białczyński

Święte Wzgórze Grzybowskie – Wołanie Słońca

Posted in przyroda, Starosłowiańska Świątynia Światła Świata by bialczynski on 16 Kwiecień 2014

Dolina Grzybowska i Święte Wzgórze Grzybowskie znajdują się opodal Skały Kmity w Zabierzowie. Dno doliny porasta „grzybowy” las a środkiem płynie strumień.  DSC00713

 

Wzgórze ma dwa wierzchołki. Te zdjęcia pochodzą z tego wyższego z widokiem na lotnisko w Balicach.(WYNIESIENIE)

DSC00715

Razem ze Skałą Kmity, Wzgórzem Zabirów, Wzgórzem Demonów, Wzgórzem Kleszczowskim, Wzgórzem i Skałą Nielepicką, Skałą Krzywy Sąd, Złotą Polaną, Wzgórzem Brzoskwińskim i Wzgórzem Burowskim oraz Wzgórzem Rząska-Balice, tworzą one osobny  Krąg Świętych Wzgórz.

DSC00718Wyniesienie – wyjątkowo ponury dzień wiosny

DSC00719Widoczne Słońce – wszystkie zdjęcia bez kompresji [powiększ]

DSC00716

Święte Wzgórza Krakowskiego Oriona, jesienią – na początek wiosny – Słowiańska Msza Święta.


Kilka fantastycznych zdjęć bez kompresji. Koniecznie powiększ!!!

© by Czesław Białczyński

słowianić jesień okładka DSC01039Święte Wzgórze Zabirów (Sabirów – Wzgórze Zabierzowskie)

słowianić okładka jesień DSC01162_1 obr prŚwięte Wzgórze Rząska – modlitewna/medytacyjna Jarzębina o wielu pniach – Filar Kopuły Nieba

jesień DSC01163_1 obr w pr jarzeb rząskaRząska – Święte Owoce Świętego Drzewa (prawdziwa komunia – UKORZENIENIE –  przez spożycie tego co przyrodzone i przez Przyrodę Człowiekowi dane) – [polecam Trywid Ślężański jako zapis duchowy Przyrodzoney Mszy Słowiańskiej]rząska DSC01147Święte Wzgórze Rząska z widokiem na Święty Las Welski i Wzgórze Sowiniec z Kopcem Piłsudskiego

jesień DSC01166_1obr w pr NielepiceŚwięte Wzgórze Nielepickie – najwspanialsza świątynia pod największą kopułą na świecie – Kopułą Nieba (fresk jesienny – freski na ścianach świątyni zmieniają się każdego dnia, każdej niemal godziny wraz ze zmianą światła, nie ma dwóch identycznych)

jesień DSC01165_1obr w pr NielepNielepice – malowidło na ścianie Świątyni Światła Świata

nilepice DSC01156Święte Wzgórze Nielepickie z widokiem na Święte Wzgórze Brzoskwińskie – Łuna Światła w Szczelinie Kopuły Nieba  przy Wołaniu Słońca – jedyne prawdziwe obrzędowe Podniesienie w Magii Przyrodzoney Słowian – tutaj jego początek czyli PRZEMIENIENIE.

kula Brzoskwinia 2013 DSC01081Święte Wzgórze Brzoskwińskie – Kula niczym wschodzący Księżyc (Chors Pełny – Horos – Horus – Łuna – Luna – Una – Anu)

jesien DSC01213_1obr w pr Święte Grzyby BrzoskwiniaŚwięte Wzgórze Brzoskwińskie – Święte Grzyby (somy-haomy)

jesień DSC01219_1 obr w pr MnikówŚwięte Źródło w Dolinie Mnikowskiej opodal Świętej Skały i Wzgórza Mnikowskiego – święta woda komunijna (Biała Krew roślin-Zróstów)

jesien święty buk krzywy sąd DSC01198_1 obr w prŚwięta Skała Krzywy Sąd (Bogini Sądzy) – Święty Buk – Filar Nieba

jesien DSC01200_1 obr w pr od buka na na kolumnę skałeAleksandrowice – Krzywy Sąd – widok od Filara-Buka poprzez Fresk (Bór) na Kolumnę Świątyni – Skałę po przeciwnej stronie Krzywego Sądu

jesień DSC01208_1obr w pr_Krzywy SądWidok na Święty Gaj Krzywosądecki z Krzywego Sądu – Świętej Skały Sądzy w Aleksandrowicach – Rozjaśnienie (PRZEMIENIENIE), początek Podniesienia (WYNIESIENIA)

jesien DSC01195 Kleszczów 1 obr w prŚwięte Wzgórze Burowskie – Starosłowiańska Świątynia Światła Świata w Burowie (pomiędzy Świętymi Wzgórzami Kleszczowskim a Grzybowskim) – Ściana Jesiennego Ognia

jesien DSC01164kleszczów grzybowskieŚwięte Wzgórze Grzybowskie – Filary Świątyni Światła Świata na Świętym Wzgórzu Grzybowskim (sąsiedztwo Burowa i Kleszczowa) – Boskie Owoce UKORZE(NIE)NIA – UKO-ŻENIENIA

jesien DSC01179 kleszczów owoce 1 obr w prWzgórze Grzybowskie, Owoce Komunijne – Boskie Narzędzia Ukorzenienia

jesień DSC01168Święte Wzgórze Kleszczowskie – posadzka Starosłowiańskiej Świątyni Światła Świata w Kleszczowie, jesienią – ostatnia faza Życia Materialnego

Wszystkie opisane Święte Wzgórza są powiązane z Systemem Świętych Kopców i Górą Wawel, Górą Sowiniec i z Lasem Welskim oraz Krakowskim Odwzorowaniem Oriona na Ziemi

Sebastian Miłkowski: Trzebnica – Świątynia Światła Świata

Posted in przyroda, Starosłowiańska Świątynia Światła Świata by bialczynski on 19 Luty 2014

DSC_0539 komprTrzebnica – kumir na polanie

Jest to las na wzgórzach otaczających park wodny i dawny zespół uzdrowiskowy. Tuż obok „polanki” miało się znajdować lecznicze źródło. Obecnie zasila ono w wodę baseny parku wodnego. Polanka jest bardzo ładnie położona na naturalnej wychodni i skierowana na zachód, tak jakby ktoś ją w ten sposób zaprojektował celowo. Po lewej jest wkopany słup przy krzyżujących się w tym miejscu ścieżkach.

DSC_0543 kompr

Na sąsiednie górce jest też droga krzyżowa z 18 – 19 wieku oraz współczesne miejsce z dębami pamięci oficerów zamordowanych przez NKWD.

Niektóre buki wzdłuż ścieżek są bardzo okazałych rozmiarów, takie kolumnowe olbrzymy.

DSC_0537kompr marysia z siostrzyczkąMarysia z siostrzyczką

DSC_0550kompr WyniesienieWyniesienie/Podniesienie Słońca (patrz Trywid Ślężański)

Wydaje mi się że w przeszłości było to jedno z naszych świętych miejsc, przynajmniej takie jest moje osobiste odczucie ze względu na atmosferę którą się tu wyczuwa. Ponadto chyba nie przypadkiem tzw. św. Jadwiga „upodobała” sobie Trzebnicę na miejsce w którym należało ze szczególną gorliwością szerzyć nową religię… .

 DSC_0552 komprLeśne Duchy

Proszę tylko powiedzieć czy mogę przesyłać zdjęcia pełnowymiarowe, czy może lepiej nie zapychać Panu skrzynki i trochę je „odchudzić”?

DSC_0553kompr

Samo zjawisko optyczne zarejestrował tylko aparat, myślałem że to odbicie w lustrze aparatu podczas podniesienia migawki. Może tak właśnie jest. Tylko nie pasuje mi to odbicie drzew do tego co w tle widać…

DSC_0554kompr

Zrobiłem jeszcze kilka na których efekt odbicia stopniowo zanika.

DSC_0555komprPolanka z kumirem widoczna jest za Marysią

Święte źródło (szczawiany bodajże zawiera ta woda) było poniżej polanki w odległości kilkudziesięciu metrów na prawo od niej.

Tagged with:

Przyroda w sztuce: Iwan Szyszkin (Rosja) – Malowanie Sistanu

Posted in przyroda, sztuka by bialczynski on 31 Grudzień 2013

Shishkin_na_severe_dikom1Na Siewierzy

Iwan Iwanowicz Szyszkin, ros. Иван Иванович Шишкин (ur. 25 stycznia 1832 w Jełabudze, zm. 20 marca 1898 w Petersburgu) – rosyjski malarz, pejzażysta, współzałozyciel stowarzyszenia Pieriedwiżników.

ss shishkin_oak_wood_1887Dębowy Święty Gaj

Urodził się w Jełabudze (w dzisiejszym Tatarstanie), w rodzinie kupieckiej. Ukończył gimnazjum w Kazaniu. Jego ojciec po długich wahaniach zgodził się na podjęcie przezeń nauki malarstwa. Przez cztery lata studiował w Moskiewskiej Szkole Malarstwa, Rzeźby i Architektury, a następnie, w latach 1856-1860 w petersburskiej Cesarskiej Akademii Sztuk, którą ukończył z najwyższymi wyróżnieniami i złotym medalem za dwa obrazy pod wspólnym tytułem Widok z wyspy Valaam. Kukko. Akademia umożliwiła mu także w nagrodę kontynuację studiów za granicą.

szyszkin Iwan_Nikolajewitsch_Kramskoj_004Iwan Szyszkin 1873

Przez trzy lata (1862-1865) Szyszkin mieszkał i pracował w Szwajcarii i w Niemczech, a także w Czechach, Francji, Belgii i Holandii. Tam zainteresował się technikami litografii i akwaforty, jego prace wzbudziły wielki podziw publiczności i krytyki w Düsseldorfie w 1865 m.in. za precyzję kreskowania i filigranowy rysunek detali.

sss wind-fallen-trees-1880[kliknij]

Mimo to jego technika malowania pejzaży, skłonność do szczegółowego oddawania wszelkich detali, nie znajdowała poparcia i zrozumienia u malarzy zachodnioeuropejskich, co powiększało jego zniechęcenie i pogłębiało tęsknotę za Rosją. Pod koniec pobytu w Niemczech namalował w 1865 r. Pejzaż pod Düsseldorfem, olejny obraz wystawiony i nagrodzony dwa lata później w Paryżu na Wystawie Światowej. Obraz ten stał się też przepustką dla Szyszkina do członkostwa w petersburskiej Cesarskiej Akademii Sztuk, które przyznano mu po jego powrocie do Rosji w 1865 r.

Shishkin_DozVDubLesu_114Deszcz w dębowym lesie [klik]

Szyszkin w swoich technikach malarskich do perfekcji opanował studium natury, wsławił się doskonałością w malowaniu drzew i lasów, był też wybitnym rysownikiem i grafikiem.

s polna droga RozhPolna droga

Życie osobiste Szyszkina obfitowało w tragedie. Dwukrotnie żonaty, dwukrotnie owdowiał. Przedwcześnie zmarli także jego synowie. Swoich problemów jednak nie przelewał na płótno, jego pejzaże są pełne słońca i życia, co zresztą niektórzy jego przeciwnicy krytykowali, twierdząc, iż jego obrazy są jedynie kolorowymi pocztówkami.

ss russ-spring-nn-shishkin_the_kama_river_near_elabuga_1895Nad Kamą

Sam zmarł w roku 1898 przy sztalugach, rozpoczynając nowy obraz.

Utro_v_sosnovom_lesu

Poranek w sosnowym lesie

(oryg. ros. Утро в сосновом лесу) – obraz Iwana Szyszkina namalowany przy współudziale Konstantina Sawickiego w 1889.

Pejzaże leśne były ulubionym tematem malarstwa Iwana Szyszkina, od młodości zafascynowanego rosyjską przyrodą[1]. Poranek w sosnowym lesie jest kolejną w jego twórczości realizacją tematu lasu sosnowego w świetle słonecznym, któremu malarz poświęcił szereg studiów[1].

Obraz przedstawia las sosnowy oświetlony przez wschodzące słońce. W centralnym punkcie kompozycji znajduje się powalone z korzeniami, złamane drzewo, na którym zgromadziły się cztery niedźwiedzie. Zwierzęta zostały ukazane w różnych pozach: dwa wspięły się na złamany pień, jeden, stanąwszy na tylnych łapach, obserwuje z niego słońce, zaś ostatni siedzi obok powalonego drzewa z półotwartą paszczą. W tle ukazany został las, złożony z drzew o różnej wysokości, oświetlony przez promienie słoneczne przechodzące przez korony drzew. Szyszkin ukazał drzewa z dużą dbałością o oddanie szczegółów ich budowy, starannie oddał również grę świateł w koronach i na pniach sosen. Wygląd lasu został upoetyzowany; artysta nie kryje swojej fascynacji nietkniętą ręką człowieka naturą[2].

Współautorem obrazu był inny malarz, przyjaciel Szyszkina Konstantin Sawicki – to on namalował postacie niedźwiedzi. W związku z tym jego podpis pierwotnie znajdował się na płótnie obok podpisu twórcy większości kompozycji[2]. Jednak Piotr Trietiakow po dokonaniu zakupu obrazu starł podpis Sawickiego; od tej pory w większości opracowań dzieło przypisuje się jedynie Szyszkinowi. Swoje postępowanie kolekcjoner uzasadnił tym, iż pomysł obrazu, jego kompozycja i tematyka były specyficzne dla stylu Szyszkina, co pozwala uznać go za głównego twórcę dzieła[2].

Poranek w sosnowym lesie należy do najbardziej rozpoznawalnych w Rosji obrazów wykonanych przez tamtejszych artystów[3].

ss wind-fallen-trees-1888Drzewa obalone przez wiatr

Iwan Szyszkin w Puszczy Białowieskiej

Iwan Szyszkin malował także Puszczę Białowieską. I to na życzenie samego cara Aleksandra III! Do Białowieży przyjechał 7 maja 1892 roku, w towarzystwie fotografa Eugeniusza P. Wiszniakowa, który na pamiątkę tej wyprawy wydał w 1894 roku w Petersburgu album pt. „Biełowieżskaja puszcza. Nabroski pierom i fotografieju”. Iwan Szyszkin przebywał w Puszczy do końca czerwca. Bardzo często wyprawiał się z paletą do najdzikszych puszczańskich zakątków. Przez miejscowych urzędników był traktowany niezwykle uprzejmie. Ale też bezustanne nadskakiwanie i proponowanie różnych usług z czasem zaczęło malarzowi ciążyć i nużyć go.

sss 1895_Shishkin_Damm_anagoriaBańska Łąka Pajączków Mokoszy

Jakub Minczenkow w swoich „Wspomnieniach o pieredwiżnikach” podaje ciekawy epizod z pobytu Szyszkina w Białowieży. Pewnego dnia, malarz, uwieczniając sosnowy bór, namalował na pierwszym planie usychające drzewo. Zarządca puszczy, oglądając obraz, wpadł w panikę. Długo upraszał Szyszkina, aby usunął z płótna ten kompromitujący, jego zdaniem, detal. Lękał się bowiem, że naczelnicy z Petersburga, po obejrzeniu obrazu, zarzucą mu niegospodarność, skoro dopuścił do tego, aby drzewa w lesie usychały.

sss autumn-forest-1876Jesień

Szyszkin namalował w Puszczy Białowieskiej wiele ciekawych płócien, m.in. „Ścięty dąb”, „W Puszczy Białowieskiej”, „Wiatrował”, „Pasieka”. Na tym ostatnim obrazie utrwalił pasiekę Jana Sawickiego z Bud, którego potomkowie do dzisiaj zajmują się pszczelarstwem.

sss gathering-storm-1884Burza

Puszczańska przyroda wywarła na artyście ogromne wrażenie. Jej motywy pojawiały się w następnych pracach Szyszkina, powstających już poza Białowieżą. Białowieskie prace artysty były eksponowane w 1893 roku na wystawie w Petersburgu, gdzie spotkały się z uznaniem zwiedzających. (oprac. Piotr Bajko)

ss lato-szyszkin-reprodukcja-iwan-niwa-polesieLato na Polesiu

ss shishkin_brook_in_birch_forest_1883Potok w Brzozowym Lesie
 sss  ivan-shishkin-a-promenade-in-the-woods-no-date-1860s-e1276991822388Kamienny krąg

sss a_herd_of_sheep_in_the_forestStado (grafika)

sss Dub_ShishkinDąb

sss herd-under-the-trees-1864Zaloty pod dębem

sss Ivan Shishkin - Swamp - Marshy WoodlandsBagno

sss Ivan Shishkin - The First SnowPierwszy śnieg

MAC_0910_ 290Wyspa

sss Ivan Shishkin - View on the Outskirts of St. PetersburgPod Petersburgiem

sss Ivan Shishkin - WinterZima

sss Ivan Shishkin - Wood in the EveningZachód w lesie

sss mountain-path-crimea-1879Górska ścieżka na Krymie

sss noon-in-the-neighbourhood-of-moscow-1869Południe

¶O Potok

sss view-of-valaam-island-1858Rajski zakątek

Tagged with: , ,

Lukrecjowa Lanckorona latem, z Wołaniem Słońca na Górze Zobrach

Posted in Polska, przyroda, Starosłowiańska Świątynia Światła Świata, Wiara Przyrody by bialczynski on 25 Grudzień 2013

DSC00715 kompr lancZwykle z okazji Święta Światła Świata, Kraczuna, Zimowych Dzikich Łowów na  BodRAKa- Bedrika/Jasną Bożą Krówkę Słoneczną, która będzie górować w Święto Kresu – 26 czerwca gdy Słońce wejdzie w znak RAka, przedstawiałem lukierkowe malarstwo, coś bardzo kolorowego i łagodnego oraz uładzonego, pięknego, spod znaku sztuki.

DSC00724lanc komprTym razem pokażę wam Lukrecjową Lanckoronę, miejsce z którym jestem związany od dzieciństwa, od 6 roku życia.

DSC00722lanc komprDawniej bywałem tutaj regularnie na wszystkich wakacjach i feriach zimowych, a więc przez 3 miesiące w roku, teraz bywam przez kilka dni zaledwie, ale nadal niesłychanie często.

DSC00716 lanc komprUdało mi się tego lata zrobić wyjątkowo piękne zdjęcia, jednakże z żalem musiałem je skompresować żeby się jako tako ładował ten nasz blog na wasze komputery.

DSC00717 lanc komprMoże jednak przynajmniej tym sposobem udało mi się część tego piękna  przenieść dzisiaj do waszych domów.   

DSC00721lanc komprTak fantastycznie wygląda nasza ziemia ojczysta, nasza Polska, ten jej fragment, który leży w Górach Harów, w Harpątach-Karpatach, w tym ich fragmenccie który nazywamy Górami Biesów (Beskidami – Bieskim  Dewanem/Dawanem/Dywanem – Górami Dziwych Biesów/Biesów-Dziewych).

DSC00718lanc komprCiągnie się ona jednak ta nasza Polska/Słowiańszczyzna, od Widjuszu-Indusu i Gęgawy-Gangesu, przez Koszmir-Kaszmir, Dach Świata z Karą Koroną – Karakorum, od Kończudzi-Kamczatki, przez Siewierz-Syberię, od Gór Panów – Uralu po Panonię (Bołotonie-Balaton) i Dunaj, aż nad Morze Sporów- Morze Środka (Śródziemne), i po rzekę Lech oraz Jezioro Body – Bodeńskie, zwane dawniej Wenedzkim, poprzez Bałkany i Morze Ciemne (Czarne) po Kaukaz i Alby – Alpy (Góry Białych i Czarnych Kauków-Alków-Albów).

DSC00720lanc komprGdzie nie popatrzycie jest taka piękna właśnie jak tu na tych zdjęciach. Kto nie wierzy niechaj bierzy na Czarny Pas po prawej, do działu Przyroda Królestwa SIS, i tam sobie do woli poszpera.

DSC00719lanc kompr

Cuda, cuda obwieszczają i objawiają się tamże na Czarnym Pasie cuda, cuda przyrodzone, cuda nie wymyślone ani zmyślone, Cuda Przyrody, najzwyczajniejsze w świecie w tym naszym Kaganacie SIS, który się ciągnie przez pół świata.

DSC00723lanc kompr Zobaczcie też na zbliżeniach jaką niesamowitą energią było naładowane powietrze tego lata. Światło po prostu rozrywa te zdjęcia, przynajmniej sześć z nich będzie bez kompresji, byście mogli je sobie rzucić na pełny ekran i dotknąć głębi tej energii bijącej z Kosmosu, przefiltrowanej przez Płaszcz Naszej Matki Ziemi i Pani Siedliska/Przyrody, na pożytek wszystkiego co Żywe na naszej planecie.

DSC00788lanc komprKawiarenka – tak się tu odpoczywa

Wierzajcie mi, że to tylko skromniusieńka część olbrzymiego dziedzictwa, które w tej małej wioseczce podkrakowskiej przetrwało do dzisiaj mimo zniszczeń jakie zobaczycie na zdjęciach, zniszczeń dokonanych przez PRL.

DSC00789lanc komprWęsiorki u sufitu, czyli trójkątne chorągiewki – staniczki (staniczki – małe stanice, święte chorągwie, słowo stanik stąd pochodzi – trójkątne kawałki materiału na piersi). Buddyjskie chorągiewki trójkątne to to samo co prasłowiańskie (scytyjskie, stepowe, tatarskie, mongolskie, syberyjskie) węsiory – proszalne wstęgi, które mają na sobie tylko barwę odpowiedniego boskiego tynu, nie mają zaś żadnych zapisów.

lanckorona2 Proszalne wstążki z zapisem, które wiesza się na drzewach świętych – to Bajorki (Baja – zapis na Materii Świata). [foto Kira Białczyńska: http://prosterzeczy.pl/2013/10/12/bajkowa-lanckorona/]

Jest to też tylko marny wycinek tej wsi polskiej, tego słowiańskiego cudu, jaki ująłem obiektywem będąc osobą zbyt obytą z tutejszym pejzażem by eksponować banały takie jak kościół, kapliczki, skanseny, galerie sztuki i rękodzieła czy tym podobne miejsca, które na was tutaj czekają.

