białczyński

Małe Stworze czyli Stwóroki (boguny), Zdusze (demony-dyjmądy) oraz Inogi (inoki) – w grafice i malarstwie Rosji i nie tylko.

Posted in Mitologia Słowiańska by bialczynski on 3 Kwiecień 2015

Banniki czyli Wanniki – Opiekunowie Bani -Weni (Łaźni)

Bannik Iwan BilibinBannik – Iwan Bilibin

bannik nadieżda antipowaBannik – Nadieżda Antipowa

bannik wiktor korolkowBannik – Wiktor Korolkow

bannik władimir arżewitinBannik – Władimir Arżewitin

bannik-by-orlovaBannik – Orłowa

Baraniec-Baranoród (inóg roślinny)

baraniec Jonathana HartaBaraniec – Jonathan Hart

Baraniec, Baranoród – to legendarna wschodnia roślina czarowna, która zamiast nasion rodzi owce i barany

Bazyliszki – Kuroliszki –  (Kurki i Ptakowężyce)

Basilisk_by_DaveAllsop1.previewBazyliszek – Dave Allsop

 

bazyliszek  izak horn

 Bazyliszek – Izak Horn

bazyliszek  nordumberlandzki

 Bazyliszek Nordhumberlandzki – średniowiecze

bazyliszek dom pod bazyliszkiem wiedeń

 Kamienica Pod Bazyliszkiem – Wiedeń

bazyliszek Harley_4751_59r.preview

bazyliszek iwan onjakowBazyliszek – Iwan Onjakow

bazyliszek Julia AlieksiejewaPatkowężyca – Julia Aleksiejewa

Bazyliszek Kurka Bailey HendersonPtakowężyca-Bazyliszek – Kurke, Bailey Henderson

bazyliszek na łuku Metropolitan MuseumŁuk w Metropolitan Museum – Amfisbena – żmij z dwoma głowami po obu stronach ciała, Bazyliszek, Harpia – z twarzą i piersią kobiety lecz ciałem ptaka, Gryf – skrzydlaty lew, Centaur – człowiek z końskim tułowiem , Mantirowka z ciałem krowio-lwa, ogonem skorpiona i głową człowieka, Pelikan

 

bazyliszek nordhumberlandzki2

 Bazyliszek Nordhumberlandzki

bazyliszek średniowieczny Nowy jork Biblioteka MorganaBazyliszek z Biblioteki Morgana

Bazyliszek w bazylice Aosta Włochy St.Ursus

 Bazyliszek w bazylice St. Ursus (Aosta , Włochy)

bazyliszek Wacława Hollara XVII wiekBazyliszek – Wacław Hollar (XVII wiek)

The_Basilisk_by_Loneanimator1 Richard SvenssonBazyliszek – Richard Svenssonkuroliszka MS_LUDWIG_XV_3_fol92v.preview

 Bazyliszek średniowieczny

 

 

Василиск_феникс_рух_единорог_баранец и дракон

Friedrich Justin Bertuch, Bilderbuch für Kinder, 1790-1830 (Eigenbesitz), Fabelwesen.

Na obrazku: Baraniec, Bazyliszek, Jednorożec, Ruh (Rah- Rarog) – gigantyczny ptak skrzysty-okręt przenoszący całe domy i pałace, słonie i karkadany (masywne jednorożce), Zwijniks (Feniks) – odradzający się z popiołu ognisty ptak wiedzy.

 

Zdusze (demony) – Biesybes from egypt 668_200 pneBies z Egiptu (Mlekomediru) 660-200 p.n.e.

bes_i_tutu 1 wiek pne reliefBies i Tutu – 1 wiek p.n.e – relief

bes_pozdnii_pieriod_27_dinastiia_egiptBies – późny okres 27 dynastii – Egipt

bes-from-limassole.previewBies z Limmasol (Kuper Mazji – Cypr)

Beskyd w pieczarze morawskiego krasuBies Morawski – Beskyd

bies z dendery dendera_besBies z Dendery

Bagienniki i Bagienniczki (boguny i bogunki)błotnice wiktora korolkowa

Bagienniczki Błotnice (Błudki) – Wiktor Korolkow

błotnik Ilia KomarowBagiennik Błotnik  -Ilia Komarow

 bagiennik arżawien walerij sławukBagiennik Arżawinnik (Bagiennik małych oczek wodnych, Białoruś) – Walerij Sławuk

Bogunowie DomowiDuhi_Sjadziby.previewŁaźnik czyli Bannik, Jewnik czyli Sąsiecznik lub Ziarnik (opiekun sąsieka,wialni i składu ziarna), Kumelgan czyli  Stajnik (opiekun koni i krów) oraz Chlewnik (opiekun chlewa – trzody: świń, baranów i kóz).

Warginy – Kotczary (Władcy Koszego Carstwa)

Kot Car białoruski wladca Koszego carstwaWargin – Białoruski władca Koszego Carstwa, Car Kotów

szlachta białoruska z warginemWargin – G. T. Pauli – Szlachta polska – Generalne opisanie narodó Rosji 1864

Waziły – pomocnicy Wołosa

  vazila Walentin DalwestoBiałoruski Waziła jest duchem pomocniczym Wołosa, Tym Który Pokrywa i Ochrania Klacze –  Waziła – Walentin Dalwesto

vazila_bf B P Sławuka książka Białoruski folklorWaziła – Walerij Sławuk

vazila_v_Waziła władimir arżjewitinWładimir Arżewitin

wazila wiktor korolkowWiktor Korolkow

Badziuchy – Pokuśnice (zdusze)badziucha badziulia Walerij SławekBadziulija (Bdziewula) – Walerij Sławuk

badzula Igor GordijenikBaduła – Igor Gordijenik

Czartownik – zdusz – książę ciemności – Anczutkaanchutka_aleksander monżaleja by_monopteryx-d33mv1k1.preview

 Anczutka – Aleksander Monżalej

anchutka_elpadre walentin delwestoAnczutka – Walentin Delwasto

 

Tagged with: , , ,

Iwaszko i Baba Jaga – na 1. 04 2015 – Prima Aprilis serio (ZSRR 1938)

Posted in Mitologia Słowiańska, sztuka, Słowianie by bialczynski on 1 Kwiecień 2015
Tagged with: ,

Bułgarska Martenica, czyli Marzanna z nawiązaniem do nieci perskiej.

Posted in Mitologia Słowiańska, Wiara Przyrody by bialczynski on 27 Marzec 2015

Przytaczam fragment z blogu Blowminder: http://blowminder.com/2015/03/24/wiosenny-amulet/ poświęcony bułgarskim zwyczajom i obrzędom obchodzenia Święta Wiosny. Łączą one tradycję Mary Marzanny z bajorkami i pokazują jednocześnie w jakich elementach współczesnych przetrwały odległe echa zupełnie nieuświadamiane przez Bułgarów Wiary Przyrodzonej Słowian. Ciekawe są w artykule nawiązania „perskie” które są w istocie nawiązaniami pra-słowiańskimi po prostu, bo skołockimi (scytyjskimi).  Prawdę mówiąc najchętniej przedrukowałbym cały ten artykuł i omówił go po kolei, ale to byłoby wbrew etykiecie internetowej i szkodziłoby autorce blogu. Oto więc fragment:

Animowane Ruskie Byliny dla dzieci (po rosyjsku) – Ilija Muromiec i Sołowiej Rozbójnik

Posted in Mitologia Słowiańska, sztuka, Słowianie by bialczynski on 5 Marzec 2015

https://www.youtube.com/watch?v=ta-tQ33g1hA

 

Илья Муромец и Соловей-Разбойник (Серия 2) [1978]

Страна: СССР
Жанр: Мультфильм
Год выпуска: 1978

Saturn – Planeta Hex – 666 – i Po-wietrze! [Wieda Duchowa]

Posted in Mitologia Słowiańska, nauka, Polska, Wiara Przyrody by bialczynski on 23 Luty 2015

Obraz-sześciokąta-wokół-bieguna-północnego-Saturna

[zebrane przez Mezamira Snowida i Czesława Białczyńskiego]

Uprzedzam, że będzie tutaj trochę chaosu – jak to z Saturnem, on to Z-syn-CHRONIS-uje, lub Z-syn-Kro-nizuje (Kronos), czyli zS(z)atanizuje lub Z-Ssa-Tur-n-Nizuje. W samym środku widać „oko” potężnego huraganu o średnicy około 2 tysięcy kilometrów. Wiatr wieje tam z prędkością nawet 540 kilometrów na godzinę. Zdjęcia sześciokąta zawdzięczamy korzystnemu ułożeniu planety względem Słońca, które zaczęło oświetlać rejon bieguna północnego pod koniec ubiegłego roku. Sonda Cassini zdołała wtedy w ciągu około 10 godzin wykonać serię zdjęć. Zestawienie obrazów wykonanych z użyciem różnych filtrów pozwala zauważyć odmienność zawieszonych w atmosferze Saturna cząsteczek.


 Z Wiki

6. Planeta Układu Swarożyca-Słońca

Szósta planeta Układu Słonecznego pod względem oddalenia od Słońca, druga po Jowiszu pod względem masy i wielkości. Charakterystyczną jego cechą są pierścienie, składające się głównie z lodu i w mniejszej ilości z odłamków skalnych; inne planety-olbrzymy także mają systemy pierścieni, ale żaden z nich nie jest tak rozległy ani tak jasny. Według danych z lipca 2013 roku znane są 62 naturalne satelity Saturna[1].

Promień Saturna jest około 9 razy większy od promienia Ziemi[2]. Chociaż jego gęstość to tylko jedna ósma średniej gęstości Ziemi, ze względu na wielokrotnie większą objętość masa Saturna jest dziewięćdziesiąt pięć razy większa niż masa Ziemi[3].

We wnętrzu Saturna panują ciśnienie i temperatura, których nie udało się dotąd uzyskać w laboratoriach na Ziemi. Wnętrze gazowego olbrzyma najprawdopodobniej składa się z jądra z żelaza, niklu, krzemu i tlenu, otoczonego warstwą metalicznego wodoru, warstwy pośredniej ciekłego wodoru i ciekłego helu oraz zewnętrznej warstwy gazowej[4]. Prąd elektryczny w warstwie metalicznej wodoru generuje pole magnetyczne Saturna, które jest nieco słabsze niż pole magnetyczne Ziemi i ma około jedną dwudziestą natężenia pola wokół Jowisza[5]. Zewnętrzna warstwa atmosfery wydaje się na ogół spokojna, choć mogą się na niej utrzymywać długotrwałe układy burzowe. Na Saturnie wieją wiatry o prędkości ok. 1800 km/h; są one silniejsze niż na Jowiszu.

Saturn jest planetą znaną od czasów prehistorycznych. W dawnych czasach w Układzie Słonecznym poza Ziemią znanych było 5 planet (oprócz Ziemi), ich współczesne nazwy pochodzą z mitologii rzymskiej. Babilońscy astronomowie systematycznie obserwowali i rejestrowali ruch Saturna na nieboskłonie. W mitologii rzymskiej bóg Saturn, od którego bierze swoją nazwę planeta, był staroitalskim bogiem rolnictwa i zasiewów. Rzymski bóg Saturn jest odpowiednikiem greckiego Kronosa[44]. Grecy poświęcili najbardziej zewnętrzną znaną wówczas planetę Kronosowi, Rzymianie utrzymali patrona, zmieniając nazwę na imię ze swojej mitologii.

Ptolemeusz, grecki matematyk mieszkający w Aleksandrii obserwował opozycję Saturna, która stała się podstawą określenia elementów jego orbity. W hinduskiej astrologii znajduje się dziewięć astrologicznych obiektów, nazywanych Nawagraha. Saturn jest znany jako Śani. W V w. n.e hinduscy astronomowie w tekście Surya Siddhanta oszacowali średnicę Saturna na 101 595 km, obecnie przyjmowana średnica planety to 127 668 km[48]. W astrologii chińskiej i japońskiej planeta Saturn jest określana jako gwiazda ziemi (土星). Określenie to pochodzi od pięciu elementów (Wu xing) chińskiej filozofii, przyporządkowanych żywiołom natury.

W starożytnym hebrajskim, Saturn nazywany jest Shabbathai. W słowiańskich językach Sobótka (Sobota, Sob Byt Thu, Zabudtha) – Sąg Bytu – Osadzenie Bytu, Siew Bytu, Siew Tchu/Życia, Siedlisko Bytu), planeta Stryji (Siewca Wiatru i Osadzacz Powietrza/Tchnienia/Ducha). Stąd później w Rzymie jako Bóg Siewca Życia, Opiekun Roli i Rolników. BydROnka (Bydełko RA, Boża Krówka – to właśnie Tchnienie RA) Święto Saturna 20-26 grudnia (Zimowe Przesilenie KrAczun). W językach tureckim, Urdu i malajskim, jego imię brzmi „Zuhal” i pochodzi od arabskiego زحل.

1024px-Saturn_hexagonal_north_pole_feature

6. Heksa  – Sześciokąt Bieguna

Według judeo-chrześcijan Saturn to Szatan. Jego symbolem jest 6. – heksa, hexagon.

Oto dlaczego tak jest:

Saturnalia – doroczne święto ku czci boga rolnictwa Saturna obchodzone w starożytnym Rzymie od 17 do 23 grudnia.

Początkowo święto trwało jeden dzień – czternasty przed kalendami styczniowymi, czyli 19 grudnia. W połowie I w. p.n.e. obchody obejmowały już tydzień (17 – 23 grudnia). Oktawian August nakazał skrócić je do trzech dni, aby sądy nie musiały być zamknięte zbyt długo, ale niemal wszyscy i tak świętowali przez tydzień.

Było to święto pojednania i równości[1]. Zawieszano wówczas prowadzenie wszelkiej działalności gospodarczej, niewolnicy świętowali na równi z wolnymi. Saturnowi składano ofiary, a orszaki weselących się ludzi zmierzały przez całe miasto na uczty i zabawy. Ojców rodzin obdarzano podarkami – głównie woskowymi świecami[2] i glinianymi figurkami (jako symbol ofiar z ludzi składanych Saturnowi we wcześniejszych czasach).

Bliskim Saturnaliom świętem były Brumalia (od jednego z imion boga Bachusa, Brumus lub od łac. bruma – najkrótszy dzień[3]), obchodzone dwa razy w roku, w związku z równonocą jesienną i wiosenną (Saturnalia obchodzono w okresie przesilenia zimowego; istnieje także interpretacja, według której Brumalia odbywały się w innych okresach); wydarzenia te z czasem zaczęto mylić i utożsamiać[4].

(Muszę powiedzieć że ten fragment Wikipedii wyjątkowo mętny, bo Równonoce nic nie mają wspólnego z najkrótszym dniem czyli Kupaliami = Bachanalia = Panalia = Dionizalia = KRAS/Kres )

Saturn (Saturn symbol.svg) jest planetą rządzącą znakami Koziorożca i Wodnika. Symbolem Saturna jest boży sierp (Unicode: ♄).

Może faktycznie mesjasz z Biblii to jezuS-aturn?

Ten symbol

to właściwie wariacja na temat sigilu Saturna

Sigil_of_Saturn

 

O Jezusie mówi się że jest pasterzem ,a kim jest Saturn?

Saturn (łac. Saturnus, gr. Κρόνος Krónos, z łac. sator „siewca”) – staroitalski bóg rolnictwa, zasiewów i czasu, legendarny władca Italii.

Później Saturn był utożsamiany z greckim Kronosem.
Nauczył on ludzi uprawy roli i winnej latorośli czyli tego czym zajmuje się rolnik, pasterz itp. [To zaczerpnięto już z Dionizosa = Bachus].

A o kim mówi się żniwiarz?
O śmierci z którą Saturn jest związany.

Saturn nie jest związany Mezamirze ze śmiercią, to tylko judeo-chrześcijanie go tak wiążą. Jest Siewcą Życia.

Etymologia Kamila Dudkowskiego:

 

  • Saturn ← la:Saturn (Bóg płodności, rolnictwa i urodzaju – odpowiednik Kronosa) ← pl:SiaćCo ciekawe, Wikisłownik twierdzi, że Saturn ma korzenie etruskie, co by potwierdzało związek Słowian i Etrusków.From Old English Sætern, from Latin Saturnus, probably of Etruscan origin.Oczywiście polskie Siać jest pominięte… bo jak to, Saturn od Słowian? Herezja! Tylko, że jest to właśnie bóg… obsiewania!Zapewne słowo Sycić → Saturate jest z sianiem spokrewnione, ale jeszcze nie wiem jak, może Wy wiecie?Siano to też to samo słowo… z siana przecież były ziarna obsiewania w następnym roku. Pytanie czy ma to coś wspólnego z siedzeniem? Bo siedzenie z sadzeniem na pewno. A sianie i sadzenie to niewiele się różni, prawda?
  • Kronos ← el:Kronos (grecki bóg/tytan – odpowiednik rzymskiego Saturna) ← el:Kraino (Rządzić) ← pl:Kraina / Kraj  ← pl:Kroić (możliwe powiązanie z Król)

Kronos (nie mylić z Chronosem) pochodzi od greckiego Kraino (Rządzę), które pochodzi od polskiego Kraina/Kraj. To może mamy w końcu etymologię słowa Król? Przecież L i J się często wymieniają: Kraj → Kral → Król jest dość prawdopodobnym przejściem. Samo słowo Kraj od Krojenia pochodzi jakby ktoś nie wiedział. Kraje powstawały z wykrajania ich w terenie przez rzeki czy góry.

  • Kriszna ← sa:Krsna (Czarny, Ciemny) ← pl:Krasny (Piękny), ale i pl:Czarny (polskie CZ przechodzi w sanskrycie w K porównaj: Czarować → Skrta (Tworzyć)). Podobną etymologię ma zapewne: cherry / cseresnye / cerisa / czereśnia (ciemny owoc)
  • Ceres ← la:Ceres (Rzymska bogini urodzaju) ← pl:Czar / CzarowaćOtóż Ceres to rzymski odpowiednik greckiej Demeter. Jest to trochę żeński odpowiednik Saturna, o którym pisałem w artykule: Kronos i Saturn. Saturn jak wiemy pochodzi od “siania”, a że siać tylko po słowiańsku brzmi “sat”, więc na pewno jest słowiański. Natomiast przeanalizujmy Ceres. Ceres ma kilku konkurentów etymologicznych, ale zaraz się okaże, że one wszystkie to tak naprawdę jeden.Do konkurencji stają:
    1. praindoeuropejski: *ker – rosnąć
    2. łacińskie: cresco – rosnąć
    3. łacińskie: creo – tworzę
    4. słowiańskie: czar/czarować – każdy wie, co to znaczy

    Pierwszy właściwie od razu należy odrzucić, bo jest wymyślony (dlatego ma gwiazdkę). Celowo jest upodobniany do zachodnich wersji z K, zamiast polskich z S/C/CZ. Wtedy trudniej wykryć podobieństwo.

    Ceres jest boginią rolnictwa i urodzaju… a co to ten urodzaj jest?

    Chodzi o to, że coś sobie rośnie z ziemi i nie do końca wiadomo dlaczego. Od razu widzimy zbliżenie z rosnąć i tworzyć (cresco i creo)… ale pomyślmy przez chwilę… czy znaczenie czarować może powstać z rosnąć czy raczej rosnąć powstanie z czarować? czy czarować powstanie z tworzyć czy może jednak tworzyć powstanie z czarować?

    To czarowanie czyli tworzenie z niczego jest pierwotnym spostrzeżeniem. Dopiero wtórnym jest tworzyć (kiedy poznamy mechanizm tworzenia), a dopiero później powstaje znaczenie rosnąć czyli rozbudowywać stworzone czy wyczarowane dzieło.

    Tak więc dochodzimy do wniosku, że to czarować (przez CZ, a nie K jak nam próbują wmówić językoznawcy) jest źródłem tych wszystkich słów. Dlatego Ceres czytamy przez C (po polsku), S (angielsku) lub CZ (włosku i rumuńsku), a NIGDY przez K!!!

    Identyczną etymologię ma słowo Sanskryt (starożytny język Indii)

  • Sanskryt ← sa:Samskrta (Sankryt – Samotworzący się) ← sa:Sam (Samemu, Razem) + sa:Krta (Robić) ← pl:Sam + pl:Czarować. Czarować znaczy Tworzyć z niczego. Porównaj etymologię: Ceres, Farmacja. Przeczytaj artykuł: Sloveniska Samskrta.

 

522px-Saturnoppositions
Opozycje Saturna względem pozycji Ziemi (Ociepka i jego „armata Saturna wycelowana w Ziemię”)

 

Sześciokątny portal,taki jakby komin,biegnie przez Saturn
od jednego do drugiego bieguna
Ustalono że jest to rodzaj nadajnika wysyłającego energię na Ziemię

Jeżeli (jezu)Saturn jest Synem,to kto jest Ojcem?
Jowisz?

[Nie Mezamirze. Ojcem nie jest nawet Kowal Niebieski SuaRAg, a tym bardziej Słońce- SuaRAżic – Jest nim RA Światło Świata RDZEŃ ISTOTY, które wsącza się przez Czarną Dziurę w centrum Ptasiej Drogi (Mlecznej) do naszej Galaktyki i stamtąd poprzez Słońce w nasz układ. Słońce, OIO – Φ – Voklę). Jowisz to Perun]

Jowisz miał strącić z tronu Saturna, który potem zamieszkał w Italii, gdzie zapanował wiek złoty (Satja Juga,sat-urn-ja )

Śani ( dewanagari शनि, शनिदेवता , „Powolny” ), W hinduizmie to jedna z graha, planeta Saturn, a zarazem jej bóg.
Czarnoskóry, syn Surji i Czhaji, władający sobotą

: ćhaja (châyâ – „cieñ”), iććha (icchâ – „pragnienie”)
http://www.orient.uw.edu.pl/buddologia/publikacje_pliki/Studia_Indologiczne/SI%205_1998.PDF

Syn Surji i Czhaji…w Cieniu Słońca?

Surja…

Sura (arab. سورة sūrah, l.mn سور suwar) – nazwa rozdziału Koranu. Sury dzielą się na aje (wersety).

A-sury,a surje …

Prawie wszystkie sury rozpoczynają się formułą basmala (bi-ismi Allahi ar-Rahmani ar-Rahim w imię Boga (Allaha) miłosiernego, litościwego). Wyjątek stanowi wyłącznie sura dziewiąta.
Czy liczba 9 nie jest przypadkiem związana z symboliką śmierci?

Sura dziewiąta jest to jedna z najbardziej kontrowersyjnych części Koranu, gdyż zawiera fragmenty znane jako „wersety miecza”. Sura wzywa muzułmanów do walki przeciwko „niewiernym”, posiadającym złe zamiary wobec islamu i pragnącym zbezcześcić świątynię Kaaba.

90_0

 

Oto dlaczego chrystiańskie bzdury są tylko bzdurami – DANIEL JAMROŚ „Nieco inna historia – 90 STRON TOTALNEJ HEREZJI”

Przedstawiam tutaj argumentację Daniela Jamrosia z jego książki „90 stron totalnej herezji” , którą niniejszym polecam wszystkim do przeczytania jako krótki, prosty, jasny wykład na temat szkodliwości wszelkich religii. Ksiązka jest dostępna w wydaniu internetowym pod adresem: http://www.daniel-jamros.net/

90_36

90_37

90_38

90_39Doszedłem do wniosku, że skoro Czerwoni Kabotyni przyznają swoją literacką nagrodę roku zwaną przez nich szumnie Nike, a czarni kabotyni także przyznają jakieś literackie laury, z kolei zaś nasze, Słowiańskiej Wiary Złote Dęby, są nagrodą za krzewienie wiary Słowian, więc musimy ustanowić własną Słowiańską Nagrodę Literacką – Nagrodę Słowa. Za rok 2013 byłoby niesłychanie trudno ją przyznać, ponieważ pojawiło się tyle dobrych pozycji literackich tego roku, ale ta książka Daniela Jamrosia na pewno powinna być jednym z kandydatów do owej naszej nagrody za rok 2014.

♦ Wzór na Saturnie!

Utrzymujący się sześciokątny falowy wzór wokół północnego wiru polarnego w atmosferze 78°N po raz pierwszy zauważono na zdjęciach Voyagera[24][25]. W przeciwieństwie do bieguna północnego, obrazy z Kosmicznego Teleskopu Hubble’a w regionie bieguna południowego wskazują na obecność prądów strumieniowych, nie stwierdzają silnego wiru polarnego ani sześciokątnej struktury[26]. W listopadzie 2006 r. NASA doniosła, że sonda Cassini zaobserwowała cyklon na biegunie południowym, który posiadał wyraźne oko[27]. Strukturę taką obserwowano dotąd tylko na Ziemi (sonda Galileo nie zdołała dostrzec oka Wielkiej Czerwonej Plamy na Jowiszu)[28].

Prosty bok „sześciokąta” na biegunie ma długość około 13 800 km. Okres obrotu całego cyklonu to 10 h 39 min 24 s i jest równy okresowi emisji radiowych z Saturna, który uznaje się za równy okresowi obrotu planety. Sześciokątna struktura nie przesuwa się więc i nie zmienia długości planetograficznej, tak jak inne chmury widoczne w atmosferze.

Przyczyna powstawania tej struktury jest obiektem spekulacji. Większość astronomów uważa, że jest ona rodzajem fali stojącej w atmosferze; jednakże sześciokąt może być związany ze zjawiskiem zorzy polarnej. Kształt wielokąta udało się uzyskać w wirujących płynach także w ziemskich laboratoriach[29], ale związek takich wirów z zachowaniem atmosfery Saturna nie jest pewny.

 Rotatingsaturnhexagon

6. Bóg – Stryja = Powietrze

Saturn (łac. Saturnus, gr. Κρόνος Krónos, z łac. sator „siewca”) – staroitalski bóg rolnictwa, zasiewów i czasu, legendarny władca Italii[1][2]. Małżonką Saturna była Ops[2].

Później Saturn był utożsamiany z greckim Kronosem[2][3]. Jowisz miał strącić z tronu Saturna, który potem zamieszkał w Italii, gdzie zapanował wówczas wiek złoty[1][2]. Nauczył on ludzi uprawy roli i winnej latorośli[2]. Miał również pierwszy ustanowić prawa w Italii[2].

W 497 p.n.e. zbudowano na wzgórzu kapitolińskim świątynię Saturna, prawdopodobnie na miejscu starego ołtarza, gdzie składano ofiary z ludzi. Od tego czasu obchodzono święto ku czci Saturna – saturnalia[1][3].

Jego babilońskim odpowiednikiem był Ninurta, a hinduskim odpowiednikiem − Śani.

Na cześć Saturna nazwano szóstą planetę Układu Słonecznego – Saturn.

Z kultem Saturna związana była łacińska nazwa soboty dies Saturni ‛dzień Saturna’ a ta wpłynęła na np. ang. Saturday.

 

Chronos (gr. Χρόνος Chrónos – „Czas”, łac. Chronus) – bóg w mitologii greckiej, w przedsokratejskich pracach filozoficznych uważany za personifikację Czasu, który wszystko widzi, ujawnia i wyrównuje. Według niektórych kosmogonii źródło wszechrzeczy, budowniczy wszystkiego. Czasem mylony z Kronosem, którego odpowiednikiem w mitologii rzymskiej był Saturn.

W greckich i rzymskich mozaikach przestawiany jako mężczyzna poruszający „Koło Zodiaku”. Często nazywany imieniem Aeon (Wieczny Czas). Niektóre ze współczesnych słów, powiązane z imieniem boga Chronosa, to „chronologia”, „chroniczność”, „synchronizacja” i „kronika”.

