilnej prezydenta RP. W listopadzie 1924 r. zamieszkał na Zamku Królewskim w małym mieszkaniu z pracownią.

W 1925 roku został odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski[7].

Twórczość Przybyszewskiego nie budziła w owym czasie aprobaty – dorabiał odczytami o literaturze (zwłaszcza na temat twórczości Kasprowicza), z którymi jeździł po Polsce.

Z powodu braku pieniędzy w 1927 Przybyszewski powrócił na ojczyste Kujawy, osiadając na zaproszenie Józefa Znanieckiego w dworku w Jarontach pod Inowrocławiem, w pobliżu miejsca swych narodzin. Zmarł tamże, pochowany został na przykościelnym cmentarzu w Górze. W 1931 r. wzniesiono Przybyszewskiemu nagrobek z inskrypcją: Meteor Młodej Polski[8].

 

Stanisław Przybyszewski był członkiem Świątyni Czcicieli Słońca z Berlina i ze Szklarskiej Poręby oraz najprawdopodobniej Świątyni Światła Świata w Krakowie. Wszystko to jest tym ciekawsze, że Stanisław Przybyszewski jest synem Doroty Grąbczewskiej. TAK! Krew jego płynie z tej samej rodziny co opisanego tutaj w dziale Wielcy Polacy Bronisława Grąbczewskiego (powstańca styczniowego, odkrywcy Syberii), którego kowieński oddział rodziny wywodził się z pnia Grąbczewskich z Płockiego.

Juliusz Słowacki (1809 – 1849) – Wielki Strażnik Wiary Przyrodzoney Słowian – IV Starosłowiańska Świątynia Światła Świata Wilno


Utwory Juliusza Słowackiego zawierają ukryty przekaz. Na podstawie tego przekazu  można prześledzić jego ideę oraz związki ze Słoneczną Kolumną Wiary Przyrodzonej Słowian. Przekaz ów jest jednocześnie dialogiem toczonym (wewnątrz, w ukryciu struktury utworów poetyckich), przez Juliusza Słowackiego z jego największym przeciwnikiem, Adamem Mickiewiczem – czołowym reprezentantem Kolumny Księżycowej Wiary Przyrodzoney Słowian.
Kiedy poddajemy ocenie te dwie wielkie postacie polskiej i słowiańskiej sztuki, literatury, ezoteryki i okultyzmu, pogańskiej wiary Słowian, miejmy przez cały czas bacznie na uwadze, że tak jak Kolumna Księżycowa nie może istnieć bez przeciwieństwa w postaci Kolumny Słonecznej tak Kolumna Słoneczna nie może istnieć bez dopełnienia w Kolumnie Księżycowej. One razem dopiero, jak Białoboga i Czarnogłów, tworzą z Wielkiego Działu Jedność – Światło Świata.
Długo nie przedstawiałem życiorysu i twórczości tego poety. Było to po prostu zadanie bardzo trudne, za trudne. To było za trudne, jest za trudne i będzie zawsze za trudne. Więc trzeba zrobić moim zdaniem cokolwiek , by zajął swoje miejsce w panteonie Strażników Wiary Przyrodzoney Słowian – bo na to miejsce zasługuje przecież jak nikt inny. Zajmuje w nim pozycję zupełnie wyjątkową jako Mistrz Duchowy i Wielki Strażnik – to jest tytuł zarezerwowany dla naprawdę największych, najbardziej zasłużonych kazicieli i krzewicieli tradycji i Wiary Przyrody-Wiary Przyrodzoney Słowiańszczyzny Starożytnej w 1000 letnim Okresie Chrześcijańskiej Ciemności, Inkwizycji Rozumu w Europie i  Kalijugi na Ziemi. Będziemy pisać o Juliuszu Słowackim i jego poszczególnych dziełach JESZCZE WIELE RAZY, BO NIE MA MOWY O TYM ABY W JEDNYM TEKŚCIE ZAWRZEĆ CAŁY HOLISTYCZNY OBRAZ JEGO GIGANTYCZNEGO DOKONANIA. On sam Juliusz Słowacki to Król Duch Słowian. Czynimy zatem zadość należnej mu Chwale i Sławie rozpoczynając cykl artykułów poświęconych jego osobie i epokowemu dokonaniu w Kraczun , 20 – 26 grudnia 2014 roku, jeden z Najważniejszych Kraczunów i Najmocniejszych Przesileń w dziejach Świata, w czas Wielkiej Zmiany Matki Ziemi.
 


ze strony: slowacki.klp.pl/

Słowacki Juliusz (1809-1849), polski poeta, dramatopisarz. Jeden z najwybitniejszych twórców romantycznych, nazywany – obok A. Mickiewicza i Z. Krasińskiego – „wieszczem”. 
(A ja  twierdzę, że nie obok, lecz NAD. Taka moja prywatna uwaga.)
Życie
1825-1828 studiował prawo na Uniwersytecie Wileńskim. W 1829 wyjechał do Warszawy i podjął pracę jako aplikant w Komisji Rządowej Przychodów i Skarbu. 1831 zatrudniony w Biurze Dyplomatycznym Rządu Narodowego, wyjechał do Drezna, skąd udał się jako kurier dyplomatyczny do Londynu i Paryża, gdzie osiadł po zakończeniu misji.

1832-1836 przebywał w Genewie, co miało wpływ na jego twórczoć, np. poemat miłosny W Szwajcarii (wydany 1839). W 1836 odbył podróż do Włoch, skąd wyruszył do Grecji, Egiptu i Palestyny (Podróż do Ziemi Świętej z Neapolu, 1836-1839, wydanie pomiertne w całoci 1866). W 1838 powrócił do Paryża. Poeta zmarł na gruźlicę i został pochowany na cmentarzu Montmartre. W 1927 roku jego prochy przewieziono do kraju i złożono obok Mickiewicza w krypcie na Wawelu.Twórczość
Debiutował anonimowo 1830 w Melitele powiecią poetycką Hugo. W 1832 opublikował tomy 1-2 Poezji, gdzie znalazły się powieci poetyckie: Żmija, Jan Bielecki, Hugo, Mnich, Arab, tragedie Mindowe oraz Maria Stuart. Tom 3 (1833) zawierał m.in.: powieć poetycką Lambro, poemat Godzina myli i liryki pisane w czasie powstania listopadowego.Do wielkich dramatów Słowackiego zaliczają się: Kordian (1834), Horsztyński (1835, wydanie pomiertne 1866), Balladyna (1839), Fantazy (wydany 1866), Mazepa i Lilla Weneda (1840), Ksiądz Marek (1843), Sen srebrny Salomei (1844), Zawisza Czarny (1844-1845, wydany 1908), Samuel Zborowski (powstał zapewne 1845, wydanie całoci 1903), parafraza Księcia niezłomnego P. Calderona (1844).Poematy: Anhelli (1838), Poema Piasta Dantyszka herbu Leliwa o piekle (wydane anonimowo 1839), Ojciec zadżumionych i Wacław zostały wydane wraz z poematem W Szwajcarii pt. Trzy poema (1839). Nie ukończony poemat dygresyjny Beniowski (pień 1-5, 1841, pień 6-10 w tomie 2 Pism pomiertnych, 1866).Poglądy filozoficzne, formułowane szczególnie w ostatnich latach życia pod wpływem myli A. Towiańskiego, wyraził Słowacki m.in. w traktacie poetyckim Genezis z Ducha (1844, wydany pomiertnie 1871), we fragmentach pisanych w latach 1845-1846, ułożonych później przez badaczy w tzw. Poemat filozoficzny oraz w eposie historiozoficznym Król-Duch (powstanie 1845-1849, rapsod 1 wydany 1847) i w Odpowiedzi na Psalmy przyszłości (1848).
(Wg mnie, wydania pośmiertne zalatują przeróbką i przejściem przez magiel towiański. Słowacki odciął się szybko od towiańczyków, co bardzo nie spodobało się Mickiewiczowi)

Rozwinął tzw. doktrynę genezyjską, wyjaniającą sens wiata za pomocą argumentów zaczerpniętych z różnych gałęzi nauki. Genezyjski mesjanizm Słowacki tłumaczył klęski i cierpienia Polski jako szczególny rodzaj dowiadczenia skłaniającego naród do wielkiego wysiłku duchowego na drodze ku samodoskonaleniu.

Słowacki był wielkim nowatorem i znakomitym artystą słowa. Niezupełnie rozumiany przez współczesnych, stawał się nieraz celem ostrych ataków. Także m.in.: Pisma pomiertne (tom 1-2, 1866-1867), Dzieła (tom 1-10, 1909), Dzieła wszystkie (tom 1-17, 1952-1976), Dzieła (tom 1-14, 1959), Korespondencja (tom 1-2, 1962-1963).

Z wikipedii;


Juliusz Słowacki herbu Leliwa (ur. 4 września 1809 w Krzemieńcu, zm. 3 kwietnia 1849 w Paryżu na gruźlicę) – jeden z najwybitniejszych poetów polskich doby romantyzmu, dramaturg i epistolograf. Obok Mickiewicza i Krasińskiego określany jako jeden zWieszczów Narodowych. Twórca filozofii genezyjskiej (pneumatycznej), epizodycznie związany także z mesjanizmem polskim. Był też mistykiem. Obok Mickiewicza uznawany powszechnie za największego przedstawiciela polskiego romantyzmu.
Utwory Słowackiego, zgodnie z duchem epoki i ówczesną sytuacją narodu polskiego, podejmowały istotne problemy związane z walką narodowowyzwoleńczą, z przeszłością narodu i przyczynami niewoli, ale także poruszały uniwersalne tematy egzystencjalne. Jego twórczość wyróżniała się mistycyzmem, wspaniałym bogactwem wyobraźni, poetyckich przenośni i języka. Jako liryk zasłynął pieśniami odwołującymi się do Orientu, źródeł ludowych i słowiańszczyzny. Był poetą nastrojów, mistrzem operowania słowem. Obok Cypriana Kamila Norwida i Tadeusza Micińskiego uważany za największego z mistyków polskiej poezji. Miał zresztą (i opisał je wRaptularzu[potrzebne źródło]) doświadczenia mistyczne.
Wywarł ogromny wpływ na późniejszych poetów Młodej Polski i Dwudziestolecia międzywojennego w Polsce, m.in. Antoniego Langego,Krzysztofa Kamila Baczyńskiego czy Jana Lechonia. 9 stycznia 2009 r. Sejm Rzeczypospolitej Polskiej ogłosił rok 2009 Rokiem Juliusza Słowackiego[1].

Lata młodości

Urodził się w Krzemieńcu w południowo-wschodniej części dawnej Rzeczypospolitej. Jego ojciec, Euzebiusz, był profesorem literatury wLiceum Krzemienieckim i Uniwersytecie Wileńskim. Matka Słowackiego, Salomea z Januszewskich, osoba o dużej kulturze literackiej i osobistej, po śmierci męża zajmowała się wychowywaniem syna. W domu państwa Słowackich panowała atmosfera uwielbienia twórczości klasycystów, co miało decydujący wpływ na późniejsze przemiany światopoglądowe twórcy Króla-Ducha. W 1818, dzięki licznym znajomościom wśród wysoko postawionych elit, Salomea wyszła za mąż po raz drugi, za lekarza Augusta Bécu. Matka przyszłego poety prowadziła coś na kształt salonu literackiego, dzięki czemu Juliusz miał w dzieciństwie i wczesnej młodości szeroki kontakt z ówczesną elitą intelektualną, zwłaszcza z kręgu Uniwersytetu Wileńskiego. Tym sposobem poznał m.in. Adama Mickiewicza przed jego deportacją z Litwy i Ludwikę Śniadecką – pierwszą, nieodwzajemnioną miłość. Po studiach prawniczych (w latach 1825–1828) w Wilniewyjechał do Krzemieńca, gdzie kilka miesięcy przebywał z matką.
W połowie lutego 1829 wyjechał z Krzemieńca do Warszawy. 30 marca objął posadę aplikanta w Komisji Rządowej Przychodów i Skarbu. Na początku 1830 w roczniku Melitele zadebiutował bezimiennie powieścią poetycką Hugo. Po wybuchu powstania listopadowego, 9 stycznia 1831 podjął pracę w powstańczym Biurze Dyplomatycznym księcia Adama Jerzego Czartoryskiego. 8 marca opuścił Warszawę i przez Wrocław udał się do Drezna. W lipcu, w ramach misji dyplomatycznej zleconej przez powstańczy Rząd Narodowy, przewiózł depeszę do polskich przedstawicieli w Paryżu i Londynie.

Emigracja

Poeta pozostał na emigracji we Francji. W latach 1833–1836 przebywał w Szwajcarii nad Jeziorem Genewskim. W tym czasie wydał trzeci tom Poezji. W lutym 1836 wyjechał do Rzymu. Tam nawiązał przyjaźń z Zygmuntem Krasińskim, który stał się pierwszym wnikliwym krytykiem twórczości Słowackiego[2]. Trzy miesiące później wyjechał do Neapolu, a stamtąd do Sorrento. Od sierpnia 1836 do czerwca 1837 podróżował po Grecji, Egipcie, Palestynie i Syrii. W końcu osiadł na stałe w Paryżu. Kiedy w czerwcu 1842 w Nanterre pod Paryżem powstało Koło Sprawy Bożej założone przez Andrzeja Towiańskiego, przystąpił do niego również Słowacki. Dzięki temu, że działał tu również Mickiewicz, poeci spotykali się wielokrotnie. Niezgoda na zasady panujące wśród towiańczyków (zakaz pisania, wzajemna spowiedź, uległość wobec Rosji) spowodowała odejście Słowackiego z Koła w listopadzie 1843. W 1848, mimo że był poważnie chory, wyruszył do Wielkopolski, by wziąć udział w powstaniu, jednak zamierzeń swych nie zrealizował. Wtedy też ostatni raz spotkał się z matką we Wrocławiu.
Nigdy się nie ożenił. Był typowym rentierem. Przysyłane przez matkę pieniądze umiejętnie pomnażał, inwestując je na paryskiej giełdzie, m.in. w akcje kolei lyońskiej. Pozwoliło mu to zyskać pewną niezależność finansową. Umożliwiło to też Słowackiemu nie tylko wydawanie własnej twórczości, ale przede wszystkim poświęcenie sie tej twórczości.

Pogrzeb

Juliusz Słowacki został pochowany na paryskim Cmentarzu Montmartre. 14 czerwca 1927 ekshumowano szczątki Słowackiego[3], które następnie na polecenie marszałka Józefa Piłsudskiego zostały przewiezione do Polski. Jego trumna płynęła w górę Wisły z Gdańska doKrakowa na pokładzie statku Mickiewicz, który zatrzymywał się w licznych portach rzecznych, gdzie miejscowa ludność składała hołd prochom wieszcza. 28 czerwca na dziedzińcu zamku na Wawelu odbyła się uroczysta ceremonia pogrzebowa. Na jej zakończenie Józef Piłsudski wypowiedział wielokrotnie cytowane słowa: W imieniu Rządu Rzeczypospolitej polecam Panom odnieść trumnę Juliusza Słowackiego do krypty królewskiej, bo królom był równy. Jego prochy zostały złożone obok Adama Mickiewicza w Krypcie Wieszczów Narodowych w Katedrze na Wawelu. Był ulubionym poetą Józefa Piłsudskiego.
Odnowiony, pierwotny grób Juliusza Słowackiego, zaprojektowany przez przyjaciela poety, francuskiego artystę Charles’a Pétiniaud-Dubos, można nadal oglądać na Cmentarzu Montmartre.

Twórczość

Mimo iż Słowacki żył zaledwie 40 lat, jego twórczość literacka była obfita i różnorodna; poeta pozostawił po sobie 13 dramatów, blisko 20 poematów, setki wierszy, listów oraz jedną powieść. Stworzył również spójny system filozoficzny, który nazwał filozofią genezyjską. Jako że spuścizna literacka Słowackiego była bogata tematycznie, jego twórczość podzielić można na cztery okresy[4].
Na przemiany filozoficzno-estetyczne twórczości Słowackiego decydujący wpływ miało uwielbienie literatury klasycystów, jakie panowało w domu poety. Władysław Szturc uważał, że Słowacki zaczynał tworzyć jako pseudoklasyk[5], a patronowali mu nie romantycy tacy jak Lord Byron czy Percy Shelley, ale Wolter. Młody poeta próbował w tym czasie przetłumaczyć Mahometa Woltera. Inspirowany zaś tragediąMendog napisaną przez swojego ojca, rozpoczął pracę nad swoim Mindowem.
Twórczość Słowackiego z tego najwcześniejszego okresu opierała się na oświeceniowym deizmie, religijnym sceptycyzmie i cynizmie. Obficie czerpała również z myśli takich pisarzy jak: Francis Bacon, Kartezjusz, Baruch Spinoza, Niccolò Machiavelli czy Innocent Gentillet. Głównym tematem jego ówczesnych dzieł (m.in. Marii Stuart) były wojny religijne, które uważał za maskę fanatyzmu i pretekst do wojny o władzę. Słowacki zastanawiał się przy tym: jeżeli wiadomo, że Boga nie ma, skąd chęć walki za religię i wiarę? W centrum tych dzieł tkwiła fascynacja złem, która z czasem (kiedy przyjęła cechy fatalistyczne) zadecydowała o zwrocie Słowackiego w stronę romantyzmu.
Pierwsze wiersze Słowackiego były bardziej swobodnymi przekładami z Alphonse de Lamartine’a, Thomasa Moore’a oraz Edmunda Spenseraniż oryginalnymi kompozycjami. Poważniejsze próby literackie tworzył od ok. 1825 roku; debiutował zaś anonimowo powieścią bajroniczną„Hugo” w roku 1830. W 1832 wydał pierwszy i drugi tom „Poezji” (trzeci ukazał się w 1833). Publikacje, zdradzające już romantyczny charakter jego twórczości, zawierały wczesne powieści poetyckie (m.in. ŻmijaJan BieleckiMnich i wspomniana wyżej tragedia Maria Stuart); nie wzbudziły one jednak zainteresowania środowiska emigracji polskiej w Paryżu. W następnych latach twórczość Słowackiego uległa przemianie; w liście do matki z 20 października 1835 pisał: znienawidziłem moje pierwsze utwory (…) rozwinęło się we mnie jakieś nowe piękności uczucie.
Za czynnik, który zadecydował o rozpoczęciu drugiego okresu myśli Słowackiego, nazywanego nieraz etyką chrześcijańską, uważa się lekturę Konrada Wallenroda Mickiewicza. Jego dzieła odrzuciły wówczas wolterowski ład, a często zaczęły czerpać ze wzorców i rekwizytorni tragedii Shakespeare’a. Wkrótce powstał poemat W Szwajcarii (1835–36) i liryki: „Rozłączenie”RzymSumienie. Ogromny wpływ na twórczość Słowackiego miały podróże m.in. do Włoch, Grecji, Egiptu, Palestyny i Libanu (tam powstał Anhelli). Podczas pobytu we Florencji (1837/1838) rozpoczął intensywną pracę nad swoimi utworami. Powstał wtedy m.in.: Ojciec zadżumionych (1839), Wacław. W grudniu roku 1838 wrócił do Paryża.
Z końcem lat 30. Słowacki w liście do Zygmunta Krasińskiego zapowiedział napisanie „wielkiego poematu w rodzaju Ariosta, który ma się uwiązać z sześciu tragedii, czyli kronik dramatycznych”[6]. W zamierzeniu miała to być swoista literacka kronika prezentująca bajeczne początki państwa polskiego, nawiązująca do tradycji, legend i historii pogańskich czasów Słowian[7]. Projekt doczekał się jednak tylko częściowej realizacji; powstały dwie tragedie romantyczne – Balladyna (1839) i Lilla Weneda (1840).
W roku 1844 zaczął pisać prozą poetycką swój niezwykły wykład filozofii: Genezis z Ducha. W twórczości poety rozpoczął się tym samym okres intensywnej pracy nad filozofią genezyjską. Charakter genezyjski mają wszystkie późniejsze dzieła Słowackiego, z których na uwagę zasługują: Samuel Zborowski i Król-Duch. Oba dzieła zapatrują się na oryginalny system filozoficzny autora z dwóch różnych perspektyw: egzystencjalnej, dotyczącej jednostki ludzkiej oraz historiozoficznej.
Juliusz Słowacki od młodego przekonany był o swoim geniuszu poetyckim oraz przeznaczeniu do roli przewodnika narodu, które to przekonania podsycała w nim matka, Salomea. Zdaniem poety istnieją dwie drogi do poznania absolutu. Pierwsza to poznanie naukowe, które jest jednak tylko cząstkowe i wymaga żmudnych, długotrwałych badań; druga natomiast polegała na objawieniu, natychmiastowo zapewniała wiedzę o wszechświecie. Objawienie staje się jednak udziałem jedynie jednostek wybitnych – stąd przekonanie Słowackiego, iż owe wybrane jednostki (natchnieni poeci) powinni przyjmować rolę duchowego przewodnika reszty narodu.
Stworzył oryginalne wielkie dramaty: Kordian 1834, Balladyna 1834 (wyd. 1839), Horsztyński 1835, Lilla Weneda 1840, Mazepa 1839, Sen srebrny Salomei 1843, Ksiądz Marek 1843,Fantazy 1845–46, poematy: Anhelli 1838, Beniowski 1841 i Król-Duch. Uprawiał wyrafinowaną prozę poetycką – to Genezis z Ducha 1844. Szczyt jego poetyckiego geniuszu stanowi cykl tajemniczych liryków genezyjskich, gdzie daje wykładnię swojego systemu filozoficznego – ewolucji świata od materii do czystego ducha (poemat Król-Duch 1845–1849). 

Millenaryzm Słowackiego

Romantyzm, a zwłaszcza romantyzm polski obfitował w zainteresowania romantyków tajemno-spirytualnymi aspektami rzeczywistości i historii. Była to niejako programowa wręcz reakcja na filozofię racjonalności doby oświecenia. Obok mistycyzmu, popularne było też zwracanie się w kierunku zapomnianych, starych koncepcji filozoficzno-religijnych. Jedną z tych koncepcji była wczesnochrześcijańska idea millenaryzmu we wczesnych wiekach średnich odrzucona przez Kościół rzymski. Dzieła Słowackiego prawdziwy renesans przeżyły w okresie Młodej Polski. Nawiązywał do niej m.in. Antoni Lange (powieść Miranda, esej Rzuty), który w oparciu o wiedzę z dziedzin okultyzmu, spirytyzmu i buddyzmu poddał krytyce i rozwinięciu filozofię genezyjską. Lange twierdził wręcz, że wyzwolenie narodu polskiego zapewnia nie twórczość Mickiewicza, ale wnikliwa lektura Króla Ducha[8]. Podobny pogląd na tę sprawę mieli również inni poeci tego okresu, np. Wacław Rolicz-Lieder czy Bogusław Adamowicz. Tadeusz Boy-Żeleński w zbiorze felietonów Znasz li ten kraj? ubolewał nad zaniedbaniem Słowackiego w polskim szkolnictwie, ówczesnej kulturze i świadomości czytelniczej względem wciąż wysokiej pozycji Adama Mickiewicza[9].



Król Duch


Krol-duch-autograf-juliusz-slowacki

 

Aby omówić z sensem wątki  i odniesienia związane z Królem Duchem trzeba by napisać kilka tomów.

 

 

Król-Duch – poemat historiozoficzny napisany przez Juliusza Słowackiego w latach 1845-1849. Stanowi jedno z najważniejszych dzieł poety. Jest podsumowaniem jego poglądów. Dzieło to Słowacki pisał do końca życia; pozostało nie ukończone.

Jego pierwsza część została wydana w 1847 roku w Paryżu jako Król-Duch Rapsod I. Nie stanowi spójnej całości, gdyż powstawało w wielu wersjach rękopiśmiennych i z tego powodu jego całościowe wydanie, wierne zamiarom poety, okazywało się bardzo utrudnione.

Wielokrotnie nazywa się to dzieło eposem wszechsłowiańskim. Utrudnienia związane z pewnymi odejściami od formy eposu – między innymi metafizyczna i paraboliczna tematyka dzieła – nie pozwalają nazwać Króla-Ducha poematem heroicznym – epopeją. Podobne wątpliwości wysnuwa się współcześnie w stosunku do Pana Tadeusza Mickiewicza, który nazywa się poematem metafizycznym.

Poemat zawiera parafrazy staroruskich kronik.

 

 

Juliusz Słowacki „Król-Duch”- opracowanie

 

„Król-Duch” został napisany przez Juliusza Słowackiego w latach 1845-1849. Ten poemat historiozoficzny (próbujący odnaleźć istotę historii) miał dać odpowiedź na pytania o jej nadrzędne wartości i o siłę nią kierującą. Już same dzieje powstania tego utworu są bardzo ciekawe. Poeta pracował nad nim w różnych miejscach, przez długi okres czasu. W 1847 została wydana pierwsza część-„Król-Duch. Rapsod I”. Później pracę Słowackiego nad tym poematem przerwała śmierć, co zaowocowało zachowaniem się dzieła na wielu brulionach i rękopisach. Ostateczna wersja autorska została więc zabrana przez twórcę na Tamten Świat.

„Król-Duch” stanowi rozszerzenie spirytualistycznej koncepcji zawartej w „Genezis z ducha”. Tym razem tytułowy duch, istota nad wyraz potężna, porusza się po historycznej przestrzeni Polski i Rusi. Wciela się we władców, a wszystko, co dzieje się w państwie, jest skutkiem jego ingerencji.  To on po wspaniałych okresach zsyła wojny, zarazy, cierpienia. Celem takiego postępowania jest zapobieganie rozleniwieniu, brakowi chęci do działania. Tytułowy duch przybiera następujące postaci: Popiela, Mieszka I, Bolesława Chrobrego, Bolesława Śmiałego. W utworze zawarta jest także „Księga legend”, w której pojawiają się podania o Wandzie, Piaście i Ziemowicie.

Warto zwrócić uwagę na bardzo kunsztowną budowę „Króla-ducha”. Utwór składa się z czterech części zwanych rapsodami (pieśniami). One z kolei podzielone są na różne ilości mniejszych zwrotek (ok. 70). Każda z tych podstawowych części ma formę niewielkiego wiersza. Strofy te nazywane są oktawami izometrycznymi, a ich pełną realizację możemy dostrzec w dziele Słowackiego. Pisane są jedenastozgłoskowcem i rymują się w sposób charakterystyczny dla tej jednostki-abababcc.

Tytułowy „Król-Duch”, jak już wspomnieliśmy, jest istotą egzystującą ponad czasem i światem realnym. By realizować dzieło doskonalenia świata przybiera kolejne postaci i sprawuje władzę nad ludem. Ten sposób przedstawienia historii ukazuje ją jako proces trwały, rządzący się określonymi prawami, pozwalający na interpretację. Warto wspomnieć w tym momencie koncepcję Hegla (filozofa, który inspirował Słowackiego) dotyczącą „ducha narodu”. Jest to zbiór określonych i indywidualnych cech wykształconych przez daną gromadę podczas trwania w historii. Duch ten staje się nierozłączną cechą określonego narodu, przechodzi w sferze mentalności z pokolenia na pokolenie. Pomysł ten okazał się fascynujący nie tylko dla Słowackiego, stanął także u podłoża wielkich nacjonalizmów.

Dzieło Słowackiego jest w swojej wymowie zdecydowanie optymistyczne. Przecież duchy wyłoniły się z Bytu Najwyższego – Boga. Dlatego historię uosabianą przez jeden z takich tworów możemy interpretować jako boski plan. Skoro Stwórca czuwa nad narodem, to mało kto jest w stanie wyrządzić mu krzywdę. Utwór stanowił wielką pociechę dla umęczonego narodu. Pozwalał dalej tlić się nadziei na odwrócenie się sytuacji.

 

 

 

Przeczytajcie: Król-Duch

SŁOWACKI. DRAMATY WSZYSTKIE:
„Król-Duch”

http://www.dwutygodnik.com/artykul/840-slowacki-dramaty-wszystkie-krol-duch.html

Teatr Agata Diduszko-Zyglewska

W swoim „Królu-Duchu” Korczakowska zdaje się pytać: co by było, gdyby znalazł się w Polsce kompozytor podobnej rangi co Wagner i wziął na warsztat naszą mitologię, posługując się dziełem Słowackiego?

Słowacki pisał „Króla-Ducha” w stanie kompletnego szaleństwa. Mówiąc inaczej, jest to wariackie dzieło wariata. Wszelkie próby zrekonstruowania całości czy fabuły dzieła, czy jego ciągłości […] nie mogą się powieść nie tylko dlatego, że taka całość czy fabuła, czy ciągłość nie istnieje i nigdy nie istniała, ale przede wszystkim dlatego, że nie jesteśmy w stanie pojąć, co wariat uważa za całość oraz co dla wariata może być fabułą.
J.M. Rymkiewicz „Słowacki. Encyklopedia”

W świetle powyższego cytatu i własnych doświadczeń szkolnych możemy śmiało stwierdzić, że Natalia Korczakowska dostała do oswojenia dzieło w najwyższym stopniu nieokiełznane i dzikie. Zapewne dlatego na scenicznego narratora i interpretatora „Króla-Ducha” wybrała wykreowaną przez Marcina Cecko postać szalonego naukowca Roberta Mema, z wyglądu do złudzenia przypominającego późnego Jerzego Grotowskiego, a jej spektakl-wykład to prawdziwa nawałnica kontekstów.

[zobaczcie fragmenty spektaklu na oryginalnej stronie internetowe Dwutygodnika.]

Najważniejszym punktem odniesienia i fikcyjnym partnerem intelektualnym jest w tej inscenizacji Ryszard Wagner. Fragmenty arii Wodana z jego „Walkirii” często powracają na ekranie, a Mem/Grotowski rozpoczyna swój wykład od odczytania kilku „listów” napisanych przez kompozytora, przeplatając je z korespondencją Ciorana, a także Piłsudskiego. Z owych listów i narracji tworzy się taka oto historia: w Pałacu Vendramin w Wenecji, gdzie zmarł Wagner, odnaleziono egzemplarz poematu Słowackiego opatrzony komentarzami niemieckiego kompozytora, który uznał to dzieło za doskonały materiał do stworzenia dramatu scenicznego. W ten sposób, „podsuwając” twórcy apoteozy mitologii germańskiej „Króla-Ducha”, Korczakowska nawiązujedo podjętego przez Marię Janion w „Niesamowitej Słowiańszczyźnie” tematu naszej własnej, nieco zapomnianej, stłamszonej przez chrześcijaństwo i obarczonej kompleksem mitologii słowiańskiej.

