białczyński

Ryszard Wincenty Berwiński (1819 – 1879) – Strażnik Wiary Słowian – II Starosłowiańska Świątynia Światła Świata (Warszawa – Poznań)


ryszard-berwinski

Skończyłem jednak patriotycznie,

Skończyłem czysto po polsku –

Bo nie skończyłem!

Ryszard W. Berwiński, Don Juan poznański.

Z WIKI

Ryszard Wincenty Berwiński (ur. 28 lutego 1819 w Polwicy pod Zaniemyślem, zm. 19 listopada 1879 w Stambule) – poeta polski tworzący w okresie romantyzmu, związany z Wielkopolską, członek Towarzystwa Literacko-Słowiańskiego we Wrocławiu, tłumacz (z języka czeskiego), folklorysta.

 

Kształcił się w gimnazjach Leszna i Wrocławia. W latach 1840–1843 studiował w Berlinie. Po studiach wędrował po Wielkopolsce zajmując się także działalnością konspiracyjną. W 1843 roku zamieszkał w Poznaniu, skąd działał jako galicyjski emisariusz propagujący powstanie i zniesienie pańszczyzny, przez co w 1845 został aresztowany. Lata 1845–1847 spędził w więzieniu w Wiśniczu, a później przebywał w Berlinie w więzieniu w Moabicie. Z powodu lewicowych poglądów wstąpił do Komitetu Narodowego i brał udział w Wielkopolskiej Wiośnie Ludów oraz w walkach w Krakowie, uczestniczył w Zjeździe Słowiańskim w Pradze. Współpracował też z poznańską Gazetą Polską.

Na przełomie lat 1850–1851 lekarze stwierdzili u niego chorobę nerwową, której w latach następnych poddał się leczeniu. Ponownie zamieszkał w Poznaniu i wrócił do działalności politycznej, zostając posłem na sejm pruski. Na wieść o wojnie krymskiej złożył mandat i wyjechał do Paryża, a później do Konstantynopola z ramienia Hôtel Lambert.

W 1855, podczas pobytu w Konstantynopolu, przystąpił do kozaków sułtańskich Sadyka Paszy (Michała Czajkowskiego), następnie od końca wojny krymskiej służył w 2. pułku dragonów osmańskich. Pod przybranym nazwiskiem Wekil Jazbary zakończył służbę wojskową w 1871 r.

W roku 1879 zmarł w nędzy i zapomnieniu. Ma swoja ulicę m.in. w Poznaniu i w Krakowie na Azorach, w Bydgoszczy, w Ślesinie oraz plac w Kargowej (woj.lubuskie).

Ryszard Berwiński był jednym z ważniejszych poetów wielkopolskich doby romantyzmu. Debiutował w 1836 w czasopiśmie „Przyjaciel Ludu” zapisami folklorystycznymi. Jego prace odzwierciedlały duży wpływ regionalizmu wielkopolskiego, a w późniejszym okresie kultury Półwyspu Bałkańskiego. Berwiński, wraz z innymi twórcami o zainteresowaniach słowiańskich, wprowadził do literatury polskiego romantyzmu historyczne motywy wielkopolskie i miejsca, takie jak Gopło czy Kruszwica, podczas gdy wcześniej dominowały tradycje kresowe i litewskie (np. u Adama Mickiewicza).

Ważniejsze utwory

  • Bogunka na Gople (1840) – pieśń. Tytułowa Bogunka to przemieniona dziewczyna, siostra trzech pomordowanych wzajem braci. Gopło ukazane zostało mitycznie, podobnie jak w Balladynie Słowackiego. Wstęp do utworu ma formę pieśni śpiewanej przez słowiańskiego guślarza Bojana (postać zaczerpnięta ze Słowa o wyprawie Igora). Pieśń w dużym stopniu napisana jest heksametrem polskim, wzorowanym na Powieści wajdeloty z Kondrada Wallenroda. Dalej proza utworu jest często archaizowana i rytmizowana.
  • Don Juan Poznański. Poemat bez końca. (1844) – utwór zainspirowany Don Juanem George Byrona, będący jego parodią. Bohater poematu to marny szlachcic zabawiający się butelką i kartami. Utwór zawiera liczne dygresje, będące potyczkami ideologicznymi z opinią publiczną, przyszłymi czytelnikami, mitami literackimi i narodowymi oraz życiem społecznym w ówczesnej Wielkopolsce.
  • Parabaza do „Don Juana poznańskiego” (1844) – utwór, podobnie jak Don Juan, traktujący ironicznie i krytycznie polskie społeczeństwo i wady narodowe.
  • Marsz w przyszłość (1844) – wiersz należący do liryki rewolucyjnej, podmiot zbiorowy utworu to gromada ludzka, świadoma trudów, ale i pewna osiągnięcia celów jak równość społeczna.

Publikacje

  • Powieści wielko-polskie, Wrocław 1840. Wersja cyfrowa
  • Studia o literaturze ludowej ze stanowiska historycznej i naukowej krytyki, t. 1–2, Poznań 1854. Tom I, Tom II w PBI
  • Wybór pism Wersja cyfrowa

 

  • Marek Rezler: Sylwetki zasłużonych poznaniaków. Biogramy historyczne. W: Wielka Księga Miasta Poznania. Wyd. 1. Poznań: Dom Wydawniczy „Koziołki Poznańskie”, 1994, s. 730. ISBN 83-901625-0-4.
  • Alina Witkowska, Ryszard Przybylski: Romantyzm. Wyd. VIII – 3 dodruk. Warszawa: Wydawnictwo Naukowe PWN, 2009, s. 23, 439, 456-457, 478-479, 660-661, seria: Wielka Historia Literatury Polskiej. ISBN 978-83-01-13848-6.

 

  • Wisława Knapowska, w: Polski Słownik Biograficzny. T. 1. Kraków: Polska Akademia Umiejętności – Skład Główny w Księgarniach Gebethnera i Wolffa, 1935, s. 471–473. Reprint: Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Kraków 1989, ISBN 83-04-03484-0

berwinskiryszardwinc1819

Dodajmy od siebie

 Zaczął też publikować pierwsze teksty w organicznikowsko-folklorystycznym piśmie „Przyjaciel Ludu”. Do tego pisma pisali też m.in. Marceli Motty, hr. Edward Raczyński, poeta Franciszek Morawski, dziennikarz Antoni Woykowski i historyk Józef Łukaszewicz. Pierwsze publicystyczne próby Berwińskiego dotyczyły głównie folkloru i opisów krajoznawczych okolic Zaniemyśla. Interesował się też przeszłością tego regionu.W 1837 roku Ryszard Wincenty rozpoczął studia na wydziale filozoficznym Uniwersytetu Wrocławskiego. Na uczelni tej związał się z Towarzystwem Literacko-Słowiańskim, które stawiało sobie za cel studiowanie języków, historii i literatur słowiańskich. Odbył także, popularną wśród romantyków, „narodową pielgrzymkę” po ziemiach wielkopolskich, poznając życie ludu wiejskiego. W tym czasie rodziły się jego postępowe i demokratyczne poglądy społeczno-polityczne. Jak wielu działaczy tego okresu, wierzył w potęgę ludu. Uważał, że chłopstwo będzie wiodącą siłą, dzięki któremu naród i państwo się odrodzi. Na studiach poznał Edwarda Dembowskiego, z którym szybko się zaprzyjaźnił. W 1840 roku wydał w tomie „Powieści wielkopolskie” głośną wtedy powieść poetycką „Bogunka na Gople”. Była to próba rekonstrukcji części zaginionej według słowianofilów dawnej literatury Słowian. Pojawiło się w utworze również charakterystyczne przeciwstawienie „gminnowładnej”, a więc „demokratycznej” Słowiańszczyzny – feudalno – chrześcijańskiej Europie. W latach
1838 – 1843 powstały liryki miłosne Berwińskiego, opublikowane w tomie „Poezje” (1844) pod wspólnym tytułem „Księga świata i złudzeń”, często oryginalnie rozwijające pomysły znane z twórczości Adama Mickiewicza. Cykl liryków miłosnych Berwińskiego prezentuje różne odmiany miłości romantycznej – od wzniosłej tęsknoty za idealną kochanką aż po zmysłową erotykę. Układają się owe utwory w specyficzny „sztmbuch miłości wieku”.
„Don Juan poznański”, poemat dygresyjny z akcentami satyrycznymi, wywodzący się z tradycji pisarstwa Goerge’a Byrona i Juliusza Słowackiego. Utwór wywołał w Wielkopolsce skandal literacko – towarzyski z powodu licznych aluzji obyczajowych i politycznych. Także w 1844 roku wydał Berwiński drugi tom swych „Poezji”, który ukazał się jednak w Brukseli. Wynikało to ze względów cenzuralnych, w zbiorze bowiem znalazł się cykl liryków patriotyczno – rewolucyjnych zatytułowany „Księga życia i śmierci”, wraz ze zwykle radykalnym wierszem „Marsz w przyszłość” oraz „Parabaza Don Juana poznańskiego”. Były to utwory o rewolucyjnej wymowie, głosiły wiarę w zwycięstwo świata prostego ludu nad szlachtą, pochwałę rewolucji ludowej. I tylko lud był tym, który kroczył „w przyszłość” ku „ziemi obiecanej”, krainie wymarzonej wolności. Problematyka społeczno – polityczna łączyła się więc z narodowowyzwoleńczą.
Opublikowane tomiki poezji zapewniły Berwińskiemu sławę i powodzenie. Bywał zapraszany do szlacheckich dworów i widywano go też na salonach Poznania. Porzucił jednak poezję na rzecz walki o niepodległość. Demokratyczne poglądy poety spowodowały, że szybko związał się z konspiratorami, w stylu Walentego Stefańskiego i Karola Libelta oraz z przedstawicielami Centralizacji Towarzystwa Demokratycznego Polskiego, mającego swoją siedzibę w Londynie. W 1845 roku podziemny Komitet Centralny TDP w Poznaniu podjął decyzję o wywołaniu w następnym roku trójzaborowego powstania. Wodzem naczelnym w tym powstaniu miał zostać Ludwik Mierosławski. W grudniu 1845 roku, Berwiński został wysłany z misją do Galicji, aby namawiać szlachtę do poparcia powstania. Został jednak aresztowany przez policję austriacką i osadzony w więzieniu w Wiśniczu.

Kiedy do stolicy Wielkopolski doszły echa Wiosny Ludów w 1848 roku, Berwiński natychmiast zaangażował się w działalność Komitetu Narodowego. Komitet podzielił się na dwie frakcje. Pierwsza, konserwatywna, opowiedziała się za porozumieniem z rządem pruskim, rozszerzeniem autonomii Wielkiego Księstwa Poznańskiego i wspólnej walce z Rosją. Druga, do której należał Berwiński wraz z Jakubem, Krauthoferem-Krotoskim i Walentym Stefańskim, domagała się natychmiastowego wybuchu antypruskiego powstania. Kiedy powstanie wybuchło, nasz poeta wyjeżdżał z misjami dyplomatycznymi do Wrocławia, Krakowa, Wiednia i Berlina, szukając sojuszników do wspólnej walki. W międzyczasie powstanie jednak upadło. Berwiński nie wrócił od razu do Poznania, lecz wziął jeszcze udział w Kongresie Słowiańskim w Pradze, w dniach 2 – 12 czerwca 1848. Był to zjazd przedstawicieli narodów słowiańskich, poświęcony problematyce odrodzenia kultury słowińskiej i walce z germanizacją i madziaryzacją. Sam Berwiński był współautorem Manifestu do ludów Europy.

 

Z Pragi poeta pojechał do Berlina, a tam na pewien czas przystąpił do Ligi Polskiej, organizacji grupującej wszystkie środowiska polskie, niezależnie od poglądów politycznych i postaw. Został też berlińskim korespondentem poznańskiej „Gazety Polskiej”. Kiedy w 1850 roku, władze pruskie zmusiły Ligę do samorozwiązania, Berwiński porzucił sprawy polityczne i zajął się badaniem kultury ludowej. Owocem jego zainteresowań naukowych było dwutomowe dzieło, wydane w 1852 roku: Studia o literaturze ludowej ze stanowiska historycznej i naukowej krytyki. Zrewidował wówczas swoje wcześniejsze poglądy na rolę ludu wiejskiego w historii. Uznał, że chłopstwo nie dojrzało jeszcze do kreowania dziejów. W 1852 roku wziął udział w wyborach do parlamentu pruskiego z okręgu gnieźnieńskiego i wygrał. Dwa lat później porzucił jednak mandat, gdy wybuchła wojna krymska, w której widział szanse na ponowne wypłynięcie kwestii polskiej na arenie międzynarodowej. Przypomnę tylko, że była to wojna pomiędzy Rosją a Turcją, z którą sprzymierzyła się Francja i Wielka Brytania. Wojska brytyjsko-francuskie wylądowały na Krymie, który stał się najważniejszym, acz nie jedynym frontem tej wojny. Jednocześnie poeta zakończył swój długoletni romans z Jadwigą Wołłowiczówną.

W 1854 roku, Berwiński wyjechał do Paryża, gdzie nawiązał kontakt ze środowiskiem skupionym wokół księcia Adama Jerzego Czartoryskiego. Poznał tam też Mickiewicza. Książę Adam prawdopodobnie skłonił go do wyjazdu do Turcji, gdzie nasz poeta przybył w 1855 roku i zaciągnął się do pułku kozaków sułtańskich, złożonego ze Słowian, a w przeważającej liczbie z Polaków.

Były to oddziały Michała Czajkowskiego (Mehmeda Sadyka), które miały wspomagać Turcję w wojnie z Rosją, przyczyniając się – w przypadku klęski Rosji – do odzyskania przez Polskę niepodległości. W Turcji pozostał aż do śmierci.

Bogunka na Gople (1840) – pieśń

 Zwracam uwagę na dedykację: Przyjaciołom i Braci Pokrewnej w Nadziejach

 

berwin1

berw2

berw3

berw4

berw5

berw6

berw7

berw8

berw9

berw10

berw11

berw12

berw13

berw14

berw15

berw16

berw17

berw18

berw19

berw20

więcej: http://www.pbi.edu.pl/book_reader.php?p=30884&s=1

Paweł Szydłowski: Starożytne UFO.Dostarczenie Biblii w 325r.n.e. Część 2/2

Posted in nauka, Polska by bialczynski on 19 Czerwiec 2015

https://www.youtube.com/watch?v=_7cnPM0RzT0

 

 

Film opowiada jak starożytne UFO spaliło Rzym i wspomagało Rzymian w Wojnie Żydowskiej, w usuwaniu uczni Jezusowych z Jerozolimy i Palestyny. UFO czyli nasi biblijni bogowie, zawsze nas chronili przed zagładą i zniszczeniem ludzkości jako gatunku, i to oni wychowują nas świętymi księgami , żeby doprowadzić do poziomu rozumnego.
Biblia to test na inteligencje, czy jesteśmy już rasą rozumną, czy też jeszcze nie.
Strącanie pocisków batalistycznych przez UFO dziś, pokazane jest w filmie OUT OF THE BLUE (PL)

Przypominamy o konkursie: 2 luty – 30 wrzesień, 2015: Konkurs na opowiadanie fantasy inspirowane Mitologią Słowian.