Zwykle przedstawiany jako stary, mądry mężczyzna z długą, szarą brodą. Współcześnie ukazywany między innymi jako „Ojciec Czas”.

Ninurta – sumeryjski bóg burzy, wojny i rolnictwa.

Z wojowniczym usposobieniem kontrastuje rola boga-rolnika. W sumeryjskich „Georgikach” udziela rad jak uprawiać zboże i przygotowywać pola.

Symbolem Ninurty jest pług i ptak siedzący na grzędzie (okres nowoasyryjski).

Śani ( dewanagari शनि, शनिदेवता , „Powolny” ), W hinduizmie to jedna z graha, planeta Saturn, a zarazem jej bóg. Czarnoskóry, syn Surji i Czhaji, władający sobotą[1], zsyłający niepowodzenie, jeśli nie został przebłagany, wedle różnych źródeł dosiada żółwia, wronę lub sępa. Ostatnie dwa wierzchowce (wahana) symbolizują jego negatywną stronę.

 

Stryja-Powietrze (Strojna, S-Troja, St-Roja)

 

W Mitologii Słowian 6- to symbol życia, ale 3×6 = 18 = 9 symbol śmierci. Dlaczego mamy jednak używać semickich i rzymskich ideologii skoro jako Słowianom bliżej nam do Wed Indii.

System 7-dniowy sięga okresu Babilonu i Sumeru – to tam pojawia się sabbat – dzień odpoczynku – 7 -dzień tygodnia. Wiemy że Babilon = Wawilion – Wąw-Ilion – Wą-Welon. Wieża/Wierza miała prowadzić do Nieba. Wawiliończycy to Scyci (= Prasłowianie) z Północy zmieszani z lokalnymi Semitami z Sumeru. System księżycowy jest jeszcze starszy i związany jak sam Księżyc z matriarchatem. Jakie mamy przesłanki do rekonstrukcji słowiańskich kalendarzy czy też kalendarzy Przyrodzonych – naturalnych?

Jeśli chodzi o słowiańskie to mamy dane lingwistyczne, antropologiczne, etnograficzne, dziejopisarskie i narzędzia pokrewne pomocnicze, jak np. archeologia, która znajduje artefakty związane z kultem , np palone nasiona konopi w ogniskach itp. Na przykład lingwistyka mówi o istnieniu 13 miesiąca który zwał się różnie np Krzywy, i był miesiącem wyrównawczym stawianym na początku roku kalendarzowego czyli na Wiosnę, a wynikał z roku księżycowego – jaki używano jako miarę czasu. Nazywano go też Przedmarczykiem albo inaczej (W Księdze Ruty str 30 – 13 Brat Miesiąc – zaginiony i ukryty nazwany jest Świcień – co jest nazwą rozpowszechnioną w Polsce według danych etnograficznych, ale też najmocniej skorelowaną z tym co się dzieje astronomicznie – Wiosennym Przesileniem = Zrównaniem dnia i nocy 21 marca – kiedy ten miesiąc się zaczynał.Trwał kilka dni.) . Rok zaczynał się 21 marca. Do kalendarza żeby go odtworzyć trzeba podchodzić holistycznie wykorzystując też wiedzę astronomiczną i astrologiczną oraz ezoteryczną, magiczną, okultystyczną. Inaczej nie da się tego zrobić. Np. znaczenie Saturna (= słowiański Strzybóg/Stryja = Powietrze) i Saturnaliów oraz Sabbatu jako 6 dnia i czerty 6 – a zatem w konsekwencji miesiąca 6 – czerwiec (miesiąc CzARu RA i K-RAszu-Kresu) i znaku RA – Raka, w systemie kalendarzowym wynika z wszechstronnego oparcia we wszystkich dziedzinach, także w słowiańskiej lingwistyce i etymologii.

 

 Saturn po wedyjsku i słowiańsku

[MEZAMIR SNOWID]

Oglądałem dziś jeszcze jeden film
http://www.youtube.com/watch?v=nIlul8poPcY

Zastanawia mnie czy istnieją jakieś ślady wskazujące a to że Słowianie mieli wiedzę odnośnie Saturna
Wnioski do których dochodzi autor filmu muszą być nieco wykoślawione
ponieważ w oparciu o(zatrute u źródła) judeo-chrześcijaństwo
stara się demaskować prawdę i fałsz judeo-chrześcijaństwa.
Goni własny ogon.Doszukuje się „prawd” tzn doktryn ,w symbolach i prawdach które przeczą doktryną
Jeśli prawda jest niezgodna z doktrynami tym gorzej dla prawdy,dowodem tego stwierdzenia jest film

Autor coś niby wie ale w sumie przedstawił tylko półprawdy/doktryny,czyli manipulacje.
Gdyby się oparł o Wedy,mógłby z tego powstać całkiem ciekawy materiał
No ale neojudaista/chrześcijanin nie może opierać się o Wedy bo to fałsz i zabobon
(Ponieważ nie potwierdza doktryn w które chce wierzyć neojudaista)

Tak czy owak film warto obejrzeć z co najmiej jednego powodu.
Chodzi o ten sześciokątny komin we wnętrzu Saturna.
Skojarzyłem sobie go z Teofilem Ociepką który mówił że Saturn ma w Ziemie wycelować swoją armatę
Armata,lufa,komin,wszystkie wyglądają tak samo.

Saturn jest przechylony w bok,może Teofil chciał przez to powiedzieć że ten komin we wnętrzu Saturna
jest w trakcie ustawiania się w linii prostej w stosunku do naszej planety?
Może chodzi o nagłe przebiegunowienie?

Film Angelus też warto zobaczyć i połączyć te informacje
(Teofila,Wedy i symbolikę z kanału „dwhite1up”) w jedno.

„Pytanie: W jednym z wykładów powiedziałeś, że dźwięk „Sam” odwraca zło i że słowo to jest inwokacją do Saturna. Czy zechcesz to wyjaśnić?

Odpowiedź: Tak. Dźwięk „Sam” jest drugim po „OM” świętym słowem. OM jest tobą samym, czystym duchem, „Ja jestem” w tobie. Zstępuje w formie twego oddechu, który zawiera wdech i wydech. Wdech wytwarza dźwięk „s”, podczas gdy wydech – dźwięk „H”.
Dlatego mantrę oddechu opisuje się jako „SO-HAM”. Święte słowo „SAM” zawiera „s”, ducha wdechu. Wiemy, że nasz wdech oznacza zstąpienie czystego powietrza z tlenem, który z każdym oddechem spala wszelkie twe nieczystości. Tlen jest tylko fizycznym ciałem oczyszczającego czynnika, którym jest duch powietrza. „Sam” wzywa Boga Wdechu i dlatego oznacza ochronę i bezpieczeństwo. Ponieważ każdy wdech oczyszcza cię, wskazuje ścieżkę czystości i doskonałości.
W astrologii Saturn oznacza świadomość wskazującą na niedoskonałości. Dlatego „s” tworzy pierwszeą sylabę nazwy Saturn i jest tak w wielu językach. W Sanskrycie nazywa się to Sanaischara, w języku angielskim – Saturn, a w języku Świętej Biblii jest to Szatan, najbardziej źle rozumiane stworzenie. Chociaż Kościół Chrześcijański wyklął Szatana, wciąż się go obawia i pamięta. W Biblii Świętej jest tylko cieniem Boga. Innymi słowy jest to grzech albo indywidualna świadomość stworzonej istoty. Wszystko to wskazuje na stworzone niedoskonałe ega, które mają być oczyszczone. Człowiek rozumie taki świat, jaki widzi, dlatego nie jest doskonały i musi czekać na dzień, gdy zobaczy świat takim, jaki jest (Słowo Boga), a nie jakim się mu wydaje. w tym celu słowo „Sam” oczyszcza człowieka i czyni go doskonałym. Dlatego Wedy wysławiają je tuż obok słowa „OM”. Na intelektualnym planie dźwięk „Sam” to spokój i powodzenie. Ta intelektualna interpretacja pozwala połączyć różne aspekty inteligencji z jej źródłem na wyższym planie.
Jakkolwiek byś nie wymawiał i nie traktował dźwięku „Sam”, mantra ta oczyszcza cię i napełnia duchem Boga i życiem, które wdychasz poprzez swe nozdrza. Wielu ludzi uważa samą planetę Saturn za złą. Dzieje się tak, ponieważ powszechne opinie nie opierają się na mądrości Wed. Popularna astrologia jest tylko cieniem prawdy skrywające j się za nią.
Pod wpływem Saturna wielu ludzi odczuwa trudności i niedogodności. Prawdą zaś jest to, że przyczyną kłopotów są indywidualne motywy, a nie Saturn. Saturn jedynie przyspiesza ujawnianie zła i zmusza osobę, aby się go pozbyła. Zatem siła kryjąca się za planetarnym symbolem Saturna jest zawsze oczyszczająca i chroniąca. Ten sam oczyszczający aspekt stymulujemy wymawiając i medytując nad „Sam”. Im bardziej próbujemy zrozumieć w sobie aspekt Saturna, tym bardziej uwalniamy się od własnej ograniczającej natury, a rezultatem jest „Sam”, stan doskonałego spokoju i powodzenia”.

Inwokacja
Niech światło we Mnie będzie światłem przede mną,
Nie nauczę się widzieć je we wszystkim.
Niech dźwięk wypowiadany ukaże światło we mnie,
Niech słucham go podczas, gdy inni mówią.
Niech cisza we mnie i dookoła mnie pojawi się,
Cisza, którą przerywamy w każdej chwili,
Niech wypełni ciemność hałasu, który czynimy
I przekształci ją w Światło naszego środowiska.
Niech cnota będzie siłą mojej inteligencji,
Niech spełnienie będzie moją zdobyczą,
Niech mój cel kształtuje cel naszej ziemi,
Niech mój plan będzie uosobieniem Boskiego Planu.
Mówmy ciszą bez przełamywania jej,
Żyjemy w świadomości środowiska,
Twórzmy światło w radości,
Bądźmy warci odnalezienia miejsca w Wewnętrznym królestwie.
OM
Mistrz E. K.

Tekst pochodzi z Rozdział I książki Nasze dziedzictwo Kulapatiego Ekkirala Krishnamacharya
wyd. w 1983 przez The World Teacher Trust Visakhapatnam –India

yogin.pl/wszystko-o-jodze/wedy/782-wedy-kulapati-ekkirala-krishnamacharya.html

Mamy u siebie jakieś poszlaki,pozostałości,cokolwiek co wskazuje na to że Słowianie mieli wiedzę
i przede wszystkim jaki był ich stosunek do Saturna?
Kult solarny to podstawa,Słońce… a Saturn?
W Wedach jest jasno powiedziane jak należy rozumieć energie związaną z Saturnem
Saturn odziera z masek i wywleka na światło dzienne to co chcemy ukryć
by udawać kogoś kim nie jesteśmy.
Dlatego w judeo-chrześcijaństwie(kulcie pozerstwa gdzie należy wyglądać,
nie koniecznie być tym na kogo się pozuje) jest złym Szatanem,nie pozwala ukryć naszego prawdziwego Ja.

Nie każdy ma problem z samoakceptacją ale ilu jest takich których zżera nienawiść
gdy uświadamiają sobie kim są?
Na kogo spada ich nienawiść?Na tych przez których nie potrafią zapomnieć kim są.
Saturn jest więc kozłem ofiarnym świętoszkowatych zamaskowanych obłudników :)
Wszystko się zgadza.
Saturn jest centralnym punktem judeo-chrześcijaństwa w tym islamu.

Nigdzie indziej nie chodzi o pozory bardziej niż w tych trzech/jednej religii/ach.

Pytanie: W jednym z wykładów powiedziałeś, że dźwięk „Sam” odwraca zło i że słowo to jest inwokacją do Saturna. Czy zechcesz to wyjaśnić?

Odpowiedź: Tak. Dźwięk „Sam” jest drugim po „OM” świętym słowem. OM jest tobą samym, czystym duchem, „Ja jestem” w tobie. Zstępuje w formie twego oddechu, który zawiera wdech i wydech. Wdech wytwarza dźwięk „s”, podczas gdy wydech – dźwięk „H”.
Dlatego mantrę oddechu opisuje się jako „SO-HAM”. Święte słowo „SAM” zawiera „s”, ducha wdechu. Wiemy, że nasz wdech oznacza zstąpienie czystego powietrza z tlenem, który z każdym oddechem spala wszelkie twe nieczystości. Tlen jest tylko fizycznym ciałem oczyszczającego czynnika, którym jest duch powietrza. „Sam” wzywa Boga Wdechu i dlatego oznacza ochronę i bezpieczeństwo. Ponieważ każdy wdech oczyszcza cię, wskazuje ścieżkę czystości i doskonałości.
W astrologii Saturn oznacza świadomość wskazującą na niedoskonałości. Dlatego „s” tworzy pierwszeą sylabę nazwy Saturn i jest tak w wielu językach. W Sanskrycie nazywa się to Sanaischara, w języku angielskim – Saturn, a w języku Świętej Biblii jest to Szatan, najbardziej źle rozumiane stworzenie. Chociaż Kościół Chrześcijański wyklął Szatana, wciąż się go obawia i pamięta. W Biblii Świętej jest tylko cieniem Boga. Innymi słowy jest to grzech albo indywidualna świadomość stworzonej istoty. Wszystko to wskazuje na stworzone niedoskonałe ega, które mają być oczyszczone. Człowiek rozumie taki świat, jaki widzi, dlatego nie jest doskonały i musi czekać na dzień, gdy zobaczy świat takim, jaki jest (Słowo Boga), a nie jakim się mu wydaje. w tym celu słowo „Sam” oczyszcza człowieka i czyni go doskonałym. Dlatego Wedy wysławiają je tuż obok słowa „OM”. Na intelektualnym planie dźwięk „Sam” to spokój i powodzenie. Ta intelektualna interpretacja pozwala połączyć różne aspekty inteligencji z jej źródłem na wyższym planie.
Jakkolwiek byś nie wymawiał i nie traktował dźwięku „Sam”, mantra ta oczyszcza cię i napełnia duchem Boga i życiem, które wdychasz poprzez swe nozdrza. Wielu ludzi uważa samą planetę Saturn za złą. Dzieje się tak, ponieważ powszechne opinie nie opierają się na mądrości Wed. Popularna astrologia jest tylko cieniem prawdy skrywające j się za nią.
Pod wpływem Saturna wielu ludzi odczuwa trudności i niedogodności. Prawdą zaś jest to, że przyczyną kłopotów są indywidualne motywy, a nie Saturn. Saturn jedynie przyspiesza ujawnianie zła i zmusza osobę, aby się go pozbyła. Zatem siła kryjąca się za planetarnym symbolem Saturna jest zawsze oczyszczająca i chroniąca. Ten sam oczyszczający aspekt stymulujemy wymawiając i medytując nad „Sam”. Im bardziej próbujemy zrozumieć w sobie aspekt Saturna, tym bardziej uwalniamy się od własnej ograniczającej natury, a rezultatem jest „Sam”, stan doskonałego spokoju i powodzenia.

http://user26538.hvs.pl/yogin/wszystko-o-jodze/wedy/782-wedy-kulapati-ekkirala-krishnamacharya.html

kolomirrkptu6

Rozeta/Kołomir,jest związany z Saturnem?

dsc071821

Sześć przecinających się linii tworzy kostkę.

Dwie linie przypominają skrzyżowane piszczele pod czaszką
Czaszka = śmierć/odrodzenie,reinkarnacja.
Saturn jest związany z życiem/śmiercią,z przemijaniem,czasem,postępem,zmianą.

„Przyczyny śmierci (znaczenie planet)
Głównymi wyznacznikami przyczyny śmierci są domy ósmy i czwarty, a także planety tam posadowione, aspekty tych planet i władcy domu ósmego i czwartego: na przykład Uran, Mars, Saturn lub Neptun w znakach gwałtownych zawsze mówią o przedwczesnej śmierci właściciela horoskopu.

Oksza_int_06Symbol Życia – 6

Kiedy planetą, która atakuje jest Neptun, wtedy zapowiada śmierć, która nastąpi w ramach jakiejś sekty lub duchowej grupy; śmierć może nastąpić w następstwie uduszenia, otrucia, oszustwa, itp.
Kiedy planetą, która mówi o przyczynie śmierci jest Uran, wtedy śmierć następuje w wyniku niewyjaśnionych i dziwnych okoliczności, ale Uran może wskazywać na samobójstwo, szczególnie jeśli Merkury jest źle aspektowany i jest słaby w horoskopie natalnym lub kiedy Wenus jest uszkodzona przez Saturna lub Urana, albo kiedy oba Światła są uszkodzone.
Saturn zawsze wskazuje na śmierć wskutek jakiejś ruiny, zniszczenia, dotyczy to wszystkich sytuacji symbolizowanych przez znak i dom, w których znajduje się Saturn, a także aspektów Saturna z pozostałymi planetami.
Mars zawsze oznacza śmierć w następstwie pożaru i ognia, ale także niebezpieczeństwo śmierci od noża, rany, utraty krwi, urazu, śmierć w działaniach wojennych. Ostatecznym sygnifikatorem śmierci jest dyspozytor Marsa, ale można także wziąć pod uwagę domy posadowienia Urana i Saturna i znaki, w których się te planety znajdują.
Planeta Mars musi być dokładnie przeanalizowana, kiedy w pytamy o powód śmierci, bez względu na to, czy znajduje się w ludzkim, zwierzęcym, powietrznym, ognistym, ziemskim znaku…

Należy zwrócić uwagę na planety, które atakują Słońce i Księżyc, i malefiki, kiedy znajdują się nad horyzontem, bo są to sygnifikatory pewnej gwałtownej śmierci.

Tak samo władca domu ósmego uszkodzony przez malefika jest pewnym sygnifikatorem gwałtownej śmierci.

Nie przewidujmy gwałtownej śmierci właściciela horoskopu, dopóki nie znajdziemy wszystkich ważnych sygnifikatorów, które wskazują na taki powód śmierci.

flower-of-life-egupt1

Planety w VIII domu
Kiedy Saturn jest w domu ósmym śmierć następuje cicho i z wysiłkiem, kiedy jest tam Mars, śmierć jest szybka i bolesna, a kiedy Uran, wtedy śmierć następuje znienacka i nieoczekiwanie. Kiedy w domu ósmym jest Jowisz, śmierć jest zwyczajna, a Wenus wskazuje na śmierć bez bólu lub śmierć we śnie. Kiedy Księżyc lub Merkury są w ósmym domu, wtedy powód śmierci sprawdza się poprzez wpływ planety, która ma pierwszy aspekt z Księżycem lub Merkurym. Księżyc może wskazać na jawną śmierć, w obecności świadków, w instytucji, takiej jak szpital. Neptun w domu ósmym może wskazywać na śmierć w szpitalu psychiatrycznym lub miejscu odosobnienia”

 

astrolabium.pl/astrologia/zaawansowani/221-o-przyczynach-smierci

„“Klasycy astrologii twierdzą, za Ptolemeuszem, że szanujący się astrolog
przed przystąpieniem do interpretacji horoskopu powinien najpierw zbadać długość życia jego właściciela. Jak to zrobić?
Wiemy, jak śmierć może się manifestować w horoskopie. Wiemy, że Saturn, że Pluton, że dom VIII, itd. ”

ale tego to ja nie ogarniam:
“Śmierć gwałtowna
Niewątpliwą wskazówką gwałtownej śmierci jest sytuacja, kiedy Słońce jest uszkodzone przez malefika i kiedy Księżyc jest uszkodzony przez malefika lub kiedy Słońce odbiera negatywne aspekty od malefików, albo kiedy Księżyc jest atakowany przez dużą liczbę malefików, a szczególnie wtedy, gdy nie ma żadnego pozytywnego oddziaływania między Jowiszem i Wenus.”

Saturn w VIII domu:
skrajne, głębokie, nie dające się kontrolować zjawiska i przeżycia (śmierć, seks, zjawiska paranormalne, transformacja).

Strach przed utratą kontroli nad swoim „ja” – np. wskutek stanów
wywołanych przez alkohol, narkotyki, trans, przeżycia mistyczne.

“Po wieloletnim studiowaniu astrologii stało się dla mnie oczywiste, że najpotężniejszym domem w naszym kosmogramie jest właśnie ósmy dom. Za każdym razem analizując horoskopy urodzeniowe, zauważałam wspólny wątek dla wszystkich osób, które miały planety w tym domu. Chcę namalować obraz najintensywniejszego domu w horoskopie- domu śmierci.

Domem 8 rządzi Skorpion. Wszystkie sprawy związane z tym znakiem rządzą tym domem. Najważniejsze z nich to śmierć, seksualność, tajemnice, zasoby innych ludzi, poświęcenie i niewidzialny świat duszków, bytów astralnych, duchów, oraz nasze bezpośrednie doświadczenia z tymi sprawami. To co jest intensywnym, niewygodnym i głębokim tabu mieści się w tym domu. Posiadanie planet w domu 8 daje obsesję śmierci.””

astrosedna.wordpress.com/2012/02/08/mistycyzm-8-mego-domu/

Teraz tak,dziwny kształt na jednym z biegunów Saturna,można tam zaobserwować sześcian i ruch obrotowy
z czym to się kojarzy?

Z tym

http://www.990px.pl/files/2010/11/30_000_Nic509679.jpg

a to z kolei
czarny kamień

wygląda jak cyklon na Jowiszu,ewentualnie jak wnętrze heksagramu z Saturna…

http://www.feelguide.com/2010/10/29/the-mysterious-hexagon-storm-over-saturns-north-pole-thats-happening-right-now/

 

Sana-ist-hara – Czysty ist górno-świetlisty, gorejący, harny, czyli Dawca Tchnienia Duszy – Tlenu, Ognia, Złotego Proszku- Orgonu, ORzywienia = Strzybóg (ST-RA-bog, Sat-OR-Os, K-ROn-OS) Zejście RA w OR, ORzywienie = 6. Mówi się o nim że jest Dawcą Złotego Wieku, co znaczy Nieśmiertelności, Wiecznego Życia – dlatego Rzymianie zrobili z niego opiekuna rolnictwa. To dawca Duszy-Tchu, Oś Sidhu (celtycka) Osiadłość Ducha. Wiatr = Duch = Powietrze.

Księga Ruty str 164 – w „Osiem Sióstr Ziemi i Sto Osiem Ksieżyców”:
„…Trzydzieści i dziewięć przy Perperuny łonie
Trzydzieści przy Stryji, zawiłtych w jej wietrznym welonie.”

Ten welon „Wietrzny” i „Wieczny” (Po-wietrz/cz-ny) – to Pierścienie, a Saturn leży za Perperuną – Zeusem – Jowiszem.

„Saturn uważany jest za symbol czasu i przeznaczenia. Wiąże się ze wszystkim, co jest dla człowieka nieuniknione.” – Tak. Wiąże się z bytem materialnym fizycznym duszy – narodzinami. Ma właściwości oczyszczające! Tak. Bo życie materialne jest czyszczeniem się z niewiedzy i braku doświadczenia. Niosący Światło – Niosący Życie RA (a więc ŁączySfera) – Posłaniec Najwyższego RA (Swąta, RAdowolita, Roda).

Saturnalia, czyli święta organizowane ku czci Saturna. Uroczystości te obchodzono w dniach 17-23 grudnia. Były to radosne, rodzinne święta pełne zabaw, uczt, życzliwości i pojednania. Podczas Saturnaliów Rzymianie stroili zielone rośliny i dawali sobie prezenty. Mieli także zwyczaj “dekorować domy girlandami i lampami”. Narodziny RA – BodRAka Bożej Krowy Świetlnej. Akt narodzin = 6. 24 = 6.

A oto fragment smakowitych bredni:
” Zdaniem Jonesa, ceremonia zarejestrowana w Bohemian Grove odbyła się ku czci Molocha (czyli Saturna/Szatana).

Nagranie Alexa Jonesa, chociaż dokonane z dużej odległości, posiada wysoką wartość poznawczą. Przede wszystkim dlatego, że jedne teorie spiskowe potwierdza, a inne obala. Tak, to prawda, że wpływowi politycy, biznesmeni, artyści i intelektualiści potajemnie uczestniczą w pogańskich nabożeństwach. Jeśli wierzą oni w to, co robią, to nie mają prawa się nazywać ani chrześcijanami, ani ateistami, ani racjonalistami. Z drugiej strony, film Jonesa pokazuje, że główną teorię Davida Icke’a i Arizony Wilder można włożyć między bajki. Niestety… a raczej na szczęście… uczestnicy tajnych rytuałów wcale nie zamieniają się w Reptilian. W nagraniu Jonesa nie widać ani jednego człowieka przeobrażającego się w jaszczurowatego kosmitę. Gdyby ktokolwiek zmienił swoją postać, Alex Jones zapewne rozdmuchałby to do niebagatelnych rozmiarów. Tak się jednak nie dzieje. Ważna uwaga: nie ma żadnych dowodów na to, że w Bohemian Grove dokonuje się morderstwa i kremacji prawdziwego dziecka.”

W bredniach tkwi ziarno prawdy – Tak. To Saturn. Tylko że nie ma w NIM nic złowrogiego. Tak jak i w Skrzystej Krowie RA przerobionej przez żydów na Molocha. Na tym polega starożytna odsłowiańskość/odscytyjskość tego całego przekrętu, tej ciemności w której ludzie kręcą się oszalali, zagubieni w domysłach, jak demony na końcu szpilki.

2_b

 

Oblicza Duchowości – Tadeusz Owsianko -Koniec epoki Hex!

10. 07 2014 Niezależna Telewizja Wrocław

 

Ostatecznie kłania się Ouroboros (Ureusz – Ośkalpa-Oś-Sklepienia (Eskulap, Asklepios, Kaduceusz, Tyrs-Berło) – Hadra-Hydra-Czadra (Indra, Zowja-Owijon, Ofis, W-Ilion)

Ouroboros

Kosmiczna spirala . Przekazywanie wiedzy za pośrednictwem DNA

Autor: Jeremy Narby

Po pierwsze, podążyłem za mitologicznym tropem kosmicznego węża, a szczególną uwagę zwróciłem na jego formę. Odkryłem, że często była podwójna:
Ten starożytny egipski rysunek nie przedstawia prawdziwego zwierzęcia, ale wizualną szaradę oznaczającą „podwójnego węża”.
Quetzalcoatl, aztecki wąż w pióropuszu, również nie jest prawdziwym zwierzęciem. W naturze węże nie mają ani rąk, ani nóg, a tym bardziej skrzydeł czy piór. Latający wąż jest przeciwieństwem samym w sobie, paradoksem, jak mówiący niemowa. Potwierdzone to jest podwójną etymologią słowa – coatl, które oznacza zarówno „węża”, jak i „bliźniaka”.
Starożytni Egipcjanie przedstawiali również kosmicznego węża z ludzkimi stopami.

„Kosmiczny wąż,ofiarodawca atrybutów”.Za Clarkiem (1959, s. 52).

„Sito, pierwotny wąż” (1300 p.n.e.). Za Clarkiem (1959, s. 192).
Tu również obraz sugeruje, że pierwotna boskość jest podwójna, jednocześnie jest wężem i „niewężem”.
Na początku lat 80. XX wieku ayahuasquero Luis Tangoa, mieszkający w wiosce Shipibo-Conibo w peruwiańskiej części Amazonii, zaproponował antropolożce Angelice Gebhart-Sayer, że wyjaśni jej pewne ezoteryczne pojęcia. Nalegał, że zdecydowanie odpowiedniejsze będzie omawianie tych zagadnień przy wykorzystaniu obrazów1, dlatego wykonał kilka szkiców kosmicznej anakondy Ronín, łącznie z poniższym:
„Ronín, dwugłowy wąż”. Za Gebhart-Sayer (1987, s. 42).
Można by podawać wiele przykładów podwójnych węży kosmicznego pochodzenia związanych ze stworzeniem życia na Ziemi, ale ważne jest unikanie zbyt ścisłej interpretacji tych obrazów, które mogą nieść ze sobą kilka znaczeń naraz. Przykładowo, skrzydła węża mogą oznaczać zarówno paradoksalną naturę, jak i rzeczywistą zdolność do latania, w tym przypadku w kosmosie.

