białczyński

Słowo na szczęśliwość świata (O Joannie Salamon – Łukasz Mańczyk)

Posted in nauka, Starosłowiańska Świątynia Światła Świata, sztuka, Słowianie, Wiara Przyrody by bialczynski on 5 Sierpień 2013

71302394_f2d95e41f6_o

Łukasz Mańczyk

                  Słowo na szczęśliwość świata1

http://www.manczyk.cba.pl/e_slowo.htm

Joanna Salamon (1932 – 2001) poetka, eseistka – na co dzień lekarz pulmunolog – była m.in. ordynatorem sanatorium przeciwgruźliczego w Rajczy koło Żywca2. Translatorka z języka serbo-chorwackiego i rosyjskiego (np. Mariny Cwietajewej, Anny Achmatowej). Obdarzona doskonałą pamięcią, którą najpierw pożytkowała ucząc się zawodu (studia medyczne w Petersburgu, specjalizacje: ftyzjatria i pulmunologia w Polsce), języków obcych, później zaś cytatów. Od 1971 do 1980 wydała sześć tomów wierszy (Abecadło, Medytacje, Pra-nowe abecadło, Szkice do nowego słownika wyrazów, Tu wzrusza tylko nietrwałość, Ulica Ku niebu3). Potem dwudziestoletnia cisza aż do Anioła czasu krągłego, którego zwiastunem było wydanie bibliofilskie cyklu Ból który potem wszedł do książki. Już pośmiertnie ukazał się utwór Z życiorysu mojej kuzynki Anieli albo Poemat z dziejów Polski w dziewięciu obrazkach. Publikowała wiersze i eseje m.in. w paryskiej “Kulturze”, “Literaturze na świecie”, “Tygodniku Powszechnym”, “bruLIONIE”. W 1981 roku wzięła udział w International Writing Program w USA. Tam, w obliczu stanu wojennego, postanowiła nie wracać do kraju. Do 1997 roku mieszkała w Holandii. Choć nostyfikowała na “bardzo dobrze” dyplom lekarski w Holandii, nie mogła podjąć pracy w zawodzie. Pracowała wtedy m.in. jako sprzątaczka. Emigracja zwiększyła jej fascynację twórczością Witolda Gombrowicza. Skupiła się wówczas na niekonwencjonalnych badaniach literaturoznawczych. To, być może, pomogło jej przeżyć czas rozłąki z najbliższymi i krajem – “ja tam nie żyłam, ja mieszkałam w literaturze”. Ostatnie lata spędziła w Krakowie. Własną poezją zajęła się znów w ostatnich miesiącach życia. Kolejne jej wiersze, nie tracąc nic z formy, stawały się coraz bardziej życiem niż literaturą. Pochowana została na cmentarzu salwatorskim w Krakowie.
Niedawno wznowiono wybór Jej wierszy pod tytułem Nazbierałam w wieczorze świateł, którego nie doczekała, jednakże robiła jego korektę wręcz na łożu śmierci.

Nie wierzyła że “skończyły się słowa” a idee straciły na świeżości. Przeciwstawiała się traktowaniu literatury jako zabawy. Miała jeden sposób na walkę ze złudzeniem kulturowego deja vú : udostępnić ideały w atrakcyjnym współczesnym opakowaniu. Mówiła “nie” hasłu “sztuka dla sztuki”, ale czyniła to w tak wyrafinowany sposób, że mógłby się pod tym podpisać niejeden postmodernista. Jerzy Kwiatkowski napisał: “groziłaby tej poezji egzaltacja gdyby nie dar gry słowem”4.
Powodem dla którego wielu zaczyna pisać jest, obok chęci wyrażenia się, fascynacja językiem. Nie traktowała go instrumentalnie i umiała o tym związku niebanalnie opowiedzieć. Trzy tytuły tomików zdradzają jej zainteresowania (Abecadło, Pra-nowe abecadło, Szkice do nowego słownika wyrazów). Motyw “słowo to potęga”, niby stary jak świat a tu popatrzmy, utwór Jaśmin: “słyszysz – to rozkwita literowy jaśmin (…) / jeszcze przed chwilą był w dźwięcznych pąkach / teraz kwitnący na dźwięki się rozpadł”. Wreszcie tomik Pra – nowe abecadło (1971), gdzie kolejne wiersze poświęcone są poszczególnym literom alfabetu, to nic innego jak XX litania do mowy. Swój debiutancki tomik (Abecadło, 1971) otworzyła wyznaniem wiary w “mowę – krainę pełni organicznie nieograniczoną”. W akcie zawierzenia dodawała: “W Tobie jest jedno Słowo / na szczęśliwość świata”. Niezwykłe że mówiła to absolwentka dyscypliny ścisłej, niejako wbrew kolejnym oczekiwanym etapom rozwoju cywilizacji, która obecnie akcent kładzie na takie dziedziny jak cybernetyka czy genetyka. Być może wierzyła, jak jej przyjaciółka Marianna Bocian, że przed sztuką dopiero otwiera się nowa zaskakująca perspektywa: bycia narzędziem arcypoznania i gruntownego uzdrowienia człowieka.
W jej poezji żywy był nurt lingwistyczny obejmujący zarówno odwieczne gry słowne: “jasień przechodzi w jesień / jesień się iści”, “maleńki, syneńki”, “posyp mnie snem”, “tak – ulatuje w ptak”, “Morze / (…) gdy wymawiam ciebie / słyszę tylko / wyrzut fali”, “Życie żyje, wełna się wełni”, jakie spotykamy u B. Leśmiana, M. Białoszewskiego, J. Przybosia, jak i te zapośredniczone w systemie autorytarnym: pisywała, choć nie drukowała, wiersze polityczne obnażające strukturę nowomowy, orwellowskiego dwójmyślenia w czym bliska była założeniom Nowej Fali. (Utwory te ukażą się nakładem “Biblioteki Ha!artu” w numerze monograficznym jej poświęconym, jako pokłosie konferencji w Bunkrze Sztuki w grudniu 2004 roku w tomiku zatytułowanym Deklaracja lojalności). Żywa była u niej fascynacja J. Przybosiem szukającym wespół z córką Utą prasłownika naszej mowy (cykl Wiersze dla Uty). Wystarczy porównać Świt kwietniowy J.Przybosia z Wykołysanką. W wielu jej wierszach czuje się także moment metafizyczny utrwalony w poemacie Pióro z ognia tego przedstawiciela krakowskiej awangardy.
Tematyka twórczości J.S. jest rozległa, ilustrująca obraną drogę i życiowe doświadczenia. Wyróżnić można trop patriotyczny: “rozczeszę cię na pasemka grzebieniem” (Wisła), “jak bardzo ten asfalt jest glebą” (Na krakowskim Rynku). Modlitwa do Matki Boskiej Brabanckiej jest zarówno wierszem religijnym jak i pochwałą (a contrario) polskiego typu pobożności (“tutaj – pusto jest w twojej kaplicy (…) czekasz / a u Twoich stóp / kwitną plastikowe lilie.”). Jej koserwatyzm obyczajowy demonstruje się tak: “Przyjaciółka wróciła z Amsterdamu / i ze zdumieniem opowiada o sex shopach / zaopatrzonych tak bogato / jak sklepy z zabawkami dla dzieci / Na Boże Narodzenie”.
Była zwolenniczką tradycyjnego ujmowania Boga, pracy, społeczeństwa – bez ryzykownych “nowalijek”. Różnice życia w kraju i na emigracji były większe niż obecnie z powodu istnienia “żelaznej kurtyny”. Szok wywołany tym kontrastem był tematem wielu z jej wierszy, dobrych, bo miała szczęście być równocześnie tu i tam. Widziała hekatombę tradycyjnych wartości składaną na ołtarzu wolnego rynku i wyzysku, gdzie człowiek i jego praca zostali zredukowani do rangi czynników produkcji. “Chyba widziałam ludzi doskonałych / niewolników wolności/ przed szybami wielkich supermarketów/ wpatrywali się w plansze ze zmianami cen”. Nie wiem czy miała świadomość, że jest tak, jakby przeniosła się wehikułem czasu do Polski, dziesięć lat po uzyskaniu niepodległości. Poraził mnie fragment “chyba widziałam krowy doskonałe” – dawno nie byłem na wsi, ostatnio wybrałem się w okolice Jaskini Nietoperzowej pod Krakowem, i zobaczyłem krowę z dwoma żółtymi breloczkami podobnymi do tych jakie wydają w szatni (system identyfikacji zwierząt IACS związany z systemem dopłat bezpośrednich według standardów UE).
W jej wersach czuje się zjednoczenie z przyrodą (“muszę uszy potrzeć grzybnią”) i strach przed jej degradacją: “Chodzę po pustych salach. / Dotykam niepewnie listka poziomki”. Wątek ekologiczny przejawia się w Modlitwie do Ziemi: “Uczyniliśmy wszystko żebyś była brzydsza, / żeby nam żal nie było cię opuścić.”. W wierszu “Zabijanie” ekologia miesza się z tęsknotą za polskością: “tu nikt koniczynek nie szuka wśród darni/ tutaj szczęście się kupuje, nie szuka. / Dorodne jak ze sztancy – w doniczkach, w kwiaciarni, / do kupienia, po trzy guldeny sztuka.”
Joanna Salamon to również lekarka. Dała temu wyraz np. wierszem “Endokrynolog“. Zwraca uwagę na etykę zawodową – protestuje przeciw odchodzeniu od przysięgi Hipokratesa i przedmiotowemu traktowaniu chorych, na długo przed tym jak lekarze wraz z prawnikami znaleźli się w ogonie zawodów darzonych społecznym zaufaniem i zaczęły kursować karetki śmierci łódzkiego pogotowia. Przyjrzyjmy się utworowi Aktualizacja kartoteki (albo oda do Paracelsusa) (Paracelsus – lekarz, twórca renesansowej filozofii przyrody – przyp. Ł. M.): “Proszę niech żywi nie tracą nadziei! / (…) / Już nie ma płuc – / są klisze rentgenowskie. / Już nie ma leków – / są preparaty. / Już nie ma cierpienia – / są objawy. / Już nie ma ulgi – / jest remisja”. Oglądanie takich praktyk, bez nadziei na ich przełamanie, zaowocowało stwierdzeniem: “przyszłam po zaświadczenie / o całkowitej niezdolności do życia.”. Apelowała o empatię: “Starą kobietę z sali nr 5 / boli amputowana noga”. Pomagać znaczyło poznawać chorobę która toczy pacjentów. W utworze Piękno szpitalne zauważa: “Ułomne dziewczynki / długo patrzą w lustro / wypatrują Piękna / (…) / chociaż (…) są (…) / szpitalne ogrody i niebo / czarne od jaskółek”. Poza zarzutami etycznymi, uświadamianiem sobie własnej delikatności, może miała też inną koncepcję leczenia: “Gdzie są opuszki palców chińskich lekarzy / które trzymając koniuszek cienkiej nitki aka / wyczuwały czulej niż najczulsze aparaty”, “Na Przestrzennej (…) / na psychonerwicę – stosowano skruchę”.
Bardzo sugestywnie, podobnie jak jej przyjaciółka Ewa Lipska odczuwała przemijanie. Napisała cykl Mieszkańcy czasu, w którym znalazł się wiersz Układy z matką: “Kto to szeptał że nic nie będzie moje / że mogę być tylko podróżną / w Czasie“.
“Z kochających opadają ciała”. Spieszmy się (kochać). Przedostatni tomik zatytułowała Ulica Ku Niebu. Idziemy żeby zniknąć. Albo idziemy żeby w końcu unieść się do góry (wysoko, wysoko!). W utworze tytułowym mówi: “żyję nie znając dnia i godziny”. W wierszu Tu wzrusza tylko nietrwałość pisze: “o ciało musimy dbać nade wszystko (…) / bo zostało nam pożyczone / (…) – tylko Dusza jest naszą własnością”. Ewa Lipska też drążyła tę tematykę i jeden z tomików zatytułowała Stypendyści czasu. Wreszcie Anioł czasu krągłego, tytułowy utwór ostatniego tomiku, którego nie sposób cytować we fragmentach.
Cykl Ból to unikalny w polskiej poezji zapis zmagania się z chorobą – mógłbym to porównać z filmem dokumentalnym Żegnajcie który był zapisem odchodzenia a kamerę ustawiono w pokoju konania reżysera. Julia Hartwig tak napisała o tych wierszach w liście do Poetki: “bezpośredniość pani wyrazu, najtrudniejsza zapewne kiedy dotyczy uczuć, a co dopiero bólu! – porusza do głębi”5.
Cykl ten to świadectwo dużej samoświadomości lekarki – poetki – człowieka. Warto wspomnieć że tematyka ta została zasygnalizowana utworem Do bolu w tomiku Medytacje już w 1973 roku. “Nie bądź nieznośny, bo znosić cię muszę” (Bólu – jesteś niezbędny…). W utworze Nici poetka stwierdza: “moje dni są jak dni najemnika / co pracę skończył i czeka na zapłatę”.
Joanna Salamon wyznaje: “Byłam podatna na Zło. Na księżyc i noc. / Na niemoc i uroki miłe słabej duszy. / Ociągałam się i przeciągałam chorobę. / zła mogę być krótko, dobra ile zdążę.”. Kochała choć traciła na tym. Miłość, której zaznała, to taka, w którą wpisane jest fatum niespełnienia, której cena jest stale za wysoka, lecz i tak wciąż rośnie: “o kochany którego pokochałam / bardziej od siebie (a więc bardzo źle)”; “Matko syna którego powierzyłaś obcej kobiecie”; “w jej oczach mieszkały / nieoswojone sarny / a on je wypłoszył do lasu / w dłoniach trzymała / małe jagniątko / a on złożył je na ołtarzu”. Nigdy nie miała do niej żalu: Prośba do Miłości: “nie odchodź (…) zasobna w płetwy, kończyny i skrzydła”.
Wśród jej wierszy znajdziemy wreszcie taki futurologiczny rodzynek jak Videokaseta (1978 rok). I gdyby anioł czasu krągłego odbywał swój lot później, pewnie pojawiłyby się w jego diariuszu notatniki o filmach w formacie DivX, VCD, czy muza w .wma (standard Microsoftu) albo mp3.
Siłą sprawczą tych wierszy nie jest przypadek. Zebrane razem stanowią emanację spójnej koncepcji świata. Kilka motywów spotyka się np. W brabanckim lesie (Brabancja to część Holandii – przyp. Ł.M.) – utworze, który ogniskuje wiele spostrzeżeń poetki składających się na jej światopogląd: “Tyle ostrężyn w tym brabankckim lesie! / Dorodne, soczyste jak sutki karmiącej, / ale nikt ich nie łaknie oprócz ptaków”. W zasadzie wszystko jest inne, sfera duchowa i obyczajowa (“W lasach pusto jak w kościołach / ludzie z pięknymi psami jeżdżą na weekendy / i siedzą w wielkich klatkach campingów.”)
Pośmiertnie ukazał się jej poemat dygresyjny ukazujący teorię “walki napowietrznej” napisany w dużej części staropolszczyzną (sic!) – Z życiorysu mojej kuzynki Anieli albo poemat z dziejów Polski w dziewięciu obrazkach“.

