białczyński

Świątynie Światła Świata – Szczeliniec (Hyszowa) – Święte Śląskie Góry Flinsa-Wijnsa (Strzyboga i Stryji) oraz Czarnogłowa i Białobogi

Posted in Polska, Starosłowiańska Świątynia Światła Świata, Słowianie, Wiara Przyrody by bialczynski on 2 Grudzień 2013

Szczeliniec PICT2974

Góra Hyszowa w Sudetach to odwieczne uroczyszcze, w którym do XIX wieku urządzano tajemne zbory i odprawiano obrzędy. Góra składa się z dwóch szczytów, zwanych Małą i Wielką Hyszową (dzisiaj Mały i Wielki Szczeliniec). Są to najwyższe szczyty Gór Stołpowych (dziś Stołowych). W którejś z pobliskich wiosek zawsze zamieszkiwał żerca Strażnik Góry, należący najpewniej do gromady stróży. Był on opiekunem tamtejszego uroczyszcza poświęconego Kaukom-Alkom – Czarnogłowowi i Białobodze. Wielka Hyszowa była miejscem kultu Czarnogłowa, zaś Mała Hyszowa ośrodkiem czci Beli-Białobogi. Mała Hyszowa mieści naturalny ukryty amfiteatr, sacrum pogańskie – miejsce kultu. Dostęp na szczyt Wielkiego Szczelińca, gdzie odbywały się spotkania – zbory Gromady Gromad – najwyższego kręgu kapłanów wiary przyrody, a potem adeptów i czcicieli dawnych bogów (w XIX wieku), był bardzo trudny. W roku 1804 górę powszechnie znaną z odbywanych tutaj mistycznych praktyk odwiedził osobiście królewicz pruski. Wtedy ostatni potwierdzony zapisem kronikarskim żerca-stróż sanktuarium, sołtys Franciszek Pabel (znany jako uzdrawiacz i czciciel bogów pogańskich), wykuł kamienne schody wiodące na sam szczyt. Żeby potomnym zostawić niewątpliwy znak swojego wtajemniczenia i odwieczny ślad świętości Góry Hyszowej, wykonał dokładnie 665 stopni. Wtajemniczonym liczba ta mówi wszystko. 665 = 17 (bo 6 + 6 + 5) = 8 (bo 1 + 7) – czerta Pełni, znak skończonego Kręgu.

Szóstki są czertami oznaczającymi Życie, lecz gdyby ich było 3 ´ 6, czyli 666 stopni, oznaczałoby to Śmierć (18 = 9). Uważając, że Góra Hyszowa jest i pozostanie zawsze sanktuarium żywym, tak jak żywa jest wiara przyrody, tę symbolikę – pełni i życia wiecznego – zawarł Pabel w swoich 665 stopniach wiodących na szczyt Świętej Góry.

O gromadzie stróży patrz Księga Tura w przypisach do Tai Ósmej, gdzie także o wieszczkach jelonach z Pliski.

O Hyszowej pisze H. Waniek  w książce Hermes w Górach Śląskich.

Szczeliniec Wielki 3_i348722

Szczeliniec Wielki (na pierwszych mapach po 1945 Strzaskany[1], niem. Große Heuscheuer, czes. Velká Hejšovina) – najwyższy szczyt (919 m n.p.m.) w Górach Stołowych, na terenie Parku Narodowego Gór Stołowych. Należy on do Korony Gór Polski i jest jedną z największych atrakcji turystycznych Sudetów, z rezerwatem krajobrazowym i tarasami widokowymi z panoramą Sudetów.

Kupując (TERAZ – TUTAJ!)  Budujesz Wolne Media Wolnych Ludzi!
slowianic nr 2 przod

Szczeliniec Wielki, podobnie jak całe Góry Stołowe, zbudowany jest ze skał górnej kredy, głównie piaskowców ciosowych. Powstawały one w środowisku morskim.

Szczeliniec Mały 3_i348726

Szczeliniec Mały

Bardzo blisko Szczelińca Wielkiego znajduje się nieco niższy, ale równie rozległy masyw Szczelińca Małego. Szczeliniec Mały jest objęty ochroną ścisłą i jest całkowicie zamknięty dla ruchu turystycznego, chociaż do połowy lat 80. XX w. wolno się tam było wspinać pod warunkiem posiadania uprawnień taternickich.

Rzeźba terenu

Pomimo niedużej wysokości bezwzględnej szczyt ten jest widoczny już z daleka jako trapezoidalny blok skalny porośnięty lasem iglastym. Piaskowcowa powierzchnia szczytu jest zwietrzała i popękana, dzięki czemu tworzy różnorodne formy skalne przypominające swoim wyglądem ludzi oraz zwierzęta Wielbłąd, Mamut, Słoń, Kwoka, Małpa, Pies, Żółw, Sowa, Fotel Pradziada oraz głębokie wąwozy i korytarze (Piekiełko, Diabelska Kuchnia) tworzące labirynt skał. Ciekawostką są dwie skały, tzw. chybotki: Kołyska Księżniczki Emilki oraz Serce Ducha Gór, które, pomimo znacznej masy, można niewielkim wysiłkiem poruszyć. Wewnątrz licznych korytarzy panuje swoisty mikroklimat, a w niektórych miejscach śnieg utrzymuje się do lipca.

szczeliniec-wielki-szlak-zejsciowy

Historia

Pierwsze potwierdzone ślady bytności na szczycie ludzi datują się na rok 1576. Anonimowi mnisi wyryli wtedy na skale zwanej Fotelem Pradziada napis IHSV 1576. Podczas wojny trzydziestoletniej (1618–1648) skały Szczelińca prawdopodobnie służyły jako schronienie prześladowanym protestantom. W XIX w. szczyt stał się już ogólnie znaną atrakcją turystyczną. Odwiedziło go wiele znanych osobistości, m.in. Johann Wolfgang von Goethe.

szcz 107ol3

Turystyka

Na szczyt prowadzi kręty szlak składający się z 665 schodów ułożonych w 1814 przez Franza Pabla, sołtysa pobliskiego Karłowa. Od strony północnej wiedzie szlak z Pasterki na przełęcz między Szczelińcami. Na okrężnej, jednokierunkowej trasie o długości około 5 km, biegnącej wierzchowiną Szczelińca, znajduje się również schronisko turystyczne Szwajcarka wybudowane w 1846 roku w stylu tyrolskim (wówczas jako Schweizerei). Wstęp na teren rezerwatu obejmującego szczytowe partie góry jest płatny w okresie turystycznym.

Okrężny szlak zaczyna się i kończy w okolicach płatnego parkingu w Karłowie.

Ciekawostki

Na Szczelińcu, a dokładniej w Piekiełku, kręcono film “Opowieści z Narnii: Książę Kaspian”

 

Szczeliniec Wielki 3_i348736

 

Szczeliniec Wielki – jest najwyższym szczytem Gór Stołowych- 919 m.npm. i wspaniałym punktem widokowym. Najłatwiej dostępny ze wsi Karłów. Na szczyt prowadzi droga zbudowana z ponad 600 kamiennych stopni ( czas wejścia ok. 40 min.). Płaski wierzchołek to ogromny labirynt powstały w naturalny sposób z oryginalnie uformowanych form skalnych. Nazwy nadane najciekawszym formom pochodzą od ich charakterystycznych kształtów: Wielbłąd, Słoń, Wiewiórka czy stanowiący wręcz symbol tych gór Małpolud. Ciekawostką są dwie skały tzw. Chybotki ? ?Kołyska Księżniczki Emilki?, które pomimo znacznej masy można przy niewielkim wysiłku poruszyć. Wewnątrz licznych korytarzy panuje swoisty mikroklimat, a w niektórych miejscach śnieg utrzymuje się do lipca (Piekiełko).

szczeliniec45

Szczeliniec Wielki

Na szczycie znajduje się kilka punktów widokowych, skąd przy dobrej widoczności można zobaczyć całą Ziemię Kłodzką, a także pasmo Sudetów wraz z Karkonoszami. Na szczycie działa schronisko z bufetem. Skały Szczelińca stanowią również doskonałe miejsce wspinaczkowe.

Szczyt porasta ubogi las świerkowy z niewielką domieszką sosny.  Interesującą florę mają głębokie i chłodne rozpadliny skalne – występują w nich reliktowe gatunki wątrobowców oraz świecący mech – świetlanka. Z ciekawszych gatunków fauny trzeba wymienić ptaki: pustułkę, kopciuszka, rudzika i mysikrólika. Godne uwagi są jednak przede wszystkim walory krajobrazowe Szczelińca, zwłaszcza niezwykłe bogactwo form skalnych.

Bardzo blisko Szczelińca Wielkiego znajduje się nieco niższy, ale równie rozległy masyw Szczelińca Małego. Szczeliniec Mały jest objęty ochroną ścisłą i jest całkowicie zamknięty dla ruchu turystycznego, chociaż do połowy lat 80. XX w. wolno się tam było wspinać pod warunkiem posiadania uprawnień taternickich.

Szczeliniec Wielki i Mały 3_i348731

Góry Stołowe

Szczeliniec Wielki od dawna był celem wypraw turystycznych. Pierwsze znane wejście miało miejsce już w XVI wieku – świadczy o tym zatarta data 1576 na najwyższej skałce zwanej Fotelem Pradziada. Prawdziwy rozwój turystyki na Szczelińcu nastąpił  na przełomie XVIII i XIX wieku. W 1790 roku na szczyt wszedł książę weimarski Karol August, a wraz z nim wybitny poeta niemiecki Johann Wolfgang Goethe. Dziesięć lat potem na Szczelińcu stanął późniejszy prezydent Stanów Zjednoczonych – John Quincy Adams.

W związku z rozwojem ruchu turystycznego ówczesny sołtys Karłowa – Franciszek Pabel w 1804 roku wytyczył ścieżkę na Szczeliniec kładąc 665 schodów, a na płaskowyżu szczytowym wzniósł prymitywną gospodę. Zajmował się także oprowadzaniem turystów. W roku 1813, w uznaniu zasług sołtysa Karłowa, król pruski Fryderyk Wilhelm II nadał mu tytuł przewodnika po Szczelińcu Wielkim. W połowie XIX wieku wybudowano na Szczelińcu schronisko, stojące do dzisiejszego dnia. Dla ich ochrony już w 1957 roku utworzono rezerwat przyrody.

Położenie (Punkt wyjściowy):

Powiat: Kłodzko, Gmina: Radków, Miejscowość: Karłów, Adres: Centrum wioski

szczeliniec-wielki-taras-widokowy

flinsWizerunek Flinsa-Wijnsa

Winicjusz Kossakowski – Takie sobie gadanie: Zagadka sama się rozwiązała

Posted in nauka, Polska, Słowianie by bialczynski on 29 Listopad 2013

© by Winicjusz Kossakowski

(Mapy nadesłała Lidia Czopkiewicz na dwa tygodnie przed przesłaniem artykułu przez Winicjusza Kossakowskiego)

Awaria mapaLata 533-600

 z cyklu: „Takie sobie gadanie”

„Polscy historycy” to mają dobrze.

Najpierw pisano to, co było wygodne państwu Watykanoniemieckiemu. Do czasu, aż skatoliczonozjudaizowana arystokracja, doszła do wniosku, że jej państwo niepotrzebne i sejm Rzeczypospolitej rozdał jej ziemie sąsiadom, zapewniany  przez jezuitę Skargę, że za czyn ten – dostaną ojczyznę w „niebiesiech”. Przez 123 lata Polski nie było na mapie świata. Po odzyskaniu niepodległości w II Rzeczpospolitej, historycy sięgnęli po historię z przed rozbiorów, czyli znowu watykanoniemiecką.

II wojna światowa.

Zdradzony przez sojuszników polski żołnierz walczy o ich niepodległość, a w zamian  „sojusznicy” oddają Polskę sowietom.

Historycy mają znowu labę. Piszą bzdety, byle przypodobać się władzy radzieckiej.

W tej chwili, znowu wrócili do niemieckich – „prac naukowych”.

Aby się o tym przekonać, wystarczy przejrzeć oficjalne strony „nauki polskiej”.

– Najgorzej mają historycy niemieccy.

Ile muszą się nagłowić i nakombinować, by uwiarygodnić historycznie państwo niemieckie. A wszystko im przeszkadza.

– Po pierwsze – na mapach Franków z roku 900 ery chrystian, nie ma takiego państwa.

– Po drugie – wszystkie wykopaliska  na terenie obecnie niemieckim, świadczą o słowiańskim osadnictwie. Nazwy rzek i starych miast, pomimo zniekształcenia, mówią językiem Słowian. Mało tego –  złote i brązowe figurki  odnalezione w  Przylwicach – Prilwitz nad Renem, są opisane runami słowiańskimi i w języku Słowian. Jakby tego było mało, to ostatnio, nauka zajmująca się genetyką, za żadne skarby, nie może odnaleźć „germańskich” genów w narodach uznanych za germańskie. Geny obecnych „Germanów” to mieszanina słowiańsko – celtycka.

Chrobatia 843 mapa francuskaChrobatia-Harwatia rok 843 – jak widać Bawaria zajęła część ziem Słowiańskiej AWARII (Hawarii-Harwatii)

Germańcy są, a genów germańskich nie ma.

Proszę sobie wyobrazić, jak się czuje „nauka” niemiecka i w ogóle germańska. Owe uczucie, zwane frustracją, wyraził przedstawiciel nauki germańskiej z Uniwersytetu w Lipsku, gdy natrafił na książkę „Polskie Runy Przemówiły”. Pracy nie atakował, bo nie da się jej udowodnić fałszu, ale zaatakował autora i to w dosyć niewybredny sposób.

Jedyną i wyłączną „podstawą” dla nauki germańskiej jest mapa Ptolemeusza z II wieku ery chrystian. Na terenie obecnych Niemiec i Polski widnieje napis Germanus.

Siedem wieków później, bo około dziewiątego wieku, rzymski  cesarz Porfirogeneta(zrodzony w purpurze) a broniący swego państwa przed zajęciem przez Bułgarów,  zauważa, że „Germanie mówią językiem słowiańskim”.

Jakim językiem mówili Germanie siedem wieków wcześniej?

Na dodatek genetycy ustalili, że słowiański gen R1a, na terenie Polski przeszło jedenaście tysięcy lat temu zmutował się w gen R1a1. Jest to dowodem, że minimum od dwunastu tysięcy lat, naród polski zamieszkuje swe ziemie.

Akurat takie dowody nie interesują „nauki niemieckiej” a za nimi i nibypolskiej.  Jak ustalono – tak musi być. – Ja wol!!!  Befehl !!!

W pracy Leledraga Marskiego natrafiłem na taki tekst: „W logice słowotwórstwa języków starego świata i w jego strukturze zakodowana jest logiczna informacja, religijna, historyczna, emocjonalna, która świadczy – bez wątpienia – na rzecz prawdziwej historii”.

  ***

Opierając się na powyższym spostrzeżeniu spróbuję wejść na drogę słowotwórstwa i odszyfrować kilka słów. Są to jedynie moje spostrzeżenia i nikt się z nimi zgadzać nie musi, chociaż było by słodko, gdyby potwierdził je prof. Miodek.

Wrona, słowo dźwiękonaśladowcze  od trzepotu skrzydeł, w gwarze – wruna, pierwotnie  – fruna, fruwać, fruu…

W herbarzu polskim, który zachował nazwy dawnych rodów, mamy ród – Ślepowron, do którego przypisane jest około 200 nazwisk rodowych. Ślepowron – ptak polujący nocą, mniejszy od wrony, niekiedy zwany wronkiem. Wronki – siedziba rodowa Ślepowrończyków.  Słowo wypowiadane z ruska – Wranki. Gdy wrócimy do pierwotnego „fru..”, mamy Franków. Zatem nazwa Franki, jest nazwą słowiańską.

Mężczyzna – Jak to słowo brzmiało i co znaczyło zanim przyjęło dzisiejszą formę ?

Słowiańskie słowo „mana” wyszło już z użycia. Jego pierwotne znaczenie znamy dzięki wedom.

Mana – to boska siła przenikająca świat, jest obecna w powietrzu. Zagniewane bóstwo może, dzięki manie, zrywać dachy, łamać drzewa, wznosić niszczące fale i utrzymywać ptaki w powietrzu. Mana, ta boska siła, jest pierwszym członem nazwy  „man – szczyt – zna”. Szczyt, to dawna nazwa tarczy służącej od obrony. Trzeciego słowa tłumaczyć nie muszę.

Zatem manszczytzna to silny i wyszkolony obrońca. Słowo, grzecznościowo, przeszło na każdego chłopa noszącego nogawice.

– Horwati. Wymowa wschodnia. Oznacza ludzi zwitych-związanych z górami – horami. Jeszcze czeski kronikarz Kosmas z Pragi, nazywał Polaków Horwatami.

Polacy zamieszkiwali obie strony gór a teren ich sięgał aż do morza. W wymowie zachodnich Słowian, to znaczy Polaków, wymawiamy – góra a nie hora.

Jak nazwać górali obdarzonych boską mocą – maną?

Oczywiście – Górmanami. Nie ulega wątpliwości, że to słowo czysto polskie. W wymowie  wschodniej  – Horwiti,  w wymowie łacińskiej, nie posiadającej „Ó” – Germanus.

W ten sposób zagadka współczesnej, zakłamanej historii sama się rozwiązała.

Obecna – narodowościowa mieszanka, używa prastarych polskich imion.

Franki – wranki, wronki.

Germanie – Górmanie.

Jak nie trudno zauważyć, wszystkie klocki pasują do siebie. Już mapa Ptolemeusza nie zaprzecza wypowiedzi cesarza Porfirogenety. A wypowiedź cesarza zgadza się  z najnowszymi badaniami genetycznymi. Na dodatek, wszystkie mapy Europy, poczynając od roku „0”są zgodne z mapą Franków z 800 i 900 roku. Mapy dostępne w internecie pod hasłem „Europe years 900”.

Winicjusz Kossakowski

lieps_slawen_rekonstruktion

Tollense (pol. hist. Dołęża[1], Dolenica[2] lub Tolęża[3]/Tołęża[4]) – rzeka w Niemczech (Meklemburgia-Pomorze Przednie). Wypływa z łańcucha rynnowych jezior polodowcowych Tollense i Lieps na Pojezierzu Meklemburskim (314.2-3); po ok. 68 km biegu zasila rzekę Pianę w okolicy miasta Demmin.
Dopływy:

  • Linde
  • Datze
  • Aalbach (Malliner Wasser)
  • Mühlenbach
  • Kleiner Landgraben
  • Goldbach
  • Großer Landgraben
  • Augraben

Przepływa przez Neubrandenburg, Altentreptow i Demmin.

Tereny nad środkową i dolną Tollense zamieszkiwało słowiańskie plemię Dołężan, natomiast ziemie na południe od nich (głównie okolice jeziora Tollensesee z grodem Radogoszcz) należały do wojowniczych Redarów.

Słowiańska nazwa rzeki pochodzi od wyrazu „dół” bądź „dolina” lub według innych źródeł od ług – zbiornik wodny, kałuża (zob. Łużyce)

PS

Pracowałem kiedyś z ruskim jewrejem – Mojsiem. Upierał się on, że to Żydzi dali język Niemcom i Anglikom. I że, są z nimi spokrewnieni.

Wydaje mi się, że Mojsie trochę fantazjował. Nie znam sprawy.

VorpommerflysseSłowiańskie Pomorze Przednie

Maciej Zaborowski (grafika), Tomasz Borys (tekst) – plakat „Dziady”

Posted in Polska, sztuka, Słowianie by bialczynski on 28 Listopad 2013

Prezentuję ten plakat , bo jest po prostu świetny – kompletna idea pamięci i odrodzenia Wiary Przyrodzoney Słowian.

1395871_508498582579590_1873870496_n

Bez komentarza

Kupując (TERAZ – TUTAJ!)  Budujesz Wolne Media Wolnych Ludzi!
slowianic nr 2 przod
Tagged with: , ,

Zorian Dołęga Chodakowski czytał runy z popielnic po polsku już w roku 1824!

Posted in Starosłowiańska Świątynia Światła Świata, Słowianie by bialczynski on 27 Listopad 2013

Tak to bywa, że wiadomości dla badacza z jednej dziedziny mało ważne, stanowiące fragment większej całości dla kogoś innego mają charakter rewelacji w zupełnie innej dziedzinie. Okazuje się oto na marginesie opracowania biograficznego o Zorianie Dołędze Chodakowskim, ze jest wśród jego notatek taka jedna która świadczy iż odczytywał on runy na urnach popielnicowych po polsku już w roku 1824!

 

Oto fragment tekstu autorstwa Aleksandry Jeleń który znalazłem na Histmag.org: http://histmag.org/Zorian-Dolega-Chodakowski-Adam-Czarnocki-i-jego-badania-terenowe-nad-Slowianszczyzna-6256

….

Aleksandra Jeleń – O Zorianie Dołędze Chodakowskim

Badania Czarnowskiego zostały przerwane, gdyż w opinii Nikołaja I. Fussa (przedstawiciela Komitetu Naukowego Głównego Zarządu Szkół) to, co Chodakowski zaprezentował w sprawozdaniu, nie spełniało oczekiwań pokładanych w jego podróży, a koszta były nieproporcjonalne do rangi dokonanych odkryć. „Co się tyczy wykopalisk wykonanych przez Chodakowskiego, to one przyniosły bardzo nieznaczne plony starożytności. Żelazna strzałka, nożyk, serdolik z wyrytym jeźdźcą i pięć monet, przedstawiają się wszystkie zabytki dostarczone przez Chodakowskiego razem z pismem do P. Ministra, jako plony swoich podróży”34. Należy także podkreślić, że w sporządzonym przez Czarnowskiego opisie rezultatów dotychczasowych dociekań znalazła się krytyka rosyjskich historyków Nikołaja M. Karamzina i Konstantego F. Kałajdowicza oraz starszych przekazów, co zdecydowanie nie zjednywało mu przychylności opiniodawców. Drugie, poprawione sprawozdanie również nie zyskało uznania w oczach Fussa. Jego zdanie podzielał Karmazin, którego pogląd zaważył na ostatecznej decyzji władz o wstrzymaniu dotacji35.

Nie wiadomo czy w późniejszym czasie Chodakowski badał starożytne cmentarzyska. Z 25 maja 1824 roku pochodzi notatka:

Urna słowiańska – napis runiczny. Wład…syn Aw… wiec był. W środku pieniądz srebrny z postacią dziwną. Czy tylko napis dobrze czytam? Czy to nie greckie wazy? W dwóch innych żalnikach nic nie znaleziono, w trzecim urna gliniana bez napisu. W środku kości i jakieś zardzewiałe narzędzie żelazne małe36.

Mało prawdopodobne wydaje się, żeby w 1824 roku Czarnowski był inicjatorem wykopalisk, ponieważ w tym czasie nie posiadał odpowiednich funduszy, a wręcz był zadłużony, między innymi u swego przyjaciela M. Pagodina (wiemy, że na badania prowadzone przez miesiąc w 1820 roku wydał 400 rubli). Można przypuszczać, że ktoś mu pokazał swoje znalezisko, ponieważ nadsyłano do niego informacje o grodziskach i ich opisy37.

O pracach terenowych Czarnockiego nie wiemy nic więcej poza tym, co pozostawił w dwóch krótkich artykułach, liście i jednej notatce. Niestety nie zatroszczył się on o odpowiednie utrwalenie rezultatów swoich badań, co wydaje się zastanawiające, gdyż często wykonywał rysunki, a w przytoczonym przeze mnie wcześniej fragmencie zwracał uwagę na odpowiednią dokumentację dokonywanych odkryć38.

Konstanty Tyszkiewicz, badacz najdawniejszych dziejów Litwy i Białorusi, słusznie podkreślał:

Zoryan Dołęga Chodakowski w Słowiańszczyźnie niepospolite położył zasługi dla archeologii, lecz trochę za wcześnie wziął się on do tego: bo gdy umysły jeszcze z potrzebą tej nauki w kraju oswojonemi nie były, Chodakowski musiał walczyć bezskutecznie z myślą podniesienia tej gałęzi całkiem dotąd nieuprawianej i jak żołnierz, wierny swej sprawie, w boju za nią zginął. Ziarno, rzucone przez Chodakowskiego, wzeszło później dopiero, gdy on już nie żył – uznano za prawdę jego słowa i ważność jego pomysłów39.

Kontynuatorem prac Chodakowskiego był Wadim W. Passek, statystyk, folklorysta i etnograf, który uważał, że dla poznania historii Słowian ważne są materialne wyznaczniki ich obecności uzyskiwane drogą prac wykopaliskowych40.

Kierunek badań zapoczątkowany przez Zoriana Dołęgę-Chodakowskiego był podejmowany w kolejnych latach. Uwaga badaczy skupiła się na kurhanach i cmentarzyskach, uczonych fascynowały także grodziskowe wały ziemne. Pracę Czarnockiego docenił, podkreślając jego zasługi dla rozwoju wiedzy na temat Słowiańszczyzny, Aleksjej Uwarow, założyciel i wieloletni prezes Moskiewskiego Towarzystwa Archeologicznego. W opinii Aleksandra Formozowa Uwarow był kontynuatorem Chodakowskiego w kwestii pojmowania historycznych zadań archeologii i kierunku jej badań41.