„Wąż ziemi staje się niebiański; ma skrzydła, więc może latać, i pozwala mumii wznieść się do gwiazd”. Za Jacqem (1993, s. 99).

Czasami uskrzydlony wąż przybiera formę smoka, mitycznego i podwójnego zwierzęcia w całym tego słowa znaczeniu, który mieszka w wodzie i zionie ogniem. Według słownika symboli, smok przedstawia „połączenie dwóch przeciwstawnych zasad”. Jego androginiczna natura najdokładniej symbolizowana jest przez Ouroborosa, węża-smoka, który ucieleśnia seksualne zjednoczenie w samym sobie, stale się samozapładniając, co ukazuje ogon wetknięty w paszczę” (patrz strona 96).
W naturze węże nie gryzą się we własny ogon. Pomimo to Ouroboros pojawia się w większości najbardziej starożytnych przedstawień świata, takich jak pokazany na następnej stronie dysk z brązu pochodzący z Beninu. Słownik symboli opisuje go jako „bez wątpienia najstarszy afrykański imago mundi, gdzie jego sinusoidalna
postać, łącząca przeciwieństwa, otacza pierwotne oceany, pośrodku których dryfuje kwadrat Ziemi poniżej”

Mityczne węże często są ogromne. Na obrazie z Beninu Ouroboros otacza całą Ziemię. W mitologii greckiej wąż-potwór Tyfon dotyka głową gwiazd. A pierwszy akapit pierwszego rozdziału pracy Chuang-Tzu, domniemanego twórcy filozofii taoizmu, opisuje niezmiernie długą rybę, zamieszkującą niebiańskie jezioro, która przemienia się w ptaka i wznosi się po spirali w niebo. Chuang-Tzu twierdzi, że długość tej kosmicznej ryby-ptaka wynosi „któż wie, ile tysięcy mil”3.

„Wisznu i jego żona Lakszmi odpoczywający na Śeszy, wężu wieczności posiadającym tysiąc głów, w przerwie pomiędzy cyklami tworzenia”. Za Huxleyem (1974, s. 188-189).

Mitologia hinduska również dostarcza przykład węża niemierzalnych proporcji, znanego jako Śesza, wąż o tysiącu głów, który dryfuje po kosmicznym oceanie, podczas gdy bliźniacze istoty-twórcy Wisznu i Lakszmi odpoczywają, półleżąc w jego zwojach.
Mitologiczne węże niemal nieodmiennie kojarzone są z wodą4. Na rysunku ze strony 99, opartym na opisie ayahuasquero Laureana Ancona, anakonda Ronín otacza całą Ziemię, wyobrażaną jako „dysk, który pływa w wielkich wodach”. Ronín sama jest „w połowie zanurzona” – anakonda jest gatunkiem wodnym (patrz górna figura na stronie 99).
Kosmiczne węże różnią się między sobą rozmiarami i naturą. Mogą być duże albo małe, pojedyncze albo podwójne, a czasami takie i takie naraz (patrz dolna figura na s. 99). Obrazek ten został narysowany przez Luisa Tangoę, który mieszka w tej samej wiosce, co Laureano Ancon. Ci dwaj szamani mogliby poświęcić tyle czasu, ile by tylko zechcieli, żeby dojść do porozumienia w sprawie wyglądu kosmicznej anakondy. Jednakże pierwszy z nich rysuje ją jako pojedynczy plemnik oraz dwugłowego węża, podczas gdy ten drugi opisuje ją jako „normalną” anakondę, która otacza całą Ziemię.

Jako stwórca życia, kosmiczny wąż jest mistrzem metamorfozy. W tych mitach całego świata, w których odgrywa główną rolę, tworzy poprzez przemienianie się; zmienia się, a jednocześnie pozostaje taki sam. Zrozumiałe jest więc, że będzie różnie przedstawiany.
Kontynuowałem poszukiwania związku pomiędzy kosmicznym wężem – mistrzem transformacji wężowej formy, który żyje w wodzie i może być zarówno niesłychanie długi, jak i mały, pojedynczy i podwójny – oraz DNA. Odkryłem, że DNA idealnie pasuje do tego opisu.
Jeśli rozciągnie się DNA zawarte w jądrze ludzkiej komórki, otrzymuje się stuosiemdziesięciocentymetrową nić o szerokości zaledwie dziesięciu atomów. Nić ta jest miliard razy dłuższa od własnej szerokości. Względnie mówiąc, to tak, jakby twój mały palec u ręki ciągnął się od Paryża do Los Angeles.

Nić DNA jest znacznie mniejsza od widzialnego światła, jakie dostrzegają ludzie. Nawet najpotężniejsze mikroskopy optyczne nie są w stanie jej ukazać, ponieważ DNA jest w przybliżeniu 120 razy węższe od najmniejszej fali świetlnej światła widzialnego5.
Jądro komórki ma objętość równą dwóm milionowym łebka szpilki. Niemal dwumetrowe DNA mieści się w tej malutkiej przestrzeni, ponieważ jest zwinięte w nieskończoność, tym samym godzi ekstremalną długość z nieskończoną małością – jak mityczne węże.
Według niektórych szacunków, przeciętna istota ludzka składa się ze stu tysięcy miliardów komórek. To oznacza, że w ludzkim ciele znajduje się ponad dwieście miliardów kilometrów DNA – to długość równa siedemdziesięciu podróżom w obie strony pomiędzy Saturnem a Słońcem. Można by całe życie spędzić na pokładzie lecącego z maksymalną prędkością Boeinga 747, a i tak nie przebyłoby się jednej setnej tej odległości. Twoje własne DNA jest wystarczająco długie, żeby owinąć nim Ziemię pięć milionów razy6.
Wszystkie komórki na świecie zawierają DNA – czy to zwierzęce, roślinne, czy bakteryjne – i wszystkie są wypełnione słoną wodą, w której koncentracja soli ma podobny poziom jak w oceanach świata. Płaczemy i pocimy się płynem, który jest zasadniczo wodą morską. DNA kąpie się w wodzie, która z kolei odgrywa zasadniczą rolę w ustalaniu kształtu podwójnej helisy. Ponieważ cztery zasady DNA (adenina, guanina, cytozyna i tymina) nie rozpuszczają się w wodzie, wciskają się do środka molekuły, gdzie łączą się w pary i formują szczeble drabiny. Następnie zwijają się w spiralny stos, żeby uniknąć zetknięcia się z otaczającymi cząsteczkami wody. Kształt skręconej drabiny jest więc bezpośrednią konsekwencją wodnego środowiska komórki7. DNA występuje razem z wodą, zupełnie tak jak mityczne węże.

Molekuła DNA to pojedynczy długi łańcuch złożony z dwóch splecionych ze sobą wstążek, które połączone są ze sobą czterema zasadami. Zasady te mogą się ze sobą łączyć w ściśle określone pary: A z T, natomiast G z C. Inne sparowanie zasad jest niemożliwe z powodu ułożenia ich atomów: A może związać się jedynie z T, G jedynie z C. Oznacza to, że jedna ze wstążek jest antyrównoległym duplikatem drugiej, oraz że tekst genetyczny jest podwójny: DNA zawiera główny tekst na jednej ze wstążek, która jest odczytywana w określonym kierunku przez enzymy transkrypcyjne, a na drugiej tekst zapasowy, który jest odwrócony i zazwyczaj nieodczytywany

Druga wstążka odgrywa dwie istotne role. Pozwala enzymom naprawczym odtworzyć tekst główny w przypadku uszkodzenia i – przede wszystkim – zapewnia mechanizm do replikacji wiadomości genetycznej. Wystarczy otworzyć podwójną helisę, jakby się otwierało zamek błyskawiczny, a otrzyma się dwie osobne i komplementarne wstążki, które mogą następnie zostać odbudowane w podwójne wstążki przez enzymy replikacyjne. Ponieważ mogą one ustawić jedynie A naprzeciw T – i vice versa – natomiast G naprzeciw C – i vice versa – prowadzi to do stworzenia dwóch bliźniaczych helis, które są identyczne z oryginałem pod każdym względem. Bliźnięta są więc zasadnicze dla życia, zupełnie tak, jak na to wskazują starożytne mity, a także związane są z wężowatą formą.

Ci, którzy kochają mądrość,
muszą zbadać wiele rzeczy.
– Heraklit

250px-Ouroboros

 

Paweł Szydłowski o starożytnym kulcie Słońca, Saturna i Kabale

 

https://www.youtube.com/watch?v=nrq524JG63g&list=UUpdXoN2J3Irki8-9AWqtEsA&index=23

 

 

 Perełka na temat Palestyny jako miejsca osiedlenia państwa Żydów i czasów, kiedy Żydzi stają się Pośmiewiskiem Narodów, a z nimi wszyscy wyznawcy judeo-chrześcijaństwa!!! Oto doświadczamy powrotu Światła Świata i władzy Saturna-Sporzącego (Śreczy-ŚRAdczy).

Paweł Szydłowski: Wimany – Brahma jako źródło Kabały/Kobyły, Koby/Kaby – świętej wróżby.

Posted in Mitologia Słowiańska by bialczynski on 9 Styczeń 2015
Tagged with: , , ,

Juliusz Słowacki (1809 – 1849) – Wielki Strażnik Wiary Przyrodzoney Słowian – IV Starosłowiańska Świątynia Światła Świata Wilno


Utwory Juliusza Słowackiego zawierają ukryty przekaz. Na podstawie tego przekazu  można prześledzić jego ideę oraz związki ze Słoneczną Kolumną Wiary Przyrodzonej Słowian. Przekaz ów jest jednocześnie dialogiem toczonym (wewnątrz, w ukryciu struktury utworów poetyckich), przez Juliusza Słowackiego z jego największym przeciwnikiem, Adamem Mickiewiczem – czołowym reprezentantem Kolumny Księżycowej Wiary Przyrodzoney Słowian.
Kiedy poddajemy ocenie te dwie wielkie postacie polskiej i słowiańskiej sztuki, literatury, ezoteryki i okultyzmu, pogańskiej wiary Słowian, miejmy przez cały czas bacznie na uwadze, że tak jak Kolumna Księżycowa nie może istnieć bez przeciwieństwa w postaci Kolumny Słonecznej tak Kolumna Słoneczna nie może istnieć bez dopełnienia w Kolumnie Księżycowej. One razem dopiero, jak Białoboga i Czarnogłów, tworzą z Wielkiego Działu Jedność – Światło Świata.
Długo nie przedstawiałem życiorysu i twórczości tego poety. Było to po prostu zadanie bardzo trudne, za trudne. To było za trudne, jest za trudne i będzie zawsze za trudne. Więc trzeba zrobić moim zdaniem cokolwiek , by zajął swoje miejsce w panteonie Strażników Wiary Przyrodzoney Słowian – bo na to miejsce zasługuje przecież jak nikt inny. Zajmuje w nim pozycję zupełnie wyjątkową jako Mistrz Duchowy i Wielki Strażnik – to jest tytuł zarezerwowany dla naprawdę największych, najbardziej zasłużonych kazicieli i krzewicieli tradycji i Wiary Przyrody-Wiary Przyrodzoney Słowiańszczyzny Starożytnej w 1000 letnim Okresie Chrześcijańskiej Ciemności, Inkwizycji Rozumu w Europie i  Kalijugi na Ziemi. Będziemy pisać o Juliuszu Słowackim i jego poszczególnych dziełach JESZCZE WIELE RAZY, BO NIE MA MOWY O TYM ABY W JEDNYM TEKŚCIE ZAWRZEĆ CAŁY HOLISTYCZNY OBRAZ JEGO GIGANTYCZNEGO DOKONANIA. On sam Juliusz Słowacki to Król Duch Słowian. Czynimy zatem zadość należnej mu Chwale i Sławie rozpoczynając cykl artykułów poświęconych jego osobie i epokowemu dokonaniu w Kraczun , 20 – 26 grudnia 2014 roku, jeden z Najważniejszych Kraczunów i Najmocniejszych Przesileń w dziejach Świata, w czas Wielkiej Zmiany Matki Ziemi.
 


ze strony: slowacki.klp.pl/

Słowacki Juliusz (1809-1849), polski poeta, dramatopisarz. Jeden z najwybitniejszych twórców romantycznych, nazywany – obok A. Mickiewicza i Z. Krasińskiego – „wieszczem”. 
(A ja  twierdzę, że nie obok, lecz NAD. Taka moja prywatna uwaga.)
Życie
1825-1828 studiował prawo na Uniwersytecie Wileńskim. W 1829 wyjechał do Warszawy i podjął pracę jako aplikant w Komisji Rządowej Przychodów i Skarbu. 1831 zatrudniony w Biurze Dyplomatycznym Rządu Narodowego, wyjechał do Drezna, skąd udał się jako kurier dyplomatyczny do Londynu i Paryża, gdzie osiadł po zakończeniu misji.

1832-1836 przebywał w Genewie, co miało wpływ na jego twórczoć, np. poemat miłosny W Szwajcarii (wydany 1839). W 1836 odbył podróż do Włoch, skąd wyruszył do Grecji, Egiptu i Palestyny (Podróż do Ziemi Świętej z Neapolu, 1836-1839, wydanie pomiertne w całoci 1866). W 1838 powrócił do Paryża. Poeta zmarł na gruźlicę i został pochowany na cmentarzu Montmartre. W 1927 roku jego prochy przewieziono do kraju i złożono obok Mickiewicza w krypcie na Wawelu.Twórczość
Debiutował anonimowo 1830 w Melitele powiecią poetycką Hugo. W 1832 opublikował tomy 1-2 Poezji, gdzie znalazły się powieci poetyckie: Żmija, Jan Bielecki, Hugo, Mnich, Arab, tragedie Mindowe oraz Maria Stuart. Tom 3 (1833) zawierał m.in.: powieć poetycką Lambro, poemat Godzina myli i liryki pisane w czasie powstania listopadowego.Do wielkich dramatów Słowackiego zaliczają się: Kordian (1834), Horsztyński (1835, wydanie pomiertne 1866), Balladyna (1839), Fantazy (wydany 1866), Mazepa i Lilla Weneda (1840), Ksiądz Marek (1843), Sen srebrny Salomei (1844), Zawisza Czarny (1844-1845, wydany 1908), Samuel Zborowski (powstał zapewne 1845, wydanie całoci 1903), parafraza Księcia niezłomnego P. Calderona (1844).Poematy: Anhelli (1838), Poema Piasta Dantyszka herbu Leliwa o piekle (wydane anonimowo 1839), Ojciec zadżumionych i Wacław zostały wydane wraz z poematem W Szwajcarii pt. Trzy poema (1839). Nie ukończony poemat dygresyjny Beniowski (pień 1-5, 1841, pień 6-10 w tomie 2 Pism pomiertnych, 1866).Poglądy filozoficzne, formułowane szczególnie w ostatnich latach życia pod wpływem myli A. Towiańskiego, wyraził Słowacki m.in. w traktacie poetyckim Genezis z Ducha (1844, wydany pomiertnie 1871), we fragmentach pisanych w latach 1845-1846, ułożonych później przez badaczy w tzw. Poemat filozoficzny oraz w eposie historiozoficznym Król-Duch (powstanie 1845-1849, rapsod 1 wydany 1847) i w Odpowiedzi na Psalmy przyszłości (1848).

(Wg mnie, wydania pośmiertne zalatują przeróbką i przejściem przez magiel towiański. Słowacki odciął się szybko od towiańczyków, co bardzo nie spodobało się Mickiewiczowi)

Rozwinął tzw. doktrynę genezyjską, wyjaniającą sens wiata za pomocą argumentów zaczerpniętych z różnych gałęzi nauki. Genezyjski mesjanizm Słowacki tłumaczył klęski i cierpienia Polski jako szczególny rodzaj dowiadczenia skłaniającego naród do wielkiego wysiłku duchowego na drodze ku samodoskonaleniu.

Słowacki był wielkim nowatorem i znakomitym artystą słowa. Niezupełnie rozumiany przez współczesnych, stawał się nieraz celem ostrych ataków. Także m.in.: Pisma pomiertne (tom 1-2, 1866-1867), Dzieła (tom 1-10, 1909), Dzieła wszystkie (tom 1-17, 1952-1976), Dzieła (tom 1-14, 1959), Korespondencja (tom 1-2, 1962-1963).

Z wikipedii;


Juliusz Słowacki herbu Leliwa (ur. 4 września 1809 w Krzemieńcu, zm. 3 kwietnia 1849 w Paryżu na gruźlicę) – jeden z najwybitniejszych poetów polskich doby romantyzmu, dramaturg i epistolograf. Obok Mickiewicza i Krasińskiego określany jako jeden zWieszczów Narodowych. Twórca filozofii genezyjskiej (pneumatycznej), epizodycznie związany także z mesjanizmem polskim. Był też mistykiem. Obok Mickiewicza uznawany powszechnie za największego przedstawiciela polskiego romantyzmu.
Utwory Słowackiego, zgodnie z duchem epoki i ówczesną sytuacją narodu polskiego, podejmowały istotne problemy związane z walką narodowowyzwoleńczą, z przeszłością narodu i przyczynami niewoli, ale także poruszały uniwersalne tematy egzystencjalne. Jego twórczość wyróżniała się mistycyzmem, wspaniałym bogactwem wyobraźni, poetyckich przenośni i języka. Jako liryk zasłynął pieśniami odwołującymi się do Orientu, źródeł ludowych i słowiańszczyzny. Był poetą nastrojów, mistrzem operowania słowem. Obok Cypriana Kamila Norwida i Tadeusza Micińskiego uważany za największego z mistyków polskiej poezji. Miał zresztą (i opisał je wRaptularzu[potrzebne źródło]) doświadczenia mistyczne.
Wywarł ogromny wpływ na późniejszych poetów Młodej Polski i Dwudziestolecia międzywojennego w Polsce, m.in. Antoniego Langego,Krzysztofa Kamila Baczyńskiego czy Jana Lechonia. 9 stycznia 2009 r. Sejm Rzeczypospolitej Polskiej ogłosił rok 2009 Rokiem Juliusza Słowackiego[1].

Lata młodości

Urodził się w Krzemieńcu w południowo-wschodniej części dawnej Rzeczypospolitej. Jego ojciec, Euzebiusz, był profesorem literatury wLiceum Krzemienieckim i Uniwersytecie Wileńskim. Matka Słowackiego, Salomea z Januszewskich, osoba o dużej kulturze literackiej i osobistej, po śmierci męża zajmowała się wychowywaniem syna. W domu państwa Słowackich panowała atmosfera uwielbienia twórczości klasycystów, co miało decydujący wpływ na późniejsze przemiany światopoglądowe twórcy Króla-Ducha. W 1818, dzięki licznym znajomościom wśród wysoko postawionych elit, Salomea wyszła za mąż po raz drugi, za lekarza Augusta Bécu. Matka przyszłego poety prowadziła coś na kształt salonu literackiego, dzięki czemu Juliusz miał w dzieciństwie i wczesnej młodości szeroki kontakt z ówczesną elitą intelektualną, zwłaszcza z kręgu Uniwersytetu Wileńskiego. Tym sposobem poznał m.in. Adama Mickiewicza przed jego deportacją z Litwy i Ludwikę Śniadecką – pierwszą, nieodwzajemnioną miłość. Po studiach prawniczych (w latach 1825–1828) w Wilniewyjechał do Krzemieńca, gdzie kilka miesięcy przebywał z matką.
W połowie lutego 1829 wyjechał z Krzemieńca do Warszawy. 30 marca objął posadę aplikanta w Komisji Rządowej Przychodów i Skarbu. Na początku 1830 w roczniku Melitele zadebiutował bezimiennie powieścią poetycką Hugo. Po wybuchu powstania listopadowego, 9 stycznia 1831 podjął pracę w powstańczym Biurze Dyplomatycznym księcia Adama Jerzego Czartoryskiego. 8 marca opuścił Warszawę i przez Wrocław udał się do Drezna. W lipcu, w ramach misji dyplomatycznej zleconej przez powstańczy Rząd Narodowy, przewiózł depeszę do polskich przedstawicieli w Paryżu i Londynie.

Emigracja

Poeta pozostał na emigracji we Francji. W latach 1833–1836 przebywał w Szwajcarii nad Jeziorem Genewskim. W tym czasie wydał trzeci tom Poezji. W lutym 1836 wyjechał do Rzymu. Tam nawiązał przyjaźń z Zygmuntem Krasińskim, który stał się pierwszym wnikliwym krytykiem twórczości Słowackiego[2]. Trzy miesiące później wyjechał do Neapolu, a stamtąd do Sorrento. Od sierpnia 1836 do czerwca 1837 podróżował po Grecji, Egipcie, Palestynie i Syrii. W końcu osiadł na stałe w Paryżu. Kiedy w czerwcu 1842 w Nanterre pod Paryżem powstało Koło Sprawy Bożej założone przez Andrzeja Towiańskiego, przystąpił do niego również Słowacki. Dzięki temu, że działał tu również Mickiewicz, poeci spotykali się wielokrotnie. Niezgoda na zasady panujące wśród towiańczyków (zakaz pisania, wzajemna spowiedź, uległość wobec Rosji) spowodowała odejście Słowackiego z Koła w listopadzie 1843. W 1848, mimo że był poważnie chory, wyruszył do Wielkopolski, by wziąć udział w powstaniu, jednak zamierzeń swych nie zrealizował. Wtedy też ostatni raz spotkał się z matką we Wrocławiu.
Nigdy się nie ożenił. Był typowym rentierem. Przysyłane przez matkę pieniądze umiejętnie pomnażał, inwestując je na paryskiej giełdzie, m.in. w akcje kolei lyońskiej. Pozwoliło mu to zyskać pewną niezależność finansową. Umożliwiło to też Słowackiemu nie tylko wydawanie własnej twórczości, ale przede wszystkim poświęcenie sie tej twórczości.

Pogrzeb

Juliusz Słowacki został pochowany na paryskim Cmentarzu Montmartre. 14 czerwca 1927 ekshumowano szczątki Słowackiego[3], które następnie na polecenie marszałka Józefa Piłsudskiego zostały przewiezione do Polski. Jego trumna płynęła w górę Wisły z Gdańska doKrakowa na pokładzie statku Mickiewicz, który zatrzymywał się w licznych portach rzecznych, gdzie miejscowa ludność składała hołd prochom wieszcza. 28 czerwca na dziedzińcu zamku na Wawelu odbyła się uroczysta ceremonia pogrzebowa. Na jej zakończenie Józef Piłsudski wypowiedział wielokrotnie cytowane słowa: W imieniu Rządu Rzeczypospolitej polecam Panom odnieść trumnę Juliusza Słowackiego do krypty królewskiej, bo królom był równy. Jego prochy zostały złożone obok Adama Mickiewicza w Krypcie Wieszczów Narodowych w Katedrze na Wawelu. Był ulubionym poetą Józefa Piłsudskiego.
Odnowiony, pierwotny grób Juliusza Słowackiego, zaprojektowany przez przyjaciela poety, francuskiego artystę Charles’a Pétiniaud-Dubos, można nadal oglądać na Cmentarzu Montmartre.

Twórczość

Mimo iż Słowacki żył zaledwie 40 lat, jego twórczość literacka była obfita i różnorodna; poeta pozostawił po sobie 13 dramatów, blisko 20 poematów, setki wierszy, listów oraz jedną powieść. Stworzył również spójny system filozoficzny, który nazwał filozofią genezyjską. Jako że spuścizna literacka Słowackiego była bogata tematycznie, jego twórczość podzielić można na cztery okresy[4].
Na przemiany filozoficzno-estetyczne twórczości Słowackiego decydujący wpływ miało uwielbienie literatury klasycystów, jakie panowało w domu poety. Władysław Szturc uważał, że Słowacki zaczynał tworzyć jako pseudoklasyk[5], a patronowali mu nie romantycy tacy jak Lord Byron czy Percy Shelley, ale Wolter. Młody poeta próbował w tym czasie przetłumaczyć Mahometa Woltera. Inspirowany zaś tragediąMendog napisaną przez swojego ojca, rozpoczął pracę nad swoim Mindowem.
Twórczość Słowackiego z tego najwcześniejszego okresu opierała się na oświeceniowym deizmie, religijnym sceptycyzmie i cynizmie. Obficie czerpała również z myśli takich pisarzy jak: Francis Bacon, Kartezjusz, Baruch Spinoza, Niccolò Machiavelli czy Innocent Gentillet. Głównym tematem jego ówczesnych dzieł (m.in. Marii Stuart) były wojny religijne, które uważał za maskę fanatyzmu i pretekst do wojny o władzę. Słowacki zastanawiał się przy tym: jeżeli wiadomo, że Boga nie ma, skąd chęć walki za religię i wiarę? W centrum tych dzieł tkwiła fascynacja złem, która z czasem (kiedy przyjęła cechy fatalistyczne) zadecydowała o zwrocie Słowackiego w stronę romantyzmu.
Pierwsze wiersze Słowackiego były bardziej swobodnymi przekładami z Alphonse de Lamartine’a, Thomasa Moore’a oraz Edmunda Spenseraniż oryginalnymi kompozycjami. Poważniejsze próby literackie tworzył od ok. 1825 roku; debiutował zaś anonimowo powieścią bajroniczną„Hugo” w roku 1830. W 1832 wydał pierwszy i drugi tom „Poezji” (trzeci ukazał się w 1833). Publikacje, zdradzające już romantyczny charakter jego twórczości, zawierały wczesne powieści poetyckie (m.in. ŻmijaJan BieleckiMnich i wspomniana wyżej tragedia Maria Stuart); nie wzbudziły one jednak zainteresowania środowiska emigracji polskiej w Paryżu. W następnych latach twórczość Słowackiego uległa przemianie; w liście do matki z 20 października 1835 pisał: znienawidziłem moje pierwsze utwory (…) rozwinęło się we mnie jakieś nowe piękności uczucie.
Za czynnik, który zadecydował o rozpoczęciu drugiego okresu myśli Słowackiego, nazywanego nieraz etyką chrześcijańską, uważa się lekturę Konrada Wallenroda Mickiewicza. Jego dzieła odrzuciły wówczas wolterowski ład, a często zaczęły czerpać ze wzorców i rekwizytorni tragedii Shakespeare’a. Wkrótce powstał poemat W Szwajcarii (1835–36) i liryki: „Rozłączenie”RzymSumienie. Ogromny wpływ na twórczość Słowackiego miały podróże m.in. do Włoch, Grecji, Egiptu, Palestyny i Libanu (tam powstał Anhelli). Podczas pobytu we Florencji (1837/1838) rozpoczął intensywną pracę nad swoimi utworami. Powstał wtedy m.in.: Ojciec zadżumionych (1839), Wacław. W grudniu roku 1838 wrócił do Paryża.
Z końcem lat 30. Słowacki w liście do Zygmunta Krasińskiego zapowiedział napisanie „wielkiego poematu w rodzaju Ariosta, który ma się uwiązać z sześciu tragedii, czyli kronik dramatycznych”[6]. W zamierzeniu miała to być swoista literacka kronika prezentująca bajeczne początki państwa polskiego, nawiązująca do tradycji, legend i historii pogańskich czasów Słowian[7]. Projekt doczekał się jednak tylko częściowej realizacji; powstały dwie tragedie romantyczne – Balladyna (1839) i Lilla Weneda (1840).
W roku 1844 zaczął pisać prozą poetycką swój niezwykły wykład filozofii: Genezis z Ducha. W twórczości poety rozpoczął się tym samym okres intensywnej pracy nad filozofią genezyjską. Charakter genezyjski mają wszystkie późniejsze dzieła Słowackiego, z których na uwagę zasługują: Samuel Zborowski i Król-Duch. Oba dzieła zapatrują się na oryginalny system filozoficzny autora z dwóch różnych perspektyw: egzystencjalnej, dotyczącej jednostki ludzkiej oraz historiozoficznej.
Juliusz Słowacki od młodego przekonany był o swoim geniuszu poetyckim oraz przeznaczeniu do roli przewodnika narodu, które to przekonania podsycała w nim matka, Salomea. Zdaniem poety istnieją dwie drogi do poznania absolutu. Pierwsza to poznanie naukowe, które jest jednak tylko cząstkowe i wymaga żmudnych, długotrwałych badań; druga natomiast polegała na objawieniu, natychmiastowo zapewniała wiedzę o wszechświecie. Objawienie staje się jednak udziałem jedynie jednostek wybitnych – stąd przekonanie Słowackiego, iż owe wybrane jednostki (natchnieni poeci) powinni przyjmować rolę duchowego przewodnika reszty narodu.
Stworzył oryginalne wielkie dramaty: Kordian 1834, Balladyna 1834 (wyd. 1839), Horsztyński 1835, Lilla Weneda 1840, Mazepa 1839, Sen srebrny Salomei 1843, Ksiądz Marek 1843,Fantazy 1845–46, poematy: Anhelli 1838, Beniowski 1841 i Król-Duch. Uprawiał wyrafinowaną prozę poetycką – to Genezis z Ducha 1844. Szczyt jego poetyckiego geniuszu stanowi cykl tajemniczych liryków genezyjskich, gdzie daje wykładnię swojego systemu filozoficznego – ewolucji świata od materii do czystego ducha (poemat Król-Duch 1845–1849). 

