białczyński

W Zdrowym Ciele Zdrowy Duch – KRACZUN – Przesilenie Grudniowe! Wolna Ludzkość – Wolna Polska: O duchowości, polityce i kooperatywach spożywczych (ekologia w parze z ekonomią)!


W ciągu 25 lat działania w Polsce tzw. „demokracji parlamentarnej” i systemu gospodarczego zwanego kapitalizmem,  jedyne co osiągnęliśmy to stworzenie państwa nieprzyjaznego jego obywatelom, a więc z punktu widzenia logiki po prostu „niepotrzebnego”.

Banda Politykierów, która dosiadła Polskiego Sejmu 25 lat temu na mocy fałszywki Okrągłego Stołu i ujeżdża go nieustannie, jak przysłowiową  „łysą kobyłę”, kompletnie wypaczyła i zdeformowała nie tylko ideę Rewolucji 1980 roku, ale w ogóle zasady współżycia społecznego.

Z posiadanych za czasów PRL dóbr społecznych oraz tych, o których poszanowanie robotnicy i intelektualiści polscy apelowali w słynnych „21 Postulatach Gdańskich” Solidarności, takich jak:

– bezpłatne usługi medyczne powszechnie dostępne,

 – bezpłatny i powszechny dostęp do nauki i wykształcenia,

 – system wytwórczy w gospodarce tworzący dobra użyteczne i miejsca pracy gwarantujące każdemu obywatelowi bezpieczeństwo i pełny udział w życiu społecznym i kulturalnym,

– powszechnie dostępna zdrowa żywność, w dostatecznej ilości w obrocie towarowym, oparta na tradycyjnym rolnictwie polskim i jego starych, zdrowych recepturach,

– bezpieczeństwo emerytalne i ubezpieczeniowe ludzi wyeksploatowanych długoletnią pracą (starych, chorych przewlekle i niepełnosprawnych)

– stworzenie systemu powszechnie dostępnego budownictwa mieszkaniowego i warunków dla rozwoju rodziny

– stworzenie pola publicznego do wolności myśli i wypowiedzi

doszliśmy do przeciwieństw i zaprzeczeń tychże osiągnięć i postulatów w każdej możliwej dziedzinie życia w Polsce.

Na przykład PRL-owski system opieki medycznej, działał z zachowaniem elementarnej odpowiedzialności lekarzy za wyniki terapii. Obecnie zaś doszliśmy do systemu niewydolnego, do zaprzeczenia idei lecznictwa w ogóle. Podobne wnioski jak w opisie tzw. „postępu” w medycynie można wyciągnąć dosłownie we wszystkich dziedzinach wspólnoty zwanej Państwem Polskim.

Żyjemy w państwie policyjnym, w którym manipulacja i propaganda w miejsce rzetelności i informacji stały się narzędziami społecznego i politycznego zniewolenia obywateli. Państwo zamiast stać się OBYWATELSKIE , co leżało u podłoża rewolucji Sierpnia 1980 roku, stało się państwem wąskiej elity.

Jak na tzw Zachodzie Europy rządzi „technokracja”, tak w Polsce 2014 roku, w której technologia i wszelka działalność na polu nauki znajduje się w ciężkim kryzysie i zaniku, rządzi  banda „pasożytów” i „pośredników”, którzy nie tworzą żadnych dóbr, a jedynie wysysają soki z obywateli i producentów.

Rządzi Polakami Biurokracja i Grupa Politykierów, których nadrzędnym celem jest urządzenie sobie i swoim rodzinom wygodnego życia kosztem innych, albo osiągniecie tzw „kariery europejskiej” , czyli zaprzedanie się Europejskiemu i Światowemu Diabelstwu – Banksteryzmowi. Owi Biurokraci i Politykierzy tworzą w Polsce  jawnie anty-obywatelskie struktury i system policyjny, który ma zniewolić Polaków czyniąc z nich niewolników pracujących dla Systemu Pan – Niewolnik do upadłego, aż do przedwczesnej śmierci z wyeksploatowania.

Przypomina to żywcem Średniowiecze, razem z jego feudalnym niewolnictwem chłopstwa. W tę niewolniczą klasę zamieniono DZISIAJ 99% społeczeństwa, a 1% stał się Właścicielami Niewolników.

Nic dziwnego zatem, że Społeczeństwo, zepchnięte tymi manipulacjami zadowolonych z siebie Sprzedawczyków Polski, Siewców Niezgody i Zamętu, Kreatorów Podziałów Wewnętrznych, Piewców Kłamstwa, Geszefciarzy i Reklamiarzy Cudzych Interesów w naszym kraju, znalazłszy się na krawędzi życia i śmierci, w tak niebezpiecznym dla zdrowia i życia „środowisku” organizuje się w obronne struktury. Niestety w orbicie tychże Środowisk Niewolących Obywateli znajduje się także dotychczasowa ostoja duchowa Polaków -Kościół Katolicki. Kościół wprost wspiera tenże „porządek”! Przykładem może być popieranie przez Kartel Watykański bestialstwa pod nazwą „rytualnego uboju zwierząt”, czy popieranie przez polski kler  idei „posłuszeństwa” tzw. „państwu prawa”, czyli obojętność Kościoła wobec ewidentnego bezprawia szerzącego się w Polsce¹.

Zbliża się 24 grudnia, Dzień Przesilenia, kiedy Siły Ciemności stracą oparcie dla ofensywy, jaką obserwujemy na różnych polach od 20 czerwca, ze szczególnym nasileniem w drugiej połowie 2014 roku . Atakowi Sił Ciemności poddana została cała Słowiańska Rodzina Narodów.Także Brać Zrzeszenia Słowian w Polsce.

Wszyscy, którzy mieli i mają być może jeszcze, nadzieję na wrogie przejęcie duchowego i fizycznego zarządu Zrzeszenia Słowian, przeżyją wielkie rozczarowanie.

Nigdy nie dopuścimy do wypaczenia idei Wolnych Ludzi i idei Wolnej Słowiańszczyzny oraz Wolnej Polski, również wolnej od pasożytów mentalnych i pośredników duchowych w samym Zrzeszeniu Słowian, czy w naszych mediach; telewizjach, portalach, czasopismach lub wydawnictwach. Tego rodzaju próby zawładnięcia bądź podzielenia naszego środowiska i naszych organizacji pozostaną na zawsze bezowocne. Selekcja jest samoistna, gdyż jest dziełem Wielkiej Zmiany i Świadomości Nieskończonej. Jest doskonała. Żadne siły nie mają takiej mocy aby ten proces zakłócić lub zniekształcić! Z tej ciężkiej próby wychodzimy, jak zawsze, zwycięsko, a więc jeszcze mocniejsi niż byliśmy!

Zgodnie z Naszą Słowiańską Duchowością i Tradycją Dziejową, do wszystkich Zabłąkanych w Ciemnościach (także Lemingów), a nawet do Głodnych Duchów (także Guiltów i Yetisynów), wyciągamy rękę, po to by mieli szansę Zrozumieć i po to, aby dać im szansę na Wspólną Drogę. To ostatnia szansa.

Dla Słowian Grudniowe Przesilenie Duchowe i Materialne to był i jest, KRACZUN – Święto Narodzin Światła Świata.

W tym skrócie, w znaku symbolicznym, w SŁOWIE KRACZUN, zawarto esencję naszej słowiańskiej mentalności i chwili, jaka ma miejsce w Przyrodzie  i Kosmosie: Ku-RA-Czyń! Ku RAkowi Czyn!

A więc ruszajcie mentalnie Moi Drodzy w to Wielkie Święto Przyrody, w Narodziny Światła Świata, KU RA – KU ŚWIATŁU Świata! Ku zwycięstwu nad wszelkimi Siłami Ciemności i destrukcji, jakie nas w naszym kraju osaczają! Niech nadchodzący Święty Czas natchnie Naszego Ducha i Nasze Ciała CZYNEM, Mocą Wielkiej Zmiany Polski na Lepsze!

Artykuł poniżej pochodzi z portalu Fundacji Wolna Ludzkość, a przedrukowujemy go, bo stanowi praktyczną wskazówkę do zakładania kooperatyw, jak i odsyła na portale już istniejących kooperatyw spożywczych, czyli realizuje w praktyce naszą (Wolnych Ludzi) ideę SPÓŁDZIELCZOŚCI, która nie jest teorią, ale  NATYCHMIASTOWYM SKUTECZNYM DZIAŁANIEM OBRONNYM SPOŁECZEŃSTWA: tutaj

Zgodnie z jakże prawdziwym porzekadłem naszych Słowiańskich Przodków Zdrowy Duch może działać jedynie w Zdrowym Ciele.

 

¹ Artykuł został napisany kilka miesięcy temu, zaplanowano go 3 miesiące temu na12 grudnia i opublikowano go 12 grudnia o godzinie 11.58. W kilka chwil później 5 biskupów Kościoła Katolickiego, którzy znajdowali się w Komitecie Honorowym zaplanowanego na 13 grudnia 2014 Marszu  Pamięci Stanu Wojennego oraz w obronie demokracji w Polsce (przeciw aresztowaniom dziennikarzy i wypaczaniu wyborów powszechnych), organizowanego przez PIS, wycofało swoje poparcie dla tego marszu, w imię „jedności Polaków”. Jedności Niewolników i Rządzących nimi Właścicieli Niewolników???

SSSSS s-1553

ANNA FELSKOWSKA  Ekologia w parze z ekonomią

Uprawianie żywności wydaje się być dzisiaj najbardziej radykalną i jedyną efektywną formą zmiany świata. Samowystarczalność żywieniowa uniezależnia bowiem od korporacji. Sadząc i zbierając, będąc w kontakcie z Naturą, zmieniamy przede wszystkim siebie, jednocześnie zapewniając innym istotom bioróżnorodność oraz przestrzeń do życia. W wielu miejscach powstają inicjatywy dążące do takiej żywieniowej samowystarczalności.

 

Rodziny prowadzące gospodarstwa, małe społeczności, wioski, regiony, a czasem całe kraje podążają w tym określonym kierunku. Przykładem mogą być choćby Kuba i Wenezuela, które dokonały swoistej rewolucji poprzez powrót do rolnictwa tradycyjnego. Powstają ogrody w miastach (tzw. urban gardening): przy szkołach, na trawnikach, przed urzędami, czy na zaniedbanych skwerach. Niekiedy w warzywne ogrody zamieniają się całe osady (np. Todmorden w Wielkiej Brytanii). Nie wszyscy mają jednak taką możliwość. Tym, którzy sami nie uprawiają ziemi, pozostaje nawiązać kontakt z lokalnymi rolnikami.

Polacy nie zostają w tyle. Szerokie grono osób zamiast ceną i wyglądem, kieruje się lokalnym pochodzeniem i gwarancją naturalności produktów. Kupując warzywa, olej czy miód bezpośrednio od rolnika możemy mieć pewność, że są świeże i nie dojrzewały w samochodzie jadącym tysiące kilometrów. Niewielkie odległości pozwalają zmniejszyć zużycie energii i paliwa, co wpływa na koszty, jak i służy środowisku. Ponadto, konsument ma szansę poznać producenta swojej żywności i wesprzeć konkretnego człowieka zamiast ponadnarodowe korporacje. Ma także gwarancję, że nie kupuje żywności genetycznie modyfikowanej, która jak wiadomo, powoduje choroby, w tym – alergie, raka, i prowadzi do skażenia środowiska. Korzystnym rozwiązaniem dla dużych polskich miast są właśnie powstające Kooperatywy Spożywcze.

Kooperatywa jest obywatelską inicjatywą konsumentów o nieformalnym i niehierarchicznym charakterze, której celem jest przede wszystkim stworzenie, choćby na skalę lokalną, alternatywy wobec kapitalistycznego systemu dystrybucji żywności. Najprościej mówiąc, to otwarte i dobrowolne zrzeszenie osób, które dokonują kolektywnych zakupów spożywczych – głównie warzyw i owoców – oraz innych (niespożywczych) produktów ekologicznych. Istota kooperatywy spożywczej sprowadza się więc do kupna towarów bezpośrednio od producentów. Pominięcie łańcucha narzucających swą marżę pośredników prowadzi do konkretnych oszczędności finansowych (nieraz 50-70 % ceny jaką zapłacilibyśmy w detalicznym sklepie spożywczym). W cenę zakupów wlicza się oczywiście koszt transportu oraz 10 % na tzw. fundusz gromadzki, a pomimo tego finalny odbiorca oszczędza przeciętnie ok. 20 % ceny sklepowej.

Wielką zaletą jest możliwość wpływu na jakość produkcji rolnej. Wykluczając pośredników w nabywaniu żywności kooperatywa kreuje możliwość bezpośredniego kontaktu z rolnikami. Tworzy się więc ludzka więź pomiędzy nabywcą a sprzedającym. Z czasem powstaje cała sieć producentów rolnych, a dzięki bezpośredniej współpracy, kupujący uzyskuje wpływ na sposób produkcji i jakość żywności oraz jest w stanie utrzymywać stosunkowo niskie ceny. Uczestnikom kooperatyw zależy bowiem na budowaniu z producentami bliskich relacji, opartych na wzajemnym poszanowaniu, dialogu i sprawiedliwym handlu. Kupując warzywa i owoce na targu kooperatyści kierują się najpierw do indywidualnych hodowców, dopiero w ostateczności do lokalnych mini-pośredników składujących swe towary w halach targowych. Docelowo każda kooperatywa dąży do współpracy z rolnikami. Szczególnie uprzywilejowane są oczywiście gospodarstwa organiczne, niestosujące nawozów sztucznych ani modyfikacji genetycznych. Członkowie kooperatyw słusznie wspierają regionalnych wytwórców żywności, poszukują rolników chętnych do współpracy, którzy już produkują lub są zainteresowani produkcją eko-żywności oraz innych źródeł zakupu produktów ekologicznych (sklepy, e-sklepy itp.).

Efektywność zakupów oraz udział sprawdzonej pod kątem ekologicznym i zdrowotnym żywności są wprost proporcjonalne do ilości osób zaangażowanych w finanse i wielkość ich wkładu. Im większy „kapitał założycielski” przed rozpoczęciem działalności (kaucja członkowska wynosi ok. 20-30 zł od osoby), tym większy tzw. „zwrot od zakupów” otrzymuje kooperatywa na późniejsze potrzeby. Kupno i sprzedaż towaru odbywa się wyłącznie za gotówkę, co może stanowić pewną niewygodę, ale ogromną rekompensatą jest stabilność dostaw i płynność finansowa kooperatywy. W przeciwnym wypadku każda kredytowana sprzedaż groziłaby uzależnieniem od kolejnych kredytów, a w konsekwencji – widmem bankructwa. Kooperatywę spożywczą może założyć każdy, wystarczy kilka zaangażowanych osób. Konieczny jest środek transportu, a także miejsce, gdzie uczestnicy będą się spotykać, aby odebrać towar, rozliczyć się i porozmawiać. System składania zamówień bywa różny, jednak najczęściej odbywa się to po uprzedniej rejestracji w internetowym systemie zamówień. Do sfinansowania zakupów służą wcześniej zebrane pieniądze, dlatego tak ważne jest funkcjonowanie tzw. funduszu gromadzkiego – który przeznaczany jest na działalność, rozwój, cele edukacyjne i kulturalne.

Kooperatywy umożliwiają zaistnienie licznych inicjatyw o tematyce ekologicznej. Organizowane są warsztaty np. z eko-gotowania, projekcje filmów o tematyce ekologicznej oraz dyskusje, których celem jest wzajemna eko-edukacja, zakupy urządzeń umożliwiających produkcję zdrowej żywności we własnym zakresie (np. młynek do mielenia ziaren, prasa do tłoczenia oleju). Wielką zaletą tego typu inicjatyw jest integrowanie zaangażowanych w nią osób, wzajemna pomoc i tworzenie trwałych więzi społecznych. Kooperatywa uczy jak wspólnie działać, jak podejmować decyzje i jak organizować. Zebrania przy ważeniu i odbiorze żywności to nie tylko kupiecka formalność odbioru towaru, lecz scalające społeczność spotkania ze wspólną degustacją, podczas których uczestnicy wymieniają się doświadczeniami i spostrzeżeniami. Fundusz gromadzki służy dodatkowo do realizacji celów socjalnych oraz wspieraniu działań na rzecz sprawiedliwości społecznej. Warszawska Kooperatywa Spożywcza oprócz zakupów organizuje dodatkowo spotkania Klubu Dyskusyjnego WKS, a także urodziny kooperatywy, na których propagowane są polityczne idee. Gdańska Kooperatywa Spożywcza ostatnio zorganizowała prezentację filmu dotyczącego zaangażowania Palestyńczyków w kooperatywy spożywcze, spółdzielcze markety oraz inne oddolne inicjatywy.

Aspekt społeczny ma więc tutaj zasadnicze znaczenie. W działalności kooperatystów widać zainspirowanie myślą polityczną Edwarda Abramowskiego – ojca polskiego kooperatyzmu. Abramowski odrzucał wszechwładzę państwa i postulował budowę „Rzeczpospolitej Kooperatywnej” opartej na aktywności obywateli zrzeszonych w związki, stowarzyszenia i kooperatywy. Postrzegał kooperatywy jako sposób na zmianę społeczną i walkę z niesprawiedliwościami kapitalizmu od strony konsumpcji i zbytu towarów (Dla zainteresowanych link do książki E. Abramowskiego pt. Braterstwo, solidarność, współdziałanie – http://soo.org.pl/doc/e-book/abramowski-braterstwo-solidarnosc-wspoldzialanie.pdf). Członkowie powstałych spółdzielni mają nadzieję, że swoimi działaniami będą w stanie zmieniać rzeczywistość, gdyż świat ludzki nie jest ostatecznie ukształtowany i od twórczego wysiłku obywateli w dalszym ciągu może wiele zależeć.

