białczyński

Jeszcze o Śląsku starożytnym, o Ślęży (od doktora Hałata) i o Karodunie-Krakowie (od Naruszewicza)

Posted in nauka, Słowianie by bialczynski on 16 Wrzesień 2013

Jeszcze kilka słów o Śląsku i Ślęży

 od doktora Hałata

… in pago Silensi, vocabulo hoc a quodam monte nimis excelso et grandi olim isibi indito; et hic ob qualitatem suam et quantitatem, cum execranda gentilitas ibi veneraretur, ab incolis omnibus nimis honorabatur.
THIETMAR   A. D. 1017

… w kraju śląskim, który nazwę tę otrzymał niegdyś od pewnej wielkiej i bardzo wysokiej góry. Owa góra wielkiej doznawała czci u wszystkich mieszkańców z powodu swego ogromu oraz przeznaczenia, jako że odprawiano na niej przeklęte pogańskie obrzędy.


Jedno z licznych źródeł na stokach gór kompleksu Ślęży

Czczono tam święty gaj lucus Zutiburc “gaj Świętybór”: była to kraina między Świdnicą a Wrocławiem, w czasach Thietmara pagus, a zatem niewielki obszar dokoła jednego grodu. Nazwa Śląska, która już w XII w. obejmowała całą pd.-zach. rubież Polski, jest formą przymiotnikową (z przyrostkiem -sk) nazwy rzecznej Ślęża, w przekazie 1202 rzeka Slenze, która wpada niżej Wrocławia do Odry. Wywód: pień słow. ślęg “pełzać” – rzeka powolna; do tego gniazda należy Śląchwa, dopływ Warty i Ślina, dopływ Narwi. Góra Sobótka od tej rzeki nazywała się góra Ślęża, 1223 mons Sylencii. Mały Słownik Pochodzenie i znaczenie nazw geograficznych
Józef Staszewski, Wydanie trzecie, Wiedza Powszechna 1968


Samotna, pokryta ciemnym lasem, często spowita chmurami i mgłami, ściągająca liczne burze, od najdawniejszych czasów budziła strach i szacunek oraz kojarzyła się w umysłach ludzi z siedliskiem istot nadprzyrodzonych. Nazwa Góry Ślęży położonej w pobliżu Wrocławia (około 30 km w kierunku południowo-zachodnim) i przepływającej w pobliżu niej rzeczki Ślęży pochodzi od prastarego słowa ślągwa oznaczającego wilgotne zamglone powietrze. Ślągnąć znaczyło moknąć, nasiąknąć wilgocią, a prześlągły to samo co przemoknięty. Rzeczka Ślęża szeroko rozlewa się, ma bagniste i mokre brzegi, góra Ślęża zaś często osnuta jest mgłami, stąd też jej nazwa “mokra” czyli Ślęża. Od Ślęży wywodzi się również nazwa ludności – Ślężanie – zamieszkującej żyzne tereny nad rzeczką Ślężą. Od plemienia Ślężan przyjęła się nazwa całego kraju. Można więc przypuszczać, że Góra Ślęża, gdzie odbywały się praktyki religijne, związane z kultem słońca, musiała mieć znaczenie scalające dla całego Śląską. Płaski szczyt Góry Ślęży otoczony był potężnym wałem, z którego zachowały się resztki od strony południowej oraz drugi tzw. wał półksiężycowy, usytuowany mniej więcej w połowie wysokości zboczy. Wał ten szeroki w podstawie 5 m, zbudowany był z olbrzymich głazów i mniejszych kamieni, o konstrukcji luźnej, bez zaprawy, przysypany jedynie ziemią, piaskiem i żwirem. Z tym wielkim ośrodkiem kultowym związane były tzw. rzeźby ślężańskie wykonane w kamieniu, rozmieszczone w różnych punktach góry bądź w jej najbliższej okolicy.

STARA MAPA TAJEMNICZEJ KRAINY W ŚRODKU EUROPY,
KTÓRA SWĄ NAZWĘ PRZYBRAŁA OD
ŚWIĘTEJ GÓRY ŚLĘŻY


Najstarsza cywilizacja Europy (4 800 – 4 600 przed Ch.)
na wschód od Limes Sorabicus – wyznaczonej po wielu tysiącleciach przez Niemców
granicy odzielającej ich od Słowian, następców Prasłowian autochtonicznej kultury łużyckiej.

Granice prasłowiańskiego Śląska ulegały częstym zmianom. W skład monarchii Henryka Brodatego obok całego Śląska wchodziła także Wielkopolska, Ziemia Krakowska, Sandomierska i Lubuska. W XXI wieku znaczna część Ziemi Lubuskiej to niemiecka Brandenburgia – kraina słowiańskich mogił.

Podczas II wojny światowej został zabity co piąty obywatel Polski, w 88% byli to bezbronni cywile.  W wyniku połączonej napaści państwa niemieckiego i sowieckiego Polska straciła co trzeciego obywatela, a bilans utraconej i uzyskanej powierzchni kraju wykazał w roku 1945 stratę jednej piątej naszego terytorium w stosunku do stanu sprzed agresji zbrodniczych potęg.

Szanując werdykty historii, w XXI wieku po ziemie utracone rąk nie wyciągamy.
Podpalaczy świata prosimy o to samo. Ojczyzny Polakom nie odbiorą ani ludobójcze wojny, ani oszukańcze traktaty, ani skryte kolonizacyjne akcje.

W XXI wieku Śląsk Polski jest domem co czwartego Polaka.

Cudzej ziemi nie chcemy, swojej nie oddamy.


Woda jako żywioł i główny składnik istot żywych nie znajduje sobie równych na tej ziemi. Naszym najbardziej imponującym pomnikiem wody jest nazwa Śląska pochodząca od świętej góry Prasłowian – Ślęży, czyli mokrej. Wybitny znawca archeologii Ślęży, prof. Grzegorz Domański, zwraca uwagę na możliwość łączenia nazwy góry związanej z wodą, sławnej rzeźby postaci z rybą i odkrytego w 1993r. grodu na wschodnich zboczach prawdopodobnie poświęconego Ślężowi – słowiańskiemu bóstwu wody. Prof. Witold Hensel w dziele “Polska Starożytna” (Ossolineum 1980) podaje, że różne znaleziska ze Śląska dowodzą,  iż kult źródeł wodnych utrzymywał się tam poczynając od neolitu. Podkreśla, że badania w Biskupinie (odkryty jesienią 1933r. przez prof. Józefa Kostrzewskiego na półwyspie jeziora biskupińskiego gród kultury łużyckiej Prasłowian) ujawniły oddawanie przez jego mieszkańców czci źródłom wody, “którzy wody w jeziorze mieli w bród, zdawali sobie sprawę z wartości pitnej czystej wody źródlanej. W tej materii kontynuowano niewątpliwie wcześniejsze tradycje. (…) Kult wody (jezior, rzek oraz źródeł) istniał i później na ziemiach polskich.” 

Przeszłość Ślęży, Ziemi Ślężańskiej, Śląska 
i innych ziem Słowian Zachodnich
400 mln
Kaledońskie ruchy górotwórcze
Powstanie wyniosłości Ślęży

300 mln
Hercyńskie ruchy górotwórcze
Obniżenie otoczenia (dzisiejszej równiny wrocławskiej)

600 000 – 8 000
Kolejne okresy epoki lodowcowej (plejstocen),
przedzielone okresami międzylodowcowymi
Wierzchołek Ślęży wystaje 200 m ponad otaczający go lądolód skandynawski

500 000
Wyroby z krzemienia wykonane przez Homo erectus erectus
człowieka wyprostowanego
(poprzednika Homo sapiens, człowieka myślącego)
na Winnej Górze w Trzebnicy i w okolicach Ruska k/Strzegomia

230 000 – 190 000
Epoka międzylodowcowa Mindel-Riss
Pierwsze gromady ludzkie na ziemiach polskich
– koczownicy  kultury klaktońskiej

120 000
Fragment kości konia odkryty w Sulistrowiczkach
Odkrycie zabytków krzemiennych,
np. tłuków pięściowych zwężonych ku  jednemu końcowi,
potwierdziłoby pobyt myśliwych związanych z przemysłem mustierskim
(nazwa od miejscowości Le Moustier, Francja)

100 000 – 7 000
paleolit
Gromady myśliwych i zbieraczy kultury aszelskiej
(nazwa od miejscowości Saint Auchel, Francja)
 Pierwsi osadnicy na terenie Śląska

12 000 – 10 000
paleolit
Ślady pobytu myśliwych w Grodziszczu (Góry Kiełczyńskie)

7 000 – 4 000
mezolit
W miarę cofania się lodowca i ocieplania klimatu
napływ ludów kultury tardenoaskiej (z południa) i kultury północnej.
4 800- 4 600
Na obszarach Europy Środkowej,
które po napływie Indoeuropejczyków
stały się kolebką Słowiańszczyzny
w szerokim pasie od zachodu stykającym się 
z wyznaczoną po wielu tysiącach lat
przez Germanów granicą Słowian
(limes Sorabicus)
pojawia się najstarsza cywilizacja Europy.
Dotychczas ujawniono opinii publicznej
odkopanie przełomowych znalezisk 
na terenie obecnej Saksonii:

Gosiek (hornjoserb. Gosjek, niem. Goseck)
– obserwatorium Słońca



Ślęża, słowiański Olimp

, góruje nad żyzną równiną rozciągającą się pomiędzy Wrocławiem a Świdnicą, jest najwyższym szczytem od Sudetów po Ural na wschodzie, a nadto znajduje się na obszarze najstarszej cywilizacji Europy sięgającej w kierunku zachodnim do miejscowości Gosiek nad Soławą w krainie Serbów, czyli Regio Surbi zgodnie z nazewnictwem pierwszych opisów historycznych Geografa Bawarskiego (obecnie Goseck an der Saale in Sachsen-Anhalt, Bundesrepublik Deutchschland, czyli w obowiązujących prawnie językach autochtonicznej ludności serbołużyckiej – hornjoserbsce: Saksko-Anhaltska, Zwězkowa republika Nimska, dolnoserbski: Sakska-Anhaltska, Zwjazkowa republika Němska). Limes sorabicus, przez samych Germanów wyznaczona granica Słowian, po stronie Słowian pozostawiała Gosiek oraz inne lokalizacje najstarszej cywilizacji Europy, jak  Ajtra (Aythra)  w mieście Lipsk (niem. Leipzig) i Nikur (Nickern) w mieście Drezno (hornjoserb. Drježdźany, obecnie niem. Dresden).

W roku 1991 zdjęcia lotnicze okolic Gosieku pozwoliły wykryć na tamtejszym niewielkim wzniesieniu pogórza Harzu pozostałości kolistego obiektu otoczonego rowem o średnicy 75 m. Po rekonstrukcji wykopalisk wykazano, że było to obserwatorium astronomiczne najstarsze na świecie z dotychczas odkopanych. Powstałe ok. 5 000 lat przed narodzeniem Chrystusa obserwatorium astronomiczne w Gosieku jest starsze o 4 300 lat od Polskich Pompejów – Biskupina, grodu prasłowiańskiej kultury łużyckiej i o 2 000 lat od brytyjskiego Stonehenge.

Obserwatorium składało się z czterech koncentrycznych budowli: wału, rowu i dwóch drewnianych palisad wysokości człowieka. W palisadach istniały trzy pary bramy: północna, południowo-wschodnia i południowo-zachodnia. W dniu przesilenia zimowego (najkrótszy dzień roku 21 – 22 grudnia, po którym następuje prasłowiańskie Godowe Święto, Szczodre Gody, Święto Zimowego Staniasłońca)  człowiek stojący w środku obserwatorium mógł obserwować wschód Słońca przez bramę południowo-wschodnią i zachód Słońca przez bramę południowo-zachodnią. Obie te bramy wobec siebie są zlokalizowane pod kątem ok. 100 stopni.

W 2001r. wyrwano z rąk złodziei miedziany dysk ze złotymi intarsjami przedstawiającymi ciała niebieskie: słońce, księżyc i gwiazdy oraz dwa przeciwstawne łuki na brzegach dysku. Kąt pomiędzy najniższymi punktami obydwu łuków wynosi 97,5 stopnia i odpowiada położeniu Słońca w epoce brązu w czasie przesilenia zimowego na 51 stopniu szerokości geograficznej północnej. Dysk ten znaleźli złodzieje wykopalisk w 1999r. na terenie eksploracji archeologicznej otaczającym koncentrycznie szczyt wysokiej na 252 m n. p. m. Góry Środkowej (niem. Mittelberg, Ziegelroda Forst) na 51 stopniu szerokości geograficznej północnej pod miasteczkiem Nebra. Miejscowości Gosiek i Nebra dzieli odległość ok. 25 kilometrów. Obrazujący niebo dysk z Nebry (Nebra sky disk, Himmelsscheibe von Nebra) pochodzi z XVI wieku przed narodzeniem Chrystusa, jest dziełem kultury unietyckiej bezpośredniej poprzedniczki kultury przedłużyckiej,  z której to powstała kultura łużycka Prasłowian. Odstęp czasu pomiędzy założeniem najstarszego z dotychczas odkrytych na świecie obserwatorium astronomicznego a wykonaniem klucza do obserwacji ruchu ciał niebieskich w postaci obrazującego niebo dysku z Nebry sięga 3,5 tysiąca lat i dowodzi ciągłości i wyjątkowego zawansowania autochtonicznej kultury łużyckiej.

dr Zbigniew Hałat

Ajtra (Aythra) 
w mieście Lipsk (niem. Leipzig)

Nikur (Nickern) 
w mieście Drezno (hornjoserb. Drježdźany, niem. Dresden)


(uzupełnienia w kolorze czerwonym naniesione na fragment  mapy z podręcznika:
Richard Suchenwirth, “Deutsche Geschichte”, Lipsk 1937)
4 500
mezolit
Najstarsze szczątki ludzkie na Śląsku w Tyńcu n/Ślęzą
należą do kultury północnej.
Pochowanego w grobie szkieletowym człowieka
wyposażono w motykę z rogu jelenia,
co uznaje się za najstarsze świadectwo wiary w życie pozagrobowe

4 000  – 1 800
neolit
Kultura ceramiki wstęgowej
Napływ plemion naddunajskich niosący kulturę,
której źródła sięgają Bliskiego Wschodu.
Nasilone  osadnictwo, rolnictwo, hodowla, tkactwo, garncarstwo, kamieniarstwo.
Osady ludności  kultury ceramiki wstęgowej odkryto w Starym Zamku.
Kult Wielkiej Matki, grzebanie zmarłych w pozycji embrionalnej.

3 500
Kultura lendzielska
Z południa napływa druga fala naddunajskich plemion neolitycznych,
które zasiedlają obszary zajęte przez  plemiona kultur wstęgowych.
W Dobkowicach i Jordanowie Śl. odkryto ozdoby i narzędzia miedziane.

3 500 –  3000
Kultura pucharów lejowatych (północna)
Na Jańskiej Górze kamieniołomy serpentynitu ,
który służył do wyrobu na dużą skalę typowych śląskich toporów.
W ok. Jordanowa kamieniołomy nefrytu
do wyrobu narzędzi gładzonych.
Kult płodności i kult sił przyrody

2 500
Kultura amfor kulistych
Osady na północno-zachodnim stoku Ślęży; nasilony handel:
ozdoby z bursztynu w Strachowie,
siekierki z przywiezione z Krzemionek Opatowskich

2 000
Kultura ceramiki sznurowej
Napływ przodków Indoeuropejczyków, w tym przyszłych  Słowian
– wojowniczych gromad pasterzy uzbrojonych w topory bojowe.
Naczynia gliniane przytraczali do pasa sznurami.
Odcisk sznura na ceramice stał się wyróżniającym elementem tej kultury.

Profesor Józef Kostrzewski
najbardziej wybitny polski archeolog
odkrywca prasłowiańskiego Biskupina
tak opisuje ten okres naszych pradziejów:Wędrówkom ludów koczowniczo-myśliwskich w III okresie neolitu sprzyjał panujący wówczas suchy i ciepły klimat subborealny, powodujący wysychanie lasów i rozszerzanie się stepu na znaczną część wschodniej i środkowej Europy. Do dzisiaj zachowały się różne pozostałości szczątkowe klimatu stepowego wśród rosnących u nas roślin, np. miłek wiosenny (Adonis vernaculus), ostnica (Stipa pennata i St. capitata), turzyca (Carex humilis) i wisienka stepowa (Prunus fruticosa), spośród zwierząt zaś przetrwał u nas tego okresu chomik.
(…) najważniejszą rolę odegrał lud posługujący się c e r a m i k ą  s z n u r o w ą, tak nazwaną od najczęściej stosowanej ornamentyki w postaci odcisków sznura (tabl. IV-V). W ludzie tym, który dzięki oswojeniu konia mógł przebywać szybko znaczne przestrzenie i zawojował znaczną część Europy od Renu aż do Wołgi i Kaukazu, od Danii i Szwecji Południowej aż do Dunaju dość powszechnie upatruje się Praindoeuropejczyków, tzn. przodków językowych głównych dzisiejszych i wymarłych już ludów Europy (Słowian, Bałtów, Germanów, Italików, Greków, Celtów, Ilirów, Traków) oraz Azji Przedniej (Hindusów. Persów, Ormian, Tocharów i in.). Kolebkę języka indoeuropejskiego umiejscawiano dawniej powszechnie w Azji, w nowszych czasach jednak przyjmuje się raczej, że język ten powstał w Europie i że aryjska gałęź Indoeuropejczyków stąd dostała się do swych obecnych azjatyckich siedzib [uczeni radzieccy, opierając się na tezach Marra, odrzucają w ogóle pogląd lingwistów i prehistoryków zachodnioeuropejskich o prajęzyku indoeuropejskim i prakolebce Indoeuropejczyków].
Rozszczepienie się jednolitego pierwotnie języka na liczne języki oddzielne tłumaczy się przemianami, jaki uległ on w ustach różnych ludów przedindoeuropejskich, którym został narzucony i które przekształciły go według własnych upodobań a długie wieki odrębnego rozwoju przyczyniły się do dalszego pogłębienia różnic. Pozostałością dawnych przedindoeuropejskich mieszkańców Europy, których nie dotknął proces indoeuropeizacji są m. in. Baskowie na pograniczu francusko-hiszpańskim, różne ludy kaukaskie, Finowie, Estończycy i Lapończycy. Językoznawcy datują dobę indoeuropejską na czas 3000-1500 przed Chr., tzn. na sam koniec środkowej epoki kamiennej, czas istnienia młodszej epoki kamiennej i początek epoki brązowej, a w tym czasie prehistorycy znają – poza przeżywającym się przemysłem tardenoaskim – tylko jeden lud, który zawojowawszy ogromne obszary mógł narzucić swój język ludom podbitym, tzn. lud ceramiki sznurowej. Przyjmujemy zatem, że to właśnie sznurowcy, jak ich dla krótkości nazwiemy, byli propagatorami owego niezróżnicowanego jeszcze języka praindoeuropejskiego. Możemy już nawet śledzić obecnie w szczegółach wytwarzanie się niektórych ludów indoeuropejskich, które powstały ze skrzyżowania się dawniej osiadłych ludów ze sznurowcami. Na przykład zmieszanie się sznurowców z ludnością pucharów lejkowatych i przedstawicielami kultury łabsko-wezerskiej w Niemczech północno-zachodnich i Danii spowodowało powstanie języka pragermańskiego. Nawarstwienie się sznurowców na lud kultury praugrofińskiej na Pomorzu Gdańskim i w Prusach Książęcych doprowadziło z czasem do wytworzenia się Prabałtów, tzn. przodków Litwinów, Łotyszów, Prusów i Jadźwingów. Skrzyżowanie się dwóch odłamów sznurowców z ludnością pucharów dzwonowatych i innymi podbitymi ludami przyczyniło się do powstania kultury unietyckiej, z której w dalszym ciągu rozwinęły się kultury: przedłużycka oraz łużycka, będąca prehistorycznym odpowiednikiem Prasłowian.
Na ziemiach polskich wyróżnić możemy pięć grup miejscowych kultury ceramiki sznurowej: zachodniopolską. rzucewską, śląską (marszowicką), krakowską i złocką. Mimo pewnych różnic drugorzędnych dzielących te grupy łączy je wszystkie pokrewny obrządek pogrzebowy, mianowicie chowanie zmarłych w postaci skurczonej w grobach jednostkowych, używanie podobnej broni: łuku z grocikami strzał najczęściej sercowatymi lub trójkątnymi, oszczepów z grotem krzemiennym i ozdobnych czekanów bojowych, noszenie podobnych ozdób w postaci naszyjników z kłów zwierzęcych, wreszcie niektóre wspólne formy naczyń glinianych i ich ornamentyka, złożona z odcisków sznura.Józef Kostrzewski: Pradzieje Polski, Księgarnia Akademicka, Poznań, 1949

1900
Kultura pucharów dzwonowatych
Napływ koczowników z Półwyspu Iberyjskiego; grób kobiety w Strachowie.

1 800
Grupa marszowicka
Kultury ceramiki sznurowej
Wokół najbardziej urodzajnych ziem śląskich nad środkową Odrą
(na południe od obecnego Wrocławia)
oryginalna grupa kultury ceramiki sznurowej
reprezentująca Przedsłowian wspólnoty bałtosłowiańskiej.

Profesor Józef Kostrzewski
najbardziej wybitny polski archeolog
odkrywca prasłowiańskiego Biskupina
tak opisuje ten okres naszych pradziejów:Formą szczególnie charakterystyczną dla omawianej grupy są toporki bojowe ze zwisającym ostrzem i obuchem, często zdobione grupami poprzecznych i krzyżujących się rytych linii, zwane typem ślężańskim (sobótczańskim). Wykonywano je z serpentynu, którego złoża znane są ze wschodnich zboczy pasma Ślęży, z Jordanowa Śląskiego.
Wolno mniemać, że tam gdzieś w sąsiedztwie znajdowały się pracownie, w których wytwarzano ten poszukiwany artykuł wymienny. Toporki te, występujące najliczniej na obszarze grupy marszowickiej, były też eksportowane daleko poza jej obręb. Szczególnie gęsto są rozprzestrzenione na obszarze urodzajnych powiatów głubczyckiego i raciborskiego, poza tym. spotyka się je na reszcie Górnego Śląska oraz na terenie zachodniej Małopolski i w południowej Wielkopolsce.Józef Kostrzewski: Pradzieje Polski, Ossolineum, 1965

Toporki ślężańskie 

w Olbrachtowicach, Okulicach, Nasławicach,
Starym Zamku, Strachowie, Sobótce i na Ślęży.

1 800  –  1 500
I okres epoki brązu
Kultura unietycka

Miedź utwardzona cyną, czyli brąz,
wypiera stopniowo krzemień i inne kamienie
służące do produkcji narzędzi, broni, naczyń, ozdób i innych przedmiotów użytku.
Miedź i wyroby brązowe sprowadzano znad Dunaju, cynę – tylko z Kornwalii.
W oparciu o bogate złoża miedzi nad środkowym Dunajem
rozwija się kultura unietycka.
Między Odrą a Masywem Ślęży
miejscowe plemiona ulegają wpływom kultury unietyckej:
cmentarzyska w Starym Zamku, Świątnikach,
osady w Kunowie i Olbrachcicach, kurhan w Szczepankowicach.

1 500  – 1 300
II okres epoki brązu
Kultura unietycka przechodzi w kulturę przedłużycką,
wpływy kultury trzcinieckiej;
bojowy czekan z brązu w Mirosławicach

1 300 – 700

III – V okres epoki brązu
Kultura przedłużycka przechodzi w kulturę łużycką Prasłowian (Prabałtosłowian).
Nazwa pochodzi stąd, że pierwszych  typowych odkryć tej  kultury
dokonano na Łużycach.
Prasłowianie uważali Ślężę za miejsce święte.
Powstały wały kamienne otaczające miejsce kultu
i rzeźby oznaczone ukośnym krzyżem.
Ukośny krzyż wywodzi się ze skrzyżowanych drewienek.
którymi, według dotychczas popularnej interpretacji,
przez tarcie niecono ogień skojarzony przez podobieństwo

z ogniem na niebie, ze słońcem.
Obecnie parę drewienek wiąże się z działalnością
prasłowiańskich kapłanów ze Ślęży.

Dotychczas odkryto 5 wolnostojących rzeźb z ukośnym krzyżem:
“postać z rybą”, “niedźwiedź I”, “niedźwiedź II”, “mnich” i “grzyb”.

ślężańskie rzeźby kultowe

Obsłudze klanu kapłanów ślężańskich
służyła osada u podnóża świętej góry, obecna Sobótka.
Wielowarsztatowa produkcja znajdowała nabywców w odległych stronach:
żarna ślężańskie odkryto w Szlezwiku.
Osada i cmentarzysko grobów ciałopalnych
w Sobótce, Nasławicach (skarb siekierek z brązu),
Mirosławicach, Starym Zamku i in.,
osady w Kunowie, Rękowie, Strachowie, Świątnikach i in.
Przy Plasterkach (północno-zachodnie stoki Ślęży)
kamienne fundamenty zespołu półziemianek.
Kult słońca: ciałopalenie (ogień oczyszcza),
ośrodek kultowy na szczycie Ślęży, wały kamienne.
Najbardziej znanymi grodami obronnymi kultury łużyckiej
są Biskupin (650 r. przed n. Ch.)
i Osobowice we Wrocławiu ( 800 r. przed n. Ch.), jeden z największych w Polsce.

Epoka żalaza


Tradycje polskiej medycyny integracyjnej
Część I/B


Leczenie nakłuciami przypisuje się cywilizacjom Dalekiego Wschodu. Miarą długości używaną w zabiegu akupunktury jest szerokość kciuka pacjenta, zwana cun (czytaj kun) w uproszczonym języku chińskim (czyli pinyin), a pisana tym samym znakiem 寸 w języku chińskim, japońskim i koreańskim. Po obróceniu znaku cun寸o -45 stopni i odcięciu jego dolnej części uzyskujemy obraz krzyża diagonalnego doskonale znanego miłośnikom cywilizacji słowiańskiej odwiedzającym świętą górę Prasłowian – Ślężę. Krzyż diagonalny rozpoznawany jako średniowieczny znak graniczny, czy też zobrazowanie dwóch patyków służących do niecenia ognia przez czcicieli słońca, równie dobrze może przedstawiać dwa ostro zakończone drewienka mające zastosowanie w akuterapii ślężańskiej.

Ok. 300 km na wschód od najstarszego na świecie obserwatorium astronomicznego znajduje się najbardziej wybitna wyniosłość Przedgórza Sudetów, jaką jest Grupa Ślęży (Masyw Ślęży), w której skład wchodzi Ślęża (719 m n. p. m.), Radunia (573 m n. p. m.) i Wieżyca, czyli Góra Kościuszki (415 m). Wysokość bezwzględna Ślęży od strony równinnego otoczenia przekracza 500 m. Stożkowaty szczyt Ślęży wznoszący się ponad pół kilometra ponad żyzne doliny Odry i jej lewobrzeżnych dopływów pod każdym względem lepiej nadawał się na lokalizację obserwatorium astronomicznego ludu kultury łużyckiej i ją poprzedzających niż niziutka Góra Środkowa w Nebrze, leżąca przy tym niemal na tej samej szerokości geograficznej, co Ślęża. Koncentryczne wały kultowe na szczytach Grupy Ślęży, choć lepiej zachowane niż w Gosieku, jednak nie doczekały się do dzisiaj równie pieczołowitej rekonstrukcji. I to pomimo wyjątkowej w Polsce pozycji Ślęży jako najstarszego miejsca potężnego kultu przedchrześcijańskiego w kolebce naszej państwowości. Znane jest za to turystom bogactwo minerałów ślężańskich już w neolicie będących wdzięcznym surowcem do masowej produkcji wyrobów kamiennych takich, jak toporki ślężańskie, czy żarna znajdowane w odległych miejscach Europy. Jednak największe wrażenie wywierają ślężańskie rzeźby kultowe opatrzone znakiem krzyża diagonalnego. Kolejne bogactwa Ślęży do jej zasoby wodne i leśne. Do dzisiaj leśne źródło i miejsce podmokłe, czyli ślęg, łatwo spotkać w ślężańskich ostępach. Woda jako żywioł i główny składnik istot żywych nie znajduje sobie równych na tej ziemi. Naszym najbardziej imponującym pomnikiem wody jest nazwa Śląska pochodząca od świętej góry Prasłowian – Ślęży, czyli mokrej.  Wybitny znawca archeologii Ślęży, prof. Grzegorz Domański, zwraca uwagę na możliwość łączenia nazwy góry związanej z wodą, sławnej rzeźby postaci z rybą i odkrytego w 1993r. grodu na wschodnich zboczach prawdopodobnie poświęconego Ślężowi (Slenzowi) – słowiańskiemu bóstwu wody. Prof. Witold Hensel w dziele “Polska Starożytna” podaje, że różne znaleziska ze Śląska dowodzą,  iż kult źródeł wodnych utrzymywał się tam poczynając od neolitu. Podkreśla, że badania w Biskupinie ujawniły oddawanie przez jego mieszkańców czci źródłom wody, “którzy wody w jeziorze mieli w bród, zdawali sobie sprawę z wartości pitnej czystej wody źródlanej. W tej materii kontynuowano niewątpliwie wcześniejsze tradycje. (…) Kult wody (jezior, rzek oraz źródeł) istniał i później na ziemiach polskich.”  Gdzie kult, tam i kapłani. Od zarania dziejów kapłani pełnili funkcje lekarzy i medycyna zawsze rozwijała się w obrębie konkretnej kultury ukształtowanej przez warunki naturalne bytowania.Nasuwa się przypuszczenie graniczące z pewnością, że ślężańscy kapłani stosowali wodolecznictwo na znacznie większą skalę niż strażnicy tak znanych celów wypraw po zdrową wodę, jak trudnodostępne źródła Łaby,  sławne (od neolitu!) źródło św. Anny na zboczu Grabowca nad Karpaczem lub liczące kilka tysięcy lat udokumentowanej przeszłości uzdrowisko w Szczawnie Zdroju. Widoczna z odległości kilku dni drogi Góra Ślęża obiecywała powrót do zdrowia przybywającym w potrzebie. Stąd hydroterapia wymagała uzupełnienia zabiegami akuterapii, metody leczniczej o nieporównywalnie  wyższej skuteczności i znacznie większym zakresie zastosowań niż wodolecznictwo w formie balneoterapii, czy też krenoterapii. Z natury rzeczy prasłowiańscy kapłani ze Ślęży traktowali swoich pacjentów jako całość, mówiąc dzisiejszym językiem jako integrum fizyczne, psychologiczne i moralne. Tym samym ośrodek medycyny ślężańskiej można uznać za najstarszy fundament wielotysięcznej tradycji polskiej medycyny integracyjnej i mieć nadzieję, że akuterapia ślężańska, której postulowanym symbolem są jej narzędzia w postaci krzyży diagonalnych wyrytych w kamiennych rzeźbach kultowych, ma szanse pełnego odrodzenia z korzyścią dla wszystkich.

dr Zbigniew Hałat


Profesor Józef Kostrzewski
najbardziej wybitny polski archeolog
odkrywca prasłowiańskiego Biskupina
tak opisuje ten okres naszych pradziejów:Przynależność etniczna kultury łużyckiej.Ważne znaczenie kultury łużyckiej w pradziejach Polski polega nie tylko na tym, że jest to kultura najdłużej trwająca w epoce metali i zajmuje od IV okresu epoki brązu aż  do wczesnego okresu żelaza całą Polskę, lecz głównie na tym, że łączny się z nią zagadnienie początków Prasłowian. Kolebkę naszych najdawniejszych przodków prasłowiańskich umieszcza ogromna większość uczonych na podstawie wiadomości pisarzy starożytnych z I – II w. n .e. na obszarze położonym na północ od Karpat, as spór dotyczy dopiero pytania, jak daleko rozciągał się ten obszar w kierunku zachodnim, czy wschodnim. Badacze niemieccy umieszczają praojczyznę tę najchętniej na wschodzie, bądź na Polesiu, bądź dalej ku wschodowi, uznając za odpowiednik Słowian kulturę trzciniecką, co przyjęli następnie Polak Aleksander Gardawski i Ukrainiec Igor Swiesznikow. Ostatni obok kultury trzcinieckiej, którą przydziela przodkom Słowian zachodnich, bierze pod uwagę kulturę komarowską, którą przypisuje przodkom Słowian wschodnich. Kultura trzciniecka roztapia się jednak już na przełomie II i III okresu epoki brązu w kulturze łużyckiej, a dalsze jej losy na obszarze Związku Radzieckiego są nie znane. Jeśli zaś chodzi o kulturę komarowską, to mimo że próbuje się ją powiązać z następnymi kulturami: biełogrudowską, czarnoleską, kuturą okresu scytyjskiego środkowego Podnieprza i kulturą zarubiniecką, to urywa się domniemana ciągłość na tej kulturze, bo kulturę czernichowską odrzuca większość uczonych radzieckich jako kulturę wschodniosłowiańską, tak że brak wszelkiego połączenia z kulturą wczesnopolską  z VI – VII w. naszej ery. Wybitny archeolog radziecki J. W. Kucharenko stwierdza, że obszar Polesia nie wschodzi w rachubę jako praojczyzna Słowian, ponieważ jego zachodnia część łączy się z dorzeczem Wisły, a wschodnia z dorzeczem Dniepru, przy czym tylko zachodnia część Polesia była początkowo zaludniona przez Słowian, wschodnia zaś przez plemiona bałtyjskie.
Pierwsi Słowianie pojawili się na Polesiu – zdaniem Kucharenki – z  zachodu z chwilą wystąpienia tam pierwszych śladów kultury łużyckiej. Także językoznawca białoruski W. W. Martynow doszedł niedawno do wniosku, że prakolebka Słowian znajdowała się w dorzeczu Odry i Wisły, czyli do tego samego wyniku, do jakiego doszli przed nim językoznawcy polscy M. Rudnicki, T. Lehr – Spławiński i T. Milewski. Za ta zachodnią prakolebką przemawia też wykazana przeze mnie nieprzerwana ciągłość rozwoju kolejno po sobie następujących kultur w Polsce, poczynając od kultury łużyckiej poprzez kulturę wschodniopomorską, grobów kloszowych, kulturę wenedzką i prapolską, a ciągłość tę można wykazać zarówno w dziedzinie ceramiki i wyrobów metalowych, jak w zakresie gospodarki, budownictwa i obrządku pogrzebowego.  Mimo kolejnych zmian kultur, które następowały jedna po drugiej podobnie jak zmiany stylów w budownictwie historycznym w obrębie tej samej ludności Polski, mamy we wszystkich wypadkach do czynienia zasadniczo z potomkami tej samej ludności zasiedziałej na naszej ziemi od III okresu epoki brązu. Bardzo charakterystyczny jest fakt skupiania się wszystkich kultur poczynając od kultury łużyckiej aż do wczesnośredniowiecznej kultury prapolskiej  – mimo pewnych wahań ich zasięgu – w dorzeczu Odry i Wisły. 
W szczególności błędne jest twierdzenie uczonych niemieckich, jakoby Słowianie przybyli na ziemie Polski dopiero w końcu VI czy w VII w. n.e. ze wschodu, ponieważ istnieją bardzo liczne związki między kulturą okresu rzymskiego a kulturą prapolską wczesnego średniowiecza, na które zwrócili już uwagę archeologowie niemieccy z Wrocławia przed II wojną światową, potwierdzając moje dawniejsze spostrzeżenia, przedstawione szczegółowo w mej pracy o ciągłości zaludnienia ziem polskich w pradziejach.
Toteż nawet K. Moszyński, który początkowo wywodził Słowian z Azji, a  następnie lokował ich na obszarze leżącym między stepami Ukrainy a Bałtykiem, w swym ostatnim dziele wydanym już po jego śmierci uznał, że już w okresie rzymskim mieszkali oni w dorzeczu Odry i Wisły. Ze względu na szczególnie bliskie pokrewieństwo językowe Słowian z Bałtami należy poszukiwać najdawniejszych siedzib Słowian w najbliższym sąsiedztwie prakolebki Bałtów, którą dość powszechnie umieszcza się nad południowo-wschodnim Bałtykiem. Z drugiej zaś strony liczne dawne związki językowe słowiańsko-germańskie świadczą o tym, że przodkowie Słowian musieli mieszkać również w sąsiedztwie Germanów.  Nie ma żadnej innej kultury odpowiadającej tak dalece temu postulatowi, jak kultura łużycka. Pogląd niemiecki przypisujący kulturę łużycką Lirom jest – jak wykazał V. Milojcic – już choćby dlatego nie do przyjęcia, ponieważ plemiona iliryjskie grzebały swoich zmarłych nie spalonych, gdy w obrębie kultury łużyckie panował obrządek palenia ciał. Główna ekspansja kultury łużyckie szła w tym samym kierunku co ekspansja Słowian, to jest z zachodu na wschód, o czym świadczy młodszy charakter nazw miejscowych na obszarze ziem ruskich, niż odpowiadających im nazw topograficznych w Polsce. O ciągłości zaludnienia Polski od bardzo dawnych czasów prehistorycznych świadczy też utrzymanie się od młodszej epoki kamienia tej samej zasadniczo struktury antropologicznej aż do wczesnego średniowiecza. Z tych i wielu innych powodów uważamy plemiona kultury łużyckiej za naszych najdawniejszych przodków Prasłowian.Józef Kostrzewski: Pradzieje Śląska, Ossolineum, 1970

700 – 400
Okres halsztacki epoki żelaza
Pośrednictwo w handlu północy z południem;
na kulturę łużycką wpływa kultura pomorska plemion prasłowianskich,

500
Upadek kultury łużyckiej w następstwie najazdu na Śląsk
Scytów – plemion znad Morza Czarnego;
brązowe groty strzał scytyjskich w Masywie Ślęży

400 –  0
  Okres lateński epoki żelaza

Kultura grobów jamowych kultury przeworskiej
Słowianie kultury przeworskiej w Imperium Rzymskim
byli znani jako Ligowie, stąd Słowianka Kalina oddana do Rzymu za Nerona
jako zakładniczka, była tam nazywana Ligią (vide: “Quo Vadis”:
“Nazywają ją w domu Ligią, gdyż pochodzi z narodu Ligów,
a ma swoje barbarzyńskie imię: Kallina.”
“Cudny musi być wasz kraj ligijski, gdzie takie się rodzą dziewczyny”

Między Odrą a Masywem Ślęży osadzają się Celtowie,

którzy wprowadzają koło garncarskie, żarna obrotowe, żelazne okucia radeł.
Osady w Kunowie, Olbrachtowicach, Starym Zamku, i Świątnikach.
Znaleziska w Strachowie, Sobótce, Strzegomianach i in.
Słowianie Zachodni tworzą związek Wenedów50
Magazyn brył bursztynu (2 750 kg) na Partynicach we Wrocławiu
pamiątka po szlaku bursztynowym łączącym ujście Wisły z Imperium Rzymskim.
Główna nitka szlaku bursztynowego prowadziła przez miejscowości znane dzisiaj jako
Świecie, Toruń, Kalisz, Wrocław, Bardo, Kłodzko, Międzylesie, Brno i Wiedeń

Niemiecki Drang nach Osten  – postępy w ciągu 2000 lat.