Reżyserka zdaje się pytać: co by było, gdyby znalazł się w Polsce kompozytor podobnej rangi co Wagner i wziął na warsztat naszą mitologię, posługując się dziełem Słowackiego?

„Król-Duch” ujęty w karby „libretta Wagnera” zaczyna się w czasach mitycznych (dokładnie tam, gdzie kończy się „Lilla Weneda” – kiedy czarownica Rosa Weneda zapłodniona popiołami swego starożytnego rodu wydaje na świat Popiela-Mściciela), a urywa na chrzcie Polski, kiedy to kolejne wcielenie Króla-Ducha, Mieczysław, staje się Mieszkiem I. Ten akt chrztu łączy się z tragiczną sprzecznością: narodziny państwa muszą oznaczać śmierć starej słowiańskiej wspólnoty opartej na pogaństwie i mądrości odchodzących bogów. W inscenizacji Korczakowskiej pieśń pogrzebową nad ostatnim odchodzącym pogańskim wcieleniem Ducha wyśpiewuje Agata Hartz, śpiewaczka ludowa – i można tę archaiczną pieśń odczytać jako lament nad utraconym mitem słowiańskim.

Korczakowska przywołuje także dwa inne, nie metaforyczne, historyczne pogrzeby: Piłsudskiego (który zresztą znany był ze swojej miłości do Słowackiego i do „Króla-Ducha”, którego znał na pamięć) i Jana Pawła II. Są to więc postacie „przebóstwione” przez polski naród w XX wieku. Obrazy dwóch masowych uroczystości wyświetlone na wielkim ekranie ożywić mają archaiczną i zapomnianą wspólnotowość – ukazują jej chwilową, ale potężną erupcję z popiołów.

Tego rodzaju kontekstów jest u Korczakowskiej o wiele więcej – na ekranie pojawiają się m.in.: „Nadobnisie i koczkodany” Kantora, „Gabinet doktora Caligari” i tancerz bhuto. Nieco przytłoczony widz może więc zarzucić tej inscenizacji intelektualną klęskę urodzaju. Ale być może takie ujęcie najlepiej oddaje ducha tego poematu. Bo jak pisze Rymkiewicz, w wypadku „Króla-Ducha” „nie ma powodu [we wszystko] wnikać – chyba, że ktoś chce zwariować i spieszno mu do czubków…”.

Agata Diduszko-Zyglewska, członkini Inicjatywy Warszawa 2020, prezeska Stowarzyszenia Pasaż Antropologiczny, współautorka dokumentu „Miasto kultury i obywateli. Program rozwoju kultury w Warszawie do roku 2020”.


Dzieła Juliusza Słowackiego:

Wiersze

  • Anioł ognisty – mój anioł lewy
  • Do matki (Zadrży ci nie raz serce…)
  • Do Michała Rola Skibickiego
  • Duma o Wacławie Rzewuckim (1832)
  • Grób Agamemnona (1839)
  • Hymn (Bogarodzico, Dziewico!) (1830)
  • Hymn (Smutno mi, Boże!) (1836)
  • Na sprowadzenie prochów Napoleona (1840)
  • Nie wiadomo co czyli romantyczność
  • Oda do wolności (1830)
  • Odpowiedź na „Psalmy przyszłości” (również pt. Do autora „Trzech psalmów”) (1845–1846)
  • Pogrzeb kapitana Mayznera (1841)
  • Pośród niesnasków Pan Bóg uderza… (1848)
  • Rozłączenie (1835)
  • Rozmowa z piramidami
  • Sowiński w okopach Woli (1844)
  • Tak mi, Boże, dopomóż (1842)
  • Testament mój (1839–1840)
  • Uspokojenie (1848)
  • W Pamiętniku Zofii Bobrówny (1844)

Powieści poetyckie

  • Jan Bielecki (1830)
  • Król Ladawy (fragm.)
  • Lambro (1832)
  • Żmija (1831)

Poematy

    • Anhelli (1838)

 

  • Arab (1830)
  • Beniowski. Poema (1841–1846)
  • Genezis z Ducha (1844)
  • Godzina myśli (1832–1833)
  • Hugo. Powieść krzyżacka (1830)
  • Król-Duch (1845–1849)
  • Ojciec zadżumionych (1838)
  • Pan Tadeusz (fragm.)
  • Podróż do Ziemi Świętej z Neapolu (1836–1839)
  • Szanfary. Poemat arabski
  • W Szwajcarii (1835–1838)
  • Wacław (1838)

Dramaty

    • Agezylausz (fragm.) (1844)

 

  • Balladyna (1834)
  • Beatrix Cenci (w jęz. franc., fragm.) (1832)
  • Fantazy (1844?)
  • Horsztyński (1835)
  • Jan Kazimierz (fragm.) (1841)
  • Kordian. Część pierwsza trylogii. Spisek koronacyjny (1833)
  • Ksiądz Marek (1843)
  • Książę niezłomny (1843)
  • Lilla Weneda (1839)
  • Maria Stuart (1830)
  • Mazepa (1839)
  • Samuel Zborowski (fragm.) (1845)
  • Sen srebrny Salomei (1843)
  • Zawisza Czarny (fragm.) (1844–45)
  • Złota czaszka (fragm.) (1842)

 

Juliusz Słowacki

ze strony http://www.racjonalista.pl/kk.php/s,825/q,Juliusz.Slowacki

Czy wiecie, że Słowacki był księdzem? Nie? Na razie wie o tym tylko Watykan, ale już za 20 lat wiedzieć będą wszyscy.
18 sierpnia 1999 r., u siebie na Watykanie, J. P. II poświęcił przywieziony mu z Polski kamień węgielny i podpisał akt erekcyjny pod budowę pomnika Juliusza Słowackiego. Jak donosi „Gazeta Wyborcza”, „Ojciec Święty wspomniał, że doskonale zna twórczość poety z czasów, gdy w młodości grał w Teatrze Rapsodycznym w Krakowie”. Albo z tą znajomością skłamał, albo kler robi sobie z nas i wieszcza jaja.
Słowacki był bowiem przez całe rycie zaciekłym antypapistą. Po papieżu akt erekcyjny podpisze jeszcze prezydent A. Kwaśniewski, a na końcu parafkę złoży prymas. Pomnik poety stanie na miejscu pomnika innego znanego Polaka — Feliksa Dzierżyńskiego. Gdyby Słowacki ze swoimi poglądami na Kościół i papiestwo żył w dzisiejszych czasach, zapewne pisałby w „NIE” (musiałby tylko popracować trochę nad stylem). Przez całe życie jak mógł przestrzegał przed złem, które płynie z Watykanu. Gdy w II Rzeczypospolitej jego prochy sprowadzono do kraju i próbowano złożyć w katedrze na Wawelu, Kościół stanowczo się temu sprzeciwił. Spoczął tam na wyraźny rozkaz ewangelika Józefa Piłsudskiego. „…W imieniu rządu Rzeczypospolitej polecam Panom odnieść trumnę do krypty królewskiej, by królom był równy” — kończył Piłsudski swoje przemówienie nad prochami poety 28 czerwca 1927 r. Początkowo stosunek Słowackiego do Kościoła rzymskokatolickiego był obojętny. Tyle że dostrzegał w nim „ostoję wstecznictwa”, z uznaniem patrzył na ruchy reformatorskie, czemu dobitnie dał wyraz w „Odzie do wolności”. Prawdziwą nienawiścią do Watykanu zapałał po ogłoszeniu bulli Grzegorza XVI, potępiającej powstanie listopadowe. Dał temu wyraz w „Kordianie”, gdzie jawi się papież nakazujący Polakom uległość wobec caratu:

Niech się Polaki modlą, czczą cara i wierzą, (…)
Niech wasz naród wygubi w sobie ogniów jakobińskich zaród albo
Na pobitych Polaków pierwszy klątwę rzucę.

O obłudzie i „podstępnym Włochu” pisał w „Beniowskim”. O historii papiestwa w „Poemacie Piasta Dantyszka”.

Niedawno jeszcze — kiedym spoczywał uśpiony,
A sen mój się zarzęśnił strzałem pełnym dymu,
I w dymie stanął anioł, jak ogień czerwony,
I szepnął mi do ucha: „Ja mord — lecę z Rzymu”,

Jam uciekał i tęczę tak za sobą snował
Jak Irys, a po tęczach gnał mię ów przeklęty
Tak, żem spytać go musiał: „A któż tam mordował?”
A on mi znów szepnął z cicha: „Ojciec Święty”.

Zrozumiałe, że nienawiść Słowackiego z instytucji papiestwa musiała się przenieść na jezuitów:

Ten polip odrósł i lud wyssał blady.
Wygnać go była kiedyś wielka praca,
Ma nas za trupa ten szakal i wraca.

Słowacki naprawdę imponuje wnikliwością obserwacji, jakiej pozazdrościć mu może każdy współczesny reporter.

Ślimak, który kwiaty ślini,
Tak ich nie brzydzi, jako ta zuchwała
Fałszywa, dawna po cezarach wdowa,
Kościół, — bez ducha bożego i słowa.

Tak pisał w „Podróży na Wschód”. Kilka epitetów więcej zamiana ślimaka na członka, i już pod tekstem można podpisać red. Gadzinowskiego. Albo taki opis:

Przy kościółku, Mój aniołku,
Koronka, Żonka, Pieczonka.
Przy klasztorku, Mój kaczorku,
Świętość, Wziętość, Nadętość.
Wystarczy wyciąć rymy i już mamy ciepły klimat twórczości red. Bożeny Dunat. Swoje chłopisko z tego Słowackiego! Pytanie tylko, czemu teraz chcą mu zrobić krzywdy tym pomnikiem święconym przez papieża? Lada chwila wyświęcą nam samego Słowackiego. W 1927 r. ks. Waldemar Galster pisał w książce pt. „Czy Słowacki był rzymskim katolikiem” (PTE, Bydgoszcz): „Gdybyśmy mieli w Słowackim dopatrzyć się prawowiernego katolika, tedy musielibyśmy to samo zdanie rozciągnąć i na twórców reformacji”. A jednak się dało! Opuszczając po ostatniej pielgrzymce Polskę, papież dostał od premiera Buzka oprawiony w skórę wybór dzieł J. Słowackiego. Przyjął bez obrzydzenia. Gdyby papież J. P. II święcił wrogowi Watykanu pomnik, bo uznał jego krytykę za trafną, no, to ja cię mogę. Nic na kościelny samokrytycyzm nie wskazuje jednak. Kościół zawłaszcza pana wieszcza jak wszystko, bo Julek S., będąc trupem, nie może się bronić.
DARIUSZ CYCHOL
NIE (wrzesień 1999)

Autor tekstu: Juliusz Słowacki

Poemat Piasta Dantyszka

fragment

Niedawno jeszcze — kiedym spoczywał uśpiony,
A sen mój się zarzęśnił strzałem pełnym dymu,
I w dymie stanął anioł, jak ogień czerwony,
I szepnął mi do ucha: „Ja mord — lecę z Rzymu”,

Jam uciekał i tęczę tak za sobą snował
Jak Irys, a po tęczach gnał mię ów przeklęty
Tak, żem spytać go musiał: „A któż tam mordował?”
A on mi znów szepnął z cicha: „Ojciec Święty”.

***

Podróż na Wschód

fragment

Ślimak, który kwiaty ślini,
Tak ich nie brzydzi, jako ta zuchwała
Fałszywa, dawna po cezarach wdowa,
Kościół, — bez ducha bożego i słowa.

***

RZYM

Nagle mię trącił płacz na pustym błoniu:

„Rzymie! nie jesteś ty już dawnym Rzymem”.

Tak śpiewał pasterz trzód siedząc na koniu.

Przede mną mroczne błękitnawym dymem

Sznury pałaców pod Apeninami,

Nad nimi kościół ten, co jest olbrzymem.

Za mną był morski brzeg i nad falami

Okrętów tłum jako łabędzie stado,

Które ogarnął sen pod ruinami.

I zdjął mię wielki płacz, gdy tą gromadą

Poranny zachwiał wiatr i pędził dalej

Jakby girlandę dusz w błękitność bladą.

I zdjął mię wielki strach, gdy poznikali

Ci aniołowie fal — a ja zostałem

W pustyni sam — z Rzymem, co już się wali.

I nigdy w życiu takich łez nie lałem,

Jak wtenczas — gdy mię spytało w pustyni

Słońce, szydzący bóg — czy Rzym widziałem?…

***

[PRZY KOŚCIOŁKU…]

Przy kościołku,
Mój aniołku,

Koronka,
Żonka,
Pieczonka.

Przy organku,
Mój B…gdanku,

Szumka
I dumka…

Przy klasztorku,
Mój kaczorku,

Świętość,
Wziętość,
Nadętość.

Przy krzyżyku
Na stoliku

Fakta,
Dwa akta…

Beniowski

fragmenty

Pieśń pierwsza
(…)

… Ojciec srogi,
Do tego wielki oryginał, splennik;
Diabeł wie, jakiej wiary: w rzymskie bogi
Wierzył i wierzył w proroctwa i w sennik,
Chrystusa także krwią oblane nogi
Całował; zwał się cesarzów plemiennik…
Słowem, była to dziwna meskolancja
Świętości, złota, folgi — jak monstrancja.

(…)

[o jezuitach i papieżu]

Prześliczna strofa! mógłbym zacząć od niej
Nowy poemat, jak Sąd ostateczny;
I przy eumenid pokazać pochodni,
Jak jest grzech każdy dziwnie niebezpieczny;
Jak w jasnym niebie daleko jest chłodniej
Niż w piekle, kędy płonie ogień wieczny;
Lecz wolę dzieło to rzucić na później,
Bo do porządku mnie wołają woźni…

Ci woźni są to krytycy. — Kolego,
Byłżeś w Arkadii tej, gdzie jezuici
Są barankami?… Pasą się — i strzegą
Psów; i tym żyją, co ząb ich uchwyci
Na pięcie wieszcza. Kraina niczego!
Pełna wężowych ślin, pajęczych nici
I krwi zepsutej — niebieska kraina,
Co za pieniądze bab — truć nas zaczyna.

O Polsko! jeśli ty masz zostać młodą
I taką jak ta być, co dzisiaj żyje,
I być ochrzczona tą przeklętą wodą,
Której pies nie chce, wąż nawet nie pije;
Jeśli masz z twoją rycerską urodą
Iść między ludy jak wąż, co się wije;
Jeśli masz zrównać się z podstępnym Włochem:
Zostań, czym jesteś — ludzi wielkich prochem!

Ale to próżna dla ciebie przestroga!
Ciebie anieli niebiescy ostrzegą
O każdej czarze — czy to w niej przez wroga,
Czyli przez węża i pająka swego
Wlane są jady. — Jesteś córką Boga
I siostrą jesteś Ukrzyżowanego.
Ciebie się żadna trucizna nie imie;
Krzyż twym papieżem jest — twa zguba w Rzymie!

Tam są legiony zjadliwe robactwa:
Czy będziesz czekać, aż twój łańcuch zjedzą?
Czy ty rozwiniesz twoje mściwe bractwa,
Czekając na tych, co pod tronem siedzą
I krwią handlują, i duszą biedactwa,
I sami tylko o swym kłamstwie wiedzą,
I swym bezkrewnym wyszydzają palcem
Człeka, co nie jest trupem — lub padalcem.

Lecz pokój z nimi!… Nie, ten brud ruchomy
Nie zna pokoju — więc życzenie próżne!
Niechaj więc włażą w zakrwawione domy,
Niech plwają na miecz — stworzenia ostróżne,
Aby zardzewiał, nim będzie łakomy
Ich zgiętych karków, niech mają usłużne,
W jadzie maczane pióra — dusze w bagnie,
Niech żyją: takiej krwi — nikt nie zapragnie.

Czołem bijący w marmur Chrystusowy,
Kiedym się skarżył na klątwy i zdrady,
Tom się i o ten kielich krwi octowy
Upomniał — i Grób zaparł się: że gady
Z niego nie wyszły — lecz z urwanej głowy
Ten polip odrósł i lud wyssał blady.
Wygnać go była kiedyś wielka praca…
Ma nas za trupa ten szakal — i wraca.

Precz z nim, lub jeśli przyczołgnie się żmija,
Pod Boga skrzydło kryjmy się i gromy.

(…)

Pieśń druga

[ksiądz Marek]

Gadając ręce pokornie złożone
Na stół położył obie i wytrzeszczał
Na pana zamku oczy zaiskrzone –
Albowiem uśmiech mu senny obwieszczał,
Że po pijanemu zdobył sobie żonę –
Wtem nagle jak wąż wzdął się i zawrzeszczał,
Wstał… lecz na stole miał obiedwie dłonie,
A na nich papier i orła w koronie…

Orzeł na karcie był — a karta była
Nożem tureckim do rąk mu przybita…
Boleść go nad nią w arkadę skrzywiła,
Oczy w niej toną — myślałbyś, że czyta,
Że karta trupie kolory odbiła
Na jego żółtą twarz. Ksiądz karmelita
Za stołem cicho stał i patrzał z góry
Na czytelnika bladego tortury.

Ocknięty zamku pan — to raz na księdza,
To znów na ściany patrzał wstając z wolna,
Ręka na szabli, w oczach gniewu jędza
Ledwo się w sobie pohamować zdolna…
Lecz myślał, że mu sen mary napędza,
Tak dziwną była ta cisza okolna,
Ten papier nagle do stołu przybity,
Dzieduszyckiego jęk — wzrok karmelity.

Już dawno by się był skokiem lamparta
Rzucił do szabli — ale mówiąc szczerze…
Myślał, że sen mu grał sztukę Mozarta,
Że Donżuana widział na operze,
Gdy trupa ziemia puściła otwarta
Na muzykalny wieczór i wieczerzę.
Tak trudno było pomiarkować zrazu,
Czy ksiądz był z ciała ludzkiego, czy z głazu.

Godzina była nocna i bez przerwy
Piał kogut, świece miały długie knoty,
Na wieżach zamku śpiewał ptak Minerwy,
A w jednym oknie miesiąc stanął złoty –
Znacie działanie tej gwiazdy na nerwy –
Miesiąc więc w oknie stał, dziwne łoskoty
Na dachu, jakby jęczenia grobowe;
Wreszcie Ladawy pan — odzyskał mowę.

„Ktoś ty?” — Ksiądz milczał. — „Co tu robisz, mnichu?
Co znaczy papier ten? na Lucyfera!”
Tu Dzieduszycki zajęczał po cichu,
Ale tak jęknął jak człek, co umiera.
Spojrzał — chciał spojrzeć, lecz w powiek kielichu
Nie było oczu, tylko białość szczera
Jak w zwierciadlanym łysnęła odruzgu;
Szkło tylko — gałki uciekły do mózgu.

Starosta spojrzał i cofnął się biały
Jak wosk, jak oczy, którymi go szukał
Pan Dzieduszycki; ale okazały
W cofnieniu się swym, na ludzi nie hukał,
Zwłaszcza że ksiądz był wielki — a on mały.
Nieraz zaś przedtem pan Starosta fukał
Na równych sobie, niższym dawał szlagę
Licząc na swoją małość i powagę.

Więc co miał w oczach skier, wszystkie zapalił,
Co miał na czole zmarszczków, zebrał razem.
Sam by się Jowisz oburzony chwalił
Tak olimpijskim na twarzy wyrazem.
Spiorunowany ksiądz się w proch nie walił,
Lecz w jedną szybę okien rzucił głazem.
Na ten brzęk wszystkie ganki i komnaty
Przewiał ogromny wrzask: „Konfederaty!”

Starosta spuścił łeb — ksiądz się przybliżył
I wyjął szablę mu złoconą z ręki:
„Przebacz, wielmożny pan, jeślim ubliżył,
Lecz zamek był nam potrzebny, a jęki
Tego człowieka słuszne. Bóg go zniżył.
Ten, co na krzyżu poniósł krwawe męki,
Ten go nam daje; a wyrok nie minie:
Kto mieczem grzeszył, ten od miecza zginie”. –

Podczas tej mowy twarze się wąsate
Pokazywały w podwojach, kołpaki,
Konfederatki czapki i rogate,
I krągłe, i kapuzy, i pakłaki,
I owe jeszcze uszami skrzydlate,
Co ekonomów są laurem. Gdy taki
Rój czapek i rój północnych latarek
Zjawił się, rzekł ksiądz: „Ja jestem ksiądz Marek!”

Kalendarz Słowiański na 2015/7524 rok już w Slovianskim Sklepiku!

Posted in Polska, Starosłowiańska Świątynia Światła Świata, Słowianie, Wiara Przyrody by bialczynski on 31 Grudzień 2014

kal slov_2015

Fizyka Czary-Czaru, czyli Łodzi Osta, albo Ka dla Ra (AR-KA – Kara – Czara – Dzban Zerywanów).

Posted in nauka, Starosłowiańska Świątynia Światła Świata, Słowianie, Wiara Przyrody by bialczynski on 29 Grudzień 2014

https://www.youtube.com/watch?v=ojij26OcmJU

Wehikuł dla ducha opuszczającego ciało Egipcjanie zwali KA, samego Ducha-Światłość zwali zaś RA, tak samo jak my Słowianie zwiemy boską Światłość IST-ichOR, który to człon zawieRAmy W IMIONACH WSZYSTKICH JASNYCH BOGÓW SŁOWIAN, jako określenie formy doskonałej, lecz biernej RA lub AR, albo jako określenie formy podatnej na zmianę, naruszonej (wytrąconej z bierności trwania), znajdującej się w twORczym ruchu OR lub RO.

https://www.youtube.com/watch?v=xtl4TK9aUrw

 

Chcę powiedzieć, że źródło tej wiedzy znajdowało się na Północy i była nim Aryjska (Harska) Atlantyda lub Hiperborea, niezależnie od tego jak ją rozumiecie, a języki Skołoto-Isto-Słowian (SIS), stały się przenośnikami tej zawartej w ich bio-fraktalu WIEDY do współczesności. W trakcie przekazu i przekształcenia w języki wielu religii wiedza ta została zafałszowana. Współczesna nauka odkrywa ją na nowo na naszych oczach.   Czar-KA, AR-KA, czary, czarny, kary, karminowy, czarowny, czara, car, gor, gar, gorejący, gorący, gorzejący, grzał, grał, graal – to różne brzmienia Tego Samego fraktalu fizycznego, jego różne wymowy.

Dan Winter: Udana śmierć i prawdziwa fizyka Graala 9/12 [PL]

https://www.youtube.com/watch?v=Vi6_0ooBXsQ

 

Zwracam uwagę Wtajemniczonych- to 9-ta część 12 częściowej całości.

 

https://www.youtube.com/watch?v=QcgErGyzmJ0

Znów zwracam uwagę Wtajemniczonych- to 9-ta część 12 częściowej całości. Dan Winter fałszuje tutaj łącząc Aszkenazów z Reptilami i Banksterstwem, które jest w całości Amerykano-Germano-Sefardyjskie, a nie Aszkenazyjskie.  Więc zwróćcie uwagę by słuchać tego z częściową rezerwą i niepełnym zaufaniem.

TE SPRAWY SĄ SEDNEM POWIEŚCI, KTÓREJ FRAGMENT WAM NIEDAWNO PRZEDSTAWIŁEM, czyli  prawdziwej „historii fantasy”,  a raczej dziejawy mogtycznej, jaka zdarzyła się rzeczywiście na Ziemi: „Z Królestwa SIS: Tomirysa i Czaropanowie”.

Zachęcam wszystkich, którzy tego nie znają do przestudiowania obydwu tych wykładów w całości. Jestem pewien, że ci, którzy te wykłady znają a wniknęli dosyć głęboko w strukturę mitów Słowian i nazewnictwo, etymologię, usłyszą te wykłady teraz, dysponując słowiańską wiedzą, zupełnie na nowo.

 

W nawiązaniu do Merkaby – Merka i Marki-Znaku oraz MAR – MaRzAnna/MARyA/MARmuRienA oto co pisze w swojej etymologii magicznej/symbolicznej fonemów na tenże temat Rafał Helebrant  (http://simvokla.blogspot.com/):

 

Korona:  k.. „O” „ro” nA,
czyli ku Kręgowi („O”) samorealizacji PięćVi inicjalnej szczytu.

Sam „O” RA „Li” z „A” `cja (btw. Piękne ZDANIE). Tłumaczę:
„Sam Krąg Słońca wSchodzącego z inicji” (oczywiście można iść wGłąb):
z AM Krąg z KLO`n`Ca wSchodu z PhiErvni. (itd.)

…To tyle o ważnych Grekach oraz Greczynkach ;)

Jeszcze o Merkurym:
„Merkury (łac. Mercurius) – rzymski bóg handlu, zysku i kupiectwa;
także złodziei i celników, posłaniec bogów.
Jego imię pochodzi prawdopodobnie od łacińskiego merx, lub też mercator, co oznacza „kupiec”.
Wszystkie powyższe cechy Merkurego wiążą się z wymianą.”
http://www.czasduszy.pl/aktualnosc-IV__Merkury_i_cechy_znaku_Raka-12633078786477.html

[To bardzo ważny link – tak  samo jak astronomiczno-astrologiczne nawiązanie do RA-KA. CB]

Zastanówmy się nad tym głębiej…
MerCatOr to kupiec.
Viedzieć, co warto skupywać to… Vie-Skup,
czyli ViSkup, a dokładniej: Biskup.
Zresztą nawet można zestawić angielskie: Shop (sklep) z Vi-Shop (Vie-Sklep) – czyli BiShop (BiSkup).
..zauważmy, że Sklep to niemal Sklepienie …skąd niedaleko do „A”-Sklepiosa.

Tak więc WYMIANA jest tu przedmiotem opowieści.
A raczej… to Wy – „Miana” jesteście podmiotem opowieści ;)

idźmy dalej….
jeśli przykładam tu własciwe klucze, to zaraz nam się kolejne coś ujawni:
„złodzieje” (czyli Ci, co kradną).
A może Ci, co k..”RA” Dną.
Denkiem, denkiem… bliży Słonka ;)
Skojarzenie zło-dzieje może być ocenne. A jeśli są to Dzieje z „KLO”, zKLOdzieje ? Jak najbardziej!
Celnicy (Ci co przepuszczają bądź nie: ludzi i towary poprzez granice i wrota).
A może jednak CI, którzy realizują cel Nicy (Nyji)?

Jednakże najciekawsze widnieje i wybrzmiewa tutaj: „kupiec”.

Bo czymże jest ten, któren zmierza do pieca? Ku.. piecowi zmierza, stąd: ku..Piec.
Właściwie to nie tyle piecowi, co „Pięci” („5″). Czyli KuPięć.

Merkury jest pierwszą planetą zamykającą w swej orbicie Słońce.
To ostatni „STRAŻNIK” Bramy Słonecznej…
Stąd musi regulować przepływy do i od, odido (celnicy),
musi zajmować się wymianą, by równoważyć energię i potencjały pędników bocznych,
tak aby pojazd „System Słoneczny” zachowywał sterowność.

 

Proponuję też zapoznać się z etymologią sinVoliczną OKli – Koła oraz X i H.

Czesław Białczyński – „Borowczycy” – fragment powieści „Z Królestwa Sis – Tomirysa i Czaropanowie”


[UWAGA: Tylko dla Dorosłych (15+)]

© by Czesław Białczyński

las szt 1230403972Du46d22 Borowczycy

 

Tamara przemieszczała się powolnym krokiem przez pobojowisko jakim stało się miejsce uczty. Słońce dawno już wyszło ponad postrzępioną krawędź gór na wschodzie. Ją samą zbudził tętent wierzchowca. Zdziwiła się, tak szybkiemu porannemu przejazdowi wywiadowcy. – Jakby uciekał przed duchami gór? Wychyliła twarz przez okienko. To była Ludmiła, wracająca z rekonesansu. Nie miała ochoty wysłuchiwać tej butnej księżniczki znad Wiady zwanej też Odrą-Obdzierą, albo Sławuną. Podniosła się z łożnicy i poszła pod Zapis. Nie wiedziała, że pilnie śledzi każdy jej ruch Okrasa. – Te orgie – pomyślała patrząc na rozrzuconych w bezładzie śpiących na powietrzu, a właściwie splecionych bez przytomności w dziwnych konfiguracjach ludzi, staną się kiedyś przyczyną naszej klęski. Trzeba zerwać z tym archaicznym obyczajem „gościny do upadłego”. To była jej zdaniem pozostałość jakiegoś cieżkiego czasu ludzkości, wielkiego niedostatku, wręcz śmiertelnego głodu. Musiało to być potężne zdarzenie zagrażające całej populacji ziemskiej, które odcisnęło się w zbiorowej podświadomości na setki pokoleń. Ucztowanie było czczeniem jadła i napitku, oddawaniem czci odurzeniu i rozpuście. Rozpuście, która dawno temu musiała zapobiec jakiemuś wielkiemu wymarciu. Teraz jednak, choć także, groziło ludzkości obecne pośród niej podstępne, zabójcze „zło”, nikt jego obecności nie zauważał. To czego dotknęła mentalnie podczas Przejścia stanowiło esencję „zła”. Co złe dla ludzi nie musiało być oczywiście złe dla planety, ani dla Bogów, ani dla samych sprawców owego zła. Ale ona była człowiekiem i przyszło jej , jako człowiekowi, stanąć temu Czemuś na drodze. Pluła sobie w brodę, że powiedziała: Tak! Undyna była od niej sto razy mądrzejsza. Zobaczyła przyjaciółkę opartą o pień Zapisu, z trzema kochankami oplecionymi niczym tęgie powoje wokół jej silnych ud. Nie poczuła ukłucia zazdrości, ani nie zganiła służki w myślach za to, że żadnym z tych trzech, z którymi oddawała się rozkoszy, nie był Darwan. Darwan gdyby tutaj był może poczułby i jedno i drugie. Ale Darwan mocno podpity, pociągnięty przez którąś z Nawojek i tutejszą, kamieńską piękność, wcześnie powędrował ku domostwu na skraju kamiennego kręgu. Był czas na rozpustę i czas na małżeństwo, czas kiedy beztroskie dzieciństwo kończyło się Przejściem w Swodobę Dorosłości, a potem Przejściem w Dojrzałość do Założenia Rodu, czyli Swadźbą, Małżeństwem, Ożenkiem. Wreszcie nadchodził czas zbudowania własnego gospodarstwa, a potem to już jesień… i zima. Undyna uśmiechnęła się przez sen i zabawnie zmarszczyła piękny nos, na którym usiadła malowana zielonołyskiem mucha. Tamara pochyliła się nad przyjaciółką i odgoniła muszysko, po czym pogładziła z miłością jej policzek. Wyprostowała się. Nagle poczuła tę zimę w sobie, chociaż powietrze było gorące, jak to na południe od gór. Okrasa zauważył jak się przygarbiła, więc natychmiast zmusił swoje stopy do ruchu i podniósł się od stołu. Okno jego skromnego lokum wychodziło prosto na Zapis. A on przemedytował samotnie, nie wychyliwszy ani garnca miodu, ani szklanicy piwa, całą noc. Rozmyślał co też jest tam zapisane w tym odwiecznym drzewie. Kto właściwie był założycielem tego miasta Kamiennego Jaja? Ludzie czy jakieś inne prastare istoty? Czy pośród słojów tego drzewa przesnuwała się także nieć jego żywota? Czy podążała wysnuta z korzenia przez wszystkie konary i gałęzie ku zielonemu wierzchołkowi, czy też urywała się w połowie, nie wydawszy owoców? Wstał pośpiesznie. Ciało poruszało się za jego myślą z nieznacznym opóźnieniem. Jakby magia potrzebowała czasu żeby zebrać roje komórek organizmu do ponownej jedności i działania, w zgodzie z wolą człowieka. Nie mógł dopuścić, aby ksieżniczka się martwiła.