Kooperatywy istnieją już w większych miastach w Polsce, między innymi w Warszawie, Łodzi, Krakowie, Poznaniu, Lublinie. Toruniu i Gdańsku. Prekursorami byli działacze z Warszawy, którzy jako pierwsi w Polsce w 2010 roku zdecydowali się na założenie spółdzielni, a później współuczestniczyli (udostępniając internetowy system zamówień oraz dzieląc się doświadczeniami) w powstawaniu innych grup. Warszawscy aktywiści w różnych miastach organizowali spotkania rozpowszechniające ideę kooperatywizmu, co w efekcie zaowocowało powstaniem kolejnych punktów np. w Poznaniu, Krakowie. 14 – 15 kwietnia 2012 roku w Warszawie podczas I Zjazdu Kooperatyw Spożywczych członkowie z całego kraju mieli okazje spotkać się i wymienić doświadczeniami. Ciekawe były okoliczności zawiązania Gdańskiej Kooperatywy. Działo się to 25 maja, w dniu ogólnopolskiego dnia protestów związkowych przeciwko drożyźnie i przerzucaniu kosztów kryzysu na społeczeństwo. Dla założycieli taki przypadkowy zbieg okoliczności okazał się jak najbardziej pasujący do kontekstu – by równolegle do słusznych protestów stworzyć alternatywę wobec nieefektywnego modelu gospodarki.

Gdyby kooperatywy stały się z czasem zjawiskiem masowym w Polsce (dla porównania w krajach skandynawskich tworzą 1/3 udziału w rynku spożywczym), mogłyby dostarczyć choćby częściowej recepty na trend spadku stopy wydatków polskich gospodarstw domowych na żywność. Biorąc pod uwagę przewidywane podwojenie cen żywności na światowych rynkach, do których w Polsce dokłada się jeszcze wzrost kosztów utrzymania wynikający z drastycznego wzrostu VAT, tendencja ta prawdopodobnie może się nasilać. Sieć kooperatyw – najlepiej w każdym mieście, a nawet dzielnicy – opartych na ścisłej współpracy z rolnikami stworzy potężną siatkę bezpośredniej współpracy między producentami i konsumentami. Wzorem jest tzw. CSA – (community supproted agriculture, czyli rolnictwo wspierane przez społeczność) – w którym ścisła współpraca z gospodarstwem polega na tym, że konsumenci dzielą z rolnikami odpowiedzialność za zbiory – płacą za żywność z wyprzedzeniem, niezależnie od tego, czy zbiory w danym roku będą udane, czy nie, oraz pomagają w pracy na roli (np. w czasie żniw).

Powstające platformy internetowe umożliwiające konsumentom dotarcie bezpośrednio do producenta żywności również jawią się jako niezwykle pożyteczne. Znajdź zdrową żywność w swojej okolicy! to projekt, który przy pomocy strony Polak potrafi zyskał duże poparcie i zebrał sumę niezbędną do stworzenia portalu o lokalnych produktach. Portal promuje lokalne źródła żywności, handmade oraz wymianę barterową. To prosty i wygodny sposób wyszukiwania produktów lub usług dostępnych w najbliższej okolicy. Inna strona, Lokalna Żywność, przedstawia się jako baza producentów miejscowych produktów spożywczych (tradycyjnych, regionalnych, świeżych, sezonowych, ze znanego źródła, a przede wszystkim zdrowych). Wybierając lokalnie, wspieramy bowiem zrównoważony rozwój regionu integrując lokalne rolnictwo, przetwórstwo, dystrybucję i konsumpcję. To autentyczny wpływ na najbliższe środowisko, wzrost ekonomiczny i zdrowie społeczności lokalnej. Filozofia lokalnej żywności nie wspomina nic o atestach – wszystko tutaj opiera się na wzajemnym zaufaniu, natomiast oceny wiarygodności dostawcy dokonują sami konsumenci. Oferowanie lokalnych produktów przyczynia się jednoznacznie do spójności społecznej, krzewi poczucie wspólnoty oraz zachęca do zachowań przyjaznych środowisku naturalnemu. Zgodnie z filozofią ruchu Slow Food, dotyczącą społeczności zrównoważonej żywności (Sustainable Food Communities), konsumenci mają podstawowe prawo do żywności lokalnie produkowanej, smacznej i zdrowej. Slow Food zakłada, że społeczności powinny łączyć się w globalną sieć, ponieważ łatwy i szybki dostęp do świeżych produktów wspomaga zróżnicowane odżywianie i zachowanie wszystkich walorów organicznych produktów żywnościowych (które zmniejszają się w systemach długoterminowej konserwacji), a co za tym idzie – przyczynia się do poprawy zdrowia publicznego.

Fundacja Wolna Ludzkość została powołana do istnienia, aby w tych niejednoznacznych czasach wskazywać na to, co jest ważne z punktu widzenia zdrowia i świadomości człowieka, a także by stać się praktycznym narzędziem realizacji marzeń dotyczących przyszłości. Fundacja WL ma na celu łączenie jednostek i środowisk, w których budzi się świadomość faktu, że każdy z nas jest nie tylko konsumentem, ale przede wszystkim aktywnym współtwórcą rzeczywistości. Tym samym zwraca uwagę na fakt, że życie na kredyt w zabetonowanych pustyniach, skoncentrowane wokół pracy, która prócz pieniędzy nie przynosi ani rzeczywistej satysfakcji, ani zadowolenia, nie jest jedynym możliwym sposobem na życie. Wspólnymi siłami realizując swoje założenia stworzyła portal WOLNY HANDEL (http://www.wolnyhandel.org/index.html), gdzie oprócz zdrowej żywności odbywa się wymiana także innych najwyższej jakości produktów.Z portalu mogą korzystać wszyscy, jednak sprzedaż jest udostępniania jedynie tym, którzy zostali poleceni, ponieważ produkty dostępne na portalu WOLNY HANDEL charakteryzują się najlepszą jakością zgodnie z sumieniem każdego z użytkowników. Zachęcamy małe gospodarstwa ekologiczne (i nie tylko) do kontaktu na adres fundacja@wolnaludzkosc.pl z propozycjami i ofertami. Razem budujmy świat, w którym każdy będzie miał szansę jeść zdrowo i żyć w zgodzie z naturą.

Zaangażowanie obywateli w kooperatywy wciąż rośnie. Na naszych oczach powstaje niespotykany dotąd pod względem celów i działań ruch społeczny, który powoduje zacieśnienie więzów w grupie osób, których łączą wspólne idee i wartości. Działania kooperatystów wzbudziły zainteresowanie mediów i tym samym przyczyniły się do tego, że o kooperatyzmie zaczyna się coraz częściej i głośniej mówić. Od nas zależy, czy idea ta rozwinie się, i czy za jakiś czas w każdym polskim mieście będzie działała prężna kooperatywa spożywcza.

Kooperatywy spożywcze w Polsce:

Kraków: wawelskakooperatywa.wordpress.com/
Poznań: www.pokospokoo.blogspot.com/
Gdańsk: www.kooperatywa-gdansk.pl/
Warszawa: kooperatywy.pl/
Białystok: www.facebook.com/kooperatywa.wspolpracownia
Łódź: lodz.kooperatywy.pl/
Lublin: lubelskakooperatywa.wordpress.com/
Opole: kooperatywa.opole.pl/
Podlasie: www.vivateco.pl/kooperatywa-nie-tylko-spozywcza/

Autor: Anna Felskòwskô

Źródła:

http://www.facebook.com/wolnaludzkosc/posts/512886112068053

http://www.facebook.com/photo.php?fbid=528415570525308&set=a.357899687576898.89646.356585197708347&type=1&ref=nf

http://lubelskakooperatywa.wordpress.com/

http://myobywatele.org/baza-wiedzy/inspiracje/kooperatywy-przeciwko-systemowi/?fb_action_ids=396530830432501&fb_action_types=og.likes&fb_ref=AL2FB&fb_source=aggregation&fb_aggregation_id=246965925417366

http://www.vivateco.pl/kooperatywa-nie-tylko-spozywcza/

http://www.goryizerskie.pl/?file=art&art_id=1006

http://wiemycozjemy.pl/wspolne-zakupy.html

Trywid Ślężański – Część 3: Ukorzenienie (Joanna Maciejowska i Marek Wójtowicz – 12. 12. 2012)


znak Copyright-_all_rights_reservedby Joanna Maciejowska i Marek Wójtowicz

Trywid jest dostępny w całości w kolejnych numerach kwartalnika „Słowianić” – NR 1 , NR 2, NR3.

 e100
e110kompr
e140kompre160kompr
e180kompre200kompr
e220kompr
e240kompr
e260kompr
e280kompr
e300kompr

Świętowit III Po Wielkiej Zmianie

 

JMzzkompr

 

Jedna z dziwnych map dotycząca Świętowitów: Świętowit I Starego Rytu, Świętowit II – Nowego Rytu, Świętowit III Po Wielkiej Zmianie

 

Linia Kronos Cypr_Lubljana_Kalanisz_Krakow_Góra Kara

Tagged with:

Pamięci Dymitra Iwanowskiego (1957 – 2013) – Białoruskiego Strażnika Wiary Słowian z Grodna

Posted in Starosłowiańska Świątynia Światła Świata, sztuka, Słowianie by bialczynski on 4 Grudzień 2014

Horadnia_DV_2002_05Podczas manifestacji w roku 2002,

„Знакаміты мастак. Шчыры, адкрыты і адважны чалавек. Я заўсёды ганарыўся сяброўствам з ім. Бачыў Дзіму і на выставах і на мітынгах і на „сутках”. І паўсюль ён паводзіў сябе прыстойна і натуральна. Паўсюль яго паважалі”, — напісаў пра Іваноўскага Пачобут.

Зміцер Іваноўскі, сапраўды, вядомы не толькі як творца, але як і грамадскі дзеяч, які ўдзельнічаў у акцыях пратэсту, трапляў за краты. Пра яго пісалі гродзенцы так: „Чалавек-змагар, чалавек-дабрыня, чалавек-ахвяра і… чалавек-мастак”.

 

6 grudnia 2013 roku zmarł nasz przyjaciel Dymitr Iwanowski. Znany malarz i rzeźbiarz białoruski, uchodźca polityczny, który w jesieni 2013 zdecydował się powrócić na Białoruś. Mieliśmy wspólne plany rozwoju Ośrodka Myśli Słowiańskiej w Nurcu, który swoim oddziaływaniem miał objąć Rosję, Białoruś, Ukrainę, Polskę i inne słowiańskie kraje. Niestety splot niekorzystnych wydarzeń stanął na przeszkodzie temu dziełu. Dymitr zdecydował się wrócić w strony rodzinne, choć w Nurcu stworzył już zalążek Ośrodka Słowiańskiej Sztuki i Rękodzieła. Był też wielkim piewcą przyrody w swojej twórczości i pozostawił po sobie wiele obrazów, które niestety jak na razie nie zostały zdigitalizowane. Był twórcą Akademii Złotego Wieku, którą wbrew władzom prowadził w swojej pracowni. Niespodziewanie zmarł na serce, będąc w pełni sił twórczych i życiowych niedługo po powrocie do rodzinnego kraju, Białorusi, za którą bardzo tęsknił. Dzisiaj mija dokładnie rok od jego niespodziewanego odejścia.

gi-2663-11587-big

Poświęcamy ten artykuł 

Jego pamięci

w pierwszą rocznicę śmierci.

get_img2

Памёр мастак Дзмітрый Іваноўскі

Вядомы гарадзенскі мастак Дзмітрый Іваноўскі памёр увечары 5 снежня.

Прычынай смерці называюць праблемы з сэрцам. Пахаванне адбудзецца заўтра, 7 снежня. А 9.30 адбудзецца памінальная служба ў касцёле Божай Міласэрнасці, паведамляе мясцовы сайт t-styl.info.

Пазнавальныя творы Іваноўскага на гістарычную і сучасную грамадска-палітычную тэматыку нельга зблытаць ні з чым. «Яго карціны станавіліся класікай, як толькі з’яўляліся», – кажа пра творчасць Дзмітрыя Іваноўскага журналіст Анджэй Пачобут.

За жыццё мастака прайшло амаль 60 персанальных выстаў, але самай важнай і хвалюючай ён называў выставу ў родных Гудзевічах. Апошнім часам Дзмітрый Іваноўскі жыў у вёсцы, дзе яму вельмі падабалася. У сярэдзіне 2000-х мастака можна было сустрэць не толькі ў яго майстэрні (калісьці яна знаходзілася ў добра вядомай зале на Будзённага, 48а), але і на мітынгах – ён удзельнічаў у пратэстах прадпрымальнікаў, за што неаднаразова трапляў на «суткі».

gi-2663-11588-big

«Мастацтва – гэта маё жыццё, гэта ўсё для мяне. Я перапробаваў шмат у жыцці, працаваў і са скульптурай, і з графікай, але алейныя фарбы для мяне засталіся самым любімым сродкам самавыяўлення. Чым больш я працую імі, тым больш разумею, колькі яшчэ не ведаю. Імі можна перадаць усе: настрой, пачуцці, тое, што бачыш і што адчуваеш. Тут тысячы магчымасцяў! І на шчасце, няма той мяжы, да якой можна было б дайсці і спыніцца», – казаў аб сваёй працы Дзмітрый

 

” Sztuka – to jest moje życie , to wszystko co jest dla mnie ważne.Przebyłem szmat życiowej drogi, pracowałem z rzeźbą i grafiką , ale farby olejne dla mnie były najbardziej ulubionym środkiem wyrazu . Im więcej pracuję z nimi , tym bardziej zdaję sobie sprawę, jak bardzo mało o nich wiem. Mogą przekazać wszystko : nastrój , uczucia, co widzisz i co czujesz . Dają tysiące możliwości ! Na szczęście , w sztuce nie ma granicy , do której można by dojść i się zatrzymać „- mówił o swojej pracy Dmitrij.

 

 

Памёр Зміцер Іваноўскі

timthumb.php

У гэта цяжка паверыць, з гэтым цяжка змірыцца. Яшчэ адзін светлы чалавек пакінуў гэтую зямлю. Чалавек, імя якога назаўсёды застанецца і ў памяці слухачоў “Універсітэту Залатога Веку”.

Менавіта ён быў сярод гарадзенцаў, якія ранняй вясной 2010 г. паехалі ў польскі Ўроцлаў, каб бліжэй пазнаёміцца з досведам працы па актывізацыі сталых людзей.

Менавіта да яго на пяты паверх майстэрні ўпарта ўздымаліся штотыдзень слухачы нашай “Акадэміі мастацтваў Залатога Веку”. І ён, нягледзячы на занятасць, хворыя ногі і іншыя балячкі аддаваў ім сваё сэрца, дзяліўся сакрэтамі мастацтва.

Здаецца, зусім нядаўна за гарбатай у офісе мы размаўлялі пра тое, як наступным летам зробім каля яго бацькоўскай хаты на Мастоўшчыне, куды ён нядаўна перабраўся жыць, мастацкі плэнэр для нашых сталых мастакоў. І вось такая страшная навіна прыляцела 5 снежня…

Дзякуй табе, Зміцер, за ўсё! Мы будзем помніць цябе.

Слухачы і выкладчыкі праграмы “Універсітэт Залатога Веку”, сябры грамадскага аб’яднання “Цэнтр “Трэці сектар” выказваюць шчырыя спачуванні родным і блізкім Зміцера Іваноўскага.

 

 

Зміцер Іваноўскі: “Я вучуся бачыць свет вачамі сваіх навучэнцаў”

Серыю інтэрв’ю з выкладчыкамі „Універсітэту Залатога Веку” працягваецца размовай з вядомым гарадзенскім мастаком Зміцерам Іваноўскім. Ад пачатку дзейнасці УЗВ сп. Зміцер вядзе заняткі нашай „Акадэміі Мастацтваў Залатога Веку”.

– Я ведаю, колькі мне каштавала прыйсці да да таго, кім я стаў, да сваіх сённяшніх уменняў і навыкаў. Калі б шмат гадоў таму знайшоўся такі чалавек, які дапамог мне, накіраваў, навучыў, перадаў мне тое, што сам умее – мой шлях быў бы значна прасцейшы. Таму сваім навучэнцам я хачу падараваць такую магчымасць, якой сам не меў – пачынае размову сп. Зміцер.

Што для Вас ёсць мастацтва?

Мастацтва – гэта маё жыццё, гэта ўсё для мяне. Я пераспрабаваў шмат у жыцці, працаваў і са скульптурай, і з графікай, але алейныя фарбы для мяне засталіся самым любімым сродкам самавыражэння. Чым больш я працую імі, тым больш разумею, колькі яшчэ не ведаю. Імі можна перадаць усё: настрой, пачуцці, тое, што бачыш і што адчуваеш. Тут тысячы магчымасцяў! І на шчасце, няма той мяжы, да якой можна было б дайсці і спыніцца.

Што Вам дае праца ва Універсітэце Залатога Веку, у вашым гуртку?

Я вучуся ў сваіх навучэнцаў бачыць свет, штосьці новае іх вачыма. Мне ніколі не было шкада падзяліцца тым, што я ўмею рабіць сам.

Я ведаю, што часта людзі настолькі закамплексаваныя, што кожны раз адкладаюць нешта “на потым”, а маім навучэнцам хапіла смеласці самім для сябе вырашыць, што ім патрэбна, прыйсці і самастойна нешта рабіць. І калі я магу ім у гэтым дапамагчы – я вельмі рады і задаволены.

Як працуецца Вам з людзьмі сталага веку? Якія асаблівасці, складанасці Вы маглі б назваць?

Калі складанасці і ёсць, то магчыма, жыццёвыя. Маладая галава менш забіта комплексамі. Часта людзі думаюць: “Я гэта на магу”, альбо “Мяне вучылі гэта рабіць па-іншаму”. Таму цяпер цяжка перавучыць чалавека рабіць нешта інакш, як я лічу больш правільным і больш простым. У такіх людзей больш цяжка праходзіць працэс навучання.

Я неаднаразова казаў, што асноўнай праблемай нашага грамадства ў адносінах да малявання з’яўляецца тое, што нам практычна нідзе не паказваецца і не гаворыцца як трэба рабіць правільна. Тое, што ў школах гавораць “Дзеці, малюйце як вам хочацца, толькі сядзіце ціха”, я лічу неправільным.