Ten archeologiczny punkt widzenia jest już dzisiaj nieaktualny, ten który widać w tym artykule  doktora Hałata, ale to drobiazg w porównaniu z wielką i doskonała pracą jaką wykonał przedstawiając w nowym swietle te zebrane powyżej fakty z dziejów. CB

Więcej na stronie: Halat.pl

A propos Caroduny i kilku innych faktów poczytajcie jeszcze poniżej:

Kilka słów od Adama Naruszewicza – na zakończenie

Na koniec przytaczamy  kilka słów (akapitów) z ksiąg Adama Naruszewicza, które wskazują, że nie mylimy ścieżek w odtworzeniu Wiary przodków – że Caroduna jest tym o czym piszemy i że inne fakty są faktami a nie zmyśleniem. Warto studiować stare dzieła gdyż mówią one to czego dzisiaj już nie usłyszycie – a nawet możecie usłyszeć z wyżyn Najwyższych Autorytetów, że coś takiego w ogóle nie istniało:

Tu pierwszy przykład : Kraina Polską zwana pod SCYTAMI przed Chrystusem – to jeszcze w XVIII wieku było oczywiste. Tu Polska pod Sarmatami i Germanami, ale i zbiegowie germańscy zwani Bastarnami, a także wygnanie Medów, a także Sarmaci znani jako Wenetowie i Bastarnowie – bardzo ciekawe rzeczy – dzisiaj już ekstrawaganckie z samej zasady, a kiedyś oczywiste.

Chrobacya i Chrobaci, Kościobocy – naród Sarmacki

Dziwne zachowanie Gotów – ich ucieczka przed braćmi Germanami, a także dziwny język Gotów i Ozów (galijski i panoński?! – a nie germański ani niemiecki!!!), których my nazywamy Osami-Osiami i Ojcami (znani z Kaukazu jako Ostroh-Ojcy). Także Prusy znane dawniej jako Owim.

Tutaj rzeczona Caroduna – Kraków i chagan – jako władca u Awarów czyli Hunów.

Są w dziejach Narodu Adama Naruszewicza dosłownie dziesiątki takich kwiatków – współcześnie przedstawia się nam je jako niemożebności i wymysły.

Tagged with: , ,

Kwartalnik „Słowianić” numer 2 – Jesień 2013, oraz powieść „Imir” Doroty Bałuszyńskiej-Srebro (wydawnictwo Ambaje)


od 20 września do nabycia w naszym Slovianskim Sklepiku

slowianic nr 2 przod

Z przyjemnością zapraszam wszystkich do 2 numeru kwartalnika „Słowianić” .  To całkiem pokaźna i bardzo cikawa książka o objętości 160 stron.  Staramy się żeby każdy następny numer był bardziej interesujący i coraz szerzej prezentował tematy ważne dla miłośników Słowiańszczyzny oraz Wolnych Ludzi, którzy preferują Nowy Styl Życia   – słowem aby w pełni wyrażał zainteresowania Naszego Polskiego Plemienia – tak tego Nadwiślańskiego jak i tego Wirtualnego – rozproszonego po całym świecie. Chcemy żeby to czasopismo było nie tylko dokumentem czasu i stanu naszej wiedzy oraz świadomości, ale też by otwierało przed każdym kto chce i potrzebuje Zmiany, całkiem nowy plemienny świat, który budujemy na co dzień swoimi praktycznymi działaniami w przestrzeni naszego kraju jak i całego świata, całej planety Ziemia.  

slowianic 2 tył

Oto zawartość numeru. Szczególnie polecam opowiadanie Joanny Kuruc „Dziki”. Tak się zdarzyło, że Joanna przesłała mi to opowiadanie, nad którym pracowała bardzo długo, w chwili kiedy wybuchł w naszym kraju skandal z forsowaniem tzw Uboju Rytualnego. To opowiadanie będzie drukowane w kwartalniku w 3 odcinkach, ze względu na sporą objętość. Wkrótce opublikujemy je w całości tutaj na naszym blogu. Jest to bajka-niebajka, opowieść, która powinna wstrząsnąć sumieniami nas wszystkich i spowodować, że energiczniej niż do tej pory, i z całą stanowczością, zaangażujemy się w obronę zwierząt i starych drzew – w obronę Przyrody.

Będziemy chcieli wydać niedługo tę bajkę, jako jedną z pierwszych książek w Slovianskim Slovie, przede wszystkim z myślą o wychowaniu w ZIELONYM DUCHU naszych własnych dzieci. Wcześniej ogłosimy jednak  otwarty konkurs na ilustracje do niej. 

slowianic nr 2 spis tresci 1

slowianic nr 2 spis tresci 2

Polecam to właśnie opowiadanie dlatego, że problem uboju rytualnego wciąż wraca jak bumerang, jest nadal aktualny, a walka wcale nie została zakończona jeszcze sukcesem.

My, jako Wolni Ludzie, Polacy, Słowianie, po prostu Ludzie, nie możemy pozwolić, żeby barbarzyńskie lobby Yetisynów przeforsowało ustawę, która cofnie Polskę cywilizacyjnie o całe stulecie. Ten cały proces cofania cywilizacyjnie Polski trwa od 1989 roku i odbywa się pod sztandarami starych pustynnych religii, prymitywizmu umysłowego, zabobonnego sposobu myślenia, który nie ma nic wspólnego ze światopoglądem naukowym – światopoglądem ludzi wykształconych jakimi przecież jesteśmy!

 

Zwierzęta czują, myślą i przeżywają swoje życie tak jak i my Ludzie – to stwierdzone naukowo. Jak można temu zaprzeczać?! Czy nadal żyjemy w czasach barbarzyństwa i wyobrażeń średniowiecza o świecie? Zwierzęta nie mają duszy? Rośliny nie czują, Ziemia jest płaska, w Piekle smażą się grzesznicy?  Zwierzęta nie mają duszy, bo nie mówią po łacinie i nie piszą po hebrajsku, i nie czytały Koranu?! Każdy rozsądnie myślący człowiek, kazde dziecko czuje że formułowanie takich sądów jest fałszywe. Nie trzeba do tego studiów wyższych ani dowodów naukowych, żeby stwierdzić, że zwierzęta i rośliny to byty żywe i czujące. Naszym obowiązkiem jest humanitarne podejście do uprawy i hodowli.

Przede wszystkim w ogóle nie możemy się godzić na taki sposób podejścia do ochrony Przyrody, do zwierząt i roślin, do „uprawy przemysłowej” i do „hodowli przemysłowej”, jaki przywleczono do Polski z USA w latach 70-tych XX wieku i jaki stosuje się obecnie powszechnie. jest to system przeciw naturze, przeciw przyrodzie, przeciw roślinom, przeciw zwierzętom, przeciw ludziom, system zagrażający naszemu zdrowiu i życiu.

Ludzie powinni przestać spożywać mięso zwierząt, ale jeśli już je spożywają to na pewno nie powinni kupować „trucizny” jaką jest mięso z hodowli tzw. „przemysłowej” czyli z obozów koncentracyjnych dla zwierząt jakie masowo buduje się i prowadzi w naszej polskiej ziemi. 

Oto fragment tej wstrząsającej bajki-niebajki – lektura obowiązkowa dla każdego (a dla naszych dzieci od lat 8 w górę)

Joanna Kuruc – Dziki

slow j kuruc dziki 1slow j kuruc dziki 2slow j kuruc dziki 3

więcej w Słowianić nr 2

– czasopismo jest do nabycia w naszym Slovianskim Sklepiku

 

Imir – powieść dla młodzieży Doroty Bałuszyńskiej-Srebro – w naszym Slovianskim Sklepiku

ss Imir 1

Polecam także serdecznie i tą drogą chciałbym złożyć gratulacje autorce powieści „Imir”, pani Dorocie Bałuszyńskiej-Srebro, która swoją powieścią dla młodzieży w duchu fantasy wpisuje się w naszą działalność krzewienia rodzimych wartości, tradycji i słowiańskiej kultury.

To powieść dla młodzieży, której jak widać także nie pożądały specjalnie wielkie wydawnictwa komercyjne, skoro autorka musiała wydać tę powieść sama. Te tak zwane „polskie wydawnictwa komercyjne” wolą „tłuc” anglosaskie przedruki, które są już ocenzurowane przez wydawców na Zachodzie w duchu zgodności z lansowaną pop-kulturą materialistyczną, nastawioną na konsumpcję „przeciętności” i „plastikowych” gadżetów.

Po cóż się trudzić w promowaniu choćby najwartościowszej kultury polskiej i narażać się na niepoprawność polityczną, skoro z USA i z Londynu można ściągnąć całe tony (w setkach, a nawet już tysiącach tomów i tytułów) anglosaskiego chłamu, który nic nie ma wspólnego z niemile widzianą w Polsce mainstreamowej  polskością i słowiańskością.

ss Imir 2

do nabycia w naszym Slovianskim Sklepiku

Mezamir Snowid: Polowanie na czarownice („Niepodzielone” Wilbera Kena)

Posted in nauka by bialczynski on 2 Wrzesień 2013

http://www.sfora.pl/Hierarcha-Fala-poganstwa-idzie-przez-Polske-jak-walec-a58690

http://www.sfora.pl/Szok-w-Szwecji-Torturuja-dzieci-bo-opetaly-je-demony-a42443

http://www.sfora.pl/Kosciol-idzie-na-wojne-z-wrozkami-To-zla-moc-a26608

http://www.sfora.pl/Tak-rozpoznasz-czlowieka-opetanego-przez-diabla-a27602

Komentarzem do tego cyrku ,do tego podsycania psychozy u podatnych na manipulację ludzi  niech będzie rozdział z książki Niepodzielone Wilbera Kena 

 

Większość ludzi odczuwa bardzo silny opór przed uznaniem swego cienia za własny,

opór przed przyznaniem się do nie chcianych cech i impulsów.

W istocie opór ten jest jedną z ważniejszych przyczyn projekcji.

Człowiek stawia opór cieniowi, stawia opór nie chcianym aspektom siebie samego i dlatego je projektuje.

W przypadku projekcji mamy więc zawsze do czynienia z oporem.

Czasem opór jest umiarkowany, czasem gwałtowny. Jego działanie jest szczególnie oczywiste w najpowszechniejszej formie projekcji, czyli polowaniu na czarownice.

 

Prawie każdy słyszał kiedyś lub sam uczestniczył w jakiejś formie polowania na czarownice.

Te groteskowe imprezy ilustrują, jak katastrofalne mogą być skutki projekcji i nieuleczalnej ślepoty ludzi na własne słabości.

Polowanie na czarownice w sposób najbardziej wyrazisty oddaje istotę projekcji, która polega na tym, że brzydzą nas u innych tylko i wyłącznie te cechy, które podświadomie budzą w nas odrazę u siebie samych.

 Polowanie na czarownice zaczyna się z chwilą, gdy ktoś traci z oczu jakąś swoją cechę lub skłonność, którą uważa za złą, diaboliczną, demoniczną, a przynajmniej naganną.

Skłonność ta czy cecha może być w istocie zupełnie błaha –jakaś drobna ludzka przewrotność czy złośliwość.

Każdy z nas ma swoją ciemną stronę. Ale ,,ciemna strona” nie znaczy ,,zła”: w każdym z nas tkwi coś mrocznego, lecz jeśli jesteśmy tego z grubsza świadomi i akceptujemy to, ,,mroki serca” dodają nawet życiu kolorytu.

Zgodnie z tradycją hebrajską sam Bóg umieścił w sercach ludzi te przewrotne, łobuzerskie i szelmowskie skłonności, przypuszczalnie po to, aby nie umarli z nudów.

Polujący na czarownice wierzy jednak, że w jego sercu nie kryją się żadne grzeszki.

Przyjmuje osobliwą postawę jedynego sprawiedliwego. Prawda jest taka, że wbrew temu, w co sam wierzy i do czego chciałby przekonać innych, grzeszki istnieją, tyle że wyjątkowo go uwierają.

 

Stawia im opór, usiłuje się ich wyprzeć, usunąć ze swego ja.

Grzeszki jednak pozostają i nieustannie zwracają na siebie uwagę.

 Im bardziej grzeszki zwracają na siebie uwagę, tym większy osoba polująca na czarownice stawia im opór.

 Im większy stawia im opór, tym bardziej przybierają na sile.

Wreszcie przychodzi moment, kiedy nie potrafi już ich więcej nie dostrzegać.

Dostrzega je jednak na swój sposób — u innych ludzi.

Wie, że w czyimś sercu kryją się grzeszki, ale ponieważ u siebie ich nie widzi, winien jest ktoś inny.

Teraz wystarczy już tylko znaleźć tego kogoś, co staje się niezwykle istotnym zadaniem,

ponieważ jeżeli polujący na czarownice nie znajdzie osoby, na którą będzie mógł rzutować cień, sam zostanie nim obarczony.

W tej właśnie fazie swą kluczową rolę zaczyna odgrywać opór, ponieważ nienawiść i opór wobec własnego cienia

zostają przeniesione na osobę, na którą dokonała się projekcja cienia.

VII Poziom persony: początek wędrówki

Wędrówka, zmierzająca ku odkryciu własnego ja, rozpoczyna się z chwilą, gdy poczujesz się świadomie niezadowolony z życia.

Wbrew opinii większości fachowców dotkliwe niezadowolenie z życia nie jest oznaką choroby psychicznej, braku przystosowania społecznego czy zaburzeń osobowości. W odczuciu tym kryje się bowiem zawiązek rozumienia, szczególnego rozumienia, które zwykle tkwi głęboko ukryte pod nawarstwieniami społecznych konwenansów. Osoba, która zaczyna odczuwać życie jako cierpienie, jednocześnie rozbudza się ku głębszej, prawdziwszej rzeczywistości. Cierpienie rozbija bowiem w drobny mak nasze dogodne fikcje, dotyczące rzeczywistości, i zmusza nas, byśmy żyli inaczej — byśmy staranniej patrzyli, głębiej odczuwali, poznawali siebie i nasze światy metodami, których wcześniej unikaliśmy. Ktoś powiedział, jak sądzę słusznie, że cierpienie jest największą łaską. W pewnym sensie cierpienie jest właściwie powodem do radości, ponieważ wyznacza początek twórczej wędrówki ku odkryciu swego ja. Ale tylko w szczególnym sensie. Niektórzy ludzie przywiązują się do swego cierpienia jak matka do dziecka i noszą je ze sobą jak brzemię, którego nie śmią się pozbyć. Nie przeciwstawiają cierpieniu świadomości, lecz wczepiają się w nie pazurami, masochistycznie hołubiąc sekretne rozkosze samoudręczenia. Cierpienia nie wolno unikać, usuwać ze świadomości czy brzydzić się nim, lecz nie należy go również gloryfikować ani napawać się jego dramatyzmem. Pojawienie się cierpienia jest nie tyle dobrem, ile dobrą wróżbą, sygnałem, że zaczynasz zdawać sobie sprawę, iż życie poza świadomością jedyną oznacza ból, smutek i żałość. Życie podzielone to życie w nieustannej walce, lęku i bólu — życie, zmierzające nieuchronnie ku śmierci. Tylko za cenę przeróżnych otępiających rekompensat, rozrywek i przelotnych przyjemności godzimy się nie kwestionować naszych złudnych granic, siły napędzającej kołowrót cierpienia. Jednak prędzej czy później, jeżeli pozostanie w nas choćby ślad wrażliwości, rekompensaty, które odgradzają nas od prawdy, utracą swe uśmierzające działanie. Kiedy to się stanie zaczniemy odczuwać cierpienie, ponieważ nasza świadomość skieruje się ku pełnej konfliktów naturze naszych fałszywych granic i podzielonego życia, jakie na nich zbudowaliśmy.

Cierpienie jest zatem pierwotnym impulsem ku uznaniu fałszywości granic.

Jeżeli się je dobrze rozumie, posiada działanie wyzwalające, ponieważ popycha ku przekroczeniu granic.

Cierpimy zatem nie dlatego, że jesteśmy chorzy, lecz dlatego, że pojawia się przebłysk prawdy.

Aby tego przebłysku nie zmarnować, konieczne jest jednak właściwe zrozumienie cierpienia.

Musimy poprawnie zinterpretować cierpienie, aby się w nim pogrążyć, żyć w nim i ostatecznie się od niego wyzwolić.

Jeżeli zaś błędnie zrozumiemy cierpienie, utkwimy w nim na zawsze — będziemy pławili się w cierpieniu, nie widząc innego wyjścia.

Przez całą historię ludzkości rozmaici szamani, kapłani, mędrcy, mistycy, święci, psycholodzy i psychiatrzy starali się pokazać takie sposoby życia w cierpieniu, które pozwalają ostatecznie wznieść się ponad cierpienie.

Przekazywali ludziom wiedzę na temat cierpienia, aby je właściwie zrozumieli i umieli się z niego wyswobodzić.

Wiedza oferowana przez rozmaitych lekarzy duszy nie zawsze była jednak taka sama. W istocie wiele z tych mądrości wzajemnie się wyklucza. Starożytni lekarze duszy radzili nawiązać kontakt z Bogiem.

Współcześni lekarze duszy proponują więź z podświadomością.

Bardziej awangardowi znachorzy każą powrócić do swego ciała, jasnowidze radzą wznieść się ponad ciało. W naszych czasach pomiędzy lekarzami duszy panuje bodaj największa niezgoda w całej historii ludzkości, skutkiem czego jesteśmy sparaliżowani w naszym cierpieniu, nie wiemy, jak je rozumieć, nie wiemy nawet, do kogo się w tej sprawie zwrócić. A kiedy tak tkwimy zamarli w cierpieniu, nie potrafimy głębiej wniknąć w prawdziwą rzeczywistość. Nie potrafimy pogrążyć się w cierpieniu świadomie, tak aby zawarta w nim mądrość nas wyzwoliła. Cierpienie nie może zaowocować, jeżeli nie wiemy, co ono oznacza, jeżeli nie wiemy, dlaczego zaistniało. A nie wiemy, co ono oznacza, ponieważ nie mamy lekarza duszy, któremu moglibyśmy prawdziwie i bez reszty zaufać.

Był czas, kiedy z niewinną wiarą szukaliśmy porady u kapłana, mędrca lub szamana i kierowaliśmy naszą świadomość ku Bogu.

W ostatnim stuleciu kapłana w dużej mierze wyparł jednak psychiatra, jako autorytet, ku któremu można się zwrócić w potrzebie duszy,

ten zaś nowy kapłan skierował naszą świadomość ku aspektom naszej własnej psyche.

Dziś jednak zaufanie do psychiatrów jako lekarzy duszy stopniowo maleje.

Powstają nowocześniejsze, skuteczniejsze, bardziej wyzwalające terapie.

Nowi lekarze duszy, którzy wychodzą z takich ośrodków rozwoju, jak Esalen czy Oasis, zrewolucjonizowali znaczenie terapii, kierując naszą świadomość ku całemu organizmowi, a nie tylko ku ubezcieleśnionej psyche. Na naszych oczach rodzi się też transpersonalny lekarz duszy, który kieruje naszą świadomość bezpośrednio ku świadomości ponadjednostkowej.

Komu jednak wierzyć, skoro lekarze ci, niestety, nie zgadzają się ze sobą?

Największa trudność w tej ogólnej kwestii: ,,kto ma rację?” polega na tym, że zarówno laicy,jak i fachowcy uparcie zakładają,

że ci wszyscy lekarze duszy podchodzą do człowieka z różnych punktów widzenia.

Tymczasem tak nie jest. Lekarze ci podchodzą z różnych punktów widzenia do różnych p o z i o m ó w ludzkiej świadomości.

Nie ma dziś lekarzy duszy, którym moglibyśmy w pełni zaufać, ponieważ wyobrażamy sobie, że wszyscy mówią o tym samym poziomie naszej świadomości, a skoro tak, to bez wątpienia wzajemnie sobie zaprzeczają w najważniejszych kwestiach. Jednakże kiedy zdamy sobie sprawę z wielopoziomowości ludzkiej świadomości, kiedy zrozumiemy, że jesteśmy istotami wielowarstwowymi, przekonamy się, że te rozmaite terapie w tak wielkim stopniu różnią się od siebie właśnie dlatego, że są ukierunkowane na różne warstwy duszy. Kiedy zaś zrozumiemy, że opinie lekarzy duszy niekoniecznie są sprzeczne, tylko dotyczą różnych poziomów, być może zechcemy uważniej wysłuchać, co każdy z nich ma do powiedzenia na temat poziomu, którym się zajmuje. Może się okazać, że nasze cierpienie rozgrywa się właśnie na tym poziomie, a wtedy lekarz przypuszczalnie pomoże nam zrozumieć jego znaczenie, znosić je świadomie, a następnie je przekroczyć. Kiedy zyskamy ogólną znajomość spektrum świadomości, poszczególnych warstw naszej istoty, łatwiej nam przyjdzie dostrzec, na którym poziomie obecnie żyjemy i na którym poziomie rodzi się nasze ewentualne cierpienie.

Dzięki temu będziemy mogli dobrać lekarza i metodę odpowiednią dla naszego cierpienia i przestaniemy tkwić w nim jak sparaliżowani. Aby to osiągnąć, w następnych rozdziałach zajmiemy się najważniejszymi poziomami spektrum. Przyjrzymy się możliwościom, radościom i wartościom, zawartym w każdym poziomie, a szczególnie zrodzonym z poszczególnych poziomów problemom, bolączkom i symptomom. Zajmiemy się również najważniejszymi terapiami, które stworzono, aby zaradzić cierpieniom typowym dla poszczególnych poziomów. Mam nadzieję, że powstanie w ten sposób czytelna mapa głębin świadomości, która umożliwi czytelnikowi poruszanie się po labiryncie jego własnych granic. Będziemy zmierzać od góry do dołu spektrum świadomości. Ten ruch zstępujący można opisywać jako harmonizowanie sprzeczności, poszerzanie świadomości czy rozbijanie kompleksów, jednak przede wszystkim jest to usuwanie granic, scalanie podzielonego. Przekonaliśmy się, że za każdym razem, gdy powstaje nowa granica, zawężamy, krępujemy i zacieśniamy poczucie naszego ja: nasza tożsamość, początkowo ogarniająca cały wszechświat, później zawiera w sobie kolejno tylko organizm, ego i personę. Mówiąc przenośnie, ja coraz bardziej ubywa, nie-ja zaś coraz bardziej przybywa. Z powstaniem każdej nowej granicy jakiś aspekt jaźni ulega projekcji, skutkiem czego wydaje się zewnętrzny i obcy. Zbudować granicę to dokonać projekcji — jakiś aspekt jaźni jest teraz postrzegany jako nie-ja. Analogicznie — odwrócenie mechanizmu projekcji, czyli introjekcja, polega na usunięciu granicy. Kiedy zdajesz sobie sprawę, że pozornie zewnętrzna projekcja jest w istocie odbiciem ciebie samego, usuwasz tę konkretną granicę pomiędzy ja i nie-ja. Pole twojej świadomości staje się rozleglejsze, bardziej otwarte i wolne, mniej podzielone. Prawdziwie się zaprzyjaźnić, a ostatecznie całkowicie się zjednoczyć z dawnym wrogiem to to samo, co zlikwidować linię frontu i poszerzyć terytorium, na którym możesz się swobodnie poruszać. Uległe projekcji aspekty nie będą już dla ciebie zagrożeniem, ponieważ są tobą. Zstąpienie w dół spektrum polega zatem na introjekcji, dokonanej poprzez usunięcie granicy. Odbywa się to z każdym krokiem po drabinie świadomości. Większość kwestii, dotyczących granic, projekcji, introjekcji i konfliktu przeciwieństw, stanie się jaśniejsza, gdy przejdziemy do konkretnych przykładów. Ten rozdział poświęcony będzie pojęciom persony i cienia, jak również środkom, które pomagają zejść z poziomu persony na poziom ego. W następnym rozdziale zajmiemy się schodzeniem do poziomu centaura, potem do świadomości transpersonalnej i wreszcie do świadomości jedynej. W każdym z tych rozdziałów stawiam sobie przede wszystkim praktyczne cele: 1) umożliwić czytelnikowi zrozumienie poszczególnych poziomów; 2) pozwolić mu empirycznie zaznać każdego z poziomów i 3) ogólnie przedstawić stosowane dziś rodzaje terapii, ukierunkowane na dany poziom. Rozdziały te nie służą temu, by się na dłużej zadomowić na jakimś konkretnym poziomie, lecz tylko z grubsza się zapoznać z obowiązującymi na tym poziomie terapiami. Dłuższe przebywanie na którymś z głębszych poziomów świadomości wymaga wiele pracy i nauki, w związku z czym na końcu każdego rozdziału podaję zalecaną bibliografię i listę terapii, ukierunkowanych na dany poziom. Zacznijmy od poziomu persony, na którym uwięziona jest większość ludzi. Persona to w mniejszym lub większym stopniu zniekształcony i zubożały autowizerunek. Persona powstaje wtedy, gdy jednostka usiłuje zaprzeczyć istnieniu pewnych swoich cech i impulsów, takich jak złość, upór, popęd płciowy, radość, wrogość, odwaga, agresja, ambicja, ciekawość itp. Wypieranie się tych cech i impulsów nie powoduje jednak ich zaniku. Ponieważ są one realne, jednostka może tylko udawać, że przynależą do kogoś innego. A zatem koniec końców jednostka nie zaprzecza istnieniu tych cech i impulsów, a tylko przenosi tytuł własności na kogo innego. Zaczyna wierzyć, że są obce, zewnętrzne, znajdują się poza ja. Zawężyła swe granice, tak aby usunąć na zewnątrz nie chciane cechy i skłonności. Projektowane, wyalienowane skłonności tworzą cień, jednostka zaś utożsamia się z tym, co pozostało: zawężonym, zubożałym i zniekształconym autowizerunkiem, czyli personą. Powstała nowa granica i rozgorzała nowa wojna przeciwieństw: persony i jej własnego cienia.

Proces projekcji cienia łatwo pojąć, lecz trudno odtworzyć, ponieważ zniszczylibyśmy wtedy niektóre z naszych najcenniejszych złudzeń. Prześledzimy ten proces na następującym przykładzie. Jan bardzo chce posprzątać garaż, w którym panuje rozpaczliwy bałagan. Z zamiarem tym nosi się już od jakiegoś czasu. Wreszcie uznaje, że nadszedł znakomity moment. Wskakuje w stare robocze ubranie i z umiarkowanym entuzjazmem udaje się do garażu. W tej fazie Jan posiada silny kontakt ze swym popędem, ponieważ mimo że wie, iż konieczny będzie spory wysiłek, posprzątanie garażu jest zdecydowanie czymś, co chce zrobić. To prawda, że jakaś jego cząstka nie ma ochoty babrać się w tych wszystkich śmieciach, ważne jest jednak, że pragnienie posprzątania garażu przewyższa pragnienie zaniechania tej czynności, gdyż w przeciwnym razie Jan by się do tego nie zabrał. Jednak gdy Jan wchodzi do garażu i jego oczom ukazuje się nieprawdopodobne pobojowisko, zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Jan zaczyna mieć wątpliwości. Nie wraca jednak do domu. Kręci się po garażu, przegląda stare czasopisma, bawi się starą rękawicą do baseballu, snuje marzenia. W tej fazie Jan zaczyna tracić kontakt ze swym popędem. Ważne jest jednak, że pragnienie posprzątania garażu nie zanikło, bo w przeciwnym razie Jan wróciłby do domu. Pragnienie posprzątania garażu jest nadal silniejsze niż pragnienie, by dać sobie z tym spokój. Jan zaczyna jednak zapominać o swym własnym popędzie, zaczyna się alienacja i projekcja popędu. Projekcja popędu przebiega w następujący sposób: pragnienie Jana, by posprzątać garaż, jest, jak widzieliśmy, nadal obecne. Jest nadal aktywne i domaga się, by zwrócić na nie uwagę, podobnie jak na przykład głód będzie się domagał, byś zaspokoił swój popęd zjedzenia czegoś. Ponieważ popęd posprzątania garażu jest nadal obecny i aktywny, Jan wie pół-świadomie, że ktoś chce od niego, by posprzątał garaż. Z tego właśnie powodu Jan kręci się po garażu, zamiast wrócić do domu. Wie, że ktoś chce od niego, aby posprzątał garaż. Problem polega na tym, że zapomniał, kto to jest. Całe przedsięwzięcie zaczyna go więc złościć i w miarę upływu czasu Jan staje się coraz bardziej niezadowolony ze swej sytuacji. Wszystko, czego mu teraz potrzeba, aby dokończyć projekcji — czyli zupełnie zapomnieć o swym własnym popędzie posprzątania garażu — to odpowiedni kandydat, na którego mógłby przenieść swój popęd.

Ponieważ wie, że ktoś domaga się od niego posprzątania garażu, co doprowadza go do szału, ma wielką ochotę zidentyfikować tę osobę. Na scenie pojawia się niczego nie podejrzewająca ofiara: koło garażu przypadkiem przechodzi żona Jana, zagląda do środka i najzwyczajniej w świecie pyta, czy już skończył. W umiarkowanym napadzie wściekłości Jan odpowiada, żeby ,,odczepiła się od niego!” Teraz bowiem czuje, że to nie on, lecz jego żona chce, by posprzątał garaż. Projekcja jest zupełna, ponieważ popęd Jana pochodzi teraz z zewnątrz. Jan rzutował swój popęd, cisnął za mur, skąd popęd go atakuje. Jan zaczyna przeto odczuwać, że żona wywiera na niego p r e s j ę .

Tymczasem presja pochodzi od jego własnego, rzutowanego popędu, przeniesionego pragnienia, by posprzątać garaż. Jan może wrzasnąć na żonę, że nie ma ochoty sprzątać tego idiotycznego garażu i żeby przestała go wreszcie dręczyć i ponaglać. Lecz gdyby Jan naprawdę nie chciał posprzątać garażu, gdyby ten popęd naprawdę był mu obcy, odpowiedziałby po prostu, że zmienił zdanie i posprząta kiedy indziej. Nie odpowiedział jednak w ten sposób, ponieważ półświadomie wiedział, że ktoś naprawdę chce, żeby garaż został posprzątany, a skoro to nie on, to na pewno ktoś inny. Odpowiednim kandydatem jest oczywiście żona. Gdy pojawia się na horyzoncie, Jan projektuje na nią swój popęd. Reasumując, Jan rzutował swój popęd i zaczął go doświadczać jako popędu zewnętrznego, nie pochodzącego z niego samego. Popęd zewnętrzny można określić mianem presji. Za każdym razem, gdy dokonamy projekcji jakiegoś popędu, czujemy presję, czujemy, jak nasz własny popęd zwraca się ku nam od zewnątrz. Co więcej — w tym miejscu większość ludzi mruga z niedowierzaniem oczami — k a ż d a presja jest skutkiem projekcji popędu. W powyższym przykładzie zwróć uwagę na fakt, że gdyby Jan nie posiadał popędu posprzątania garażu, nie odczułby żadnej presji ze strony żony. Całą sytuację potraktowałby zupełnie spokojnie i odpowiedziałby, że dziś nie ma ochoty tego robić albo że zmienił zamiar. Tymczasem czuł się poddany presji! W istocie jednak presji nie wywierała żona, lecz jego własny popęd.

Bez popędu nie ma presji. Każda presja jest w gruncie rzeczy rzutowanym popędem osoby, która odczuwa presję. Załóżmy jednak, że po wejściu do garażu żona Jana rzeczywiście zażąda, żeby Jan nie odkładał sprzątania na inny dzień. Czyż sytuacja nie zmieni się radykalnie? Czy odczuwana przez Jana presja nie będzie rzeczywiście pochodzić od żony? W istocie jednak sytuacja wcale nie ulegnie zmianie, prócz tego, że Janowi znacznie łatwiej będzie dokonać projekcji. Ponieważ żona okazuje identyczny popęd, co Jan, jest dla niego wprost wymarzoną ofiarą, co nie zmienia faktu, że rzutowany popęd pozostaje jego własnym. Gdyby sam nie posiadał popędu i nie potrzebował go rzutować, nie wystąpiłoby odczucie presji. Być może żona rzeczy wiście naciska, aby coś zrobił, ale Jan odczuje presję tylko wtedy, gdy sam też będzie chciał to zrobić, a później dokona projekcji tego pragnienia. Jego odczucia są bowiem zawsze tylko jego własne. Terapeuci tego poziomu świadomości zasugerują więc, że pacjent, który nieustannie odczuwa presję, po prostu ma więcej popędu i energii niż sądzi. Gdyby nie miał popędu, niczym by się nie przejmował. A zatem odczuwając jakiegoś rodzaju presję — ze strony szefa, małżonka, nauczycieli, znajomych, współpracowników, dzieci — dojrzała osoba umie wykorzystać te odczucia jako sygnał, że tkwi w niej jakaś energia i popęd, którego jest w danej chwili nieświadoma. Osoba ta nauczyła się przekładać zdanie: ,,Czuję presję” na: ,,Posiadam więcej energii niż sądziłem”. Zdawszy sobie sprawę, że wszelkie odczucia presji to tylko jej własne, nie uświadomione popędy, może od nowa zdecydować, czy te popędy zrealizować, czy też odłożyć ich realizację na później.

Tak czy tak dojrzała osoba wie, że są to jej własne popędy. Podstawowy mechanizm projekcji jest zatem dość prosty.

Impuls (taki jak popęd, złość lub pragnienie), który rodzi się wewnątrz ciebie i jest naturalnie skierowany na zewnątrz, ku otoczeniu, uległszy projekcji, sprawia wrażenie impulsu pochodzącego z zewnątrz, z otoczenia, i skierowanego do wewnątrz, ku tobie.

Jest to mechanizm bumerangu: maltretujesz się za pomocą swojej własnej energii. Przestajesz być motorem swego własnego działania. Przeniosłeś impuls na drugą stronę granicy pomiędzy ja i nie-ja, toteż atakuje cię on z zewnątrz, zamiast pomóc tobie zaatakować otoczenie. Widzimy zatem, że projekcja cienia posiada dwie istotne konsekwencje.

Po pierwsze, czujesz, że jesteś całkowicie pozbawiony rzutowanego impulsu, cechy czy skłonności.

Po drugie, one istnieją ,,na zewnątrz”, w otoczeniu, zazwyczaj u innych ludzi. Ja zostaje pomniejszone, nie-ja powiększone.