 

– O czym rozmyślasz moja piękna pani – usłyszała ukochany głos zza ramienia. Obróciła się natychmiast ku niemu z promiennym uśmiechem, który miał znaczyć nie tylko „kocham cię”, ale też „nic mi nie jest”. I jeszcze „trzymaj się, choć wiem, że nie żyjesz”! Nie! Tego ostatniego nie było w jej wzroku ani w uśmiechu. Ona była przekonana, że w Carodunie, albo w Dziewięciu Kręgach ożywią go, znajdą dla niego ratunek. Inaczej skoczyłaby ze skały, tam w górach, tak, ze Skały Tronu. Bez zastanowienia. Ale po co żyć teraz, kiedy nigdy z nim już nie będzie. Nie dorobią się wspólnych dzieci ani domu….

Jej wzrok pociemniał jak głęboka woda. Uchwycił szybko jej dłoń i pociągnął ją za sobą. Jemu także nie robił dobrze widok szczęśliwych, beztroskich ludzi, splecionych w uścisku rozkoszy. Nie zazdrościł im, że korzystali z życia we właściwy sposób dla ich wieku i stanu. W ich wypadku z tej pozornej zabawy rodziła się konkretna przyszłość, a on nie czuł żadnej przyszłości przed sobą. Żywy trup.

– Pół dnia zajmie nam porządkowanie Materii Istu – rzekł pośpiesznie kierując jej myśli ku organizacji dalszej wyprawy. Ruszyli w stronę gospody, gdzie czuwały pod wodzą Aganiszki Nawojki strzegące czystości ścieżek mentalnych tutejszych dowódców i wojta. Tam także znajdowali się stróżujący przy lęgamie Pałkini i Bierygowie pod wodzą Krzesimira i Gęby z Rawy. W zagrodzie gospody panował ruch. Dojono kozy i pojono konie, wyklepywano masło i wyciskano wonne sery z ziołami. Pieczno chleb, którego piękny zapach unosił się wokół wielkiego na trzy piętra domostwa.

– Tak – odpowiedziała mu – Nie wyjedziemy dzisiaj. Spuszczenie ich z łańcucha w nocy to też nie najlepszy pomysł. Na szczęście nie będzie już więcej ucztowania, więc jutro o świcie powinniśmy być gotowi.

Widok kręcących się po zagrodzie i po gospodzie uśmiechniętych ludzi był pokrzepiający i na twarzach ich obojga zagościł uśmiech. W dużej sali na parterze zastali Roga Warsza. Rozmyślał dokładnie o tym co i oni. I tym się z nimi podzielił. Urządzanie materialnej przestrzeni przy pomocy mogtowiji to nie było żadne jakieś tam „pstryk i po ptokach”! Skoro zdecydowali się wziąć na hol mentalny cały gród, to nieustannie kilkanaście nawojek pracowało w więzi z tutejszymi wojownikami. Zwykłej energii przestrzeni materialnej musiano przeciwstawić równoważną, a właściwie nieco większą moc energii pozaprzestrzeni duchowej. Obie one miały przeciwny ładunek energetyczny. Nie dało się teraz z nagła, jednym pstryknięciem palców wyłączyć tego mechanizmu. Energia czaru była prawdopodobnie tak duża, że cały ten gród wyleciałby w powietrze od tego pstryku przeciwmaterii. Jutro o poranku znaleziono by tutaj kupę bezładnie rozrzuconych kamieni i kilka osmalonych trupów, a także duży jak jezioro lej po reszcie, która wyparowała. Operacja „uwalniania”, czyli perswazji mentalnej połączonej ze zmniejszaniem antymaterialnego wkładu energii w czar, musiała zająć pół dnia o ile nie dłużej.

– Czary Mary, Dyj-Bełt Stary, Łap Ogary, Panie Kary. – wyrecytował dziecinną rymowankę Rah Warsz – Nie bez powodu nam to wbijali do łbów od malutkiego. To nie żarty!

Z ożarem powstałym w wyniku zastosowania niematerialnej energii naprawdę nie było śmichów-chichów.

 

Wisztaspęta zmierzał dostojnym krokiem do sterfy czerwonej pałacu, zarezerwowanej dla Króla Królów. Nie wiedział na pewno, ale przypuszczał, w jakim celu wzywa go Władca Świata. Przeczuwał, że nadeszły wieści z Gór Czarnych Kauków. Pierwsza część wielkiej intrygi została wypełniona. Był przekonany, że zaplanowane podwójne zabójstwo powiodło się. Gdyby nie, wykrywszy spisek, już dawno zawleczono by go do kazamat pałacu i zdarto zeń skórę. Skoro nie żyli ci dwaj, Arda Złoty i Wijrak z Opasu, teraz prawie wszystkie klucze do władzy w pałacu znalazły się w rękach Wisztaspęty. Zamierzał bez ogródek zaproponować władcy by uczynił jego syna, Ortana głównym magiem imperium. Tylko Wisztaspęta znał teraz tajemnicę oraszlaki. Czyż król królów mógł mu odmówić?! Ardaban był starszy od Ortana, ale tutaj wielkie znaczenie miała magia, moc przeznaczenia. Czyż samo imię Tańczący z Orem, Władający Orem nie było proroczą wróżbą, którą Kirus Wielki miał teraz szansę po prostu, małym kiwnięciem palca, spełnić? Jaki władca w tych czasach oparłby się swojej próżności, gdy bieg wypadków sam z siebie buduje wokół niego legendę boga na ziemi, tego który zstąpił z Niebios namaszczony przez samego Oro-Mądra – Ahura Mazdę. Wisztaspęta zatrzymał się w gwieździstym holu gdzie zbiegało się osiem korytarzy pałacowych, a po środku stał mały ołtarzyk. Stanął przed dnim i złożył ręce jak do modlitwy. Skłonił głowę. Ukląkł przed bóstwem. Na klęczniku stało małe srebrne naczynie z kadzidłem. Otworzył je i wsypał kilka ziarenek w migoczący wieczny płomień. Mocny zapach nardu i mirry rozszedł się w powietrzu. Nie wypowiedział jednak żadnych słów. W głowie miał zamęt. Za nic nie potrafił utrzymać spokojnej, wewnętrznej samokontroli, potrzebnej do skutecznych modłów do bóstwa. Poczuł nagle, że posępna groza czai się w pałacu. Kirus Wielki wydawał się być odległy, zajęty niezrozumiałymi problemami. Zdumiewająco się ostatnio postarzał, jakby jego siły witalne wysysała jakaś urojona pijawka. Niektóre z jego dekretów zupełnie nie zgadzały się z linią jego dotychczasowego panowania. Momentami wydawało mu się , że duch innej osoby patrzy jego przygasłymi oczami, mówi jego wolnym, chropawym głosem, czy gryzmoli rozchwiany podpis na podyktowanych przed chwilą dokumentach. A przecież król królów nie był wcale starcem. Ostatnio na przykład zezwolił Jugijczykom i Ziemitom na powrót do Syrej Ziemi! Swego czasu Skołoci z Północy wygnali ich przecie z tegoż kraju nad Morzem Sporów, głęboko w pustynię perską. Nie bez powodu. Głosili herezję i wszczynali bunty na podstawie odszczepieńczej Księgi Kobyły. To było ze strony Kirusa pociągnięcie niepolityczne, nierozsądne, bo Widan z Trysu nad Dunajem dobrze wiedział co robi przeganiając ich na cztery wiatry! To co głosili było sprzeczne nie tylko z Wiarą Przyrodzoną, ale także z naukami Zoroastra. Wywyższali się ponad innych, tak samo jak Żarzduszt-Zoroaster wywyższył Czcicieli Ognia. Mieli się za jedynych obdarowanych Łaską Pana. Oni i tylko oni. Resztę ludzi traktowali jak śmiecie, z najwyższą pogardą… Do tego wszystkiego te straszne sny o krwi… Rozpoczął modlitwę:

– Mitro, Panie nasz, obrońco domu Achemenidów, miej w opiece mnie, syna Orsama, ostojo łaski i sprawiedliwości, który niegodziwość i okrucieństwo przemieniasz w cnotę, pomóż mi w godzinie potrzeby! Co mam teraz uczynić potężny Władco Światła! Wstając otworzył złotą szkatułkę stojącą na klęczniku obok naczynia z kadzidłem i wyjął tuzin cienkich patyczków z drzewa sandałowego. Niektóre z tych magicznych pałeczek były krótkie, inne długie, jedne proste a inne zakrzywione i powyginane. Cisnął je wszystkie na dawan przed ołtarzem. Wisztaspęta wpatrzył się w plątaninę na wyszywanym bajnym wzorze złożonym ze znaków magicznych. Jego oczy nagle zaokrągliły się ze zdumienia. To wszystko razem ułożyło się w słowo! Nagle w korytarzu wiodącym od komnat jego haremu pojawił się Jamaspęta, jego najważniejszy doradca z Bałchu nad Bałchaszem, którego tutaj ze sobą przywiózł jako szambelana. Biegł w rozwianej szacie klapiąc sandałami o posadzkę i wymachując do Wisztaspęty rękami. Satrapa zgarnął pospiesznie napis i włożył patyczki do pudełka. Starannie ustawił je na klęczniku. Tymczasem Jamaspęta dobiegł do niego ledwo łapiąc powietrze. Otwierał usta niczym ryba jednocześnie chcąc coś powiedzieć i zaczerpnąć tchu, co nie dało się pogodzić.

– Spokojnie szambelanie – położył mu rękę na ramieniu i mocno uścisnął, co natychmiast uspokoiło Jamaspętę. – A teraz mów, po kolei. Ale składnie, bo król królów mnie oczekuje i nie mam już czasu do stracenia.

– Pobiły się panie, i jedna oblała dziecko drugiej wrzątkiem?

– Kogo, syna?

– Nie, córkę.

Wisztaspęta odetchnął głęboko uspokojony tą wiadomością.

– Które to?

– Nie będziesz zadowolony panie.

– Mów! – spojrzał posępnie.

– Twoja trzecia żona Oda zrobiła to najmłodszej oficjalnej żonie Rodogunie.

– Znowu matka Ortana?! Weź i wyrznij je obie, razem z ich wszystkimi dziećmi, na pustynię i niech tam zdychają bez ludzkiej pomocy! Prócz Ortana, rzecz jasna!

– Ależ panie, z Rodoguną masz pięciu synów, a z Odą siedmiu. Z urodzenia przynależą do Gwardii Nieśmiertelnych Kirusa.

– Dobrze. Wywal je razem z ich córkami! Najlepiej puść je na ruchome wydmy, niech znikną mi z oczu raz na zawsze. Mam powyżej uszu ich ciągłej rywalizacji. I do tego teraz, kiedy toczę tutaj jedno z najbardziej skomplikowanych przedsięwzięć, które wymaga wsparcia i jedności zadrugi! To będzie doskonały przykład dla całego haremu.

– Panie, ale Oda pochodzi z Jugii! To nie spodoba się królowi królów…

– Masz wolną rękę. Potraktuj je jak mój podarek dla ciebie, jak niewolnice. Uwięź je gdzie chcesz, byle razem w jednym obwarze. Razem z córkami! Synowie mają pozostać przy mnie. I niech się nawzajem pozagryzają.

Powiedziawszy to Wisztaspęta odwrócił się i ruszył szybko korytarzem do króla króli, któremu i tak kazał już za długo oczekiewać na siebie. W głowie dudnił mu tylko jeden wyraz. Słowo w które ułożyły się wróżebne patyczki. Darjusz. Jamaspęta stał nieruchomo i zdawało się, że przestał oddychać odprowadzając władcę wzrokiem. Poruszył się dopiero gdy zniknął on za złoconymi drzwiami królewskiej części pałacu. Czy Wisztaspęta mówił serio, czy też to tylko chwilowa wściekłość spowodowała tak okrutne polecenie. Po głębokim namyśle doszedł do wniosku, że satrapa miał zbyt przeciążony umysł. Postanowił poczekać do wieczora i jeszcze raz omówić z nim tę kwestię. Najmłodszy syn Rodoguny, Darjusz był wszak ulubieńcem Wisztaspęty, a sam Kirus trzymał go w rękach podczas ceremonii nadania imienia! Niesłychane! Wisztaspęta musiał na chwilę postradać rozum.

 

Audiencja przebiegła zgodnie z przewidywaniami bałchańskiego satrapy, który sztukę aktorstwa opanował do perfekcji jeszcze za młodu, gdy uczono go cyrkowych sztuczek magicznych. Uwielbiał cyrk i teatr. Od małego ćwiczył się w poskramianiu tygrysów, wilków i roztaczaniu przed publiką fałszywych wizji zwanych iluzjami. Pseudomagia była oszustwem, ale Wisztaspęta opanował też w podstawowym stopniu zasady prawdziwej magii, na tyle by wiedzieć jak władać choćby głosem. Oczywiście król królów także był tego świadom. Nigdy podczas audiencji nie opuszczało go czterech wytrawnych magów. Jednak władca Bałchaszu i Bogotroji potrafił oszukać ich wszystkich odkąd sprzągł się z Tymi Których Spotkał w Bajanii. Na myśl o tym spotkaniu zawsze dostawał dreszczy. Tak wielkiego skrzystego statku nie widział nigdy w życiu i wiedział, że już nie zobaczy. Czy była to słynna Starożytna Strzała? Najpewniej to ona! Zatem jest teraz sprzęgnięty z tymi, o których pisano na Kartach Przeznaczenia. Przybyli ponownie! Tylko skąd? Powiedzieli: „zza Wielkiej Wody”. Ale której, Wądlądstyku-Styksu, czy Białej Wody, tej naprawdę Wielkiej, Mlecznej, Niebiańskiej – zza Białowodzia?

– To była demoniczna istota wiatrowa, olbrzymi wir z ostrogą, czarny jak noc. – powiedział Kirus uważnie obserwując zmarszczki na twarzy Wisztaspęty – Jednego możesz być pewien, że nie ode mnie ona pochodziła. Zamierzałem uczynić Wijraka Głównym Klucznikiem Imperium… Ale cóż, teraz zapewne uczynię nim ciebie… – zawiesił głos i wejrzał przenikliwie w oczy wasala.

– Panie – Wisztaspęta pokłonił nisko głowę, a podnosząc ją zwrócił uwagę by zawisnąć źerenicami dokładnie na królewskich źrenicach i ani drgnąć powieką – To dla mnie bardzo kłopotliwa sytuacja. Proszę cię byś mnie zwolnił z nowego obowiązku. Do tej pory dobrze współpracowało nam się na polu walki. Większość bitew odbyliśmy ramię w ramię z sukcesem. Nie powinno się zmieniać pary szczęśliwych wierzchowców w rydwanie przed osiągnięciem linii mety. Podbiliśmy Mlekomedir i Syrą Ziemię, ze dwadzieścia królestw małmazjatyckich, łącznie z wyspami na Morzu Sporów i Kuprem Małmazji, powoli kończymy dzieło po południowej stronie Gór Czarnych Kauków… To ty dokonałeś tego wszystkiego, ale przyznasz, że jestem szczęśliwą maskotką stojącą zawsze u twego boku. Także na wschodzie, gdzie, o Największy z Wielkich, Królu Świata, nadgryzłeś poważnie Windję podbijając kraje Koszanów, Bierygów i Kudakiedyczów. Przed tobą reszta Windji, a potem pozostanie już tylko Kutaj i Sistan. Cały świat znajdzie się wtedy w twoim ręku.

– Słusznie prawisz – władca przerwał mu zniecierpliwionym gestem – Zapewne mógłbyś do jutra wymieniać jeszcze kraje jakie zdobyłem i władców których poniżyłem, ale chyba tym bardziej rozumiesz, że potrzebuję bardzo zaufanego klucznika. Dlatego tobie poleciłem wydobycie od Wijraka tajemnicy Kamienia Wijozowicznego i Jego Wielkiej Przemiany w oraszlakę. Nikomu innemu nie ufam.

– Zwolnij mnie jednak z tego obowiązku. – powtórzył stanowczo Wisztaspęta – To przykre, że Wijrak i Złoty Arda zginęli, ale prawdę mówiąc liczyliśmy się z tym, że żaden z nich nie wróci z Północy. W każdym razie klęska tej wyprawy była brana pod uwagę przez Ciebie o Jasny Panie w Twoim Wielkim Planie podboju Sistanu. Zapewne wróci ich stamtąd garstka. Jeżeli przywiozą ze sobą Kamień z Wyspy Kara to będzie prawdziwie szczęśliwy finał…. Mam inne rozwiązanie. Jest ktoś komu ja mogę z kolei zaufać tak jak Ty mnie o Najjaśniejszy Panie, kto jest magiem już dojrzałym i doświadczonym a dosyć młodym i krzepkim żeby podołać cieżkiemu zadaniu wypełniania złotym proszkiem twoich skarbców. Wszak trzeba nam dla powodzenia podboju i ustanowienia wasalnej władzy masę tego proszku. Trzeba pracować dzień i noc, a wiedzy o sposobie nie wolno rozpowszechnić. Kto się tego podejmie zapewne wyczerpie siły żywotne w krótkim czasie. Proponuję zrobić Magisterem Klucznikiem mojego młodszego syna, Ortana. Zwróć panie uwagę na jego imię. Czyż to nie proroctwo spełnione twoim jednym dekretem, jednym słowem i podpisem na dokumencie?! Jesteś święty o Panie, całe królestwo będzie miało tego potwierdzenie.

– Czemu miałbym zaufać, że wiesz co czynisz? – Kirus uśmiechnął się złowieszczo i Wisztaspęta poczuł, że król królów wietrzy jakiś podstęp i spisek.

– Pozwól, że rozwieję twoje wątpliwości – satrapa pokazał gestem, że chce się zbliżyć, aby powiedzieć coś na ucho Panu Świata. Nie było mu w smak dawać gwarancje Kirusowi, ale czuł, że sprawa wisi na włosku. Gdy ten się łaskawie zgodził, podpełzł na kolanach i zakrywając usta dłonią wyszeptał:

– Jako gwarantów dam panie pod twoje władanie, do twojego haremu matkę Ortana Odę i moją najmłodszą żonę z moim ulubionym synem, a twoim synem przybranym, Darjuszem. Oczywiście muszą zabrać, ze sobą także wszystkie córki. Będę zaszczycony, kiedy któraś z tych młódek spodoba ci się na tyle, byś ze mną zechciał oficjalnie dzielić więzy krwi…

Władca Świata uśmiechnął się i skinął głową na zgodę. Propozycja oddania, niejako pod „zastaw”, tego co Wisztaspęta miał najcenniejsze, i związania się węzłem rodzinnego powinowactwa spełniała oczekiwania Wielkiego Kirusa. Wisztaspęta cofnął się na przepisową odległość bijąc głową o dywan i ukląkł czekając na dalsze słowa króla królów.

 

Kiedy satrapa Bałchu i Bogotroji mijał ołtarzyk bóstwa skakał niemal do sufitu jak mały chłopiec. Radość rozsadzała jego trzewia. – Tak łatwo poszło!!! Po prostu niewyobrażalnie! Wiedział, że to nie byłoby możliwe bez pomocy tych Ropuchogłowych Kreatur z Pustyni Toka Mahy Uciekły, z którymi zawarł dyaskijski pakt, czarne przymierze, mroczniejsze niż najciemniejsza bezksiężycowa skądynawijska noc, ponura jak szkwał na nordzie. Wiedział, że oni lepiej znali Kirusa Wielkiego niż on sam siebie. To kiedy i w jaki sposób niebotyczna pycha zgubi władcę świata, było tylko kwestią czasu i miejsca, ale było pewne jak dwa i dwa jest cztery! Dlaczegoż zatem to nie on – jak mu to wytłumaczono na pokładzie niebotycznego skrzystego okrętu – Miałby spełnić swoje marzenia?

Był przekonany, że Jamaspęta nawet nie rozpoczął pakowania tych dwóch kłótliwych, bezrozumnych suk! Pogrążyły cały harem w intrygach czyniąc zeń zastępcze pole walki, na którym realizowała się ich mazońska niewytrzebiona wciąż, mimo dokonanego gwałtu, natura. Nareszcie się ich pozbędzie!

 

Undyna bardzo szybko stanęła na nogi. Wyzwoliła się ze słabego uścisku trzech młodzieńców, którzy mimo nieprzytomności nadal próbowali ją obłapiać. Wyruszyła na skraj miasta, za północne wały, do banioru z przeczystą wodą, który po prawej stronie grodu ulokowany był w skalnej niecce wartkiego potoka górskiego. Musiała odświeżyć swoje zmulone ciało po tej orgii, pozbyć się resztek odurzenia i odzyskać świeżość umysłu. Kąpiel w lodowatej wodzie dobrze jej zrobi. Potem gorący napar z ziół i równie wrząca bania oraz ponowna zimna kąpiel. Ten zestaw leczniczy idealnie zapobiegał słabościom organizmu i niechcianym wpadkom. W życiu Mazonek nie było miejsca na przypadkowe związki i niespodziewane obowiązki. Uczono je od małego jak zapobiegać nagłym wybuchom „uczucia” i przywiązywaniu się do dopiero co poznanych chłopaków. Uczono je też jak postępować, by nie wpaść w innego rodzaju zależność, na przykład przez posiadanie wspólnego potomstwa. Undyna zrzuciła z siebie purpurową suknię w jaką była odziana na wczorajszą uroczystość biesiadną i uklękła nad baniorem. Pełne, obfite piersi o sterczących sutkach zakołysały się w zwierciadlanym odbiciu. Zanurzyła dłonie w wodzie i bezwstydny widok zniknął, a palce natychmiast jej zdrętwiały. Podniosła płyn i zaczerpnęła potężny haust. Woda miała smak i konsystencję mrożonych diamentów. Nie wiedziała, że banior jest położony w ten sposób, iż mimo odosobnienia jego powierzchnię widać z górnego piętra młyna, leżącego na skraju grodu, już za jego bramami, w nadrzecznym zagłębieniu. Nie wiedziała też, że to do owego młyna udał się z dwoma dziewkami Darwan. Ruszyła do drugiego brzegu klasyczną żabką. Tymczasem on właśnie się przebudził i wyglądał przez okienko z poddasza w stronę gór, aby sprawdzić jak wysoko jest słońce. Zdawało mu się, że w rudych promieniach, dostrzegł na powierzchni stawiku okolonego szuwarami i iwą, postać o pełnych mlecznobiałych piersiach i srebrnołuskim ogonie. Pod światło trudno było rozróżnić szczegóły, ale miała urzekająco śliczne, obfite kształty i jeszcze piękniejszą, bielusieńką twarz. To ci gratka! Syreny i toplice widywało się niezwykle rzadko. Postanowił ją podejść w kąpieli. Dziewki spały jeszcze, kompletnie nieprzytomne, jak mu się zdawało, więc poczuł się zwolniony z obowiązku dotrzymywania im towarzystwa przy porannym posiłku. Co prawda kodeks Obyczaju Kochanków zakazywał rozstawania się cichaczem, ale z drugiej strony nakazywał też nie budzić śpiących. Zresztą co tam, pogada z nimfą wodną i wróci do nich.

Starając się nie hałasować zbytnio, zszedł po skrzypiących schodach z pięterka, pokłonił się żonie młynarza, która wlaśnie brała się do palenia w piecu, podziękował szerokim uśmiechem za kubek koziego mleka i oscypek, który mu wcisnęła w dłoń i wyszedł na zewnątrz. Dzień pachniał macierzanką. Powietrze było rzeźwe, ale ciepłe. Darwan ruszył w stronę baniorku.

Zagłębienie do którego schodziło się ze ścieżki odgradzającej teren gęstą iwą miało miękkie, nieco bagienne podłoże. Trzeba było ostrożnie stąpać z kępy na kępę, pomiędzy tatarakami. Małe żabki przypatrywały mu się bezczelnie z liści kwitnących grążeli i nenufarów. Starał się iść ostrożnie tak żeby nie spłoszyć tej wodnej piękności. Dotarł do skraju szuwarów i delikatnie rozchylił kurtynę. Zobaczył ją. Dziewczyna stała teraz zanurzona do trzech czwartych ud i ochlapywała twarz, po przepłynięciu dystansu, który rozkosznie rozluźnił jej wszystkie mięśnie. To była Undyna! Darwan zawstydził się, że ją podgląda, i zrozumiał że jeśli się jej teraz pokaże i opowie, że zobaczył z okna syrenę w baniorze, ta go wyśmieje. Nie wiedział jednak jak się wycofać. Problem rozwiązał wąż wodny, który płynąc prosto do stopy Darwana, obok wiszącej ciężko główki kwiatu lotosu, zmusił go do wykonania kroku. Był to krok w pustkę, a raczej w głębię bez oparcia. Tylko chlupnęło, a potem szeroka fontanna wzniosła się wokół jego walącego się w banior ciała. Co za wstyd! – zdążył pomyśleć. Przestraszona widokiem intruza Undyna zanurzyła się po szyję.

– Witaj – wyrzucił z siebie gramoląc się na kolana i parskając. – Przepraszam, ale nie wiedziałem…

– No wiesz? – rzuciła gniewnie – Po prostu przyznaj się że podglądałeś! Jakbyś nie mógł zwyczajnie poprosić bym ci się pokazała?

– Posłuchaj, to tylko tak wyglądało, zobaczyłem cię z poddasza młyna, myślałem patrząc pod słońce, że to jakowaś syrena albo panna wodna, zaciekawiło mnie to.

– Akurat. Takie bajki opowiadaj młynareczce z którą spędziłeś noc, ale nie mnie. Widzę, że z ciebie wyspecjalizowany topielec. Uważaj, bo bardziej nerwowa Mazonka niż ja, zaskoczona w kąpieli, może cię naprawdę skrócić o głowę.

Nagle za plecami Darwana wyrosła z szuwarów kolejna postać, której widok spowodował, że uśmiech zszedł z twarzy Undyny.

– Nieładnie Darwanie żeś nas cichcem opuścił i nie spożył z nami śniadania. – zabrzmiał z tyłu dźwięczny sopran.

Darwan odwrócił się i… zapanowała kłopotliwa cisza. Pierwsza ocknęła się Undyna. To było dziwne, ale poczuła jakiś niesmak, że oni, tych dwoje spędziło razem tę noc.

– …. – Ona ma rację. Nie wypada, chcąc być w zgodzie z kodeksem, opuszczać towarzyszek nim one się przebudzą.

– Zwłaszcza tej której się zaproponowało, mimo iż jeszcze nie czas na to, wspólne poszukiwanie Kwiatu Paprudzi! – uśmiechała się tryumfalnie Jowita.

– Ja coś takiego powiedziałem? – zdziwił się Darwan, bo nie przypominał sobie takiego faktu.

Undyna poczuła, jak w jej sercu wyrasta kawałek lodu. – To o to chodzi?! – pokiwała głową. – Życzę zatem szczęścia! – wysyczała i ruszyła szybką strzałką do brzegu. Nie patrząc w ich stronę wynurzyła się po drugiej stronie stawu w całej krasie. Jej ciało było przepięknie harmonijne, uładzone. Wiedziała dobrze jakie robi wrażenie. Stanowczym gestem podjęła szatę spomiędzy traw i trzymając ją w dłoni ruszyła ku ścieżce. Wkrótce zniknęła zanurzając się w cień pomiędzy wierzbiną, iwą i łoziną.

– Dlaczego to powiedziałaś? – zapytał Jowitę zdziwiony Darwan, który oniemiał na tak bezczelne kłamstwo. Wyrzucał sobie teraz, że tak go zatkało, iż tego od razu nie sprostował. Jowita wzruszyła tylko ramionami i poczęła się rozdziewać.

– Co się przejmujesz – rzekła obojętnie – Przecież nie składałeś jej żadnych przyrzeczeń! No nie? Gdybyś składał to byś z nami wczoraj nie poszedł. Nie jesteś związany.

– Ale to było kłamstwo!

– Nie lubię jej i tyle. Cóż takiego się stało? Jesteś w niej zakochany, czy jak? – Jowita z premedytacją udawała, że niczego nie rozumie.

– Odszczekasz to kłamstwo publicznie – rzucił z groźbą. Podpłynęła do niego i oplotła go nagimi udami. Zmierzała dłonią ku jego pachwinom. – Mazonkom nie godzi się kłamać z błahych powodów!- rzekł dużo miększym tonem.

– A jesteś pewien – wyrzuciła z namiętną intonacją, obłapiając go – Że mój powód jest błahy?… Chciałam ci oszczędzić nadziei i rozczarowań, bo wiem, że ona nie jest dla ciebie. Dobrze ją znam. Chciałam ci oszczędzić bólu, jeśliś się w niej przypadkiem zadurzył. Ona to robi z każdym młodzianem jaki jej się nawinie. Rozumiesz? Taka zabawa i lubość płynąca z obserwacji cierpienia innych, z ich upokarzania… Nie odszczekam niczego. Jak widzisz miałam ważki powód.