Zawsze stawiała treść przed formą. Aż w końcu obowiązek, który sama sobie wyznaczyła, postawiła przed własnym pisaniem. Być może dlatego uciekła od lingwistyki, ku której miała naturalne predylekcje, mogłaby Ją nader skutecznie kusić, odciągać od “naprawdę ważnych spraw”, mogłaby stać się celem samym w sobie. Porzuciła tak piękną dziedzinę: “gdyby nie było S / ptaki fruwałyby bezradne / a żaden nie zdołałby sfrunąć (…) / człowiek potykałby się nie spotykając człowieka” (S). “Wielki wysiłek W / uwieńczył zwycięski wawrzyn.”. Niektórzy nie potrafili przejść bez emocji nad tym, że poświęciła poezję na rzecz misji – tropienia ukrytych nurtów w literaturze polskiej. Skomentowała to we fraszce dedykacyjnej książki na egzemplarzu Czasu Herberta..6 wręczonym osobie której wiele zawdzięczała na początku poetyckiej drogi – Wisławie Szymborskiej: “kochana Wisełko przystąpmy do rzeczy / ta książka raczej ciebie nie ucieszy / bo zawiera herezje za dużą ma wagę / ale tomik wierszyków wyjdzie mi niebawem / który Ci prześlę z radością”7. A tak skomentowała to w Słowie odczytanym na ostatnim wieczorze autorskim w Jamie Michalika w Krakowie 28 października 2001 roku: “Słusznie chyba miałam poczucie, że wiersze znacznie piękniejsze od moich mogą napisać inni polscy poeci. Natomiast zdawało mi się w mojej być może pysze, że tych książek nikt poza mną nie napisze w ten sposób i w tych okolicznościach” (uważała że rozumieniu W. Gombrowicza, od którego rozpoczęła przygodę z “walką napowietrzną”, sprzyja podobna jemu sytuacja życiowa – emigracja – przyp. Ł.M.). (chodzi o: Latarkę Gombrowicza…, Cztery godziny albo zegar Dziadów oraz Czas Herberta… 8 – przyp. Ł.M.) “Dopiero po wydaniu Czasu Herberta…, po odcięciu pępowiny łączącej mnie z tą książką, zdołałam popatrzeć na całą sprawę inaczej i przyznałam sobie prawo do zajęcia się moimi wierszykami pisanymi w latach 1981-2001 (…) zaczęłam (je – przyp. red.) wyszukiwać (…) a niektóre zgubione (…) wręcz odpominać w nocy, gdy ból nie pozwalał spać”.
Jej twórczość czerpała z poczucia dobra, nie przypadkowego piękna. Swoje miejsce odkryła w słuchaniu “muzyki sfer”. Nie można więc przemilczeć jej pracy krytyczno – literackiej, do której przykładała tak wielką wagę. Do jakich doszła wniosków? Otóż, jej zdaniem, unia lubelska między Koroną a Wielkim Księstwem Litewskim zapoczątkowała “potop kulturowy” Polski, skierowała ją z nurtu zachodniego, łacińskiego na ślad bizantyński. Dostrzegł to Jan Kochanowski i dał wyraz temu zaniepokojeniu w “ogrodzie fraszek”, znanym też jako “Labirynt”, w którym J. Salamon wykorzystując pitagorejską numerologię dostrzegła zwarty system. Nurt “koroniarski” (słoneczny) uznawał Jana z Czarnolasu za ojca polskiej poezji. Nurt księżycowy chciał jego detronizacji: zdaniem Joanny Salamon dialog Konrada w Wielkiej Improwizacji to walka nie z Bogiem ale z Ojcem Polskiego Parnasu J. Kochanowskim. Jej zdaniem poeci Słońca (nurt lechicki) to m.in. J. Słowacki, W. Gombrowicz, Z. Herbert, K. K. Baczyński, zaś po stronie Księżyca (nurt litewski) stoi m.in. A. Mickiewicz. Dialog między twórcami toczy się w ich tekstach na planie ukrytym – pomiędzy cytatami, sformułowaniami, motywami, a czasem związek ten Salamon widzi w podobieństwie brzmieniowym, w układzie graficznym czy liczbie sylab. Twórcy nawiązują albo do siebie nawzajem, albo do “Labiryntu”. Zastosowanie znajduje “reguła Marka Adamca” (“A wydaje się A, ale w istocie A jest B”) 9 – w istocie autorzy piszą “szyfrem”, podobnie jak to ma miejsce w trójwarstwowej (jak dobry tort) koncepcji filmu Romana Polańskiego, poszczególne warstwy są adresowane do innego kręgu odbiorców (u Polańskiego: 1 – szeroka publiczność, 2 – publiczność wyrafinowana, 3 – osoby wychwytujące niuanse, których znajomość zyskały np. przez osobiste obcowanie z twórcą).
Tak jak Erich von Däniken, J.S. ma pro- i antagonistów. Wśród osób, które z przychylnym zainteresowaniem przyjęły jej badania zaliczyć należy znawczynię romantyzmu profesor Martę Piwińską, profesora Jana Tomkowskiego10. oraz profesora Janusza Deglera. Ocena jej spuścizny krytyczno – literackiej rzutuje na poetycką, choć wielu stara się rozdzielać te dwie sfery jej aktywności.
Latarka Gombrowicza… prezentuje znaczną część literatury polskiej podzieloną na dwa nieformalne stronnictwa. Jest to więc twór poukładany (w co bardzo wierzyła, jej holistyczny światopogląd nie dozwalał na przypadek). Poezję traktowała jako powinność, wysoko ceniła patriotyzm. Silnie identyfikowała się z Polską, mimo że dzieciństwo w tym względzie miała skomplikowane – oboje rodzice byli Żydami. Miała “pejsatego dziadka o którym nie chciała słyszeć”, nigdy nie pisała o holokauście – z wyjątkiem ostatniego wersu wiersza Moja mama. Antysemityzm i filosemityzm uważała za awers i rewers tej samej monety.

Joanna Salamon to prawdziwa old school polskiej poezji. Przekonuje, że człowiekiem nie tylko się bywa. I o tym że prawdziwi poeci istnieją, naprawdę. Wierzyła w to z czego śmieją się maturzyści: była to nieustanna wiara: w ludzi, przyrodę, Boga. Brak łączności z Nim uważała za błąd logiczny. Nie rozumiała dlaczego niektórzy ludzie są wydziedziczeni z łaski. Dla wielu jest postacią kultową.
Była niezwykle wyczulona na dźwięk. Miała doskonałą pamięć. Pasjonowała się numerologią, kartami, astrologią. Równocześnie była poetką i lekarką. Pasje te traktowała integralnie. Wychowała się na Kochanowskim, Słowackim, Norwidzie, bardzo ceniła W. Gombrowicza. Życie traktowała jako obowiązek. Nawet dar słowa przestał być jej własnością – misja to wzniesienie się ponad siebie. Traktowała sztukę tak jak traktuje się najbliższych, bo często ich zastępowała. Szukała w niej spełnienia, dlatego była gotowa tak wiele jej poświęcić. I odnalazła się w niej, złączyła “tajnym paktem wierności”, co dało jej siłę. Jej dorobek to poezja konstruktywna, afirmatywna – “NIE dla NIE, to równanie na tak!”.

Łukasz Mańczyk

1. cytat z wiersza Joanny Salamon (Mowo-kraino pełni…) który posłużył jako tytuł przedmowy Erykowi Ostrowskiemu do ostatniego tomiku J. Salamon, “Anioł czasu krągłego“, Klub Artystyczno – Literacki Teatru Stygmator, Kraków 2001.
2. ten okres jej życia udokumentowała we wspomnieniach, dotąd nie opublikowanych, zatytułowanych Casus Rajcza.
3. Autorka wydała następujące książki poetyckie:
Joanna Salamon, Abecadło, Czytelnik, Warszawa, 1971.
J. Salamon, Medytacje, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1973.
J. Salamon, Pra-nowe abecadło, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1976.
J. Salamon, Szkice do nowego słownika wyrazów, Czytelnik, Warszawa 1978.
J. Salamon, Tu wzrusza tylko nietrwałość, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1979.
J. Salamon, Ulica ku niebu, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1980.
J. Salamon, Ból, wydanie bibliofilskie nakład 60 egz., Kraków 2001.
J. Salamon, Anioł.., op. cit..
J. Salamon, Z życiorysu mojej kuzynki Anieli albo Poemat z dziejów Polski w dziewięciu obrazkach, Klub Artystyczno – Literacki Teatru Stygmator, Kraków 2003.
Jej działalność poetycką podsumowuje wybór wierszy: J. Salamon, Nazbierałam w wieczorze świateł, Klub Artystyczno – Literacki Teatru Stygmator, Kraków 2003, z którego pochodzą wszystkie cytowane w opracowaniu wiersze.
4. Jerzy Kwiatkowski, Smakoszka języka na nowej drodze, (w:) tegoż Felietony poetyckie, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1982.
5. z archwiwum Poetki będącym we władaniu Zapisobiercy jej twórczości Eryka “Kvika” Ostrowskiego.
6. J. Salamon, Czas Herberta albo na dom w Czarnolesie, Oficyna Wydawnicza Wolumen, Warszawa 2002.
7. jest to pierwszy druk tej miniaturki, przytoczony za oryginałem z archiwum poetki będącym we władaniu Zapisobiercy.
8. J. Salamon, Latarka Gombrowicza albo żurawie i kolibry, Rubikon, Wrocław 1991.
J. Salamon, Cztery godziny albo Zegar Dziadów, 15 Stopni, Kraków 1999.
J. Salamon, Czas Herberta…, op.cit.
9. por. J. Salamon, Czas Herberta…, s. 65. Regułą Marka Adamca autorka nazywa jedną z konstatacji jego książki … Pomnik trochę niezupełny… Rzecz o apokryfach Zbigniewa Herberta, Wydawnictwo Uniwersytetu Gdańskiego, Gdańsk 1996.
10. por. Jan Tomkowski, Mistrzyni tajemnego dialogu (w:) “Nowe Książki” 12 / 2001, s. 22 – 23.

Tagged with:

23-25. 08. Ogólnopolski Zjazd Rodzimowierczy

Posted in Starosłowiańska Świątynia Światła Świata, Wiara Przyrody by bialczynski on 5 Sierpień 2013

projekt_plakatu_na_zjazd_rodzimowierczy

I Ogólnopolski Zjazd Rodzimowierczy planowany jest na przedostatni weekend sierpnia (23-25.VIII.2013 r.) na peryferiach Łodzi, w ośrodku znajdującym się w lesie nad sztucznym zbiornikiem wodnym. Wiec wspólnie organizują następujące związki, grupy i wspólnoty: – GrupaWiD – Pagan Federation International – Rodzimy Kościół Polski – St. Żerwa – St. Gontyna – ZW Rodzima Wiara

W związku z nadal jeszcze dostępnymi miejscami noclegowymi uprzejmie informujemy, iż wciąż możliwa jest ich rezerwacja w ośrodku „Prząsniczka” drogą telefoniczną lub e-mail-ową. Do 10 sierpnia nadal możliwa jest również rezerwacja posiłków w tymże ośrodku (w tym udziału w sobotniej, wieczornej biesiadzie). Niezdecydowanych prosimy o nie zwlekanie z podjęciem decyzji do ostatniej chwili, jako że liczba miejsc jest ograniczona, a wyznaczony na 10. VIII .2013 r. ostateczny termin rezerwacji nieprzekraczalny ze względów organizacyjnych. Rezerwacji należy dokonywać na hasło: „Wiec Rodzimowierczy”.

Wszystkich na I Ogólnopolski Zjazd Rodzimowierczy bardzo serdecznie zapraszamy.

Program zjazdu jak i warunki uczestnictwa oraz szczegóły rezerwacji, dostępne na oficjalnej stronie zjazdu: http://rodzimowierstwo.pl/

RKPsolarsymbol01

Joanna Salamon (1932 – 2001) – Zasłużona dla Wiary Przyrodzonej Słowian


71302394_f2d95e41f6_oJoanna Salamon (ur. 20 września 1932 w Warszawie – zm. 2001 w Krakowie) – poetka, tłumaczka literatury rosyjskiej i serbskiej, historyczka i krytyczka literatury. Pochowana na Cmentarzu Salwatorskim.

Ukończyła studia medyczne w Leningradzie. Autorka tomików: Abecadło (1971), Medytacje (1973), Pra-nowe abecadło (1976), Szkice do nowego słownika wyrazów (1978), Tu wzrusza tylko nietrwałość (1979), Ulica Ku Niebu (1980) oraz książek historyczno- i krytycznoliterackich: Latarka Gombrowicza, albo żurawie i kolibry. U źródeł ukrytego nurtu w literaturze polskiej (1991), Cztery godziny albo zegar Dziadów (1999), Czas Herberta albo na dom w Czarnolesie (2002). Pod koniec życia udzieliła wywiadu rzeki O ukrytych nurtach w polskiej literaturze (2003). Autorka znana jest przede wszystkim jako niezwykle oryginalna i kontrowersyjna interpretatorka literatury polskiej, którą analizuje w perspektywie diachronicznej, uwzględniając niezwykle szerokie spektrum kontekstów, niepojawiających się zwykle w rozprawach i szkicach polskich literaturoznawców. Przez wielu współczesnych czytelników postrzegana jest jako postać porównywalna z Haroldem Bloomem, słynnym amerykańskim krytykiem literackim, autorem jednej z najważniejszych koncepcji teoretycznych nowoczesności, a mianowicie „lęku przed wpływem”.

Książki poetyckie

  • Abecadło (1971)
  • Medytacje (1973)
  • Pra-nowe abecadło (1976)
  • Szkice do nowego słownika wyrazów (1978)
  • Tu wzrusza tylko nietrwałość (1979)
  • Ulica Ku Niebu (1980)

Książki historyczno- i krytycznoliterackie

  • Latarka Gombrowicza, albo żurawie i kolibry. U źródeł ukrytyego nurtu w literaturze polskiej (1991)
  • Cztery godziny albo zegar Dziadów (1999)
  • Czas Herberta albo na dom w Czarnolesie (2002)
  • Plus minus Atlantyda albo ukłony parzyste. Rzecz o Wisławie Szymborskiej i Czesławie Miłoszu (2011)

Linki zewnętrzne

  • Marcin Czerwiński – Tajna historia literatury według Joanny Salamon: hermetyzm i krytyka
  • Joanna Salamon – Plus minus Atlantyda albo ukłony parzyste (fragmenty)

Bibliografia

  • Lesław Bartelski M.: Polscy pisarze współcześni, 1939-1991: Leksykon. Wydawn. Nauk. PWN. ISBN 83-01-11593-9.

Pamięci Joanny Salamon

z O2.pl rok 2005

W piątek 16 grudnia o godz. 17.30 w krakowskim Bunkrze Sztuki odbędzie się sesja poświęcona osobie zmarłej w grudniu 2001 roku, Joanny Salamon – jednej z najbardziej kontrowersyjnych badaczek literatury, odrzucanej przez akademicki establishment ze względu na upór, z jakim śledziła ezoteryczne „ukryte nurty literatury polskiej”, stosując metodologie nie akceptowane przez środowisko humanistyczne.