Jednak choćby ten stan rzeczy nie był zbyt wygodny, projektująca osoba będzie zażarcie bronić swego błędnego obrazu rzeczywistości.

Gdybyś podszedł do Jana, wrzeszczącego na swą Bogu ducha winną żonę, i powiedział mu, że jego odczucie presji i ponaglania to w istocie jego własny popęd, przypuszczalnie zostałbyś pobity. Projektująca jednostka za wszelką cenę pragnie bowiem dowieść, że jej wizja rzeczywistości jest słuszna.

 

Większość ludzi odczuwa bardzo silny opór przed uznaniem swego cienia za własny,

opór przed przyznaniem się do nie chcianych cech i impulsów.

W istocie opór ten jest jedną z ważniejszych przyczyn projekcji.

Człowiek stawia opór cieniowi, stawia opór nie chcianym aspektom siebie samego i dlatego je projektuje.

W przypadku projekcji mamy więc zawsze do czynienia z oporem.

Czasem opór jest umiarkowany, czasem gwałtowny. Jego działanie jest szczególnie oczywiste w najpowszechniejszej formie projekcji,

 czyli polowaniu na czarownice.

 

Prawie każdy słyszał kiedyś lub sam uczestniczył w jakiejś formie polowania na czarownice.

Te groteskowe imprezy ilustrują, jak katastrofalne mogą być skutki projekcji i nieuleczalnej ślepoty ludzi na własne słabości.

Polowanie na czarownice w sposób najbardziej wyrazisty oddaje istotę projekcji, która polega na tym, że brzydzą nas u innych tylko i wyłącznie te cechy, które podświadomie budzą w nas odrazę u siebie samych.

 Polowanie na czarownice zaczyna się z chwilą, gdy ktoś traci z oczu jakąś swoją cechę lub skłonność, którą uważa za złą, diaboliczną, demoniczną, a przynajmniej naganną.

Skłonność ta czy cecha może być w istocie zupełnie błaha –jakaś drobna ludzka przewrotność czy złośliwość.

Każdy z nas ma swoją ciemną stronę. Ale ,,ciemna strona” nie znaczy ,,zła”: w każdym z nas tkwi coś mrocznego,

lecz jeśli jesteśmy tego z grubsza świadomi i akceptujemy to, ,,mroki serca” dodają nawet życiu kolorytu.

Zgodnie z tradycją hebrajską sam Bóg umieścił w sercach ludzi te przewrotne, łobuzerskie i szelmowskie skłonności, przypuszczalnie po to, aby nie umarli z nudów.

Polujący na czarownice wierzy jednak, że w jego sercu nie kryją się żadne grzeszki.

Przyjmuje osobliwą postawę jedynego sprawiedliwego. Prawda jest taka, że wbrew temu, w co sam wierzy i do czego chciałby przekonać innych, grzeszki istnieją, tyle że wyjątkowo go uwierają.

 

Stawia im opór, usiłuje się ich wyprzeć, usunąć ze swego ja.

Grzeszki jednak pozostają i nieustannie zwracają na siebie uwagę.

 Im bardziej grzeszki zwracają na siebie uwagę, tym większy osoba polująca na czarownice stawia im opór.

 Im większy stawia im opór, tym bardziej przybierają na sile.

Wreszcie przychodzi moment, kiedy nie potrafi już ich więcej nie dostrzegać.

Dostrzega je jednak na swój sposób — u innych ludzi.

Wie, że w czyimś sercu kryją się grzeszki, ale ponieważ u siebie ich nie widzi, winien jest ktoś inny.

Teraz wystarczy już tylko znaleźć tego kogoś, co staje się niezwykle istotnym zadaniem,

ponieważ jeżeli polujący na czarownice nie znajdzie osoby, na którą będzie mógł rzutować cień, sam zostanie nim obarczony.

W tej właśnie fazie swą kluczową rolę zaczyna odgrywać opór, ponieważ nienawiść i opór wobec własnego cienia

zostają przeniesione na osobę, na którą dokonała się projekcja cienia.

 

 

Wiele osób uwielbia wygłaszać tyrady o tym, jak bardzo obrzydliwi są homoseksualiści.

Choćby we wszystkim innym byli zupełnie przyzwoici i racjonalni, na każdą wzmiankę o homoseksualistach dostają szału i w napadzie świętego oburzenia postulują odebranie gejom praw obywatelskich (lub jeszcze gorsze represje). Dlaczego tego rodzaju osoby nienawidzą homoseksualistów z taką pasją?

 

Nie dlatego, że sami są homoseksualistami, lecz dlatego, że widzą w homoseksualiście to, czego podświadomie obawiają się u siebie.

Bardzo im przeszkadzają naturalne, nieuniknione, lecz mało istotne skłonności homoseksualne, które występują u każdego człowieka,

toteż usiłują je rzutować.

 

Zaczynają więc nienawidzić skłonności homoseksualnych u innych ludzi — ale tylko dlatego, że najpierw nienawidzą ich u siebie.

 

I oto zaczyna się polowanie na czarownice, w takiej czy innej formie.

Nienawidzimy ludzi, bo są — w naszej opinii — brudni, głupi, zboczeni, niemoralni… Może mamy słuszność. A może nie.

To, jacy naprawdę są, nie ma jednak najmniejszego znaczenia, ponieważ nienawiść powstaje tylko wtedy, gdy my sami nieświadomie posiadamy pogardzane cechy, które przypisujemy innym. Nienawidzimy ich, ponieważ nieustannie nam przypominają o aspektach nas samych, do których nie chcemy się przyznać.

Zaczynamy tu dostrzegać ważny wyróżnik projekcji.

Te elementy otoczenia (ludzie lub rzeczy), które posiadają dla nas silną zawartość emocjonalną, a nie tylko informacyjną,

są zazwyczaj naszymi własnymi projekcjami.

Te elementy, które nas martwią, niepokoją, odpychają lub też — przeciwnie — przyciągają, oczarowują, fascynują, są z reguły odbiciami cienia. Jest takie stare powiedzenie: patrzyłem na ciebie, ujrzałem siebie.

(Kościół uwielbia wygłaszać infantylne elaboraty na temat satanistów i bezbożnych pogan, zapominając

że ich kościół też jest „pogański” jak każdy, a w dodatku wszędzie widzą swojego diabła

ponieważ nie akceptują go w sobie.

Jeśli ktoś umie się posługiwać tylko młotkiem to wszędzie wokół siebie widzi wyłącznie gwoździe)

Posiadając podstawowe zrozumienie cienia, możemy przystąpić do analizy innych typowych projekcji.

A zatem, tak jak presja jest rzutowanym popędem, zobowiązanie jest rzutowanym pragnieniem.

Innymi słowy, nie ustępujące poczucie zobowiązania jest sygnałem, że robisz coś, co pragniesz robić, tylko nie chcesz się do tego przyznać. Poczucie zobowiązania, wyrażające się słowami: ,,Robię to tylko ze względu na ciebie”, najczęściej powstaje w sytuacji rodzinnej.

Rodzice czują się zobowiązani do opieki nad dziećmi, mąż czuje się zobowiązany zapewnić żonie utrzymanie, żona czuje się zobowiązana być posłuszną mężowi itd. Z czasem ludzie zaczynają odczuwać niechęć wobec zobowiązań, choćby inni odbierali je jako zupełnie nieuciążliwe.

W miarę narastania tej niechęci jednostka przypuszczalnie powróci do polowania na czarownice, skutkiem czego mąż i żona wylądują u wiedźmy, potocznie zwanej specjalistą od poradnictwa małżeńskiego.

Osoba, która odczuwa straszliwy ciężar zobowiązania, aby zrobić to czy tamto, w istocie po prostu rzutuje swe rzeczywiste pragnienie, by to zrobić. Nie chce się jednak do tego przyznać (stawia opór cieniowi). Mówi wszystkim coś wręcz przeciwnego: twierdzi, że czuje się zobowiązana, ponieważ tak naprawdę nie chce robić tego czy tamtego. To jednak nie może być do końca prawdą, ponieważ gdyby nie odczuwała żadnego pragnienia, by pomóc, nie odczuwałaby również żadnego zobowiązania.

Chce pomóc innym, lecz rzutuje to pragnienie, po czym jej się wydaje, że to inni żądają od niej pomocy. A zatem zobowiązanie nie jest ciężarem żądań innych, lecz ciężarem naszej własnej życzliwości, do której nie chcemy się przyznać. Przyjrzyjmy się teraz innej powszechnej projekcji. Nie ma chyba nic bardziej przykrego niż gwałtowna trema, poczucie, że wszyscy na nas patrzą. Kiedy musimy wygłosić przemowę, zagrać w jakimś spektaklu czy odebrać nagrodę, jesteśmy sparaliżowani, ponieważ czujemy, że wszyscy na nas patrzą. A przecież wielu ludzi czuje się swobodnie, występując publicznie, z czego wynika, że problem nie kryje się w samej sytuacji, lecz w czymś, co my w tej sytuacji robimy. Cóż więc takiego robimy? Zdaniem wielu terapeutów projektujemy nasze własne zainteresowanie ludźmi, toteż wszyscy wydają się zainteresowani nami. Zamiast patrzeć na innych, czujemy, że oni na nas patrzą. Oddajemy nasze oczy publiczności, toteż jej naturalne zainteresowanie nami rozdyma się ponad wszelką miarę — czujemy się przygwożdżeni wzrokiem, jakby wszyscy obsesyjnie śledzili każdy nasz najdrobniejszy ruch i gest. Nic więc dziwnego, że jesteśmy sparaliżowani, co trwa dopóty, dopóki nie ośmielimy się dokonać introjekcji — zacząć patrzeć, zamiast udzielać naszych oczu innym.

A teraz wyobraź sobie, że ktoś analogicznie projektuje trochę swej wrogości — swego pragnienia, by wyżyć się na otoczeniu.

Poczuje wtedy, że bez żadnego powodu ludzie prowokują go i zachowują się wobec niego nieprzyjaźnie.

(Wszędzie zacznie widzieć satanistów i diabły z którymi trzeba walczyć)

Zacznie się czuć zaniepokojony, a może nawet przerażony ilością wrogiej energii, jaka się na nim zogniskowała.

Będzie to jednak strach nie przed wrogością otoczenia, lecz przed własną wrogością, rzutowaną na otoczenie.

A zatem nieuzasadniony strach przed ludźmi i miejscami jest zazwyczaj sygnałem, że dana osoba czuje gniew i wrogość,

tylko że o tym nie wie.

Podobnie jest z jedną z najczęstszych skarg zgłaszanych przez ludzi, którzy korzystają z poradnictwa emocjonalnego,

a mianowicie poczuciem odrzucenia.

Wydaje im się, że tak naprawdę nikt ich nie lubi, nikomu na nich nie zależy lub też wszyscy są wobec nich bardzo krytyczni.

Uważają, że sami nie wykazują prawie żadnych skłonności do odrzucania innych.

Starają się jak mogą, żeby okazać innym życzliwość i powstrzymać się od krytyki. Lecz takie są właśnie wyróżniające cechy projekcji: tobie brakuje jakiejś cechy, u wszystkich zaś innych pojawia się ona w nadmiarze.

Osoba, która czuje się przez wszystkich odrzucona, w istocie jest zupełnie nieświadoma swych własnych skłonności do odrzucania i krytykowania innych.

Skłonności te mogą być mało istotnym aspektem całej osobowości tej osoby, lecz jeżeli jest ich nieświadoma, będzie je projektować na każdego, kogo zna lub poznaje.

To zaś potęguje pierwotny impuls, toteż świat nagle przybiera ponurą, krytyczną maskę.

Rzecz w tym — dotyczy to zresztą wszystkich rodzajów projekcji — że niektórzy ludzie rzeczywiście mogą mieć do ciebie bardzo krytyczny stosunek. To jednak nie będzie dla ciebie stanowiło problemu, o ile nie uzupełnisz ich rzeczywistego krytycyzmu swoim własnym, rzutowanym.

A zatem zawsze, kiedy masz silne poczucie niskiej wartości i odrzucenia, mądrze byłoby najpierw poszukać projekcji i przyznać, że jesteś trochę bardziej krytyczny wobec świata niż sądziłeś. Po tych wszystkich rozważaniach powinno być oczywiste, że projekcja cienia nie tylko zniekształca nasz obraz rzeczywistości zewnętrznej, ale także w dużym stopniu zmienia nasze wewnętrzne poczucie własnego ja. Kiedy projektuję jakąś cechę czy emocję jako cień, nadal ją postrzegam, lecz tylko w zniekształconej i złudnej postaci –jawi mi się jako ,,przedmiot zewnętrzny”. Na podobnej zasadzie nadal odczuwam cień, ale tylko w sposób zniekształcony i zakamuflowany — po projekcji cienia odczuwam go tylko jako symptom. A zatem, jak się właśnie przekonaliśmy, jeżeli dokonam projekcji mej wrogości na innych ludzi, odniosę wrażenie, że to oni żywią wrogie uczucia wobec mnie, i zacznę się lękać ludzi. Moja pierwotna wrogość stała się rzutowanym cieniem. Widzę ją zatem tylko u innych ludzi, a w sobie odczuwam ją tylko jako symptom lęku. Mój cień stał się symptomem mej choroby. Kiedy więc staram się pozbyć mego cienia, nie wyzwalam się od niego. Nie zostaję z próżnią, szczeliną czy pustą przestrzenią w obrębie mej osobowości. Zostaję z symptomem, bolesnym przypomnieniem, że nie uświadamiam sobie jakiegoś aspektu siebie samego. Co więcej, kiedy cień stanie się moim symptomem, będę walczył z symptomem, tak jak kiedyś walczyłem z cieniem. Kiedy próbuję się wyprzeć którejś z mych skłonności (cienia), skłonności te zjawiają się pod postacią symptomów, których nienawidzę równie serdecznie, jak kiedyś nienawidziłem cienia. Przypuszczalnie będę się nawet starał ukryć me symptomy (lęk, poczucie niższości, przygnębienie itp.) przed innymi ludźmi, tak jak kiedyś starałem się ukryć cień przed sobą samym. A zatem każdy symptom — przygnębienie, lęk czy nuda — zawiera pewien aspekt cienia, jakąś rzutowaną emocję czy cechę. Ważne jest, by zrozumieć, że naszym symptomom, choćby były bardzo dokuczliwe, nie należy stawiać oporu czy unikać ich, jako że w nich samych zawiera się klucz do ich unicestwienia. Walczyć z symptomem to walczyć z tkwiącym w symptomie cieniem, a przecież właśnie od tego zaczął się cały problem. Pierwszym krokiem w terapii na tym poziomie winno być zrobienie miejsca dla naszych symptomów, pozwolenie, by się rozwinęły, a nawet zawarcie przyjaźni z dokuczliwymi doznaniami o nazwie symptomów, których wcześniej nie mogliśmy ścierpieć.

Musimy dotknąć naszych symptomów świadomie oraz z największą otwartością i akceptacją, na jaką nas stać.

Oznacza to, że musimy dopuścić do siebie odczucia przygnębienia, lęku, odrzucenia, znudzenia, bólu czy wstydu.

Zamiast –jak poprzednio — na wszelkie sposoby stawiać tym odczuciom opór, teraz po prostu pozwalamy im się ujawnić, a nawet czynnie je w sobie rozbudzamy. Zapraszamy symptom do naszego domu, pozwalamy mu się rozgościć, starając się jedynie zachować świadomość symptomu w jego prawdziwej formie.

Taki jest pierwszy krok w terapii, a w wielu przypadkach niczego więcej nie potrzeba, ponieważ z chwilą, gdy prawdziwie zaakceptujemy symptom, przyjmiemy także znaczną część ukrytego w symptomie cienia. Problem zazwyczaj znika. Jeżeli jednak symptom trwa uporczywie, w terapii na poziomie persony przechodzimy do drugiego kroku. Zalecenia są proste, lecz ich wykonanie wymaga czasu i wytrwałości. W ramach długiego kroku dokonujemy świadomego przekładu symptomów z powrotem na ich pierwotną formę. Pomocne mogą być zwroty i wyrażenia podane w tabeli 1 i zalecanym piśmiennictwie. Drugi krok zasadza się na tym, by zdać sobie sprawę, iż każdy symptom jest jedynie sygnałem (lub symbolem) jakiejś nieświadomej skłonności, należącej do cienia. Możesz na przykład odczuwać, że jesteś poddawany silnej presji w miejscu pracy. Jak już widzieliśmy, symptom presji jest zawsze wskazówką, sygnałem, że wkładasz w swą pracę więcej zaangażowania (popędu) niż sądzisz bądź chcesz się przyznać. Być może nie chcesz się otwarcie przyznać do swego zainteresowania i zapału do pracy, toteż pragniesz wzbudzić w innych poczucie winy za wszystkie nadgodziny, za to, że ,,tyrasz za innych” bez słowa podziękowania z ich strony. Możesz też zechcieć przełożyć swe ,,bezinteresowne” zaangażowanie na większe wynagrodzenie. Możesz również nieświadomie stracić kontakt ze swym popędem. Niezależnie od jego przyczyny symptom presji to nieomylny znak, że jesteś do czegoś bardziej zapalony niż sądzisz. Możesz więc przełożyć symptom z powrotem na jego pierwotną i poprawną formę.

„Muszę” przechodzi w „chcę”.

TABELA 1 NAJCZĘSTSZE ZNACZENIE RÓŻNYCH SYMPTOMÓW CIENIA Słowniczek służący do przekładu symptomów z powrotem na ich pierwotne formy w cieniu

SYMPTOM Presja JEGO PIERWOTNA FORMA W CIENIU Popęd

Odrzucenie (,,Nikt mnie nie lubi”)……………………. ,,Mam ich gdzieś!”

Wina (,,Wzbudzasz we mnie poczucie winy”)………………Mam ci za złe twoje wymagania” Niepokój……………………………………………………………Podniecenie

Trema (,,Wszyscy na mnie patrzą”)……………………………….Próżność

Impotencja/Oziębłość………………………..,,Nie chcę go/jej zaspokoić”

Strach (,,Chcą mnie skrzywdzić”)………….Wrogość (,,Jestem wściekły i napastliwy, nie wiedząc o tym”)

Wycofanie ……………………………………..,,Nie chcę was wszystkich!”

Niemoc (,,Nie potrafię tego zrobić”)…………………….,,Nie zrobię tego, do cholery!”

Zobowiązanie (,,Muszę”)………………………………..Pragnienie (,,Chcę”)

Niechęć (,,Nie lubię cię za to a to”)………………..Samoobmawianie się (,,Nie lubię tego a tego u siebie”)

Zazdrość (,,Jesteś taki wspaniały”)……………..,,Jestem trochę bardziej wartościowy niż myślę”

Przełożenie, czy też przeniesienie, jest kluczem do terapii. Na przykład aby zlikwidować presję, nie trzeba stwarzać popędu, czy też starać się odczuć popęd, którego nie ma. Nie twierdzę, że jeżeli zmusisz się do odczuwania popędu i zainteresowania pracą, to nie będziesz czuł presji. Twierdzę natomiast, że jeżeli czujesz presję, niezbędny popęd już jest obecny, lecz ukryty pod postacią symptomupresji. Nie musisz stwarzać popędu i stawiać go obok poczucia presji. Poczucie presji jest bowiem tożsame z popędem, którego ci potrzeba. Musisz po prostu przywrócić poczuciu presji jego pierwotną i poprawną nazwę — popęd. Jest to zatem prosty przekład, a nie stwarzanie. A zatem symptomy nie tylko nie są niepożądane: symptomy są szansą rozwoju. Symptomy to nieomylny sygnał jakiejś rzutowanej do cienia skłonności. Poprzez symptom odnajdujesz cień, a poprzez cień osiągasz rozwój, zniesienie granic, odnajdujesz drogę do adekwatnego i akceptowalnego autowizerunku. Krótko mówiąc, masz szansę zejść z poziomu persony na poziom ego. Można to nieomal wyrazić banalnie prostym równaniem: persona + cień = ego. Byłoby z mojej strony niedopatrzeniem, gdybym zakończył ten rozdział, nie podając prostego klucza do zrozumienia istoty technik terapeutycznych, stosowanych na tym poziomie. Jeżeli nie będziesz zwracał uwagi na techniczny żargon terapeuty analitycznego, tylko postarasz się wyłowić ogólny zamysł jego wypowiedzi, zauważysz, że układają się one w pewien schemat. Jeżeli powiesz, że kochasz swoją matkę, on odpowie, że jej podświadomie nienawidzisz. Jeżeli powiesz, że jej nienawidzisz, on odpowie, że ją podświadomie kochasz. Jeżeli powiesz, że depresja jest dla ciebie męką, on odpowie, że sam ją na siebie sprowadzasz, podświadomie bowiem lubisz się samoudręczać. Jeżeli powiesz, że nie znosisz czuć się upokorzony, on odpowie, że w istocie o niczym innym nie marzysz. Jeżeli jesteś gorąco zaangażowany w religijną, polityczną lub ideologiczną krucjatę, której celem jest nawrócenie innych na twoje przekonania, zasugeruje, że tak naprawdę nie podzielasz tych przekonań, a krucjata ma za cel nawrócenie ciebie samego. Jeżeli powiesz: tak, on odpowie: nie. Jeżeli powiesz: góra, on powie: dół. Jeżeli zamiauczysz, on zaszczeka. A jeżeli w końcu odwarkniesz, że zawsze podejrzewałeś’ się o nienawiść do psychologów, a teraz już jesteś tego pewien, od odpowie, że w istocie jesteś niedoszłym psychologiem terapeutów. i czujesz podświadomą zawiść do wszystkich

Zaczyna to brzmieć infantylnie, ale za pomocą tej przekornej logiki terapeuta, czy sobie z tego zdaje sprawę, czy też nie, usiłuje skonfrontować cię z twymi własnymi przeciwieństwami. Jeżeli przyjrzymy się wszystkim przykładom z tego rozdziału pod tym kątem, zauważymy, że w każdej z tych sytuacji jednostka jest świadoma tylko jednego bieguna z pary przeciwieństw. Nie chcąc zauważyć drugiego bieguna, nie potrafi zrozumieć, że przeciwieństwa stanowią jedność. Ponieważ przeciwieństwa nie mogą istnieć w pojedynkę, jeżeli nie jesteś świadomy obu biegunów, oznacza to, że jeden z nich zesłałeś do podziemia, zepchnąłeś do podświadomości, dokonałeś jego projekcji. Krótko mówiąc, rozdzieliłeś przeciwieństwa granicą, co doprowadzi do bolesnego konfliktu, w którym nie ma zwycięzców, lecz wyłącznie pokonani, ponieważ walczące strony są w istocie dwoma aspektami tego samego. A zatem cień to nic innego jak twoje nieświadome przeciwieństwa. Prostą drogą do wejścia w kontakt z twym cieniem jest zatem wzbudzenie w sobie pragnienia przeciwstawnego wobec tego, które żywisz świadomie. Dowiesz się dzięki temu, jak twój cień patrzy na świat. Spojrzenie to musisz teraz uznać za swoje. Nie oznacza to, że masz wprowadzać w czyn przeciwieństwa swoich pragnień — masz je sobie tylko uświadomić. Jeżeli czujesz, że kogoś bardzo nie lubisz, bądź świadomy tej cząstki siebie, która czuje sympatię do tej osoby. Jeżeli jesteś szaleńczo zakochany, bądź świadomy tej cząstki, której obiekt twej miłości jest zupełnie obojętny. Jeżeli nienawidzisz jakiegoś swojego symptomu, bądź świadomy tego aspektu siebie, który się tym symptomem w sekrecie rozkoszuje. Z chwilą, gdy sobie faktycznie uświadomisz swe przeciwieństwa — zarówno pozytywne, jak i negatywne odczucia wobec jakiejś sytuacji — wiele napięć związanych z tą sytuacją zniknie, ponieważ nie będzie konfliktu przeciwieństw, które to napięcie wywołały. I na odwrót: z chwilą, gdy utracisz jedność przeciwieństw, świadomość obu stron siebie samego, przeciwieństwa zostaną rozszczepione, oddzielone granicą, a zepchnięty do nieświadomości biegun powróci pod postacią dokuczliwego symptomu. Ponieważ przeciwieństwa zawsze są jednością, można je rozdzielić tylko poprzez nieświadomość — selektywną uwagę. Gdy przystąpisz do analizy swych przeciwieństw, swego cienia, swych projekcji, stwierdzisz, że zaczynasz brać na siebie odpowiedzialność za swe uczucia i stany umysłu. Zaczniesz dostrzegać, że konflikty pomiędzy tobą a innymi ludźmi w istocie są konfliktami pomiędzy tobą a twymi rzutowanymi przeciwieństwami. Zaczniesz dostrzegać, że twoje symptomy nie są skutkiem krzywdy, wyrządzonej ci przez otoczenie, lecz skutkiem twego własnego działania, które tak naprawdę pragnąłbyś skierować przeciwko innym. Stwierdzisz, że ludzie i wydarzenia nie są przyczyną twoich złych stanów, a jedynie pretekstem, który pozwala tobie samemu wprowadzić się w zły stan. Odczujesz wielką ulgę, kiedy po raz pierwszy zrozumiesz, że ty sam wytwarzasz swoje symptomy, ponieważ oznacza to zarazem, że możesz przestać to robić, przełożywszy symptomy na ich pierwotną formę. Stajesz się przyczyną swych własnych emocji, a nie ich skutkiem. W tym rozdziale przekonaliśmy się, że próbując wyprzeć się pewnych aspektów naszego ego, otrzymujemy fałszywy i zniekształcony obraz samych siebie, zwany personą. Ogólnie mówiąc, wzniesiona zostaje granica pomiędzy tym, co u siebie lubisz (persona), i tym, czego nie lubisz (cień). Przekonaliśmy się również, że te wyparte aspekty ego (cień) ulegają projekcji, skutkiem czego znajdują się na zewnątrz, w otoczeniu. Z tą chwilą nasze życie staje się walką z cieniami. Granica pomiędzy personą i cieniem przechodzi w linię konfliktu, odbieranego jako symptom. Zaczynamy nienawidzić naszych symptomów z taką samą pasją, z jaką kiedyś nienawidziliśmy naszego cienia, gdy zaś cień ulegnie projekcji na innych ludzi, ich również zaczynamy darzyć nienawiścią. Traktujemy innych jak symptom: coś, co trzeba zwalczyć. Podział jaźni, który następuje na tym poziomie świadomości, rodzi zatem różnorodne formy konfliktu. Stworzyć mniej więcej poprawny autowizerunek — to jest zejść z poziomu persony na poziom ego — to nic innego, jak uzyskać dogłębną świadomość tych aspektów twego ja, o których istnieniu wcześniej nie wiedziałeś. Aspekty te nietrudno dostrzec, ponieważ pojawiają się jako symptomy, przeciwieństwa, projekcje. Aby zreintegrować projekcję, wystarczy obalić granicę, włączyć w siebie cechy i skłonności, uprzednio uważane za obce, zrozumieć i zaakceptować rozmaite swoje potencjalności, negatywne i pozytywne, dobre i złe, sympatyczne i godne potępienia, a tym samym stworzyć stosunkowo poprawny obraz tego wszystkiego, czym jest twój psychofizyczny organizm. Projekcja znika, kiedy zniesie się granice i sporządzi od nowa mapę swej duszy, tak aby dawni wrogowie zostali sprzymierzeńcami, a toczące sekretne wojny przeciwieństwa zawarły przyjaźń. Koniec końców stwierdzisz, że nie wszystko jest w tobie pożądane, ale wszystko można polubić. BIBLIOGRAFIA Chociaż klasyczną terapią na poziomie ego (tj. taką terapią, która pomaga osobie żyjącej jako persona zejść na poziom ego) pozostaje psychoanaliza, nie mogę jej już polecić jako najlepszej, nawet jeżeli miałbyś wystarczająco dużo czasu i pieniędzy. Po pierwsze, istnieją metody co najmniej równie skuteczne, a dużo szybsze. Po drugie, sama analiza często zniekształca obrazy, które rodzą się spontanicznie na głębszych poziomach spektrum, i usiłuje je wtłoczyć w jeden wspólny schemat. Teoria psychoanalizy pozostaje jednak kluczem do zrozumienia dynamiki ego, persony i cienia. Jako dobre wprowadzenie warto przeczytać A Primer of Freudian Psychology Calvina Halla (New York, 1973). Studenci bardziej zaawansowani mogą przeczytać Wstęp do psychoanalizy samego Freuda (wiele wydań). Poważną lekturą jest The Psychoanalytic Theory ofNeurosis Ottona Fenichela (New York, 1972). Z książek poświęconych nowszym technikom terapeutycznym na poziomie persony/ego warto wymienić następujące: William Glasser, Reality Therapy (New York, 1965); A. Ellis i R. Harper, A New Guide to Rational Living (Hollywood, 1975); M. Maltz, Psychocybernetics (Hollywood, 1960); Karen Horney, Self-Analysis (New York, 1942; prace Homey zawierają elementy metody holistycznej, dzięki czemu są przydatne także na poziomie centaura). Self-Psyching M. Werthmana (Los Angeles, 1966) to bardzo dobre kompendium technik, z których większość jest ukierunkowana na poziom ego. Znakomitą książkę The Adjusted American napisali Putney i Putney (New York, 1966); zaczerpnąłem z niej wiele przykładów do niniejszego rozdziału, za co winien jestem autorom wdzięczność. Bardzo skutecznie radzi sobie z cieniem również terapia postaci, ale ponieważ funkcjonuje ona na poziomie centaura, zalecane lektury znajdziesz w następnym rozdziale.

Najskuteczniejszą metodą na poziomie ego mnie osobiście wydaje się analiza transakcyjna. Zachowuje ona najważniejsze elementy freudyzmu, lecz umieszcza je w prostym, jasnym i zwięzłym kontekście. Co więcej, analiza transakcyjna z reguły uznaje możliwość istnienia głębszych poziomów ja, toteż nie tłumi z premedytacją głębszych obrazów. Por. T. Harris, 1’m OK– You’re OK (New York, 1969) oraz Erie Berne, W co grają ludzie (Warszawa, 1987) i What Do You Say After You Say Hello? (New York, 1974).

Hierarchia jak widać robi pod siebie ze strachu przed utratą władzy i wpływów na to co  ludzie myślą i w co wierzą.

Nagle pojawiło się pisemko o Egzorcystach które jest papierową wersją Rozmów w Toku

gdzie uczestnicy mówią to co każą gospodarze programu, byle tylko zwiększyć jego oglądalność.

 

Organizowane są egzorcystyczne spędy na których omawia się techniki manipulowania ludźmi

sposoby wywoływania w nich strachu przed tym przed czym najłatwiej jest ich bronić

czyli przed czymś co nie istnieje na zewnątrz tych osób

a jedynie w ich własnych zabetonowanych dogmatactwami,psychotycznych głowach.

Wakacyjnie: Kopiec Babki Kraka i Kopiec Stradom oraz Wzgórze Wisielców na szwedzkiej mapie z 1773 roku!

Posted in Mitologia Słowiańska, nauka, Starosłowiańska Świątynia Światła Świata by bialczynski on 21 Sierpień 2013

[ostatnia aktualizacja: 27 08. 2013]

Dotarła do nas rzeczona mapa, na którą się kiedyś powoływaliśmy i jeśli mnie oko nie myli to rzeczywiście mamy na niej potwierdzenie dokładnie takiego położenia Kopca Babki Kraka jak w moim opisie. To  miejsce leży obecnie na terenie Parku Bednarskiego, za kościołem Świętego Józefa (to jest grubo powyżej kościoła na wzgórzu). Wybrano stąd olbrzymie masy kamienia – można powiedzieć, że na tym kamieniu z Krzemionek  “Kraków Zbudowano”.

1733-1734bKliknij i powiększ inaczej tego nie zobaczysz. [Nieprawidłowe ułożenie planu w stosunku do północy – o 90 stopni]

A może to Wzgórze Wisielców? Tutaj zidentyfikowane z Zakrzówkiem? Nie. Jednak Wzgórze Szubieniczne w Krakowie było na Zakrzówku. Te skały obok Wzgórza Szubienicznego, które też stało się olbrzymim kamieniołomem i dziurą w ziemi, będącym dzisiaj Zalewem na Zakrzówku, to Skałki Twardowskiego z jego Grotą, która miała być pracownią alchemiczną czarnoksiężnika (prawidłowo mówiąc czarodzieja i poganina, rodzimowiercy).

Kopiec Babki Kraka – MOIM ZDANIEM – leży jednak na Placu Lasoty, tj. tuż obok. W takim razie  czy kopiec, który tutaj jest opisany przez nas jako Kopiec Babki Kraka to jest ten słynny Trzeci Kopiec – opisywany z kolei w przewodnikach PTTK jako Kopiec przy Stradomskiej (Kopiec Stradom) . KOPIEC STRADOM = KOPIEC BABKI KRAKA? Nie. to nie jest możliwe.

Czy Wzgórze Wisielców nie znajdowało się na Lasocie? Albo czy Lasotą nie nazywano nie tego wzgórza co obecnie, lecz Wzgórze Zakrzówek ze Skałkami Twardowskiego? Istnieje szereg poszlak dotyczących pomieszania nazw i tradycji między Zakrzówkiem i Skałami Twardowskiego a Wzgórzem Lasota. Między innymi pracownia alchemiczna Jana Twardowskiego ma dwie lokalizacje: na WZGÓRZU ZAKRZÓWEK-SKAŁKI TWARDOWSKIEGO, ALBO NA WZGÓRZU LASOTA. Jak by nie było, ułożenie kopców Kraka i Babki Kraka względem Skałki i Wawelu wydaje się niepodważalne. Zatemgdzie leżał Kopiec Stradom zwany też “Kopcem przy Stradomskiej”? Wydaje się, ze możliwa jest tylko jedna lokalizacja wskazana również na tej mapie. W tym miejscu gdzie był Kopiec Stradom stoi dzisiaj Hotel Royal, naprzeciw Wawelu  u zbiegu ulicy Grodzkiej i Stradom. Tu jest Kopiec Stradom, którego już nie ma, gdzieś na Plantach – do dzisiaj znajduje się tutaj wysokie wzgórze wzdłuż całej ulicy Gertrudy, na którym posadowione są duże budowle, między innymi kościoły.  Oto jak to wygląda na mapie współczesnej:

Wewel Krak Twardowski Babka Kraka wspolczesna

Oto info z Historycy.org na temat szubienic na wzgórzach kaźni

Miejsca kaźni mieściły się w różnych dziwnych miejscach. Zbójców często zabijano na szczytach gór. W Gorcach np odbywało się to, na najwyższym szczycie, na Turbaczu. Nadal część zbocza, koło Polany Świderowej nazywa się Wisielakówka. Byli to zbójcy skazani wyrokiem sądu w Nowym Targu, który posiadał tzw prawo miecza, czyli prawo do zasądzania wyroków śmierci. Pisze o tym m.in. Kazimierz Sosnowski. Innym miejscem w Gorcach był położony nad Porębą Bucholowym Wierchu. Wg tradycji skazano tam kiedyś dwunastu zbójców za kradzież w Krakowie, wieszano ich na szubienicy, na którą drewno dał dwór. Szubienica stała jeszcze długo, chyba, żeby przypomnieć mieszkańcom o surowości kar. Innymi miejscowościami posiadającymi prawo miecza, a w związku z tym szczególnie znienawidzonymi przez zbójników był Cieszyn, Żywiec, Oświęcim, Kraków, Biecz, czy po węgierskiej stronie Lewocza, Bardejov. Zbójców w Krakowie wieszano na Krzemionkach, w Żywcu na Grojcu (tam chyba skończył słynny Bury, który nawet wieszany na haku śpiewał: „wio Bury do góry”), w moich okolicach wieszano na Makowskiej Górze, górującej nad Makowem Podhalańskim. Nazwą być może związaną ze zbójeckimi kaźniami jest też Szubieniczna Góra, wznosząca się nad Jeziorem Czorsztyńskim w Pieninach Spiskich.

Dokładniej mieściło się ono na dzisiejszym Pl. Lasoty. Tu miedzy innymi nabito na pal Kostkę Napierskiego. Zachowała się też dawna droga, którą szli skazańcy. Obecnie nazywa się Tatrzańska, a kiedyś Na Zbóju.
Druga szubienica miejska w Krakowie była tam gdzie dziś jest więzienie przy ul. Montelupich. Prowadziła do niej z Rynku ul. Sławkowska, a potem: Długa i Pędzichów.

Dodam że ta ostatnia działała dokąd nie zniesiono w Polsce kary śmierci.