Millenaryzm Słowackiego

Romantyzm, a zwłaszcza romantyzm polski obfitował w zainteresowania romantyków tajemno-spirytualnymi aspektami rzeczywistości i historii. Była to niejako programowa wręcz reakcja na filozofię racjonalności doby oświecenia. Obok mistycyzmu, popularne było też zwracanie się w kierunku zapomnianych, starych koncepcji filozoficzno-religijnych. Jedną z tych koncepcji była wczesnochrześcijańska idea millenaryzmu we wczesnych wiekach średnich odrzucona przez Kościół rzymski. Dzieła Słowackiego prawdziwy renesans przeżyły w okresie Młodej Polski. Nawiązywał do niej m.in. Antoni Lange (powieść Miranda, esej Rzuty), który w oparciu o wiedzę z dziedzin okultyzmu, spirytyzmu i buddyzmu poddał krytyce i rozwinięciu filozofię genezyjską. Lange twierdził wręcz, że wyzwolenie narodu polskiego zapewnia nie twórczość Mickiewicza, ale wnikliwa lektura Króla Ducha[8]. Podobny pogląd na tę sprawę mieli również inni poeci tego okresu, np. Wacław Rolicz-Lieder czy Bogusław Adamowicz. Tadeusz Boy-Żeleński w zbiorze felietonów Znasz li ten kraj? ubolewał nad zaniedbaniem Słowackiego w polskim szkolnictwie, ówczesnej kulturze i świadomości czytelniczej względem wciąż wysokiej pozycji Adama Mickiewicza[9].



Król Duch


Krol-duch-autograf-juliusz-slowacki

 

Aby omówić z sensem wątki  i odniesienia związane z Królem Duchem trzeba by napisać kilka tomów.

 

 

Król-Duch – poemat historiozoficzny napisany przez Juliusza Słowackiego w latach 1845-1849. Stanowi jedno z najważniejszych dzieł poety. Jest podsumowaniem jego poglądów. Dzieło to Słowacki pisał do końca życia; pozostało nie ukończone.

Jego pierwsza część została wydana w 1847 roku w Paryżu jako Król-Duch Rapsod I. Nie stanowi spójnej całości, gdyż powstawało w wielu wersjach rękopiśmiennych i z tego powodu jego całościowe wydanie, wierne zamiarom poety, okazywało się bardzo utrudnione.

Wielokrotnie nazywa się to dzieło eposem wszechsłowiańskim. Utrudnienia związane z pewnymi odejściami od formy eposu – między innymi metafizyczna i paraboliczna tematyka dzieła – nie pozwalają nazwać Króla-Ducha poematem heroicznym – epopeją. Podobne wątpliwości wysnuwa się współcześnie w stosunku do Pana Tadeusza Mickiewicza, który nazywa się poematem metafizycznym.

Poemat zawiera parafrazy staroruskich kronik.

 

 

Juliusz Słowacki „Król-Duch”- opracowanie

 

„Król-Duch” został napisany przez Juliusza Słowackiego w latach 1845-1849. Ten poemat historiozoficzny (próbujący odnaleźć istotę historii) miał dać odpowiedź na pytania o jej nadrzędne wartości i o siłę nią kierującą. Już same dzieje powstania tego utworu są bardzo ciekawe. Poeta pracował nad nim w różnych miejscach, przez długi okres czasu. W 1847 została wydana pierwsza część-„Król-Duch. Rapsod I”. Później pracę Słowackiego nad tym poematem przerwała śmierć, co zaowocowało zachowaniem się dzieła na wielu brulionach i rękopisach. Ostateczna wersja autorska została więc zabrana przez twórcę na Tamten Świat.

„Król-Duch” stanowi rozszerzenie spirytualistycznej koncepcji zawartej w „Genezis z ducha”. Tym razem tytułowy duch, istota nad wyraz potężna, porusza się po historycznej przestrzeni Polski i Rusi. Wciela się we władców, a wszystko, co dzieje się w państwie, jest skutkiem jego ingerencji.  To on po wspaniałych okresach zsyła wojny, zarazy, cierpienia. Celem takiego postępowania jest zapobieganie rozleniwieniu, brakowi chęci do działania. Tytułowy duch przybiera następujące postaci: Popiela, Mieszka I, Bolesława Chrobrego, Bolesława Śmiałego. W utworze zawarta jest także „Księga legend”, w której pojawiają się podania o Wandzie, Piaście i Ziemowicie.

Warto zwrócić uwagę na bardzo kunsztowną budowę „Króla-ducha”. Utwór składa się z czterech części zwanych rapsodami (pieśniami). One z kolei podzielone są na różne ilości mniejszych zwrotek (ok. 70). Każda z tych podstawowych części ma formę niewielkiego wiersza. Strofy te nazywane są oktawami izometrycznymi, a ich pełną realizację możemy dostrzec w dziele Słowackiego. Pisane są jedenastozgłoskowcem i rymują się w sposób charakterystyczny dla tej jednostki-abababcc.

Tytułowy „Król-Duch”, jak już wspomnieliśmy, jest istotą egzystującą ponad czasem i światem realnym. By realizować dzieło doskonalenia świata przybiera kolejne postaci i sprawuje władzę nad ludem. Ten sposób przedstawienia historii ukazuje ją jako proces trwały, rządzący się określonymi prawami, pozwalający na interpretację. Warto wspomnieć w tym momencie koncepcję Hegla (filozofa, który inspirował Słowackiego) dotyczącą „ducha narodu”. Jest to zbiór określonych i indywidualnych cech wykształconych przez daną gromadę podczas trwania w historii. Duch ten staje się nierozłączną cechą określonego narodu, przechodzi w sferze mentalności z pokolenia na pokolenie. Pomysł ten okazał się fascynujący nie tylko dla Słowackiego, stanął także u podłoża wielkich nacjonalizmów.

Dzieło Słowackiego jest w swojej wymowie zdecydowanie optymistyczne. Przecież duchy wyłoniły się z Bytu Najwyższego – Boga. Dlatego historię uosabianą przez jeden z takich tworów możemy interpretować jako boski plan. Skoro Stwórca czuwa nad narodem, to mało kto jest w stanie wyrządzić mu krzywdę. Utwór stanowił wielką pociechę dla umęczonego narodu. Pozwalał dalej tlić się nadziei na odwrócenie się sytuacji.

 

 

 

Przeczytajcie: Król-Duch

SŁOWACKI. DRAMATY WSZYSTKIE:
„Król-Duch”

http://www.dwutygodnik.com/artykul/840-slowacki-dramaty-wszystkie-krol-duch.html

Teatr Agata Diduszko-Zyglewska

W swoim „Królu-Duchu” Korczakowska zdaje się pytać: co by było, gdyby znalazł się w Polsce kompozytor podobnej rangi co Wagner i wziął na warsztat naszą mitologię, posługując się dziełem Słowackiego?

Słowacki pisał „Króla-Ducha” w stanie kompletnego szaleństwa. Mówiąc inaczej, jest to wariackie dzieło wariata. Wszelkie próby zrekonstruowania całości czy fabuły dzieła, czy jego ciągłości […] nie mogą się powieść nie tylko dlatego, że taka całość czy fabuła, czy ciągłość nie istnieje i nigdy nie istniała, ale przede wszystkim dlatego, że nie jesteśmy w stanie pojąć, co wariat uważa za całość oraz co dla wariata może być fabułą.
J.M. Rymkiewicz „Słowacki. Encyklopedia”

W świetle powyższego cytatu i własnych doświadczeń szkolnych możemy śmiało stwierdzić, że Natalia Korczakowska dostała do oswojenia dzieło w najwyższym stopniu nieokiełznane i dzikie. Zapewne dlatego na scenicznego narratora i interpretatora „Króla-Ducha” wybrała wykreowaną przez Marcina Cecko postać szalonego naukowca Roberta Mema, z wyglądu do złudzenia przypominającego późnego Jerzego Grotowskiego, a jej spektakl-wykład to prawdziwa nawałnica kontekstów.

[zobaczcie fragmenty spektaklu na oryginalnej stronie internetowe Dwutygodnika.]

Najważniejszym punktem odniesienia i fikcyjnym partnerem intelektualnym jest w tej inscenizacji Ryszard Wagner. Fragmenty arii Wodana z jego „Walkirii” często powracają na ekranie, a Mem/Grotowski rozpoczyna swój wykład od odczytania kilku „listów” napisanych przez kompozytora, przeplatając je z korespondencją Ciorana, a także Piłsudskiego. Z owych listów i narracji tworzy się taka oto historia: w Pałacu Vendramin w Wenecji, gdzie zmarł Wagner, odnaleziono egzemplarz poematu Słowackiego opatrzony komentarzami niemieckiego kompozytora, który uznał to dzieło za doskonały materiał do stworzenia dramatu scenicznego. W ten sposób, „podsuwając” twórcy apoteozy mitologii germańskiej „Króla-Ducha”, Korczakowska nawiązujedo podjętego przez Marię Janion w „Niesamowitej Słowiańszczyźnie” tematu naszej własnej, nieco zapomnianej, stłamszonej przez chrześcijaństwo i obarczonej kompleksem mitologii słowiańskiej.

Reżyserka zdaje się pytać: co by było, gdyby znalazł się w Polsce kompozytor podobnej rangi co Wagner i wziął na warsztat naszą mitologię, posługując się dziełem Słowackiego?

„Król-Duch” ujęty w karby „libretta Wagnera” zaczyna się w czasach mitycznych (dokładnie tam, gdzie kończy się „Lilla Weneda” – kiedy czarownica Rosa Weneda zapłodniona popiołami swego starożytnego rodu wydaje na świat Popiela-Mściciela), a urywa na chrzcie Polski, kiedy to kolejne wcielenie Króla-Ducha, Mieczysław, staje się Mieszkiem I. Ten akt chrztu łączy się z tragiczną sprzecznością: narodziny państwa muszą oznaczać śmierć starej słowiańskiej wspólnoty opartej na pogaństwie i mądrości odchodzących bogów. W inscenizacji Korczakowskiej pieśń pogrzebową nad ostatnim odchodzącym pogańskim wcieleniem Ducha wyśpiewuje Agata Hartz, śpiewaczka ludowa – i można tę archaiczną pieśń odczytać jako lament nad utraconym mitem słowiańskim.

Korczakowska przywołuje także dwa inne, nie metaforyczne, historyczne pogrzeby: Piłsudskiego (który zresztą znany był ze swojej miłości do Słowackiego i do „Króla-Ducha”, którego znał na pamięć) i Jana Pawła II. Są to więc postacie „przebóstwione” przez polski naród w XX wieku. Obrazy dwóch masowych uroczystości wyświetlone na wielkim ekranie ożywić mają archaiczną i zapomnianą wspólnotowość – ukazują jej chwilową, ale potężną erupcję z popiołów.

Tego rodzaju kontekstów jest u Korczakowskiej o wiele więcej – na ekranie pojawiają się m.in.: „Nadobnisie i koczkodany” Kantora, „Gabinet doktora Caligari” i tancerz bhuto. Nieco przytłoczony widz może więc zarzucić tej inscenizacji intelektualną klęskę urodzaju. Ale być może takie ujęcie najlepiej oddaje ducha tego poematu. Bo jak pisze Rymkiewicz, w wypadku „Króla-Ducha” „nie ma powodu [we wszystko] wnikać – chyba, że ktoś chce zwariować i spieszno mu do czubków…”.

Agata Diduszko-Zyglewska, członkini Inicjatywy Warszawa 2020, prezeska Stowarzyszenia Pasaż Antropologiczny, współautorka dokumentu „Miasto kultury i obywateli. Program rozwoju kultury w Warszawie do roku 2020”.


Dzieła Juliusza Słowackiego:

Wiersze

  • Anioł ognisty – mój anioł lewy
  • Do matki (Zadrży ci nie raz serce…)
  • Do Michała Rola Skibickiego
  • Duma o Wacławie Rzewuckim (1832)
  • Grób Agamemnona (1839)
  • Hymn (Bogarodzico, Dziewico!) (1830)
  • Hymn (Smutno mi, Boże!) (1836)
  • Na sprowadzenie prochów Napoleona (1840)
  • Nie wiadomo co czyli romantyczność
  • Oda do wolności (1830)
  • Odpowiedź na „Psalmy przyszłości” (również pt. Do autora „Trzech psalmów”) (1845–1846)
  • Pogrzeb kapitana Mayznera (1841)
  • Pośród niesnasków Pan Bóg uderza… (1848)
  • Rozłączenie (1835)
  • Rozmowa z piramidami
  • Sowiński w okopach Woli (1844)
  • Tak mi, Boże, dopomóż (1842)
  • Testament mój (1839–1840)
  • Uspokojenie (1848)
  • W Pamiętniku Zofii Bobrówny (1844)

Powieści poetyckie

  • Jan Bielecki (1830)
  • Król Ladawy (fragm.)
  • Lambro (1832)
  • Żmija (1831)

Poematy

    • Anhelli (1838)

 

  • Arab (1830)
  • Beniowski. Poema (1841–1846)
  • Genezis z Ducha (1844)
  • Godzina myśli (1832–1833)
  • Hugo. Powieść krzyżacka (1830)
  • Król-Duch (1845–1849)
  • Ojciec zadżumionych (1838)
  • Pan Tadeusz (fragm.)
  • Podróż do Ziemi Świętej z Neapolu (1836–1839)
  • Szanfary. Poemat arabski
  • W Szwajcarii (1835–1838)
  • Wacław (1838)

Dramaty

    • Agezylausz (fragm.) (1844)

 

  • Balladyna (1834)
  • Beatrix Cenci (w jęz. franc., fragm.) (1832)
  • Fantazy (1844?)
  • Horsztyński (1835)
  • Jan Kazimierz (fragm.) (1841)
  • Kordian. Część pierwsza trylogii. Spisek koronacyjny (1833)
  • Ksiądz Marek (1843)
  • Książę niezłomny (1843)
  • Lilla Weneda (1839)
  • Maria Stuart (1830)
  • Mazepa (1839)
  • Samuel Zborowski (fragm.) (1845)
  • Sen srebrny Salomei (1843)
  • Zawisza Czarny (fragm.) (1844–45)
  • Złota czaszka (fragm.) (1842)

 

Czesław Białczyński – „Borowczycy” – fragment powieści „Z Królestwa Sis – Tomirysa i Czaropanowie”


[UWAGA: Tylko dla Dorosłych (15+)]

© by Czesław Białczyński

las szt 1230403972Du46d22 Borowczycy

 

Tamara przemieszczała się powolnym krokiem przez pobojowisko jakim stało się miejsce uczty. Słońce dawno już wyszło ponad postrzępioną krawędź gór na wschodzie. Ją samą zbudził tętent wierzchowca. Zdziwiła się, tak szybkiemu porannemu przejazdowi wywiadowcy. – Jakby uciekał przed duchami gór? Wychyliła twarz przez okienko. To była Ludmiła, wracająca z rekonesansu. Nie miała ochoty wysłuchiwać tej butnej księżniczki znad Wiady zwanej też Odrą-Obdzierą, albo Sławuną. Podniosła się z łożnicy i poszła pod Zapis. Nie wiedziała, że pilnie śledzi każdy jej ruch Okrasa. – Te orgie – pomyślała patrząc na rozrzuconych w bezładzie śpiących na powietrzu, a właściwie splecionych bez przytomności w dziwnych konfiguracjach ludzi, staną się kiedyś przyczyną naszej klęski. Trzeba zerwać z tym archaicznym obyczajem „gościny do upadłego”. To była jej zdaniem pozostałość jakiegoś cieżkiego czasu ludzkości, wielkiego niedostatku, wręcz śmiertelnego głodu. Musiało to być potężne zdarzenie zagrażające całej populacji ziemskiej, które odcisnęło się w zbiorowej podświadomości na setki pokoleń. Ucztowanie było czczeniem jadła i napitku, oddawaniem czci odurzeniu i rozpuście. Rozpuście, która dawno temu musiała zapobiec jakiemuś wielkiemu wymarciu. Teraz jednak, choć także, groziło ludzkości obecne pośród niej podstępne, zabójcze „zło”, nikt jego obecności nie zauważał. To czego dotknęła mentalnie podczas Przejścia stanowiło esencję „zła”. Co złe dla ludzi nie musiało być oczywiście złe dla planety, ani dla Bogów, ani dla samych sprawców owego zła. Ale ona była człowiekiem i przyszło jej , jako człowiekowi, stanąć temu Czemuś na drodze. Pluła sobie w brodę, że powiedziała: Tak! Undyna była od niej sto razy mądrzejsza. Zobaczyła przyjaciółkę opartą o pień Zapisu, z trzema kochankami oplecionymi niczym tęgie powoje wokół jej silnych ud. Nie poczuła ukłucia zazdrości, ani nie zganiła służki w myślach za to, że żadnym z tych trzech, z którymi oddawała się rozkoszy, nie był Darwan. Darwan gdyby tutaj był może poczułby i jedno i drugie. Ale Darwan mocno podpity, pociągnięty przez którąś z Nawojek i tutejszą, kamieńską piękność, wcześnie powędrował ku domostwu na skraju kamiennego kręgu. Był czas na rozpustę i czas na małżeństwo, czas kiedy beztroskie dzieciństwo kończyło się Przejściem w Swodobę Dorosłości, a potem Przejściem w Dojrzałość do Założenia Rodu, czyli Swadźbą, Małżeństwem, Ożenkiem. Wreszcie nadchodził czas zbudowania własnego gospodarstwa, a potem to już jesień… i zima. Undyna uśmiechnęła się przez sen i zabawnie zmarszczyła piękny nos, na którym usiadła malowana zielonołyskiem mucha. Tamara pochyliła się nad przyjaciółką i odgoniła muszysko, po czym pogładziła z miłością jej policzek. Wyprostowała się. Nagle poczuła tę zimę w sobie, chociaż powietrze było gorące, jak to na południe od gór. Okrasa zauważył jak się przygarbiła, więc natychmiast zmusił swoje stopy do ruchu i podniósł się od stołu. Okno jego skromnego lokum wychodziło prosto na Zapis. A on przemedytował samotnie, nie wychyliwszy ani garnca miodu, ani szklanicy piwa, całą noc. Rozmyślał co też jest tam zapisane w tym odwiecznym drzewie. Kto właściwie był założycielem tego miasta Kamiennego Jaja? Ludzie czy jakieś inne prastare istoty? Czy pośród słojów tego drzewa przesnuwała się także nieć jego żywota? Czy podążała wysnuta z korzenia przez wszystkie konary i gałęzie ku zielonemu wierzchołkowi, czy też urywała się w połowie, nie wydawszy owoców? Wstał pośpiesznie. Ciało poruszało się za jego myślą z nieznacznym opóźnieniem. Jakby magia potrzebowała czasu żeby zebrać roje komórek organizmu do ponownej jedności i działania, w zgodzie z wolą człowieka. Nie mógł dopuścić, aby ksieżniczka się martwiła.

 

– O czym rozmyślasz moja piękna pani – usłyszała ukochany głos zza ramienia. Obróciła się natychmiast ku niemu z promiennym uśmiechem, który miał znaczyć nie tylko „kocham cię”, ale też „nic mi nie jest”. I jeszcze „trzymaj się, choć wiem, że nie żyjesz”! Nie! Tego ostatniego nie było w jej wzroku ani w uśmiechu. Ona była przekonana, że w Carodunie, albo w Dziewięciu Kręgach ożywią go, znajdą dla niego ratunek. Inaczej skoczyłaby ze skały, tam w górach, tak, ze Skały Tronu. Bez zastanowienia. Ale po co żyć teraz, kiedy nigdy z nim już nie będzie. Nie dorobią się wspólnych dzieci ani domu….

Jej wzrok pociemniał jak głęboka woda. Uchwycił szybko jej dłoń i pociągnął ją za sobą. Jemu także nie robił dobrze widok szczęśliwych, beztroskich ludzi, splecionych w uścisku rozkoszy. Nie zazdrościł im, że korzystali z życia we właściwy sposób dla ich wieku i stanu. W ich wypadku z tej pozornej zabawy rodziła się konkretna przyszłość, a on nie czuł żadnej przyszłości przed sobą. Żywy trup.

– Pół dnia zajmie nam porządkowanie Materii Istu – rzekł pośpiesznie kierując jej myśli ku organizacji dalszej wyprawy. Ruszyli w stronę gospody, gdzie czuwały pod wodzą Aganiszki Nawojki strzegące czystości ścieżek mentalnych tutejszych dowódców i wojta. Tam także znajdowali się stróżujący przy lęgamie Pałkini i Bierygowie pod wodzą Krzesimira i Gęby z Rawy. W zagrodzie gospody panował ruch. Dojono kozy i pojono konie, wyklepywano masło i wyciskano wonne sery z ziołami. Pieczno chleb, którego piękny zapach unosił się wokół wielkiego na trzy piętra domostwa.

– Tak – odpowiedziała mu – Nie wyjedziemy dzisiaj. Spuszczenie ich z łańcucha w nocy to też nie najlepszy pomysł. Na szczęście nie będzie już więcej ucztowania, więc jutro o świcie powinniśmy być gotowi.

Widok kręcących się po zagrodzie i po gospodzie uśmiechniętych ludzi był pokrzepiający i na twarzach ich obojga zagościł uśmiech. W dużej sali na parterze zastali Roga Warsza. Rozmyślał dokładnie o tym co i oni. I tym się z nimi podzielił. Urządzanie materialnej przestrzeni przy pomocy mogtowiji to nie było żadne jakieś tam „pstryk i po ptokach”! Skoro zdecydowali się wziąć na hol mentalny cały gród, to nieustannie kilkanaście nawojek pracowało w więzi z tutejszymi wojownikami. Zwykłej energii przestrzeni materialnej musiano przeciwstawić równoważną, a właściwie nieco większą moc energii pozaprzestrzeni duchowej. Obie one miały przeciwny ładunek energetyczny. Nie dało się teraz z nagła, jednym pstryknięciem palców wyłączyć tego mechanizmu. Energia czaru była prawdopodobnie tak duża, że cały ten gród wyleciałby w powietrze od tego pstryku przeciwmaterii. Jutro o poranku znaleziono by tutaj kupę bezładnie rozrzuconych kamieni i kilka osmalonych trupów, a także duży jak jezioro lej po reszcie, która wyparowała. Operacja „uwalniania”, czyli perswazji mentalnej połączonej ze zmniejszaniem antymaterialnego wkładu energii w czar, musiała zająć pół dnia o ile nie dłużej.

– Czary Mary, Dyj-Bełt Stary, Łap Ogary, Panie Kary. – wyrecytował dziecinną rymowankę Rah Warsz – Nie bez powodu nam to wbijali do łbów od malutkiego. To nie żarty!

Z ożarem powstałym w wyniku zastosowania niematerialnej energii naprawdę nie było śmichów-chichów.

 

Wisztaspęta zmierzał dostojnym krokiem do sterfy czerwonej pałacu, zarezerwowanej dla Króla Królów. Nie wiedział na pewno, ale przypuszczał, w jakim celu wzywa go Władca Świata. Przeczuwał, że nadeszły wieści z Gór Czarnych Kauków. Pierwsza część wielkiej intrygi została wypełniona. Był przekonany, że zaplanowane podwójne zabójstwo powiodło się. Gdyby nie, wykrywszy spisek, już dawno zawleczono by go do kazamat pałacu i zdarto zeń skórę. Skoro nie żyli ci dwaj, Arda Złoty i Wijrak z Opasu, teraz prawie wszystkie klucze do władzy w pałacu znalazły się w rękach Wisztaspęty. Zamierzał bez ogródek zaproponować władcy by uczynił jego syna, Ortana głównym magiem imperium. Tylko Wisztaspęta znał teraz tajemnicę oraszlaki. Czyż król królów mógł mu odmówić?! Ardaban był starszy od Ortana, ale tutaj wielkie znaczenie miała magia, moc przeznaczenia. Czyż samo imię Tańczący z Orem, Władający Orem nie było proroczą wróżbą, którą Kirus Wielki miał teraz szansę po prostu, małym kiwnięciem palca, spełnić? Jaki władca w tych czasach oparłby się swojej próżności, gdy bieg wypadków sam z siebie buduje wokół niego legendę boga na ziemi, tego który zstąpił z Niebios namaszczony przez samego Oro-Mądra – Ahura Mazdę. Wisztaspęta zatrzymał się w gwieździstym holu gdzie zbiegało się osiem korytarzy pałacowych, a po środku stał mały ołtarzyk. Stanął przed dnim i złożył ręce jak do modlitwy. Skłonił głowę. Ukląkł przed bóstwem. Na klęczniku stało małe srebrne naczynie z kadzidłem. Otworzył je i wsypał kilka ziarenek w migoczący wieczny płomień. Mocny zapach nardu i mirry rozszedł się w powietrzu. Nie wypowiedział jednak żadnych słów. W głowie miał zamęt. Za nic nie potrafił utrzymać spokojnej, wewnętrznej samokontroli, potrzebnej do skutecznych modłów do bóstwa. Poczuł nagle, że posępna groza czai się w pałacu. Kirus Wielki wydawał się być odległy, zajęty niezrozumiałymi problemami. Zdumiewająco się ostatnio postarzał, jakby jego siły witalne wysysała jakaś urojona pijawka. Niektóre z jego dekretów zupełnie nie zgadzały się z linią jego dotychczasowego panowania. Momentami wydawało mu się , że duch innej osoby patrzy jego przygasłymi oczami, mówi jego wolnym, chropawym głosem, czy gryzmoli rozchwiany podpis na podyktowanych przed chwilą dokumentach. A przecież król królów nie był wcale starcem. Ostatnio na przykład zezwolił Jugijczykom i Ziemitom na powrót do Syrej Ziemi! Swego czasu Skołoci z Północy wygnali ich przecie z tegoż kraju nad Morzem Sporów, głęboko w pustynię perską. Nie bez powodu. Głosili herezję i wszczynali bunty na podstawie odszczepieńczej Księgi Kobyły. To było ze strony Kirusa pociągnięcie niepolityczne, nierozsądne, bo Widan z Trysu nad Dunajem dobrze wiedział co robi przeganiając ich na cztery wiatry! To co głosili było sprzeczne nie tylko z Wiarą Przyrodzoną, ale także z naukami Zoroastra. Wywyższali się ponad innych, tak samo jak Żarzduszt-Zoroaster wywyższył Czcicieli Ognia. Mieli się za jedynych obdarowanych Łaską Pana. Oni i tylko oni. Resztę ludzi traktowali jak śmiecie, z najwyższą pogardą… Do tego wszystkiego te straszne sny o krwi… Rozpoczął modlitwę:

– Mitro, Panie nasz, obrońco domu Achemenidów, miej w opiece mnie, syna Orsama, ostojo łaski i sprawiedliwości, który niegodziwość i okrucieństwo przemieniasz w cnotę, pomóż mi w godzinie potrzeby! Co mam teraz uczynić potężny Władco Światła! Wstając otworzył złotą szkatułkę stojącą na klęczniku obok naczynia z kadzidłem i wyjął tuzin cienkich patyczków z drzewa sandałowego. Niektóre z tych magicznych pałeczek były krótkie, inne długie, jedne proste a inne zakrzywione i powyginane. Cisnął je wszystkie na dawan przed ołtarzem. Wisztaspęta wpatrzył się w plątaninę na wyszywanym bajnym wzorze złożonym ze znaków magicznych. Jego oczy nagle zaokrągliły się ze zdumienia. To wszystko razem ułożyło się w słowo! Nagle w korytarzu wiodącym od komnat jego haremu pojawił się Jamaspęta, jego najważniejszy doradca z Bałchu nad Bałchaszem, którego tutaj ze sobą przywiózł jako szambelana. Biegł w rozwianej szacie klapiąc sandałami o posadzkę i wymachując do Wisztaspęty rękami. Satrapa zgarnął pospiesznie napis i włożył patyczki do pudełka. Starannie ustawił je na klęczniku. Tymczasem Jamaspęta dobiegł do niego ledwo łapiąc powietrze. Otwierał usta niczym ryba jednocześnie chcąc coś powiedzieć i zaczerpnąć tchu, co nie dało się pogodzić.