Joanna Salamon stworzyła od podstaw oryginalną, i przez to kontrowersyjną, narrację o literaturze polskiej, zakładającą istnienie „ukrytego nurtu” łączącego dzieła klasyków (Kochanowskiego, Mickiewicza, Słowackiego, Gombrowicza, Herberta, Miłosza).

W sesji wezmą udział m.in. Marcin Czerwiński, Paweł Kozioł, Włodzimierz Karol Pessel, Ewa Sonnenberg, Michał Tabaczyński, Łukasz Mańczyk, Piotr Marecki.

Joanna Salamon (1932-2001) – z wykształcenia i zawodu pulmonolog, eseistka, poetka, tłumaczka, była jedną z najbardziej kontrowersyjnych badaczek literatury polskiej. W latach 80. przebywała na emigracji w Holandii, gdzie pracowała jako sprzątaczka (wówczas powstało sporo jej ważnych tekstów). Znana przede wszystkim jako tłumaczka z języka rosyjskiego (głównie Mariny Cwietajewej), opublikowała również 9 książek poetyckich oraz eseje: „Latarka Gombrowicza” (1991), „Cztery godziny albo Zegar „Dziadów” (1999), „Czas Herberta albo Na Dom w Czarnolesie” (2001, 2002). W 2003 roku ukazał się wywiad-rzeka „O ukrytych nurtach w polskiej literaturze. Ostatnia rozmowa z Joanną Salamon”. W 2006 roku nakładem Korporacji Ha!art ukaże się II część jej najgłośniejszej książki „Latarki Gombrowicza” (dotychczas niepublikowana).

Joanna Salamon – Plus minus Atlantyda albo ukłony parzyste [fragmenty]

W Ha.art.pl

Czesław Miłosz też się ożenił, jednak to łaknienie „pary” (poetyckiej) niewiele ma z tym ożenkiem wspólnego, choć żona mogła być najlepsza i porozumienie małżeńskie wyśmienite. Mogła być wspaniałą żoną, ale nie była poetą, nie spełniała tej potrzeby „połączenia przeciwieństw” duchowych.

A potrzeba ta widoczna jest w Trzech zimach: w Ptakach, w Pieśni, w Bramach arsenału, w Hymnie, w Elegii, O młodszym bracie, w wierszu *** („Ty silna noc”), w Powolnej rzece, w Posągu małżonków. […]

Przed niespełna trzema miesiącami, gdy w październiku 1996 roku rozpoczynałam „generalną powtórkę” z całej Wisławy Szymborskiej (po przyznaniu poetce Nagrody Nobla), wiersze Zakochani i Klucz z tomiku Pytania zadawane sobie odczytywałam przez nawyk zgodnie z ustalonym kanonem jako liryki z kręgu uczuć wyłącznie osobistych. I choć w innych wierszach tego tomiku (Rozgniewana muza, Rozmowa ze sceptykiem, Ucieczka, Wyspa syren, Gawęda o miłości ziemi ojczystej) dojrzałam nurt polemiczny korespondujący z wierszami Czesława Miłosza, to wiersze Zakochani i Klucz wyłączyłam niemal automatycznie z tych obszarów kulturowego dialogu i polemiki bądź kulturowego „połączenia przeciwieństw” złaknionych swej „pary”.

Dopiero wczytywanie się w wiersze Czesława Miłosza z Trzech zim i Ocalenia, a także szkic jego W stronę kobiet (uwagi o Telimenie) powoli zaczęły przełamywać ten ustalony kanon i zaczęłam dopuszczać możliwość, iż, być może, także Zakochani i Klucz należą do nurtu „korespondencyjnego”, odwołującego się do wierszy z Trzech zim. W Kluczu słychać aluzje do zakończenia Ptaków i Rzeki, oraz właśnie do Dainy. […]

Na „klucz” do Księgi Labiryntu Jana Kochanowskiego składają się te wszystkie „włosy” przewodników liczbowych, łączące ze sobą w sposób lustrzany różne fraszki — pieśni — elegie — dworzanki — treny — psalmy, na różnych zasadach wyrafinowanej tożsamości liczbowej. Księga Labiryntu stanowi Korab — Arkę i Dom całej poezji polskiej. Nie sposób otworzyć tego Domu bez inicjacji i znajomości tego Klucza. Czesław Miłosz w wierszu Daina mówi o „włosie ukochanej na rdzę przetopionym”, o zapomnianym labiryntowym kluczu. (Dainy to pieśni z XIVXVI w.). Poetka w wierszu Klucz daje znak, że szkoda klucza, bez niego nie dostaniemy się do „domu” (poezji polskiej). Zgłasza gotowość udziału w tej miłosnej grze. Wkrótce w wierszu Buffo poda jakby przyszły scenariusz tej poetyckiej gry „w parę”.

I jest to scenariusz, który autorowi Trzech zim i Ocalenia oraz Światła dziennego mógł wydać się raczej atrakcyjny. Role w tym Buffo dwojga poetów jako „pary”, Króla i Królowej, a przy tym „dużo śmiechu”, mogły wzbudzić zainteresowanie i cichą zgodę Adresata. Program „dobijania się słowami” też mógł mu przypaść do gustu.

• • •

Więcej o książce Plus minus Atlantyda albo ukłony parzyste. Rzecz o Wisławie Szymborskiej i Czesławie Miłoszu Joanny Salamon w katalogu wydawniczym Korporacji Ha!art

Marcin Czerwiński – Tajna historia literatury według Joanny Salamon: hermetyzm i krytyka

„Czy wy naprawdę sumiennie mniemacie, iż kiedykolwiek Homer, pisząc Iliadę i Odyseję, miał na myśli owe alegorie, w jakie go ustroili Plutarch, Heraklides poncki, Eustatius, i to, co z nich ukradł Policjan? (…) ja bowiem sądzę, iż tak samo nie śniło się o nich Homerowi, jak Owidiuszowi w jego Metamorfozach nie śniło się o tajemnicach Ewangelii (…)”

Rabelais

Joannę Salamon można by nazwać reprezentantką gnostycyzmu tekstowego albo interpretacji hermetycznej. Predestynuje ją do tego uparte poszukiwanie ukrytych i uniwersalnych zasad rządzących literaturą, szyfrów i szyfrantów, palimpsestów budowanych z premedytacją przez swych autorów w celu zatarcia śladów, podtekstów, przy czym podtekst jest tu zawsze ważniejszy niż sens powierzchniowy. Gdzieś kilka pięter wyżej w tym samym nurcie mogłoby znaleźć się miejsce dla działalności krytycznoliterackiej (mitotwórczej) Harolda Blooma.

W Latarce Gombrowicza albo żurawiach i kolibrach (1991) [dalej pozycja zaznaczana jako: LG] oraz innych książkach eseistycznych Salamon odnajdziemy typowe mechanizmy interpretacji hermetycznej. W swoich pracach autorka ta zarysowuje diachroniczną panoramę polskiej literatury na przestrzeni wieków, badając ukryty przed ogółem czytelników, historyków i krytyków literackich nurt. Jej historia literatury obejmuje jednak tylko (arbitralnie) wybrane nazwiska, począwszy od Kochanowskiego, a skończywszy na Gombrowiczu, ponieważ – jak twierdzi Salamon – właśnie ci autorzy uczestniczą w utajnionym, zaszyfrowanym dialogu dwóch antagonistycznych stron. Przy czym Gombrowicz zajmuje tu pozycję szczególną – jest w tym projekcie nie tyle ekskluzywnym graczem w tajne odniesienia literackie, co przede wszystkim odgrywa aktywną rolę „śledczego” w procesie obnażania i demaskacji ukrytego nurtu. Autorka wykorzystuje gombrowiczowskie nawiązania do ezoteryki – takie, jak ten z Operetki: „Szyfh mistyczny niezhozumiały dla niewtajemniczonych. Phawo wielkich cyfh” [LG, s. 61]. Jednakże wiele cytatów z twórczości autora Kosmosu, jakimi operuje (manipuluje?) Salamon, w zasadzie nie wskazuje na to, by należał on do grona szyfrantów i budowniczych literatury alternatywnej. Wskazują na to tylko interpretacje Joanny Salamon.

Podobnych instrukcji co do ukrytego nurtu szuka ona u Kochanowskiego, którego także wielokrotnie cytuje, np.: „Obrałliby się kiedy kto tak pracowity / Żeby z was chciał wyczerpać umysł mój z a k r y t y [podkreślenie – M.C.]” – 29. Do fraszek. Księgi trzecie [LG, s. 71], oraz w twórczości Schulza (bada zresztą rzeczywiste oraz tekstualne powiązania Schulza i Gombrowicza) i wykorzystuje zamierzenie samego autora Sklepów cynamonowych: „starałem się odnaleźć własną, prywatną mitologię, własne historie, własny mityczny rodowód (…) uczyniłem próbę statuowania dla siebie jakiejś mitycznej generacji antenatów, fikcyjnej rodziny, z której wywodzę mój ród prawdziwy.” [Salamon, 1996, s. 64]. Wyznanie to prowokuje Joannę Salamon do podjęcia śledztwa, kim są mitologiczni rodzice Schulza. Nie konstatuje ona faktu, że chodzi o fikcyjną mitologię, ale stąpa krok dalej, by za pomocą redundantnych asocjacji intertekstualnych wytworzyć intencjonalną konstrukcję odniesień do Jana Kochanowskiego. Zabiegi wobec Schulza powtarzają co do joty zabiegi wobec Gombrowicza, a w ich rezultacie Schulz zostaje dołączony do dwu szeregów „Wielkich Wtajemniczonych” (co ciekawe, w twórczości wielu, jeśli nie większości postaci wliczonych w tę strukturę przez Salamon dadzą się odnaleźć rzeczywiste wątki, motywy i tematy z obszaru ezoteryki, tak jest ze Słowackim, Schulzem, Gombrowiczem, Miłoszem…).

więcej w Ha!art.pl

Fragmenty Latarki Gombrowiczasalamon1salamon2salamon3salamon4salamon5salamon6salamon7salamon8salamon9salamon10salamon11salamon12

salamon13salamon14salamon15salamon16salamon17salamon18salamon19salamon20salamon21salamon22salamon23salamon24salamon25salamon26salamon27salamon28

Wiersze Joanny Salamon

Gdy nie patrzysz na mnie

Joanna Salamon

Gdy nie patrzysz na mnie

morze rozpływa się w marzenie,

rozłąkom — łąki obiecuję,

łzom — łozy winogradu,

najbardziej słonym — słońce.

Gdy spojrzysz na mnie —

nie — roznieca się w płomień

ja — rozjaśnia się w jaśmin,

tak — ulatuje ptak.

Niemiłość

Joanna Salamon

Pamięta żeby nie pamiętać

Myśli usilnie że nie wolno już myśleć

Marzy żeby nie marzyć

Drży żeby nie zadrżeć

Stara się pamiętać że nie wolno się starać

Zważa żeby nie zważać

Płonie ze wstydu na myśl że mogłaby zapłonąć

Jest po to by nie być

Tak Tak

niby nic a pełne ręce roboty

od nierana do niemocy

Ścieżki jaśniejsze wśród polan

Joanna Salamon

Ścieżki jaśniejsze wśród polan,

przesieki nieba i nadziei.

Pierwszy widnokrąg po osobnym zmęczeniu

twojego i mojego serca.

Pierwszy lęk.

Pierwszy przelot ptaka i drżenia.

Nie dostrzegłeś jego cienia w moich oczach.

Ostatni widnokrąg porywisty i burzliwy.

Pierwszy grzmot.

Pierwsze pęknięcie nieba.

Wykołysanka

Joanna Salamon

Mój głaskany kołysany.

Wykołyskam cię do oczek

wesolutkich jak potoczek,

wykołyszę, wykołyskam,

już ci oczko siwe błyska.

Maleńki, syneńki.

Wykołyskam, wygłaskam,

od paluszka do noska;

naskiego, górskiego.

Wygłaskam, wymuszę,

od włosków do uszek,

tatusinych, mamusinych.

Mój syneczek-kolebeczek

czerwona buźka

jak u tatuśka.

Ludzie, ludzie, nie gadajcie

synka mi nie przebudzajcie.

Mój syneczek śpije,

ja mu gniazdko wiję.

Ze snów.

Ze słów.

Polskie Radio o Joannie Salamon – o wiedzy ezoterycznej autorki

http://www.polskieradio.pl/8/195/Artykul/414052,Literackie-dialogi-Joanny-Salamon

02 08 2013 – Ruszył Slovianski Sklepik, gdzie można nabyć Księgę Ruty


Zgodnie z zapowiedziami uruchomiliśmy właśnie słowiański sklepik.

0_0_productGfx_5da8911b94449c6a28c769624b7c0559

Nazywa się on właściwie Slovianski Sklepik i funkcjonuje pod adresem: http://sklep1327616.home.pl/

Slowianic1

Na razie jest w nim tylko Księga Ruty i Kwartalnik Słowianić nr 1 – z czerwca 2013, ale będą też inne książki, a  we wrześniu Księga Tura i Słowianić nr 2.

0_0_productGfx_b09a8e4509a6dc1727b156854a459bd6

Będą się tutaj pojawiać kolejne książki wydawane przez Slovianskie Slovo, a także książki, i czasopisma o charakterze słowiańskim, a wydawane przez inne wydawnictwa.

0_0_productGfx_4c3067a8e8d46d0ced1d0a3338908dfe

Będą w nim też dostępne inne produkty słowiańskie i użyteczne obiekty związane z Nową Świadomością i Nowym Stylem Życia.

0_0_productGfx_f6c4e39f348c2e71a1e049b55bbd286c

SSSSS s-1553

Wzgórze Rząska

Posted in Starosłowiańska Świątynia Światła Świata, Słowianie, Wiara Przyrody by bialczynski on 28 Lipiec 2013

DSC02277kompr obr rzaka

DSC02225rzaka bezkompr 3 obr

DSC02226kompr obr

DSC02228kompr obr

DSC02229kompr obr

DSC02234 kompr obr

DSC02235kompr obr

DSC02236 bezkompr obr

DSC02237 kompr obr

DSC02238kompr obr

DSC02239kompr obr

DSC02241kompr obr

DSC02244bez kompr obr

DSC02245kompr obr

DSC02246 kompr obr

DSC02247bez kompr obr

DSC02249kompr obr dziw zjaw swietlne

DSC02250dziw zjaw swietl kompr obr

DSC02253bez kompr obr

DSC02254 bez kompr bez obr

DSC02255bez kompr obr

DSC02258bez kompr obr

DSC02259bez kompr obr

DSC02260bez kompr obr

DSC02261kompr obr

DSC02262 kompr obr

DSC02263bez kompr obr

DSC02264kompr obr

DSC02268kompr obr

DSC02275rzaska kompr ibr

Tagged with:

Z Księgi Tanów: Słowianskie ręczniki obrzędowe – ręcznik bielski


z9147935Q,Wzor-recznika-z-miejscowosci-Augustowo--powiat-bielskiRęcznik obrzędowy z miejscowości Augustowo

Ręcznik obrzędowy w swej tradycji towarzyszył człowiekowi przez całe życie – od narodzin po śmierć. Dwa końce symbolizowały początek i koniec życia, między którymi zostały zapisane przeznaczenie i los.