Posted in Mitologia Słowiańska, Polska, sztuka by bialczynski on 18 Czerwiec 2015

REGULAMIN KONKURSU NA OPOWIADANIE FANTASY
§ 1
Organizator konkursu
Organizatorami konkursu są: Wydawnictwo Ambaje, Wydawnictwo Slovianskie Slovo, Biblioteka Pedagogiczna w Tarnowie i Pałac Młodzieży w Tarnowie.
§ 2
Cel konkursu
Celem konkursu jest popularyzacja wiedzy na temat mitologii słowiańskiej oraz budzenie zainteresowania światem wierzeń naszych przodków wśród młodych czytelników.
§ 3
Uczestnicy
Konkurs skierowany jest do pisarzy młodych, mogą w nim uczestniczyć osoby w wieku do lat 20. Osoby, które nie ukończyły 18 roku życia są zobowiązane do przesłania podpisanej przez rodzica lub opiekuna zgody na udział w konkursie, drogą pocztową na adres: Biblioteka Pedagogiczna w Tarnowie, ul. Legionów 34, 33-100 Tarnów.
§ 4
Przedmiot konkursu
Przedmiotem konkursu jest opowiadanie fantasy, osadzone w świecie mitologii słowiańskiej.
§ 5
Ocena prac
Utwory oceniane będą pod względem oryginalności, spójności fabuły, ciekawego stylu oraz umiejętności wykorzystania w przedstawionym świecie słowiańskich mitów, bogów
i bohaterów. Mile widziana będzie terminologia związana ze światem dawnych bogów.
Jako materiał przygotowawczy rekomendujemy utwory Czesława Białczyńskiego: Stworze
i Zdusze, Księga Ruty, Księga Tura oraz kwartalnik Slovianić
§6 
Jury
Nadesłane prace oceni Jury w składzie:
Czesław Białczyński – pisarz, scenarzysta, członek Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, autor wielu wybitnych utworów i publikacji, m.in. pierwszej w Polsce Mitologii Słowiańskiej (Księga Tura).
Dorota Bałuszyńska-Srebro – autorka książek dla dzieci i młodzieży, reżyser teatrów dzieci i młodzieży, teatrolog.
Beata Kania – nauczyciel bibliotekarz, wieloletni pracownik Biblioteki Pedagogicznej
w Tarnowie, organizatorka akcji czytelniczych i konkursów literackich dla dzieci
i młodzieży

Agata Abou-Dan – instruktor zajęć z dziećmi i młodzieżą w Pałacu Młodzieży w Tarnowie, pomysłodawca i koordynator wielu akcji kulturalnych i happeningów, nauczyciel bibliotekarz.

§ 7
Nadsyłanie prac
Prace powinny być przesłane drogą elektroniczną w formacie Word lub PDF pod adresem: biuro@wydawnictwoambaje.pl
E-mail powinien zawierać: imię i nazwisko, numer telefonu kontaktowego, adres e-mail, adres zamieszkania uczestnika oraz następujący dopisek:
„Wyrażam zgodę na przetwarzanie podanych przeze mnie danych osobowych przez
Wydawnictwo Ambaje, Wydawnictwo Slovianskie Slovo, Bibliotekę Pedagogiczną
w Tarnowie i Pałac Młodzieży w Tarnowie w celu przeprowadzenia konkursu literackiego, zgodnie z Ustawą z dnia 29.08.1997 roku o ochronie danych osobowych;tekst jednolity: Dz.U. z 2002 r.,
nr 101, poz. 926 ze zmianami”.
Jeden uczestnik może zgłosić do konkursu maksymalnie 3 opowiadania.
§ 8
Nagrody
Nagrodzone prace zostaną przygotowane profesjonalnie do druku i opublikowane w zbiorze opowiadań, autorom wyróżnionych prac zostaną przyznane nagrody książkowe.
Nadesłanie pracy na konkurs jest jednoznaczne ze zgodą na jego publikację. Opublikowanie opowiadań nie wiąże się z wypłatą honorarium.
§9
Terminy
Termin nadsyłania prac upływa 30 września 2015 roku. Wyniki konkursu zostaną opublikowane do 30 listopada 2015 roku na stronach internetowych organizatorów.
§ 10
Postanowienia końcowe
Wysłanie pracy na Konkurs jest jednoznaczne z akceptacją powyższego regulaminu.

Wielcy Polacy – Kazimierz Siemienowicz (1600-1651) – twórca podręcznika artylerii i rakiet wielostopniowych.

Posted in nauka, Polska, Słowianie by bialczynski on 17 Czerwiec 2015

siemienowicz01-1917

Kazimierz Siemienowicz – zapomniany geniusz, który podarował Europie artylerię

http://figeneration.pl/kazimierz-siemienowicz-zapomniany-geniusz-ktory-podarowal-europie-artylerie

 

Łukasz Michalik

Zbiorowa pamięć jest kapryśna. Choć Europa przez niemal dwa wieki korzystała z wiedzy pewnego Polaka, jego dokonania są niemal zupełnie nieznane. Niesłusznie – była to postać, która odcisnęła niezatarte piętno na sztuce wojennej. Dlaczego? Kazimierz Siemionowicz, bo to on jest bohaterem tego artykułu, przed wiekami podarował Europie nowoczesną artylerię.

Kim był Kazimierz Siemienowicz?

Kazimierz Siemienowicz jest postacią dość tajemniczą. Nie wiadomo, kiedy dokładnie się urodził, nie znamy również daty jego śmierci; przyjmuje się, że żył od 1600 do co najmniej 1651 roku. Wywodził się z rodziny szlacheckiej, posiadającej ziemie w rejonie Witebska na terenie obecnej Białorusi i pieczętował herbem Ostoja, ale lata jego młodości toną w pomroce dziejów.

Wiadomo, że był człowiekiem wykształconym i bywał w świecie. Wziął udział w kilku kampaniach. Wiedzę, którą później spożytkował, zdobył również podczas zagranicznych podróży nakazanych przez króla. Służył wówczas m.in. w armii Zjednoczonych Prowincji Niderlandów, biorąc udział w walkach z wojskami hiszpańskimi.

Siemienowicz wrócił do kraju. Służył swoją wiedzą podczas tłumienia powstania Chmielnickiego, jednak jako inżynier artylerii, a następnie zastępca generała artylerii koronnej pozostałby zapewne zupełnie nieznanym żołnierzem tamtej epoki. Nieśmiertelność przyniosły mu nie dokonania na polach bitew, ale napisana książka.

„Artis Magnae Artilleriae pars prima”

Napisane po łacinie dzieło „Artis Magnae Artilleriae pars prima”, czyli „Wielkiej sztuki artylerii część pierwsza” pokazuje, że ludzie renesanu istnieli również po zakończeniu tej epoki. Praca Siemienowicza dowodzi niezwykle szerokich horyzontów i zainteresowań autora, który oparł się na ponad 200 wydanych w różnych językach pracach z zakresu chemii, fizyki, matematyki, sztuki wojennej czy mechaniki.

To, co bywa skrótowo określane „podręcznikiem ”, jest w istocie kwintesencją technologicznej (i nie tylko!) wiedzy z tamtego okresu. Wiedza ta została zebrana i syntetycznie przedstawiona w kontekście zyskującego coraz większe znaczenie rodzaju broni – artylerii.

Co istotne, Kazimierz Siemienowicz nie dokonał zwykłej kompilacji znanych wówczas prac. Miał rozległą teoretyczną wiedzę, ale był również eksperymentatorem, który wiele swoich obserwacji oparł na przeprowadzanych osobiście doświadczeniach.

siemienowicz06-1917

Artyleria nie tylko dla orłów

Księga składa się z pięciu części, poświęconych kolejno działomiarowi (kwestiom związanym z kalibrem i wagą kul), materiałom wybuchowym, rakietom, amunicji specjalnej i szeroko rozumianej pirotechnice.

Każde z zagadnień omówione jest interdyscyplinarnie i szczegółowo. Przykładowo w części poświęconej działomiarowi poza drobiazgową wiedzą na ten temat znajdziemy omówienie różnych problemów matematycznych, prezentację rodzajów i mechanizmów wag stosowanych w krajach europejskich, praktyczne wskazówki dotyczące konstruowania różnych urządzeń czy informacje z zakresu, chemii, metalurgii i minerałoznawstwa. I tak jest w każdym rozdziale!

O rozpiętości zainteresowań i wiedzy Siemienowicza dobitnie świadczy rozdział poświęcony rakietom, w którym omawiane są koncepcje dotyczące rakiet wielostopniowych, czy przedstawione zalety układu aerodynamicznego, znanego współcześnie jako delta. Nie brakuje również wskazówek dla sabotażystów, zawartych m.in. w rozdziale „Kule artyleryjskie, które po kryjomu i potajemnie można przechowywać w jakimś miejscu, aby w oznaczonym czasie wybuchły z właściwym sobie skutkiem”. Siemienowicz opisuje także stosowanie broni biologicznej i chemicznej.

Poza wskazówkami z zakresu wojskowości autor szeroko omawia wykorzystanie pirotechniki dla rozrywki – przedstawia m.in. zasady działania oraz sposób tworzenia fajerwerków i innych ognistych atrakcji. Nie zabrakło nawet omówienia kwestii związanych z oprawą widowisk.

siemienowicz03-1917

„Artis Magnae Artilleriae…” to nie wszystko. Gdzie są inne rękopisy Siemienowicza?

Choć Kazimierz Siemienowicz jest znany jako autor jednego tylko dzieła, wiele wskazuje na to, że jego pisarski dorobek jest większy. Pierwszą sugestią jest sam tytuł znanej książki – „część pierwsza” wskazuje na zamiar napisania kolejnej.

 

więcej: http://figeneration.pl/kazimierz-siemienowicz-zapomniany-geniusz-ktory-podarowal-europie-artylerie

 

4b

Wikipedia o Siemionowiczu

(bardziej białoruska i litewska niż polska choć w języku polskim)

Kazimierz Siemienowicz herbu Ostoja (ur. ok. 1600 niedaleko Rosieni na Żmudzi, zm. po 1651) – inżynier wojskowy, teoretyk artylerii.

 

Pochodznie Siemienowicza i jego przynależność etniczna stanowi przedmiot sporu w historiografii polskiej, litewskiej i białoruskiej. Według naukowców litewskich Siemienowicz urodził się niedaleko miejscowości Rosienie na Żmudzi[1][2] w rodzinie ubogiego szlachcica herbu Ostoja[3]. Mówił o sobie jako o szlachcicu litewskim[1]. W historiografii polskiej Siemienowicz należał do spolonizowanej szlachty[3] i określany jest inżynierem polskim[4][5]. Natomiast według białoruskiej[6] pochodził z drobnych książąt ruskich Siemienowiczów i urodził się niedaleko Dubrouny na ziemi witebskiej[7]. Niektóre wyrazy w leksyce Siemienowicza potwierdzają tę tezę[8]. Wskazuje się także, że nie ma źródeł co do przynależności nazwiska Siemienowicz do herbu Ostoja, być może Kazimierz Siemienowicz kupił prawo do wydrukowania herbu w swoim dziele celem przysporzenia jemu popularności. Możliwe jest także, że z tego powodu pomijał miejsce swojego pochodzenia w swojej książce[9]. Historiografia białoruska lat dwudziestych XX wieku pojęcie Litwina w odniesieniu do okresu istnienia Rzeczypospolitej Obojga Narodów interpretuje w znaczeniu przynależności politycznej, a nie etnicznej, więc uważa się, że Siemienowicz, nazywając siebie Litwinem, miał na myśli pochodzenie z obszaru Wielkiego Księstwa Litewskiego[10]. Podważa się studia Siemienowicza na akademii wileńskiej, być może w aktach uczelni pod rokiem 1650 figuruje inna osoba o tym samym imieniu i nazwisku[9].

Wykształcony m.in. w Niderlandach, dokąd został wysłany przez króla Władysława IV. W roku 1651 był uczniem Akademii Wileńskiej, 7 czerwca 1651 r. zdał egzamin i uzyskał tytuł magistra sztuk wyzwolonych i filozofii[11]. Odebrał szerokie wykształcenie humanistyczne, a poza językiem polskim znał jeszcze przynajmniej trzy języki: litewski, łacinę i grekę, a być może także francuski.

Na pewno brał udział w oblężeniu Białej (22.03–27.05.1634), nic nie wiadomo o jego dalszym udziale w odsieczy smoleńskiej. Być może wziął także udział w bitwie pod Ochmatowem (30.01.1644), której opis zamieścił w pierwszej osobie. Przed 1646 r. przebywał też za granicą – na pewno był w Niderlandach, służył w armii Prowincji pod dowództwem Wilhelma Henryka, ze wzmianek autora można przypuszczać, że brał udział w oblężeniu twierdz Hulst (prowincja Zelandia) i Murspey.

Do kraju powrócił na polecenie Władysława IV. W 1646 pełnił funkcję inżyniera artylerii z miesięcznym uposażeniem 100 zł. Na początku 1648 r. Siemienowicz przebywał u boku króla przedstawiając mu rejestr „potrzeb artyleryjskich” niezbędnych na wyprawę przeciwko Chmielnickiemu. Kiedy, prawdopodobnie przed 20 kwietnia, zmarł zastępca generała Korpusu Artylerii Koronnej Mikołaj Arciszewski, na jego miejsce awansował oberster-lejtnant Siemienowicz.

W 1650 opublikował w Amsterdamie fundamentalne dzieło „Artis Magnae Artilleriae pars prima” („Wielkiej sztuki artylerii część pierwsza”), przez prawie 200 lat podstawowy podręcznik artylerii w Europie[5]. Pierwodruk (po łacinie) w roku 1650; późniejsze wydania: w języku francuskim w 1651 r., po niemiecku w 1676 r. i w języku angielskim w roku 1729.

W 1963 ukazało się w Polsce rocznicowe dwujęzyczne wydanie (w języku oryginału oraz w polskim przekładzie) w nakładzie 1000 egzemplarzy.

W podręczniku Kazimierz Siemienowicz omówił między innymi technologię wytwarzania rakiet, w tym rakiet wielostopniowych.

 

Podręcznik:

IMG_1307

 

http://books.google.pl/books?id=SDUVAAAAQAAJ

 

 

Rakiety

preview_siemienowicz-kazimierz_src_1

Siemienowicz w opisach rakiet nie wspomina o bojowym zastosowaniu rakiet, przeciwnie stwierdza, że służą tylko do rozrywki. Opisując konstrukcję poszczególnych rodzajów i odmian rakiet Siemienowicz nic nie mówi o ich działaniu, toteż można je poznać jedynie z ich budowy. Decydujące znaczenie ma tu głowica rakiety, w której Siemienowicz radzi umieszczać proch ziarnisty sam albo w połączeniu ze szmermelami, iskierkami i gwiazdeczkami. W jednym tylko wypadku ma się w niej znajdować kilka żelaznych naboi, a pomiędzy nimi granat z ołowiu lub cyny również pełny mocnego prochu ziarnistego. Siemienowicz nie mówi jak wyobraża sobie działanie tej rakiety, ale można sądzić, że i tu chodzi o cele rozrywkowe.