Adam Czarnocki był jednym z prekursorów badań nad Słowianami, ale również jako pierwszy wyruszył „w teren”. Nie tylko, by jak Jan Potocki oglądać pozostałości przodków, ale przede wszystkim, by je badać. Dla niego liczyły się materialne wyznaczniki obecności Słowian. Słusznie podkreśla Wincenty Pol odmienność metod badawczych Czarnockiego od dotychczas wykorzystywanych: „Zoryan Chodakowski różni się tem od wszystkich innych badaczy słowiańskich, że inną jest zupełnie metoda jego studiów; bo kiedy aż po te czasy były tylko dokumenta pergaminowe, księgi pomniki i starożytne zbiory przedchrześcijańskiej słowiańszczyzny materyałem, to on pierwszy poczyna się rozpatrywać po ziemiach słowińskich, i czyta w nich jak w księdze dzieje pisane”42.

Choć zarzucano Chodakowskiemu dyletantyzm, to należy podkreślić jego erudycję. Sięgał nie tylko po opracowania, ale także po źródła. Po przygotowane przez niego mapy grodzisk i osadnictwa jeszcze pół wieku później sięgali uczeni, podkreślając ich wartość. Przypuszcza się, że część notatek z podróży wraz z informacjami o prowadzonych przez niego wykopaliskach zaginęła43. Można jedynie mieć nadzieję, że zostaną one jeszcze odnalezione i pozwoli to na poszerzenie naszej wiedzy o działalności badawczej Zoriana Dołęga-Chodakowskiego.

 

Kupując (TERAZ – TUTAJ!)  Budujesz Wolne Media Wolnych Ludzi!
slowianic nr 2 przod

Co z Listem do papieża Franciszka i co dalej, także ze Świętowitem na Ślęży.


Sleza DSC_0183 pow 160

Szanowni Czytelnicy i uczestnicy akcji zbierania podpisów pod Listem do papieża Franciszka w sprawie Świętowita ze Ślęży,

przede wszystkim pragniemy podziękować wszystkim, którzy złożyli swoje podpisy i tym którzy je jeszcze złożą do godziny 24.00 czasu polskiego, w sobotę to jest dnia 30 listopada 2013 roku.

W chwili obecnej, kiedy pisze te słowa tj, we wtorek rano, mamy około 950 podpisów (nie wszystkie są umieszczone jeszcze na stronie internetowej. Myślę, że uzbieramy ich ponad 1000 i na tym zakończymy akcję.

Treść listu znajduje się na stronie slowianskasprawa.pl łącznie z informacją w jaki sposób można złożyć podpis drogą mailową (maile wysyłamy na adres: info@slowianskasprawa.pl). W tej krótkiej informacji podajemy: imię, nazwisko, miejscowość, zawód.

W sobotę 30 listopada o godzinie 24.00 lista podpisów pod tym listem zostanie zamknięta. List zostanie następnie  wydrukowany w trzech językach: polskim, niemieckim i angielskim (dysponujemy już tłumaczeniami). Do listu zostanie dołączona lista podpisów i przekażemy go w dwóch egzemplarzach oficjalną drogą: jeden  do Kurii Wrocławskiej oraz drugi do Watykanu.

Możecie być pewni, że listy bezzwłocznie w pierwszym tygodniu grudnia dotrą tam gdzie powinny dotrzeć. Będziemy  od tej chwili oczekiwać odpowiedzi, którą opublikujemy zarówno na stronie slowianskasprawa.pl jak i tutaj na blogu oraz na FB.

Co dalej?

Kolejnym krokiem będzie powołanie i zarejestrowanie Zrzeszenia Słowiańskiego (proszę nie traktować tego szyldu jako oficjalną nazwę).

Dlaczego Zrzeszenie.

1. Musimy mieć reprezentanta prawnego, który będzie występował w naszym imieniu do organów Państwa Polskiego, będzie organizował akcje i zbiórki np.  na cel budowy Świętowita na Ślęży, podejmował uchwały i wydawał oświadczenia, a także występował potem fizycznie np. o pozwolenia na budowę, uzgadniał warunki budowy na Ślęży itp.

2. W Zrzeszeniu może uczestniczyć każdy podmiot prawny jak i każda osoba fizyczna – a więc związek wyznaniowy, organizacja społeczna , ruch społeczny, organizacja ekologiczna, grupa odtwórcza historyczna, stowarzyszenie itp.  zatem zrzeszenie ma odpowiednio szeroką formułę, która może pomieścić wszystkie ruchy, koła, stowarzyszenia, które czują się słowiańskie i polskie oraz wszystkich Wolnych Ludzi, którzy czują się Słowianami i Polakami. Nie ma żadnych ograniczeń  ideowych czy politycznych, które by przekreślało czyjeś uczestnictwo poza bezwarunkową akceptacją i podporządkowaniem się celom, które będą zawarte w Programie Zrzeszenia.

3. Nad Programem Zrzeszenia oczywiście rozpoczynamy pracę już teraz. Za wcześnie na określanie ścisłe ram tego programu, ale można by ująć ten program w skrótowe hasło: “Wolna Polska dla Wolnych Ludzi”.

Z pewnością  jednym z głównych celów będzie dbałość o obiekty słowiańskiej kultury przedchrześcijańskiej i przywrócenie oraz wyeksponowanie w sferze publicznej starożytnych symboli, rzeźb, obiektów sztuki oraz artefaktów archeologicznych w miejscach, w których były one odkryte oraz odpowiednie upamiętnienie i wyeksponowanie tych miejsc.

Jednym z celów będzie też dążenie do takiego przekształcenia ustroju Polski, by nasze państwo zapewniało swoim obywatelom na obszarze swojej jurysdykcji prawnej realizację podstawowych Wolności i Praw Człowieka i Obywatela, w tym także w zakresie możliwości publicznego kultywowania słowiańskiej wiary.

Jednym z celów będzie z pewnością takie przekształcenie prawa w Polsce by miało ono charakter Przyrodotwórczy, a więc nakładało na wszelkie instytucje i inwestycje bezwzględny priorytet ochrony Przyrody i harmonizacji ze środowiskiem przyrodniczym.

Nadanie Zrzeszeniu form prawnych zakończy drugi etap naszych działań. Chcemy go zamknąć tej zimy tak by na wiosnę móc rozpocząć trzeci etap działania.

Ten trzeci etap to przystąpienie do budowy Świętowita na Ślęży, a także nadanie podmiotowości organom, które Zrzeszenie Słowiańskie powoła jako odpowiednie do realizacji poszczególnych celów Zrzeszenia.

Może to brzmi obecnie nieco enigmatycznie, ale niech tak na razie pozostanie. Ideę nadania podmiotowości organom powołanym do realizacji celów Zrzeszenia Słowiańskiego rozwiniemy w odpowiednim czasie. Najważniejsza jest teraz wysyłka Listu do papieża Franciszka oraz przemyślenie i ogłoszenie Programu Zrzeszenia Słowiańskiego.

Moim zdaniem ważne będzie by przeprowadzić wewnętrznie w naszym Słowiańskim Zrzeszeniu postulat demokracji bezpośredniej oraz nadać mu charakter Wiecu Ludowego, czyli reprezentanta/związku wielu, różnorodnych,  słowiańskich “plemion Wolnych Ludzi” współtworzących Polską Macierz i Ojczyznę. Przez plemię rozumiemy tutaj “wspólnotę” realizującą swój określony wewnętrzny program z poszanowaniem innych wspólnot/plemion współtworzących  Polskę Wolnych Ludzi oraz z uwzględnieniem celu nadrzędnego jakim jest WOLNA POLSKA.

Istnieje realna szansa by nasze Zrzeszenie stało się wzorcem i pionierską organizacją społeczną wyznaczającą główny kierunek samoorganizacji polskiego społeczeństwa w najbliższej przyszłości, na wszelkich szczeblach jego aktywności, i by był to wzorzec oparty na Duchu Wielkiej Zmiany.

sleza jawor kompr DSC00177

Joanna Kuruc „Dziki” – opowiadanie/bajka i konkurs na ilustracje (do wydania książkowego)

Posted in przyroda, sztuka, Słowianie by bialczynski on 25 Listopad 2013

 Wydawnictwo Slovianskie Slovo oraz Kwartalnik „Słowianić” ogłaszają konkurs plastyczny na ilustracje do opowiadania „Dziki”, które zostanie wydane w formie książkowej przez Wydawnictwo „Slovianskie Slovo” . Na konkurs należy przesłać dwie ilustracje do wybranego przez siebie fragmentu tekstu. Technika dowolna. Zwycięzca dostanie możliwość stworzenia ilustracji i okładki książki, która będzie wydana w przyszłym roku. Poza tym trzy najlepsze projekty opublikujemy w dziale „Klasyczne Ilustracje Słowiańskie” na niniejszym blogu.

Ilustracje prosimy przesyłać w formacie „jpg”, na adres mailowy: slovianskieslovo@slovianskieslovo.pl

do dnia 28 lutego 2014 roku włącznie. Ogłoszenie wyników Konkursu w Równonoc Wiosenną, Nowy Rok Słowiański, 21 marca 2014 roku (7523 roku kalendarza Słowian).

Kupując (TERAZ – TUTAJ!)  Budujesz Wolne Media Wolnych Ludzi!
slowianic nr 2 przod

dd Wild Boar CP1Foto Derek Bird Barin

* * * * * * * * *

DZIKI

* * * * * * * * *

© by Joanna Kuruc

© by Slovianskie Slovo

*

CZĘŚĆ PIERWSZA

*

Niedługo dane mu było cieszyć się dzieciństwem i bliskością mamy. Zostało mu z tego okresu zaledwie mgliste wspomnienie. Bardzo więc o nie dbał, często wracając myślami do tych bezpowrotnie minionych chwil, odświeżając je sobie, wtapiając się w nie, rozwieszając wokół siebie ich delikatną tkaninę. Chciał je zachować w pamięci na zawsze; zatrzymać na dnie serca, gdzie cała krążąca w żyłach krew nabiera rytmu.

Pamiętał, jak dobrze mu było, kiedy tak leżał ściśnięty pomiędzy rodzeństwem, szukając małym ryjkiem piersi mamy. Było ich razem dwanaścioro – dwanaście małych, bezbronnych, różowych kuleczek. Mama leżała na boku, cierpliwie znosząc przepychanki dzieci. Tak naprawdę miejsca było pod dostatkiem dla każdego, ale ta nieustanna rywalizacja stanowiła ich ulubioną zabawę. Było im przy niej cieplutko i błogo. Mogliby tulić się do siebie w nieskończoność. Cały świat wydawał się wtedy przyjazny, przesycony słodyczą wzajemnego doznawania się, czułością i niezgłębioną tajemnicą łagodnej miłości.ddd mlode-dziki-zima

Ale nie trwało to długo. Ledwie po trzech tygodniach od dnia narodzin zdążyli z maleńkich kuleczek przeobrazić się w nieco większe kuleczki, już pojawili się ludzie w fartuchach. Siłą odrywali przerażone prosięta od matek, chwytali je swoimi wielkimi, szorstkimi łapskami tak mocno, że ich paluchy niemal wgniatały się w delikatne, różowe brzuszki, co było bardzo bolesne. Lochy kwiczały, żeby nie odbierać im dzieci, ale ludzi nie obchodził ich lament. Mechanicznymi ruchami chwytali maluchy i przerzucali je przez blaszane ogrodzenie, za którym znajdowało się wejście do ciemnego tunelu.

Trzęsąc się ze strachu, z całych sił wtulał się w matczyną pierś, mając nadzieję, że nikt go nie zauważy. Nawet jednym oczkiem nie chciał patrzeć na to, co działo się wokół. Słyszał tylko płacz innych prosiąt, jakieś trzaski i nawoływania ludzi.

Nagle silne ręce złapały również jego. Zamachał raciczkami, chcąc chwycić się mamy, ale było już za późno. Przebierał więc nimi w powietrzu, starając się wyrwać z niewrażliwego uścisku, zeskoczyć na ziemię, uciec; jednak nie miało to większego sensu, bo trzymające go ręce były jak kleszcze z żelaza! Wtem przeszył go przeraźliwy ból. Obcięto mu ogonek! Wielkimi cęgami! Nikogo nie obchodziło, że był zaledwie dzieckiem, że był żywą, czującą istotą! To boli! Boli! Boli! Zaczął kwiczeć i wierzgać tak bardzo, że brutalny człowiek, usilnie starając się utrzymać go w rękach, zapomniał o wytłuczeniu mu zębów, co uczyniono wszystkim pozostałym.

Przerzucono go przez blaszaną przegrodę w tłum dziesiątek nie mniej jak on przerażonych prosiąt. Popędzane w kierunku tunelu, biegły na oślep na trzęsących się nóżkach. Jeden maluch był wręcz nieprzytomny ze strachu – w ogóle się nie ruszał, choć komuś, kto patrzyłby na to wszystko z boku, mogłoby się wydawać, że było inaczej. Ale to tylko gęsty, prący do przodu tłum rówieśników popychał go w stronę ciemnej bramy.

Mama nigdy im nie opowiadała, co znajduje się po drugiej stronie. Na pewno wiedziała, ale nie chciała im o tym mówić. Tuliła ich do siebie, kochała – póki mogła. Po co straszyć dzieci czekającym je złym losem? Od niego i tak nie było ucieczki, postanowiła więc, że chociaż w tych pierwszych dniach życia powinny być beztroskie i szczęśliwe. Niczego więcej nie mogła im dać.

Biegł w tłumie innych maluchów, płacząc i wołając pomocy. Ze strachu wirowało mu w głowie. „Co teraz ze mną będzie?” – myślał.

Po przebiegnięciu tunelu trafili do olbrzymiej hali, oświetlonej długimi, rażącymi świetlówkami. Dalej pędzono ich korytarzami, wytyczonymi za pomocą stalowych barierek. Potem liczono ich i dzielono na grupy. Do klatek zamykano po pięćdziesiąt prosiąt. Zewsząd rozlegał się kwik, dźwięk trzaskających zasuw i krzyki ludzi. Aż wreszcie wszystko ucichło.

Nieśmiało rozejrzał się wokół. Stał na twardym podłożu z gęsto ułożonych, zimnych  prętów, otoczony otępiałymi z bólu i strachu rówieśnikami. Wśród nich rozpoznał rodzonego braciszka. Przydreptał do niego, zapytał, jak się czuje. Braciszek chciał mu odpowiedzieć, ale nie mógł – z ryjka kapała mu krew. Rozpłakali się obaj i przytulili do siebie.

Wtedy po raz pierwszy pomyślał, że bardzo, bardzo nienawidzi ludzi.

Od starszych prosięta dowiedziały się, że spędzą w tym miejscu pięć miesięcy. Po upływie tego czasu utuczone świnie ładowane są na przyczepę ciężarówki i wywożone do rzeźni, gdzie morduje się je, nie przebierając w środkach. A wszystko po to, żeby ludzie mogli zjeść ich mięso.

To nie mieściło mu się w głowie. Nie chciał tego słuchać. Nie dopuszczał do siebie myśli, że życie może być aż tak niesprawiedliwe i pełne tortur. I że nic nie można zaradzić na ten smutny los. Położył się zrozpaczony i wycieńczony. Zasnął, przytulony do brata.

*

Mijały dni i tygodnie a prosięta rosły, więc w klatkach robiło się coraz ciaśniej. Rosły bardzo szybko. Zbyt szybko, żeby można było powiedzieć, że dzieje się to w naturalny sposób. Podejrzana była przede wszystkim pasza, którą jadły. Jej jadowity, gorzko-mdły smak zdradzał obecność różnych chemicznych substancji, przez które ich ciała dosłownie puchły. Nie wszyscy radzili sobie ze sztucznie przyspieszonym tempem wzrostu. Wielu zaczęło poważnie chorować, niektórym nie wytrzymywały nogi. Do tych ostatnich należał jego brat, który od jakiegoś czasu kulał. Nastroje w klatce też były coraz gorsze. Dorastające prosiaki zaczęły być agresywne, głównie z powodu okropnej ciasnoty, uniemożliwiającej swobodne poruszanie się. Czasem rzucały się na siebie. Teraz wiadomo było, dlaczego ludzie przezornie wybili im zęby – właśnie po to, żeby się nawzajem nie pozagryzały, gdy zaczną szaleć z ciasnoty.

Starał się pomagać cierpiącemu bratu, uspakajał kolegów. Zabawiał wszystkich opowiadaniem swoich snów.

Bo jako jedyny – miał sny.Dzik, dzika ?winia, DinoAnimals.pl

A w tych snach życie wyglądało zupełnie inaczej. Była tam radość, miłość i wolność. Ze zrozumieniem tego ostatniego pojęcia prosiaki miały spory problem, tłumaczył więc im cierpliwie, że wolność to takie życie poza klatką i chlewnią, o którym samemu można decydować. Można się na przykład swobodnie poruszać, a nawet biec w którą się chce stronę – do przodu, do tyłu albo i w bok! I to biec bez przerwy (jeśli się nie chce przestawać) bo żadna ściana nie stałaby takiemu pragnieniu na przeszkodzie.

Różnie sądzono o jego opowieściach. Jedni lubili ich słuchać, bo uciekali wówczas w świat marzeń. Drudzy ganili go za przedstawianie niemożliwych, utopijnych wyobrażeń na temat świata, na który powinno się patrzeć realnie, to znaczy przez pryzmat krat, za którymi się jest zamkniętym. Niektórzy byli mu wdzięczni za rozbudzenie w nich wiary w wolność i radość; innych gniewało, jak to określali – dawanie złudnej nadziei na poprawę losu. Byli też wreszcie i tacy, którzy uważali „zarażanie” pragnieniem wolności a nawet i samą wolność za coś złego i nawoływali do pokornego poddania się z góry wyznaczonemu losowi i dostrzegania w okrutnej śmierci wyższego celu, czyli poświęcenia swojego życia dla ludzi.

Z tego wszystkiego zrobiło się kilka szkół filozoficznych, a każda z nich miała odrębny pogląd na jego opowieści. Nigdy jednak nie brakło mu słuchaczy, bo każdy chciał bądź to podziwiać, bądź to krytykować.

Któregoś dnia albo nocy – bo w chlewni nie ma ani dni ani nocy, jest tylko wiecznie rzężące i zimne światło podwieszonych pod sufitem świetlówek – zwołał wszystkich obwieszczając, że właśnie przyśnił mu się kolejny sen, wyjątkowo wyraźny i żywy.

– Drodzy Współświńcy! – zaczął swoją opowieść. – Oto w sennej wizji widziałem życie naszych przodków! Wiele wam o nich mogę opowiedzieć; poznałem nawet ich imiona – zwały się dzikami! Fizycznie prawie nie różniły się od nas. Miały tylko grubą, brunatną szczecinę, a poza tym wyrastały im długie, ostre kły. Ich życie było wcieloną wolnością! Watahami biegały po lasach, żywiły się tym, co bujna przyroda im dała, wiodły proste, ale sielskie życie. Zrodzone z żarliwej miłości młode mogły się swobodnie bawić i wszystkiego uczyć i nikt nie pozbawiał ich opieki matek… Gęsty las nie tylko chronił ich i żywił, ale i dostarczał różnych przyjemności. Śniąc ten sen poznałem, czym jest szczęście! Na koniec, już kiedy prawie byłem rozbudzony, usłyszałem ryk przodków, ich przesłanie dla nas. Brzmiało ono: „Musicie wrócić! Do zieleni, do życia, do przyrody – do boru!”

Kiedy ostatnie te słowa wybrzmiały, w hali zrobiło się chicho jak makiem zasiał. Dopiero po dłuższej chwili prosiaki zaczęły otrząsać się z oszołomienia i szeptać coś między sobą. Wiele było wzruszonych opowiedzianym snem i z całego serca pragnęło, żeby wydarzył się jakiś cud, na przykład, żeby trzęsienie ziemi rozkruszyło mury chlewni, uwalniając ich z niewoli. Znowu jednak podniosły się głosy prześmiewców. Głównie Realiści i Wyznawcy Śmierci Dla Wyższego Celu Czyli Dla Człowieka skoncentrowali się na krytykowaniu snu i jego przesłania. Pierwsi szydzili, że sny to tylko fantazje, którym nie należy zbytnio wierzyć. Drugim nie przypadła do gustu sama treść snu. Jeden z nich, osobnik wyraźnie dominujący w grupie, cały się naburmuszył, wręcz pokraśniał ze złości i tak zaczął mówić:

– Moi drodzy, nie ufajcie temu prosiakowi, który mami wasze oczy kolorem zieleni, zapewne zmyślonym, bo czy ktoś z was widział kiedyś taki kolor? Ale nie tylko wasze oczy, również wasze dusze mogą paść ofiarą oszusta! Nasza droga to droga cierpienia i musimy to z pokorą zaakceptować. Temu krasomówcy marzy się powrót do zamierzchłych czasów, do taplania się w leśnym błocie i płochych uciechach ciała! Mówi on wam, że dzikie, nieokrzesane, bure, włochate i zapewne zapchlone zwierzęta to wasi przodkowie! Chcecie mieć takich przodków? A jak on ich nazywa? Dziki? Sam jest dziki! Od dzisiaj tak go nazywajmy, żeby podkreślić jego zamiłowanie do leśnego barbarzyństwa! Dziki!

– Dziki! Dziki! – podchwyciło kilka wrogo zabarwionych głosów.

Dziki podniósł głowę i zawołał w odpowiedzi:

– Proszę bardzo! Możecie mnie tak wołać! Nie mam nic przeciwko temu, ba, będę nosił to imię z niekłamaną radością i dumą! Nie rozumiem, dlaczego właściwie przeszkadza wam włochatość i bury kolor naszych przodków? Czujecie się od nich lepsi, boście łysi i różowi? Warto dla tego poświęcić wolność? Naprawdę jest wam dobrze w niewoli, w ciasnych klatkach, na gołych prętach, z breją chemicznego świństwa w korytach, która wywołuje w waszych ciałach straszliwe choroby?

Tamci jednak obstawali przy swoim i dalej ubliżali swobodnym, opartym na prawach przyrody obyczajom dawnych dzików.

ddd Wild_boar

*

Stosunki w chlewni były coraz bardziej napięte. Minęły już cztery miesiące, odkąd tu trafili, a wieść niosła, że pod koniec piątego zostaną przewiezieni do rzeźni na ubój. Brat Dzikiego nie chodził już o własnych siłach. Jego nogi nie wytrzymały i złamały się pod masą sztucznie utuczonego ciała. Poza tym dolegało mu coś jeszcze – miał silne bóle i wielkie, guzowate narośle na skórze. Mimo to również i on oczekiwał dnia transportu. Najwyraźniej w dalszym ciągu był dobrym materiałem na szynkę i farsz do krokietów na świąteczne stoły. Dzikiemu łzy płynęły z oczu, kiedy patrzył na męczarnie brata. Starał się złagodzić je opowieściami:

– Wyobraź sobie szumiący cicho las, zielone krzaczki, a na nich smaczne, soczyste jagody… Wyobraź sobie czysty strumyk, przelatujące nad nim motyle i ptaki…

– Dziki, kochany mój braciszku… – jęknął chory knur. – tak ci dziękuję, że tu przy mnie jesteś… Twoje słowa przynoszą mi ulgę… Ale jednocześnie martwię się, co z tobą będzie… Wielu współświńców odwróciło się od ciebie, nie wierzą już w twoje sny, a jeszcze bardziej nie wierzą w kolor zielony… Grupa Cierpiących jest coraz liczniejsza i coraz bardziej agresywna…

– Nie obawiaj się. Dam sobie radę. Oni nie wiedzą, że w razie czego mam zęby, podczas gdy ich ryje pełne są tylko pustych frazesów! A ty, kochany bracie, wierzysz w zielony?

– Wierzę. Nie wiem co prawda, jak może wyglądać, ale wierzę w jego istnienie. Chciałbym go zobaczyć, zanim umrę, wiesz?

– O czym ty opowiadasz? Jakie znowu „umrę”? Nie załamuj się, los się odmieni! Jestem pewny, że jeszcze będziemy biegać razem po łące i wcinać jagody!

– Nie, Dziki. Ze mną jest coraz gorzej. Mam wrażenie, że mój koniec jest już bliski. Właściwie wolałbym, żeby już nadszedł. Męczę się, ciężko mi oddychać, każdy ruch sprawia ból… Proszę, pokaż mi kolor zielony – chcę nasycić nim swoje oczy przed śmiercią!

Dziki nie mógł stłumić łez. Obiecał bratu spełnić jego ostatnią wolę i pokazać mu upragnioną rzecz.

Zaczął się rozglądać po całej hali. Ściany szare, świetlówki białe, współświńcy różowi – podobni w tym zresztą do ludzi, których skóra ma niemal identyczną barwę… Pracownicy chlewni mieli na sobie zakładowe kombinezony – granatowe z czerwonymi lamówkami, do tego czarne kalosze. Mieli też różne kolory włosów – od jasnego blond, poprzez rudy, aż po ciemny kasztan. Ale nigdzie nie było widać leśnej zieleni, jaką pamiętał ze snu.

Kiedy jego ukochany, rodzony brat zaczął się trząść i chrypieć, jasnym stało się, że jest z nim już bardzo źle. Dziki jeszcze raz przeszukał wzrokiem całą halę. I jeszcze jeden raz. I jeszcze. Ale zielonego nigdzie nie było. Zrezygnowany, położył się obok umierającego, żeby przynajmniej ogrzać go ciepłem własnego ciała.

Był zrozpaczony. Sam nie był już pewien, czy to, o co walczył, nie było tylko fantazją i złudą… Zaczął wątpić w sens sennych przekazów. Przecież gdyby kolor zielony istniał naprawdę, gdzieś byłoby go widać… Wszystkich pozostałych kolorów pełno było dokoła – ale tego jednego ni widu. Może sekta Cierpiących ma rację? Może zielonego po prostu nie ma…?

– Zielony… – wychrypiał nagle jego brat. – Zielony!

– Nie znalazłem… – zaszlochał Dziki. – Nie udało mi się, wybacz!