Крыўдна тое, што маляванне, якое я лічу адным з неабходных у жыцці навыкаў, уменняў, не выкладаецца нармальна, як трэба. Без гэтага жанчына не зробіць выкрайку, ніхто не зможа вобразна ўявіць і расказаць пра нешта іншаму чалавеку, нават абставіць хату будзе складана. Я не першы дзень займаюся жывапісам і графікай і ўпэўнены, што маляваць можа кожны чалавек.

Што дае чалавеку маляванне? Якія змены адбываюцца з Вашымі навучэнцамі?

Асабіста мне маляванне дае ўсё! Я адчуваю сябе самым шчаслівым з людзей, таму што раблю тое, што мне падабаецца і яшчэ за гэта атрымліваю грошы. Такое спалучэнне – адзін са складнікаў шчасця.

Я бачу, як загараюцца вочы ў маіх навучэнцаў, што яны ўсведамляюць, як з кожным днём ім усё прасцей даецца маляванне. На першых занятках я ставіў шклянку, каб яны малявалі, і навучэнцы казалі „Вось, у нас не атрымаецца”.

А сёння яны ўжо прыносяць з дому цудоўнейшыя нацюрморты. Не раз да мяне ў майстэрню забягалі студэнты ГрДзУ, глядзелі тую натуру, якую малююць слухачы УЗВ і здзіўляліся: “Ну, гэта малюнкі старэйшых курсаў!”
Гэта вельмі прыемна. Я думаю, вельмі важна знімаць з чалавека псіхалагічны комплекс “я не магу”, “я не ўмею”.

Чалавек уцягваецца ў маляванне, з галавы вылятаюць усе праблемы, таму што ў момант працы людзі займаюцца канкрэтнай справай. Хаця б на гэты кароткі час малявання галава можа адпачыць ад усіх турбот і праблемаў.

Ці плануеце вы пераходзіць з навучэнцамі ад алоўка да колеру?

На дадзены момант мы сапраўды працуем толькі алоўкам, але плануем з часам перайсці на алейныя фарбы – бо яны, па майму меркаванню, найбольш зручныя для работы. Акварэль і гуаш – гэта больш складана для пачынаючых.

Назавіце асноўныя прынцыпы Вашага навучання?

На маю думку, асноўная задача Універсітэту заключаецца ў тым, каб навучыць правільна маляваць з наіменьшымі фізічнымі і маральнымі выдаткамі. Мэта будзе дасягнута, калі навучэнцы змогуць правільна рэалістычна перадаваць тое, што бачаць.

У еўрапейскіх універсітэтах дадзена права “свабоднай” рукі: малюй, працуй так, як ты бачыш, як адчуваеш, ты маеш на гэта поўнае права. Я лічу гэта неправільным, таму што задача навучальнай установы – навучыць маляваць правільна.

Нікому не прыходзіць у галаву думка даць такое права таму ж столяру: вось зробіць крэсла крывое – а ён так бачыць. Задача навучальнай установы – навучыць столяра прафесійна рабіць выдатныя крэслы, а што ён потым напрыдумляе – гэта ўжо яго справа.

А якія могуць быць у мастацтве правілы?

Рэалістычная перадача таго, што бачыш. Каб я адчуваў гэтую рэалістычнасць і іншыя людзі таксама. Нам перашкаджае навучыцца маляваць наша галава. Пры маляванні трэба адключыць галаву і ўключыць вочы. Вочы выдатна бачаць суадносіны, памеры, колеры. Прынамсі, у жанчын ад нараджэнне колераўспрыняцце на 25% вышэйшае, чым у мужчын. Але ў той жа час знакамітых жанчын-мастакоў значна менш, чым мужчын.

У маім жыцці прайшло больш за 60 персанальных выставаў, але самая важная і хвалюючая для мяне была выстава ў вёсцы Гудзевічы – мясцінах, дзе я нарадзіўся. Там жывуць тыя людзі, у якіх не сапсавана адчуванне правільнасці, рэальнасці намалёванага. І калі я намалюю нешта не так, я адразу гэта ўбачу па іх рэакцыі. Яны ніколі не стануць захапляцца тым, што ім не падабаецца, толькі з-за таго, каб мяне не пакрыўдзіць.

Якім Вы бачыце ідэальны Універсітэт Залатога Веку?

Калі гаварыць пра ідэальны УЗВ, то я бачу гэта так: прыемная вялікая аўдыторыя для працы, з добрым асвятленнем, з вялікай колькасцю працоўных фондаў (натуры: розных прадметаў; фарбы, алоўкі і г.д.), каб была тэхнічная магчымасць рассадзіць навучэнцаў у адно кола. Каб яны маглі самі выбраць для сябе зручнае месца і спакойна працаваць. Гэта было б выдатна. Жадаючых, я так думаю, з кожным разам будзе ўсё больш, і іх трэба недзе размяшчаць.

Навучэнцы павінны мець магчымасць рабіць свае выставы, выязджаць на пленэры. У прынцыпе, мы і плануем гэта арганізоўваць у канцы вясны – летам. У нашых навучэнцаў у гэтым сэнсе больш магчымасцей, бо ў многіх ёсць дачы, домік на вёсцы, машына.

У вас на занятках вельмі цёплая атмасфера. Ці можаце Вы прыгадаць якія-небудзь кур’ёзныя, цікавыя выпадкі?

Цікавы кожны дзень занятку. Гэта могуць быць тыя ж самыя людзі, але яны прыходзяць ужо з новым настроем, пачуццямі, навінамі – і гэта цудоўна. Навучэнцы адчуваюць сябе лепш у гэтым калектыве, таму што іх аб’ядноўвае адна справа, адна мэта, яны не адчуваюць сябе адасобленымі ад грамадства. Яны разам, яны – калектыў. Гэта робіць іх маладзейшымі.

Што дапамагае навучэнцам ствараць, развівацца? Што дае штуршок?

У асноўным – гэта не мая заслуга, гэта найперш перамога тых людзей, якія сюды прыходзяць. Яны не пабаяліся ў гэтым узросце, маючы ўвесь свой назапашаны досьвед, не толькі казаць, што хочуць гэтага, але і рабіць. Людзі часта прыдумляюць сабе адгаворкі, каб не пачынаць новую справу, якую, здаецца, і хацелася б рабіць.

Я заўсёды ставіўся да такога проста: калі хочыш – пачні і рабі, без усялякіх “пазней” ці “мне ўжо позна”. Ніколі не позна. Сталыя людзі прайшлі вельмі працяглы адрэзак свайго жыцця свядома, таму яны разумеюць, што ім трэба, чаго яны хочуць, а жыццёвы вопыт ім толькі дапамагае. У гэтых людзей ёсць магчымасць вучыцца кожны дзень: у маёй майстэрні і ў сябе дома. Яны часта прыносяць малюнкі, якія зрабілі ў хаце. Яны ставяць перад сабою мэту і з поспехам яе дасягаюць.

Ці ёсць у Вас жыццёвае крэда, дэвіз?

Я сабе дэвізаў не прыдумляю, але жыву па некаторых правілах. Мне часта задавалі стандартнае пытанне, адкуль я бяру натхненне? Такое пытанне задаюць і іншым мастакам, і кожны адказвае па-свойму. Але калі нехто гаворыць, што пакуль з космасу не прыйшло натхненне, ён не будзе працаваць, я заўсёды заўважаю: значыць, ты робіш не тое, што табе падабаецца.

Калі я раблю тое, што мне падабаецца, мне не трэба чакаць натхнення. Паверце, гадзін у сутках не хапае, таму што за любімай працай не заўважаеш, як ляціць час. Таму можна сказаць, што я жыву па правілу: “Калі робіш тое, што табе сапраўды падабаецца, то і натхнення не трэба, сама праца стане для цябе натхненнем”.

Што ў Вашым разуменні азначае паняцце “прафесійны мастак”?

У нас сапраўды гавораць “прафесійны мастак”. Што такое “прафесійны мастак”? У нашых людзей на ўзроўні падсвядомасці ідзе асэнсаванне таго, што прафесійны мастак – гэта той, хто атрымаў дыплом і цяпер працуе. Калі ён дыплом не атрымаў, то ён – самавучка, умелец. Ён не прафесійны. Я ж лічу, што калі нейкая справа дае табе заробак, ты прысвячаеш гэтай справе ўсё жыццё – гэта становіцца тваёй прафесіяй, і аўтаматычна чалавек становіцца прафесійным у сваёй сферы. Адукацыя тут можа быць адна – праца, праца, праца! З кожным годам я адчуваю, што маю сілы і жаданне вучыцца і далей.

Спецыяльнага дыплома пра заканчэнне факультэтаў мастацтва ў мяне няма. У нашай краіне мяне можна назваць народным умельцам, самародкам. У Еўропе гэта ўспрымаецца інакш. Першае там: калі ён вучыўся і так класна малюе, то ў каго ён вучыўся, у якога майстра? Гэта вельмі важна, ад гэтага залежыць характарыстыка мастака. Вельмі важна там і навучацца ў прэстыжнай навуковай установе. Але калі ты самастойна дасягаеш высокага ўзроўню ў сваёй працы – гэта само па сабе найважнейшая рэч.

Але дзе тыя мастакі, што скончылі ГрДзУ? Зніклі! Тады паўстае пытанне: каго вы вучылі? І ці навучылі сапраўдных спецыялістаў? Чаму мала хто з выпускнікоў не працуе па сваёй спецыяльнасці? Таму што ў працэсе навучання ў галаву моладзі ўбіваецца алергія да мастацтва, а гэта значыць, што з выкладаннем у нас нешта не тое.

Прыгажосць уратуе свет?

Я даўно ўжо казаў, што гэта прымаўка абсалютна неправільная. Прыгажосць заўсёды нясе з сабой войны. Такая наша людская натура. Калі мы бачым штосьці прыгажэйшае ў другіх, то ідзем на злачынства. Але з іншага боку, без прыгажосці не можа быць лепшага жыцця, свету.

А калі лічыць, што прыгажосць – гэта мастацтва? Мастацтва можа ўратаваць свет?

Мастацтва…Толькі самі людзі могуць сябе ўратаваць. Мастацтва само па сябе ўратаваць не можа, але можа спыніць чалавека, затрымаць, каб той задумаўся над сэнсам жыцця і кожнага пражытага дня. Магчыма, дзякуючы гэтаму ён можа ўратавацца ад чагосьці. Але ўсё гэта павінен зрабіць сам чалавек.

Прывяду такі прыклад. Ікона – гэта не Бог. Але чалавек ідзе і звяртаецца падсвядома да іконы як да правадніка да Бога, просіць у іконы, каб Бог уратаваў яго ці яго блізкіх, дапамог яму. Так і мастацтва ва ўсялякіх яго праяўвах – праваднік да таго, каб уратаваць, але само па сабе яно ўратаваць не можа.

У чым сэнс мастацтва? Яго галоўная роля ў свеце?

З таго часу, як Бог стварыў гэты свет, людзі імкнуцца да таго, каб наблізіцца да Яго. У жывапісе мы спрабуем намаляваць тое, што зрабіў Бог, і перадаць свае пачуцці, свае адносіны да таго, што адбываецца ў гэтым свеце.

Вельмі важна бачыць прыгажосць навокал і ўпускаць яе ў сваё жыццё. Калі мы часам жывем, нам падаецца ўсё шэрым, гэта не навкал шэра, гэта ў нашай галаве шэра.

Няма такіх людзей, якія не бачылі і не адчувалі б прыгажосці альбо непрыгажосці. Калі яны бачаць усход сонца, раку, снег на дарожцы, яны адчуваюць гэтае прыроднае хараство. Не трэба старацца штосьці разумна сказаць, проста трэба бачыць прыгажосць ва ўсім навокал.

Усё трэба рабіць з настроем, добрымі пачуццямі, душой – і энергетыка будзе адчувацца ў выніку працы. Нават калі там будзе не зусім правільна намалявана, але энергетыка – гэта галоўнае ў карціне. Калі, скажам, у храм людзі неслі б толькі ўсё дрэннае, то туды ніхто б не хадзіў ачысціць душу. А калі ідуць з добрымі намерамі, памаліцца, паспавядацца, ачысціцца, то іконы становяцца намоленнымі і пасля могуць рабіць цуды.

Так і ў мастацтве: калі робіш з душой, з адкрытым сэрцам, з чыстымі памкненнямі – такая ж цудоўная будзе і аддача, мастак будзе ў стане тварыць цуды.

Размаўляла Вольга Корсун
Фота аўтара

get_imgccc
get_img
  • Узарваная саветамі Фара Вітаўта. Аўтар – Зміцер Іваноўскі. Фота выдавецкай ініцыятывы „Гарадзенская бібліятэка”
  • Горадня. Аўтар Зміцер Іваноўскі. Фота выдавецкай ініцыятывы „Гарадзенская бібліятэка”
  • Нацюрморт. Аўтар Зміцер Іваноўскі. Фота выдавецкай ініцыятывы „Гарадзенская бібліятэка”
  • Аўтапартрэт Змітра Іваноўскага. Фота выдавецкай ініцыятывы „Гарадзенская бібліятэка”

Зміцер Іваноўскі (Гародня). Выстаўляўся з працамі па ўсім свеце. Карціны Зміцера Іваноўскага ўражваюць каларытам, насычанасцю, значнасцю вобразаў.

Ці зможа публіка ўбачыць працы гарадзенскага мастака Змітра Іваноўскага? За сваё жыццё спадар Іваноўскі напісаў больш за 3 тыс. карцін, якія разыйшліся па свеце. Рэшту працаў са сваёй майстэрні – каля 60 – мастак завёз да маці ў вёску Пачуйкі Мастоўскага раёна. Многія творы набылі сябры, знаёмыя ды незнаёмыя гарадзенцы, фірмы і арганізацыі. Мастацтвазнаўца Марына Загідуліна ўпэўненая, што частка спадчыны Іваноўскага знаходзіцца ў еўрапейскіх прыватных калекцыях.

Творы сп. Іваноўскага разыйшліся па шматлікіх дамах, але пакуль невядома, ці атрымаюць гарадзенцы шанец убачыць творы знакамітага мастака і выдатнага грамадскага дзеяча.

Старшыня Таварыства польскіх мастакоў Станіслаў Кічко падзяліўся планамі сабраць шматлікія працы нябожчыка мастака на памятнай выставе ў Горадні прыкладна праз паўгады. Спадар Станіслаў ўзгадвае Змітра Іваноўскага як Чалавека з вялікай літары, таленавітага каларыста ды яшчэ і добрага арганізатара.

Дырэктарка Гарадзенскае выставачнае залы Ірына Сільвановіч мяркуе, што атрымаецца зрабіць экспазіцыю карцін “з чорнай стужкай” славутага мастака ўжо праз месяц. Спадарыня Ірына запомніла Змітра Іваноўскага не толькі як яскравага мастака, але і як чалавека з выразнай грамадскай пазіцыяй. “Зміцер траціў свой час на тое, каб вучыць маляваць аматараў”, – гаворыць спадарыня Ірына. Яна распавяла, што мастак аддаваў шмат часу вывучэнню гістарычных падзеяў, каб дакладна адлюстраваць іх на палотнах.

Мастацтвазнаўца Марына Загідуліна лічыць Змітра Іваноўскага цікавым мастаком з шырокім аглядам жыццёвых тэмаў. “Значны накірунак яго творчасці – гістарычны. Зміцер маляваў рэтраспектыўныя карціны аб Горадні рамантычна-ўзнёслага плану, з падрабязнымі дэталямі. Варта адзначыць і ягоныя пластычныя кампазіцыі з дрэва ды іншых матэрыялаў утылітарнага характару, напрыклад прыстасаванне для лампы. Увагі заслугоўваюць і ягоныя пейзажы, відарысы, партрэты, нацюрморты”.

Зміцер Іваноўскі найбольшую ўвагу ў сваёй творчасці прысвяціў часам Вялікага княства Літоўскага, самым значным асобам і падзеям на тэрыторыі гэтай дзяржавы. Архітэктурны пейзаж, вуліцы мінулае ды сённяшняе Горадні таксама шмат прысутнічалі ў ягоных працах.

Блізкая сяброўка мастака, грамадская актывістка Святлана Нех. Сяброўка спадара Іваноўскага Святлана Нех расказала пра яго як пра асобу з актыўнай палітычнай ды грамадскай пазіцыяй: “Я ведала Дзіму з 1999 года. Ён заўсёды да ўсяго падыходзіў так, нібыта гэта самае галоўнае ў жыцці. Калі ён верыў у нешта, то аддаваў сябе гэтай ідэі цалкам”.

Спадар Іваноўскі актыўна займаўся перадвыбарчай кампаніяй Сямёна Домаша ў 2001 годзе. Ён першым загаварыў пра ўшанаванне памяці аб узарваным саветамі ў 1961 годзе галоўным гарадзенскім касцёле – Фары Вітаўта. Ідэя вялізнага памятнага крыжа на месцы зруйнаванае святыні, якую ўлады гэтак і не дазволілі ажыццявіць, належыла менавіта яму. Мастак стварыў і першы макет Фары Вітаўта.

На пачатку 2000-х гадоў Зміцер Іваноўскі быў арганізатарам руху прадпрымальнікаў. Калі зачынялі рынкі, ён разам з прадпрымальнікамі выходзіў на плошчу, каб вымусіць улады сесці за стол перамоваў. За свае дзеянні актывіст атрымаў велізарныя штрафы ды сядзеў некалькі разоў па 15 сутак, кожны раз абвяшчаючы галадоўку.

Дзіма быў сапраўдным “бяссрэбрнікам, – успомніла Святлана Нех. – Ён шмат чаго аддаваў людзям, дапамагаў матэрыяльна ўсім, хто да яго звяртаўся. Ён быў светлым чалавекам, са своеасаблівым гумарам, заўсёды з усмешкай”.

У апошнія гады спадар Зміцер вучыў маляваць сталых людзей з “Універсітэту залатога веку”. Спадарыня Святлана кажа, што рукі ў яго і насамрэч былі залатыя. Напрыканцы жыцця ён паспрабаваў сябе і ў разьбе па дрэве, у вырабе вітражоў. Майстар ствараў ліхтары з дрэва і вітражоў, якія гэтак і не паспеў выставіць, рабіў драўляныя сталы, рамкі для сваіх мастацкіх працаў.