Wielcy Polacy: Mikołaj Kopernik (1473 – 1543)

Posted in nauka, Polska, Słowianie by bialczynski on 20 Sierpień 2013

Nikolaus_KopernikusMikołaj Kopernik (łac. Nicolaus Copernicus[1], niem. Nikolaus Kopernikus; ur. 19 lutego 1473 w Toruniu, zm. 24 maja 1543 we Fromborku) – polski[2][3][4] astronom, autor dzieła De revolutionibus orbium coelestium (O obrotach sfer niebieskich)[5] przedstawiającego szczegółowo i w naukowo użytecznej formie heliocentryczną wizję Wszechświata. Wprawdzie koncepcja heliocentryzmu pojawiła się już w starożytnej Grecji (jej twórcą był Arystarch z Samos[6]), to jednak dopiero dzieło Kopernika dokonało przełomu i wywołało jedną z najważniejszych rewolucji naukowych od czasów starożytnych, nazywaną przewrotem kopernikańskim[7].

Od 1497 roku sprawował funkcję kanonika warmińskiego, od 1503 scholastyka wrocławskiego, a od 1511 kanclerza kapituły warmińskiej.

Był wybitnym polihistorem Renesansu, zajmował się między innymi astronomią, matematyką, prawem, ekonomią, strategią wojskową, astrologią[8][9], był także lekarzem oraz tłumaczem.

Mikołaj Kopernik urodził się 19 lutego 1473 roku w Toruniu, przy ul. Św. Anny (obecnie ul. Kopernika), w rodzinie kupca Mikołaja i Barbary[10] pochodzącej z rodziny Watzenrode (zm. po 1495).

Ród Koperników pochodził ze śląskiej wsi Koperniki nieopodal Nysy. W XIV wieku członkowie tej rodziny osiedlali się w miastach księstw śląskich (Ząbkowice, Nysa, Wrocław, Zgorzelec), następnie w dużych miastach Polski (Kraków – 1367, Lwów – 1439) i państwa zakonu krzyżackiego (Toruń – 1400). Ojciec astronoma Mikołaj Starszy wywodził się z krakowskiej linii rodziny, która została przyjęta do prawa miejskiego pod koniec XIV w. W źródłach jest po raz pierwszy poświadczony w 1448 r. jako krakowski kupiec hurtownik, prowadzący handel miedzią z Gdańskiem. W czasie wojny trzynastoletniej, w sierpniu 1454, brał udział w negocjacjach finansowych pomiędzy kardynałem Zbigniewem Oleśnickim a miastami pruskimi. Około 1458 przeniósł się do Torunia, gdzie przed 1464 zawarł małżeństwo z Barbarą Watzenrode[11].

Z małżeństwa z Barbarą Mikołaj miał czworo dzieci: Andrzeja, Barbarę, Katarzynę i Mikołaja. Osieroconym po śmierci ojca (1483) Mikołajem zaopiekował się brat matki Łukasz Watzenrode, wybrany w 1489 roku na biskupa warmińskiego.

Edukacja i młodość

Mikołaj Kopernik ukończył w 1491 roku naukę w szkole parafialnej przy kościele św. Jana w Toruniu, (w którym to kościele był również ochrzczony). W tej szkole nauczył się łaciny, podstaw matematyki i astronomii. Na przełomie 1491/1492 rozpoczął studia na Akademii Krakowskiej, wpisując się do metryki jako Nicolaus Nicolai de Thuronia. Czasy jego krakowskich studiów przypadły na okres świetności tzw. krakowskiej szkoły astronomiczno-matematycznej. Był m.in. uczniem astronoma Wojciecha z Brudzewa. Studia ukończył bez uzyskania tytułu magister artium w 1495. W tym też roku został kanonikiem warmińskim, funkcji tej jednak jeszcze wtedy nie objął wobec oporu kapituły warmińskiej.

Dzięki staraniom wuja Łukasza w 1496 roku rozpoczął studia prawnicze w Bolonii, wpisując się w styczniu 1497 do albumu nacji niemieckiej bolońskiego Uniwersytetu Jurystów (ówczesny podział uniwersytetów na nacje nie miał nic wspólnego z segregacją narodową – do nacji niemieckiej zaliczano wówczas m.in. Polaków, Czechów i Węgrów). W Bolonii został bliskim współpracownikiem astronoma Dominika Marii Novary. Pod jego wpływem, ugruntowanym lekturą świeżo wydanego dzieła Epitome in Almagestum Ptolomei Georga von Peurbacha i Regiomontanusa (Wenecja 1496), rozpoczął badanie sprzeczności w teorii ruchu Księżyca, opisanej przez Klaudiusza Ptolemeusza, wynikających z założeń teorii geocentrycznej. 9 marca 1497 przeprowadził w Bolonii obserwację Aldebarana, najjaśniejszej gwiazdy w gwiazdozbiorze Byka, która to obserwacja potwierdziła tylko jego wątpliwości.

20 października 1497 objął przez pełnomocników kanonię warmińską. W roku 1500 odbył wraz z bratem Andrzejem Kopernikiem praktykę prawniczą w kancelarii papieskiej w Rzymie. Tam obserwował w nocy z 5 na 6 listopada zaćmienie Księżyca. W Wiecznym Mieście dał serię prywatnych wykładów, podważających współczesne mu założenia matematyczne astronomii. W 1501 na krótko powrócił na Warmię, po czym uzyskał zgodę kapituły warmińskiej na rozpoczęcie kolejnych studiów medycznych w Padwie, kontynuując studia prawnicze. Wraz z bratem Andrzejem wkrótce udał się do Włoch.

10 stycznia 1503 do sprawowanych przez siebie funkcji kościelnych przydał jeszcze scholasterię wrocławską św. Krzyża. 31 maja 1503 roku w Ferrarze został doktorem prawa kanonicznego. W Padwie skończył studia medyczne i uzyskał prawo do wykonywania praktyki lekarskiej.

Działalność

Przekład dzieła Teofilakta Symokatty, na okładce: herby Polski, Litwy, Krakowa

Z nominacji kapituły warmińskiej został w 1507 roku osobistym sekretarzem i lekarzem swojego wuja biskupa warmińskiego Łukasza Watzenrode. Odtąd rezydował i mieszkał na zamku w Lidzbarku Warmińskim. Brał udział prawie we wszystkich czynnościach dyplomatycznych i administracyjnych biskupa. Uczestniczył m.in. w zjazdach stanów Prus Królewskich. W 1507 był obecny na koronacji Zygmunta I Starego w katedrze wawelskiej. W 1509 uczestniczył w sejmie krakowskim.

Wtedy też dał do druku w krakowskiej oficynie Jana Hallera swój przekład prozą na łacinę z greki zbioru 85 wierszy w postaci fikcyjnych listów “obyczajowych, sielskich i erotycznych” bizantyjskiego historyka z VII wieku Teofilakta Symokatty, wydany pod tytułem Theophilacti scolastici Simocati epistolae morales, rurales et amatoriae interpretatione latina z dedykacją swemu wujowi biskupowi warmińskiemu Łukaszowi Watzenrode.

W tym samym roku opracował tzw. komentarzyk pod tytułem Nicolai Copernici de hypothestibus motuum coelestium a se constitutis commentariolus o teoriach ruchu ciał niebieskich, zarys teorii heliocentrycznej i rozpowszechnił go w licznych odpisach. Fragment tego dzieła zamieścił Tycho Brahe w swoim traktacie Astronomiae instauratae progymnasmata, wydanym w Pradze w 1602.

W roku 1510 przeniósł się do Fromborka i sporządził mapę Warmii[12]. Pierwszym utworem poetyckim Kopernika był zamieszczony w epitalamium Jana Dantyszka grecki epigramat z 1512, napisany z okazji ślubu Zygmunta Starego z Barbarą Zápolyą.

W kwietniu 1512 uczestniczył w wyborze nowego biskupa warmińskiego Fabiana Luzjańskiego. Wraz z kapitułą warmińską podpisał 7 grudnia 1512 tzw. układ w Piotrkowie, który gwarantował kapitule prawo wyboru biskupa. Złożył następnie przysięgę wierności królowi Polski Zygmuntowi I. Na apel Soboru Laterańskiego w 1513 roku opracował i wysyłał do Rzymu własny projekt reformy kalendarza. Wówczas też otrzymał od kapituły warmińskiej dom we Fromborku, gdzie w 1514 kupił na własność za 175 grzywien srebra basztę północno-zachodnią w obrębie wewnętrznych murów warowni fromborskiej. Było to miejsce dogodne do obserwacji astronomicznych, a na jej zapleczu zbudował płytę obserwacyjną (pavimentum) i sporządził wzorowane na starożytnych instrumenty astronomiczne (kwadrant, triquetrum i sferę armilarną). We Fromborku przeprowadził około 30 zarejestrowanych obserwacji astronomicznych. Obserwował m.in. Marsa i Saturna, przeprowadził serię czterech obserwacji Słońca. Odkrył wówczas zmienność mimośrodu Ziemi i ruch apogeum słonecznego względem gwiazd stałych.

W 1516 został wybrany przez kapitułę warmińską administratorem dóbr wspólnych kapitulnych, z siedzibą w Olsztynie. Stąd w latach 1516–1521 zarządzał folwarkami kapituły w komornictwach olsztyńskim i melzackim. W latach 1516–1519 przeprowadził zakrojoną na szeroką skalę akcję kolonizacji opuszczonych łanów we wsiach, będących w posiadaniu kapituły. Świadectwem tego są sporządzone przez niego regesty Locationes mansorum desertorum. W czasie wojny polsko-krzyżackiej 1519–1521, wobec opuszczenia Warmii przez większość członków kapituły, na barkach Kopernika spoczęło zadanie obrony zamków warmińskich. Wzmocnił wówczas m.in. fortyfikacje zamku olsztyńskiego, tak, że nadciągające w 1521 wojska krzyżackie zrezygnowały z jego oblężenia.

W styczniu 1520 został wydelegowany przez kapitułę do negocjacji z wielkim mistrzem zakonu krzyżackiego Albrechtem Hohenzollernem w sprawie zwrotu zagarniętego przez Krzyżaków Braniewa. W dowód uznania kapituła przyznała Kopernikowi tytuł komisarza Warmii. Do zadań tego urzędu należała odbudowa gospodarcza zniszczonego w czasie wojny dominium warmińskiego. 25 lipca 1521 na Sejmie Stanów Pruskich w Grudziądzu Kopernik wystąpił z napisaną przez siebie mową Querela Capituli contra mgrum Albertum et eius ordinem super iniuriis irrogatis 1521 sub induciis belli (Skarga kapituły na mistrza Albrechta i jego zakon z powodu krzywd wyrządzonych w roku 1521 podczas zawieszenia broni).

W 1517 powstała nieoficjalnie pierwsza wersja traktatu monetarnego zidentyfikowana jako napisana przez Mikołaja Kopernika[13]. W 1519 napisał on drugą wersję traktatu monetarnego, różnie nazywaną, w zależności od tłumaczenia i przekładu, między innymi Traktatem o monetach. Na zjeździe stanów Prus Królewskich w Grudziądzu (rozpoczętym 17 marca 1522 roku)[14], wygłosił publicznie traktat o monetach (21 marca)[15]. Kopernik w zwięzły sposób sformułował pięć podstawowych postulatów, współcześnie nazywanych monetarnymi, które zostały wyjaśnione poprzez przykłady, porównania i paralele historyczne. Kopernik opowiadał się między innymi za ścisłą kontrolą liczby mennic działających na obszarze Prus. Myśl ekonomiczna, w dziedzinie określanej obecnie jako polityka pieniężna, została później jeszcze bardziej rozwinięta. W 1528 Kopernik ukończył dzieło tłumaczone jako Sposób bicia monety.

De revolutionibus orbium coelestium, 1543.

W czasie wojny polsko-krzyżackiej w latach 1520–21, na zamku w Olsztynie w dniu 16 listopada 1520 roku własnoręcznie zredagował list do króla Zygmunta Starego prosząc go o pomoc zbrojną przeciw Krzyżakom i zapewniając o wierności pisał, że czynić będzie to, “co przystoi ludziom szlachetnym i uczciwym oraz bez reszty oddanym Waszemu Majestatowi – nawet jeśliby przyszło zginąć”. List Kopernika został przejęty przez Krzyżaków i nie dotarł do adresata. Jednakże król inną drogą dowiedział się o zagrożeniu głównej twierdzy w południowej Warmii i w końcu listopada 1520 nadesłał posiłki – stu zbrojnych pod dowództwem Henryka Peryka z Janowic[16].

Śmierć Mikołaja Kopernika, grafika Aleksandra Lessera

Współpracował z Bernardem Wapowskim w opracowaniu mapy Królestwa Polskiego i Litwy.

W 1537 został zatwierdzony przez króla jako jeden z czterech kandydatów na biskupa warmińskiego.

W latach 1538-39 biskup Jan Dantyszek posądził Mikołaja Kopernika o konkubinat, nakazując mu zwolnić gospodynię, Annę Schilling i przygotowując proces kanoniczny[17].

W Bazylei w 1541 roku wyszło drukiem drugie wydanie Narratio prima, a Mikołaj Kopernik dokonał ostatniej w swym życiu obserwacji astronomicznej (zaćmienia Słońca).

W 1629 Jan Brożek odnalazł i opublikował łaciński poemat Mikołaja Kopernika Septem sidera.

Zmarł we Fromborku 24 maja 1543 roku na skutek wylewu.

Swój bogaty księgozbiór przekazał w testamencie diecezji warmińskiej. Książki te wraz z archiwum biskupów warmińskich i księgozbiorem kapituły warmińskiej[18] w 1626 roku wpadły w ręce Szwedów, którzy splądrowali bibliotekę przy katedrze we Fromborku. Z polecenia Gustawa II Adolfa zbiory te trafiły do biblioteki uniwersyteckiej w Uppsali. Dzięki takim kulturalnym aspiracjom Gustawa Adolfa biblioteka w Uppsali posiada najsłynniejsze na świecie kopernikana. Ze szwedzkiego raportu Bibliotheca Copernicana z 1914 roku wynika, że z 46 tomów kopernikańskich z notatkami astronoma 39 znajduje się w bibliotece uniwersyteckiej w Uppsali, dwa w uppsalskiej bibliotece Obserwatorium Astronomicznego i jeden w Szwedzkiej Bibliotece Narodowej. Obecnie zbiory te są obiektem polsko-szwedzkich projektów naukowych[19].

Kopernikowska wizja wszechświata z De revolutionibus orbium coelestium

Wkład Kopernika w rozwój nauki

Pierwsze wydanie epokowej pracy De revolutionibus orbium coelestium, dedykowanej papieżowi Pawłowi III[20], wydrukowane zostało w Norymberdze[21] w 1543 r. w nakładzie 400–500 egzemplarzy. Egzemplarz pierwszego wydania znajdował się w zbiorach Collegium Hosianum w Braniewie. W 1626 roku dzieło to wraz z innymi łupami trafiło do Szwecji.

  • rozpowszechnienie teorii heliocentrycznej (astronomia), pierwszy raz sformułowanej przez Arystarcha z Samos;
  • sformułowanie prawa Kopernika-Greshama (ekonomia);
  • sformułowanie twierdzenia Kopernika (geometria).

Przeciwko systemowi Kopernika wystąpili w oparciu o Biblię m. in. Marcin Luter i Filip Melanchton. Według teologów katolickich teoria Kopernika nie była udowodniona w stopniu, który usuwałby wątpliwości natury naukowej i teologicznej. Najwybitniejsi filozofowie i astronomowie epoki: Tycho Brahe, Justus Lipsius, Joseph Scaliger, Francis Bacon opowiadali się za systemem Ptolemeusza. W 1620 roku Kongregacja Indeksu Ksiąg Zakazanych uznała, że nowej teorii nie można podawać jako pewnik, zezwalając jednak na traktowanie jej jako hipotezy. Dopiero w 1757 roku dzieło Kopernika zdjął z indeksu papież Benedykt XIV[22].

Odnalezienie grobu Kopernika i ponowny pogrzeb

Sarkofag ze szczątkami Kopernika w Bazylice katedralnej w Olsztynie

Grobu Mikołaja Kopernika poszukiwano kilkakrotnie. Pierwsze takie prace podjęło Warszawskie Towarzystwo Naukowe w 1802 roku, kolejne przeprowadzono w 1909 i 1939. Prawdopodobnie w czasie II wojny światowej poszukiwania prowadzili także Niemcy, a po jej zakończeniu Rosjanie. Wszystkie te próby zakończyły się niepowodzeniem.

Od roku 2004 podejmowane były próby odnalezienia grobu Kopernika w archikatedrze we Fromborku przez zespół prof. Jerzego Gąssowskiego oraz pracowników Instytutu Antropologii i Archeologii Wyższej Szkoły Humanistycznej w Pułtusku. Zespół opierał się na zmodyfikowanej przez olsztyńskiego historyka – dr Jerzego Sikorskiego[23] teorii niemieckiego badacza dziejów Kopernika – Leopolda Prowego[24], który zwrócił uwagę, że do XVIII wieku obowiązywał zwyczaj oddawania kanonikom pod dożywotnią opiekę poszczególnych ołtarzy w katedrze, pod którymi spoczywali po śmierci. Kopernik był kanonikiem fromborskiej katedry, z dokumentów pisanych wynikało, że jego pieczy powierzono ołtarz Świętego Krzyża. Dlatego pod tym ołtarzem prowadzone były wykopaliska[25]. W 2004 nie udało się odnaleźć szczątków astronoma, lecz podczas poszukiwań odkryto kilka innych grobów z różnych epok. W 2005 roku poszukiwania zaowocowały odnalezieniem trumien i kilku szkieletów. Dokładne wyniki badań potwierdziły, że jeden z niekompletnych szkieletów należał najprawdopodobniej do Kopernika. Świadczy o tym m.in. pozytywny wynik porównania zrekonstruowanego, prawdopodobnego wyglądu twarzy na podstawie odnalezionej czaszki pochowanej osoby (wykonanego przez podinspektora mgr Dariusza Zajdla, eksperta z zakresu antroposkopii kryminalistycznej z Centralnego Laboratorium Kryminalistycznego Komendy Głównej Policji w Warszawie) z zachowanymi portretami astronoma[26]. Na etapie prowadzonych badań antropometrycznych i dokumentacyjnych wykonano także trójwymiarowe (3D) skanowanie czaszki (wykonane przez antropologa mgr Sebastiana Tyszczuka i Pracownie Pomiaru Przestrzennego 3Database.pl), dokumentacja taka pozwoli między innymi na wykonanie rekonstrukcji twarzy metodą Gierasimowa w oparciu o model czaszki wykonany z tworzywa sztucznego w technice produkcji sterowanej numerycznie. W przypadku potwierdzenia postawionej przez archeologów tezy o odnalezieniu czaszki Mikołaja Kopernika, uzyskano by formę odlewniczą do wykonania naturalistycznego modelu głowy i popiersia Mikołaja Kopernika w chwili śmierci.

Rekonstrukcja twarzy metodą plastyczną (metoda Gierasimowa) stanowić będzie także weryfikację poprawności wcześniej wykonanej zmodyfikowanej rekonstrukcji graficznej. Wiadomo, że w nowej rekonstrukcji Kopernik będzie miał jasne oczy[27].

Metody plastycznej nie można było zastosować bez uzyskania kopii czaszki. Metoda ta polega na oblepianiu czaszki masą plastyczną – zgodnie z morfologią budowy czaszki oraz średnimi grubościami tkanki miękkiej. W metodzie Gierasimowa oblepiona masą plastyczną czaszka stanowi szkielet dla wykonanej rekonstrukcji.

Potwierdzenie autentyczności odnalezionej czaszki początkowo zamierzano uzyskać dzięki zbadaniu DNA[27] biskupa warmińskiego i zarazem wuja astronoma Łukasza Watzenrode, lub innych jego krewnych, jednak miejsca ich pochówków są obecnie nieznane. Ostatecznie, pozytywna identyfikacja szczątków Kopernika stała się możliwa w roku 2008 dzięki należącej do astronoma księdze Stöfflera, ktorą po potopie Szwedzi zrabowali a obecnie jest w muzeum w Uppsali. Materiał genetyczny pobrany z kilku włosów znalezionych w księdze w dwóch okazał się identyczny z materiałem genetycznym osoby, której szczątki odnaleziono w katedrze fromborskiej[27][25]. Syn Mikołaj odziedziczył od Barbary Kopernik haplogrupę H[27].

19 lutego 2010 roku, w 537 rocznicę narodzin astronoma IUPAC nazwało pierwiastek 112 copernicium. W tym samym dniu w Bazylice katedralnej św. Janów w Toruniu odbyła się uroczysta msza, podczas której był wystawiony sarkofag z doczesnymi szczątkami Mikołaja Kopernika. Następnie sarkofag został przewieziony do Olsztyna, gdzie do 16 marca wystawiony był na widok publiczny w Bazylice konkatedralnej św. Jakuba, a następnie do 21 maja na Zamku Kapituły Warmińskiej. Stamtąd 21 maja sarkofag został przewieziony do Fromborka, gdzie 22 maja w Bazylice Katedralnej odbyła się ponowna ceremonia pogrzebowa Mikołaja Kopernika. W drodze do Fromborka kondukt z sarkofagiem Kopernika zatrzymał się w miastach z nim związanych – Dobrym Mieście, Lidzbarku Warmińskim, Ornecie, Pieniężnie i Braniewie. Prezentacja szczątków Kopernika otrzymała publiczne wsparcie finansowe – marszałek województwa kujawsko-pomorskiego Piotr Całbecki przeznaczył na ten cel 270 000 złotych[28].

  • MF Mikołaj Kopernik
  • kopernicja
  • pomnik Mikołaja Kopernika w Warszawie
  • pomnik Mikołaja Kopernika w Toruniu
  • pomnik Mikołaja Kopernika w Łodzi
  • Kopernik (krater księżycowy)
  • Kopernik (krater marsjański)
  • (1322) Coppernicus
  • licea Ogólnokształcące im. M. Kopernika
  • Federacja Miast Kopernikowskich
  • okręt ORP Kopernik
  • Port lotniczy Wrocław-Strachowice im. M. Kopernika
  • Rok Kopernikański
  • Szlak Kopernikowski
  • Uniwersytet Mikołaja Kopernika
  • Centrum Astronomiczne im. Mikołaja Kopernika PAN
  • prawo Kopernika-Greshama w ekonomii
  • lokacje łanów opuszczonych
  • Wydział Nauk Medycznych UWM im. Mikołaja Kopernika
  • Oratorium Braniewskie “Mikołaj Kopernik”

Janusz Pagaczewski – Gdzie obserwował i mieszkał Mikołaj Kopernik

Janusz Pagaczewski (1906 – 1975) był bratem Stanisława Pagaczewskiego, autora trylogii o Profesorze Gąbce, astronomem i sejsmologiem i wielkim popularyzatorem wiedzy o astronomii wśród młodzieży. Zawdzięczamy mu poniżej opisane odkrycie obserwatoriów i mieszkań Mikołaja Kopernika. Przez całe życie związany był z Krakowem i od przedwojnia z Obserwatoriami Astronomicznymi, zwłaszcza tym w krakowskich Przegorzałach.

Mikołaj Kopernik (1473-1543) – słynny obraz Jana Matejko

Poniższy artykuł został opublikowany w miesięczniku “Urania” w czterech kolejnych numerach z lutego, marca, kwietnia i maja 1973 r. Publikacja za zgodą redakcji czasopisma “Urania-Postępy Astronomii”.

Tekst pochodzi ze strony: http://stalker.republika.pl/obserwatoria_Kopernika.html , tekst jest objęty licencją Creative Commons 3.0 Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Na tych samych warunkach 3.0 Polska (http://creativecommons.org/licenses/by-nc-sa/3.0/pl/deed.pl)

Część 1. Mit o obserwatorium na ganku obronnym

Na wstępie należy stwierdzić, że dawniejsi biografowie Kopernika nie zdawali sobie jasno sprawy, z jakiego miejsca dokonywał on we Fromborku obserwacji ani na czym ustawiał on swoje drewniane, nieporęczne i ciężkie narzędzia.

Leopold Prowe uważał, że Mikołaj Kopernik wybrał sobie na mieszkanie jedną z wież w murach obronnych opasujących Katedrę, mianowicie północno-zachodnią, tylko dlatego, że “dla swoich obserwacji nieba potrzebował podwyższonego i możliwie wolno położonego obserwatorium”. Wieżę tę kwalifikuje Prowe — laik w sprawach astronomii — jako względnie korzystną dla obserwacji astronomicznych, imputując czytelnikowi w pełnych emfazy słowach, że Kopernik musiał ją zajmować od samego początku swego pobytu we Fromborku, tj. od wiosny 1512 r., czego jednak wcale nie uzasadnia. Tak oto tworzą się mity, i to za pośrednictwem skądinąd bardzo solidnych i zasłużonych badaczy.

Prowe podaje też opis wieży Kopernika: “Curia Copernicana, zwana także wieżą (turris) lub wieżyczką (turricula) starszego pochodzenia i staranniej niż inne zbudowana, zawiera oprócz sutereny trzy kondygnacje [w istocie cztery — przypis JP oraz zdjęcie]. Sięgający do jej drugiego piętra mur obronny otaczający wzgórze katedralne łączy ją z niższą wieżą bramną dziedzińca katedralnego. Przez drzwi, które istniały jeszcze za poprzedniego pokolenia, można było bezpośrednio z wieży wejść na rozszerzający się w rodzaj ganku mur. Ten ganek wykorzystał Kopernik — oprócz wieży — do obserwacji”.

Na czym opierał się Prowe, formułując w r. 1883 w ten sposób swoje twierdzenie? Otóż cytuje on w przypisie niepewne i nieco mętne świadectwo szwajcarskiego fizyka i matematyka Johanna Bernoulliego, który w podróży po Brandenburgii, Pomorzu i Prusach zahaczył w 1778 r. o Frombork, by zwiedzić pamiątki po Koperniku: “Wziął nas natychmiast ze sobą i po zwiedzeniu mieszkania Kopernika poprowadził nas schodami na górę do czystego pokoju, z którego rozlegał się piękny widok, i w którym znajdował się portret Kopernika dobrze zachowany, ale zapewne w nowszych czasach malowany. Tutaj miał ten największy z kosmologów i astronomów wykonać większość swoich obserwacji; z tego pokoju idzie wąski ganek do blisko położonej dzwonnicy, który to ganek pod gołym niebem służył czasem do obserwacji”.

Relacja ta, krótka i niedokładna, relacjonuje po prostu tradycję zakorzenioną w końcu XVIII wieku we Fromborku, że Kopernik wykonywał swoje obserwacje częściowo z okien wieży, a częściowo z obronnego ganku biegnącego wzdłuż murów. Ganek ten, o szerokości około jednego metra, nie był nakryty dachem i opasywał wieżę od wschodu i południa, łącząc się z dalszymi gankami prowadzącymi do wieży bramnej i oktogonu z dzwonnicą. Na ganek ten miały wychodzić rzekomo drzwi z najwyższego pokoju wieży i który miał jakoby Kopernik używać do celów obserwacji. Tradycję tę przekazywał Bernoulliemu ówczesny proboszcz katedry, kanonik Borowski. Bernoulli zastrzega się zresztą, że to nie jest pewne, gdyż pisze ostrożnie: “według wszelkiego prawdopodobieństwa”.

Architekci z Politechniki Warszawskiej badając wieżę w latach 1948-1964 znaleźli zamurowane drzwi na miejscu później wprawionego okna wschodniego tylko na czwartej kondygnacji wieży, a więc na wyższym poziomie ganków obronnych. Na ostatniej zaś, piątej kondygnacji, żadnych starych otworów drzwiowych nie znaleziono.

Należy w tym miejscu jak najmocniej podkreślić charakterystyczną okoliczność, że w relacji Bernoulliego nie ma nigdzie mowy o żadnym tarasie obserwacyjnym ani o rozbudowanym czy też poszerzonym ganku. Gdyby taki istniał, szwajcarski uczony musiałby go zauważyć podczas zwiedzania wieży. Pisze on tylko o małym ganku i przypuszczalnie chciał przez to podkreślić, że był on wąski. Przeciętna szerokość ganków obronnych wynosiła około metra, nie nadawały się więc one do ustawiania dużych narzędzi.

Okazuje się więc, że notatka Bernoulliego, ceniona prawdopodobnie wysoko przez Prowego jako źródło historyczne, nie wytrzymuje krytyki. Opierając się na niej Prowe popełnił błąd, który powtarzali za nim bezkrytycznie następni kopernikolodzy, np. Eugen Brachvogel, nie wyłączając naszego Jeremiego Wasiutyńskiego. Ten ostatni opisuje ze szczegółami widok z okien pracowni Kopernika, nie będąc nigdy we Fromborku.

W opisie Bernoulliego i tych, którzy mu zawierzali, kryje się zatem źródło mitu o wieży Kopernika — Turris Copernicana — jako równoznacznej z jego obserwatorium. Brachvogel, fromborski wikary katedralny w latach 1912-1942, rozwinął ów mit do maksymalnych granic, wmawiając dodatkowo czytelnikom istnienie “poszerzonego ganku drewnianego” do ustawiania narzędzi — tak dalece obserwacja z wąskiego ganku obronnego wydawała się wszystkim nieprawdopodobna i nie przemawiająca do przekonania. Tak też namalował Kopernika Jan Matejko ok. r. 1873, gdy w zachwycie nad pięknem i tajnikami wszechświata siedzi na jakimś ganku opodal instrumentu zwanego triquetrum. W jakiejś więc mierze i Matejko, wspaniały malarz ale nie historyk nauki (w treści jego obrazu kryje się szereg znanych anachronizmów), przyczynił się do rozpowszechnienia owego mitu.

Minimalne rozmiary hipotetycznego balkonu czy ganku, potrzebnego do obserwacji, trzeba by ocenić co najmniej na 2×2 lub 3×3 metry. Jednakże ani architektom, ani archeologom (kopiącym w tym celu w 1963 r. pod wieżą) nie udało się odnaleźć śladów domniemanego balkonu, po którym musiałby zostać jakiś fundament, jeśli miał on stanowić względnie stabilną podstawę dla ciężkich instrumentów. Może i Matejko korzystał z pamiętników Bernoulliego; na pewno opierał się na zdjęciach fotograficznych nadesłanych z trudno wówczas dostępnego dla Polaka Fromborka. Zdjęcia te są przechowywane w Domu Jana Matejki w Krakowie.

Na tę sprawę, powikłaną przez historyków niemieckich, pada wiązka światła ze strony polskiej. Mianowicie Jan Śniadecki napisał w 1802 r. pierwszą w języku polskim rozprawę o Mikołaju Koperniku, tłumaczoną na wiele języków obcych.

Jest tam wiadomość o podróży naukowej Tadeusza Czackiego i Marcina Molskiego po dawnych polskich Prusach i Warmii, przedsięwziętej z ramienia Towarzystwa Naukowego Warszawskiego w celu poszukiwania pamiątek po wielkim astronomie. Obaj uczeni zreferowali Śniadeckiemu naukowe wyniki swej podróży w liście datowanym w Królewcu dnia 12 sierpnia 1802 r., zamieszczonym przez Śniadeckiego w przypisach: “W drodze naszej przedsięwziętej dla zebrania pamiątek zgasłej Ojczyzny, szukaliśmy także Mikołaja Kopernika pomników. Odkrycia nasze, chociaż małe, składamy i z naszej chęci i z woli Zgromadzenia przed tym, który rozbiór dzieł jego z opisem życia przedsięwziął… Mikołaj Kopernik był kanonikiem warmińskim i administratorem dóbr kapitulnych Olsztyn. Dzieląc w obydwu miejscach swoje bawienie, w jednym i drugim miał swoje Gwiazduważnie, czyli Obserwatoria… Pokazują nad drzwiami wykutą dziurę, przez którą promienie słoneczne wpuszczone były od punktów naznaczonych w drugiej izbie, lecz sześć lat temu dopiero, jak teraźniejszy mieszkaniec kilkunastą cegłami te próżne miejsca złożył [Śniadecki komentuje: „Był to zapewne gnomon astronomiczny, który sobie w swym mieszkaniu sporządził Mikołaj Kopernik do czasu południa, do wysokości południowych Słońca, do obserwacji Solstitiorum et Aequnoctiorum i dochodzenia pochyłości ekliptyki”]… Wieża bliska, na którą wchodził Mikołaj Kopernik i tam noce trawił, jest źle utrzymywana, a na dole więźnie teraz osadzeni, kajdanami brzęczą”.

Najistotniejszy jest następujący ustęp: “Byliśmy w jego domu: niewielką na wyższym piętrze zawiera izbę, z której jest galeria do dawnej jego Gwiazduważni i schody jeszcze z dołu można w ułomku widzieć”. “Galerią” tą musiał więc Kopernik dochodzić do jakiegoś opodal leżącego miejsca, najprawdopodobniej do jednej z sąsiednich wież. Mogła to być zarówno baszta bramna, jak i nieco dalszy, lecz bardziej nadający się do tego celu bastion ośmioboczny. Autorzy listu wcale nie sugerują, że tą “gwiazduważnią” miała być wieża Mikołaja Kopernika lub poszerzony ganek obronny, zwany przez nich “galerią”.

Rozważając źródła polskie należy przytoczyć nadzwyczaj interesującą wzmiankę w pamiętnikach podróży Juliana Ursyna Niemcewicza. Pisze on: “Trwa dotąd kanoniczne mieszkanie, które wielki ten człowiek zajmował. Składa się z niewielkiego przedpokoju, pokoju i alkierza. Na drugiej stronie izba do ksiąg i nauki; z niej ganek wąski drewniany, spróchniały już całkiem, prowadzący do wieżyczki, gdzie było obserwatorium”.

Podobnie więc jak Czacki i Molski, wskazuje Niemcewicz na jakąś wieżyczkę, gdzie miało był obserwatorium. Widocznie chodziło tu jednak o inną wieżę (“wieżyczkę”) niż ta, w której znajdowało się mieszkanie — wszak trzeba było do niej dopiero dochodzić po drewnianym, wąskim ganku, spróchniałym już w czasie pobytu Niemcewicza we Fromborku w 1817 r. i prawdopodobnie wkrótce potem rozebranym. Wiadomość o obserwatorium ma duże cechy prawdopodobieństwa, jak to okaże się dalej, natomiast opis mieszkania Kopernika nie może mieć wartości, gdyż izby w wieży były od czasu śmierci astronoma wielokrotnie przebudowywane przez kolejnych lokatorów.

W sumie można zatem stwierdzić, że ani Bernoulli w 1778 r., ani Czacki i Molski w 1802 r., ani Niemcewicz w 1817 r. nie widzieli przy wieży Kopernika żadnego pomostu czy ganku, który mógłby ich zdaniem służyć astronomowi jako miejsce obserwacji. Przeciwnie, mówią o ganku, którym się dopiero idzie do miejsca obserwacji. W sprawie obserwacji i obserwatorium Kopernika wypowiada się także Brachvogel. Powracał on do wersji szerzonej przez Prowego, a więc uznającej Turris Copernicana równocześnie za pracownię, mieszkanie i obserwatorium astronoma. Toteż praca ta byłaby właściwie mało ciekawa, gdyby nie zawierała niezmiernie interesującej wzmianki o wypowiedzi współczesnego Kopernikowi kanonika Dytryka z Radzynia. Brachvogel pisze, że kanonik ten w swoich wspamnieniach mówi o “obserwatorium z rusztowaniem, stołkiem obserwacyjnym i wałem, przeto o jakiejś budowie w terenie i o wieży, nie wspominając o żadnym balkonie albo ganku obronnym”. Brachvogel nie komentuje tego arcyciekawego znaleziska — jest nim wyraźnie zaskoczony. Niestety, cytuje w tym miejscu jedynie Spicilegium Copernicanum F. Hiplera, gdzie na str. 115 można znaleźć wprawdzie pewne szczegóły o samym Dytryku z Radzynia, nie ma natomiast żadnych cytatów z jego pism czy listów, a w szczególności wyżej cytowanego fragmentu. Wiadomo, że Dytryk z Radzynia należąc do grona najbliższych przyjaciół Kopernika był obok Niederhoffa, Donnera i Loitscha jednym z wykonawców testamentu astronoma. Toteż znalezienie oryginału tego dokumentu, tak cennego dla naszego problemu, mogłoby mieć olbrzymie znaczenie.

Notatka brzmi bardzo wiarygodnie i przekonywująco. Wszak oprócz narzędzi musiał Kopernik posiadać jakiś zydel obserwacyjny, służący chociażby do zapisywania dostrzeżeń. W niektórych pozycjach, zwłaszcza przy znacznych odległościach zenitalnych ciał obserwowanych, triquetrum wymagało na pewno jakiegoś podium, schodków, względnie podestu. Taki podest mógł Dytryk z powodzeniem nazwać rusztowaniem czy też pomostem (Ger¨st). Najtrudniej — zdawałoby się — wytłumaczyć, do czego służył ów “wał” (Wall).