Darwan odtrącił ją gwałtownie i ruszył do brzegu.

– To zła dziewczyna, niejednego już ma na sumieniu! – rzuciła za nim wściekle i rozpłakała się.

 

Kiedy dotarł do gospody skierował się do stołu przy którym Undyna spożywała jajecznicę i owoce. Ta jednak poderwała się na jego widok i zabrawszy swój talerz oraz pajdę chleba dosiadła się ostentacyjnie do zdziwionej Tamary, Okrasy i Raha Warsza. Darwan minął ich rzucając słowa zwyczajowego powitania i udając, że zmierzał do stołu, przy którym posilała się Młynareczka. Rah Warsz zaśmiał się cicho pod nosem rozbawiony tą sceną.

– Z czego się śmiejesz – wysyczała gniewnie Undyna

– Wyglądacie jak para namokniętych kurczaków, które nadepnęły sobie na odcisk pod zimnym prysznicem! – wyrzucił.

Tamara zaśmiała się cicho , a po chwili znacznie głośniej wybuchnął śmiechem Okrasa. Było to tak trafne porównanie, że wywołało wśród nich trudny do opanowania spontaniczny wybuch radości. Wkrótce wszyscy troje pokładali się, trzymając za brzuchy. Tamara raz po raz ocierała łzy, które jej nabiegały do oczu. Parę sąsiednich stołów zwróciło uwagę na ich rozweselenie i także im, udzielił się zaraźliwy śmiech. Pewnie gdyby to nie dotyczyło jej, Undyna także by się śmiała do rozpuku, ale złość rozsadzała ją od środka, przesłaniając rzeczywistość bordową kurtyną.

– Głupki! – rzuciła i zerwawszy się od stołu, cała czerwona, szyja, twarz i suknia, wyfrunęła z furkotem z jadalni.

– Rzeczywiście jak mokry, rozwścieczony kurczak! – zaśmiał się Okrasa

– Taki co to dopiero co nauczył się latać na tyle, żeby się nie nabić na byle palik! – rzucił za nią cięty dowcip Rah Warsz. Udała, że go nie słyszy, ale dopiekł jej tym do żywego, budząc chęć odwetu przy najbliższej okazji!

Jowita nie pokazała się tego ranka na wspólnym śniadaniu.

 

W rzeczy samej, jak rzekł mu Wilczyc, tak się działo. Nie było już żadnej burzy na ich szlaku, a szli przecież przez mocno burzowe okolice Gołgolidii. Kiedy przybył Sęp okazało się, że ich droga będzie krótsza niż przypuszczali. Zasadzka została przez Trojgłazycha przeniesiona pod gród Iskon, miejsce obronne, obwar-cytadelę w ziemi Isepodonów. Pierwszego dnia kolejnego długiego tygodnia wyszli na rozległy płaskowyż Gary, jednego ze spływającyh z Gór Kauków dopływów Kubani. Wydobywali się nie niepokojeni przez nikogo z plątaniny wąwozów w kraju Dagonów schodząc na północny zachód, w bukowe lasy Czechenów. Za radą Wilczyca, który trzeba to przyznać, wreszcie na coś się przydał i prowadził ich bardzo sprawnie w tym labiryncie leśnoskalnym, odkąd dobyli się na bardziej płaskie tereny obrali ostry, zachodni kurs marszruty. Jeszcze wczoraj schodzili kanionem potoku Haromąd, który rozszerzał się w łagodny bieg Awarskiej Koszy, a dzisiaj byli już praktycznie po środku płaskowyżu, w terenie mocno zalesionym. Górskie powietrze ustąpiło bardziej przyjemnemu zrównoważonemu powiewowi z północnych dolin. Wilczyc nawet nie przypuszczał, że będzie to jeden z najciemniejszych dni w jego życiu. Z tego miejsca było jeszcze widać ostre grzbiety kanionów wiodących bieg wód na wschód, ale oni mieli już za chwilę skierować się całkiem na północ bezrzecznym przestworem pomiędzy zlewniami rzek Kubani i Sułaka. Wilczycowi zdało się nagle, że wyczuwa zapach jodłowego dymu. Pomyślał, że trzeba będzie ominąć niespodziewane obozowisko ludzkie, jakichś wędrowców, którzy zmierzali od północy w góry. Jeżeli rozłożyli się w dolinie przed nimi to nie bardzo wiedział jak.

– Dymy! – rzucił ktoś z przedniej straży.

 

Borzydar polował tego ranka na sarny, ale trafili jelenia, potężnego, wspaniałego, o imponującym porożu. Poszli w las o szarym świcie. Znali te rozpadliny dobrze. Co roku latem zapuszczali się w wąwozy górskie zbierając leśne pożytki, które jego zadruga zwana powszechnie Borowczykami, nauczyła się przetwarzać w taki sposób, że leśne miody, borówki, maliny i orzyny, a też grzyby, bez trudu wytrzymywały w spichrzykach okolicznych plemion do wiosny. Receptury strzegli zazdrośnie. Za swoje produkty otrzymywali wszystko inne, co było im potrzebne zimą do przetrwania; futra, drewno, susz mięsny, sól, zboże. Borowczycy nie uprawiali ziemi, lecz specjalizowali się w zbieractwie. Polowali rzadko i tylko nieliczni z nich. Zbierali zaś w lesie niesłychane specjały, które trafiały na dalekie dwory północy i na wschód, nawet do książęcych i kapłańskich sadyb, na Welską Górę w Carodunonie, do Kutaju, Tajlądu, Gątdany, Gątbytyny, na Jawę i do całego Tajchu. Główny obóz rozłożyli na polanie w której zbiegały się górskie wąwozy, na przejściu między stokami a pagórzystym obszarem działu wód. Było to doskonałe leże dla tak dużej zadrugi, koło sześciuset ludzi, w dwunastu rodach, w czterdziestu rodzinach. Ostatnimi laty zadruga rozrastała się bardzo szybko i istniała możliwość, że otrzyma od Rady Starowieku totem plemienny. Sześćset gąb utrzymywało się przy życiu ze zbieractwa leśnego. Za każdym razem kiedy nadchodziła wiosna rozpoczynali Święto Noworoczne w Dzień Zrównania, w Wielką Bitwę Niebieską Białej Krowy i Czarnego Byka, od ofiar i błagalnych modłów do Panów Boru, Borowiła i Borany oraz ich dzieci: Boruty, Rokity i Bugaja-Wilca. Modlili się o to, aby las nie skąpił im pożytków i chronił ich od wrogów. A były to pożytki specyficzne. Można rzec wysokospecjalistyczna oferta handlowa zadrugi Borowczyków. Na czym polegała?

las niedź kwiaty czerwpomarancz DSC00278

Przez cały rok, ale szczególnie wtedy na wiosnę, chadzali w las na zbiór zwiniętych, dopiero co kiełkujących pąków pąprudzi. Pączki umieszczano w kwaśnej zalewie, w wielkiej glinianej kadzi wkopanej w ziemię, co chroniło ją od wysokich temperatur lata. Miała szczelne wieko, dopasowane na grubość paznokcia a ciężkie tak, że do wnętrza nie dostawało się powietrze. Pąki dobywano stamtąd co jakiś czas, tylko chłodną nocą, w pełni księżyca i pakowano w mniejsze garnce. Potem rozwożono je po całym Sistanie. Oczywiście było w Królestwie Sis więcej zadrug specjalizujących się w zbiorze pąprudzi. Pączki pąprudne stanowiły wielki rarytas, zwłaszcza na wschodzie. Kutajskie dwory przepadały za przysmakiem pochodzącym właśnie z Gór Kauków, jako że rosła tutaj wyjątkowa odmiana paproci – orliczka królewska, o pieprznym ostrym aromacie. Marmolada z owej paprudzi i płatków róży, zawijana w ciasto i smażona na głębokim tłuszczu była niezbędnym składnikiem świątecznych pączków w Kraczun – Zimowe Święto Przesilenia Ciemności, Noc Dzikich Łowów Ciemnej Krowy-Bedrika, kiedy bogowie ciemności polowali wraz z nią na rodzące się świeże Białe Światło BodRAKa, Młodą Bożą Krówkę. Zalewę w kadzi chłodzono i wymieniano, wzbogacano leśnymi ziołami i miodem. Recepturę trzymali szefowie rodów w głębokiej tajemnicy.

00 bór JCS_Armillaria ostoyae 13060

Sednem owej taji wyrobu smakowitych i trwałych pączków pąprudnych była domieszka ziela peruniki, dodawana do zalewy. Nikt poza tą zadrugą czegoś takiego nie wytwarzał. Takich specjalizacji mieli Borowczycy wiele. Na przykład, odkąd na dużą skalę rozpoczęto uprawy zbóż wiele osób po zjedzeniu placków z pszenicy miewało żołądkowe kłopoty, bóle i uczulenia. Tymczasem na leśnych polanach wciąż rosły dzikie trawy, z których zbiór ziarna był niesłychanie pracochłonny. Wypieki z nich dawały jednak nie tylko siłę do życia, ale też zdrowie i długowieczność. Zawsze w owej dzikiej mące znajdowały się różne domieszki. Trochę asparagusa, trochę krwawnika, kilka ziaren kąkolu, albo trochę lebiody, czy sporysz. Sporyszowe placuszki dawały piękne wizje, odlot w czarowne krainy i bliski kontakt z bogami, ale żeby nie wywołały skrętu kiszek trzeba było wiedzieć jak obrobić fioletowe różki nasienne. Tę rzecz zaś wiedzieli Borowczycy, bo wśród nich zasady postępowania ze sporyszem przekazywano w rodach z pokolenia na pokolenie. Taką mąkę sporyszową skupowały szczególnie świątynie i to na całej Północy, od zachodniego brzegu Landwodstyku po Kończudkę na wschodzie.

 

ISLANDS-IN-THE-SKY-ssp1

Borzydar wziął dzisiaj ze sobą dobrych strzelców: Kuropieskę i Leszka, a także młódź plemienną Ondraszka i Szarkę, niedoszłą Mazonkę. Mięso jadano wśród Borowczyków rzadko, kilka razy do roku, najczęściej w trakcie świątecznej uczty i zabawy zaprawianej piwem. Chłopak dopiero co, na Kupalia-Kres, skończył 14 roków, a poświecono go Bogowi Wojny Ładzie-Włodarzowi, czyli Jątrze. Właśnie zbliżało się Święto Ładów i Peruna. Bożydar pozwolił więc przewodzić w polowaniu młokosowi, synowi swojej siostry, Kalinki. Młodziak musiał się uczyć polować i władać wszelkimi rodzajami broni, by choć w ułamku stać się takim,  jak ten sturamienny, stujądry, stuoczny wojowniczy bóg, patron bitew i łowów, który w każdej z mocarnych rąk dźwigał inny rodzaj śmiercionośnego oręża, a każdą źrenicą wypatrywał wroga z innej strony. Dlatego nadano mu na niedawnych obrzędach przejścia dorosłe imię po jego opiekunie, Jątrze-Ondrze. Był też inny powód. Cały lud Windyjczyków-Indirów z Południowego Półwyspu uznawał owego Jądreja za głównego swego opiekuna, a chłopak miał ojca właśnie stamtąd, z Waru Hary – Harappy. Ciemnoskóry młokos strzelał nieźle z łuku i był dobrym tropicielem, ale co do innych oręży musiał się jeszcze wiele nauczyć. Okazji po temu było naprawdę niewiele, bo mało kto odważał się ze złym zamiarem przekroczyć Góry Kauków od południa. Szarka za to miała tak zwanego nosa, niezawodną intuicję, która pozwalała jej kierować oko i rękę oraz strzałę tam tylko, gdzie się z tym godzili Bogowie Boru. Źle było zadrzeć z nimi i ubić ulubionego przez nich zwierza. Dorodna łania wyszła prosto na strzał. Ondraszko złożył się nim pomyślał i wypuścił strzałę. Szarka krzyknęła – Nie!!!

Jerzy  przybyl słońce jeleń

Borzydar zdążył tylko wciągnąć powietrze by go ostrzec krzykiem, ale nie zdążył. Byłaby celna ta strzała, gdyby nie wielki jeleń, który zasłonił samicę własną piersią i padł na miejscu śmiertelnie raniony w oko.

– Przepraszam! – odkrzyknął Ondraszko, jakby sam intuicyjnie poczuł, że popełnił poważny błąd. Tak, to jest błąd, kiedy trafiasz nie w to, w co celowałeś. Przykro było patrzeć jak olbrzymie zwierzę wali się na ziemię a imponujące złociste poroże zanurza się w paprociach i pogrąża w bezruchu. Zwierzęta spłoszyły się i uciekły. Trawy i krzewy trzaskały przez chwilę pod ich kopytami, a potem zapadła nieruchoma cisza. Jeleń posiadał zaiste imponującą posturę. Nie był to dobry znak.

Borzydar syknął tylko niezadowolony, Szaraka zwiesiła nisko głowę. Płakała. Oby nie było z tego nieszczęścia. Czyżby przedwcześnie wypuścił chłopaka na szerokie wody? W wojaczce i polowaniu potrzebne było nie tylko szczęście, ale i wyczucie i boże błogosławieństwo. Trafiłeś niewłaściwego zwierza i ściągałeś klątwę na siebie i cały ród! Tak nie raz bywało. Przewodnik stada osierocił je, a sam oddał życie za łanię. Była ciężarna?! Tak czy owak złożyli przebłagalną ofiarę bo z Borowiłem, Panem Puszcz nie było żartów. Trudno o Żywioł bardziej mściwy i pamiętliwy. Ofiara nie została przyjęta, co wprawiło Borzydara w irytację, a pozostałych kompanów napełniło złymi przeczuciami. Postanowił jednak mimo wszystko podzielić mięso i wraz z zadrużanami wracać do obozowiska. Zabicie zwierzyny i pozostawienie jej na pastwę drapieżników stanowiłoby jeszcze gorsze świętokradztwo. Bardziej bezecne było już tylko zabicie zwierzęcia bez potrzeby, dla przyjemności, albo zabawy. Oprawiali jelenia w ciszy. Tylko ptaki skrzeczały nerwowo, podrażnione czy to wonią krwi, czy pobekiwaniem łań opuszczonych nagle przez przywódcę. Borzydar postanowił się nie przejmować. Jego ojciec powiadał, że „złe” myślenie ściąga „złe” wydarzenie. Postanowił więc zlekceważyć, to co się stało. Coż bowiem mogli jeszcze? Od razu udać się do Leśnej Świątyni, albo na miejscu zastrzelić młokosa? Co wtedy z Kalinką i jej mężem Jągaiłłą? Uwierzyliby w prawidłowość jego przeczucia, czy też obwiniliby go o pochopne zabicie ich pierworodnego, czyli oskarżyli o nieumyślną zbrodnię? Czy to nie skończyłoby się walką na śmierć i życie i wzajemną wróżdą, a w konsekwencji zniszczeniem całej zadrugi? Dopiero trzecie lato sprawował funkcję wodza zadrugi. Nie miał więc i on dostatecznego doświadczenia, jakie miewają starzy, mądrzy wodzowie.

Przez drogę powrotną nie opuszczał ich ponury nastrój. Normalnie z taką zdobyczą byliby witani jak bohaterowie, ale dzisiaj tak nie będzie. Mimo, iż Borzydar powtarzał sobie nieustannie jak mantrę ”nic się nie stało” wiedział, że stało się.

Teren łowiecki był oddalony od obozowiska o dziewięć kół czasu na południowy wschód. Mniej więcej w połowie drogi poczuli zapach dymu, który intensywniał w miarę marszu. Przez półtora staji leżał w lesie ledwo wyczuwalny swąd. Niesłychane!!!

– Dziwne – rzucił Kuropieska – Nie pamiętam tego zapachu.

00 bór forest wallpaper987

Borzydar wwąchał się w powietrze jak pies, otwierając i kurcząc szerokie nozdrza. Była w tym dymie nuta mięsna, jakby w obozowisku już świętowano, a ktoś inny niż oni dostarczył tam polędwice i szynki do obwędzenia. Był też obecny inny składnik, który Borzydar zapamiętał z pewnej okrutnej bitwy morskiej pod oblężonym grodem Gątdaną, na Pomorzu Wądalskim. Wystrzeliwano wtedy z obu stron ogniste pociski, płonące kule gliniane nasączone mazią i grudy rud żelaznych rozpalonych do czerwoności. Katapultowane wzajemnie ładunki spadały z jednej strony na pokłady statków, a z drugiej na bronione wały.

– Racja – rzucił głęboko zaniepokojony Borzydar – Szybciej!

alaska-autumn-wallpapers

Jego niepokój, w miarę posuwania się przez stanowiący teraz nielada przeszkodę gęsty las rozpostarty między głazami i szutrowiskami, narastał. Mimo, że droga stawała się trudna, przyspieszyli. Borzydar uświadomił sobie, że wtedy ten zapach brał się ze spalonych szat, z odzienia płonącego na zastępach wojowników uwięzionych na pokładach. Owo wspomnienie wiązało mu się też ze spalonymi ogniem wroga, spopielałymi ciałami na wałach miasta oraz scaloną ogniem rozpaloną gliną. Gątowie i Dawanowie w grodzie mieli opanowaną tę technikę ogniową i stosowali ją na całym obszarze zasiedziałym przez siebie; od Wędonii nad Wądlądstykiem, wzdłuż Lechu, Rynu, Łabędy, Wiady i Wisły, aż po linię Isteru-Dunaju. Wtedy wystarczyło, że podpalili skrzydła atakującej floty i jej tyły. Reszty dokonał północno-zachodni szkwał, Wicher Norny, Nordyk, który rozprzestrzenił pożar. Niedobitki dopływające do plaży wyławiano i szlachtowano bez prawa łaski. Północne plemiona i szczepy mimo, że łączyły ich z ludźmi osiadłymi na południowym wybrzeżu Błotyku, na Pomorzu, Zapomorzu i Łukomorzu, bliskie więzy pokrewieństwa, co jakiś czas atakowały zbrojnie Gardarikę i kraje Wandów-Wenedów, bo ci z południa nie godzili się na ich przyjęcie na swojej ziemi, a ciężkie zimy nie raz powodowały skrajny głód i zagrożenie życia dla skońskich zadrug. Nie mieli wyjścia, musieli pójść na rabunek, na chąstwę. Mądrzy władcy przyjmowali ich w większych ilościach do swoich drużyn i pozwalali odbywać zdobywcze wyprawy ze swoimi wojami, do Kiełków, na zachód i na południe, na Romajów, za Dunaj. Wielu władców nie chciało ich jednak do siebie wpuszczać, bo byli to ludzie nieokrzesani, grubiańskiej mowy i obyczaju. Nórd to była nie tylko nazwa sztormu i wichru, ale też ponurego człeka, o plugawej wykoślawionej mowie, skorego do bitki i gwałtu, mięsożercy, surowego jak sama północna przyroda.

To był ten sam zapach! – Borzydar stał się niespokojny kiedy znajdowali się już naprawdę niedaleko płaskowyżu, a dymy snujące się od obozowiska niosły już wyraźny zapach palonych szmat i mięsa. Dym wlókł się przez las, ciemny i tłusty, siny, momentami niemal czarny. Czyżby to była kara za zabicie króla tego lasu, albo kogoś znacznie większego, kto wcielił się w to zwierzę, a tutaj tylko chwilowo przebywał?! – pomyślał. I zrozumiał od razu, że to nie jest właściwe pytanie, bo leśny wypadek nie miał charakteru kary, lecz stanowił znak. Wyraźny znak nieszczęścia. Gdy znaleźli się całkiem blisko zauważyli, że pomiędzy drzewami jeszcze pełgają po ziemi pojedyncze ogienki. Pnie od strony polany zostały nadpalone na wysokość dwu chłopa, krzewy spopielone. Wkrótce pomiędzy krzakami znaleźli zwęglone ciała pobratymców. Pierwszy, na którego się natknęli był staruszek Kwik, strażnik kadzi pąprudzi odpowiedzialny za mieszanie i wietrzenie kiszonki. Borzydar czuł żar na twarzy, ale mimo tego nie zwalniał, pędził przed siebie nie bacząc, że zaraz utknie w jakimś wykrocie, ze złamaną nogą. Nie zanotował nawet w świadomości, kiedy wyszarpnął harap z pochwy i uniósł go nad głowę. Do pierwszej linii drzew zostały mu kroki. Kuropieska podążał za nim tak blisko, że czuł oddech tego zawziętego wojownika na plecach. Ród Kuropieski był największy w całej zadrudze. Kiedy wypadł z lasu i odsłoniło się przed nim w całej okazałości obozowisko, poczuł że miękną mu kolana. Nie zwolnił ani na kasztę biegu, nogi poruszały się jak szprychy rydwanu. Był w transie. – Co z Kalinką i Jągaiłłą, co z jego własną rodziną, z Modromoreną i ich pięciorgiem dzieciaków!? Co z matką i ojcem, gdzie są wujowie!?

S Panasenko  Czarowny Las 1990

– Modraszko?!!! Burka, Stanisz, Jur, Lestek, Mirka! Pójdźcie do mnie dzieciaki!!! Modraszko?! Matko Najświętsza, Pani Nasza Opiekunko! Gdzieście są?!!!

W obozowisku nie było widać ludzi tylko zgliszcza. Poprzez powalone zwęglone namioty, chyże i wozy dostrzegli wreszcie centralny plac, a na nim…? Stos?! Stos zwęglonych, spopielonych ciał ludzkich! Kuropieska padł na kolana i zaczął wyć jak raniony byk! Szarka zamarła w bezruchu. Ciała i szkielety, duże i małe, zwłoki i kościotrupy mężów i kobiet! I dzieci!!! Nikt się tutaj nie bronił! Borzydar dopadł żgliska i począł je rozgarniać, nie bacząc na gorącość bijącą z wnętrza stosu. Kości pobratymców parzyły go w dłonie nawet, kiedy były zimne jak lód. Cały czas miał nadzieję, że „jego”, ocaleli! Głupie myślenie, zwodnicze. Szkielety kruche jak świąteczne ciasteczka, rozsypywały się za dotknięciem ręki w pył. Stos zdawał się nie mieć końca, ale on nie ustawał. Wciąż miał nadzieję, że ona i dzieci są gdzieś tam na dnie, w jakiejś niszy, w jakimś czarownym namiocie, pod płachtą ocalającego od żaru materiału, utkanego z Modraszczynej woli i zawziętości by bronić życia potomstwa!  Nadzieję, że zaraz zobaczy jej piękne czoło i usta, jej uśmiech, że ich dzieciątka są tam razem z nią, żywe, i roześmiane jak zawsze, z kolejnym pytaniem na temat świata wypisanym na twarzach!!! Głupią nadzieję, że zaopiekowała się nimi i ochroniła je od hekatomby, która pochłonęła innych!!!

Ondraszek stał obejmując za ramię Szarkę, niczym słup solny porażony okrutnym widokiem. Wymordowano wszystkich do nogi! Spędzono ich tutaj jak bydło i podpalono! Kuropieska wiedział już, że nikt nie ocalał z pogromu.

Leszko uważnie przyglądał się ziemi. Była spalona i zestalona. Na skraju polany spękana, w centrum zaś glina zamieniła się w szklisko.Kuropieska wciąż wył jak śmiertelenie ranny zwierz. Temperatura musiała tu być bardzo wysoka. Leszko wiedział coś na ten temat, bo w zadrudze pełnił funkcję kowalisa. Pożar wypalił regularne koło obejmujące całe obozowisko i zahaczające o las tylko tam, gdzie bór wdzierał się nieregularnie w polanę. Centrum wokół zapisu potraktowano płomieniem o okrutnie palących własnościach. Nie, nie tym najgorszym o jakim słyszał, co to powoduje, że po ludziach i rzeczach nie pozostaje nawet ślad w postaci obłoku pary, ale ogniem drugiego stopnia, o niebieskim śmiertelnym tchnieniu.

Borzydar tymczasem nie ustawał w poszukiwaniach przerzucając zwały upieczonych trupów. W końcu dotarł do warstwy, która zdawała się bardziej stała. Ciała miały tu twarze i strzępy odzienia. Ręce i nogi miały ciało, a nie tylko zwęglone kości. Kolejna warstwa, i kolejna! Kto to uczynił i jak?! Wszystko wskazywało, że użyto czarownych mocy! A więc Czaropanowie, Świtungowie, albo Armia Upiorów!!! Ale dlaczego?

– Cóżeśmy wam uczynili?! – wyrzęził – Przecież żyliśmy spokojnie, zgodnie z boskimi, przyrodzonymi prawidłami! Nikogo nie ukrzywdziliśmy! Zawsze dbaliśmy w wymianie by obie strony osiągnęły korzyść! Nigdy nikogo nie złupiliśmy ani nie zabiliśmy! Ani nikomu nie wzięliśmy niczego co nie nasze! Dlaczego!

Wtedy nagle zobaczył jej twarz. Tak, to była ona. Modraszka, Modromorena! Jego ukochana żona!!! Była cała! Rozpoznał jej niebieską suknię!

– Przemów! – podniósł ją delikatnie, a wtedy spod jej ciała, okryte zwojami jej paradnej chusty ukazały się drobniutkie twarzyczki. Białe i nieruchome jak perły w popielisku. To były jego dzieci!!! Ich dzieci!!! Wszystkie, objęte jej chustą. Wszystkie wokół matczynych kolan! Spowite materią, która miała je ochronić od śmiertelnego płomienia. – Przemów! … Przemów!!!

– Mów! Ufff! Ówww! – odpowiedział głucho bór.

Wtedy coś w nim pękło. Raz na zawsze.

Szarka poruszyła się. Zrobiła krok do przodu i znowu zamarła. Zapadła śmiertelna cisza. Tylko Leszko pozostał jedynym człowiekiem zdolnym do działania. Znalazł się teraz na drugim końcu polany, tam gdzie opadała ona w dół, do lasu, oddzielającego ten płaskowyż od kolejnego parowu i obniżenia. Płynął tam strumień. Leszko intensywnie poszukiwał śladów i łączył w głowie proste fakty, które rzuciły mu się w oczy. Na początku myślał, że zbrodni dokonali Świtungowie albo królewska Armia Upiorów, ale to mu się nie zgadzało. Zauważył, że żadne z ciał na żglisku nie posiada ozdób ze złota. Nie było też widać złotych przedmiotów w miejscach, gdzie jeszcze wczoraj, znajdowały się przydomowe ołtarzyki, przy owinach, obok wozów i namiotów, zastępujących im stałe domostwa. Dokonano tutaj rabunku, co nie było zgodne z postępowaniem świętych wojowników, ani upiryw-biersakrów. Nie przeżyło też żadne zwierzę domowe, ani wierzchowce.

Teraz i do Ondraszka nagle dotarło, że pomiędzy ludzkimi szkieletami na placu znajdują się czaszki małych i dużych domowych zwierząt.

– To byli obcy! – rzucił w przestrzeń myśląc, że nikt go nie słyszy.

Powracający z dolnego lasu Leszko wyrósł mu nagle za plecami.

– Tak, znalazłem nad strumieniem ślad końskiego kopyta w mule. Wierzchowiec był ciężki, nie tak jak nasze, do tego podkuty.

Szarka objęła wzrokiem horyzont, w dole przed nimi, daleko. Jak okiem sięgnąć ciągnęły się zalesione doliny. Bór, nieporuszony niczym, jak zwykle ścielił się szmaragdem po widnokres. W jednej z nich, zatopionej w sinej poświacie oddali, leżała ich wioska, zimowe leże, teraz już nikomu nie potrzebne. Zostało ich, Borowczyków, raptem pięcioro. Ale dla tych, którzy dokonali tej zbrodni to było o pięcioro za dużo. Była pewna, że oni, jak tutaj teraz stoją, nie spoczną dopóki nie dopadną wszystkich zbrodniarzy, którzy brali udział w tym ludobójstwie.

Borzydar poczuł nagle, że nie wierzy w boga. Bogowie nie mogli istnieć, skoro wydarzyło się coś takiego! Nie mieli prawa do tego dopuścić! Więc ich po prostu nigdy nie było i nie ma! Nie istnieją!!!

W tej chwili wiatr zakręcił się wirem na skraju polany i poderwał w górę pyły oraz popiół kości ich najbliższych. Wzniósł ten siwy tuman wysoko nad drzewa, które zaszumiały. Korony drzew wydały ponure wycie… Niczym trombity pogrzebowe. Sina chmurka rozproszyła się w powietrzu. Nad polaną zaświeciło słońce.  I znowu wszystko zamarło w bezruchu.

park jerz dęby pomniki świało i drzewo DSC00421 3obr

Życzenia świąteczno-noworoczne od SSŚŚŚ na Kraczun/Kroje/Szczodre Gody 2014 roku

Posted in Starosłowiańska Świątynia Światła Świata by bialczynski on 22 Grudzień 2014

z Christmas_010Kiedy przychodzi ten dzień składania Wam, Drodzy Moi, świątecznych i noworocznych życzeń Wszystkiego Dobrego i Szczodrych Godów, Wesołego Kraczuna, Udanej Kolady-Kołodaru, Jasnych Krojów i Krótkiego Słońcestania – co niniejszym czynię – nareszcie mogę sobie pozwolić nie tylko na szczyptę romantyzmu, ale i sentymentalnego kiczu. Dzisiaj zmieszamy te dwa składniki z prawdziwym malarstwem i cofniemy się w nostalgiczny czas XIX wieku, by otrzymać smakowitą świąteczną strawę.

Jednakże na sam początek, całkiem na poważnie zapraszam do artykułu na kolejny słowiański blog Polska Słowiańska, tym razem na Facebooku, po tożeby wejść łagodnie w świąteczne nastroje. U nas fragment , więcej na FB:

 

1528688_738834969532181_7364179239619766003_nSZCZODRE GODY !!!

W dawnych czasach nasi przodkowie byli wyznawcami przyrodzonej i naturalnej kiedyś na całym świecie Wiary Przyrody. Przyroda była dla nich dowodem aktywności boskich sił. Ale i sama w sobie przyroda miała Boską Naturę.Wszystko co żywe , posiadało własnego ducha i powiązane było z bogiem/bogami.
Święta u Słowian były związane z rocznym cyklem życiodajnego Słońca.
Słowianie czcili Słońce jako życiodajną siłę – jego ciepło i światło docierające do Ziemi.