Гарадзенскі мастак, грамадскі і палітычны дзеяч Зміцер Іваноўскі памёр 5 снежня з-за хваробы сэрца.

 

Tagged with:

Wiara Przyrodzona na świecie: Jawa – Borobudur – Prambanan (Kira Białczyńska & Łukasz Dudek)

Posted in przyroda, Starosłowiańska Świątynia Światła Świata, Wiara Przyrody by bialczynski on 29 Listopad 2014

©® by Kira Białczyńska & Łukasz Dudekindonezja-10Yogjakarta  – Prambanan

indonezja-13

 

indonezja-14

indonezja-15

 

indonezja-16

indonezja-17

indonezja-18

indonezja-19

indonezja-21

indonezja-22

indonezja-23

indonezja-26

indonezja-28

Prambanan – hinduistyczny zespół świątynny położony w Indonezji na wyspie Jawa, 18 km od miasta Yogyakarta. Zbudowany w IX wieku[1] dla upamiętnienia zwycięstwa Rakai Pikatana władcy Sanjai nad Balaputrą ostatnim władcą Śailendry. Zespół świątyń był poświęcony Śiwie, Wisznu i Brahmie.

W 1991 roku zespół świątynny Prambanan został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

W maju 2006 roku świątynie ucierpiały podczas trzęsienia ziemi.

indonezja-32

Borobudur, czyli Bud-owla na (b)ORzym Wzgórzu

indonezja-33

indonezja-34

indonezja-35

 

indonezja-36dindonezja-37

Borobudur (Świątynia-wzgórze) – buddyjska świątynia na Jawie, na obszarze porośniętej dżunglą równiny Kedu, powstała pomiędzy 750 a 850 r. n.e., kiedy nad Jawą panowała zhinduizowana dynastia Śailendrów. Świątynia buddyjska wyrosła z mniejszego zamierzenia architektonicznego poświęconego Śiwie. Borobudur jest jednym z największych obiektów kultu buddyzmu na świecie.

Piramidalna konstrukcja świątyni odzwierciedla buddyjską wizję świata. Ma budowę tarasową, na pięciu czworobocznych tarasach dolnych znajdują się reliefy przedstawiające sceny z życia Buddy i dżataki. Na trzech górnych tarasach kolistych mieszczą się 72 dagoby, zaś w każdej z nich (poza jedną) znajduje się figura Buddy. Całość wieńczy większa od innych dagoba. Bok najniższego tarasu ma 111 m. długości, całość zaś wysokość 35 m.

Budowla nie posiada pomieszczeń wewnętrznych, przeznaczona jest do rytualnej pielgrzymki, na trasie której rozmieszczone są płaskorzeźby przedstawiające sceny z życia Buddy o łącznej długości około 6 km[1]. Jest to ponad 2000 reliefów, wykonanych z szarego trachitu[2].

Jeden z pomników Buddy w pozie medytacyjnej jest uważany za szczęśliwy. Lokalni przewodnicy mówią, że jeśli kobieta dotknie pięty buddy a mężczyzna jego palca, będzie im towarzyszyć szczęście.

Borobudur stracił na znaczeniu w XI wieku. Dla świata budowlę odkrył w 1814 jeden z oficerów, w czasie brytyjskiego panowania na Jawie (1811-1814). Wicegubernator tej wyspy i późniejszy założyciel Singapuru Thomas Stamford Raffles[2] zorganizował wówczas pierwsze prace konserwatorskie i wykopaliskowe. Kompleksową odbudowę prowadzili Holendrzy z Th. van Erp na czele w latach 1907-1911. Niestety nie naprawiono wtedy krzywych murów, co doprowadziło do osuwania się ich pod wpływem tropikalnych deszczy[2]. W 1991 Borobudur wpisano na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

indonezja-41

indonezja-42

indonezja-43

indonezja-44

indonezja-45

indonezja-46

indonezja-47

indonezja-48

indonezja-49

indonezja-50

indonezja-51

indonezja-53

indonezja-54

indonezja-56

indonezja-57

indonezja-58

indonezja-59

indonezja-60

indonezja-61

indonezja-62

indonezja-63Adam i Ewa???

indonezja-64

Trywid Ślężański – Część 2: Wyniesienie (Joanna Maciejowska i Marek Wójtowicz – 12. 12. 2012)


znak Copyright-_all_rights_reservedby Joanna Maciejowska i Marek Wójtowicz

Trywid jest dostępny w całości w kolejnych numerach kwartalnika „Słowianić” – NR 1 , NR 2, NR3.

b01

b12kompr

b14kompr

b16kompr

b18kompr

b20kompr

b22kompr

B26

Tagged with:

Myśl i Słowo z Polski płynie w Słowiańszczyznę !

Posted in Polska, Starosłowiańska Świątynia Światła Świata, Słowianie, Wiara Przyrody by bialczynski on 17 Listopad 2014

Poproszono mnie o wykonanie pewnego podsumowania, które rozwiązałoby problem czy „Myśl i Słowo” rzeczywiście płynie z Polski w Słowiańszczyznę i czy to prawda, że z Polski są przez Słowian, „myśl” owa i „słowo”, podejmowane. Tak więc zebrałem parę faktów w jednym miejscu, bo rzeczywiście od 1989 roku minęło 25 lat i dla młodszych uczestników tego procesu rzecz może być niejasna historycznie. Co i skąd się wzięło w Chorwacji, Słowenii, Białorusi i Rosji?

Na początek przypomnę, że to Polska była pierwszym krajem z obozu socjalistycznego, który się wyzwolił i zaprowadził demokrację, choć ograniczoną – jak widać, ale w dziedzinie religijnej w zasadzie nieograniczoną. W okresie PRLu Polska była też tym krajem tzw „obozu”, który dopuszczał największą swobodę obrotu sztuką i ideami, w tym dziełami na temat filozofii, zachodnich prądów umysłowych i myśli religioznawczych. Mimo tego „Słownik etymologiczny języka polskiego” Aleksandra Brucknera (1927) wyszedł jako reprint po raz pierwszy po  II wojnie światowej w roku 1970, a słownik Franciszka Sławskiego nigdy nie został ukończony, także w III RP. Także religioznawcze książki Aleksandra Brucknera, „Starożytna Litwa Ludy i Bogi” – 1904, „Mitologia Słowiańska i Polska” – 1918-1924,  zostały wydane w PRL dopiero w latach 1980-1985 na skutek Rewolucji Solidarności. Wcześniej z trudem udawało się te książki pożyczyć z Biblioteki Jagiellońskiej – takie były realia PRLu , do którego niektórzy idioci tęsknią i wskazują jego liczne „lepsze” strony.  III RP pod względem reglamentacji tego rodzaju wiedzy też nie jest lepsza – wydanie kolejne  „Starożytnej Litwy…” 2014. Mimo wszystko Polska uchodziła po II wojnie za oazę wolności i wolnomyślicielstwa wśród Demoludów.

 aa 20Wydawnictwo Kraina Księżyca powołane do życia w 1991 roku, jedna z książek, wydana 1993. Wydawnictwo zamknięte w roku 2010.  Od 2010 działa Studio KK.

Myśl i Słowo z Polski płynie w Słowiańszczyznę od 1989 i 1990 roku w sposób zupełnie swobodny. Płynęła i wcześniej bo:

W 1945 roku odrodziło się Święte Koło Czcicieli Światowida z Krakowa (ŚKCŚ – 1921, 1945), znane później jako Lechickie Koło Czcicieli Światowida Władysława Kołodzieja, po czym działało w podziemiu do 1989 roku, co jest udokumentowane przez Służbę Bezpieczeństwa w Polsce (podziemna drukarnia Wolnej Polski została rozbita przez SB w Krakowie w roku 1971, Czesław Białczyński był wtedy aresztowany – świadkowie żyją do dzisiaj).

To tutaj odrodziły się pierwsze Związki Rodzimowiercze w III RP i w całym Obozie Socjalistycznym:

wylotek_rogaty_szczep

Szczep Rogate Serce (1986),

SSSSS s-1553

Starosłowiańska Świątynia Światła Świata (półoficjalnie 1989, jako Kraina Księżyca 1991, Portal Krainy Księżyca od 1999), oficjalnie jako SSŚŚŚ od 2004-2010 portal Fundacji Turleja i od 2009 portal Bialczynski.wordpress.com),

 

Rodzimy Kościół Polski (RKP – 1995),

Związek Rodzima Wiara (1996),

Zachodniosłowiański Związek Słowiańska Wiara(2009)

Stąd popłynęła Wieda w pierwszych książkach:

-ywio-001_thumb

1991 – czasopismo „Żywioł” – Szczep Rogate Serce,

aa 21

1993 – „Stworze i Zdusze” (Wyd. Kraina Księżyca, Kraków – SSŚŚŚ)]. W tamtym czasie Jugosławia była pogrążona w wojnie i nikt nie myślał tam o organizowaniu się, a raczej myślano, bo myśl i słowo poszło z Polski.

aa 22

1993 Lech Emfazy Stefański Wyrocznia Słowiańska- Magiczny Krąg Świętowita” (Wyd. ATHANOR Warszawa – RKP),

 

aa 23

W 2012 roku Nowy Świętowit z Nowym Rytem został przekazany ze Ślęży do Słowenii i tam został osadzony (co opisano w pierwszym numerze kwartalnika „Słowianić” (1/2013).

okład slowianic nr 1

swiatoNowy Ryt Świętowita 2012 Ślęża

https://www.youtube.com/watch?v=B4PthWGm8MI

 

Opublikowany 2 lip 2013

https://bialczynski.wordpress.com/2014/07/28/oficjalne-zzniesienie-palwanu-peruna-na-chorwacji-nadeslala-katarzyna/#comments

Mamy efekty tego kroku w postaci posadowienia palwanu Peruna na Chorwacji i innych działań w Słowenii, Serbii i gdzie indziej.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

2014 Wrocław – 1 rocznica działania Wydawnictwa Slovianskie Slovo : https://bialczynski.wordpress.com/slowianie-tradycje-kultura-dzieje/kultura/2014-okragle-rocznice-ntv-i-swiatyni-swiatla-swiata/

 

https://bialczynski.wordpress.com/2014/07/27/piotr-kudrycki-geneza-slovianskiego-slova-slowianszczyzna-nowa-swiadomosc-wiara-przyrody-piekno-zycia/#respond

Ukraina, Białoruś i Rosja także obudziły się na skutek Słowa z Polski – nastąpiło to w roku 2000.

ASoV 2 ASoV 3 ASoV 4

ASoV 1

W 2001 Aleksander Asov wydał swoje książki poświęcone Mitologii Rusi w Moskwie, a w 2002 roku przyjechał do mnie i podarował mi te książki ze swoim autografem, a ja dałem mu, A RACZEJ PODPISAŁEM AUTOGRAFEM swoją mitologię „Księgę Tura” wydanie 1 Z ROKU 2000, KTÓRĄ MIAŁ ZE SOBĄ ORAZ „STWORZE I ZDUSZE” (1993), które także przywiózł do Krakowa. Odbyliśmy długą rozmowę na temat Odnowienia Wiary Słowian i zaczęło się. Była też mowa o tłumaczeniu mojej mitologii na rosyjski, ale nasze drogi się rozeszły, bo każdy powinien podążać swoją drogą. To wtedy nastąpił wybuch ruchu słowiańskiego w Rosji, po książkach wydanych w Moskwie przez Asova, a jeszcze później nastąpił wysyp filmów internetowych, Trechlebova, i innych ruchów ekologicznych w Rosji. Tak wygląda ta historia.

 

ASoV 8

ASoV 7

ASoV 6

ASoV 5

Od nas się to wszystko odradza – nie inaczej – od nas i z Litwy.

Być może przydałby się jakiś artykuł historyczny, bo faktycznie to jest już po 1989 roku 25 lat, a od tamtego czasu trwa „Odrodzenie Wiary Przyrody Słowiańskiej” w Polsce.

Od odrodzenia w Polsce zaczyna się odrodzenie w całej Słowiańszczyźnie. Także ruchy w Ukrainie i Litwie przed II Wojną zaczynają się od Polski i od Szukalskiego i Stachniuka – Zadruga.

Polskie:

szuk Toporzel.svg

Szczep Rogate Serce 1929,

 

nnst_srodek

Zadruga (1935, odnowiona 2006),

indeksczasopismo Żywioł Andrzeja Wylotka (Anidrżej z Parczewa – Szczep Rogate Serce, z wizytą u S. Szukalskiego w Los Angeles 1986, Niklot, SSŚŚŚ, 1991, posiadam NR1, razem z listem Andrzeja Wylotka o jego wyjściu z Rodzimego Kościoła Polskiego),

portal NAJMICI.net 1990,

Toporzeł Wydawnictwo myśli Zadrugi – pana Zdzisława Słowińskiego – 1991,

znak-2Wydawnictwo Kraina Księżyca, Kraków 1991

Trygaw_13

Stowarzyszenie Niklot (1998) i kwartalnik „Trygław” (jesień 1997) to również lata 90-te XX wieku.

 

 

Ciągłość Słowa płynącego z Polski przedstawiamy na Czarnym Pasie – od Średniowiecza, po dziś dzień – także Słowa płynącego na Śląsk i Łużyce, na Pomorze i do Słowian Niemieckich oraz Niemców.

TAK TO WYGLĄDA.  Rosyjski WKŁAD W POLSKĄ MYŚL Wiary Przyrodzonej Słowian to ANASTAZJA.

Warto zauważyć, choć to niezbyt chlubne że KGB/GRU wykorzystało dla swoich celów Ruch Słowiański, że NIE BYŁOBY W OGÓLE KONCEPCJI DUGINA I POLITYKI EUROAZJATYCKIEJ PUTINA GDYBY NIE SŁOWO I MYŚL, KTÓRA POPŁYNĘŁA W 1990 ROKU Z POLSKI DO MOSKWY.

OPOWIEŚCI ŻE MOSKWA NIE SŁUCHA POLSKI proponuję WŁOŻYĆ MIĘDZY BAJKI. SŁUCHA I TO BARDZO UWAŻNIE.

 

 

Ω

 

Na koniec  przypomnę tutaj tekst który jest fragmentem artykułu zamieszczonego przeze mnie na blogu w roku 2012:

Wielka Droga Smoka a Linia Arkona-Piramida Cheopsa oraz o otrutym Adamie Mickiewiczu i Watykanie, czyli Zbiorowa Świadomość i Matka Ziemia

[kliknij w tytuł  i przeczytaj całość]

 

FRAGMENT

Złota Era choć Mała potrwa 10.000 lat. Przed nami długi wspaniały okres harmoniczny i wiele pomyślnych chwil. Warto mieć dzieci, warto utrwalać i powielać myśl o Wielkiej Zmianie, warto patrzeć w przyszłość z wielkim optymizmem – samo myślenie w tych kategoriach – BEZ TRWOGI a Z UFNOŚCIĄ we własną MOC, ewokuje pozytywny Ruch RzeczyIstności.

Tym wszystkim, którzy boleją nad Upadkiem Rzeczpospolitej chcę powiedzieć jedno: Bolejecie słusznie. Rzeczpospolita wymaga naprawy i zostanie naprawiona. Rzeczpospolita i jej obywatele zasługują na inną pozycję w świecie niż mają. Prawda zwycięży i zwycięży Myśl Polska, Myśl Słowiańska, Słowiańska Wizja Przyszłości Świata. Musimy mieć wiele wiary w sobie, że tak się właśnie stanie i tę wiarę cierpliwie budować w innych. I stanie się!

W chwili obecnej Polska nie wygląda być może ciekawie, ale co mają powiedzieć  na Białorusi, na Ukrainie, w Kazachstanie, w Kirgizji i w Rosji? Jakąż oni mają jeszcze daleką drogę. Wykonamy ją wszyscy RAZEM, jestem o to spokojny.

Urodziłem się w 1952 roku, w 7 lat od zakończenia II Wojny Światowej, cztery lata po tym jak ZSRS zakończył rękami “polskich patriotów” pacyfikację polskiej armii podziemnej. Najniższe szacunki mówią o 50.000 zamordowanych Polakach i Polkach, potencjalnych ojcach i matkach, czyichś ojcach i matkach, czyichś dzieciach. To nie uchodzi jakoś za komunistyczne ludobójstwo. W trwającej 4 lata wojnie w Bośni zginęło łącznie 100.000 ludzi i USA zrównało Serbię z Ziemią. Mówi się że w Syrii zginęło obecnie 70.000 ludzi i USA “interweniuje” przy pomocy swojej V kolumny. 50.000 zabitych przez komunistów Polaków nie uważa się jednocześnie za ofiary ludobójstwa, a ze zbrodniarzami pije się bruderszaft.

Jednak to małe piwko w porównaniu do danych z II Wojny Światowej. Są naprawdę szokujące. W II Wojnie Polska, Litwa, Łotwa, Węgry, Rumunia i ZSRS straciły ponad 30 milionów obywateli. Ukraina w 1933 straciła dodatkowo 4 miliony ludzi. Według najniższych obecnych szacunków Wikipedii: Polska 16% całej ludności nie licząc tego co po Wypędzeniu z Ziem Wschodnich, ani tych zakatowanych przez ZSRS. A ZSRS, Litwa i Łotwa straciły po 13% całej populacji. To oznacza, że dzisiaj po 2 pokoleniach, jest o 150-180 milionów Słowian mniej niż by ich było, gdyby nie ów HOLOCAUST. Nie ma narodu na Ziemi, który mógłby się równać liczbą zabitych z Polską. Ale to jeszcze nie koniec strat słowiańskich. Niemcy straciły 10% ludności. Zastanówmy się kogo posyłali na front? Czy nie lechickich Słowian ze wschodnich landów?! Czy wiemy ilu zginęło Łużyczan, Ślązaków, Pomorzan i Kaszubów, po niemieckiej stronie? Śląsk był praktycznie opustoszały, Pomorze i Mazury też. A kim byli według was Berlińczycy czy Drezdeńczycy? W 75% Słowianami!