Tu należy zatrzymać się dłużej nad pewnym ustępem z pracy wybitnego niemieckiego historyka astronomii, Ernsta Zinnera, który pisze:

“Istnieje jednak stara wiadomość o miejscu obserwacji Kopernika. Brahe mówi, przy sposobności opisywania obserwacji swojego współpracownika we Fromborku w 1584 r. (był nim Eliasz, syn Olafa, Morsianus Cimber), że Kopernik obserwował — według relacji współmieszkańców — na wieżyczce (turricula), wznoszącej się bardzo niedaleko na wschód od zabudowań kanonika Ekharda z Kępna (Ecardus de Kempen). Co oznacza słowo wieżyczka — turricula? Otóż wiadomo, iż w ten sposób określał Tycho Brahe dwie wieże obserwacyjne, wysokości 18 stóp, w swoim obserwatorium “Uraniborg” na wyspie Hven (Ven). Wobec tego słowo to nie może się odnosić do dwa razy wyższej wieży Kopernika. Do tego dochodzi jeszcze okoliczność, że na zachód od niej, gdzieś bardzo blisko, położone było domostwo Ekharda z Kępna. Bezpośrednio na zachód od wieży Kopernika znajduje się głęboki wąwóz, tak że określenie miejsca przez Tychona Brahe nie może się zgadzać. Czy była wówczas jakaś niższa, nie mająca dachu wieża, która mogłaby tu wchodzić w rachubę?” I tu, pozbawiony właściwej informacji architektonicznej, autor gubi się i konkluduje: “Ponieważ nie wiadomo, gdzie stało domostwo Ekharda z Kępna, przeto możemy sobie zaoszczędzić dalszych rozważań”. Zresztą Zinner wątpi, czy Kopernik w ogóle miał kiedykolwiek jakieś “obserwatorium”.

Tymczasem prawda była już bardzo blisko, należało tylko odpowiednio zinterpretować przekaz Tychona Brahe. Mimo wszystko niektóre stwierdzenia Zinnera stanowią znaczny krok naprzód. Po pierwsze, w sposób autorytatywny i stanowczy — jako pierwszy z astronomów fachowych — wypowiedział się przeciwko tradycji o drewnianym ganku obserwacyjnym Kopernika. Bowiem obserwacja z takiego balkonu jest z astronomicznego punktu widzenia kompletnym absurdem. Każdy krok obserwatora lub pomocnika musiałby wpłynąć na zmianę nachylenia przyrządu, którego utrzymanie w pionie jest jednym z kardynalnych warunków udania się obserwacji. Sam to stwierdziłem, próbując z drem J. Gadomskim obserwować we Fromborku przy pomocy zrekonstruowanego triquetrum. Zinner słusznie więc zwrócił uwagę, że obserwatorium Kopernika należy szukać gdzie indziej.

W sumie istnieją aż trzy źródła zaprzeczające istnieniu mitycznego obserwatorium na poszerzonym ganku przy wieży Kopernika.

  1. Wnioski, jakie wypływają z opisu wieży Kopernika dokonanego przez T. Czackiego i M. Molskiego oraz przez J. U. Niemcewicza.
  2. Poszukiwania archeologiczne w r. 1963, które nie ujawniły żadnego śladu ewentualnego podmurowania ganku.
  3. Odpowiednie stwierdzenie E. Zinnera.

Część 2. Pavimentum przy kurii i ośmiościenna wieża

Gdzie w takim razie należy szukać obserwatorium, skoro nie było go na poszerzonym ganku obronnym przy wieży Kopernika?

W 1961 r. inż. Adam Penconek wystąpił z hipotezą, że obserwatorium znajdowało się na ośmiobocznej, niskiej wieży (patrz rysunek poniżej) w południowo-zachodnim narożu warowni. Ośmiobok ten wykazuje cechy budowli obronnej z początków XV wieku. Czy pierwotnie stała jakaś inna wieża na tym miejscu? Dotychczasowe badania ośmioboku nie dały na to pytanie odpowiedzi; sądząc jednak z analogii, mogła na tym miejscu stać niegdyś wieża narożna, podobna do wieży Kopernika albo do również kwadratowej wieży południowo-wschodniej, którą później, w pierwszej połowie XVI w. wchłonął pałac biskupi, czy też do wieży północno-wschodniej. Możliwe, że ta pierwotna wieża została rozbudowana później, około XV w., w najsilniejszy obiekt obronny całej twierdzy fromborskiej. Świadczą o tym mury siedmiometrowej grubości. We wnętrzu tego unikalnego na ziemiach polskich bastionu znajduje się również ośmioboczny podworczyk; do niego uchodzą otwory kilku wnęk obronnych zakończonych strzelnicami, służących do ustawiania hakownic.

Plan sytuacyjny okolicy bastionu ośmiobocznego (1) i wieży Kopernika (2). Kanonie: św. Stanisława (A), św. Michała (B) i św. Piotra (C). Poniżej wieża ośmioboczna wg rekonstrukcji inż. A. Penconka z domniemanym tarasem obserwacyjnym Kopernika (astronom obserwujący za pomocą triquetrum).

Zachowało się świadectwo, że już w 1448 r., za czasów biskupa Franciszka Kuhschmalza, wystawiono na ośmioboku drewnianą zapewne dzwonnicę, co najwyżej wykonaną metodą muru pruskiego, tzw. szachulca (Fachwerk), gdzie wiązania z belek wypełnione są murem. Po dwustu latach była ona już w stanie grożącym katastrofą i trzeba było ją podeprzeć kilkudziesięcioma pniami drzewnymi. Nie byłoby to możliwe, gdyby była zbudowana z masywnego muru. Po tej XV-wiecznej wieży najdrobniejszy choćby ślad się nie zachował.

Dalsze losy wieży nie są już tak bardzo interesujące, warto tylko wspomnieć, że po długich pertraktacjach kapituły z biskupem Janem Stefanem Wydżgą doszło wreszcie do budowy nowej barokowej dzwonnicy, którą w 1685 r. doprowadzono do konstrukcji dachowej, ale dopiero wtedy gdy spadkobiercy zmarłego jesienią 1685 r. biskupa Wydżgi wpłacili 60 000 złotych polskich. Wieżę wykończono dopiero za biskupstwa Michała Radziejowskiego.

Wydaje się, że gdy Kopernik powrócił na stałe do Fromborka w 1521 r., zaniedbał ostatecznie i całkowicie ogrodową platformę na rzecz ośmiobocznego bastionu. Dokoła dzwonniczki było jeszcze dużo miejsca na ustawienie narzędzi obserwacyjnych. Między ścianą wieży a murem zewnętrznym rozciągało się sześć metrów płaskiego, nadzwyczaj solidnego tarasu, którego część musiał Kopernik dokładnie spoziomować przy pomocy chorobates czyli hydroscopium. Zewnętrzny mur, ponacinany w zęby strzelnic, osłaniał w sposób niemal doskonały narzędzia i obserwatora od wiatru, nie stanowiąc jednak równocześnie przeszkody w obserwacji, odcinając co najwyżej kilka stopni tuż nad horyzontem.

Jak wiadomo z zapisków Dytryka z Radzyna, prócz narzędzi pozostało jeszcze “podium-rusztowanie” konieczne przy obserwacjach za pomocą triquetrum wówczas, gdy wysokość obserwowanego ciała niebieskiego była niewielka. Składało się ono zapewne ze schodków połączonych z małą platforemką i poręczami. Zydel i latarnia, tzw. “ślepa”, a więc dobrze osłonięta, dopełniały akcesoriów.

A. Penconek uzasadnia swoją hipotezę argumentem, że Astronom znalazł na ośmiobocznym bastionie niezawodnie najlepsze warunki obserwacyjne, spokój od ludzi, zacisze od wiatrów, które nad morzem musiały być silne, a przede wszystkim solidną podstawę pod swoje instrumenty i odsłonięty horyzont. Pocóż więc szukać sztucznych hipotez z poszerzaniem ganków obronnych, skoro tuż obok, w miejscu zupełnie łatwo dostępnym, znajdowało się idealne obserwatorium astronomiczne?

Aby rozwinąć tę hipotezę należało tylko przebadać raz jeszcze wskazane przez Zinnera źródło: przekaz Eliasza Morsianusa Cimbera z roku 1584, dotyczący jego obserwacji we Fromborku. Znajdujemy go w tomie 10 zbioru prac Brahego Tychonis Brahe Dani Opera Omnia. Już sam tytuł jest źródłem niezmiernie ważnym dla nas wiadomości o obserwatorium Kopernika we Fromborku. Brzmi on w tłumaczeniu na język polski:

Dodatek do obserwacji roku 1584. Obserwacje astronomiczne dokonane w Niemczech roku 1584 przy pomocy sekstansu trygonicznego.
Następują obserwacje południkowe niektórych wysokości Słońca i niektórych gwiazd wykonane nowym sekstansem we Fromborku w Prusach, gdzie niegdyś żył Kopernik, w celu znalezienia dokładnej wysokości bieguna tej miejscowości i także niektóre z tej samej przyczyny wykonane w Królewcu.
We Fromborku w Prusach czyli na Warmii, w zabudowaniach Pana Ecarda z Kępna, najbliższych od zachodu tej wieżyczki, na której Mikołaj Kopernik — według świadectwa współmieszkańców — wykonał wszystkie swoje obserwacje.

Ów przydługi tytuł, a zwłaszcza jego ostatni człon, jest dla omawianego zagadnienia rewelacyjny, bowiem określa miejsce obserwacji Kopernika jako wieżyczkę stojącą na wschód od zabudowań kurii Ekharda z Kępna i to najbliższej od nich. Lecz jaka to była wieżyczka i które zabudowania?

Spójrzmy na plan sytuacyjny najbliższych okolic wzgórza katedralnego (rysunek powyżej). Po stronie zachodniej ciągu zabudowań obronnych — wieża Kopernika, baszta bramna, dzwonnica — znajdują się trzy stare kanonie: św. Stanisława Kostki, św. Michała Archanioła i św. Piotra. Ich dzisiejszy wygląd zewnętrzny nosi raczej późny charakter (barok, XVIII w.). Gdy jednak zważymy, ile razy domy te od swego powstania były niszczone oraz palone, a następnie odbudowywane i przebudowywane, możemy śmiało przypuścić, iż wszystkie trzy kurie musiały powstać prawie równocześnie jeszcze w średniowieczu.

Według brzmienia przytoczonego dokumentu należy jednak wybrać te domy, które leżały najbliżej wieżyczki. Z tego powodu kanonia św. Michała musi chyba definitywnie odpaść, jako że jest ona najbardziej oddalona od zabudowań obronnych. Wyboru należy więc dokonać z pomiędzy dwóch pozostałych kurii — św. Stanisława i św. Piotra.

Pozostawałoby więc wybrać wieżyczkę, a więc jedną z trzech wież zachodniego ciągu murów obronnych. Skoro jednak wieża Kopernika odpada jako obserwatorium, a baszta bramna również do obserwacji się nie nadawała, pozostaje jedynie przyjąć hipotezę, że Cimber miał na myśli ośmioboczna wieżę południowo-zachodnią, na której w czasie późniejszym (w r. 1685) wybudowano wysoką, masywną dzwonnicę katedralną. Jeśli przyjąć to założenie, na planie bardzo łatwo można znaleźć domostwo położone najbliżej owego ośmioboku od strony zachodniej. Jest nim odległa od niego tylko o 29 m kuria św. Piotra. Byłyby to więc zabudowania, z których obserwował Eliasz Morsianus Cimber.

Świadectwu Cimbera o miejscu obserwacji Kopernika należy przyznać pełną wiarogodność. Powstało ono zaledwie 41 lat po śmierci Astronoma, gdy jeszcze starsi ludzie mogli dobrze pamiętać sędziwego kanonika przechodzącego do swej wieży po gankach ochronnych do obserwatorium na ośmiobocznym bastionie.

Warto z kolei powrócić do lektury dziennika Cimbera. Następuje wykaz obserwacji, jakie wykonał w dniach od 17 maja do 4 lipca (tj. od 27 maja do 14 lipca według kalendarza gregoriańskiego, który już wówczas obowiązywał w Polsce).

I tu natrafia się na zupełną nowość, nie dostrzeżoną dotychczas przez żadnego z kopernikologów. Morsianus Cimber pisze bowiem:

Dnia 17 (= 27) maja, ustawiwszy instrument w przybliżeniu w południku, obserwowałem częściej wysokość Słońca, aż doszło do największego wzniesienia nad horyzontem i znalazłem ją równą 57°0′10″. Potem wysokość stale malała. Dnia tego około południa niebo było bardzo czyste, chociaż później niekiedy chmury przesłaniały Słońce, jednak upewniłem się cokolwiek co do kierunku linii południkowej biegnącej przez płaszczyznę, trwale spojoną z trzonem (= cokołem).

Uwagi te, będące wstępem do pracy Eliasza Cimbera, zdradzają oprócz pewnych wskazówek metodycznych, jak np. sposób ustawienia narzędzia — niezmiernie ciekawy fakt, że Cimber umieszczał swój trygoniczny sekstans na specjalnym podmurowaniu, mającym — jak pisze — płaską podłogę (planities). W dodatku przez tę płaszczyznę przebiegała linia południkowa (linea meridiana), która była w sposób trwały i zapewne bardzo mocny, połączona (a więc chyba wmurowana) z trzonem (fundamentu). Można wnosić, że linia ta była sporządzona z jakiegoś metalu, dobrze zabezpieczonego przed korozją, przetrwała bowiem przy nie zmienionym położeniu co najmniej 70 lat, jakie dzielić je musiały od zbudowania platformy. Można bowiem założyć, że zbudował ją sam Mikołaj Kopernik po przybyciu do Fromborka i osiedleniu się w otoczonej ogrodem kanonii za murami, a więc między rokiem 1512 a 1514, kiedy to rozpoczął już systematyczne obserwacje Słońca kwadrantem słonecznym z pavimentum.

Wniosek powyższy wydaje się łatwy do przyjęcia, jeśli przypomni się odpowiedni ustęp z De Revolutionibus (księga II, rozdział 2) opisujący taką właśnie platformę (pavimentum):

“Mając tak przygotowane narzędzie [mowa o kwadrancie] należy oznaczyć linię południkową na podstawie brukowanej, ustawionej w płaszczyźnie poziomej i jak najstaranniej wyrównanej przy pomocy hydroscopium czyli chorobates, by się na żadną nie nachylała stronę. Po nakreśleniu na niej koła, w środku jego utwierdźmy wskazówkę i kiedy niekiedy uważając przed południem, tam gdzie koniec cienia dotknie okręgu koła, znak połóżmy. Podobnie zrobimy po południu, a łuk koła między dwoma zaznaczonymi punktami zawarty, podzielimy na dwie równe części. Linia prosta poprowadzona od środka koła przez punkt podziału łuku, wskaże nam niemylnie południe i północ. Do tej jakgdyby bazy przykłada się płaszczyznę narzędzia i ustawia się ją prostopadle z obróconym ku południowi środkiem, aby z niego spuszczona linia pionowa (pion) tworzyła kąty proste z linią południową. Tym sposobem płaszczyzna narzędzia będzie wyobrażała koło południkowe.”

Już sam fakt, że Kopernik daje tak szczegółowy opis wymaganej, koniecznie murowanej podstawy, nasuwa wniosek, że musiał taki postument posiadać, skoro posługiwał się kwadrantem. W opisie Cimbera truncus (trzon fundamentu) a także linea meridiei planities (linia południkowa i płaszczyzna) odnoszą się niewątpliwie do czegoś realnego, co istniało w rzeczywistości, a nie w wyobraźni.

Ostatnie zdania zapisku pozwalają ponadto mniemać, że nie chodzi tu o nową podstawę pod sekstans trygoniczny, świeżo przez Cimbera zbudowaną. Gdyby bowiem budował ją Cimber, starałby się na samym początku obserwacji nakreślić nowy południk, a nie upewniałby się “co do (kierunku) linii południka biegnącego przez płaszczyznę i bardzo trwale połączonej z trzonem”.

Do tego dochodzi jeszcze ta okoliczność, że Cimber przybywszy z Danii do Fromborka w dniu 13 (23) maja, absolutnie nie miał czasu na zbudowanie nowej podłogi obserwacyjnej na solidnym fundamencie kamiennym. Niepodobna wyobrazić sobie, by przy największym nawet pośpiechu w ciągu trzech dni zdołano wykopać w ziemi otwór na fundament, chociażby tylko minimalnych rozmiarów około 2×2 m, wyłożyć go najpierw płaskimi kamieniami, “podstawkami”, a następnie kamieniami narzutowymi, wyrównać gruzem, a wreszcie ułożyć na tym wszystkim podłogę ceglaną lub z kostki kamiennej, używając do umocnienia zaprawy murarskiej, a zatem jeszcze powierzchnię jej spoziomować. Stanowczo takiej sztuki nikt nie mógłby dokazać. Eliasz prowadził dokładny dziennik meteorologiczny, z którego odczytujemy, że dnie 13, 14, 15 i 16 maja tego roku były we Fromborku wybitnie dżdżyste i chmurne; wiały silne wiatry z kierunków północnych. Dopiero dzień 17 maja i następująca po nim noc były pogodne i nadające się do obserwacji.


Pomnik Mikołaja Kopernika z 1853 roku .Odlany z brązu pomnik wybitnego toruńczyka Mikołaja Kopernika autorstwa Fryderyka Chrystiana Tiecka znajduje się przed Ratuszem na Rynku Staromiejskim. Na pomniku widnieje napis: “Mikołaj Kopernik, toruńczyk, ruszył Ziemię, zatrzymał Słońce i niebo”. Pomnik zaraz obok Ratusza i jego wieży.

Najprawdopodobniej więc Eliasz Morsianus spędził te pierwsze dni pobytu we Fromborku na odczyszczaniu i przygotowywaniu do obserwacji starej platformy Kopernika, która w ciągu kilku dziesiątków lat dzielących od śmierci Astronoma mogła zniknąć pod grubą darnią. Trzeba też było oczyścić linię południkową, pewnie też nieco draśniętą zębem czasu.

Istnieje jednak jeszcze jedna zapiska — w księdze kasy budowlanej kapituły fromborskiej — z daty około 31 marca 1513 roku, która już chyba rozprasza wszelkie wątpliwości, czy Kopernik budował pavimentum. Dokument poświadczony przez Baltazara Stockfischa wymienia Kopernika pośród innych kanoników, antonitów, proboszczów, jako nabywcę w cegielni katedralnej i wapienniku 800 sztuk kamienia murarskiego oraz wapna. Taka ilość kamienia ciosanego o przybliżonych wymiarach 50×30×25 cm wystarczała w zupełności do zbudowania podmurowania wymaganych wymiarów 4×4×2 m. O dokumencie tym wspomina E. Brachvogel.

Inne zapiski w dzienniku Cimbera nie są już dla niniejszych dociekań istotne; dotyczą bowiem głównie warunków atmosferycznych w czasie obserwacji, mogących wpłynąć na ich dokładność. Pobyt we Fromborku Eliasza Morsianusa był na pewien okres przerwany dla analogicznych pomiarów w Królewcu.

Cel ekspedycji wysłanej przez Tychona Brahe na Warmię został osiągnięty. Szerokość geograficzna Fromborka, równa wysokości bieguna tego miejsca, wypadła 54°22′00″ (z obserwacji Słońca 54°21′42″, z gwiazd — 54°22′18″), podczas gdy średnia wartość z dwu podanych na dwóch różnych miejscach De Revolutionibus, a więc przyjmowana przez Kopernika, wynosi 54°19′34″. Wartość dzisiaj przyjmowana (54°21′34″) leży między wartościami przyjmowanymi przez Kopernika i Tychona Brahe.

Fakt istnienia na platformie kopernikowskiej specjalnej linii południkowej i to najprawdopodobniej metalowej, nasuwa przypuszczenie o szczególe konstrukcyjnym podstawy kwadrantu słonecznego. Musiała ona zapewne mieć odpowiednie wycięcia w poziomych podstawach kwadrantu, aby możliwe było automatyczne ustawienie narzędzia w południku. Sposób, w jaki rozwiązali to zagadnienie Feliks i Tadeusz Przypkowscy w Jędrzejowie około 1948 r., nie znając oczywiście wyników ostatnich badań, nie pozwoliłby na stabilne ustawienie narzędzia w południku, co było sprawą nadzwyczaj ważną. Narzędzie ustawione w sposób zaproponowany przez Przypkowskich chwiałoby się przy najlżejszym nawet podmuchu wiatru.

Tu należy powrócić do wspomnianej już wypowiedzi Dytryka z Radzyna, którą E. Brachvogel wykrył w jakichś aktach. Ta pierwotnie niezrozumiała wiadomość stała się nagle prawie zupełnie jasna. Dytryk opisuje kopernikowski fundament, pavimentum, pozostały po nim — jak to już wiadomo — w ogrodzie kanonii poza murami. Jasne staje się teraz zastosowanie owego zagadkowego “wału”: po prostu Kopernik dla zabezpieczenia się przed spadnięciem z bądź co bądź wysokiej podmurówki, mógł otoczyć pavimentum wałem ziemnym, zamiast budować niewygodne, drewniane poręcze. Podłoga pavimentum wznosiła się zapewne do 0,5 m ponad sąsiedni teren i należało koniecznie pomyśleć o zabezpieczeniu się przed upadkiem z tej wysokości, co było zwłaszcza aktualne w czasie obserwacji nocą. Przyjmując hipotetyczne wymiary podłogi jako kwadrat o boku 4 m, sporządziłem model pavimentum otoczonego wałem ziemnym i uzbrojonego metalowym południkiem. Szyna metalowa przecina jedynie połowę szerokości podłogi; gdyby bowiem była dłuższa, utrudniałaby przesuwanie po planities pavimenti innego instrumentu — triquetrum, jak również chodzenie.

Obserwacje Słońca i szerokości geograficznej Fromborka (a tym samym nachylenie ekliptyki do równika) rozpoczął Kopernik z pavimentum nie wcześniej niż w lecie 1513 r. Prowadził je na pewno w roku najintensywniejszych badań długości roku zwrotnikowego, od jesieni 1515 do jesieni 1516 r. Nie popełni się chyba błędu datując wykonanie przez Kopernika jego drewnianych narzędzi właśnie na lata 1512-1515.

Obserwacje z platformy przerwał wyjazd Kopernika do Olsztyna związany z objęciem funkcji administratora dóbr kapitulnych. Nie wiadomo, czy wiedział on, na jak długo opuszcza Frombork; przypuszczalnie sądził, że powróci po trzech latach, na taki bowiem okres mianowano administratorów. Dla astronoma wyjazd na czas dłuższy bez możności kontynuowania obserwacji jest rzeczą bardzo przykrą. Ale jakże Kopernik mógł zabrać ze sobą kwadrant, skoro ten związany był organicznie z murowaną podstawą? Takie same pavimentum trzeba by zbudować w Olsztynie. Nie było to zapewne takie łatwe, skoro tego nie uczynił. Po prostu zostawił kwadrant w domu, co było — jak się okaże — brzemienne w następstwa.

Teraz jest już chyba oczywiste, dlaczego Eliasz Morsianus Cimber swój trygoniczny sekstans umieścił dla obserwacji w zabudowaniach pana Ekharda z Kępna zamiast na “wieżyczce”. Dowiedziawszy się w jakiś sposób o istnieniu pavimentum na terenie kurii, nie mógł jednak zająć stanowiska obserwacyjnego na ośmiobocznej wieżyczce, pomimo że Kopernik miał tam jakoby wykonać “wszystkie” swoje obserwacje fromborskie. Dla astrometry, jakim był Cimber, było rzeczą oczywistą, że obserwacje szerokości geograficznej należy przeprowadzić z tego samego miejsca, z którego obserwował jego wielki Poprzednik, zamiast dopiero potem nawiązywać geometrycznie oba miejsca do siebie. Odnośnie tego musiał Cimber otrzymać ścisłe instrukcje od Tychona Brahe. Co się tyczy słów “wszystkie obserwacje” użytych w tytule dziennika Cimbera, to odnosi się wrażenie, że jest to przykład dość powszechnie stosowanego uproszczenia, kiedy się mówi “wszystkie” zamiast “prawie wszystkie”. Można by to również tłumaczyć brakiem pamięci współczesnych Kopernikowi mieszkańców Fromborka, których badał Cimber. Pamiętali oni dobrze, skąd Astronom obserwował niebo w późniejszych latach swego życia, mogli natomiast zapomnieć, a nawet nie wiedzieć, skąd oglądał je w pierwszych latach swego tu pobytu, zwłaszcza, że platforma mieściła się gdzieś na uboczu, zapewne w ogrodzie kwiatowym lub warzywnym, wewnątrz folwarczku ogrodzonego opłotkami, jeśli nie murami.

Frombork

Część 3. Mieszkania Kopernika we Fromborku

Pierwszym udokumentowanym mieszkaniem Kopernika we Fromborku było położone poza murami obronnymi alodium (kuria zamurna), które otrzymał w 1499 r. przez opcję, która odbyła się po śmierci dziekana kapituły, Krzysztofa Tapiau. Odpowiedni dokument ma następujące brzmienie (w tłumaczeniu z łaciny):

“W roku pańskim 1499 nazajutrz po św. Dorocie [7 lutego] dokonano opcji folwarków przez podpisanych kanoników: kanonik prepozyt optował alodium w Czawer, niegdyś kanonika dziekana, kanonik Kasper otrzymał…, kanonik Andrzej [Kopernik] zatrzymał…, kanonik Baltazar [Stockfisch] otrzymał…, kanonik Wojciech…, kanonik Michał [Fox]…, kanonik Mikołaj Kopernik optował wolne alodium po kanoniku Michale [Fox], kanonik-kantor Jan Sculteti optował alodium w Zandekowie”.

Następny dokument pochodzi z 1512 r. i stwierdza, że Kopernik zamienił alodium otrzymane w 1499 r. na inne, tym razem po Baltazarze Stockfischu. Ta kanonia, znajdująca się poza murami, stanowiła według wszelkiego prawdopodobieństwa w czasach późniejszych, tj. około 1584 r., alodium kanonika Ekharda z Kępna, skąd obserwował Eliasz Cimber. A oto polskie brzmienie owego dokumentu:

“W roku 1512… kanonik Baltazar [Stockfisch] optował alodium prepozyta, jego [alodium] Doktor Mikołaj Kopernik, jego [kurie] Pan Doktor Jan Archidiakon, jego zaś [kurię] optowałem ja Jan…”

Tu przypomnieć należy, że każdy z kanoników fromborskich miał prawo posiadać dwa mieszkania: jedno wewnątrz murów (curia intra muros) oraz drugie, położone na zewnątrz murów katedralnych (curia extra muros). Były to dobra kanoników (bona canonicorum), zwane w skróceniu alodiami. Był to rodzaj folwarków, gdzie oprócz domu mieszkalnego stały zabudowania gospodarcze, do nich zaś przytykały ogrody oraz sady i pola uprawne.

Wydawałoby się, że sięgnąwszy do akt kapituły nie powinno być rzeczą trudną ustalenie, jakie kurie zajmował Kopernik. Niestety, materiał archiwalny kapituły fromborskiej jest w tej dziedzinie bardzo skąpy, a istniejące zapiski bardzo lakoniczne. Sprawę komplikują jeszcze bardziej częste zmiany kurii; członkowie zespołu katedralnego rzadko zatrzymywali zajmowane kurie na stałe. Nowy kanonik miał prawo wybierać między wolnymi kuriami, a później, gdy zwalniały się dalsze, mógł prosić o zmianę na inną.

W przypadku śmierci kanonika ruchomości zabierali spadkobiercy; za nieruchomości następca musiał w ciągu dwóch lat zapłacić swemu poprzednikowi, jego zastępcy lub egzekutorowi testamentu ustaloną przez kapitułę sumę taksacyjną. Kanonik obejmujący kurię po raz pierwszy musiał zapłacić kapitule dwadzieścia grzywien za inwentarz żywy. Jeżeli przebywał wówczas poza Fromborkiem, mógł swoje prawa opcji wykonać przez zastępcę (per procuram). W przypadku zmiany dotychczasowego właściciela przeprowadzano wizytację kurii i wykonywano na koszt posiadacza wszelkie naprawy.

Moneta z 1968 roku

Brak informacji o położeniu pierwszego domu Kopernika, otrzymanego w r. 1499 po Michale Foxie. L. Prowe uważa, że nie ma to większego znaczenia gdyż do 1512 r. Kopernik przebywał we Fromborku tylko dorywczo. Inaczej przedstawia się sprawa drugiego alodium, otrzymanego w 1512 r. Zlokalizowanie jego jest bardzo ważne, szczególnie wobec przyjęcia hipotezy, że w przyległym doń ogrodzie znajdowało się pavimentum. Do tej kurii-alodium Kopernik wprowadzić się musiał gdzieś z początkiem czerwca 1512 r., gdyż w dniach 3-5 czerwca brał już udział w ogólnej opcji alodiów, a 5 czerwca obserwował planetę Marsa w opozycji. Z braku dokumentu o zmianie tejże kurii na jakąś inną można przyjąć, że alodium to Kopernik zachował aż do śmierci, po czym przeszło ono na dziekana katedralnego Leonarda Niederhoffa.

Na zachód od wieżyczki ośmiobocznej znajdują się dwie stare kanonie: św. Stanisława Kostki i św. Piotra. Zapewne Kopernik zajmował jedną z nich, jednak dopiero odszukanie na tym terenie szczątków lub przynajmniej śladów pavimentum pozwoliłoby ustalić to z wszelką pewnością. Nie można sobie wyobrazić, by Astronom budował pavimentum na terenie należącym do folwarku innego kanonika. Pola poszczególnych folwarków były z pewnością dokładnie odgraniczone od siebie murami albo opłotkami i nie zmieniały swych granic przez dziesiątki, jeśli nie setki lat. Chyba nie będzie się z daleka od prawdy przyjmując, że granice tych posiadłości wyglądały w XVI wieku niemal tak samo, jak na planie sytuacyjnym z pierwszej połowy XIX wieku. Jeżeli więc uda się odkryć jakieś ślady pavimentum na terenie jednej z dwóch wskazanych wyżej kurii, będzie to dowodem, że ta właśnie kuria należała niegdyś do Kopernika, a później, w latach osiemdziesiątych XVI wieku — do Ekharda z Kępna [patrz Uzupełnienie na końcu tej części].

W regestach kopernikowskich znajduje się trzeci, niezmiernie ciekawy dokument hipoteczny z 1514 r. Chociaż nie było wówczas żadnej opcji, w dniu 17 marca Kopernik wpłacił kapitule zaliczkę w kwocie 75 grzywien “dobrej monety” na nową kurię; miała to być kanonia należąca niegdyś do zmarłego w 1512 r. proboszcza kapituły Enocha z Kobelawy. Dokument stwierdza poza tym, że Kopernik pozostał dłużny kapitule 100 grzywien płatnych w ciągu następnych dwu lat, a więc do 1516 r.:

“Czcigodny Pan Doktor Mikołaj Kopernik wpłacił na poczet nabycia kurii niegdyś należącej do prepozyta Enocha jako pierwszą ratę 75 grzywien dobrej monety, pozostając dłużnym grzywien 100 płatnych w ciągu dwu lat”.

Wprawdzie brak dokumentu stwierdzającego uiszczenie drugiej raty, można jednak chyba przypuszczać, że owe sto grzywien wpłynęło do kasy kapituły w terminie, tj. w 1516 r., po czym Kopernik stał się właścicielem jakiegoś dużego obiektu czy może nawet kilku obiektów. Zastanawiająca jest bowiem wysokość wpłaconej sumy: czyżby aż tyle kosztowała jedna, mocno zapewne podniszczona wieża północno-zachodnia? Chyba, że liczono łącznie z kosztami remontu? A może w tej cenie Kopernik nabywał prawa do użytkowania także drugiej wieży, którą chciał przeznaczyć na nowe obserwatorium — ów ośmiobok — co jednak nie zostało wyraźnie w dokumencie zaznaczone? Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby już w r. 1514 Kopernik miał zamiar przenieść w przyszłości swe obserwatorium na ośmiobok, a wieżę północno-zachodnią wykorzystać jako pracownię naukową, gdzie przechowywałby najcenniejsze rzeczy jakie posiadał — rękopis De Revolutionibus oraz kilkadziesiąt bezcennych książek liczącą bibliotekę podręczną. Dokoła dzwonnicy katedralnej, która najprawdopodobniej była jakby wbudowana w podwórko bastionu, pozostawało na pewno jeszcze dużo miejsca. Taras miał bowiem około 6 m szerokości, a więc przyjmując nawet, że dzwonnica stała po środku, dość go było dla celów Kopernika.

Tu warto zwrócić uwagę, że kanonię znajdującą się poza murami oceniano po jego śmierci na 100 względnie 90 grzywien (w dwu dokumentach występują obie te wartości), a wieżę północno-zachodnią tylko na 30 grzywien. Czyżby pozostałe 145 grzywien (175 minus 30) przedstawiało cenę za ośmiobok? Nota bene, jeśli w ogóle można porównywać ceny obiektów nowo odnowionych ze zniszczonymi po kilkudziesięciu latach użytkowania.

Jest wielce nieprawdopodobne, żeby Kopernik wprowadził się do nowo nabytych obiektów przed rakiem 1516. Wszak w latach 1515-1516 bardzo intensywnie obserwował Słońce, a przyjęto przecież że poczynił to w ogrodzie swej kurii zewnętrznej. Poza tym wieża północno-zachodnia stała przez długi czas pustką, przynajmniej od śmierci proboszcza Enocha, a więc od wiosny 1512 r. Nie można się było do niej wprowadzić przed gruntownym remontem. Na lata 1516-1521 przypada pobyt Kopernika w Olsztynie, a więc znów nie miał on okazji zająć się wieżą.

Ustawiczne niepokoje i stan wojenny naraziły Kopernika na dotkliwą stratę. Oto w dniu 23 stycznia 1520 r. silny podjazd krzyżacki nadciągnął niespodziewanie z Braniewa i zmusił nieliczną załogę polską Fromborka do zamknięcia się w murach otaczających katedrę. Podjazd był jednak zbyt słaby, by ryzykować dłuższe oblężenie, wobec czego Krzyżacy ograniczyli się do splądrowania i spalenia wszystkiego, co pozostało poza murami inkastelowanej katedry. Pastwą płomieni padła wówczas, wraz ze wszystkimi innymi kuriami zewnętrznymi, również kuria Kopernika, z pozostawionym tam kwadrantem słonecznym. Kopernik uskarżał się pono na zniszczenie tego zasłużonego narzędzia, którego już nie odtworzył nigdy. Natomiast w jakiś sposób ocalały z pogromu pozostałe dwa narzędzia: triquetrum (instrumentum parallacticum) oraz sfera armilarna (sphaera armillaria). Zapewne miał je Kopernik ze sobą w Olsztynie.

Po powrocie z Olsztyna do Fromborka jesienią 1521 r., tym razem już na stałe, Kopernik musiał się zająć najpilniejszymi sprawami życiowymi. Trzeba było przecież przystąpić do odbudowy spalonych domów położonych poza murami i remontu nadwątlonych zębem czasu murów obronnych. Jak stwierdza H. Zins, “po zakończeniu wojny kanonicy musieli szukać sobie mieszkań zastępczych w obrębie umocnień katedralnych, w wieżach muru obronnego czy w budynkach stojących na dziedzińcu katedry. Sam biskup Ferber przeniósł swą siedzibę do odbudowanego przez swych poprzedników, a wykończonego przez siebie pałacu stojącego w obrębie pierścienia obronnego”.

Zewnętrzny dom mieszkalny Kopernika był spalony i wymagał gruntownej odbudowy; o wiele łatwiej można było doprowadzić do stanu zamieszkalnego wieżę północno-zachodnią, dotąd niezamieszkałą, szczególnie że była ona w dobrym stanie i tylko wnętrza wymagały przeróbek.

Otóż przypatrzywszy się dobrze obrazowi wieży z połowy XIX wieku, można łatwo spostrzec na jej najwyższej kondygnacji od strony zachodniej dobrze zachowany, późno gotycki ornament w kształcie jakby baldachimu; te tzw. “ośle grzbiety” musiały powstać jeszcze w XV wieku, może — i to najprawdopodobniejsze — w r. 1499, gdy do wieży wprowadził się pierwszy jej lokator, Marcin Achtsnicht. To dowodzi, że od tego czasu aż do połowy XIX wieku najwyższe piętro wieży nie było przez nikogo przerabiane. Mógł więc Kopernik swobodnie korzystać ze swojej wieży od 1521 r. Posiadanie w pobliżu obserwatorium pokoju wypoczynkowego i pracowni naukowej było dla Astronoma bardzo wygodne, chociaż zapewne to mu jeszcze nie wystarczało: 21 października 1521 r. nabył on jeszcze jeden dom: optował wówczas kurię po Piotrze Wolffie, położoną jednak zdała od katedry, gdzieś zapewne w pobliżu klasztorka antonitów, którzy niedawno temu wyemigrowali na stałe do Niemiec.