Zgodnie z tradycją pierwszy ręcznik otrzymywało się po urodzeniu wraz z Patyczkami Wiergu. To wyjątkowe ozdobne płótno było obecne również w tak ważnych chwilach jak zapleciny, swadźba i wesele, święta rodzinne i religijne.

W chwili gdy chrześcijaństwo eliminowało Wiarę Przyrodzoną Słowian adaptowano ręczniki jako element kóry dawano noworodkowi po chrzcie. W ten sposób obrzędowe pogańskie ręczniki Wiary Przyrody przetrwały obcą wiarę.

Obecność ręcznika w obrzędach związanych z zaślubinami była bardzo ważna. Obowiązkiem każdej panny młodej było wniesienie z posagiem własnoręcznie wyhaftowanego ręcznika. Jeszcze do lat 60. XX wieku zwyczaj ten był podtrzymywany. W uroczystościach zaślubin ręcznik odgrywał rolę swoistego przejścia w kolejny etap życia. Para młoda bardzo często podczas ceremonii zaślubin stała na przygotowanym przez dziewczynę ręczniku. Ślubna ikona również była otaczana haftowanym ręcznikiem, a następnie zawieszana w domu męża.

recznikRęczniki obrzędowe ze wsi Grajewo

Natrafiamy tutaj na inny zwyczaj – dokumentowania ślubu-swadźby: ikonę ślubną, czyli to co jest kontynuowane w całej Polsce dzisiaj, jako albumy zdjęć ślubnych i filmy ślubne, nakręcane w różnych miejscach jako pamiątka tego ważnego wydarzenia. Namawiamy oczywiście także wszystkie pary słowiańskie które się wiążą w obrzędzie swadźby do kontynuowania zwyczaju haftowania dla noworodków ręczników i dla pary młodej także, oraz urządzania obrzędu swadźby na ręczniku i z ręcznikiem obrzędowym w roli głównej. tym ręcznikiem para związuje się w węzeł małżeński, w nowy ród, nowe gospodarstwo.

Obrzędowy ręcznik towarzyszył także zwyczajom pogrzebowym. Obwiązywano nim na 40 dni ikonę nad łóżkiem zmarłego. Wierzono bowiem, że w tym czasie dusza znajduje się jeszcze w obejściu. W zwyczaju również było wkładanie ręcznika do trumny oraz obwiązywanie nim krzyża pogrzebowego, który prowadził zmarłego na wieczny spoczynek. Obrzędowy ręcznik nie był zwykłym kawałkiem materiału, ale stanowił wyraz łączności człowieka z Bogiem i przodkami.

bildeRęcznik obrzędowy z powiatu bielskiego, z gminy Orla (fot. bielskirecznik.pl)

Obrzędowy ręcznik bielski jest jednym z ważniejszych wyznaczników kultury i tradycji Ziemi Bielskiej. To wyjątkowe płótno jest związane z bardzo ciekawymi zwyczajami. Niepowtarzalne i piękne zdobnictwo płótna świadczy o ogromnym bogactwie kulturowym i wspaniałej obyczajowości mieszkańców tych terenów.

Obrzędowy ręcznik bielski wiernie towarzyszył życiu mieszkańców gminy. Stanowił ważny element podczas wielu uroczystości, ale także w życiu codziennym. By zapewnić sobie urodzaj plonów gospodarz wychodził na siewy przepasany ręcznikiem. Również pierwszy ścięty snop zboża był otaczany tym niezwykłym płótnem. Ręcznik był podstawową ozdobą podczas świąt dożynkowych, wielkanocnych i innych.

Bardzo często zdobiono nim święte obrazy – ikony, przydrożne i cmentarne krzyże i kapliczki. Zgodnie z wierzeniami ręcznik miał także chronić przed złem.

Najstarsze ręczniki zdobiono haftem tkackim i krzyżykowym w kolorach czarnym, czerwonym i niebieskim. Głównie dominowały wzory geometryczne, ale często pojawiały się także napisy cyrylicą – sentencje lub inicjały twórczyń. Z czasem na ręcznikach haftowano różnokolorowe motywy kwiatowe i zwierzęce. Brzegi ręczników ozdabiano koronką szydełkową.

Obrzędowy ręcznik bielski miał na ogół długość od 1,5 do 3 metrów.

Do dziś zachowały się ręczniki obrzędowe nawet z 1920 roku. Można je podziwiać w Muzeum w Bielsku Podlaskim. Dzięki staraniom funduszu Lokalnego na rzecz Rozwoju Społecznego można obejrzeć je także w Internecie. Zebrane z podbielskich wsi ręczniki zbadano pod kątem autorstwa ich wyrobu, daty i miejsca powstania.

aaabilde

W Podlaskiem powstała baza internetowa ponad 400 wzorów takich ręczników z południowo-wschodniej części regionu.

Ręcznik obrzędowy pełnił, jeszcze do niedawna, ważną rolę w życiu społeczności wiejskiej na Podlasiu. Młode panny szyły go z przeznaczeniem na posag, w nim „chowała się” dusza po śmierci, służył także jako ozdoba ikon.

Muzeum w Bielsku Podlaskim oraz Fundusz Lokalny na Rzecz Rozwoju Społecznego stworzyły specjalną bazę internetową ręczników obrzędowych z terenów powiatów: bielskiego i hajnowskiego w województwie podlaskim. Dotąd opisanych i sfotografowanych zostało ponad 400 ręczników zachowanych w domach prywatnych, parafiach czy świetlicach wiejskich.

Jak powiedziała w rozmowie z dziennikarką PAP kierowniczka oddziału Muzeum Podlaskiego w Bielsku Podlaskim Alina Dębowska, taki ręcznik występował w całej Polsce, jednak w Podlaskiem tradycja była mocno zakorzeniona, dzięki zamieszkującej te tereny ludności prawosławnej. Kultywowana była jeszcze w latach 50. i 60. ubiegłego wieku.

Dodała, że ręcznik występował także w katolickich wsiach, jednak nie odgrywał znaczącej roli, ani był tak zdobny, jak w prawosławiu. Zrobiony był zawsze z białego płótna, a zdobiono go zarówno koronką, jak i haftem z motywami kwiatowymi.

Dębowska powiedziała, że ręcznik obrzędowy miał nie tylko znaczenie jako wytwór kultury materialnej, ale przede wszystkim kultury obrzędowej i rodzinnej, związanej z cyklem rocznym.

Ręczniki bardzo ważną rolę odgrywały w obrzędzie zamążpójścia. Zgodnie z tradycją, młode kobiety w wieku 14-16 lat miały obowiązek przyszykować kilka ręczników jako swój posag. „Był to symbol rodu, symbol trwałości rodziny, ale miał też pokazać młodą kobietę jako dobrą gospodynię, osobę zaradną, pracowitą i zdolną” – dodała Dębowska.

Ręcznik pełnił też ważną funkcję podczas ślubu i wesela. Umieszczano go na drodze, po której przejeżdżała furmanka, a później także samochód wiozący młodych do ślubu. Dębowska powiedziała, że był symbolem granicy – „przejścia młodej kobiety w stan zamążpójścia”.

W cerkwi młoda para stawała na takim ręczniku, co miało zapewnić nowożeńcom dobrobyt. Ręcznikami ozdabiano również ikony w świętym kącie i najważniejszych gości – marszałka czy starostę weselnego. Na ręczniku młoda para stawała także na progu domu weselnego, gdzie witano ją chlebem i solą.

Po ślubie, młode gospodynie wchodząc do nowego domu ozdabiały ręcznikami ikony, ściany czy lustra, chcąc w ten sposób pokazać swoje bogactwo. Jak dodała Dębowska, jeśli młoda kobieta nie chciała wyjść za mąż, mówiła, że nie ma jeszcze przygotowanych ręczników.

Tradycyjnie też każda kobieta musiała zachować jeden ręcznik „na śmierć”. Umieszczano go wówczas w trumnie. „Prawosławni wierzą, że dusza po śmierci, przez 40 dni, nie ma gdzie się podziać i szuka swojego miejsca, dlatego chowa się pod takim ręcznikiem na ten czas” – wytłumaczyła Dębowska.

Dodała, że także trumny małych dzieci były przenoszone do grobów na ręcznikach, które pełniły w ten sposób rolę granicy między światem żywych i zmarłych. Ręcznikami ozdabiano również krzyże przydrożne, czy krzyż, który niesiono w kondukcie pogrzebowym.

Dębowska powiedziała, że choć obecnie odchodzi się od tej tradycji to jednak są osoby, które nadal ją kultywują. Prezentują ręczniki babć i prababć na weselu, inne specjalnie na tę okazję zamawiają zrobienie takich ręczników. Dodała, że obecnie też jest moda na zdobienie ręcznikami tzw. weselnych stołów z regionalnym jadłem.recznik22a

Wzgórze Brzoskwińskie, Skała Krzywy Sąd i Złota Polana

Posted in przyroda, Starosłowiańska Świątynia Światła Świata, Wiara Przyrody by bialczynski on 24 Lipiec 2013

brosk DSC01531Ze Wzgórza Brzoskwińskiego widok na Wzgórze Nielepickie – latobrozsk DSC01530Wzgórze brzoskwińskie lato

brozsk DSC01528Awaks – na szczycie Góry Brzoskwińskiej, podobnie jak na Wzgórzu Demonów w Zabierzowie

brzosk sad złota pola DSC01514Sady Złotej Polany

brzosk DSC01520Widok ze Złotej Polany w stronę Tyńca i Tatr

brosk widok ze z złotej polany DSC01517Ze Złotej Polany na Tyniec  i Oświęcim

brzosk widok zlota polana DSC01518Na dalekim planie widać jeziorko nad którym nigdy nie byliśmy, w tej okolicy są duże stawy rybne, ale to jest wyraźnie naturalne oczko.

DSC01120kompr

Skała Krzywy Sąd wczesna wiosnaDSC01121kompr

Święty Buk o dziesięciu pniach na Skale Krzywy Sąd – wiosnaDSC01123kompr

Bukowy gaj i skałyDSC01136kompr

Święty Gaj wzgórza Krzywego Sądu (Kriwdy-Sądzy)DSC01143kompr

W tle stawy rybne gospodarstwa AleksandrowiceDSC01146kompr

Awaks Wzgórze Brzoskwińskie – wiosnaDSC01150kompr

Awaks ukryty w lesie, ale jest widoczny z róznych stron i różnych wzgórz w okolicy, jak na dłoniDSC01151kompr

Wzgórze Brzoskwińskie – wiosnaDSC01153kompr

To samo pole rzepaku i widok co na początku ale wczesną wiosna – dzień pochmurny (na Wzgórze Niepelickie)DSC01160kompr

Przyroda tego okresuDSC01166komprPierwsze zawilce

DSC01289kompr

Pierwsze przylaszczki

DSC01290kompr

DSC01291kompr

DSC01297kompr

DSC01298kompr

DSC01300kompr

DSC01301bezkompr

Wzgórze Zabirów i Wzgórze Demonów w Zabierzowie (także wołanie słońca z 1 04 2012) i fragment 24 Taji

Posted in Starosłowiańska Świątynia Światła Świata by bialczynski on 23 Lipiec 2013

zab DSC01540Dolne wzgórze, czyli Wzgórze Zabierzowskie (Zabierzowianie to potomkowie dawnego plemienia wojowników Zabirów (zapisanych przez starożytnych jako Sabirowie). Ozdobione oczywiście krzyżem na długiej nodze. Jednak to nie ono jest wzgórzem Zabirów – Demonów, zduszów tych wojownikó oddanych Żabikrukowi (Zabi Krukowi – Zabirowi Krukowi)

zab DSC01543To bajeczne wzgórze z kamieniołomem zamienionym częściowo na małe oczko wodne i bujną roślinnością oraz lasem składa się z dwóch wyniesień. Pierwsze z krzyżem, wyrasta ponad samym miasteczkiem, które jest dzisiaj praktycznie dzielnicą Wielkiego Krakowa, tylko formalnie nie włączoną do samego miasta, suburbium.   

zab DSC01542Dzisiaj praktycznie od Krakowa do Katowic ciągnie się jeden wielki teren zabudowany, aglomeracja która praktycznie łączy się w jedno miasto Krako-Katowice. Widać do zwłaszcza gdy się jedzie nie autostradą a szosą olkuską.

zab DSC01537Malownicze niższe wzgórze – Zabirów jest także terenem stadniny koni, częściowo pokrywa je piękny las, w którym wciąż można zbierać grzyby. Jest to teren leśno-parkowy, a grzbiet ciągnie się od Skały Kmity czyli od Mydlnik i Bronowic od Rudawy aż do Krzeszowic i Tenczynka, po lewej stronie szosy do Trzebini. Zabirowie maja swój ciekawy epizod w dziejach okolicy i dziejach mitycznych Europy. Przytoczmy go tutaj:…

zab DSC01551W końcu wskutek nadmiaru powodzenia wydało się Zobirajowi, że nikt nie ma nad nim władzy i nie
będzie końca jego panowaniu. Wtedy to ogłosił, że On i tylko On jest twórcą i dawcą wszelkiego
dobra. Kiedy tylko wypowiedział te bluźniercze słowa, oddzieliła się od niego chwarena, świetlisty
blask boskiego ichoru go opuścił, a z nią opuściła go także moc czynienia dobra. Wtedy w jego
duszę zstąpiła natychmiast ciemna siła – żądza chciwości i tak oto dopadła go Chtota, opanowując
niepodzielnie jego umysł i serce. I zmienił się nie do poznania w jednej chwili.
zabr pow 20 prDSC01585

Wzgórze Demonów – górne wyniesienie – awaks

Zaczął się wtedy w Nurusji zupełnie inny czas – ciężki, kładący się na piersiach nieznośnym
uciskiem. Zobiraj-Zober powołał do życia nową gromadę, która nie miała nic wspólnego z Wiarą
Przyrody, a stanowiła jego przyboczną drużynę kapłów-wojów, a w istocie nie kapłów jeno
poborców opłat i strażników dóbr, wtajemniczonych w Czarne Tany. Wkrótce rozrośli się oni
w plemię, które nazwano Zabirami, Zabarami lub Zbirami, jako że zbierali daniny dla Zobera,
byli Zoberowym wojskiem, a także jeżeli ktoś nie miał dani, zabierali mu to, co miał.

zab pszcz DSC01544Nazywano ich tak również dlatego, że pochodzili z Obrów-Obarysów po Bierle I Obarysie, czyli z Bierygów
Zerywańskich, a zamieszkiwali ze starodawnymi zerywańskimi Harami, głównie ziemię nad
Orolem i dalej na wschód od tego jeziora, za ziemiami Harów. Ponieważ Zabirowie budzili
powszechny gniew, Zobiraj-Zober nadał im osobną ziemię i założył obwar Zabierzów niedaleko
Caroduny-Krakowa, gdzie zamieszkali razem ze swoimi zadrugami.

zab DSC01553kompr
W ślepej żądzy posiadania i bogacenia się nałożył Zobiraj-Żabikruk daniny na wszystkich i za
wszystko: na chłopów za uprawę roli – częścią zbiorów, na rzemieślników – od wyrobów
garncarskich, tkackich, kościanych, kamieniarskich oraz wyrobów z metali – broni, ozdób, naczyń,
narzędzi, przedmiotów użytkowych, częścią wytworzonych dóbr. Zaraz potem umyślił sobie, że
trzeba mu płacić za każdy osobiście dobyty ułomek kruszcu i rudy, za każdą piędź soli i innych
dobytych z ziemi dóbr, częścią tychże dobytych dóbr.

zab bolo DSC01571kompr
W swoich działaniach wzorował się na Widnurze I Wodynie i Bierle I Obarysie, kiedy ci
ustanawiali gromadę charonów-ochronów i kazali sobie płacić za przewóz dusz zmarłych
w Zaświaty. Żabikruk jednak twórczo rozciągnął ów wzór na wszelakie przejawy działania. Jego
opłaty polegały głównie na zaborze części wytworzonego mienia, a zbierali je we wszystkich
stronach Zabirowie i nieśli do tajemnych zamyków, jaskiń, czeluści, do składów kniagińskich
w Beszczu, do skryntu-skrzętu w Dzielnicy i do Zobirajowego skarbca. Tego było już Nurusom
i innym okolicznym Sistanom za wiele.

zab DSC01575komprWzgórze Demonów – Górne wzniesienie Zabierzowskie, przy awaksie.