Siemienowicz opisuje następujące rodzaje rakiet:
rakiety wznoszące się swobodnie w górę. Dzieli je według zastosowanych stabilizatorów na wznoszące się w górę z żerdziami i wznoszące się w górę bez żerdzi. Rakiety bez żerdzi obejmują trzy różne rozwiązania konstrukcyjne stabilizatorów w postaci: 1) trzech lub czterech wydłużonych, trójkątnych brzechw przymocowanych z boku do powłoki, 2) kuli żelaznej połączonej z dyszą rakiety spiralnie zwiniętym drutem, 3) wypełnienia przedniej części powłoki ołowianymi opiłkami. Wzorcowa, jednofuntowa rakieta Siemienowicza wyróżnia się dokładnością i precyzją w podawaniu poszczególnych wymiarów. Podczas wiązania powłoki dla ukształtowania dyszy z jej długości 1/2 kalibru odchodzi na rozszerzoną, czaszowatą część dyszy i 1/4 na część zwężoną (związaną), a podczas wiązania powłoki dla jej zamknięcia z przodu- znów 1/2 kalibru na zaciśnięcie, skutkiem czego pozostaje na ładunek tylko długość odpowiadająca 5 3/4 kalibru rakiety, z czego 2/3 przeznacza się na ładunek nośny, a 1/3 na głowicę. Oddzielający obie te części krążek drewniany ma mieć przy rakietach o powłoce miękkiej (papier, płótno) na swej krawędzi rowek, w który wejdzie materiał powłoki wgnieciony sznurkiem podczas obwiązywania, a przy rakietach o powłoce twardej (drewno) ma być gładki i przymocowany do niej wbitymi od zewnątrz gwoźdźmi,

rakieta trzystopniowa Siemienowicza, składa się z rakiet o wagomiarach: 2 funtów, 24 łutów i 10 łutów, co odpowiada kalibrom (zewnętrznym średnicom): 5,6 cm, 4,0 cm i 3,0 cm. Długość ich wynosi kolejno: 6,86, 5,00 i 4,25 ich średnic, czyli 38,5 cm, 20,0 cm 12,75 cm. Największą rakietę wypełnia się paliwem do wysokości 2 1/16 kalibru, średnią do 1 2/3, a najmniejszą do 3 kalibrów, przy czym we wszystkich ładunkach nośnych robi się stożkowate kanały, a nad każdym z ładunków nośnych umieszcza się głowicę w postaci ładunku eksplodującego z ziarnistego prochu strzelniczego. Największą rakietę, pierwszego stopnia, należy napełnić nieco słabszym materiałem, niż wymaga jej wielkość, pozostałe zaś dwie mają to zadanie, aby je trzecia uniosła w górę i aby one ukośnie tylko, ponieważ nie mogą wznosić się prostopadle, gdyż pozbawione są przeciwwagi … w tę lub w tamtą stronę lecąc przez powietrze osiągnęły właściwy skutek.
– dwustopniowa rakieta-matka,
– bateria rakietowa, złożona z 7 małych rakiet związanych bardzo silnie grubszymi nićmi, zaopatrzonych w żerdź stabilizującą i okrytych wspólną powłoką zewnętrzną w postaci walca nakrytego stożkowatym kołpakiem,
rakiety biegnące na linkach: jednokierunkowe i dwukierunkowe (jedno- i dwupowłokowe),
rakiety wodne, czyli płonące w czasie pływania po wodzie,
– różne inne urządzeniach, w których znajdują zastosowanie rakiety,

Siemienowicz dzieli rakiety na małe (do 1 funta wagomiaru) i średnie (od 1 do 2 funtów) o powłokach zrobionych z papieru lub lnianej tkaniny oraz duże (powyżej 2 funtów) o powłokach najczęściej toczonych z drewna. Do nawijani papieru tworzącego powłokę rakiety proponuje formy rakietnicze. Mogą być według Siemienowicza odlane z miedzi lub z mosiądzu albo też gładko wytoczone z twardego drewna (cyprys, palma, kasztan, bukszpan, orzech włoski, jałowiec, dzika śliwa, drewna indyjskie) czy też z kości słoniowej. Opisuje również pozostałe przybory służące do produkcji rakiet:
– stempl służący do nawijania papieru lub tkaniny celem utworzenia powłoki. Ma przy rakietach małych i średnich średnicę wynoszącą 6/8 lub 4/6, a przy dużych- 5/7 ich kalibru tak, że grubość ścian powłoki wynosi odpowiednio 1/8, 1/6 lub 1/7 kalibru, czyli zewnętrznej średnicy rakiety,
– trzy stemple przeznaczone do ubijania ładunku w rakiecie,
– przybory służące do zaciskania powłoki celem uformowania dyszy: pas z hakiem, hak do wkręcania w ścianę, sznur, drewniane szydło oraz ławy rakietnicze zaopatrzonych w urządzenia przeznaczone do tego samego celu, a mianowicie ławy do zaciskania powłoki za pomocą haka umieszczonego na pasie rakietnika, ławy z blokiem i dźwignią nożną i ławy ze śrubą, przyrząd do zaciskania powłoki w postaci kleszczy o kalibrowanych otworach,
– kalibrowana łopatka do wsypywania paliwa do powłoki,
– drewniany młot do ubijania paliwa. Ciężar jego ma być zróżnicowany w zależności od wagomiaru rakiety, przy czym odpowiedni ciężar uzyskuje się w ten sposób, że w obuchu młota drąży się otwór i wlewa weń określoną ilość roztopionego ołowiu. Nowością w dziedzinie techniki ubijania paliwa w dużych rakietach jest również wysunięta przez Siemienowicza propozycja zastosowania kafaru zrobionego na wzór tego, którym wbija się pale i podpory w ziemię,
– urządzenia służące do wiercenia stożkowatych otworów w ubitych już ładunkach nośnych rakiet: zestaw żelaznych lub miedzianych, zaopatrzonych w dokładne wymiary stożkowatych wierteł przeznaczonych do rakiet o wagomiarze od 2 łutów do 2 funtów, a także urządzenia służące do posługiwania się nimi. Są to: prosty uchwyt ręczny oraz specjalny warsztat, w którym umieszcza się rakietę zamkniętą w odpowiednim uchwycie-formie, złożonej z dwóch klocków drewnianych,

Po 1651 r. znika wszelki ślad istnienia Siemienowicza. Ponieważ w pracy swej głosił on m.in. ideę zdecydowanej walki z rozpowszechnionym wówczas wśród pirotechników, a zwłaszcza rakietników, zwyczajem ukrywania tajemnic zawodowych, nasuwa się przypuszczenie, że dosięgła go zemsta z ich strony. Ale są to tylko przypuszczenia.

więcej: http://www.samolotypolskie.pl/samoloty/2687/126/Siemienowicz-Kazimierz2

 

352x500

Starosłowiańska Świątynia Światła Świata w badaniach naukowych: Piotr Pajor – Przejawy ducha narodowego? O kilku motywach w twórczości Jana Sas-Zubrzyckiego

Posted in Polska, Starosłowiańska Świątynia Światła Świata, Wiara Przyrody by bialczynski on 16 Czerwiec 2015

leksB

leks0

zub1

zub2

zub 3

zub4

zub5

zub6

zub7zub8

zub9

26 06 02015 Białczyński i jego nowa książka s-f na festiwalu Fantastyki w Nidzicy (spotkanie autorskie na zamku o godzinie 11.00)

Posted in Polska, sztuka by bialczynski on 14 Czerwiec 2015

W trakcie festiwalu Fantastyki organizowanego tradycyjnie przez Wydawnictwo Solaris w Nidzicy nad Nidą zaprezentowana zostanie powieść s-f/fantasy z cyklu Wojny Haoltańskie, „Dookoła Nigdzie”. W piątek 26 czerwca 2015 roku o godzinie 11.00 odbędzie się także na Zamku w Nidzicy nad Nidą spotkanie autorskie ze mną, czyli Czesławem Białczyńskim.

dookola nigdzie 1 cover-1000

Bohaterem jest jak zwykle intuicjonał wszechczasów Jan San. Powieść została wydana w dwóch tomach, a głównej fabule towarzyszy epizod Wojny Haoltańskiej rozgrywający się na planecie CO2. Jest to pierwsze wydanie tych książek, które zostały napisane w 1988 roku.

Podróż „Dookoła Nigdzie” jest podróżą dookoła wszystkich mitologii świata i wszystkich możliwych światów fantastycznych, jest też przede wszystkim nieco przewrotnym pastiszem „Władcy Pierścieni” i dla miłośników oraz znawców Władcy Pierścieni wplotłem w nią całą sieć niesamowitych oboczności, wariantów i labiryntowych ścieżek. Myślę, że to nie lada gratka zwłaszcza dla tych osób, które sadzą, iż są ekspertami od Tolkiena. Jak już powiedziałem książka została ukończona w 1988 roku i spoczywała w moim podziemnym magazynku, w którym sprawdzałem przez ten czas czy dojrzeje jak dobre wino czy też zamieni się w ocet. Jest dobre wino Moi Drodzy, najprzedniejsze, więc mogę je wam zaserwować.

Powieść nabrała smaku i dodatkowych sensów – także cały epizod Wojen Haoltańskich jaki rozgrywa się na planecie CO2, zwłaszcza w kontekście objawionych na progu XX wieku kłopotów z nadmiarem dwutlenku węgla w atmosferze. Również wiele wątków można zrozumieć i odczytać głębiej dopiero teraz, kiedy Mitologia Słowian jest jako tako znana, a poczynione odkrycia archeologiczne, etymologiczne i genetyczne pozwoliły stwierdzić, że właśnie Mitologia Słowiańsko-Scytyjska jest matką podań Greków, Persów, Hindusów i Rzymian.

dookola nigdzie 2 cover-1000

Widzę na okładce podróż przez Puszczę Balonową – fajny epizod.

Oto fragment powieści dla zachęty:

– Doooobra – wyrzucił z siebie z długim jak wąż westchnieniem. Rzucił do tyłu torbę z resztą lekarstw i kopnął pedał gazu. Ruszyliśmy ostro i znów parę kropel polało mi się na spodnie. Musiałem się natychmiast przytrzymać fotela bo siła odśrodkowa przy gwałtownym wejściu w zakręt gotowa mnie była wyrzucić przez dach na zewnątrz.

– Mów do mnie – rzucił przez ramię wpatrując się w nierówną nawierzchnię drogi i po mistrzowsku lawirując pomiędzy dziurami w sparciałym asfalcie. – Musisz dużo mówić żebym nie zasnął. Przez trzy dni jechałem promem. Z Anahita Ardwi przez Morze Biegunowe. W towarzystwie tych pazernych skarpass, skurbuń, skiałczybyków Noeutnapisztiów, i stale musiałem się pilnować żeby mnie nie ciachnęli, żeby czegoś nie podwędzili, złodziestrodzieje, skarabaszskie nasienie! Żeby ich zadrzyzg i saraszszaks, fale boczne piekielników, na dno!!! Trzy dni bez snu, i trzy noce. A te pastylki człowieku, to więcej zamieszania niż efektu. Trzeba uważać. Więc żebym nie zasnął gadaj. Gadaj, gadaj, gadaj dużo! Nie musi być mądrze.

– Ale o czym?

– Nieważne.

Zacząłem mu więc opowiadać swą historię bo choć o to nie prosił to na pewno był ciekaw a mnie i tak nic innego do głowy nie przychodziło. Fabuła gęsto przeplatana wcięciami wstecz i nawrotami. Wzbogacona o analizę mych stanów wewnętrznych, które bardziej sobie samemu chciałem wyjaśnić niż komuś głośno opowiadać. Przeszło trzygodzinna przewlekła tyrada, od której kompletnie zaschło mi w ustach. Przez cały ten czas Eternos Journey nie odezwał się ani razu, tylko dociskał gazu. Szosa ciągle stała przed nami idealnie pusta, więc pędziliśmy jak tornado. Strzałka szybkości stale oscylowała w pobliżu czerwonej kreski bezpieczeństwa. Ominęliśmy ze trzy senne wioski. Przecięliśmy na przestrzał trzy inne, w których nawet nie zaszczycono nas spojrzeniem. Kiedy już skończyłem jeszcze przez godzinę Kukutamku prowadził w absolutnym milczeniu. Wóz raz po raz unosił się w powietrze wyrzucany pędem na kolejnych wzgórzach.

Wreszcie mój współtowarzysz zatrzymał auto i wyjął spod przedniego siedzenia koszyk z obiadem. Podzielił się ze mną udkiem kurczaka i dwiema grubymi na trzy palce kromkami chleba z wędzonym serem. A kiedy zjadł i wyzbierał okruszki z siedzenia, poklepał mnie niespodziewanie po ramieniu i rzekł:

– Jadę z tobą! Sciach, przemyślałem to sobie. We dwóch raźniej. Chulwreertzag. I tak nic innego nie mam do roboty. Tylko wieczna włóczęga. Sakskuwwa. Co za różnica kiedy i którędy. Grzbiejm! Pomogę ci bo mi się spodobałeś. Przyjmujesz?! – I wyciągnął do mnie silną, zahartowaną w długich podróżach rękę. Podałem mu swoją. Przybiliśmy. Kukutamku mimo wszystko wzbudził we mnie zaufanie. Patrzyło mu dobrze z ciemnoniebieskich, migdałokształtnych oczu, na których dnie poza blichtrem nietypowej, nonkonformistycznej pozy, kryła się głęboka madrość pokoleń podróżników, którzy niejedno w życiu widzieli.

– Jesteśmy teraz na granicy Południowego i Północnego Lazzylandu – objaśnił mi – Kiedyś toczyły się tu hrewwell, straszliwe walki na śmierć i życie z równie bzdurnych powodów jak i gdzie indziej.

– Teraz nie?

– Od tysiącleci jest spokój. Pojedziemy dalej przez Choloepus i przez Most na Boredomie ku granicy Międzykrajów. Jak wynika pupczanhert, z twojej opowieści dręczy cię jeden problem. Wciąż ci się nie udało przeczytać tej książczyny. Cocktits. Wiem gdzie ją znaleźć. Właśnie tam jest. Jest na pewno.

– Czy to możliwe? – zapytałem sceptycznie.

– Echżesz ty, cummyass, razonmarcher. Jak Kukutamku coś mówi to mucha nie siada!

Jechaliśmy całą noc i cały następny dzień, a potem w Choloepus przez trzy doby spaliśmy jak zabici odsypiając wszystkie te kolorowe pastylki z jego żółtej torby. Nie wiem czy pośpiech i forsowanie samych siebie było najwłaściwszą taktyką. I tak w końcu wyszło na to samo. Szóstego popołudnia przekroczyliśmy most na Boredomie, a następnego ranka stanęliśmy u granicy Między/k/rajów. Bez Kukutamku na pewno bym jej nie przeszedł, bo konieczna była sowita łapówka dla komendanta pod czarnym wąsem, i dla jego oficerów z sumiastymi blond brodziskami. Dla szeregowych także, choć tutaj w grę wchodziła już tylko czekolada z orzechami i batony z kruszonką. Ci nie mieli żadnych wąsów ani bród, bo to by było niezgodne z regulaminem. Przez krótki a intensywny czas wspólnej podróży, zdążyłem się z Kukutamku naprawdę bardzo serdecznie zaprzyjaźnić. Kiedy wkroczyliśmy na Ziemię Nuit nie potrafiłem już sobie wyobrazić dalszej podróży bez niego.