Na tysiące lat przed „nowoczesną” współczesną nauką mieli świadomość, że bez Słońca nie byłoby życia na Ziemi.
W wędrówce Słońca dookoła naszej Matki Ziemi wyróżniają się cztery dni w roku. Są to obie równonoce – wiosenna i jesienna oraz letnie i zimowe przesilenie. W tym właśnie czasie przypadały cztery ważne słowiańskie święta.
Równonoc wiosenna znana była jako, Jare Gody, podczas obchodów żegnano zimę ciesząc się z ponownego budzenia się do życia przyrody po zimowym śnie.

Obrzędy witania budzącej się wiosny były różnorodne i trwały kilkanaście dni. Do pogańskich obrzędów zaliczamy m.in. malowanie pisanek, polewanie się wodą, palenie ognisk nad wodą, pierwsze siewy ziarna. Znanym obrzędem witania wiosny, który przetrwał do dzisiaj, jest topienie Marzanny/Mareny.
Letnie przesilenie radośnie świętowano jako Noc Kupały-odpowiednik dzisiejszej nocy świętojańskiej.Tańczono i śpiewano przy ogniskach spożywając pitny miód.
Równonoc jesienną świętowano we wrześniu, także przez wiele dni. Celem tych obrzędów było głównie podziękowanie bogom za plony. Ten słowiański zwyczaj przetrwał do dzisiaj jako dożynki.

Czwarte święto solarne to zimowe przesilenie 21-22 grudnia, po którym nocy powoli ubywa a dni stają się dłuższe, nazywane Szczodrymi Godami, obchody zwykle trwały kilka dni. Podczas tych świąt spożywano uroczyście przyszykowane pokarmy, połączone z wróżbami, śpiewami i tańcami. Szczególnie baczną uwagę przywiązywano w tym czasie do czczenia Słońca, oświetlające naszą Matkę Ziemię,którą w Słowiańskim Panteonie jest Bogini o imieniu Mokosz.
To właśnie w tym czasie światło zwycięża nad ciemnością, jest to symboliczny moment, w którym zaczyna przybywać dnia, a najdłuższej nocy ubywać. Światło słoneczne przynosi ludziom nadzieję i optymizmem. Słońce ponownie odzyskuje panowanie nad światem. Kończy się stary cykl – a rozpoczyna nowy. Podczas tej najdłuższej nocy,rozpalano ogniska ,by pomóc Słońcu w jego walce z ciemnością zimy.
W czasie Szczodrych Godów nie zapominano również o zmarłych przodkach, paląc na cmentarzach ogniska i urządzając przy grobach obrzędowe uczty,podczas których wspominano zmarłych przodków.- „Dodatkowy talerz dla przypadkowego gościa w kulturze tradycyjnej rozumiany był jako miejsce dla przybysza z zaświatów” – mówi etnograf dr Zuzanna Grębecka z Uniwersytetu Warszawskiego.

z boncza-powrotWładysław Bończa-Rutkowski – „Powrót z kościoła zimą”, 1901, olej na płótnie

Życzę Wam byście wszyscy, dosłownie WSZYSCY zrealizowali swoje najbardziej skryte, dziecinne marzenia nie oglądając się na fakt, że jesteście już często bardzo, bardzo dorosłymi, a czasem nawet bardzo starymi dziećmi.

wici z kujawi

z Albert Moerman (1808 - 1856)Albert Moerman (1808 – 1856)

z Barend Cornelis Koekkoek (1803-1862) 03Barend Cornelis Koekkoek (1803 – 1862)

 

67Julij Klevier – Odwilż (Rosja)

z Christmas_021

konarski-trojka

J. Konarski (Alfred Wierusz-Kowalski?, Polska) – Trojka

z Barend Cornelis Koekkoek (1803-1862) 02Barend Cornelis Koekkoek (1803 – 1862)

z Barend Cornelis Koekkoek (1803-1862) 01Barend Cornelis Koekkoek (1803 – 1862)

 

z boncza-scenaWładysław Bończa-Rutkowski – „Scena przed dworkiem zimą”, 1904, olej na płótnie

Lesniczowka_zima_mszcz30Marek Szczepanik  (Polska) – Leśniczówka zimą

 

z Christmas_028

z Christmas_023

z Christmas_035

 

j-konarski-sanna-_1499J. Konarski (Alfred Wierusz-Kowalski?, 1849 – 1915, Polska) – Przejażdżka

z Adrianus Eversen (1818-1897) 01Adrianus Eversen (1818-1897)

 

Chmielinski - Zima w WarszawieWładysław Chmieliński (Stachowicz) [1911-1979] – Zima w Warszawie

z Алексей Кондратьевич Саврасов (1830—1897) 2Алексей Кондратьевич Саврасов (1830—1897)

 

z Walter Moras (1856 - 1925) 04Walter Moras (1856 – 1925)

z Albert Moerman (1808 - 1856)Albert Moerman (1808 – 1856)

chmielinski-wild2Władysław Chmieliński (Stachowicz) [1911-1979] – Sanna

 

z Иван Константинович Айвазовский (1817-1900) 1Иван Константинович Айвазовский (1817-1900)

z Алексей Кондратьевич Саврасов (1830—1897) 1Алексей Кондратьевич Саврасов (1830—1897)

z Christmas_012

 

z Barend Cornelis Koekkoek (1803-1862) 02Barend Cornelis Koekkoek (1803-1862)

z Christmas_325_Donna Race

 

z julij klever (1850-1924) 04Julij Klevier (1850 – 1924)

 

z Christmas_360_Donna+Race

Donna Race – Pani Dzikiej Zwierzynyz Christmas_362_Donna+RaceDonna Race – Pani Boru i Pani Dzikiej Zwierzyny

 

z Christmas_368_Donna RaceDonna Race

konarski-sleighJ. Konarski (Alfred Wierusz-Kowalski, Polska) – Sanna

 

z Christmas_425_Luis Romero

Luis Romero (Hiszpania, 1916-2009)

z Christmas_426_Luis Romero

Luis Romero (Hiszpania, 1916-2009)

 

 

z Christmas_427_Luis RomeroLuis Romero (Hiszpania, 1916-2009)

 

z Christmas_432_Luis RomeroLuis Romero (Hiszpania, 1916-2009)

 

z Christmas_424_Alexander VolkovAleksander Vołkov

z Christmas_423_Alexander VolkovAleksander Vołkov

z Christmas_388_Ruth SandersonRuth Sanderson

 

 

z Christmas_419_Mark Keathley

Mark Keathleyz Christmas_417_Mark Keathley

Mark Keathley z Christmas_414_Mark Keathley

Mark Keathley

z Christmas_435_Christa KiefferChrista Kieffer

z Cornelius David Krieghoff (1815 – 1872) 1Cornelius David Kriekhoff

z Hendrick Avercamp (1585-1634) 005

 

Hendrick Averkamp

z Hendrick Avercamp (1585-1634) 008

Hendrick Averkamp

z Hendrick Avercamp (1585-1634) 011Hendrick Averkamp

 

z Christmas_345_Donna RaceDonna Race

Christmas_396_Wiktoria Borsukova z rodżestwiemWiktoria Borsukova (Rosja)

 

Przekazuję też wszystkim życzenia otrzymane od Jerzego Przybyła:

Rok slowianski

Drogi Czesławie;

Razem z” Kostroma”Kirem czasu Zimy, zokazji Narodzin Swiatla Bozej Krowki
i Wielkiej Przemiany przesyłam Tobie twórcy portalu-„Bialczynski”i tym wszyskim ktorym sukces portalowi przysparzają,współtwórcom miesięcznika” Słowanić” i szerokiej słowiańskiej zadrudze życzenia najpiękniejsze. Życzę nieustępującej odwagi w dochodzeniu do prawdy,odkrywaniu zapomnianych śladów naszych dziadow
Słowian, w kreowaniu świadomości u Polaków poczucia dumy z historii, kultury duchowej i materialnej slowianskich korzeni Ja kolendujący jak dziad żywiecki obtańcowuje na szczęście, dobrobyt,  ludzi i rodzin  i oby już wkrotce naszej calej slowiańsko-polskiej wspólnoty
  Jerzy Przybył

I od Jarka z Bielska:

 

SDC11894

Przesilenie zimowe na Trzech Kopcach
(Trzy Kopce – Winter Solstice)
Jak obyczaj każe stary,
według ojców naszej wiary,
chcemy złożyć Wam życzenia
w dniu zimowego przesilenia. ;-)
Tagged with:

Juliusz Słowacki „Król Duch” – Rapsod Pierwszy


Krol-duch-autograf-juliusz-slowackiJuliusz Słowacki

Król-Duch

Rapsod I

Pieśń I

I

1

Cierpienia moje i męki serdeczne,

I ciągłą walkę z szatanów gromadą,

Ich bronie jasne i tarcze słoneczne,

Jamy wężową napełnione zdradą

5

Powiem… wyroki wypełniając wieczne,

Które to na mnie dzisiaj brzemię kładą,

Abym wyśpiewał rzeczy przeminięte

I wielkie duchów świętych wojny święte.

II

Ja, Her Armeńczyk[1], leżałem na stosie

10

Trupem… przy niebios jasnej błyskawicy;

Kaukaz w piorunów się ciągłym rozgłosie

Odzywał do ech ciemnej okolicy.

Niebo sczerniało…ale świeciło się

Grzmotami, jak wid[2] szatańskiej stolicy.

15

A ja świecący od ciągłego grzmota

Leżałem. — Zbroja była na mnie złota.

III

I duch niewyszły z umarłego ciała

Czuł jakąś dumę, że spokojnie leży;

A nad nim ziemia poruszona grzmiała

20

I unosiły się duchy rycerzy.

Trójca widm mój stos ogniem zapalała,

A ja czekałem, aż piorun uderzy;

Tak byłem pewny, że w owe rumiane

Grzmotem powietrze jak duch zmartwychwstanę.

IV

25

Już przybliżały straszne czarownice

Chwast zapalony i suche piołuny[3]

I moje blade oświeciwszy lice,

Wrzeszcząc, posępne swe śpiewały runy;

Kiedy je trzasły aż trzy błyskawice

30

I trzy siarczane ogniste pioruny;

I tak strzaskały płomienie czerwone,

Żem je nie martwe sądził, lecz zniknione.

V

Wtenczas to dusza wystąpiła ze mnie

I o swe ciało już nie utroskana[4],

35

Ale za ciałem płacząca daremnie,

Cała poddana pod wyroki Pana;

W Styksie[5], w letejskiej wodzie[6] albo w Niemnie[7]

Gotowa tracić rzeczy ludzkich miana,

Poszła: — a wiedzą tylko Wniebowzięci,

40

Czym jest moc czucia! a strata pamięci!

VI

Tam, kędy[8] dusze jasne jak brylanty

Swe dobrowolne czyniły wybory,

Moc utrudzona biegiem Atalanty[9]

Szukała tylko szczęścia i pokory…

45

Orfeusz[10] między ptaki muzykanty

Szedł umęczony i na sercu chory;

A jam pomyślał, że mu śpiewem będzie

Składać i skrzydła rozszerzać łabędzie.

VII

Ulisses[11] poszedł w prostego oracza,

50

Aby odpocząć po swych wędrowaniach.

Tak ludziom Pan Bóg zmęczonym wybacza!

I odpoczywać daje w zmartwychwstaniach!

Niech wyniszczony pracą nie rozpacza,

Że mu na ogniach braknie i błyskaniach,

55

Ani też myśli, że jest upominek

Dla ducha większy jaki — nad spoczynek.

VIII

Ja sam z harmonią obeznany młodą,

Własnego ciała nie chciałem odmiany.

I siadłem smutny nad letejską wodą,

60

Nie usta moje myjąc, ale rany.

Odtąd już nigdy nad cielesną szkodą

Nie płakał mój duch z ciała rozebrany,

Ani za wielką sobie brał wymowę

Otwierać tych ran usta purpurowe.

IX

65

Wszakże letejską przykładając wodę

Do ran — by pamięć boleści straciły,

Niejedną poniósł na pamięci szkodę,

Niejeden obraz stracił senny, miły.

Jutrzenek greckich różaną pogodę

70

Duchy mu nagle ręką zasłoniły,

A pokazały — jako świt daleki,

Umiłowaną odtąd — i na wieki!

X

Ani gwiaździce, co się w morzach palą,

A mają w świetle tęczowe kolory

75

I są gwiazdami w ciemnicy pod falą

Tak błyszczącymi, że mórz dziwotwory,

Delfiny w morzu swoje łuski skalą

I obchodzą je cicho jak upiory;

A płynąć wierzchem nad nimi nie śmieją,

80

Tak mocno w morzu te gwiazdy jaśnieją!

krol1Mój własny egzemplarz Króla Ducha – Wydanie Lwowskie- znaki interpunkcyjne zastosowane w tym starym wydaniu czynią czytanie utworu bardziej zrozumiałym, a narrację bardziej dynamiczną.

XI

Ani tych gwiaździc jasność tajemnicza

Tak nie przeraża owe pierwopłody,

Jak piękność, którąm ja poznał[12] z oblicza

We mgłach letejskiej zapomnienia wody.

85

Nad nią dźwięk, duchów girlanda słowicza;

Pod nią, jakoby złote zejścia schody

Na świat daleki i zamglony wiodły,

Na kwiatki jasne pod ciemnymi jodły.

XII

Z tych łąk i z tych puszcz, jakby wiatr poranny

90

Pieśnią zapraszał na ziemię szczęśliwą;

Szedłem… choć strzały numidzkimi[13] ranny…

Niepewny, czy śmierć? czy żywota dziwo?

Czy Irys[14], którą na świat znosi szklanny

Obłok? a tęcze świecące nad niwą

95

Tyle kolorów i słońc tyle mają,

Że ją nad ziemią na światłach trzymają?

XIII

Ona przede mną do lesistych zacisz

Weszła… a harfy śpiewały wiatrzane:

«Dobrze ją poznaj, bo wkrótce utracisz,

100

Jak sny przez dobre duchy malowane;

Żywot tysiącem żywotów zapłacisz;

A zawsze jedną tę serdeczną ranę

Przyciśniesz w piersi rękami obiema;

Tę jedną smętną ranę: że Jej nie ma!

XIV

105

Sławę ci damy, lecz tobie obrzydnie,

Serce ci damy, ale spustoszeje.

Przyjdzie do tego, że będziesz bezwstydnie

Urągał w Bogu mającym nadzieję».

Na to ja: «Niechaj me oczy rozwidnię

110

Rubinem, który z jej ust światło leje,

A nie dbam o to, co mię dalej czeka:

Żywoty ducha, czy męki człowieka!

XV

W jednę girlandę męki me uwiążę

Jak człowiek, który za tysiące czuje

115

I tą girlandą, jako świata książę,

Czoło uwieńczę i ukoronuję;

Niechajże na mnie idą duchy węże!

Niech mię świat walczy otwarcie lub truje!

Niech mię ognistą otoczy otchłanią…

120

Choćby aż w piekło wiodła — pójdę za nią!»

XVI

Pamiętam ten głos i straszne zaklęcie,

Na które odwrzasł mi duch: «To Królowa!»

I całe mego ducha wniebowzięcie

Upadło… A wtem jasność przyszła nowa

125

I w tem powietrzu jako w dyjamencie

Ukazał się wid… Piękność, córka Słowa.

Pani któregoś z ludów na północy,

Jaką judejscy widzieli prorocy…

XVII

Słońce lecące trzymała nad czołem,

130

A miesiąc srebrny pod nogami gniotła;

Szła nad lasami i leciała dołem

Nad chaty jako komeciana miotła;

Tęcze ją ciągłym oskrzydlały kołem;

W słońcu girlandy niby z kwiatów plotła

135

I na powietrze rzucała niedbale

Perły-jaśminy i maki-korale.

XVIII

Błękit się cały zdawał uśmiechniony,

Pełny języków złotych niby fala;

Jak atłas, który bierze różne tony

140

I drząc, swe hafty gwiaździste zapala;

Tak niebo za nią od północnej strony

Gwiazdy swoimi łyskające z dala,

Różnym się dało gwiazdom pozłacanym

Ukazać… w ogniu od zorzy rumianym.

XIX

145

Więc czego woda letejska nie mogła,

To ona swoim zrobiła zjawieniem,

Że moja dusza na nowe się wzmogła

Loty i nowym buchnęła płomieniem.

A jako pierwszy raz ciało przemogła

150

I uczyniła swoim wiernym cieniem…

Opowiem. — Ja, Her, powalony grzmotem

Nagle gdzieś w puszczy, pod wieśniaczym płotem

XX

Budzę się. — Straszna nade mną kobiéta[15]

Śpiewała swoje czarodziejskie runy.

155

«Ojczyzna twoja — wrzeszczała — zabita;

Ja jedna żywa… A ty zamiast truny[16]

Miałeś mój żywot. Popiołem nakryta

I zapłodniona przez proch i piołuny

Wydałam ciebie, abyś był mścicielem!

160

Synu popiołów, nazwany Popielem.

XXI

Sam jeden jesteś, ale cię przymioty[17]

Ojców napełnią… Anioła ja dam dwa duchy:

Na prawo stanieć[18] jeden Anioł złoty,

Na lewo jeden z krwi i zawieruchy;

165

Ci dwaj, ty trzeci i mój głos jak grzmoty

Pędzący w zemstę». To mówiąc, pieluchy

Moje chwytała i trzęsąc nad głową,

Rzucała dzieckiem jak skrą piorunową.

XXII

Jeszczem nie dorósł, a już karmem duszy

170

Zemsta mi była, a nauką zdrada.

Często bywało, że ktoś włos mi ruszy

I we śnie do mnie jak anioł zagada;

Gdy spojrzę, liść się tylko zawieruszy

I w kształt złotego widma wstaje, pada,

175

Czasem na moją pierś tumanem runie,

Ręka mi zadrży, nóż się sam wysunie.

XXIII

O! pierwsze mego ducha nawałnice!

Jakże wy straszne wstajecie w pamięci!

Widzę tę straszną krew jak błyskawicę,

180

W której się mój duch niby gołąb kręci;

Dziś, nieraz, kiedy w czarną okolicę

I w puszczę wejdę, to mię coś tak smęci,

Że radbym własne wyrywał wnętrzności!

Albo u bolów swych prosił litości!

XXIV

185

Do gwiaździc morskich tajemniczej jaśni

Porównywałem to ludu zjawienie,

Który żył w chatach próżen wszelkiej waśni,

A miał z jabłoni swój napój i cienie.

Królowie jemu panowali właśni;

190

Cudowne jakieś Lecha pokolenie!

Mające w sobie całe Polski Słowo,

I moc, i rózgę cudów mojżeszową.

XXV

Teraz wiem, jako duch pod ziemią widzi,

A w ślepym często ten cud ujrzysz dziadu,

195

Którego wiejski ci pies nienawidzi,

Żurawianemu gdy podobne stadu

Za nim się wloką duchy; świat zeń szydzi,

Ale go chłopek czuje królem gadu;

I wie, że na te źrenicy blachmany[19]

200

Bije świat duchów tęczą malowany.

XXVI

Te oczy ręką zasłonione bożą

Czasem pod ziemią idą złotą żyłą,

Aż im się ciemne kurhany[20] otworzą,

Jak gdyby słońce pod ziemią świeciło.

205

Blachy się złote na wzrok ludzki srożą!

Proch ludzki wstaje pod wziętą mogiłą

I w kształt człowieka znowu się układa,

Na nogi wstaje i w proch się rozpada.

XXVII

Oni to widzą… właśnie… gdy gromada

210

Urąga… śledząc zamyślone czoło.

Ta mądrość, która cały świat spowiada,

Dawniej perłową wieńczona jemiołą,

Z królem na tronie lub przy królu siada

I w płomieniste się upiorów koło

215

Zamyka: nie czar… nie próżna guślarka,

Lecz mądrość — chorób duchowych lekarka.

XXVIII

Więc wkoło… wioski w wieńce kaliniane

Strojne i Roki poświęcone duchom,

Mogiły kozom i pasterzom znane,

220

Trzody dziwiące się ptaków rozruchom,

Mogiły dawne! dawno zapomniane!

Dawno oddane mgłom i zawieruchom!

Z darni odarte…

XXIX

Czasami tylko jaki zwyczaj dawny,

225

Indyjski, na kształt złotego upiora

W lasach powstanie… Kiedy rycerz sławny

Umrze… to lud go grzebie jak Hektora:

Dwanaście koni bije i krwią spławny

Stos… gdzieś pod lasem… pod mgłami wieczora,

230

Ubrany w rogi jelenie i w głowy,

Zamienia w ogień… i w słup purpurowy.

XXX

Wieszcze się jawią w ogniu i guślarze,

Przepowiadają przyszły świat nieznany.

Co w pieśni stworzą, to się wraz pokaże

235

Przyprowadzone na świat przez szatany.

Każdy wiek wielkie miał prawdy ołtarze,

Cześć ducha, ducha namiętne kapłany,

Którzy, wyroki uprzedzając boże,

Dla ciał… nie krzyże mieli… ale noże.

XXXI

240

Wzgarda je wielka ku ciału paliła,

A duch upajał jak sok bachusowy.

Niejedna teraz Druidów mogiła,

Którą oplata wkoło krzew różowy,

Kiedy ją słońca strzała wskroś przeszyła

245

I przeszył ogień zorzy brylantowy…

Gdy wejdziesz w ciemne granitowe bramy,

Pokaże ci swe słońca: krwawe plamy…

XXXII

A jednak ty się nie cofasz przed nimi?

A choćby miesiąc był, nie czujesz trwogi?

250

Ale jak żuraw skrzydłami ciężkimi

Próbujesz nowej po błękitach drogi.

Między głazami dawniej czerwonymi,

Między miesiącem i polnymi głogi

Srebrne się ciągle jakieś wstęgi snują,

255

Po których myśli jak sny przelatują.

XXXIII

W takich kościołach, Duch z wysokim czołem,

Sądząc, że nigdy świat się nie odmieni,

Obecność wtenczas mię dręczącą kląłem,

Nogą trącałem czoła tych kamieni:

260

«Padajcie, głazy, przed ducha aniołem!» —

Krzyczałem — «jako gromada jeleni

Przed mą niszczącą myślą uciekajcie!

Trupy grobowców tych… gińcie lub wstajcie[21]

XXXIV

I nic! Urągał mi ten świat cichością

265

I biegiem, co jak żółw za słońcem chodzi.

Nad południowych gdzieś łąk zielonością…

Bom przewędrował kraj, który mię rodzi…

Inaczej z trupów postępował kością

Lud, który palił umarłego w łodzi

270

I w mgieł krainę posyłał gościnną

Z umiłowaną kochanką niewinną…

XXXV

Ja, syn wyrżniętych ludów… ja, istota

Nieznana wtenczas na ziemi nikomu…

Gdy obaczyłem, jako ta łódź złota

275

Lepszą się zdaje od ziemskiego domu,

Jak płomień pod nią huczy i druzgota

Garście suchego liścia, pęki łomu,

A na te śpiące, we śnie rozkochane,

Rzuca swe straszne jutrzenki różane:

XXXVI

280

Gdym to obaczył — a wysłuchał śpiewu

Dziewicy (grobów smętnego słowika),

Która złotemu się tej łodzi drzewu

Tak wydawała, jak kwiat słonecznika,

A już od krain zaświatnych[22] powiewu

285

Brała głos nowy i światłość płomyka…

Już tchem… już ogniem była… już bez ciała…

Już mgłą… a jeszcze za światem śpiewała.

XXXVII

Gdym to obaczył… tom kupcowi temu

(Bo kupiec jakiś to był, który gorzał)

290

Zazdrościł drogi… sam nie wiedząc czemu…

Drżąc, abym kiedyś duchem nie zubożał,

Skrzydeł nie stracił, które ku złotemu

Światowi niosą, jak lew nie zesrożał,

Nie szedł na tamten świat z szatana trwogą,

295

Jak duch… na czarnej łodzi… bez nikogo….

XXXVIII

Przerażon[23] w lasy wróciłem rodzinne,

A wkrótce wziął mię Lech król za pachołka.

Jam oczy groźne miał i ręce czynne,

I uwiązany cel do wież wierzchołka.

300

Trucizny wlano w to serce niewinne!

A zemsta, jako pierwsza apostołka,

Ciągle kłóciła mię z ludźmi i z losem…

A głos jej czasem nie był — ludzkim głosem.

XXXIX

Więc ile razy posłucham jej rady,

305

(A rada była dla ducha fatalna)

To widzę, że mi na świecie zawady

Usuwa jakaś ręka niewidzialna.

Na działającą moc patrzałem blady,

Sądząc, że biała mi orlica skalna

310

Zlatuje na hełm… usiada na czele…

I drogę moją piorunami ściele.

XL

Żądałem wodzem być… i wraz dwa wodze

Krwi rozszalonej piorun w mózg uderzył.

Ja, co bywało za stadami chodzę,

315

Kiedym się z duchy ciemnymi sprzymierzył,

Teraz tak straszny!… że komu Ja szkodzę,

Choćbym się tylko nań myślą zamierzył…

Choćbym oczyma uderzył po stali…

W pancerz… i w serce ruszył — wnet się wali.

XLI

320

I sczerniał cały świat: a Ja, syn borów,

Patrzałem jako na las do wycięcia.

Spod przyłbic wielkich bladość mię upiorów

Trwożyła. Byłem pierwszą ręką księcia.

Przed sobą dalszych nie widziałem torów,

325

Ani dalszego już celu do wzięcia.

W zamku cedrowym nad gopłową wodą

Byłem najpierwszym złotym wojewodą…

XLII

Tu patrz! jak straszne są duchowe sprawy!

Jakie okropne zastawiają sidła!

330

Raz, gdy z dalekiej wracałem wyprawy,

A piorunów się różne malowidła

Przez długi deszczu włos świeciły krwawy,

Ja i rycerze ujrzeliśmy skrzydła

Orłów pobitych… w tak wielkiej ilości,

335

Jak na cmentarzach gdzieś Germanów kości.

XLIII

Pierze leżało zmokłe… lecz niektóre

Skrzydła sterczały z piasku takiej miary!

Że gdym na dzidę wziął i podniósł w górę

Jedno… to jako wielki upiór szary

340

Wierzchem o ciemną kity mej purpurę

Dostało — wstając leniwe z moczary:

Niby wyzwany czarodziejstwem runów,

Duch śpiący w błocie przy blasku piorunów.

XLIV

Taka w tym skrzydle była tajemnica!

345

I ludzkość! żem się spytał: — «Powiedz, sępie,

Czy was na wiatrach paląc błyskawica,

Rzuciła w takie nic… i w takie strzępie[24]?

Czyście się bili o państwo księżyca,

Idąc na siebie zastęp przy zastępie?…

350

Czyście tu jaki bój toczyli krwawy

O ścierw[25]?… czy tylko gryźli się dla sławy?!

XLV

Powiedz, jak nazwać to pamiętne pole,

Dziś od błyskawic czerwone rumianych?

Gdzie tyle górnych duchów dziś na dole!

355

I tyle skrzydeł leży połamanych?!»

Tom rzekł, w nieszczęścia nauczony szkole

Litować się łez i mogił nieznanych.

A wtem ujrzałem, że rycerstwo bierze

Skrzydła i wtyka sobie za pancerze.

XLVI

360

Widok ten nowy, wspaniały!… czas późny!…

Błyskawic blaski wszędy!… wojsko w dali;

Gdzie każdy człowiek był jak upiór groźny,

Skrzydlaty, w czarnej rozświeconej stali.

Wszystko tak straszne, żem dreszcz uczuł mroźny

365

I krzyknął: «Sława Bohu! świat się wali!

Ja pierwszy moją piersią go roztrącę!

Ja, duch! a za mną wojska latające».

XLVII

To mówiąc, skrzydło zmoczone i krwawe

Przypiąłem sobie tak, że hełm nakryło.

370

Ja biorąc skrzydła, za cel brałem sławę;

A oni chcieli sobie lotu siłą

Pomóc do domów… O! jakże ciekawe

Powody, które rządzą ciała bryłą!

O! jak są różne przed prawdy mistrzynią

375

Orły, choć wszystkie jeden hałas czynią!

XLVIII

I lecieliśmy do domu weseli,

Mijając drzewa i sady, i chaty.

Rycerze moi przed zamkiem stanęli.

Jam wszedł jak Anioł czarny i skrzydlaty.

380

Karmazyn, który świat od króla dzieli,

Cały się w gwiazdy rozleciał i w kwiaty.

Pokazał się król w odblaskach rubinu,

Spojrzał i berło upuścił z bursztynu.

XLIX

Widziałem: jako Łaskawość pogodna,

385

Jaskółka siwych włosów, Dobroć cicha

Znikła… A nagle twarz trupia i chłodna

Zmroziła mię tak, żem stał, na kształt mnicha

Spuściwszy oczy, patrząc w siebie do dna,

Żali zwycięstwa mego nagła pycha

390

Jakich tajemnych myśli nie wywiodła

Na jaw i króla w źrenicę nie bodła?…

L

A on, na moje skrzydła, na te pióra

Patrząc (które blask wieczorny zapalił

I okrwawiła tronowa purpura),

395

Pobladł i berłem mię wskazawszy, zwalił.

Wzięto mię. Dusza ma czarna, ponura

Już mi radziła, abym się ocalił

Wtenczas, gdy tłumy stały przerażone,

Z mieczem na króla wpadłszy i koronę.

LI

400

Alem się w jednej błyskawicy gniewu

Na taki wielki czyn nie śmiał posunąć.

Wolałem, że mi jak wielkiemu drzewu

Przyjdzie tu głową zachwiać się i runąć,

Niż z domowego ciemnej krwi rozlewu

405

Korzystać, mój miecz w łono starca wsunąć

I wyjść z wyjętym na słońce orężem,

Co by się zdawał nie bronią, lecz wężem.

LII

Wzięto mię… a ja w podziemnej ciemnicy,

Sam, do filarów przykuty kamiennych

410

Jako pający[26], ciemni robotnicy,

Zacząłem z myśli gryzących, bezsennych

Snuć długie pasma. Widmo mi przyłbicy

Nakryte orłów skrzydłami płomiennych,

Pokazywało się. Naramiennice

415

Osiadły blade, ścięte Meduźnice.