Od tej chwili odwrócili się od niego wszyscy poddani, a Kiełtowie, mieszkający w sistańskich
ziemicach Nurusji, Lęgii i Dachji, stali się głównymi wrogami starego króla.

…..

zab obr DSC01577komprkoniecznie powiększ

Krak III Żabikruk-Zobiraj był długowiecznym władcą, żył dwa Koła Wieków12 i wcale nie oddałby
władzy nikomu przed zakończeniem żywota, gdyby nie nastąpiły nowe dziwne wydarzenia.
Nagromadził tak olbrzymie skarby, że czuł się stale zagrożony. Nie bardzo wiedział, gdzie ma
je schować, żeby były od innych bezpieczne.

zab pow DSC01594kompr

Im kto mu był bliższy, tym się mu zdawał bardziej
niebezpieczny dla owego skrzętu. Im bardziej chorzał na ciele, tym gorzej rozpłomieniała się jego
dusza. Jego umysł trawiony był coraz bardziej zapiekłym lękiem. Najpierw zrobił się podejrzliwy
wobec zadrug i pobratymców Harów, potem zrobił się podejrzliwy wobec wiernych sobie drużyn
mogilańskich, na koniec kazał wyciąć w pień dowódców oddziałów Zabirów, bo mu się zaczęło
zdawać, że za dużo wiedzą. Ponieważ przestał ufać swojemu rodowi i własnym przybocznym
wojom w Carodunie, przeniósł się do Beszczu.DSC01167kompr1 kwiecień 2012 – Wołanie Słońca

W tym czasie olbrzymie zamczysko na sztucznie
usypanej wyspie pośrodku wiślanego rozlewiska było już pobudowane, a Beszczami rządzili
beszczańscy Kiełtowie. To ciekawe, że na koniec zaprzyjaźnił się z tymi, których na początku
swoich rządów najgorliwiej zwalczał – z Kiełtami. Niektórzy kapłani-woje z gromad świtungów,
kosezów, wicikowitów, jughasów czy withasów powiadają wprost, że Kiełtowie kupowali jego
zaufanie mocno podsypując mu złotem i drogimi kamieniami, a Zobiraj był już wtedy całkowicie
zaślepiony i opanowany przez Chtotę-Chciwość.

DSC01168kompr
Zabrał ze sobą Zobiraj-Zober Bierło II Żabikruk do zamyku Beszcz Zabirów i wtajemniczonych
Kiełtów z Beszczów (tylko Kiełtów, a nie Słowian, mimo że jedni i drudzy byli pomiędzy nimi),
a także Bierygów, którzy uciekali na północ przed Romajami z Wyspy Skryty. Ten obwar nazwano
Tynem Żabikruka albo Mogiłą Zobera-Zobiraja. Tam przenosił nocami ze wszech miejsc w Wiślanii
swoje skarby nagromadzone z danin. Tam przesiadywał nad nimi dzień i noc, sycąc wzrok ich
blaskiem w ogniach pochodni, otoczony strażami Zabirów i zbrojnym zaciągiem Kiełtów.

DSC01172kompr
Tam go w końcu Beszczowie i Zabirowie niczym więźnia trzymać poczęli, pod pozorem że bezpieczniej
będzie dla skarbu, gdy go Żabikruk nie będzie opuszczał. W jego imieniu rządy zaczął sprawować
Kiełt Tarna Dywas, mieniony przez słowiańskich pobratymców z Beszczów Czarnodywem.
Wkrótce na rzecz owego Tarno-Dywasa specjalnym nadaniem zrzekł się Krak III Zobiraj-Żabikruk
całej władzy po to, żeby móc w skarbcu dłużej siedzieć. Zapisane też zostało, iż po bezpotomnej
śmierci Żabikruka koronę Nurusji obejmie ów Dywas.

DSC01180komprBezpotomność Żabikurka była już wtedy
przesądzona, ponieważ był nie tylko sędziwym starcem, ale też osobą porażoną splątaniem
i niemocą, a żadnych dzieciców się do tego czasu nie dorobił.
Nie tak to miało być w zamiarze Czarodany, nie tego chciał zapewne Krak Nur i Kyj Buda Rusy.
Czy tego chciała Perperuna? Trudno powiedzieć.

DSC01182kompr

Zabirowie – wojowie-skarbnicy Zobiraja musieli się chronić przed gniewem Nurusów ucieczką
nad Dunaj. Tam osiadła duża ich grupa wraz z kobietami, dziećmi i starcami, których wzięli
ze sobą. Tam stworzyli całkiem osobne plemię, znane dobrze także Romajom. Duża gromada
plemienna Zabirów wróciła poprzez stepy nad Jezioro Orol. Tylko nieliczni, ci którzy zawsze
przestrzegali zasad uczciwości wobec ludu nuruskiego, pozostali w rodzinnym obwarze
Zabierzowie i okolicy Caroduny.

DSC01195kompr

Zabirowie znani byli Romajom i zostali zapisani w ich kronikach w zniekształconym brzmieniu jako Sabirowiea.
Ci Zabirowie, którzy uszli przed gniewiem Nurusów w stepy, częściowo osiedli nad Donem, częściowo nad
Taja dwudziesta czwarta – Przypisy – Dzieje Nurusji. Stara i N owa Ziemica Nurusów 615
Dunajem a największa część wróciła nad Jezioro Orol (Aral). Późniejsze dzieje i kroniki romajskie odnotowują
ich jako Abarów, Harów-Hawarów-Awarów.

DSC01198 bez kompr sniegPowiększ a zobaczysz taniec śniego-świetlików

DSC01199 bez komprpowiększ

DSC01208bez komprpowiększ

DSC01221bezkomprpowiększ

DSC01228bezkomprpowiększ

DSC01231bezkompr

powiększ – rozległy widok na Kraków i płatki śniegu

Na wzgórzu Demonów spotkała mnie kiedyś iście demoniczna przygoda w samo południe, kiedy samotnie wybrałem sie z moim pieskiem samochodem, pod nieobecność innych bliskich mi osób, ale o tym opowiem innym razem, bo cza chyba jeszcze nie jest po temu właściwy. ( powiększ)

DSC01233bezkompr

godzina 12.45 (powiększ)

DSC01234komprpowiększ

DSC01237kompr

DSC01239kompr

DSC01241kompr

DSC01243komprOłtarz ofiarny

DSC01245komprOłtarz po środku miejsca zborów

DSC01246komprołtarz, miejsce żertw

DSC01247komprpłyta ołtarza

DSC01259kompr

DSC01269kompr

DSC01272kompr

DSC01273komprWidać błękit nieba odbitego w wodzie

DSC01283kompr

Bazyliszek Warszawski czyli Ptakowężyca (Matka Scytów-Skołotów) oraz Kuroliszek, czyli (bałtyjska Kurke i polski Kur) – wizerunki i podania


bazyliszek Wenceslas_Hollar_-_The_basilisk_and_the_weasel

Wacław Hollar – bazyliszek

Lisz, liszek

– bogun służebnik , duch pomocniczy Bogini Licho – Tej Która Porywa i Ukrywa Rzeczy, jednej z Bogiń Plątu – Koszu Przeznaczenia i Przypadku i Żądzy

bazyliszek_2

Bazi (liszek)

baza – podstawa, czyli podstawowy los-kosz; włoskie: basta – starczy  (wystarczające), podstawa; bazia – koszka (odmieniacz bazykoszu-losu), bazia – bagnię (badyl z koszkami), gałązka kotkowa – roślina symboliczna bogini Licho; basia – kot-koszka-basia,  kotka, bazia – owca, kot Bazyli – kosz – kot nosiciel losu-koszu, kot i owca zwierzęta symboliczne bogini Licho, bastara (baztara) – coś pośledniego, lichego, byle jakiego, bękart – spłodzony byle jak i byle gdzie, bas-tarma – suszone mięso wożone pod siodłem – podstawowa racja żywności wojownika, Bastarnowie (Biesotarnowie, Baz-Tarnowie)  – plemię słowiańskie uważane przez naukę XX wieku za celtyckie, bez (bes) – berz, biorący, odbierający, stąd bessa – utrata,  bies – zły, demon złego losu, Bies-skidy (Bies-kędy) – Ścieżki Biesów, Bieszczady – góry Biesów i Czadły (Oczadły). Bez-  roślina demonów (bez czarny – bas-tarny)

Bazyliszek_by_FanDragonBall

Kur-Kurka

Kurka to niby samica Kura, ale Kur to nie jest zwykły kogut tylko kogut magiczny – Kur czerwony – ogień, Kur szczerozłoty znosił po nocach skarby do domu gospodarza albo strzegł skarbów, pianie Kura jest związane ze wschodem słońca – Kurka to u Bałtów wręcz bogini: Kurke. Kurek to patron Bractw Strzelców – Bractwo Kurkowe – bractwo strzeleckie do obrony miasta powołane z cechów rzemieślniczych – Król Kurkowy to Sarmata który nosi przed sobą Złotego Kura na złotym łańcuch u piersi. Kura magiczna znosi złote jajka. Jajko jest święte itp.

Kurka to niby zwykła Biała tylko potężna Kura – Matka Istów (Bałtów, Jętów),  tak jak i Kruki – Ojcowie Słowiańskich Ludów,  są też Białe i Ptakowężyca Kąp-Torga (kap – kapła – kapłon – kapłan, kapalica – ofiara, kaplica – dom ze słupem-kapem pal-wanem boga zadaszonym, dom zwieńczony kurkiem).

Kurki zdobią szczyty ważnych budowli u Słowian, w folklorze Rusi to jest mocno zachowane, u nas domy straży pożarnej i kościoły drewniane czasami, u Łużyczan tzw świetlice – czyli domy gminne, wspólnoty wiejskiej, plemiennej Domowiny – jest to ptak światła, ognia, nieba, słońca. Współcześni warszawiacy nie wiedzą że ich bazyliszek to echo scytyjskiej Matki Kąptorgi (grecy podają mit późniejszy, o Torgi Taos  – męskim. Torga – to worek, torba, macica, miejsce przechowywania relikwii i amuletów. Kaptorga – to puzderko srebrne na łańcuszku lub skórzane wieszane na szyi z amuletem wewnątrz.)

słowo kur – znaczyło także członek. Według Brucknera wyraz przybył ze wschodu z Asyrii (Ozerii) i Babilonu (Wawlilonu), zatem z krajów o mieszanej ludności scytyjsko (ario-słowiańsko)- semickiej, i takimż mieszanym języku. Tak pisze Aleksander Bruckner: „Homer słowa kur wcale jeszcze nie zna, Grecy dopiero w 7 wieku przed Chrystusem go nazywają; tem dziwniejsze nadzwyczajne znaczenie, jakiego w obrzędach religijnych i przesadach nie tylko na całym Wschodzie, ale u nas i na Litwie ten „wieszcz dnia” i przepędzacz złych duchów nocnych zażywa.   Perskie (prascytyjsko-słowiańskie) churos -kur – kogut. Dlaczego? Bo on przepędza światło nocy i obwieszcza światło dnia; Hors – Chors odchodzi z nieba wraz z pianiem kura.

Kurig – drużba , a więc ma związek z obrzędem weselnym tak jak i nazwa członka męskiego (przyrodzenia) – kurac, kurzec, kurec. Kurasz – napój upajający odurzający, kurdesz, kurant – taniec obrzędowy, kurant – trel, śpiew, zaśpiew modlitewny, kurderstwo – braterstwo, kury palić – iść w konkury, kon-kury – zaloty, kurciański – wszeteczny, rozwiązły. Kurować i kuratela – związane ze zdrowiem i prawem – opieka, ochrona, troska.

Bazyliszek2222

Z Księgi Ruty:

strona 64:

Są trzy różne wykładnie korzeni ludu Mazów:
Jedni, zwłaszcza zaklinacze i znachorzy mazowscy z kącin w Szurpiłach przyznają się do przytoczonego
rodowodu plemienia – od Męża i Maży-Mażeny z Zerywanów. Nie uznają oni podania przekazywanego przez
Lęgów i Morawian, z którego wynika, iż pochodzą od zupełnie innego męża, króla zwanego Mądochem, który
uciekł od Łukomorzan ze swoją drużyną i założył nowe plemię Mądochów. Z tego to plemienia przez pąpy
miało się odrodzić plemię Mężogątów, a w nim miała się narodzić Maza-Mazja, od której pochodziły wojownicze
Mazonki i nazwa plemienia Mazi – Mazochy, Mazowie, a potem też Mazowszany.
Wydaje się możliwe, że spór bardziej dotyczy kwestii czy Mąż-Mądoch był Zerywanem czy Łukomorzanem,
bowiem ciągłość wszystkich plemion pozerywańskich (starokolibańskich) wywodzi się od Dwunastu Suk
i Dwunastu Odyńców, którzy uwili pępy-pąki w ziemskim Warze – Nowej Kolibie, a potem wzlecieli jako Kruki,
Kurka i Kąptorga.

…W ten sposób przedstawiają też sprawę
w Taji Siedemnastej Księgi Tura żercy Zagątów ze Slania. Powiadają oni mianowicie, że Mazonie pochodzą od
Maży Istyjskiej, córki Jisty odrodzonej przez pąpy w Kąptordze lub będącej wręcz odwieczną Kąptorgą, czyli
Wielką Wężycą Skołotów.

Część kapiszt łyskowickich twierdzi (za kudiesnikami skołockimi i sakijskimi), że Maża była Wielką Wężycą, znaną
pośród nich jako Wielowęda lub Kąptorga.
Postać Wielkiej Wężycy, w którą się miała Maża na koniec wcielić, występuje w każdej z pozostałych wersji
podań na temat rodowodu Mazów i odrodzonej Maży w Nowej Kolibie.