OOxXOxXxOxXxOOOXXXXxOXxXXxxxOOXxOOxXXXxxOXxXoxXXOxxxOOxXOOxXOxXXxxXXOXxXOxXXOXxXOOxxXxxXOxxxOXxxXxxXxXXXOOOxOxXxOOxXOOOxxxXXxXXx

 

MIEĘDZY/K/RAJE.

 

Wszystkie Międzykraje lub Miedzykraje, albo Miedzyraje, a nawet Międzyraje zależnie od fonetyczno-semantycznej interpretacji tego słowa oraz tego czego oczekujemy od tej krainy, a więc zależnie również od symbolizującego ją desygnatu dzielą się na osiem ziem. Każda z nich nieco odmienna geograficznie, choć z pewnością tak samo ciekawa i piękna. Każda odmienna ustrojowo. Słowem każdy znajdzie jak to mówią dla siebie coś miłego i odpowiedniego. W każdej z nich życie toczy się łatwo i przyjemnie, bezproblemowo, bezkonfliktowo. Co zresztą, jak się szybko zorientowałem, jest stanem typowym dla całego kontynentu Panchai. Oczywiście nie mówię tutaj o niewielkich spięciach, drobnych zatargach, czy małżeńskich sprzeczkach! O tych klapsach wymierzanych raczej z dobrego serca niż z nadmiernej surowości nieznośnym dzieciom tej krainy! Ani o symbolicznych karach w symbolicznych aresztach, do których kierowano nielicznych osobników nieprzystojnych, za ich niemalże symboliczne, niewinne niesubordynacje czy drobne pohulanki zakończone stłuczeniem szyby lub ulicznej lampy, albo czyjejś kości ogonowej przez źle wymierzonego kopniaka! Kopniaka, oczywiście, symbolicznego! Geograficznie Między/k/raje stanowiły wąskie pasy ziemi ułożone równolegle obok siebie jak miedze, poczynając od granicy Pays de Solitude, aż po wybrzeże morza Pansinaza. Ziemię Nuit przecięliśmy szybko i bez zatrzymywania się jako, że zbytnio przypominała Lazzyland, którego obaj mieliśmy serdecznie dosyć. Za to w Ziemi Itaki zatrzymaliśmy się trochę dłużej jako, że tutaj miał mieszkać pewien uczony co był w posiadaniu ”Władcy Pierścieni”. Ziemia Itaki to kraina łącząca w sobie cechy sąsiedniego Seraiu oraz Czaraju. Nie mieliśmy szczęścia o tyle, że Mistrz wydalił się z domu a jego uczeń, młodzieniec, który właśnie kleił potężne białe skrzydła z ptasich piór łącząc poszczególne lotki rozgrzanym woskiem, wyjaśnił nam /nadmieniając wcześniej iż zamierza się upodobać do ptaka i wznieść w niebo by zadośćuczynić swym ambicjom/, że Mistrz pojechał w Ziemię Moni-Kodo, gdyż widziano tam szpiegów Utuckich /skrót od UTUT – Uruktenochurtitlan/. Nie potrafił powiedzieć nic bliższego poza tym. Był bardzo pochłonięty swoją pracą przez co małomówny. Mimo tego Kukutamku wydobył z niego jeszcze, że ”Władca Pierścieni” został rozpożyczony. Dwa tomy na pewno Pięknej, Mądrej pani, która ostatnimi czasy często u mistrza bywała. Wielkie na nim zrobiła swymi wdziękami wrażenie. Przestraszyłem się, że to Ada, lecz przecież z nią musiałaby być Silla. Dostaliśmy na szczęście adres, a Kukutamku wyraził przypuszczenie, że wie o którą to damę z okolicy chodzi. Właściwie Eternos sam sobie ten adres z biurka, z wielkiego kołonotatnika wziął, bo od ucznia ciężko się było jakiejś aktywności doczekać. On ciągle kleił i kleił, cały zamieniony był w skrzydła, tubkę z klejem i marzenie podniebnego lotu. Pani ta mieszkała blisko, w sąsiedniej Ziemi Hronirów, w kraju wielce ciekawym, jak stwierdził mój towarzysz. W jakimś lesie u podnóża gór Tadmor-Onagoro. Tutaj nazywano ten las Złotym Lasem, gdzie indziej zaś w ogóle o nim nie słyszano. Na przyleśnym parkingu musieliśmy zostawić auto i w głąb, na kwieciste polany podążyć już pieszo. Nie uszliśmy jednak daleko, kiedy już zatrzymali nas smukli, zwiewni strażnicy z pozłocistymi łukami w rękach. Aż dziw bierze, że takie chucherka o obliczach efebów lub co najwyżej piękokoduchów, biorą się za tak podłą robotę. Przeprowadzili nas po pniu nad rwącym leśnym strumieniem, i potem zawiązali nam czarnymi przepaskami oczy, tłumacząc, iż takie otrzymali polecenia. Obcy nie mieli tu bowiem wstępu, o naszym zaś przybyciu ktoś wcześniej strażników uprzedził. Do diabła – pomyślałem – Jeszcze jedna kraina, gdzie obłędna mania robienia z wszystkiego tajemnicy wyciska na dobrym obyczaju swe haniebne piętno. Nie pozostawało nam jednak nic innego jak podporządkować się lub zawrócić. Założyłem opaskę. Nie miałem najmniejszej ochoty poczuć pod żebrem po raz wtóry żądła złotej strzały. Kiedy tak szedłem między nimi, prowadzony nadzwyczaj delikatnie, tak że tylko przez pierwszą chwilę czułem się nieswojo, a potem zaraz zapomniałem o tym chwilowo zadanym mym zmysłom okaleczeniu, kiedy tak szedłem uprzedzany o każdym występie i zagłębieniu, unoszony ponad korzeniami i wykrotami, sterowany obrotami smukłych palców strażniczych we właściwą stronę, kiedy tak brnąłem, uświadomiłem sobie, że oni – ci strażnicy – muszą być z tego samego lub mocno pokrewnego plemienia co mój przewodnik po Balonowej Puszczy Lagoles, albo Baby Face. Proporcje ciała oraz ten dziwny wyraz twarzy – znamię świeżej młodości pomieszanej z odwieczną starością, jakaś tajemnica czasu zamknięta w płytkich zmarszczkach, które nie wiadomo czy były tylko grymasem nieustającego uśmiechu czy też degeneracją mięśni i skóry zastygłej w rodzaj maski po plastycznych przekształceniach? To ich upodobniało do siebie, wszystkich trzech, niczym syjamskich braci zrodzonych w Kainablii. Czyżby byli istotnie Kainablijczykami? Było to dla mnie zaskakująco nowe stwierdzenie. Nie wiem czemu, kiedy obcowałem z Lagolesem wydawało mi się, że pochodzi on z rasy wymarłej. Tymczasem przecież Baby Face tak niewiele się od tamtego różnił?! A teraz tutaj! Było ich pełno, wręcz cały kraj, cała Ziemia Hronirów zamieszkana była przez plemię Lagolesów/Baby Face’ów. Po długim marszu nagle nas zatrzymano i zdjęto opaski z oczu.

– Dalej można już iść normalnie – powiedział dowódca straży, który, o ile mnie pamięć nie myli, nazywał się Dirhal.

– Daleko jeszcze? – zapytał Kukutamku – Choć kiedyś już tutaj byłem to teraz nie potrafię się jakoś połapać w szczegółach terenu.

– Byłeś tu? Naprawdę?! – Dirhal pokręcił głową z niedowierzaniem – Zaiste musiałbyś być bardzo ważną figurą, żeby cię tu kiedykolwiek wpuszczono.

– Myślisz, że zwykły podróżnik, sterany drogą wygnaniec ze wszystkich krajów świata, nie może być ważny na tyle, aby go już kiedyś wpuszczono do tego lasu?

– To nie jest zwykły las. To Laurelindorenan strzegący naszej stolicy. Wątpię byś tu był. Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek wpuszczano tu hołotę w rodzaju obwiesiów i obieżyświatów co to nigdzie nie potrafią zagrzać miejsca! Ale kto wie… może mówisz prawdę?! Czasy są tak dziwne, że zupełnie wszystko być może. To już blisko.

Kukutamku zrobił do mnie oko. Było widać, że celowo drażni się z nadętym strażnikiem. Podzielałem jego nastrój. Niczego tak źle nie znoszę jak szykan. A jeśli już ktoś w stosunku do gości stosuje zakazy zabraniając im patrzenia, na to czy tamto, i wyznaczając specjalne trasy, którymi wolno mu się poruszać, znaczy to przeważnie, że nie ma uczciwych zamiarów i lepiej się z nim w ogóle nie zadawać.

oXxXOOxxOOOxOxXXxXXXXXxxOXxXxXXxOXxxOOOX

Słońce zachodziło nad górami, a cień lasu pogłębił się, kiedy ruszaliśmy w dalszą drogę. Ścieżka prowadziła teraz przez gęstwinę, gdzie już panował mrok. Noc zakradła się pod sklepienie drzew i wkrótce s t r a ż n i c y zaświecili swoje srebrne latarnie. Nagle znów wyszliśmy na otwartą przestrzeń i zobaczyliśmy w górze wieczorne niebo, w którym już tkwiło kilka wczesnych gwiazd. Mieliśmy przed sobą szeroki bezdrzewny pas ziemi wygięty koliście i dwoma ramionami odbiegający w dal. Wzdłuż wewnętrznego obwodu ciągnęła się głęboka fosa, ukryta w łagodnym zmierzchu; tylko trawa na jej skraju zieleniła się jeszcze jasno, jakby zachowała pamięć o słońcu które już zniknęło. Za fosą piętrzył się wysoki zielony mur, opasujący zielone wzgórze, porosłe gęsto mallornami; tak wybujałych drzew nie widziałem nigdzie indziej poza P u s z c z ą N a p o w i e t r z n ą. Trudno było z daleka ocenić wysokość, lecz wyglądały w zmroku jak żywe wieże. W ich wielopiętrowych konarach i pośród rozedrganych liści błyszczały niezliczone światełka, zielone, złote i srebrne. D i r h a l zwrócił się do drużyny.

– Witajcie w n a s z e j s t o l i c y , S a r a k N o h d a l a k! – rzekł – … Nie możemy wejść od tej strony, bo od północy nie ma bramy. Trzeba okrążyć wzgórze od południa, a to dosyć długa droga, gród jest ogromny.

OxXxOOxXOOOxXXxxXxxXOOxxOXxXxXXxXxXXXXxx

Zewnętrznym brzegiem fosy biegła droga brukowana białym kamieniem. Szli nią skręciwszy ku zachodowi, miasto więc wciąż górowało nad nimi jak zielona chmura od lewej strony. W miarę jak ciemności nocne gęstniały, zapalało się coraz więcej świateł, aż wreszcie zdawało się, ze wzgórze jarzy się od gwiazd. Dotarli w końcu do białego mostu, a gdy po nim przeszli, zobaczyli wielką bramę, zwróconą na południo‑zachód, osadzoną między dwiema zachodzącymi tu na siebie ścianami obronnego muru, wysoką i potężną, jasno oświetloną latarniami.

D i r h a l zapukał i wymówił jakieś hasło, a wówczas brama otworzyła się bezszelestnie; nie zauważyłem żadnej straży. Weszliśmy a wrota zamknęły się za nami.

xXXxoXxXXxxxOxXxXxxXOxxxXXXXixXXOxxxOOxX

Komnatę wypełniało łagodne światło; ściany miała zielone i srebrne, strop złoty. Zebrała się tu liczna gromada. Pod środkowym filarem, na fotelu, nad którym żywe gałęzie splatały się w baldachim, siedziała pani Ziemi Hronirów ubrana w śnieżnobiałą szatę, Lady Oldwood o ciemnozłotych włosach.

– Pani – Dirhal pokłonił się nisko – Przyprowadziłem cudzoziemców.

– Witajcie – powiedziała Lady Oldwood głosem tak czystym i dźwięcznym, że zdawał się dzwonkiem polnym na deszczu – Jak się masz Eternosie? Nie widzieliśmy się sporo lat.

– Trzydzieści osiem – powiedział Kukutamku prostując grzbiet i uśmiechając się zawadiacko na widok głupiej miny Dirhala.

– Hmmm, hmm – Odchrząknęła Piękna Pani przeszywając mnie spojrzeniem, w którym była mądrość wieków i filuterny błysk nieopierzonego podlotka – Nie wymieniajmy liczb Eternosie, bo ich wyjawianie więcej nam przynosi uszczerbku niż zaszczytu.

– Ależ pani! – Kukutamku skłonił się dwornie – Jesteś jeszcze piękniejsza niż kiedyś i nie znać na tobie żadnego upływu lat.

Lady Oldwood przełknęła ten komplement bez komentarza. Zwróciła się za to do mnie.

– Witaj przybyszu z obcego świata – rzekła – O twojej ziemi niewieleśmy tu dotychczas słyszeli, a i to niezbyt były pochlebne wieści. Ale widać nadszedł czas by zweryfikować nasze sądy i zmienić podania oraz legendy. Czas by zaczęły mówić, o tak zacnych i pięknych przedstawicielach świata, miast ich pomijać zupełnym milczeniem. Spodziewałam się was gdyż o możliwości takiej wizyty uprzedził mnie nasz krewniak z północy, Lagoles. Nie powiedział mi jednak Lagoles jak masz na imię piękny młodzieńcze.

– Beau – powiedziałem wkładając w każdą literę tyle słodyczy ile mi się tylko udało.

– Beau. Pięknie choć bez polotu. Krótko. Nie wszystko co długaśne, a nawet co zdobne, bywa jednak piękne. Brzmi w tym imieniu jakaś szorstka siła i surowa twardość skryta na dnie samogłosek. Jak wystrzał. Beau! – powtórzyła i zaśmiała się perliście, a mnie się zdawało, że powiedziane przez nią słowo zawisło gdzieś pod sufitem i nie milkło, lecz trwało wibrującym echem. – Zatem siadajcie. I mówcie. Sprawa musi być ważna skoro znów cię widzę Journey. Zwykle omijasz Ziemię Hronirów. Czyżbyś się czuł wciąż pogniewany za tamten mój żarcik?

Kukutamku spąsowiał i zmarszczył się, ale zaraz oblicze mu się rozjaśniło. Nie miał do niej najmniejszego żalu i dawno zapomniał o klęsce swych nieudanych umizgów.

– Co prawda przez ten mały żarcik o mało nie skręciłem karku, ale nie wracajmy do tego. Kto wie czy ciebie los nie pokarał gorzej?

– Mimo rzekomego staropanieństwa nie narzekam – odcięła się słodkim tonem pełnym dwuznaczności. – Ale nie chciałabym żeby nasz gość odniósł wrażenie, że ze mnie kłótliwa zrzęda. Bezpieczniej będzie zmienić temat. Sądzę, że potrzebujecie mojej pomocy.

– Właściwie ja jej potrzebuję – powiedziałem.