DSC00724lanc kompr

Dodam też , że to tutaj jako dziecko patrzyłem ze zdziwieniem na gmach Straży Pożarnej z drewniana wieżą zwieńczoną KOGUTEM Słowiańskim i zastanawiałem się po raz pierwszy w życiu, co też ten kogut może u nas Słowian w opowieściach znaczyć, skoro jest taki ważny, żeby go tam umieścić. Kur Ognisty na wieżycy Wojów Ognia. Znak/Ptak Swaroga.

DSC00726lanc kompr2 Znajdź wiele – x – kotów. Ile ich jest? Znajdź kury i świnki i trzy łepetynki.

Niestety drewniana wieża nie przetrwała socjalizmu polskiego, jak i wiele tutejszych przedwojennych pensjonatów z basenami i bajecznymi arkadami.  Z wielu z nich jako tako zachowały się pensjonaty Lorenców (Zamek, Zbyszko) i Willa Bajka – GĄSIORÓWKA, jak zobaczycie NA ZDJĘCIACH, to totalna ruina, innych, jak Pod Różą, czy Domek Pod Blachą nie ma już w tym kształcie w jakim były kiedyś, albo też nie ma ich w ogóle.  Szkoda, ale ważne, że wróciło tu życie i normalność.

DSC00727lanc komprSztuczny kot pojedynczy, przydrożny oraz irysy/kosaćce – kwiaty Przepląta.

DSC00728lanc komprZnajdź pszczołę

DSC00730lanc kompr

DSC00729lanc kompr

DSC00731lanc kompr

DSC00732lanc kompr

DSC00734lanc kompr

DSC00737lanc kompr

DSC00736lanc kompr koty 2Znajdź trzy koty

DSC00739lanc kompr

DSC00740lanc bez kompr

Widok na Beskid Myślenicki (koniecznie powiększ) bez kompresji

DSC00741lanc bez kompr widok beskid myślenicki

(kliknij) – (koniecznie powiększ) bez kompresji

DSC00742lanc kompr

DSC00744lanc kompr bajka i kot

Kot z widokiem na willę Bajka

DSC00746lanc kompr

Ogrody

DSC00747lanc komprBiały Czarny Bez – 2 czerwca 2013

DSC00748lanc komprZnajdź psa

DSC00749lanc kompr gąsiorówkaZrujnowana Gąsiorówka

DSC00750lanc komprNasz pokoik z balkonem na Beskid Myślenicki w Willi Zamek Lorenca

DSC00751 lanc bez komprWidok z pokoiku na spieniony ogród i Beskid Myślenicki (kliknij) – (koniecznie powiększ) bez kompresjiDSC00752lanc kompr zamek lorenca

Wejście do „Zamku”DSC00753lanc święte drzewo przy gąsior i zamek i bajkaŚwięta akacja nasycona słońcem – skrzyżowanie między willami Zamkiem, Gąsiorówką i Bajką a drogą do Źródeł w lesie (niestety nie da się z nich pić tak jak dawniej)

DSC00754lanc kompr

DSC00755lanc kompr

DSC00756lanc komprŚwięty grochodrzew (akacja) – dwadzieścia pni

DSC00757lanc kompr

DSC00758lanc kompr

DSC00759lanc kompr grochodrzewOdchodzimy w stronę Bajki i Góry Zobrach (Lanckorońskiej, Zamkowej)

DSC00760lanc bez komprOd Gąsiorówki na Beskid Myślenicki (koniecznie powiększ) bez kompresjiDSC00761lanc kompr

DSC00764lanc komprZamek Konfederatów Barskich na Górze Zobrach – Niebo eksploduje energiąDSC00765lanc komprTo co z niego zostało po PRLu, pamiętam dwie wieże, dzisiaj nie ma żadnej, pamiętam kolorowe traszki w fosie zamkowej z nenufarami – dzisiaj jest tylko błocko i murecek – wejście wzbronione.DSC00766lanc kompr

DSC00767lanc bnez kompr beskid żywiecki kalwaria wadowiceOd Zamku widok na Beskid Żywiecki (Kalwaria, Wadowice) – koniecznie kliknij i zobaczysz święty klasztor na Świętej  Górze Bugaj, gdzie często się modlę do moich pogańskich bogów – bo Góra Bugaj jest Górą Naszego Boga Gajów – Bugaja-BelbukaDSC00768lanc kompr

DSC00769lanc komprKliknij, jeszcze jedna szansa na Górę Bugaj. Gdzieś tam za nią na Świnnej Porębie postawimy nasz Ośrodek Myśli Słowiańskiej – ten krakowski – nad Jeziorem w Świnnej –  KOSMOS (Krakowski Ośrodek Słowiańskiej Myśli Obrzędowości i Świadomości)

DSC00771lanc bez kompr

DSC00772lanc kompr   DSC00775lanc kompr wołWołanie Słońca (Anna)

DSC00778lanc bez komprOstro „wołamy Słońce”

DSC00779lanc komprTyle zostało z Willi Pod Różą – dziura po przedwojennym basenie

DSC00780lanc komprWołanie Słońca

DSC00773lanc wołanie bez kompr(koniecznie powiększ) bez kompresji – eksplozja energii

DSC00774lanc woł bez kompr(koniecznie powiększ) bez kompresji

DSC00776lanc woł bez kompr(koniecznie powiększ) bez kompresji

DSC00781lanc kompr

DSC00782lanc komprPod Świętą Lipą – pamiętam olbrzymią lipę na ulicy Jagiellońskiej – niestety nie istnieje, ratowała mnie babcia jej kwiatami od przeziębienia. Latem żerowały na niej tysiące pszczół. Miód lipowy był super. Kiedy tutaj przyjeżdżałem jako dziecko chłopi orali jeszcze wołami. Po sąsiedzku był dom, w którym byk zabił gospodarza przygwoździwszy go do bramy rogami. Tutaj pasałem z chłopakami krowy, zapaliłem pierwszego papierosa. Tutaj jako dziecko biegałem po ogniu, z moimi rodzicami, chłopakami i ich rodzicami, chłopami lanckorońskimi. Ich ojciec był tu kowalem, a stryj znachorem.   DSC00783lanc bez kompr wołanieWidok od Kościoła na Beskid Myślenicki (koniecznie powiększ) bez kompresjiDSC00784lanc komprTutaj stał piękny dom który się całkowicie zawalił, poskładał go właściciel Belmebu, pan Pająk, pozbierał zabytkowe sprzęty drewniane z okolicy i zrobił sobie z niego wypoczynkowy pokój w biurach firmy – to doskonała reklama dla firmy meblowej i rzadki przykład zupełnie prywatnej inicjatywy ratowania dziedzictwa.  Tacy żyją tutaj ludzie. Tylko trzeba im dać szansę to uratować. 30% przedwojennej Lanckorony niestety już nie istnieje, i to tej najpiękniejszej.DSC00785lanc kompr

RynekDSC00786lanc kompr

Rynek DSC00787lanc kompr

I jeszcze, zapraszam na drugą porcję lodów i domowe ciasto. Psy mile widziane.

lanckorona1foto Kira Białczyńska [http://prosterzeczy.pl/2013/10/12/bajkowa-lanckorona/]

Z wyjątkiem zdjęć podpisanych inaczej, foto całości CB

Ślęża – uderzenie mocy 11. 11. 2012 roku, godzina 11.11 – 12.07 (12.11 – 13.07)


DSC00392 bez komprWołanie słońca nad Ślężą

Wielokrotnie dotychczas pisałem, że nie rozumiem wielkiego znaczenia jakie moja żona przez całe nasze wspólne życie od roku 1972, kiedy związaliśmy się swadźbą,  wiąże z godziną 13.07/1.07 czasu środkowoeuropejskiego. Zdarzenia z roku 2012 po części odpowiadają być może na owo wyróżnienie godziny.

DSC00392 bez kompr

Nasza przygoda ze Ślężą zaczyna się od wizyty pod Wierzycą/Wieżycą i na Wierzycy w roku 2009 na wiosnę, podczas Święta i Wielkiej Bitwy Niebieskiej, 21 marca.

DSC00391bez kompr Braliśmy wtedy udział w uroczystych, publicznych obchodach święta Nowego Słowiańskiego Roku, zorganizowanych przez Słowiańską Wiarę. Odbyło się moje spotkanie z grupą około 250 młodych ludzi zaangażowanych w odnowę Wiary Przyrodzoney Słowian, zorganizowanych w Zachodniosłowiańskim Związku Wyznaniowym .

DSC00394kompr

Po wieczornych uroczystościach i spotkaniu na wspólnej biesiadzie, rankiem następnego dnia obeszliśmy miejsca, w których te wspaniałe rzeczy się działy. Byłem niesłychanie wzruszony poprzedniego wieczora, tak bardzo , że kiedy poproszono mnie o wygłoszenie na koniec obrzędu mowy, głos uwiązł mi w gardle [czytaj: Święte Słowiańskie Dęby -moje pogańskie credo”].

DSC00395kompr

Nie wiem czy uczestniczący wtedy w tym obrzędzie młodzi ludzie mieli świadomość tego co się dzieje wokół nich, i co się dzieje ze mną? Zapewne nie. Przeżyłem tego wieczora prawdziwy wstrząs.

DSC00396kompr

Noc, ogień, siła kręgu ludzkiego, uroczyste szaty żerców i innych uczestników obrzędu wiosennego, pochodnie, intonacje i deklamacje mowy uroczystej dziadów, zawołania i chóry odzewów, bębny, żertwy z topieniem Marzanny, Księżyc w pełni, przeczyste Niebo, które odsłoniło się z kłębiastych białych chmur, w chwili spełniania ofiary. Wreszcie przelot, w absolutnej ciszy, pędzącej gwiazdy (stacji kosmicznej Skylab) połączyły się we mnie z zupełnie nieuświadomionym do tamtego momentu wspomnieniem z czasów poprzedniego wcielenia, poprzedniej inkarnacji.

DSC00405kompr

Obraz  z zaprzeszłości, jaki się we mnie odtworzył i połączył z bieżącym wydarzeniem, był obrazem rzeczywistości, w której ja sam, bardzo dawno temu, jako żerca prowadzę ten obrzęd w tym samym miejscu przestrzeni, ale w zupełnie innym czasie. Nie przypuszczałem, że dożyję tak wspaniałej, cudownej, niesłychanej chwili, że wezmę udział w obrzędzie publicznym, po tysiącleciach, w tym samym pięknym miejscu,  w tak licznej grupie młodych ludzi.

DSC00401komprPowiedziałem  wtedy, że były chwile, kiedy czuliśmy się z żoną i najbliższą rodziną niesłychanie samotnie z naszą wiarą w przeszłości, zwłaszcza w latach 70-tych XX wieku, i nie wyobrażałem sobie że dojdzie do takiego jej rozkwitu jaki obserwujemy w Polsce obecnie. To było w 2009 roku. Teraz po 4 latach muszę powiedzieć, że to rozkwitające na nowo Drzewo Słowiaństwa i Wiary Przyrody objęło już swymi mocnymi konarami tysiące ludzi, tysiące Polaków, dziesiątki tysięcy Słowian  na świecie i w naszym kraju. DSC00404kompr

Zatem po tej nocy z wieczornym spotkaniem i rozmowami do późna, z kolacją i zabawą, z opowieściami, następnego ranka o świcie ruszyliśmy szlakiem wczorajszych wydarzeń, na polanę, do wąwozu gdzie wrzucona leżała wciąż jeszcze kukła Marzanny oraz poszliśmy na Wierzycę. Mieliśmy zamiar dotrzeć wtedy do Ślęży, ale nie doszliśmy. Trzeba było wracać, musieliśmy się znaleźć tego samego dnia w Krakowie i to w miarę wcześnie. Byliśmy więc wtedy w masywie Ślęży, ale nie na samej Ślęży. Wcześniej nie byłem tutaj nigdy w życiu, mimo że jako 17 letni chłopak spędziłem dwa tygodnie nie tak daleko, w Szklarskiej Porębie, a jedna z wycieczek, których zrobiliśmy wtedy kilka, sięgnęła o dwa kroki od Ślęży, w Góry Sowie.

DSC00402kompr

Ślęża musiała więc poczekać na nas, a raczej my na nią,  do czerwca 2012 roku, kiedy zatrzymaliśmy się w Sulistrowicach i odbyliśmy pierwsze ważne spotkanie, uruchamiające w nas jako współdziałającej grupie, nasze własne moce/energie/bogów, które poświęcaliśmy intencjonalnie dla urzeczywistniania Wielkiej Zmiany.

Podczas owego naszego pobytu na Ślęży w tamtym czasie, doszło do wielkiego przepływu energii i do „uruchomienia przestrzeni świadomej” wokół nas, doszło do otwarcia kanałów Świadomości Nieskończonej, dzięki którym nasza własna aktywność została włączona w główny nurt Przemiany i stała się częścią Wielkiej Zmiany, jednym ze strumieni, otwierających Nową Rzeczywistość, Rzeczywistość Czystą , Czas Złotego Wieku, Czas po Wielkiej Zmianie.

DSC00403kompr

Kiedy opuszczaliśmy w czerwcu Ślężę i naszych przyjaciół byliśmy pewni, że znajdziemy się tutaj niedługo ponownie. Nie było żadnego planu. Byliśmy jednak tak mocno naładowani energią Ślęży, że kiedy przejeżdżaliśmy samochodem przez Sobótkę, Anna zmieniała staje radiowe w samochodzie zbliżając tylko palec do klawiatury i nie dotykając jej. Była fizycznie naładowana taką porcją cząstek elektromagnetycznych, że przepływ koherentnej energii powodował fizyczną reakcję odbiornika radiowego i przesuwanie fali na antenie odbiorczej o kolejne setne megaherca. Stacje zmieniały się w odbiorniku jak w kalejdoskopie, po przysunięciu palca do klawisza.

DSC00406kompr

Moja żona jest czułym odbiorcą fal elektromagnetycznych. Gdy wzrastają w niej emocje potrafi spowodować niezłe kłopoty z elektroniką komputera, komórki, żarówkami elektrycznymi i innymi urządzeniami. Nie czas tutaj i nie miejsce na opowiadanie o tym ile uroczystości odbyło się z „poślizgiem” i „awariami”, ile pokazów odbyło się z kłopotami na skutek zakłócenia przez nią elektroniki komputerów i odtwarzaczy, czy nagłośnienia. Tak namacalnych dowodów działania owej energii, w sposób bezpośrednio materialny, do tamtego czasu jednak nie mieliśmy. Skutki energetyczne uruchomienia energii na Ślęży czuliśmy poprzez długie miesiące, praktycznie aż do spotkania w połowie września, kiedy to zneutralizowaliśmy je wejściem na Radunię i podaniem się jej odwrotnie skierowanym siłom, „żeńskim mocom”, czyli energii rozpraszającej, łagodnej, energii wyciszającej umysł, medytacyjnej.

DSC00400kompr

Pisałem tutaj, znajdziecie to w dokumentacji blogu z odpowiednią datą, że energia jaką odczuliśmy wtedy na Ślęży była zupełnie niesłychana. Teraz wiecie jak się ona zamanifestowała fizycznie. Poza tym była przez cały czas rejestrowana przez czułe elektromagnetyczne urządzenie jakim jest komórka telefoniczna i jej małe pamięci elektroniczne np. aparatu fotograficznego. Aparat zaczął od tego momentu rejestrować w miejscach objętych elektromagnetycznymi anomaliami mocy  zdjęcia „obrócone”, o dwa, trzy obroty, w osi pionowej. Nie raz pisałem o tym i dokumentowałem to w poszczególnych materiałach poświęconych spotkaniom z bogami.  Efekty materialne tamtego Wielkiego Czerwcowego Spotkania z Bogami i przełomu czerwcowego, przez jaki przeszła cała Ziemia (Wielkiej Zmiany) oraz  uruchomienia świadomej mocy na Ślęży, możecie obserwować na bieżąco i obserwujecie je. Zamanifestowały się one spontanicznie niemal natychmiast w postaci naszego kolejnego wrześniowego, dużego już spotkania grupy około 200 osób pod Ślężą. Zamanifestowały się następnie ,przez  uruchomienie tłumaczenia na angielski ważnych materiałów z naszej strony WWW, w listopadzie 2012 roku, w postaci uruchomienia wydawnictwa Slovianskie Slovo i wydania ważnych książek w marcu-maju 2013 , uruchomienia kwartalnika „Słowianić” w czerwcu 2013. Będziecie obserwować coraz więcej takich przedsięwzięć. Zachęcam wszystkich do włączenia się czynnie w dalsze działania, w rozwój kolejnych poważnych inicjatyw takich jak na przykład Barkowo, czy gdzie indziej.

DSC00398kompr

We wrześniu także poznaliśmy nowego Świętowita „Słoweńskiego” i Nowe Ryty z nim związane, we wrześniu Joanna Maciejowska zaprezentowała obraz ze Świętowitem Po Wielkiej Zmianie, wreszcie we wrześniu dokonaliśmy wielkiej inicjacji kolejnej fali energii  jednocześnie emanowanej z dwóch szczytów. W południe 0 12. 00, z dwóch dużych grup obecnych jednocześnie na Ślęży i na Raduni, dokonaliśmy emanacji energii zjednoczonej męsko-żeńskiej i żeńsko-męskiej (obu płci zjednoczonych i obu zjednoczonych gór).

DSC00399kompr

Tym sposobem dochodzimy do naszej obecności na Ślęży w 2012 roku, 11 listopada. Był to wyjazd prawie zupełnie prywatny, zorganizowanym w małej grupie. Jednak spotkaliśmy tam pod Ślężą  masę osób, w ośrodku u pani Małgosi na Tąpadłach, między innymi Livię, oraz uczestników nocnej wyprawy na Ślężę i spotkania na Wierzycy/Wieżycy. 

Jak wspomniałem my szukaliśmy tam wtedy czego innego w wąskim gronie, i  podjęliśmy akcję innego rodzaju w związku z faktami umiejscawiającymi właśnie w tym czasie Przesilenie Zmiany i to na Ślęży. Było to powiązane także ze wskazówkami, które pojawiły się jako prekognity w powieści napisanej przeze mnie rok wcześniej, skończonej we wrześniu 2011 roku –  „Nowe przygody Baltazara Gąbki i jego kompanii – Na tropie Czarnej Dziury”.

DSC00397kompr

Tak, w listopadzie 2012 roku na Ślęży szukaliśmy i znaleźliśmy „Kwiat Paproci”, którego scenę znalezienia opisałem w 2011 w tejże powieści dla dzieci.  Ten kwiat znaleźliśmy fizycznie ale i duchowo, choć pełnowymiarową świadomość na czym polega jego duchowy zasięg, głębia i obszar oddziaływania, zdobywaliśmy i odkrywaliśmy stopniowo w ciągu pierwszej połowy 2013 roku.

W chwili gdy się to wydarzenie zaczęło była godzina 11.11. – a gdy się zakończyło była 12.07 czasu listopadowego. W trakcie owego kontaktu/pracy/połączenia z bogami/energiami/ żywiołami na kamiennym Niedźwiedziu pod Świętym Jaworem Ślężańskim wylądowała Boża Krówka. Biedronka odleciała o 12.12. To zwierzątko, ten żuczek, jest symbolicznym wcieleniem Bogini Śwątlnicy, 89 Bogini, jest boską emanacją w świecie zwierzęcym Odradzającego się Światła RA, rodzącego się ponownie Światła Świata.

DSC00407komprPrzy świętym źródle

Zdaję sobie oczywiście sprawę, że dla tzw. „racjonalistów”, czy też dla milionowych rzesz tzw. ateistów, którzy są zdeklarowanymi materialistami, moje wyznania prezentowane tutaj brzmią dwuznacznie. Nie chcę używać określenia, że „niewiarygodnie”, „śmiesznie” bądź, że prezentują się jako „urojenia” osoby delikatnie mówiąc „niezrównoważonej”.

DSC00416komprOłtarz przy świętym Źródle

Tym wszystkim niedowiarkom, ludziom przyziemnym, którzy przez swoją ślepotę i zamknięcie na moc Świadomości Nieskończonej marnują życie  współczuję, ale też pozostaję w nadziei, że oni się przebudzą i przejrzą na oczy.

Myślę, że jak mawia Barbara Walczak, jest to możliwe i oni się zmienią, doszlusują do nas Wolnych Ludzi, wyzwoliwszy się z okowów swojego wąskiego spojrzenia na RzeczyIstność. Cieszyłbym się bardzo z tego, bo szkoda każdej świadomej istoty, która pozostaje w materialistycznym bagnie ułudy Mayi, pozornego Świata Matrixu.

Pragnę nieśmiało zwrócić uwagę tymże kategoriom wymienionych tutaj osób, że mogą one zweryfikować swój pogląd w obrębie wyznawanego przez siebie materializmu, gdyż mogą przecież obserwować  materialne, wymierne realizacje naszego wewnętrznego „pragnienia”, które było tylko pragnieniem niematerialnym, nie popartym żadnymi możliwościami realizacyjnymi w wymiarze fizycznym

Były to tylko chęci aby to wszystko co się w ciągu jednego roku wydarzyło, wydarzyło się w rzeczywistości. Było tam, zapewniam was, na początku także mnóstwo innych, małych pragnień, o których się tutaj nie rozpisujemy, a które również się wydarzyły, zmaterializowały, zrealizowały.