– Nie, Dziki! Ja widzę! Widzę zielony! Ha! jest mi tak, jakbym właśnie wyszedł z ciemnego tunelu… Idę po łące, po zielonej trawie… Spijam z niej słońce, jak okruchy szmaragdu zaklęte w kroplach rosy… Ach, jak pięknie!… Nigdy dotąd moje oczy nie widziały takich cudowności! Walcz, Dziki, walcz o wolność i o powrót naszego gatunku do zieleni i boru, bo tylko tam możemy być tym, czym naprawdę jesteśmy! Bór to nasz prawdziwy, przyrodzony, jedyny dom!

To mówiąc, brat Dzikiego uśmiechnął się i wyzionął ducha.

*

Po śmierci brata Dziki na nowo rozgorzał ogniem walki o wyzwolenie umysłów, bo wolność, taka przez duże „W”, właśnie od tego bierze swój początek. Na przekór Wyznawcom Cierpienia snuł swoje opowieści o łąkach i lasach, a nawet śpiewał o nich pieśni. Niektóre rozmarzone i tęskne, w większości jednak wesołe i skoczne, takie – jak to się mówi – z przytupem. Radość, która płynęła z tych pieśni, wlewała się w dusze wielu współświńców, czyszcząc je przy tym z ciężkiego, nienaturalnego kultu męczeństwa i smutku. Chętnie przyłączali się do Dzikiego, który zamiast filozofii śmierci proponował życie. Pod koniec piątego miesiąca siły rozłożone były mniej więcej po równo.

*

Wreszcie nadeszła chwila, na którą jedni czekali, a której inni się panicznie bali. W hali pojawiło się wielu pracowników, którzy zaczęli rozstawiać metalowe przegrody, tworząc w ten sposób zamknięte szlaki. Jedna po drugiej, otwierały się klatki, tuczniki wybiegały z nich posłusznie, obawiając się popędzania kijami i prądem.

– Nie bójcie się! – zawołał Dziki. – Ta podróż wcale nie musi być naszą ostatnią! Mam już pomysł, co zrobić!

Za znaną im halą były jeszcze dwie mniejsze, a na końcu całej tej ścieżki rozpaczy i strachu znajdowały się szeroko otwarte drzwi. Za drzwiami – była wolność.

Nie wszyscy ją jednak dostrzegali, porażeni blaskiem słońca, którego nigdy wcześniej nie widzieli. Był miesiąc luty. Szczypał mróz, światło odbijało się od mroźnej śnieżnej pokrywy. Świnie zapędzano na kilkupoziomową przyczepę. Mimo, że już wcześniej żyły w strasznej ciasnocie i tłoku, teraz ledwo mogły oddychać, tak strasznie gęsto, jedna przy drugiej, musiały stać. Łącznie na przyczepę zapędzono ich trzysta! Trzysta wielkich tuczników na jednej przyczepie! Było oczywiste, że wiele z nich w tych warunkach nie przeżyje wielogodzinnej podróży…

Dziki znów pomyślał, że bardzo, bardzo nienawidzi ludzi.

Po załadowaniu przyczepy, podpisaniu jakichś dokumentów i wymienieniu kilku uwag, dotyczących stanu drogi, kierowca wielkiego TIR-a gotowy był do jazdy. Zamknął się w swojej kabinie i odpalił silnik. Szarpnęło przyczepą, świnie powpadały jedna na drugą. Zapowiadała się naprawdę ciężka podróż.

Już po upływie godziny zaczęli się dusić i słabnąć a ci, którzy stali przy blaszanej ścianie przyczepy, zwyczajnie do niej przymarzali. Po dwóch godzinach padł pierwszy knur. Po pięciu wielu było na granicy życia i śmierci. Byli przemarznięci, wycieńczeni. Nogi mdlały od stania w niewygodnej pozycji.

– Dosyć tego! – ryknął Dziki. – Możemy stąd uciec! Trzeba się tylko zjednoczyć i zadziałać wspólnie! Powiem wam, co zrobimy – stłoczymy się jak najbliżej lewej strony i na moje hasło pędem ruszymy do prawej! Wszyscy! W ten sposób przyczepa rozkołysze się i łatwo wpadnie w poślizg na oblodzonej jezdni. Roztrzaska się, a my uciekniemy i będziemy wolni. Wooolniii!!!

Słowa Dzikiego rozbudziły marznącą nadzieję. Nawet Realiści wyrazili chęć współpracy, oceniając pomysł jako wykonalny. Wahali się tylko Wyznawcy Cierpienia. Ich lider wciąż jątrzył przeciwko idei wyzwolenia i życia.

Dziki wpadł wtedy w istny szał.

– Współświńcy! – zawołał. – Gdyby nie tylu potencjalnych świadków, zapewniam was, że ten fanatyk pierwszy by uciekł! Zobaczcie, jak się trzęsie ze strachu przed śmiercią, którą całe życie czcił! Wybór należy do was, ale wiedzcie, że szansa może się już nie powtórzyć. Komu życie miłe – na lewą stronę! Jedyna nasza szansa w zjednoczeniu siły!

Nie minęła chwila, a po prawej został tylko blady ze złości lider Cierpiących i dwóch jego najwierniejszych knurów. Reszta poszła za wezwaniem Dzikiego.

– Gotowi? – zapytał.

– Gotowi! – zabrzmiała chóralna odpowiedź.

– A więc… Niech cały świat usłyszy nasz waleczny okrzyk – DO BORU!!! – ryknął.

Prawie trzysta ciężkich tuczników runęło na prawą ścianę przyczepy. Była to masa tak wielka, że zgodnie z przewidywaniami pojazd przechylił się, zachybotał, wpadł w poślizg, wypadł z drogi i stoczył do rowu. Teraz wszystko potoczyło się już szybko. Świst! Gwizd! Trzask! Świat zawirował. Jak w makabrycznym kalejdoskopie pojawiały się i znikały oblicza znajomych i nieznajomych knurów i loch, fragmenty przyczepy, oberwane gałęzie drzew, ciemność i światłość… Coś zwaliło go z nóg i przygniotło do ziemi, odbierając dech w piersiach, aż zemdlał.

dd Young_wild_boar

Otrząsnął się dopiero po kilku minutach. Półprzytomny, ale i dumny ze swego dzieła patrzył jak świnie rozbiegają się na wszystkie strony.

– Biegnijcie… – wyjęczał. – Uciekajcie jak najdalej…

Sam nie był się w stanie poruszyć, przygnieciony jakimś wielkim ciężarem. Wszystko w nim przygasało i matowiało.

Ale to nic, myślał. Najważniejsze, że innym się udało.

– Dziki! – usłyszał nagle znajomy głos jednego ze swoich najwierniejszych współświńców. – Wstawaj! Nie możesz tu zostać! Zbierz wszystkie siły, jakie w tobie jeszcze zostały i uciekaj! Dla nas walczyłeś o wolność! I odniosłeś zwycięstwo! Teraz zawalcz o nią dla samego siebie!

Dziki w jednej chwili zrozumiał, że to bezwładne ciało przyjaciela przyszpiliło go do ziemi. Wygramolił się spod niego i z przerażeniem odkrył broczącą krwią rozległą ranę.

– To przeze mnie! – krzyknął zrozpaczony, usiłując wyciągnąć wystający z rany knura stalowy pręt.

– Nie przez ciebie, tylko dzięki tobie. – usłyszał odpowiedź. – Dzięki tobie odchodzę z tego świata wolny. Nie stoi nade mną brutalny kat z rzeźnickim nożem. Grzeją mnie promienie słońca, oddycham świeżym, zimowym powietrzem… Słyszę ptaki… Za coś takiego warto było ponieść najwyższą ofiarę! Ale ty musisz żyć dalej. Musisz doprowadzić do końca swoją misję, stając się żywą legendą, wzorem do naśladowania dla kolejnych pokoleń zniewolonych świń. Wstań, nasz bohaterze i biegnij co sił!

– Nie zostawię cię tutaj samego! Nie ma mowy!

– Musisz, Dziki. Zrób to dla mnie. Chcę wiedzieć, że ci się udało. Wstawaj i idź stąd! Już! Wstawaj!

Wstał.

Pokonując obezwładniający ból i smutek powlókł się przed siebie. Ucieknie. Uda mu się. Musi to zrobić dla przyjaciela. Musi to zrobić dla całego swojego gatunku.

Nie wiedział tylko, dokąd iść, w którą stronę. Wciąż nigdzie nie widział zieleni, do której rwało się jego serce. Może to przez płynące z oczu łzy świat był pozbawiony barw? Na drzewach białe kołderki. W powietrzu igiełki lodu. Pod nogami zimna, chrzęszcząca skorupa. Dokąd iść? W tę biel? W tę martwą biel? Byle się gdzieś schować, przeczekać pościg…

Chrup, chrup, chrup – szedł, zapadając się w twardym śniegu. Syczał z bólu.

Biegł.

Znowu szedł.

Znowu biegł, pozostawiając po sobie tunele wydrążone w zaspach.

Mimo porażającej bieli wokół, z wycieńczenia robiło mu się coraz ciemniej przed oczami a każdy ruch był niewypowiedzianym wysiłkiem. Nie wiedział, czy odszedł już wystarczająco daleko, czy może nie oddalił się nawet zbytnio od roztrzaskanego TIR-a. Jeszcze kawałek, jeszcze… jeszcze chociaż krok… Zakręciło mu się w głowie, nogi splątały.

Upadł, tracąc przytomność.

Kiedy ją odzyskał, zdało mu się, że oślepł. Nigdy wcześniej nie doświadczył ciemności nocy. Czerń rozścielona była wokół niego tak gęsto, że nawet śnieg  wydawał się być czarny. Straszno mu było i zimno. Czy tak wygląda wolność, o którą tyle walczył? Czy świat musi być aż tak czarny i zimny?

Trząsł się. Dygotał. Ryczał. Ale lodowata ciemność ani nie miała litości, ani nie bała się ryków. Drapała go swymi czarnymi pazurami i wyła wiatrem, wściekła, szalona…

Jak to się stało, że przeżył do rana?

Jednakże zimowy poranek mało się różnił od zimowej nocy. Było wprawdzie widno, biel znowu zastąpiła czerń, ale była ta biel tak samo martwa i zimna jak nocna pomroka.

Wyczerpany był i głodny. Gdzie te jagody ze snu? I ciepłe, miękkie leśne runo? I zieleń? Czy po tym wszystkim, co przeszedł, przyjdzie mu skostnieć tu z zimna?

Czas, mijał, upływał, a on coraz bardziej obojętniał na to, co dzieje się z nim i wokół niego.

Kolejna czarna noc.

Kolejny biały dzień.

Samotność.

Czerń. Biel. Noc. Dzień.

Noc…

dd 97422_zachod-zima-obrazu-dziki-las-slonca-reprodukcja

*

CZĘŚĆ DRUGA

*

Czas zagubił się w sobie, zagubił się w nim. Minęły dni? Tygodnie? Nie wiedział. W pewnej chwili, nie wiadomo skąd i dlaczego, po prostu poczuł w sobie niebywałą siłę. Nic go nie bolało, czuł się wypoczęty, jak po najlepszym śnie. Niemało zdziwiony tym stanem rzeczy, otworzył oczy.

I zdumiał się jeszcze bardziej, bo oto otaczał go krąg… dzików! Dokładnie takich, jak przodkowie ze snu! Były wśród nich zarówno olbrzymie odyńce, jak i młode pasiaki.

Zerwał się na równe nogi, stanął na baczność i ukłonił wszystkim.

– Przodkowie! – zawołał ucieszony, łamiącym się ze wzruszenia głosem. – A więc umarłem i połączyłem się z wami!

Zebrani w kręgu popatrzyli po sobie. Skonsternowani, zaczęli coś między sobą mówić. Maluchy rozchichotały się na cały głos.

– Uspokójcie mi się w tej chwili, wybryki natury! – krzyknęła na nie wielka locha Przewodniczka.

Podeszła do niego. Jej oblicze było stanowcze, wzbudzające respekt, ale jednoczenie na swój sposób łagodne.

– Wydaje ci się, – powiedziała. – że jesteśmy cieniami z zamierzchłej przeszłości. Ale to nie tak. My nigdy nie przestaliśmy i nie przestaniemy istnieć. Trwamy.

– Ale jak to? – zdziwił się.

Przewodniczka westchnęła.

– Później ci wszystko opowiem, mój drogi, i mam nadzieję, że to, czego się dowiesz, stanie się dla ciebie mostem pomiędzy przeszłością a przyszłością; mostem, po którym idąc do przodu – powraca się w miejsce, z którego się wyszło…

Słowa Przewodniczki zabrzmiały cokolwiek tajemniczo. Most, który prowadzi do przyszłości, która jest przeszłością?!

– Ale najpierw… – Przewodniczka tupnęła na pozostałych. – Najpierw musisz coś zjeść. Już tydzień minął, odkąd się tobą zajmujemy. Byłoby więc dobrze, gdybyś napełnieniem swojego żołądka zajął się już osobiście. Ryjek! Wariat! Przynieście tu, coście nazbierali!

Z kręgu wystąpiły dwa młode odyńce. W zębach trzymały przeznaczony dla niego posiłek. Ułożyły go przed nim na kupkę.

Musiał zrobić dość niewdzięczną minę, bo locha aż się naburmuszyła.

– Co? Nie podoba ci się? Pasza wyglądałaby apetyczniej?

Leżało przed nim kilka garści kłączy z wplątanymi w nie dziwacznymi korzonkami i zwiędłymi ziołami, do tego martwy zamrożony robak i kilka żołędzi.

– Mam TO zjeść? – wyrwało mu się niechcący. – To znaczy, eee, bardzo dziękuję! – poprawił się szybko. – Tylko że nigdy nie miałem w ustach czegoś podobnego… Wszystko, co dotąd jadłem było…

– To jest nasze naturalne, normalne pożywienie. – przerwała mu locha. – Na początku nie będzie ci smakowało; jesteś przyzwyczajony do smaku i konsystencji paszy, którą tuczono cię przez całe życie. Zmiana sposobu odżywiania to zmiana dosyć nieprzyjemna, przez jakiś czas może cię odrzucać od nowych smaków. Ale to tylko przejściowy etap, który wkrótce minie. Wszystko, co tu widzisz, jest zdrowe i pożywne, nawet jeśli na takie nie wygląda.

Jeszcze raz rzucił na swój posiłek niechętne spojrzenie. Ciężko mu było się przemóc, ale w końcu zrobił to, nie chcąc wyjść na skończonego niewdzięcznika. Zamknął oczy, nabrał do ryja porcję kłączy i zaczął je gryźć.

Gryzł i gryzł, wydawało mu się, że w nieskończoność. Musiał też przy tym robić iście cyrkowe miny, bo małe pasiaki chichrały się, wręcz zanosiły śmiechem, nie bojąc się nawet reakcji starszych. „Ileż to można żuć?” – irytował się. „Gryzę , mielę, a to nadal twarde!” Tymczasem maluchy ze śmiechu tarzały się już po śniegu.

Nieważne, że nie do końca przeżute. Połknął.

– Teraz robaka! – kwiknął jeden mały i dostał za to po uchu od swojej matki.

– Zachowuj się, gamoniu! – ofuknęła go.

Dziki spojrzał na zamarznięte, podłużne, bladoróżowe truchełko. Wzdrygnął się. Na pewno tego nie tknie. Za żadne skarby!

Malujący się na jego obliczu opór nie uszedł uwadze Przewodniczki.

– Zostaw, jeżeli uważasz, że jeszcze na to za wcześnie. – powiedziała. – Ale w takim razie musisz zjeść całą resztę kłączy i wszystkie korzenie.

Odetchnął z ulgą. Ten robak wyglądał wyjątkowo nieapetycznie. Kłącza były paskudne, ale ostatecznie dało się je zjeść. Posłusznie zagryzł więc kolejną porcję suchych, twardych traw.

Wreszcie uporał się ze wszystkim co dla niego przeznaczono.

Dowiedział się też, że od następnego dnia po pożywienie będzie się wyprawiał wraz z pozostałymi. Ryjek i Wariat mieli go nauczyć, gdzie czego należy szukać i co jest jadalne a co nie.

– To znaczy, że przyjmujecie mnie do swojej grupy? Że mogę z wami zostać? – spytał, niedowierzając, że mogło go spotkać tak wielkie szczęście.

Przewodniczka przytaknęła.

– Przecież jesteś jednym z nas. – stwierdziła, jakby to było coś najoczywistszego na świecie.

Radość Dzikiego nie miała granic.

– A jak pan ma właściwie na imię, panie knurze? – zapytał jeden z maluchów. – Bo ja jestem Psot. A ten obok to Filcyk, mój najlepszy kolega.

– Współświńcy nazwali mnie Dziki. – odpowiedział, nieco speszony.

– Widzisz, mój przyjacielu, mówiłam, że jesteś jednym z nas. – zaśmiała się locha.

– A dlaczego tak pana nazwali? – kwiknął mały Filcyk.

– Jak chcecie, to wam opowiem. Tylko, że to nie jest najprzyjemniejsza historia…

– Chcemy! – usłyszał w odpowiedzi chór głosów.

Dziki usadowił więc pośrodku kręgu i zaczął opowiadać zebranym swoje dzieje. Mówił długo, ale nikt nie ośmielił się mu przerywać, nawet maluchy słuchały z uwagą. Wszyscy byli wstrząśnięci tym, jak traktowane są hodowlane świnie. Lochy instynktownie przytulały do siebie swoje młode, słysząc o zabieraniu matkom trzytygodniowych prosiąt i o bestialskim okaleczaniu ich. Nawet wielkie, potężne odyńce dostawały gęsiej skórki z przerażenia, wyobrażając sobie, że ktoś mógłby ich zamknąć w takiej ciasnocie, że nie można się nawet swobodnie obrócić. Malutka Rozalka popłakała się, słysząc o śmierci brata Dzikiego. Zresztą samemu opowiadającemu szkliły się oczy, kiedy o tym mówił.

– Tak więc ludzie, moi bracia dzikowie, to potwory i nasi najwięksi wrogowie! – zakończył, kraśniejąc z nienawiści.

Ku jego ogromnemu zdziwieniu, Przewodniczka zaprotestowała.

– Nie generalizuj. – powiedziała bardzo stanowczym tonem. – Trafiłeś na złych ludzi, ale nie tylko tacy żyją na Ziemi. Nigdy nie zapominaj o tym i nie pozwól rządzić tobą złym emocjom.

– Ale… –  Dziki nie rozumiał, jak po tym wszystkim, co opowiedział, locha może bronić tych zwyrodnialców, mających siebie za gatunek uprzywilejowany. – Ale przecież…

– Wystarczy! – powtórzyła.  – Ci ludzie, których miałeś nieszczęście spotkać w swoim życiu, są niemniej, a może nawet jeszcze bardziej zniewoleni, jak krzywdzone przez nich zwierzęta. Nie mają nawet świadomości, w jak ograniczającej ich niewoli żyją.

To tłumaczenie zupełnie nie przekonało Dzikiego. Nie chciał się jednak spierać z Przewodniczką, która okazała mu tak wiele serca i przyjęła go do watahy. Niezręczne milczenie przerwał pocieszny kwik małego Filcyka:

– Nie psejmuj się! Na nas tez Psewodnicka casem ksycy, ze jestesmy „wybryki natury”, ale i tak nas lubi, bo jestesmy faaajni.

Wszyscy roześmiali się.

– A dlaczego właściwie tak was nazywa? – zaciekawił się Dziki, bardzo zadowolony, że atmosfera rozładowała się w tak sympatyczny sposób.

– Bo powinniśmy urodzić się dopiero na wiosnę. – wytłumaczył Psot. – No a my tak w środku zimy… Trochę to nienormalne jest…

– To prawda. – wtrąciła się do rozmowy rezolutna Rozalka. – Młode powinny przychodzić na świat dopiero wtedy, gdy warunki są sprzyjające, czyli gdy zaczyna się robić ciepło, pojawiają się rośliny, a wraz z nimi cały las robi się zielony.

Rozalka chciała powiedzieć coś jeszcze, ale Dziki już nie słuchał. To, co znalazło się na końcu ostatniego zdania sprawiło, że aż podskoczył i zawołał:

– Zielony? Więc jednak bór jest zielony? Nie zawsze jest taki absolutnie biały?

Wszyscy znowu zaczęli się śmiać.

– Pewnie, że nie! – odpowiedział mu w końcu Ryjek. – Teraz jest biało i mroźno, bo mamy zimę. Ale ona powoli dobiega już końca. Niedługo stopnieją śniegi i lody, powietrze będzie cieplejsze i łagodniejsze. Spadną deszcze, czyli taka woda prosto z nieba, a wraz z pierwszym trzaskiem pioruna ziemia stanie się płodna i zacznie rodzić młode roślinki… Kiedy nastanie wiosna, dopiero zobaczysz, co to jest życie!

– Ciemną zieleń możesz zobaczyć nawet teraz, chcesz? – do rozmowy włączył się Wariat.

– Jasne, że chcę! Jest taka możliwość?

– No ba! – Wariat był zadowolony, że udało mu się zwrócić na siebie uwagę nowego członka watahy. Lubił być przez innych zauważany; znany był też z tego, że aby ciągle być w centrum uwagi, wyczyniał rozmaite wariactwa. Stąd też wzięło się jego imię. – No to patrz! – zawołał.

Odbiegł kawałek, żeby móc się porządnie rozpędzić, następnie wystrzelił jak z procy i popędził wprost na pień wysokiego świerku. Z całej siły, całym ciałem uderzył w niego, aż innych na ten widok zabolały kości.

ddd dziki

Uderzenie zatrzęsło drzewem. Z poruszonych gałązek osypał się śnieg. W jednej chwili cały świerk stanął w migotliwym, skrzącym się pyle, jakby ktoś właśnie zdejmował z niego czar. Śnieżny brokat osypywał się bezdźwięcznie, za to cała polana wypełniła się westchnieniami zachwytu. Jedynie Wariat krytycznie ocenił skutki swojego działania i bez dłuższego namysłu całą akcję powtórzył raz jeszcze. Tym razem z kilku gałęzi osunęły się ciężkie białe okiście, odsłaniając sztywno sterczące, zielone igły.

Można by długo pisać, co zadziało się w duszy Dzikiego na ten widok, ale chyba nie starczyłoby na to wszystkich kartek świata, tak wiele było w nim emocji i uczuć, w dodatku pomieszanych ze sobą i w sobie jak składniki ciasta, a każde z tych doznań rozciągało się aż do nieskończoności. Dla postronnych wyglądało to tylko tak, że chwiejąc się na nogach, zbliżył się do drzewa, powiedział „ach!”, szczęka opadła mu w zaspę, zaraz potem opadł w nią cały, jedynie głowę trzymając w górze; wbił nieruchomy wzrok w odsłonięte gałęzie i nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, że z oczu tryskały mu strugi łez.

Pozostali również bardzo się wzruszyli. Każdy myślał sobie, jak potwornie i beznadziejnie musi być w chlewni, skoro byle kawałek zielonej gałązki jest w stanie tak zachwycić dorosłego knura. Życie w borze bywało surowe i trudne, ale pełne też było piękna, pozwalało rozwijać się w zdrowiu, w harmonii z samym sobą i z całym otoczeniem, dostarczało ciągłych niespodzianek i uciech. Przeżywać życie, będąc odciętym od Przyrody to pewna choroba dla ciała i ducha. Nieważne czy z przymusu, czy z własnego wyboru, taka izolacja jest prostą drogą do zatracenia. Ten tucznik, ich nowy brat, tak bardzo pragnął powrotu do naturalnego środowiska, że żadne mury, żadna wymyślona ideologia ani narzucona władza nie były go w stanie powstrzymać. A powodowała nim tylko podświadoma tęsknota za przyrodzoną wolnością. Dzisiaj po raz pierwszy zobaczył barwę, o której marzyć kazał mu nie dający się z jego genów wymazać dzik. Zobaczył zielony – kolor nadziei, która sprawiła, że miał siłę, by przeciwstawić się wszystkiemu i walczyć o wyzwolenie. Kolor odnowy, odrodzenia. Kolor Żywiołu Boru – żywiołu umożliwiającego życie wszystkim mieszkańcom Ziemi.

Każdy kolejno podchodził do leżącego w zaspie pod świerkiem, poklepując go przyjacielsko lub przytulając się do niego na chwilę. Wszyscy chcieli okazać mu wsparcie i szacunek.

Powoli zapadał zmrok, niebo nad polaną szarzało, granatowiało, czerniało. Kiedy cienie ostatecznie pokładły się na drzewach, odbierając tym samym zieleń gałązkom świerku, Dziki podniósł się, otrzepał ze śniegu, otarł łzy, po czym jak gdyby nigdy nic, cały rozpromieniony i uśmiechnięty obwieścił grupie:

– Wreszcie czuję, że jestem w domu!

Noc w towarzystwie odyńców i loch z watahy nie była tak czarna i straszna, jak te spędzone w samotności. Ryjek i Wariat, którzy bez końca byli głodni, pokazali mu miejsca, gdzie pod warstwą śniegu najlepiej szukać kłączy traw. Śmiali się i gonili między drzewami. Najbardziej spodobało mu się wskakiwanie w wysokie zaspy i robienie w nich „orzełków”. Ubawieni po pachy leżeli potem na plecach, spoglądając w gwiazdy.

– Tam o… to jest gwiazdozbiór Oriona. – Wskazał na niebo Wariat, iście gwiazdorsko błyskając wiedzą. – Wygląda jak klepsydra. A tam, od Kasjopei, tego zygzaka powyżej, aż do Jednorożca, to ten z lewej strony Oriona i trochę w dół, ciągnie się Mleczna Droga. Widzisz?

– Piękna… Cudownie jest patrzeć w rozgwieżdżone niebo!