– O nie – wtrącił się stanowczo Kukutamku – Skoro jedziemy razem to dotyczy nas obu. Podobno pożyczyłaś pewne trzytomowe dzieło od …

– … Tak, tak – przerwała mu – Tego dokładnie się spodziewałam. Muszę was jednak rozczarować. Owszem, miałam je, ale też mam tylko ”Powrót króla”. Niezbyt się spieszyliście a ja nie mogłam tych książek przetrzymywać wiecznie. Takie nimi zainteresowanie, że aż strach bierze. Czyżby działo się coś bardzo okropnego? Co chwilę walą przez Miedzyraje tłumy obcych, a na dodatek nadciągają od Lazzylandu, skąd od lat nikogo nie wypuszczano. I każdy z nich czegoś by chciał. A żaden nie omieszka zatrzymać się na popas w Ziemi Hronirów lub w Ziemi Itaki, a co najmniej w Moni-Kodo. Część z nich na szczęście od razu kieruje się ku Ziemi Kiwni albo Ziemi Hurkalya, a część ponad żyzną doliną Ziemi Eparadenis przelatuje ku Dimlunowi. Gdyby nie to, nie moglibyśmy znaleźć schronienia przed obcymi. Wygląda to na jakiś sabat czarownic, bo niemal żaden z nich nie budzi zaufania.

– Zdaje się, że Złe Moce ruszyły do szturmu. Czy nie słyszałaś czegoś o najwyższym mistrzu Kultu Prometeusza? – zapytał niespodziewanie Kukutamku.

– Od wielu lat nie słyszałem o nim. Także ostatnio nie dawał znaku życia. Słyszałam za to o Dżaziratczykach co przetoczyli się tędy w liczbie siedmiu ludzi. Przypominali zezwierzęcone strzępy a pchali z trudem trumienną lektykę wypełnioną po brzegi trupami swych pobratymców. Cóż za piekielnie barbarzyński zwyczaj, dźwigać swoje trupy ze sobą, potworność! – Skrzywiła się – Byli też jacyś czerwonoskórzy Argyrowie, byli rycerze z Chomeryi, dwie Kainablijki o krwiożerczych oczach oraz usposobieniach, banda Noeusztapińskich mętów …

– … A więc byli tu! Musieli mnie szukać? – przerwał jej Kukutamku. – Cały As-Sin zwalił nam się na głowę. A żadnych przyjaciół?

– Banazir Galbasi. Wręczyłam mu puzderko z naszą plenną ziemią oraz wspaniałą linę, którą tkałam osobiście, a która świeci w mroku i rozjaśnia ciemne sytuacje. Osiem dni temu odjechał na zachód w poszukiwaniu swego pana. Nowego pana.

– Banazir Galbasi?! – krzyknąłem – To ma być przyjaciel?! Nie szuka Pana Angier, tylko jakiegoś „nowego” pana? Nie został nowym władcą w Kweiatonratsu?

– Nie. Nawet nie utrzymał się tam w swojej dotychczasowej roli ogrodnika. Zresztą jak mi wyznał nie miał takiego zamiaru. Był bardzo tajemniczy. Szuka człowieka, którego, jak się wyraził „zbyt pochopnie odepchnął i nie prześwietlił do głębi, a który, jak mu się zdaje, ocalił się z sideł potrzasku nań zastawionego”. Banazir powiedział jeszcze, że postępował w dobrej wierze, lecz sam nie miał pełnego przeglądu sytuacji i dlatego wziął tamtego za posłannika Ciemnych. Mówił, że musi go odszukać i wyjaśnić swój błąd oraz towarzyszyć mu na zachód lub południe.

– Chyba nie chodzi mu o mnie? – zapytałem z powątpiewaniem – Tyle tam intryg, że co chwilę kogoś się bez racji skazuje na marny los.

– Nie mam pojęcia o co i o kogo mu chodziło, bo jak rzekłem wielce był tajemniczy … Wracając do sprawy … Pierwszy tom musiałam wysłać do Kiwni i skorzystałam z pomocy Lagolesa, który przekazał go Childofgloinowi …

– Childofgloinowi?! – Kukutamku aż podskoczył – To i ten jest tutaj? I czegóż nasz etatowy egoista może szukać w tej księdze?!

– Jak zwykle bardzo enigmatyczny i niezdecydowany. Bawił u mnie ze trzy doby, po czym wyniósł się do Kiwni, powiada że odetchnąć, bo tamtejsze obyczaje bardziej mu odpowiadają. Nikt się nikogo nie czepia. A nawet, jak się już przyczepi, to się odczepia zanim dobrze zacznie rozmowę. Bo w międzyczasie czym innym już jest wielce zajęty. Bieganina Kiwibzików jest jak nieszkodliwe pluskanie fal w rwącym potoku górskim. Co prawda trwa nieustannie, lecz z brzegów raczej nie występuje. Nic z niej niezwykłego nie wynika poza zwyczajną koleją rzeczy. Dla obcokrajowca to warunki bardzo relaksowe. A więc pojechał tam przemyśleć sytuację.

– Jaką sytuację? – zapytałem

– Znając go sądzę, że wyłącznie swoją własną. – rzekł Kukutamku.

– Nie zdradził się z tym do końca – mówiła Lady Oldwood – Ale nadmienił że chciałby znaleźć dla siebie jakąś historyczną rolę do spełnienia.

– Którymś razem ta jego pycha wepchnie go w otchłań. Ubzdurał sobie że musi żyć wiecznie.

– Jest prawdopodobne, że w związku z tą swoją manią zażądał pierwszego tomu trylogii. Za to „Wyprawę” przesłałam do Ziemi Llano Paukar [1] zaledwie wczoraj. Lagoles porwał też dla Childofgloina pęk moich włosów. Znów jakaś fetyszystyczna zachcianka tego osła, który skarłowaciał i karłowacieje nadal, z każdym dniem marzeń o własnej wielkości, chwale i sławie! Niedługo pewnie zamieni się całkiem w karzełka. Lagoles porwał swój łuk i kołczan szczerozłoty, który mu podarowałem bardzo dawno, dawno. U mnie jest zawsze na przechowaniu, a tylko gdy ma w planie większe potyczki, bierze go ze sobą. Porwał ten łuk, drugi tom trylogii i pobiegł do Fangorna.

– Fangorn jest w Ziemi Llano Paukar?!!! – Kukutamku wstał i nerwowo zaczął się przechadzać po komnacie – Teraz rozumiem dlaczego nas oczekiwałaś. To znaczy, że Czas nadchodzi. Musimy się bardzo spieszyć.

– Mimo wszystko powinniście coś zjeść i przespać się tutaj. Dirhal wskaże wam komnaty, a jutro rano was obdaruję i ruszycie w dalszą drogę.

– Tak. Właściwie bezzwłocznie powinniśmy się skierować w stronę Czaraju – oznajmił po zastanowieniu Eternos – Ale wpierw musimy pozbierać te tomy bo bez nich nie dojdziemy do niczego. Czyli musimy do Ziemi Kiwni i Llano Paukar. Trzeba naprawdę pędzić.

– Najwyższy czas żeby wszyscy mieli już pełny przegląd sytuacji oraz konieczną jasność swych ról – powiedziała Lady Oldwood. Jej słowa wydały mi się w tamtym momencie nie całkiem zrozumiałe:

– Nie zapomnę oczywiście o „Powrocie Króla”. Znajdziecie go rano w swoim aucie. Gdzie postawiłeś Merca?

– Na parkingu przy granicy Lorelindorenanu.

– Niedobrze. Każę go wciągnąć w obręb drzew. Nie powinien być widoczny z lotu ptaka.

– Ptaka? – zdziwiłem się.

– Ptaka albo Nazgula – powiedziała poważnie.

Znów niejasne. W ogóle w tamtej chwili mało było dla mnie jasne.

A z każdą chwilą rozumiałem jeszcze mniej z powodu zmęczenia.

W końcu wyprowadzono nas i wskazano legowiska. Zapadłem natychmiast w lekki odświeżający sen, po którym poczułem się pokrzepiony i odrestaurowany jak rzadko kiedy.

 

OOOXXxxxxxxXOOOxOxxxXXXXXXXxOOOxxXXXOOOX

 

[1] Llano Paukar – Sawanna Wspaniała

Prasłowianie i Ariowie pochodzą z Kujaw?! Nowa teoria archeologiczno-genetyczna potwierdza obecność Polaków nad Łabą, Wisłą, Dnieprem i Dunajem od 8000 lat.

Posted in nauka, Polska, Słowianie by bialczynski on 13 Czerwiec 2015

Ksiądz Stanisław Pietrzak z Tropia na swojej stronie poświęconej genetyce publikuje ciekawą koncepcję praindoeuropejskiej genezy biologiczno-etnicznej Słowian, w której pokazuje ciągłość kulturową od 8000 lat temu. Archeologia czyni postępy w przystosowywaniu się do ustaleń genetyki, dzieje się to powoli, ale jednak następuje i to pokazuje dobrze ten tekst. Praca księdza Pietrzaka pochodzi z roku 2015 i jest w trakcie nieustannych modyfikacji. Widać po niej także jak mocno zmieniły się sądy na temat etogenezy Słowian od roku 2009, kiedy powstawał umiarkowanie-radykalny artykuł Romana Adlera, czy też odbierane jako ultra-radykalne i skrajnie fantastyczne teksty Czesława Białczyńskiego z tamtych lat (czy wcześniejsze z roku 1998-2000). Przytaczamy tutaj fragment tego artykułu i odsyłamy do całości na stronę TROPIA: http://www.tropie.tarnow.opoka.org.pl/pol_slavs.htm

 

janislawice

Praindoeuropejska geneza Słowian jako grupy biologicznej i etnicznej.

Ciągłość terytorialnej przestrzeni ciągłością języka i biologicznej grupy Prasłowian

 

         Co było przed Prasłowianami?

   To, co jednoznacznie łączy ludy Europy z indo-irańskimi Ariami to jest wspólny przodek męski, mający w swoim  Y-DNA mutację R1a-M417. Mutacja ta, przekazywana późniejszym pokoleniom, jest dziś rozpoznawana jako dziedzictwo wspólnoty praindoeuropejskiej, będącej więc nie tylko wspólnotą jezykową i etniczną, ale także grupą biologiczną. Trwa poszukiwanie geograficznej ojczyzny Praindoeuropejczyków. Genetyczne i archeologiczne ślady wydają się wskazywać na polskie Kujawy. Racjonalną jest więc rzeczą na ziemiach Polski poszukiwać także wydzielenia się Prasłowian z praindoeuropejskiej wspólnoty językowej i biologicznej. Oto miejsce Prasłowian na diagramie filogenetycznego drzewa  Rodu R1a-M417. Mężczyźni z ojcowskimi mutacjami M458 i Z280 występują w zdecydowanej przewadze w dzisiejszych krajach słowiańskich. W Polsce – do około 57 procent.
W centrum diagramu drzewa – mutacja SNP (single nucleotide polimorphism) w ojcowskim chromosomie Y o symbolu M417 wraz z (niewidocznymi tu) trzydziestoma innymi, kóre świadczą o długim gromadzeniu się kolejnych SNP w czasie od około 10 do 7 tys. lat temu w warunkach jakby „wąskiego gardła” czyli bez przetrwania żadnej linii bocznej z tego okresu. Takie sam okres przeżył ten ród wcześniej, od około 29 do 10 tys. lat temu, o czym świadczy razem blisko 200 SNP! (w obecnym stanie badań jedna mutacja, czyli SNP, zachodzi statystycznie co około 100 lat). Jest to jakby ilustracja niedoli przedsłowiańskich Praindoeuropejczyków i wcześniejszych Pre-Praindoeuropejczyków z mutacją R1a-M420 w trakcie ich migracji od Azji Środkowej lub Południowo-wschodniej ku Europie (z okresu około 20 tys. lat znane są tylko dwie, zaledwie szczątkowe gałęzie boczne, zamiast oczekiwanych statystycznie  około 800). Z nich jedna to YP1041, powstała może już w Europie Środkowej, zobacz niżej, na diagramie)!

 

r1a_top

Szukając odpowiedzi na  pytanie o praindoeuropejską genezę Slowian i ich praojczyznę można ograniczyć się do tradycyjnego poszukiwania śladów języka prasłowiańskiego – tylko w toponimii czy hydronimii, opierając się na niepotwierdzonym założeniu, że takie nazewnictwo musiało być praktykowane przez wszystkie przedhistoryczne społeczności, a więc i Prasłowian (zresztą Słowianie na ziemiach polskich wyraźnie nie musieli w swoim dialekcie tworzyć nowej hydronimii, gdyż na tym terytorium dowodnie przejęli gotowe nazewnictwo od swoich praojców, Praindoeuropejczyków). Można też, opierając się na domniemaniu, że grupie etnicznej musi towarzyszyć ciągłość kultury archeologicznej, a jej wyraźny brak na jakimś terytorium musi oznaczać zmianę ludności, szukać tej prasłowiańskiej ciągłości cofając się od  przypisywanej Słowianom wczesnośredniowiecznej kultury Praga-Korczak.

Otóż jedno i drugie podejście nie dało dotąd zadowalających rezultatów i zaowocowało raczej sceptycyzmem i odpowiedziami w rodzaju np., że Słowianie jako grupa etniczna wyłonili się późno, bo może dopiero u progu wczesnego średniowiecza, gdzieś w rejonie Dniepru i Prypeci, a ich indoeuropejski język, wykazujący wówczas na szerokiej przestrzeni znaczną jednolitość, jest bardzo młody i nie ma jasnej genezy.

         Tymczasem sygnałem ciągłości przebywania Słowian i Prasłowian na jakimś terytorium  nie musi być zwyczaj tworzenia własnej topo czy hydronimii ani ciągłość kolejnych archeologicznych kultur. Wielu archeologów twierdzi, że trzeba zerwać z tradycją nauczania, iż zmiana kultury archeologicznej oznacza zmianę ludności. Nie należy też nadużywać pojęcia  migracji dla wytłumaczenie zmiany kultur – przestrzegają przed tym archeolodzy, np. J. Czebreszuk czy S. Kadrow, J. Wierzbicki. W neolicie, inaczej niż w mezolicie, rodziny były już przypisane do gospodarstwa rolnego i domostwa. Zorganizowanie migracji większej liczby rolników, np. całego plemienia, wymagałoby wielkiego wysiłku organizacyjnego, a zatem byłoby zadaniem już tylko odpowiednio silnej i sprawnej władzy politycznej, co najmniej protopańswowej. Migrację mogły podejmować co najwyżej mniejsze lub większe, ale pojedyncze rodziny (do wyjątków może należeć tylko tzw. wschodnioeuropejski exodus kultury amfor kulistych. Czebreszuki, Schyłek neolitu…, s.29).

Niektórzy archeolodzy wymyślili, że skoro Słowianie VI wieku na ziemiach polskich nie mogą być – według nich –  przypisywani do kultury przeworskiej, a co najwyżej do późniejszej kultury Praga-Korczak, wywodzącej się gdzieś od Dniepru i Prypeci, to oznacza, że ich, Słowian i Prasłowian, wcześniej tu, nad Wisłą, nie było. A ponieważ kultura Praga-Korczak też nie wykazuje jednoznacznej ciągłości z innymi wcześniejszymi kulturami, to znaczy, że Słowianie wtedy przybyli “skądś”, może ze stepów azjatyckich.
Jak więc ustalić miejsce życia i rozwoju praprzodków Slowian (Prasłowian), skoro nie ma ciagłości kultur?