– Spokojnie szambelanie – położył mu rękę na ramieniu i mocno uścisnął, co natychmiast uspokoiło Jamaspętę. – A teraz mów, po kolei. Ale składnie, bo król królów mnie oczekuje i nie mam już czasu do stracenia.

– Pobiły się panie, i jedna oblała dziecko drugiej wrzątkiem?

– Kogo, syna?

– Nie, córkę.

Wisztaspęta odetchnął głęboko uspokojony tą wiadomością.

– Które to?

– Nie będziesz zadowolony panie.

– Mów! – spojrzał posępnie.

– Twoja trzecia żona Oda zrobiła to najmłodszej oficjalnej żonie Rodogunie.

– Znowu matka Ortana?! Weź i wyrznij je obie, razem z ich wszystkimi dziećmi, na pustynię i niech tam zdychają bez ludzkiej pomocy! Prócz Ortana, rzecz jasna!

– Ależ panie, z Rodoguną masz pięciu synów, a z Odą siedmiu. Z urodzenia przynależą do Gwardii Nieśmiertelnych Kirusa.

– Dobrze. Wywal je razem z ich córkami! Najlepiej puść je na ruchome wydmy, niech znikną mi z oczu raz na zawsze. Mam powyżej uszu ich ciągłej rywalizacji. I do tego teraz, kiedy toczę tutaj jedno z najbardziej skomplikowanych przedsięwzięć, które wymaga wsparcia i jedności zadrugi! To będzie doskonały przykład dla całego haremu.

– Panie, ale Oda pochodzi z Jugii! To nie spodoba się królowi królów…

– Masz wolną rękę. Potraktuj je jak mój podarek dla ciebie, jak niewolnice. Uwięź je gdzie chcesz, byle razem w jednym obwarze. Razem z córkami! Synowie mają pozostać przy mnie. I niech się nawzajem pozagryzają.

Powiedziawszy to Wisztaspęta odwrócił się i ruszył szybko korytarzem do króla króli, któremu i tak kazał już za długo oczekiewać na siebie. W głowie dudnił mu tylko jeden wyraz. Słowo w które ułożyły się wróżebne patyczki. Darjusz. Jamaspęta stał nieruchomo i zdawało się, że przestał oddychać odprowadzając władcę wzrokiem. Poruszył się dopiero gdy zniknął on za złoconymi drzwiami królewskiej części pałacu. Czy Wisztaspęta mówił serio, czy też to tylko chwilowa wściekłość spowodowała tak okrutne polecenie. Po głębokim namyśle doszedł do wniosku, że satrapa miał zbyt przeciążony umysł. Postanowił poczekać do wieczora i jeszcze raz omówić z nim tę kwestię. Najmłodszy syn Rodoguny, Darjusz był wszak ulubieńcem Wisztaspęty, a sam Kirus trzymał go w rękach podczas ceremonii nadania imienia! Niesłychane! Wisztaspęta musiał na chwilę postradać rozum.

 

Audiencja przebiegła zgodnie z przewidywaniami bałchańskiego satrapy, który sztukę aktorstwa opanował do perfekcji jeszcze za młodu, gdy uczono go cyrkowych sztuczek magicznych. Uwielbiał cyrk i teatr. Od małego ćwiczył się w poskramianiu tygrysów, wilków i roztaczaniu przed publiką fałszywych wizji zwanych iluzjami. Pseudomagia była oszustwem, ale Wisztaspęta opanował też w podstawowym stopniu zasady prawdziwej magii, na tyle by wiedzieć jak władać choćby głosem. Oczywiście król królów także był tego świadom. Nigdy podczas audiencji nie opuszczało go czterech wytrawnych magów. Jednak władca Bałchaszu i Bogotroji potrafił oszukać ich wszystkich odkąd sprzągł się z Tymi Których Spotkał w Bajanii. Na myśl o tym spotkaniu zawsze dostawał dreszczy. Tak wielkiego skrzystego statku nie widział nigdy w życiu i wiedział, że już nie zobaczy. Czy była to słynna Starożytna Strzała? Najpewniej to ona! Zatem jest teraz sprzęgnięty z tymi, o których pisano na Kartach Przeznaczenia. Przybyli ponownie! Tylko skąd? Powiedzieli: „zza Wielkiej Wody”. Ale której, Wądlądstyku-Styksu, czy Białej Wody, tej naprawdę Wielkiej, Mlecznej, Niebiańskiej – zza Białowodzia?

– To była demoniczna istota wiatrowa, olbrzymi wir z ostrogą, czarny jak noc. – powiedział Kirus uważnie obserwując zmarszczki na twarzy Wisztaspęty – Jednego możesz być pewien, że nie ode mnie ona pochodziła. Zamierzałem uczynić Wijraka Głównym Klucznikiem Imperium… Ale cóż, teraz zapewne uczynię nim ciebie… – zawiesił głos i wejrzał przenikliwie w oczy wasala.

– Panie – Wisztaspęta pokłonił nisko głowę, a podnosząc ją zwrócił uwagę by zawisnąć źerenicami dokładnie na królewskich źrenicach i ani drgnąć powieką – To dla mnie bardzo kłopotliwa sytuacja. Proszę cię byś mnie zwolnił z nowego obowiązku. Do tej pory dobrze współpracowało nam się na polu walki. Większość bitew odbyliśmy ramię w ramię z sukcesem. Nie powinno się zmieniać pary szczęśliwych wierzchowców w rydwanie przed osiągnięciem linii mety. Podbiliśmy Mlekomedir i Syrą Ziemię, ze dwadzieścia królestw małmazjatyckich, łącznie z wyspami na Morzu Sporów i Kuprem Małmazji, powoli kończymy dzieło po południowej stronie Gór Czarnych Kauków… To ty dokonałeś tego wszystkiego, ale przyznasz, że jestem szczęśliwą maskotką stojącą zawsze u twego boku. Także na wschodzie, gdzie, o Największy z Wielkich, Królu Świata, nadgryzłeś poważnie Windję podbijając kraje Koszanów, Bierygów i Kudakiedyczów. Przed tobą reszta Windji, a potem pozostanie już tylko Kutaj i Sistan. Cały świat znajdzie się wtedy w twoim ręku.

– Słusznie prawisz – władca przerwał mu zniecierpliwionym gestem – Zapewne mógłbyś do jutra wymieniać jeszcze kraje jakie zdobyłem i władców których poniżyłem, ale chyba tym bardziej rozumiesz, że potrzebuję bardzo zaufanego klucznika. Dlatego tobie poleciłem wydobycie od Wijraka tajemnicy Kamienia Wijozowicznego i Jego Wielkiej Przemiany w oraszlakę. Nikomu innemu nie ufam.

– Zwolnij mnie jednak z tego obowiązku. – powtórzył stanowczo Wisztaspęta – To przykre, że Wijrak i Złoty Arda zginęli, ale prawdę mówiąc liczyliśmy się z tym, że żaden z nich nie wróci z Północy. W każdym razie klęska tej wyprawy była brana pod uwagę przez Ciebie o Jasny Panie w Twoim Wielkim Planie podboju Sistanu. Zapewne wróci ich stamtąd garstka. Jeżeli przywiozą ze sobą Kamień z Wyspy Kara to będzie prawdziwie szczęśliwy finał…. Mam inne rozwiązanie. Jest ktoś komu ja mogę z kolei zaufać tak jak Ty mnie o Najjaśniejszy Panie, kto jest magiem już dojrzałym i doświadczonym a dosyć młodym i krzepkim żeby podołać cieżkiemu zadaniu wypełniania złotym proszkiem twoich skarbców. Wszak trzeba nam dla powodzenia podboju i ustanowienia wasalnej władzy masę tego proszku. Trzeba pracować dzień i noc, a wiedzy o sposobie nie wolno rozpowszechnić. Kto się tego podejmie zapewne wyczerpie siły żywotne w krótkim czasie. Proponuję zrobić Magisterem Klucznikiem mojego młodszego syna, Ortana. Zwróć panie uwagę na jego imię. Czyż to nie proroctwo spełnione twoim jednym dekretem, jednym słowem i podpisem na dokumencie?! Jesteś święty o Panie, całe królestwo będzie miało tego potwierdzenie.

– Czemu miałbym zaufać, że wiesz co czynisz? – Kirus uśmiechnął się złowieszczo i Wisztaspęta poczuł, że król królów wietrzy jakiś podstęp i spisek.

– Pozwól, że rozwieję twoje wątpliwości – satrapa pokazał gestem, że chce się zbliżyć, aby powiedzieć coś na ucho Panu Świata. Nie było mu w smak dawać gwarancje Kirusowi, ale czuł, że sprawa wisi na włosku. Gdy ten się łaskawie zgodził, podpełzł na kolanach i zakrywając usta dłonią wyszeptał:

– Jako gwarantów dam panie pod twoje władanie, do twojego haremu matkę Ortana Odę i moją najmłodszą żonę z moim ulubionym synem, a twoim synem przybranym, Darjuszem. Oczywiście muszą zabrać, ze sobą także wszystkie córki. Będę zaszczycony, kiedy któraś z tych młódek spodoba ci się na tyle, byś ze mną zechciał oficjalnie dzielić więzy krwi…

Władca Świata uśmiechnął się i skinął głową na zgodę. Propozycja oddania, niejako pod „zastaw”, tego co Wisztaspęta miał najcenniejsze, i związania się węzłem rodzinnego powinowactwa spełniała oczekiwania Wielkiego Kirusa. Wisztaspęta cofnął się na przepisową odległość bijąc głową o dywan i ukląkł czekając na dalsze słowa króla królów.

 

Kiedy satrapa Bałchu i Bogotroji mijał ołtarzyk bóstwa skakał niemal do sufitu jak mały chłopiec. Radość rozsadzała jego trzewia. – Tak łatwo poszło!!! Po prostu niewyobrażalnie! Wiedział, że to nie byłoby możliwe bez pomocy tych Ropuchogłowych Kreatur z Pustyni Toka Mahy Uciekły, z którymi zawarł dyaskijski pakt, czarne przymierze, mroczniejsze niż najciemniejsza bezksiężycowa skądynawijska noc, ponura jak szkwał na nordzie. Wiedział, że oni lepiej znali Kirusa Wielkiego niż on sam siebie. To kiedy i w jaki sposób niebotyczna pycha zgubi władcę świata, było tylko kwestią czasu i miejsca, ale było pewne jak dwa i dwa jest cztery! Dlaczegoż zatem to nie on – jak mu to wytłumaczono na pokładzie niebotycznego skrzystego okrętu – Miałby spełnić swoje marzenia?

Był przekonany, że Jamaspęta nawet nie rozpoczął pakowania tych dwóch kłótliwych, bezrozumnych suk! Pogrążyły cały harem w intrygach czyniąc zeń zastępcze pole walki, na którym realizowała się ich mazońska niewytrzebiona wciąż, mimo dokonanego gwałtu, natura. Nareszcie się ich pozbędzie!

 

Undyna bardzo szybko stanęła na nogi. Wyzwoliła się ze słabego uścisku trzech młodzieńców, którzy mimo nieprzytomności nadal próbowali ją obłapiać. Wyruszyła na skraj miasta, za północne wały, do banioru z przeczystą wodą, który po prawej stronie grodu ulokowany był w skalnej niecce wartkiego potoka górskiego. Musiała odświeżyć swoje zmulone ciało po tej orgii, pozbyć się resztek odurzenia i odzyskać świeżość umysłu. Kąpiel w lodowatej wodzie dobrze jej zrobi. Potem gorący napar z ziół i równie wrząca bania oraz ponowna zimna kąpiel. Ten zestaw leczniczy idealnie zapobiegał słabościom organizmu i niechcianym wpadkom. W życiu Mazonek nie było miejsca na przypadkowe związki i niespodziewane obowiązki. Uczono je od małego jak zapobiegać nagłym wybuchom „uczucia” i przywiązywaniu się do dopiero co poznanych chłopaków. Uczono je też jak postępować, by nie wpaść w innego rodzaju zależność, na przykład przez posiadanie wspólnego potomstwa. Undyna zrzuciła z siebie purpurową suknię w jaką była odziana na wczorajszą uroczystość biesiadną i uklękła nad baniorem. Pełne, obfite piersi o sterczących sutkach zakołysały się w zwierciadlanym odbiciu. Zanurzyła dłonie w wodzie i bezwstydny widok zniknął, a palce natychmiast jej zdrętwiały. Podniosła płyn i zaczerpnęła potężny haust. Woda miała smak i konsystencję mrożonych diamentów. Nie wiedziała, że banior jest położony w ten sposób, iż mimo odosobnienia jego powierzchnię widać z górnego piętra młyna, leżącego na skraju grodu, już za jego bramami, w nadrzecznym zagłębieniu. Nie wiedziała też, że to do owego młyna udał się z dwoma dziewkami Darwan. Ruszyła do drugiego brzegu klasyczną żabką. Tymczasem on właśnie się przebudził i wyglądał przez okienko z poddasza w stronę gór, aby sprawdzić jak wysoko jest słońce. Zdawało mu się, że w rudych promieniach, dostrzegł na powierzchni stawiku okolonego szuwarami i iwą, postać o pełnych mlecznobiałych piersiach i srebrnołuskim ogonie. Pod światło trudno było rozróżnić szczegóły, ale miała urzekająco śliczne, obfite kształty i jeszcze piękniejszą, bielusieńką twarz. To ci gratka! Syreny i toplice widywało się niezwykle rzadko. Postanowił ją podejść w kąpieli. Dziewki spały jeszcze, kompletnie nieprzytomne, jak mu się zdawało, więc poczuł się zwolniony z obowiązku dotrzymywania im towarzystwa przy porannym posiłku. Co prawda kodeks Obyczaju Kochanków zakazywał rozstawania się cichaczem, ale z drugiej strony nakazywał też nie budzić śpiących. Zresztą co tam, pogada z nimfą wodną i wróci do nich.

Starając się nie hałasować zbytnio, zszedł po skrzypiących schodach z pięterka, pokłonił się żonie młynarza, która wlaśnie brała się do palenia w piecu, podziękował szerokim uśmiechem za kubek koziego mleka i oscypek, który mu wcisnęła w dłoń i wyszedł na zewnątrz. Dzień pachniał macierzanką. Powietrze było rzeźwe, ale ciepłe. Darwan ruszył w stronę baniorku.

Zagłębienie do którego schodziło się ze ścieżki odgradzającej teren gęstą iwą miało miękkie, nieco bagienne podłoże. Trzeba było ostrożnie stąpać z kępy na kępę, pomiędzy tatarakami. Małe żabki przypatrywały mu się bezczelnie z liści kwitnących grążeli i nenufarów. Starał się iść ostrożnie tak żeby nie spłoszyć tej wodnej piękności. Dotarł do skraju szuwarów i delikatnie rozchylił kurtynę. Zobaczył ją. Dziewczyna stała teraz zanurzona do trzech czwartych ud i ochlapywała twarz, po przepłynięciu dystansu, który rozkosznie rozluźnił jej wszystkie mięśnie. To była Undyna! Darwan zawstydził się, że ją podgląda, i zrozumiał że jeśli się jej teraz pokaże i opowie, że zobaczył z okna syrenę w baniorze, ta go wyśmieje. Nie wiedział jednak jak się wycofać. Problem rozwiązał wąż wodny, który płynąc prosto do stopy Darwana, obok wiszącej ciężko główki kwiatu lotosu, zmusił go do wykonania kroku. Był to krok w pustkę, a raczej w głębię bez oparcia. Tylko chlupnęło, a potem szeroka fontanna wzniosła się wokół jego walącego się w banior ciała. Co za wstyd! – zdążył pomyśleć. Przestraszona widokiem intruza Undyna zanurzyła się po szyję.

– Witaj – wyrzucił z siebie gramoląc się na kolana i parskając. – Przepraszam, ale nie wiedziałem…

– No wiesz? – rzuciła gniewnie – Po prostu przyznaj się że podglądałeś! Jakbyś nie mógł zwyczajnie poprosić bym ci się pokazała?

– Posłuchaj, to tylko tak wyglądało, zobaczyłem cię z poddasza młyna, myślałem patrząc pod słońce, że to jakowaś syrena albo panna wodna, zaciekawiło mnie to.

– Akurat. Takie bajki opowiadaj młynareczce z którą spędziłeś noc, ale nie mnie. Widzę, że z ciebie wyspecjalizowany topielec. Uważaj, bo bardziej nerwowa Mazonka niż ja, zaskoczona w kąpieli, może cię naprawdę skrócić o głowę.

Nagle za plecami Darwana wyrosła z szuwarów kolejna postać, której widok spowodował, że uśmiech zszedł z twarzy Undyny.

– Nieładnie Darwanie żeś nas cichcem opuścił i nie spożył z nami śniadania. – zabrzmiał z tyłu dźwięczny sopran.

Darwan odwrócił się i… zapanowała kłopotliwa cisza. Pierwsza ocknęła się Undyna. To było dziwne, ale poczuła jakiś niesmak, że oni, tych dwoje spędziło razem tę noc.

– …. – Ona ma rację. Nie wypada, chcąc być w zgodzie z kodeksem, opuszczać towarzyszek nim one się przebudzą.

– Zwłaszcza tej której się zaproponowało, mimo iż jeszcze nie czas na to, wspólne poszukiwanie Kwiatu Paprudzi! – uśmiechała się tryumfalnie Jowita.

– Ja coś takiego powiedziałem? – zdziwił się Darwan, bo nie przypominał sobie takiego faktu.

Undyna poczuła, jak w jej sercu wyrasta kawałek lodu. – To o to chodzi?! – pokiwała głową. – Życzę zatem szczęścia! – wysyczała i ruszyła szybką strzałką do brzegu. Nie patrząc w ich stronę wynurzyła się po drugiej stronie stawu w całej krasie. Jej ciało było przepięknie harmonijne, uładzone. Wiedziała dobrze jakie robi wrażenie. Stanowczym gestem podjęła szatę spomiędzy traw i trzymając ją w dłoni ruszyła ku ścieżce. Wkrótce zniknęła zanurzając się w cień pomiędzy wierzbiną, iwą i łoziną.

– Dlaczego to powiedziałaś? – zapytał Jowitę zdziwiony Darwan, który oniemiał na tak bezczelne kłamstwo. Wyrzucał sobie teraz, że tak go zatkało, iż tego od razu nie sprostował. Jowita wzruszyła tylko ramionami i poczęła się rozdziewać.

– Co się przejmujesz – rzekła obojętnie – Przecież nie składałeś jej żadnych przyrzeczeń! No nie? Gdybyś składał to byś z nami wczoraj nie poszedł. Nie jesteś związany.

– Ale to było kłamstwo!

– Nie lubię jej i tyle. Cóż takiego się stało? Jesteś w niej zakochany, czy jak? – Jowita z premedytacją udawała, że niczego nie rozumie.

– Odszczekasz to kłamstwo publicznie – rzucił z groźbą. Podpłynęła do niego i oplotła go nagimi udami. Zmierzała dłonią ku jego pachwinom. – Mazonkom nie godzi się kłamać z błahych powodów!- rzekł dużo miększym tonem.

– A jesteś pewien – wyrzuciła z namiętną intonacją, obłapiając go – Że mój powód jest błahy?… Chciałam ci oszczędzić nadziei i rozczarowań, bo wiem, że ona nie jest dla ciebie. Dobrze ją znam. Chciałam ci oszczędzić bólu, jeśliś się w niej przypadkiem zadurzył. Ona to robi z każdym młodzianem jaki jej się nawinie. Rozumiesz? Taka zabawa i lubość płynąca z obserwacji cierpienia innych, z ich upokarzania… Nie odszczekam niczego. Jak widzisz miałam ważki powód.

Darwan odtrącił ją gwałtownie i ruszył do brzegu.

– To zła dziewczyna, niejednego już ma na sumieniu! – rzuciła za nim wściekle i rozpłakała się.

 

Kiedy dotarł do gospody skierował się do stołu przy którym Undyna spożywała jajecznicę i owoce. Ta jednak poderwała się na jego widok i zabrawszy swój talerz oraz pajdę chleba dosiadła się ostentacyjnie do zdziwionej Tamary, Okrasy i Raha Warsza. Darwan minął ich rzucając słowa zwyczajowego powitania i udając, że zmierzał do stołu, przy którym posilała się Młynareczka. Rah Warsz zaśmiał się cicho pod nosem rozbawiony tą sceną.

– Z czego się śmiejesz – wysyczała gniewnie Undyna

– Wyglądacie jak para namokniętych kurczaków, które nadepnęły sobie na odcisk pod zimnym prysznicem! – wyrzucił.

Tamara zaśmiała się cicho , a po chwili znacznie głośniej wybuchnął śmiechem Okrasa. Było to tak trafne porównanie, że wywołało wśród nich trudny do opanowania spontaniczny wybuch radości. Wkrótce wszyscy troje pokładali się, trzymając za brzuchy. Tamara raz po raz ocierała łzy, które jej nabiegały do oczu. Parę sąsiednich stołów zwróciło uwagę na ich rozweselenie i także im, udzielił się zaraźliwy śmiech. Pewnie gdyby to nie dotyczyło jej, Undyna także by się śmiała do rozpuku, ale złość rozsadzała ją od środka, przesłaniając rzeczywistość bordową kurtyną.

– Głupki! – rzuciła i zerwawszy się od stołu, cała czerwona, szyja, twarz i suknia, wyfrunęła z furkotem z jadalni.

– Rzeczywiście jak mokry, rozwścieczony kurczak! – zaśmiał się Okrasa

– Taki co to dopiero co nauczył się latać na tyle, żeby się nie nabić na byle palik! – rzucił za nią cięty dowcip Rah Warsz. Udała, że go nie słyszy, ale dopiekł jej tym do żywego, budząc chęć odwetu przy najbliższej okazji!

Jowita nie pokazała się tego ranka na wspólnym śniadaniu.

 

W rzeczy samej, jak rzekł mu Wilczyc, tak się działo. Nie było już żadnej burzy na ich szlaku, a szli przecież przez mocno burzowe okolice Gołgolidii. Kiedy przybył Sęp okazało się, że ich droga będzie krótsza niż przypuszczali. Zasadzka została przez Trojgłazycha przeniesiona pod gród Iskon, miejsce obronne, obwar-cytadelę w ziemi Isepodonów. Pierwszego dnia kolejnego długiego tygodnia wyszli na rozległy płaskowyż Gary, jednego ze spływającyh z Gór Kauków dopływów Kubani. Wydobywali się nie niepokojeni przez nikogo z plątaniny wąwozów w kraju Dagonów schodząc na północny zachód, w bukowe lasy Czechenów. Za radą Wilczyca, który trzeba to przyznać, wreszcie na coś się przydał i prowadził ich bardzo sprawnie w tym labiryncie leśnoskalnym, odkąd dobyli się na bardziej płaskie tereny obrali ostry, zachodni kurs marszruty. Jeszcze wczoraj schodzili kanionem potoku Haromąd, który rozszerzał się w łagodny bieg Awarskiej Koszy, a dzisiaj byli już praktycznie po środku płaskowyżu, w terenie mocno zalesionym. Górskie powietrze ustąpiło bardziej przyjemnemu zrównoważonemu powiewowi z północnych dolin. Wilczyc nawet nie przypuszczał, że będzie to jeden z najciemniejszych dni w jego życiu. Z tego miejsca było jeszcze widać ostre grzbiety kanionów wiodących bieg wód na wschód, ale oni mieli już za chwilę skierować się całkiem na północ bezrzecznym przestworem pomiędzy zlewniami rzek Kubani i Sułaka. Wilczycowi zdało się nagle, że wyczuwa zapach jodłowego dymu. Pomyślał, że trzeba będzie ominąć niespodziewane obozowisko ludzkie, jakichś wędrowców, którzy zmierzali od północy w góry. Jeżeli rozłożyli się w dolinie przed nimi to nie bardzo wiedział jak.

– Dymy! – rzucił ktoś z przedniej straży.