– O, tak! – zgodził się Ryjek. – A za dnia można patrzeć na chmury i opowiadać sobie nawzajem, z czym się kojarzą ich kształty.

– Eee tam, tobie się prawie wszystkie kojarzą z Basią. To żadna zabawa. – odparował Wariat. – Zakochana para, Ryjek i Barbara! – zaczął się natrząsać z przyjaciela, co doprowadziło do tego, że ten w końcu zasłonił mu usta racicą.

– Cicho bądź, bo ona usłyszy! – Ryjek był bliski pogniewania się.

Dzikiemu sprzeczka przyjaciół wydawała się nader zabawna.

– Tak mi z wami dobrze! – powiedział. – pokażecie mi jeszcze jakieś gwiazdozbiory?

– Pewnie!

I tak minęła im ta noc na roztrząsaniu tajemnic nieba oraz na jeszcze bardziej żywiołowym roztrząsaniu tajemnic powabnych kształtów młodej Basi i Racisławki, bo jak się okazało, także serce Wariata zostało skradzione.

Rankiem całą watahę zwołała locha Przewodniczka.

– Wszyscy są? Nikt się gdzieś nie zaszwędał? – zapytała.

– Wszyscy obecni!

– W takim razie słuchajcie. – powiedziała. – Obiecałam naszemu nowemu przyjacielowi, że opowiem mu coś bardzo ważnego, co być może pozwoli mu odnaleźć przyszłość w przeszłości. Maluchy, wy też słuchajcie uważnie. –  zwróciła się do ziewających ospale pasiaków. – To będzie i dla was ważna lekcja.

– Dobrze, już jesteśmy grzeczni i zamieniamy się w słuch. – pisnęła Rozalka.

Dziki otoczyły Przewodniczkę i zamknęły ją w kręgu, żeby każdy mógł wszystko dobrze usłyszeć.

– Było to więc tak… – zaczęła swoją opowieść locha Przewodniczka. – Dawno, dawno temu Bogowie powołali do życia trzy rodzaje ziemskich istot, składających się z nieśmiertelnej duszy i śmiertelnego ciała. Byli to Zróstowie-Rośliny, Zwierzowie i Ludzie.

Zróstowie otrzymali od nich w darze doskonałą umiejętność bezpośredniego pożywiania się czystą siłą witalną, energią kosmiczną, płynącą wprost od Bogów. Ponieważ pozostali mieszkańcy Ziemi nie posiedli tej umiejętności w stopniu umożliwiającym przeżycie, Zróstom przyszło się z nimi ową życiodajną siłą dzielić. Przekazywali ją innym za pomocą swoich płodów, a niektórzy, po wydaniu nasion, poświęcali nawet własne przepełnione nią ciała.

Zwierzów wyposażono w silne instynkty i przyrodzoną wiedzę, pozwalającą rozumieć otaczającą ich naturę i wszechświat wraz ze wszystkimi jego złożonymi prawami.

Wreszcie – Ludzie. Ze wszystkich ziemskich istot Człowiek był najsłabszy – nie miał kłów ani pazurów do obrony, nie miał grubej kory, która chroniłaby jego ciało przed mrozem, poruszał się niezdarnie; także zmysły, którymi doświadczał świata, w porównaniu z innymi miał stosunkowo nieostre. Nie było też z niego zbyt wiele pożytku w Przyrodzie, ba, niektóre jego działania były dość głupie, żeby nie powiedzieć szkodliwe. Ale było w nim coś, za co Zwierzowie, a zwłaszcza Zróstowie go uwielbiali. Kochał dla samego kochania, zachwycał się dla samego zachwytu. Ponadto w darze od Bogów otrzymał twórczą, artystyczną pasję. Posługiwał się również Słowem, które u zarania dziejów było wyłącznie dobre i miało wielką czarowną moc.

Żeby ktoś nie zrozumiał tego źle – twórczego ducha posiadają również Zróstowie i Zwierzowie, tak samo jak odżywianie się energią, bezpośrednio czerpaną z kosmosu, w pewnym stopniu możliwe jest także dla Ludzi i Zwierzów, ale mówimy tutaj o cesze szczególnie dla danego rodzaju istot ważnej, dominującej. To, że jest ona także udziałem pozostałych, stwarza płaszczyznę międzygatunkowego porozumienia.

ddd 7059859

Locha na chwilę zamilkła, zastanawiając się, jak powrócić do głównego wątku. Po chwili, zebrawszy myśli, kontynuowała:

– Początkowo owe trzy rodzaje zamieszkujących Ziemię istot szanowały się nawzajem, respektując tym samym boskie prawa. Jedni doceniali w drugich to, co tamci w sobie najlepszego mieli.

Cisi ze swej natury Zróstowie szczególnie pokochali dźwięki wypowiadanych przez Człowieka Słów. Swoją urodą wzbudzili w nim pragnienie śpiewu. A on, zrozumiawszy ich muzykalnego ducha, odwdzięczył się za to najpiękniej jak potrafił. Z konarów i drewna powalonych przez wiatry i burze drzew rzezał instrumenty, uwalniając zaklętą w Zróstach muzykę. Ich splecione ze sobą glosy stały się fundamentem głębokiej przyjaźni. Troszcząc się o Człowieka, Zróstowie karmili go i leczyli: drzewa i krzewy chętnie dzieliły się z nim swoimi owocami, zboża rodziły wartościowe ziarna, zioła uzdrawiały. A Człowiek śpiewał z nimi i dla nich i dla siebie o nich. Poezją i zaklęciami były opisujące ich Słowa.

Ze Zwierzami rzecz wyglądała różnie. Czasem dochodziło do pewnych napięć. Ale byli wśród Zwierzów i tacy, którzy podobnie jak Zróstowie gotowi byli na współpracę z Ludźmi; współpracę opartą oczywiście na wzajemnym dzieleniu się korzyściami. W zamian za ochronę, troskliwą opiekę i miłość odwdzięczali się tym, czym mogli: owce wełną, kozy i krowy mlekiem, koty broniły zapasów przed gryzoniami…

Na przestrzeni wieków szamani z rodu Ludzi, odczytując przekazy, nauczyli się rozmawiać ze Zróstami i Zwierzami jak ze swoimi i dokładali wszelkich starań, aby ta wielka przyjaźń i wzajemny szacunek trwały, i żeby występujące od czasu do czasu nieporozumienia czy chwilowe konflikty nie zachwiały ową wspaniałą harmonią.

Teraz, kiedy już wiecie, jak to na samym początku wyglądało, słuchajcie jak doszło do rozłamu pomiędzy dzikami i jak to się stało, że powstały świnie.

Początkowo bowiem wszyscy byliśmy jednym wielkim dziczym rodem. Byliśmy wolni i cieszyliśmy się swobodnym, bezpiecznym życiem w lasach, które jako naturalne środowisko wyznaczyli nam Bogowie. Przyszedł jednak czas, że Ludzie, którzy zaczęli przystosowywać różne Zwierzęta do życia wewnątrz swoich domostw lub grodów, doprowadzili w ten sposób do wytworzenia się nowych gałęzi na prastarych drzewach rodowych Zwierzów. Stało się tak między innymi w przypadku dzików. Żyjąc w zmienionych warunkach, po wielu pokoleniach straciły swoją przyrodzoną dzikość i przeistoczyły się w świnie.

Ważne, żebyście rozumieli, że dopóki udomowienie opierało się na przyjaźni i zasadzie wzajemności, nie było niczym złym… Szybko jednak okazało się, że Ludzie łatwo zapominali o tym, że podstawą ich współbycia z braćmi Zwierzami i Zróstami powinny być właśnie wzajemność i przyjaźń. Wygodniej było im brać, nie dając niczego, lub mało dając w zamian. Bywało, że dochodziło do rażących nadużyć. Na szczęście istnieli w ich społecznościach szamani i wiedźmy, to znaczy kobiety wiedzące, posiadające głęboką wiedzę. W takich sytuacjach ci mądrzy Ludzie trzymali rękę na pulsie i kiedy trzeba było – napominali, upominali i przypominali, troszcząc się o poszanowanie boskich praw, dzięki czemu równowaga w Przyrodzie nigdy nie była poważnie zagrożona.

Do czasu jednak. W pewnym momencie wszystko się zmieniło. Zaczęto bowiem głosić, że Człowiek stoi rzekomo wyżej niż jego bracia Zwierzowie i Zróstowie, że może nad nimi panować, że wolno mu brać, nie dając niczego w zamian. Twierdzono nawet, że tylko Człowiek posiada nieśmiertelną duszę! I to był początek katastrofy.

– A wiedźmy nie protestowały? – kwiknął rozemocjonowany historią Psot.

Locha Przewodniczka zaśmiała się gorzko.

– Protestowały! A jakże! Niestety większość z nich przypłaciła to życiem, a te, które przetrwały, musiały się ukrywać. Tymczasem Człowiek, ogarnięty manią wielkości i odsunięty od mądrości szamanów, dopuszczał się coraz gorszych czynów. Już się nie opiekował, ale wykorzystywał, nie tworzył lecz niszczył… Zrobił się samolubny i brutalny, bezmyślnie karczował lasy, zanieczyszczał rzeki… Udomowione zwierzęta były bite, trzymane w wołających o pomstę warunkach, zabijane w sposób okrutny i niegodziwy…

– Skrzywdzili tak wielu naszych… – Dziki nie powstrzymał się od komentarza. – Nie ma dla nich przebaczenia!

Locha wyraźnie się na tę uwagę skrzywiła. Po chwili jednak jej oblicze złagodniało.

– To prawda, Człowiek wyrządził swojej Wielkiej Matce – Ziemi wiele krzywd. Ale będąc jej częścią, w ten sposób zaszkodził przede wszystkim samemu sobie. Tak to już jest, że każda wyrządzona Zwierzętom i Roślinom krzywda odciska na Ludziach głębokie piętno. Dzisiaj na przykład kaleczą ciała Zróstów niepotrzebną chemią i zmuszają ich do nielogicznych krzyżówek, powodując co prawda wydajniejsze (ilościowo) plony, pozbawiając je przy tym jednak ich naturalnych, odżywczych i leczniczych właściwości. Ostatnio odkryto, że da się manipulować genami… Manipulują więc, tak jakby nie rozumieli, że koniec końców, po spożyciu płodów tych Zróstów, to ich własne ciała staną się przedmiotami eksperymentu, którego skutki mogą być tylko opłakane. Nie można poprawiać natury, bo natura jest już doskonała! Zmieniając coś, co jest doskonałe, niszczy się to, pozbawia najlepszych wartości! Zauważcie, że ani sztucznie wyhodowane pseudorośliny, ani  zwierzęta z wielkich farm, przetrzymywane w urągających żywym istotom warunkach, pozbawione światła słonecznego, spożywające chemicznie i genetycznie zmodyfikowane pożywienie, całe życie czujące ból i strach i wreszcie na koniec bezlitośnie zarzynane, nie staną się, nie mogą stać się dobrym pokarmem dla Ludzi! Zjadając je, Człowiek wprowadza do swojego organizmu ich choroby, hormony strachu i te nieszczęsne zmodyfikowane geny, z których naprawdę nie wiadomo, co się w przyszłości wylęgnie. Natomiast tej podstawowej, czystej, życiodajnej siły w takim posiłku po prostu brak.

– Oj, źle to wszystko wygląda, beznadziejnie… – jęknął przejęty Ryjek.

– Źle, to prawda. Ale nadzieja jeszcze jest. – powiedziała locha, na tyle głośno, żeby jej słowa dotarły przede wszystkim do uszu Dzikiego. – Jest taka legenda, która mówi, że świnia, powróciwszy do boru, stanie się znów dzikiem, że stanie się nim nie tylko mentalnie, ale i fizycznie. I to jest, moi drodzy, ów most, po którym idąc do przodu, dociera się w miejsce, z którego się wyszło…

Dzikiemu zakręciło się w głowie od nadmiaru wrażeń.

– A czy Ludzi dotyczy podobna legenda? – zapytała Basia.

– Oczywiście! – Przewodniczka była rada, że może udzielić takiej odpowiedzi. – Oprócz rodzin, które nigdy nie odeszły od Boru, są tacy, i jest ich coraz więcej, którzy do niego powracają, czując, że świat znalazł się nad przepaścią. Wiedzą, że wyjścia są tylko dwa – albo skoczyć w tę przepaść, albo przejść nad nią po owym legendarnym moście…

– Nie wierzę w istnienie takich ludzi! – naburmuszył się Dziki.

– Są, są! Nawet w naszym lesie! – przypomniał sobie Wariat. – Stary szaman i jego wnuczka! Ta rodzina żyje tutaj od pokoleń!

– A wiesz, Wariat, to jest jakaś myśl… – podchwyciła locha. – Zaprowadzisz tam Dzikiego, pokażesz mu tych dwoje. Może jego nienawiść stopnieje, kiedy się przekona, jak wielki potencjał dobra i piękna tkwi w Ludziach. Znasz drogę do ich domu?

– Pewnie, że znam!

– Świetnie. To co, wybierzcie się tam któregoś dnia? Dziki, zgadzasz się?

– Skoro muszę… – burknął zapytany.

– Co mówiłeś? – Przewodniczka udała, że niedosłyszała.

– Że bardzo chętnie pójdę…

lato_summer_2560x1600_010

*

Nim zima dobiegła końca, Dziki nauczył się podstaw życia w lesie. Potrafił już sam znaleźć pożywienie, chronić swoje ciało przed chłodem, orientować się w przestrzeni i czasie. Czuł się już na tyle mieszkańcem boru, że żywił wielką nadzieję, iż spoglądając w lustro wody, zobaczy odbicie prawdziwego dzika, nie hodowlanej świni. Bardzo chciał, żeby się okazało, że legenda, o której mówiła Przewodniczka, zbudowana jest na prawdzie.

Tymczasem zrobiło się cieplej, śnieżna pokrywa malała z każdym dniem, lód, dotychczas skuwający rzeki, pękał – nurt porywał i kruszył jego kry. Dzień się wydłużał, noc skracała, ptaki były wyraźnie pobudzone, śpiewały głośniej, krzykliwiej, świergotliwiej, radośniej… I tylko w nim, w jego odbiciu nie zmieniało się absolutnie nic, chociaż pełen ufności w rychłą przemianę, dokładnie sprawdzał to każdego ranka, oglądając w pękających lodowych lustrach swój profil i ciało z każdej możliwej strony.

*

Któregoś dnia zaintrygowała go cienka, twarda zaspa. Wydawało mu się, że coś jakby unosi ją od spodu i postanowił bacznie się temu zjawisku przyglądać. W ciągu tygodnia przebiły się przez nią małe zielone pędy. Dziki, szalejąc ze szczęścia, narobił takiego rabanu, że pół lasu zbiegło się, żeby zobaczyć, co się dzieje. Zgromadzonym ptakom, lisom, dzikom, zającom i sarnom pokazał małą roślinkę.

– To przebiśniegi. – wyjaśniła mu stara sowa. – Pierwsze wiosenne kwiaty.

Kwiaty? Co to takiego te kwiaty? – zastanawiał się.

Wkrótce na zielonych łodyżkach pokazały się bielusieńkie, śliczne dzwoneczki. Lisy z pobłażaniem kręciły głowami widząc, jak ogromny, różowy knur, przebierając ze szczęścia racicami, delikatnie przystawia do nich swoje nozdrza, po raz pierwszy w życiu wdychając woń kwiatów. Starał się być bardzo ostrożny, nie chciał przecież złamać ani łodyżki.

– Ciekawe co on zrobi, jak wkrótce zakwitną całe łąki? – zastanawiał się w swojej dziupli dzięcioł.

– Może zacznie nad nimi fruwać? – zarechotał siedzący wysoko na gałęzi kruk.

Ale szyderstwa mieszkańców lasu mało obchodziły Dzikiego. Był tak zachwycony, że faktycznie zdawało się, że zaraz wzleci w powietrze. A to by się dopiero ptaki zdziwiły!

Przedwiośnie i wiosna tak pochłonęły nowego członka watahy, że nie było co myśleć o zabieraniu go w miejsce, gdzie żył stary szaman. Postanowiono dać mu najpierw czas na przywyknięcie do natury i lasu. Cieszyło go wszystko: deszcze, burze, kiełkujące trawy, pąki na drzewach, młode listki, kałuże, błoto, stawy… Z każdym kolejnym „odkryciem” robił taki hałas, że cały las natychmiast wiedział, że oto Dziki poznał coś nowego.

Wreszcie Przewodniczka uznała, że nadszedł czas konfrontacji. Poprosiła dwóch najlepszych przyjaciół knura, żeby zaprowadzili go w pobliże ludzkiej siedziby.

Znaleźli go na polanie. Leżał na plecach, otoczony wielobarwnymi kwiatami i spoglądał w niebo.

– Ta chmura, o tam, wygląda jak smok! – podzielił się spostrzeżeniem z odyńcami.  – Tam ma pysk, tam oczy i chrapy i, zobaczcie, zieje jakby chmurnym ogniem!

– A mnie się kojarzy z drogą; jest taka długa i kręta. – stwierdził Ryjek. – Może to znak?

– Znak czego?

– Że czas nam ruszać w drogę.

– Ale po co? dokąd? Tu jest mi całkiem dobrze. – oznajmił zaniepokojony przebiegiem rozmowy Dziki.

Wariat trącił go gwizdem pod boki.

– Już ty wiesz, dokąd. – odpowiedział. – Po co to odwlekać? Przejdziemy się tam, popatrzysz sobie, zmienisz zdanie co do Ludzi albo zostaniesz przy swoim, wrócimy i po krzyku.

– Łatwo ci mówić. Mnie na sam dźwięk słowa „człowiek” przechodzą zimne dreszcze. Zaraz mi się wszystko przypomina… Ich sztywne, szorstkie ręce… Ich oczy, pozbawione głębi… Mechaniczne ruchy… Ból, który nam zadawali…

Ryjek poklepał go przyjacielsko.

– Przecież będziemy tam z tobą. Nie zostawimy cię. No i podejdziemy tylko na pewną odległość. A już tak w ogóle, to z takimi szalonymi odyńcami jak my możesz czuć się zupełnie bezpieczny. – zakończył żartobliwie.

Dziki uległ w końcu namowom przyjaciół. Niechętnie bo niechętnie, ale jednak podniósł się z miejsca i wyruszyli.

*

Droga okazała się rzeczywiście długa i kręta. Zapewne dlatego, że była to trasa wybrana przez Wariata, obfitująca w rozmaite dziwaczne zakątki, porośnięte ulubionymi smakołykami zwariowanego dzika, poprzecinana strumieniami, wypełniona mokradłami i płytkimi bagienkami, w których nie omieszkali się przy okazji porządnie wytaplać.

Pod wieczór zdrzemnęli się na chwilę. Wędrówkę kontynuowali nocą. Srebrne światło księżyca rozlało się po pniach sosen i ich, na pozór sięgających nieba czuprynach, pokładło wśród bluszczu i paproci świetliste ścieżki, rozbłyszczyło czarne oczy stawów.

Przed świtem byli na miejscu.

Na grafitowym tle odchodzącej nocy pokazał się szpiczasty daszek śródleśnej drewnianej chaty i kilka niższych daszków, zapewne stodółki i kurnika. Wokół rozciągały się ogrodzone płotem grządki. Po płocie spacerował kocur. Nieopodal była jeszcze studnia, kawałek dalej wygasłe ognisko i dziwne, rzeźbione w drewnie postaci, oplecione wieńcami z ziół.

– Proponuję się jeszcze na chwilę zdrzemnąć. – ziewnął przeciągle Ryjek. – Ludzie też jeszcze śpią.

Położyli się w wysokich trawach, skąd mieli dobry widok na zabudowania, sami pozostając przy tym w ukryciu.

Zmęczone drogą odyńce już po krótkiej chwili zaczęły miarowo, spokojnie pochrapywać. Tylko Dziki nie potrafił zmrużyć oka. Drżał na myśl, że z chaty niebawem wyłonią się Ludzie.

Nie mylił się. Nagle w jednej z izb zapłonęła świeca. W jej blasku ukazała się długowłosa postać. Nie widział jej zbyt wyraźnie, miał jednak wrażenie, że posturą znacznie różniła się od krępych mężczyzn w chlewni. Zaplatała długie włosy w warkocz. Ona. Samica Człowieka. Dziewczyna.

Przeciągnęła się. Zdjęła nocną koszulę, ubrała się w coś innego. Po chwili zniknęła z okna, otworzyły się natomiast drzwi wejściowe i nagle zobaczył ją na zewnątrz. Serce zabiło mu mocniej z przerażenia, oddech przyspieszył.

– Nie mogę! – ryknął, budząc tym samym przyjaciół, którzy nie wiedząc, co się dzieje, zerwali się na równe nogi. – Nie potrafię! Nie chcę na nich patrzeć, nie każcie mi patrzeć na ludzi!!!

Zanim przyjaciele zdążyli się dobrze zorientować w sytuacji, Dziki pomykał już z powrotem w stronę głębokiego boru.

Igliwie i szyszki pryskały mu pod racicami, tak pędził, tak gnał przed siebie, pomiędzy drzewami, krzewami, niemal w locie przeskakując dziury i leżące na drodze kamienie. Ryczał przy tym i parskał, krzyczał wniebogłosy.

Ryjek i Wariat nie zwlekali. Natychmiast ruszyli za uciekającym knurem.

– Dziki! – wołali z nim. – Dziki, zaczekaj na nas! Nie znasz tej części boru!

Kiedy go znaleźli, leżał półprzytomny ze zmęczenia i strachu, zagrzebany w ciasnej jamie, przykryty warstwą liści. Płakał.

Zauważywszy ich, zaczął szlochać jeszcze bardziej.

– Co ja teraz powiem Przewodniczce? – jęknął. – Będzie na mnie wściekła…

Wariat podszedł do niego i przyjacielsko trącił go gwizdem pod bok.

– No co ty, bracie… Ważne, że próbowałeś, że się starałeś…

– Ale nie dałem rady! Nie potrafiłem zostać tam ani minuty dłużej! – strugi łez lały się po policzkach uciekiniera. – Jestem tchórzem!

– Nie powiemy o tym Przewodniczce. – postanowił Ryjek, który wciąż stał kilka kroków dalej. – Byłeś tam, patrzyłeś na ludzi, stwierdziłeś, że są ci obojętni. Potem sobie poszliśmy. Koniec. Taka będzie nasza wersja.

– Chcesz skłamać? – zachlipał Dziki, pociągając nosem.

– Czego się nie robi dla przyjaciół! No, uszy do góry, przestań się już mazać. Stara locha o niczym się nie dowie. Zresztą, muszę ci powiedzieć, że po tym wszystkim, co nam opowiedziałeś o ludziach, sam też najchętniej nigdy bym już człowieka nie chciał oglądać na oczy. Doskonale cię rozumiem.

– Ja też obiecuję nie puścić pary z pyska, o tym, co dzisiaj się stało. – uroczyście obwieścił Wariat. – Chociaż po prawdzie to bym wolał, żebyś chociaż tych dwoje poznał nieco lepiej. Ja ich bardzo szanuję i lubię. To co, wracamy do watahy?

– Wracamy.

*

Rzeczywiście, przyjaciele nie zdradzili Dzikiego przed Przewodniczką. A wspólna tajemnica zbliżyła ich do siebie jeszcze bardziej. Choć trzeba przyznać, że więź ta miała jeden słabszy punkt. Była nim różnica zdań odnośnie ludzi. Podczas gdy Ryjek coraz mocniej wtórował Dzikiemu w jego poglądach i odczuciach, Wariat wciąż twierdził, że ludzie, a szczególnie tacy jak szaman i jego wnuczka są istotami, mającymi w sobie ogromny potencjał dobra. Czasem wręcz boczył się na pozostałą dwójkę, niemal bez przerwy krytykującą w ludziach to lub tamto.

*

Tak mijały tygodnie i miesiące, zmieniały się pory roku, upływały wody w rzekach. Dziki coraz bardziej wrastał w życie lasu, w jego cykliczność, jego twarde prawa i nieskończone rozkosze. Z radością też zaobserwował wreszcie na swojej skórze pojedyncze, sterczące tu i ówdzie kępki brunatnej szczeciny, uznając je za pierwsze oznaki przekształcania się w prawdziwego dzika. Nie przeszkadzało mu nawet, że inni nieco z tego jego nowego wyglądu drwili. Sam dobrze wiedział, że póki co rzeczywiście wyglądało to jak wyglądało, raczej pokracznie, ale cieszył się, mając nadzieję na całkowitą przemianę w przyszłości.

I tak życie mieszkańców lasu płynęło swoim zwykłym-niezwykłym torem, spokojne, przez nic nie zakłócane, malowane farbami następujących po sobie pór roku.

Aż nagle, zupełnie niespodziewanie, to upragnione i wywalczone, sielskie, bezpieczne, poukładane życie knura zatrzęsło się w posadach. Zło, którego nikt się nie spodziewał, wywróciło je do góry nogami…

Stało się to krótko po odejściu lata. Jesienne bóstwo ledwo co objęło panowanie, ledwo zamoczyło swój pędzel w złocie, by dotknąć nim zielonego płótna lasu, kiedy…

PUFF! PAFF! – zahuczało z jednej, z drugiej, z tej i z tamtej strony.

Spłoszone ptaki odleciały, trawa i zioła stanęły na baczność, prężąc się i węsząc w powietrzu bardzo niedobre wibracje; spomiędzy krzaków czmychnął przerażony zając. Serduszko szamotało się w jego piersi tak mocno, że aż dziw brał, że nie pękło. Większe zwierzęta na chwilę zamarły, niedowierzając własnym uszom. W końcu i one pojęły, że wszystko to dzieje się naprawdę.