DSC00417komprZobacz kadzidła na zdjęciu powyżej, dowód odbycia obrzędu i posłania do nieba próśb/podziękowań,  za spotkanie przy Niedźwiedziu i Jaworze

Piszemy o tym naszym pobycie zeszłorocznym na Ślęży i o wydarzeniach z nim związanych właśnie dzisiaj w Przesilenie Zimowe, w Narodziny Światła RA, nie bez przyczyny. Piszemy o tym dlatego, żeby uświadomić wszystkim jak wiele się zmieniło w ciągu tego jednego roku i jak wiele może Świadomość Grupy. Dokładnie o godzinie 11.11 dnia 11.11. 2012 roku przy Niedźwiedziu, Anna otrzymała tak potężną dawkę energii, że straciła dech i niemalże „doznała zawału”. To było jak uderzenie pioruna, który powalił ją przy jaworze na trawę. Ale pioruna żadnego nie było, a ludzie snujący się leniwie po szczycie góry, obok nas, zachowywali się jak gdyby nigdy nic. Udar, gorąco, mrowiące odczucie energii płynącej od stóp do głowy  i wprowadzającej całe ciało w zdrętwienie. Siedziała ładny kawałek czasu dochodząc do siebie.

Zjawisko objęło nas wszystkich tam obecnych (była także Barbara i Janusz), chociaż każdy przeszedł je na swój niepowtarzalny i osobny sposób. Jeśli była to halucynacja, jak pewnie stwierdzą Lemingi i materialiści, to halucynacja zbiorowa, niezaplanowana, i nieuzgodniona.

Barbara z Januszem znajdowali się wtedy w pobliżu, ale nie z nami, byli w podziemiach kościoła obok.

Ta niezwykła energia zamanifestowała się w nas wszystkich i po prostu „rozsadzała” nas wszystkich.

Rzecz zaczęła się, powtarzam, dokładnie o 11.11 a zakończyła o godzinie 12.07. 12.07 w listopadzie w Polsce, to jest godzina  13.07 nieprzesuniętego czasu europejskiego.  Dokładnie wtedy doszło do tego kontaktu, który dokładnie tyle trwał –  do 13.07 czasu Greenwich.

DSC00418komprPo długiej chwili, kiedy Anna dochodziła do siebie, a ja krążyłem pod jaworem fotografując biedronkę, i oczekiwaliśmy na Janusza i Barbarę, bo nie wiedzieliśmy gdzie jest źródło, a tam chcieliśmy odbyć obrzędy, ruszyliśmy do źródła sami, bo po prostu coś zaczęło nas tam pędzić.

Kiedy tam dotarliśmy, trochę błądząc nasi towarzysze odnaleźli nas pod skałą Paprotnika. Janusz poprowadził nas prosto do źródła. O 12.o1 byliśmy na miejscu, o 12.03 rozpaliliśmy światła i kadzidła i ukopaliśmy paproć, o 12.05 napoiliśmy się wody ze źródła i rozpoczęliśmy medytację, a o 12.06 chmury się rozstąpiły i wyszło słońce Słońce dosłownie przebiło się z niesłuchaną siłą przez mgły, które otaczały górę od rana tego dnia. O tej godzinie wyszło zza litej zasłony i wywalczyło sobie niewielką dziurę w kłębach białych i burych chmur.

Rozejrzałem się wtedy i dopiero w tym momencie zrozumiałem co się dzieje i gdzie jestem.

Zobaczyłem, że to jest dokładnie to miejsce, które widziałem pisząc książkę. Pisząc nie miałem pojęcia dlaczego podczas gdy poszukiwania profesora Gąbki toczyły się w Dolinie Rospudy, nagle Kompania przeniosła się w czarodziejski sposób do górskiego lasu i szła strumieniem pod górę, aż wyszła na polanę ze źródłem zlokalizowanym pod skalną ścianą obrośniętą paprociami.

Nie wiedziałem też dlaczego uczyniłem Raka-Nieboraka królem Boru, przecież to nielogiczne, bo rak to zwierzak wodny a nie leśny. W tym momencie zrozumiałem wszystko; Nie-Bor-RA-k (Pan Nieba, Pan Boru, Pan Światła, Bo(d)RAk – Bedrik, Biedronka, Boża Krówka, Światło RA w jednej osobie, osobie Raka), a do tego znak Raka i przejście w Raka dokonuje się dokładnie w noc ŚwiętoRAjańską między 20 a 26 czerwca.

Do tego Rak reprezentuje przesilenie letnie. Jest znakiem trygonu wodnego i domem Księżyca. W astrologii był znakiem będącym pod wpływem Księżyca i kojarzono go z podświadomością, jasnowidzeniem i płodnością. Odpowiadał macierzyństwu.   Jako zwierz chodzący do tyłu spowalniał ruch słońca, czyli powodował symbolicznie ubywanie dnia.

Jego znak, czerta – to położone poziomo: 6 i 9. Cyfry, które maja symbolizować szczypce a są jednocześnie czertami życia i śmierci. Słońce świeciło w pełni, całkowitym blaskiem przez 1 minutę i o 12.07 znów zrobiło się przy źródle ciemno.

DSC00419kompr

Światła na ołtarzu nad źródłem

DSC00420kompr

Ołtarz i polana źródlana rozświetlone słońcem od 12.06  do 12.07

DSC00421komprŹródło i ołtarz – z tyłu w stronę schroniska jest skała z paprociami – taka dokładnie jak w mojej powieści. Sęk w tym że nigdy tutaj wcześniej nie byłem, a cała droga do tego miejsca jest idealnie opisana w książce „Nowe przygody Baltazara Gąbki i jego Kompanii – Na tropie Czarnej Dziury”.

NWGąbka krol_gotowy_kompr

Scena z książki w ilustracji Kiry – Orszak króla boru RAKA nad Źródłem z Kwiatem Paproci

DSC00422kompr

Tak jak w powieści, trafiliśmy też na strażnika źródła i strumienia – Starego Szyszymora. Cały czas (oprócz momentu przy Świętym Jaworze i |Niedźwiedziu byliśmy we czworo, z Barbarą i Januszem, z którymi tutaj odbyliśmy medytację/modły przy źródle i obrzędy.

Na zdjęciu Barbara  przy Szyszymorze.

Są takie zdarzenia, którymi niełatwo podzielić się z innymi ludźmi. To jedno z nich. Kiedy wiesz, że komuś będzie trudno uwierzyć w to co masz do powiedzenia, wolisz często nic nie mówić. Dzielę się z wami tym co się wtedy stało, rok po fakcie. Sytuacja musiała bowiem do tego dojrzeć. Rok temu było za wcześnie.

DSC00423kompr

Szyszymor i paprocie.  Oczywiście na szczycie Ślęży było wtedy mnóstwo ludzi. Potem, po naszych modłach, kiedy szybko szliśmy na szczyt  z powrotem, słońce wyszło ponownie. Jak zwykle dopięliśmy swego. Na Niedźwiedziu dopadłem jeszcze biedronkę. Odleciała! Spojrzałem na zegarek była 12. 12.

DSC00424kompr

To był prawdziwy dzień owego Przesilenia, kulminacji owej Wielkiej Zmiany. Nie każdy mógł to poczuć. Dziesiątki ludzi, które tam dokładnie w tym czasie były, zapewne nic nie poczuły.

DSC00425kompr bugaj

Szyszymor w całej okazałości – usta nos oczy

DSC00426kompr

Zabraliśmy ze sobą paprocie – stąd jedną a drugą z Białej, z rodzinnego domu Duninów, Łabędzi, Biało Czyniących. Obie paprocie żyją spokojnie do dazisiaj w moim domu w Krakowie.

DSC00427komprNa koniec zawitaliśmy do schroniska Romana Zmorskiego. Pokłonić się Świętowitowi i wypić herbatkę oraz zjeść ciastko.

DSC00432bez komprSpotkało nas nie lada wyróżnienie. Miła i uprzejma Gospodyni tego obiektu nie każdemu udziela klucza do osobnego pokoju, w którym pozostały meble i inne obiekty z czasów, kiedy urzędowały tutaj tajemne stowarzyszenia. To jej zachowanie wtedy jest zupełnie sprzeczne z dzisiejszymi deklaracjami, po usunięciu Świętowita, który się podobno jej już wtedy, nie podobał. Dla mnie to jednoznaczny dowód nacisku, jaki miał miejsce, jakiemu ją poddano.

DSC00436bez kompr

Panna wodna

DSC00435bez kompr

W tym pokoju właśnie odbywały się spotkania, tajemne obrzędy i narady Czcicieli Światła Świata przed II Wojną Światową (tych ze Świątyni Światła ze Szklarskiej Poręby).

DSC00428komprPozostały z tamtego okresu płaskorzeźby krzesła i stoły a nawet witraż

DSC00429kompr

DSC00431kpompr

Od naszego pobytu na szczycie i przełomu o godzinie 12.12 zaczęło się wypogadzać. Mgły rozeszły się całkowicie.

DSC00438komprRuszyliśmy wtedy do Białej, odbyć kolejne spotkanie i medytację oraz po kolejne paprocie z tamtejszego kamieniołomu Piotra Włosta.

DSC00437bez komprW Kamieniołomie byliśmy o 13.07 czasu polskiego – a powitała nas salwa trzech wybuchów. Nie przesadzam ani trochę.

To był dzień cudów, czy też niespotykanego, niesłychanego wprost  nagromadzenia „przypadków”, jakby to określili rozmiłowani w statystykach i teorii prawdopodobieństwa, materialiści.

No cóż, panie i panowie materialiści to już wszystko. Zatem była to tylko jeszcze jedna „Taka sobie bajka”, a nawet powiedziałbym solidna część Baji.

2011-11-15Jan Matejko: Piotr Włost sprowadza Cystersów do Polski – obraz ukryty w obrazie: Rak, Dwa Osiołki i Żłób

2011-11-15-11-41-05

Sleza-mapa_szczytu

Kupując (TERAZ – TUTAJ!)  Budujesz Wolne Media Wolnych Ludzi!
slowianic nr 2 przod

Warto Być! – Liban (Płaszów), Piekary

Posted in przyroda by bialczynski on 17 Grudzień 2013

DSC00301liban bez kompr[powiększ Święte Drzewo na Libanie]

Świat,

DSC00297liban kompr

Świat w każdej chwili,

DSC00298liban kompr

W każdym ułamku sekundy

DSC00299liban kompr

W każdym mgnieniu demonstruje

DSC00300liban kompr

Świat w każdej chwili, w każdym ułamku sekundy, mgnieniu demonstruje nam ostentacyjnie niesłychaną subtelność, ulotność, zmienność, delikatność struktury.

DSC00319piek kompr

Świat bawi się

DSC00326piek kompr

zaprasza do zabawy

DSC00327piek bez kompr[powiększ koniecznie]

pieści

DSC00328piek bez kompr[powiększ: uwaga – chmurka]

kołysze

DSC00332kompr

Świat bawi się z nami, zaprasza do zabawy, pieści nas i kołysze obrazem, zapachem, fakturą, smakiem życia.

DSC00333kompr

Świat w zwyczajnej codzienności ukazuje nam swoją subtelną iluzoryczną materialność, właściwie nie materialność.

DSC00334kompr

Świat jest piękny, okrutny, dziki i swawolny.

DSC00341kompr

Jest miękki i twardy jak to co tutaj widzicie.

DSC00342kompr

Warto być.

DSC00344kompr

Warto Być!

DSC00345kompr

Nawet jeżeli nie ma zupełnie nic innego, to warto tu po prostu być.

DSC00346kompr

Być i nic więcej!

DSC00347kompr

Być teraz i tylko teraz.

DSC00348kompr

I nie być niczym więcej.

DSC00349kompr

Nie lękajcie się… – to naprawdę dobrze powiedziane.

DSC00350kompr

Tylko, że nie o to chodzi o czym wszyscy myślą.

DSC00351kompr

Idźcie przed siebie

DSC00353komprŚmiało

DSC00357kompr

Idźcie

DSC00362kompr3obr pr

Droga poprowadzi was

DSC00367[powiększ]

sama

DSC00366kompr

Świat(ło) poprowadzi was, prowadzi was… nieustannie

DSC00375kompr

Bądźcie

DSC00377kompr

Po prostu nie lękajcie się… nigdy i niczego…

DSC00373bez kompr

Bądźcie.

DSC00369bez kompr[powiększ koniecznie – Czy ktoś mi powie co się tu dzieje na tej kępie trawy?]

.-.

Kupując (TERAZ – TUTAJ!)  Budujesz Wolne Media Wolnych Ludzi!
slowianic nr 2 przod
Tagged with: , ,

Lato w królestwie Sis – Przyroda: Małe Dziewy (Małe Dziwy, Male-Divy, Malediwy)

Posted in przyroda, Starosłowiańska Świątynia Światła Świata, Wiara Przyrody by bialczynski on 10 Grudzień 2013

® by Kira Białczyńska

IMG_5283

IMG_4781

IMG_4785

IMG_4817

IMG_4820

IMG_4824

IMG_4825

IMG_4827

IMG_4857

IMG_4865

IMG_4907

IMG_4955

IMG_4994

IMG_4996

IMG_4997

IMG_5004

IMG_5035

IMG_5064

IMG_5068

IMG_5074

IMG_5080

IMG_5093

IMG_5118

IMG_5183

IMG_5217

IMG_5278

Kupując (TERAZ – TUTAJ!)  Budujesz Wolne Media Wolnych Ludzi!
slowianic nr 2 przod
 
Tagged with: , ,

Żmijowa Skała i Żmijowa Jama w Tyńcu – niesamowite jesienne spotkanie z bogami/energiami

Posted in przyroda, Starosłowiańska Świątynia Światła Świata, Słowianie, Wiara Przyrody by bialczynski on 6 Grudzień 2013

Niestety prawie wszystkie zdjęcia są skompresowane do Internetu przez co wiele tracą , zwłaszcza na głębi, a więc ulatuje subtelność związana z tonacją i przejściem barw. Kontrast zabija pośrednie tony – wierzcie mi że te zdjęcia są w pełnej rozdzielczości niesłychanie bardziej subtelne. Spotkanie to było niesamowite, energie widać w kilku zdjęciach przez rozcinające je pojedyncze promienie słońca.

DSC00820kompr

Widok od Góry Grodzisko

DSC00781kompr

Żmijowa Skała

Kupując (TERAZ – TUTAJ!)  Budujesz Wolne Media Wolnych Ludzi!
slowianic nr 2 przod

DSC00782kompr

Schodzi niemal do WisłyDSC00783kompr

Żmijowa Skałą Otyniona, czyli zatyńcowana – TYN Bogów – zajęty przez uzurpatorów

DSC00784kompr

Szafirowe niebo

DSC00785kompr

Fałszywa Żmijowa Jama

DSC00786kompr

Prawdziwa Jama Żmijowa to jaskinia, do której wejście wiodło z tej baszty i tunelem na sama górę do klasztoru. To droga tajemna – dzisiaj specjalnie zasypana. Widać łuk wejściowy do baszty.

DSC00787kompr

Baszta Jamy Żmija

DSC00788kompr

Dawne tajemne wejście do Jamy Żmija. Czy ktoś kiedyś odnajdzie tę klasztorną dróżkę przez naturalne tunele poąłczone z tymi piwnicznymi? W piwnicach klasztoru znaleziono ciało – a raczej stary szkielet kobiety. Czy to tędy braciszkowie prowadzali swoje panienki na potajemne klasztorne schadzki na skale? Czy stąd się wzięła legenda o pannach pożeranych przez smoka-żmija? Jak widać przynajmniej jedna weszła a nie wyszła!

DSC00789kompr

Widok na wnękę Jamy Żmijowej

DSC00790 kompr

Tu pełno subtelności (kliknijcie, może coś z niej zostało)

DSC00791bez kompr prom

Modlimy się zwykle na wale – Boski promień Słońca-Swarożyca

DSC00792kompr

Lity Szafir – wygląda to jak rzeczywiście Kamienne Niebo wykute z olbrzymiego drogiego kamienia – szafiru

DSC00793kompr

Szafirowe Niebo nad Żmijową Skałą

DSC00794kompr

Widok na Piekary i Żmijowe Skały, ze Żmijowymi Pieczarami,  po drugiej stronie Wisły

DSC00795 bez komp piekary

Żmijowe Skały po drugiej stronie Wisły pełne są Żmijowych Jaskiń, inaczej mówiąc Żmijowych Pieczar, stąd nazwa miejscowości – Piekary (nie od pieczenia ani pieczeni, tylko od pieczar).

DSC00796kompr

Widywano tu nocą tajemnicze pochodnie i ognie przy baszcie.

DSC00797kompr

Sygnał z klasztornego okna, mnich nadawał S.O.S – czy chodziło mu o uwolnienie go z tego więzienia?

DSC00798kompr prom

Boski promień – jak to się dzieje? Promienie fotografuję tylko w Tyńcu i Piekarach

DSC00802 bez kompr

Kliknij powiększ, a może uda ci się dostrzec na horyzoncie białą sylwetkę innego klasztoru na Srebrnej Górze, czyli na BielanachDSC00803bez kompr bielany

Anna robi zdjęcie a ja też robię zdjęcie – jesteśmy u podnóża Świętej Góry GrodziskoDSC00805kompr

Nasza Świątynia jak zwykle poraża polichromiami, sklepieniami, filarami, posadzkami i światłem DSC00806kompr

DSC00807kompr

Żmijowe Skały po drugiej stronie w Piekarach DSC00811kompr

Srebrao i złoto. Boski Promień.

DSC00812kompr

Szron – nasza święta posadzka

DSC00813kompr

Świątynia Światła Świata

DSC00814kompr

Czarna ściana Grodziska

DSC00817kompr

Listopadowe nawłocie

DSC00818bez kompr

Tęczowe boskie promienie

DSC00819kompr

12 listopada 2012 – to data kiedy te zdjęcia powstały. Rok musiały odleżeć, żeby doczekać się publikacji. To u mnie normalne. Spotkania z bogami to intymne chwile, przeżycia i doznania.  Nie wszystkimi się dzielę.

Joanna Kuruc „Dziki” – opowiadanie/bajka i konkurs na ilustracje (do wydania książkowego)

Posted in przyroda, sztuka, Słowianie by bialczynski on 25 Listopad 2013

 Wydawnictwo Slovianskie Slovo oraz Kwartalnik „Słowianić” ogłaszają konkurs plastyczny na ilustracje do opowiadania „Dziki”, które zostanie wydane w formie książkowej przez Wydawnictwo „Slovianskie Slovo” . Na konkurs należy przesłać dwie ilustracje do wybranego przez siebie fragmentu tekstu. Technika dowolna. Zwycięzca dostanie możliwość stworzenia ilustracji i okładki książki, która będzie wydana w przyszłym roku. Poza tym trzy najlepsze projekty opublikujemy w dziale „Klasyczne Ilustracje Słowiańskie” na niniejszym blogu.

Ilustracje prosimy przesyłać w formacie „jpg”, na adres mailowy: slovianskieslovo@slovianskieslovo.pl

do dnia 28 lutego 2014 roku włącznie. Ogłoszenie wyników Konkursu w Równonoc Wiosenną, Nowy Rok Słowiański, 21 marca 2014 roku (7523 roku kalendarza Słowian).

Kupując (TERAZ – TUTAJ!)  Budujesz Wolne Media Wolnych Ludzi!
slowianic nr 2 przod

dd Wild Boar CP1Foto Derek Bird Barin

* * * * * * * * *

DZIKI

* * * * * * * * *

© by Joanna Kuruc

© by Slovianskie Slovo

*

CZĘŚĆ PIERWSZA

*

Niedługo dane mu było cieszyć się dzieciństwem i bliskością mamy. Zostało mu z tego okresu zaledwie mgliste wspomnienie. Bardzo więc o nie dbał, często wracając myślami do tych bezpowrotnie minionych chwil, odświeżając je sobie, wtapiając się w nie, rozwieszając wokół siebie ich delikatną tkaninę. Chciał je zachować w pamięci na zawsze; zatrzymać na dnie serca, gdzie cała krążąca w żyłach krew nabiera rytmu.

Pamiętał, jak dobrze mu było, kiedy tak leżał ściśnięty pomiędzy rodzeństwem, szukając małym ryjkiem piersi mamy. Było ich razem dwanaścioro – dwanaście małych, bezbronnych, różowych kuleczek. Mama leżała na boku, cierpliwie znosząc przepychanki dzieci. Tak naprawdę miejsca było pod dostatkiem dla każdego, ale ta nieustanna rywalizacja stanowiła ich ulubioną zabawę. Było im przy niej cieplutko i błogo. Mogliby tulić się do siebie w nieskończoność. Cały świat wydawał się wtedy przyjazny, przesycony słodyczą wzajemnego doznawania się, czułością i niezgłębioną tajemnicą łagodnej miłości.ddd mlode-dziki-zima

Ale nie trwało to długo. Ledwie po trzech tygodniach od dnia narodzin zdążyli z maleńkich kuleczek przeobrazić się w nieco większe kuleczki, już pojawili się ludzie w fartuchach. Siłą odrywali przerażone prosięta od matek, chwytali je swoimi wielkimi, szorstkimi łapskami tak mocno, że ich paluchy niemal wgniatały się w delikatne, różowe brzuszki, co było bardzo bolesne. Lochy kwiczały, żeby nie odbierać im dzieci, ale ludzi nie obchodził ich lament. Mechanicznymi ruchami chwytali maluchy i przerzucali je przez blaszane ogrodzenie, za którym znajdowało się wejście do ciemnego tunelu.

Trzęsąc się ze strachu, z całych sił wtulał się w matczyną pierś, mając nadzieję, że nikt go nie zauważy. Nawet jednym oczkiem nie chciał patrzeć na to, co działo się wokół. Słyszał tylko płacz innych prosiąt, jakieś trzaski i nawoływania ludzi.