         Otóż jest jeszcze coś takiego w dziejach Słowian, jak

… ciągłość terytorialnej przestrzeni kolejnych, spokrewnionych lub niespokrewnionych kultur archeologicznych, świadcząca o terytorialnej ciągłości języka i biologicznej ciągłości przebywania jego mieszkańców, Prasłowian.

 

         Jeżeli bowiem jakieś kolejne elementy kultury, pochodzące z wewnątrz czy z zewnątrz, łatwo i szybko i łatwo upowszechniają się w ramach prawie tych samych granic jakiegoś terytorium, to znaczy, że stale tam mieszka ludność jednego języka i mająca łatwy kontakt ze sobą, zdolna do wspólnego przyjęcia nowej ideologii i jej materialnych symboli.

        

  Praindoeuropejska geneza Słowian

         Jak powyżej nakreślona teoria sprawdza się w etnogenezie Slowian?

         1)

Od VI tysiąclecia przed Chr. na przestrzeni od środkowego Dniepru za zachód, a zwłaszcza w środkowej Polsce i na Kujawach nieśmiało rozwija się jakaś nowa kultura, wyraźnie odrębna od komornickiej czy jej późniejszej kontynuacji, kultury chojnicko-pieńskowskiej, związanej z tradycją kultur “maglemoskich” (Północne Niemcy i Jutlandia). Jest to janisławicko-rudoostrowski krąg kulturowy. W nim przez wielu archeologów (S. Kozłowski, L. Czerniak, L. Domańska i inni) zostały rozpoznane protoneolityczne praktyki gospodarcze oraz charakterystyczne wytwory narzędziowych wkładek kamiennych typu “Dęby” (rozpoznane w osadzie Dęby na Kujawach).

janislawice

Ustalono już, że owe wkładki są dziełem  niewielkiej grupy migrantów, która w trakcie swojej może tysiącletniej  migracji spoza Kaukazu zostawiała archeologiczne ślady w rejonie Kaukazu (Edzani), Krymu, dolnego i środkowego Dniepru, u zlewni San-Wisła i wreszcie na Kujawach (związek genetyczny grupy Dęby z calym kręgiem janisławicko-rudoostrowskim nie został ostatecznie ustalony).  W lutym 2015 r. Haak et al. ujawnili odkrycie w grobowych szczątkach na Jeleniej Wyspie (oleni Ostrov) na jeziorze Onega (Karelia) haplogrupy R1a1-M459; grób datowano na lata 5500-5000 przed Chr. (7500-7000 lat temu, komentarz i wytłuszczenie – C. B. ), czyli na czas rozkwitu kultury janisławickiej na terenie Polski i przyległych od wschodu czy północnego wschodu ziemiach. Ta mutacja jest jakby pieczęcią obecności rodu R1a na terenie Polski od co najmniej szóstego tysiąclecia (6000 lat p.n.e. czyli 8000 lat temu – C.B.). Po jakimś czasie grupa Dęby jakby zanikła – z pewnością na skutek kryzysu demograficznego, co zresztą kojarzy się z kształtem diagramu  u szczytu drzewa rodu R1a-M417.

         2)

Po jakimś czasie, od około 4000 lat przed Chr. (wg. datowania M. Szmyt i inn.) [czyli od około 6000 lat temu] na Kujawach pojawia się i rozwija jakaś swoista, zapewne obca językowo w stosunku do mezolitycznego i neolitycznego otoczenia, dbająca o swoją odrębność, neolityczna kultura amfor kulistych (KAK).

amphora1

Z całą pewnością można się domyśleć, że jest to ludnościowa kontynuacja grupy Dęby z kręgu kultury janisławickiej, potomstwo wspólnego przodka R1a-M417.   Obejmuje najpierw rejon Kujaw, następnie Polskę środkową, południową i wschodnią. Potem około 3250 r. przed Chr. [5250 lat temu C. B.] następuje migracja na Zachód ku Łabie i Solawie (dzięki czemu tam, w Eulau, zidentykowano w trzech archeologicznych szczątkach genetyczna haoplogrupę R1a z datacją 2600 lat przed Chr.[4600 lat temu – C. B.] (W. Haak, 2009); prowizorycznie wskazano w niej późniejszą grupę skandynawską z mutacją R1a-Z284). Natomiast w 2015 r. Haak et al. opublikowali o znalezieniu kolejnego grobu z mutacją R1a-M417 na terenie byłej kultury amfor kulistych, datowanych na czas kultury ceramiki sznurowej, około 2400 roku nad Łabą [4400 lat temu – C. B.], w miejscowości Esperstedt (równocześnie szczątki z Halberstadt, datowane na późny brąz, kulturę łużycka, w Halberstadt z grupą R1a-Z280).  Wreszcie od roku około 3000/2950 przed Chr. [5000 – 4950 lat temu – C. B.] obserwujemy tzw. wschodni exodus kultury amfor kulistych: Wołyń, Podole, Mołdawię i Ukrainę lewobrzeżną, terytorialnie jakby nawiązując do kierunku przybycia dawnej poprzedniczki, kręgu rudoostrowsko-janisławickiego.  W końcu enklawy i elementy z jej wschodniej flanki zidentyfikowano jeszcze dalej na wschód: w rejonie środkowego Kubania i dolnej Wołgi oraz północnego Kaukazu (N. Nikolajeva, W. Safronov), co zapewne jest archeologicznym śladem migracji grupy Ariów z genetyczną mutacją R1a-Z93.

         Wschodniej ekspansji wielokrotnej “amfor” towarzyszy niekiedy udział ludności kultury pucharów lejkowatych (KPL). Kultura ta jest odrębna etnicznie; została wytworzona pod wpływem naddunajskiej późnej kultury wstęgowej (Lengyel) i jej polskich enklaw w Małopolsce lub na Kujawach (tzw. grupa brzeska, Brześć Kujawski), ale wyraźnie przez miejscową ludność postkomornicką, związaną, jak wiadomo, z północno-zachodnią ludnością o tzw. tradycjach “maglemoskich” (Północne Niemcy, Jutlandia i Południowa Szwecja); jest to  zapewne ludność głównie z haplogrupy I1.

[Tu konieczny jest szerszy wtręt: Autor nie uwzględnia faktu występowania ludności o krwi hg R1a nad Dunajem oraz w obszarze dzisiejszej Słowenii, Chorwacji, Bośni i Macedonii nad Adriatykiem już od 10.000 – 12.000 lat temu. Nie widzę żadnych podstaw żeby Kulturę Pucharów Lejkowatych określać jako odrębną etnicznie. To konglomerat ludności R1a i I – a więc faktycznie także grupa słowiańska. Istota procesu kształtowania się języków, które służą na danym obszarze ku porozumiewaniu się ludności miejscowej i napływowej świadczy o przenikaniu się języków i nakładaniu na siebie, a nie o przejmowaniu języka. Chyba że jest przytłaczająca przewaga jednej nacji, wtedy mniejsza musi się dostosować. Słowianie w Połabiu, na Łużycach i Śląsku mówili językiem słowiańskim z niemieckimi wtrętami, czy też ze zniemczonym szykiem zdania, a żeby wyniszczyć języki Słowian na tym obszarze konieczna była programowa, przymusowa germanizacja związana z procesem edukowania szkolnego (zorganizowane państwowe szkolnictwo), czyli silnym oświeceniowym państwem pruskim. Mimo tego mamy do dzisiaj języki łużyckie i gwarę śląską po 700. – Śląsk i 1000. – Łużyce, lat germanizacji. C.B.]

       amfora12  Wschodnia ekspansja „pucharów” oznacza jednak nie tyle przesiedlenie ludności KPL, co raczej przejaw gospodarczej współpracy, zwłaszcza z kręgami kultury Cucuteni-Tripolie. Uzasadniona też była współpraca “pucharów” z “amforami”,  która to kultura wyłoniła się i rozwijała na tym samym kujawskim terytorium, a więc w starszym środowisku KPL i dlatego oprócz śladów rywalizacji i separatyzmu między nimi, widzimy także ich współpracę w dalekosiężnych migracjach w kieruniku Dniepru, a nawet północnego Kaukazau, środkowego Kubania i dolnej Wołgi (A. Rezepkin, N. Nikolaeva, W. Safronov, M. Szmyt, A. Kozincev). W otoczeniu ludności “amforowej’ ludność KPL zapewne została jakoś zindoeuropeizowana.

 

[Ludność haplogrupy I1 i I2 została zindoeuropeizowana przez otoczenie R1a, ale dała swój wkład we wspólny język, który od tego momentu możemy nazywać prasłowiańskim lub słowiańskim a nie aryjskim. Jako aryjski ostał się on tam gdzie ludności I1 i I2 nie było, czyli na Kaukazie, Uralu i w Azji Małej oraz Środkowej – w późniejszej Persji i Indiach. C. B.]

         3) Od około 2900 r. [4900 lat temu] na tym terenie rozwija się kultura z horyzontu [ użyłbym tutaj słowa grupa a nie horyzont – to mylne pojęcie. C. B.] ceramiki sznurowej, w którym dochodzi do wydzielenia się regionalnych odmian.  Podczas gdy na Niżu Europejskim od Kujaw do Dolnej Łaby i Jutlandii prawie od początku dominuje kultura grobów jednostkowych, to w Polsce południowo-wschodniej, tj. Ziemi krakowsko-sandomierskiej, rejonie przykarpackim i na Podolu, albo inaczej: w Dorzeczu górnej Wisły, Bugu, górnego Dniestru, a zarazem pochodząca z kręgu przykarpackiego – w dorzeczu środkowego i górnego Dniepru (Prorwa) rozwija się odrębny krąg ceramiki sznurowej (J. Machnik; M. Krywalcewicz, Prorwa1, s. 85-88).

[Moim zdaniem sposób grzebania – widoczne pochówki mieszane np. na Pomorzu, ale nie tylko – w żaden sposób nie wyodrębnia grupy językowo, podobnie jak sposób lepienia garnków, a tylko świadczy o zachowaniu przez część ludności  dawniejszych obyczajów plemiennych, a przez część (być może napływową) wniesienie nowej praktyki na dany obszar. Pokazuje to doskonale Kultura Lengyelska i Kultura Pucharów Lejkowatych, które powszechnie uznaje się za wspólne dla tej samej etnicznie ludności z zachowaniem wielu elementów ciągłości pomiędzy kulturą Pucharów Lejkowatych a starszą od niej, śląską kulturą Lengyelską. C.B]

 corded2  kcsznur_prorva

Z małopolskiego i przykarpackiego kręgu kultury ceramiki sznurowej przez kulturę środkowego Dniepru – ekspansja kultury i migracja ludności do dorzecza górnego Dniepru (tam stanowiska: 1.Bieliniec, 2-3.Prorwa, 4.Chodosowicze, Strzelica, 6.Jeziornoje, 7. Rżanica; według: Łysenko , Krywalcewicz)

Ten areał kręgu kultury ceramiki sznurowej, rozciągający się wpływami i osadnictwem aż do środkowego i górnego Dniepru, pielęgnuje własną ideologię pogrzebową i tradycję grobów dwu i wieloosobowych i pochówków kurhanowych. Istnieje więc w horyzoncie sznurowym jakiś wyraźny podział kulturowy, a zarazem etniczny. To zapewne pierwotny areał wydzielonej z Praindoeuropejczyków   kultury Bałto-Słowian.

 [Tutaj już kompletna niezgoda z Autorem. Z analizy lingwistycznej wynika bowiem niezbicie, że Bałtowie są konglomeratem Słowian (R1a+I) lub też Prasłowian=Scytów (R1a) z ludnością syberyjską o haplogrupie N. Ten konglomerat kształtuje języki bałtyjskie. Zatem wnioski Autora są mylne i wprowadzają zamęt pojęciowy. To ludność o hg R1a należy uznać za Ariów co równa się pojęciu Indoeuropejczyków, co równa się pojęciu Scytów. Słowianie to konglomerat Scytów R1a i Staroeuropejczyków I. Praindoeuropejczykami  była ludność haplogrupy R1 (przed podziałem a R1a i R1b). C. B.]

         4)

Potem, od około 1900 r. przed Chr. [3900 lat temu – C. B.]  na tym terytorium pojawia się trzciniecko-komarowski krąg kulturowy. Jego matecznikiem znów są Kujawy (publikacje:  J.Górski, S.Lysenko, M.Kryvalcevicz, P.Makarowicz; 2003, 2005 itd.), identycznie jak dla kultury amfor kulistych. Należy http://www.staff.amu.edu.pl/~anthro/pdf/mono/vol012/01piontek.pdf

 

kult_trzciniec3

Ekspanduje on od Kujaw i prawego dorzecza Odry w kierunku środkowego Niemna na północnym wschodzie (tworząc tu ugrupowanie północne, związane  z „grzebykowymi” kulturami strefy leśnej) oraz  na południowy wschód, po Karpaty na południu i Dniepr na wschodzie (tworząc południowe ugrupowanie, związane z grupami późnosznurowymi i postsznurowymi).  W trosce o swoją tożsamość krąg trzciniecki nawiązuje do obyczajów kultury amfor kulistych, a w ideologii społecznej i  obrzędowej nawiązująca do już zamierającej lub zamarłej kultury “sznurowej” i jej kurhanów, jakby przyznając się do etnicznego z nią związku; a tym samym na południowym wschodzie separując się od sąsiednich kultur mierzanowickiej i strzyżowskiej (J. Górski, P. Makarowicz).

[Znów nic to nie oznacza dla kultury i języka, poza wiernością jakiejś grupy plemiennej starej tradycji obrzędu pogrzebowego. To tak jakby różnicować etnicznie Rusinów i Polaków po obrządku pogrzebowym i sposobie oddawania czci zmarłym, podczas gdy jest to lokalna różnica wyłącznie religijna. Polacy nie piją i nie zostawiają chleba na grobach przodków a Ukraińcy czy Wołochowie tak, to różnica między katolicyzmem a prawosławiem – C. B.]

kult_trzciniec13

         Trzcinieckiemu kręgowi kulturowemu (TKK) trzeba poświęcić trochę więcej uwagi. W jego północno-wschodnim areale prawdopodobnie zaznacza się prowizoryczna granica między Prasłowianami  i Prabałtami.