– Uciekamy! – usłyszał ryk Przewodniczki. – To myśliwi! Strzelają! Szybko, zaraz tu będą!

Myśliwi?

To znaczy…

Ludzie?!

Stał jak wryty, niedowierzając własnym uszom.

PUFF! PAFF! – huczało coraz głośniej.

Nawet tutaj przyszli zabijać? Do jego boru? Do jego ukochanego boru? To mało im krzywd, jakie wyrządzają zwierzętom w wielkich przemysłowych farmach? Mało? Tam zabijanie jest ich codzienną rutyną a tutaj przychodzą zabijać dla rozrywki?

Krew się w Dzikim zagotowała. Gdyby mógł, rozerwałby polujących na strzępy. Jednak stara locha w porę zauważyła narastający w nim gniew.

PUFF! PUFF! PUFF!

– Dziki! Do mnie! – przekrzykiwała odgłosy wystrzałów. – W tej chwili!

Zrobił, co Przewodniczka kazała, choć zrobił to wbrew własnej woli. Posłusznie pobiegł za resztą watahy, uciekającą w inną część lasu, gdzie bagna i trzęsawiska powinny utrzymać ludzi na dystans. W duchu jednak poprzysiągł myśliwym zemstę. Każdy kolejny wystrzał ze strzelby pieczętował tę przysięgę. Wybuchał mu w sercu jak dynamit, rozsadzając je, rozdzierając, zmieniając soki jego ciała w bulgoczącą lawę i rozżarzony gruz. Nie może tak być, nie może, żeby ludzie bezkarnie odciskali piętno swoich zbrodni nawet tutaj! Popamiętają go, zobaczą, jak się kończy zadzieranie z Dzikim!

polowanie

*

            Myśliwi polowali do późnego popołudnia. Przed wieczorem wracali do wybudowanej na podobieństwo wielkiego szałasu śródleśnej bazy. Niektórzy stamtąd rozjeżdżali się do domów, chełpić się przed bliskimi swoim krwawym łupem, inni zostawali w „bazie” na noc. Rozpalali wówczas wielkie ognisko, nad którym opiekali upolowane zwierzęta, upijali się mocnym piwem i bardzo głośno rozmawiali, wręcz krzyczeli jeden do drugiego, nic sobie nie robiąc z tego, że w lesie obowiązuje cisza. Spali potem długo, chrapiąc ciężko i sapiąc. Zawsze mieli w planach wstać następnego dnia wcześnie, ale że w obolałych głowach huczało im i wirowało po całonocnym pijaństwie, nigdy im się to nie udawało. Budzili się dopiero przed południem, jedli coś „na szybko” i znów wyruszali zabijać.

Wytropił ich. Podglądał. Kiedy wychodzili na polowanie, zbliżał się do ich „bazy” i dokładnie zapisywał w pamięci najdrobniejsze szczegóły jej konstrukcji i wyposażenia. Kiedy wracali, rejestrował ich zachowania, ich nawyki.

Wyprawiając się do lasu na grubego zwierza, myśliwi nie mieli pojęcia, że sami są obserwowani, że pewien wyjątkowo gruby zwierz, nietypowy świnio-dzik planuje na nich zemstę.

*

Gdy plan był już dopracowany w najdrobniejszych szczegółach, Dziki postanowił podzielić się nim z przyjaciółmi. Słuchając, o czym mówił, Ryjek i Wariat osłupieli.

– Jutro, kiedy wyruszą na polowanie, zakradniemy się i zrównamy z ziemią cały ten ich szałas. Zniszczymy wszystko, stratujemy, wdepczemy w glebę! Co wy na to?

Po dłuższej chwili pierwszy odezwał się Wariat:

– Dziki, zwariowałeś? Rozum ci odjęło? I dlaczego od razu zakładasz, że zechcemy wziąć w tym szaleństwie udział?

– A nie chcecie?

– W życiu! To może ściągnąć na nas jeszcze większe kłopoty!

– Więc co? Mamy im pozwolić dalej zabijać, panoszyć się po naszym lesie, zakłócać jego harmonię i spokój? Niech idą precz, nie są u siebie!

– Wręcz przeciwnie. – odpowiedział Wariat. – Bór to także ich macierz, stąd się wywodzą, tylko zapomnieli…

– Zaczynasz gadać jak Przewodniczka. – rozsierdził się Dziki. – Może w ogóle przystawmy sobie lufy ich strzelb do skroni i naciśnijmy spust? Niech się nie trudzą gonitwą za nami! Ułatwmy im to! Naprawdę mamy im na wszystko pozwalać? Są przecież chyba jakieś granice? Może i oni stąd pochodzą, ale najwyraźniej całkiem o tym zapomnieli. Mają się za władców świata, a są jego okupantami! Z okupantem się walczy! Zwalcza się go jak pasożyta, inaczej zniszczy wszystko!

– Walcząc jego metodami staniesz się bardzo podobny do niego…

– Cóż, mogę się poświęcić, żeby wam, tchórzom, żyło się lepiej.

W tym momencie do rozmowy włączył się Ryjek.

– Obaj macie trochę racji… Dziki, jeśli chcesz, ja mogę pójść z tobą…

– Róbcie, co chcecie. – wzruszył ramionami Wariat. – Ale zobaczycie, ściągniecie na nas przez to jeszcze większe kłopoty. Ja do tego racicy nie przyłożę! Ta wojna toczyć się powinna na poziomie Świadomości! Nie potraficie tak walczyć, więc wam tylko rozwiązania siłowe przychodzą do głowy! Mnie do tego nie mieszajcie! Do widzenia!

Po chwili krępa figura odyńca znikła przyjaciołom z pola widzenia.

Jakiś czas milczeli, nie mogąc znaleźć odpowiedniego komentarza do ostatniej wypowiedzi Wariata. Chłodne słowa rzadko jednak mają moc schładzania rozpalonych głów. Tu czasem i kubeł zimnej wody to za mało…

– To co, idziemy? – szepnął Dziki. – Myśliwi kończą właśnie śniadanie, niedługo wyruszą. Będziemy mieć kilka godzin na zniszczenie tej siedziby zła…

– Chodźmy. – usłyszał upragnioną odpowiedź.

*

Jeszcze tego samego dnia setki tysięcy ludzi, oglądających wieczorem telewizję, dowiedziało się o zniszczeniach, dokonanych przez „agresywne dziki”. Powodów tej napaści podawano wiele; do tych najczęściej wymienianych należały: populacja dzików w regionie jest zbyt wysoka, a do tego mogą być one chore. W każdym razie materiały zostały przedstawione widzom w taki sposób, żeby wzbudzić strach i poczucie zagrożenia ze strony groźnych dzikich bestii. Zaniepokojeni ludzie kiwali z aprobatą głowami, kiedy piękna pani moderator, powierzchownie zabarwionym emocjami głosem poinformowała, że w związku z zaistniałą sytuacją eksperci zalecają zwiększenie odstrzału.

*

– Chcę wiedzieć, – ryczała Przewodniczka. – czy któreś z was maczało w tym racice?

Spojrzeniem krzesającym iskry wodziła po stojących przed nią dzikach z watahy i tych, którzy należeli do niej niegdyś, bo nawet ci, w sytuacjach tak wyjątkowych jak obecna, pełni respektu dla wiedzy i doświadczenia starej lochy, znów instynktownie poddawali się jej władzy. Było tam wiele potężnych odyńców, których pierwszy raz widział na oczy.

– Jeżeli któreś z was miało na tyle odwagi, żeby wtargnąć do obozu ludzi i narobić tam tych wszystkich zniszczeń, niech i teraz wykaże się odwagą i stanie naprzeciw swoich braci i sióstr; niech wytłumaczy im, po co to wszystko zrobił! Czy to któreś z was było na tyle bezmyślne, by dać ludziom argument do nasilenia ostrzału? Jeżeli tak, a nie przyzna się tutaj i teraz, niech wie, że nim pogardzam!

Dzikiemu serce kołatało jak oszalałe. Pogarda Przewodniczki… Już czuł ją w sobie; już niczym trucizna trawiła jego wnętrze, paliła jak kwas, wżerała się w każdą komórkę ciała… Zniósłby wszystko, ale nie pogardę tej najmądrzejszej, najlepszej ze wszystkich loch… Nie potrafił tego znieść.

– To ja… – wyszeptał.

A może tylko zdawało mu się, że wyszeptał, bo nikt, absolutnie nikt z zebranych nie usłyszał jego wyznania. Przełknął ślinę, mając wrażenie, że połyka kulę zwiniętego drutu kolczastego.

– To ja!!! – ryknął tak głośno, jak tylko burza nad lasami ryczy.

W jednej chwili zaległa martwa cisza. Nawet echo nie odważyło się powtórzyć tego wyznania; zupełnie, jakby się bało, że wina zostanie przypisana jemu, nie prawdziwemu winowajcy.

Zwiesił głowę, spuścił wzrok. Nie widział więc, ale czuł, że pozostali odsuwają się od niego. Chłodny powiew zdumionych, zawiedzionych nim westchnień przepełzł mu po ciele.

– Tak, to ja… – powtórzył jeszcze raz, wyręczając w tym strwożone echo.

Chwile, po brzegi wypełnione ciszą, pękały nad nim od ciężaru swojej zawartości.

Jedynie Ryjek stanął u jego boku. Zamierzał nawet przyznać się do współudziału w przestępstwie. Ale Przewodniczka kazała mu zamilknąć i odsunąć się od knura. Czuł, że był dla niej jedynym winnym – ostrze włóczni jej gniewu skierowane było wyłączne na niego.

Spodziewał się ostrych słów, dotkliwej kary. Ale nie spodziewał się, że Przewodniczka powie:

– Wynoś się.

Szamoczące się w nim do tej pory serce na chwilę stanęło. Myślał, że zaraz pęknie, że trzaśnie, zabijając go na miejscu. Ale nawet takiej, ostatecznej ulgi nie dane mu było przeżyć. Stał na miękkich jak z waty nogach i słuchał tego, co locha miała mu jeszcze do zakomunikowania.

– Nie jesteś już członkiem watahy. – jej głos był zimny i surowy, ciął jak nóż ze stali. – Pomimo moich wielokrotnych zakazów i napominania, ciągle narażasz nas wszystkich na niebezpieczeństwo; jedyne, czym się kierujesz, to chorobliwa nienawiść. W dodatku infekujesz tą swoją chorobą tych, którzy są najbliżej ciebie. – dla potwierdzenia tych słów wskazała na Ryjka. – Wielokrotnie cię ostrzegałam, ale nie słuchałeś. Teraz, przez twoją głupotę, giną inni. Ryjek jeszcze nie wie, że jedną z ofiar nagonki, którą na nas sprowadziłeś jest jego ukochana Basia! I co mu teraz powiesz, co?

– Basia?! – osłupiały Ryjek runął na ziemię, jakby zwalił się na niego ciężar kamiennej lawiny.

Ta sama lawina wgniotła w ziemię również duszę Dzikiego. Oddałby życie za szczęście przyjaciela, tymczasem stał się przyczyną jego tragedii. Ach, gdyby mógł cofnąć czas! Gdyby mógł odwrócić bieg wydarzeń!

– Wiesz, jednak nie obchodzą mnie twoje wyjaśnienia. Znów zaczniesz mówić, że ludzie to, że ludzie tamto. Jesteś wcieloną nienawiścią w skórze knura. Odejdź i nigdy więcej nie kontaktuj się z żadnym z nas! Ryjek! Wariat! Od dzisiaj nie wolno wam się nawet zbliżyć do Dzikiego; w przeciwnym razie także i wy zostaniecie wygnani. Czy wyraziłam się dostatecznie jasno?

Nienawiść, która rzeczywiście była motorem jego fatalnej decyzji, zwróciła teraz swoje żądło na niego. Tak jak wcześniej nienawidził ludzi, zaczął nienawidzić siebie. Nie miał odwagi spojrzeć w oczy zrozpaczonego przyjaciela. Odchodząc, wbił wzrok w ziemię pod własnymi racicami. Szedł, a z każdym krokiem pękało mu serce. Nie, przecież nie mogło tak pękać! Jakby raz pękło, to padłby martwy! Więc co to było, co tak boleśnie pękało w okolicy serca?

Pozostali odprowadzali go milczeniem. Nikt nie zaprotestował przeciwko karze banicji. Wszyscy byli zgodni co do tego, że nie chcą go więcej widzieć, nie chcą mieć z nim już nic do czynienia…

Krok za krokiem oddalał się od swojego spełnionego marzenia. Zniszczył wszystko. Zasłużył na karę…

dd Heubach_wild_boar

*

CZĘŚĆ TRZECIA

*

Odkąd wygnano Dzikiego, nikt go w lesie nie widział. Zupełnie, jakby przepadł bez śladu. Jedni sądzili nawet, że umarł z rozpaczy, albo skoczył w przepaść, targany wyrzutami sumienia. Kiedy pytano o niego Przewodniczkę, ta odwracała się i odpowiadała milczeniem. Minął rok, mijał drugi… Knur jakby rozpłynął się powietrzu.

My jednak wiemy, że żadna żyjąca istota nie może tak po prostu rozpłynąć się w powietrzu. Jeśli chcesz, drogi Czytelniku, zdradzę Ci, co stało się z przepędzonym na cztery wiatry leśnym banitą.

Otóż rzeczywiście miał on początkowo zamiar rzucić się ze skały, albo utopić się w stawie, wszystko, byle tylko uwolnić się od nękających go wyrzutów sumienia i wstydu. Potem postanowił odejść tak daleko, dokąd tylko zaniosą go nogi. Im dalej jednak szedł, tym silniejsze stawało się poczucie winy. „Nawarzyłem piwa” – myślał. – „a teraz inni muszą je wypijać za mnie… Tak się przecież nie godzi…” I Dziki postanowił wrócić.

Postanowił wrócić, ale w tajemnicy przed wszystkimi. Nie miał zamiaru zdradzać im swojej obecności. Jedyną ulgą, jaką mógł sam sobie sprawić, było roztoczenie opieki nad braćmi i siostrami dzikami, którzy przez jego bezmyślność żyli teraz w wielkim zagrożeniu. Obserwował okolicę, czuwał, pilnował, żeby myśliwi nie mieli szansy podejść zbyt blisko członków watahy. Kiedy ludzie pojawiali się ze swoimi strzelbami, Dziki wybiegał im na spotkanie jako wabik i kierował pościg w zupełnie inną stronę, gdzie żadnej żywej duszy do ustrzelenia nie było. Tylko to niebezpieczne i ryzykowne zajęcie pozwalało mu żyć dalej, nadawało sens jego istnieniu i stwarzało szansę, by chociaż w części zrehabilitować się za wcześniejsze zło, którego był przyczyną.

Dzień za dniem, miesiąc za miesiącem mijał mu w ten sposób czas. Nikt nie wiedział o szlachetnej działalności naszego samotnika.

*

            Któregoś ranka, kiedy przyszedł nad staw ugasić pragnienie, powietrze było wyjątkowo przejrzyste i spokojne. Nie drgały nawet listki osiki, które przecież przy najmniejszym, najdelikatniejszym powiewie, tańczą i szumią. Teraz jednak było absolutnie cicho. Również tafla wody w stawie była idealnie nieruchoma. Była zupełnie jak lustro.

Schyliwszy się, żeby zaczerpnąć orzeźwienia, Dziki odruchowo spojrzał w to lustro i z najwyższym zdumieniem zobaczył w nim odbicie… Tak! Zobaczył odbicie prawdziwego dzika!

Czekał na ten moment tak długo! Wreszcie, wreszcie się spełniło! Legenda okazała się prawdą!

„Zaraz powiem o tym Ryjkowi i Wariatowi!” – pomyślał w pierwszym momencie.

„Ach, prawda… Nie powiem…” – posmutniał w chwilę potem. – „Nie mam już przyjaciół, z którymi mógłbym się tą nowiną podzielić…”

„Szkoda, bo cudownie byłoby móc świętować z nimi ten dzień… Samemu nawet świętować się nie chce…”

*

Nie jest jednak prawdą, że Dziki stał się dzikiem jak każdy inny. Musisz wiedzieć, drogi Czytelniku, że taka świnia, która powróciwszy do swojego pierwotnego siedliska, do swoich korzeni, na powrót dziczeje, staje się naprawdę niezwykłym okazem, takim super-dzikiem. Od pozostałych różni się przede wszystkim wielkością, ponieważ jako hodowlana świnia osiąga znacznie większe rozmiary niż jego dzicy od pokoleń bracia. Przekształciwszy się w dzika, nie traci swoich potężnych rozmiarów. Staje się też nie lada gratką dla myśliwych i kłusowników, z których każdy marzy o ustrzeleniu takiej „bestii”.

Dziki, który wystawiał się w charakterze przynęty oczom myśliwych, bardzo ryzykował więc po przeistoczeniu się w ową „bestię”. Odkrywszy, jak niezwykłą potencjalną zdobycz mają tu, w tym lesie, łowcy zapłonęli pragnieniem powalenia jej. Każdy miał nadzieję, że to właśnie jemu się ta sztuka uda, że okryje się wielką sławą, że będą o nim pisały gazety i będzie go pokazywała telewizja.

„Bestia” była jednak przebiegła. Mimo usilnych starań, nikomu póki co nie udało się jej upolować.

*

Kolejne lato mocno dało się wszystkim we znaki. Było wyjątkowo suche i skwarne. Trwające całymi tygodniami upały sprawiły, że mieszkańcy lasu byli jacyś ociężali i niemrawi. Żeby sobie ulżyć, każdy starał się znaleźć w pobliżu rzeki, strumienia czy stawu.

Kto jak kto, ale myśliwi doskonale zdawali sobie z tego sprawę.

Zakradali się cicho, ubrani w maskujące ubrania, spryskani jakimś tajemniczym płynem, mającym zmylić ofiarę.

Dziki z watahy orzeźwiały się właśnie, brodząc w przyjemnie chłodnym stawie. Było ich tam tyle, że ludzie byli pewni, że nawet strzelając na ślepo, uda im się jakiegoś powalić.

PUFF! PAFF! PAFF! PUFF!

Dziki ocknął się z drzemki, słysząc odgłosy wystrzałów. Jak mógł przespać niebezpieczeństwo? – pomyślał zdruzgotany. Strząsnął z siebie senne oszołomienie i pędem ruszył w stronę, skąd dobiegały upiorne odgłosy.

Gdy dotarł nad staw, widok, który zobaczył, rozdarł mu duszę: kilka biegających chaotycznie dzików, dwa leżały martwe, między nimi ludzie, najwyraźniej szykujący się do dalszych strzałów.

PUFF! PUFF!

Jedna z kul trafiła Przewodniczkę!!!

Dziki gnał jak oszalały, rycząc i kwicząc i wyjąc. Jak demon, jak półboski mściciel, inóg, potwór…

Wpadł w kotłujący się tłum dzików i ludzi, w jednych i drugich budząc popłoch. Przewracał myśliwych, z potwornym kwikiem wyrywał im z dłoni broń, łamał ją, tratował swoim ciężarem.

Wszystko to nie trwało nawet pięciu minut. Po przerażonych ludziach wkrótce nie było ani śladu. To znaczy był… Dwaj jego martwi bracia i ranna, brocząca krwią Przewodniczka…

Pozostałe dziki widząc, że przerażeni myśliwi uciekli gdzie pieprz rośnie i już na miejsce zbrodni na pewno nie wrócą, zbiegły się z powrotem. Każdy chciał pomóc, ale zupełnie nie wiedział, jak. Zawsze w takich sytuacjach to Przewodniczka rozdawała dyspozycje, rozdzielała zadania i porządkowała chaos. Teraz jednak to jej trzeba było pomóc, a zszokowane dziki nie miały pojęcia, od czego zacząć.

– Pobiegnę po wnuczkę szamana! Ona potrafi leczyć! – znajomy głos Wariata wlał w pozostałych nadzieję na uratowanie lochy.

Ta jednak, ku ogólnemu zdumieniu, podniosła łeb i wystękała:

– Nie.

– Nie?! Ale… Ale dlaczego? – nie mógł zrozumieć Wariat.

– Nie ty. Niech Dziki sprowadzi tutaj dziewczynę.

– Dziki?! – na ustach wszystkich namalowało się zdumienie.

I nagle zdali sobie sprawę z obecności „bestii”. Ten wielki, szlachetny mściciel, ich wybawca… to Dziki?

Podszedł do rannej lochy, skłonił się jej.

– Ja? Dlaczego ja? – zapytał zdławionym głosem.

– Idź, synu. – odpowiedziała mu. – Jesteś gotowy.

*

Wcale nie uważał, że był na to gotowy. Biegł jednak jak wystrzelony z działa, mając nadzieję, że zdąży. Przewodniczka musiała być chyba w malignie, że zleciła to zadanie właśnie jemu. A to znaczy, że musi być z nią bardzo źle…

Biegnąc, zastanawiał się, czy wybrał dobrą drogę. Niezbyt dobrze pamiętał, którędy szli poprzednio, to było przecież ponad dwa lata temu… Zresztą wtedy wędrowali raczej okrężną drogą, teraz natomiast musiał znaleźć się jak najszybciej u celu.

Zły był, że spełnił wolę rannej. Wariat z pewnością sprowadziłby pomoc znacznie szybciej. I byłoby to o wiele pewniejsze. Dziki wcale nie był przekonany, że w ogóle da radę przemóc się i zbliżyć do ludzi. Przebiegła locha nawet w obliczu śmierci potrafiła wymyślić coś takiego, żeby go złamać i doprowadzić do bezpośredniej konfrontacji między nim a ludźmi. Głupi był, głupi, że się na to zgodził.

Było jednak za późno na zmianę decyzji. Leciał. Pędził. Miał nadzieję, że zdąży.

*

Wnuczkę szamana znalazł przy źródełku. Siedziała na wielkim kamieniu, ubrana w krótką sukienkę z białego lnu, boso. Śpiewając piosenkę, rozczesywała swoje piękne, długie włosy, jasne jak lipowy miód. Nie wyglądała groźnie jak pracownicy chlewni ani jak myśliwi. Ale była przecież Człowiekiem…

Stanął przed nią sparaliżowany ze strachu.

Zauważyła go. O dziwo nie przestraszyła się wyrosłej przed nią nagle olbrzymiej bestii. Zaciekawiona patrzyła na niego swoimi pięknymi, przejrzyście zielonymi niczym dwa szmaragdy oczami. Zastanawiała się, po co przyszedł.

No właśnie… Jak zdoła jej przekazać swoją prośbę? Przecież ludzie mówią zupełnie innym językiem niż zwierzęta! Jak ma jej wytłumaczyć, co się stało, co robić, dokąd ma się z nim udać? Musiałby przecież mówić jak człowiek, a tego nie potrafił!

Znów ogarnęło go przerażenie. Tym razem bał się przede wszystkim, że nie potrafiąc wyjaśnić dziewczynie w czym rzecz, zawiedzie i Przewodniczka umrze!

Wnuczka szamana zauważyła, że stał się nerwowy. Położyła na kamieniu swój grzebień, wstała. Bardzo powoli zaczęła iść w jego kierunku. Pokazała mu otwarte dłonie, żeby się nie obawiał żadnej ukrytej broni, żadnego podstępu.

Wstyd mu było, ale trząsł się jak galareta.

Dziewczyna była już tuż obok niego. Uklękła przy nim, żeby jej oczy były na poziomie jego oczu, nie wyżej.

Położyła mu dłonie na głowie.

Wzdrygnął się.

Jednak po chwili uczucie wstrętu i strachu zaczęło gdzieś znikać. W dotyku jej delikatnych, miękkich dłoni było coś… było coś takiego…

Przyjemnego?

Odprężającego?

Głaskała go, jakby ścierając z niego przy tym wszelkie negatywne uczucia i zastępując je innymi, których doznawanie było wspaniałe!

Serce, dotychczas szalejące mu w piersiach zwolniło, mięśnie rozluźniły się. Poddał się jej dłoniom, słodyczy jaką dawał mu ich dotyk. Z rozkoszy aż zakręciło mu się w głowie, wzrok zmętniał – widział przed sobą tylko jakby mgiełkę.

Wtem zobaczył jeszcze coś. Ale zobaczył to bardziej w sobie, niż przed sobą…

Zobaczył las, pokryty grubą warstwą śniegu, a w jednej z zasp ranną, nieprzytomną świnię, młodego knura… Kilka kilometrów dalej, w rowie przy ulicy leżał roztrzaskany TIR. Czyli ten knur… To on!!! Półmartwe zwierzę było w bardzo ciężkim stanie. Nagle obok stanęła postać, ubrana w gruby, ciężki kożuch. Przecież to… Tak, to wnuczka szamana! A więc to ona go znalazła! Podeszła do niego, sprawdziła w jakim jest stanie. Był ranny, wychłodzony, chory. Zdjęła swój płaszcz i nim go okryła. Cały tydzień, dzień po dniu przychodziła do niego, odprawiała nad nim swoje czary, podawała rozmaite zioła. Kiedy uznała, że jego stan wystarczająco się poprawił, przekazała opiekę nad nim dzikom z watahy…

Ach, a więc to była ona! To jej zawdzięczał, że przeżył, że został przygarnięty przez lochę! To jej zawdzięczał wszystko, co dobrego go tutaj spotkało!

Obraz przyblakł. Znów widział przed sobą tylko tę mgiełkę, którą rozwieszało wokół niego przyjemne doznanie dotyku dłoni dziewczyny.

„No dobrze, opamiętaj się Dziki”, sam siebie usiłował przywołać do porządku. „Musisz opowiedzieć o tym, co stało się Przewodniczce…” No właśnie… Tylko jak „opowiedzieć”?!