Nagle silne ręce złapały również jego. Zamachał raciczkami, chcąc chwycić się mamy, ale było już za późno. Przebierał więc nimi w powietrzu, starając się wyrwać z niewrażliwego uścisku, zeskoczyć na ziemię, uciec; jednak nie miało to większego sensu, bo trzymające go ręce były jak kleszcze z żelaza! Wtem przeszył go przeraźliwy ból. Obcięto mu ogonek! Wielkimi cęgami! Nikogo nie obchodziło, że był zaledwie dzieckiem, że był żywą, czującą istotą! To boli! Boli! Boli! Zaczął kwiczeć i wierzgać tak bardzo, że brutalny człowiek, usilnie starając się utrzymać go w rękach, zapomniał o wytłuczeniu mu zębów, co uczyniono wszystkim pozostałym.

Przerzucono go przez blaszaną przegrodę w tłum dziesiątek nie mniej jak on przerażonych prosiąt. Popędzane w kierunku tunelu, biegły na oślep na trzęsących się nóżkach. Jeden maluch był wręcz nieprzytomny ze strachu – w ogóle się nie ruszał, choć komuś, kto patrzyłby na to wszystko z boku, mogłoby się wydawać, że było inaczej. Ale to tylko gęsty, prący do przodu tłum rówieśników popychał go w stronę ciemnej bramy.

Mama nigdy im nie opowiadała, co znajduje się po drugiej stronie. Na pewno wiedziała, ale nie chciała im o tym mówić. Tuliła ich do siebie, kochała – póki mogła. Po co straszyć dzieci czekającym je złym losem? Od niego i tak nie było ucieczki, postanowiła więc, że chociaż w tych pierwszych dniach życia powinny być beztroskie i szczęśliwe. Niczego więcej nie mogła im dać.

Biegł w tłumie innych maluchów, płacząc i wołając pomocy. Ze strachu wirowało mu w głowie. „Co teraz ze mną będzie?” – myślał.

Po przebiegnięciu tunelu trafili do olbrzymiej hali, oświetlonej długimi, rażącymi świetlówkami. Dalej pędzono ich korytarzami, wytyczonymi za pomocą stalowych barierek. Potem liczono ich i dzielono na grupy. Do klatek zamykano po pięćdziesiąt prosiąt. Zewsząd rozlegał się kwik, dźwięk trzaskających zasuw i krzyki ludzi. Aż wreszcie wszystko ucichło.

Nieśmiało rozejrzał się wokół. Stał na twardym podłożu z gęsto ułożonych, zimnych  prętów, otoczony otępiałymi z bólu i strachu rówieśnikami. Wśród nich rozpoznał rodzonego braciszka. Przydreptał do niego, zapytał, jak się czuje. Braciszek chciał mu odpowiedzieć, ale nie mógł – z ryjka kapała mu krew. Rozpłakali się obaj i przytulili do siebie.

Wtedy po raz pierwszy pomyślał, że bardzo, bardzo nienawidzi ludzi.

Od starszych prosięta dowiedziały się, że spędzą w tym miejscu pięć miesięcy. Po upływie tego czasu utuczone świnie ładowane są na przyczepę ciężarówki i wywożone do rzeźni, gdzie morduje się je, nie przebierając w środkach. A wszystko po to, żeby ludzie mogli zjeść ich mięso.

To nie mieściło mu się w głowie. Nie chciał tego słuchać. Nie dopuszczał do siebie myśli, że życie może być aż tak niesprawiedliwe i pełne tortur. I że nic nie można zaradzić na ten smutny los. Położył się zrozpaczony i wycieńczony. Zasnął, przytulony do brata.

*

Mijały dni i tygodnie a prosięta rosły, więc w klatkach robiło się coraz ciaśniej. Rosły bardzo szybko. Zbyt szybko, żeby można było powiedzieć, że dzieje się to w naturalny sposób. Podejrzana była przede wszystkim pasza, którą jadły. Jej jadowity, gorzko-mdły smak zdradzał obecność różnych chemicznych substancji, przez które ich ciała dosłownie puchły. Nie wszyscy radzili sobie ze sztucznie przyspieszonym tempem wzrostu. Wielu zaczęło poważnie chorować, niektórym nie wytrzymywały nogi. Do tych ostatnich należał jego brat, który od jakiegoś czasu kulał. Nastroje w klatce też były coraz gorsze. Dorastające prosiaki zaczęły być agresywne, głównie z powodu okropnej ciasnoty, uniemożliwiającej swobodne poruszanie się. Czasem rzucały się na siebie. Teraz wiadomo było, dlaczego ludzie przezornie wybili im zęby – właśnie po to, żeby się nawzajem nie pozagryzały, gdy zaczną szaleć z ciasnoty.

Starał się pomagać cierpiącemu bratu, uspakajał kolegów. Zabawiał wszystkich opowiadaniem swoich snów.

Bo jako jedyny – miał sny.Dzik, dzika ?winia, DinoAnimals.pl

A w tych snach życie wyglądało zupełnie inaczej. Była tam radość, miłość i wolność. Ze zrozumieniem tego ostatniego pojęcia prosiaki miały spory problem, tłumaczył więc im cierpliwie, że wolność to takie życie poza klatką i chlewnią, o którym samemu można decydować. Można się na przykład swobodnie poruszać, a nawet biec w którą się chce stronę – do przodu, do tyłu albo i w bok! I to biec bez przerwy (jeśli się nie chce przestawać) bo żadna ściana nie stałaby takiemu pragnieniu na przeszkodzie.

Różnie sądzono o jego opowieściach. Jedni lubili ich słuchać, bo uciekali wówczas w świat marzeń. Drudzy ganili go za przedstawianie niemożliwych, utopijnych wyobrażeń na temat świata, na który powinno się patrzeć realnie, to znaczy przez pryzmat krat, za którymi się jest zamkniętym. Niektórzy byli mu wdzięczni za rozbudzenie w nich wiary w wolność i radość; innych gniewało, jak to określali – dawanie złudnej nadziei na poprawę losu. Byli też wreszcie i tacy, którzy uważali „zarażanie” pragnieniem wolności a nawet i samą wolność za coś złego i nawoływali do pokornego poddania się z góry wyznaczonemu losowi i dostrzegania w okrutnej śmierci wyższego celu, czyli poświęcenia swojego życia dla ludzi.

Z tego wszystkiego zrobiło się kilka szkół filozoficznych, a każda z nich miała odrębny pogląd na jego opowieści. Nigdy jednak nie brakło mu słuchaczy, bo każdy chciał bądź to podziwiać, bądź to krytykować.

Któregoś dnia albo nocy – bo w chlewni nie ma ani dni ani nocy, jest tylko wiecznie rzężące i zimne światło podwieszonych pod sufitem świetlówek – zwołał wszystkich obwieszczając, że właśnie przyśnił mu się kolejny sen, wyjątkowo wyraźny i żywy.

– Drodzy Współświńcy! – zaczął swoją opowieść. – Oto w sennej wizji widziałem życie naszych przodków! Wiele wam o nich mogę opowiedzieć; poznałem nawet ich imiona – zwały się dzikami! Fizycznie prawie nie różniły się od nas. Miały tylko grubą, brunatną szczecinę, a poza tym wyrastały im długie, ostre kły. Ich życie było wcieloną wolnością! Watahami biegały po lasach, żywiły się tym, co bujna przyroda im dała, wiodły proste, ale sielskie życie. Zrodzone z żarliwej miłości młode mogły się swobodnie bawić i wszystkiego uczyć i nikt nie pozbawiał ich opieki matek… Gęsty las nie tylko chronił ich i żywił, ale i dostarczał różnych przyjemności. Śniąc ten sen poznałem, czym jest szczęście! Na koniec, już kiedy prawie byłem rozbudzony, usłyszałem ryk przodków, ich przesłanie dla nas. Brzmiało ono: „Musicie wrócić! Do zieleni, do życia, do przyrody – do boru!”

Kiedy ostatnie te słowa wybrzmiały, w hali zrobiło się chicho jak makiem zasiał. Dopiero po dłuższej chwili prosiaki zaczęły otrząsać się z oszołomienia i szeptać coś między sobą. Wiele było wzruszonych opowiedzianym snem i z całego serca pragnęło, żeby wydarzył się jakiś cud, na przykład, żeby trzęsienie ziemi rozkruszyło mury chlewni, uwalniając ich z niewoli. Znowu jednak podniosły się głosy prześmiewców. Głównie Realiści i Wyznawcy Śmierci Dla Wyższego Celu Czyli Dla Człowieka skoncentrowali się na krytykowaniu snu i jego przesłania. Pierwsi szydzili, że sny to tylko fantazje, którym nie należy zbytnio wierzyć. Drugim nie przypadła do gustu sama treść snu. Jeden z nich, osobnik wyraźnie dominujący w grupie, cały się naburmuszył, wręcz pokraśniał ze złości i tak zaczął mówić:

– Moi drodzy, nie ufajcie temu prosiakowi, który mami wasze oczy kolorem zieleni, zapewne zmyślonym, bo czy ktoś z was widział kiedyś taki kolor? Ale nie tylko wasze oczy, również wasze dusze mogą paść ofiarą oszusta! Nasza droga to droga cierpienia i musimy to z pokorą zaakceptować. Temu krasomówcy marzy się powrót do zamierzchłych czasów, do taplania się w leśnym błocie i płochych uciechach ciała! Mówi on wam, że dzikie, nieokrzesane, bure, włochate i zapewne zapchlone zwierzęta to wasi przodkowie! Chcecie mieć takich przodków? A jak on ich nazywa? Dziki? Sam jest dziki! Od dzisiaj tak go nazywajmy, żeby podkreślić jego zamiłowanie do leśnego barbarzyństwa! Dziki!

– Dziki! Dziki! – podchwyciło kilka wrogo zabarwionych głosów.

Dziki podniósł głowę i zawołał w odpowiedzi:

– Proszę bardzo! Możecie mnie tak wołać! Nie mam nic przeciwko temu, ba, będę nosił to imię z niekłamaną radością i dumą! Nie rozumiem, dlaczego właściwie przeszkadza wam włochatość i bury kolor naszych przodków? Czujecie się od nich lepsi, boście łysi i różowi? Warto dla tego poświęcić wolność? Naprawdę jest wam dobrze w niewoli, w ciasnych klatkach, na gołych prętach, z breją chemicznego świństwa w korytach, która wywołuje w waszych ciałach straszliwe choroby?

Tamci jednak obstawali przy swoim i dalej ubliżali swobodnym, opartym na prawach przyrody obyczajom dawnych dzików.

ddd Wild_boar

*

Stosunki w chlewni były coraz bardziej napięte. Minęły już cztery miesiące, odkąd tu trafili, a wieść niosła, że pod koniec piątego zostaną przewiezieni do rzeźni na ubój. Brat Dzikiego nie chodził już o własnych siłach. Jego nogi nie wytrzymały i złamały się pod masą sztucznie utuczonego ciała. Poza tym dolegało mu coś jeszcze – miał silne bóle i wielkie, guzowate narośle na skórze. Mimo to również i on oczekiwał dnia transportu. Najwyraźniej w dalszym ciągu był dobrym materiałem na szynkę i farsz do krokietów na świąteczne stoły. Dzikiemu łzy płynęły z oczu, kiedy patrzył na męczarnie brata. Starał się złagodzić je opowieściami:

– Wyobraź sobie szumiący cicho las, zielone krzaczki, a na nich smaczne, soczyste jagody… Wyobraź sobie czysty strumyk, przelatujące nad nim motyle i ptaki…

– Dziki, kochany mój braciszku… – jęknął chory knur. – tak ci dziękuję, że tu przy mnie jesteś… Twoje słowa przynoszą mi ulgę… Ale jednocześnie martwię się, co z tobą będzie… Wielu współświńców odwróciło się od ciebie, nie wierzą już w twoje sny, a jeszcze bardziej nie wierzą w kolor zielony… Grupa Cierpiących jest coraz liczniejsza i coraz bardziej agresywna…

– Nie obawiaj się. Dam sobie radę. Oni nie wiedzą, że w razie czego mam zęby, podczas gdy ich ryje pełne są tylko pustych frazesów! A ty, kochany bracie, wierzysz w zielony?

– Wierzę. Nie wiem co prawda, jak może wyglądać, ale wierzę w jego istnienie. Chciałbym go zobaczyć, zanim umrę, wiesz?

– O czym ty opowiadasz? Jakie znowu „umrę”? Nie załamuj się, los się odmieni! Jestem pewny, że jeszcze będziemy biegać razem po łące i wcinać jagody!

– Nie, Dziki. Ze mną jest coraz gorzej. Mam wrażenie, że mój koniec jest już bliski. Właściwie wolałbym, żeby już nadszedł. Męczę się, ciężko mi oddychać, każdy ruch sprawia ból… Proszę, pokaż mi kolor zielony – chcę nasycić nim swoje oczy przed śmiercią!

Dziki nie mógł stłumić łez. Obiecał bratu spełnić jego ostatnią wolę i pokazać mu upragnioną rzecz.

Zaczął się rozglądać po całej hali. Ściany szare, świetlówki białe, współświńcy różowi – podobni w tym zresztą do ludzi, których skóra ma niemal identyczną barwę… Pracownicy chlewni mieli na sobie zakładowe kombinezony – granatowe z czerwonymi lamówkami, do tego czarne kalosze. Mieli też różne kolory włosów – od jasnego blond, poprzez rudy, aż po ciemny kasztan. Ale nigdzie nie było widać leśnej zieleni, jaką pamiętał ze snu.

Kiedy jego ukochany, rodzony brat zaczął się trząść i chrypieć, jasnym stało się, że jest z nim już bardzo źle. Dziki jeszcze raz przeszukał wzrokiem całą halę. I jeszcze jeden raz. I jeszcze. Ale zielonego nigdzie nie było. Zrezygnowany, położył się obok umierającego, żeby przynajmniej ogrzać go ciepłem własnego ciała.

Był zrozpaczony. Sam nie był już pewien, czy to, o co walczył, nie było tylko fantazją i złudą… Zaczął wątpić w sens sennych przekazów. Przecież gdyby kolor zielony istniał naprawdę, gdzieś byłoby go widać… Wszystkich pozostałych kolorów pełno było dokoła – ale tego jednego ni widu. Może sekta Cierpiących ma rację? Może zielonego po prostu nie ma…?

– Zielony… – wychrypiał nagle jego brat. – Zielony!

– Nie znalazłem… – zaszlochał Dziki. – Nie udało mi się, wybacz!

– Nie, Dziki! Ja widzę! Widzę zielony! Ha! jest mi tak, jakbym właśnie wyszedł z ciemnego tunelu… Idę po łące, po zielonej trawie… Spijam z niej słońce, jak okruchy szmaragdu zaklęte w kroplach rosy… Ach, jak pięknie!… Nigdy dotąd moje oczy nie widziały takich cudowności! Walcz, Dziki, walcz o wolność i o powrót naszego gatunku do zieleni i boru, bo tylko tam możemy być tym, czym naprawdę jesteśmy! Bór to nasz prawdziwy, przyrodzony, jedyny dom!

To mówiąc, brat Dzikiego uśmiechnął się i wyzionął ducha.

*

Po śmierci brata Dziki na nowo rozgorzał ogniem walki o wyzwolenie umysłów, bo wolność, taka przez duże „W”, właśnie od tego bierze swój początek. Na przekór Wyznawcom Cierpienia snuł swoje opowieści o łąkach i lasach, a nawet śpiewał o nich pieśni. Niektóre rozmarzone i tęskne, w większości jednak wesołe i skoczne, takie – jak to się mówi – z przytupem. Radość, która płynęła z tych pieśni, wlewała się w dusze wielu współświńców, czyszcząc je przy tym z ciężkiego, nienaturalnego kultu męczeństwa i smutku. Chętnie przyłączali się do Dzikiego, który zamiast filozofii śmierci proponował życie. Pod koniec piątego miesiąca siły rozłożone były mniej więcej po równo.

*

Wreszcie nadeszła chwila, na którą jedni czekali, a której inni się panicznie bali. W hali pojawiło się wielu pracowników, którzy zaczęli rozstawiać metalowe przegrody, tworząc w ten sposób zamknięte szlaki. Jedna po drugiej, otwierały się klatki, tuczniki wybiegały z nich posłusznie, obawiając się popędzania kijami i prądem.

– Nie bójcie się! – zawołał Dziki. – Ta podróż wcale nie musi być naszą ostatnią! Mam już pomysł, co zrobić!

Za znaną im halą były jeszcze dwie mniejsze, a na końcu całej tej ścieżki rozpaczy i strachu znajdowały się szeroko otwarte drzwi. Za drzwiami – była wolność.

Nie wszyscy ją jednak dostrzegali, porażeni blaskiem słońca, którego nigdy wcześniej nie widzieli. Był miesiąc luty. Szczypał mróz, światło odbijało się od mroźnej śnieżnej pokrywy. Świnie zapędzano na kilkupoziomową przyczepę. Mimo, że już wcześniej żyły w strasznej ciasnocie i tłoku, teraz ledwo mogły oddychać, tak strasznie gęsto, jedna przy drugiej, musiały stać. Łącznie na przyczepę zapędzono ich trzysta! Trzysta wielkich tuczników na jednej przyczepie! Było oczywiste, że wiele z nich w tych warunkach nie przeżyje wielogodzinnej podróży…

Dziki znów pomyślał, że bardzo, bardzo nienawidzi ludzi.

Po załadowaniu przyczepy, podpisaniu jakichś dokumentów i wymienieniu kilku uwag, dotyczących stanu drogi, kierowca wielkiego TIR-a gotowy był do jazdy. Zamknął się w swojej kabinie i odpalił silnik. Szarpnęło przyczepą, świnie powpadały jedna na drugą. Zapowiadała się naprawdę ciężka podróż.

Już po upływie godziny zaczęli się dusić i słabnąć a ci, którzy stali przy blaszanej ścianie przyczepy, zwyczajnie do niej przymarzali. Po dwóch godzinach padł pierwszy knur. Po pięciu wielu było na granicy życia i śmierci. Byli przemarznięci, wycieńczeni. Nogi mdlały od stania w niewygodnej pozycji.

– Dosyć tego! – ryknął Dziki. – Możemy stąd uciec! Trzeba się tylko zjednoczyć i zadziałać wspólnie! Powiem wam, co zrobimy – stłoczymy się jak najbliżej lewej strony i na moje hasło pędem ruszymy do prawej! Wszyscy! W ten sposób przyczepa rozkołysze się i łatwo wpadnie w poślizg na oblodzonej jezdni. Roztrzaska się, a my uciekniemy i będziemy wolni. Wooolniii!!!

Słowa Dzikiego rozbudziły marznącą nadzieję. Nawet Realiści wyrazili chęć współpracy, oceniając pomysł jako wykonalny. Wahali się tylko Wyznawcy Cierpienia. Ich lider wciąż jątrzył przeciwko idei wyzwolenia i życia.

Dziki wpadł wtedy w istny szał.

– Współświńcy! – zawołał. – Gdyby nie tylu potencjalnych świadków, zapewniam was, że ten fanatyk pierwszy by uciekł! Zobaczcie, jak się trzęsie ze strachu przed śmiercią, którą całe życie czcił! Wybór należy do was, ale wiedzcie, że szansa może się już nie powtórzyć. Komu życie miłe – na lewą stronę! Jedyna nasza szansa w zjednoczeniu siły!

Nie minęła chwila, a po prawej został tylko blady ze złości lider Cierpiących i dwóch jego najwierniejszych knurów. Reszta poszła za wezwaniem Dzikiego.

– Gotowi? – zapytał.

– Gotowi! – zabrzmiała chóralna odpowiedź.

– A więc… Niech cały świat usłyszy nasz waleczny okrzyk – DO BORU!!! – ryknął.

Prawie trzysta ciężkich tuczników runęło na prawą ścianę przyczepy. Była to masa tak wielka, że zgodnie z przewidywaniami pojazd przechylił się, zachybotał, wpadł w poślizg, wypadł z drogi i stoczył do rowu. Teraz wszystko potoczyło się już szybko. Świst! Gwizd! Trzask! Świat zawirował. Jak w makabrycznym kalejdoskopie pojawiały się i znikały oblicza znajomych i nieznajomych knurów i loch, fragmenty przyczepy, oberwane gałęzie drzew, ciemność i światłość… Coś zwaliło go z nóg i przygniotło do ziemi, odbierając dech w piersiach, aż zemdlał.

dd Young_wild_boar

Otrząsnął się dopiero po kilku minutach. Półprzytomny, ale i dumny ze swego dzieła patrzył jak świnie rozbiegają się na wszystkie strony.

– Biegnijcie… – wyjęczał. – Uciekajcie jak najdalej…

Sam nie był się w stanie poruszyć, przygnieciony jakimś wielkim ciężarem. Wszystko w nim przygasało i matowiało.

Ale to nic, myślał. Najważniejsze, że innym się udało.

– Dziki! – usłyszał nagle znajomy głos jednego ze swoich najwierniejszych współświńców. – Wstawaj! Nie możesz tu zostać! Zbierz wszystkie siły, jakie w tobie jeszcze zostały i uciekaj! Dla nas walczyłeś o wolność! I odniosłeś zwycięstwo! Teraz zawalcz o nią dla samego siebie!

Dziki w jednej chwili zrozumiał, że to bezwładne ciało przyjaciela przyszpiliło go do ziemi. Wygramolił się spod niego i z przerażeniem odkrył broczącą krwią rozległą ranę.

– To przeze mnie! – krzyknął zrozpaczony, usiłując wyciągnąć wystający z rany knura stalowy pręt.