Basilisk_aldrovandi

strona 157

Powiadają też czarownicy skołoccy zwłaszcza z plemienia Szczytów z wyspy Szczytii i Oralów
od Gór Kamiennych (Uralu), że jedna stwolica Ptakowężyca, jako trzynasta istota zrodzona
z kaczanu, przetrwała żywa, a zwano ją Kąptorgą. Z niej mieli się w Nowej Kolibie narodzić
wszyscy Skołoci i pójść wszystkie rody królewskie Wielkiej Skołotii. Jednakże żadna inna kapiszta
Wiary Przyrody tego nie potwierdza.

Basilisk9

strona 197

Wtedy to romajskie zapisy, które do tej pory zwały Królestwo Sis Wielką Skołotią (czyli Wielką Scytią), zaczęły
używać nowej nazwy – od ludu panujących Serbomazów. W romajskim zniekształceniu zapisywano to jako
Sarmatia, Sauromatae, co miało oddawać Sermazja, Sarmazja, Sarmatja – czyli Sarmacja. Romaje, nie potrafiąc
sensownie wyjaśnić znaczenia tego słowa, próbowali wywodzić je od „Sauroma/thv,”, – Safromatis (Savromatis)
czyli „Jaszczuroocy”. Nie należy też ich miana wywodzić – jak to się współcześnie powszechnie, acz bezmyślnie
czyni – od staroperskiego (staroirańskiego) Sarumatah – Łucznicy, ponieważ używanie łuku było powszechne
w starożytności i nie mogło być nazewniczym wyróżnikiem spośród innych ludów i plemion również używających
łuków. Serbomazowie nie wynaleźli łuku, ani nie zaczęli go używać pierwsi na świecie, ani na większą skalę niż
na przykład Kutaje-Kitaje (Chińczycy) albo Monżgołowie (Mongołowie).
Herodot wywodził ich miano od Jaszczury i Jaszczuroocy, ponieważ miał w pamięci pochodzenie Skołotów
od Wielkiej Wężycy Kąptorgi, a potwierdzały to, jego zdaniem, używane przez nich chętnie na stanicach i
w herbach znaki węża – Żmija i Smoka. Już Herodot jednak w V wieku p.n.e. pisał, że pochodzą oni od
zmieszanych Skołotów i Mazonek (Scytów i Amazonek) znad Morza Mazowskiego. Miano to jest wzięte właśnie
od połączonych nazw ludów, które dały im początek: od ludu Skołotów-Serbów i plemienia Mazów – Mazonek
(zwanych przez Romajów Amazonkami). Oznacza ono szczep połączony, złożony z Serbów i Mazów, czyli szczep
ludu Serbomazowskiego i oznacza także nazwę ziemicy serbomazowskiej Serbomazowia. Ta ziemia i lud Serbo-
Mazów nazywane też były przez inne ludy i szczepy Królestwa Sis Serdomazami (od serdce – serce, środek),
Serdco-Mazami, Średcomazami i Sredomazami albo Sermazami. Tak więc ich ziemia pierwotna nad Morzem
Mazów nazywana była w Królestwie Sis Serbomazja lub Serdomazja, czyli też ziemia Serbów i Mazów albo
Ziemia Środka, Ziemia Serdeczna – bo była to ziemia ludzi serbych – pobratymców, krewnych i przyjaciół.
W późniejszym okresie ich siedziby leżały w Serbo-Mazowii, którą, gdy Serbowie odeszli, zaczęto nazywać
Mazowią – Ziemią Mazów i Mazonek.

basilisk_by_verreaux-d35v57q

strona 288 – 289

Sześciu Kruków, Kurka i Wielka Wężyca Kąptorga
W tym podaniu jest tylko jedno odmienne wydarzenie niż w Baju o Sześciu Krukach i Kurce.
Podanie niniejsze uznają zarówno potomkowie kapiszt Glenia, Winety, Nawaronu, jak
i guńskiego Sistu i skołocko-nurskiego Waru, a także i kątyn Szwintoroga znad Wilii, dawańskiej
Serbomazogątuzy i potomków Burów znad Ilmenia. Guniowie i Szczytowie, wnoszą do tej
wersji jeszcze jedną swoją poprawkę. Podanie to uznaje Sorobomazów za Słowian-Wenedów,
pochodzących od Kruków.
Zatem, według tej wersji, z pępów wylęgła się nie szczęśliwa siódemka bytów, a pełna ósemka.
Było pośród nich w rzeczy samej Szczęsnych Siedem Ptaków (Sześć Kruków i Jedna Łabędzica),
a prócz tego jedna dwukształtna wodna Ptako-Wężyca – Kąptorga. Wszyscy oni rozeszli się po
różnych ziemicach, a Ptako-Wężyca podążyła na wschód. Wszyscy oni złożyli też w zaczarowanych
gniazdach czarowne jaja-zaródy z wieloma żółtkami. Z jaj Kruków wylęgły się ludy Słowian-
Wenedów, z jaj Kurki Białej wylęgły się ludy Istów, zaś z jaj dwukształtnej Ptako-Wężycy Kąptorgi
wylęgli się Skołoci: Szczytowie-Kunowie, Pralęchowie i Orowie-Warowie. Tych zwano Mieczem
i Batem Wielkiej Skołotii
Tak więc ósma była Wężyca o imieniu Kąptorga, nazwana potem Straszną Matką lub Wielką
Matką Wężów-Warów, Kunów-Guniów, Pralęchów i Szczytów-Skołotów. Z tych to potomków
Wielkiej Wężycy wyrosły pierwsze rody królewskie Nowej Koliby – Lęgii. Miała ona bowiem
trzech synów: Lipoka, Karpoka i Kołaka.
Jeszcze inne pochodzenie Wielkiej Wężycy Kąptorgi, zwanej też Torgą i Trytoną
Kapłani Guniów i Szczytów ze Skołotów kategorycznie stwierdzają, że Ptako-Wężyca Kąptorga,
którą uważają za Wielką Matkę Nowej Koliby, nie pochodzi z Jaskini Lęgu. Ma ona być jedyną
przetrwałą jako inożyca potomkinią w prostej linii starodawnych Zerywanów.

Narodziła się z Kąpy, jedynej istoty żeńskiej ocalałej po zarodzie ze szczap Drzewa Świata,
dokładnie wtedy, kiedy narodzili się Stwolinowie. Dały jej początek te same szczapy, które ukradł
Kupała-Dziwień i od których pochodzą Stwolinowie. Kąpa była inożycą ptako-wężycą i miała za
męża Torgę, wróża z Zerywanów. Przetrwała ona napaść bogów na Zerywanów, podobnie jak
stwolin Urusłan, zagrzebana w błotach, tyle że w błotach pozostałych po Morzu Białym.
Według kapłanów Skrytów z Wyspy Szczytii i ze Skryty, Kąpa była wcieleniem Gaji-Ruji, a więc
jednego z dwupłciowych, dwugłowych Kirów lub światłogońcem Gaji. Stąd jej inożny wygląd ptasiowęży.
Dlatego Kąpa z Torgą miała tylko trzech synów, a nie mnogie ludy i ci synowie musieli się
poprzez owe ludy i ich księżniczki odrodzić. Tak się oto stało, że urodziła Lipoka, Karpoka, i Kołaka.
Od niej pochodzą więc wszyscy Skołoci, a Słowianie-Wenedowie pochodzą od Kruków, a Istowie
od Kurki, lecz poprzez królów i księżniczki oni wszyscy są ze sobą spokrewnieni i zmieszani.
Według burskich przekazów z Itilu – Czarnego Grodu Koszan-Koszerów – Wężyca Torga jest córką
samego Peruna i wodnicy Kąpy-Dany, władczyni Danapru, zwanej też Bojarysą. Stąd Danaper
dwie posiada nazwy, jedni zwą go Danaprem, a drudzy zaś zwą go Bojarytynem (zagrodą Bojary).
Powiadają też, że imię Kąptorgi było Trytonia, czyli Trójduna, co może również oznaczać „na trzy
sposoby poczęta i zrodzona”. Powiadają także kosezowie z Kosowego Pola, że jej ojcem nie
był Perun, lecz Wodo, a matką boginka wodna, morska żona Wodo, Pani Morza Mazowskiego,
wodnica Kąpa. Kąpa jest siostrą Dany i Bojarysy.

basilisk_by_artstain

strona 306

Z jaj dwukształtnej Ptako-Wężycy Kąptorgi narodzili się Skołoci. Wylęgło się z nich trzech tęgich
synów – Lipok, Karpok i Kołak. Jako że byli równie piękni i mocarni, co potomkowie Kruków
i Kurki, szybko znaleźli pośród nich swoje liczne kobiety i takoż się z nimi pomnożyli.

basilisk..strona 319

Pierwsze Wielkie Kłamstwo Romajów – Kąptorga
Bogowie od początku byli wielkimi wrogami Wyrodomajów, co widać po tym, jak boginie
prześladowały Perprzechwałę (nazywanego przez Romajów Wsławionym Przez Herę –
Heraklesem), Skarabeusza (Tezeusza), Wydrę (Fedrę), Wyrodną-Orodnę (Ariadnę), Kudaja-
Kadzimąża (Kadmosa), Miodewę (Medeę) i innych, którzy zdradzili Skołotię i zdecydowali się
wziąć udział w Wielkim Kłamstwie. Ciążyło na nich przekleństwo bogów, nie tylko z powodu
Wielkiego Kłamstwa i podjętej wojny przeciw Skołotom, ale z powodu samego ich wyrodnego
przyrodzenia. Całe swoje powodzenie zawdzięczali bowiem Romaje zawsze wyłącznie Ciemnym
Mocom.
Pierwsze Wielkie Kłamstwo Romajów, głoszone przez nich buńczucznie jako najprawdziwsza
prawda, a w istocie bluźniercze i oszczercze, jest takie, że to ich król z ziemi rodomajskiej,
właściwie zerywański wyrodek – Wyrodomaj, jeden z założycieli ich romajskiego zbiegowiska
wyrodków, osadzonego na pustynnych, wypalonych skałach na zachodnim brzegu Morza Rodów,
jest ojcem wszystkich Skołotów.
Według nich miał on napaść ptakowężycę Kąptorgę w jej własnym naddnieprzańskim gnieździe
i posiąść ją na jej usilne żądanie. Podług ich słów, z tego związku zrodziło się trzech synów:
Gelon, Agatyrs i Skytes. A było to w romajskich opowieściach tak:
Gdy Herakles (Perprzechwała) uprowadził woły Geriona (Gieroja), odwiedził także Scytię
(Skołotię), kraj wtedy wciąż bezludny. Zasnął tam, a kiedy spał, jego konie zniknęły. Kiedy się
obudził, wyruszył na ich poszukiwanie i zawędrował do kraju Hylaji (Kałużji-Helizji). Znalazł tam
w jaskini potworną Echidnę (Kąptorgę), którą spytał, czy wie, gdzie są jego konie. Kąptorga
odpowiedziała, że ma je ona sama, ale nie odda ich, jeśli Perprzechwała jej nie posiądzie.
Bohater zgodził się, ale Kąptorga zwlekała z oddaniem mu koni, bo pragnęła jak najdłużej
zatrzymać go przy sobie. Kiedy w końcu je zwróciła i odchodził, oświadczyła, że ma z nim
trzech synów. Spytała, co ma z nimi zrobić – osiedlić ich w bezludnej dotąd Skołotii czy odesłać.
Perprzechwała pozostawił jej swój pas ze złotą czarą i jeden z łuków, każąc osiedlić tego, kto
będzie umiał ich używać, odesłać tego, kto nie będzie tego potrafił.
Gdy dorośli, Kąptorga (Echidna) nadała synom, według Romajów, imiona – Agatyrsos, Gelonos
i Skytes. Jedynie Skytes potrafił używać łuku i pasa Perprzechwały, osiadł więc w Skołotii i został
jej pierwszym królem.

Romaje mieli paskudny zwyczaj wszystkie ludy świata wywodzić od siebie i wszystkim znanym
w świecie postaciom przypisywać po romajsku brzmiące miana, imiona i przydomki. Próbowali
też poprzekręcać imiona wszystkich bogów na własną modłę, a wiarę w ich istnienie oraz
umiejętność czynienia ku ich czci obrzędów i ofiar wyłącznie sobie przypisać.
Na szczęście dzisiaj wszyscy już wiemy, jacy z nich byli łgarze. Poznaliśmy też, jak to było
naprawdę, na przykład z Karpokiem, Lipokiem i Kołakiem (Osikoszem), dzięki innym niż
romajskie wieściom. Wiedzę na ten temat czerpiemy dziś prosto z ust samych Skołotów, a także
od Windów, Medirczyków, Persów i Hatów z Hattuzy. Dzięki temu nie musimy dawać wiary tym
romajskim wymysłom i potwarzom.
Jest w najwyższym stopniu żałosne, że wyrodki zerywańskie, Romaje, próbowali sobie
przypisać zasiedlenie Królestwa Sis własnymi potomkami. Widać, że nawet nie słyszeli o sporze
o starszeństwo, jaki wiedli Skołoci z Medirami, a który opisali Miodewowie (Medowie). Nie znali
też przestrogi zapisanej w księgach Jugów (Judów), by ci mieli się na baczności przed straszliwym
wrogiem – Skołotami, odwiecznym i walecznym ludem z północy. Nie wiedzieli też, że w świętej
księdze Jugów (Judów) zapisano imię księcia-kagana Kołaka, gdzie był on znany jako Ośkłóda
(co zapisywali po judejsku Aszkuza, po persku zaś – Oskudra, po ozieryjsku-asyryjsku – Skuda,
Skłóda), syn Jawana (Jawi, Jaweta, Jątwędy).
Z całej powyższej opowieści o Perprzechwale prawdą jest jedynie, że do Ziemi Gierusów przybył
złodziej z Rodomachaji, nieznany z imienia, a ponoć Wsławiony Przez Herę, czyli żonę Peruna
– a więc Perperunę. Zdaniem kącin skołockich, tego Heraklesa od urodzenia prześladowała
Perperuna, zatem powinien się on zwać Perprzechwałą. Perperuna wiedziała o nim, zanim się
jeszcze narodził, od Bogini Przędzy Żywota – Mokoszy, jak bardzo jego czyny będą w przyszłości
szkodliwe dla ludzi i sprzeczne z wolą Nieba.
Rzeczony Herakles-Perprzechwała przybył do Królestwa Sis zwabiony prawdziwymi
wiadomościami, że Gieroj, kagan Rusów Czerwonych, czyli Gierusów, posiada największe na
świecie stada świętych krów-karmicielek pochodzących wprost od Świętej Krowy Zemuny.
Wędrując ku rozległym pastwiskom Gieroja, Perprzechwała zatrzymał się w Ziemi Oraczy, Polanii,
gdzie z powodu słotnych dni obozował przez dłuższy czas.
Któregoś dnia, kiedy mocno przysnął, utracił konie. Zbudziwszy się biegał po okolicy, aż dotarł do
Ziemi Kałużji, gdzie pojmały go straże Kąptorgi. Skamlał i błagał, żeby mu oddała konie i puściła
go wolno. Ta powiedziała mu, że je otrzyma, jeśli zdradzi jej cel swojej podróży. W końcu jej
powiedział, a ona potraktowała go tak, jak zasłużył, niczym tchórzliwego, zniewieściałego
romajskiego złodzieja. Posiadła go na sposób męski, jak dosiada się klaczy, a potem wynagrodziła
go za tę usługę setką byków i setką białych jałowic.