„Spokojnie, przyjacielu.” – usłyszał w swojej głowie obcy głos; głos dziewczyny. „Mów, o co chodzi, widzę, że jesteś czymś bardzo przejęty…”

„Co to za język?” – zastanawiał się. „Przecież wszystko rozumiem! Jak to możliwe?”

„To język myśli, lub, żeby się precyzyjniej wyrazić – Świadomości, Podświadomości i Nadświadomości.” – usłyszał w odpowiedzi. „Każda żywa istota, niezależnie, czy jest Człowiekiem, czy Zwierzem, czy Zróstem, może się w ten sposób z innymi porozumiewać. Wystarczy tylko bardzo chcieć, skupić się i jednocześnie rozluźnić.”

„Nie wiem, czy tak potrafię.” – odpowiedział.

„Przecież właśnie to zrobiłeś.” – zaśmiała się. „Mów, mów, co cię trapi.”

Rzeczywiście. Przecież właśnie z nią rozmawiał!

Nie tracąc więc czasu opowiedział jej, co wydarzyło się nad stawem.

Dziewczyna, wysłuchawszy wszystkiego, szybko zabrała odpowiednie zioła i tak jak była – boso i w bieliźnie, oznajmiła, że jest gotowa do drogi. Poprosił, żeby usiadła mu na grzbiecie i mocno chwyciła się jego szyi. Tak też zrobiła.

Gnał, jak mógł najszybciej. Miodowe włosy dziewczyny powiewały na wietrze. Była lekka. Jej ciężar nie spowalniał go, a może wręcz odwrotnie, dodawał mu jeszcze prędkości. Oto, przezwyciężywszy własne lęki, wiózł potrzebną pomoc. Miał nadzieję, że zdążą.

*

Na miejscu okazało się, że rzeczywiście zdążyli. Zresztą, nie było mowy, żeby nie zdążyć, bo rana lochy była raczej powierzchowna, w ogóle nie zagrażała jej życiu. Mało brakowało, żeby Dziki jeszcze się na nią za to obraził, ponieważ jasnym stało się, że nawet nie za bardzo potrzebowała pomocy – po prostu wykorzystała nadarzającą się okazję, by knura wreszcie z wnuczką szamana skonfrontować.

Trochę było mu głupio, że dał się tak nabrać, ale bardziej był z tego powodu szczęśliwy. Czasami potrzeba czyjegoś podstępu, żeby uparte istoty przestały się upierać przy swoim i mogły się dalej rozwijać. Potrzeba prawdziwej mądrości, żeby taki podstęp wymyślić.

*

Po oczyszczeniu i opatrzeniu rany, Przewodniczka podeszła do oburzonego na pokaz Dzikiego.

– Cofam twoją karę. Jeżeli chcesz, możesz do nas wrócić. – powiedziała.

– Dziękuję. – uśmiechnął się. – Wiele to dla mnie znaczy. Ale, jeżeli pozwolisz, chciałbym jednak pozostać przy wnuczce szamana.

– O, teraz to mnie zaskoczyłeś! – locha nie kryła zdumienia.

– Ja właściwie też jestem zaskoczony, tym co mówię. – odpowiedział. – Ale czuję, że powinienem być blisko niej. Teraz wiem, jak wiele dla mnie zrobiła. Pokazała mi swoje wspomnienia… Wszystko widziałem… Jak mnie pielęgnowała i ogrzewała… Chcę się jej jakoś odwdzięczyć. Będę ją chronił. Jest taka delikatna, na pewno łatwo ją skrzywdzić…

Przewodniczka nie zgodziła się z taką opinią.

– To młoda szamanka. Wydaje się krucha, ale to bardzo silna osobowość.

– Tak czy inaczej, pozwól mi z nią odejść.

– Dobrze. Widzę, że bardzo ci na tym zależy.

– Bardzo!

Dzik, dzika ?winia, DinoAnimals.pl

*

Tak to właśnie nasz Dziki, do niedawna chorobliwie nienawidzący ludzi, zamieszkał blisko ludzkiej siedziby.

Za żadne skarby świata nie przyznałby się innym dzikom, że zrobił to przede wszystkim ze względu na niesamowite doznania, towarzyszące rozmowie z dziewczyną i dotykowi jej dłoni. Głaskany, tulony przez nią, wręcz rozpływał się z rozkoszy i szczęścia. Powód pozostania przy niej, żeby ją chronić, był więc raczej pretekstem.

Pomiędzy nim a dziewczyną szybko nawiązała się głęboka przyjaźń. Poznając ją, poznawał jakby Człowieka z Przeszłości, o którym opowiadała kiedyś Przewodniczka – niewinnego, pięknego, bogatego duchem i jednocześnie Człowieka z Przyszłości, wzbogaconego o ponad tysiącletnie, traumatyczne doświadczenia straszliwej choroby zwanej antropocentryzmem; Człowieka, który cudem z owego duchowego wirusa wyleczony, cudem ocalały, po sam kres świata albo i dłużej pozostanie na niego uodporniony. Żyła tu i teraz, ale całe jej istnienie łączyło w sobie czystość Przeszłości i dojrzałość Przyszłości. Kochał ją za jedno i za drugie. Spędzał z nią każdą możliwą chwilę – kiedy pracowała i kiedy odpoczywała, kiedy śpiewała i tańczyła do wygrywanych na skrzypcach przez dziadka melodii i kiedy milcząca i zasłuchana w otaczającą ją przyrodę, siedziała nad brzegiem rzeki, płynącej przez święty od zarania dziejów gaj. Rozmawiali o wszystkim, dzielili się najskrytszymi tajemnicami swoich serc.

Chociaż trzeba powiedzieć, że nie wszystkimi… Było bowiem coś, do czego dziewczyna nie chciała się przyznać – nawet przed sobą, nawet we własnym sercu…

Dziki potrzebował całego roku, żeby dojść do tego, co ją trapi.

W tym czasie dowiedział się o niej bardzo wiele: że jej rodzice i brat mieszkają w wielkim mieście, że brat odwiedza ją od czasu do czasu, żeby zabrać wystrugane przez dziadka rzeźby i instrumenty, a od niej utkane z lnu szaty i sprzedawać to potem mieszczuchom, tęskniącym za życiem bardziej związanym z przyrodą. Wiedział też, że poza bratem, z rzadka również rodzicami i jedną przyjaciółką, nikt nie zapuszcza się do ich chatki i rosnącego w jej pobliżu świętego gaju.

„Jak mogłem nie rozpoznać, co jej dokucza, samemu dwa lata spędziwszy w odosobnieniu?” – zastanawiał się Dziki.

No ale teraz, od dłuższego czasu, on dotrzymywał jej przecież towarzystwa – miała go na każde skinienie, stał się jej przyjacielem i powiernikiem. Czy więc dokuczał jej jakiś inny rodzaj samotności?

Nie rozumiał. Nie mógł pojąć, o co w tym wszystkim chodzi.

Wreszcie któregoś dnia tajemnica wyjaśniła się sama.

Znów było lato. Właśnie minął rok od ostatnich, brzemiennych w skutki wydarzeń. Wybrali się wspólnie nad rzekę. Bawili się, ochlapując się nawzajem chłodną wodą, szukając na dnie kamieni o ciekawych kształtach i obwiązując się wieńcami wodorostów.  Potem wyszli na brzeg, położyli się obok siebie na trawie i obserwowali białe, leniwe chmurki płynące powoli po błękitnym niebie. Młoda szamanka zapomniała o bożym świecie i zamyśliła się, zupełnie nie zważając na to, że obok leżał Dziki, który każdą jej myśl odbierał i czytał.

Patrzyła w niebo i myślała o tym, jak bardzo brakuje jej miłości. Marzyła o mężczyźnie, wyobrażała go sobie. Rysowała sobie na niebie jego obraz. Był wysoki, silny, pracowity. Oczy błękitne jak to niebo, włosy długie i ciemne… Potrzebowała jego męskiej siły, przy której mogłaby sobie czasami pozwolić na kobiecą nieporadność, na chwile beztroskiego zapomnienia…

„A więc , brakuje ci, moja śliczna, miłości! Brakuje ci mężczyzny!” – pomyślał na tyle delikatnie, żeby nie usłyszała tej myśli.

Odkąd zrozumiał, w czym tkwi problem, nie mógł przestać się zastanawiać, jak, no i przede wszystkim gdzie znaleźć mężczyznę z jej marzeń. Bo to, że poszukiwania musi wziąć w swoje racice, przesądzone było od samego początku… Ale gdzie szukać? Do miasta przecież nie wyruszy. A tutaj, w lesie.. Tutaj są tylko myśliwi. A myśliwi to nie ludzie. To anty-ludzie, nie-ludzie, bez-ludzie. Wśród tych na pewno szukał nie będzie.

Jednakże po dłuższych rozważaniach doszedł do wniosku, że skoro myśliwi to jedyne dostępne na miejscu ludzkie istoty, warto może utwierdzić się w swoich przypuszczeniach, że nie znajdzie się wśród nich nikt, kto sprostałby wymaganiom, czy raczej marzeniom ukochanej przyjaciółki. Postanowił więc zakraść się do ich odbudowanej po zniszczeniach, których sam dokonał  „bazy” i bacznie się przyjrzeć każdemu z tych nie-ludzi.

*

Miał szczerą nadzieję, że jedynie potwierdzi dzięki temu to, co na ten temat sądził. W jakimż był więc szoku, kiedy wśród pijących piwo, robiących wstrętne miny i w ogóle wstrętnych typów spod ciemnej gwiazdy zobaczył wypisz-wymaluj mężczyznę z marzeń dziewczyny: wysoki, postawny, długowłosy, błękitnooki, siedział, milcząc, przy ognisku i strugał z drewna postać jakiegoś zwierzęcia, zdaje się, że wilka.

Dziki był niepocieszony. Był na siebie wściekły, że w ogóle tu przyszedł, że zobaczył to, czego zobaczyć był nie powinien, czy raczej, czego zobaczyć nie chciał. Przecież to myśliwy! Wcielone zło! Myśliwy w ogóle nie pasuje do szamanki, kapłanki bogów lasu i boru!

Chociaż… Jest przecież legenda… Jest most, po którym idąc do przodu, trafia się w miejsce, skąd się pierwotnie pochodzi… W jego przypadku legenda okazała się prawdą! Ze zwykłej świni stał się na powrót dzikiem! Może więc i myśliwy mógłby stać się na powrót Człowiekiem? Może warto spróbować dać mu szansę?

Zbliżył się do biesiadujących przy ognisku. Pozostał na tyle daleko, żeby pijani obskurnicy w ogóle go nie zauważyli; na tyle jednak blisko, żeby młody człowiek, zajęty dotąd struganiem swojego drewnianego wilka, zdał sobie sprawę z tego, że coś go z zarośli bacznie obserwuje.

Zgodnie z planem Dzikiego, zaniepokojony mężczyzna podniósł głowę. Odłożył na bok nóż i nie skończoną rzeźbę. Odruchowo wziął za to w ręce strzelbę. Wstał. Postanowił się rozejrzeć.

Kiedy nieco oddalił się od pozostałych, Dziki wystawił z zarośli swój łeb. Jego oczy napotkały wzrok myśliwego. Wtedy leśny olbrzym zaczął swój myślowy przekaz:

„…Popatrz! To nie jest zwykły dzik! To bestia! Upolować go może tylko najlepszy z najlepszych, a jeśli tego dokona, należą się mu mir i sława. Będziesz okrzyknięty wielkim, jeżeli go ustrzelisz. Idź za nim, śledź go i powal!…”

Mężczyźnie zakotłowało się w głowie. Zdało mu się, że usłyszał własne myśli. Postanowił iść za potworem.

Dziki to się wychylał, to chował, prowadząc młodego człowieka prosto w kierunku chaty starego szamana. Myśliwy szedł za nim jak zahipnotyzowany, nie lękając się nawet zapadającego zmroku. W głowie miał tylko jedno – pragnienie powalenia bestii.

Wreszcie dystans między nimi zmniejszył się na tyle, że mężczyzna odważył się wystrzelić.

PUFF! PUFF!

Dziki, z przeraźliwym kwikiem ruszył co sił w nogach. Uciekał, goniony przez odgłosy strzałów – PUFF! PUFF! PUFF!

Wreszcie – chatka.

Dziewczyna pojawiła się na zewnątrz. Dziki, udając zagonionego i śmiertelnie przestraszonego, podbiegł do niej i schował się za jej drobnym ciałem.

Kilka sekund później pojawił się młody łowca i widząc tak niecodzienny obrazek, stanął jak wryty.

Patrzył i oczom nie wierzył. Stała naprzeciwko niego prześliczna dziewczyna, bosa, ubrana w lnianą sukienkę, jedynie przy kołnierzyku i na dole czerwoną nicią wyszywaną w nieznane mu zaklęcia. Na długich, miodowych włosach miała wianek, upleciony z najpiękniejszych kwiatów i ziół lata. A za nią bestia. Potwór. Olbrzym szkarada. Dlaczego się nie bała? Czy ona… Czy ona osłaniała przed nim bestię własnym ciałem?

– Odsuń się! – zawołał, odrzucając tę myśl jako coś nieprawdopodobnego. – Zabiję go i będziesz bezpieczna!

Ona jednak zmarszczyła nos i brwi. Widać wcale nie spodobała jej się ta oferta.

– Jeżeli chcesz go zabić, będziesz musiał najpierw strzelić do mnie! – odpowiedziała, na co on wytrzeszczył zdumione oczy jeszcze bardziej. – To mój przyjaciel i tknąć go nie pozwolę. Zwłaszcza tutaj, w świętym gaju, gdzie nawet gałązki złamać nie wolno, a co dopiero strzelać do zwierząt!

Przyjaciel? Święty gaj? Myśliwy był zupełnie zdezorientowany. I jeszcze ta dziewczyna, piękniejsza, niż wszystkie, które malował sobie w marzeniach; niż wszystkie one razem wzięte…

Widząc jej stanowczość, ustąpił. Pragnienie sławy nagle wydało mu się nie warte funta kłaków.

– Już dobrze. Zobacz, odkładam broń…

Jak powiedział, tak zrobił. Schylił się i położył strzelbę na ziemi.

To uspokoiło dziewczynę. Gniewne zmarszczki zniknęły jej z nosa i z czoła. Pozwoliła mu podejść bliżej. Uklękła przy Dzikim i poleciła obcemu zrobić to samo. Chwyciła jego dłoń w swoją i oboje dotknęli kosmatego karku „bestii”.

W tym momencie ich myśli rozszalały się. Myśliwy zrozumiał, że został tutaj podstępnie zwabiony, dziewczyna pojęła dokładnie to samo i w tej samej chwili. Młodzi spojrzeli na siebie. I tak, jak spojrzeli, tak nie mogli już przestać na siebie spoglądać, nie mogli ukryć swojego sobą nawzajem zachwytu. W oczach zapłonęły im iskry, delikatny rumieniec zapłonął na jasnej twarzy szamanki. Ich dłonie znów spotkały się na ciele olbrzymiego dzika, niby to głaszcząc go, jednak tak naprawdę celem tego głaskania było właśnie owo kolejne dłoni spotkanie. Chłopak nie wytrzymał. Objął dziewczynę i pocałował ją tak mocno, że aż wianek spadł jej z włosów i usadowił się na łbie Dzikiego. Cała trójka zaśmiała się z tego zdarzenia. I już wiadomo było, jak to się wszystko dalej ułoży…

*

Tak oto Dziki stał się swatem. Ale nie tylko swatem tych dwojga młodych ludzi. Zeswatał również Człowieka z jego dawnym Siedliskiem; dzięki niemu myśliwy porzucił swój morderczy fach, przeszedł po legendarnym moście, łączącym Nowe ze Starym w jedną doskonałą Pełń.

Jakiś czas później urodziły się bliźnięta – dziewczynka i chłopiec – dzieci, które żadnego mostu przechodzić musiały nie będą, ponieważ poczęte zostały i narodziły się już po właściwej stronie…

A wielki, ogromny dzik po dziś dzień chroni je i niańczy, opiekuje się nimi, plecie bajki i kołysze do snu.

dd Wild_Boar_Habbitat_3

*

Zapytasz, miły Czytelniku, skąd znam tę historię, skąd o tym wszystkim wiem? Ano nie raz byłam w tej chatce, wszystko na własne oczy widziałam, bo jestem przyjaciółką wnuczki starego szamana.

Może, gdy kiedyś będziesz w lesie, spotkasz ich także i Ty i na własne oczy przekonasz się, jak pięknie i wspaniale żyją.

Od razu jednak Ci powiem, że trafić tam wcale nie jest łatwo. By się tam znaleźć, trzeba najpierw przejść po… Ale co ja Ci będę tłumaczyć? Ty już doskonale wiesz, po czym trzeba przejść, prawda? Wiesz już, że do świętego gaju wiedzie niezwykły most, po którym… No właśnie… Jak to było? Przypomnisz?

…Most, po którym idąc do przodu, dociera się w miejsce, z którego się wyszło…

Na koniec Jesieni zaproszenie do kilku pięknych obrazów na zaprzyjaźnionych blogach

Posted in Polska, przyroda, Słowianie by bialczynski on 24 Listopad 2013

a suchy opał....foto ze strony: Tam gdzie mieszkają Wookies [http://anhelli-anhelli.blogspot.com/2013/10/zwiazano-wieniec-z-rzeczy-zakletych.html]

Słowiański i Przyrodotwórczy (Zielony) Internet Wolnych Ludzi rozrósł się niesłychanie. Tylko w obecnym roku przybyło kilka świetnych stron. Na jedną z nich Przypiecek.blogspot.com zapraszałem już w Święto Dziadów.

Kupując (TERAZ – TUTAJ!)  Budujesz Wolne Media Wolnych Ludzi!
slowianic nr 2 przod

Są  bardzo ciekawe „słowiańskie”, „przyrodotwórcze”, „rodzimowiercze” i „świadomościowe” strony na FB, na WordPress.com, na Blogspot.com i na specjalnych adresach samodzielnych. Dzisiaj zapraszam do kilku obrazów Jesieni i Boru niesłychanie pięknych na zaprzyjaźnione z nami strony:

na blog poświęcony Przyrodzie i Nowej Świadomości Tam gdzie mieszkają Wookies

a O brzaskufoto ze strony: Tam gdzie mieszkają Wookies [http://anhelli-anhelli.blogspot.com/2013/10/zwiazano-wieniec-z-rzeczy-zakletych.html]

a Lfoto ze strony: Tam gdzie mieszkają Wookies [http://anhelli-anhelli.blogspot.com/2013/10/zwiazano-wieniec-z-rzeczy-zakletych.html]

na blog poświęcony Słowiaństwu i Nowej Świadomości Moja Słowiańska Filozofia:

Na obu blogach słowo  i obraz, (język i grafika) tworzą uładzoną (harmonijną) formę, która stwarza Nową Jakość  niedostępną w jakimkolwiek innym medium poza właśnie Internetem.

a g darylasu5

foto – http://mojaslowianskafilozofia.blogspot.com/2013/10/lesie-trwaj-wiecznie-pazdziernikowe.html a grzybek podgrzybek czarnyłepek

foto – http://mojaslowianskafilozofia.blogspot.com/2013/10/lesie-trwaj-wiecznie-pazdziernikowe.html astry fioletfoto: http://mojaslowianskafilozofia.blogspot.com/2013/10/lesie-trwaj-wiecznie-pazdziernikowe.html

oraz na blog Słowianolubia: slowianolubia.blogspot.com

IMG_1531foto: slowianolubia.blogspot.com

który jest nie tylko słowianofilski, ale przyrodotwórczy i informacyjno-edukacyjny. Pozdrowienia dla wszystkich blogowiczów, oby to się rozwijało nadal tak dynamicznie w 2014 roku i dalej…

IMG_1463foto: slowianolubia.blogspot.com

Tagged with: ,

Władysław Szumowski (1875 – 1954), Strażnik Wiary Słowian (I Starosłowiańska Światła Świata w Krakowie)

Posted in Starosłowiańska Świątynia Światła Świata, Słowianie, Wiara Przyrody by bialczynski on 23 Listopad 2013

Rok 1920 należy postrzegać jako przełomowy dla historii medycyny w Polsce. Wraz z odzyskaniem niepodległości można było utworzyć na uniwersytetach katedry i zakłady, których istnienia nie chcieli zaborcy. W Krakowie ostatecznie powołano do życia zakład uniwersytecki pod nazwą Instytut Historii i Filozofii Medycyny.

 szumowski bc186df06e9368_m500

prof. Władysław Szumowski

Na czele Instytutu stanął Władysław Szumowski (1875-1954), profesor historii i filozofii UJ, wyśmienity badacz dziejów nauk medycznych, autor do dnia dzisiejszego fundamentalnego, podręcznika Historia medycyny. Początki działalności Szumowskiego przypadały na trudny czas budowy młodej państwowości, konieczności ciągłych wyrzeczeń i permanentnego braku pieniędzy. Dopiero w 1931 Instytut otrzymał własne pomieszczenia w wynajętym lokalu przy alejach Krasickiego 12. Do tego momentu mieścił się częściowo w domu zarządu klinik (ul. Kopernika 36), częściowo w budynkach kliniki lekarskiej (ul. Kopernika 15), wreszcie w pomieszczeniach samego dziekanatu i sali posiedzeń Wydziału Lekarskiego. Wreszcie tuż przed wybuchem II wojny światowej Instytut znalazł swoją stałą siedzibę przy ul. Kopernika 7. W dniu dzisiejszym mieści się tam Katedra Historii Medycyny CM UJ.

Dzięki staraniom Władysława Szumowskiego udało się ocalić zdecydowaną większość zbiorów przed zniszczeniem w czasie okupacji niemieckiej. Po zakończeniu wojny Szumowski natychmiast wznowił działalność dydaktyczną i naukową.

Niestety wiek i przeżycia wojenne nadszarpnęły zdrowiem profesora, a nowy ustrój komunistyczny nie sprzyjał tej dziedzinie zainteresowań badawczych. W 1948 Szumowski został przeniesiony w stan spoczynku, a w 1950 roku decyzją władz rozwiązano wszystkie zakłady historii medycyny w Polsce. Tylko dzięki zapobiegliwości dra Zbigniewa Kukulskiego (1908-1971) udało się uratować zbiory przed rozproszeniem i zniszczeniem. W 1956 roku reaktywowano katedry historii medycyny i przywrócono nauczanie tego przedmiotu na studiach medycznych.

szumowski

Od niepamiętnych czasów ludzie szukali środków, które mogłyby działać tak, jak to potrafiła tylko bogini miłości: budzić miłość tam, gdzie jej nie ma, rozpalać pożądanie miłosne tam, gdzie istnieje tylko obojętność, dawać rozkosz miłosną tam, gdzie panuje tylko nuda, stwarzać erotyczną przygodę tam, gdzie nie ma wyobraźni.

Ba! Łatwo powiedzieć! Gorzej może być tylko z „wykonawstwem”. Zwłaszcza ze strony panów. Toteż przewidująca amerykańska firma Pfizer zadbała o tę „stronę medalu” i wypuściła na rynek cytrynian sildenafilu, znaczy się viagrę. To lek z grupy inhibitorów fosfodiesterazy typu 5/PDE5/, stosowany w zaburzeniach erekcji. Prawda, jak to uczenie brzmi? Słyszałem nawet opinię, że to lek stulecia w XX wieku.

Rodzi się jednak pytanie, jak w tej męsko-damskiej kwestii radzono sobie 100, 200 czy 500 lat temu? Bo przecież tego rodzaju chęci nie były obce naszym przodkom. Jakie były środki, a więc ziółka, które pobudzały do wzniosłych uczuć, do miłości? Prawda jest taka, że na tej „specjalności” najlepiej znały się baby leśne, znachorki, wiedźmy, czarownice. A czy teraz mamy takie? Niektórzy twierdzą, że tak, choć ja mam co do tego nieco wątpliwości, ale … pomarzyć można.

Kupując (TERAZ – TUTAJ!)  Budujesz Wolne Media Wolnych Ludzi!
slowianic nr 2 przod

Bardzo ciekawie te właśnie kwestie „międzyludzkie” ujął znakomity historyk medycyny, prof. Władysław Szumowski, pisząc o wiedźmach, o babach leśnych następująco:

 

„Czarownice (i czarownicy), jako postacie obdarzone intuicją i biegłością, otoczone urokiem tajemniczości i supranaturalizmu, bynajmniej nie są wyłącznie wytworem fantazji średniowiecznej”.

No, właśnie… Odznaczały się „biegłością” także w sferze miłosnej – jak wzbudzić miłość „tej czy tamtej boginki serca” czy u innego wybrańca zakochanej w nim kobiety.

Szumowski pisze:

„Obcując wciąż z przyrodą i z roślinami, którymi się żywiła, z czasem (czarownica – ma się rozumieć) nabierała tak wielkiej znajomości traw, ziół, korzeni, owoców, że ludność okoliczna do niej udawała się po poradę. W chorobie można było u niej dostać lekarstwo. Dawała również truciznę dla wroga, środek poronny dla niewiasty, która chciała się płodu pozbyć, dawała wreszcie ś r o d k i  m i ł o s n e (podkr. – A.D.), żeby obudzić ogień miłości. I zjawiała się u czarownicy w chacie nawet pani zamku, może ta sama, która ją niegdyś sponiewierała, obecnie rozbierała się do naga i na jej pięknym ciele, gorejącym z miłości i wstydu, czarownica teraz ze złośliwym spokojem przygotowywała placek miłosny przeznaczony dla upragnionego kochanka, niezawodny, o tak, niezawodny, bo upieczony na ogniu rozkochanego żywego ciała (to według Micheleta)”.