LIII

Dusza tak była silna i bogata!

I taką wielką rządzicielką kości,

Że ciągle echem duchowego świata

Gadała; ciągle z jego okropności,

420

Z tych głębin, gdzie ćma niewidzialnych lata

Jasnoczerwonych słów, sztyletowości

Szepcących… brała straszną siłę sztychu

I tę jak piorun ciskała po cichu.

LIV

Kto myślał, że mnie więzieniem uciszał

425

I goił burze ducha, ten się mylił.

Z ducha mi ciągle szedł grzmot, a Lech słyszał

I czuł, żem ja go gryzł, do ziemi chylił.

Chociażem wtenczas tylko w sobie dyszał,

A żadnej mocy ducha nie wysilił;

430

Gromadą duchów zarządzałem ciemną

I te, jak sługi moje, były ze mną.

LV

O! wy, którzy się nigdy nie spotkacie

Z prawdziwą twarzą waszego tu stróża!

Dla których żywot widzialny jest w chacie,

435

A Bóg w błękitach próżnych się zanurza;

Dla was są próżne tych czynów postacie,

Dla innych… ducha ton i straszna burza,

Owiewająca moją pieśń żałobną,

Z twarzy do innych rapsodów podobną.

LVI

440

Raz o północy, kiedym dyszał gniewny

I sądził, że tu jakaś mara biała…

A tam… kształt jakiś czarny i niepewny…

Ówdzie zaś gwiazda biegła i spojrzała;

Ujrzałem lice przecudne królewny,

445

Której z rąk blasku różanego strzała

Przez proch więzienia i przez pajęczyny

Szła, zamieniwszy jej ręce w rubiny.

LVII

Splecione do nóg złociste jej włosy

Wlokły się prawie po głazów zieleni,

450

Gdzie zakończone jak dwa złote kłosy,

Kwiatkami z drogich błyszczących kamieni.

Te kwiatki, rzekłbyś, że dwa żywe Losy

Twarzą aniołów ze światłych pierścieni

Patrzą się w górę, uczepione skrycie

455

Do nóg idącej falą Amfitrycie[27].

LVIII

Te kwiaty z żywych klejnotów się jawią

W pamięci mojej przed rysy innymi.

Reszta mgłą. A mgły moje tak ją krwawią,

Żem nie spróbował o niej śnić na ziemi;

460

Lecz szaty jeden fałd wiecznie mi stawią

W oczach pamięci duchy… i z białymi

Nóżkami do mnie te kwiaty idące

Jak dwa tęczowe na ziemi miesiące.

LIX

A ja gdzieś w głębi, do granitnej nory

465

Schowany, niby kłąb piekielnych duchów

Wyzwany światłem w ohydne kolory,

Jak zbiorowisko członków i łańcuchów,

Skrzydły zjeżony, jak piekielne twory

(Które my znamy na ziemi z posłuchów,

470

Słysząc, że niegdyś rodziła natura

Smoki w płomienie ubrane i w pióra)…

LX

Ja, pomny na to, żem tronowi służył,

A doznał zdrady, choć nie miałem winy,

Sądząc, że mi się Lech aż krwią zadłużył,

475

Dotknięty okiem królewskiej dziewczyny,

Aż skrzydłam na nią moje brudne wzburzył

I z piór pokazał oczy, cały siny…

Z takiem sił moich gniewnych natężeniem,

Żem ją mógł wzrokiem spalić jak płomieniem.

LXI

480

Biedne my duchy! Zawsze z jednej schedy[28]

Brać musim nasze co piękniejsze szaty.

Oto błyszczący kłem smok Andromedy[29]!

Oto ów drugi straszny wąż skrzydlaty!

Który na słońce idzie w księgach Edy

485

I gwiazdy… niebios lazurowych kwiaty…

Ogonem zbiera, w swe czerwone płuca

Wchłania… i z ogniem serdecznym wyrzuca.

LXII

Na nią ja straszny, piekielny i mocny,

A tem straszniejszy, żem był nieszczęśliwy,

490

Wyiskrzył cały oczu blask północny,

Więcej wtenczas jej niż wolności chciwy.

Jak mi ów czysty duch wtenczas pomocny

Otworzył wrota? (cichością oliwy

Do zamilczenia jęków przymuszone)

495

Nie wiem, to wszystko poszło w mgły czerwone.

LXIII

On jednak, ten duch, nie wiedząc, co czyni,

Jednym niebacznym słowem pchnął mię w górę.

Ona — ta dziwna na harfach mistrzyni,

Mająca duchów niebieskich naturę,

500

Czytała w jakiejś Sybillijnej[30] skrzyni,

(Może przed wieki będąca za córę

Rzymianom), że jej koronę na głowie

Zerwą na koniach lecący orłowie.

LXIV

A ten sen dawny tak jasno wyrzucił

505

Z drugiego ciała swoje dawne twarze,

Że ojcu rzekła; a ojciec zasmucił

Czoła… i miał już przywołać guślarze

Sny tłumaczące. Gdym ja nagle wrócił —

Skrzydlaty orzeł — i moje husarze

510

Przed zamkiem rzędy długimi ustawił

I sen jak w jasnej błyskawicy zjawił.

LXV

To mi nieszczęsna powiedziała pani,

Jakoby sama siebie winująca[31],

Że wtenczas śniła, gdy w skrzydła ubrani

515

Spełnialiśmy sen przy blasku miesiąca,

W ogniu piorunów. Lecz ciemni szatani,

Których moc jedną mocą ludzi trąca,

Sprawili, że snu na nią malowidła,

Na orły spadła rzeź — a na mnie skrzydła.

*

Pieśń II

I

Księżyc był pełny i gwiazdy świeczniki

Świeciły jasno na niebios lazurze,

W trawach śpiewały skrzeczki i świerszczyki,

Zamek stał cichy na piaskowej górze:

Zimno północne i traw zapach dziki,

525

I serce smętnie bijące w naturze

Dwa razy mocniej zagadało do mnie,

Gdy ona przy mnie… i koń był koło mnie.

II

Na jednym ręku niosła swe warkocze,

A drugą północ wskazała odludną.

530

Na to ja rzekłem: «Na północ nie wkroczę,

Bo tam jednemu przeciw burzom trudno,

Lecz w koniu do krwi ostrogi umoczę

I będę pędził, aż drugą tak cudną

Jak ty pokażą mi ziemskie narody,

535

Choćby królowę ognia albo wody!

III.

Jeśli nie… wrócę jak straszydło krwawe.

A ty pamiętaj, jaki stąd ucieka

Cień obalony miesiącem na trawę

Z konia, ze skrzydeł orlich i z człowieka.

540

Miesiąc mu daje tę straszną postawę,

Wiatr stąd wypędza, a nieszczęście wścieka,

A jeśli Pan Bóg go wichrem oszczędzi,

Może na powrót grom go tu przypędzi».

IV

To mówiąc, ręką pogroziłem światu,

545

A tem wścieklejszy, że sam i bezsilny.

Gwiazdy na polach czystego bławatu

Oczy otwarte i słuch miały pilny.

Na wschodzie wstęga smętnego szkarłatu

Świeciła… szarym równinom omylny

550

Kształt nadawając, że pod owe zorze

Tak się zdawały płynące jak morze.

V

Dyjanna[32] — jak liść wierzby — już zielona,

Już jako róży liść różano-złota,

W ognistych się mgieł zanurzała łona,

555

Zmienna jak w sercu młodzieńczym tęsknota,

A jam skrzydlate obrócił ramiona

Wschodowi, chciwy nowego żywota,

I uciekałem jak duch z bladą twarzą,

Więcej przed myślą moją niż przed strażą.

VI

560

Obraz świata, HistoriaDzisiaj przez ducha cały świat odkryty,

Cały wiadomy. Wtedy tajemniczy

Jak upior złoty, a we krwi umyty,

Złotem cię dziwu wabił ku zdobyczy,

A krwią ohydzał wszelki czar zdobyty,

565

Krzycząc, jak dziecko przydławione krzyczy,

Gdyś go ucisnął; a tarczy błyśnieniem

Takiś wywołał strach jak objawieniem.

VII

Po ciemnych puszczach, gdziem się błąkał — gnana

Wichrami straszna przyszłości orlica!

570

Kto mię napotkał, myślał, że szatana!

Bo wszystko widział wprzód niż moje lica,

Zbroję i skrzydła, i młot u kolana,

I dzidę, która gorzała jak świéca[33]

Między sosnami, samych niebios blisko,

575

Miedziane mając ostrze jak ognisko.

VIII

Na jednym pustym śród sosen smętarzu

Spotkałem smętne i dzikie Germany…

O! duchu! dawnej przeszłości malarzu!

Ty jeszcze widzisz te sosnowe ściany,

580

Wozy, ogniska, twarze przy rozżarzu

I rzymskie z białych piszczeli kurhany;

A na nich orły wydarte legionom,

Podobne lampom złotym i koronom.

IX

Ty jeszcze widzisz i dziś pytasz siebie:

585

Kto ci przyczynił głosu i języka?

Liczni, krzyknąłem, jak gwiazdy na niebie!

Straszni jak piorun, gdy niebo odmyka!

Przez was świat wytnę! pod wami pogrzebię!

Ja, syn popiołów, ojciec mogilnika!

590

Urra ha!… Gwiazdę pokazałem białą

Dnia wschodzącego lasom. Wszystko wstało!…

X

Wszystko!… Dziesiątki całe groźnych kroci

Wstały gotowe na rzeź uraganną[34]

Wszystko!… Na boku tylko śród paproci

595

Białością swoją mnie zadziwił szklanną

Kształt jakiś śpiący, cudownej dobroci

I ciszy, zorzą oświecony ranną,

Zwalony w dzikich trawach, przy strumieniu,

Posąg… w jutrzenki światłach jak w płomieniu…

XI

600

Rzekłem więc: «Czy to jaka jest królowa

Wyrżniętych ludów? nieskalanej bieli?

Którą tu smętnie czarujące słowa

Na fijołkowej uśpiły pościeli?…»

Wtem barbarzyniec[35] ją tak ciął, że głowa

605

Jak lampa, która ciemność rozweseli,

Skoczyła… chwilę na błękicie trwając

Jak gwiazda… potem błysnęła, spadając…

XII

A ja, zawrzawszy gniewem… i brzeszczota

Dobywszy… tego barbarzyńca w czoło

610

Tnę tak, że jako grenada[36] się złota

Rozwalił ów łeb… tu połą… tam połą…

A ja ów zegar widzący żywota

Z tajemnicami, żył czerwonych zioło,

Idące jeszcze wszystkich sprężyn ruchy,

615

Porównywałem dwie głów[37] jak dwa duchy.

XIII

Ledwom uczynił to… nowe mi moce,

Zapewne statuy zwołane zemszczeniem,

Przybiegły w pomoc… tak, że chociaż proce

Cisnęły na mnie za ów mord kamieniem

620

Jam był jak piorun, gdy lasy druzgoce

I napełniłem ten lud przerażeniem,

A w przerażeniu takim wielkim żarem,

Że mię ukochał i nazwał — Kiejzarem[38].

XIV

Dziś tam głęboki sen w tej puszczy lata!

625

A może jeszcze posąg biały leży!

A może jaka nadistrowa chata

Mówi powiastkę moją… i nie wierzy!…

Ani wie, jako na zniszczenie świata

Posąg zemszczony przysłał mi rycerzy?

630

I obaczywszy mnie jak burzę ciemną…

Duchy gwiażdżące zawiesił nade mną.

XV

Nie wiedzą ludzie, przez jakie ja tony,

Przez jakie czyny, przez jakie męczarnie

Zebrałem owe duchów miliony?

635

Które, gdy wezwę, to mię strach ogarnie!

Bo ze słońc różnych są i z różnej strony…

Jako girlandy w chmurach i latarnie

Pokazują się, kiedy sam nie zdołam

Czynić, a one na pomoc przywołam.

XVI

640

Z barbarzyńcami… sam… na uroczyskach…

Człowiek… Duch… pilnie uważałem cuda,

Które się jawią przy ludów kołyskach,

A nikną, gdy się szczep na drzewie uda;

Lecz zaszczepienie przy piorunnych błyskach

645

Odbyte, a strach w powietrzu i nuda,

Które panują takim chwilom świata,

Trwożą… jak pianie kurów u Piłata…

XVII

Zda się, że ciągle ptaki ranne pieją…

A pianie smutne jest jak krzyk dzieciny;

650

Przedrannym strachem niebiosa ciemnieją,

Więcej wychodzi gwiazd na błękit siny…

Ludzie przy ogniach miast swe ręce grzeją

I przerażeni cichością godziny

Gotowi zaprzeć się bożego ducha,

655

Obzierają[39] się jak zbójce[40] — czy słucha?

XVIII

Jam to czuł, mimo że krew moja biła

Jak piorun w żyły, że hełm od niej dzwonił;

Kita się ogniem czerwonym paliła,

A młot skry takie jak miesiące ronił;

660

Koń gadał… dzida rosła… szabla żyła…

Wiatry dawały rady… obłok bronił…

O złym dniu wrzaski ostrzegały krucze…

U dobrym złote żurawiane klucze.

XIX

Przez wszystkie władze ziemskie ostrzegany

665

Wpadłem na ziemię moję nieszczęśliwą;

Lech nie żył, a lud jego zabijany

W królewnę patrzał jako w gwiazdę żywą…

Ona też pancerz złoty, malowany

Kwiaty różnymi jak słoneczne dziwo,

670

Pokazywała w strasznych walk kurzawie

Podobna białej Anhelicy — sławie.

XX

Koło niej ciągły tabor z żywych ludzi,

Zbrój czarnych, mieczów, tarcz, nad nią sztandary.

Ilekroć wieczór mgłami się zabrudzi,

675

To jako ptaki nocne albo mary

Wstają po bagnach Wenedy i Czudzi,

Żółte Połowce, nadmorskie Tatary

I w twarze nasze strzał tysiącem brzęczą:

A nic, gdy biją… straszniejsi, gdy jęczą.

XXI

680

Jeszcze pamiętam ten wrzask i to wycie

Różnych narodów i różnych języków…

Gdy te Ludyszcza przy Wisły korycie

Przyparłem do fal falą moich szyków.

Aż mi o jasnym wyprawili świcie

685

Najstarszych z wojska swego tysiączników,

Prosząc o pokój i o ziemi bryłę

Taką, że ledwo dla nich — na mogiłę.

XXII

Ja wtedy, pod lwią skórą rudozłotą

Siedząc na prostej powózce Germanów,

690

Rzekłem: «Niech pierwej dziewczęta rozplotą

Warkocze… córki najpierwszych Supanów,

Niech sama Wanda płaczem i tęsknotą

Zmiękczona przyjdzie nam do roztruchanów[41]

Nalewać wina… Niech ją złotowłosą

695

Germany moje na tarczach podniosą.

XXIII

A gdy przez ludy dzikie okrzykniona

Królową, z tarczy mosiężnej księżyca

Zaśpiewa nam pieśń na nowe plemiona!

I nasze dzikie dusze pozachwyca!

700

Ja wtenczas drżące otworzę ramiona,

Aby zleciała w nie jak gołębica

I wyprosiła usty różanymi:

Co chce?! niebiosa całe — i pół ziemi…?!»

XXIV

Z tem stary Swityn i Czerczak posłowie

705

Odeszli. A mnie jej postać, wprzód senna,

Zaczęła jaśnieć jako słońce w głowie

I coraz bardziej jawić się płomienna.

Więc potem, kiedy ległem na wezgłowie,

Cała mi w oczach ognista Gehenna

710

Błysnęła ciągle piorunami pruta,

Ciemna, czerwona parami jak huta.

XXV

Na piersiach darłem skórzane odzienie,

Ale do łoża byłem jak przykuty.

Wtem ona weszła w te straszne płomienie

715

Jak duch tęczami różnymi osnuty,

Nad nią niby z gwiazd grających pierścienie

Wiązały jedną pieśń na różne nuty…

Dzwoniące, cudne! jakieś gwiazdy śliczne!

Niby powietrzne narzędzia muzyczne.

XXVI

720

Słysząc te głosy, z którymi dziewczyna

Szła na mnie, z ciała mego wyleciałem.

A ona w ogniu czerwona i sina,

Obracająca powietrznym chorałem

Jako skrzydłami powietrznego młyna

725

Kręcąc… przywiodła duch, że włosy rwałem

Przez wszystkie jęki i tony, i zmiany

Idący za nią w toń jak zwariowany.

XXVII

Jeszcze noc była, a ja hełm na głowę

Włożywszy, wsiadłem na koń, pędzę cwałem.

730

Pamiętam szare powietrze perłowe

I zamek, wieży sterczący kawałem

Nad Wisłą, gdzie lud tę swoję królowę

Otoczył ludzkim i ceglanym wałem.

Tam przyleciawszy, w róg mosiężny dzwonię,

735

Grzmię, aż mi wszystkie oderżały konie.

XXVIII

Wychodzi siwy Swityn Wojewoda,

Ze snu czerwone przeciera źrenice.

«Idź» — rzekłem — «bo mi słów wczorajszych szkoda,

Zanadto ostre pokazałem lice;

740

Niech mi królowa wasza, jasna, młoda

Naleje czary, podniesie przyłbicę,

A może łatwo ten rozkaz wykona:

Pieśń mi zaśpiewać, paść w moje ramiona».

XXIX

Nic nie rzekł Swityn, lecz mię brzegiem wody

745

Prowadził, kędy stał tłum ludu mały.

Rybacy srebrne trzymali niewody[42];

Kilka świec (choć już ranek błyszczał biały)

Nieśli kapłani, z lutniami Rapsody

Siedli na zrębie jednej małej skały

750

Pod bladą wierzbą, mgłą ranną okryci.

Na wzgórzach w zmroku zapalano wici.

XXX

Na łące dziewy i panny służebne

Ujrzałem tam i ów się krzątające.

Te niosły kwiaty, kadzielnice srebrne,

755

Dyjadematów złotych półmiesiące;

Inne bławatki do wieńca potrzebne

Zbierały w trawach, kolorów tysiące

Rzucając w srebrne powietrze, w mgły szare,

Niby wiślanym duchom na ofiarę.

XXXI

760

Dawny świat! Obraz dawny wywoływam!

Lecz ileż razy różaność przedwschodnia

I kwiaty, które mgłą okryte zrywam.

I leśne ptaszki budzące się do dnia,

I tęcze, których do myśli używam,

765

Gdy się zapali mój duch jak pochodnia

Przypominały obraz on tak rzewny!…

Ubranie martwej na łąkach królewny.

XXXII

KsiężycJak miesiąc[43] była, kiedy z niego zetrze

Pierwszą pozłotę słońce w dzień jesieni,

770

A on się topi w błękitne powietrze

I lekko swego czoła zarumieni,

I nad girlandą lasów, gdzie na wietrze

Drżą liście złote przy liściach z płomieni,

Pełny, okrągły, blady się przemienia

775

W mgłę… jak cudowna twarz srebrnego cienia…

XXXIII

TrupTaka jej bladość! nieco ku błękitom

Nachylona już zgonu okropnością,

Takie ust perły! Wisły Amfitrytom

Z upiorną niby odśmiechnione złością.

780

Zresztą, spokojnie się onym kobietom

Dawała stroić modrzewiów ciemnością.

Koroną złotą, wieńcami z bursztynu —

A strach powiększał trupa w oczach gminu…

XXXIV

A cóż dopiero! gdy ja groźne lice

785

Odkryłem, z hełmu spojrzałem surowo

I połamawszy miecza, w błyskawicę

Cisnąłem jego kawałki nad głową;

Nade mną ducha mrok i złote świéce[44]

Miecza nad kitą moją purpurową

790

Jak zawierucha olimpijska, wstały —

Mój duch na hełmie stanął… w ogniach cały.

XXXV

Krzyk pierwszy, który z ust wyszedł zwierzęcy,

Już niepodobny krzykowi człowieka,

Zbudził Germanów całe sto tysięcy:

795

I szli jak morze huczące z daleka.

Stos wystawiłem okropny, książęcy!

Taki wysoki, że wiślana rzeka

Na bladych trupów zatrzymana murze

Stanęła — cała jak upior w purpurze.

XXXVI

800

Lecz pierwej nim ją oddałem płomieniom,

O! ileż strasznych słyszała lamentów!

«O! włosy! nie dam ja waszym pierścieniom

W ogniu z wiślanych oschnąć dyjamentów!

Każę podziemnym zamienić się cieniom

805

W gmachy filarów pełne i zakrętów,

W alabastrowej cię położę trumnie,

Każę strzec wieków śpiewaczce — kolumnie.

XXXVII

Zbalsamowaną, wiecznym zdjętą spaniem

Cicho na białych atłasach położę;

810

Sam przyjdę, jak lew legnę, i wzdychaniem

Śmiertelnem twój sen spokojny zatrwożę.

Więc może wstaniesz? i pocałowaniem

Dasz mi ocknienia światłości i zorze?

I słuch mi weźmiesz w tych podziemnych cieniach

815

Coś czytająca wiecznie na kamieniach?

XXXVIII

W kraju bez słońca, bez gwiazd i księżyca,

Gdzie wiecznie smętno, posępnie i głucho;

Ja, rycerz, jako śpiąca nawałnica

Z otwartą, szklanną źrenicą i suchą;

820

A ty, jak moja smętna czytelnica,

Perła po perle ton lejąca w ucho,

Taka wyrazów i pieśni mistrzyni,

Że pieśń z tysiąca lat… chwilę… uczyni!»

XXXIX

Tom rzekł, pośmiertne przeczuwając rzeczy

825

I głosy. I znów zajęty pożarem,

Chciałem ją złożyć na gwiaździcach z mieczy,

Upoić krwawym rycerskim sztandarem!

I z onej ziemi, gdzie ciało kaleczy

Słońce niewczesnym i nieludzkim skwarem,

830

Uciec w Islandów wyspę zamrożoną,

Ogniami siedmiu wulkanów czerwoną.

XL

«Tam ją» — krzyczałem — «gdzieś na lodowiskach

Złożę jako kwiat ujęty w krysztale!

I przy wulkanów rubinowych błyskach

835

Opłomienioną posadzę na skale,

A sam z dzikimi orły na urwiskach

Dzikszy niż burze! straszniejszy niż fale!

Gdy góry będą swoje ognie zionąć,

Mrozom się dam zgryźć! i ogniom pochłonąć!»

XLI

840

Tak mój duch w kształty się piramidalne

Wyrzucał, dawną tryskając naturą;

Tak nowe ciała łańcuchy fatalne

Targał i piorun zawsze miał pod chmurą.

Potem więc roki[45] się zabrały walne

845

I mnie okryły Lechową purpurą.

Lud cały strachem ohydnie znikczemniał.

Jam siadł na tronie, zmroczył się i ściemniał.

XLII

Zbrodnia, Prawo, BógI któż by to śmiał w księgi ludzkie włożyć

Dla sławy marnej, a nie dla spowiedzi?

850

Postanowiłem niebiosa zatrwożyć,

Uderzyć w niebo tak jak w tarczę z miedzi,

Zbrodniami przedrzeć błękit i otworzyć,

I kolumnami praw, na których siedzi

Anioł żywota, zatrząść tak z posady,

855

Aż się pokaże Bóg w niebiosach — blady.

XLIII

A nie Bóg nad tą żywota fortecą

Zgwałconą twarzy pokaże, to przecie

Komety złote na niebie przylecą

I bliżej oblicz ukażą na świecie,

860

Nad zamkiem swoje ogony zaniecą

Jak widma, jedno, i drugie, i trzecie…

Jeśli nie zlęknę się, a krew mię splami…

Kto wie!?… jak słońca przyjdą tysiącami!

XLIV

Niebiosa pełne widziadeł i twarzy

865

Słonecznych! może z krwawymi oczyma!

A tu koło mnie powietrze cmentarzy

I ciągła burza, wiatr, ognie i zima,

Wichry skrwawione, głos trupów z kościarzy,

Słońce poblednie, księżyc się zatrzyma,

870

Gwiazda zajęczy jaka lub zaszczeka?

Wszystko pokaże, że dba o człowieka!…

XLV

«Jeśli nie» — rzekłem — «jeśli z tym motłochem

Postąpię sobie jak król zwariowany?

A żywot jak wąż schowa się pod lochem,

875

Jak gdyby nie czuł w sobie żadnej rany?

To ludzie są proch! i ja jestem prochem

Na jeden tu dzień jak miecz ukowany[46]!

A tem straszniejszy, że go własne siły

Nie duchów ręce z ziemi wyrzuciły».

XLVI

880

Zaledwie ta myśl poczęła się we mnie,

Wzrok zaraz wydał ją jasny i suchy,

Wchodzący w myśli ludzkie potajemnie,

Aby tam widział w kościach, czy są duchy?

Więc naprzód Czerczak u nóg mi nikczemnie

885

Proszący o łeb, pod katów obuchy

Poszedł, a za nim jacyś dwaj prorocy,

Których dziś krwawe łby widuję w nocy.

XLVII

Za wojewodą cały dwór i sługi

Posłałem niby z nim będące w zmowach.

890

I z wież patrzałem na ten łańcuch długi

Idących na śmierć z świecami w okowach.

A niebios! niebios błękitne framugi,

Jakby o zdjętych nie wiedziały głowach,

Patrzały na to ciche, obojętne!

895

Mnie się wszelako zdawało, że smętne!

XLVIII

Ogromny szereg tych wymordowanych

Poszedł. Myślałem, że duchy zobaczę

Gdzieś do łabędzi podobne rumianych,

Od których jęczy powietrze i płacze;

900

Albo, że ze ścian ogniem zapisanych

Wyjdą pająki z ognia… straszne tkacze!

Na ściennych ogniach się swych zakołyszą

I wyrok jakiś ognisty napiszą!

XLIX

Myślałem, że me noce niespokojne,

905

A dnie, jak noce bez gwiazd, będą czarne,

W ciemnościach jęki albo chrzęsty zbrojne,

Tchnienia na czoło chłodne albo parne! —

I nic!… ten straszny duch, któremu wojnę

Wydałem, dziecko zostawił bezkarne;

910

A ja podniosłem pierś dumną i twardą.

Gotów do końca walczyć z bożą wzgardą.

L

Przez dawne oczy widzę to ohydne

Pierwszego ducha dzieło z czasów onych,

Gdy stepy całe dziś w mogiłach widne

915

Wzięły u ludu nazwisko Czerwonych…

Wtenczas ujrzano mię, że w ciele brzydnę

I biorę postać duchów utrapionych.

Ludzie myśleli, że mi gniją trzewa,

A jam był senny jak wąż, gdy poziewa.

LI

920

Czasami z góry na kolec blaszany

Wieżycy wstąpię i tak jako owce

Najpierwsze państwa Karacze, Supany

Każę prowadzić przez różne manowce.

Tam je kładziono w skrwawione kurhany,

925

Na stos znoszono chwast, czarne jałowce.

A ja, bywało, z góry jak sęp dziki

Widzę te w ogniach ruchome mrówniki.

LII

Dziesięć czasami gwiazd i słońc czerwono

Zagore… dziesięć wrzasków razem słyszę;

930

I nie podnosi mi się duchem łono,

Ani się serce strachem zakołysze…

Jako Lucyfer z błyskotną koroną

Stoję… a zbrodni mojej towarzysze

Na większą niż te wszystkie okropności

935

Patrzą — na mą twarz śmiertelnej bladości.

LIII

Dziwią się wszyscy, że jak pies nie szczekam,

Jak lew nie ryczę, jak człowiek nie zgrzytam;

Nie wiedzą, że ja, duch natchnięty[47], czekam

Gwiazd, deszczów krwawych; i znów za miecz chwytam,

940

I znowu cały świat na siebie wściekam!

I znów się niebios zamroczonych pytam:

Czy mieczem, który w łono ludzkie wrażam,

Którą tam władzę niebieską przerażam?

LIV

Co tylko mocy ma ten mózg napięty,

945

Tom ja na męki wynalazek użył.

Stosy, na Wiśle spękane okręty,

Kołowrót, który ciał długość przedłużył…

Wszystko w męczeństwie ten kraj niepojęty

Swą cierpliwością wytrzymał i zużył!

950

A niebo wszystko to cierpliwie zniosło,

Póki kruszyłem duchom łódź i wiosło…

LV

Poszedłem dalej… i w męki wyborze

Już nic nie mogąc straszniejszego stworzyć,

Zacząłem łamać większe prawa boże,

955

Myśląc naturę samą upokorzyć.

Matkę mi z lasu stawiono na dworze…

A ja zamiast się u nóg jej położyć,

U tej w łachmanach podartej orlicy,

Ciała użyłem za knot smolnej świecy[48]

LVI

960

Rzekłem ludowi, że mnie czarowała,

Że serce jadła, że żony mi truła.

Z włosem palącym się jak ptak latała

I zgasła. Duch, CiałoWtenczas twarz mi się popsuła

I pokazała zielonością ciała,

965

Że się duchowi memu szata pruła;

On jednak w ciele nie wiedział o sobie,

W letargu niby i w czarnej chorobie.

LVII

Raz tylko byłem tak na niebie śmiały,

Że się przejrzałem, w tarczy patrząc lice.

970

A byłem cały jako trup sczerniały,

Który stoletnią miał w ziemi trumnicę,

A już robaki z niej pouciekały,

Bojąc się oczu jasnych jak gromnice;

I czerwonymi przerażone łzami

975

Trupa… i kości spróchniałych ogniami.

LVIII

Lecz co dziwniejsza, że tak próchniejący!

Taki upadły! i taki zużyty!

Czasem się czułem jak anioł gorący,

Gotów ukochać świat i nieść w błękity

980

Tę ziemię jako anioł wzlatujący

Z pieśnią… co była jako szklanne zgrzyty

Harmonik i szła w ton coraz boleśniéj[49],

Aż upadała w śmiech, w szaleństwo pieśni!…

LIX

Gdy mię, bywało, taki czar omami

985

A stoję, ręce wyłamawszy z ramion,

Choć tylko piana toczy się ze łzami,

A usta milczą, to mój duch omamion[50],

Wszystkimi zda się kręci księżycami,

A gwiazdy na kształt muzykalnych znamion

990

Chwyta i w głosach tu ziemskich wyraża:

Tworząc już nie Pieśń Sen, lecz Pieśń Mocarza.