Pozostawiam każdemu do rozstrzygnięcia we własnym umyśle, na podstawie posiadanej wiedzy, kto naprawdę jest tym “Złym” w bajce o II Wojnie Światowej, o Jałcie, albo w bajce o Serbii, albo w bajce o Iraku, Afganistanie, Syrii, czy o Iranie. We wszystkich filmach szlachetny Bond walczy z Agentami ze Wschodu (ZSRS, Rosji, Iranu, Tajlandii). Śmiem twierdzić, że to jest kompletna bajka – nie ta walka, lecz jego szlachetność. To najczarniejszy charakter wszechczasów. Ten ciągnący się latami cykl filmowy to propagandowe uzasadnienie konieczności eliminacji Wschodu. Zakamuflowana w cukierkowym opakowaniu wojna psychologiczna pod płaszczykiem rozrywki. Urabianie opinii publicznej dla uzasadnienia ewentualnej inwazji i rasizm. Czysta propaganda wojny, zbrodni i dywersji.

Gdyby nie II Wojna, dzisiaj Polska licząca 120 milionów ludzi, byłaby WIODĄCA SIŁĄ EUROPY. Europy Hegemona, Europy Suwerena, a nie amerykańskiego Protektoratu! A co gdyby Polska weszła w unię z Rosją?! Uruchommy wreszcie w pełni wyobraźnię i przestańmy wierzyć w baśniuszki Dobrego Wuja Sama oraz w inne bajdy z Placu Świętego Piotra, znad Tamizy, czy Sekwany. Świat trąbi nieustannie o Holocauście Żydów – to był HOLOCAUST SŁOWIAN! To była pacyfikacja Europy wykonana z USA, za pieniądze sefardyjskich banksterów, rękami Niemców! Czy myślicie że oni tam, jak jeden mąż (od USA przez Wielką Brytanię po Niemcy), “przypadkiem” uprawiają od 50 lat  propagandę o “polskich obozach śmierci”?!

Czy to uzmysławia nam dostatecznie JASNO na czym polegało amerykańsko-anglosasko-sefardyjskie uderzenie w Serce Świata?! W Ośrodek Wielkiej Zmiany?! W Serce Cywilizacji?!

W wyniku tego uderzenia Europa przestała być wiodącą siłą cywilizacyjną i nie jest nią aż do dzisiaj. Ale Serce Świata i Duch Świata nadal biją pod Ślężą i na Wawelskiej Górze. I nie przestaną bić i emanować na Świat!

Zwróćcie uwagę, że chociaż do teraźniejszości gospodarczej i politycznej możemy mieć wiele słusznych zastrzeżeń, to moje pokolenie jest pierwszym pokoleniem Polaków, które przeszło przez życie bez wielkich strat demograficznych, bez wojny i bez hekatomby polskiej inteligencji. Jak ktoś gdzieś ładnie napisał: “to pierwsze pokolenie dziadków i babć, które jest wykształcone lepiej lub gorzej, ale jest i może przekazać wnukom swoją wiedzę w stanie nienaruszonym. Niezdziesiątkowane i niezakneblowane, mimo usilnych starań”.

Nie czuję się dziadkiem i jeszcze nim nie jestem, nasze życie ulega wydłużeniu, dzieci rodzą się później, a sprawność intelektualna dopisuje nam do późnej starości. Planuję starość na lata 2052 – 2072, kiedy to, biorąc przykład ze Stopana II Uboga, mam zamiar sam o własnych siłach wstąpić na Dach Świata (patrz Taja 23). Póki co przed nami WIOSNA.

Na początek zatem jak to na wiosnę, wielkie porządki. Jak zauważyliście powyżej, już je zaczęliśmy!

Będzie to jednak 90 lat (do roku 2102) gruntownego oczyszczania Śmietnika po Kalijudze. Jest to czas, kiedy każdy ruch łopatą będzie przejaśniał horyzonty myśli i czynił ład na naszej planecie. Każdy gram materii światła kładziony na szali Wagi Prawdy, będzie polepszał byt setek tysięcy Świadomych Istot. I za to się od razu zabieramy. TO TUTAJ WYKONUJEMY!

Każdy z nas ma do zrobienia swoją Wielką Małą Rzecz – na swoją wielką-małą miarę. Więc zaczynamy wielkie czyszczenie. Po nim każda “rzecz” w naszym domu nabierze nowego blasku, Błysku Novego, zaświeci czystym Światłem Świata. Przyjdzie czas, że wydamy pierwszy “novy podręcznik historii”.

Logiczny, prosty i niepodważalny dowód  na to że z Polski myśl popłynęla na Ukrainę, Białoruś i do Rosji wygląda następująco:

 

Wikipedia:

Rozpad Związku Radzieckiego – proces trwający w latach 1988-1991, podczas którego wszystkie republiki związkowe uzyskały autonomię w obrębie państwa radzieckiego, a następnie oderwały się od ZSRR i stały się niepodległymi państwami. W ten sposób Związek Radziecki zniknął z mapy świata, a za datę jego upadku oficjalnie uważa się 26 grudnia 1991 roku.”

(koniec cytatu)

 

Mam nadzieję, że dla każdego normalnego człowieka który posiada pamięć i wiedzę historyczną jest oczywiste, że w 1992 roku, kiedy w Polsce działały już wydawnictwa takie jak Kraina Księżyca, Toporzeł, Athanor i inne, choćby Żywioł, w ZSRR ludziom groziło za organizowanie się religijne 20 lat łagru na Syberii, a wydawanie czegokolwiek było możliwe jako tzw „samizdat” na powielaczu spirytusowym, co robili wyłącznie dysydenci płacąc za to cenę wieloletniego sybiractwa w łagrach opisanych przez Sołżenicyna. Ani im się śniła jakakolwiek myśl rodzimowiercza, czy odrodzenie słowiańskiej mitologii na serio. W ZSRR w latach 1917 – 1992 było to absolutnie niemożliwe!

 

Kiedy powstał w Rosji Euroazjatycki Związek Młodzieży a ideologia Dugina weszła do szkół wojskowych – Moskwa 2005 – 2008

 

http://gniazdo.rodzimowiercy.pl/tekst.php?tekstid=146

dugin i związek euroazjatycki

Pamiętajcie także dzisiaj na przełomie 2015 roku, że ta myśl słowiańska wypływa ciągle z Polski, w formie rzeczywiście nowoczesnej, nośnej idei, a nie z Rosji Putina, w postaci niszczycielskiej ideologii niewolenia narodów. Płynie z Polskiego Ruchu Wolnych Ludzi a nie z Kremla i kazamat KGB na Łubiance. Tylko Rosja Wolnych Rosjan może zawrzeć z Polską Wolnych Ludzi Unię Równych. Nie stanie się to wcześniej, bo nikt inny nie jest w stanie tej myśli zrealizować. Dowodem niech będzie fakt, że nikt poza nami, poza Ruchem Wolnych Ludzi Wolnej Polski i SSŚŚŚ, jak dotychczas, ani w Polsce ani w Rosji  nie deklaruje ani też nie promuje tej jakże prostej i oczywistej filozofii „unii w równości”.

Ouroboros – OR z bORu wyORAny, czyli dowody na starożytność Polski Słowiańskiej w Kronice Dzierzwy – prezent na Święto Niepodległości


Ouroboros

Co to jest Kronika Dzierzy (Dzierswy, Mierzwy)

 

Kronika Dzierzwy (Kronika Mierzwy, Kronika franciszkańska) – kronika historii Polski spisana po łacinie w początkach XIV wieku.

Zachowała się w czterech rękopisach z XV wieku oraz w jednym z XVI. Powstała najprawdopodobniej w Krakowie. Jej autorem mógł być franciszkanin związany z dworem Władysława Łokietka, opowiadający się za zjednoczeniem Polski po czasach rozbicia dzielnicowego.

Kronika jest kompilacją wcześniejszych utworów, takich jak Kronika Polski Wincentego Kadłubka, żywoty św. Stanisława Wincentego z Kielczy, Rocznik małopolski oraz innych źródeł. Mimo tego kronika ma dość jednolitą formę. Autor przejawia dobrą znajomość Biblii, wielokrotnie się do niej odwołując, a także znajomość kanonów stylistyki retorycznej, aczkolwiek język kroniki nie ma wybitnych walorów literackich.

dzierzwa 1

Czy posługując się Kroniką Dzierzwy napisaną w 14 wieku możemy dowieść, iż korzenie Polski i obyczaje intronizacji królów sięgają najgłębszej starożytności i świadczą nie tylko o starożytności Sławji-Polski (Lechii-Lugii), ale także o tym, że kasta kapłanów pogańskich Wiary Przyrodzoney Słowian, z wielką dbałością przekazywała z pokolenia na pokolenie wiedzę ezoteryczną, astronomiczną i magiczną (Wiedę), która swoją tradycją sięgała czasów starożytnego Egiptu, a właściwie głębiej i dalej niż sięga historyczny Egipt?

Tak. Aby takiego dowodu dokonać nie będziemy się w niniejszym artykule zajmowali całą Kroniką i wyszukiwaniem w niej starożytności, nie będziemy budować nie wiadomo jakich logicznych konstrukcji i przywoływać żadnych autorytetów. Powyżej przytoczyliśmy prosty opis Kroniki Dzierzwy z Wikipedii, gdzie uznaje się to dzieło za co najmniej 14-wieczny autentyk.  Wiemy, że ta Kronika cytuje różne wiadomości znane już z Kroniki Galla Anonima. Przytoczymy tutaj zatem tylko jedną stronicę Kroniki Dzierzwy, i na podstawie jednego zdania na tej stronicy zawartego przeprowadzimy błyskawiczny dowód. 

 

Oto ona:

Dzierzwa 2

 

Chodzi mi o przypis 11 i fragment zdania z tym przypisem, który brzmi: „… oborano blisko Skały Żarłoka (Smoka) wielkie Miasto, które dla uwiecznienia Imienia Jego (Gracca) Graccowem nazwano…”

Przypis mówi zaś, że chodziło tutaj o oboranie pługiem obwodu miasta od czego oborany pługiem obwód nazywano „…Urbs, od części Pługa zwaney Urbus”.

Oczywiście Franciszkanin zwany Dzierzwą, autor tej kroniki był człowiekiem zupełnie nieświadomym czym jest starożytna mistyczna wiedza Słowian i płynące z jej poszanowania obyczaje.  Nie wiedział też, że łacińskie i greckie nazwy mają w istocie słowiano-scytyjskie korzenie i to nie tylko w sensie brzmienia wyrazów, ale treści jakie w sobie niosą.  Są te wyrazy pewnym uproszczeniem słowiańskiego ich znaczenia, nie mniej zawierają w sobie logikę i sens czynności, którą oznaczały w swojej słowiańskiej przeszłości.

 

Zanim przystąpimy do ostatecznego wyjaśnienia znaczenia wykonywania obwodu jako czynności magicznej, przy pomocy pługa – który był traktowany w tym wypadku jako boskie narzędzie-symbol, następca radła ORAdła, OR-RA-Dzieł-ającego, który wciąż zachował w sobie tę część tnącą, ostrą zwaną ORO-Bor , przedstawimy inną definicję, która powszechnie odnosi się do najgłębszej starożytności, a która pokazuje w całej krasie magię symbolu i znaczenie „zamknięcia kręgu” (obwodu magicznego):

 

250px-Ouroboros

Uroboros – OUROBOROSKOSMICZNY WĄŻ

 

Wikipedia:

(stgr. οὐροβόρος; także urobor) – staroegipski i grecki symbol przedstawiający węża z ogonem w pysku, który bez przerwy pożera samego siebie i odradza się z siebie.

 

Jako symbol gnostyków urobor wyraża jedność duchową i fizyczną wszechrzeczy, która nigdy nie zaniknie i będzie trwać w nieskończoność w formie ciągłej destrukcji i odradzania się. Urobor pierwotnie był symbolem rzeki, jaka miała opływać Ziemię, nie mającej źródeł, ani ujścia, do której wlewały się wody wszystkich rzek i mórz na świecie.

Jest to symbol nieskończoności, wiecznego powrotu i zjednoczenia przeciwieństw (coincidentia oppositorum). Gryzący własny ogon wąż wskazuje, że koniec w procesie wiecznego powtarzania odpowiada początkowi. Mamy tu do czynienia z symboliką cyklicznego powtarzania – obiegu czasu, odnawiania się świata i światów, śmierci i odrodzenia, wieczności po prostu.

W symbolice alchemicznej urobor to symbol zamkniętego, stale się powtarzającego procesu przemiany materii – procesu, który w formie faz podgrzewania, parowania, chłodzenia i kondensacji cieczy ma prowadzić do sublimacji substancji. Urobor to odpowiednik kamienia filozoficznego.

W psychologii analitycznej Carla Gustava Junga urobor to metafora wczesnodziecięcej fazy rozwoju, w której jeszcze nie zaszedł proces różnicowania na świat zewnętrzny i wewnętrzny, a zatem fazy, w której nie uformowała się jeszcze tożsamość seksualna. Dopiero powstająca świadomość „ja” pozwoli przełamać fazę uroboralną, różnicując świat na matriarchalny i patriarchalny.

ouroboros-1-1

Vismaya:

http://www.vismaya-maitreya.pl/rok_2012_ouroboros_-_kosmiczny_waz.html

Wąż kiedy utworzył koło wziął swój ogon we własne usta, scalił cały kosmos. Stało się wszystko we wszystkim. Naturalny cykliczny ruch dający wszelkie życie. Kosmiczny wąż-smok scalony w jedno koło jest nazywany Ouroboros (uroborus)

Ouroborus jest mistycznym symbolem i jest bardzo ważny w wielu religiach. W języku koptyckim ouro – znaczy król, ob – wąż. Znany już był w Egipcie 1600 lat p.n.e. Stamtąd przeniósł się do Fenicjan i starożytnej Grecji Platon opisywał planetarny ruch scalony w jedność. Pierwszy opisał węża jedzącego własny ogon, kosmiczny cykl i ciągłość życia we Wszechświecie.

Ouroboros znaczy, życiowy konflikt, kiedy życie mija i przychodzi śmierć …, ale koniec znaczy też początek …

Kosmiczny cykl – koło, ukazuje się w połowie jako światło i w połowie jako ciemność – Yang i Yin.

We wszystkich mitologiach świata można spotkać ten symbol:
1. Wikingów (Norse)
2. Hinduskiej
3. przed kolumbijskiej w Środkowej Ameryce
4. w Zachodnio Afrykańskiej
5. Vodou (Vudu)
6. Greckiej
7. Egipskiej

Ouroboros – cykliczna Natura Wszechświata tworząca się poprzez zniszczenie życia i śmierć. Kiedy wąż ukąsi własny ogon, życie – odradza się.

Koło czasu, 12 potężnych dywizji w pełni manifestuje się poprzez doświadczenie człowieka. Następuje unia między materią i duszą.

Mijający czas – wczoraj i jutro, śmierć i zmartwychwstanie. Dwa bieguny – natura męska i żeńska splatają się w jedność – Androgenus, komplet, powrót do jedności. Ostatni dzień twojego życia jest też pierwszym dniem nowego.

Kogo ukąsi wąż i przejdzie śmiertelną agonię, cierpienie ciała i duszy wyzwala już nową naturę, która popycha do nowego życia …

12 spirali świadomości łączy się tworząc nowy ruch. Koło karmy zamyka się i otwiera kosmiczny zegar gwiezdną furtkę, uruchamia 12 nitek DNA.

ouroboros_freemasons

Z powyższych dwóch cytatów widać jak na dłoni, po pierwsze starożytność symboliczną Ouroborosa, jak również, po drugie magiczne powody praktyk Słowian, które nakazywały nowe miejsca osiedlenia nie tylko oborywać RA-dzieidłem (radłem/pługiem zaopatrzonym w część tnącą/ORRAJącą: or-rob (polskie)/urbus (łacińskie), ale także obchodzić z każdą nową porą roku owo miejsce osiedlenia w magicznych  pochodach świątecznych, które odnawiały ów czar Wiary Przyrodzonej i chroniły wnętrze kręgu przed Ciemnymi Siłami. Przytoczony z Vismayi opis dwukrotnie przekazuje informację o 12 Mocach, w sposób zupełnie nieświadomy  dla autora. Oczywiście nigdy i nikomu nie przychodzi też do głowy pokazać mitologiczne słowiańskie korzenie tego pojęcia. Słowian pomija się w przytoczeniach mitologicznych. Co za wstydliwy absurd, zwłaszcza dla Polaków mających udowodnione zakorzenienie w starożytności sięgające 10.000 lat p.n.e. nieprzerwanego bytowania w Europie, po dziś dzień!

 

Jak nieświadomie informację o 12 Mocach zawartych w Świętym Kręgu przekazał autor Vismayi w haśle o Ouroborosie, tak i Dzierzwa zupełnie nieświadomie przekazał sam obrządek słowiański, znany z pradziejów  jako czynność oraz jako towarzyszące jej nazwy przedmiotów Urbs (okręg-pag) i Urbus (część orząca pługa), które wprost nawiązują do symbolicznej postaci zjadającego własny ogon Węża-Okręgu. Co śmieszniejsze ani starożytny Egipt (widać to w wywodzeniu nazwy Oroborosa) ani starożytna Grecja, ani Rzym, nie zachowały wprost związku między nazwą czynności, okręgiem wyorywanym w ziemi, narzędziem jakim się tego dokonuje, oraz miejscem osiedlenia (posadowienia ludzkiego osiedla) i czynnością magiczną mającą temu miejscu zapewnić powodzenie oraz ochronę.Taki prosty związek między mianem a czynnościami i obiektami/narzędziami/symbolami magicznymi  nazwanymi owym mianem zachował się tylko i jedynie wśród Słowian.

 

To wszystko co powyżej napisaliśmy wskazuje jednoznacznie na miejsce pochodzenia owej magicznej czynności i na lud, który tę czynność/narzędzie/symbol nazwał.

 

Na koniec dodam tylko (żeby wszelkich wątpiących ostatecznie dobić i odebrać im chęć do jakiejkolwiek polemiki z przedstawionym tutaj dowodem), że:

Święte Narzędzia Boskie, które bogowie zrzucili Scytom/Prasłowianom z Nieba, a podjęcie których z Ziemi oznaczało objęcie przez króla władania Całą Ziemią Scytów/Prasłowian, były: Złote RA-dło (boga RAgła/ROgła/Rgła), Złota Cza-RA (boga RAda/ROda, Dzban Zerywanów), Złote J-AR-zmO (boga PRAwego/PROwego) i Złota SiekieRA (boga PeRAna/PiORuna/PieROna).