– Nie przez ciebie, tylko dzięki tobie. – usłyszał odpowiedź. – Dzięki tobie odchodzę z tego świata wolny. Nie stoi nade mną brutalny kat z rzeźnickim nożem. Grzeją mnie promienie słońca, oddycham świeżym, zimowym powietrzem… Słyszę ptaki… Za coś takiego warto było ponieść najwyższą ofiarę! Ale ty musisz żyć dalej. Musisz doprowadzić do końca swoją misję, stając się żywą legendą, wzorem do naśladowania dla kolejnych pokoleń zniewolonych świń. Wstań, nasz bohaterze i biegnij co sił!

– Nie zostawię cię tutaj samego! Nie ma mowy!

– Musisz, Dziki. Zrób to dla mnie. Chcę wiedzieć, że ci się udało. Wstawaj i idź stąd! Już! Wstawaj!

Wstał.

Pokonując obezwładniający ból i smutek powlókł się przed siebie. Ucieknie. Uda mu się. Musi to zrobić dla przyjaciela. Musi to zrobić dla całego swojego gatunku.

Nie wiedział tylko, dokąd iść, w którą stronę. Wciąż nigdzie nie widział zieleni, do której rwało się jego serce. Może to przez płynące z oczu łzy świat był pozbawiony barw? Na drzewach białe kołderki. W powietrzu igiełki lodu. Pod nogami zimna, chrzęszcząca skorupa. Dokąd iść? W tę biel? W tę martwą biel? Byle się gdzieś schować, przeczekać pościg…

Chrup, chrup, chrup – szedł, zapadając się w twardym śniegu. Syczał z bólu.

Biegł.

Znowu szedł.

Znowu biegł, pozostawiając po sobie tunele wydrążone w zaspach.

Mimo porażającej bieli wokół, z wycieńczenia robiło mu się coraz ciemniej przed oczami a każdy ruch był niewypowiedzianym wysiłkiem. Nie wiedział, czy odszedł już wystarczająco daleko, czy może nie oddalił się nawet zbytnio od roztrzaskanego TIR-a. Jeszcze kawałek, jeszcze… jeszcze chociaż krok… Zakręciło mu się w głowie, nogi splątały.

Upadł, tracąc przytomność.

Kiedy ją odzyskał, zdało mu się, że oślepł. Nigdy wcześniej nie doświadczył ciemności nocy. Czerń rozścielona była wokół niego tak gęsto, że nawet śnieg  wydawał się być czarny. Straszno mu było i zimno. Czy tak wygląda wolność, o którą tyle walczył? Czy świat musi być aż tak czarny i zimny?

Trząsł się. Dygotał. Ryczał. Ale lodowata ciemność ani nie miała litości, ani nie bała się ryków. Drapała go swymi czarnymi pazurami i wyła wiatrem, wściekła, szalona…

Jak to się stało, że przeżył do rana?

Jednakże zimowy poranek mało się różnił od zimowej nocy. Było wprawdzie widno, biel znowu zastąpiła czerń, ale była ta biel tak samo martwa i zimna jak nocna pomroka.

Wyczerpany był i głodny. Gdzie te jagody ze snu? I ciepłe, miękkie leśne runo? I zieleń? Czy po tym wszystkim, co przeszedł, przyjdzie mu skostnieć tu z zimna?

Czas, mijał, upływał, a on coraz bardziej obojętniał na to, co dzieje się z nim i wokół niego.

Kolejna czarna noc.

Kolejny biały dzień.

Samotność.

Czerń. Biel. Noc. Dzień.

Noc…

dd 97422_zachod-zima-obrazu-dziki-las-slonca-reprodukcja

*

CZĘŚĆ DRUGA

*

Czas zagubił się w sobie, zagubił się w nim. Minęły dni? Tygodnie? Nie wiedział. W pewnej chwili, nie wiadomo skąd i dlaczego, po prostu poczuł w sobie niebywałą siłę. Nic go nie bolało, czuł się wypoczęty, jak po najlepszym śnie. Niemało zdziwiony tym stanem rzeczy, otworzył oczy.

I zdumiał się jeszcze bardziej, bo oto otaczał go krąg… dzików! Dokładnie takich, jak przodkowie ze snu! Były wśród nich zarówno olbrzymie odyńce, jak i młode pasiaki.

Zerwał się na równe nogi, stanął na baczność i ukłonił wszystkim.

– Przodkowie! – zawołał ucieszony, łamiącym się ze wzruszenia głosem. – A więc umarłem i połączyłem się z wami!

Zebrani w kręgu popatrzyli po sobie. Skonsternowani, zaczęli coś między sobą mówić. Maluchy rozchichotały się na cały głos.

– Uspokójcie mi się w tej chwili, wybryki natury! – krzyknęła na nie wielka locha Przewodniczka.

Podeszła do niego. Jej oblicze było stanowcze, wzbudzające respekt, ale jednoczenie na swój sposób łagodne.

– Wydaje ci się, – powiedziała. – że jesteśmy cieniami z zamierzchłej przeszłości. Ale to nie tak. My nigdy nie przestaliśmy i nie przestaniemy istnieć. Trwamy.

– Ale jak to? – zdziwił się.

Przewodniczka westchnęła.

– Później ci wszystko opowiem, mój drogi, i mam nadzieję, że to, czego się dowiesz, stanie się dla ciebie mostem pomiędzy przeszłością a przyszłością; mostem, po którym idąc do przodu – powraca się w miejsce, z którego się wyszło…

Słowa Przewodniczki zabrzmiały cokolwiek tajemniczo. Most, który prowadzi do przyszłości, która jest przeszłością?!

– Ale najpierw… – Przewodniczka tupnęła na pozostałych. – Najpierw musisz coś zjeść. Już tydzień minął, odkąd się tobą zajmujemy. Byłoby więc dobrze, gdybyś napełnieniem swojego żołądka zajął się już osobiście. Ryjek! Wariat! Przynieście tu, coście nazbierali!

Z kręgu wystąpiły dwa młode odyńce. W zębach trzymały przeznaczony dla niego posiłek. Ułożyły go przed nim na kupkę.

Musiał zrobić dość niewdzięczną minę, bo locha aż się naburmuszyła.

– Co? Nie podoba ci się? Pasza wyglądałaby apetyczniej?

Leżało przed nim kilka garści kłączy z wplątanymi w nie dziwacznymi korzonkami i zwiędłymi ziołami, do tego martwy zamrożony robak i kilka żołędzi.

– Mam TO zjeść? – wyrwało mu się niechcący. – To znaczy, eee, bardzo dziękuję! – poprawił się szybko. – Tylko że nigdy nie miałem w ustach czegoś podobnego… Wszystko, co dotąd jadłem było…

– To jest nasze naturalne, normalne pożywienie. – przerwała mu locha. – Na początku nie będzie ci smakowało; jesteś przyzwyczajony do smaku i konsystencji paszy, którą tuczono cię przez całe życie. Zmiana sposobu odżywiania to zmiana dosyć nieprzyjemna, przez jakiś czas może cię odrzucać od nowych smaków. Ale to tylko przejściowy etap, który wkrótce minie. Wszystko, co tu widzisz, jest zdrowe i pożywne, nawet jeśli na takie nie wygląda.

Jeszcze raz rzucił na swój posiłek niechętne spojrzenie. Ciężko mu było się przemóc, ale w końcu zrobił to, nie chcąc wyjść na skończonego niewdzięcznika. Zamknął oczy, nabrał do ryja porcję kłączy i zaczął je gryźć.

Gryzł i gryzł, wydawało mu się, że w nieskończoność. Musiał też przy tym robić iście cyrkowe miny, bo małe pasiaki chichrały się, wręcz zanosiły śmiechem, nie bojąc się nawet reakcji starszych. „Ileż to można żuć?” – irytował się. „Gryzę , mielę, a to nadal twarde!” Tymczasem maluchy ze śmiechu tarzały się już po śniegu.

Nieważne, że nie do końca przeżute. Połknął.

– Teraz robaka! – kwiknął jeden mały i dostał za to po uchu od swojej matki.

– Zachowuj się, gamoniu! – ofuknęła go.

Dziki spojrzał na zamarznięte, podłużne, bladoróżowe truchełko. Wzdrygnął się. Na pewno tego nie tknie. Za żadne skarby!

Malujący się na jego obliczu opór nie uszedł uwadze Przewodniczki.

– Zostaw, jeżeli uważasz, że jeszcze na to za wcześnie. – powiedziała. – Ale w takim razie musisz zjeść całą resztę kłączy i wszystkie korzenie.

Odetchnął z ulgą. Ten robak wyglądał wyjątkowo nieapetycznie. Kłącza były paskudne, ale ostatecznie dało się je zjeść. Posłusznie zagryzł więc kolejną porcję suchych, twardych traw.

Wreszcie uporał się ze wszystkim co dla niego przeznaczono.

Dowiedział się też, że od następnego dnia po pożywienie będzie się wyprawiał wraz z pozostałymi. Ryjek i Wariat mieli go nauczyć, gdzie czego należy szukać i co jest jadalne a co nie.

– To znaczy, że przyjmujecie mnie do swojej grupy? Że mogę z wami zostać? – spytał, niedowierzając, że mogło go spotkać tak wielkie szczęście.

Przewodniczka przytaknęła.

– Przecież jesteś jednym z nas. – stwierdziła, jakby to było coś najoczywistszego na świecie.

Radość Dzikiego nie miała granic.

– A jak pan ma właściwie na imię, panie knurze? – zapytał jeden z maluchów. – Bo ja jestem Psot. A ten obok to Filcyk, mój najlepszy kolega.

– Współświńcy nazwali mnie Dziki. – odpowiedział, nieco speszony.

– Widzisz, mój przyjacielu, mówiłam, że jesteś jednym z nas. – zaśmiała się locha.

– A dlaczego tak pana nazwali? – kwiknął mały Filcyk.

– Jak chcecie, to wam opowiem. Tylko, że to nie jest najprzyjemniejsza historia…

– Chcemy! – usłyszał w odpowiedzi chór głosów.

Dziki usadowił więc pośrodku kręgu i zaczął opowiadać zebranym swoje dzieje. Mówił długo, ale nikt nie ośmielił się mu przerywać, nawet maluchy słuchały z uwagą. Wszyscy byli wstrząśnięci tym, jak traktowane są hodowlane świnie. Lochy instynktownie przytulały do siebie swoje młode, słysząc o zabieraniu matkom trzytygodniowych prosiąt i o bestialskim okaleczaniu ich. Nawet wielkie, potężne odyńce dostawały gęsiej skórki z przerażenia, wyobrażając sobie, że ktoś mógłby ich zamknąć w takiej ciasnocie, że nie można się nawet swobodnie obrócić. Malutka Rozalka popłakała się, słysząc o śmierci brata Dzikiego. Zresztą samemu opowiadającemu szkliły się oczy, kiedy o tym mówił.

– Tak więc ludzie, moi bracia dzikowie, to potwory i nasi najwięksi wrogowie! – zakończył, kraśniejąc z nienawiści.

Ku jego ogromnemu zdziwieniu, Przewodniczka zaprotestowała.

– Nie generalizuj. – powiedziała bardzo stanowczym tonem. – Trafiłeś na złych ludzi, ale nie tylko tacy żyją na Ziemi. Nigdy nie zapominaj o tym i nie pozwól rządzić tobą złym emocjom.

– Ale… –  Dziki nie rozumiał, jak po tym wszystkim, co opowiedział, locha może bronić tych zwyrodnialców, mających siebie za gatunek uprzywilejowany. – Ale przecież…

– Wystarczy! – powtórzyła.  – Ci ludzie, których miałeś nieszczęście spotkać w swoim życiu, są niemniej, a może nawet jeszcze bardziej zniewoleni, jak krzywdzone przez nich zwierzęta. Nie mają nawet świadomości, w jak ograniczającej ich niewoli żyją.

To tłumaczenie zupełnie nie przekonało Dzikiego. Nie chciał się jednak spierać z Przewodniczką, która okazała mu tak wiele serca i przyjęła go do watahy. Niezręczne milczenie przerwał pocieszny kwik małego Filcyka:

– Nie psejmuj się! Na nas tez Psewodnicka casem ksycy, ze jestesmy „wybryki natury”, ale i tak nas lubi, bo jestesmy faaajni.

Wszyscy roześmiali się.

– A dlaczego właściwie tak was nazywa? – zaciekawił się Dziki, bardzo zadowolony, że atmosfera rozładowała się w tak sympatyczny sposób.

– Bo powinniśmy urodzić się dopiero na wiosnę. – wytłumaczył Psot. – No a my tak w środku zimy… Trochę to nienormalne jest…

– To prawda. – wtrąciła się do rozmowy rezolutna Rozalka. – Młode powinny przychodzić na świat dopiero wtedy, gdy warunki są sprzyjające, czyli gdy zaczyna się robić ciepło, pojawiają się rośliny, a wraz z nimi cały las robi się zielony.

Rozalka chciała powiedzieć coś jeszcze, ale Dziki już nie słuchał. To, co znalazło się na końcu ostatniego zdania sprawiło, że aż podskoczył i zawołał:

– Zielony? Więc jednak bór jest zielony? Nie zawsze jest taki absolutnie biały?

Wszyscy znowu zaczęli się śmiać.

– Pewnie, że nie! – odpowiedział mu w końcu Ryjek. – Teraz jest biało i mroźno, bo mamy zimę. Ale ona powoli dobiega już końca. Niedługo stopnieją śniegi i lody, powietrze będzie cieplejsze i łagodniejsze. Spadną deszcze, czyli taka woda prosto z nieba, a wraz z pierwszym trzaskiem pioruna ziemia stanie się płodna i zacznie rodzić młode roślinki… Kiedy nastanie wiosna, dopiero zobaczysz, co to jest życie!

– Ciemną zieleń możesz zobaczyć nawet teraz, chcesz? – do rozmowy włączył się Wariat.

– Jasne, że chcę! Jest taka możliwość?

– No ba! – Wariat był zadowolony, że udało mu się zwrócić na siebie uwagę nowego członka watahy. Lubił być przez innych zauważany; znany był też z tego, że aby ciągle być w centrum uwagi, wyczyniał rozmaite wariactwa. Stąd też wzięło się jego imię. – No to patrz! – zawołał.

Odbiegł kawałek, żeby móc się porządnie rozpędzić, następnie wystrzelił jak z procy i popędził wprost na pień wysokiego świerku. Z całej siły, całym ciałem uderzył w niego, aż innych na ten widok zabolały kości.

ddd dziki

Uderzenie zatrzęsło drzewem. Z poruszonych gałązek osypał się śnieg. W jednej chwili cały świerk stanął w migotliwym, skrzącym się pyle, jakby ktoś właśnie zdejmował z niego czar. Śnieżny brokat osypywał się bezdźwięcznie, za to cała polana wypełniła się westchnieniami zachwytu. Jedynie Wariat krytycznie ocenił skutki swojego działania i bez dłuższego namysłu całą akcję powtórzył raz jeszcze. Tym razem z kilku gałęzi osunęły się ciężkie białe okiście, odsłaniając sztywno sterczące, zielone igły.

Można by długo pisać, co zadziało się w duszy Dzikiego na ten widok, ale chyba nie starczyłoby na to wszystkich kartek świata, tak wiele było w nim emocji i uczuć, w dodatku pomieszanych ze sobą i w sobie jak składniki ciasta, a każde z tych doznań rozciągało się aż do nieskończoności. Dla postronnych wyglądało to tylko tak, że chwiejąc się na nogach, zbliżył się do drzewa, powiedział „ach!”, szczęka opadła mu w zaspę, zaraz potem opadł w nią cały, jedynie głowę trzymając w górze; wbił nieruchomy wzrok w odsłonięte gałęzie i nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, że z oczu tryskały mu strugi łez.

Pozostali również bardzo się wzruszyli. Każdy myślał sobie, jak potwornie i beznadziejnie musi być w chlewni, skoro byle kawałek zielonej gałązki jest w stanie tak zachwycić dorosłego knura. Życie w borze bywało surowe i trudne, ale pełne też było piękna, pozwalało rozwijać się w zdrowiu, w harmonii z samym sobą i z całym otoczeniem, dostarczało ciągłych niespodzianek i uciech. Przeżywać życie, będąc odciętym od Przyrody to pewna choroba dla ciała i ducha. Nieważne czy z przymusu, czy z własnego wyboru, taka izolacja jest prostą drogą do zatracenia. Ten tucznik, ich nowy brat, tak bardzo pragnął powrotu do naturalnego środowiska, że żadne mury, żadna wymyślona ideologia ani narzucona władza nie były go w stanie powstrzymać. A powodowała nim tylko podświadoma tęsknota za przyrodzoną wolnością. Dzisiaj po raz pierwszy zobaczył barwę, o której marzyć kazał mu nie dający się z jego genów wymazać dzik. Zobaczył zielony – kolor nadziei, która sprawiła, że miał siłę, by przeciwstawić się wszystkiemu i walczyć o wyzwolenie. Kolor odnowy, odrodzenia. Kolor Żywiołu Boru – żywiołu umożliwiającego życie wszystkim mieszkańcom Ziemi.

Każdy kolejno podchodził do leżącego w zaspie pod świerkiem, poklepując go przyjacielsko lub przytulając się do niego na chwilę. Wszyscy chcieli okazać mu wsparcie i szacunek.

Powoli zapadał zmrok, niebo nad polaną szarzało, granatowiało, czerniało. Kiedy cienie ostatecznie pokładły się na drzewach, odbierając tym samym zieleń gałązkom świerku, Dziki podniósł się, otrzepał ze śniegu, otarł łzy, po czym jak gdyby nigdy nic, cały rozpromieniony i uśmiechnięty obwieścił grupie:

– Wreszcie czuję, że jestem w domu!

Noc w towarzystwie odyńców i loch z watahy nie była tak czarna i straszna, jak te spędzone w samotności. Ryjek i Wariat, którzy bez końca byli głodni, pokazali mu miejsca, gdzie pod warstwą śniegu najlepiej szukać kłączy traw. Śmiali się i gonili między drzewami. Najbardziej spodobało mu się wskakiwanie w wysokie zaspy i robienie w nich „orzełków”. Ubawieni po pachy leżeli potem na plecach, spoglądając w gwiazdy.

– Tam o… to jest gwiazdozbiór Oriona. – Wskazał na niebo Wariat, iście gwiazdorsko błyskając wiedzą. – Wygląda jak klepsydra. A tam, od Kasjopei, tego zygzaka powyżej, aż do Jednorożca, to ten z lewej strony Oriona i trochę w dół, ciągnie się Mleczna Droga. Widzisz?

– Piękna… Cudownie jest patrzeć w rozgwieżdżone niebo!

– O, tak! – zgodził się Ryjek. – A za dnia można patrzeć na chmury i opowiadać sobie nawzajem, z czym się kojarzą ich kształty.

– Eee tam, tobie się prawie wszystkie kojarzą z Basią. To żadna zabawa. – odparował Wariat. – Zakochana para, Ryjek i Barbara! – zaczął się natrząsać z przyjaciela, co doprowadziło do tego, że ten w końcu zasłonił mu usta racicą.

– Cicho bądź, bo ona usłyszy! – Ryjek był bliski pogniewania się.

Dzikiemu sprzeczka przyjaciół wydawała się nader zabawna.

– Tak mi z wami dobrze! – powiedział. – pokażecie mi jeszcze jakieś gwiazdozbiory?

– Pewnie!

I tak minęła im ta noc na roztrząsaniu tajemnic nieba oraz na jeszcze bardziej żywiołowym roztrząsaniu tajemnic powabnych kształtów młodej Basi i Racisławki, bo jak się okazało, także serce Wariata zostało skradzione.

Rankiem całą watahę zwołała locha Przewodniczka.

– Wszyscy są? Nikt się gdzieś nie zaszwędał? – zapytała.

– Wszyscy obecni!

– W takim razie słuchajcie. – powiedziała. – Obiecałam naszemu nowemu przyjacielowi, że opowiem mu coś bardzo ważnego, co być może pozwoli mu odnaleźć przyszłość w przeszłości. Maluchy, wy też słuchajcie uważnie. –  zwróciła się do ziewających ospale pasiaków. – To będzie i dla was ważna lekcja.

– Dobrze, już jesteśmy grzeczni i zamieniamy się w słuch. – pisnęła Rozalka.

Dziki otoczyły Przewodniczkę i zamknęły ją w kręgu, żeby każdy mógł wszystko dobrze usłyszeć.

– Było to więc tak… – zaczęła swoją opowieść locha Przewodniczka. – Dawno, dawno temu Bogowie powołali do życia trzy rodzaje ziemskich istot, składających się z nieśmiertelnej duszy i śmiertelnego ciała. Byli to Zróstowie-Rośliny, Zwierzowie i Ludzie.

Zróstowie otrzymali od nich w darze doskonałą umiejętność bezpośredniego pożywiania się czystą siłą witalną, energią kosmiczną, płynącą wprost od Bogów. Ponieważ pozostali mieszkańcy Ziemi nie posiedli tej umiejętności w stopniu umożliwiającym przeżycie, Zróstom przyszło się z nimi ową życiodajną siłą dzielić. Przekazywali ją innym za pomocą swoich płodów, a niektórzy, po wydaniu nasion, poświęcali nawet własne przepełnione nią ciała.

Zwierzów wyposażono w silne instynkty i przyrodzoną wiedzę, pozwalającą rozumieć otaczającą ich naturę i wszechświat wraz ze wszystkimi jego złożonymi prawami.