         Pierwszym, bardzo czytelnym sygnałem archeologicznym wydzielenia się społeczności Prasłowian ze wspólnoty praindoeuropejskiej (z kultury Amfor kulistych i kultury Ceramiki sznurowej) jest trzciniecki krąg kulturowy (TKK), rozprzestrzeniony od prawego dorzecza Odry przez dorzecze Wisły do środkowego Niemna, a przez Małopolskę do dorzeczy środkowego i górnego Dniepru na Ukrainie i Białorusi. Datowany jest na prawie całe drugie tysiąclecie przed Chr (Kujawy około 1900-1600 przed Chr. [3900 do 3600 lat temu – C. B.] , Dniepr około 1690-1400 i później [3690 – 3400 lat temu – C. B.]). Zob. http://en.wikipedia.org/wiki/Trzciniec_culture

 [Znów brak naszej zgody na tezy Autora: To już jest kultura Słowian, czyli wspólnoty hg R1a + I. I kolejna uwaga – zasięg kultury Trzcinieckiej nie przesądza o etnicznym zasięgu tychże Słowian. Na zachodzie mogą oni wyglądać archeologicznie inaczej ponieważ tam asymilowali już elementy jastrofskie. Skandynawia także była wcześniej prasłowiańska. W tym miejscu jest to naciągnięcie teorii, które służy poprawności politycznej i uwzględnieniu w jakiś sposób Germanów – którzy są bytem bez potwierdzenia genetycznego na tym etapie dziejów, a jeżeli już to właśnie kształtowali się od zachodu pod wpływem R1b – Celtów, którzy jednocześnie ZINDOEUROPEIZOWALI się pod wpływem R1a przebywających na ziemiach Europy Zachodniej nad Atlantykiem.  – C. B]

kult_trzciniec

         Uderzający jest fakt głównego kierunku migracji ludności kultury Trzcinieckiej – częściowo na południe ku grzbietom Karpat, ale zwłaszcza na wschód, w dorzecza Dniepru i Dniestru, jakby na podobieństwo tzw. wschodniego exodusu kultury Amfor kulistych (KAK po małej migracji najpierw na Zachód, ku Łabie, odbywała wielkie migracje na Wschód, zwłaszcza w kierunku Dniepru, a nawet Donu, Kubania i Kaukazu; dotyczy to zwłaszcza grupy wschodniej i południowo-wschodniej, zwanej Ariowie). Matecznikiem kultury Trzcinieckiej były Kujawy, później także Nizina Mazowiecka, a pierwsze jej stąd rozszerzenie było w kierunku Wyżyny Lubelskiej i Wyżyny Małopolskiej, gdzie zostawiła po sobie liczne kurhany grobowe według wzorca zapożyczonego od „sznurowców”, z pochówkami szkieletowymi lub spopielonymi.
Do TKK należą na wschodzie: północna kultura strefy sosnickiej i południowa – strefa kultury komarowskiej. Oto przykład ceramiki KTT z Wolynia

kult_trzciniec2

1) J. Górski, P. Makarowicz,
Interakcje kulturowe między zachodnim i południowo-wschodnim (pontyjskim)odłamem trzcinieckiego kręgu kulturowego, 2007
2) P. Makarowicz, Geneza kurhanów w trzcinieckim kręgu kulturowym, 2011
3) P. Makarowicz, Wykaz publikacji – zwł. tematyka TKK, do 2014

4) J. Dąbrowski, Trzciniec – Komarów – Sosnica, 1975.
5) С.Лысенко, Абсолютная хронология Восточного массива Тшинецкогo культурного кругa
(S. Łysenko, Absolutna wschodniego masywu trzcinieckiego kręgu kulturowego)
6) P.Markowicz, S.Łysenko, I.Koćkin, Wyniki badań cmentarzyska kultury komarowskiej w Bukovnej nad górnym Dniestrem w 2010 r,

         5)

Potem, od około r. 1300 przed Chr. [3300 lat temu – C. B.], znów jakby na tym samym terytorium, widzimy wschodni areał kultury łużyckiej, powstały na substracie kultury trzcinieckiej, odrębny materialnie i etnicznie od zachodnich i poludniowych grup kultury łużyckiej.

kult_lusatian

Kultura łużycka (kol. zielony) w okresie jej największej ekspansji

5a) Na Pomorzu Wschodnim, w areale między Wisłą a Parsętą, zwłaszcza na Kaszubach

na substracie wschodniej strefy przeżywającej się kultury łużyckiej wyłania się kultura pomorska, pokrywająca niemal prawie całe terytorium przyszłej Polski i sięgającej za Bug na teren Wołynia, Podola i górnego Dniestru.

kult_pomorska
Kultura pomorska i sąsiednie
1. k. kurchanów zachodniobałtyjskich, 2. k. wschodniobałtyjska strefy leśnej, 3. k. miłogradzka, południowobałtyjska (w dorzeczu Prypeci),
4. plemiona celtyckie (halsztackie i lateńskie), 5. k. jastorfska (proto-germańska), 6. grupy nordyckie (proto-germańskie)

Kultura pomorska (zwana niekiedy wschodniopomorską lub wejherowsko-krotoszyńską) trwa od około połowy VI w. do połowy III w. przed Chr. [2600 do 2300 lat temu – C. B.]. Oddziaływały na nią celtyckie kultury: schyłkowa halsztacka C, halsztacka D oraz lateńska w okresie wczesnym i środkowym. Ciekawymi zabytkami archeologicznymi kultury pomorskiej w północno-zachodnich rejonach są groby skrzynkowe oraz urny domkowe i twarzowe (w formie domku lub ozdabiane rysami ludzkich twarzy – znak wpływów etruskich z Italii albo nordyckiej-jastorfskiej kultury zza dolnej Odry), a na terenach południowo-wschodnich – groby podkloszowe (urny nakryte kloszami – dziedzictwo kultury łużyckiej).
Archeologia nie zauważa zaniku dotychczasowej ludności po zaniku kultury pomorskiej. Ciągłość niektórych form kultury materialnej, a zwłaszcza kontynuowanie użytkowania cmentarzy świadczą o obecności tej ludności w kulturach oksywskiej, przeworskiej, a częściowo także zarubinieckiej (Kmieciński, Pradzieje…, t.2, s.581-582).

[Tu pełna zgoda – wpływy kultury celtyckiej i nordyckiej – zgadza się. Natomiast nie oznacza to w żadnym wypadku jakiegoś podboju czy zalania etnicznego Słowian przez Skanów czy Celtów – oznacza jedynie przejęcie zdobyczy technologicznych, bo udowodniono ciągłość genetyczną zasiedlania tych ziem przez hg R1a i I po dzień dzisiejszy – C.B.]

         6)

Na przełomie er, to jest od III w. przed Chr. do III i IV w. po Chr. [ 2300 – 1700 lat temu – C. B.], w okresie wpływów rzymskich na tym terytorium panuje kultura przeworska i zarubiniecka, a na Pomorzu gdańskim (Kaszuby) i słowińskim – kultura oksywska. Prawdopodobnie z powodu niszczących najazdów Sarmatów i jakiegoś kryzysu demograficznego miejscowej ludności, terytorium kultury przeworskiej dostało się pod wpływ plemion germańskich spoza północno-zachodnich ziem polskich, zwłaszcza Wandalów i ich kultury materialnej. Później wśród najeźdźców trzeba widzieć także skandynawskich Gotów z kultury wielbarskiej na Pomorzu Gdańskim, która nawarstwiła się na resztki lokalnej kultury oksywskiej.

 

[Wandale i Goci to mieszane plemiona słowiano-nordyckie a nie germańskie – nic takiego nie istniało jak germańscy Goci i Wandale – C. B. – znów próba ratowania politycznej poprawności, być może pod wpływem niemieckiego i watykańskiego centrum KK, zamiast prawdy naukowej – C. B. ]

 kult_przewor.zarub 1. Kultura przeworska
od 300 r. przed Chr. do 400 r. po Chr.Powstała wśród autochtonnej
ludności zapewne słowiańskiej,
pod wpływem najeźdźców
z północnego zachodu
z germańskich plemion,
zwłaszcza Lugiów i Wandalów.2. Kultura zarubiniecka
od 300 r. przed Chr. do 300 r. po Chr.
wytworzona przez miejscową i przybyłą z ziem polskich ludność słowiańską
po najazdach grup germańskich
(w części północnej – zasiedlona
zapewne przez grupy bałtyjskie)

Ten fakt wprowadza w błąd niektórych polskich i ukraińskich archeologów, sugerujących jakoby Germanie byli jedyną tu ludnością, a po ich odejściu na poludnie powstała na tym terytorium pustka osadnicza. Przeczy temu antropologia fizyczna, która w średniowiecznym osadnictwie slowiańskim widzi kontynuację zarowno osadnictwa okrezu wplywów rzymskich, jak i wcześniejszego (J. Dąbrowski). Zaprzecza ona rzekomej pustce osadniczej po odejściu elementu germańskiego, czego potwierdzeniem jest kontynuacja praindoeuropejskiej hydronimii na terenie Polski.

Z Archiwum: Roman Adler – Początki Słowian i ich pierwsze państwa (nieautochtoniczna odpowiedź na propagandę germańskiego neo-kossinizmu)

Posted in Polska, Słowianie by bialczynski on 12 Czerwiec 2015

Przypominamy tekst Romana Adlera publikowany tutaj w 2010 roku. Niby jest cały czas na czarnym pasku, ale warto przypomnieć dzisiaj chronologię zakłamywania dziejów przedchrześcijańskich Polski. Początki Słowian i ich pierwsze państwa (cz. 1)

https://bialczynski.wordpress.com/?s=Roman+Adler

Ponieważ o rozsądne głosy  w sprawie pochodzenia Słowian i ich miejsca na Ziemi przed rokiem 500 n.e. wciąż jest bardzo trudno z przyjemnością sygnalizuję naszym czytelnikom jeden z owych nielicznych, niezaślepionych propagandą niemiecką i presją bycia w trendzie, głosów wołających na puszczy o  PRAWDĘ ELEMENTARNĄ na temat możliwego pochodzenia i miejsca pochodzenia Słowian. Artykuł napisano latem 2009 roku, moim zdaniem nie uwzględnia on wielu różnych faktów, które zmieniają zaprezentowany tutaj obraz. Artykuł składa się z 3 obszernych części – tutaj zajawka (obszerna, ale mająca tylko skłonić do dalszego czytania na stronach autora tego tekstu)

Z blogu Romana Adlera:

http://romaquil.blog.onet.pl/Poczatki-Slowian-i-ich-pierwsz,2,ID380584307,n

Ciśnie mi się od razu komentarz: Zgadzam się w pełni z autorem, iż nie mamy do czynienia z „odkłamaniem” tylko z podwójnym zakłamaniem i kontynuacją koncepcji obecnych wśród Niemców od – dawniej nawet, moim zdaniem, niż początek XIX wieku. To jest wpisane w ich ekspansję – a obecnie znów odżyły w nich nadzieje na wpierw psychologiczne obezwładnienie Polaków, Czechów, Serbów a potem połączony z ekonomicznym uzależnieniem kolejny „podbój” między Odrą a Wisła – tym razem w jakiejś może innej, o wiele perfidniejszej niż Auschwitz, formie. Dodatkowo zauważmy, że przez cały czas nie dopuszczają do jakiejkolwiek odrębności Serbów Łużyckich, nie pozwalają polskim dzieciom w Niemczech mówić z rodzicami po polsku (kiedy dojdzie do rozwodu pary mieszanej), nie pozwalają otwierać szkół polskich dla dzieci mieszkających tam Polaków, ani nie dopuszczają do odtworzenia Mniejszości Polskiej – zlikwidowanej hitlerowskim dekretem przed II Wojną Światową. Czy to jest polityka przyjaznego Polsce i Polakom państwa? Odpowiedzcie sobie sami. Ja bym to nazwał „słowianofobią” czymś co powoli zastępuje przedwojenny antysemityzm w Niemczech – zaznaczam, to nie dotyczy tylko Polaków, ale także innych sąsiadujących z Niemcami i Austrią państw słowiańskich – zwłaszcza Serbii, której rozbiór – zwłaszcza odebranie Kosowa, pod egidą NATO jest już jawnie wrogim , zbrojnym – anty-słowiańskim krokiem.

Dalsze zaś dowody na słowiańskość nie tylko ziem nad Wisłą i Odrą, ale także nad Łabą znajdziecie w następnej części artykułu. C. B.  Oto on:

Rzeczywiście – w „Zjednoczonej Europie” tylko jedna strona ma zawsze rację – o ile się między sobą nie pokłóci – to triumwirat Niemiec, Anglii i Francji – dla nich są jakieś inne, lepsze prawa w Europie ( np. mogą sobie dofinansowywać co im do głowy przyjdzie, a u nas zamykać np. stocznie wmawiając nam, że to nasza wina) mogą też bezkarnie wydalać Romów – jeżeli im to strzeli do głowy, nie narażając się wcale na określenia stosowane do Polaków – ksenofobi, rasiści, nacjonaliści. C.B.

Oto i mamy pięknie wyeksponowany w tym artykule wątek – nie całkowitego uśmiercenia przez Scytów kultury łużyckiej, ciągłości – poprzez „niezauważane” dzisiaj z premedytacją artefakty i konteksty archeologiczne – z kulturą Pomorską. Mało tego, mamy tutaj uwypuklone odkrycie genetyków, którzy datują na ok. 300 p.n.e. tzw „szyjkę butelki” czyli wyraźny regres nad Wisłą ludności R1a1a. Ale wyraźnie podkreślają, że ta ludność tutaj nigdy nie przestała istnieć, a tylko wyraźnie podupadła liczebnie i została zasilona znów tą samą krwią R1a1a znad Dunaju albo zza Wisły – gdzie jak tu Autor ładnie dokumentuje ludność łużycka była już od dawna pod władztwem Scytów (także o krwi  z hg R1a). Załamanie klimatyczne i być może epidemie z tym związane, a także głód potwierdzają też badania z Syberii, o których tutaj na tym blogu już pisaliśmy, które przyniosły Scytom wielki rozkwit na stepach, a na północnym-zachodzie – w Polsce – regres. C. B.

Moim skromnym zdaniem właśnie to oddaje. W pełni się zgadzam z autorem. Dokładnie TO przedstawiamy w Księdze Ruty. C. B.

oraczy…”

Mamy tu nawet domy na słupach współistniejące razem z półziemiankami – co niby miałoby być charakterystyczne dla skandynawskich Gotów. Szkoda że Autor w ogóle nie bierze pod uwagę w swoich dalszych rozważaniach wyników badań genetycznych. Wtedy wiele spraw poukładałoby mu się inaczej, wiele problemów by się rozwiązało i cała jego dalsza analiza znacznie by się uprościła.

Z tego powodu nie mogę się zgodzić z tą częścią jego wywodu gdzie przedstawia relacje między Słowianami a Scytami i Sarmatami  czy Hunami i Awarami, państwem Samona i państwem Bozy, Wenedami i Słowianami, a także dzieje między plemionami germańskimi a słowiańskimi od III wieku p.n.e. do V wieku n.e.