“Potem optowano dom i zabudowania kurii (szpitala) Ducha Świętego, należącego do antonitów niegdyś… I tak Pan Mikołaj Kopernik optował dla siebie dom Piotra Wolffa” — czytamy w jednym z dalszych dokumentów.

Po śmierci Kopernika, pod datą 1 czerwca 1543 r. zapisano: “Czcigodna kapituła oceniła wieżę wewnątrz murów niegdyś zajmowaną przez Pana Doktora Mikołaja i ustaliła cenę na grzywien trzydzieści. Działo się dnia 1 czerwca 1543. Podobnie oceniono kurię tegoż czcigodnego Pana Doktora leżącą poza murami; jej wartość oceniono na 100 grzywien obiegowych. Działo się jak wyżej. Podobnie optował czcigodny Pan Achacy Trenck wieżę wewnątrz murów, która opróżniła się przez śmierć czcigodnego Pana Doktora Mikołaja. Działo się jak wyżej”.

Jak widzimy, następcą Kopernika w wieży był kanonik Achacy Trenck. W miesiąc później, dnia 6 lipca 1543 zapisano znowu: “Czcigodny pan Jerzy Donner w interesie i imieniu czcigodnego pana Dziekana wymógł na kapitule opcję wolnej po śmierci Pana Doktora Mikołaja kurii, leżącej poza murami. Notariuszem był Bartłomiej Danckwart”.

Dziekanem optującym wówczas alodium po Koperniku był Leonard Niederhoff. Opcję tę potwierdza jeszcze jeden dokument-protokół z dnia 4 grudnia 1543 r.: “Oceniona była w tym czasie kuria zewnętrzna czcigodnego pana Dziekana, którą otrzymał po śmierci czcigodnego pana Mikołaja Kopernika za dziewięćdziesiąt grzywien”.

O szacowaniu obu mieszkań Kopernika mówi jeszcze jeden zapisek w aktach kapitulnych: “W tym samym roku w dniu 1 czerwca oszacowano dwie kurie Kopernika: jedną wewnątrz murów, którą od tego czasu nazywa się wieżą Kopernika, ocenioną na 30, drugą, zewnętrzną, na 100 grzywien”.

Dokumenty nie wspominają, co stało się z kurią po Piotrze Wolffie, nabytą przez Kopernika w październiku 1521 r. Cel nabycia tego domu można teraz wytłumaczyć. Mianowicie, gdy Kopernik wrócił z Olsztyna jesienią 1521 r., stan jego posiadłości we Fromborku był na pewno opłakany: kuria zewnętrzna musiała być doszczętnie spalona, a z powodu nieobecności we Fromborku dotychczas nie zdołał przeprowadzić prac adaptacyjnych na wieży, skąd wniosek, że wieża musiała stać pustką od czasu jej nabycia przez Kopernika w 1514 r. W tym więc stanie łatwo wytłumaczyć nagłą potrzebę znalezienia sobie mieszkania zastępczego do czasu odbudowania kanonii zamurnej.

Sumując posiadane wiadomości o mieszkaniach Kopernika we Fromborku, można stwierdzić, że:

  1. nie ma żadnego dokumentu potwierdzającego tezę L. Prowego, że Kopernik zamieszkał w wieży północno-zachodniej zaraz po przybyciu na stałe do Fromborka w 1512 r., jest to zatem zupełnie dowolne przypuszczenie tego uczonego.
  2. w 1512 r. Kopernik optował alodium po Baltazarze Stockfischu, oddając w zamian dawne alodium przydzielone mu jeszcze w r. 1499 po kanoniku Michale Foxie.
  3. w 1514 r. Astronom wpłacił pierwszą ratę za kurię po prepozycie Enochu, a w 1516 r. zapewne resztę należności za wieżę (czy też może dwie wieże) w wysokości 100 grzywien.
  4. w styczniu 1520 r. Krzyżacy spalili doszczętnie zewnętrzny folwarczek; wieża północno-zachodnia stała pustką, nie odnawiana od śmierci Enocha.
  5. wróciwszy jesienią 1521 r. na stałe do Fromborka Kopernik, będąc chwilowo bez mieszkania, optował dom po Piotrze Wolffie i mieszkał w nim czasowo, zapewne około roku względnie tak długo aż przygotowano mieszkanie w wieży i odbudowano kanonię za murami.

Te dwa mieszkania zatrzymał Kopernik aż do śmierci.

Pomnik Mikołaja Kopernika pod Uniwersytetem Jagiellońskim na Plantach krakowskich

Uzupełnienie

Z powyższych wywodów wynikałoby, że sprawa zlokalizowania kurii Kopernika (czy kanonia św. Stanisława Kostki, czy św. Piotra) jest dotąd nie rozstrzygnięta. Tymczasem Jerzy Sikorski odnalazł trzy dalsze dokumenty dotyczące tej sprawy.

Jeden z nich brzmi: “11 grudnia 1545 r. Jan Tymerman, kustosz kapituły warmińskiej, optował w siedzibie kapituły alodium “Seblek nr 2″, zwolnione z powodu śmierci Leonarda Niederhoffa dziekana, które poprzednio posiadał Mikołaj Kopernik”.

Tegoż dnia oszacowano kurię dziekana Leonarda Niederhoffa, położoną zewnątrz warowni fromborskiej, którą otrzymał on po śmierci Mikołaja Kopernika, na 90 grzywien.

Wreszcie dokument z 28 stycznia 1551 r. głosi, że Eggert Kempen (dziekan kapituły warmińskiej) optował kurię “zamurną” niegdyś Leonarda Niederhoffa.

Z dokumentów tych wynika jasno, że Mikołaj Kopernik mieszkał w kurii św. Stanisława Kostki. Dom ten zajmuje obecnie Polskie Towarzystwo Turystyczno-Krajoznawcze we Fromborku. Jego fundamenty są w większości gotyckie.

Tak znaleźliśmy nieznany dotąd zamurny dom Mikołaja Kopernika. Koło tejże kurii Eliasz Morsianus Cimber wykonywał więc swoje obserwacje.

Przypis redakcji “Uranii”: publikowania seria dr J. Pagaczewskiego stanowi treść Jego pracy pt. “Obserwatoria Mikołaja Kopernika na Warmii” (Olsztyn, 1967), zaadoptowanej przez Autora dla “Uranii”. Tekst uzupełnienia napisany jest w roku 1972 i dotąd nie był publikowany.

kopernik3

Część 4. Obserwatorium Mikołaja Kopernika w Olsztynie i Lidzbarku

Dnia 11 listopada 1516 r. Kopernika obrano administratorem dóbr kapitulnych. Siedziba administratora, któremu podlegały okręgi Olsztyna i Pieniężna (Melzaku), znajdowała się w Olsztynie. Jak pisze Jeremi Wasiutyński, “Kopernik był tam już na św. Marcina i obejmował urząd”. Rezydencją administratora był gotycki zamek obronny, zbudowany na skarpie nad Łyną w XIV wieku przez kapitułę warmińską. Kopernik zajmował ostatnią z sal w skrzydle północno-zachodnim zamku.

Wzdłuż południowej ściany tego skrzydła zamkowego, równolegle do sali mieszkalnej administratora, biegnie kryty, wczesnogotycki krużganek arkadowy z którego otwiera się widok na podwórze zamkowe i wysoką, spodem kwadratową, górą zaś okrągłą wieżę strażniczą. Ów gotycki krużganek Kopernik postanowił wyzyskać jako zastępcze obserwatorium astronomiczne, w braku kwadrantu i platformy, jaką — jak już wiadomo — posiadał we Fromborku, a której budowa była z pewnością pracochłonna i kosztowna. Ganek był kryty od początku swego istnienia; piękne ostrołukowe arkady, zupełnie analogiczne do arkad powstałego współcześnie zamku kapitulnego w Lidzbarku, zwracają się ku południowemu wschodowi. Słońce tylko niedługo oświetla go przed południem; w pobliżu samego południa pada nań cień wysokiej wieży strażniczej, ukończonej z początkiem XVI st., niedługo przed przybyciem Mikołaja Kopernika. Wkrótce po przybyciu Kopernika, a chyba najpóźniej wiosną 1517 r., dużą połać ściany wewnątrz krużganka, tuż pod powałą, pokryto nowym tynkiem i starannie wygładzono. Na płaszczyźnie 140×705 cm nakreślił Kopernik najpierw grafitem, pociągając następnie przywiezionymi z Italii farbami, szereg linii hiporbolicznych. W ten sposób powstała słoneczna tablica obserwacyjna, mało mająca wspólnego z jakimkolwiek zegarem słonecznym, jak się to często słyszało w odniesieniu do tego niezmiernie cennego zabytku. Metoda konstrukcji tablicy zasadza się na metodzie wykreśleń refleksyjnych zegarów słonecznych, stosowanej jednak powszechnie w gnomonice dopiero od XVII wieku. Należy podziwiać geniusz naszego Astronoma, który — można powiedzieć — wynalazł metodę kreślenia zegarów słonecznych refleksyjnych, metodę, której nigdzie niestety nie opisał, wskutek czego została ona zaprzepaszczona dla nauki. Jest to więc przyrząd Kopernika o nowej metodzie obserwacyjnej, o której nie ma wzmianki w dziełach starożytnych astronomów i gnomoników.

Nowe spojrzenie na olsztyńską tablicę astronomiczną Kopernika zawdzięczamy drobiazgowym badaniom Tadeusza Przypkowskiego. Jeszcze E. Zinner, pierwszy który w nowszych czasach zwrócił uwagę na ten bezcenny zabytek, nie znał właściwego charakteru tej tablicy, a nawet właściwego typu zegara słonecznego za jaki ją uważał. Zdradzając swą niewiedzę w sprawach praktycznej i teoretycznej gnomoniki, poszukiwał on ustawicznie “brakującej” wskazówki, uważając tablicę za zwykły zegar słoneczny. Przypuszczał nawet, że krużganek — ponad wszelką wątpliwość pochodzący z XIV wieku — został po 1521 r. przebudowany, a za czasów Kopernika “zegar” znajdował się na zewnętrznej, południowo-wschodniej ścianie zamku. Na podstawie opublikowanego przez Zinnera rysunku, a nie mając dostępu do oryginału, Feliks Przypkowski już w 1943 r. odkrył w Jędrzejowie właściwy charakter typu gnomonicznego tego zabytku, zwróciwszy uwagę na fakt, że linie godzinowe zbiegają się u dołu wykresu, czyli odwrotnie niż miałoby to miejsce na zwyczajnym zegarze słonecznym.

Kopernik posługiwał się ową tablicą na zasadzie refleksji promieni słonecznych w lusterku osadzonym na wgłębieniu drewnianej ramy na parapecie okna. Otwór po tym lusterku widział jeszcze H. R. Hein, proboszcz ewangelicki w; Olsztynie, który ten pseudo-”słoneczny zegar” Kopernika opisywał w swoich wspomnieniach. Jednakże Hein zgoła niewłaściwie rozumiał, a właściwie zupełnie nie rozumiał konstrukcji “zegara”, wprowadzając tylko w błąd innych badaczy. Wymyślił on hipotezę dwóch luster: jednego wielkiego, zawieszonego na wieży strażackiej, drugiego małego na ramie okiennej. To wielkie lustro miało kierować promienie słoneczne na małe. Nie potrzebujemy tu chyba udowadniać absurdalność tego pomysłu. Hak wskazywany na wieży służył do zupełnie innych celów.

Metoda obserwacji przy pomocy tablicy słonecznej wydaje się łatwo zrozumiała. Gdy w dowolnym miejscu tablicy, na pewien czas przed lub po wiosennym zrównaniu ukazał się w danym momencie “zajączek” będący odbiciem światła słonecznego w rtęciowym lusterku, Kopernik — zaznaczywszy grafitem jego miejsce na tablicy — mógł obliczyć przy pomocy graficznej metody interpolacji, ile czasu po tym momencie upłynie jeszcze do chwili równonocy, względnie, w jakim czasie po momencie równonocy nastąpiła obserwacja. Średnia arytmetyczna z kilku lub kilkunastu tego rodzaju dostrzeżeń pozwalała na obliczenie średniego momentu równonocy, co w konsekwencji prowadziło do obliczenia długości roku zwrotnikowego, zwłaszcza w połączeniu z dawnymi obserwacjami. Ten sam wynik otrzymał Kopernik we Fromborku przy pomocy kwadrantu; każdorazowa obserwacja w momencie prawdziwego południa dawała wysokość Słońca, co przy pomocy interpolacji pozwalało obliczyć moment równonocy i, co za tym idzie, długość roku. Wszystko zaś razem miało znaczenie praktyczne: służyło sprawie reformy kalendarza, ustalenia terminów świąt ruchomych, nad czym pracowało wielu współczesnych astronomów.

Przy tej sposobności natrafiamy na ślad jeszcze jednej obserwacji Kopernika, nigdzie przez niego nie wyszczególnionej ani też nie zamieszczonej w spisie Ludwika Antoniego Birkenmajera (Mikołaj Kopernik, Kraków 1900, str. 317). Mianowicie, chcąc gnomonicznie wykreślić na murze krużganka zamkowego doświadczalną tablicę słoneczną, musiał Kopernik koniecznie uprzednio wyznaczyć szerokość geograficzną zamku, ok. 53°45′, oraz — co nie jest już tak ważne — azymut kierunku ściany (ok. 33°03′). Pisze o tym Przypkowski:

Na czas pobytu Kopernika w Olsztynie przypada pięć obserwacji (nr nr 25-29 katalogu Birkenmajera). 7 czerwca 1518 r. obserwował zaćmienie Słońca — choć prawdopodobnie nie w Olsztynie lecz w Krakowie (ma to wynikać z odręcznego dopisu Kopernika pod ryciną: “In fine altitud. 32 Crac”).
Druga obserwacja datowana 12 grudnia 1518 r. dotyczy opozycji Marsa. Birkenmajer przyjmuje jako miejsce Olsztyn ze znakiem zapytania, to samo odnosi się zresztą także do dalszych trzech obserwacji. L. Prowe twierdzi, że okres od jesieni 1515 do jesieni 1520 Kopernik spędził we Fromborku, opierając się na niezbyt pewnym przypuszczeniu, że w przypadkach, kiedy Kopernik tego nie zaznaczył, należy przyjąć Frombork za miejsce obserwacji. Jednakże zarówno Zinner, jak i H. Schmauch uważają powyższe obserwacje za wykonane w Olsztynie. Schmauch zauważył bowiem bardzo bliską zbieżność daty jednego z listów pisanych przez Kopernika z Olsztyna z datą jednej obserwacji: data obserwacji opozycji Jowisza w dniu 30 kwietnia 1520 r., która jest najprawdopodobniej średnim wynikiem kilku obserwacji (“godzina 11 przed południem”) koincyduje z datą listu pisanego ręką Kopernika 29 kwietnia 1520 r.

Wszystkie te fakty świadczą, że Kopernik miał w Olsztynie dwa narzędzia: triquetrum i sferę armilarną, a przynajmniej tę ostatnią.

Z którego miejsca w zamku wykonywał Kopernik te obserwacje? Najlepszym i chyba jedynym punktem dogodnym do tego celu była wieża strażnicza, a w szczególności okrągły, otwarty taras na jej szczycie, otoczony krenelażem. Podobne przypuszczenie wyrazili Tadeusz Czacki i Marcin Molski w liście do Śniadeckiego z 2 sierpnia 1802 r.: “Wieża bliska, na którą Kopernik wchodził i tam noce trawił…” Nie można się jednak zgodzić z twierdzeniem Zinnera, iż “Kopernik nie miał żadnej konieczności ustawiania swej armilli na wieży. Przy wysokim położeniu zamku wystarczyło zupełnie ustawienie narzędzia na najwyższym piętrze wieży schodowej, która znajduje się w zachodnim narożniku zamieszkiwanego przez niego skrzydła zamku i obserwowanie przez zamurowane obecnie okno. Również krużganek biegnący przed pokojami biurowymi (urzędowymi) mógł w tym celu wchodzić w rachubę”.

Otóż nie potrzeba dowodzić absurdalności tego twierdzenia, zważywszy że sam Zinner zwalcza w innym miejscu możliwość obserwacji przez okno wieży Kopernika we Fromborku, chyba że to były obserwacje nie wymagające narzędzi. Dodać należy, że obecnie zamurowane okno na szczycie wieży schodowej w Olsztynie nie jest żadnym oknem. Są to typowe dla gotyku blendy, imitacje okien w celach dekoracyjnych. Taras na szczycie wieży miał 7 m średnicy (38,5 m2) i pozwalał na zupełnie swobodne rozlokowanie się z niewiele zabierającą miejsca sferą armillarną. Przypadkowe użycie krużganka do obserwacji nie było wykluczone, ale nie mogło być regułą, gdyż widoczna była stamtąd bardzo ograniczona część nieba.

Również i w Lidzbarku, gdzie do r. 1512 Kopernik przebywał na dworze swego wuja, biskupa Łukasza Waczenrodego, miejscem jego obserwacji była zapewne narożna, wysoka wieża strażnicza zamku.

L. A. Birkenmajer przypuszcza, że Kopernik wykonał w Lidzbarku dwie obserwacje: zaćmienia Księżyca dnia 6 października 1509 r. i położenia Marsa w dniu 1 stycznia 1512 r. Obie te obserwacje wykonał najprawdopodobniej bez narzędzi. Jest to oczywiste odnośnie pierwszej, w drugim przypadku była to koniunkcja Marsa z α2 Librae, przy czym odległość Marsa od gwiazdy była bardzo mała, co wskazuje raczej na ocenę gołym okiem; mogła być wykonana skądkolwiek, nawet z jakiegoś okna.

Należy zaznaczyć nawiasowo, że 64 pozycje wykazu Birkenmajera nie oznaczają, że Kopernik tyle tylko wykonał obserwacji w ciągu swego życia. I tak, nr 5 listy obejmuje obserwacje nachylenia ekliptyki do równika w latach 1497-1500, mogło ich być kilkadziesiąt! Podobnie obserwacje równonocy są wartościami obliczonymi z kilku lub kilkunastu poszczególnych dostrzeżeń. Wydaje się, że taki sam charakter mają obserwacje opozycji planet: trudno wyobrazić sobie, aby Kopernik przychodził do narzędzia właśnie w chwili opozycji. Na pewno robił wiele doświadczeń w okresach opozycji i albo obliczał z nich najlepszy moment przeciwstawienia planety do Słońca, co jest najprawdopodobniejsze, albo po prostu publikował tylko obserwację leżącą najbliżej tego momentu. Taki sam charakter nosi nr 9, zawierający pięcioletnie obserwacje Słońca oraz nr 8: obserwacje α Virginis (Spica) w latach 1497-1504.

Ciekawym, ale już nieco marginesowym zagadnieniem jest, w jaki sposób Kopernik wyznaczał i “przechowywał” czas. Najprawdopodobniej jego zegarem “normalnym” był zegar wieżowy fromborskiej katedry, pochodzący z czasów zapewne ok. 1513 r., gdyż z tego czasu pochodzą pierwsze o nim wzmianki. Z dochowanych rachunków wynika, że od 1513 czy 1515 roku zegar ten był pod troskliwą opieką. Kupiono nowy sznur za jedną grzywnę, potem drut mosiężny i klucz. Sprowadzono też majstra do jego gruntownej naprawy, płacąc za tę pracę trzy dukaty. Te wszystkie wzmianki dowodzą, że Kopernik (bo któżby inny?) przywiązywał dużą wagę do regularnego chodu zegara. Mimo to podawał on czas swych obserwacji tylko z dokładnością ułamka godziny (1/2, 1/3, 1/4, 1/5, 1/8 i 1/12) z wyjątkiem obserwacji zaćmień Słońca, przy których podaje czas z dokładnością jednej minuty, posługując się w tych przypadkach oczywiście zegarem słonecznym, wykonanym również własnoręcznie. Nocą musiał Kopernik wyznaczać poprawki dla zegara wieżowego z obserwacji gwiazd.

Kopernik jako obserwator wzorował się niestety dość niewolniczo na astronomach starożytnych, którzy na ogół nie podawali szczegółów swoich obserwacji, uważając je za zbędne, a wprowadzając do swoich opisów już gotowe, obliczone wyniki dostrzeżeń. Toteż poza wzmianką w Revolutiones, że większość swoich obserwacji astronomicznych wykonał we Fromborku, nie znajdujemy prawie nigdzie uwagi, w jakim miejscu obserwował, ani jakiego używał narzędzia, a nawet często czas obserwacji nie jest podany.

Dlatego prawie wszystkiego, co dotyczy prac obserwacyjnych Kopernika, musimy się jedynie domyślać.

Collegium Maius – tutaj uczył się Mikołaj Kopernik

Zakończenie

Przekazane tradycje, że Kopernik we Fromborku obserwował z wieży północno-zachodniej, bądź też z obronnego ganku przy tej wieży, rozbudowanego w taras obserwacyjny od strony południowej, należy ostatecznie odrzucić jako mity.

Nie obserwował on nigdy na chwiejnych gankach czy drewnianym tarasie, lecz od samego początku na mocnym, murowanym i wypoziomowanym fundamencie, przez którego płaską powierzchnię biegła linia południkowa, zbudowanym w pobliżu zewnętrznej kurii, które posiadał według dokumentu od czerwca 1512 r. Potem, po wojnie z Zakonem, już do śmierci pracował na masywnej, otoczonej murami i blankami wieży południowo-zachodniej, zwanej dzwonnicą albo oktogonem, gdzie na 6-metrowym tarasie znalazł świetne warunki do obserwacji nieba.

Przejściowo w Olsztynie dokonywał obserwacji również z murowanej wieży strażniczej, z tarasu u jej szczytu oraz przy pomocy przemyślnie wykreślonej tablicy obserwacyjnej na murze krużganka.

Zatem wbrew twierdzeniom Zinnera, który jednak znajdował się już na drodze do prawdy, oraz idących za nim niewolniczo innych autorów, stwierdzić można tu z całym naciskiem i stanowczością, że Kopernik posiadał swoje obserwatorium i to tak we Fromborku, jak i w Olsztynie, a więc budowle służące stale celom obserwacji ciał niebieskich. Te dwa obserwatoria Kopernika należy koniecznie umieścić w spisie obserwatoriów astronomicznych średniowiecznych, bezpośrednio po obserwatorium Walthera i Regiomontana w Norymberdze, gdzie na przysposobionym do tego celu balkonie przy Rosengasse wykonywano setki obserwacji położeń planet i innych ciał niebieskich.

Jest rzeczą oczywistą, że w przypadku Kopernika (i w ogóle średniowiecznych astronomów) do nazwy “obserwatorium astronomiczne” nie można przywiązywać tej samej miary, co do wielkich obserwatoriów dzisiejszych, gdzie i pawilonów jest wiele, a pracujący astronomie liczą się na dziesiątki lub nawet setki. Trzeba jednak zgodzić się że tam, gdzie był choć jeden astronom obserwujący niebo i jakiś postument murowany, którego współrzędne geograficzne zostały pomierzone lub dadzą się jeszcze pomierzyć, i jeżeli z postumentu tego były dokonywane systematycznie obserwacje przy pomocy jednego lub kilku narzędzi, jak to było w przypadku Kopernika — był to nie punkt obserwacyjny, lecz obserwatorium.

Collegium Maius Kraków

Tagged with:

Duch Gór (czyli starosłowiański Dziews-Kupała, a nie Cernunos), Halanie i ich skrzyste jelenie, gryfy scytyjskie i morawskie, Amazonki (Mazonki) oraz inne materiały ario-słowiańskie

Posted in nauka, Słowianie by bialczynski on 16 Sierpień 2013

Scyt-Saka Syberiajpg_Page24Scytyjski skrzysty szczerozłoty jeleń skrzydlaty – welański z inożnymi welańskimi zwierzętami-symbolami bogów. Inożny, od inóg, inooki – odmienny.

Od Dobrosława Wierzbowskiego,  który jak wiecie interesuje się szczególnie kulturą scytyjską i związkami kultur słowiańskich ze Scytami, otrzymaliśmy cały szereg materiałów na różne tematy, które jak mi się wydaje, są na tyle wartościowe, jako dokumentacja tych związków, żeby je szerzej udostępnić. Warto je także omówić, spojrzeć na nie pod nowym, odpowiednim do czasu i ostatnich odkryć kątem, nieco innym niż naświetlają to autorzy podręczników. Rzucają one światło na kulturę materialną Saków – Scytów z Sogdiany, czy Alanów (Halanów) znad Dniepru, ukazują związki gryfów scytyjskich i słowiańskich (jak wiemy sama postać Bazyliszka i Kąptorgi – matki Scytów ma jedno źródło), jest tu też coś o Amazonkach z terenów Persji, jest wreszcie materiał, który rzuca inne światło na postać Ducha Gór, którego się identyfikuje błędnie z Cernunosem i przedstawia uzurpatorsko jako bóstwo celtyckie.

Gołym okiem widać uderzające, naprawdę duże pokrewieństwo kultury Słowian i Scytów, ludów, które jak dzisiaj wiemy, są bardzo blisko spokrewnione genetycznie.  Materiały pochodzą z fachowej literatury polskiej, rosyjskiej, czeskiej i brytyjskiej. Zapraszam w imieniu pana Dobrosława,  który to wszystko zebrał:

Syreny i Ptakowężyce oraz Kuroinogi

Syrena Sarmacka z II wpne

Syrena sarmacka z II wieku p.n.e. – Ptakowężyca, jako Bogini Matka Niebieska, o nietoperzowych skrzydłach i rybim ogonie, na koniu powożącym ją w rydwanie-Słońcu , z  koronowanym orłem i rybą. Bogini podąża przez nieboskłon ku morzu (ku Morzącym Wełnom Rzeki Czasu i Nocy, ku Zapadowi, czyli Zachodowi Świata Materialnego, czyli ku Zaświatom i Weli przez Niebiańską Rzekę Rzek.

Syr W-wa (1)

Syrena Warszawska

vetter9

vetter8

vetter2

Syr W-wa (7)

Syrena Warszawska

Syr W-wa (2)Syrena warszawska nawiązująca wyraźnie do ptakowężycy

Syr W-wa (1)

Te postacie nawiązują też do rosyjskich sirinów i gamajunów. Tu poniżej dla porównania

Vasnetsov_Sirin_Alkonost ptaki radosci i cierpieniaSirin i Gamajun

Sarmat-pawPaw sarmacki

paw polski-1

Syr W-wa (3)

SyrenaSyr W-wa (4)Syrena Warszawska

zwierzeta_Lecha

typowy łącznik – czyli Zwierzęta z Góry Lecha (Gniezno)

Gryfy ario-słowiańskie (słowiano-scytyjskie)

senmurv and the Tree of Life 6-7 wiekSenmurw z 6-7 wieku

Dish with gryphon and snake. Iran, postsasanian. SilverIrański gryfon i wąż; srebro

Trojden 1 Ksiaze MazowieckiTrojden Mazowiecki – gryfBizancjum 11w

Bizancjum XI wiek

vetter6Gryf Barani- Ogniowy

vetter4Gryfy Boru – Borowiła i Dziewsa (Borany i Dziewany)

vetter3Gryf byczy – piorunowy

Gryf Iran 1gryf z Persji – ptasi, niebiański

gryf slaski

Gryf Pers_NiemiecGryf perski

Gryf zamek XVI w.Gryf zamkowy z XVI wieku – Polska

ik54_

Iran, probably Khorosan, 10th-beg. 11th c. Silvergryf z Chorosanu IX wiek

Okladzina_z_gryfami,_GnieznoOkładzina z gryfami – Gniezno

Pazyryk Gryf-jelenPazyryk – gryf i jeleń

Gryf

Poniżej zestaw sądów katolickich uczonych i ich interpretacja postaci gryfa, która nie wytrzymuje w świetle nowych odkryć krytyki – jest to opis zdezaktualizowany w zakresie rzekomych zachodnioeuropejskich źródeł tejże postaci, jak również tradycji  – rzekomo nieludowej. Cenne jest tutaj to że autor dotarł w ogóle do pojęcia inoga, inóga, noga. Przynajmniej za to mu chwała. Natomiast przypisywanie cech demonicznych gryfom to już czysty wymysł judeo-chrześcijański. Demon to Zdusz z zaświatów pochodzący, lub błąkający się po Ziemi – Dusza wcielona w jakąś postać, w żadnym wypadku  nie inóg. Inogi to nie potwory, nie ma w nich żadnych cech potwornych, czyli poczwarnych, czyli odrażających lub strasznych, budzących grozę.

gryf1z

Nieprzypadkowe, jezuickie zestawienie omawianej w książce postaci gryfa z diabłem porywającym grzesznika do piekła – typowa manipulacja. Dzisiaj jest to rozpowszechniona metoda telewizyjno- prasowa stosowana w propagandzie i reklamie. Ciekawy przykład z przeszłości. W kontrreformacji metoda wprowadzona ma dużą skalę przez jezuitów do tzw. encyklopedii i innych książek mających umoralniać w duchu katolickim.

gryf3Przedstawialiśmy powyżej Sirina i Gamajuna – mają one oczywisty związek z gryfami perskimi oraz wszystkimi innymi  syrenami i patakowężycami Kultury Ario-słowiańskiej (Sistańskiej)

gryf4

Bardzo ciekawa manipulacja w duchu Nauki Berlińskiej, na temat sprowadzenia górników tzw. „europejskich”, co ma sugerować, że nie byli to |Słowianie lecz Niemcy, albo jakieś inne wydumane nacje, podczas gdy byli to Miśnieczycy, czyli Łużyczanie, w 100 procentach lud Lechicki. W połączeniu z informacją o lokowaniu miast „na prawie” wywołuje w podświadomości określone skojarzenie. Jeden z przykładów, jak poprzez sposób wypowiedzi autora i jego analizę można odkryć prawdziwe, a ukryte, intencje autorskie tekstu.  

Gryf Morawy

Powyżej o Gryfie, z Moraw

gryf5

Gryfy w Średniowieczu

gryf1Ciekawostka o tym co sądził Jan Kochanowski o gryfach i jak je interpretuje chrześcijańska nauka. Cenne nawiązanie do kompleksu Indii, Scytów i Hiperborejczyków czyli Zaborzan-Borejczyków – Słowian, związane z przejętą przez Greków postacią Dziwnyjusza-Dzionizosa-Apolla

gryf6

Ten tekst zamieszczamy na pograniczu Ducha Gór – ponieważ pokazuje on manipulację jaką opisałem powyżej w całym bezlitosnym świetle. Górnicy z południa owszem przybyli w Karkonosze ale 300 lat później niż sugerował autor tekstu wiążącego to z Xi wiekiem i górnikami miśnieńskimi. Jest to też swego rodzaju dowód na płynnego przenikania motywu inoga, czyli welańskiego, niebiańskiego zwierzęcia skrzystego, skrzydlatego  – w tym wypadku tak zwanego gryfa, i uosobień zwierzęcych boskich postaci Wiary Przyrodzonej. Celtyckość postaci boga rogatego – jest niczym nieudokumentowanym wymysłem uczonych chrześcijańskich. Nadinterpretacja i spekulacja niczym nieuzasadniona we wszelkich możliwych wymiarach. Typowy mechanizm budowania „interpretacji” w naukach humanistycznych, czyli pseudonaukach.

Duch Gór, czyli Dziews słowiański, a nie Cernunos celtycki

horned_celtic_god_germany

Starosłowiańskie bóstwo rogate uważane za celtyckie, znalezisko z Niemiec

PazyrykJeleń z Pazyryku. Do dzisiaj szamani w których wcielają sie bóstwa ubierają na głowę rogi, albo maski zwierzęce, które ukazują symbolicznie boga w nich wcielonego. Wiadomo powszechnie o szamanach górnych i dolnych czyli ptasich i niedźwiedzich, przechowali to szczególnie mocno przedstawiciele plemion indiańskich w północnej Ameryce, ale także plemion syberyjskich. Mniej wiadomo, ze maski wilka, lisa, niedźwiedzia, węża , czy maski ptasie, orła , sokoła, koguta (czyli kura)  – są wprost związane ze zwierzęcymi odpowiednikami bogów na Ziemi, ich wcieleniami zwierzęcymi, czyli totemami osobistymi.  Jeleń tak mocno obecny w ludowej twórczości Słowian, niemal obowiązkowy jeszcze w połowie XX wieku w każdym domu polskim na wsi, na makatkach i obrazkach, przetrwał u nas przechowany przez lud przez tysiąc lat chrześcijaństwa jako symbol Boga Słońca Miłości – Krasznia-Kupały-Dziwienia-Dziwsa-Deusa, a właściwie jako symbol całego Tynu Dziwieniów, bo jest on najmocniej związany z Dziewanną i Krasatiną oraz Kupałą właśnie. bogowie phoca_thumb_l_jeleniowy zachod sloncaJerzy Przybył – Jeleń Zachodu – Słońce Miłości

Bogowie phoca_thumb_l_dziiewanna na jeleniu z duszami w zaswiatyJerzy Przybył – Dziewanna-Krasa

Jelen skrzystyJerzy Przybył – Skrzysty Jeleń

welanski jelenJerzy Przybył – Welański Jeleń

tumblr_ma1acu79qM1rf8m3ko1_500Rzekomo celtycki Cernunos, w sposób oczywisty Kupała-Krasz-Dziews – Bóstwo Boru Dzikiego i Dzikiej Żądzy, w otoczeniu dzikich zwierząt, w tym jelenia. W języku polskim przechowane w określeniu dziwy -= dziki, dziewy = dziw, dziw = dew = bóg

z3Nie trzeba tłumaczyć, prawda? Zwracam uwagę na szczyt głowy. Warto też  porównać do Halańskiej Sztuki poniżej, gdzie występują masowo skrzyste boskie jelenie

z1

z2

duch 1Marek Zybura o Duchu Gór

Typowo manipulancki tekst, który miesza wszystko z wszystkim i przypisuje Niemcom autorstwo podań, które są podaniami Ślązaków, którzy byli oczywiście od zawsze Słowianami a nie Germanami. Bezczelne, nie wiem czy z głupoty, czy celowe, powielanie nazistowskich mitów o niemieckości Śląska. Jeżeli Prusacy coś spisali to z podań ludowych, a nie z powietrza. Lud zaś śląski tak jak mama Jerzego Przybyła, choć prusacy zakazywali nawet w szkołach porozumiewać się dzieciom po polsku, czy po śląsku, wolała obrywać po łapach a mówić po naszemu. Stąd także Bracia Grimm czerpali garściami z folkloru Połabia i Łużyc, i ze Śląska. Bredzenie o literackim pochodzeniu postaci, która ma rodowód sięgający głębokiej starożytności, jako motyw w przedstawieniach plastycznych, rzeźbach itp – jest nie powiem nadużyciem, ale po prostu przekrętem. Na dodatek te wtręty katolickie o Górze Synaj i Chrystusie w Górach, powiązane z pogańskim Duchem Gór, czy też Bogiem Dzikiej Przyrody – Boru i Dzikiej Żądzy – Dziewsem. Naprawdę pożałowania godne interpretacje proniemieckie i manipulacje judeo-chrześcijańskie. Zapytałbym autora kto dał grant na jego pracę. Tego chyba można się dowiedzieć w jego rodzimej uczelni.

duch 2tekst 2 autorstwa Lucyny Biały (Duch Gór – Geneza i upowszechnienie legendy)

Dobrze, że ta autorka przynajmniej zauważyła iż legendy i podania o Duchu Gór były powszechne wśród mieszkańców Śląska. Nie zauważyła niestety co to za ludność zamieszkiwała Śląsk, najwyraźniej przyjmując, że napływowy obcy tutaj element germański nigdy nie był elementem rdzennym i nie od niego pochodzą legendy Ludu Śląskiego. Jakże często zapominają polscy autorzy że Śląsk był Polski i Czeski, rządzony przez Piastów aż do okresu Prus, ostatni Piastowic Ferdynand II zmarł w 1705, a ostatni Piast władał ziemiami Śląska jeszcze w 1675 roku. Śląsk należał do Ślązaków, a także innych Lechitów (bo Czesi to Lechici – Słowianie Zachodni, także Łużyczanie to potomkowie Lugiów (Łużjów), czyli Lęchowie – Lechici – Słowianie Zachodni, podobnie jak Serbowie Połabscy, Wieleci, Drzewianie i Wędanie.