Wreszcie – Ludzie. Ze wszystkich ziemskich istot Człowiek był najsłabszy – nie miał kłów ani pazurów do obrony, nie miał grubej kory, która chroniłaby jego ciało przed mrozem, poruszał się niezdarnie; także zmysły, którymi doświadczał świata, w porównaniu z innymi miał stosunkowo nieostre. Nie było też z niego zbyt wiele pożytku w Przyrodzie, ba, niektóre jego działania były dość głupie, żeby nie powiedzieć szkodliwe. Ale było w nim coś, za co Zwierzowie, a zwłaszcza Zróstowie go uwielbiali. Kochał dla samego kochania, zachwycał się dla samego zachwytu. Ponadto w darze od Bogów otrzymał twórczą, artystyczną pasję. Posługiwał się również Słowem, które u zarania dziejów było wyłącznie dobre i miało wielką czarowną moc.

Żeby ktoś nie zrozumiał tego źle – twórczego ducha posiadają również Zróstowie i Zwierzowie, tak samo jak odżywianie się energią, bezpośrednio czerpaną z kosmosu, w pewnym stopniu możliwe jest także dla Ludzi i Zwierzów, ale mówimy tutaj o cesze szczególnie dla danego rodzaju istot ważnej, dominującej. To, że jest ona także udziałem pozostałych, stwarza płaszczyznę międzygatunkowego porozumienia.

ddd 7059859

Locha na chwilę zamilkła, zastanawiając się, jak powrócić do głównego wątku. Po chwili, zebrawszy myśli, kontynuowała:

– Początkowo owe trzy rodzaje zamieszkujących Ziemię istot szanowały się nawzajem, respektując tym samym boskie prawa. Jedni doceniali w drugich to, co tamci w sobie najlepszego mieli.

Cisi ze swej natury Zróstowie szczególnie pokochali dźwięki wypowiadanych przez Człowieka Słów. Swoją urodą wzbudzili w nim pragnienie śpiewu. A on, zrozumiawszy ich muzykalnego ducha, odwdzięczył się za to najpiękniej jak potrafił. Z konarów i drewna powalonych przez wiatry i burze drzew rzezał instrumenty, uwalniając zaklętą w Zróstach muzykę. Ich splecione ze sobą glosy stały się fundamentem głębokiej przyjaźni. Troszcząc się o Człowieka, Zróstowie karmili go i leczyli: drzewa i krzewy chętnie dzieliły się z nim swoimi owocami, zboża rodziły wartościowe ziarna, zioła uzdrawiały. A Człowiek śpiewał z nimi i dla nich i dla siebie o nich. Poezją i zaklęciami były opisujące ich Słowa.

Ze Zwierzami rzecz wyglądała różnie. Czasem dochodziło do pewnych napięć. Ale byli wśród Zwierzów i tacy, którzy podobnie jak Zróstowie gotowi byli na współpracę z Ludźmi; współpracę opartą oczywiście na wzajemnym dzieleniu się korzyściami. W zamian za ochronę, troskliwą opiekę i miłość odwdzięczali się tym, czym mogli: owce wełną, kozy i krowy mlekiem, koty broniły zapasów przed gryzoniami…

Na przestrzeni wieków szamani z rodu Ludzi, odczytując przekazy, nauczyli się rozmawiać ze Zróstami i Zwierzami jak ze swoimi i dokładali wszelkich starań, aby ta wielka przyjaźń i wzajemny szacunek trwały, i żeby występujące od czasu do czasu nieporozumienia czy chwilowe konflikty nie zachwiały ową wspaniałą harmonią.

Teraz, kiedy już wiecie, jak to na samym początku wyglądało, słuchajcie jak doszło do rozłamu pomiędzy dzikami i jak to się stało, że powstały świnie.

Początkowo bowiem wszyscy byliśmy jednym wielkim dziczym rodem. Byliśmy wolni i cieszyliśmy się swobodnym, bezpiecznym życiem w lasach, które jako naturalne środowisko wyznaczyli nam Bogowie. Przyszedł jednak czas, że Ludzie, którzy zaczęli przystosowywać różne Zwierzęta do życia wewnątrz swoich domostw lub grodów, doprowadzili w ten sposób do wytworzenia się nowych gałęzi na prastarych drzewach rodowych Zwierzów. Stało się tak między innymi w przypadku dzików. Żyjąc w zmienionych warunkach, po wielu pokoleniach straciły swoją przyrodzoną dzikość i przeistoczyły się w świnie.

Ważne, żebyście rozumieli, że dopóki udomowienie opierało się na przyjaźni i zasadzie wzajemności, nie było niczym złym… Szybko jednak okazało się, że Ludzie łatwo zapominali o tym, że podstawą ich współbycia z braćmi Zwierzami i Zróstami powinny być właśnie wzajemność i przyjaźń. Wygodniej było im brać, nie dając niczego, lub mało dając w zamian. Bywało, że dochodziło do rażących nadużyć. Na szczęście istnieli w ich społecznościach szamani i wiedźmy, to znaczy kobiety wiedzące, posiadające głęboką wiedzę. W takich sytuacjach ci mądrzy Ludzie trzymali rękę na pulsie i kiedy trzeba było – napominali, upominali i przypominali, troszcząc się o poszanowanie boskich praw, dzięki czemu równowaga w Przyrodzie nigdy nie była poważnie zagrożona.

Do czasu jednak. W pewnym momencie wszystko się zmieniło. Zaczęto bowiem głosić, że Człowiek stoi rzekomo wyżej niż jego bracia Zwierzowie i Zróstowie, że może nad nimi panować, że wolno mu brać, nie dając niczego w zamian. Twierdzono nawet, że tylko Człowiek posiada nieśmiertelną duszę! I to był początek katastrofy.

– A wiedźmy nie protestowały? – kwiknął rozemocjonowany historią Psot.

Locha Przewodniczka zaśmiała się gorzko.

– Protestowały! A jakże! Niestety większość z nich przypłaciła to życiem, a te, które przetrwały, musiały się ukrywać. Tymczasem Człowiek, ogarnięty manią wielkości i odsunięty od mądrości szamanów, dopuszczał się coraz gorszych czynów. Już się nie opiekował, ale wykorzystywał, nie tworzył lecz niszczył… Zrobił się samolubny i brutalny, bezmyślnie karczował lasy, zanieczyszczał rzeki… Udomowione zwierzęta były bite, trzymane w wołających o pomstę warunkach, zabijane w sposób okrutny i niegodziwy…

– Skrzywdzili tak wielu naszych… – Dziki nie powstrzymał się od komentarza. – Nie ma dla nich przebaczenia!

Locha wyraźnie się na tę uwagę skrzywiła. Po chwili jednak jej oblicze złagodniało.

– To prawda, Człowiek wyrządził swojej Wielkiej Matce – Ziemi wiele krzywd. Ale będąc jej częścią, w ten sposób zaszkodził przede wszystkim samemu sobie. Tak to już jest, że każda wyrządzona Zwierzętom i Roślinom krzywda odciska na Ludziach głębokie piętno. Dzisiaj na przykład kaleczą ciała Zróstów niepotrzebną chemią i zmuszają ich do nielogicznych krzyżówek, powodując co prawda wydajniejsze (ilościowo) plony, pozbawiając je przy tym jednak ich naturalnych, odżywczych i leczniczych właściwości. Ostatnio odkryto, że da się manipulować genami… Manipulują więc, tak jakby nie rozumieli, że koniec końców, po spożyciu płodów tych Zróstów, to ich własne ciała staną się przedmiotami eksperymentu, którego skutki mogą być tylko opłakane. Nie można poprawiać natury, bo natura jest już doskonała! Zmieniając coś, co jest doskonałe, niszczy się to, pozbawia najlepszych wartości! Zauważcie, że ani sztucznie wyhodowane pseudorośliny, ani  zwierzęta z wielkich farm, przetrzymywane w urągających żywym istotom warunkach, pozbawione światła słonecznego, spożywające chemicznie i genetycznie zmodyfikowane pożywienie, całe życie czujące ból i strach i wreszcie na koniec bezlitośnie zarzynane, nie staną się, nie mogą stać się dobrym pokarmem dla Ludzi! Zjadając je, Człowiek wprowadza do swojego organizmu ich choroby, hormony strachu i te nieszczęsne zmodyfikowane geny, z których naprawdę nie wiadomo, co się w przyszłości wylęgnie. Natomiast tej podstawowej, czystej, życiodajnej siły w takim posiłku po prostu brak.

– Oj, źle to wszystko wygląda, beznadziejnie… – jęknął przejęty Ryjek.

– Źle, to prawda. Ale nadzieja jeszcze jest. – powiedziała locha, na tyle głośno, żeby jej słowa dotarły przede wszystkim do uszu Dzikiego. – Jest taka legenda, która mówi, że świnia, powróciwszy do boru, stanie się znów dzikiem, że stanie się nim nie tylko mentalnie, ale i fizycznie. I to jest, moi drodzy, ów most, po którym idąc do przodu, dociera się w miejsce, z którego się wyszło…

Dzikiemu zakręciło się w głowie od nadmiaru wrażeń.

– A czy Ludzi dotyczy podobna legenda? – zapytała Basia.

– Oczywiście! – Przewodniczka była rada, że może udzielić takiej odpowiedzi. – Oprócz rodzin, które nigdy nie odeszły od Boru, są tacy, i jest ich coraz więcej, którzy do niego powracają, czując, że świat znalazł się nad przepaścią. Wiedzą, że wyjścia są tylko dwa – albo skoczyć w tę przepaść, albo przejść nad nią po owym legendarnym moście…

– Nie wierzę w istnienie takich ludzi! – naburmuszył się Dziki.

– Są, są! Nawet w naszym lesie! – przypomniał sobie Wariat. – Stary szaman i jego wnuczka! Ta rodzina żyje tutaj od pokoleń!

– A wiesz, Wariat, to jest jakaś myśl… – podchwyciła locha. – Zaprowadzisz tam Dzikiego, pokażesz mu tych dwoje. Może jego nienawiść stopnieje, kiedy się przekona, jak wielki potencjał dobra i piękna tkwi w Ludziach. Znasz drogę do ich domu?

– Pewnie, że znam!

– Świetnie. To co, wybierzcie się tam któregoś dnia? Dziki, zgadzasz się?

– Skoro muszę… – burknął zapytany.

– Co mówiłeś? – Przewodniczka udała, że niedosłyszała.

– Że bardzo chętnie pójdę…

lato_summer_2560x1600_010

*

Nim zima dobiegła końca, Dziki nauczył się podstaw życia w lesie. Potrafił już sam znaleźć pożywienie, chronić swoje ciało przed chłodem, orientować się w przestrzeni i czasie. Czuł się już na tyle mieszkańcem boru, że żywił wielką nadzieję, iż spoglądając w lustro wody, zobaczy odbicie prawdziwego dzika, nie hodowlanej świni. Bardzo chciał, żeby się okazało, że legenda, o której mówiła Przewodniczka, zbudowana jest na prawdzie.

Tymczasem zrobiło się cieplej, śnieżna pokrywa malała z każdym dniem, lód, dotychczas skuwający rzeki, pękał – nurt porywał i kruszył jego kry. Dzień się wydłużał, noc skracała, ptaki były wyraźnie pobudzone, śpiewały głośniej, krzykliwiej, świergotliwiej, radośniej… I tylko w nim, w jego odbiciu nie zmieniało się absolutnie nic, chociaż pełen ufności w rychłą przemianę, dokładnie sprawdzał to każdego ranka, oglądając w pękających lodowych lustrach swój profil i ciało z każdej możliwej strony.

*

Któregoś dnia zaintrygowała go cienka, twarda zaspa. Wydawało mu się, że coś jakby unosi ją od spodu i postanowił bacznie się temu zjawisku przyglądać. W ciągu tygodnia przebiły się przez nią małe zielone pędy. Dziki, szalejąc ze szczęścia, narobił takiego rabanu, że pół lasu zbiegło się, żeby zobaczyć, co się dzieje. Zgromadzonym ptakom, lisom, dzikom, zającom i sarnom pokazał małą roślinkę.

– To przebiśniegi. – wyjaśniła mu stara sowa. – Pierwsze wiosenne kwiaty.

Kwiaty? Co to takiego te kwiaty? – zastanawiał się.

Wkrótce na zielonych łodyżkach pokazały się bielusieńkie, śliczne dzwoneczki. Lisy z pobłażaniem kręciły głowami widząc, jak ogromny, różowy knur, przebierając ze szczęścia racicami, delikatnie przystawia do nich swoje nozdrza, po raz pierwszy w życiu wdychając woń kwiatów. Starał się być bardzo ostrożny, nie chciał przecież złamać ani łodyżki.

– Ciekawe co on zrobi, jak wkrótce zakwitną całe łąki? – zastanawiał się w swojej dziupli dzięcioł.

– Może zacznie nad nimi fruwać? – zarechotał siedzący wysoko na gałęzi kruk.

Ale szyderstwa mieszkańców lasu mało obchodziły Dzikiego. Był tak zachwycony, że faktycznie zdawało się, że zaraz wzleci w powietrze. A to by się dopiero ptaki zdziwiły!

Przedwiośnie i wiosna tak pochłonęły nowego członka watahy, że nie było co myśleć o zabieraniu go w miejsce, gdzie żył stary szaman. Postanowiono dać mu najpierw czas na przywyknięcie do natury i lasu. Cieszyło go wszystko: deszcze, burze, kiełkujące trawy, pąki na drzewach, młode listki, kałuże, błoto, stawy… Z każdym kolejnym „odkryciem” robił taki hałas, że cały las natychmiast wiedział, że oto Dziki poznał coś nowego.

Wreszcie Przewodniczka uznała, że nadszedł czas konfrontacji. Poprosiła dwóch najlepszych przyjaciół knura, żeby zaprowadzili go w pobliże ludzkiej siedziby.

Znaleźli go na polanie. Leżał na plecach, otoczony wielobarwnymi kwiatami i spoglądał w niebo.

– Ta chmura, o tam, wygląda jak smok! – podzielił się spostrzeżeniem z odyńcami.  – Tam ma pysk, tam oczy i chrapy i, zobaczcie, zieje jakby chmurnym ogniem!

– A mnie się kojarzy z drogą; jest taka długa i kręta. – stwierdził Ryjek. – Może to znak?

– Znak czego?

– Że czas nam ruszać w drogę.

– Ale po co? dokąd? Tu jest mi całkiem dobrze. – oznajmił zaniepokojony przebiegiem rozmowy Dziki.

Wariat trącił go gwizdem pod boki.

– Już ty wiesz, dokąd. – odpowiedział. – Po co to odwlekać? Przejdziemy się tam, popatrzysz sobie, zmienisz zdanie co do Ludzi albo zostaniesz przy swoim, wrócimy i po krzyku.

– Łatwo ci mówić. Mnie na sam dźwięk słowa „człowiek” przechodzą zimne dreszcze. Zaraz mi się wszystko przypomina… Ich sztywne, szorstkie ręce… Ich oczy, pozbawione głębi… Mechaniczne ruchy… Ból, który nam zadawali…

Ryjek poklepał go przyjacielsko.

– Przecież będziemy tam z tobą. Nie zostawimy cię. No i podejdziemy tylko na pewną odległość. A już tak w ogóle, to z takimi szalonymi odyńcami jak my możesz czuć się zupełnie bezpieczny. – zakończył żartobliwie.

Dziki uległ w końcu namowom przyjaciół. Niechętnie bo niechętnie, ale jednak podniósł się z miejsca i wyruszyli.

*

Droga okazała się rzeczywiście długa i kręta. Zapewne dlatego, że była to trasa wybrana przez Wariata, obfitująca w rozmaite dziwaczne zakątki, porośnięte ulubionymi smakołykami zwariowanego dzika, poprzecinana strumieniami, wypełniona mokradłami i płytkimi bagienkami, w których nie omieszkali się przy okazji porządnie wytaplać.

Pod wieczór zdrzemnęli się na chwilę. Wędrówkę kontynuowali nocą. Srebrne światło księżyca rozlało się po pniach sosen i ich, na pozór sięgających nieba czuprynach, pokładło wśród bluszczu i paproci świetliste ścieżki, rozbłyszczyło czarne oczy stawów.

Przed świtem byli na miejscu.

Na grafitowym tle odchodzącej nocy pokazał się szpiczasty daszek śródleśnej drewnianej chaty i kilka niższych daszków, zapewne stodółki i kurnika. Wokół rozciągały się ogrodzone płotem grządki. Po płocie spacerował kocur. Nieopodal była jeszcze studnia, kawałek dalej wygasłe ognisko i dziwne, rzeźbione w drewnie postaci, oplecione wieńcami z ziół.

– Proponuję się jeszcze na chwilę zdrzemnąć. – ziewnął przeciągle Ryjek. – Ludzie też jeszcze śpią.

Położyli się w wysokich trawach, skąd mieli dobry widok na zabudowania, sami pozostając przy tym w ukryciu.

Zmęczone drogą odyńce już po krótkiej chwili zaczęły miarowo, spokojnie pochrapywać. Tylko Dziki nie potrafił zmrużyć oka. Drżał na myśl, że z chaty niebawem wyłonią się Ludzie.

Nie mylił się. Nagle w jednej z izb zapłonęła świeca. W jej blasku ukazała się długowłosa postać. Nie widział jej zbyt wyraźnie, miał jednak wrażenie, że posturą znacznie różniła się od krępych mężczyzn w chlewni. Zaplatała długie włosy w warkocz. Ona. Samica Człowieka. Dziewczyna.

Przeciągnęła się. Zdjęła nocną koszulę, ubrała się w coś innego. Po chwili zniknęła z okna, otworzyły się natomiast drzwi wejściowe i nagle zobaczył ją na zewnątrz. Serce zabiło mu mocniej z przerażenia, oddech przyspieszył.

– Nie mogę! – ryknął, budząc tym samym przyjaciół, którzy nie wiedząc, co się dzieje, zerwali się na równe nogi. – Nie potrafię! Nie chcę na nich patrzeć, nie każcie mi patrzeć na ludzi!!!

Zanim przyjaciele zdążyli się dobrze zorientować w sytuacji, Dziki pomykał już z powrotem w stronę głębokiego boru.

Igliwie i szyszki pryskały mu pod racicami, tak pędził, tak gnał przed siebie, pomiędzy drzewami, krzewami, niemal w locie przeskakując dziury i leżące na drodze kamienie. Ryczał przy tym i parskał, krzyczał wniebogłosy.

Ryjek i Wariat nie zwlekali. Natychmiast ruszyli za uciekającym knurem.

– Dziki! – wołali z nim. – Dziki, zaczekaj na nas! Nie znasz tej części boru!

Kiedy go znaleźli, leżał półprzytomny ze zmęczenia i strachu, zagrzebany w ciasnej jamie, przykryty warstwą liści. Płakał.

Zauważywszy ich, zaczął szlochać jeszcze bardziej.

– Co ja teraz powiem Przewodniczce? – jęknął. – Będzie na mnie wściekła…

Wariat podszedł do niego i przyjacielsko trącił go gwizdem pod bok.

– No co ty, bracie… Ważne, że próbowałeś, że się starałeś…

– Ale nie dałem rady! Nie potrafiłem zostać tam ani minuty dłużej! – strugi łez lały się po policzkach uciekiniera. – Jestem tchórzem!

– Nie powiemy o tym Przewodniczce. – postanowił Ryjek, który wciąż stał kilka kroków dalej. – Byłeś tam, patrzyłeś na ludzi, stwierdziłeś, że są ci obojętni. Potem sobie poszliśmy. Koniec. Taka będzie nasza wersja.

– Chcesz skłamać? – zachlipał Dziki, pociągając nosem.

– Czego się nie robi dla przyjaciół! No, uszy do góry, przestań się już mazać. Stara locha o niczym się nie dowie. Zresztą, muszę ci powiedzieć, że po tym wszystkim, co nam opowiedziałeś o ludziach, sam też najchętniej nigdy bym już człowieka nie chciał oglądać na oczy. Doskonale cię rozumiem.

– Ja też obiecuję nie puścić pary z pyska, o tym, co dzisiaj się stało. – uroczyście obwieścił Wariat. – Chociaż po prawdzie to bym wolał, żebyś chociaż tych dwoje poznał nieco lepiej. Ja ich bardzo szanuję i lubię. To co, wracamy do watahy?

– Wracamy.

*

Rzeczywiście, przyjaciele nie zdradzili Dzikiego przed Przewodniczką. A wspólna tajemnica zbliżyła ich do siebie jeszcze bardziej. Choć trzeba przyznać, że więź ta miała jeden słabszy punkt. Była nim różnica zdań odnośnie ludzi. Podczas gdy Ryjek coraz mocniej wtórował Dzikiemu w jego poglądach i odczuciach, Wariat wciąż twierdził, że ludzie, a szczególnie tacy jak szaman i jego wnuczka są istotami, mającymi w sobie ogromny potencjał dobra. Czasem wręcz boczył się na pozostałą dwójkę, niemal bez przerwy krytykującą w ludziach to lub tamto.

*

Tak mijały tygodnie i miesiące, zmieniały się pory roku, upływały wody w rzekach. Dziki coraz bardziej wrastał w życie lasu, w jego cykliczność, jego twarde prawa i nieskończone rozkosze. Z radością też zaobserwował wreszcie na swojej skórze pojedyncze, sterczące tu i ówdzie kępki brunatnej szczeciny, uznając je za pierwsze oznaki przekształcania się w prawdziwego dzika. Nie przeszkadzało mu nawet, że inni nieco z tego jego nowego wyglądu drwili. Sam dobrze wiedział, że póki co rzeczywiście wyglądało to jak wyglądało, raczej pokracznie, ale cieszył się, mając nadzieję na całkowitą przemianę w przyszłości.

I tak życie mieszkańców lasu płynęło swoim zwykłym-niezwykłym torem, spokojne, przez nic nie zakłócane, malowane farbami następujących po sobie pór roku.