A zatem mnie nie pozostaje nic innego, jak zabawić się w… czarownika i podpowiedzieć tym wszystkim, którzy mają „rozkochane żywe ciało” – jakim ziółkiem, korzeniem, miodem czy plastrem mogą „podbudować” wielkie swoje miłosne zachcianki. A zatem zagłębiam się w temat!

Jak się przegląda różne książki i wszelakie inne materiały o roślinach miłości , to czasami wręcz mózg „wyskakuje z zawiasów”, tyle tego jest. Oczywiście, nie sposób napisać tu o wszystkim ze względu na szczupłość felietonowego „metrażu”, ale o niektórych spróbuję.

szumowski1

  • Urodzony dnia 26 III 1875 – Warszawa
  • Chrzest w roku 1875 – W-wa Przemienienie Pańskie
  • zmarł dnia 5 IV 1954 – Kraków
  • Pochowany – Kraków, cm. Rakowicki, kwatera LXII, rząd zach, miejsce 15

·  Wiek: 79 lat

szumowski 1szumowski 2

szumowski 3szumowski 3Świątynia

Wołodymyr Szajan (1906 – 1974) – Ukraiński Strażnik Wiary Słowian (III SSŚŚŚ Lwów)

Posted in Starosłowiańska Świątynia Światła Świata, Słowianie, Wiara Przyrody by bialczynski on 21 Listopad 2013

Wołodymyr Szajan urodził się we Lwowie w 1906 r. W latach 1927-39 studiował na Uniwersytecie Jana Kazimierza. Prawdopodobnie był związany z banderowskim skrzydłem OUN, ale w walce zbrojnej nie brał udziału. W 1943 r. założył Zakon Rycerzy Boga Słońca, bractwo o charakterze nacjonalistyczno-religijnym, które rozpadło się ono rok później. Wiosną 1944 r. uciekł do Niemiec, jako obywatel Rzeczypospolitej uniknął wydania w ręce sowieckie, a w 1948 r. wyjechał do Anglii. W obozie w Augsburgu odtworzył Zakon, który zapoczątkował ruch “Ridnoji Wiry” (Rodzimej Wiary). Jednym z jego członków był Łeonid (Łew) Syłenko. Organizacja ta nie przetrwała rozwiązania obozu i rozjechania się “rycerzy” w różne strony. W Londynie Szajan był działaczem ukraińskiego ruchu społecznego, a zwłaszcza naukowego. Jego główne dzieło religijne, “Wira predkiw naszych” ukazało się w 1987 r. w Hamilton. Zmarł w Londynie w 1974 r.

Kupując (TERAZ – TUTAJ!)  Budujesz Wolne Media Wolnych Ludzi!
slowianic nr 2 przod

Halina Łozko

W roku 1943 Wołodymyr Szajan zakłada Zakon Rycerzy Boga Słońca. Była to formacja o charakterze religijno-politycznym. Nieznane są jej losy powojenne, wiemy tylko, że wśród żołnierzy Ukraińskiej Powstańczej Armii znajdowała się i walczyła Powstańcza Grupa im. Peruna. Któż by nazwał swą grupę imieniem dawnego Boga Słońca, jeśli nie członkowie owej formacji?! W Księdze Wełesowej czytamy: „Chwała Bogu Perunowi płomiennokędzierzawemu, który miota strzały na wrogów i wiernie prowadzi naprzód! Jako że jest on dla wojów ich sędzią i dumą, i złotoruniem – miłościwy i wszechprawy jest!” Lecz z Księgą Wełesową zapoznaliśmy się dopiero w późniejszym czasie.

Zostawszy profesorem Wołodymyr Szajan nie porzucił swych marzeń o odrodzeniu etnicznej, starodawnej wiary Ukraińców. W tym właśnie widział drogę do wyzwolenia politycznego i duchowego, powrotu narodu do jego odwiecznych i szlachetnych wartości. W. Szajan, organizator i pierwszy przewodniczący Europejskiego Prezydium Ukraińskiej Wolnej Akademii Nauk, napisał szereg prac z zakresu religioznawstwa porównawczego, w tym studia nad Księgą Wełesową oraz Rigwedą. Pierwszy tom tych prac pod tytułem Wiara przodków naszych wydali w Kanadzie (Hamilton, 1987) jego uczniowie i następcy.

….

Pierwszy był lwowianin Szajan[27], student filozofii i filologii sanskryckiej Uniwersytetu Jana Kazimierza. Rozwijana przezeń w latach wojny koncepcja “pan-aryjskiego renesansu” opierała się na popularnej wówczas koncepcji “rasy aryjskiej” i wpisywała się w nurt odrzucania przez radykalnych (integralnych) nacjonalistów chrześcijaństwa po pierwsze jako “wiary żydowskiej”, po drugie jako elementu, osłabiającego wolę narodu. “Włes-Knigę” poznał Szajan na emigracji i uznał za “świętą księgę Ukraińców”, opierając na niej swą wizje tak religii, jak i historii[28]. Wniósł do niej jednak trudną do wyinterpretowania z “Księgi” troistość Peruna[29] i wiele innych idei, zdecydowanie anachronicznych w epoce powstania Wed, z którymi, jak twierdził, związana była “Księga”.

Szajanowi nie udało się stworzyć gminy religijnej, chyba zresztą do tego nie dążył: był typem naukowca, nie proroka. Dopiero w 1981 r. jedna z kanadyjskich wspólnot RUNWiry zerwała z Syłenką, zapoczątkowując nurt ukraińskiej Rodzimej Wiary; dzięki jej wsparciu główne dzieła Szajana zostały wydane drukiem. Rodzima Wiara, sprowadzona na Ukrainę po 1991 r., znana jest jako Wspólnota Ukraińskich Pogan “Prawosławie” lub Odrodzenie Rodzimej Wiary Ukraińskiej.

Jeśli chodzi o kryterium pierwsze

(odbyte u Twardowskiego studia na

Uniwersytecie Lwowskim), to tutaj sprawa przedstawia się w sposób oczywisty:

nie ma bowiem żadnej wątpliwości, że „przez ręce”

Twardowskiego (oraz jego najbliższych uczniów

K. Ajdukiewicza, W. Witwickiego, M. Kreuza i in.) w okresie jego nauczycielskiej działalności na Uniwersytecie Lwowskim (1895-1936)
przeszło tysiące studentów narodowości ukraińskiej. Wśród absolwentów Wydziału Filozoficznego Uniwersytetu Lwowskiego znajdujemy kwiat ukraińskiejinteligencji Lwowa okresu międzywojennego. Chodzi przede wszystkim o wybit
nego ukraińskiego filozofa, psychologa i pedagoga Stepana Baleya, który niewątpliwie był jednym z najbardziej znanych wychowanków Twardowskiego. Oprócz Baleya do grona ukraińskich studentów Twardowskiego również należeli: Jarosław Gordyński (krytyk literacki, pisarz, tłumacz, pedagog), Myrosław Kapij (krytyk literacki, pisarz, tłumacz, pedagog), Jarosław Kuźmiw (psycholog, pedagog), Stepan Ołeksiuk (filozof, psycholog, krytyk literacki, pisarz), Wołodymyr Janiw (psycholog, socjolog, pisarz), Wołodymyr Szajan (filozof, filolog), Myron Zarycki.

Słowiańszczyzna przed chrześcijaństwem – Zorian Dołęga Chodakowski


Secluded

Kupując (TERAZ – TUTAJ!)  Budujesz Wolne Media Wolnych Ludzi!
slowianic nr 2 przod

Zorian Dołęga Chodakowski

O SŁAWIAŃSZCZYŹNIE

PRZED CHRZEŚCIJAŃSTWEM

Zniknęły przed wiedzą uczoną dzieje, obrzędy i zwyczaje nasze w epoce wielobóstwa. Nie sprzyjała oświata Europy całemu czasowi, w którym Krzyż święty wznosić się począł wśród rozległej i podzielonej Sławiańszczyzny. Pierwsi posłańcy do nas z wiarą dzisiejszą dalecy byli od umiarkowania, ażeby mieli co oszczędzić dla historii i wieków, i ten nieprzychylny zapał w ich następcach ledwo do naszych czasów nie doszedł. W tym duchu dziesięciu lub więcej władców naszego plemienia kolejno wywracali budowę przyrodzonym natchnieniem wzniesioną i obok nowych prawideł nieba nie zdołali zabezpieczyć własności ziemskiej, która by przetrwała do nas i była ichże samych pamiątką.

Wypadek ten jest najgłówniejszym w Sławiańszczyźnie, bo całą jej rozległość z czasem objął, upoważnił nowo tworzące się dzielnice i coraz więcej pomnażał. Ogniwa nowej wiary wcielały niepodobnych nas do reszty narodów Europy. Uczęszczał Słowak z nabożeństwa lub potrzeby do Rzymu lub Carogrodu, a przejąwszy się nienawiścią wzajemną stolic chrześcijaństwa, zapalał pochodnie wiekuistych wojen na przestrzeni swojej o to, że nie jednej głowie uświęconej daninę płaciła. Biada nam! Długo nazbyt przetrwaliśmy w tych obłędach. Nie wspomniałbym ich może, gdyby nie miały zgubnego wpływu na ten zakres naszej historii i nie były pierwszym podkopem miłej nam zawsze narodowości. Czas przyszły wyjaśni tę prawdę, że od wczesnego polania nas wodą zaczęły się zmywać wszystkie cechy nas znamionujące, osłabiał w wielu naszych stronach duch niepodległy i kształcąc się na wzór obcy, staliśmy się na koniec sobie samym cudzymi. Pierwsze dłuto dziejów Północy w czyim było ręku – wszystkim wiadomo. Łatwo widzieć, że powołanie zawsze trącało ich ręką i szczerby sprawiało w obrazie ojczyzny. Nie dziw zatem, że u nich epoka przedchrześcijańska, jeżeli nie ominiona całkiem i nie zarzucona wymysłami, wystawia nam tylko grube obyczaje, dzikość i ślepotę naszych ojców. U nich to z łatwością jednakową w Poznaniu, Kijowie i Nowogrodzie dzieje się przejście do wiary. Podług nich dosyć było przykładu i woli panującego, aby dzień jeden lub rok to przeznaczenie spełniły. Tak mniemając ci latopisarze, rzekłbyś, nie znali uporczywej duszy sławiańskiej, nie znali dziejów rodzinnego i pierwotnego ludu, u którego sposób rządzenia się i życia, obyczaje i mowa sama — ściśle były spojone z nauką o bogach. Przeobrażenie więc nagłe i szczęśliwe być nie mogło i w istocie nie było. Nowogród Wielki o cztery lata spóźnił się po Kijowie, w sto lat Rostów, a jeszcze później u nas Szczecin nawróciły się. Nie przywodząc naszych, dowodów, spomnijmy, co Naruszewicz mówi o okropnościach u Lachów w siedemdziesiąt lat nowej wiary z powodu prześladowania pogan, zamilczanego od naszych kronikarzy. Schronienie się na ostatek kapłanów z wielu bogami wśród zapadłej Litwy podwyższyło nie znaną dotąd krainę i w porze dogodnej do zemsty miecz podniosło na polskie i ruskie sadziby. Jaćwież przy źródłach Narwi ileż dokuczyła jednemu i drugiemu współbraciom? Co Nestor pisze o spółczesnych Radymiczanach i Wiatyczanach, a życiopis św. Wojciecha wyraża o Czechach i w życiu św. Benna biskupa misneńskiego, co się działo na ostrowie Ranowców? Wszystko okazuje, że nigdy człowiek, żyjący pośród swojej rodziny, nie przemienił siebie, nigdy z uprzedzeń i nałogów, które jemu długo towarzyszyły, razem nie otrząsnął się, bo nie łatwo jest powstać przeciw sobie samemu, zmienić sposób życia, myślenia, poniechać wszystko, co mu jest miłym, nade wszystko nadać inny obrót, językowi uzwyczajonemu czcić wielorakie bóstwa i pełnemu tych przenośni, przysłów i wzorów przyrodzonych, które stanowiły jego śpiewy obrzędowe, igrzyska, potoczną mowę i zawsze tchnęły jego wiarą. W dziejach zapomnianych, dawno rozsławionych i obecnych nasz ród zajmuje swoje miejsce. Nie zebrał się on z wygnańców ani szczątków upadłych mocarstw. Był zawsze ludem pierwotnym, właściwym i jednosłownym. Nie wiadomy jeszcze czas i przyczyny, dla których on opuścił sąsiedztwo Indowego Stanu, jak długo był w tej wielkiej drodze, nim wkroczył do Europy i zajął jej połowę od strony Azji. Pewnym tylko jest, że po usadowieniu się w nowym stanowisku zajmowali razem okolice zadunajskie aż do podstawy Bałkanu nad Adriatykiem, za Łabą i całą między nimi przestrzeń, jako też Północ od ściany Sweonów, rządzoną przez wielkich kaganów, nim przenieśli stolicę do Kijowa. Ze zmiany takowej na ziemi poczynili niektóre poprawy w zasadach wielbionych świateł nieba, liczne przenośnie z jestestw przyrodzonych rozciągnęli do poznanych na północy i całą jej przestrzeń na jednakie sta podzieliwszy, jednymże ustawom, obrzędom i zwyczajom podlegali. Widać wszędy w tej epoce naczelników z chorągwią przewodniczącą w pokoju, wojnie i świętych obrzędach. Połączenie w jednej osobie tak wielorakiej władzy nad licznym narodem tyle podawało sposobów stanowienia i wykonywania wszystkiego, że Sławianie, w tym stanie rzeczy i ręką przyrodzenia czczonego kierowani, nie mogli być ludem nieczynnym ani uśpionym. Wojna dla ubezpieczenia i rozszerzenia bytu, a w pokoju łowy, rola, rzemiosła pewne, obrzędy połączone z wielkimi grami i ucztą były ich powszechną zabawą, znamienitym i płci obojej spólnym zatrudnieniem. W pamiętnikach owych wieków dosyć często natrafia się na wyrazy: rola, pług, socha, kosa, kowal, stolar, tieśla, tkę, dłubię, dłuto, a nawet pisar i malar. Wszystko to było potrzebnym i użytym, zyskiwało swoją cześć i przeniosło do późniejszych wieków wysoką, ale już przenośną pochwałę*(1). Nigdzie nie widać śladu, aby przed epoką poloru naszego byli na Północy poddani. Nie mogli być oni w przechodzie z Azji do Europy i dotąd w drugiej części świata nie znają, co jest pracować na wieczystego pana, który w oczach swojego monarchy jest im równy. Wrodzona Sławianom prostota, wesołość, uprzejmość i szczerość wydawały się nawet w oczach nieprzyjaciół i to świadectwo zyskały. Męstwo, miłość i ta gościnność doskonała, na podziw i uwielbienie starym Saksonom służąca, bóstwami były całej naszej ziemi, wzajemnie się wynagradzającymi i hojne dary im niesiono. Kiedy mniej będziemy oczekiwać od wieszczych pisarzów zagranicznych, mniej na nich polegać, a przedsięweźmiem wśród siebie, na własnej przestrzeni, w gnieździe ojców naszych szukać o wszystkim wiadomości, znajdziemy może więcej niźli dotąd gdziekolwiek pisano. Wpatrzmy się tylko w ziemię naszę. Może Sławianie zostawili ją dla nas jako najtrwalszą księgę, może ją zakłęli, aby nigdy z dziedzictwa potomków nie wychodziła i w tym celu urzekli owoczesnym sposobem, by mogła służyć za świadectwo odwiecznej własności najpóźniejszym wnukom. Nie śmiejmy przeczyć naszym założycielom troskliwej przezorności o zachowanie takiej pamiątki, bo kto z ludem przeszedł rozległość między Indem i Bałtykiem, ten pewnie zyskał wiele doświadczenia i baczności na przyszłość i mógł być jak Mojżesz drugim zakonodawcą swojego plemienia. Poznajmy się więc z naszą ziemią, obliczmy wszystkie jej miana, czyli uroczyska. Będziemy widzieć, iż mimo dziewięciu wieków, mimo tyle wojennych zniszczeń, mimo niewiadomość i próżność samochwalna w odmienieniu starych nazwisk, zachowały się przecież i doszły jeszcze do nas imiona bogów, imiona do czci ich należące, imiona jej sprawców i tego jestestwa ziemnego, które w przestrzeni czasów zaleciwszy się wielkim dobrem i złem, na chlubę rodu ludzkiego i mowy naszej czołem wieków nazwane zostało*(2). Będziemy na tejże ziemi czytali nazwiska wszystkich zwierząt i ptaków, zarówno w Indzie zostawionych, jako i w tutejszym klimacie poznanych, wszystkich drzew leśnych i owocowych, ziół przyjemną wonią i kwiatem wabiących, jak i do pożywienia sposobnych, niemniej tych, co do leków i mniemanych czarów służyć mogły, oznaczenie wszystkich kruszczów wtenczas wiadomych, imiona wojny ze wszystkimi jej na tę porę narzędziami, jako też miru wiodącego długi szereg na łonie swoim zabaw i trudów, uroczyska morza ze wszystkimi podziałami wody i statków na niej używanych, wszystkie odmiany powietrzne, pewne liczby znaczące lub bogom poświęcone, wyrażenia wszystkich przeciwności, jakie tylko wyobraźnia człowieka wystawić sobie może, wszystkie przymioty złe i dobre, wszystkie członki, które składają ogół żywotnego ciała, wszystkie ich działania, wszystkie władze zmysłowe, wszystkie nazwiska ogólne i szczegółowe. Na koniec myśl, pamięć i sława jako sprężyny i cel tego obrazu; krócej mówiąc, cała encyklopedia, rzekłbyś, i cały słownik nasz w prostym lub przenośnym znaczeniu, pojedynczym lub składanym sposobie na ziemi naszej rozwinięty, dzielące ją stare sta w pewnym porządku napełnia. Nie ma stopy ziemi w starej Sławiańszczyźnie, żeby nie należała do tego rzędu słownego. Zarówno okrywa on osiadłe, jak i próżne miejsca, użyteczne i dzikie, wyniosłe i poziome, najeżone góry, jak doły i zapadłe bagna, czyste pola, jak zamierzchłe lasy, słowem, cała powierzchnia ziemi była stolicą naszych bogów i jedną tablicą naszej wiary. Kto zdoła w takiej obszerności, na każdej prawie mili czworogrannej zrachować będące ogrody, grodziskami i horodyszczami zwane, wałem dokoła obniesione i przy nich bliskie zawsze łyse czyli jasne góry, panujące zwykle miejscowemu położeniu i wznoszące się przy stokach i wodach? Dostrzega się na wielu miejscach, iż w niedostatku ziemnej wyniosłości, w gładkiej równinie, wśród nizin i błot Polesia, w dogodniejszym jednak miejscu, toż samo uroczysko zachowują. Kto słyszał, co Szczygielski *(3) o niej mówił, kto przypomni podanie powszechne o wiedźmach i czarownicach na Łysą Górę co czwartek po nowiu uczęszczających, kto słyszał o kijowskiej górze, ten dziwić się nie będzie mnogości pomienionych nazwisk. Rozległość olbrzymia ziemi sławiańskiej nie dozwalała ojcom naszym przestać na dziewięciu tylko przybytkach pozwolonych od sumiennych pisarzy, owszem, dla tej przyczyny w miarę ludności swojej, zakreślając stare sta i wmieszczając w nie sto nazwisk ziemskich, obierali pośrodku nich najokazalsze miejsca dla łysej góry i świętego ogrodu, czyli do tych stosując zaokrąglenie reszty należących nazwisk. Rozległość olbrzymia ziemi sławiańskiej nie dozwalała ojcom naszym poprzestać na dziewięciu tylko przybytkach pozwolonych od sumiennych pisarzy, owszem, dla tej przyczyny w miarę ludności swojej, zakreślając stare sta i wmieszczając w nie sto nazwisk ziemskich, obierali pośrodku nich najokazalsze miejsca dla łysej góry i świętego ogrodu, czyli do tych stosując zaokrąglenie reszty należących nazwisk. Praca moja nic jest jeszcze u swojego końca. Odkrycie każdego systematu nie może być zarazem głoszone w całej rozciągłości i trudno jest na słabych skrzydłach przelecieć oddalone wieki i z bystrością przeniknąć ich tajemnice. Czas tylko i usilna praca, po bacznym przejrzeniu wielu odległych okolic, przynieść mogą objaśnienie, jakim sposobem jedno czucie lub wola czyja na takiej rozległości umiały osnować tkań wszędy do siebie podobną lub przydać do niej tę rozmaitość, która za pewnym oddaleniem się, jakby w cale przeniesiona, powtarza się i odnawia. Chodząc wszędy po tIe starodrzewnej nauki, po ząkrętach sławiańskiego rządu, ileż to napotkać można Nowogrodów, tak dawnych jako i Starogrodów, Kijowów, Krakowów, Gniezn, Moskw, Kruszwic, Poznaniów, Budinów, Przemyślów, Białogrodów, Warszew , ze ze sprzężonymi tymiż samymi lub jednoznacznymi imionami. Ileż odkrywa się nicości i błędów w naszych opisach, które z nazwisk osad lub krajów tylu założycieli niebyłych wywiodły. Wsparty na tak rozległym i wszędy mi obecnym systemacie naszej osiwiałej starszyzny, patrzę spokojnie, jak w moich oczach znikają roje marzeń pochlebnych, co jakąś osobistość ukrytą mając na względzie, ćmę bohatyrów z nazwisk tyluż osad w kronikach czeskich siliły się stworzyć. Można powiedzieć, iż żaden z narodów upadłych, żaden z nowożytnych i polerownych nie pomyślał o takim układzie ziemskich nazwisk, nikt za pomocą podobnego słownika nie zapewnił sobie wiecznie trwającej pamięci. Nie jest to litania wszystkich świętych w hiszpańskiej Ameryce i na wyspach, bez ładu umieszczana. Sławiański porządek jest oryginalny, włąściwy naszym tylko zakonodawcom i przodkom, co przez tyle wieków w tysiącznych miejscach zrobili i zachowali. W tym była ich spólność, jedność, stąd wszystkim należny zaszczyt, stąd chcę mówić – wszyscy okryli się wieńcem i nazwiskiem S ł aw y. Przeglądając się często w tym obrazie, czułem tylekroć wewnętrzną cześć dla naszych pradziadów, uszanowanie ku tak wielkiej ich myśli i znajdowałem zawsze odradzającą się we mnie chęć dalszego rozpoznania i w miarę sposobów dokończenia tego obrazu. Czas powiedzieć cokolwiek i o podaniach ludu sławiańskiego. W narodzie pierwobytnym i kilkanaście wieków zliczającym na tejże ziemi zawsze podanie jakieś być musi. W niedostatku pisarzów lub owoczesnych świadectw zdolne jest wiele rzeczy nam odkryć. Lecz kto nie zamierzył sobie pewnego rysu, nie przygotował pewnych pytań, a jeszcze w miarę szerokości ziemi sławiańskiej nie ma zapasu odwagi, wytrzymałości i opatrzenia się w kilka jej dialektów, ten daremnie będzie oczekiwał podań; same do jego brzegu nie przypłyną i nie nastręczą się. Trzeba pójść i zniżyć się pod strzechę wieśniaka w różnych odległych stronach, trzeba śpieszyć na jego uczty, zabawy i różne przygody. Tam, w dymie wznoszącym się nad głowami, snują się jeszcze stare obrzędy, nucą się dawne śpiewy i wśród pląsów prostoty odzywają się imiona bogów zapomnianych. W tym gorzkim zmroku dostrzec można świecące im trzy księżyce, trzy zorze dziewicze, siedm gwiazd wozowych. Tam zorza Lelowa zbliża się do młodego miesiąca – miłość nowożeńców i gody zwiastuje, tam zorza, księżycem ogrodzona lub zawojką pokryta, ślubną przysięgę , tłumaczy. Dotąd jeszcze trzy rzeki płyną podsieni lubowników, udzielają świętej wody do korowaja i kołaczów . Dotąd zawodzą się w nuceniach podolskich wróżby na tychże rzekach, jak bizantyckie kroniki wspominają. Jeszcze cichy Dunaj jak ów Ganges jest wodą świętą, pełną uroków, miłości i szczęścia, i na powierzchni swojej niesie korab czerwienny z okwitością swadziebną . szcze słup wyzłacać jadą do Lwowa. Dziewica między dwoma lwami stojąc bez bojaźni, oddaje rękę junoszy. Strusie pióra i pawie ogony zdobią wieńce i głowy poślubione, a czerwiec z maliną zmieszany stanowi chwałę czystości dochowanej. Rusa kosa pod Kijowem, złoty warkocz w Krakowie biorą pierwszeństwo. Jelenie, rysie, łabędzie i sokoły nie zapomniały jeszcze przynosić kochankom wieńców i pierścieni . Sierocie zabierającej się do ślubu opiewają dąbrowę pełną pni bez zieloności. Jeszcze mosty ścielą się ze trzciny, gdy dzieci mają upaść do nóg rodzicom, a drugie, usłane pierścieńmi i perłami, znajdują się po drodze kochanków. Ogólnie mówiąc o tych śpiewach obrzędowych, nieco uzbieranych nad Nieprem, Bohem, Bugiem, Sanem i górną Wisłą – wszędy tchną miłą smętnością, prostotą pełną przenośni i obrazów starożytnych . Wyznać trzeba, że kiedy lud wiejski, tak dawno usunięty od swobody, mógł jeszcze podobne nucenia zatrzymać, pewnie one w epoce panowania swojego na rajskich dworach i ogrodach, w gajach, na górach i polach uświęconych podczas soborów płci obojej pod okiem kniaziów, księdzów, królów, żerców , klechów i starostów obrzędowych były nierównie znakomitszymi . Niestety, nasza ziemia nie była morzem z trzech stron ubezpieczona, aby mogła pomimo wieki zachować tyleż co Szkocja. Lecz czego nic pomału żałować trzeba, że w Czechach za Karola IV, a w Polszcze w wieku Zygmuntów, przychylnym dla nauk i mowy ojczystej, w wieku nie tak pogorszonej zagrody wieśniaka, nie pomyślano o zbiorze całkowitym pieśni. Do podziwienia, że Jan Kochanowski wiele pięknej prostoty spod strzechy wiejskiej przenosząc do swoich rymów, nie wpadł na myśl podobną; ona tuż za nim stała. Ona by u Zygmunta Augusta otrzymała hojne wsparcie i stałaby się godnym tamtego wieku upominkiem. Oszczędziłoby się nam przez to czasu i pracy tym trudniejszej i nie byłoby przyczyny narzekać na Marcina z Urzędowa kanonika sędomirskiego *(4), Gizelego archimandrytę kijowo-pieczarskiego*(5), na drużynę Lojolego i na niezrachowany pułk jubileuszowy, którzy z żarliwością wielką deptali to wszystko, co jest dzisiaj celem ciekawości naszej. Obok tych win w zachodniej stronie oddajemy pochwałę mimowolną ruskiemu duchowieństwu. Greccy i unijaccy (jak my zwali) popi byli to bracia swojego ludu modlący Boga w sławiańskim języku **(6), wolni od wyniosłości i kłócenia mieszkańców swoimi reformy, mieli więcej pobłażania i łagodności z tej strony. Skutek to okazał, bo ruskie okolice nieporównanie więcej starych podań zachowały i mnie nauczyły. Na Rusi północnej w końcu XVIII wieku zebrano śpiewy i drukiem ogłoszono. Wydawca chwali ich rozległą jednostajność po wszystkich okręgach, lecz wyższość poetyczną przyznaje małorosyjskim, to jest południowej Rusi pieniom. Zgadzam się na to z przekonania własnego, gdy przez Niepr zajrzałem nieco do połtawskiego okręgu. Powiedzieć jednak trzeba prawdę, że w zbiorze tym dwunastoksięgowym nie widać stałego celu. Starano się bardziej o huczne noty lub kalinuszki posępne niźli o rzecz samę; nieznane osoby tym się trudniły, wyboru żadnego nie zrobiono. Względem szląskich, czeskich, morawskich i węgiersko-sławiańskich, nie znając ich jeszcze, nie mogę nic powiedzieć. Czynię jednak starania. W badaniach starożytności naszej przedstawia się jeszcze osobliwsza okoliczność. Kiedy ją tutaj wyrażę, niejeden będzie wątpliwością, a w pogotowiu i śmiechem przejęty. Szczerze wyznaję, że sam długo byłem w niedowierzaniu. W istocie, jak można przystać na to, aby znaki chluby szlacheckiej, ten pomnik urojonych powieści dla naszych rodopisów, to źródło bezdenne panegiryków dla ojców jezuitów, skazane w dzisiejszej oświacie na niepamięć, żeby mówię herby nasze mogły mieć starożytne i pewne znaczenie. Lecz rzućmy na stronę wszelkie uprzedzenia o tych znakach. One temu nie winne, że ich starano się nie rozumieć i umyślnie bajkami przyćmiono. Nasze zbiory heraldyczne są prywatnym autorów usiłowaniem, lecz nie dziełem urzędowym. W ostatnim zbiorze Piotra Małachowskiego wyrażono koło 10 000 rodzin, a wszystkich herbów, uważając z odmianami tamże wyrażonymi, będzie blisko tysiąca. Jakaż to liczba! Czy podobna jednemu człowiekowi ogarnąć i oznaczyć każdego początek i przyczynę niezmyśloną zacności? W tych księgach umieszczano podług wywodów, jakie komu podobało się napisać dla informacji autora lub z kwerendy po aktach urzędowych, które początku starożytnego szlachectwa nie wyrażają i my tak dawnych składów papierowych nie mamy. Patrząc, co Niesiecki sam w protestacji na końcu tomu IV wyraża o tej starożytności szlachty i herbów, o pochodzeniu ich ze krwi cesarzów wschodnich i zachodnich, od królów aragońskich i książąt sycylijskich, od komesów, a nawet od Olimpu i Oceanu prowadzonym – wszystko to nie zasługuje na żadną uwagę. Niemniej, chorobą zadawnioną jest u nas szukać chluby z rzeczy zagranicznych i dlatego nawet rodowody bardzo częste z Brytanii, Danii, Włoch, Francji i innych krajów. W tej cudzoziemszczyźnie nie mógł już być Słup, tylko Kolumna, Kruk ubrał się za Corwina, Niedźwiedź, ten biedny mąż, za poddanie się swoje żonie wyszedł z czasem na Ursyna. Wata obeznał, się ze Starym Testamentem i przywłaszczył Samsona. Biała gęś zasłyszała o sławie kapitolińskiej i podniosła się na Paparonę, a jasny sokół, ten ptak niegdyś znakomity, dawszy tyle chleba sokolniczym, zawsze będąc oznaką dzielnego mołojca, zniżony na ŚIepowrona. Ten pisze, że Baryczka przybył z Panonii do Węgier, potem do Polski; tamten wyraza, iż rybka herbowna Glaubiczów, Przecławskich i Rokosowskich była jeszcze przed narodzeniem Chrystusa. Zorza z księżycem ma gniazdo swoje nad Renem w zamku Monstern, po sławiańsku Leliwą niby zwanym. Boże stado w Kromerze będące *(7), znać przy zagładzie ubrzędu stada byłego u nas, tą koleją przewrócone w Boże zdarz z dykteryjką w pogotowiu, iż samo dobre życzenie królowi idącemu pod Warnę ten herb i szlachectwo przyniosło dla Szwarca . Wiadomy skutek wyprawy. Król poległ i noga żadna nic uszła; pamiętnie uiściło się życzenie! Jakkolwiek bądź stało się, Szwarc dlatego używał herbu, lecz nie pierwszy, bo on umarł bez potomstwa męskiego, a jednak kilkanaście rodzin używa tegoż samego znaku. Wspomniałem o skutku warneńskiej bitwy. Opłakiwała go długo Polska. Rodopisowie nasi w szczęśliwym widoku wszystko uważając, jakby po tryumfie spod Warny idącego Raka z dyplomatem szlachectwa chcieli ukazać . Niesiecki, we Lwowie piszący, nie widział przyczyny, dlaczego dąb we herbie będący od poprzednika dub nazwany. Wśród podobnego odmętu bajek i gwaru zgadzają się jednak wszyscy pisarze nasi, że były herby u nas za czasów pogańskich, że na pamiątkę przyjęcia chrześcijaństwa krzyżyki tylko dodano, a wyliczenie takowych herbów przez bojaźń sumienną opuszczono. Jeden Wacław Potocki 1696 r. ośmielił się powiedzieć, że herb Łada jest zabytkiem bożyszcza Łady; przecież Niesiecki, często go przywodząc, względem tego zdania milczy i podsuwa natomiast swój wywód historyczny od wsi w lubelskim województwie. Z tego uważać można, że jezuitom naszym bałwochwalstwo było lepiej wiadome, gdy tak stronili od niego, bo i Knapski w słowniku swoim wyrazu „ładna”, „ładność” nie położył, a lelek barbaryzmem, czyli nic nie znaczącym pokazał. Mówiąc o herbach, były one jako klejnoty szlacheckie przez wszystkie wieki troskliwie piastowane, lecz przechodząc przez tyle rąk chełpliwych, łżywych i zabobonnych, w odmiennej postaci okazywały się. Nie powinniśmy gardzić żadnym źródłem wiadomości, zwłaszcza krajowych. Doświadczmy, podnieśmy z nich zasłonę, oddzielmy obce za indygenatami przybyłe i późniejsze podług tablicy Czackiego i podług konstytucji; odłączmy na chwilę krzyżyki jako dodatek gorliwości chrześcijańskiej i wszystkie razem okażmy w rysunku. Wówczas postrzeżemy pewny między nimi układ, pewne podobieństwo i oddziały, tu pojedyncze znaki, tam złożone i jakby całkowite. Tu wszystkie światła niebieskie sławione w pieśniach wiejskich i osnowa nauki tak zwanych czarownic; tu zora Leliwa duże szczastływa, zora Lubowna. Tam korab z Lwami i słupem uwieńczonym u jednych, z dodatkiem leliwy i sokoła u Dziekońskich, ten sam zda się, na którym kniaź Mstisław Swiet Wołodimirowicz płynął po jeziorze Ilmenie do pięknej Lubawy. Dziewki z rozpuszczonymi włosami lub zawojką na głowie*(8) nie będąż to same książnice krakowskie i kniahinie ruskie, widziane na weselu i w naszych czasach? Biały koń na czerwonym tle – nie tenże sam, o którym Sakson Gramatyk w oblężeniu Arkony mowi? Herb pana Zadory – lwia głowa buchająca płomieniami i trzy takież głowy nie przypominająż nam Czernoboha widzianego w Wielkiej Syrbii? Skąd w heraldyce naszej tyle zwierząt i ptactwa, nie odrzucając kota, zająca, świń, jeża, kawek i sroki? Jakież miłostki wprowadziły tyle serc strzelistych i tyle łabędzi? A w inszych miejscach, drzewa, kwiaty, zioła, grzyby, węże, ryby i żaba. Możnaż pomyśleć, aby to wszystko miało oznaczać męstwo, rozum, cnotę i zasługi? Były wprawdzie czasy, kiedy umiano te przymioty na owych znakach wyczytywać i my tak szczęśliwemu omamieniu może najwięcej winni zachowanie tych hieroglifów starożytnych. Z Salustym Jezierskim, gdyby on żył kilką wiekami pierwej, zginąłby nieochybnie nasz zodiak szlachecki. Pewnie, iż w starodrzewiu dawano lub przybierano te znaki za jakąś dzielność i usługę, lecz bez stosunku znaków do osób. Czerpano te rysy z jakiejś księgi, która do nas nie doszła lub z natury wielbionej i zwyczajów sławiańskich, nam także nie znanych . Szkoda, że ustal już duch obrończy szlachectwa i nikt nie myśli o dopełnieniu zbioru herbów przyniesionych do dwunastu komisyj wywodowych w zachodniej stronie Państwa Ruskiego. Heraldyka Północnej Rusi, za cesarza Pawła I wydana, nie zaspokoiła w niczym mojej ciekawości; są jednak ślady, że były pieczęci kruszczowe za Igora, daleko wcześniej przed chrześcijaństwem. Znamiona pogańskie nieochybnie przywalone ciężarem troistego krzyża za Władymira I; nie uratowano ich poznańskim sposobem przez unią z krzyżykami. Stąd też wielki kagan jest na równi z apostołami i w liczbie świętych. Nasz Mieczysław za siedem żon po staremu jeszcze nie odpokutował. W następnych wiekach Ruś dosyć ma pieczęci, lecz na nich nic sławiańskiego. Ziemia, panujący i bojarowie stałych i jednostajnych nie używali herbów **(9). Dziewica z rozczesaną po ramionach rusą kosą, z wieńcem rucianym lub barwinkowym na głowie, sławiona w całej Północy i Południu Rusi, nie miała szczęścia zostać znamieniem swoich czcicieli. Czudo dwugłowne, nie znane Słowakom, przyleciało od Grecji po roku 1490 i siadło nad Mostkową rzeką za Iwana Wasylewicza. Uhry znamienne trzy rzeki i sześć lelij przewrócili na insze liczby i postać. Sprawiedliwie powiedział nasz Mikołaj Rej: „Świat ten dziwnie się kołysze w swoich sprawach”. Litwa, przyjmując wiele od Rusi w czci bogów, pismach i mowie urzędowej, jeszcze na pieczęciach Witowda Wielkiego i chorągwiach pod Grunwaldem ukazywała znamię takowe: \__/-|-\__/. Zepsuła go z czasem i wcale zaniechała. Zrcadlo słavneho markrabstvi moravskeho, w Olomaucy 1593, było księgą dla mnie pomocną. Czego w polskiej heraldyce znaleźć nie mogłem, a mocno życzyłem w stosunku do śpiewów wołyńskich, w tym to Zwierciedle zyskałem. Nie znam jeszcze heraldyki czeskiej i uherskiej, rodzin właściwie sławiańskich. Hospodarowie, wojewodowie mołdawscy, władnący brzegami sławnego u nas Dunaju, rządząc krainą starego Bohdanu, używali w dyplomatach hołdowniczych Polszcze pism i mowy sławiańskiej. W kilku aktach w Sybilli puławskiej będących z XV wieku i XVI widać stałe używanie na pieczęci wielkiej turowej głowy między Leliwą. Bojarowie w tym kraju dotąd są w prostocie sławiańskiej i powierzchowności tureckiej. Wszędzie można by coś znaleźć po otrząśnieniu cudzych pyłów i śniedzi. Wiele pochodni w ręku szlacheckich zgasło i to jeszcze pierwej, nim pomyślano o ich uczczeniu. Trzeba przeglądać cerkwie, kościoły, cmentarze lub po archiwach stare oryginały. Niezmierna praca! Lekki dowcip z przestrachu od niej uleci, bo tu krótkości nic folgować nie można. Trzeba długo mozolić się kwoli starym wiekom i naszym obyczajom i nieraz nakoźlić czoła. Zabezpieczmy przypadkowe i dość częste odkrycia z ziemi, te różne małe posągi, obrazki i narzędzia kruszczowe, naczynia, garnki z popiołami. Zliczmy i poznajmy wymiarem dokładnym wszystkie potężne mogiły, które na cześć jednej osobie sypane samotnie wieki przetrwały. Ochrońmy od zniszczenia w podziemnych pieczarach wykute na skale pisma, nam większą częścią nieznane. Zdejmijmy plany z położeń miejsc zaleconych znakomitością starodawną dla objaśnienia starego sta, nie dozwalając żadnemu uroczysku pójść w zapomnienie. Poznajmy wszystkie nazwiska, jakie lud wiejski, czyli jego lekarki w różnych stronach dają przyrodzeniu. Zbierzmy, ile można, śpiewy i herby starożytne, opisujmy celniejsze obrzędy. Wnieśmy to wszystko do jednej księgi, a przekonamy się niewątpliwie i o pochodzeniu naszym z Inąd, czyli Indostanu, i poweźmiem milsze wyobrażenie o naszych przodkach. Złączmy ich naukę V wieku z oświeceniem i wdzięcznością wnuków w XIX wieku już odzywających się. Nie zamierzałem sobie nigdy przed zebraniem wszystkich zapasów wcześnie o tym pisać. Skreśliłem tylko niektóre myśli, wyjęte z czteroletniej mojej wędrówki i pracy kwoli dalszego jej przeznaczenia. Postawiwszy siebie myślą za dziewięciu wałami wieków oddalonych, przed obliczem osiwiałej i poważnej brody naszych przodków nie mogłem już mówić bez pewnej czci dla nich i, jakby w ich imieniu, bez pewnej śmiałości, która wspierając się na rzetelnej prawdzie, ze skutków dotykalnych wywiedzionej, duszy północnej zawsze powinna być znamieniem. (Pisałem w Sieniawie nad Sanem 1818 r. w miesiącu marcu).