Zupełnie fatalne jest to, że polscy autorzy i powtarzacze popłuczyn po niemieckiej propagandzie 200-stu letniej, kompletnie nie posiadają wiedzy etymologicznej i bredzą jak poparzeni w wywodzeniu z jakiejś łaciny i niemczyzny takich nazw jak Góry Ryfejskie, czy Ruebzagel. Już po liczbie przedstawionych przez panią wariantów zapisów widać, że to jest obce Germanom słowo, kompletnie przez nich niezrozumiałe, wymawiane i zapisywane raz tak raz inaczej, dowolnie. Mam nadzieję jednak, że kiedy ci wszyscy ludzie się zastanowią to zrozumieją, że znamy i inne Raby – jak rzeka w Małopolsce i nie tylko, czy inne Rawy – jak inne rzeki po całej Słowiańszczyźnie, a także miejscowości na Mazowszu i gdzie indziej. Góry Ryfejskie to typowo po łacińsku przekręcona nazwa Gór Rawskich – Rudych, Gór Rud. To to samo co Orawa, Orzawa, Oroja, Oral-Aral.  Raw, Rawicz, Rawianin, Orawianin. Raby – pstry, rzeka Raba  to rzeka Pstra. Pstry jest także górski rzeczny Pstrąg, czyli raby jest.  Raby znaczy rudy, pstry, jaskrawy, jarzębi  jak białoruska „raba noc” (noc rabinowa).  Góry Rawskie  – jak bawa – być,  sława – słyć, tak rawa – ryć. Góry Zryte, Rudne,  Rudawy – jak te czeskie tuż obok. Najbardziej znana na świecie rzeka Rawa to zapisana przez Greków i Rzymian Ra – Wołga, rzeka ryjąca się przez  ląd (Ląd Biały).  Co ciekawe herb Rawa, Rawicz, Rabicz – jest herbem o pogańskim pochodzeniu nawet według heraldyków takich jak Niesiecki. Przedstawia on Pannę w Czerwonej Sukni na Niedźwiedziu, a więc Boginię Boru, Władczynię Lasu w Rabej (Rawej) Szacie. Panna ta ma koronę na głowie – to raczej królowa a nie księżniczka. Całość jest na polu złotym i czerwonym – symbolach ognia, światła i słońca. Tutaj oczywiście dochodzimy do świetlistego, ogniowego znaczenia rudy żelaza i wszelkich drogich kamieni i rud skrytych w górach – członu nazewniczego RA – obecnego w nazwach pogańskich słowiańskich bóstw, obecnego też oczywiście w królewskim dzbanie, który Scytom zrzucili z Nieba bogowie jako znak królewskości – Cz-a-RA, dzban, kielich czarowny, czerwony, świetlisty z płynem Ra. Stąd też słowo Ra-róg – sokół i znany wszystkim RaRAg – Raraszek – ptak czarowny, boski, patkowąż, smok ptasi. Czara była symbolem królów scytyjskich a nie niemieckich, jej kopia symboliczna była przytroczona do królewskich pasów władców Scytów.   Rueb-Zagel to ordynarnie zniemczona wersja siedliska zarodków na Weli, Weli – Prawi, mieszkania Bogów Słowiańskich. To tam znajduje się Raby Bagr – i Raby Gaj (Rab Zagaj), Siedlisko Bogini Rudzi, Tej Która Rodzi i Radzi. Jestem bardzo ciekaw jak Niemcy wytłumaczyliby związek nazw Liczyrzepy z Rzepiórem, gdzie oczywisty jest człon rab (rap, rep, rzep), jak wytłumaczą związek członu rab-raw  z Rzepichą, Rzepicą Ra-Pticą – imieniem legendarnej założycielki rodu Piastów, żony Kołodzieja, zwanej też Rzepą? Jak wyjaśnią i wywiodą słowo rzep i rzepa, albo rzepak. Rzepak – roślina słoneczna o żółtych kwiatach, rzep – roślina o kwiatostanach i owocostanach w kształcie korony słońca, ostrych, kolących. Rzep czyli łopian – roślina o właściwościach odradzających życie w której liście Rudź zawija duszyczki nowych bytów rodzących się na ziemi. Rzepa – roślina bulwiasta, kulista, paląca w smaku, bardzo ostra, znana z wykopalisk w Indiach od 1500 p.n.e. Niewątpliwie przywieziona do Indii przez ludność o haplogrupie R1a1 – bo znana też na całej środkowoeuropejskiej i środkowoazjatyckiej północy. Jako jej źródło wymienia się Afganistan i Pakistan, ale to roślina i nazwa starożytna. Ciekaw jestem cóż znaczy dla nich, dla Niemców ta ognista sylaba Ra lub Re – repa, raba – pstRA i ostRA, zawarta w tych słowach, jak oni to są w stanie powiązać w jedność etymologicznie, logicznie i mitologicznie w swoim kreolskim języku?

Nawet słowo rabin ma przecież indoeuropejski, ario-słowiański rodowód, bo Ra-Być, to Być Światłem, być Oświeconym a więc nauczycielem, rabem – sługą bożym.

Ra-Barbar – roślina  o czerwonej, rabej łodydze, Roślina Barbarzyńców – RA- Barbarów (Warwarów , jak w słowie war – wyznawców Ognia, pochodzących z Waru Warów – czyli od Swąta, Światła Świata, z jego Gałęzi, z jego Drzewa, z jego Kłódzi-Owalu-Waru oraz z Waru Jaskini [Jamy], czyli z Nowej Koliby, Warszów i Warszowców [Wrszowców]- herbu Rawicz)

Naprawdę bywam przerażony stopniem ignorancji i brakami wiedzy ogólnej tzw. naukowców w Polsce. Bywam zdruzgotany nikłym stopniem świadomości Polaków wykształconych, zwłaszcza faktem, że przez cały czas wciąż podlegają nazistowskiej propagandzie i powtarzają te brednie jak papugi mniemając, że rozpowszechniają wiadomości „uczone”. To są uczone ploty-pląty i „uczone”, bo wyuczone, powtarzane baśniuszki kreoli Celto-Słowiańskich znad Wężery i Grani.

H370519mInterpretowany jako Cernunos – Dziwień-Kupała-Dziews

Amazonki i Trzygłów z Persji

Amazonka Iran

Amazonka Iran 2

Amazonka Iran 3

Trzyglow BundzykatTrzygłów (Amazonka, czyli Białoboga – trzytwarzowa i czteroręczna) – Budzykant

Sakowie z Załataju (Ałataju)

Saka Altajjpg_Page28

Saka Altajjpg_Page34

Saka Altajjpg_Page49

Saka Altajjpg_Page50

Saka Rogaty GryfMotywy zwierzęce Awarów

t1t2t3t4t5

avar zwierzeta1avar zwierzeta2

Halanie (Alani) jako chrześcijanie

alan 2

alan 1

z1

z2

Tagged with: ,

Kopiec Rzeczpospolitej Krakowskiej – gdzie był? Na Plantach?

Posted in nauka, Polska, Słowianie by bialczynski on 15 Sierpień 2013

SONY DSCPodstawa pomnika imituje kolistą podstawę byłego kopca.

Planty powstały na miejscu fortyfikacji otaczających miasto: murów obronnych oraz położonej na ich przedpolu fosy i wałów ziemnych. Był to grząski, zaniedbany teren pełniący rolę śmietniska i ujścia ścieków. W 1820 podjęto decyzję o utworzeniu „ogrodów miejskich” na miejscu wyburzonych na początku XIX w. murów (stąd nazwa Planty – od splantowania, czyli wyrównania rumowisk, bardzo długo jednak krakowianie używali nazwy Plantacye lub Plantacje[3]). Głównym inicjatorem tej idei, twórcą pomiarów i planów był Feliks Radwański. Po jego śmierci w 1826 r. kierownictwo robót objął Florian Straszewski, który w 1830 r. założył fundację z przeznaczeniem na utrzymanie Plant.

Początkowe prace polegały na niwelacji terenu, zasypaniu fosy nawiezioną ziemią itp. W obrębie tworzonego parku pozostał Barbakan. W kolejnym etapie przystąpiono do obsadzania terenu drzewami (głównie kasztanowce, także klony, lipy, jesiony, topole, pojedyncze egzemplarze drzew egzotycznych) i krzewami, zakładania trawników i kwietników oraz wyznaczania alejek i placów zabaw.

Od roku 1827 Planty objęły pierścieniem także wawelskie wzgórze, na którego południowych stokach posadzono drzewa brzoskwiniowe i urządzono winnice, zlikwidowane w latach 50. XIX wieku w związku z podjęciem przez armię austriacką prac mających przekształcić wzgórze w cytadelę i koszary.

W późniejszych latach powstawały m.in. kioski i pawilon koncertowy. Prowadzono zwykłe prace pielęgnacyjne, zajmowali się nimi ogrodnicy zwani plantowymi. Zgodnie z regulaminem ustanowionym przez władze miejskie w 1879, planty podzielone były na dziewięć rewirów podlegających opiece dziewięciu plantowym. Funkcjonowali oni do połowy XX w.

Planty stały się miejscem spacerów, spotkań towarzyskich, a nawet uroczystości narodowych. W 1871 r. utworzono Komisję Plantacyjną, która zajęła się uporządkowaniem Plant i stałą nad nimi opieką. Z jej inicjatywy rozpoczęto ozdabiać park pomnikami. W 1919 roku przed Collegium Novum posadzono Dąb Wolności. U wylotu ul. Lubicz stał natomiast przed II wojną światową pamiątkowy wiąz posadzony ponoć przez samego Tadeusza Kościuszkę[4].

Podczas II wojny światowej doszło do znacznej dewastacji parku – Niemcy wycięli krzewy i zrabowali „na cele wojenne” metalowe ogrodzenie oddzielające aleje spacerowe od zieleni. W okresie powojennym ograniczano się tylko do zapobiegania dalszej degradacji Plant. Decyzję o ich rewitalizacji, według projektu prof. Janusza Bogdanowskiego, podjęto w 1989 r. W ciągu kilkunastu lat renowacji Plant przywrócono małą architekturę – stylowe lampy, ogrodzenia, ławki; za pomocą kamiennych murków zarysowano dawny przebieg murów obronnych oraz rozmieszczenie baszt i bram miejskich.

Planty podzielono na 8 ogrodów:

  • Wawel – w okolicach Wawelu – od ul. Franciszkańskiej do ul. Powiśle
  • Uniwersytet – w okolicach Uniwersytetu Jagiellońskiego – od ul. Franciszkańskiej do ul. Szewskiej
  • Pałac Sztuki – w okolicach Pałacu Sztuki – od ul. Szewskiej do ul. Sławkowskiej
  • Florianka – naprzeciw dawnego gmachu „Florianki”
  • Barbakan – w okolicach Barbakanu
  • Dworzec – w okolicach Dworca Głównego
  • Gródek – od ul. Mikołajskiej do ul. Siennej
  • Stradom – w okolicach Stradomia – od ul. Siennej do ul. Stradomskiej

Na terenie Plant lub w ich bardzo bliskim sąsiedztwie znajdują się następujące zabytkowe obiekty:

  • Barbakan
  • Brama Floriańska
  • Baszta Pasamoników
  • Baszta Stolarzy
  • Baszta Cieśli
  • Pałac Sztuki
  • Filharmonia
  • Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
  • Gmach Akademii Muzycznej w Krakowie
  • Kościół św. Krzyża w Krakowie
  • Kościół oo. Reformatów
  • Kościół oo. Dominikanów
  • Kościół oo. Franciszkanów
  • Pałac Biskupi
  • Collegium Novum Uniwersytetu Jagiellońskiego
  • Collegium Witkowskiego Uniwersytetu Jagiellońskiego
  • Wawel

Sztuka

Planty krakowskie stały się inspiracją dla wielu twórców. Przykładem mogą być obrazy: Jana Stanisławskiego, Witolda Wojtkiewicza („Planty w Krakowie”) oraz Stanisława Wyspiańskiego („Planty o świcie” oraz „Chochoły – Planty nocą”), a także wiersz Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej pt. „Planty”.

Obiekty

Opis pomników, kapliczek, rzeźb i fontann na Plantach, istniejących oraz zlikwidowanych, idąc wokół Plant od ul. Podzamcze do ul. św. Idziego (zgodnie z ruchami wskazówek zegara):

  • Sowy – Rzeźba Bronisława Chromego, powstała w 1961 r. Sowa i mała sówka, obecnie pozostała tylko większa. Mała padła łupem „kolekcjonera”. Znajduje się przy ul. Podzamcze.
  • Pomnik Tadeusza Żeleńskiego (Boya) – Pomnik odsłonięty w 1985 r. jest dziełem Edwarda Krzaka. Stoi pomiędzy ul. Podzamcze a ul. Poselską.
  • Tablica pamiątkowa – Tablica z fragmentem tekstu apelu Przewodniczącego Rady Państwa PRL, prof. Henryka Jabłońskiego o ratowanie zabytków Krakowa i tabliczki z informacjami o pierwszych darczyńcach. Tablica znajduje się na murze ogrodu Muzeum Archeologicznego.
  • Pomnik Grażyny i Litawora – Powstał w 1884 roku dla uczczenia Adama Mickiewicza, jest dziełem Alfreda Dauna. Stoi przy ul. Poselskiej.
  • Pomnik kardynała Adama Sapiehy – Powstał w 1976 r. Projekt Augusta Zamoyskiego. Znajduje się przed kościołem franciszkanów przy ul. Franciszkańskiej.
  • Pomnik-fontanna Fortepian Chopina – Na podstawie projektu (z 1949 r.) Mari Jaremy pomnik wykonała Wanda Czełkowska. Odsłonięty 2 października 2006. Znajduje się przy ul. Franciszkańskiej.
  • Pomnik ofiar Wielkiego Głodu na Ukrainie 1932–1933 – Przy ul. Olszewskiego, obok cerkwi św. Norberta. Odsłonięty 18 listopada 2008 roku.
  • Figura Matki Bożej Łaskawej – Powstała w 1771 r. i znajdowała się nad bramą wejściową cmentarza przy kościele Mariackim. Podczas likwidacji cmentarza w 1797, rzeźbę zakupili na licytacji kapucyni i postawili ją u wylotu ul. Kapucyńskiej na ul. Podwale. Na obecnym miejscu, u wylotu ul. Jagiellońskiej na Planty, u zbiegu z ulicą Karola Olszewskiego, od 1941 roku.
  • Pomnik Mikołaja Kopernika – Powstał w 1900 r. Jest dziełem Cypriana Godebskiego. Pierwotnie stał na dziedzińcu Collegium Maius. Na obecnym miejscu, u wylotu ul. Gołębiej przed Collegium Witkowskiego, od roku 1953.
  • Pomnik Artura Grottgera – Jest dziełem Wacława Szymanowskiego. Powstał w 1903 r. Stoi pomiędzy Pałacem Sztuki a ul. Dunajewskiego.
  • Pomnik Fryderyka Chopina (nieistniejący) – Było to dzieło Władysława Marcinkowskiego. Stał przy wylocie ul. św. Tomasza na Planty (po prawej stronie) od 1890 do 1931. Rozebrano go aby postawić okazalszy monument, ale II wojna światowa udaremniła te plany.
  • Pomnik Lilli Wenedy – Powstał w 1885 r. jest dziełem Alfreda Dauna, kamienną rzeźbę zastąpiono w 1897 roku odlewem z brązu. Fundatorem był dr Henryk Jordan.
  • Pomnik Tadeusza Rejtana – Powstał pomiędzy 1856 a 1859, odsłonięto go w 1890. Było to dzieło Teodora Zakrzewskiego. W lutym 1946 pomnik zniszczony został przez burzę. Odtworzony przez Czesława Dźwigaja, odsłonięty ponownie 9 czerwca 2007.
  • Pomnik Jadwigi i Jagiełły – Powstał w 1886 r. Według projektu Karola Knausa wykonany przez Oskara Sosnowskiego. Pomnik upamiętnia 500-lecie unii polsko-litewskiej (Unia w Krewie).
  • Staw – Niewielki zbiornik wodny w kształcie ósemki, kompozycja w stylu japońskim – z łukowatym mostkiem, wysepką z brzozami i fontanną. Powstał w 1904 roku.
  • Pomnik Harfiarza (Bojana) – Pomnik z brązu powstał w 1886 r. Dzieło artysty Piusa Welońskiego. Wykonany w Rzymie, a jego fundatorem był ziemianin Konstanty Wołodkowicz. Na obecnym miejscu, pomiędzy Barbakanem a ul. Sławkowską, nad stawem, od 1904 r. Poprzednio stał po drugiej stronie Barbakanu. Pomnik upamiętnia Bohdana Zaleskiego.
  • Cmentarz i pomnik żołnierzy radzieckich (przeniesiony) – Znajdowały się obok Barbakanu, po jego zachodniej stronie. Był to pomnik oraz groby 19 żołnierzy radzieckich poległych podczas wyzwalania miasta. Powstały w 1945 roku a projektowali Marcin Bukowski i Karol Muszkiet. W 1997 pomnik i groby zostały przeniesione na cmentarz wojskowy przy ul. Prandoty.
  • Tablica upamiętniająca pasamonika Marcina Oracewicza – Znajduje się na murze Barbakanu, po jego wschodniej stronie. Podczas obrony Krakowa w 1768 roku miał zastrzelić carskiego dowódcę, generała Iwana Panina.
  • Pomnik zajść krakowskich 1936 – Upamiętnia zamordowanych przez polską Policję Państwową w dniu 23 marca 1936 roku, ośmiu robotników krakowskiego Semperitu. Dwa dni wcześniej policja spacyfikowała strajk okupacyjny w zakładzie. Doszło do manifestacji, funkcjonariusze policji otworzyli ogień do robotników, masakrując protestujących. Wydarzenia upamiętnia głaz z tablicą pamiątkową i postawionym po 1989 krzyżem. Pomnik znajduje się przy skrzyżowaniu ulic Szpitalnej i Basztowej.
  • Pomnik Floriana Straszewskiego – Powstał w 1874. Autorem był Edward Stehlik. Jest to pomnik twórcy Plant. Powstał w miejscu gdzie znajdował się kopiec upamiętniający powstanie Rzeczypospolitej Krakowskiej, przy skrzyżowaniu ulic Basztowej i Westerplatte. Wykonany z granitu tatrzańskiego monument ma kształt obelisku, który posadowiony jest na szerokiej podstawie obwiedzionej metalową balustradą wzmocnioną kamiennymi słupkami. Płaszczyzna podstawy wzniesiona jest ponad poziom otaczającego ją terenu (kilka stopni prowadzi do bramki w balustradzie). Na obelisku umieszczono medalion z podobizną Straszewskiego, a poniżej pamiątkową tablicę z napisem „Floryan Straszewski – główny uczestnik w założeniu plantacyj”. Nieco niżej wyryty napis głosi: Ku wdzięcznej pamięci zasług założenia i utrzymania tych przechadzek za uchwałą Rady Miasta Krakowa ze składek obywateli i zasiłku miejskiego. Obelisk ten powstał jako jeden z pierwszych pomników na Plantach. Uroczystość odsłonięcia pomnika odbyła się 4 sierpnia 1875 roku, a więc w rok po dacie uwidocznionej na cokole[5].
  • Pomnik Michała Bałuckiego – Powstał w 1911 r. Jest dziełem Tadeusza Błotnickiego. Znajduje się za kościołem św. Krzyża.
  • Pomnik płk. Narcyza Wiatra „Zawojny” – Powstał w 1992. Autorem rzeźby jest Bronisław Chromy. Pomnik komendanta VI okręgu Batalionów Chłopskich. Znajduje się przy skrzyżowaniu ulic Dominikańskiej i św. Gertrudy.
  • Latarnia zmarłych (Kapliczka św. Gertrudy) – Kapliczka z 1710. Stała przy dawnym szpitalu i kościele św. Sebastiana. Znajduje się obok skrzyżowania ulic św. Gertrudy oraz św. Sebastiana, za Hotelem Royal.

Zobacz też

  • planty
  • Planty Dietlowskie w Krakowie
  • I obwodnica Krakowa
  • Małopolska Droga św. Jakuba

Straszewski Florian (ur. 1766 w Koczmerowie, zm. 1847 w Krakowie) – obywatel ziemski, społecznik, współtwórca krakowskich Plant.

Mieszkał w domu własnym przy ul. Brackiej 9, członek Senatu krakowskiego, Komitetu do spraw Upiększania Miasta, współinicjator usypania kopca Kościuszki, członek Komisji Włościańskiej, przez pewien czas dzierżawca krakowskiej loterii liczbowej. Od 1822 roku (roku rozpoczęcia robót przy zakładaniu Plant) członek Komitetu Ekonomicznego, zajmujący się stroną finansową budowy Plant, osobiście kierował robotami, zbierał fundusze, często wypłacał robotnikom z własnej kieszeni.

Na fasadzie kamienicy Hetmańskiej przy Rynku Głównym, na wysokości między 1 a 2 piętrem wisiał ogromny drewniany herb Krakowa. Tarcza herbowa u dołu miała 5 otworów. Co środę, w południe, kamienicę oblegały tłumy wpatrzone w te otwory. Punktualnie o godz. 13 w dziurach tych umieszczano wyciągnięte z koła szczęścia numery – pięć ze stu. Fortunę w ten sposób zdobytą przeznaczył Straszewski na cele społeczne.

W 1838 Florian Straszewski dostał medal za ofiarę i trudy w upięknieniu miasta.

Wakacyjnie: Marihuana sprzed 2700 lat, w grobowcach Tok-Harów!

Posted in nauka, Starosłowiańska Świątynia Światła Świata by bialczynski on 11 Sierpień 2013

Temat nie nowy i  niby znany w Internecie, ale ponieważ pochodzi sprzed roku 2009 nie wiąże się tam tego odkrycia ANI Z TOKHARAMI ANI Z LUDŹMI O ARIO-SŁOWIAŃSKIEJ HAPLOGRUPIE R1A. dzisiaj wiemy że to nasi pradziadowie byli owymi użytkownikami konopi i że czynili to rytualnie w obrzędach Wiary Przyrodzoney. 

4

Prawie kilogram ciągle zielonych liści znaleziono w mającym 2700 lat grobie na Pustyni Gobi. Wydarzenie opisano w “Journal of Experimental Botany” uznając znalezisko za najstarszą znaną skrytkę marijuany.

 

789 gramów ususzonych konopii znaleźli naukowcy w grobowcu mężczyzny o europejskim wyglądzie, który odkopano niedaleko Turpan (Turfan) w północno-zachodnich Chinach. Zdaniem naukowców, którzy opisali znalezisko w “Journal of Experimental Botany”, nie ma wątpliwości, że znalezione konopie miały służyć jako narkotyk.

4a

Zmarły 45-latek miał niebieskie oczy i jasne włosy. Naukowcy podejrzewają, że mógł być szamanem ludzi tworzących kulturę Gushi. Pochówki ludzi o europejskim wyglądzie są w tym rejonie Chin stosunkowo częste. Suche warunki i zasadowa gleba spowodowały, że marihuana zachowała się rewelacyjnie. Wciąż ma naturalny kolor, choć charakterystyczny aromat już dawno się ulotnił. Zdaniem uczonych jest to najstarszy udokumentowany przypadek stosowania konopii jako środka farmakologicznego.

 

Zespół 18 naukowców (w większości Chińczyków), który badał starożytną marihuanę, próbował zasiać ziarna, ale nie udało im się wyhodować rośliny. Ustalili za to, że znaleziony susz miał bardzo wysoką zawartość psychoaktywnej substancji THC.

26

Oprócz marihuany naukowcy znaleźli też w grobowcu uprząż, wyposażenie łucznicze oraz harfę. Nie natrafili jednak na nic, co wyjaśniłoby, w jaki sposób zażywano narkotyk. Jednym z największych kłopotów podczas badań było przewiezienie znalezionych konopi do laboratorium w Anglii. Walka z urzędnikami o konieczne pozwolenia zajęła naukowcom 10 miesięcy.

Jak się wydaje marihuana nie była powszechnie używana przez ludzi kultury Gushi. Znaleziono ją na razie tylko w dwóch z 500 przebadanych grobowców.

 

Na podstawie The Cannadian Press.Region-Turpan

 

Turpan

Chariot_spread

Rozpowszechnienie ario-słowiańskiej kultury kurhanowej Sintaszta (czerwony kolor) oraz Andronowo (pomarańczowy) na przestrzeni czasu w Eur-Azji

800px-R1a1a_distribution

Rozmieszczenie haplogrupy R1a1

 

Jak widać obszary te zachodzą na siebie, są kompatybilne.

Wakacyjnie: Słowianie a Frankowie – czyli bania a sprawa polska

Posted in nauka, Słowianie by bialczynski on 10 Sierpień 2013

02_Machine-de-Marly_2_Nicolas-de-Fer_1705Machine de Marly” przedstawiona na sztychu kolorowanym przez Nicolasa de Fer w 1705 roku.

Polecam artykuł, który uzmysłowi nam wszystkim jak wielka kulturowa różnica istniała między SIStanem a Europą Zachodnią w latach 1200 – 1600. Kraje takie jak Polska wciąż wtedy kultywowały pamięć Wielkiej Scytii i Wielkiej Euro-Azjatyckiej Sarmacji, a więc  resztki wspólnoty kultury Słowian i Wschodu Indo-Irańskiego, a w tej kulturze kult wody i czystości

Autor wyciąga z faktu owego kultu wody i czci czystości w Polsce średniowiecznej szereg niesłusznych wniosków na temat Średniowiecza Europy w ogóle, które naszym zdaniem jest bezprecedensową Czarną Dziurą w dziejach cywilizacji Człowieka.

Ale ten opis różnic kulturowych jest wyjątkowo trafny, bowiem pokazuje kulturę Scytów – Prasłowian , których potem nazywano w nauce XIX wieku koczownikami i ciemnotą, wypełzłą z nadprypeckich borów. Taka wizja Słowian i Polski to wdruki propagandy niemieckiej, czyli  „zwycięzców”  spod znaku chrześcijańskiego krzyża cesarstwa rzymskiego. Pamiętajmy zawsze o tym, kiedy słyszymy ich”zachodnioeuropejskie” wyższościowe, szowinistyczne pohukiwania na zaściankowość Polaków i nazistowskie wręcz wypowiedzi o Polsce czy o Słowianach. Byle wieśniak miał tutaj w  Polsce wyższą kulturę od ich królów, takich jak Ludwik Słońce, a byle wioska była czystsza niż Wersal.

Pozostałe wnioski autora na temat Platona, Arystotelesa i humanizmu oraz „światłego chrześcijaństwa średniowiecznego” z jego „czystością” przyklasztorną i szpitalną to niestety nic nie  warte pokrętne deliberacje, które nie wytrzymują krytyki. Zalecenia Sorbony co do unikania wody pochodzą wszak z okresu Średniowiecza, a humanizm mimo wszystko trudno mi nazwać bełkotem opartym na cytuję: „Wymyślonych mitach greckich i rzymskich”. Widać, że autor w ogóle nie rozumie czym jest mit, a przede wszystkim tego że jest on literackim zapisem holistycznych relacji w świecie przyrody i personifikacją „kosmicznych/fizycznych” sił w niej działających. Mówienie o wyższości scholastyki nad światopoglądem renesansowym to twierdzenie, iż pogląd o płaskiej Ziemi powinien nas dalej obowiązywać, a odkrycia renesansu są nienaukowym bełkotem. Na tym bełkocie opiera się era lotów kosmicznych panie autorze pseudofilozoficznych wywodów prokatolickich. Bez Medyceuszy których pan nazywa świecką mafią i bez upowszechnienia szkoły platońskiej, i arystotelesowskiej oraz wiedzy o magii i okultyzmie do dzisiaj tkwilibyśmy w szponach mafii w sutannach – A śmiem twierdzić że wiele osób w Polsce w tych szponach Czarnej Mafii, która kradła całe księstwa i mieczem karczowała sobie drogę do miejscowych skarbów, wciąż jeszcze tkwi i dzisiaj.

http://zbigniewrabsztyn.blog.onet.pl/2012/11/26/sztuka-portretowa-w-panstwie-mogolow-i-w-europie-czesc-36/

Oto artykuł:

Istnieje przekonanie, że wśród francuskich monarchów największym blaskiem świeci Król-Słońce. Twórcę Wersalu, mecenasa sztuki, eleganta i miłośnika kobiet odbieramy jako postać jaśniejącą sterylną higieną. Podobnie wyobrażamy sobie tysiące wykwintnych dworzan królewskich, zwłaszcza dam, wraz z ich schludną służbą – „wszyscy do czysta wymyci”. Najmniejszych wątpliwości nie nasuwa przestrzeganie zasad higieny przez królową, a codzienne zażywanie kąpieli przez kochanki króla, ich staranna toaleta i czysta bielizna wydają się bezdyskusyjne.
W ogóle dbałość o higienę przez dwór francuski zwykło się przyjmować za pewnik: w rezydencji królewskiej nie tylko nie brakowało wody, ale bywało jej w nadmiarze, o co postarał się Ludwik XIV. Olśniewający splendor Wersalu podkreślał park z 1400 tryskającymi wodą fontannami, strumieniami, kaskadami, sztucznymi źródłami, basenami, stawami oraz Canale Grande ze znajdującą się na jego wschodnim krańcu Petite Venise. W wodotryski zainwestowano ogromną kwotę 2338715 liwrów. Mechanizm każdej fontanny uruchamiano za pomocą długiego na około 1 metr klucza – miał wypisaną nazwę własną fontanny. Dziś pozostało tylko 39 wodotrysków.
Ponieważ wcześniej w pobliżu Wersalu nie było odpowiednich zasobów wody, Ludwik XIV postanowił ją doprowadzić z odległej o 12 kilometrów Sekwany. Koszt tej inwestycji przewyższył koszty wszystkich wersalskich fontann. Każdego dnia „Louis le Grand” potrzebował do ich zaopatrzenia więcej wody niż codziennie zużywał jej Paryż!
W 1684 roku, po siedmiu latach prac, ukończono w Marly budowę potężnego systemu zintegrowanych maszyn hydraulicznych – cudu inżynierii. Koszt budowy wyniósł ponad 5 i pół miliona liwrów. Dla porównania: roczny budżet państwa wahał się w granicach 100–120 mln liwrów. Na gigantyczną konstrukcję „maszyny z Marly” złożyła się równie olbrzymia ilość materiałów, w tym więcej niż 100000 ton drewna, 17000 ton żelaza i 800 ton ołowiu. System składał się z 14 kół wodnych – każde miało około 12 metrów średnicy – oraz 250 pomp wraz z pompami głębinowymi, które wytrzymując ciśnienie 14 barów tłoczyły wodę z Sekwany do akweduktu Louveciennes na wysokość 162 metrów. Dostarczaną wodę magazynowały zbiorniki o pojemności 700.000 m³. Wynalazek ten miał zaopatrywać Wersal i okolicę w 6000 metrów sześciennych wody na dobę. Pod koniec panowania Ludwika XIV wydolność pompowania wody wynosiła już 6.300 m³ na godzinę! Roczny koszt pracy i konserwacji systemu zamykał się kwotą 60 000 liwrów. W sumie rozwój parku i praca jego systemu wodnego stanowiły jedną trzecią całkowitych kosztów budowy Wersalu.
Całość systemu zaprojektował Rennequin Sualem (1645-1708), stolarz pochodzący z Jemeppe-sur-Meuse, podobno analfabeta. Wykonawcą był Arnold de Ville (1653-1722), absolwent prawa uniwersytetu w Louvain, inżynier-amator. Pod jego nadzorem pracowało jednocześnie 1800 robotników. Prace Sualema i de Ville’a wspierał Jean de Siane Du Pont, inżynier z Namur.
Działanie pierwszej z maszyn uroczyście zainaugurował Ludwik XIV w dniu 13 czerwca 1684 roku. Prace przy akwedukcie w Louveciennes ukończono w 1685 roku, a trzy lata później – prace pozostałe. Następnie zainstalowano dwa zespolone systemy rurociągów i stawów-rezerwuarów, które zaopatrywały w wodę zbiorniki w Parc-au-Cerf i Montbauron, a przepływające w pobliżu Wersalu dwa strumienie przekształcono w dwa wodociągi i kanał. Wybudowano Pavillon des Sources – główny basen dystrybucji wody. Jakość systemu zintegrowanych maszyn hydraulicznych i stacji pomp podkreśla fakt, że pozostawały w użyciu do 1817 roku, po czym zostały przebudowane i zmodyfikowane. Wygląd budynku, pierwotnie będącego częścią kuźni, w którym pracowała jedna z maszyn hydraulicznych z Marly, namalował w 1873 roku Alfred Sisley. Dopiero w 1968 roku „maszynę z Marly” zastąpiono wydajniejszymi elektropompami, zaś jej pozostałości zachowano w Bougival, w departamencie Yvelines – można je oglądać do dziś.
W związku z powyższym można nabrać przekonania, że dla potrzeb Ludwika XIV sięgnięto niemal szczytów techniki, stworzono idealny wzorzec piękna i nieskazitelnej czystości. Otóż, nic bardziej mylnego. Okazuje się, że w luksusowym Wersalu nie było ani jednej łazienki, ani jednej toalety! Potrzeby fizjologiczne załatwiano gdzie popadnie: do dyspozycji były 1252 kominki – bez problemu można było się w nich zmieścić – i 67 układów schodowych. Nikt się nie krępował. „Zapachy w parku, w ogrodach, nawet w pałacu przyprawiają o mdłości. Przejścia między budynkami, dziedzińce, skrzydła pałacu, korytarze pełne są uryny i fekaliów”. Najsłynniejsze przejawy brudu arystokratycznego to pluskwy i wszy w łóżku Ludwika XIV! Pisał o tym na początku XX wieku Władysław Szumowski (1875-1954), profesor historii medycyny i filozofii Uniwersytetu Jagiellońskiego, którego „Historia medycyny filozoficznie ujęta: podręcznik dla lekarzy i studentów z ilustracjami” już po pierwszym wydaniu w 1935 roku przez firmę Gebethnera i Wolffa w Krakowie uznana została za najlepszą książkę tej dyscypliny naukowej w Europie.
Pomyśleć tylko: woda tryskająca z fontann Wersalu nie miała żadnego kontaktu ze skórą ludzką! Wierzono, że warstwa brudu zapewnia zdrowie i chroni przed morowym powietrzem!

Jest to być może zaskakujące, ale kwestie higieny traktowano w Polsce odwrotnie niż we Francji. Gaspard de Tende (1618-1697), Sieur de l’Estang, piszący pod pseudonimem Sieur d’Hauteville, w „Relation Historique De La Pologne. Contenant Le pouvoir de ses Rois, leur élection” z 1687 roku dziwi się: „Mimo, że w Polsce panuje wielkie zimno, kąpiele są tam bardzo popularne i nie ma lepszego domu, który by nie posiadał łazienki. Zwyczaj ten pochodzi zapewne stąd, że wszystkie dzieci w Polsce kąpie się dwa razy dziennie. Każde miasto posiada publiczne łaźnie.”
Przestrzeganie przez Polaków codziennej higieny mogło wynikać z tego, że Słowianie jeszcze w czasach przedpaństwowych korzystali powszechnie z łaźni parowych – bani, rodzaju sauny, co wzbudzało zdumienie niektórych dowódców rzymskich pojawiających się w tych rejonach. Na polskich ziemiach w murowanych łaźniach stały kadzie i wanny, a myto się potażem z popiołu drzewnego zwanym zołą. W Gnieźnie odkopano szczątki łaźni z czasów Bolesława Chrobrego – wybudowanej z bierwion na powierzchni ziemi, z podłogą wyłożoną płaskimi kamieniami, na których w jednym kącie rozpalano ogień. W Gdańsku w pobliżu łaźni z około 1050 roku znaleziono szczątki pęków witek brzozowych, którymi smagano się podczas kąpieli. W samym tylko Krakowie na początku XIV wieku funkcjonowało 12 łaźni, a kąpieli w publicznym przybytku zażywał nawet król – musiało być czysto!

Może się wydawać, że Średniowiecze było najbardziej brudnym, zacofanym i ciemnym okresem w historii Europy. Przeświadczenie to wynika z niewiedzy. Można przyjąć, że większość osób o Średniowieczu nie wie nic – posiadana przez nich wiedza jest pozorna. Wynika to z tego, że od najmłodszych lat osoby te były indoktrynowane przez szkolnictwo i media (szkolnictwo i media zawsze są na usługach jakiejś ideologii), w związku z czym reagują według schematu: Średniowiecze równa się ciemnota, bród i smród. Jest to tylko drobny przykład tego, że większość osób nie ma elementarnej wiedzy, a co za tym idzie – żadnych poglądów własnych, bo nie ma najmniejszych danych by je mieć.