Oroboros – znaczy OR-ROB-BOR-OŚ – Orać, orzyć – ożywiać ziemię, nadawać jej czynem jaRA/jarus, czyli boskiego Światła Życia (ja-ruszać). Or-rob – ora/orz robić – czyli wykrajać z BORu część zasiedloną przez ludzi – pąg-pag -jasną,  okrągłą przestrzeń, którą oczyszczano z lasu, z drzew, i zabudowywano w kształcie okręgu. OŚ – końcówka tego wyrazu oznacza nie tylko czynność osadzenia/osiedlenia osiadłości tchu/ducha/duszy (znane też Celtom w tym nawet chyba Tolkienowi jako pojęcie najgłębszego ducha istoty „sidthu”), ale także Oś Świata  – Drzewo Zapisu – jedyne drzewo, które pozostawiano nieścięte, a wręcz czczono je jako święte, w samym środku OSADY, gdyż symbolizowało ono Drzewo Świata/Drzewo Kosmiczne Życia i Kosmiczną Oś/Jądro Galaktyki-Wszechświata, OKO Anu (Oce Anu, Okołonaszu, OKnO, W-Oklo, Wokół/Wogół – zwieńczenie Świata z jego Górą Gór, na której mieszkał Bóg Bogów, Światło Świata – Świętowit) .    

 

Tylko u Słowian, a najpełniej u Polaków znajdziecie te wszystkie znaczenia wywiedzione z jednego słowa-symbolu Oroboros, który jak wiadomo powszechnie ma charakter magiczny, ezoteryczny, mistyczny, i poświadczony od czasów starożytnego Egiptu, a nawet jeszcze dawniejszych.   Jak więc widzicie nawet takie zdawałoby się obce pojęcia jak urbanizacja, suburbium i inne mają pochodzenie odsłowiańskie, prapolskie. Dlatego też Polaka nie rażą te słowa i  nie drażnią jako obce wtręty – one są przez podświadomość każdego z nas akceptowane. To my Słowianie-Polacy jesteśmy nazywani przez Biblię Wężowym Plemieniem, gdyż jesteśmy dokładnie Plemieniem Żmijów/Smoków/Drakonów/ Węży – Scytami Jaszczurami. Proszę tylko by nie mylić tego z kosmicznymi Reptilami. Gadziną, która nie ma nic wspólnego z Wężowym Plemieniem. Na Wężowe/Smocze Plemię nie bez powodu zrzucono w Biblii winę za to że Ludzkość Posiadła Wiedę (Owoc z Drzewa Wiadomości). Pośrednicy kościelni chcieli zatrzymać tę wiedzę dla siebie i poniekąd długo się im to udawało.  Bowiem to my jesteśmy jednocześnie owym Wężem/Smokiem w Którego posiadaniu jest Owoc Wiedy – Owoc Dobrego i Złego. To Słowianie/Scyci byli owymi Nosicielami Światła Świata, czcicielami Łączy Zwory- Lucisferusa, czyli właśnie Światłoświata, inaczej Świętowita. To ich Słowian ideę boga, zamierzało nieudolnie i nieudanie uśmiercić judeo-chrześcijaństwo.  Ażadaha (Uż-Duch) Smok i Żmij Wielkiego Działu (Działu Działów) jest rozdwojeniem Światła Świata na dopełniające się In-Yang (Białoboga i Czarnogłów).

Jedyne co mnie   niepomiernie dziwi to fakt, że jezuicka „nauka” polska i polscy „naukowcy”, tak prostych dowodów nie są w stanie odnaleźć i wyszukać w dokumentach historycznych, które mają we własnych bibliotekach pod swoim przemądrzalskim nosem. Czyżby prosta dedukcja, albo łączenie wiedzy językoznawczej z historyczną było w Polsce, w tzw. III RP, narzędziem zapomnianym w dociekaniach naukowych? A może wiedza o głębokiej starożytności i odsłowiańskości znanych obecnie na świecie systemów magicznych i ezoterycznych oraz pochodzących z nich religii monoteistycznych była i jest nadal objęta jakimś tajemniczym, watykańskim ZAKAZem? Czy zatem polscy naukowcy są materialistami i racjonalistami, czy też może irracjonalnymi zwolennikami watykańskiego zabobonu?

entelechia

Że Oroboros, symbol głębokiej magii i wtajemniczenia ezoterycznego znany całemu światu ma odsłowiańskie pochodzenie to nie jest oczywiście żaden przypadek, na który teraz chętnie tzw. ateiści i judeo-katoliccy uczeni zepchnęli by owo odkrycie, aby je zdezawuować. Żeby ich całkiem dobić dodam tutaj inne znane pojęcie filozoficzne, wprowadzone przez Arystotelesa a tłumaczone od wieków z greki zamiast ze słowiańskiego. Jest to pojęcie Entelechii.

 entelechia1

Wikipedia:

Entelechia (gr. entelecheia od én télos échein – dosłownie ucelowienie) – termin Arystotelesa. Twierdził on, że każdy istniejący byt, dzięki swojej przybranej formie posiada własną entelechię, czyli ucelowioną duszę, nadającą rzeczy jedność.

 Zainteresowanych tym terminem głębiej odsyłam do pracy o energii przestrzeni Dariusza Szkutnika (pdf w Internecie) „ENTELECHIA I ZASADA ZACHOWANIA ENERGII W ROZUMIENIU HANSA DRIESCHA” (tutaj tylko jedna stronica i link entelechia):

entelechia22

i dużo głębszych definicji entelechii niż ta prostacka wikipedyczna, które można znaleźć w Internecie – Naszym Zbiorczym Rozumie Ludzkości.

 

A oto tłumaczenie terminu Entelechii słowiańskie, prostackie:

entelecheia od én télos échein   – Anu Tel Oś Lechein lub Anu Dał Oś Lecheiom czyli Anu W-tel-ił (wcielił) Oś w Lechitów, lub w Lechię. Nie zapominajmy też że Grecy to byli w dużej części przybyli z Północy Dorowie-Drzewidzi i (L)Achaje z Naddnieprzańskiej Hel-LAHAJI (Hylaji – Kałłużji, Błotnego Kraju Bagiennego). Można to określić „ucelowieniem” (Anu-Cel-Oś-Świeceniem), bowiem celowo ową Osią (OIO) obdarzono Lechitów, Czcicieli Światła Świata.

Kim byli Anu/Anunaki? Anu odpowiedzcie sobie sami, złodzieje naszej Słowiańskiej Tożsamości, którzy tak się lękacie Symbolu Węża i Smoka, a energię miast do nieba wysyłać tłumicie w betonowych katakumbach-grobowcach. Anu nie lękajcie się też tak bardzo ciałopalenia jako obrządku Przejścia bo Ogień Oczyszcza Raz na Zawsze.

Czyżby sięgające starożytności korzenie Słowiańszczyzny były rzeczą w tradycji Polski niemile widzianą? Każdy inny naród wszak chętnie by się do takiego pochodzenia i pozycji w dziejach przyznał?! Czy przewodzą nam, Narodowi Polskiemu, jacyś obcy – Obcy Pasażerowie Nostromo – Reptile?!

 ouroboros.nimrod

Czesław Białczyński – 10 sierpnia 2014,  z okazji słowiańskiego ślubu w Noc Pełni Księżyca (ANU-LUNY), Sawy Białczyńskiej z Piotrem Lipertem, jako prezent ślubny dla nich oraz jako prezent dla Polaków-Słowian na 11 listopada 2014 – Święto Niepodległości Polski.  

ouroboros_engulfing_the_tree_of_life__commission__by_ayatonyaa-d6pmehs

Tagged with: ,

Z Lamusa (marzec 2010): Pelazgowie, czyli Połyskowie-Pałożgłowie lub inaczej Pyłożgłowie-Pyłozłotogłowi z Łyskogór (dziś: Gór Świętokrzyskich).

Posted in nauka, Starosłowiańska Świątynia Światła Świata by bialczynski on 4 Listopad 2014

Teksty z Lamusa przypominamy gdy są ku temu ważne powody, na przykład ich ciągła aktualność i ważne wskazówki do postępowania w nich zawarte, a także ponieważ większość z nich nie była udostępniana na FB a powinna.

 

Na początek przypis 77 do Taji 19:

[77] Pyłozłotogłowi (Pyłożgłowie, Pąłożgłowie, Połyskowie, Połyskowice, Płajskowie, Pelazgowie) – pierwotni mieszkańcy Skryty – w istocie skołoccy Połuczanie, którzy tu przyszli z Gór Pałuki – Świętogór-Łyskogór, połączeni z Czarnym Ludem miejscowym, zwani przez Romajów Pelazgami. Miano niewytłumaczalne w językach romajskich ma oczywiste znaczenie w skołockich, słowiańskich i istyjskich językach. Mieli włosy koloru czarno-złotego pyłu wulkanicznego, albo nawet złote czy rude.

Ten przypis i sama Taja 19, jest  – z wyjątkiem nielicznych modyfikacji różnych innych fragmentów (ale akurat nie tego fragmentu) – gotowa i możliwa do wydania drukiem, od roku 2007, dokładnie od od sierpnia owego roku.

Poniżej zacytuję tekst z TARAKI – niezbyt lubianej przeze mnie, choć bardzo profesjonalnej, pożytecznej, wręcz niezastąpionej, jako zbiornica opracowań antropologicznych poświęconych Wierze Przyrodzonej w różnych jej postaciach. TARAKA nie jest przeze mnie lubiana, bo podaje wiedzę z nieznośną wręcz pewnością siebie, bez żadnego „być może” i bez tolerancji na inne sądy. Jest też TARAKA siedliskiem allochtonistów, z którymi nigdy się nie zgadzałem, opierając mój sąd o Nadwiślańskich Korzeniach Słowian głównie na przesłankach językowych, etymologicznych i archeologicznych. Myślę, że allochtoniści czuli się zbici z tropu argumentami o tzw. Pustce Osadniczej między Późnym Okresem Rzymskim a Wczesnym Średniowieczem, czyli od II wieku Nowej Ery do V wieku, a także peszyło ich wyraźne cofnięcie się technologiczne plemion udokumentowanych w kronikach jako Słowianie (tak zwani Słowianie-Bez-Wątpienia).

Nie chcąc stać w poprzek aktualnej wiedzy archeologicznej końca XX wieku (może trochę z racji swoich naukowych etatów, czy zawodowych związków z archeologią albo uniwersytetami), allochtoniści ulegli germańskiej propagandzie, która była przecież przez Niemców i wychowanków niemieckich uniwersytetów uprawiana od 200 lat. Była to propaganda służąca podporządkowaniu – po prostu germanizacja, której skutki nad Łabą znamy [patrz: dział Pamięci Łużyc i Połabia] – całkowite zabicie języka drzewiańskiego i zabicie słowiańskiej świadomości Wędlandczyków, dogorywanie świadomości słowiańskiej w dzisiejszych Łużycach łącznie z dobijaniem resztek języka serbo-łużyckiego, czy odmawianiem Związkowi Polaków i w ogóle Polakom praw mniejszości narodowej – zupełnie jakby nadal w Niemczech trwał hitleryzm.

Trudno było rzeczywiście oprzeć się temu zmasowanemu atakowi, zwłaszcza jeśli się chciało uchodzić za naukowca o nowoczesnych poglądach, a nie za zatwardziałego wstecznika. Sam byłem nie jeden raz bliski załamania i gotów do uległości pod naporem niezliczonych dowodów rzucanych przez naprawdę wielkie naukowe autorytety, a przecież znajdowałem się poza środowiskiem naukowym, w krainie literatury – gdzie dużo więcej wolno (ale wcale nie wszystko). Tym łatwiej było naukowcom zlekceważyć moje poglądy, choć wiem, że nie zlekceważyli ich do końca, ponieważ śledzę tę powolną, mozolną ewolucję, zmierzającą jednak we właściwą stronę. W nauce polskiej – i nie tylko polskiej – niestety także panuje korupcja, panoszy się agentura. Zapewniam was, że wszędzie starzy piewcy marksizmu mają się dobrze. Było mi tym trudniej się opierać, że poza wszystkim, miło jest w zamian za łatwą zgodę – że to wszystko co sądzę o Słowianach jest OK, ale dopiero od V wieku n.e. – okupować etat gazecianego mądrali czy telewizyjnego „eksperta” dla tłumów. Wystarczyło wszak się zgodzić z tym jednym tylko, i już można było wskoczyć na „oficjalny” pokład – czyli być tolerowanym.

Allochtoniści poddali się presji, mieli zbyt miękkie kręgosłupy jak na tak ciężkie czasy, ale jak się okazuje mają może część racji – poczekamy zobaczymy.

Będzie jeszcze wiele zwrotów akcji, bo już widać oto kontrofensywę „naukową” z Zachodu, który momentami zdaje się ignorować oczywiste wnioski płynące z nowych odkryć genetyki i stara się ratować za wszelką cenę podkopane poczucie własnej, dziedziczonej w genach, wartości historycznej. Ale wróćmy do tematu.

Czas Realnego Socjalizmu, a mówiąc wprost 50 lecie sowieckiej niewoli, było jednak  – dla takich osób jak ja i wielu podobnych mi niedowiarków – wyjątkową lekcją niewiary w to co mówią jakiekolwiek autorytety i jakiekolwiek media. Myślę, że w innych warunkach, gdyby kłamstwo nie było tak masowe, oficjalne i upowszechniane drukiem przez „marksistowskich uczonych” – nie wyrosło by nigdy w Polsce pokolenie takich niedowiarków jak my – którzy nie wierzyliśmy nikomu i nie wierzyliśmy w nic z tego co mówią, piszą i pokazują. My dawaliśmy wiarę tylko temu co sami sprawdziliśmy, albo co sprawdzili ludzie z ewidentnego marginesu – Wyrzutki Poza Nawias Kariery Socjalistycznej, czyli osoby, które System uznał za wrogów i skazał je na Publiczny Niebyt, nie bacząc na ich zasługi dla Polski czy posiadaną wiedzę. Byli skazani na niebyt całkowity – a ich dzieci (bo niebyt miał ich objąć do n-tego pokolenia) nie raz skazane były również razem z nimi – gdyż serwowano im zakaz przyjęcia na jakiekolwiek studia wyższe i uniemożliwiano zdobycie jakiegokolwiek dyplomu wyższej uczelni.

O tych praktykach „szczęśliwego” okresu Polski Ludowej jakoś się milczy, nie widziałem filmów dokumentalnych o osobach prześladowanych w ten wyrafinowany subtelny sposób, który nie polegał na ich mordowaniu, lecz na spychaniu na społeczny margines przez odbieranie możliwości uprawiania zawodu, jakiejkolwiek pracy, wykształcenia dzieci itp. Jakoś nie chcą produkować takich filmów telewizje należące do Zwolenników Idei Wszechwybaczenia. No, może były ze dwa takie filmy, ale puszczono je po godzinie 23.30 – znowu muszę się przywołać do porządku i wrócić do tematu.

Żeby dojść prawdy o Słowiańszczyźnie trzeba było zignorować tzw. brak ciągłości  między II a V wiekiem n.e. – uznać, że badania są niekompletne, a poza archeologią istnieją inne wskazówki – zwłaszcza językowe, etymologiczne, kronikarskie (trzeba było uwierzyć Kronikarzom, a nie obalać ich przekazy, wyszydzać i śmiać się z ich ograniczenia umysłowego) i że są też wskazówki po prostu – logiczne. Te logiczne, najprostsze to choćby takie, jak fakt, że garstka Śmieciuchów z Lasu  nie może pokonać Cesarstwa Rzymskiego Wschodniego  i Zachodniego, a jeżeli nawet tego dokona, to na pewno nie ma prawa narzucić 60%  populacji Europy swojej prymitywnej „pseudo-pre-cywilizacji” rolno-ziemiankowej, bez garnka na kole, nie znającej pisma, radła, religii, rzeźby, malarstwa, ni kultury wina. Teraz wiemy, że nie znając pisma zdołała tę Europę zdominować także językowo.

Poniższy artykuł jest autorstwa człowieka, który wyróżnia się ostrożnością sądów i stara się ich nie kategoryzować z taką dosadnością, jak reszta tamtejszych, TARAKOWYCH – wyjątkowo pewnych siebie – autorów. To tekst Wojciecha Jóźwiaka, którego całą działalność popularyzatorską bardzo cenię i którego zaliczyłbym do Strażników Wiary Przyrodzonej Słowian, gdyby nie fakt, że się w ogóle nie znamy, i że nie ma on żadnych związków ze Starosłowiańską Świątynią Światła Świata, nawet tak nikłych, jak je miał swego czasu Zdzisław Beksiński.

Zamieszczam tutaj wszystkie te teksty – mój na samej górze – Wojciecha Jóźwiaka o książce profesora Danki i wreszcie pośrednio skomentowane bardzo sensownie przez Jóźwiaka sądy profesora Ignacego Danki, po to by im się dokładnie przyjrzeć i coś wam pokazać.

Wracając na chwilę do profesora Danki – jego już z całą pewnością powinienem nazwać Strażnikiem Wiary Przyrodzonej Słowian  za samo kultywowanie Klanu Ausran – gdyby nie to, że uważał on Pra-Indo-Europejczyków (w sensie językowym)  nie za Pra-Słowian, ani za Słowiano-Indo-Europejczyków, ale raczej za konglomerat, z którego wyłonili się wszyscy łącznie z Germanami i Italikami. W związku z tym odradzał on Wiarę Przyrodzoną jako przypisaną tak rozumianej grupie Pra-Indo-Europejczyków (PIE). Dzisiaj widać, że raczej należałoby zidentyfikować Język PIE (który trafniej nazywać Indo-Słowiańskim, lub Indo-Scyto-Słowiańskim, albo Indo-Irano-Słowiańskim, albo nawet Słowiano-Indo-Irańskim)  z haplogrupą odkrytą przez genetyków jako źródło prasłowiańskie: R1a1 – źródło wspólne, Słowian z Ariami (czyli Indo-Irańczykami).