 

Borzydar polował tego ranka na sarny, ale trafili jelenia, potężnego, wspaniałego, o imponującym porożu. Poszli w las o szarym świcie. Znali te rozpadliny dobrze. Co roku latem zapuszczali się w wąwozy górskie zbierając leśne pożytki, które jego zadruga zwana powszechnie Borowczykami, nauczyła się przetwarzać w taki sposób, że leśne miody, borówki, maliny i orzyny, a też grzyby, bez trudu wytrzymywały w spichrzykach okolicznych plemion do wiosny. Receptury strzegli zazdrośnie. Za swoje produkty otrzymywali wszystko inne, co było im potrzebne zimą do przetrwania; futra, drewno, susz mięsny, sól, zboże. Borowczycy nie uprawiali ziemi, lecz specjalizowali się w zbieractwie. Polowali rzadko i tylko nieliczni z nich. Zbierali zaś w lesie niesłychane specjały, które trafiały na dalekie dwory północy i na wschód, nawet do książęcych i kapłańskich sadyb, na Welską Górę w Carodunonie, do Kutaju, Tajlądu, Gątdany, Gątbytyny, na Jawę i do całego Tajchu. Główny obóz rozłożyli na polanie w której zbiegały się górskie wąwozy, na przejściu między stokami a pagórzystym obszarem działu wód. Było to doskonałe leże dla tak dużej zadrugi, koło sześciuset ludzi, w dwunastu rodach, w czterdziestu rodzinach. Ostatnimi laty zadruga rozrastała się bardzo szybko i istniała możliwość, że otrzyma od Rady Starowieku totem plemienny. Sześćset gąb utrzymywało się przy życiu ze zbieractwa leśnego. Za każdym razem kiedy nadchodziła wiosna rozpoczynali Święto Noworoczne w Dzień Zrównania, w Wielką Bitwę Niebieską Białej Krowy i Czarnego Byka, od ofiar i błagalnych modłów do Panów Boru, Borowiła i Borany oraz ich dzieci: Boruty, Rokity i Bugaja-Wilca. Modlili się o to, aby las nie skąpił im pożytków i chronił ich od wrogów. A były to pożytki specyficzne. Można rzec wysokospecjalistyczna oferta handlowa zadrugi Borowczyków. Na czym polegała?

las niedź kwiaty czerwpomarancz DSC00278

Przez cały rok, ale szczególnie wtedy na wiosnę, chadzali w las na zbiór zwiniętych, dopiero co kiełkujących pąków pąprudzi. Pączki umieszczano w kwaśnej zalewie, w wielkiej glinianej kadzi wkopanej w ziemię, co chroniło ją od wysokich temperatur lata. Miała szczelne wieko, dopasowane na grubość paznokcia a ciężkie tak, że do wnętrza nie dostawało się powietrze. Pąki dobywano stamtąd co jakiś czas, tylko chłodną nocą, w pełni księżyca i pakowano w mniejsze garnce. Potem rozwożono je po całym Sistanie. Oczywiście było w Królestwie Sis więcej zadrug specjalizujących się w zbiorze pąprudzi. Pączki pąprudne stanowiły wielki rarytas, zwłaszcza na wschodzie. Kutajskie dwory przepadały za przysmakiem pochodzącym właśnie z Gór Kauków, jako że rosła tutaj wyjątkowa odmiana paproci – orliczka królewska, o pieprznym ostrym aromacie. Marmolada z owej paprudzi i płatków róży, zawijana w ciasto i smażona na głębokim tłuszczu była niezbędnym składnikiem świątecznych pączków w Kraczun – Zimowe Święto Przesilenia Ciemności, Noc Dzikich Łowów Ciemnej Krowy-Bedrika, kiedy bogowie ciemności polowali wraz z nią na rodzące się świeże Białe Światło BodRAKa, Młodą Bożą Krówkę. Zalewę w kadzi chłodzono i wymieniano, wzbogacano leśnymi ziołami i miodem. Recepturę trzymali szefowie rodów w głębokiej tajemnicy.

00 bór JCS_Armillaria ostoyae 13060

Sednem owej taji wyrobu smakowitych i trwałych pączków pąprudnych była domieszka ziela peruniki, dodawana do zalewy. Nikt poza tą zadrugą czegoś takiego nie wytwarzał. Takich specjalizacji mieli Borowczycy wiele. Na przykład, odkąd na dużą skalę rozpoczęto uprawy zbóż wiele osób po zjedzeniu placków z pszenicy miewało żołądkowe kłopoty, bóle i uczulenia. Tymczasem na leśnych polanach wciąż rosły dzikie trawy, z których zbiór ziarna był niesłychanie pracochłonny. Wypieki z nich dawały jednak nie tylko siłę do życia, ale też zdrowie i długowieczność. Zawsze w owej dzikiej mące znajdowały się różne domieszki. Trochę asparagusa, trochę krwawnika, kilka ziaren kąkolu, albo trochę lebiody, czy sporysz. Sporyszowe placuszki dawały piękne wizje, odlot w czarowne krainy i bliski kontakt z bogami, ale żeby nie wywołały skrętu kiszek trzeba było wiedzieć jak obrobić fioletowe różki nasienne. Tę rzecz zaś wiedzieli Borowczycy, bo wśród nich zasady postępowania ze sporyszem przekazywano w rodach z pokolenia na pokolenie. Taką mąkę sporyszową skupowały szczególnie świątynie i to na całej Północy, od zachodniego brzegu Landwodstyku po Kończudkę na wschodzie.

 

ISLANDS-IN-THE-SKY-ssp1

Borzydar wziął dzisiaj ze sobą dobrych strzelców: Kuropieskę i Leszka, a także młódź plemienną Ondraszka i Szarkę, niedoszłą Mazonkę. Mięso jadano wśród Borowczyków rzadko, kilka razy do roku, najczęściej w trakcie świątecznej uczty i zabawy zaprawianej piwem. Chłopak dopiero co, na Kupalia-Kres, skończył 14 roków, a poświecono go Bogowi Wojny Ładzie-Włodarzowi, czyli Jątrze. Właśnie zbliżało się Święto Ładów i Peruna. Bożydar pozwolił więc przewodzić w polowaniu młokosowi, synowi swojej siostry, Kalinki. Młodziak musiał się uczyć polować i władać wszelkimi rodzajami broni, by choć w ułamku stać się takim,  jak ten sturamienny, stujądry, stuoczny wojowniczy bóg, patron bitew i łowów, który w każdej z mocarnych rąk dźwigał inny rodzaj śmiercionośnego oręża, a każdą źrenicą wypatrywał wroga z innej strony. Dlatego nadano mu na niedawnych obrzędach przejścia dorosłe imię po jego opiekunie, Jątrze-Ondrze. Był też inny powód. Cały lud Windyjczyków-Indirów z Południowego Półwyspu uznawał owego Jądreja za głównego swego opiekuna, a chłopak miał ojca właśnie stamtąd, z Waru Hary – Harappy. Ciemnoskóry młokos strzelał nieźle z łuku i był dobrym tropicielem, ale co do innych oręży musiał się jeszcze wiele nauczyć. Okazji po temu było naprawdę niewiele, bo mało kto odważał się ze złym zamiarem przekroczyć Góry Kauków od południa. Szarka za to miała tak zwanego nosa, niezawodną intuicję, która pozwalała jej kierować oko i rękę oraz strzałę tam tylko, gdzie się z tym godzili Bogowie Boru. Źle było zadrzeć z nimi i ubić ulubionego przez nich zwierza. Dorodna łania wyszła prosto na strzał. Ondraszko złożył się nim pomyślał i wypuścił strzałę. Szarka krzyknęła – Nie!!!

Jerzy  przybyl słońce jeleń

Borzydar zdążył tylko wciągnąć powietrze by go ostrzec krzykiem, ale nie zdążył. Byłaby celna ta strzała, gdyby nie wielki jeleń, który zasłonił samicę własną piersią i padł na miejscu śmiertelnie raniony w oko.

– Przepraszam! – odkrzyknął Ondraszko, jakby sam intuicyjnie poczuł, że popełnił poważny błąd. Tak, to jest błąd, kiedy trafiasz nie w to, w co celowałeś. Przykro było patrzeć jak olbrzymie zwierzę wali się na ziemię a imponujące złociste poroże zanurza się w paprociach i pogrąża w bezruchu. Zwierzęta spłoszyły się i uciekły. Trawy i krzewy trzaskały przez chwilę pod ich kopytami, a potem zapadła nieruchoma cisza. Jeleń posiadał zaiste imponującą posturę. Nie był to dobry znak.

Borzydar syknął tylko niezadowolony, Szaraka zwiesiła nisko głowę. Płakała. Oby nie było z tego nieszczęścia. Czyżby przedwcześnie wypuścił chłopaka na szerokie wody? W wojaczce i polowaniu potrzebne było nie tylko szczęście, ale i wyczucie i boże błogosławieństwo. Trafiłeś niewłaściwego zwierza i ściągałeś klątwę na siebie i cały ród! Tak nie raz bywało. Przewodnik stada osierocił je, a sam oddał życie za łanię. Była ciężarna?! Tak czy owak złożyli przebłagalną ofiarę bo z Borowiłem, Panem Puszcz nie było żartów. Trudno o Żywioł bardziej mściwy i pamiętliwy. Ofiara nie została przyjęta, co wprawiło Borzydara w irytację, a pozostałych kompanów napełniło złymi przeczuciami. Postanowił jednak mimo wszystko podzielić mięso i wraz z zadrużanami wracać do obozowiska. Zabicie zwierzyny i pozostawienie jej na pastwę drapieżników stanowiłoby jeszcze gorsze świętokradztwo. Bardziej bezecne było już tylko zabicie zwierzęcia bez potrzeby, dla przyjemności, albo zabawy. Oprawiali jelenia w ciszy. Tylko ptaki skrzeczały nerwowo, podrażnione czy to wonią krwi, czy pobekiwaniem łań opuszczonych nagle przez przywódcę. Borzydar postanowił się nie przejmować. Jego ojciec powiadał, że „złe” myślenie ściąga „złe” wydarzenie. Postanowił więc zlekceważyć, to co się stało. Coż bowiem mogli jeszcze? Od razu udać się do Leśnej Świątyni, albo na miejscu zastrzelić młokosa? Co wtedy z Kalinką i jej mężem Jągaiłłą? Uwierzyliby w prawidłowość jego przeczucia, czy też obwiniliby go o pochopne zabicie ich pierworodnego, czyli oskarżyli o nieumyślną zbrodnię? Czy to nie skończyłoby się walką na śmierć i życie i wzajemną wróżdą, a w konsekwencji zniszczeniem całej zadrugi? Dopiero trzecie lato sprawował funkcję wodza zadrugi. Nie miał więc i on dostatecznego doświadczenia, jakie miewają starzy, mądrzy wodzowie.

Przez drogę powrotną nie opuszczał ich ponury nastrój. Normalnie z taką zdobyczą byliby witani jak bohaterowie, ale dzisiaj tak nie będzie. Mimo, iż Borzydar powtarzał sobie nieustannie jak mantrę ”nic się nie stało” wiedział, że stało się.

Teren łowiecki był oddalony od obozowiska o dziewięć kół czasu na południowy wschód. Mniej więcej w połowie drogi poczuli zapach dymu, który intensywniał w miarę marszu. Przez półtora staji leżał w lesie ledwo wyczuwalny swąd. Niesłychane!!!

– Dziwne – rzucił Kuropieska – Nie pamiętam tego zapachu.

00 bór forest wallpaper987

Borzydar wwąchał się w powietrze jak pies, otwierając i kurcząc szerokie nozdrza. Była w tym dymie nuta mięsna, jakby w obozowisku już świętowano, a ktoś inny niż oni dostarczył tam polędwice i szynki do obwędzenia. Był też obecny inny składnik, który Borzydar zapamiętał z pewnej okrutnej bitwy morskiej pod oblężonym grodem Gątdaną, na Pomorzu Wądalskim. Wystrzeliwano wtedy z obu stron ogniste pociski, płonące kule gliniane nasączone mazią i grudy rud żelaznych rozpalonych do czerwoności. Katapultowane wzajemnie ładunki spadały z jednej strony na pokłady statków, a z drugiej na bronione wały.

– Racja – rzucił głęboko zaniepokojony Borzydar – Szybciej!

alaska-autumn-wallpapers

Jego niepokój, w miarę posuwania się przez stanowiący teraz nielada przeszkodę gęsty las rozpostarty między głazami i szutrowiskami, narastał. Mimo, że droga stawała się trudna, przyspieszyli. Borzydar uświadomił sobie, że wtedy ten zapach brał się ze spalonych szat, z odzienia płonącego na zastępach wojowników uwięzionych na pokładach. Owo wspomnienie wiązało mu się też ze spalonymi ogniem wroga, spopielałymi ciałami na wałach miasta oraz scaloną ogniem rozpaloną gliną. Gątowie i Dawanowie w grodzie mieli opanowaną tę technikę ogniową i stosowali ją na całym obszarze zasiedziałym przez siebie; od Wędonii nad Wądlądstykiem, wzdłuż Lechu, Rynu, Łabędy, Wiady i Wisły, aż po linię Isteru-Dunaju. Wtedy wystarczyło, że podpalili skrzydła atakującej floty i jej tyły. Reszty dokonał północno-zachodni szkwał, Wicher Norny, Nordyk, który rozprzestrzenił pożar. Niedobitki dopływające do plaży wyławiano i szlachtowano bez prawa łaski. Północne plemiona i szczepy mimo, że łączyły ich z ludźmi osiadłymi na południowym wybrzeżu Błotyku, na Pomorzu, Zapomorzu i Łukomorzu, bliskie więzy pokrewieństwa, co jakiś czas atakowały zbrojnie Gardarikę i kraje Wandów-Wenedów, bo ci z południa nie godzili się na ich przyjęcie na swojej ziemi, a ciężkie zimy nie raz powodowały skrajny głód i zagrożenie życia dla skońskich zadrug. Nie mieli wyjścia, musieli pójść na rabunek, na chąstwę. Mądrzy władcy przyjmowali ich w większych ilościach do swoich drużyn i pozwalali odbywać zdobywcze wyprawy ze swoimi wojami, do Kiełków, na zachód i na południe, na Romajów, za Dunaj. Wielu władców nie chciało ich jednak do siebie wpuszczać, bo byli to ludzie nieokrzesani, grubiańskiej mowy i obyczaju. Nórd to była nie tylko nazwa sztormu i wichru, ale też ponurego człeka, o plugawej wykoślawionej mowie, skorego do bitki i gwałtu, mięsożercy, surowego jak sama północna przyroda.

To był ten sam zapach! – Borzydar stał się niespokojny kiedy znajdowali się już naprawdę niedaleko płaskowyżu, a dymy snujące się od obozowiska niosły już wyraźny zapach palonych szmat i mięsa. Dym wlókł się przez las, ciemny i tłusty, siny, momentami niemal czarny. Czyżby to była kara za zabicie króla tego lasu, albo kogoś znacznie większego, kto wcielił się w to zwierzę, a tutaj tylko chwilowo przebywał?! – pomyślał. I zrozumiał od razu, że to nie jest właściwe pytanie, bo leśny wypadek nie miał charakteru kary, lecz stanowił znak. Wyraźny znak nieszczęścia. Gdy znaleźli się całkiem blisko zauważyli, że pomiędzy drzewami jeszcze pełgają po ziemi pojedyncze ogienki. Pnie od strony polany zostały nadpalone na wysokość dwu chłopa, krzewy spopielone. Wkrótce pomiędzy krzakami znaleźli zwęglone ciała pobratymców. Pierwszy, na którego się natknęli był staruszek Kwik, strażnik kadzi pąprudzi odpowiedzialny za mieszanie i wietrzenie kiszonki. Borzydar czuł żar na twarzy, ale mimo tego nie zwalniał, pędził przed siebie nie bacząc, że zaraz utknie w jakimś wykrocie, ze złamaną nogą. Nie zanotował nawet w świadomości, kiedy wyszarpnął harap z pochwy i uniósł go nad głowę. Do pierwszej linii drzew zostały mu kroki. Kuropieska podążał za nim tak blisko, że czuł oddech tego zawziętego wojownika na plecach. Ród Kuropieski był największy w całej zadrudze. Kiedy wypadł z lasu i odsłoniło się przed nim w całej okazałości obozowisko, poczuł że miękną mu kolana. Nie zwolnił ani na kasztę biegu, nogi poruszały się jak szprychy rydwanu. Był w transie. – Co z Kalinką i Jągaiłłą, co z jego własną rodziną, z Modromoreną i ich pięciorgiem dzieciaków!? Co z matką i ojcem, gdzie są wujowie!?

S Panasenko  Czarowny Las 1990

– Modraszko?!!! Burka, Stanisz, Jur, Lestek, Mirka! Pójdźcie do mnie dzieciaki!!! Modraszko?! Matko Najświętsza, Pani Nasza Opiekunko! Gdzieście są?!!!

W obozowisku nie było widać ludzi tylko zgliszcza. Poprzez powalone zwęglone namioty, chyże i wozy dostrzegli wreszcie centralny plac, a na nim…? Stos?! Stos zwęglonych, spopielonych ciał ludzkich! Kuropieska padł na kolana i zaczął wyć jak raniony byk! Szarka zamarła w bezruchu. Ciała i szkielety, duże i małe, zwłoki i kościotrupy mężów i kobiet! I dzieci!!! Nikt się tutaj nie bronił! Borzydar dopadł żgliska i począł je rozgarniać, nie bacząc na gorącość bijącą z wnętrza stosu. Kości pobratymców parzyły go w dłonie nawet, kiedy były zimne jak lód. Cały czas miał nadzieję, że „jego”, ocaleli! Głupie myślenie, zwodnicze. Szkielety kruche jak świąteczne ciasteczka, rozsypywały się za dotknięciem ręki w pył. Stos zdawał się nie mieć końca, ale on nie ustawał. Wciąż miał nadzieję, że ona i dzieci są gdzieś tam na dnie, w jakiejś niszy, w jakimś czarownym namiocie, pod płachtą ocalającego od żaru materiału, utkanego z Modraszczynej woli i zawziętości by bronić życia potomstwa!  Nadzieję, że zaraz zobaczy jej piękne czoło i usta, jej uśmiech, że ich dzieciątka są tam razem z nią, żywe, i roześmiane jak zawsze, z kolejnym pytaniem na temat świata wypisanym na twarzach!!! Głupią nadzieję, że zaopiekowała się nimi i ochroniła je od hekatomby, która pochłonęła innych!!!

Ondraszek stał obejmując za ramię Szarkę, niczym słup solny porażony okrutnym widokiem. Wymordowano wszystkich do nogi! Spędzono ich tutaj jak bydło i podpalono! Kuropieska wiedział już, że nikt nie ocalał z pogromu.

Leszko uważnie przyglądał się ziemi. Była spalona i zestalona. Na skraju polany spękana, w centrum zaś glina zamieniła się w szklisko.Kuropieska wciąż wył jak śmiertelenie ranny zwierz. Temperatura musiała tu być bardzo wysoka. Leszko wiedział coś na ten temat, bo w zadrudze pełnił funkcję kowalisa. Pożar wypalił regularne koło obejmujące całe obozowisko i zahaczające o las tylko tam, gdzie bór wdzierał się nieregularnie w polanę. Centrum wokół zapisu potraktowano płomieniem o okrutnie palących własnościach. Nie, nie tym najgorszym o jakim słyszał, co to powoduje, że po ludziach i rzeczach nie pozostaje nawet ślad w postaci obłoku pary, ale ogniem drugiego stopnia, o niebieskim śmiertelnym tchnieniu.

Borzydar tymczasem nie ustawał w poszukiwaniach przerzucając zwały upieczonych trupów. W końcu dotarł do warstwy, która zdawała się bardziej stała. Ciała miały tu twarze i strzępy odzienia. Ręce i nogi miały ciało, a nie tylko zwęglone kości. Kolejna warstwa, i kolejna! Kto to uczynił i jak?! Wszystko wskazywało, że użyto czarownych mocy! A więc Czaropanowie, Świtungowie, albo Armia Upiorów!!! Ale dlaczego?

– Cóżeśmy wam uczynili?! – wyrzęził – Przecież żyliśmy spokojnie, zgodnie z boskimi, przyrodzonymi prawidłami! Nikogo nie ukrzywdziliśmy! Zawsze dbaliśmy w wymianie by obie strony osiągnęły korzyść! Nigdy nikogo nie złupiliśmy ani nie zabiliśmy! Ani nikomu nie wzięliśmy niczego co nie nasze! Dlaczego!

Wtedy nagle zobaczył jej twarz. Tak, to była ona. Modraszka, Modromorena! Jego ukochana żona!!! Była cała! Rozpoznał jej niebieską suknię!

– Przemów! – podniósł ją delikatnie, a wtedy spod jej ciała, okryte zwojami jej paradnej chusty ukazały się drobniutkie twarzyczki. Białe i nieruchome jak perły w popielisku. To były jego dzieci!!! Ich dzieci!!! Wszystkie, objęte jej chustą. Wszystkie wokół matczynych kolan! Spowite materią, która miała je ochronić od śmiertelnego płomienia. – Przemów! … Przemów!!!

– Mów! Ufff! Ówww! – odpowiedział głucho bór.

Wtedy coś w nim pękło. Raz na zawsze.

Szarka poruszyła się. Zrobiła krok do przodu i znowu zamarła. Zapadła śmiertelna cisza. Tylko Leszko pozostał jedynym człowiekiem zdolnym do działania. Znalazł się teraz na drugim końcu polany, tam gdzie opadała ona w dół, do lasu, oddzielającego ten płaskowyż od kolejnego parowu i obniżenia. Płynął tam strumień. Leszko intensywnie poszukiwał śladów i łączył w głowie proste fakty, które rzuciły mu się w oczy. Na początku myślał, że zbrodni dokonali Świtungowie albo królewska Armia Upiorów, ale to mu się nie zgadzało. Zauważył, że żadne z ciał na żglisku nie posiada ozdób ze złota. Nie było też widać złotych przedmiotów w miejscach, gdzie jeszcze wczoraj, znajdowały się przydomowe ołtarzyki, przy owinach, obok wozów i namiotów, zastępujących im stałe domostwa. Dokonano tutaj rabunku, co nie było zgodne z postępowaniem świętych wojowników, ani upiryw-biersakrów. Nie przeżyło też żadne zwierzę domowe, ani wierzchowce.

Teraz i do Ondraszka nagle dotarło, że pomiędzy ludzkimi szkieletami na placu znajdują się czaszki małych i dużych domowych zwierząt.

– To byli obcy! – rzucił w przestrzeń myśląc, że nikt go nie słyszy.

Powracający z dolnego lasu Leszko wyrósł mu nagle za plecami.

– Tak, znalazłem nad strumieniem ślad końskiego kopyta w mule. Wierzchowiec był ciężki, nie tak jak nasze, do tego podkuty.

Szarka objęła wzrokiem horyzont, w dole przed nimi, daleko. Jak okiem sięgnąć ciągnęły się zalesione doliny. Bór, nieporuszony niczym, jak zwykle ścielił się szmaragdem po widnokres. W jednej z nich, zatopionej w sinej poświacie oddali, leżała ich wioska, zimowe leże, teraz już nikomu nie potrzebne. Zostało ich, Borowczyków, raptem pięcioro. Ale dla tych, którzy dokonali tej zbrodni to było o pięcioro za dużo. Była pewna, że oni, jak tutaj teraz stoją, nie spoczną dopóki nie dopadną wszystkich zbrodniarzy, którzy brali udział w tym ludobójstwie.

Borzydar poczuł nagle, że nie wierzy w boga. Bogowie nie mogli istnieć, skoro wydarzyło się coś takiego! Nie mieli prawa do tego dopuścić! Więc ich po prostu nigdy nie było i nie ma! Nie istnieją!!!

W tej chwili wiatr zakręcił się wirem na skraju polany i poderwał w górę pyły oraz popiół kości ich najbliższych. Wzniósł ten siwy tuman wysoko nad drzewa, które zaszumiały. Korony drzew wydały ponure wycie… Niczym trombity pogrzebowe. Sina chmurka rozproszyła się w powietrzu. Nad polaną zaświeciło słońce.  I znowu wszystko zamarło w bezruchu.

park jerz dęby pomniki świało i drzewo DSC00421 3obr

Juliusz Słowacki „Król Duch” – Rapsod Pierwszy


Krol-duch-autograf-juliusz-slowackiJuliusz Słowacki

Król-Duch

Rapsod I

Pieśń I

I

1

Cierpienia moje i męki serdeczne,

I ciągłą walkę z szatanów gromadą,

Ich bronie jasne i tarcze słoneczne,

Jamy wężową napełnione zdradą

5

Powiem… wyroki wypełniając wieczne,

Które to na mnie dzisiaj brzemię kładą,

Abym wyśpiewał rzeczy przeminięte

I wielkie duchów świętych wojny święte.

II

Ja, Her Armeńczyk[1], leżałem na stosie

10

Trupem… przy niebios jasnej błyskawicy;

Kaukaz w piorunów się ciągłym rozgłosie

Odzywał do ech ciemnej okolicy.

Niebo sczerniało…ale świeciło się

Grzmotami, jak wid[2] szatańskiej stolicy.

15

A ja świecący od ciągłego grzmota

Leżałem. — Zbroja była na mnie złota.

III

I duch niewyszły z umarłego ciała

Czuł jakąś dumę, że spokojnie leży;

A nad nim ziemia poruszona grzmiała

20

I unosiły się duchy rycerzy.

Trójca widm mój stos ogniem zapalała,

A ja czekałem, aż piorun uderzy;

Tak byłem pewny, że w owe rumiane

Grzmotem powietrze jak duch zmartwychwstanę.

IV

25

Już przybliżały straszne czarownice

Chwast zapalony i suche piołuny[3]

I moje blade oświeciwszy lice,

Wrzeszcząc, posępne swe śpiewały runy;

Kiedy je trzasły aż trzy błyskawice

30

I trzy siarczane ogniste pioruny;

I tak strzaskały płomienie czerwone,

Żem je nie martwe sądził, lecz zniknione.

V

Wtenczas to dusza wystąpiła ze mnie

I o swe ciało już nie utroskana[4],

35

Ale za ciałem płacząca daremnie,

Cała poddana pod wyroki Pana;

W Styksie[5], w letejskiej wodzie[6] albo w Niemnie[7]

Gotowa tracić rzeczy ludzkich miana,

Poszła: — a wiedzą tylko Wniebowzięci,

40

Czym jest moc czucia! a strata pamięci!

VI

Tam, kędy[8] dusze jasne jak brylanty

Swe dobrowolne czyniły wybory,

Moc utrudzona biegiem Atalanty[9]

Szukała tylko szczęścia i pokory…

45

Orfeusz[10] między ptaki muzykanty

Szedł umęczony i na sercu chory;

A jam pomyślał, że mu śpiewem będzie

Składać i skrzydła rozszerzać łabędzie.

VII

Ulisses[11] poszedł w prostego oracza,

50

Aby odpocząć po swych wędrowaniach.

Tak ludziom Pan Bóg zmęczonym wybacza!

I odpoczywać daje w zmartwychwstaniach!

Niech wyniszczony pracą nie rozpacza,

Że mu na ogniach braknie i błyskaniach,

55

Ani też myśli, że jest upominek

Dla ducha większy jaki — nad spoczynek.

VIII

Ja sam z harmonią obeznany młodą,

Własnego ciała nie chciałem odmiany.

I siadłem smutny nad letejską wodą,

60

Nie usta moje myjąc, ale rany.

Odtąd już nigdy nad cielesną szkodą

Nie płakał mój duch z ciała rozebrany,

Ani za wielką sobie brał wymowę

Otwierać tych ran usta purpurowe.

IX

65

Wszakże letejską przykładając wodę

Do ran — by pamięć boleści straciły,

Niejedną poniósł na pamięci szkodę,

Niejeden obraz stracił senny, miły.

Jutrzenek greckich różaną pogodę

70

Duchy mu nagle ręką zasłoniły,

A pokazały — jako świt daleki,

Umiłowaną odtąd — i na wieki!

X

Ani gwiaździce, co się w morzach palą,

A mają w świetle tęczowe kolory

75

I są gwiazdami w ciemnicy pod falą

Tak błyszczącymi, że mórz dziwotwory,

Delfiny w morzu swoje łuski skalą

I obchodzą je cicho jak upiory;

A płynąć wierzchem nad nimi nie śmieją,

80

Tak mocno w morzu te gwiazdy jaśnieją!

krol1Mój własny egzemplarz Króla Ducha – Wydanie Lwowskie- znaki interpunkcyjne zastosowane w tym starym wydaniu czynią czytanie utworu bardziej zrozumiałym, a narrację bardziej dynamiczną.