Aż nagle, zupełnie niespodziewanie, to upragnione i wywalczone, sielskie, bezpieczne, poukładane życie knura zatrzęsło się w posadach. Zło, którego nikt się nie spodziewał, wywróciło je do góry nogami…

Stało się to krótko po odejściu lata. Jesienne bóstwo ledwo co objęło panowanie, ledwo zamoczyło swój pędzel w złocie, by dotknąć nim zielonego płótna lasu, kiedy…

PUFF! PAFF! – zahuczało z jednej, z drugiej, z tej i z tamtej strony.

Spłoszone ptaki odleciały, trawa i zioła stanęły na baczność, prężąc się i węsząc w powietrzu bardzo niedobre wibracje; spomiędzy krzaków czmychnął przerażony zając. Serduszko szamotało się w jego piersi tak mocno, że aż dziw brał, że nie pękło. Większe zwierzęta na chwilę zamarły, niedowierzając własnym uszom. W końcu i one pojęły, że wszystko to dzieje się naprawdę.

– Uciekamy! – usłyszał ryk Przewodniczki. – To myśliwi! Strzelają! Szybko, zaraz tu będą!

Myśliwi?

To znaczy…

Ludzie?!

Stał jak wryty, niedowierzając własnym uszom.

PUFF! PAFF! – huczało coraz głośniej.

Nawet tutaj przyszli zabijać? Do jego boru? Do jego ukochanego boru? To mało im krzywd, jakie wyrządzają zwierzętom w wielkich przemysłowych farmach? Mało? Tam zabijanie jest ich codzienną rutyną a tutaj przychodzą zabijać dla rozrywki?

Krew się w Dzikim zagotowała. Gdyby mógł, rozerwałby polujących na strzępy. Jednak stara locha w porę zauważyła narastający w nim gniew.

PUFF! PUFF! PUFF!

– Dziki! Do mnie! – przekrzykiwała odgłosy wystrzałów. – W tej chwili!

Zrobił, co Przewodniczka kazała, choć zrobił to wbrew własnej woli. Posłusznie pobiegł za resztą watahy, uciekającą w inną część lasu, gdzie bagna i trzęsawiska powinny utrzymać ludzi na dystans. W duchu jednak poprzysiągł myśliwym zemstę. Każdy kolejny wystrzał ze strzelby pieczętował tę przysięgę. Wybuchał mu w sercu jak dynamit, rozsadzając je, rozdzierając, zmieniając soki jego ciała w bulgoczącą lawę i rozżarzony gruz. Nie może tak być, nie może, żeby ludzie bezkarnie odciskali piętno swoich zbrodni nawet tutaj! Popamiętają go, zobaczą, jak się kończy zadzieranie z Dzikim!

polowanie

*

            Myśliwi polowali do późnego popołudnia. Przed wieczorem wracali do wybudowanej na podobieństwo wielkiego szałasu śródleśnej bazy. Niektórzy stamtąd rozjeżdżali się do domów, chełpić się przed bliskimi swoim krwawym łupem, inni zostawali w „bazie” na noc. Rozpalali wówczas wielkie ognisko, nad którym opiekali upolowane zwierzęta, upijali się mocnym piwem i bardzo głośno rozmawiali, wręcz krzyczeli jeden do drugiego, nic sobie nie robiąc z tego, że w lesie obowiązuje cisza. Spali potem długo, chrapiąc ciężko i sapiąc. Zawsze mieli w planach wstać następnego dnia wcześnie, ale że w obolałych głowach huczało im i wirowało po całonocnym pijaństwie, nigdy im się to nie udawało. Budzili się dopiero przed południem, jedli coś „na szybko” i znów wyruszali zabijać.

Wytropił ich. Podglądał. Kiedy wychodzili na polowanie, zbliżał się do ich „bazy” i dokładnie zapisywał w pamięci najdrobniejsze szczegóły jej konstrukcji i wyposażenia. Kiedy wracali, rejestrował ich zachowania, ich nawyki.

Wyprawiając się do lasu na grubego zwierza, myśliwi nie mieli pojęcia, że sami są obserwowani, że pewien wyjątkowo gruby zwierz, nietypowy świnio-dzik planuje na nich zemstę.

*

Gdy plan był już dopracowany w najdrobniejszych szczegółach, Dziki postanowił podzielić się nim z przyjaciółmi. Słuchając, o czym mówił, Ryjek i Wariat osłupieli.

– Jutro, kiedy wyruszą na polowanie, zakradniemy się i zrównamy z ziemią cały ten ich szałas. Zniszczymy wszystko, stratujemy, wdepczemy w glebę! Co wy na to?

Po dłuższej chwili pierwszy odezwał się Wariat:

– Dziki, zwariowałeś? Rozum ci odjęło? I dlaczego od razu zakładasz, że zechcemy wziąć w tym szaleństwie udział?

– A nie chcecie?

– W życiu! To może ściągnąć na nas jeszcze większe kłopoty!

– Więc co? Mamy im pozwolić dalej zabijać, panoszyć się po naszym lesie, zakłócać jego harmonię i spokój? Niech idą precz, nie są u siebie!

– Wręcz przeciwnie. – odpowiedział Wariat. – Bór to także ich macierz, stąd się wywodzą, tylko zapomnieli…

– Zaczynasz gadać jak Przewodniczka. – rozsierdził się Dziki. – Może w ogóle przystawmy sobie lufy ich strzelb do skroni i naciśnijmy spust? Niech się nie trudzą gonitwą za nami! Ułatwmy im to! Naprawdę mamy im na wszystko pozwalać? Są przecież chyba jakieś granice? Może i oni stąd pochodzą, ale najwyraźniej całkiem o tym zapomnieli. Mają się za władców świata, a są jego okupantami! Z okupantem się walczy! Zwalcza się go jak pasożyta, inaczej zniszczy wszystko!

– Walcząc jego metodami staniesz się bardzo podobny do niego…

– Cóż, mogę się poświęcić, żeby wam, tchórzom, żyło się lepiej.

W tym momencie do rozmowy włączył się Ryjek.

– Obaj macie trochę racji… Dziki, jeśli chcesz, ja mogę pójść z tobą…

– Róbcie, co chcecie. – wzruszył ramionami Wariat. – Ale zobaczycie, ściągniecie na nas przez to jeszcze większe kłopoty. Ja do tego racicy nie przyłożę! Ta wojna toczyć się powinna na poziomie Świadomości! Nie potraficie tak walczyć, więc wam tylko rozwiązania siłowe przychodzą do głowy! Mnie do tego nie mieszajcie! Do widzenia!

Po chwili krępa figura odyńca znikła przyjaciołom z pola widzenia.

Jakiś czas milczeli, nie mogąc znaleźć odpowiedniego komentarza do ostatniej wypowiedzi Wariata. Chłodne słowa rzadko jednak mają moc schładzania rozpalonych głów. Tu czasem i kubeł zimnej wody to za mało…

– To co, idziemy? – szepnął Dziki. – Myśliwi kończą właśnie śniadanie, niedługo wyruszą. Będziemy mieć kilka godzin na zniszczenie tej siedziby zła…

– Chodźmy. – usłyszał upragnioną odpowiedź.

*

Jeszcze tego samego dnia setki tysięcy ludzi, oglądających wieczorem telewizję, dowiedziało się o zniszczeniach, dokonanych przez „agresywne dziki”. Powodów tej napaści podawano wiele; do tych najczęściej wymienianych należały: populacja dzików w regionie jest zbyt wysoka, a do tego mogą być one chore. W każdym razie materiały zostały przedstawione widzom w taki sposób, żeby wzbudzić strach i poczucie zagrożenia ze strony groźnych dzikich bestii. Zaniepokojeni ludzie kiwali z aprobatą głowami, kiedy piękna pani moderator, powierzchownie zabarwionym emocjami głosem poinformowała, że w związku z zaistniałą sytuacją eksperci zalecają zwiększenie odstrzału.

*

– Chcę wiedzieć, – ryczała Przewodniczka. – czy któreś z was maczało w tym racice?

Spojrzeniem krzesającym iskry wodziła po stojących przed nią dzikach z watahy i tych, którzy należeli do niej niegdyś, bo nawet ci, w sytuacjach tak wyjątkowych jak obecna, pełni respektu dla wiedzy i doświadczenia starej lochy, znów instynktownie poddawali się jej władzy. Było tam wiele potężnych odyńców, których pierwszy raz widział na oczy.

– Jeżeli któreś z was miało na tyle odwagi, żeby wtargnąć do obozu ludzi i narobić tam tych wszystkich zniszczeń, niech i teraz wykaże się odwagą i stanie naprzeciw swoich braci i sióstr; niech wytłumaczy im, po co to wszystko zrobił! Czy to któreś z was było na tyle bezmyślne, by dać ludziom argument do nasilenia ostrzału? Jeżeli tak, a nie przyzna się tutaj i teraz, niech wie, że nim pogardzam!

Dzikiemu serce kołatało jak oszalałe. Pogarda Przewodniczki… Już czuł ją w sobie; już niczym trucizna trawiła jego wnętrze, paliła jak kwas, wżerała się w każdą komórkę ciała… Zniósłby wszystko, ale nie pogardę tej najmądrzejszej, najlepszej ze wszystkich loch… Nie potrafił tego znieść.

– To ja… – wyszeptał.

A może tylko zdawało mu się, że wyszeptał, bo nikt, absolutnie nikt z zebranych nie usłyszał jego wyznania. Przełknął ślinę, mając wrażenie, że połyka kulę zwiniętego drutu kolczastego.

– To ja!!! – ryknął tak głośno, jak tylko burza nad lasami ryczy.

W jednej chwili zaległa martwa cisza. Nawet echo nie odważyło się powtórzyć tego wyznania; zupełnie, jakby się bało, że wina zostanie przypisana jemu, nie prawdziwemu winowajcy.

Zwiesił głowę, spuścił wzrok. Nie widział więc, ale czuł, że pozostali odsuwają się od niego. Chłodny powiew zdumionych, zawiedzionych nim westchnień przepełzł mu po ciele.

– Tak, to ja… – powtórzył jeszcze raz, wyręczając w tym strwożone echo.

Chwile, po brzegi wypełnione ciszą, pękały nad nim od ciężaru swojej zawartości.

Jedynie Ryjek stanął u jego boku. Zamierzał nawet przyznać się do współudziału w przestępstwie. Ale Przewodniczka kazała mu zamilknąć i odsunąć się od knura. Czuł, że był dla niej jedynym winnym – ostrze włóczni jej gniewu skierowane było wyłączne na niego.

Spodziewał się ostrych słów, dotkliwej kary. Ale nie spodziewał się, że Przewodniczka powie:

– Wynoś się.

Szamoczące się w nim do tej pory serce na chwilę stanęło. Myślał, że zaraz pęknie, że trzaśnie, zabijając go na miejscu. Ale nawet takiej, ostatecznej ulgi nie dane mu było przeżyć. Stał na miękkich jak z waty nogach i słuchał tego, co locha miała mu jeszcze do zakomunikowania.

– Nie jesteś już członkiem watahy. – jej głos był zimny i surowy, ciął jak nóż ze stali. – Pomimo moich wielokrotnych zakazów i napominania, ciągle narażasz nas wszystkich na niebezpieczeństwo; jedyne, czym się kierujesz, to chorobliwa nienawiść. W dodatku infekujesz tą swoją chorobą tych, którzy są najbliżej ciebie. – dla potwierdzenia tych słów wskazała na Ryjka. – Wielokrotnie cię ostrzegałam, ale nie słuchałeś. Teraz, przez twoją głupotę, giną inni. Ryjek jeszcze nie wie, że jedną z ofiar nagonki, którą na nas sprowadziłeś jest jego ukochana Basia! I co mu teraz powiesz, co?

– Basia?! – osłupiały Ryjek runął na ziemię, jakby zwalił się na niego ciężar kamiennej lawiny.

Ta sama lawina wgniotła w ziemię również duszę Dzikiego. Oddałby życie za szczęście przyjaciela, tymczasem stał się przyczyną jego tragedii. Ach, gdyby mógł cofnąć czas! Gdyby mógł odwrócić bieg wydarzeń!

– Wiesz, jednak nie obchodzą mnie twoje wyjaśnienia. Znów zaczniesz mówić, że ludzie to, że ludzie tamto. Jesteś wcieloną nienawiścią w skórze knura. Odejdź i nigdy więcej nie kontaktuj się z żadnym z nas! Ryjek! Wariat! Od dzisiaj nie wolno wam się nawet zbliżyć do Dzikiego; w przeciwnym razie także i wy zostaniecie wygnani. Czy wyraziłam się dostatecznie jasno?

Nienawiść, która rzeczywiście była motorem jego fatalnej decyzji, zwróciła teraz swoje żądło na niego. Tak jak wcześniej nienawidził ludzi, zaczął nienawidzić siebie. Nie miał odwagi spojrzeć w oczy zrozpaczonego przyjaciela. Odchodząc, wbił wzrok w ziemię pod własnymi racicami. Szedł, a z każdym krokiem pękało mu serce. Nie, przecież nie mogło tak pękać! Jakby raz pękło, to padłby martwy! Więc co to było, co tak boleśnie pękało w okolicy serca?

Pozostali odprowadzali go milczeniem. Nikt nie zaprotestował przeciwko karze banicji. Wszyscy byli zgodni co do tego, że nie chcą go więcej widzieć, nie chcą mieć z nim już nic do czynienia…

Krok za krokiem oddalał się od swojego spełnionego marzenia. Zniszczył wszystko. Zasłużył na karę…

dd Heubach_wild_boar

*

CZĘŚĆ TRZECIA

*

Odkąd wygnano Dzikiego, nikt go w lesie nie widział. Zupełnie, jakby przepadł bez śladu. Jedni sądzili nawet, że umarł z rozpaczy, albo skoczył w przepaść, targany wyrzutami sumienia. Kiedy pytano o niego Przewodniczkę, ta odwracała się i odpowiadała milczeniem. Minął rok, mijał drugi… Knur jakby rozpłynął się powietrzu.

My jednak wiemy, że żadna żyjąca istota nie może tak po prostu rozpłynąć się w powietrzu. Jeśli chcesz, drogi Czytelniku, zdradzę Ci, co stało się z przepędzonym na cztery wiatry leśnym banitą.

Otóż rzeczywiście miał on początkowo zamiar rzucić się ze skały, albo utopić się w stawie, wszystko, byle tylko uwolnić się od nękających go wyrzutów sumienia i wstydu. Potem postanowił odejść tak daleko, dokąd tylko zaniosą go nogi. Im dalej jednak szedł, tym silniejsze stawało się poczucie winy. „Nawarzyłem piwa” – myślał. – „a teraz inni muszą je wypijać za mnie… Tak się przecież nie godzi…” I Dziki postanowił wrócić.

Postanowił wrócić, ale w tajemnicy przed wszystkimi. Nie miał zamiaru zdradzać im swojej obecności. Jedyną ulgą, jaką mógł sam sobie sprawić, było roztoczenie opieki nad braćmi i siostrami dzikami, którzy przez jego bezmyślność żyli teraz w wielkim zagrożeniu. Obserwował okolicę, czuwał, pilnował, żeby myśliwi nie mieli szansy podejść zbyt blisko członków watahy. Kiedy ludzie pojawiali się ze swoimi strzelbami, Dziki wybiegał im na spotkanie jako wabik i kierował pościg w zupełnie inną stronę, gdzie żadnej żywej duszy do ustrzelenia nie było. Tylko to niebezpieczne i ryzykowne zajęcie pozwalało mu żyć dalej, nadawało sens jego istnieniu i stwarzało szansę, by chociaż w części zrehabilitować się za wcześniejsze zło, którego był przyczyną.

Dzień za dniem, miesiąc za miesiącem mijał mu w ten sposób czas. Nikt nie wiedział o szlachetnej działalności naszego samotnika.

*

            Któregoś ranka, kiedy przyszedł nad staw ugasić pragnienie, powietrze było wyjątkowo przejrzyste i spokojne. Nie drgały nawet listki osiki, które przecież przy najmniejszym, najdelikatniejszym powiewie, tańczą i szumią. Teraz jednak było absolutnie cicho. Również tafla wody w stawie była idealnie nieruchoma. Była zupełnie jak lustro.

Schyliwszy się, żeby zaczerpnąć orzeźwienia, Dziki odruchowo spojrzał w to lustro i z najwyższym zdumieniem zobaczył w nim odbicie… Tak! Zobaczył odbicie prawdziwego dzika!

Czekał na ten moment tak długo! Wreszcie, wreszcie się spełniło! Legenda okazała się prawdą!

„Zaraz powiem o tym Ryjkowi i Wariatowi!” – pomyślał w pierwszym momencie.

„Ach, prawda… Nie powiem…” – posmutniał w chwilę potem. – „Nie mam już przyjaciół, z którymi mógłbym się tą nowiną podzielić…”

„Szkoda, bo cudownie byłoby móc świętować z nimi ten dzień… Samemu nawet świętować się nie chce…”

*

Nie jest jednak prawdą, że Dziki stał się dzikiem jak każdy inny. Musisz wiedzieć, drogi Czytelniku, że taka świnia, która powróciwszy do swojego pierwotnego siedliska, do swoich korzeni, na powrót dziczeje, staje się naprawdę niezwykłym okazem, takim super-dzikiem. Od pozostałych różni się przede wszystkim wielkością, ponieważ jako hodowlana świnia osiąga znacznie większe rozmiary niż jego dzicy od pokoleń bracia. Przekształciwszy się w dzika, nie traci swoich potężnych rozmiarów. Staje się też nie lada gratką dla myśliwych i kłusowników, z których każdy marzy o ustrzeleniu takiej „bestii”.

Dziki, który wystawiał się w charakterze przynęty oczom myśliwych, bardzo ryzykował więc po przeistoczeniu się w ową „bestię”. Odkrywszy, jak niezwykłą potencjalną zdobycz mają tu, w tym lesie, łowcy zapłonęli pragnieniem powalenia jej. Każdy miał nadzieję, że to właśnie jemu się ta sztuka uda, że okryje się wielką sławą, że będą o nim pisały gazety i będzie go pokazywała telewizja.

„Bestia” była jednak przebiegła. Mimo usilnych starań, nikomu póki co nie udało się jej upolować.

*

Kolejne lato mocno dało się wszystkim we znaki. Było wyjątkowo suche i skwarne. Trwające całymi tygodniami upały sprawiły, że mieszkańcy lasu byli jacyś ociężali i niemrawi. Żeby sobie ulżyć, każdy starał się znaleźć w pobliżu rzeki, strumienia czy stawu.

Kto jak kto, ale myśliwi doskonale zdawali sobie z tego sprawę.

Zakradali się cicho, ubrani w maskujące ubrania, spryskani jakimś tajemniczym płynem, mającym zmylić ofiarę.

Dziki z watahy orzeźwiały się właśnie, brodząc w przyjemnie chłodnym stawie. Było ich tam tyle, że ludzie byli pewni, że nawet strzelając na ślepo, uda im się jakiegoś powalić.

PUFF! PAFF! PAFF! PUFF!

Dziki ocknął się z drzemki, słysząc odgłosy wystrzałów. Jak mógł przespać niebezpieczeństwo? – pomyślał zdruzgotany. Strząsnął z siebie senne oszołomienie i pędem ruszył w stronę, skąd dobiegały upiorne odgłosy.

Gdy dotarł nad staw, widok, który zobaczył, rozdarł mu duszę: kilka biegających chaotycznie dzików, dwa leżały martwe, między nimi ludzie, najwyraźniej szykujący się do dalszych strzałów.

PUFF! PUFF!

Jedna z kul trafiła Przewodniczkę!!!

Dziki gnał jak oszalały, rycząc i kwicząc i wyjąc. Jak demon, jak półboski mściciel, inóg, potwór…

Wpadł w kotłujący się tłum dzików i ludzi, w jednych i drugich budząc popłoch. Przewracał myśliwych, z potwornym kwikiem wyrywał im z dłoni broń, łamał ją, tratował swoim ciężarem.

Wszystko to nie trwało nawet pięciu minut. Po przerażonych ludziach wkrótce nie było ani śladu. To znaczy był… Dwaj jego martwi bracia i ranna, brocząca krwią Przewodniczka…

Pozostałe dziki widząc, że przerażeni myśliwi uciekli gdzie pieprz rośnie i już na miejsce zbrodni na pewno nie wrócą, zbiegły się z powrotem. Każdy chciał pomóc, ale zupełnie nie wiedział, jak. Zawsze w takich sytuacjach to Przewodniczka rozdawała dyspozycje, rozdzielała zadania i porządkowała chaos. Teraz jednak to jej trzeba było pomóc, a zszokowane dziki nie miały pojęcia, od czego zacząć.

– Pobiegnę po wnuczkę szamana! Ona potrafi leczyć! – znajomy głos Wariata wlał w pozostałych nadzieję na uratowanie lochy.

Ta jednak, ku ogólnemu zdumieniu, podniosła łeb i wystękała:

– Nie.

– Nie?! Ale… Ale dlaczego? – nie mógł zrozumieć Wariat.

– Nie ty. Niech Dziki sprowadzi tutaj dziewczynę.

– Dziki?! – na ustach wszystkich namalowało się zdumienie.

I nagle zdali sobie sprawę z obecności „bestii”. Ten wielki, szlachetny mściciel, ich wybawca… to Dziki?

Podszedł do rannej lochy, skłonił się jej.

– Ja? Dlaczego ja? – zapytał zdławionym głosem.

– Idź, synu. – odpowiedziała mu. – Jesteś gotowy.

*

Wcale nie uważał, że był na to gotowy. Biegł jednak jak wystrzelony z działa, mając nadzieję, że zdąży. Przewodniczka musiała być chyba w malignie, że zleciła to zadanie właśnie jemu. A to znaczy, że musi być z nią bardzo źle…

Biegnąc, zastanawiał się, czy wybrał dobrą drogę. Niezbyt dobrze pamiętał, którędy szli poprzednio, to było przecież ponad dwa lata temu… Zresztą wtedy wędrowali raczej okrężną drogą, teraz natomiast musiał znaleźć się jak najszybciej u celu.