Nie zgadzam się także z jego mitologicznymi wywodami, chociaż słusznie zwrócił uwagę na rożne związki słowiano-irano-indyjskie w nazwach związanych z wiarą przyrodzoną i w sensie ogólnosłownikowym.  C. B.

ciąg dalszy na stronie Autora: http://romaquil.blog.onet.pl/Poczatki-Slowian-i-ich-pierwsz,2,ID380584307,n

Jest tam dokończenie części 1, część 2 i część 3 (bibliografia – rzecz ważna)

 

August Bielowski (1806- 1876) Strażnik Wiary Słowian – III SSŚŚŚ Lwów – Trójziele i inne liryki


DniestrDniestr

 

Dniestr_w_nocyJozef chelmonskyDniestr

dniestr chocimDniestr

ab1ab2aab3ab4ab5ab6ab7ab8ab9

August_Bielowski_1881August Bielowski (Augustyn), pseud. Jan Płaza (ur. 27 marca 1806 w Krechowicach na Pokuciu, zm. 11/12 października 1876 we Lwowie) – polski historyk, pisarz, dyrektor Zakładu Narodowego im. Ossolińskich we Lwowie, autor, fundator i wydawca “Monumenta Poloniae Historica”, członek honorowy Poznańskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk w latach 1860-1876.[1]

W 1828 rozpoczął studia na Uniwersytecie Lwowskim. Po wybuchu powstania listopadowego wstąpił do Wojska Polskiego Królestwa Kongresowego, po upadku powstania udał się do Galicji. W 1834 został aresztowany po zarzutem spiskowania przez władze austriackie, w więzieniu przebywał dwa lata. W 1845 związał się z Zakładem Narodowym im. Ossolińskich, od 1869 był dyrektorem Zakładu i redaktorem “ Biblioteki Ossolińskich ”.

Jego staraniem w latach 1854 -1861 wznowiony został Słownik języka polskiego Samuela Lindego, z uzupełnianiami i poprawkami.

Odbywał częste podróże naukowe przeszukując archiwa i biblioteki Rosji, Austrii, Niemiec w poszukiwaniu źródeł do dziejów polskich. Był pomysłodawcą i pierwszym wydawcą serii “Monumenta Poloniae Historica”, w latach 1856-1864 własnym kosztem wydał tom 1 (dzięki finansowemu wsparciu Wiktora hrabiego Baworowskiego ukończono druk). Tom 2 współfinansowało Towarzystwo Naukowe Krakowskie. W 1872 Towarzystwo, po przekształceniu się w Akademię Umiejętności, przejęło wydawanie Monumenta Poloniae Historica. Bielowski został kierownikiem Komisji Historycznej AU we Lwowie.

Autor m.in.:

  • Myśli do dziejów słowiańskich (1841)
  • Początkowe dzieje Polski (1842)
  • Wstęp krytyczny do dziejów Polski (1850) wersja cyfrowa
  • Rzut oka na dotychczasową pierwotną polską historyą (1853) Wersja cyfrowa
  • Pokucie (1856)
  • Nagrobek Bolesława Chrobrego (1857)
  • Żywot Św. Metodego (1858)
  • Synowie Chrobrego (1859)
  • Zamość (1862) Wersja cyfrowa
  • Monumenta Poloniae historica = Pomniki dziejowe Polski Wersja cyfrowa
  • Genealogia xiążąt i królów polskich od roku 880 – 1195 (1866)
  • Wyniki badań najnowszych o Mistrzu Wincentym i jego kronice (1872)
  • Szymon Szymonowic (1875)
  • przekładów: Wyprawa Igora na Połowców (1833), Pienia liryczne (poezja Schillera, 1841), Powieść minionych lat (1864, tłumaczenie dokonane z pomocą Iwana Wahylewicza).

Został pochowany na Cmentarzu Łyczakowskim.

Lwow-Lyczakow-AugustBielowski

ab10ab11ab12ab13

Żyto sprzed 7500 lat w Dzielnicy pod Opolem, czyli Kultura Lendzielska/Lugijska/Śląska

Posted in nauka, Polska, Słowianie by bialczynski on 9 Czerwiec 2015

 Dla przypomnienia – odkrycie ma już 5 lat.
CB

Pierwsze żyto w Europie

Izabela Żbikowska, Opole
03.09.2010 , aktualizacja: 03.09.2010 14:22

Kobieta z Dzielnicy. Znaleziony przez archeologów fragment glinianej figurki kobiety z wyraźnie zaznaczonymi narządami płciowymi

Kobieta z Dzielnicy. Znaleziony przez archeologów fragment glinianej figurki kobiety z wyraźnie zaznaczonymi narządami płciowymi (Fot. Rafa3 Mielnik/ Agencja Gazeta)

Polscy archeolodzy w miejscowości Dzielnica kopią już od siedmiu lat. Dr Mirosław Furmanek z Instytutu Archeologii Uniwersytetu Wrocławskiego wspólnie z archeologiem Arturem Rapińskim z biura Opolskiego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków w Opolu oraz archeobotanikiem Agatą Sady z Muzeum Śląskiego w Katowicach ustalili, że było tam kilka osad, większość z młodszej epoki kamienia. Właśnie wtedy człowiek zaczął ingerować w środowisko, uprawiając rolę i hodując zwierzęta, czyli stał się rolnikiem, przez co zmienił się jego tryb życia. Zamiast wędrować zaczynał osiadać w jednym miejscu i tworzyć osady.- Odkryte przez nas ślady świadczą niezbicie, że pierwsza osada rolnicza powstała tutaj ok. 7,5 tys. lat temu. Założyli ją ludzi z kultury ceramiki wstęgowej rytej – mówi dr Furmanek.Po pewnym czasie osada została opuszczona, ale później to miejsce, ze względu na swoje atrakcyjne położenie, było jeszcze wielokrotnie zamieszkiwane. Kolejna osada pochodziła z czasów kultury ceramiki wstęgowej kłutej (ok. 6900-6700 lat temu), potem była osada z czasów kultury lendzielskiej (6500- 5800 lat temu), a najmłodsza pochodzi z epoki brązu (3300-2900 lat temu).Już dwa lata temu naukowcy odkryli tam fortyfikacje utworzone z głębokich rowów w kształcie litery V. Zrobili je najpewniej pierwsi osadnicy, ok. 7,5 tysiąca lat temu. – Do dziś zadajemy sobie pytanie, po co rolnicy je wybudowali? By bronić się przed łowcami, którzy żyli po drugiej stronie rzeki – mówi dr Furmanek. W jednym z rowów znaleziono krzemienny grot strzały. Czy to znaczy, że łowcy atakowali rolników? – Wciąż szukamy odpowiedzi na te pytania – mówi dr Furmanek.Bezcenne ziarenko…Rolnicy z Dzielnicy uprawiali niewielkie pola rozrzucone wśród lasów. – Zlokalizowane były w niskich, wilgotnych partiach dolin. Trudno określić ich wielkość, ale była ona zapewne dostosowywana do potrzeb rodziny, bo każda rodzina żywiła się sama – mówi dr Furmanek.Pierwsi rolnicy spulchniali ziemię przy użyciu drewnianych, kościanych i rogowych narzędzi. Kamienne radlice, siekiery i motyki służyły raczej do karczowania i ścinania drzew. Do ścinania zbóż służyły sierpy, które składały się z kościanej, rogowej czy drewnianej oprawy, w której zamontowane były krzemienne wkładki. – Wiele krzemieni z Dzielnicy nosi charakterystyczne ślady powstające w wyniku ścinania zbóż i traw, które są świadectwem wykorzystywania ich jako wkładek do sierpów – zaznacza dr Furmanek. Do rozcierania ziaren służyły kamienne żarna, a z mąki wypiekano chleb (najstarsze fragmenty spalonego chleba sprzed 5500 lat odkryto kilka lat temu w Wielkiej Brytanii).Dotychczasowe badania w Dzielnicy pozwalają określić gatunki zbóż, które były tam uprawiane. Jest to możliwe m.in. dzięki badaniom archeobotanicznym. – Gdy uda się nam trafić na węgiel drzewny, to pod mikroskopem jestem w stanie określić gatunek drzewa. Wiem zatem, co rosło na danym terenie. Poza tym na podstawie tych roślin, których szczątki uda nam się odnaleźć, wnioskuję, które były wykorzystywane przez człowieka. A znając wymagania ekologiczne roślin, możemy podejmować próby odtworzenia warunków środowiskowych w danym czasie – tłumaczy Agata Sady.Wśród kilkuset odkrytych w Dzielnicy ziaren najwięcej było pszenicy. Był też jęczmień oraz nasiono lnu. To nikogo nie zaskoczyło, bo w neolicie uprawiano właśnie te rośliny. Niespodzianką było natomiast odkrycie pojedynczego ziarna żyta. Trafiła na nie Agata Sady. – Musiało leżeć blisko paleniska, przez co się zwęgliło i nie zostało rozłożone. Na pewno jednak nie było palone, inaczej pozostałby po nim jedynie popiół – tłumaczy. Archeolodzy szacują, że ma ono ponad 6 tys. lat (a więc pochodzi z czasów kultury lendzielskiej). – Kilka razy oglądałam je pod mikroskopem, by mieć pewność, że nie doszło do pomyłki. Jest to tak niezwykłe znalezisko, że niektórzy badacze, z którymi podzieliliśmy się tą informacją, nie chcieli nam uwierzyć – opowiada Sady.Dotąd bowiem uważano, że w neolicie nie uprawiano w Europie żyta. – Sporadycznie w polskiej literaturze z lat 60. pojawiają się wzmianki o odkrytych ziarnach żyta , które miały pochodzić z neolitu. Jednak naukowcy z Zachodu podważają te dane, twierdząc, że doszło do błędu w datowaniu. Tym razem mamy mocne dowody. Pomyłka jest wykluczona – zapewnia dr Furmanek.

Czy to znaczy, że osadnicy z Dzielnicy jako pierwsi w tej części Europy uprawiali żyto? – Mogło tak być. Odpowiedź dadzą nam dalsze badania – zaznaczają archeolodzy.

…i bezcenna figurka

Ale to nie koniec niezwykłych odkryć. Wśród fragmentów naczyń i narzędzi, którymi osadnicy z Dzielnicy posługiwali się na co dzień, archeolodzy znaleźli też świetnie zachowany kilkucentymetrowy fragment glinianej figurki kobiety z wyraźnie zaznaczonymi narządami płciowymi. Powstała około 6,5 tys. lat temu. – To posążek związany ze sferą wierzeń. Stanowi materialny przejaw kultu przodków oraz płodności i obfitości – mówi dr Furmanek.

Wierzenia odgrywały bardzo ważną rolę wśród społeczności neolitycznych. – Mamy liczne świadectwa obrzędowości z tego czasu. Są np. odkrywane w różnych kontekstach ofiary z przedmiotów, zwierząt, a czasami z ludzi. Także różne przedmioty są związane z tą sferą, np. wspomniana figurka. Poprzez obrzędy i rytuały ludzie chcieli mieć wpływ na swoje codzienne czynności, chociażby te związane z zajęciami rolniczymi. Ważna też była kwestia tożsamości. Budowano ją często w odniesieniu do poprzednich pokoleń, przodków – zaznacza dr Furmanek.

Znaleziona figurka to w polskiej archeologii niezwykła rzadkość. – Mamy około dziesięciu tego rodzaju figurek bądź ich fragmentów. Najbliższa tej znalezionej w Dzielnicy odkryta została w Raciborzu Ocicach i to jeszcze przed wojną. Potem zaginęła. Istnieją tylko jej kopie – podkreśla dr Furmanek.

Naukowcy wykonali też w Dzielnicy geochemiczne badania fosforu w glebie. Przeprowadzili je dr Urszula Piszcz i dr Krzysztof Gediga z Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu. – Fosfor to pozostałość po odpadkach organicznych. Jeśli w danym miejscu jest go więcej, to znaczy, że tam te odpadki intensywniej wykorzystywano. Uzyskane dzięki fosforowi dane łączymy potem z wynikami badań geomagnetycznych oraz badań wykopaliskowych. Wszystko poddajemy analizie, by potem móc stwierdzić: tu stał dom, tu było palenisko – objaśnia Artur Rapiński.

Badania finansowane są przez Opolskiego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków, Instytut Archeologii Uniwersytetu Wrocławskiego oraz Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego.

Kultura lendzielska z Wiki

— kultura neolityczna (ok. 5000–4000 p.n.e.), z kręgu kultur naddunajskich, której nazwa pochodzi od miejscowości Lengyel koło Kaposváru na Węgrzech.
Ludność tej kultury zajmowała obszary południowych Moraw, zachodniej Słowacji, zachodnich Węgier oraz przylegających części Austrii, Słowenii i Chorwacji. Twórcy tej kultury osiedlili się także na Śląsku, w Małopolsce, Wielkopolsce i na Kujawach.

Na podstawie szczegółowej analizy ceramiki wydzielono następujące grupy:

  • grupa ociecka (Górny Śląsk)
  • grupa modlnicka (Małopolska)
  • grupa brzesko-kujawska (Kujawy)

Cechą charakterystyczną wyżej wymienionych grup jest występowanie naczyń na pustej nóżce, amforek i mis, zdobionych jedynie plastycznymi guzkami.

Zakładano bardzo rozległe osady, złożone zarówno z dużych domów naziemnych zbudowanych na planie prostokątnym, jak również ziemianki o planie owalnym. Spotyka się osady otwarte, ale też otoczone rowami obronnymi, również budowle o nieznanym przeznaczeniu tzw. rondele.

Ludność zajmowała się zarówno rolnictwem jak i hodowlą bydła. Terenami eksploatowanymi przez gospodarkę rolno-hodowlaną były już nie tylko dna dolin rzecznych, ale także brzegi wysoczyzn.

Zmarłych chowano na cmentarzyskach w pobliżu osad, w pozycji skurczonej, w grobach szkieletowych wyposażonych w ceramikę oraz narzędzia krzemienne.

Warto tutaj zaznaczyć, że Kultura Pucharów Lejkowatych, której wytworem były piramidy kujawskie (np . te z Wietrzychowic), a która zajmowała całe Kujawy i Pomorze (Polskie, Niemieckie, Duńskie, Szwedzkie, Norweskie, Holenderskie) oraz Podole i Wołyń, była pod względem obrazu archeologicznego pokrewna i bliska Kulturze Lendzielskiej. Mówi się, że do tego stopnia, iż powstawała pod silnym wpływem Kultury Lendzielskiej.

Co to oznacza? Oznacza, że mamy zapewne do czynienia z dwoma grupami posługującymi się tym samym językiem, związanymi więzami rodzinnymi, ale o odmiennej tradycji lepienia garnków czy grzebania zmarłych. Można mówić, że są to dwa zgrupowania plemienne obejmujące rozległy obszar. Gęstość zaludnienia była bardzo niewielka. Kultura Lendzielska, a właściwie należałoby ją nazywać Lęgyelska to protoplasta Lęgów/Lugiów/Lechitów – czyli Wielkopolan, Ślązaków, Łużyków. Dzisiaj wiemy bowiem, że ludność tej kultury reprezentowała głównie typ genetyczny Y-DNA haplogrupy R1a oraz I1, I2, a więc miała skład genetyczny bardzo podobny do tego jaki miała Kultura Pucharów Lejkowatych, ale także jaki mają dzisiejsi Polacy. Zatem jesteśmy bezpośrednimi potomkami zarówno jednej jak i drugiej kultury, a także równoległej kultury Vincza, a one wszystkie są spadkobierczyniami kształtującej się od 8000 lat p.n.e. Kultury Starczewo obejmującej ziemie nad Dunajem i Adriatykiem. 

Bardzo niedługo, w Święto Kresu omówimy Kulturę Pucharów Lejkowatych i kujawskie piramidy przy okazji porównując je z kulturą maoryską z Nowej Zelandii.

Tagged with:
Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 935 obserwujących.