Cytując artykuł Wojciecha Jóźwiaka, a w nim tezy profesora Ignacego Danki, a także mój przypis 77 do Taji 19, chcę wam pokazać w jak dziwnym czasie żyjemy – czasie błyskawicznych postępów wiedzy, który to postęp dokonuje się przede wszystkim dzięki informatyzacji i komputeryzacji. Dokonuje się dzięki coraz większym mocom obliczeniowym i analitycznym narzędzi, jakimi posługuje się współczesna nauka i jakimi dysponuje dzisiaj ludzkość. Jest to  czas tak szybkich zmian w stanie wiedzy, że książkę z 2007 roku trzeba nieco modyfikować analizą i komentarzem w roku 2008, i potem w 2009, a wreszcie cały artykuł należy opatrzyć aktualnym komentarzem z roku 2010, żeby pokazać co już w obu tych tekstach – dzięki postępowi wiedzy genetycznej – jest nieaktualne.

Chciałbym wam pokazać także jak powinien się zmienić przypis 77 – bo on też powstał w roku 2007 i wymaga modyfikacji. Sytuacja powyższa pokazuje też, jak trudną rzeczą jest opisywanie dziejów Słowiańszczyzny i jak bardzo w tej dziedzinie należy się wystrzegać sądów kategorycznych, bezwzględnie wszystkowiedzących.

Dzisiaj plemienne byty takie jak Goci i Wandale mogą się okazać całkiem słowiańskie, a obwołani kłamcami i zmyślaczami kronikarze poczynając od Kadłubka i Długosza, mogą się okazać jedynymi, którzy napisali prawdę o wandalskich korzeniach Polaków. Wszystko wskazuje dzisiaj, że Wandale to R1a1  – którzy poszli do Skandynawii, gdzie połączyli się z ludnością grupy I1, a potem wrócili na kontynent w jakiejś części – zatem możliwe, że Wandale to wcześniejsi Wenedowie – Słowianie + Staroeuropejczycy sprzęgnięci ze Słowianami, tworzący jeden żywioł i jedno królestwo – homogeniczne językowo  – prasłowiańskie – od Dunaju po Ural.

Także odsądzani od czci i wiary głosiciele polskiego Sarmatyzmu – wiemy to już na pewno – w jednym mają absolutną rację, że istniała Wspólnota Irano-Indo-Słowiańska a następnie Scyto-Słowiańska, i w końcu Słowiańsko-Sarmacka. I że Germanie nie należeli do niej. Więcej, że ich jeszcze  – jako wspólnoty językowej –  nie było, kiedy my już byliśmy – bo oni powstali ze zmieszania ludzi o haplogrupach R1a1 i I1 oraz później, po podbiciu Skandynawii przez ludzi o haplogrupie R1b1 (Celtów) – z tych trzech bytów plemiennych. Z tych trzech bowiem języków powstał dopiero  ich język germański – mocno skreolizowany – ale w dużej mierze zdominowany przez ludzi R1a1 – bo tzw. Indo-Europejski.

Genetyczne współczesne badania dają wskazówkę, że Pragermanie – jeżeli można tak nazwać ludność MIESZANĄ R1a1 + I1, czyli Słowiano-Staroeuropejczyków (Wenedów), których nie nazywamy Pragermanami gdy ich określami jako grupę nad Dunajem (gdzie R1a1 wchłonął niejako narzucając prawie niezmieniony swój język grupę ludności I2). Tam nazywani są Ilirami czy także Wenedami, bo I2 byli bardzo bliskimi krewnymi I1). Ale niech będzie –  na Północy to Pragermanie – więc ci Pragermanie, musieli na początku mówić językiem zbliżonym do tego znad Dunaju, Wisły i Dniepru, skoro składali się z ludności R1a1 i I1. Tak więc język ten zmienił się mocno dopiero po podboju dokonanym przez Celtów i w wyniku napływu ludności R1b1! Powstał wtedy dopiero jakiś nieiliryjski, czy niewenedyjski język, germański – staro-skandynawski, a potem znów mieszając się na kontynencie ze słowiańskim i celtyckim wytworzył się staroniemiecki i staroangielski.

Dzisiaj mamy dwie hipotezy  na temat indoeuropejskości bądź nieindoeuropejskości języka grupy ludzi o haplotypie R1b1:

– pierwsza,  że ani język ludzi  haplogrupy I1 ani R1b1, nie był Indoeuropejski,

– lub drugą hipotezę, że R1b1 był Indoeuropejski, ale musiałby wtedy być izolowany bardzo długo od grupy satemowej, Słowiano-Aryjskiej  – co z kolei jakoś trudno udokumentować ze względu na rozmieszczenie i kontakty kultur archeologicznych, które obie te grupy – R1a1 i R1b1  – reprezentowały).

Przejdźmy jednak do omówienia samego owego tekstu, rzecz bowiem w tym,  że obecnie Internet (Wikipedia, strony encyklopedyczne, strony takie jak „Zgapa”, „Wiem”,  czy inne szkolno-pomocowe, a także miłośników słowiańszczyzny, czy lokalnych kultur i regionów Polski) roi się, od niezmodyfikowanych, coraz bardziej przez to pozbawionych sensu i tworzących zamęt, tekstów w rodzaju :

„… Słowianie pojawili się nad Wisłą w V wieku n.e….”, albo  „….Słowianie pojawili się w Europie w V wieku n. e. dokąd przybyli znad górnego Dniepru…” itd, itp.

Oto sam tekst artykułu który poddamy analizie:

Wojciech Jóźwiak

Pelazgowie i praojczyzna Indoeuropejczyków

Jesienią 2007 znalazłem w Sieci, kupiłem, sprowadziłem i przeczytałem książkę (książeczkę – 94 strony) legendarnego dla mnie profesora Ignacego Ryszarda Danki pt. Pelazgowie, autochtoni Hellady. Pochodzenie, język, religia. Dowiedziałem się z niej, że niemal w całej Grecji półwyspowej i na wyspie Krecie zachowały się podania, iż przed Hellenami był tam inny lud mówiący swoim językiem. Herodot wspomina, że w dawnej Grecji „te bowiem były główne szczepy, mianowicie jeden pierwotnie pelazgijski, drugi helleński. Jeden nigdy nie opuszczał kraju, drugi był bardzo wędrowny.” Dziewiętnastowieczni językoznawcy odkryli w języku greckim obszerny zasób słów, które zdawały im się być nie-indoeuropejskiego – inaczej niż greka – pochodzenia; ten obcy substrat, nazywany także „egejskim” lub „azjanickim” utożsamiali z językiem Pelazgów, których przeto uznano za nie-Indoeuropejczyków. Jednak w ślad za bułgarskim uczonym Vladimirem Georgievem, Danka stwierdza dobitnie i stanowczo, iż „żadnej rodziny języków azjanickich nigdy nie było”. Pelazgowie mówili językiem indoeuropejskim, wprawdzie nie-greckim, ale niedaleko z nim spokrewnionym.

[Tutaj konieczna jest uwaga 1: wyciągnięty wniosek wydaje się być w tym miejscu błędny ze względu na nowe odkrycia genetyki. Otóż ludność Grecji składa się w dużej mierze z R1a1, I2 oraz E i G. E – to składnik nie azjanicki, ale afrykański. A wiec mamy tutaj nieindoeuropejski (staroeuropejski)  I2 – Wenetowie (Ilirowie?) i R1a1 – Pra-Słowianie (Połyskowie-Pelazgowie) oraz afrykański E, a potem także domieszkę R1b1. Nie było zatem w tym czasie, być może rodziny języków azjanickich, ale była zapewne rodzina języków afrykańskich. C.B.]

Zatem jak przy wszystkich ludach indoeuropejskich powstaje typowe pytanie: gdzie żyli wcześniej, skąd przybyli? Danka za Georgievem odpowiada: znikąd. Zawsze tam byli. Pelazgowie byli w Helladzie tubylcami, autochtonami! Zawsze, oznacza w tym przypadku: zapewne od początku istnienia kultur neolitycznych, więc uprawiających ziemię i mieszkających w stałych osiedlach. Ale to by oznaczało, że ludy indoeuropejskie nie przybyły, jak zwykle się sądzi, gdzieś z północy, najpewniej z ukraińsko-(dziś)-rosyjskich stepów, lecz rozwinęły się w regionie obejmującym Bałkany i Azję Mniejszą z Helladą jako centrum.

[uwaga 2: Ludy, które powinniśmy nazwać Słowiano-Wenedami (Prasłowianami, Pra-Słowianami) były nad Dunajem i Wisłą, a także nad Adriatykiem przez okres o którym tutaj mowa – więc tak były tutaj wieczne, od neolitu, ale jest także ludność haplogrupy E w Grecji lądowej i na Wyspach. Według mnie ona tutaj była wcześniej, ale kiedy przyszła? W każdym razie ma swój wkład w skreolizowaną grekę, lub jak powiedzą inni spowodowała to, że greka – jest kentum, podczas gdy albański jest satem. W każdym razie na pewno ludność Indo-Irano-Słowiańska  – Ariowie (R1a1) czy jak mówi się inaczej P(ra)I(ndo)E(uropejska), czyli pra-Słowiańska –  była nad środkowym i północnym Adriatykiem, w Macedonii i na Bałkanach, w Alpach, nad Łabą, Wisłą, Dunajem i Dnieprem aż po Ural, a także w skoncentrowanych grupach na wschód za Uralem, w Azji – np. nad jeziorem Aralskim, w dzisiejszej Kirgizji, Kazachstanie, itp. C.B.]

Teza ta kieruje nas do dyskutowanego także w „Tarace” sporu o model „pasikoników czy mrówek” , czyli o to, czy Indoeuropejczycy rozeszli się po Europie i Azji podbijając ją jako zbrojni, władczy i konni ewentualnie rydwanni najeźdźcy czyli jako pasikoniki – czy też zasiedlili te kraje w procesie pierwotnej kolonizacji rolniczej, neolitycznymi rolnikami będąc i biorąc pod uprawę ziemię przed nimi żywiącą tylko dzikie stada wraz z łowiącymi je mezolitycznymi (jak Indianie Ameryki Północnej) myśliwymi i wygrywając skuteczniejszą techniką aprowizacyjną i rozrodczością, nie orężem? Model pasikoników był do niedawna popularny, a paradoksalnie impetu dodała mu litewsko-amerykańska badaczka prahistorii i feministka Marija Gimbutas, solidaryzująca nie z drapieżnymi, jak mniemano, męsko-aryjskimi najeźdźcami, lecz z pokonanymi, łagodnymi jakoby, matriarchalnymi kulturami Wielkiej Matki Ziemi. Oczywiście nie nauka to, a nowoczesna mitologia! Skoro jednak urheimat Indoeuropejczyków był na Bałkanach i nad Egejskim Morzem, więc tamten spór upada jako bezprzedmiotowy.

[uwaga 3: najpewniej czynili to raz tak a raz tak, zależnie od wytwarzającej się sytuacji. Czasami podbijali, czasami zasiedlali, Generalnie pewnie zasiedlali, ale są ślady walk i wojen. Są też ślady późniejszych scytyjskich siłowych rozwiązań w Polsce przyjętych w stosunku do niektórych plemion Kultury Łużyckiej. Na pewno nie wybili do nogi Staroeuropejczyków i nie stłamsili ich genetycznie (czyli masą), lecz po prostu razem z neolitycznymi zdobyczami narzucili język własny – co im się w Skandynawii mniej udało.  A co do matriarchatu – mamy opowieści samych Greków o Amazonkach i etymologicznie możemy je związać z miejscami na Ziemi (Morze {a}M-Azowskie). Mamy opowieści Greków o wojnach z Amazonkami – oczywiście trzeba brać poprawki na „rodową dumę” która każe głosić że wszystkie wojny się wygrało, jak to Grecy czynili do końca, do Upadku całkowitego Rzymu i Bizancjum (wiemy że zawsze wygrywali i byli niezwyciężeni, ale Imperia upadły przecież nie od podmuchu stepowego wiatru). Znów możemy tutaj wygłaszać te mądre sądy tylko dzięki odkryciom ostatnim genetyki, bo wcześniej nie moglibyśmy się tak mądrzyć, a być może coś jeszcze się zmieni w naszych sądach pod wpływem nowszych odkryć – zawsze warto to sobie po stokroć uświadamiać. C.B.]

Bałkany jako środek Indoeuropejszczyzny przekonują! Tym bardziej, że Danka zwięźle przedstawia etno-geografię owej praojczyzny: zachodnią jej flankę stanowią ludy i języki illiryjskie, wenetyjski, Italikowie i Celtowie (obszar to od obecnej Bośni po Bawarię wraz z północą Italii); flankę północną, pewnie już poza łukiem Karpat, tworzą Germanie, Bałtowie i Słowianie, a także zagadkowi Tocharowie (o których nawet nie wiemy, jak sami się nazywali, nazwa T. jest sztuczna), których wywiało aż nad rzekę Tarym – mapa Chin potrzebna!

[uwaga 4: Ludy Iliryjskie – dla nas Jątowie i Dawianie-Drakowie i wendyjskie – dla nas słowiańscy z jakichś powodów, może mowy – Wędowie –  to haplogrupa I2,  albo I2 (na Bałkanach) + I1 (na Północy).

Italikowie i Celtowie – to ludność R1b1 – Celto-Etruskowie, Praceltowie? Nie sięgali absolutnie do Bośni bo już rejon Wenecji (Wenec) był obszarem Wenedów, a  Wenedowie to I2, a nie jacyś Celtowie, ani jacyś Romaje -to są Staroeuropejczycy, czyli Ilirowie lub Wenedowie. Sądząc po mianach, czyli etymologii zarówno I1 jak i I2 – musieli nosić jedną nazwę i żadnych Ilirów być może nigdy nie było, chyba że ich utożsamimy z Dawanami-Dachami-Drakami (Dakami-Trakami i Getami-Gotami).

Nie było takiej flanki północnej jak powyżej opisano – bo ludność R1a1 (Pra-Słowianie) i skonfederowani z nimi I2 – Wenedowie (Ilirowie) siedziała najprawdopodobniej, jak wskazują wyniki badań genetycznych, nad Dunajem i na Bałkanach, a także w samej Grecji Kontynentalnej i na  jej Wyspach, w tym na Krecie. Flanka północna to Wenedowie Północni (I1) i Słowianie Północni (R1a1), albo nazwijmy ich Pra-Skandynawowie i Bałtowie (dla nas Istowie – których język – jak powiadają – powstał z prasłowiańskiego z wpływem fino-ugryjskiego). Flankę północnowschodnią stanowili Pra-Słowianie: Scytowie oraz Sarmaci i Tocharowie, a także inni Pra-Irańczycy i Hindusi Indoeuropejscy. Germanie powstali najprawdopodobniej po wejściu do Skandynawii R1b1 – nie wcześniej niż w roku 500 p.n.e. – C.B. ]

Skrzydło południowe to Hetyci wraz z pozostałymi anatolijskimi krewnymi, czyli Azja Mniejsza. Grupa centralna jest najbardziej złożona i różnorodna: są tu Dako-Myzowie (z których współcześni Albańczycy), Frygowie i Ormianie, Indoirańczycy (sic!), Grecy – i blisko sobie, jak się okazuje, pokrewni Pelazgowie i Trakowie. I parę jeszcze mniej znanych grup językowych.

[uwaga 5: Trakowie i Połyskowie-Pelazgowie – byli blisko sprzężeni, ale orężnie a nie genetycznie, a też symbiotycznie współzamieszkiwali tworząc wspólne kultury, ale jeżeli nie było Ilirów, których musielibyśmy przedstawiać już jako konglomerat I2+R1a1, a taki nazywamy przecież Słowianami, to musimy uznać, że byli to Pra-Słowianie (R1a1) i Wenedowie (I2). Wymienieni powyżej Indo-Irańczycy to jak najbardziej Ariowie-Prasłowianie (Słowiano-Indo-Irańczycy) – R1a1 –  C.B.]

Razem dobrze określona kraina, zarazem zwarta i zróżnicowana, podzielona górami i cieśninami na drobniejsze ojczyzny. Przecież do tutejszego landschaft’u pasuje wspólne indoeuropejskie słownictwo: te wszystkie słowa oznaczające morze, górę, drzewo, śnieg, zimę i wiosnę, orła, niedźwiedzia, wilka, byka, konia i owcę. Żeby wszystko to znaleźć, nie trzeba szukać za Dnieprem… Ten rozkład przestrzenny języków zgadza się też z faktami archeologicznymi: rolnictwo, stałe osady, budowa miast i w ogóle cywilizacja miała swój wyraźny gradient: szła z Azji Mniejszej, Lewantu i Mezopotamii, przez Grecję i Bałkany, stąd dopiero do Italii, do Kotlin Naddunajskich, skąd dalej za Alpy, za Ren, poza Karpaty… i do dalszych, całkiem dzikich wówczas krain. Ruch Indoeuropejczyków z Bałkanów ku peryferiom zgodny byłby z tym gradientem. Z kolei Indo-irańczycy przesunęli się na wschód, aż do Indii, penetrując – zapewne – po drodze śródgórskie oazy dzisiejszego Iranu i Afganistanu, klimatem i krajobrazem mało różne od ich dawnej ojczyzny. Pelazgowie z Trakami w obecnej Grecji, Macedonii i Bułgarii byli w samym środku indoeuropejskiego matecznika.

[uwaga 6: Dzisiaj z wyżyn „dzisiejszych” odkryć widać, że zapewne neolit posuwał się wraz R1b1 rzeczywiście z Azji Mniejszej – ale jaką drogą nie wiem – bo nie stykali się  podobno z R1a1 przez długi czas! Więc jak to możliwe, że weszli na Bałkany? Może szli Afryką Północną do Iberii i stamtąd weszli do Europy – całkiem od zachodu? To by tłumaczyło rozłączność językową tych dwóch grup wyrosłych ze wspólnego haplotypu R1 (PIE – jeśli istniała w sensie językowym). W każdym razie neolityzacja szła też właśnie znad Dniepru nad Dunaj, jakby północną stroną Morza Czarnego, choć być może źródłem wiedzy o uprawie była i tak Azja Mniejsza. Może jednak wcale nie była tym źródłem, może uprawy również były znane Scytom, bo były prowadzone przez Scytów Oraczy – raczej na pewno były bo odnotowują to kronikarze greccy, więc ta droga północna rozpowszechniania upraw i rolnictwa,  jest równie dobra, przynajmniej dla połowy Białego Lądu (Europy). Te sprawy trzeba  jeszcze wyjaśnić. Co do Kotlin Naddunajskich i Adriatyku – w powyższym fragmencie tekstu  –  to wiemy że ta ziemia należała do ludności grupy R1a1+I2. – C.B.]