Zły był, że spełnił wolę rannej. Wariat z pewnością sprowadziłby pomoc znacznie szybciej. I byłoby to o wiele pewniejsze. Dziki wcale nie był przekonany, że w ogóle da radę przemóc się i zbliżyć do ludzi. Przebiegła locha nawet w obliczu śmierci potrafiła wymyślić coś takiego, żeby go złamać i doprowadzić do bezpośredniej konfrontacji między nim a ludźmi. Głupi był, głupi, że się na to zgodził.

Było jednak za późno na zmianę decyzji. Leciał. Pędził. Miał nadzieję, że zdąży.

*

Wnuczkę szamana znalazł przy źródełku. Siedziała na wielkim kamieniu, ubrana w krótką sukienkę z białego lnu, boso. Śpiewając piosenkę, rozczesywała swoje piękne, długie włosy, jasne jak lipowy miód. Nie wyglądała groźnie jak pracownicy chlewni ani jak myśliwi. Ale była przecież Człowiekiem…

Stanął przed nią sparaliżowany ze strachu.

Zauważyła go. O dziwo nie przestraszyła się wyrosłej przed nią nagle olbrzymiej bestii. Zaciekawiona patrzyła na niego swoimi pięknymi, przejrzyście zielonymi niczym dwa szmaragdy oczami. Zastanawiała się, po co przyszedł.

No właśnie… Jak zdoła jej przekazać swoją prośbę? Przecież ludzie mówią zupełnie innym językiem niż zwierzęta! Jak ma jej wytłumaczyć, co się stało, co robić, dokąd ma się z nim udać? Musiałby przecież mówić jak człowiek, a tego nie potrafił!

Znów ogarnęło go przerażenie. Tym razem bał się przede wszystkim, że nie potrafiąc wyjaśnić dziewczynie w czym rzecz, zawiedzie i Przewodniczka umrze!

Wnuczka szamana zauważyła, że stał się nerwowy. Położyła na kamieniu swój grzebień, wstała. Bardzo powoli zaczęła iść w jego kierunku. Pokazała mu otwarte dłonie, żeby się nie obawiał żadnej ukrytej broni, żadnego podstępu.

Wstyd mu było, ale trząsł się jak galareta.

Dziewczyna była już tuż obok niego. Uklękła przy nim, żeby jej oczy były na poziomie jego oczu, nie wyżej.

Położyła mu dłonie na głowie.

Wzdrygnął się.

Jednak po chwili uczucie wstrętu i strachu zaczęło gdzieś znikać. W dotyku jej delikatnych, miękkich dłoni było coś… było coś takiego…

Przyjemnego?

Odprężającego?

Głaskała go, jakby ścierając z niego przy tym wszelkie negatywne uczucia i zastępując je innymi, których doznawanie było wspaniałe!

Serce, dotychczas szalejące mu w piersiach zwolniło, mięśnie rozluźniły się. Poddał się jej dłoniom, słodyczy jaką dawał mu ich dotyk. Z rozkoszy aż zakręciło mu się w głowie, wzrok zmętniał – widział przed sobą tylko jakby mgiełkę.

Wtem zobaczył jeszcze coś. Ale zobaczył to bardziej w sobie, niż przed sobą…

Zobaczył las, pokryty grubą warstwą śniegu, a w jednej z zasp ranną, nieprzytomną świnię, młodego knura… Kilka kilometrów dalej, w rowie przy ulicy leżał roztrzaskany TIR. Czyli ten knur… To on!!! Półmartwe zwierzę było w bardzo ciężkim stanie. Nagle obok stanęła postać, ubrana w gruby, ciężki kożuch. Przecież to… Tak, to wnuczka szamana! A więc to ona go znalazła! Podeszła do niego, sprawdziła w jakim jest stanie. Był ranny, wychłodzony, chory. Zdjęła swój płaszcz i nim go okryła. Cały tydzień, dzień po dniu przychodziła do niego, odprawiała nad nim swoje czary, podawała rozmaite zioła. Kiedy uznała, że jego stan wystarczająco się poprawił, przekazała opiekę nad nim dzikom z watahy…

Ach, a więc to była ona! To jej zawdzięczał, że przeżył, że został przygarnięty przez lochę! To jej zawdzięczał wszystko, co dobrego go tutaj spotkało!

Obraz przyblakł. Znów widział przed sobą tylko tę mgiełkę, którą rozwieszało wokół niego przyjemne doznanie dotyku dłoni dziewczyny.

„No dobrze, opamiętaj się Dziki”, sam siebie usiłował przywołać do porządku. „Musisz opowiedzieć o tym, co stało się Przewodniczce…” No właśnie… Tylko jak „opowiedzieć”?!

„Spokojnie, przyjacielu.” – usłyszał w swojej głowie obcy głos; głos dziewczyny. „Mów, o co chodzi, widzę, że jesteś czymś bardzo przejęty…”

„Co to za język?” – zastanawiał się. „Przecież wszystko rozumiem! Jak to możliwe?”

„To język myśli, lub, żeby się precyzyjniej wyrazić – Świadomości, Podświadomości i Nadświadomości.” – usłyszał w odpowiedzi. „Każda żywa istota, niezależnie, czy jest Człowiekiem, czy Zwierzem, czy Zróstem, może się w ten sposób z innymi porozumiewać. Wystarczy tylko bardzo chcieć, skupić się i jednocześnie rozluźnić.”

„Nie wiem, czy tak potrafię.” – odpowiedział.

„Przecież właśnie to zrobiłeś.” – zaśmiała się. „Mów, mów, co cię trapi.”

Rzeczywiście. Przecież właśnie z nią rozmawiał!

Nie tracąc więc czasu opowiedział jej, co wydarzyło się nad stawem.

Dziewczyna, wysłuchawszy wszystkiego, szybko zabrała odpowiednie zioła i tak jak była – boso i w bieliźnie, oznajmiła, że jest gotowa do drogi. Poprosił, żeby usiadła mu na grzbiecie i mocno chwyciła się jego szyi. Tak też zrobiła.

Gnał, jak mógł najszybciej. Miodowe włosy dziewczyny powiewały na wietrze. Była lekka. Jej ciężar nie spowalniał go, a może wręcz odwrotnie, dodawał mu jeszcze prędkości. Oto, przezwyciężywszy własne lęki, wiózł potrzebną pomoc. Miał nadzieję, że zdążą.

*

Na miejscu okazało się, że rzeczywiście zdążyli. Zresztą, nie było mowy, żeby nie zdążyć, bo rana lochy była raczej powierzchowna, w ogóle nie zagrażała jej życiu. Mało brakowało, żeby Dziki jeszcze się na nią za to obraził, ponieważ jasnym stało się, że nawet nie za bardzo potrzebowała pomocy – po prostu wykorzystała nadarzającą się okazję, by knura wreszcie z wnuczką szamana skonfrontować.

Trochę było mu głupio, że dał się tak nabrać, ale bardziej był z tego powodu szczęśliwy. Czasami potrzeba czyjegoś podstępu, żeby uparte istoty przestały się upierać przy swoim i mogły się dalej rozwijać. Potrzeba prawdziwej mądrości, żeby taki podstęp wymyślić.

*

Po oczyszczeniu i opatrzeniu rany, Przewodniczka podeszła do oburzonego na pokaz Dzikiego.

– Cofam twoją karę. Jeżeli chcesz, możesz do nas wrócić. – powiedziała.

– Dziękuję. – uśmiechnął się. – Wiele to dla mnie znaczy. Ale, jeżeli pozwolisz, chciałbym jednak pozostać przy wnuczce szamana.

– O, teraz to mnie zaskoczyłeś! – locha nie kryła zdumienia.

– Ja właściwie też jestem zaskoczony, tym co mówię. – odpowiedział. – Ale czuję, że powinienem być blisko niej. Teraz wiem, jak wiele dla mnie zrobiła. Pokazała mi swoje wspomnienia… Wszystko widziałem… Jak mnie pielęgnowała i ogrzewała… Chcę się jej jakoś odwdzięczyć. Będę ją chronił. Jest taka delikatna, na pewno łatwo ją skrzywdzić…

Przewodniczka nie zgodziła się z taką opinią.

– To młoda szamanka. Wydaje się krucha, ale to bardzo silna osobowość.

– Tak czy inaczej, pozwól mi z nią odejść.

– Dobrze. Widzę, że bardzo ci na tym zależy.

– Bardzo!

Dzik, dzika ?winia, DinoAnimals.pl

*

Tak to właśnie nasz Dziki, do niedawna chorobliwie nienawidzący ludzi, zamieszkał blisko ludzkiej siedziby.

Za żadne skarby świata nie przyznałby się innym dzikom, że zrobił to przede wszystkim ze względu na niesamowite doznania, towarzyszące rozmowie z dziewczyną i dotykowi jej dłoni. Głaskany, tulony przez nią, wręcz rozpływał się z rozkoszy i szczęścia. Powód pozostania przy niej, żeby ją chronić, był więc raczej pretekstem.

Pomiędzy nim a dziewczyną szybko nawiązała się głęboka przyjaźń. Poznając ją, poznawał jakby Człowieka z Przeszłości, o którym opowiadała kiedyś Przewodniczka – niewinnego, pięknego, bogatego duchem i jednocześnie Człowieka z Przyszłości, wzbogaconego o ponad tysiącletnie, traumatyczne doświadczenia straszliwej choroby zwanej antropocentryzmem; Człowieka, który cudem z owego duchowego wirusa wyleczony, cudem ocalały, po sam kres świata albo i dłużej pozostanie na niego uodporniony. Żyła tu i teraz, ale całe jej istnienie łączyło w sobie czystość Przeszłości i dojrzałość Przyszłości. Kochał ją za jedno i za drugie. Spędzał z nią każdą możliwą chwilę – kiedy pracowała i kiedy odpoczywała, kiedy śpiewała i tańczyła do wygrywanych na skrzypcach przez dziadka melodii i kiedy milcząca i zasłuchana w otaczającą ją przyrodę, siedziała nad brzegiem rzeki, płynącej przez święty od zarania dziejów gaj. Rozmawiali o wszystkim, dzielili się najskrytszymi tajemnicami swoich serc.

Chociaż trzeba powiedzieć, że nie wszystkimi… Było bowiem coś, do czego dziewczyna nie chciała się przyznać – nawet przed sobą, nawet we własnym sercu…

Dziki potrzebował całego roku, żeby dojść do tego, co ją trapi.

W tym czasie dowiedział się o niej bardzo wiele: że jej rodzice i brat mieszkają w wielkim mieście, że brat odwiedza ją od czasu do czasu, żeby zabrać wystrugane przez dziadka rzeźby i instrumenty, a od niej utkane z lnu szaty i sprzedawać to potem mieszczuchom, tęskniącym za życiem bardziej związanym z przyrodą. Wiedział też, że poza bratem, z rzadka również rodzicami i jedną przyjaciółką, nikt nie zapuszcza się do ich chatki i rosnącego w jej pobliżu świętego gaju.

„Jak mogłem nie rozpoznać, co jej dokucza, samemu dwa lata spędziwszy w odosobnieniu?” – zastanawiał się Dziki.

No ale teraz, od dłuższego czasu, on dotrzymywał jej przecież towarzystwa – miała go na każde skinienie, stał się jej przyjacielem i powiernikiem. Czy więc dokuczał jej jakiś inny rodzaj samotności?

Nie rozumiał. Nie mógł pojąć, o co w tym wszystkim chodzi.

Wreszcie któregoś dnia tajemnica wyjaśniła się sama.

Znów było lato. Właśnie minął rok od ostatnich, brzemiennych w skutki wydarzeń. Wybrali się wspólnie nad rzekę. Bawili się, ochlapując się nawzajem chłodną wodą, szukając na dnie kamieni o ciekawych kształtach i obwiązując się wieńcami wodorostów.  Potem wyszli na brzeg, położyli się obok siebie na trawie i obserwowali białe, leniwe chmurki płynące powoli po błękitnym niebie. Młoda szamanka zapomniała o bożym świecie i zamyśliła się, zupełnie nie zważając na to, że obok leżał Dziki, który każdą jej myśl odbierał i czytał.

Patrzyła w niebo i myślała o tym, jak bardzo brakuje jej miłości. Marzyła o mężczyźnie, wyobrażała go sobie. Rysowała sobie na niebie jego obraz. Był wysoki, silny, pracowity. Oczy błękitne jak to niebo, włosy długie i ciemne… Potrzebowała jego męskiej siły, przy której mogłaby sobie czasami pozwolić na kobiecą nieporadność, na chwile beztroskiego zapomnienia…

„A więc , brakuje ci, moja śliczna, miłości! Brakuje ci mężczyzny!” – pomyślał na tyle delikatnie, żeby nie usłyszała tej myśli.

Odkąd zrozumiał, w czym tkwi problem, nie mógł przestać się zastanawiać, jak, no i przede wszystkim gdzie znaleźć mężczyznę z jej marzeń. Bo to, że poszukiwania musi wziąć w swoje racice, przesądzone było od samego początku… Ale gdzie szukać? Do miasta przecież nie wyruszy. A tutaj, w lesie.. Tutaj są tylko myśliwi. A myśliwi to nie ludzie. To anty-ludzie, nie-ludzie, bez-ludzie. Wśród tych na pewno szukał nie będzie.

Jednakże po dłuższych rozważaniach doszedł do wniosku, że skoro myśliwi to jedyne dostępne na miejscu ludzkie istoty, warto może utwierdzić się w swoich przypuszczeniach, że nie znajdzie się wśród nich nikt, kto sprostałby wymaganiom, czy raczej marzeniom ukochanej przyjaciółki. Postanowił więc zakraść się do ich odbudowanej po zniszczeniach, których sam dokonał  „bazy” i bacznie się przyjrzeć każdemu z tych nie-ludzi.

*

Miał szczerą nadzieję, że jedynie potwierdzi dzięki temu to, co na ten temat sądził. W jakimż był więc szoku, kiedy wśród pijących piwo, robiących wstrętne miny i w ogóle wstrętnych typów spod ciemnej gwiazdy zobaczył wypisz-wymaluj mężczyznę z marzeń dziewczyny: wysoki, postawny, długowłosy, błękitnooki, siedział, milcząc, przy ognisku i strugał z drewna postać jakiegoś zwierzęcia, zdaje się, że wilka.

Dziki był niepocieszony. Był na siebie wściekły, że w ogóle tu przyszedł, że zobaczył to, czego zobaczyć był nie powinien, czy raczej, czego zobaczyć nie chciał. Przecież to myśliwy! Wcielone zło! Myśliwy w ogóle nie pasuje do szamanki, kapłanki bogów lasu i boru!

Chociaż… Jest przecież legenda… Jest most, po którym idąc do przodu, trafia się w miejsce, skąd się pierwotnie pochodzi… W jego przypadku legenda okazała się prawdą! Ze zwykłej świni stał się na powrót dzikiem! Może więc i myśliwy mógłby stać się na powrót Człowiekiem? Może warto spróbować dać mu szansę?

Zbliżył się do biesiadujących przy ognisku. Pozostał na tyle daleko, żeby pijani obskurnicy w ogóle go nie zauważyli; na tyle jednak blisko, żeby młody człowiek, zajęty dotąd struganiem swojego drewnianego wilka, zdał sobie sprawę z tego, że coś go z zarośli bacznie obserwuje.

Zgodnie z planem Dzikiego, zaniepokojony mężczyzna podniósł głowę. Odłożył na bok nóż i nie skończoną rzeźbę. Odruchowo wziął za to w ręce strzelbę. Wstał. Postanowił się rozejrzeć.

Kiedy nieco oddalił się od pozostałych, Dziki wystawił z zarośli swój łeb. Jego oczy napotkały wzrok myśliwego. Wtedy leśny olbrzym zaczął swój myślowy przekaz:

„…Popatrz! To nie jest zwykły dzik! To bestia! Upolować go może tylko najlepszy z najlepszych, a jeśli tego dokona, należą się mu mir i sława. Będziesz okrzyknięty wielkim, jeżeli go ustrzelisz. Idź za nim, śledź go i powal!…”

Mężczyźnie zakotłowało się w głowie. Zdało mu się, że usłyszał własne myśli. Postanowił iść za potworem.

Dziki to się wychylał, to chował, prowadząc młodego człowieka prosto w kierunku chaty starego szamana. Myśliwy szedł za nim jak zahipnotyzowany, nie lękając się nawet zapadającego zmroku. W głowie miał tylko jedno – pragnienie powalenia bestii.

Wreszcie dystans między nimi zmniejszył się na tyle, że mężczyzna odważył się wystrzelić.

PUFF! PUFF!

Dziki, z przeraźliwym kwikiem ruszył co sił w nogach. Uciekał, goniony przez odgłosy strzałów – PUFF! PUFF! PUFF!

Wreszcie – chatka.

Dziewczyna pojawiła się na zewnątrz. Dziki, udając zagonionego i śmiertelnie przestraszonego, podbiegł do niej i schował się za jej drobnym ciałem.

Kilka sekund później pojawił się młody łowca i widząc tak niecodzienny obrazek, stanął jak wryty.

Patrzył i oczom nie wierzył. Stała naprzeciwko niego prześliczna dziewczyna, bosa, ubrana w lnianą sukienkę, jedynie przy kołnierzyku i na dole czerwoną nicią wyszywaną w nieznane mu zaklęcia. Na długich, miodowych włosach miała wianek, upleciony z najpiękniejszych kwiatów i ziół lata. A za nią bestia. Potwór. Olbrzym szkarada. Dlaczego się nie bała? Czy ona… Czy ona osłaniała przed nim bestię własnym ciałem?

– Odsuń się! – zawołał, odrzucając tę myśl jako coś nieprawdopodobnego. – Zabiję go i będziesz bezpieczna!

Ona jednak zmarszczyła nos i brwi. Widać wcale nie spodobała jej się ta oferta.

– Jeżeli chcesz go zabić, będziesz musiał najpierw strzelić do mnie! – odpowiedziała, na co on wytrzeszczył zdumione oczy jeszcze bardziej. – To mój przyjaciel i tknąć go nie pozwolę. Zwłaszcza tutaj, w świętym gaju, gdzie nawet gałązki złamać nie wolno, a co dopiero strzelać do zwierząt!

Przyjaciel? Święty gaj? Myśliwy był zupełnie zdezorientowany. I jeszcze ta dziewczyna, piękniejsza, niż wszystkie, które malował sobie w marzeniach; niż wszystkie one razem wzięte…

Widząc jej stanowczość, ustąpił. Pragnienie sławy nagle wydało mu się nie warte funta kłaków.

– Już dobrze. Zobacz, odkładam broń…

Jak powiedział, tak zrobił. Schylił się i położył strzelbę na ziemi.

To uspokoiło dziewczynę. Gniewne zmarszczki zniknęły jej z nosa i z czoła. Pozwoliła mu podejść bliżej. Uklękła przy Dzikim i poleciła obcemu zrobić to samo. Chwyciła jego dłoń w swoją i oboje dotknęli kosmatego karku „bestii”.

W tym momencie ich myśli rozszalały się. Myśliwy zrozumiał, że został tutaj podstępnie zwabiony, dziewczyna pojęła dokładnie to samo i w tej samej chwili. Młodzi spojrzeli na siebie. I tak, jak spojrzeli, tak nie mogli już przestać na siebie spoglądać, nie mogli ukryć swojego sobą nawzajem zachwytu. W oczach zapłonęły im iskry, delikatny rumieniec zapłonął na jasnej twarzy szamanki. Ich dłonie znów spotkały się na ciele olbrzymiego dzika, niby to głaszcząc go, jednak tak naprawdę celem tego głaskania było właśnie owo kolejne dłoni spotkanie. Chłopak nie wytrzymał. Objął dziewczynę i pocałował ją tak mocno, że aż wianek spadł jej z włosów i usadowił się na łbie Dzikiego. Cała trójka zaśmiała się z tego zdarzenia. I już wiadomo było, jak to się wszystko dalej ułoży…

*

Tak oto Dziki stał się swatem. Ale nie tylko swatem tych dwojga młodych ludzi. Zeswatał również Człowieka z jego dawnym Siedliskiem; dzięki niemu myśliwy porzucił swój morderczy fach, przeszedł po legendarnym moście, łączącym Nowe ze Starym w jedną doskonałą Pełń.

Jakiś czas później urodziły się bliźnięta – dziewczynka i chłopiec – dzieci, które żadnego mostu przechodzić musiały nie będą, ponieważ poczęte zostały i narodziły się już po właściwej stronie…

A wielki, ogromny dzik po dziś dzień chroni je i niańczy, opiekuje się nimi, plecie bajki i kołysze do snu.

dd Wild_Boar_Habbitat_3

*

Zapytasz, miły Czytelniku, skąd znam tę historię, skąd o tym wszystkim wiem? Ano nie raz byłam w tej chatce, wszystko na własne oczy widziałam, bo jestem przyjaciółką wnuczki starego szamana.

Może, gdy kiedyś będziesz w lesie, spotkasz ich także i Ty i na własne oczy przekonasz się, jak pięknie i wspaniale żyją.

Od razu jednak Ci powiem, że trafić tam wcale nie jest łatwo. By się tam znaleźć, trzeba najpierw przejść po… Ale co ja Ci będę tłumaczyć? Ty już doskonale wiesz, po czym trzeba przejść, prawda? Wiesz już, że do świętego gaju wiedzie niezwykły most, po którym… No właśnie… Jak to było? Przypomnisz?

…Most, po którym idąc do przodu, dociera się w miejsce, z którego się wyszło…

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 904 obserwujących.