LX

Jeden był tylko przy mnie giermek mały,

Jeden był tylko i ta pieśń go struła.

Głosy okropne w niego wlatywały,

995

Kości roztrzęsły… pierś mu się popsuła.

Chodził i przez sen gadał, i drżał cały,

Jak instrumentu cedrowa szkatuła,

Którą muzykant napełnił przelotem

Tonów… i zamknął napełnioną grzmotem.

LXI

1000

A tymczasem mię wielki Pan niebieski

Ubierał w grozę i w powagę strachu.

A strach był jakiś ciemny i królewski,

Który napełnił wszystkie kąty gmachu.

Pod stopą moją suche komnat deski

1005

Grzmiały jak trumny. O komnat zapachu

Gadał po wioskach z trwogą lud ciekawy,

Że był zaduszny, tajemny i krwawy.

LXII

Na świecie o mnie śniono. Śród czeladzi

W podziemiach kuchniach gadano, żem blady

1010

Jak miesiąc, gdy się przejrzy w krwawej kadzi,

W której pływają gniazdem wężo-gady;

Że gwiazda złota jakaś mię prowadzi

(Purpurowe tu tłoczącego ślady)

W ciemny kraj, gdzie się wszelka dusza wściekła,

1015

Na króla duchów czerwonych — do piekła.

LXIII

A co dziwniejsza, że mię ukochano

Za siłę i za strach, i za męczarnie.

Gdym wyszedł… lud giął przede mną kolano,

Lud owiec, który się k’pasterzom garnie!

1020

Przed twarzą moją straszliwą klękano,

Widząc dwa skrzydła hełmu jak latarnie!

I między nimi w środku zawieszoną

Tę twarz, jak lampę trupią i zieloną.

LXIV

W powiekach rubin i błysk dziwny gore;

1025

Powieki nożem zdają się rozcięte;

A przez czerwoną rubinową korę

Patrzy duch, widmo przeszłości przeklęte!

Przez jakież, Panie! męki i pokorę,

Przez jakież później ciała z krzyża zdjęte

1030

Musiałem ścierać strach z mojego czoła?

Z oczu wydzierać ciemną skrę anioła?

LXV

Żem wyzwał słońca Twoje i księżyce,

I meteorów ogniska, i burze,

I przeciw gniewom Twoim niósł przyłbicę,

1035

I chciał zobaczyć, sługa, komu służę?

Żem chciał zobaczyć, Panie! Twoje lice,

Cztery pioruny Twoje, świata stróże…

Wszystkie potęgi Twoje o świat drżące,

I wszystkie słońca, i wszystkie miesiące.

LXVI

1040

Tyś mną pogardził, Panie! i ominął,

I do straszliwej śmierci doprowadził.

Swityn żył jeszcze. Starzec sławą słynął,

Bił wrogi moje, winy moje gładził,

Granicę mego królestwa rozwinął,

1045

Na dwu srebrzystych morzach mię posadził;

Stary, a miecza do pochwy nie chował.

Jam go jak ojca kochał — i szanował…

LXVII

Pamiętam, biła północna godzina,

I konstelacja Łabędź, jak krzyż złoty

1050

Nad wieżą, gdziem był, leciała jedyna,

Sufitów próżnych lampa śród ciemnoty;

Wtem myśl ohydna o śmierci Swityna

W serdeczne moje wstąpiła zgryzoty

Z taką potęgą, żem wnet ku niej dłoni

1055

Podał, jak dziecko uśmiechnął się do niéj[51]

LXVIII

Potem ją chciałem zmazać, ale ona

Już jako pani mego serca była.

«Sprobuj» — wołała — «jeżeli ten skona.

A żadna zorza by nie zaświeciła?

1060

A żadna gwiazda z tych gwiazd przerażona

Nie przyleciała? krwi się nie napiła?

To wtenczas będziesz spokojny o ducha:

Ziemia proch! człek z niej jak wulkan wybucha.

LXIX

Płomieniom wolno chodzić po dolinach

1065

I błyskawicom wolno bić w cnotliwe.

Za myślą twoją idź, nie myśl o czynach!

Próbuj, czy niebo martwe jest czy żywe?»

Tak mi ktoś szeptał. Gdyby w stu Switynach

Stu ojców moich własnych głowy siwe

1070

Patrzały na mnie z grobu jego wzrokiem,

Nie byłbym cofnął się przed krwi potokiem.

LXX

Wysłałem katy; lecz myśl, gdy się kwieci,

W coraz straszniejsze rozwija się drzewo.

Posłałem drugie… dwór, żonę i dzieci

1075

Wyciąć. Był ciemny dzień i grad z ulewą.

Czasami słońce ponuro zaświeci,

I gradem złotym jak zwichrzoną plewą

O pancerz chłośnie i z kitą się zetrze,

Bom stał, czekając tych katów — na wietrze.

LXXI

1080

U progu mego żebractwo się szare

Skupiło. Patrzą… król na progu stoi.

Przez deszczu struny widzą jakąś marę

Jęczącą gradem bijącym po zbroi.

Wtem wyszło do mnie suche widmo stare —

1085

Żebrak… i blisko stanąwszy podwoi,

Jak posąg, który wiecznym być zaczyna,

Skościał… i podał mi list od Swityna…

*

Pieśń III

I

Na dworach wówczas nasze wojewody

Trzymali sobie nadwornych gęślarzy,

1090

Ci byli jako rycerstwa rapsody[52],

Zazwyczaj mądrzy, ślepi już i starzy.

Jako pancerze srebrne, długie brody

Na piersiach mieli, a słoneczność w twarzy.

Liry nosili małe, ale sławne,

1095

W koral lub w srebro, lub w bursztyn oprawne.

II

W ręku trzymali niby pastorały

Długie, wierzbowe, ostrugane kije.

Tymi — bywało — chłopczyków chorały

Pędzą… i wiodą takt przez harmonije;

1100

A kiedy w górę kij podniosą biały…

Wtenczas z chóralnej pieśni piorun bije,

A kiedy spuszczą na dół berło dziada,

To na kolana pieśń jak anioł spada.

III

O takim kiju, z lireczką u pasa

1105

Stał stary rapsod Swityna u proga.

Na płaszczu, pomnę, była różna krasa

I łaty różne; zda się, że płaszcz z Boga,

Na którym zorza w błękitach dogasa

I różne światła płoną… Jego noga

1110

Bosa dziś świeci przed mymi oczyma,

W obwiązkach, srebrna, jak muszla pielgrzyma.

IV

Tak z wystawioną naprzód nogą bosą

Podróżny żuraw, na białym kosturze

Oparty, z twarzą jasną, srebrno-włosą,

1115

Stał w płaszczu starym, jak w błękitnej chmurze

I list podawał… Iryda za kosą

Wlokąca tęczę, gwiaździce i róże,

Nie jest mi piękną tak… gdy z niebios spada…

Jak to wspomnienie dawne — tego dziada!

V

1120

O! złote serce śpiewaka i sługi

Tak po męczeńsku cierpiące dla pana!

Miej grób! którego nie rozorzą pługi,

Do zaklętego podobny kurhana;

Wiecznie tu wstawaj w pieśni! i wiek długi

1125

(Aż znowu ta pieśń będzie zapomniana)

Przykładem ludzi do miłości znęcaj!

Śpiewaj! — a liry też czasem pokręcaj!

VI

Niech mi przypomni czary tobie znane

I słowa dobre na serc otwieranie,

1130

Porządne, ważne i uszykowane

Rzędem jak dźwięku anioły w organie;

A przebacz mi już tę okropną ranę

I to straszliwe nóg przyćwiekowanie,

Które odjęło (to coć najboleśniej!)

1135

Twój najpiękniejszy czar — wędrowność pieśni!

VII

On mi podawał list…. a ja na nodze

Jego oparłem miecz żelazny, krzywy

I czułem, że mu między kości wchodzę:

A on stał — jak Bóg wielki — bo cierpliwy!

1140

Mieczem przygwożdżon w kamiennej podłodze,

Którą czerwienił krwawy koral żywy…

Stał… obwinięty ów żebrak w błękicie…

I tak się na mnie patrzył jak na dziécię[53].

VIII

A ja, nie zdjąwszy miecza z jego rany,

1145

Owszem, głębiej go zapędzając w koście,

List, Słowo, PogardaCzytałem słowa, które jak szatany

Paliły mi mózg i gryzły wnętrznoście.

Ten list! na sercu moim zapisany,

Nad wszystkie ducha mego okropnoście

1150

Głębiej swe straszne zarzuty wykował[54]!

Bo mną ten człowiek gardził — choć miłował…

IX

Kacie ojczyzny mojej! i tyranie!

Mój królu wczora! (pisał Swityn stary)

Na dobrowolne poszedłem wygnanie,

1155

Abyś przez mój zgon nie dopełnił miary…

Ty mię wyganiasz? A ja, o mój Panie!

Żołnierzy wszystkich serca i sztandary

Zostawiam tobie, sam znikam bez wieści…

Sam nic nie biorę z sobą — prócz boleści…

X

1160

A byłbym chętnie dał głowę strudzoną

Pod miecz twój; chętnie w ręce twoje złożył

Tę głowę ściętą, ale uśmiechnioną,

Której Bóg nigdy śmiercią nie zatrwożył,

Gdybyś ty jeszcze miał człowieka łono

1165

I nad kościami ludzi się nie srożył,

Gardząc miłości ostatnim spojrzeniem,

Mszcząc się nad kością jak pies nad kamieniem.

XI

Aniołowie mię dziś ostrzegli złoci

We śnie… Twój sam duch stanął pod kotarą,

1170

Tak jak pochodnia świecąca w wilgoci,

Cały oświecon[55] ogniami i parą.

Tyś mię sam ostrzegł!… a to nie z dobroci,

Ale żeś taką dziś stał się poczwarą,

Że słychać ciebie… i czuć… choć z daleka…

1175

Kiedy pomyślisz… o śmierci człowieka…

XII

Duch litośniejszy twój jest ci za szpiega:

On najprzód zgniłe twe serce wypyta,

A potem chodzi i ludzi ostrzega,

Gdy twoje ciało śpi… a ząb twój zgrzyta.

1180

Duch twój wychodzi i po kraju biega

I targa włosy… jęczy jak kobiéta[56]

Ty zmordowany jego lamentami

Wstajesz, nie wiedząc, żeś płakał nad nami…

XIII

Jakiś cię anioł okropny odmienił

1185

I przysłał dzieło wypełniać straszliwe,

Lud rozhartował… a ciebie skamienił

I kazał ludy orać jako niwę…

Abyś co?… wiatry wiejące spłomienił

Duchami, które wyszły z ciał… a żywe

1190

Wkrótce w anielskiej zjawią się ozdobie…

Jak wiatr na ciebie! — i przeciwko tobie!…

XIV

Miej więc dzień jeszcze ten jeden w zarządzie

Siłę, która jest w mieczu i toporze…

Ja ciebie czekam na ostatnim sądzie

1195

Z tym listem… który w mogiłę położę!

Czekam za światem ciebie! na wylądzie,

Brzegu, o który grzmi ogniste morze

Krwią twoją jasne i zafarbowane!

Czekam!… z tym listem przeciw Tobie stanę!…

XV

1200

Tu ci nie błyśnie więcej moje lice,

Choć niedaleko lecę… żuraw szary.

Pobytu mego mają tajemnicę

Ja tylko, mój koń i mój rapsod stary.

Prędzej byś zgonił letnią błyskawicę

1205

Niż mego konia… Człowieka zaś wiary

(Jeśli cię starość i pieśń pełna wdzięku

Nie skruszą) spróbuj królu, masz go w ręku!

XVI

Taki był straszny starego Swityna

List… ja w nim groźbę jęczącą słyszałem

1210

I opór ducha, który się zaczyna

Od jęku tylko… a staje się ciałem.

Więc jak skrzydlata skoczyłem gadzina

Z całą wściekłością! z całym ducha szałem!

Choćby królestwo całe przyszło ruszyć!

1215

Wszystko!… a złamać harfiarza — lub skruszyć!

XVII

Stary był… pomnę… Zorian się nazywał.

Gdy go palono, cichszy od owieczki,

Na lirze sobie czasami podgrywał

I szedł przez ogień z uśmiechem piosneczki.

1220

Ani klątw rzucał — ani wydobywał

Głosu wielkiego z maleńkiej lireczki:

Głaskał ją tylko (wyjaśniwszy lice)

Niby zlęknioną, białą gołębicę.

XVIII

Zdawał się mówić i twarzą, i ręką,

1225

Jakby nad brzegiem szemrzącego zdroja:

«Nie bój się, liro! bo śmierć nie jest męką!

Ani się lękaj cielesnego zboja!…

Nie bój się, moja maleńka lirenko,

Nie bój się, siostro! nie bój, córko moja!…

1230

A na toż by to nasza mądrość była,

Gdyby przed śmiercią skonać nie uczyła?

XIX

Przyjmowano cię po domach i chatach,

Pókiś ty ze mną była wędrownicą.

Bądźże dziś wdzięczna… a nie płacz przy katach,

1235

Bo się ucieszą i ton twój pochwycą.

Czekaj… wstaniemy oboje po latach,

Gdy błysną łuki z tęcz nad okolicą!…

Wstaniemy razem z wielką jaką zgrają

Harfiarzy, co jak anioły śpiewają!

XX

1240

Czekajże, liro!… śpij!… Błogosławiona

Ta błyskawica jasna i rumiana!»

Tu wzięty w złote, ogniste ramiona

Zniknął… A mój duch uczuł wtenczas Pana.

Czeluść okropna mych ust otworzona,

1245

Suchość i jakaś pożarność gardlana…

Pierś, która wiatru w się więcej nie bierze,

Ostrzegły… że już do piekła należę…

XXI

Dysząc, na konia siadłem… od popiołów,

Które pożarły pieśń, obsypan… w szale.

1250

A tłum siepaczy, jakby archaniołów,

Ubrany w złoto, w bursztyn, w miedź i w stale,

W skrzydła… w moc wielką tortur gwoździ, kołów

Zaopatrzony…. za mną w Wisły fale

Rzucił się, gotów mordować do końca,

1255

Wszyscy na koniach jaśniejszych od słońca.

XXII

Ja przodem. — W czerep czarny, ołowiany

Ukrywszy głowę moją jak w kapturze,

(Bom w sobie uczuł wstyd nieopisany,

Twarz mieć jak gryszpan, wzrok jak ogień w chmurze),

1260

Przypadłem w zamek jeden nadwiślany,

Który zastałem cały już w purpurze…

Że trupy swoje wyrzezane chował.

Duch mój przede mną tam był — i mordował.

XXIII

I przestraszyłem się — bo mi z pamięci

1265

Wczora wydane rozkazy wypadły.

Katowie stali wszyscy trwogą zdjęci,

Stali bladymi przede mną widziadły[57];

Jam wrzeszczał: «Kto tu prędzej niż me chęci,

Niż myśli moje? kto srożej zajadły

1270

Na krew Swityna niż ja wpadł w pokoje?

Kto tu wypełnił jak Bóg — myśli moje?

XXIV

Duchowi memu to przypisać muszę,

Bo ziemia nie ma takich rozbójników!

Zmiękczyłyby ich te dzieciątek dusze,

1275

Ta wyspa pełna wierzb, olch i słowików;

Te sionki z cedru… które głosem ruszę…

A one pełne ech, jęków i krzyków

Swityna głosem brzmią na każdem piętrze

Jakby starego instrumentu wnętrze.

XXV

1280

Ja jeden… który do szaleństwa skłonność

Mam… wpadłem tutaj o jutrzenki świtach;

Ani sal cisza, ani belek wonność,

Ani pieśń rodu śpiewana w sufitach,

Ani mię zemsty nieudolnej płonność,

1285

Ani szatan tu, ani Bóg w błękitach

Nie zatrzymali… Nic nie ma na niebie!

Ja sam jak Pan Bóg będę sądził siebie!»

XXVI

To mówiąc kostur wraziłem okuty

W ścianę i rzekłem do moich oprawców:

1290

Tę noc na ucztę, jutro dzień pokuty

Dla mnie i dla was — zbrodni wykonawców…

Tu zamek cały błysnął na kształt huty

Ognisk czerwienią… A ja tych bladawców

Zbrodniami bladych otoczony wieńcem

1295

Siadłem — trup jasny pijaka rumieńcem.

XXVII

I ucztowaliśmy w zamku wygodnie.

Swityna własne nam służyły misy,

Stągwie, kobierce, czary i pochodnie,

I krwią cuchnące wonnych ław cyprysy.

1300

Czary nam do rąk podawały zbrodnie…

Widma… w płaszczach z krwi, z zielonymi rysy,

Stojące z boku upiory czerwone,

Wyraźne… a gdyś spojrzał wprost — zniknione.

XXVIII

A wtem przyleciał giermek zadyszany

1305

I te wyrazy z ust wyrzucił skore[58]:

«Panie! Ogromny znak jest ukazany!

Na niebie miotła płomienista gore»…

Jam zbladł: i kostur wyrwawszy ze ściany

(Sądząc, że widzę ducha albo zmorę,

1310

Która mi wróżbę nieszczęśliwą szczeka),

Na wskroś przeszyłem w pierś tego człowieka.

XXIX

A sam wybiegłem na ganek od

kryty,

Z którego widok szedł po okolicy,

Na drżące wielą gwiazdami[59] błękity,

1315

Poddane jednej, ogromnej gwiaździcy…

Ta jako wielki miecz z pochew dobyty

Karbunkuł[60] miała czerwony w głowicy;

A ten się błyskał i mienił na zarzy

Jak oko w ducha niewidzialnej twarzy.

XXX

1320

Wtenczas… w tej gwieździe oczyma usiadłem

I mocowałem się z nią jak z szatanem:

Truciznami ją serdecznymi jadłem,

Trawiłem jadów duchowych gryszpanem.

Więc czasem ona… a czasem ja bladłem.

1325

Ażem nareszcie padł… jednem kolanem

Przyklękły… dysząc… przejasnymi świty

Jak rycerz w szrankach dzidą w pierś przebity.

XXXI

I obaczyłem w gwiaździe niby znamię

Ognistsze… powiek mgnięcie i błysk oka:

1330

Wtenczas uczułem, że mi ducha łamie

Na wieki jakaś moc straszna, głęboka.

Więc obróciwszy ku ludziom przez ramię

Twarzy i palcem ognistego smoka,

Który w niebiosach wił jasnym ogonem,

1335

Wskazując, rzekłem: «Przyszła z moim zgonem

XXXII

Kometa». I tu, coraz bardziej blady

I mieszając się już, rzekłem ponuro:

«Świat zwyciężyłem! i oto są ślady,

Żem duch mający moc nad tą naturą!

1340

Gwiazdy tę gwiazdę wysłały na zwiady,

Czym żyw? czy jeszcze okryty purpurą

Czynię rzecz króla, człowieka i zboja?

Niebo się zlękło o świat. — To śmierć moja.

XXXIII

Idźcie… Już więcej nie jesteście sługi

1345

Mojej wściekłości, lecz rycerze twardzi.

Kupiłem naród krwią… i nad jej strugi

Podniosłem ducha, który śmiercią gardzi.

Niejeden sobie wieśniak wieczór długi

Umili pieśnią i tem się rozhardzi,

1350

Że będzie o swych ojcach przypominał,

Jak śmiało na śmierć szli, gdy król wyrzynał!

XXXIV

Co do mnie, jam jest bicz okropny, boży,

I będę cierpiał, co mi przeznaczono.

Za chwilę jednę otchłań się otworzy!

1355

Piorun rozerwie moje wielkie łono!

Wściekłoście… jak psy spuszczone z obroży!

Żądze jak słońca ogniste rozpłoną!

Ogromne ze mnie na wiatr pójdą cienie,

Wszechmiłość zmyta w krwi i wszechcierpienie!

XXXV

1360

Duch mój odpowie. Lecz wy jak dzieciątka,

Jak białych jagniąt jesteście gromada.

Wszystko, com czynił, szło z jednego wątka

I cały ciężar zbrodni na mnie spada.

W kurhanach tylko zostanie pamiątka

1365

I w pieśni długiej wędrownego dziada,

Żem żył. Chwasty mi porosną na grobie.

Inny was anioł rozmiłuje w sobie…

XXXVI

Ale po latach!» — Chciałem mówić więcéj[61],

Wtem się zaczęła kości targanina.

1370

Przez ołowiany kaptur sto tysięcy

Szkło iskier… topniał na mnie drut i cyna.

Chciałem zachować dumny kształt książęcy,

Lecz tak pękałem się jak w ogniu glina.

Oczy się chmurą zasłoniły czarną

1375

I duch się cały skupił w jedno ziarno.

XXXVII

Nic więcej. Straszne zaćmienie i głusza!

Na sercu ręki bożej położenie;

Docisk ostatni, pod którym się dusza

Pękała w skazy, a wzrok szedł w sumienie.

1380

Więc jako robak, co się w ogniu rusza,

Tak ona, póki w ustach było tchnienie,

Leżała na dnie swej serdecznej plamy,

Aż Bóg otworzył jej — wieczności bramy.

XXXVIII

Taki był koniec mojego żywota,

1385

Śpiewany długo w kraju przez rapsodów,

Którzy nie doszli, w czym była istota

Czynów? w czym wyższość od rzymskich herodów?

Nade mną była myśl słoneczna, złota,

Do niej moc ciemnych, okrwawionych wschodów

1390

Wiodła mię prosto w złotych celów progi.

Jam szedł jak rycerz krwawo — i bez trwogi.

XXXIX

Życie dźwięczało w każdej ducha strunie,

Moc słychać było w każdym moim kroku;

Choć być na takiej drodze? lepiej w trunie[62]!

1395

Choć z myślą taką? lepiej z włócznią w boku!

Prędzej czy później? deszcz piorunów lunie

Na orła, który słońce miał na oku;

Na mnie — żurawia z wyciągniętą szyją

W przyszłość — pioruny boże jeszcze biją…

XL

1400

Ale przeze mnie ta ojczyzna wzrosła,

Nazwiska nawet przeze mnie dostała

I pchnięciem mego skrwawionego wiosła

Dotychczas idzie: Polska — na ból — skała…

Falą ją druga nieraz z drogi zniosła

1405

I duch jej święty poszedł w kwiaty ciała

Bezwonne, martwe; lecz com ja wycisnął

Pod krwią, tem zawsze zwyciężył, gdy błysnął!

XLI

Śpijże mój kształcie pierwszy, z ducha zdjęty,

Świecący w dali jak księżyc na nowiu;

1410

Upiorny, za krew wylaną przeklęty,

W koszuli z drutów i w czepcu z ołowiu.

Klątwa na ciebie! jak na dyjamenty,

Na bazaltowe kolumny w pustkowiu

Pierwszej natury z ducha budowane,

1415

W ciemność i w chmury, i w piorun ubrane.

XLII

Lecz ja na tobie nogę postawiłem

I dalej szedłem; a jużem był boży.

Morza się cofną, góry pójdą pyłem

I świat się komet deszczami zatrwoży,

1420

Gdy duchem spełnię, co ciałem spełniłem.

Duch ukazany w pierwszej świata zorzy,

Któremu Pan Bóg swych zasłon uchyla,

A lat tysiące są jak jedna chwila.

1846.

*

Przypisy

[1]Her Armeńczyk — Obacz w Platonie pełną tajemnic ducha powieść o Herze Armeńczyku, na końcu dzieła pt. Rzeczpospolita. [przypis autorski]
[2]wid — dziś: zwid, widzenie; obraz.
[3]piołun — roślina o właściwościach leczniczych, stosowana również do wyrobu alkoholi oraz jako przyprawa; charakteryzuje ją przysłowiowo gorzki smak (por. gorzki jak piołun) i silny zapach; zażywana w postaci wywaru lub palona wykazuje lekkie działanie psychodeliczne.
[4]utroskany — dziś: zatroskany.
[5]Styks (mit. gr.) — rzeka w Hadesie, przez którą Charon przewoził umarłych.
[6]letejska woda (mit. gr.) — woda pochodząca z rzeki Lete w Hadesie; po jej wypiciu zmarli zapominali o przeszłości.
[7]Niemen — rzeka płynąca przez Białoruś, Rosję i Litwę.
[8]kędy (daw.) — gdzie.
[9]Atalanta (mit. gr.) — królewna porzucona przez ojca, który chciał mieć tylko męskich potomków; sławna łowczyni i biegaczka; niechętna małżeństwu, kandydatom na męża stawiała warunek, by ją zwyciężyli w biegach; udało się to dopiero Hippomenesowi, ponieważ Atalanta dała mu się wyprzedzić; bieg Atalanty: niezwykle szybki bieg.
[10]Orfeusz (mit. gr.) — syn boga Apollina i muzy Kalliope, uważany za twórcę orfizmu i metempsychozy, śpiewem oraz grą na lirze ujarzmiał przyrodę. Jest symbolem miłości silniejszej niż śmierć, ponieważ odważnie wszedł do Tartaru, by odzyskać swoją zmarłą żonę, nimfę Eurydykę. Oczarował wszystkich grą i śpiewem tak, że Hades zgodził się oddać mu żonę pod warunkiem, że Orfeusz nie obejrzy się za siebie, dopóki nie opuści Tartaru. Jednak przed samym wyjściem, przeczuwając, że Hades mógł go oszukać, obejrzał się i tym samym stracił Eurydykę na zawsze. Odtąd wyrzekł się kobiet i zrozpaczony tułał się po świecie.
[11]Ulisses (mit. gr.) — inaczej: Odyseusz; przebiegły król Itaki, autor pomysłu na konia trojańskiego; po wojnie trojańskiej wracał do żony, Penelopy, przez 10 lat tułając się po świecie.
[12]którąm (…) poznał — konstrukcja z ruchomą końcówką czasownika: którą poznałem.
[13]Numidia — starożytny kraj w płn. Afryce, bardzo urodzajny, zamieszkały przez koczownicze plemiona berberyjskie, zwane przez Rzymian Numidami; kraina zdobyta kolejno przez Rzymian, Wandalów i Arabów.
[14]Irys (mit. gr.) — posłanka Bogów, oznajmiała ich polecenia; potrafiła stworzyć tęczę oraz latać szybciej niż Hermes, przedstawiana ze złotymi skrzydłami i w kolorowej sukni.
[15]kobiéta — daw. forma z é (tzw. e pochylonym), tu: wymawianym jak i.
[16]truna (daw.) — trumna a. więzienie.
[17]przymiot (daw.) — zaleta; cecha pozytywna.
[18]stanieć — skrócone od: stanie ci.
[19]blachman (z niem. Blachmal: płaska plama, szumowiny na srebrze) — bielmo.
[20]kurhany — rodzaj mogiły w formie kopca.
[21]wstajcie — dziś popr. forma: wstawajcie.
[22]krainy zaświatne — zaświaty.
[23]przerażon — skrócone od: przerażony.
[24]strzępie — dziś popr. forma: strzępy.
[25]ścierw — dziś popr. forma: ścierwo.
[26]pający — dziś popr. forma: pająki.
[27]Amfitryta (mit. gr.) — żona Posejdona, wraz z nim sprawowała władzę nad morzami; bogini uosabiająca piękno morza.
[28]scheda — całość lub część dziedziczonego majątku.
[29]Andromeda (mit. gr.) — królewna etiopska poświęcona w ofierze dla przebłagania Posejdona zagniewanego na jej matkę (która pyszniła się, że jest piękniejsza od Nereid), została przykuta do skały i pozostawiona na pożarcie Ketosa, potwora morskiego; w ostatniej chwili uratował Andromedę Perseusz, zabijając potwora.
[30]Sybilla (mit. gr.; mit. rzym.) — wieszczka przepowiadająca przyszłość.
[31]winować (daw., gw.) — winić; obarczać winą.
[32]Diana (mit. rzym.) — bogini płodności, przyrody, łowów, księżyca; początkowo czczona w gajach.
[33]świéca — daw. forma z é (tzw. e pochylonym), tu: wymawianym jak i.
[34]uraganny — dzis: huraganowy.
[35]barbarzyniec — dziś popr.: barbarzyńca.
[36]grenada — owoc granatu.
[37]porównywałem dwie głów — dziś popr. składnia: porównywałem dwie głowy.
[38]Kiejzar (z łac. i niem.) — Kajzer, cesarz; władca.
[39]obzierać się — oglądać się.
[40]zbójce — dziś popr. forma: zbójcy.
[41]roztruchan — kielich.
[42]niewód — rodzaj sieci do połowu ryb.
[43]miesiąc (daw.) — księżyc.
[44]świéce — daw. forma z é (tzw. e pochylonym), tu: wymawianym jak i.
[45]roki — coroczne sądy.
[46]ukowany — ukuty, wykuty.
[47]natchnięty — dziś popr.: natchniony.
[48]świécy — daw. forma z é (tzw. e pochylonym), tu: wymawianym jak i.
[49]boleśniéj — daw. forma z é (tzw. e pochylonym), tu: wymawianym jak i.
[50]omamion — skrócone od: omamiony.
[51]niéj — daw. forma z é (tzw. e pochylonym), tu: wymawianym jak i.
[52]rapsody — dziś popr. forma: rapsodowie.
[53]dziécię — daw. forma z é (tzw. e pochylonym), tu: wymawianym jak i.
[54]wykować — wykuć.
[55]oświecon — skrócone od: oświecony.
[56]kobiéta — daw. forma z é (tzw. e pochylonym), tu: wymawianym jak i.
[57]widziadły — dziś popr. forma (N.lm): widziadłami.
[58]skory — szybki.
[59]wielą gwiazdami — dziś: wieloma gwiazdami.
[60]karbunkuł (daw.) — kamień szlachetny, rubin lub granat.
[61]więcéj — daw. forma z é (tzw. e pochylonym), tu: wymawianym jak y.
[62]truna — trumna a. więzienie.