Oddawszy mu zaś konie, przepędziła go z Ziemi Gierusów i nakazała, żeby uprzedził wszystkich
Romajów, iż przyłapany na kradzieży wolność dostał z łaski, bydło zaś jako zadośćuczynienie za
usługi miłosne, jakie przez czas niewoli świadczył tej, która go pojmała, zwykłej kobiecie skołockiej.
I jedno i drugie otrzymał zaś po to, iżby znał hojność Skołotów i nigdy więcej nie próbował kraść
czegokolwiek z ich Ziemi. Jeśli ktoś czegoś od Skołotów chce, niech przyjdzie i kornie poprosi,
prędzej wtedy dostanie. Jeśliby jednak mimo tego próbowali inni z Romajów, jako on, dokonać
jeszcze raz tejże sztuki, niech sobie wpierw pomyślą: skoro tak został potraktowany wielki romajski wojownik i bogatyr Perprzechwała przez zwykłą skołocką kobietę, co też mogą uczynić z nimi,
bardziej poślednimi nieproszonymi gośćmi, mężowie tak wojowniczych kobiet.
Kagan Gieroj nawet się o całej sprawie nie zdążył dowiedzieć, a już była ona skończona.
Jednak kłamliwy Romaj Perprzechwała najwyraźniej zapomniał o przestrodze i przysiędze i nie
zaprzestał przechwałek. Przechwalał się, jakimż to bohaterskim czynem nie zdobył wołów Gieroja
i jakichż to miłosnych podbojów nie dokonał w Kałużji. Dał tym samym pierwsze świadectwo
złych zamiarów Romajów względem Królestwa Sis i potwierdził w całej rozciągłości, iż opinia
Ludów Sis o potomkach Wyrodomajów z Czarnymi i Czerwonymi Ludami jest jak najbardziej
słuszna.
To pierwsze wielkie kłamstwo stało się powodem nieuniknionych dalszych zatargów. Dar Kąptorgi
niespodziewanie dla Skołotów uczynił Romajów bezczelnymi i zachęcił ich do wypraw po łatwe
łupy. Jednak cierpliwość Skołotów, Słowian, Istów i Mazonek, chociaż jest wielka i wydaje się być
nieskończona, to jednak nie jest niewyczerpana i w końcu musiało dojść do wojny z Romajami.
Uderzenie harmii Królestwa Sis było szybkie i niespodziewane. Przyszło od północy i wschodu,
niczym cios błyskawicy Peruna. Jedyną przeszkodę w szybkości podboju stanowiło to, iż Romaje
rozproszeni byli po setkach skalistych wysepek i zatok. Wykorzystano jednak łodzie Tugomiry
i Stolemęża oraz flotę Męża II ze Skryty i posiłki, jakie mu przysłał w dorocznej daninie z obwaru
Miłowąda, jego najmłodszy brat Serpęto.
Klęska Romajów była całkowita i nałożono na nich wielki trybut w złocie. Co bardziej
buntowniczym rodom królewskim i kapłańskim nakazano także każdego roku oddawać na Skrytę
siedem córek i siedmiu synów po mieczu, którzy w danym roku osiągnęli dorosłość i mogli stać
się niebezpieczni dla Skołotów jako kolejni buntownicy.

baz 53077-bazyliszek-katarzyna-malkowska-1

 Z Wiki

Bazyliszek (gr. basiliskos, łac. regulus), czasem nazywany królem węży – mityczne stworzenie, pojawiające się w legendach, podaniach i bajkach wielu narodowości (także w Polsce).

Bazyliszek, wykluwający się z jaj, które składają siedmioletnie koguty, a następnie wysiadywany 9 lat przez ropuchy lub węże, może żyć wiele wieków. Według innych legend bazyliszek jest stworzeniem, które rodzi się raz na 100 lat z jaja złożonego przez koguta. Wyglądem przypomina olbrzymiego węża, kojarzony jest także z jaszczurką. Może osiągnąć do piętnastu metrów długości. Żywi się wszelkiego rodzaju ssakami, ptakami, a także większością gadów. Jest śmiertelnym wrogiem pająków. Do obrony służą mu kły oraz wręcz toksyczny oddech, przede wszystkim jednak znany jest ze swojego spojrzenia – kto spojrzy mu w oczy natychmiast zmienia się w kamień. Fakt ten w legendach był powszechnie wykorzystywany: bohater podstępem zmuszał bazyliszka, aby ten spojrzał w lustro lub w inny przedmiot, w którym może ujrzeć swoje odbicie, aby uśmiercić gada. Naturalnym czynnikiem, który może doprowadzić do śmierci bazyliszka jest pianie koguta. Zabić mogła go również łasica swoim zapachem[1].

Pliniusz Starszy w Historii naturalnej opisywał bazyliszka jako węża z jaśniejszą plamą na głowie w kształcie korony, później uważano również, że jest to czworonogi kogut, w koronie, o żółtym upierzeniu, ze skrzydłami, ogonem węża, zakończonym hakiem lub drugą kogucią głową[2].

Ponieważ bazyliszek zabijał wszystkie stworzenia, żył na pustyni. Pliniusz twierdził nawet, że jego spojrzenie rozsadza kamienie i wypala zieleń[1].

Bazyliszek w literaturze popularnej

Bazyliszka wykorzystała J. K. Rowling tworząc powieść Harry Potter i Komnata Tajemnic. W powieści potwór w postaci wielkiego węża atakował uczniów Hogwartu. Po zamku poruszał się za pomocą rur kanalizacyjnych. Jego siedzibą była – legendarna, jak wcześniej sądzono – Komnata Tajemnic, umieścił go w niej Salazar Slytherin przed opuszczeniem zamku. Potwór miał być uwolniony z Komnaty, gdy do zamku powróci prawowity dziedzic Slytherina, aby oczyścić szkołę ze szlam. Bazyliszek zaatakował szkołę dwukrotnie – w latach 40. XX wieku, kiedy to zginęła jedna osoba, i pięćdziesiąt lat później (kilka ofiar zostało spetryfikowanych). Zapanować nad stworzeniem mogły jedynie osoby posiadające niezwykle rzadki dar porozumiewania się z wężami, tzw. wężouści.

Bazyliszek występuje też w serii książek fantasy Zapomniane Krainy. Przedstawiony jest tam jako wielki gad, polujący za pomocą kłów, pazurów, trującego oddechu i petryfikacji za pomocą spojrzenia (za pomocą bezpośredniego spojrzenia może nawet zabić). Spotkać go można m.in. w rozległym Podmroku, gdzie jako jeden z nielicznych potworów nie musi ukrywać swojej obecności.

Pojawia się także w piątej części cyklu Świat Dysku Terry’ego Pratchetta – Czarodzicielstwo, gdzie ginie w wyniku spotkania z Bagażem.

O bazyliszku (w opowiadaniu Granica możliwości), a także kuroliszku (opierzonym stworzeniu mylonym z bazyliszkiem) („Saga o wiedźminie” tom 5 „Pani jeziora”) wspomina również Andrzej Sapkowski. W Sadze o wiedźminie bazyliszek jest jadowitym stworem o długim, jaszczurczym ogonie; posiada sierpowate szpony, błoniaste skrzydła, a także ptasi dziób. Tego straszliwego stwora boją się nawet smoki. Jego skóra jest bardzo dobrym i bardzo drogim materiałem służącym do produkcji obuwia. Istnieją mity mówiące o jego umiejętności zmieniania ludzi w kamień za pomocą spojrzenia oraz o tym, że bazyliszek rodzi się z jaja zniesionego przez koguta, a następnie wysiedzianego przez sto i jednego jadowitego węża.

We wrześniu 2009 ukazała się debiutancka powieść Tomasza Bukowskiego „OBIEKT R/W 0036”. Książka reprezentuje gatunek horroru historycznego. Ukazuje ona walkę Polaków i Niemców, w ogarniętej Powstaniem Warszawie, z mitycznym bazyliszkiem.

Jest jednym z potworów w serii gier komputerowych Heroes of Might and Magic.

Bazyliszek, obok syreny Sawy jest jednym z symboli Warszawy[potrzebne źródło]. Stwór został opisany, jako bestia niby podobna do koguta, a niby do węża. W „Legendach Warszawskich” Artura Oppmana, gad nie zamieniał w kamień, lecz zabijał ciekawskich, którzy próbowali kraść skarby. Z tym bazyliszkiem, jest ponoć związana jedna z warszawskich kawiarni[potrzebne źródło]. Na podstawie legendy, opisanej przez Oppmana, powstały liczne ilustracje oraz jeden odcinek, z cyklu animacji, pod tytułem „Bajki polskie”.

baz 180px-Bazyliszek

Bazyliszek – zwany także Regulusem; jadowity stwór; ma on długi, jaszczurczy ogon, sierpowate szpony, błoniaste skrzydła, a także ptasi dziób. Tego straszliwego stwora boją się nawet smoki. Jego skóra jest bardzo dobrym i bardzo drogim materiałem służącym do produkcji obuwia. Istnieją mity mówiące o jego umiejętności zmieniania ludzi w kamień za pomocą spojrzenia oraz o tym, że bazyliszek rodzi się z jaja zniesionego przez koguta, a następnie wysiedzianego przez sto i jednego jadowitego węża.

Bazyliszek w grze The Witcher Wizerunek z Gry Wyobraźni

u Sapkowskiego

-Co za czasy – westchnął grododzierżca. – Co za parszywe czasy! Jeszcze dwadzieścia lat temu, kto by pomyślał, nawet po pijanemu, że takie profesje będą? Wiedźmini! Wędrowni zabójcy bazyliszków! Domokrążni pogromcy smoków i utopców!
— Ostatnie życzenie, str. 11

Białowłosy, garbiąc się, wytaszczył z dziury dziwaczny kształt, cudaczne cielsko, utytłane w pyle przesiąkniętym krwią. Dzierżąc stwora za długi, jaszczurczy ogon, rzucił go bez słowa pod nogi grubego wójta. Wójt odskoczył, potknął się o zwalony fragment muru, patrząc na zakrzywiony, ptasi dziób, błoniaste skrzydła i sierpowate szpony na pokrytych łuskami łapach. Na wydęte podgardle, kiedyś karminowe, obecnie brudnorude. Na szkliste, wpadnięte oczy.
– Oto bazyliszek – rzekł białowłosy, otrzepując spodnie z kurzu.

— Miecz przeznaczenia, str. 7

Monsters

Kuroliszek

Kuroliszek – zwany także skoffinem, lub też kokatryksją; wielkością i wagą przypomina zwykłego indyka, z dwukrotnie większymi, karminowymi koralami. Rozpiętość skrzydeł dochodzi do czterech stóp ( ok. 120 cm ). Uczeni określili ten gatunek jako jedynego przedstawiciela Ornitoreptyli, które nie są ani gadami, ani ptakami. Atakuje zwykle od tyłu celując swym ostrym dziobem pomiędzy kręgi, czy też w samą aortę, mierząc w okolice tuż pod lewą nerką.

u Sapkowskiego

Potwór zaatakował z ciemności, z zasadzki, cicho i wrednie. Zmaterializował się nagle wśród mroku jak wybuchający płomień. Jak jęzor płomienia.
Geralt, choć zaskoczony, zareagował instynktownie. Wywinął się w uniku, ocierając o ścianę lochu. Bestia przeleciała obok, odbiła się od klepiska jak piłka, machnęła skrzydłami i skoczyła znowu, sycząc i rozwierając straszliwy dziób. Ale tym razem wiedźmin był przygotowany.
Uderzył z krótkiego zamachu, z łokcia, mierząc w podgardle, pod karminowe korale, wielkie, dwukrotnie większe niż u indyka. Trafił, poczuł, jak ostrze płata ciało. Impet ciosu zwalił bestię na ziemię, pod mur. Skoffin wrzasnął, a był to wrzask niemal człowieczy. Rzucał się wśród pokruszonych cegieł, tłukł się i trzepotał skrzydłami, bryzgał krwią, siekł dookoła biczowatym ogonem. Wiedźmin był pewien, że już po walce, ale potwór zaskoczył go niemile. Niespodziewanie runął mu do gardła, skrzecząc straszliwie, wystawiając szpony i klepiąc dziobem. Geralt uskoczył, odbił się barkiem od muru, ciął na odlew, od dołu, wykorzystując impet odbicia. Trafił, skoffin znowu runął między cegły, cuchnąca posoka bryznęła na ścianę lochu i ściekła po niej fantazyjnym deseniem. Strącony w skoku potwór nie miotał się już, dygotał tylko, skrzeczał, wyciągał długą szyję, nadymał podgardle i trząsł koralami. Krew wartko płynęła spomiędzy cegieł, na których leżał.
Geralt bez trudu mógłby dobić go, ale nie chciał nazbyt niszczyć skóry. Czekał spokojnie, aż skoffin się wykrwawi. Odszedł kilka kroków. Czekał spokojnie, aż skoffin się wykrwawi. Odszedł kilka kroków, odwrócił się do muru, rozpiął spodnie i wysikał się, pogwizdując tęskną melodyjkę.
Skoffin przestał skrzeczeć, znieruchomiał i ścichł. Wiedźmin podszedł, szturchnął go lekko sztychem miecza. Widząc, że już po wszystkim, chwycił potwora za ogon, uniósł. Trzymany za nasadę ogona na wysokości biodra, skoffin sięgał sępim dziobem ziemi, rozłożone skrzydła miały więcej niż cztery stopy rozpiętości.
– Lekkiś, kuroliszku – Geralt potrząsnął bestią, która faktycznie nie ważyła wiele więcej niż dobrze utuczony indyk. – Lekkiś. Na szczęście płacą mi od sztuki, nie od funta.