XI

Ani tych gwiaździc jasność tajemnicza

Tak nie przeraża owe pierwopłody,

Jak piękność, którąm ja poznał[12] z oblicza

We mgłach letejskiej zapomnienia wody.

85

Nad nią dźwięk, duchów girlanda słowicza;

Pod nią, jakoby złote zejścia schody

Na świat daleki i zamglony wiodły,

Na kwiatki jasne pod ciemnymi jodły.

XII

Z tych łąk i z tych puszcz, jakby wiatr poranny

90

Pieśnią zapraszał na ziemię szczęśliwą;

Szedłem… choć strzały numidzkimi[13] ranny…

Niepewny, czy śmierć? czy żywota dziwo?

Czy Irys[14], którą na świat znosi szklanny

Obłok? a tęcze świecące nad niwą

95

Tyle kolorów i słońc tyle mają,

Że ją nad ziemią na światłach trzymają?

XIII

Ona przede mną do lesistych zacisz

Weszła… a harfy śpiewały wiatrzane:

«Dobrze ją poznaj, bo wkrótce utracisz,

100

Jak sny przez dobre duchy malowane;

Żywot tysiącem żywotów zapłacisz;

A zawsze jedną tę serdeczną ranę

Przyciśniesz w piersi rękami obiema;

Tę jedną smętną ranę: że Jej nie ma!

XIV

105

Sławę ci damy, lecz tobie obrzydnie,

Serce ci damy, ale spustoszeje.

Przyjdzie do tego, że będziesz bezwstydnie

Urągał w Bogu mającym nadzieję».

Na to ja: «Niechaj me oczy rozwidnię

110

Rubinem, który z jej ust światło leje,

A nie dbam o to, co mię dalej czeka:

Żywoty ducha, czy męki człowieka!

XV

W jednę girlandę męki me uwiążę

Jak człowiek, który za tysiące czuje

115

I tą girlandą, jako świata książę,

Czoło uwieńczę i ukoronuję;

Niechajże na mnie idą duchy węże!

Niech mię świat walczy otwarcie lub truje!

Niech mię ognistą otoczy otchłanią…

120

Choćby aż w piekło wiodła — pójdę za nią!»

XVI

Pamiętam ten głos i straszne zaklęcie,

Na które odwrzasł mi duch: «To Królowa!»

I całe mego ducha wniebowzięcie

Upadło… A wtem jasność przyszła nowa

125

I w tem powietrzu jako w dyjamencie

Ukazał się wid… Piękność, córka Słowa.

Pani któregoś z ludów na północy,

Jaką judejscy widzieli prorocy…

XVII

Słońce lecące trzymała nad czołem,

130

A miesiąc srebrny pod nogami gniotła;

Szła nad lasami i leciała dołem

Nad chaty jako komeciana miotła;

Tęcze ją ciągłym oskrzydlały kołem;

W słońcu girlandy niby z kwiatów plotła

135

I na powietrze rzucała niedbale

Perły-jaśminy i maki-korale.

XVIII

Błękit się cały zdawał uśmiechniony,

Pełny języków złotych niby fala;

Jak atłas, który bierze różne tony

140

I drząc, swe hafty gwiaździste zapala;

Tak niebo za nią od północnej strony

Gwiazdy swoimi łyskające z dala,

Różnym się dało gwiazdom pozłacanym

Ukazać… w ogniu od zorzy rumianym.

XIX

145

Więc czego woda letejska nie mogła,

To ona swoim zrobiła zjawieniem,

Że moja dusza na nowe się wzmogła

Loty i nowym buchnęła płomieniem.

A jako pierwszy raz ciało przemogła

150

I uczyniła swoim wiernym cieniem…

Opowiem. — Ja, Her, powalony grzmotem

Nagle gdzieś w puszczy, pod wieśniaczym płotem

XX

Budzę się. — Straszna nade mną kobiéta[15]

Śpiewała swoje czarodziejskie runy.

155

«Ojczyzna twoja — wrzeszczała — zabita;

Ja jedna żywa… A ty zamiast truny[16]

Miałeś mój żywot. Popiołem nakryta

I zapłodniona przez proch i piołuny

Wydałam ciebie, abyś był mścicielem!

160

Synu popiołów, nazwany Popielem.

XXI

Sam jeden jesteś, ale cię przymioty[17]

Ojców napełnią… Anioła ja dam dwa duchy:

Na prawo stanieć[18] jeden Anioł złoty,

Na lewo jeden z krwi i zawieruchy;

165

Ci dwaj, ty trzeci i mój głos jak grzmoty

Pędzący w zemstę». To mówiąc, pieluchy

Moje chwytała i trzęsąc nad głową,

Rzucała dzieckiem jak skrą piorunową.

XXII

Jeszczem nie dorósł, a już karmem duszy

170

Zemsta mi była, a nauką zdrada.

Często bywało, że ktoś włos mi ruszy

I we śnie do mnie jak anioł zagada;

Gdy spojrzę, liść się tylko zawieruszy

I w kształt złotego widma wstaje, pada,

175

Czasem na moją pierś tumanem runie,

Ręka mi zadrży, nóż się sam wysunie.

XXIII

O! pierwsze mego ducha nawałnice!

Jakże wy straszne wstajecie w pamięci!

Widzę tę straszną krew jak błyskawicę,

180

W której się mój duch niby gołąb kręci;

Dziś, nieraz, kiedy w czarną okolicę

I w puszczę wejdę, to mię coś tak smęci,

Że radbym własne wyrywał wnętrzności!

Albo u bolów swych prosił litości!

XXIV

185

Do gwiaździc morskich tajemniczej jaśni

Porównywałem to ludu zjawienie,

Który żył w chatach próżen wszelkiej waśni,

A miał z jabłoni swój napój i cienie.

Królowie jemu panowali właśni;

190

Cudowne jakieś Lecha pokolenie!

Mające w sobie całe Polski Słowo,

I moc, i rózgę cudów mojżeszową.

XXV

Teraz wiem, jako duch pod ziemią widzi,

A w ślepym często ten cud ujrzysz dziadu,

195

Którego wiejski ci pies nienawidzi,

Żurawianemu gdy podobne stadu

Za nim się wloką duchy; świat zeń szydzi,

Ale go chłopek czuje królem gadu;

I wie, że na te źrenicy blachmany[19]

200

Bije świat duchów tęczą malowany.

XXVI

Te oczy ręką zasłonione bożą

Czasem pod ziemią idą złotą żyłą,

Aż im się ciemne kurhany[20] otworzą,

Jak gdyby słońce pod ziemią świeciło.

205

Blachy się złote na wzrok ludzki srożą!

Proch ludzki wstaje pod wziętą mogiłą

I w kształt człowieka znowu się układa,

Na nogi wstaje i w proch się rozpada.

XXVII

Oni to widzą… właśnie… gdy gromada

210

Urąga… śledząc zamyślone czoło.

Ta mądrość, która cały świat spowiada,

Dawniej perłową wieńczona jemiołą,

Z królem na tronie lub przy królu siada

I w płomieniste się upiorów koło

215

Zamyka: nie czar… nie próżna guślarka,

Lecz mądrość — chorób duchowych lekarka.

XXVIII

Więc wkoło… wioski w wieńce kaliniane

Strojne i Roki poświęcone duchom,

Mogiły kozom i pasterzom znane,

220

Trzody dziwiące się ptaków rozruchom,

Mogiły dawne! dawno zapomniane!

Dawno oddane mgłom i zawieruchom!

Z darni odarte…

XXIX

Czasami tylko jaki zwyczaj dawny,

225

Indyjski, na kształt złotego upiora

W lasach powstanie… Kiedy rycerz sławny

Umrze… to lud go grzebie jak Hektora:

Dwanaście koni bije i krwią spławny

Stos… gdzieś pod lasem… pod mgłami wieczora,

230

Ubrany w rogi jelenie i w głowy,

Zamienia w ogień… i w słup purpurowy.

XXX

Wieszcze się jawią w ogniu i guślarze,

Przepowiadają przyszły świat nieznany.

Co w pieśni stworzą, to się wraz pokaże

235

Przyprowadzone na świat przez szatany.

Każdy wiek wielkie miał prawdy ołtarze,

Cześć ducha, ducha namiętne kapłany,

Którzy, wyroki uprzedzając boże,

Dla ciał… nie krzyże mieli… ale noże.

XXXI

240

Wzgarda je wielka ku ciału paliła,

A duch upajał jak sok bachusowy.

Niejedna teraz Druidów mogiła,

Którą oplata wkoło krzew różowy,

Kiedy ją słońca strzała wskroś przeszyła

245

I przeszył ogień zorzy brylantowy…

Gdy wejdziesz w ciemne granitowe bramy,

Pokaże ci swe słońca: krwawe plamy…

XXXII

A jednak ty się nie cofasz przed nimi?

A choćby miesiąc był, nie czujesz trwogi?

250

Ale jak żuraw skrzydłami ciężkimi

Próbujesz nowej po błękitach drogi.

Między głazami dawniej czerwonymi,

Między miesiącem i polnymi głogi

Srebrne się ciągle jakieś wstęgi snują,

255

Po których myśli jak sny przelatują.

XXXIII

W takich kościołach, Duch z wysokim czołem,

Sądząc, że nigdy świat się nie odmieni,

Obecność wtenczas mię dręczącą kląłem,

Nogą trącałem czoła tych kamieni:

260

«Padajcie, głazy, przed ducha aniołem!» —

Krzyczałem — «jako gromada jeleni

Przed mą niszczącą myślą uciekajcie!

Trupy grobowców tych… gińcie lub wstajcie[21]

XXXIV

I nic! Urągał mi ten świat cichością

265

I biegiem, co jak żółw za słońcem chodzi.

Nad południowych gdzieś łąk zielonością…

Bom przewędrował kraj, który mię rodzi…

Inaczej z trupów postępował kością

Lud, który palił umarłego w łodzi

270

I w mgieł krainę posyłał gościnną

Z umiłowaną kochanką niewinną…

XXXV

Ja, syn wyrżniętych ludów… ja, istota

Nieznana wtenczas na ziemi nikomu…

Gdy obaczyłem, jako ta łódź złota

275

Lepszą się zdaje od ziemskiego domu,

Jak płomień pod nią huczy i druzgota

Garście suchego liścia, pęki łomu,

A na te śpiące, we śnie rozkochane,

Rzuca swe straszne jutrzenki różane:

XXXVI

280

Gdym to obaczył — a wysłuchał śpiewu

Dziewicy (grobów smętnego słowika),

Która złotemu się tej łodzi drzewu

Tak wydawała, jak kwiat słonecznika,

A już od krain zaświatnych[22] powiewu

285

Brała głos nowy i światłość płomyka…

Już tchem… już ogniem była… już bez ciała…

Już mgłą… a jeszcze za światem śpiewała.

XXXVII

Gdym to obaczył… tom kupcowi temu

(Bo kupiec jakiś to był, który gorzał)

290

Zazdrościł drogi… sam nie wiedząc czemu…

Drżąc, abym kiedyś duchem nie zubożał,

Skrzydeł nie stracił, które ku złotemu

Światowi niosą, jak lew nie zesrożał,

Nie szedł na tamten świat z szatana trwogą,

295

Jak duch… na czarnej łodzi… bez nikogo….

XXXVIII

Przerażon[23] w lasy wróciłem rodzinne,

A wkrótce wziął mię Lech król za pachołka.

Jam oczy groźne miał i ręce czynne,

I uwiązany cel do wież wierzchołka.

300

Trucizny wlano w to serce niewinne!

A zemsta, jako pierwsza apostołka,

Ciągle kłóciła mię z ludźmi i z losem…

A głos jej czasem nie był — ludzkim głosem.

XXXIX

Więc ile razy posłucham jej rady,

305

(A rada była dla ducha fatalna)

To widzę, że mi na świecie zawady

Usuwa jakaś ręka niewidzialna.

Na działającą moc patrzałem blady,

Sądząc, że biała mi orlica skalna

310

Zlatuje na hełm… usiada na czele…

I drogę moją piorunami ściele.

XL

Żądałem wodzem być… i wraz dwa wodze

Krwi rozszalonej piorun w mózg uderzył.

Ja, co bywało za stadami chodzę,

315

Kiedym się z duchy ciemnymi sprzymierzył,

Teraz tak straszny!… że komu Ja szkodzę,

Choćbym się tylko nań myślą zamierzył…

Choćbym oczyma uderzył po stali…

W pancerz… i w serce ruszył — wnet się wali.

XLI

320

I sczerniał cały świat: a Ja, syn borów,

Patrzałem jako na las do wycięcia.

Spod przyłbic wielkich bladość mię upiorów

Trwożyła. Byłem pierwszą ręką księcia.

Przed sobą dalszych nie widziałem torów,

325

Ani dalszego już celu do wzięcia.

W zamku cedrowym nad gopłową wodą

Byłem najpierwszym złotym wojewodą…

XLII

Tu patrz! jak straszne są duchowe sprawy!

Jakie okropne zastawiają sidła!

330

Raz, gdy z dalekiej wracałem wyprawy,

A piorunów się różne malowidła

Przez długi deszczu włos świeciły krwawy,

Ja i rycerze ujrzeliśmy skrzydła

Orłów pobitych… w tak wielkiej ilości,

335

Jak na cmentarzach gdzieś Germanów kości.

XLIII

Pierze leżało zmokłe… lecz niektóre

Skrzydła sterczały z piasku takiej miary!

Że gdym na dzidę wziął i podniósł w górę

Jedno… to jako wielki upiór szary

340

Wierzchem o ciemną kity mej purpurę

Dostało — wstając leniwe z moczary:

Niby wyzwany czarodziejstwem runów,

Duch śpiący w błocie przy blasku piorunów.

XLIV

Taka w tym skrzydle była tajemnica!

345

I ludzkość! żem się spytał: — «Powiedz, sępie,

Czy was na wiatrach paląc błyskawica,

Rzuciła w takie nic… i w takie strzępie[24]?

Czyście się bili o państwo księżyca,

Idąc na siebie zastęp przy zastępie?…

350

Czyście tu jaki bój toczyli krwawy

O ścierw[25]?… czy tylko gryźli się dla sławy?!

XLV

Powiedz, jak nazwać to pamiętne pole,

Dziś od błyskawic czerwone rumianych?

Gdzie tyle górnych duchów dziś na dole!

355

I tyle skrzydeł leży połamanych?!»

Tom rzekł, w nieszczęścia nauczony szkole

Litować się łez i mogił nieznanych.

A wtem ujrzałem, że rycerstwo bierze

Skrzydła i wtyka sobie za pancerze.

XLVI

360

Widok ten nowy, wspaniały!… czas późny!…

Błyskawic blaski wszędy!… wojsko w dali;

Gdzie każdy człowiek był jak upiór groźny,

Skrzydlaty, w czarnej rozświeconej stali.

Wszystko tak straszne, żem dreszcz uczuł mroźny

365

I krzyknął: «Sława Bohu! świat się wali!

Ja pierwszy moją piersią go roztrącę!

Ja, duch! a za mną wojska latające».

XLVII

To mówiąc, skrzydło zmoczone i krwawe

Przypiąłem sobie tak, że hełm nakryło.

370

Ja biorąc skrzydła, za cel brałem sławę;

A oni chcieli sobie lotu siłą

Pomóc do domów… O! jakże ciekawe

Powody, które rządzą ciała bryłą!

O! jak są różne przed prawdy mistrzynią

375

Orły, choć wszystkie jeden hałas czynią!

XLVIII

I lecieliśmy do domu weseli,

Mijając drzewa i sady, i chaty.

Rycerze moi przed zamkiem stanęli.

Jam wszedł jak Anioł czarny i skrzydlaty.

380

Karmazyn, który świat od króla dzieli,

Cały się w gwiazdy rozleciał i w kwiaty.

Pokazał się król w odblaskach rubinu,

Spojrzał i berło upuścił z bursztynu.

XLIX

Widziałem: jako Łaskawość pogodna,

385

Jaskółka siwych włosów, Dobroć cicha

Znikła… A nagle twarz trupia i chłodna

Zmroziła mię tak, żem stał, na kształt mnicha

Spuściwszy oczy, patrząc w siebie do dna,

Żali zwycięstwa mego nagła pycha

390

Jakich tajemnych myśli nie wywiodła

Na jaw i króla w źrenicę nie bodła?…

L

A on, na moje skrzydła, na te pióra

Patrząc (które blask wieczorny zapalił

I okrwawiła tronowa purpura),

395

Pobladł i berłem mię wskazawszy, zwalił.

Wzięto mię. Dusza ma czarna, ponura

Już mi radziła, abym się ocalił

Wtenczas, gdy tłumy stały przerażone,

Z mieczem na króla wpadłszy i koronę.

LI

400

Alem się w jednej błyskawicy gniewu

Na taki wielki czyn nie śmiał posunąć.

Wolałem, że mi jak wielkiemu drzewu

Przyjdzie tu głową zachwiać się i runąć,

Niż z domowego ciemnej krwi rozlewu

405

Korzystać, mój miecz w łono starca wsunąć

I wyjść z wyjętym na słońce orężem,

Co by się zdawał nie bronią, lecz wężem.

LII

Wzięto mię… a ja w podziemnej ciemnicy,

Sam, do filarów przykuty kamiennych

410

Jako pający[26], ciemni robotnicy,

Zacząłem z myśli gryzących, bezsennych

Snuć długie pasma. Widmo mi przyłbicy

Nakryte orłów skrzydłami płomiennych,

Pokazywało się. Naramiennice

415

Osiadły blade, ścięte Meduźnice.

LIII

Dusza tak była silna i bogata!

I taką wielką rządzicielką kości,

Że ciągle echem duchowego świata

Gadała; ciągle z jego okropności,

420

Z tych głębin, gdzie ćma niewidzialnych lata

Jasnoczerwonych słów, sztyletowości

Szepcących… brała straszną siłę sztychu

I tę jak piorun ciskała po cichu.

LIV

Kto myślał, że mnie więzieniem uciszał

425

I goił burze ducha, ten się mylił.

Z ducha mi ciągle szedł grzmot, a Lech słyszał

I czuł, żem ja go gryzł, do ziemi chylił.

Chociażem wtenczas tylko w sobie dyszał,

A żadnej mocy ducha nie wysilił;

430

Gromadą duchów zarządzałem ciemną

I te, jak sługi moje, były ze mną.

LV

O! wy, którzy się nigdy nie spotkacie

Z prawdziwą twarzą waszego tu stróża!

Dla których żywot widzialny jest w chacie,

435

A Bóg w błękitach próżnych się zanurza;

Dla was są próżne tych czynów postacie,

Dla innych… ducha ton i straszna burza,

Owiewająca moją pieśń żałobną,

Z twarzy do innych rapsodów podobną.

LVI

440

Raz o północy, kiedym dyszał gniewny

I sądził, że tu jakaś mara biała…

A tam… kształt jakiś czarny i niepewny…

Ówdzie zaś gwiazda biegła i spojrzała;

Ujrzałem lice przecudne królewny,

445

Której z rąk blasku różanego strzała

Przez proch więzienia i przez pajęczyny

Szła, zamieniwszy jej ręce w rubiny.

LVII

Splecione do nóg złociste jej włosy

Wlokły się prawie po głazów zieleni,

450

Gdzie zakończone jak dwa złote kłosy,

Kwiatkami z drogich błyszczących kamieni.

Te kwiatki, rzekłbyś, że dwa żywe Losy

Twarzą aniołów ze światłych pierścieni

Patrzą się w górę, uczepione skrycie

455

Do nóg idącej falą Amfitrycie[27].

LVIII

Te kwiaty z żywych klejnotów się jawią

W pamięci mojej przed rysy innymi.

Reszta mgłą. A mgły moje tak ją krwawią,

Żem nie spróbował o niej śnić na ziemi;

460

Lecz szaty jeden fałd wiecznie mi stawią

W oczach pamięci duchy… i z białymi

Nóżkami do mnie te kwiaty idące

Jak dwa tęczowe na ziemi miesiące.

LIX

A ja gdzieś w głębi, do granitnej nory

465

Schowany, niby kłąb piekielnych duchów

Wyzwany światłem w ohydne kolory,

Jak zbiorowisko członków i łańcuchów,

Skrzydły zjeżony, jak piekielne twory

(Które my znamy na ziemi z posłuchów,

470

Słysząc, że niegdyś rodziła natura

Smoki w płomienie ubrane i w pióra)…

LX

Ja, pomny na to, żem tronowi służył,

A doznał zdrady, choć nie miałem winy,

Sądząc, że mi się Lech aż krwią zadłużył,

475

Dotknięty okiem królewskiej dziewczyny,

Aż skrzydłam na nią moje brudne wzburzył

I z piór pokazał oczy, cały siny…

Z takiem sił moich gniewnych natężeniem,

Żem ją mógł wzrokiem spalić jak płomieniem.

LXI

480

Biedne my duchy! Zawsze z jednej schedy[28]

Brać musim nasze co piękniejsze szaty.

Oto błyszczący kłem smok Andromedy[29]!

Oto ów drugi straszny wąż skrzydlaty!

Który na słońce idzie w księgach Edy

485

I gwiazdy… niebios lazurowych kwiaty…

Ogonem zbiera, w swe czerwone płuca

Wchłania… i z ogniem serdecznym wyrzuca.

LXII

Na nią ja straszny, piekielny i mocny,

A tem straszniejszy, żem był nieszczęśliwy,

490

Wyiskrzył cały oczu blask północny,

Więcej wtenczas jej niż wolności chciwy.

Jak mi ów czysty duch wtenczas pomocny

Otworzył wrota? (cichością oliwy

Do zamilczenia jęków przymuszone)

495

Nie wiem, to wszystko poszło w mgły czerwone.

LXIII

On jednak, ten duch, nie wiedząc, co czyni,

Jednym niebacznym słowem pchnął mię w górę.

Ona — ta dziwna na harfach mistrzyni,

Mająca duchów niebieskich naturę,

500

Czytała w jakiejś Sybillijnej[30] skrzyni,

(Może przed wieki będąca za córę

Rzymianom), że jej koronę na głowie

Zerwą na koniach lecący orłowie.

LXIV

A ten sen dawny tak jasno wyrzucił

505

Z drugiego ciała swoje dawne twarze,

Że ojcu rzekła; a ojciec zasmucił

Czoła… i miał już przywołać guślarze

Sny tłumaczące. Gdym ja nagle wrócił —

Skrzydlaty orzeł — i moje husarze

510

Przed zamkiem rzędy długimi ustawił

I sen jak w jasnej błyskawicy zjawił.

LXV

To mi nieszczęsna powiedziała pani,

Jakoby sama siebie winująca[31],

Że wtenczas śniła, gdy w skrzydła ubrani

515

Spełnialiśmy sen przy blasku miesiąca,

W ogniu piorunów. Lecz ciemni szatani,

Których moc jedną mocą ludzi trąca,

Sprawili, że snu na nią malowidła,

Na orły spadła rzeź — a na mnie skrzydła.

*

Pieśń II

I

Księżyc był pełny i gwiazdy świeczniki

Świeciły jasno na niebios lazurze,

W trawach śpiewały skrzeczki i świerszczyki,

Zamek stał cichy na piaskowej górze:

Zimno północne i traw zapach dziki,

525

I serce smętnie bijące w naturze

Dwa razy mocniej zagadało do mnie,

Gdy ona przy mnie… i koń był koło mnie.

II

Na jednym ręku niosła swe warkocze,

A drugą północ wskazała odludną.

530

Na to ja rzekłem: «Na północ nie wkroczę,

Bo tam jednemu przeciw burzom trudno,

Lecz w koniu do krwi ostrogi umoczę

I będę pędził, aż drugą tak cudną

Jak ty pokażą mi ziemskie narody,

535

Choćby królowę ognia albo wody!

III.

Jeśli nie… wrócę jak straszydło krwawe.

A ty pamiętaj, jaki stąd ucieka

Cień obalony miesiącem na trawę

Z konia, ze skrzydeł orlich i z człowieka.

540

Miesiąc mu daje tę straszną postawę,

Wiatr stąd wypędza, a nieszczęście wścieka,

A jeśli Pan Bóg go wichrem oszczędzi,

Może na powrót grom go tu przypędzi».

IV

To mówiąc, ręką pogroziłem światu,

545

A tem wścieklejszy, że sam i bezsilny.

Gwiazdy na polach czystego bławatu

Oczy otwarte i słuch miały pilny.

Na wschodzie wstęga smętnego szkarłatu

Świeciła… szarym równinom omylny

550

Kształt nadawając, że pod owe zorze

Tak się zdawały płynące jak morze.

V

Dyjanna[32] — jak liść wierzby — już zielona,

Już jako róży liść różano-złota,

W ognistych się mgieł zanurzała łona,

555

Zmienna jak w sercu młodzieńczym tęsknota,

A jam skrzydlate obrócił ramiona

Wschodowi, chciwy nowego żywota,

I uciekałem jak duch z bladą twarzą,

Więcej przed myślą moją niż przed strażą.

VI

560

Obraz świata, HistoriaDzisiaj przez ducha cały świat odkryty,

Cały wiadomy. Wtedy tajemniczy

Jak upior złoty, a we krwi umyty,

Złotem cię dziwu wabił ku zdobyczy,

A krwią ohydzał wszelki czar zdobyty,

565

Krzycząc, jak dziecko przydławione krzyczy,

Gdyś go ucisnął; a tarczy błyśnieniem

Takiś wywołał strach jak objawieniem.

VII

Po ciemnych puszczach, gdziem się błąkał — gnana

Wichrami straszna przyszłości orlica!

570

Kto mię napotkał, myślał, że szatana!

Bo wszystko widział wprzód niż moje lica,

Zbroję i skrzydła, i młot u kolana,

I dzidę, która gorzała jak świéca[33]

Między sosnami, samych niebios blisko,

575

Miedziane mając ostrze jak ognisko.

VIII

Na jednym pustym śród sosen smętarzu

Spotkałem smętne i dzikie Germany…

O! duchu! dawnej przeszłości malarzu!

Ty jeszcze widzisz te sosnowe ściany,

580

Wozy, ogniska, twarze przy rozżarzu

I rzymskie z białych piszczeli kurhany;

A na nich orły wydarte legionom,

Podobne lampom złotym i koronom.

IX

Ty jeszcze widzisz i dziś pytasz siebie:

585

Kto ci przyczynił głosu i języka?

Liczni, krzyknąłem, jak gwiazdy na niebie!

Straszni jak piorun, gdy niebo odmyka!

Przez was świat wytnę! pod wami pogrzebię!

Ja, syn popiołów, ojciec mogilnika!

590

Urra ha!… Gwiazdę pokazałem białą

Dnia wschodzącego lasom. Wszystko wstało!…

X

Wszystko!… Dziesiątki całe groźnych kroci

Wstały gotowe na rzeź uraganną[34]

Wszystko!… Na boku tylko śród paproci

595

Białością swoją mnie zadziwił szklanną

Kształt jakiś śpiący, cudownej dobroci

I ciszy, zorzą oświecony ranną,

Zwalony w dzikich trawach, przy strumieniu,

Posąg… w jutrzenki światłach jak w płomieniu…

XI

600

Rzekłem więc: «Czy to jaka jest królowa

Wyrżniętych ludów? nieskalanej bieli?

Którą tu smętnie czarujące słowa

Na fijołkowej uśpiły pościeli?…»

Wtem barbarzyniec[35] ją tak ciął, że głowa

605

Jak lampa, która ciemność rozweseli,

Skoczyła… chwilę na błękicie trwając

Jak gwiazda… potem błysnęła, spadając…

XII

A ja, zawrzawszy gniewem… i brzeszczota

Dobywszy… tego barbarzyńca w czoło

610

Tnę tak, że jako grenada[36] się złota

Rozwalił ów łeb… tu połą… tam połą…

A ja ów zegar widzący żywota

Z tajemnicami, żył czerwonych zioło,

Idące jeszcze wszystkich sprężyn ruchy,

615

Porównywałem dwie głów[37] jak dwa duchy.