Wileńska Góra Trzykrzyska, Sanktuarium Alków-Kauków Trójgłowych , prawdopodobnie Białobogi

Posted in Starosłowiańska Świątynia Światła Świata, Wiara Przyrody by bialczynski on 14 Grudzień 2014

gora-trzech-krzyzyGóra Trzykrzyska[1] (lit. Trijų kryžių kalnas) – wzgórze w Wilnie, na prawym brzegu Wilejki, dawniej zwana Łysą lub Krzywą. Na górze stoi pomnik – trzy białe krzyże.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Według legendy na Górze Łysej za czasów Olgierda umęczono siedmiu franciszkanów. Czterech strącono do Wilejki, zaś trzy Krzyże z ciałami męczenników ustawiono na górze.

i86_MariukasM_flickr

Dla upamiętnienia ich męczeństwa wileńscy franciszkanie – jak podaje Kosman – między rokiem 1613 a 1636 wznieśli na Łysej Górze trzy drewniane krzyże. W 1740 r. zmurszałe krzyże zamieniono na nowe, które przetrwały do 1869 r.; gdy ze starości zawaliły się, władze rosyjskie nie pozwoliły ich odbudować. Dopiero w 1916 r. podczas okupacji niemieckiej, z inicjatywy księdza prałata Kazimierza Michalkiewicza zebrano fundusze i postawiono krzyże betonowe według projektu Antoniego Wiwulskiego.

i87_Robkinis_efoto

Legenda o męczeństwie franciszkanów nie znalazła potwierdzenia w źródłach historycznych. W 1927 r. wileński historyk Kazimierz Hodyniecki wydał pracę „Legenda o męczeństwie 14 franciszkanów w Wilnie”, w której dowiódł, że zarówno franciszkańscy jak i rzekomi prawosławni męczennicy są postaciami legendarnymi.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Trzy krzyże przetrwały do 30 maja 1950 r., kiedy zostały wysadzone w powietrze[2]. Część ruin wywieziono, większe fragmenty zakopano.

W 1989 r. społeczeństwo Litwy postanowiło odbudować krzyże jako pomnik ofiar stalinizmu na Litwie. Odbudowany w ciągu 14 dni pomnik Trzech Krzyży odsłonięto 14 czerwca 1989 r.[3], a poświęcił go kardynał Vincentas Sladkevičius. Część odkopanych resztek dawnych krzyży zamurowano w fundamentach, część widoczna jest poniżej pomnika. Nowe krzyże są takie same jak pomnik Wiwulskiego, tylko o 1,8 m wyższe.

 

i86_Laimonas_Ciunys_efotoObecnie Góra Trzech Krzyży znajduje się w obrębie parku Górnego (Kalnų Parkas).

trzy-krzyze-widok1

I znów mamy kolejną Górę Trzech krzyży zlokalizowaną w Rzeczpospolitej, której podobnie jak tej w Kazimierzu nad Wisłą próbowano przypisać katolicką legendę o męczennikach. Okazało się to wierutną bzdurą po różnorakich badaniach naukowych. 

i87_Tomas_efoto

Jak więc można wyjaśnić nazwę nadaną wzgórzu w okresie Kontrreformacji formowanym pod wpływem palących nieprawomyślne księgi Jezuitów i oznakowaną przez nich wtedy trzema drewnianymi krzyżami? Ano tak samo jak w Kazimierzu mamy tutaj do czynienia z typowym kopcowatym wzniesieniem obrzędowym Przyrodzonej Wiary Słowiańskiej poświęconym najpewniej Trzygłowemu bóstwu czyli Alci Demos – Kaukowi-Alkowi Trójgłowemu.

548526Stara lipa i inne lipy widoczne na zdjęciach z lat 20-stych XX wieku na tym typowo kultowym wzgórzu, potwierdza dbałość Strażników Wiary przyrodzonej Słowian i Istów o to miejsce, jak również potwierdza przypisany mu żeński charakter czczonego tutaj bóstwa.

502093

Tutaj była to najpewniej Białoboga, zwana też i notowana bardziej powszechnie pod mianem Belbuka, czyli Białej Bogini – Wielkiej Bogini. Może to i nie jest prawda do naukowego udowodnienia, ale ja sądzę że samo Wilno, to znaczy powstanie tutaj świętego miejsca, kapiszty bądź kąciny, a może nawet zbrojnego obwaru kultury łużyckiej (około 3500 lat temu, kultury bez wątpienia w świetle badań genetyków Skołocko-Istyjsko-Słowiańskiej) i rozpalenie świętego ognia oraz założenie gaju nad Wilią, należy wiązać z tradycją Mazonek (Amazonek Północy).

519864

Można je wiązać także z obecnością plemion słowiańskiego Ludu Nurów, uznawanego przez Herodota za Wilkołaczy co znaczy po prostu Biały i Wielki (wołk, welgs, walim – wielki, biały). Należy to także wiązać w czasie z ustanowieniem Znicza dla Peruna, na Szawlej Górze Perkunasa oraz Znicza Światła Świata – poświęconego Świętowitowi, na Szwintorogu.  

 

519863

519862

 

4980

W Zdrowym Ciele Zdrowy Duch – KRACZUN – Przesilenie Grudniowe! Wolna Ludzkość – Wolna Polska: O duchowości, polityce i kooperatywach spożywczych (ekologia w parze z ekonomią)!


W ciągu 25 lat działania w Polsce tzw. „demokracji parlamentarnej” i systemu gospodarczego zwanego kapitalizmem,  jedyne co osiągnęliśmy to stworzenie państwa nieprzyjaznego jego obywatelom, a więc z punktu widzenia logiki po prostu „niepotrzebnego”.

Banda Politykierów, która dosiadła Polskiego Sejmu 25 lat temu na mocy fałszywki Okrągłego Stołu i ujeżdża go nieustannie, jak przysłowiową  „łysą kobyłę”, kompletnie wypaczyła i zdeformowała nie tylko ideę Rewolucji 1980 roku, ale w ogóle zasady współżycia społecznego.

Z posiadanych za czasów PRL dóbr społecznych oraz tych, o których poszanowanie robotnicy i intelektualiści polscy apelowali w słynnych „21 Postulatach Gdańskich” Solidarności, takich jak:

– bezpłatne usługi medyczne powszechnie dostępne,

 – bezpłatny i powszechny dostęp do nauki i wykształcenia,

 – system wytwórczy w gospodarce tworzący dobra użyteczne i miejsca pracy gwarantujące każdemu obywatelowi bezpieczeństwo i pełny udział w życiu społecznym i kulturalnym,

– powszechnie dostępna zdrowa żywność, w dostatecznej ilości w obrocie towarowym, oparta na tradycyjnym rolnictwie polskim i jego starych, zdrowych recepturach,

– bezpieczeństwo emerytalne i ubezpieczeniowe ludzi wyeksploatowanych długoletnią pracą (starych, chorych przewlekle i niepełnosprawnych)

– stworzenie systemu powszechnie dostępnego budownictwa mieszkaniowego i warunków dla rozwoju rodziny

– stworzenie pola publicznego do wolności myśli i wypowiedzi

doszliśmy do przeciwieństw i zaprzeczeń tychże osiągnięć i postulatów w każdej możliwej dziedzinie życia w Polsce.

Na przykład PRL-owski system opieki medycznej, działał z zachowaniem elementarnej odpowiedzialności lekarzy za wyniki terapii. Obecnie zaś doszliśmy do systemu niewydolnego, do zaprzeczenia idei lecznictwa w ogóle. Podobne wnioski jak w opisie tzw. „postępu” w medycynie można wyciągnąć dosłownie we wszystkich dziedzinach wspólnoty zwanej Państwem Polskim.

Żyjemy w państwie policyjnym, w którym manipulacja i propaganda w miejsce rzetelności i informacji stały się narzędziami społecznego i politycznego zniewolenia obywateli. Państwo zamiast stać się OBYWATELSKIE , co leżało u podłoża rewolucji Sierpnia 1980 roku, stało się państwem wąskiej elity.

Jak na tzw Zachodzie Europy rządzi „technokracja”, tak w Polsce 2014 roku, w której technologia i wszelka działalność na polu nauki znajduje się w ciężkim kryzysie i zaniku, rządzi  banda „pasożytów” i „pośredników”, którzy nie tworzą żadnych dóbr, a jedynie wysysają soki z obywateli i producentów.

Rządzi Polakami Biurokracja i Grupa Politykierów, których nadrzędnym celem jest urządzenie sobie i swoim rodzinom wygodnego życia kosztem innych, albo osiągniecie tzw „kariery europejskiej” , czyli zaprzedanie się Europejskiemu i Światowemu Diabelstwu – Banksteryzmowi. Owi Biurokraci i Politykierzy tworzą w Polsce  jawnie anty-obywatelskie struktury i system policyjny, który ma zniewolić Polaków czyniąc z nich niewolników pracujących dla Systemu Pan – Niewolnik do upadłego, aż do przedwczesnej śmierci z wyeksploatowania.

Przypomina to żywcem Średniowiecze, razem z jego feudalnym niewolnictwem chłopstwa. W tę niewolniczą klasę zamieniono DZISIAJ 99% społeczeństwa, a 1% stał się Właścicielami Niewolników.

Nic dziwnego zatem, że Społeczeństwo, zepchnięte tymi manipulacjami zadowolonych z siebie Sprzedawczyków Polski, Siewców Niezgody i Zamętu, Kreatorów Podziałów Wewnętrznych, Piewców Kłamstwa, Geszefciarzy i Reklamiarzy Cudzych Interesów w naszym kraju, znalazłszy się na krawędzi życia i śmierci, w tak niebezpiecznym dla zdrowia i życia „środowisku” organizuje się w obronne struktury. Niestety w orbicie tychże Środowisk Niewolących Obywateli znajduje się także dotychczasowa ostoja duchowa Polaków -Kościół Katolicki. Kościół wprost wspiera tenże „porządek”! Przykładem może być popieranie przez Kartel Watykański bestialstwa pod nazwą „rytualnego uboju zwierząt”, czy popieranie przez polski kler  idei „posłuszeństwa” tzw. „państwu prawa”, czyli obojętność Kościoła wobec ewidentnego bezprawia szerzącego się w Polsce¹.

Zbliża się 24 grudnia, Dzień Przesilenia, kiedy Siły Ciemności stracą oparcie dla ofensywy, jaką obserwujemy na różnych polach od 20 czerwca, ze szczególnym nasileniem w drugiej połowie 2014 roku . Atakowi Sił Ciemności poddana została cała Słowiańska Rodzina Narodów.Także Brać Zrzeszenia Słowian w Polsce.

Wszyscy, którzy mieli i mają być może jeszcze, nadzieję na wrogie przejęcie duchowego i fizycznego zarządu Zrzeszenia Słowian, przeżyją wielkie rozczarowanie.

Nigdy nie dopuścimy do wypaczenia idei Wolnych Ludzi i idei Wolnej Słowiańszczyzny oraz Wolnej Polski, również wolnej od pasożytów mentalnych i pośredników duchowych w samym Zrzeszeniu Słowian, czy w naszych mediach; telewizjach, portalach, czasopismach lub wydawnictwach. Tego rodzaju próby zawładnięcia bądź podzielenia naszego środowiska i naszych organizacji pozostaną na zawsze bezowocne. Selekcja jest samoistna, gdyż jest dziełem Wielkiej Zmiany i Świadomości Nieskończonej. Jest doskonała. Żadne siły nie mają takiej mocy aby ten proces zakłócić lub zniekształcić! Z tej ciężkiej próby wychodzimy, jak zawsze, zwycięsko, a więc jeszcze mocniejsi niż byliśmy!

Zgodnie z Naszą Słowiańską Duchowością i Tradycją Dziejową, do wszystkich Zabłąkanych w Ciemnościach (także Lemingów), a nawet do Głodnych Duchów (także Guiltów i Yetisynów), wyciągamy rękę, po to by mieli szansę Zrozumieć i po to, aby dać im szansę na Wspólną Drogę. To ostatnia szansa.

Dla Słowian Grudniowe Przesilenie Duchowe i Materialne to był i jest, KRACZUN – Święto Narodzin Światła Świata.

W tym skrócie, w znaku symbolicznym, w SŁOWIE KRACZUN, zawarto esencję naszej słowiańskiej mentalności i chwili, jaka ma miejsce w Przyrodzie  i Kosmosie: Ku-RA-Czyń! Ku RAkowi Czyn!

A więc ruszajcie mentalnie Moi Drodzy w to Wielkie Święto Przyrody, w Narodziny Światła Świata, KU RA – KU ŚWIATŁU Świata! Ku zwycięstwu nad wszelkimi Siłami Ciemności i destrukcji, jakie nas w naszym kraju osaczają! Niech nadchodzący Święty Czas natchnie Naszego Ducha i Nasze Ciała CZYNEM, Mocą Wielkiej Zmiany Polski na Lepsze!

Artykuł poniżej pochodzi z portalu Fundacji Wolna Ludzkość, a przedrukowujemy go, bo stanowi praktyczną wskazówkę do zakładania kooperatyw, jak i odsyła na portale już istniejących kooperatyw spożywczych, czyli realizuje w praktyce naszą (Wolnych Ludzi) ideę SPÓŁDZIELCZOŚCI, która nie jest teorią, ale  NATYCHMIASTOWYM SKUTECZNYM DZIAŁANIEM OBRONNYM SPOŁECZEŃSTWA: tutaj

Zgodnie z jakże prawdziwym porzekadłem naszych Słowiańskich Przodków Zdrowy Duch może działać jedynie w Zdrowym Ciele.

 

¹ Artykuł został napisany kilka miesięcy temu, zaplanowano go 3 miesiące temu na12 grudnia i opublikowano go 12 grudnia o godzinie 11.58. W kilka chwil później 5 biskupów Kościoła Katolickiego, którzy znajdowali się w Komitecie Honorowym zaplanowanego na 13 grudnia 2014 Marszu  Pamięci Stanu Wojennego oraz w obronie demokracji w Polsce (przeciw aresztowaniom dziennikarzy i wypaczaniu wyborów powszechnych), organizowanego przez PIS, wycofało swoje poparcie dla tego marszu, w imię „jedności Polaków”. Jedności Niewolników i Rządzących nimi Właścicieli Niewolników???

SSSSS s-1553

ANNA FELSKOWSKA  Ekologia w parze z ekonomią

Uprawianie żywności wydaje się być dzisiaj najbardziej radykalną i jedyną efektywną formą zmiany świata. Samowystarczalność żywieniowa uniezależnia bowiem od korporacji. Sadząc i zbierając, będąc w kontakcie z Naturą, zmieniamy przede wszystkim siebie, jednocześnie zapewniając innym istotom bioróżnorodność oraz przestrzeń do życia. W wielu miejscach powstają inicjatywy dążące do takiej żywieniowej samowystarczalności.

 

Rodziny prowadzące gospodarstwa, małe społeczności, wioski, regiony, a czasem całe kraje podążają w tym określonym kierunku. Przykładem mogą być choćby Kuba i Wenezuela, które dokonały swoistej rewolucji poprzez powrót do rolnictwa tradycyjnego. Powstają ogrody w miastach (tzw. urban gardening): przy szkołach, na trawnikach, przed urzędami, czy na zaniedbanych skwerach. Niekiedy w warzywne ogrody zamieniają się całe osady (np. Todmorden w Wielkiej Brytanii). Nie wszyscy mają jednak taką możliwość. Tym, którzy sami nie uprawiają ziemi, pozostaje nawiązać kontakt z lokalnymi rolnikami.

Polacy nie zostają w tyle. Szerokie grono osób zamiast ceną i wyglądem, kieruje się lokalnym pochodzeniem i gwarancją naturalności produktów. Kupując warzywa, olej czy miód bezpośrednio od rolnika możemy mieć pewność, że są świeże i nie dojrzewały w samochodzie jadącym tysiące kilometrów. Niewielkie odległości pozwalają zmniejszyć zużycie energii i paliwa, co wpływa na koszty, jak i służy środowisku. Ponadto, konsument ma szansę poznać producenta swojej żywności i wesprzeć konkretnego człowieka zamiast ponadnarodowe korporacje. Ma także gwarancję, że nie kupuje żywności genetycznie modyfikowanej, która jak wiadomo, powoduje choroby, w tym – alergie, raka, i prowadzi do skażenia środowiska. Korzystnym rozwiązaniem dla dużych polskich miast są właśnie powstające Kooperatywy Spożywcze.

Kooperatywa jest obywatelską inicjatywą konsumentów o nieformalnym i niehierarchicznym charakterze, której celem jest przede wszystkim stworzenie, choćby na skalę lokalną, alternatywy wobec kapitalistycznego systemu dystrybucji żywności. Najprościej mówiąc, to otwarte i dobrowolne zrzeszenie osób, które dokonują kolektywnych zakupów spożywczych – głównie warzyw i owoców – oraz innych (niespożywczych) produktów ekologicznych. Istota kooperatywy spożywczej sprowadza się więc do kupna towarów bezpośrednio od producentów. Pominięcie łańcucha narzucających swą marżę pośredników prowadzi do konkretnych oszczędności finansowych (nieraz 50-70 % ceny jaką zapłacilibyśmy w detalicznym sklepie spożywczym). W cenę zakupów wlicza się oczywiście koszt transportu oraz 10 % na tzw. fundusz gromadzki, a pomimo tego finalny odbiorca oszczędza przeciętnie ok. 20 % ceny sklepowej.

Wielką zaletą jest możliwość wpływu na jakość produkcji rolnej. Wykluczając pośredników w nabywaniu żywności kooperatywa kreuje możliwość bezpośredniego kontaktu z rolnikami. Tworzy się więc ludzka więź pomiędzy nabywcą a sprzedającym. Z czasem powstaje cała sieć producentów rolnych, a dzięki bezpośredniej współpracy, kupujący uzyskuje wpływ na sposób produkcji i jakość żywności oraz jest w stanie utrzymywać stosunkowo niskie ceny. Uczestnikom kooperatyw zależy bowiem na budowaniu z producentami bliskich relacji, opartych na wzajemnym poszanowaniu, dialogu i sprawiedliwym handlu. Kupując warzywa i owoce na targu kooperatyści kierują się najpierw do indywidualnych hodowców, dopiero w ostateczności do lokalnych mini-pośredników składujących swe towary w halach targowych. Docelowo każda kooperatywa dąży do współpracy z rolnikami. Szczególnie uprzywilejowane są oczywiście gospodarstwa organiczne, niestosujące nawozów sztucznych ani modyfikacji genetycznych. Członkowie kooperatyw słusznie wspierają regionalnych wytwórców żywności, poszukują rolników chętnych do współpracy, którzy już produkują lub są zainteresowani produkcją eko-żywności oraz innych źródeł zakupu produktów ekologicznych (sklepy, e-sklepy itp.).

Efektywność zakupów oraz udział sprawdzonej pod kątem ekologicznym i zdrowotnym żywności są wprost proporcjonalne do ilości osób zaangażowanych w finanse i wielkość ich wkładu. Im większy „kapitał założycielski” przed rozpoczęciem działalności (kaucja członkowska wynosi ok. 20-30 zł od osoby), tym większy tzw. „zwrot od zakupów” otrzymuje kooperatywa na późniejsze potrzeby. Kupno i sprzedaż towaru odbywa się wyłącznie za gotówkę, co może stanowić pewną niewygodę, ale ogromną rekompensatą jest stabilność dostaw i płynność finansowa kooperatywy. W przeciwnym wypadku każda kredytowana sprzedaż groziłaby uzależnieniem od kolejnych kredytów, a w konsekwencji – widmem bankructwa. Kooperatywę spożywczą może założyć każdy, wystarczy kilka zaangażowanych osób. Konieczny jest środek transportu, a także miejsce, gdzie uczestnicy będą się spotykać, aby odebrać towar, rozliczyć się i porozmawiać. System składania zamówień bywa różny, jednak najczęściej odbywa się to po uprzedniej rejestracji w internetowym systemie zamówień. Do sfinansowania zakupów służą wcześniej zebrane pieniądze, dlatego tak ważne jest funkcjonowanie tzw. funduszu gromadzkiego – który przeznaczany jest na działalność, rozwój, cele edukacyjne i kulturalne.

Kooperatywy umożliwiają zaistnienie licznych inicjatyw o tematyce ekologicznej. Organizowane są warsztaty np. z eko-gotowania, projekcje filmów o tematyce ekologicznej oraz dyskusje, których celem jest wzajemna eko-edukacja, zakupy urządzeń umożliwiających produkcję zdrowej żywności we własnym zakresie (np. młynek do mielenia ziaren, prasa do tłoczenia oleju). Wielką zaletą tego typu inicjatyw jest integrowanie zaangażowanych w nią osób, wzajemna pomoc i tworzenie trwałych więzi społecznych. Kooperatywa uczy jak wspólnie działać, jak podejmować decyzje i jak organizować. Zebrania przy ważeniu i odbiorze żywności to nie tylko kupiecka formalność odbioru towaru, lecz scalające społeczność spotkania ze wspólną degustacją, podczas których uczestnicy wymieniają się doświadczeniami i spostrzeżeniami. Fundusz gromadzki służy dodatkowo do realizacji celów socjalnych oraz wspieraniu działań na rzecz sprawiedliwości społecznej. Warszawska Kooperatywa Spożywcza oprócz zakupów organizuje dodatkowo spotkania Klubu Dyskusyjnego WKS, a także urodziny kooperatywy, na których propagowane są polityczne idee. Gdańska Kooperatywa Spożywcza ostatnio zorganizowała prezentację filmu dotyczącego zaangażowania Palestyńczyków w kooperatywy spożywcze, spółdzielcze markety oraz inne oddolne inicjatywy.

Aspekt społeczny ma więc tutaj zasadnicze znaczenie. W działalności kooperatystów widać zainspirowanie myślą polityczną Edwarda Abramowskiego – ojca polskiego kooperatyzmu. Abramowski odrzucał wszechwładzę państwa i postulował budowę „Rzeczpospolitej Kooperatywnej” opartej na aktywności obywateli zrzeszonych w związki, stowarzyszenia i kooperatywy. Postrzegał kooperatywy jako sposób na zmianę społeczną i walkę z niesprawiedliwościami kapitalizmu od strony konsumpcji i zbytu towarów (Dla zainteresowanych link do książki E. Abramowskiego pt. Braterstwo, solidarność, współdziałanie – http://soo.org.pl/doc/e-book/abramowski-braterstwo-solidarnosc-wspoldzialanie.pdf). Członkowie powstałych spółdzielni mają nadzieję, że swoimi działaniami będą w stanie zmieniać rzeczywistość, gdyż świat ludzki nie jest ostatecznie ukształtowany i od twórczego wysiłku obywateli w dalszym ciągu może wiele zależeć.

Kooperatywy istnieją już w większych miastach w Polsce, między innymi w Warszawie, Łodzi, Krakowie, Poznaniu, Lublinie. Toruniu i Gdańsku. Prekursorami byli działacze z Warszawy, którzy jako pierwsi w Polsce w 2010 roku zdecydowali się na założenie spółdzielni, a później współuczestniczyli (udostępniając internetowy system zamówień oraz dzieląc się doświadczeniami) w powstawaniu innych grup. Warszawscy aktywiści w różnych miastach organizowali spotkania rozpowszechniające ideę kooperatywizmu, co w efekcie zaowocowało powstaniem kolejnych punktów np. w Poznaniu, Krakowie. 14 – 15 kwietnia 2012 roku w Warszawie podczas I Zjazdu Kooperatyw Spożywczych członkowie z całego kraju mieli okazje spotkać się i wymienić doświadczeniami. Ciekawe były okoliczności zawiązania Gdańskiej Kooperatywy. Działo się to 25 maja, w dniu ogólnopolskiego dnia protestów związkowych przeciwko drożyźnie i przerzucaniu kosztów kryzysu na społeczeństwo. Dla założycieli taki przypadkowy zbieg okoliczności okazał się jak najbardziej pasujący do kontekstu – by równolegle do słusznych protestów stworzyć alternatywę wobec nieefektywnego modelu gospodarki.

Gdyby kooperatywy stały się z czasem zjawiskiem masowym w Polsce (dla porównania w krajach skandynawskich tworzą 1/3 udziału w rynku spożywczym), mogłyby dostarczyć choćby częściowej recepty na trend spadku stopy wydatków polskich gospodarstw domowych na żywność. Biorąc pod uwagę przewidywane podwojenie cen żywności na światowych rynkach, do których w Polsce dokłada się jeszcze wzrost kosztów utrzymania wynikający z drastycznego wzrostu VAT, tendencja ta prawdopodobnie może się nasilać. Sieć kooperatyw – najlepiej w każdym mieście, a nawet dzielnicy – opartych na ścisłej współpracy z rolnikami stworzy potężną siatkę bezpośredniej współpracy między producentami i konsumentami. Wzorem jest tzw. CSA – (community supproted agriculture, czyli rolnictwo wspierane przez społeczność) – w którym ścisła współpraca z gospodarstwem polega na tym, że konsumenci dzielą z rolnikami odpowiedzialność za zbiory – płacą za żywność z wyprzedzeniem, niezależnie od tego, czy zbiory w danym roku będą udane, czy nie, oraz pomagają w pracy na roli (np. w czasie żniw).

Powstające platformy internetowe umożliwiające konsumentom dotarcie bezpośrednio do producenta żywności również jawią się jako niezwykle pożyteczne. Znajdź zdrową żywność w swojej okolicy! to projekt, który przy pomocy strony Polak potrafi zyskał duże poparcie i zebrał sumę niezbędną do stworzenia portalu o lokalnych produktach. Portal promuje lokalne źródła żywności, handmade oraz wymianę barterową. To prosty i wygodny sposób wyszukiwania produktów lub usług dostępnych w najbliższej okolicy. Inna strona, Lokalna Żywność, przedstawia się jako baza producentów miejscowych produktów spożywczych (tradycyjnych, regionalnych, świeżych, sezonowych, ze znanego źródła, a przede wszystkim zdrowych). Wybierając lokalnie, wspieramy bowiem zrównoważony rozwój regionu integrując lokalne rolnictwo, przetwórstwo, dystrybucję i konsumpcję. To autentyczny wpływ na najbliższe środowisko, wzrost ekonomiczny i zdrowie społeczności lokalnej. Filozofia lokalnej żywności nie wspomina nic o atestach – wszystko tutaj opiera się na wzajemnym zaufaniu, natomiast oceny wiarygodności dostawcy dokonują sami konsumenci. Oferowanie lokalnych produktów przyczynia się jednoznacznie do spójności społecznej, krzewi poczucie wspólnoty oraz zachęca do zachowań przyjaznych środowisku naturalnemu. Zgodnie z filozofią ruchu Slow Food, dotyczącą społeczności zrównoważonej żywności (Sustainable Food Communities), konsumenci mają podstawowe prawo do żywności lokalnie produkowanej, smacznej i zdrowej. Slow Food zakłada, że społeczności powinny łączyć się w globalną sieć, ponieważ łatwy i szybki dostęp do świeżych produktów wspomaga zróżnicowane odżywianie i zachowanie wszystkich walorów organicznych produktów żywnościowych (które zmniejszają się w systemach długoterminowej konserwacji), a co za tym idzie – przyczynia się do poprawy zdrowia publicznego.

Fundacja Wolna Ludzkość została powołana do istnienia, aby w tych niejednoznacznych czasach wskazywać na to, co jest ważne z punktu widzenia zdrowia i świadomości człowieka, a także by stać się praktycznym narzędziem realizacji marzeń dotyczących przyszłości. Fundacja WL ma na celu łączenie jednostek i środowisk, w których budzi się świadomość faktu, że każdy z nas jest nie tylko konsumentem, ale przede wszystkim aktywnym współtwórcą rzeczywistości. Tym samym zwraca uwagę na fakt, że życie na kredyt w zabetonowanych pustyniach, skoncentrowane wokół pracy, która prócz pieniędzy nie przynosi ani rzeczywistej satysfakcji, ani zadowolenia, nie jest jedynym możliwym sposobem na życie. Wspólnymi siłami realizując swoje założenia stworzyła portal WOLNY HANDEL (http://www.wolnyhandel.org/index.html), gdzie oprócz zdrowej żywności odbywa się wymiana także innych najwyższej jakości produktów.Z portalu mogą korzystać wszyscy, jednak sprzedaż jest udostępniania jedynie tym, którzy zostali poleceni, ponieważ produkty dostępne na portalu WOLNY HANDEL charakteryzują się najlepszą jakością zgodnie z sumieniem każdego z użytkowników. Zachęcamy małe gospodarstwa ekologiczne (i nie tylko) do kontaktu na adres fundacja@wolnaludzkosc.pl z propozycjami i ofertami. Razem budujmy świat, w którym każdy będzie miał szansę jeść zdrowo i żyć w zgodzie z naturą.

Zaangażowanie obywateli w kooperatywy wciąż rośnie. Na naszych oczach powstaje niespotykany dotąd pod względem celów i działań ruch społeczny, który powoduje zacieśnienie więzów w grupie osób, których łączą wspólne idee i wartości. Działania kooperatystów wzbudziły zainteresowanie mediów i tym samym przyczyniły się do tego, że o kooperatyzmie zaczyna się coraz częściej i głośniej mówić. Od nas zależy, czy idea ta rozwinie się, i czy za jakiś czas w każdym polskim mieście będzie działała prężna kooperatywa spożywcza.

Kooperatywy spożywcze w Polsce:

Kraków: wawelskakooperatywa.wordpress.com/
Poznań: www.pokospokoo.blogspot.com/
Gdańsk: www.kooperatywa-gdansk.pl/
Warszawa: kooperatywy.pl/
Białystok: www.facebook.com/kooperatywa.wspolpracownia
Łódź: lodz.kooperatywy.pl/
Lublin: lubelskakooperatywa.wordpress.com/
Opole: kooperatywa.opole.pl/
Podlasie: www.vivateco.pl/kooperatywa-nie-tylko-spozywcza/

Autor: Anna Felskòwskô

Źródła:

http://www.facebook.com/wolnaludzkosc/posts/512886112068053

http://www.facebook.com/photo.php?fbid=528415570525308&set=a.357899687576898.89646.356585197708347&type=1&ref=nf

http://lubelskakooperatywa.wordpress.com/

http://myobywatele.org/baza-wiedzy/inspiracje/kooperatywy-przeciwko-systemowi/?fb_action_ids=396530830432501&fb_action_types=og.likes&fb_ref=AL2FB&fb_source=aggregation&fb_aggregation_id=246965925417366

http://www.vivateco.pl/kooperatywa-nie-tylko-spozywcza/

http://www.goryizerskie.pl/?file=art&art_id=1006

http://wiemycozjemy.pl/wspolne-zakupy.html

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 936 obserwujących.