— Pani Jeziora, str. 56-57

– Pierwszy raz – Reynart de Bois-Fresnes zagwizdał cichutko przez zęby, co, jak Geralt wiedział, wyrażało u niego najwyższy podziw. – Pierwszy raz widzę coś takiego na oczy. Istne dziwadło, na honor, dziwadło nad dziwadłami. Znaczy się, to jest ten sławiony bazyliszek?
– Nie – Geralt uniósł potwora wyżej, by rycerz mógł się lepiej przyjrzeć. – To nie jest bazyliszek. To jest kuroliszek.
– A jaka różnica?
– Zasadnicza. Bazyliszek, zwany też regulusem, jest gadem, a kuroliszek, zwany też skoffinem albo kokatryksją, jest ornitoreptylem, to znaczy ni to gadem, ni to ptakiem. To jedyny znany przedstawiciel rzędu, który uczeni nazwali ornitopetylami, po długich dysputach stwierdzili bowiem…
– A który z tych dwóch – przerwał Reynart de Bois-Fresnes, nie ciekawy widać, motywów uczonych – spojrzeniem zabija lub zamienia w kamień?
– Żaden, to wymysł.
– Czemu więc ludzie tak się obu boją? Ten tutaj wcale nie jest aż taki duży. Naprawdę może być groźny?
– Ten tutaj – wiedźmin potrząsnął zdobyczą – atakuje zwykle od tyłu, a mierzy bezbłędnie między kręgi lub pod lewą nerkę, na aortę. Zwykle wystarcza jeden cios dzioba. A jeśli chodzi o bazyliszka, to wszystko jedno, gdzie ukąsi. Jego jad jest najsilniejszą ze znanych neurotoksyn. Zabija w ciągu sekund.
– Brrr… A którego z nich, powiedz, można ukatrupić za pomocą zwierciadła?
Każdego. Jeśli walnąć prosto w łeb.

cytat z „Pani Jeziora”

Kuroliszek jest niezwykle podobny do bazyliszka i często też oba te stworzenia są ze sobą mylone. Niewielki stwór wielkości indyka, w większej części pokryty jest pierzem, o nietoperzowatych skrzydłach, sępim dziobie, karminowych koralach i grzebieniu o takiej samej barwie. Zwykle zamieszkuje piwnice i lochy. Porusza się skokami, podlatując i machając skrzydłami. Skóra kuroliszka ma sporą wartość, tak jak i skóra bazyliszka, a pióra z ogona są wyjątkowo cennym materiałem piśmienniczym.

44_bazyliszek

Legenda o bazyliszku z Warszawy

Wiele wieków temu, za czasów królewskich do Warszawy zjeżdżało rycerstwo z całego kraju i wielu zagranicznych gości.

Z powodu wojen i różnorakich potyczek wielu rzemieślników znalazło pracę jako płatnerze. Warszawa była znana z mistrzowskiego kunsztu płatnerzy, często też rycerze powierzali swoje zbroje tym że rzemieślnikom. Płatnerze nie narzekali więc na brak pracy i od rana do wieczora naprawiali zbroje przywracając im dawny błysk i szlachetność. Szczególnie wielkim uznaniem cieszył się warsztat płatnerza Marcina, tak więc on i jego rodzina żyli w dostatku. Rzemieślnik całe dnie spędzał w pracy, cieszył się wiec z każdych odwiedzin swoich dzieci, córeczki Hanki i synka Maćka. Dzieci chętnie buszowały po warsztacie ojca, przyglądając się własnym odbiciom w wypolerowanej stali, swoim śmiechem wprawiały ojca w dobry nastrój.

Z biegiem lat, dzieci coraz częściej oddalały się od warsztatu, poznając największą atrakcję miasta, którą był  jarmark.  Było to miejsce jak zaczarowane, gdzie wiele się działo i gdzie można było znaleźć wszystko. Dzieci biegały między stoiskami ciesząc oczy kolorowym przepychem. Pewnego dnia spotkały swoich przyjaciół, dzieci chciały pobawić się na pobliskich łąkach. Zapytały więc ojca o pozwolenie. Marcin zgodził  się ale nakazał by nie zbliżały się do starej ruiny, która stoi pośród nadwiślańskich łąk.

Ludzie bowiem mówili, że od wielu lat tam straszy. Niektórzy mieszkańcy Warszawy sądzili nawet, że może to być  mityczny Bazyliszek ni to zwierzę, ni to diabeł, podobno przychodzi na świat raz na sto lat, a wykluwa się z jaja zniesionego przez koguta! Stwór miał być przerażający, głowę po swym ojcu odziedziczył kogucią, ale wielką, z olbrzymim, czerwonym grzebieniem, który opadał to na jedną, to na drugą stronę jego strasznego pyska. Jednak najstraszniejsze były jego oczy, straszniejsze nawet od wężowego ogona, który wił się na piętnaście metrów. Wystarczyło, że Bazyliszek spojrzał na swoją ofiarę, a ta z przerażenia w jednej chwili kamieniała i tak właśnie stwór miał wielu ludzi pozbawić życia.

Dzieci przyrzekły ojcu, że nie zbliżą się do strasznego miejsca i pobiegły w stronę czekających już na nie przyjaciół. Dzień był ciepły, jarmark mienił się kolorami towarów, dzieci wesołą gromadką rozbiegły się wśród zastawionych kramików, tym razem nie zatrzymywały się przy słodyczach i zabawkach, nie miały dziś na to czasu, pobiegły wąską uliczką wśród kamienic nad rzekę, aby pobawić się na łące. Dziewczynki zbierały kolorowe kwiatki, z których robiły wianki, a chłopcy oglądali pływające w przezroczystej wodzie ryby. Zabawa tak wciągnęła dzieci, ze nie zdawały sobie sprawy, że już dawno oddaliły się od miasta, które znikło za horyzontem. Dopiero gdy zaczynało się ściemniać ,dzieci pojęły, że nie znają drogi do domu. Nagle ich oczom ukazał się dom, a właściwie jedynie pozostałe po nim ściany.

Zanim dzieci zorientowali się, że może to być ta ruina, przed którą ostrzegał ich ojciec, znaleźli się już w jej piwnicach. Nie było w tej piwnicy nic strasznego, piwnica jak każda inna, trochę chłodna i ciemna. Jednak za jednymi drzwiami coś zaczęło migotać jasnym, światełkiem. Dzieci nie mogły oderwać od niego oczu. Jeden z chłopców otworzył tajemnicze drzwi i w jednej chwili upadł zamieniony w kamień. Oczy Bazyliszka połyskiwały złowrogo, zmieniając wszystkie dzieci w posągi.
Noc już zapadała a płatnerz Marcin z coraz większym przerażeniem myślał o swoich dzieciach, wychodził raz po raz przed warsztat, ale nie doczekał się powrotu dzieci. Przeczuwał, że stało się coś złego. Czuł, że  dzieci nie posłuchały go i poszły do starego domostwa. Wiedział, że musi ruszyć im na ratunek, jednak nie wiedział jak miałby się bronić przed Bazyliszkiem. Jego wzrok padł na wypolerowaną zbroję, w którą jeszcze tego ranka wpatrywały się dzieci. Była tak gładka, że wyglądała jak lustro. To był sposób na straszny wzrok bazyliszkowy.  Ubrał Marcin zbroję i biegiem ruszył w stronę ruin.

Gdy stanął pod tajemniczym domem, przeżegnał się i zszedł z trudem do piwnicy. Miał rację, Bazyliszek musi tu być, bo po drodze mijał kamienne ludzkie sylwetki. Nagle ujrzał swoje dzieci, które bardziej przypominały posagi niż ludzi. Coś ścisło go za serce, jednak nie mógł sobie teraz pozwolić na łzy. W jednej chwili ukazał mu się wielki ogon bestii, który mało co go nie przewrócił. Marcin szybko uskoczy w bok, w tym czasie stwór odwrócił swój wielki łeb w stronę zdeterminowanego płatnerza i zamarł. W tej bowiem chwili ujrzał swoje własne odbicie w jasnej zbroi i skamieniał.

Gdy tylko Bazyliszek zmienił się w kamień, w piwnicy zaczęły poruszać posągi ludzi. Maciek i Hanka ocknęli się jakby ze strasznego snu i zobaczyły przed sobą rycerza. Jakież wielkie było ich zdziwienie, gdy rozpoznały w nim własnego ojca. Ten szybko wziął dzieci na ręce i wyniósł z ciemnej piwnicy tak, by skamieniałe cielsko Bazyliszka nie ukazało się ich oczom. Tak oto płatnerz Marcin uratował swoje dzieci i inne ofiary Bazyliszka.

Mykoła Łysenko (1842 -1912) – Strażnik Wiary Słowian z Ukrainy (III SSŚŚŚ Lwów)

Posted in Starosłowiańska Świątynia Światła Świata, Słowianie, Wiara Przyrody by bialczynski on 15 Lipiec 2013

Mykola_LysenkoMykoła Witalijowycz Łysenko (ukr. Микола Віталійович Лисенко, ur. 22 marca 1842 w Hryńkach, zm. 6 listopada 1912 w Kijowie) – ukraiński kompozytor i pianista, dyrygent, twórca ukraińskiej opery narodowej.

Biografia

Urodził się na terenie guberni połtawskiej, jako syn Witalija Romanowicza Łysenki (Uk.: Віталій Романович Лисенко), który był pułkownikiem pułku kirasjerów. Matka, Olga Jeremjejewna pochodziła z połtawskiego rodu Łuczenko. Domową edukacją przyszłego kompozytora zajmowała się matka i słynny poeta Afanasij Fet. Matka uczyła syna języka francuskiego, dobrych manier i tańca. Fet – rosyjskiego. Gdy Mykoła miał pięć lat, zauważono jego talent muzyczny i zatrudniono nauczycielkę muzyki. Już od wczesnego dzieciństwa Łysenko interesował się poezją Tarasa Szewczenki i ukraińskimi pieśniami ludowymi, do których miłości nauczyli go wuj i babcia. Po ukończeniu domowej edukacji, w celu przygotowania do wstąpienia do gimnazjum, Mykoła przyjechał do Kijowa.

W 1855 roku Mykoła wstąpił do drugiego Charkowskiego Gimnazjum, które ukończył ze srebrnym medalem wiosną 1859. Podczas nauki w gimnazjum z zamiłowaniem oddawał się muzyce, stając się z czasem znanym w Charkowie pianistą. Był zapraszany na wieczorki i bale, podczas których wykonywał utwory Beethovena, Mozarta, Chopina, grał do tańca i improwizował na tematy ludowych piesni ukraińskich. Po ukończeniu gimnazjum wstąpił na wydział nauk biologicznych Uniwersytetu Charkowskiego. Po roku jego rodzice przeprowadzili się do Kijowa i Mykoła przeniósł się do katedry nauk estetycznych wydziału fizyko-matematycznego wydziału Uniwersytetu Kijowskiego. Ukończył Uniwersytet 1 czerwca 1864 год. Podczas studiów muzyki uczył się prywatnie. Rosyjskie Towarzystwo Muzyczne zaoferowało mu profesjonalne studia w konserwatorium lipskim. Po ukończeniu uniwersytetu kijowskiego Łysenko postanowił zdobyć wyższe wykształcenie muzyczne. W 1867 wstąpił do Konserwatorium lipskiego, jednego z lepszych w ówczesnej Europie. Jego nauczycielem fortepianu był Karl Reinecke i Ignaz Moscheles, kompozycji Ernst Friedrich Eduard Richter. To właśnie tam Mykoła zrozumiał, że zbieranie i tworzenie muzyki ukraińskiej jest czymś potrzebniejszym, niż kopiowanie wzorców muzyki zachodnioeuropejskiej.

Latem 1868 Łysenko ożenił się z Olgą Aleksandrowną O’Connor, która była jego daleką krewną i była młodsza o 8 lat. Po 12 latach Olga i Mykoła ogłosili oficjalny rozwód, za przyczynę podając nieposiadanie dzieci.

Ukończywszy z wielkim sukcesem w 1869 naukę w Konserwatorium Lipskim, Łysenko powrócił do Kijowa. W celu poprawienia jakości swoich utworów orkiestrowych, Łysenko udał się do Petersburga, aby pobierać lekcje instrumentacji u Mikołaja Rimskiego-Korsakowa w latach 70., lecz jego ukraiński patriotyzm i pogarda dla rosyjskiej autokracji przeszkodziły mu w sukcesach. Poparł rewolucję 1905 roku. W roku 1907 przebywał w więzieniu. W 1908 był szefem Klubu Ukraińskiego w Kijowie zrzeszającego osobistości ukraińskiego życia publicznego. Po powrocie do Kijowa zaczął tworzenie kompozycji inspirowanych tematyka ukraińską. Jego ukrainofilskie zapędy w kompozycji nie były popierane przez Rosyjskie Towarzystwo Muzyczne, które promowało kulturę rosyjską na Ukrainie. Rezultatem tego było zerwanie przez Łysenkę kontaktów ze Stowarzyszeniem i to, iż już nigdy nie napisał żadnego utworu w języku rosyjskim (nie licząc oczywiście przekładów jego utworów na rosyjski). Uczestniczył w organizowaniu szkól dla dzieci chrześcijańskich, później był członkiem komitetu oprocentowującego słownik języka ukraińskiego.

Podczas pogrzebu Tarasa Szewczenki był jedną z osób niosących trumnę z ciałem poety. Podczas studiów na Uniwersytecie Kijowskim dedykował Szewczence zbiór dumek ukraińskich, które zostały wydane w siedmiu tomach. Jednym z głównych źródeł pozyskiwania materiału do opracowań był kobziarz Ostap Weresai (na cześć którego Łysenko nazwał później swojego syna).

W swojej pierwszej operze zdecydowanie użył języka ukraińskiego. Piotr Czajkowski był pod wrażeniem jego “Tarasa Bulby” i pragnął wystawienia tego dzieła w Moskwie, lecz protest Łysenki wobec tłumaczenia tekstu na rosyjski przeszkodził w wystawieniu opery w Rosji.

W późniejszych latach Łysenko ufundował Ukraińską Szkołę Muzyczną. Córka Łysenki, Mariana, poszła w ślady ojca i została pianistką. Syn – Ostap uczył muzyki w Kijowie.

Muzyka

Utwory fortepianowe

Muzyka fortepianowa Łysenki jest słabo znana poza granicami Ukrainy. Jego dzieła fortepianowe były porównywane przez sowieckich muzykologów do dzieł Chopina, jednak ten dział jego twórczości nie interesował ich tak bardzo jak muzyka wokalna.

Muzyka wokalna

Była w dużej mierze owocem zainteresowania Łysenki twórczością ukraińskich poetów takich jak Taras Szewczenko, Łesia Ukrainka, Ołeksandr Ołeś.

Opery

Muzyka do słów Tarasa Szewczenki

Studia muzykologiczne

Łysenko poczynił pierwsze etnomuzykologiczne i instrumentologiczne badania nad twórczością ślepego kobziarza Ostapa Weresai, które opublikował w latach 1873–1874. Wykazał odrębność ukraińskiego ludowego materiału melodycznego od muzyki rosyjskiej, głownie ze względu na jej unikatowość i występowanie chromatyki. Łysenko zajmował się także transkrybowaniem repertuaru innych kobziarzy – np. Ostapa Slastiona z Połtawy i Pavla Bratysia z Czernichowa.

Jest także autorem studiów nad teorbanem i zbioru esejów o ukraińskich instrumentacja ludowych, co dało podstawy ukraińskiego instrumentoznawstwa.

  • Międzynarodowa Fundacja Mykoły Łysenki
  • Ukraine Millennium Foundation
  • Artykuł Natalii Kononenko
  • Kwartet smyczkowy d-moll
  • Ukraiński projekt pieśni artystycznej

Mykoła Łysenko (1842 -1912), kompozytor i etnograf. Wyjątkowo ważne miejsce zajmują w jego twórczej spuściźnie utwory do tekstów Tarasa Szewczenki (1814 – 61). To są: muzyka do Kobzara pióra Szewczenki, opery Godowa noc, Natalka-Połtawka, ponad 600 opracowań ludowych ukraińskich pieśni na chór lub do solowego wykonania, zapis weselnych obrzędów oraz dumek i pieśni Kobzara – Ostapa Weresaja (1803-90).

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 966 obserwujących.