Przypisy *

Przypis 1
* Mikołaj Rej z Nagłowic w swych rymach chwaląc panów Czarnych Pawłów z rozumu, cnoty, męstwa i udatnej postawy, które były własnością całej ich rodziny, na dobitkę tych pochwał po staroświecku tak kończy:
„A za ich obyczajmi i za ich sprawami
Mógłby właśnie ich każdy zwać Koniakowkami”.
W godowniczych śpiewach ruskich kowalczyki i kowalenki kują konie panu staroście weselnemu, któremu swanienka czyli swacha daje podkowy złote i srebrne z uchnalami takimiż. Oto i przyczyna, dlaczego u nas tyle herbów napełnionych podkowami. Zawsze one wyrażają dobrego junaka i Niesiecki na wielu miejscach toż samo mówi.
Męstwo, wytrzymałość i zręczność w prowadzeniu wojny długo porównywano u nas z przyrodzeniem wilka. Pamięć tego zachowała się w pieśni o pochodzie na Połowców Igora kniazia siewierskiego. I Niesiecki w Koronie Polskiej [t. I-IV, Lwów 1728-1743] kilka takich przykładów umieścił: „Eleazar albo zwyczajnym na Rusi językiem Olizar (Jelisar) na jedno oko ślepy, atoli wielki wojownik, gdzie żadnej o sobie nie dając wieści, Tatarów napadł i szczęśliwie raził; stąd już ślepy, już głuchy Wołczok zwano go”. T. II, str. 424 i t. III, str. 453. Wilk Mazowiecki, człowiek znaczny. T. III, str. 234. Przodek Ługowskich Wilkiem nazwany, który mężnie wojował pod Leszkiem Czarnym z Litwą i Jaćwieżą i w nagrodę zasług wieś Ługi otrzymał. T. III, str. 184. Jan ze Strzelec herbu Grzymała, arcybiskup gnieźnieński, mąż wielki, poważany od Kazimierza Wielkiego i wykonawca jego ostatniej woli, Suchym Wilkiem był nazwany. T. II, str. 335. „Wilk mu za uchem wyje” – było u nas przysłowie; także: „Biega jakby z wilczą skórą po kolędzie”. Tysiące podobnych przenośni było w naszej mowie, zbogacała się ona znajomością i obrazami przyrodzenia, które służyło za wielką księgę naszym przodkom. My od nich daleko odstrzeliwszy się, wszystkiego zapomnieli i wszystkiego postradali. Dwadzieścia lat należało walczyć naszym, aby odzyskać straconą ojczyznę; nie mniejszych może trudów potrzebować będzie przywrócenie narodowości w mowie naszej. Zgorzkła obca słodycz bez miary używana. Czuć się już daje utęsknienie do prostych i ojczystych pokarmów. Zbierzmy je skrzętnie, a czas, sprawca wszystkiego, może wyda nam nowego Bojana, który do wygładzonej dziś mowy przydając starożytne obrazy i zwroty stanie sie twórcą narodowej oryginalności.

Przypis 2
‚ Miło dla nas byłoby za jednym razem okazać ten tryumf sławiańskiej mowy, gdyby ta rzecz nie zawierała się w ogólnym jej prawidle składania i mnożenia wyrazów. Tak wszystko poszło na niewiadomość, że chcąc jednę rzecz objaśnić, trzeba całą, tak nazwę, machinę poruszyć. Wszelako można przeświadczyć się o tym i ze słownika p. Lindego pod wyrazami: czoło, wiek i człowiek.
W Powieści o Mstisławie I Wołodimirowiczu, sławnym kniaziu ruskim, w nader starożytnym rękopiśmie znajdzionej, widziemy wielkiego posadnika Gostomysła Burywoicza. „Umom swoim on wieki obnimał” – to wyrażenie dosyć jest późne, bo z XII w., lecz razem jak jest wysokie, jak przypomina prawodawców mowy sławiańskiej? Trzeba być obcym, nie należącym do naszego plemienia i być tak pozbawionym wszelkiej wiadomości w tej mierze, aby jak Rulhiere, słabo chwyciwszy się za wyraz cerkiewny rab (oznaczający po sławiańsku i rusku służebnika, a po rosyjsku dziś niewolnika), mógł rozumować, że w tym kraju człowiek i niewolnik jednako nazywa się. Gdyby powiedział, że dzieci: rabiata często mianują się od rodziców, byłoby prawdą i świadectwem, jaka jest przyrodzona zwierzchność rodziców i uległość dla nich dzieci przez ten wyraz bez granic oznaczona .

Przypis 3
* W książce, acz późno pisanej: Aquila Polono-Benedictina… [Kraków 1663, s. 119 nn.] i w miejscowej legendzie: Krzyż Święty na Swiętney górze Swiętokrzyskiey, Łysiec nazwaney… przez X. Marcina Kwiatkiewicza… w Krakowie 1690.

Przypis 4
*Ten człowiek, zostawiwszy pamięć po sobie w napisanym Herbarzu polskim, to jest o przyrodzeniu ziół i drzew rozmaitych… MDVC roku wydanym, obok tego ujmuje w rękę bylice (czarnobyl, artemisia) i tak każe: „Tego obyczaju pogańskiego do tych czasów w Polsce nie chcą opuszczać niewiasty, bo takież to ofiarowanie tego ziela czynią, wieszając, opasując się nim. Święta też tej diablicy (Dianny) święcą, czyniąc sobótki, paląc ognie, krzesząc ognia deskami, aby była prawa świętość diabelska; tamże śpiewają diabelskie pieśni plugawe tańcując, a diabeł też skacze, raduje się, że mu krześcijanie czynią modłę a chwałę, a o miłego Boga nie dbają, albowiem w dzień św. Jana wieśniaków przy chwale miłego Boga żadnego nie będzie, a około sobótki będą wszyscy czynić rozmaite złości” [Kraków 1595, s. 32].
Ten pogrom doścignął swojego celu i odnawia się jeszcze przez bolesne kije u spodu Góry Świętokrzyskiej. Dogorywają już w naszych oczach niewinne sobótki, pełne starożytnej tajemnicy i pełne przyjemności w rymach Jana Kochanowskiego. Ta chęć zacięta na wygnanie gościa sławiańskiego (ognia) i do tego stopnia ścieśniona swoboda utrudzonego kmiotka, że w naszym wieku polerowanym nikogo nie obchodzi, rzecz także dziwna.

Przypis 5
* Ten kapłan wydał w sławiańskim języku Sinopsis ruskiej historii 1679 r. Przytoczmy własne jego słowa, co mówi o „idolech” (bałwanach sławiańskich) na stronie 46: „Tohożdie Kupała (sobótka) boha, ili istinnieje biesa i do siele po niekiim stranam rossyjskim jeszcze pamiat’ dierżytsia, najpacze w nawieczeryi rożdestwa światoho Joanna Krestitiela, sobrawszesia w wieczer junoszy mużeska, diewiczeska i żenska połu, sopletajut siebie wieńcy ot zielja niekojeho i wozłahajut na hławu i opojasujutsia imi, jeszcze że na tom biesowstwiem ihraliszczy kładut i ohń i okrest jeho jemszesia za rucie, nieczestiwo chodiat i skaczut i pieśni pojut, skwiernoho Kupała czasto powtorajuszcze i czerez ohń preskaczujuszcze, samych siebie tomuż biesu Kupału w żertwu prynosiat. I innych diejstw djawolskich mnoho na skwiernych soboryszczach tworat, ich że i pisati nie lepo jest.
Jak nasz Marcin i ten Gizeli w opisaniu jednego obrzędu zgodzili się z sobą – łatwo jest widzieć. Gizeli w dalszej mowie o kolędzie jako starej przynęcie diabelskiej powstaję mocno na tura-szatana, używanego do zabaw kolędnych. Biedny zwierz! Nie dość, że go do szczętu wygubiło nasze niegospodarstwo, trzeba jeszcze, żeby i do piekła był skazany. Taka kolej! Ani myśleć o błogosławieństwie.

Przypis 6
** Na wspomnienie ojczystego języka nie można nie wydać ciężkiego westchnienia, że my Polacy w całym istnieniu (można policzyć dziesięć wieków) nie używaliśmy różnymi czasy własnej mowy, zaledwo dwa wieki, w obliczu zaś Boga i głów uwieńczonych – nigdy. Prawda, że ta wina jest w obłędach całej Europy, lecz Słowaka bynajmniej to nie pociesza. Przebóg, wpadliśmy w morze, które nas przejęło słonością i dech wolny zatamowało.

Przypis 7
* W księdze Henrykowi Walezemu przeznaczonej: De situ et Gente Polona, gdzie wyliczał herby polskie wielkimi głoskami i w nich Boże stado jaśnieje.

Przypis 8
*Ubiór białogłowski na wsi różne ma nazwiska; w Statucie litewskim: sierpanek i namiotka, które między Nieprem i Bugiem dobrze są znane; nad Donem i Sanem: zawojka, zawitie, wieczneje pokrytie. U rodopisów naszych cudownie wyszedł ten ubiór na chrzestną chustkę, chociaż nigdy nie chrzczono nikogo między rogami jelenimi. Starzy chrześcijanie takiej wystawy nie znali. Nazwisko zaś: Nałęcz poszło od szlachcica tego imienia, jak to można widzieć pod tym i wielu innymi herbami.

Przypis 9
**W zbiorze dyplomatów pod napisem: Sobranije gosudarstwiennych gramot i dogoworow, czast’ I, Moskwa 1813, można o tym zupełnie przeświadczyć się. W tym przybieraniu dorywczych znaków zaledwo cztery dają się postrzegać: pieczat’ kniazia Konstantinowa Dmitriewicza 1423 goda, pod nr 41 i 1428 goda, pod nr 44: toże pieczat’ kniazia Dmitria Juriewicza (Szemiaki) 1440, pod nr 59, co dają niektóre podobieństwa przedmiotów sławionych w śpiewach wiejskich. A na pieczęci księcia Możajskiego 1435, pod nr 46, falco supra lapidem, jak w heraldyce morawskiej opisuje się i jak nasze nimfy wiejskie spominają gniazda sokole na wysokich skałach. Czwarta jeszcze pieczęć kniazia galickiego młodszego Dymitra Juriewicza roku 1433, nr 50, zdaje się wyrażać naprzeciw księżyca młodą żonę podług nucenia w Czerwonej Rusi:

Postawlu ja swiczenku
Na protiw misiaczenka,
Czy budu ja tak jasnaja,
Jak misiaczenko jasnyj.
Postawlu ja Swekoronka
Na protiw moho Batenka,
Czy bude tak miłyj.
Jak mij Batenko ridnyj.
Hanyły mini Iude:
Złyj Swekoronko bude,
Ja toho ne sluchata,
Ridnym Batenkom zwała.

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 935 obserwujących.