Szczytem nonsensu są zacytowane przeze mnie poniżej  stwierdzenia autora dotyczące okultyzmu, zwalczania ciemnoty katolickiej przez krzewienie światopoglądu antycznego i roli Medyceuszy w renesansie, z którymi nie będziemy tutaj polemizować, bo aby je sprostować musielibyśmy napisać książkę grubszą niż Księga Ruty. Przytaczam ten fragment, łącznie z tymi tekstami które straszą powiązaniem okultyzmu i magii z Hitlerem i Stalinem (ten pierwszy współpracował z Kościołem i Piusem XIII, którego się dzisiaj wybiela, tak samo jak Franciszka Argentyńskiego, z jego nazistowskich epizodów) po to byśmy sobie wszyscy jeszcze raz mogli uświadomić jasno czym jest makiaweliczny jezuityzm.

Jest on wybielaniem Inkwizycji Rozumu kosztem tych wszystkich, których taż Inkwizycja paliła na stosach jako lucyferianów, czcicieli demonów i magii oraz bezpośredniego kontaktu człowieka z bogiem, bez pośrednictwa Watykanu, który tak fajnie „urządził maluczkim ” świat, że do XIX wieku byli niewolnikami pańszczyźnianymi i analfabetami. Oto on:

Na podstawie zachowanych dokumentów nauka współczesna udowodniła, że Renesans w swej istocie okazał się okresem przywracania niewolniczej pracy i tyranii oraz kumulacji kapitału przez kilka chciwych, kierujących się bezwzględnością rodzin. Zaliczał się do nich klan Medyceuszy, który był pierwszą mafią włoską. Od czasu zdobycia w republice Florencji wpływów Medyceusze funkcjonowali jak grupa przestępcza typowa dla okresu Odrodzenia; posługiwali się intrygą, przekupstwem, „lobbingiem” i skrytobójstwem. Roztoczyli nad artystami swój mecenat wyłącznie dla własnej korzyści – rozumieli, że sztuka i literatura stanowią siłę propagandową, że są „mediami” mogącymi reklamować interesy. Dodajmy przy tym, że oligarchia Medyceuszy planowała zawładnąć gospodarczym, politycznym, religijnym i światopoglądowym życiem nie tylko Europy.

W pierwszej kolejności Medyceusze postanowili zniewolić ludzkie umysły. Dla realizacji tego celu posłużyli się najpierw Florencją, która stała się centrum rozpowszechniania po całym kontynencie okultyzmu w przebraniu neoplatonizmu. Przede wszystkim postarali się odrodzić stare zabobony, a zwłaszcza: hermetyzm, czary, magię, teurgię, wróżby, ezoterykę, orfizm, alchemię i astrologię (wraz z nastaniem „nowych czasów” ten schemat powtarza się zawsze: lansowana jest moda na horoskopy i wróżby). Tak samo jak Medyceusze działał ród d’Anjou, czyli Andegawenowie, potomkowie Merowingów, którzy w Renesansie byli głównymi obrońcami hermetyzmu, określanego jako Ars Regii – Sztuka Królewska. Andegawenowie traktowali hermetyzm jako tradycję, która wg legendy została przekazana człowiekowi przez rasę upadłych aniołów – demonów. To głównie René d’Anjou doprowadzili do odrodzenia hermetyzmu w Europie: wysłał do Cosimo de’ Medici skrybę Leonarda da Pistoia, który przekonał władcę Florencji do przetłumaczenia na łacinę starożytnych tekstów synkretycznych, zawartych w gnostyckim manuskrypcie „Corpus Hermeticum” – „Dzieła Hermetyczne”. Traktat ten – jego motywy hermetyczne miały kierować odrodzeniem starożytności i konstytuować prąd myśli magicznej dla cywilizacji europejskiej – stał się dostępny na Zachodzie w roku 1460, gdy dokumenty uratowane przed muzułmańską agresją na Europę przewieziono z Konstantynopola przez Macedonię do Florencji. Wcześniej „Corpus Hermeticum” należał do żyjącego w XI wieku polityka bizantyjskiego Michalisa Konstantinou Psellosa (1018 – 1078), intryganta zmieniającego swe poglądy w zależności od sytuacji, „pierwszego prawdziwego humanisty bizantyńskiego”.

„Corpus Hermeticum” jest zbiorem osiemnastu tekstów spisanych około 96 roku po narodzeniu Chrystusa w greko-egipskiej Aleksandrii, gdzie Żydzi apostaci założyli tajne Stowarzyszenie Ormus i szkoły gnostycyzmu. Za inicjatora koncepcji tego zbioru gnostycy uznali Hermesa Trismegistosa – synkretyczne bóstwo hellenistyczne i jednocześnie nigdy nieistniejącego „mędrca oświeconego i proroka wywyższonego”, „naczynie tajemnej doktryny przedpotopowego świata” i alchemika. Wymyślili go z połączenia cech greckiego boga Hermesa, Prometeusza, egipskiego Thota, magii żydowskiej i mistycznych prądów judaizmu oraz wierzeń irańskich, perskich, sumeryjskich, babilońskich i zoroastriańskich (do dziś ostoją wierzeń zoroastriańskich jest miasto Yazd w Iranie). Identyfikowali go również z biblijnym patriarchą Henochem oraz Serapisem (czczono go w Babilonie, Memfis i Aleksandrii) i Hermanubisem (grecko-egipskie bóstwo z psią głową oraz w greckim stroju i z atrybutem Hermesa – kaduceuszem). Według podtrzymywanej przez gnostyków i humanistów renesansowych legendy, Trismegistos żył trzy razy: pierwszy raz – przed potopem, jako wynalazca astronomii, drugi – jako wielki konstruktor Wieży Babel, lekarz i filozof, trzeci – jako ekspert w dziedzinie alchemii i właściciel skarbów w opiewanym przez czarowników pałacu Kamtar.
Zbiór „Corpus Hermeticum” podzielić można na dwa działy – w skład pierwszego wchodzą magiczne zaklęcia, zaś drugi ma charakter pseudofilozoficznego bełkotu. Całość tekstu przedstawia kosmos jako żyjącą duszę, magnetyczną sieć korespondencji, wiążących ziemię, ludzkie ciało, gwiazdy i odległe duchowe domeny bóstwa. Dotrzeć do owej „anima mundi” i wpłynąć na nią można było dzięki symbolicznym rytuałom magii obrzędowej.
Wychowany w rodzinie i środowisku wschodnioeuropejskich imigrantów żydowskich Harold Bloom jest zdania, że „żaden żyd w historii nie był wierniejszym sługą przymierza z Jahwe od Jezusa z Nazaretu”. Bloom – ceniony wykładowca Yale University – stoi na stanowisku, iż psychologiczność hebrajskiego Jahwe i teologiczność Boga-Stworzyciela to dwie niemożliwe do uzgodnienia kategorie, i z tego powodu nie widzi wspólnej drogi dla judaizmu i chrześcijaństwa. Na braku porozumienia między nimi zaważyły również doświadczenia ich kontaktów z kulturą i religijnością egipską, grecką oraz rzymską. W kwestii „Corpus Hermeticum” Bloom pisze: „Hermetycy byli sektą wyznającą nauki Platona. Przejęli oni od żydów aleksandryjskich ich sposoby interpretacji alegorycznej i rozwinęli żydowskie spekulacje na temat pierwszego człowieka, zwanego „Adam Kadmon” w Kabale, i ‚śmiertelnego boga’…” Hermetyzm arkadyjski, gdy wyszedł poza obszar Grecji i wraz z wojskami Aleksandra Wielkiego dotarł do Egiptu, był religią współzawodniczącą z chrześcijaństwem; obiema religiami rządziły też pewne podobieństwa. Ich zasadniczym, wspólnym mianownikiem był Logos – Słowo, które jest Bogiem i było na Początku”. Później żydzi aleksandryjscy i hermetycy – członkowie Stowarzyszenia Ormus – przenieśli się do włoskiej Kalabrii i Lasów Ardeńskich we Francji, skąd rozprzestrzenili się po Europie, a następnie po całym świecie.

W 1463 roku Marsilio Ficino, astrolog, magik i szarlatan, którego uznaje się za twórcę renesansowego neoplatonizmu, przełożył „Pimandra”, tj. „Poimandres” – tekst wchodzący w skład „Corpus Hermeticum”. W mitologii hellenistycznej imię Poimandres znaczyło „pasterz ludzi”, natomiast członkowie sekty Poimandresa przypisywali mu autorstwo zbioru pism „Poimandres”.
Marsilio Ficino uznał absolutną wartość „objawienia” „Corpus Hermeticum” i jego nauki, a nawet wspólnie z Medyceuszem uroili sobie, że Hermes Trismegistos był starożytnym mędrcem, starszym i mądrzejszym od Platona i Pitagorasa; uważali go za równego Zoroastrowi i Mojżeszowi, a w przypisywanych mu pismach miał lśnić „blask boskiego oświecenia”. Dzięki temu człowiek miał się stać czarownikiem, wyposażonym w kody dostępu do kosmosu i umysłu oraz stwarzającym samego siebie w miarę posuwania się naprzód.

Nigdy nie powiedziano tego wprost, ale w pewnych okresach nowożytnej cywilizacji europejskiej autorytet Hermesa Trismegistosa zaczął przewyższać nawet Jezusa. To do Hermesa coraz częściej zwracano się w praktycznych sprawach – od planowania własnego życia począwszy aż do zabiegów politycznych i kampanii wojennych. Tak robili aleksandryjscy magowie, królowie, książęta, możnowładcy i wodzowie a nawet ludzie Kościoła. Za pośrednictwem Trismegistosa można było sprawiać, że określone rzeczy się wydarzą – czyli za sprawą przypisanych mu nauk stał się sposobem na praktyczne zastosowanie magii!

Ukończony w 1471 roku przez Ficina przekład całości traktatu „Corpus Hermeticum” miał dać Andegawenom i Medyceuszom nieograniczoną władzę nad ludźmi i prawo traktowania ich jako rasę niższą – bydło robocze.
Nie sposób nie dodać, że inspirację z „Corpus Hermeticum” czerpał Hitler, który jednocześnie wierzył w magię i zwracał wielką uwagę na moc skandynawskich run oraz ich renesans w Niemczech. Z tej przyczyny w „odrodzonych” Niemczech pojawiły się tajne stowarzyszenia pseudonaukowe i ezoteryczne, m.in. Thule-Gesellschaft i Vril-Gesellschaft (Bractwo Thule i Bractwo Vril), do których należał także Heinrich Himmler. Niemcy, tworząc ideologię wyższości „rasy aryjskiej”, zaczerpnęli z tradycji Ariów starożytny symbol swastyki. Sam termin Aryjczycy pochodzi z sanskrytu od słowa arya i oznacza wywyższony-oświecony. Od 1920 roku była swastyka godłem Narodowosocjalistycznej Niemieckiej Partii Robotników, a następnie stała się symbolem państwowym III Rzeszy. W poszukiwaniu magicznych amuletów Niemcy dotarli do Aleksandrii, Jerozolimy, Ur, Babilonu, Indii, a nawet w Himalaje. Znaleziska były dostarczane bezpośrednio do gabinetu Himmlera. Każdy oddział wojskowy posiadał swojego „mistrza” maga, a w strukturach SS (Schutzstaffel) już w 1940 roku nie było ani jednego oficera, który nie posiadałby dyplomu ukończenia kursu magii runicznej i hermetyki. Przyjęty w 1930 roku znak SS nie jest niczym innym, jak podwójną, podobną do błyskawic runą i symbolizuje Sowelo – słońce (moc życia). Natomiast Totenkopf – trupia główka – oznaczał „głowę Adama”. Takie same jak u Hitlera zainteresowania rozwinęły się u Stalina. Są dokumenty świadczące, że w połowie lat trzydziestych XX wieku w jego gabinecie znajdowała się jakaś księga wróżb. Niestety, w ciągu dziesięcioleci burzliwych wydarzeń, księga gdzieś zaginęła, lecz ci, którzy ją widzieli, byli przekonani, iż była to księga z runami.

cd:http://zbigniewrabsztyn.blog.onet.pl/2012/11/26/sztuka-portretowa-w-panstwie-mogolow-i-w-europie-czesc-36/

Słowo na szczęśliwość świata (O Joannie Salamon – Łukasz Mańczyk)

Posted in nauka, Starosłowiańska Świątynia Światła Świata, sztuka, Słowianie, Wiara Przyrody by bialczynski on 5 Sierpień 2013

71302394_f2d95e41f6_o

Łukasz Mańczyk

                  Słowo na szczęśliwość świata1

http://www.manczyk.cba.pl/e_slowo.htm

Joanna Salamon (1932 – 2001) poetka, eseistka – na co dzień lekarz pulmunolog – była m.in. ordynatorem sanatorium przeciwgruźliczego w Rajczy koło Żywca2. Translatorka z języka serbo-chorwackiego i rosyjskiego (np. Mariny Cwietajewej, Anny Achmatowej). Obdarzona doskonałą pamięcią, którą najpierw pożytkowała ucząc się zawodu (studia medyczne w Petersburgu, specjalizacje: ftyzjatria i pulmunologia w Polsce), języków obcych, później zaś cytatów. Od 1971 do 1980 wydała sześć tomów wierszy (Abecadło, Medytacje, Pra-nowe abecadło, Szkice do nowego słownika wyrazów, Tu wzrusza tylko nietrwałość, Ulica Ku niebu3). Potem dwudziestoletnia cisza aż do Anioła czasu krągłego, którego zwiastunem było wydanie bibliofilskie cyklu Ból który potem wszedł do książki. Już pośmiertnie ukazał się utwór Z życiorysu mojej kuzynki Anieli albo Poemat z dziejów Polski w dziewięciu obrazkach. Publikowała wiersze i eseje m.in. w paryskiej “Kulturze”, “Literaturze na świecie”, “Tygodniku Powszechnym”, “bruLIONIE”. W 1981 roku wzięła udział w International Writing Program w USA. Tam, w obliczu stanu wojennego, postanowiła nie wracać do kraju. Do 1997 roku mieszkała w Holandii. Choć nostyfikowała na “bardzo dobrze” dyplom lekarski w Holandii, nie mogła podjąć pracy w zawodzie. Pracowała wtedy m.in. jako sprzątaczka. Emigracja zwiększyła jej fascynację twórczością Witolda Gombrowicza. Skupiła się wówczas na niekonwencjonalnych badaniach literaturoznawczych. To, być może, pomogło jej przeżyć czas rozłąki z najbliższymi i krajem – “ja tam nie żyłam, ja mieszkałam w literaturze”. Ostatnie lata spędziła w Krakowie. Własną poezją zajęła się znów w ostatnich miesiącach życia. Kolejne jej wiersze, nie tracąc nic z formy, stawały się coraz bardziej życiem niż literaturą. Pochowana została na cmentarzu salwatorskim w Krakowie.
Niedawno wznowiono wybór Jej wierszy pod tytułem Nazbierałam w wieczorze świateł, którego nie doczekała, jednakże robiła jego korektę wręcz na łożu śmierci.

Nie wierzyła że “skończyły się słowa” a idee straciły na świeżości. Przeciwstawiała się traktowaniu literatury jako zabawy. Miała jeden sposób na walkę ze złudzeniem kulturowego deja vú : udostępnić ideały w atrakcyjnym współczesnym opakowaniu. Mówiła “nie” hasłu “sztuka dla sztuki”, ale czyniła to w tak wyrafinowany sposób, że mógłby się pod tym podpisać niejeden postmodernista. Jerzy Kwiatkowski napisał: “groziłaby tej poezji egzaltacja gdyby nie dar gry słowem”4.
Powodem dla którego wielu zaczyna pisać jest, obok chęci wyrażenia się, fascynacja językiem. Nie traktowała go instrumentalnie i umiała o tym związku niebanalnie opowiedzieć. Trzy tytuły tomików zdradzają jej zainteresowania (Abecadło, Pra-nowe abecadło, Szkice do nowego słownika wyrazów). Motyw “słowo to potęga”, niby stary jak świat a tu popatrzmy, utwór Jaśmin: “słyszysz – to rozkwita literowy jaśmin (…) / jeszcze przed chwilą był w dźwięcznych pąkach / teraz kwitnący na dźwięki się rozpadł”. Wreszcie tomik Pra – nowe abecadło (1971), gdzie kolejne wiersze poświęcone są poszczególnym literom alfabetu, to nic innego jak XX litania do mowy. Swój debiutancki tomik (Abecadło, 1971) otworzyła wyznaniem wiary w “mowę – krainę pełni organicznie nieograniczoną”. W akcie zawierzenia dodawała: “W Tobie jest jedno Słowo / na szczęśliwość świata”. Niezwykłe że mówiła to absolwentka dyscypliny ścisłej, niejako wbrew kolejnym oczekiwanym etapom rozwoju cywilizacji, która obecnie akcent kładzie na takie dziedziny jak cybernetyka czy genetyka. Być może wierzyła, jak jej przyjaciółka Marianna Bocian, że przed sztuką dopiero otwiera się nowa zaskakująca perspektywa: bycia narzędziem arcypoznania i gruntownego uzdrowienia człowieka.
W jej poezji żywy był nurt lingwistyczny obejmujący zarówno odwieczne gry słowne: “jasień przechodzi w jesień / jesień się iści”, “maleńki, syneńki”, “posyp mnie snem”, “tak – ulatuje w ptak”, “Morze / (…) gdy wymawiam ciebie / słyszę tylko / wyrzut fali”, “Życie żyje, wełna się wełni”, jakie spotykamy u B. Leśmiana, M. Białoszewskiego, J. Przybosia, jak i te zapośredniczone w systemie autorytarnym: pisywała, choć nie drukowała, wiersze polityczne obnażające strukturę nowomowy, orwellowskiego dwójmyślenia w czym bliska była założeniom Nowej Fali. (Utwory te ukażą się nakładem “Biblioteki Ha!artu” w numerze monograficznym jej poświęconym, jako pokłosie konferencji w Bunkrze Sztuki w grudniu 2004 roku w tomiku zatytułowanym Deklaracja lojalności). Żywa była u niej fascynacja J. Przybosiem szukającym wespół z córką Utą prasłownika naszej mowy (cykl Wiersze dla Uty). Wystarczy porównać Świt kwietniowy J.Przybosia z Wykołysanką. W wielu jej wierszach czuje się także moment metafizyczny utrwalony w poemacie Pióro z ognia tego przedstawiciela krakowskiej awangardy.
Tematyka twórczości J.S. jest rozległa, ilustrująca obraną drogę i życiowe doświadczenia. Wyróżnić można trop patriotyczny: “rozczeszę cię na pasemka grzebieniem” (Wisła), “jak bardzo ten asfalt jest glebą” (Na krakowskim Rynku). Modlitwa do Matki Boskiej Brabanckiej jest zarówno wierszem religijnym jak i pochwałą (a contrario) polskiego typu pobożności (“tutaj – pusto jest w twojej kaplicy (…) czekasz / a u Twoich stóp / kwitną plastikowe lilie.”). Jej koserwatyzm obyczajowy demonstruje się tak: “Przyjaciółka wróciła z Amsterdamu / i ze zdumieniem opowiada o sex shopach / zaopatrzonych tak bogato / jak sklepy z zabawkami dla dzieci / Na Boże Narodzenie”.
Była zwolenniczką tradycyjnego ujmowania Boga, pracy, społeczeństwa – bez ryzykownych “nowalijek”. Różnice życia w kraju i na emigracji były większe niż obecnie z powodu istnienia “żelaznej kurtyny”. Szok wywołany tym kontrastem był tematem wielu z jej wierszy, dobrych, bo miała szczęście być równocześnie tu i tam. Widziała hekatombę tradycyjnych wartości składaną na ołtarzu wolnego rynku i wyzysku, gdzie człowiek i jego praca zostali zredukowani do rangi czynników produkcji. “Chyba widziałam ludzi doskonałych / niewolników wolności/ przed szybami wielkich supermarketów/ wpatrywali się w plansze ze zmianami cen”. Nie wiem czy miała świadomość, że jest tak, jakby przeniosła się wehikułem czasu do Polski, dziesięć lat po uzyskaniu niepodległości. Poraził mnie fragment “chyba widziałam krowy doskonałe” – dawno nie byłem na wsi, ostatnio wybrałem się w okolice Jaskini Nietoperzowej pod Krakowem, i zobaczyłem krowę z dwoma żółtymi breloczkami podobnymi do tych jakie wydają w szatni (system identyfikacji zwierząt IACS związany z systemem dopłat bezpośrednich według standardów UE).
W jej wersach czuje się zjednoczenie z przyrodą (“muszę uszy potrzeć grzybnią”) i strach przed jej degradacją: “Chodzę po pustych salach. / Dotykam niepewnie listka poziomki”. Wątek ekologiczny przejawia się w Modlitwie do Ziemi: “Uczyniliśmy wszystko żebyś była brzydsza, / żeby nam żal nie było cię opuścić.”. W wierszu “Zabijanie” ekologia miesza się z tęsknotą za polskością: “tu nikt koniczynek nie szuka wśród darni/ tutaj szczęście się kupuje, nie szuka. / Dorodne jak ze sztancy – w doniczkach, w kwiaciarni, / do kupienia, po trzy guldeny sztuka.”
Joanna Salamon to również lekarka. Dała temu wyraz np. wierszem “Endokrynolog“. Zwraca uwagę na etykę zawodową – protestuje przeciw odchodzeniu od przysięgi Hipokratesa i przedmiotowemu traktowaniu chorych, na długo przed tym jak lekarze wraz z prawnikami znaleźli się w ogonie zawodów darzonych społecznym zaufaniem i zaczęły kursować karetki śmierci łódzkiego pogotowia. Przyjrzyjmy się utworowi Aktualizacja kartoteki (albo oda do Paracelsusa) (Paracelsus – lekarz, twórca renesansowej filozofii przyrody – przyp. Ł. M.): “Proszę niech żywi nie tracą nadziei! / (…) / Już nie ma płuc – / są klisze rentgenowskie. / Już nie ma leków – / są preparaty. / Już nie ma cierpienia – / są objawy. / Już nie ma ulgi – / jest remisja”. Oglądanie takich praktyk, bez nadziei na ich przełamanie, zaowocowało stwierdzeniem: “przyszłam po zaświadczenie / o całkowitej niezdolności do życia.”. Apelowała o empatię: “Starą kobietę z sali nr 5 / boli amputowana noga”. Pomagać znaczyło poznawać chorobę która toczy pacjentów. W utworze Piękno szpitalne zauważa: “Ułomne dziewczynki / długo patrzą w lustro / wypatrują Piękna / (…) / chociaż (…) są (…) / szpitalne ogrody i niebo / czarne od jaskółek”. Poza zarzutami etycznymi, uświadamianiem sobie własnej delikatności, może miała też inną koncepcję leczenia: “Gdzie są opuszki palców chińskich lekarzy / które trzymając koniuszek cienkiej nitki aka / wyczuwały czulej niż najczulsze aparaty”, “Na Przestrzennej (…) / na psychonerwicę – stosowano skruchę”.
Bardzo sugestywnie, podobnie jak jej przyjaciółka Ewa Lipska odczuwała przemijanie. Napisała cykl Mieszkańcy czasu, w którym znalazł się wiersz Układy z matką: “Kto to szeptał że nic nie będzie moje / że mogę być tylko podróżną / w Czasie“.
“Z kochających opadają ciała”. Spieszmy się (kochać). Przedostatni tomik zatytułowała Ulica Ku Niebu. Idziemy żeby zniknąć. Albo idziemy żeby w końcu unieść się do góry (wysoko, wysoko!). W utworze tytułowym mówi: “żyję nie znając dnia i godziny”. W wierszu Tu wzrusza tylko nietrwałość pisze: “o ciało musimy dbać nade wszystko (…) / bo zostało nam pożyczone / (…) – tylko Dusza jest naszą własnością”. Ewa Lipska też drążyła tę tematykę i jeden z tomików zatytułowała Stypendyści czasu. Wreszcie Anioł czasu krągłego, tytułowy utwór ostatniego tomiku, którego nie sposób cytować we fragmentach.
Cykl Ból to unikalny w polskiej poezji zapis zmagania się z chorobą – mógłbym to porównać z filmem dokumentalnym Żegnajcie który był zapisem odchodzenia a kamerę ustawiono w pokoju konania reżysera. Julia Hartwig tak napisała o tych wierszach w liście do Poetki: “bezpośredniość pani wyrazu, najtrudniejsza zapewne kiedy dotyczy uczuć, a co dopiero bólu! – porusza do głębi”5.
Cykl ten to świadectwo dużej samoświadomości lekarki – poetki – człowieka. Warto wspomnieć że tematyka ta została zasygnalizowana utworem Do bolu w tomiku Medytacje już w 1973 roku. “Nie bądź nieznośny, bo znosić cię muszę” (Bólu – jesteś niezbędny…). W utworze Nici poetka stwierdza: “moje dni są jak dni najemnika / co pracę skończył i czeka na zapłatę”.
Joanna Salamon wyznaje: “Byłam podatna na Zło. Na księżyc i noc. / Na niemoc i uroki miłe słabej duszy. / Ociągałam się i przeciągałam chorobę. / zła mogę być krótko, dobra ile zdążę.”. Kochała choć traciła na tym. Miłość, której zaznała, to taka, w którą wpisane jest fatum niespełnienia, której cena jest stale za wysoka, lecz i tak wciąż rośnie: “o kochany którego pokochałam / bardziej od siebie (a więc bardzo źle)”; “Matko syna którego powierzyłaś obcej kobiecie”; “w jej oczach mieszkały / nieoswojone sarny / a on je wypłoszył do lasu / w dłoniach trzymała / małe jagniątko / a on złożył je na ołtarzu”. Nigdy nie miała do niej żalu: Prośba do Miłości: “nie odchodź (…) zasobna w płetwy, kończyny i skrzydła”.
Wśród jej wierszy znajdziemy wreszcie taki futurologiczny rodzynek jak Videokaseta (1978 rok). I gdyby anioł czasu krągłego odbywał swój lot później, pewnie pojawiłyby się w jego diariuszu notatniki o filmach w formacie DivX, VCD, czy muza w .wma (standard Microsoftu) albo mp3.
Siłą sprawczą tych wierszy nie jest przypadek. Zebrane razem stanowią emanację spójnej koncepcji świata. Kilka motywów spotyka się np. W brabanckim lesie (Brabancja to część Holandii – przyp. Ł.M.) – utworze, który ogniskuje wiele spostrzeżeń poetki składających się na jej światopogląd: “Tyle ostrężyn w tym brabankckim lesie! / Dorodne, soczyste jak sutki karmiącej, / ale nikt ich nie łaknie oprócz ptaków”. W zasadzie wszystko jest inne, sfera duchowa i obyczajowa (“W lasach pusto jak w kościołach / ludzie z pięknymi psami jeżdżą na weekendy / i siedzą w wielkich klatkach campingów.”)
Pośmiertnie ukazał się jej poemat dygresyjny ukazujący teorię “walki napowietrznej” napisany w dużej części staropolszczyzną (sic!) – Z życiorysu mojej kuzynki Anieli albo poemat z dziejów Polski w dziewięciu obrazkach“.

Zawsze stawiała treść przed formą. Aż w końcu obowiązek, który sama sobie wyznaczyła, postawiła przed własnym pisaniem. Być może dlatego uciekła od lingwistyki, ku której miała naturalne predylekcje, mogłaby Ją nader skutecznie kusić, odciągać od “naprawdę ważnych spraw”, mogłaby stać się celem samym w sobie. Porzuciła tak piękną dziedzinę: “gdyby nie było S / ptaki fruwałyby bezradne / a żaden nie zdołałby sfrunąć (…) / człowiek potykałby się nie spotykając człowieka” (S). “Wielki wysiłek W / uwieńczył zwycięski wawrzyn.”. Niektórzy nie potrafili przejść bez emocji nad tym, że poświęciła poezję na rzecz misji – tropienia ukrytych nurtów w literaturze polskiej. Skomentowała to we fraszce dedykacyjnej książki na egzemplarzu Czasu Herberta..6 wręczonym osobie której wiele zawdzięczała na początku poetyckiej drogi – Wisławie Szymborskiej: “kochana Wisełko przystąpmy do rzeczy / ta książka raczej ciebie nie ucieszy / bo zawiera herezje za dużą ma wagę / ale tomik wierszyków wyjdzie mi niebawem / który Ci prześlę z radością”7. A tak skomentowała to w Słowie odczytanym na ostatnim wieczorze autorskim w Jamie Michalika w Krakowie 28 października 2001 roku: “Słusznie chyba miałam poczucie, że wiersze znacznie piękniejsze od moich mogą napisać inni polscy poeci. Natomiast zdawało mi się w mojej być może pysze, że tych książek nikt poza mną nie napisze w ten sposób i w tych okolicznościach” (uważała że rozumieniu W. Gombrowicza, od którego rozpoczęła przygodę z “walką napowietrzną”, sprzyja podobna jemu sytuacja życiowa – emigracja – przyp. Ł.M.). (chodzi o: Latarkę Gombrowicza…, Cztery godziny albo zegar Dziadów oraz Czas Herberta… 8 – przyp. Ł.M.) “Dopiero po wydaniu Czasu Herberta…, po odcięciu pępowiny łączącej mnie z tą książką, zdołałam popatrzeć na całą sprawę inaczej i przyznałam sobie prawo do zajęcia się moimi wierszykami pisanymi w latach 1981-2001 (…) zaczęłam (je – przyp. red.) wyszukiwać (…) a niektóre zgubione (…) wręcz odpominać w nocy, gdy ból nie pozwalał spać”.
Jej twórczość czerpała z poczucia dobra, nie przypadkowego piękna. Swoje miejsce odkryła w słuchaniu “muzyki sfer”. Nie można więc przemilczeć jej pracy krytyczno – literackiej, do której przykładała tak wielką wagę. Do jakich doszła wniosków? Otóż, jej zdaniem, unia lubelska między Koroną a Wielkim Księstwem Litewskim zapoczątkowała “potop kulturowy” Polski, skierowała ją z nurtu zachodniego, łacińskiego na ślad bizantyński. Dostrzegł to Jan Kochanowski i dał wyraz temu zaniepokojeniu w “ogrodzie fraszek”, znanym też jako “Labirynt”, w którym J. Salamon wykorzystując pitagorejską numerologię dostrzegła zwarty system. Nurt “koroniarski” (słoneczny) uznawał Jana z Czarnolasu za ojca polskiej poezji. Nurt księżycowy chciał jego detronizacji: zdaniem Joanny Salamon dialog Konrada w Wielkiej Improwizacji to walka nie z Bogiem ale z Ojcem Polskiego Parnasu J. Kochanowskim. Jej zdaniem poeci Słońca (nurt lechicki) to m.in. J. Słowacki, W. Gombrowicz, Z. Herbert, K. K. Baczyński, zaś po stronie Księżyca (nurt litewski) stoi m.in. A. Mickiewicz. Dialog między twórcami toczy się w ich tekstach na planie ukrytym – pomiędzy cytatami, sformułowaniami, motywami, a czasem związek ten Salamon widzi w podobieństwie brzmieniowym, w układzie graficznym czy liczbie sylab. Twórcy nawiązują albo do siebie nawzajem, albo do “Labiryntu”. Zastosowanie znajduje “reguła Marka Adamca” (“A wydaje się A, ale w istocie A jest B”) 9 – w istocie autorzy piszą “szyfrem”, podobnie jak to ma miejsce w trójwarstwowej (jak dobry tort) koncepcji filmu Romana Polańskiego, poszczególne warstwy są adresowane do innego kręgu odbiorców (u Polańskiego: 1 – szeroka publiczność, 2 – publiczność wyrafinowana, 3 – osoby wychwytujące niuanse, których znajomość zyskały np. przez osobiste obcowanie z twórcą).
Tak jak Erich von Däniken, J.S. ma pro- i antagonistów. Wśród osób, które z przychylnym zainteresowaniem przyjęły jej badania zaliczyć należy znawczynię romantyzmu profesor Martę Piwińską, profesora Jana Tomkowskiego10. oraz profesora Janusza Deglera. Ocena jej spuścizny krytyczno – literackiej rzutuje na poetycką, choć wielu stara się rozdzielać te dwie sfery jej aktywności.
Latarka Gombrowicza… prezentuje znaczną część literatury polskiej podzieloną na dwa nieformalne stronnictwa. Jest to więc twór poukładany (w co bardzo wierzyła, jej holistyczny światopogląd nie dozwalał na przypadek). Poezję traktowała jako powinność, wysoko ceniła patriotyzm. Silnie identyfikowała się z Polską, mimo że dzieciństwo w tym względzie miała skomplikowane – oboje rodzice byli Żydami. Miała “pejsatego dziadka o którym nie chciała słyszeć”, nigdy nie pisała o holokauście – z wyjątkiem ostatniego wersu wiersza Moja mama. Antysemityzm i filosemityzm uważała za awers i rewers tej samej monety.

Joanna Salamon to prawdziwa old school polskiej poezji. Przekonuje, że człowiekiem nie tylko się bywa. I o tym że prawdziwi poeci istnieją, naprawdę. Wierzyła w to z czego śmieją się maturzyści: była to nieustanna wiara: w ludzi, przyrodę, Boga. Brak łączności z Nim uważała za błąd logiczny. Nie rozumiała dlaczego niektórzy ludzie są wydziedziczeni z łaski. Dla wielu jest postacią kultową.
Była niezwykle wyczulona na dźwięk. Miała doskonałą pamięć. Pasjonowała się numerologią, kartami, astrologią. Równocześnie była poetką i lekarką. Pasje te traktowała integralnie. Wychowała się na Kochanowskim, Słowackim, Norwidzie, bardzo ceniła W. Gombrowicza. Życie traktowała jako obowiązek. Nawet dar słowa przestał być jej własnością – misja to wzniesienie się ponad siebie. Traktowała sztukę tak jak traktuje się najbliższych, bo często ich zastępowała. Szukała w niej spełnienia, dlatego była gotowa tak wiele jej poświęcić. I odnalazła się w niej, złączyła “tajnym paktem wierności”, co dało jej siłę. Jej dorobek to poezja konstruktywna, afirmatywna – “NIE dla NIE, to równanie na tak!”.

Łukasz Mańczyk

1. cytat z wiersza Joanny Salamon (Mowo-kraino pełni…) który posłużył jako tytuł przedmowy Erykowi Ostrowskiemu do ostatniego tomiku J. Salamon, “Anioł czasu krągłego“, Klub Artystyczno – Literacki Teatru Stygmator, Kraków 2001.
2. ten okres jej życia udokumentowała we wspomnieniach, dotąd nie opublikowanych, zatytułowanych Casus Rajcza.
3. Autorka wydała następujące książki poetyckie:
Joanna Salamon, Abecadło, Czytelnik, Warszawa, 1971.
J. Salamon, Medytacje, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1973.
J. Salamon, Pra-nowe abecadło, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1976.
J. Salamon, Szkice do nowego słownika wyrazów, Czytelnik, Warszawa 1978.
J. Salamon, Tu wzrusza tylko nietrwałość, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1979.
J. Salamon, Ulica ku niebu, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1980.
J. Salamon, Ból, wydanie bibliofilskie nakład 60 egz., Kraków 2001.
J. Salamon, Anioł.., op. cit..
J. Salamon, Z życiorysu mojej kuzynki Anieli albo Poemat z dziejów Polski w dziewięciu obrazkach, Klub Artystyczno – Literacki Teatru Stygmator, Kraków 2003.
Jej działalność poetycką podsumowuje wybór wierszy: J. Salamon, Nazbierałam w wieczorze świateł, Klub Artystyczno – Literacki Teatru Stygmator, Kraków 2003, z którego pochodzą wszystkie cytowane w opracowaniu wiersze.
4. Jerzy Kwiatkowski, Smakoszka języka na nowej drodze, (w:) tegoż Felietony poetyckie, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1982.
5. z archwiwum Poetki będącym we władaniu Zapisobiercy jej twórczości Eryka “Kvika” Ostrowskiego.
6. J. Salamon, Czas Herberta albo na dom w Czarnolesie, Oficyna Wydawnicza Wolumen, Warszawa 2002.
7. jest to pierwszy druk tej miniaturki, przytoczony za oryginałem z archiwum poetki będącym we władaniu Zapisobiercy.
8. J. Salamon, Latarka Gombrowicza albo żurawie i kolibry, Rubikon, Wrocław 1991.
J. Salamon, Cztery godziny albo Zegar Dziadów, 15 Stopni, Kraków 1999.
J. Salamon, Czas Herberta…, op.cit.
9. por. J. Salamon, Czas Herberta…, s. 65. Regułą Marka Adamca autorka nazywa jedną z konstatacji jego książki … Pomnik trochę niezupełny… Rzecz o apokryfach Zbigniewa Herberta, Wydawnictwo Uniwersytetu Gdańskiego, Gdańsk 1996.
10. por. Jan Tomkowski, Mistrzyni tajemnego dialogu (w:) “Nowe Książki” 12 / 2001, s. 22 – 23.

Tagged with:
Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 904 obserwujących.