Danka lekką ręką obala też inne mity pokutujące w indoeuropeistyce, jak ten o rzekomo podstawowym znaczeniu podziału na języki kentum i satem. Wg niego ten podział nigdy się nie odbył, a wymowa miękkiego k’ jako s w jednych społecznościach, lub jako k w drugich, pojawiała się wielokrotnie i przy różnych okazjach. Języki Greków i Indo-Irańczyków traktuje jako bardzo sobie bliskie i dowodzi tego, pokazując ich wzajemne podobieństwa ważniejsze od owej różnicy, że pierwsze kentum, drugie satem. Gdyby stosować tamten podział, to język Pelazgów należałoby zaliczyć do satem. Znaczną część książki zajmuje rekonstrukcja języka Pelazgów – o tyle ciekawa, że będąca plonem istnej detektywistyki językoznawczej, jako że pelazgijski uchował się tylko w postaci zapożyczeń w greckim. Jego rekonstrukcja to tak, jakby chcieć odtworzyć zapomniany język niemiecki z zapożyczeń w polskim – z wszystkich tych rynków, rynien, obcąg, obcasów, wag, wagonów, szukania i trafiania. Ale w jakimś stopniu to się udało… I w ten sposób zagadkowe greckie nie-greckie słowa stają się kolejnym oknem, przez które wyraźniej prześwieca pra-indoeuropejszczyzna. Pelazgowie jawią się jako jeszcze jedno ogniwo dawnej wspólnoty wydarte czasowi-zapomnieniu. A naszą słowiańsko-polską dumę mile łechcą skrzętnie przez Autora pokazywane podobieństwa pelazgijsko-polskie, a właściwie wspólne obu indoeuropeizmy. Dwa zagadkowe z punktu widzenia etymologii słowiańskie nazwy zwierząt pojawiają się w pokrewnym pelazgijskiemu języku Traków – jako imiona: koza (Kodzas) i zając (Dzaika).

[uwaga 7: Dzisiaj – znowuż –  w związku z olbrzymim postępem wiedzy, wiemy dużo więcej na temat zapożyczeń, które znalazły się w starożytnej grece, a pochodzą od prasłowiańskiego. Jest o wiele więcej znaczących zapożyczeń w tak podstawowych obszarach, jak nazwa koła, wozu, słownictwo religijne i inne wyrazy, związane z rolnictwem i z życiem codziennym. Odsyłam do innych artykułów na tym blogu („Czy Prasłowianie to Praindoeuropejczycy?”), a zwłaszcza do dyskusji na forum; http://forum.histmag.org/index.php?topic=8836.0. Jest też dzisiaj nowa teoria odmiennie tłumacząca satemizację, która mówi, że języki indoeuropejskie (to znaczy słowiano-indo-irańskie) popadały w kentumizm na peryferiach, gdzie mutowały się w połączeniu z językami nie-indoeuropejskimi. Zatem jeśli język grupy R1b1 – Celtowie –  uznajemy za indoeuropejski to zmienił się on w zetknięciu i po wchłonięciu grupy nie-indoeuropejczyków (Etrusków i Italików?). Dotyczy to także Tocharów i Skandynawów oraz wyłonionych z nich później Germanów.   C.B.]

Cenne są wreszcie wnioski wyciągane co do religii Pelazgów. Okazuje się, że od swych autochtonów Grecy wzięli tak ważnych bogów, jak Posejdon, Demeter, Dionizos, Semele, Atena i Selene. Ich imiona, po grecku nieczytelne, okazują się być znaczące w pelazgijskim: Demeter to „Matka Ziemia”, Posejdon to „Władca-mąż Ziemi”, Dionizos – „Dzeusowy Syn”, Atena to „Ojcowa” (córka mająca ojca bez matki, bo z dzeusowej głowy zrodzona); Selene zaś, słowo jawnie nie-greckie, choć równie jawnie indoeuropejskie, pokrewne np. naszemu „Słońce”, to po pelazgijsku „Świecąca”. R.I. Danka wyróżnia wśród starych indoeuropejskich religii dwa typy: rycerski i rolniczy, według tego, czy naczelne miejsce przyznawano w nich bóstwom nieba, patronującym ruchliwym wojownikom, czy bóstwom ziemi, w opiece mających wieś. Pelazgów miejsce jest wśród religii rolniczo-chtonicznych. Ale niezłe to towarzystwo, bo są w nim Rzymianie, których nad-bóg Mars był pierwotnie patronem ziarna, idealny zaś ich władca, Lucjusz Kwintus Cincinnatus, orał pole, kiedy ziomkowie obwołali go wodzem. U nas Słowian było podobnie, skoro nasi królowie wywodzili ród od Piasta Kołodzieja. Tymczasem, jak pisze Danka, „dla Indów i Greków, reprezentantów religii pierwszego typu, wódz i rolnik to pojęcia wykluczające się nawzajem.”

Cienka książka, a tyle z niej można się nauczyć. Chwała to dla Autora: widać, jak wielkiemu umysłowi nie potrzeba wielu słów. (Pisane 20 listopada 07)

[Uwaga 8: Jeszcze raz odsyłam do dyskusji na forum historycznym histmag.org, bo zapożyczenia opisane powyżej pochodzą z języka prasłowiańskiego, jako że Połyskowie-Pelazgowie byli po prostu Prasłowianami. Także i inne zwyczaje związane z wodzostwem, podziałami ról w plemieniu mają źródło mitologiczne i religijne – Indoeuropejskie. C.B.]


Indoeuropejczycy jako neolityczni autochtoni

Ryszard Ignacy Danka w swej książce „Pelazgowie” dzieli stare języki indoeuropejskie na:

  • centralne: grecki, pelazgijsko-tracko-myzyjsko-dacki, frygijsko-armeński i – uwaga – irańsko-indyjski
  • peryferię południową: anatolijskie z hetyckim
  • peryferię zachodnią: iliryjski (współczesny albański), italskie z wenetyjskim i łaciną, celtyckie
  • peryferię północną: germańskie, słowiańskie, bałtyjskie – i prawdopodobnie tocharski.

Kieruje się przy tym przesłankami takimi jak końcówki gramatyczne, używanie/nieużywanie reduplikacji, słownictwo. Palatalizację i skutkiem tego podział kentum/satem uważa za zjawisko powierzchowne, nieistotne i zachodzące lub nie w poprzek powyższych grup, więc bez większego znaczenia. (Grecki jest kentum, pelazgijski satem.) Kiedy się areały tych języków naniesie na mapę, wychodzą znamienne wnioski (już moje, nie Danki): Indoeuropejszczyzna była zjawiskiem bałkańsko-egejsko-anatolijskim! Centrum zróżnicowania tych języków to południowe Bałkany, wybrzeża i wyspy egejskie, zachodnia Azja Mniejsza. Na tym obszarze języki indoeuropejskie wyglądają na absolutnych autochtonów! Absolutnych, to znaczy przynajmniej od rewolucji neolitycznej. Migracje ludów indoeuropejskich wychodziły z TEGO centrum! – a nie celowały tu wychodząc skądinąd, np. ze stepów czarnomorskich. Zwłaszcza zwraca uwagę daleka droga jaką odbyły ludy używające języków irańsko-indyjskich czyli tzw. Ariowie: z rejonu egejskiego aż do Indii. Ale jest mocny argument ZA, mianowicie to, że najstarsze zapisy języka z grupy indyjskiej (imiona, terminologia wojskowa) są z kraju Mitanni czyli znad górnego Eufratu. Indowie TĘDY szli i zostali po drodze – a nie AŻ dotąd doszli. Ktoś może rzucić argument, ze Scytowie, mieszkańcy stepu, byli Irańczykami, a ich pobyt na Stepie jest argumentem na rzecz stepowego pochodzenia Ariów, a za nimi wszystkich Indoeuropejczyków. Odpowiedź: jedynym dowodem na irańskość Scytów jest pięć ich imion zapisanych przez Herodota! Nie można wykluczyć, że Scytowie (od Dunaju do Ałtaju, Tuwy i Gobi) byli kulturą wieloetniczną, jak późniejsi Indianie Prerii w Am.Pn.: niemal identyczni materialnie, ale używający języków z 6 różnych rodzin.

[Uwaga 9: Wiemy dzisiaj że R1a1 łączy się z tzw językami Indo-europejskimi, a raczej Indo-Słowiano-Irańskimi, a punkty wyjścia dla tej grupy znajdują się prawdopodobnie na Syberii i nad Jeziorem Aralskim, gdzie znajduje się najstarsze ślady i duże procentowo ilości haplogrupy R1a1 w populacjach tam dzisiaj żyjących. Potwierdzono, że Scytowie  z grobowców na stepach to R1a1. Ta część wywodu Wojciecha Jóźwiaka straciła zatem mocno na aktualności i należałoby zrewidować te poglądy. Nie będę uszczegóławiał tej myśli, bo trzeba by w tym miejscu napisać cały nowy artykuł na temat drogi stepowej, wędrówki z Syberii, tras wędrówek Indo-Irańczyków, a zwłaszcza Hindusów PIE (dla nas Windyjczyków) . Także poniższy fragment wymagałby zbyt głębokiej rewizji, więc nie będziemy się do niego szczegółowo odnosić, poza stwierdzeniem że jest zdezaktualizowany, bo step był w całości zajęty przez ten sam żywioł  – R1a1. Pokrewieństwo tracko-słowiańskie jest dzisiaj oczywiste i wielokrotnie powyżej było dokumentowane. – C.B.]

Indoeuropejczycy byliby więc „neolitycznymi tubylcami” – ale NIE w całej Europie, jak chciał Renfrew, tylko w rejonie bałkańsko-egejskim. Także schemat Renfrew’a, że przełamanie kolejnej geograficznej przeszkody skutkowało powstaniem nowej gałęzi językowej, tu się sprawdza: języki peryferii zachodniej wyodrębniły się przy okazji przekraczania Gór Dynarskich, Alp i Apeninów, peryferii północnej przy przekraczaniu Karpat. Ubocznym skutkiem tego schematu rozmieszczenia i wędrówek byłoby pokrewieństwo języków Słowian i Dako-Mezo-Traków, jako bezpośrednich sąsiadów, na co Danka znajduje potwierdzenie w postaci słów koza/kozas i zając/zaika. Indoeuropejczycy NIE rozprzestrzeniali się jako stepowcy (więc późniejsze migracje Turków i Madziarów NIE są dla nich modelem), step zajmowali wtórnie i obrzeżami; zapewne jedyną wędrówkę poprzez step na drugi jego koniec odbyli – jako wyjątek – Tocharowie, jeśli cokolwiek pewnego o tym tajemniczym ludzie można w ogóle powiedzieć.

Dalsza po-neolityczna ewolucja języków i-e. i ich rozmieszczenia odbywała się pod wpływem rośnięcia w siłę poszczególnych zarodków, czyli zrazu (przeważnie) małych grup, które skutkiem różnych kulturowych i politycznych przewag narzucały swój język na wielkich obszarach. Wtedy dochodziło do wielkoskalowych zrównań językowych. Było ich kilka i ONE zaważyły na obecnej mapie językowej Europy, niemal zupełnie zacierając starszą jej warstwę neolityczną. Były zrównania:

  • celtyckie (które wypromowało w prawie całej Europie cis-borealnej język – „celtycki” – drobnej grupy z obecnej Szwajcarii/Bawarii);
  • łacińskie (rzymskie), które wypromowało łacinę i z niej języki romańskie, wypierając trochę tylko starszy substrat celtycki (i inny, także bałkański)
  • greckie-koine we wschodnim basenie M. Śródz.
  • germańskie (mocno zwinięte w okresie Wędrówki Ludów, Germanowie wtedy zwinęli się na kontynencie, poszerzyli na Wyspach Bryt.)
  • słowiańskie – inflatowany został język jakiejś zapewne wcześniej marginalnej grupki z Wołynia, pozostającej w sąsiedztwie i kontakcie germańskim.
  • Po których poszły podobne i-e. zrównania poza Europą: hiszpańskie, portugalskie, rosyjskie i angielskie (i zwinięte już francuskie).

Wojciech Jóźwiak

[Uwaga ostatnia: Cały czas pamiętajmy, że łatwo dzisiaj wygłaszać krytyki i odsądzać autorów od czci i wiary podczas, gdy kiedy pisali co pisali nie było wiedzy, żeby wyciągać takie wnioski, jakie możemy wyciągnąć dzisiaj. Gdybyśmy nie mieli prawa do głoszenia teorii, które są w pewnym zakresie niepewne, a w pewnym zupełnie chybione, to nikt w ogóle nic by nie pisał, lękając się ośmieszenia. Obaj autorzy  – profesor Ignacy Danka i Wojciech Jóźwiak to, jak podkreślam, to osoby zasługujące w pełni na miano Strażników Wiary Przyrodzonej Słowian, osoby które bardzo cenię za poglądy, odwagę stawiania hipotez, analityczne zdolności i wyobraźnię, która pozwala im przekraczać zaklęte rewiry, a także za to, że przyjmują konieczność dyskusji dla znalezienia PRAWDY, a nie pseudo-dyskusji dla narzucania „jedynie słusznej wizji” , choćby była KŁAMLIWA,  BYLE BYŁA WŁASNA.

Moje komentarze aktualne z roku 2010 są  na zielono w powyższym tekście, co mam nadzieję było od początku jasne. Na koniec nowe brzmienie przypisu 77 do Taji 19:

[77] Pelazgowie  –  Pyłozłotogłowi (Pyłożgłowie, Pąłożgłowie, Połyskowie, Połyskowice, Płajskowie, Pelazgowie) – drugie z trzech albo czterech plemion zasiedlających w starożytności przedminojskiej Kretę-Skrytę. Prócz Gelonów (pierwsze plemię) i Pelazgów-Pyłozłotogłowych(drugie) mieszkały tu zapewne tubylcze plemiona o pochodzeniu afrykańskim – nosiciele genetyczni haplotypów E i G. Indoeuropejczycy (R1a1 i zapewne R1b1) przybyli na wyspę później  i zdominowali tutejszą kulturę przekazując jej także nowy język, a raczej dwa języki: satemowy – pelazgijski (prasłowiański – połyskowicki-  R1a1) i kentumowy (grecki – R1b1). Pelazgowie to w  istocie skołocko-wenedzko-słowiańscy Połuczanie, którzy tu przyszli z Gór Pałuki – Świętogór-Łyskogór, gdzie Kronikarze obcy zanotowali ich jako Licikavici, co próbowano odczytywać: Listkowice, Lestkowice, a co my odczytujemy jako Łyskowice – czciciele Runów i Błyskawicy. Tu na Skrycie i podczas pobytu w Gelonii (Helladzie) zwani byli przez Romajów Pelazgami. Połączeni z Romajami i Czarnym Ludem miejscowym, i wzmocnieni kolejnym przypływem w dalszych wiekach Draków znad Morza Mora (Marmara) stworzyli następnie wspólną kulturę minojską. Miano Pelazgów,  niewytłumaczalne w językach romajskich, ma oczywiste znaczenie w skołockich, słowiańskich i istyjskich językach – Pałożgwiowie, czyli Połyskowice . Omówienie mian związanych z żgwić – płonąć, świecić, złocić, skrzyć (co także w nazwie wyspy – Skryta) i pał-pył – także płonąć, łyszczeć, łyskać, błyszczeć –  znajduje się w Księdze TURA, gdzie odsyłam wszystkich chcących się zagłębić w związki etymologiczne . Połyskowie-Połyskowice mieli zapewne włosy koloru czarno-złotego pyłu, albo nawet złote czy rude.

– C.B]

Oczy Boga na Ślęży

Posted in Polska, Starosłowiańska Świątynia Światła Świata, Słowianie, Wiara Przyrody by bialczynski on 27 Październik 2014

DSC00800

DSC00804

DSC00801

DSC00806

DSC00805

DSC00806

DSC00803

DSC00808– Czy jest w tym coś niezwykłego, niesamowitego, że spotkałem Boga/Nadistotę/Energię na Ślęży?

DSC00810– To jest, normalne, zwyczajne. Nic w tym specjalnego.

DSC00814– Że spotkałem go, że rozmawiałem z nim, że poprosiłem go aby dał mi w ręce moc Zmiany?

DSC00813– Spotykam go niemal bez przerwy.

DSC00812– Nie ma w tym nic niezwykłego, bo bóg jest w każdym z nas.

DSC00820

DSC00816

DSC00817

DSC00823

DSC00824Słońce wschodzi kiedy zechcesz!

Tagged with: ,

Trywid Ślężański – Część 1: Przemienienie (Joanna Maciejowska i Marek Wójtowicz – 12. 12. 2012)


znak Copyright-_all_rights_reserved by Joanna Maciejowska i Marek Wójtowicz

Trywid jest dostępny w całości w kolejnych numerach kwartalnika „Słowianić” – NR 1 , NR 2, NR3.

 

 

ko10

a02akompr

a11kompr

a13kompr

a15kompr

a18kompr

a20kompr

a22kompr

a24kompr

a30kompr

 

12 12 2012 roku to ostatnia w tym roku szansa żeby posłuchać i zobaczyć Trywida . Zapraszam na to spotkanie z Wielką Zmianą

W trakcie spotkania odbędzie się także prezentacja Odczytania Nowego Zapisu Świętowita, wykonanego przez Bartosza Wilczkiewicza. Tego samego dnia opis ten zamieścimy na naszym blogu.

Pozdrawiam wszystkich i jeszcze raz zapraszam

Tagged with:
Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 904 obserwujących.