XIII

Ledwom uczynił to… nowe mi moce,

Zapewne statuy zwołane zemszczeniem,

Przybiegły w pomoc… tak, że chociaż proce

Cisnęły na mnie za ów mord kamieniem

620

Jam był jak piorun, gdy lasy druzgoce

I napełniłem ten lud przerażeniem,

A w przerażeniu takim wielkim żarem,

Że mię ukochał i nazwał — Kiejzarem[38].

XIV

Dziś tam głęboki sen w tej puszczy lata!

625

A może jeszcze posąg biały leży!

A może jaka nadistrowa chata

Mówi powiastkę moją… i nie wierzy!…

Ani wie, jako na zniszczenie świata

Posąg zemszczony przysłał mi rycerzy?

630

I obaczywszy mnie jak burzę ciemną…

Duchy gwiażdżące zawiesił nade mną.

XV

Nie wiedzą ludzie, przez jakie ja tony,

Przez jakie czyny, przez jakie męczarnie

Zebrałem owe duchów miliony?

635

Które, gdy wezwę, to mię strach ogarnie!

Bo ze słońc różnych są i z różnej strony…

Jako girlandy w chmurach i latarnie

Pokazują się, kiedy sam nie zdołam

Czynić, a one na pomoc przywołam.

XVI

640

Z barbarzyńcami… sam… na uroczyskach…

Człowiek… Duch… pilnie uważałem cuda,

Które się jawią przy ludów kołyskach,

A nikną, gdy się szczep na drzewie uda;

Lecz zaszczepienie przy piorunnych błyskach

645

Odbyte, a strach w powietrzu i nuda,

Które panują takim chwilom świata,

Trwożą… jak pianie kurów u Piłata…

XVII

Zda się, że ciągle ptaki ranne pieją…

A pianie smutne jest jak krzyk dzieciny;

650

Przedrannym strachem niebiosa ciemnieją,

Więcej wychodzi gwiazd na błękit siny…

Ludzie przy ogniach miast swe ręce grzeją

I przerażeni cichością godziny

Gotowi zaprzeć się bożego ducha,

655

Obzierają[39] się jak zbójce[40] — czy słucha?

XVIII

Jam to czuł, mimo że krew moja biła

Jak piorun w żyły, że hełm od niej dzwonił;

Kita się ogniem czerwonym paliła,

A młot skry takie jak miesiące ronił;

660

Koń gadał… dzida rosła… szabla żyła…

Wiatry dawały rady… obłok bronił…

O złym dniu wrzaski ostrzegały krucze…

U dobrym złote żurawiane klucze.

XIX

Przez wszystkie władze ziemskie ostrzegany

665

Wpadłem na ziemię moję nieszczęśliwą;

Lech nie żył, a lud jego zabijany

W królewnę patrzał jako w gwiazdę żywą…

Ona też pancerz złoty, malowany

Kwiaty różnymi jak słoneczne dziwo,

670

Pokazywała w strasznych walk kurzawie

Podobna białej Anhelicy — sławie.

XX

Koło niej ciągły tabor z żywych ludzi,

Zbrój czarnych, mieczów, tarcz, nad nią sztandary.

Ilekroć wieczór mgłami się zabrudzi,

675

To jako ptaki nocne albo mary

Wstają po bagnach Wenedy i Czudzi,

Żółte Połowce, nadmorskie Tatary

I w twarze nasze strzał tysiącem brzęczą:

A nic, gdy biją… straszniejsi, gdy jęczą.

XXI

680

Jeszcze pamiętam ten wrzask i to wycie

Różnych narodów i różnych języków…

Gdy te Ludyszcza przy Wisły korycie

Przyparłem do fal falą moich szyków.

Aż mi o jasnym wyprawili świcie

685

Najstarszych z wojska swego tysiączników,

Prosząc o pokój i o ziemi bryłę

Taką, że ledwo dla nich — na mogiłę.

XXII

Ja wtedy, pod lwią skórą rudozłotą

Siedząc na prostej powózce Germanów,

690

Rzekłem: «Niech pierwej dziewczęta rozplotą

Warkocze… córki najpierwszych Supanów,

Niech sama Wanda płaczem i tęsknotą

Zmiękczona przyjdzie nam do roztruchanów[41]

Nalewać wina… Niech ją złotowłosą

695

Germany moje na tarczach podniosą.

XXIII

A gdy przez ludy dzikie okrzykniona

Królową, z tarczy mosiężnej księżyca

Zaśpiewa nam pieśń na nowe plemiona!

I nasze dzikie dusze pozachwyca!

700

Ja wtenczas drżące otworzę ramiona,

Aby zleciała w nie jak gołębica

I wyprosiła usty różanymi:

Co chce?! niebiosa całe — i pół ziemi…?!»

XXIV

Z tem stary Swityn i Czerczak posłowie

705

Odeszli. A mnie jej postać, wprzód senna,

Zaczęła jaśnieć jako słońce w głowie

I coraz bardziej jawić się płomienna.

Więc potem, kiedy ległem na wezgłowie,

Cała mi w oczach ognista Gehenna

710

Błysnęła ciągle piorunami pruta,

Ciemna, czerwona parami jak huta.

XXV

Na piersiach darłem skórzane odzienie,

Ale do łoża byłem jak przykuty.

Wtem ona weszła w te straszne płomienie

715

Jak duch tęczami różnymi osnuty,

Nad nią niby z gwiazd grających pierścienie

Wiązały jedną pieśń na różne nuty…

Dzwoniące, cudne! jakieś gwiazdy śliczne!

Niby powietrzne narzędzia muzyczne.

XXVI

720

Słysząc te głosy, z którymi dziewczyna

Szła na mnie, z ciała mego wyleciałem.

A ona w ogniu czerwona i sina,

Obracająca powietrznym chorałem

Jako skrzydłami powietrznego młyna

725

Kręcąc… przywiodła duch, że włosy rwałem

Przez wszystkie jęki i tony, i zmiany

Idący za nią w toń jak zwariowany.

XXVII

Jeszcze noc była, a ja hełm na głowę

Włożywszy, wsiadłem na koń, pędzę cwałem.

730

Pamiętam szare powietrze perłowe

I zamek, wieży sterczący kawałem

Nad Wisłą, gdzie lud tę swoję królowę

Otoczył ludzkim i ceglanym wałem.

Tam przyleciawszy, w róg mosiężny dzwonię,

735

Grzmię, aż mi wszystkie oderżały konie.

XXVIII

Wychodzi siwy Swityn Wojewoda,

Ze snu czerwone przeciera źrenice.

«Idź» — rzekłem — «bo mi słów wczorajszych szkoda,

Zanadto ostre pokazałem lice;

740

Niech mi królowa wasza, jasna, młoda

Naleje czary, podniesie przyłbicę,

A może łatwo ten rozkaz wykona:

Pieśń mi zaśpiewać, paść w moje ramiona».

XXIX

Nic nie rzekł Swityn, lecz mię brzegiem wody

745

Prowadził, kędy stał tłum ludu mały.

Rybacy srebrne trzymali niewody[42];

Kilka świec (choć już ranek błyszczał biały)

Nieśli kapłani, z lutniami Rapsody

Siedli na zrębie jednej małej skały

750

Pod bladą wierzbą, mgłą ranną okryci.

Na wzgórzach w zmroku zapalano wici.

XXX

Na łące dziewy i panny służebne

Ujrzałem tam i ów się krzątające.

Te niosły kwiaty, kadzielnice srebrne,

755

Dyjadematów złotych półmiesiące;

Inne bławatki do wieńca potrzebne

Zbierały w trawach, kolorów tysiące

Rzucając w srebrne powietrze, w mgły szare,

Niby wiślanym duchom na ofiarę.

XXXI

760

Dawny świat! Obraz dawny wywoływam!

Lecz ileż razy różaność przedwschodnia

I kwiaty, które mgłą okryte zrywam.

I leśne ptaszki budzące się do dnia,

I tęcze, których do myśli używam,

765

Gdy się zapali mój duch jak pochodnia

Przypominały obraz on tak rzewny!…

Ubranie martwej na łąkach królewny.

XXXII

KsiężycJak miesiąc[43] była, kiedy z niego zetrze

Pierwszą pozłotę słońce w dzień jesieni,

770

A on się topi w błękitne powietrze

I lekko swego czoła zarumieni,

I nad girlandą lasów, gdzie na wietrze

Drżą liście złote przy liściach z płomieni,

Pełny, okrągły, blady się przemienia

775

W mgłę… jak cudowna twarz srebrnego cienia…

XXXIII

TrupTaka jej bladość! nieco ku błękitom

Nachylona już zgonu okropnością,

Takie ust perły! Wisły Amfitrytom

Z upiorną niby odśmiechnione złością.

780

Zresztą, spokojnie się onym kobietom

Dawała stroić modrzewiów ciemnością.

Koroną złotą, wieńcami z bursztynu —

A strach powiększał trupa w oczach gminu…

XXXIV

A cóż dopiero! gdy ja groźne lice

785

Odkryłem, z hełmu spojrzałem surowo

I połamawszy miecza, w błyskawicę

Cisnąłem jego kawałki nad głową;

Nade mną ducha mrok i złote świéce[44]

Miecza nad kitą moją purpurową

790

Jak zawierucha olimpijska, wstały —

Mój duch na hełmie stanął… w ogniach cały.

XXXV

Krzyk pierwszy, który z ust wyszedł zwierzęcy,

Już niepodobny krzykowi człowieka,

Zbudził Germanów całe sto tysięcy:

795

I szli jak morze huczące z daleka.

Stos wystawiłem okropny, książęcy!

Taki wysoki, że wiślana rzeka

Na bladych trupów zatrzymana murze

Stanęła — cała jak upior w purpurze.

XXXVI

800

Lecz pierwej nim ją oddałem płomieniom,

O! ileż strasznych słyszała lamentów!

«O! włosy! nie dam ja waszym pierścieniom

W ogniu z wiślanych oschnąć dyjamentów!

Każę podziemnym zamienić się cieniom

805

W gmachy filarów pełne i zakrętów,

W alabastrowej cię położę trumnie,

Każę strzec wieków śpiewaczce — kolumnie.

XXXVII

Zbalsamowaną, wiecznym zdjętą spaniem

Cicho na białych atłasach położę;

810

Sam przyjdę, jak lew legnę, i wzdychaniem

Śmiertelnem twój sen spokojny zatrwożę.

Więc może wstaniesz? i pocałowaniem

Dasz mi ocknienia światłości i zorze?

I słuch mi weźmiesz w tych podziemnych cieniach

815

Coś czytająca wiecznie na kamieniach?

XXXVIII

W kraju bez słońca, bez gwiazd i księżyca,

Gdzie wiecznie smętno, posępnie i głucho;

Ja, rycerz, jako śpiąca nawałnica

Z otwartą, szklanną źrenicą i suchą;

820

A ty, jak moja smętna czytelnica,

Perła po perle ton lejąca w ucho,

Taka wyrazów i pieśni mistrzyni,

Że pieśń z tysiąca lat… chwilę… uczyni!»

XXXIX

Tom rzekł, pośmiertne przeczuwając rzeczy

825

I głosy. I znów zajęty pożarem,

Chciałem ją złożyć na gwiaździcach z mieczy,

Upoić krwawym rycerskim sztandarem!

I z onej ziemi, gdzie ciało kaleczy

Słońce niewczesnym i nieludzkim skwarem,

830

Uciec w Islandów wyspę zamrożoną,

Ogniami siedmiu wulkanów czerwoną.

XL

«Tam ją» — krzyczałem — «gdzieś na lodowiskach

Złożę jako kwiat ujęty w krysztale!

I przy wulkanów rubinowych błyskach

835

Opłomienioną posadzę na skale,

A sam z dzikimi orły na urwiskach

Dzikszy niż burze! straszniejszy niż fale!

Gdy góry będą swoje ognie zionąć,

Mrozom się dam zgryźć! i ogniom pochłonąć!»

XLI

840

Tak mój duch w kształty się piramidalne

Wyrzucał, dawną tryskając naturą;

Tak nowe ciała łańcuchy fatalne

Targał i piorun zawsze miał pod chmurą.

Potem więc roki[45] się zabrały walne

845

I mnie okryły Lechową purpurą.

Lud cały strachem ohydnie znikczemniał.

Jam siadł na tronie, zmroczył się i ściemniał.

XLII

Zbrodnia, Prawo, BógI któż by to śmiał w księgi ludzkie włożyć

Dla sławy marnej, a nie dla spowiedzi?

850

Postanowiłem niebiosa zatrwożyć,

Uderzyć w niebo tak jak w tarczę z miedzi,

Zbrodniami przedrzeć błękit i otworzyć,

I kolumnami praw, na których siedzi

Anioł żywota, zatrząść tak z posady,

855

Aż się pokaże Bóg w niebiosach — blady.

XLIII

A nie Bóg nad tą żywota fortecą

Zgwałconą twarzy pokaże, to przecie

Komety złote na niebie przylecą

I bliżej oblicz ukażą na świecie,

860

Nad zamkiem swoje ogony zaniecą

Jak widma, jedno, i drugie, i trzecie…

Jeśli nie zlęknę się, a krew mię splami…

Kto wie!?… jak słońca przyjdą tysiącami!

XLIV

Niebiosa pełne widziadeł i twarzy

865

Słonecznych! może z krwawymi oczyma!

A tu koło mnie powietrze cmentarzy

I ciągła burza, wiatr, ognie i zima,

Wichry skrwawione, głos trupów z kościarzy,

Słońce poblednie, księżyc się zatrzyma,

870

Gwiazda zajęczy jaka lub zaszczeka?

Wszystko pokaże, że dba o człowieka!…

XLV

«Jeśli nie» — rzekłem — «jeśli z tym motłochem

Postąpię sobie jak król zwariowany?

A żywot jak wąż schowa się pod lochem,

875

Jak gdyby nie czuł w sobie żadnej rany?

To ludzie są proch! i ja jestem prochem

Na jeden tu dzień jak miecz ukowany[46]!

A tem straszniejszy, że go własne siły

Nie duchów ręce z ziemi wyrzuciły».

XLVI

880

Zaledwie ta myśl poczęła się we mnie,

Wzrok zaraz wydał ją jasny i suchy,

Wchodzący w myśli ludzkie potajemnie,

Aby tam widział w kościach, czy są duchy?

Więc naprzód Czerczak u nóg mi nikczemnie

885

Proszący o łeb, pod katów obuchy

Poszedł, a za nim jacyś dwaj prorocy,

Których dziś krwawe łby widuję w nocy.

XLVII

Za wojewodą cały dwór i sługi

Posłałem niby z nim będące w zmowach.

890

I z wież patrzałem na ten łańcuch długi

Idących na śmierć z świecami w okowach.

A niebios! niebios błękitne framugi,

Jakby o zdjętych nie wiedziały głowach,

Patrzały na to ciche, obojętne!

895

Mnie się wszelako zdawało, że smętne!

XLVIII

Ogromny szereg tych wymordowanych

Poszedł. Myślałem, że duchy zobaczę

Gdzieś do łabędzi podobne rumianych,

Od których jęczy powietrze i płacze;

900

Albo, że ze ścian ogniem zapisanych

Wyjdą pająki z ognia… straszne tkacze!

Na ściennych ogniach się swych zakołyszą

I wyrok jakiś ognisty napiszą!

XLIX

Myślałem, że me noce niespokojne,

905

A dnie, jak noce bez gwiazd, będą czarne,

W ciemnościach jęki albo chrzęsty zbrojne,

Tchnienia na czoło chłodne albo parne! —

I nic!… ten straszny duch, któremu wojnę

Wydałem, dziecko zostawił bezkarne;

910

A ja podniosłem pierś dumną i twardą.

Gotów do końca walczyć z bożą wzgardą.

L

Przez dawne oczy widzę to ohydne

Pierwszego ducha dzieło z czasów onych,

Gdy stepy całe dziś w mogiłach widne

915

Wzięły u ludu nazwisko Czerwonych…

Wtenczas ujrzano mię, że w ciele brzydnę

I biorę postać duchów utrapionych.

Ludzie myśleli, że mi gniją trzewa,

A jam był senny jak wąż, gdy poziewa.

LI

920

Czasami z góry na kolec blaszany

Wieżycy wstąpię i tak jako owce

Najpierwsze państwa Karacze, Supany

Każę prowadzić przez różne manowce.

Tam je kładziono w skrwawione kurhany,

925

Na stos znoszono chwast, czarne jałowce.

A ja, bywało, z góry jak sęp dziki

Widzę te w ogniach ruchome mrówniki.

LII

Dziesięć czasami gwiazd i słońc czerwono

Zagore… dziesięć wrzasków razem słyszę;

930

I nie podnosi mi się duchem łono,

Ani się serce strachem zakołysze…

Jako Lucyfer z błyskotną koroną

Stoję… a zbrodni mojej towarzysze

Na większą niż te wszystkie okropności

935

Patrzą — na mą twarz śmiertelnej bladości.

LIII

Dziwią się wszyscy, że jak pies nie szczekam,

Jak lew nie ryczę, jak człowiek nie zgrzytam;

Nie wiedzą, że ja, duch natchnięty[47], czekam

Gwiazd, deszczów krwawych; i znów za miecz chwytam,

940

I znowu cały świat na siebie wściekam!

I znów się niebios zamroczonych pytam:

Czy mieczem, który w łono ludzkie wrażam,

Którą tam władzę niebieską przerażam?

LIV

Co tylko mocy ma ten mózg napięty,

945

Tom ja na męki wynalazek użył.

Stosy, na Wiśle spękane okręty,

Kołowrót, który ciał długość przedłużył…

Wszystko w męczeństwie ten kraj niepojęty

Swą cierpliwością wytrzymał i zużył!

950

A niebo wszystko to cierpliwie zniosło,

Póki kruszyłem duchom łódź i wiosło…

LV

Poszedłem dalej… i w męki wyborze

Już nic nie mogąc straszniejszego stworzyć,

Zacząłem łamać większe prawa boże,

955

Myśląc naturę samą upokorzyć.

Matkę mi z lasu stawiono na dworze…

A ja zamiast się u nóg jej położyć,

U tej w łachmanach podartej orlicy,

Ciała użyłem za knot smolnej świecy[48]

LVI

960

Rzekłem ludowi, że mnie czarowała,

Że serce jadła, że żony mi truła.

Z włosem palącym się jak ptak latała

I zgasła. Duch, CiałoWtenczas twarz mi się popsuła

I pokazała zielonością ciała,

965

Że się duchowi memu szata pruła;

On jednak w ciele nie wiedział o sobie,

W letargu niby i w czarnej chorobie.

LVII

Raz tylko byłem tak na niebie śmiały,

Że się przejrzałem, w tarczy patrząc lice.

970

A byłem cały jako trup sczerniały,

Który stoletnią miał w ziemi trumnicę,

A już robaki z niej pouciekały,

Bojąc się oczu jasnych jak gromnice;

I czerwonymi przerażone łzami

975

Trupa… i kości spróchniałych ogniami.

LVIII

Lecz co dziwniejsza, że tak próchniejący!

Taki upadły! i taki zużyty!

Czasem się czułem jak anioł gorący,

Gotów ukochać świat i nieść w błękity

980

Tę ziemię jako anioł wzlatujący

Z pieśnią… co była jako szklanne zgrzyty

Harmonik i szła w ton coraz boleśniéj[49],

Aż upadała w śmiech, w szaleństwo pieśni!…

LIX

Gdy mię, bywało, taki czar omami

985

A stoję, ręce wyłamawszy z ramion,

Choć tylko piana toczy się ze łzami,

A usta milczą, to mój duch omamion[50],

Wszystkimi zda się kręci księżycami,

A gwiazdy na kształt muzykalnych znamion

990

Chwyta i w głosach tu ziemskich wyraża:

Tworząc już nie Pieśń Sen, lecz Pieśń Mocarza.

LX

Jeden był tylko przy mnie giermek mały,

Jeden był tylko i ta pieśń go struła.

Głosy okropne w niego wlatywały,

995

Kości roztrzęsły… pierś mu się popsuła.

Chodził i przez sen gadał, i drżał cały,

Jak instrumentu cedrowa szkatuła,

Którą muzykant napełnił przelotem

Tonów… i zamknął napełnioną grzmotem.

LXI

1000

A tymczasem mię wielki Pan niebieski

Ubierał w grozę i w powagę strachu.

A strach był jakiś ciemny i królewski,

Który napełnił wszystkie kąty gmachu.

Pod stopą moją suche komnat deski

1005

Grzmiały jak trumny. O komnat zapachu

Gadał po wioskach z trwogą lud ciekawy,

Że był zaduszny, tajemny i krwawy.

LXII

Na świecie o mnie śniono. Śród czeladzi

W podziemiach kuchniach gadano, żem blady

1010

Jak miesiąc, gdy się przejrzy w krwawej kadzi,

W której pływają gniazdem wężo-gady;

Że gwiazda złota jakaś mię prowadzi

(Purpurowe tu tłoczącego ślady)

W ciemny kraj, gdzie się wszelka dusza wściekła,

1015

Na króla duchów czerwonych — do piekła.

LXIII

A co dziwniejsza, że mię ukochano

Za siłę i za strach, i za męczarnie.

Gdym wyszedł… lud giął przede mną kolano,

Lud owiec, który się k’pasterzom garnie!

1020

Przed twarzą moją straszliwą klękano,

Widząc dwa skrzydła hełmu jak latarnie!

I między nimi w środku zawieszoną

Tę twarz, jak lampę trupią i zieloną.

LXIV

W powiekach rubin i błysk dziwny gore;

1025

Powieki nożem zdają się rozcięte;

A przez czerwoną rubinową korę

Patrzy duch, widmo przeszłości przeklęte!

Przez jakież, Panie! męki i pokorę,

Przez jakież później ciała z krzyża zdjęte

1030

Musiałem ścierać strach z mojego czoła?

Z oczu wydzierać ciemną skrę anioła?

LXV

Żem wyzwał słońca Twoje i księżyce,

I meteorów ogniska, i burze,

I przeciw gniewom Twoim niósł przyłbicę,

1035

I chciał zobaczyć, sługa, komu służę?

Żem chciał zobaczyć, Panie! Twoje lice,

Cztery pioruny Twoje, świata stróże…

Wszystkie potęgi Twoje o świat drżące,

I wszystkie słońca, i wszystkie miesiące.

LXVI

1040

Tyś mną pogardził, Panie! i ominął,

I do straszliwej śmierci doprowadził.

Swityn żył jeszcze. Starzec sławą słynął,

Bił wrogi moje, winy moje gładził,

Granicę mego królestwa rozwinął,

1045

Na dwu srebrzystych morzach mię posadził;

Stary, a miecza do pochwy nie chował.

Jam go jak ojca kochał — i szanował…

LXVII

Pamiętam, biła północna godzina,

I konstelacja Łabędź, jak krzyż złoty

1050

Nad wieżą, gdziem był, leciała jedyna,

Sufitów próżnych lampa śród ciemnoty;

Wtem myśl ohydna o śmierci Swityna

W serdeczne moje wstąpiła zgryzoty

Z taką potęgą, żem wnet ku niej dłoni

1055

Podał, jak dziecko uśmiechnął się do niéj[51]

LXVIII

Potem ją chciałem zmazać, ale ona

Już jako pani mego serca była.

«Sprobuj» — wołała — «jeżeli ten skona.

A żadna zorza by nie zaświeciła?

1060

A żadna gwiazda z tych gwiazd przerażona

Nie przyleciała? krwi się nie napiła?

To wtenczas będziesz spokojny o ducha:

Ziemia proch! człek z niej jak wulkan wybucha.

LXIX

Płomieniom wolno chodzić po dolinach

1065

I błyskawicom wolno bić w cnotliwe.

Za myślą twoją idź, nie myśl o czynach!

Próbuj, czy niebo martwe jest czy żywe?»

Tak mi ktoś szeptał. Gdyby w stu Switynach

Stu ojców moich własnych głowy siwe

1070

Patrzały na mnie z grobu jego wzrokiem,

Nie byłbym cofnął się przed krwi potokiem.

LXX

Wysłałem katy; lecz myśl, gdy się kwieci,

W coraz straszniejsze rozwija się drzewo.

Posłałem drugie… dwór, żonę i dzieci

1075

Wyciąć. Był ciemny dzień i grad z ulewą.

Czasami słońce ponuro zaświeci,

I gradem złotym jak zwichrzoną plewą

O pancerz chłośnie i z kitą się zetrze,

Bom stał, czekając tych katów — na wietrze.

LXXI

1080

U progu mego żebractwo się szare

Skupiło. Patrzą… król na progu stoi.

Przez deszczu struny widzą jakąś marę

Jęczącą gradem bijącym po zbroi.

Wtem wyszło do mnie suche widmo stare —

1085

Żebrak… i blisko stanąwszy podwoi,

Jak posąg, który wiecznym być zaczyna,

Skościał… i podał mi list od Swityna…

*

Pieśń III

I

Na dworach wówczas nasze wojewody

Trzymali sobie nadwornych gęślarzy,

1090

Ci byli jako rycerstwa rapsody[52],

Zazwyczaj mądrzy, ślepi już i starzy.

Jako pancerze srebrne, długie brody

Na piersiach mieli, a słoneczność w twarzy.

Liry nosili małe, ale sławne,

1095

W koral lub w srebro, lub w bursztyn oprawne.

II

W ręku trzymali niby pastorały

Długie, wierzbowe, ostrugane kije.

Tymi — bywało — chłopczyków chorały

Pędzą… i wiodą takt przez harmonije;

1100

A kiedy w górę kij podniosą biały…

Wtenczas z chóralnej pieśni piorun bije,

A kiedy spuszczą na dół berło dziada,

To na kolana pieśń jak anioł spada.

III

O takim kiju, z lireczką u pasa

1105

Stał stary rapsod Swityna u proga.

Na płaszczu, pomnę, była różna krasa

I łaty różne; zda się, że płaszcz z Boga,

Na którym zorza w błękitach dogasa

I różne światła płoną… Jego noga

1110

Bosa dziś świeci przed mymi oczyma,

W obwiązkach, srebrna, jak muszla pielgrzyma.

IV

Tak z wystawioną naprzód nogą bosą

Podróżny żuraw, na białym kosturze

Oparty, z twarzą jasną, srebrno-włosą,

1115

Stał w płaszczu starym, jak w błękitnej chmurze

I list podawał… Iryda za kosą

Wlokąca tęczę, gwiaździce i róże,

Nie jest mi piękną tak… gdy z niebios spada…

Jak to wspomnienie dawne — tego dziada!

V

1120

O! złote serce śpiewaka i sługi

Tak po męczeńsku cierpiące dla pana!

Miej grób! którego nie rozorzą pługi,

Do zaklętego podobny kurhana;

Wiecznie tu wstawaj w pieśni! i wiek długi

1125

(Aż znowu ta pieśń będzie zapomniana)

Przykładem ludzi do miłości znęcaj!

Śpiewaj! — a liry też czasem pokręcaj!

VI

Niech mi przypomni czary tobie znane

I słowa dobre na serc otwieranie,

1130

Porządne, ważne i uszykowane

Rzędem jak dźwięku anioły w organie;

A przebacz mi już tę okropną ranę

I to straszliwe nóg przyćwiekowanie,

Które odjęło (to coć najboleśniej!)

1135

Twój najpiękniejszy czar — wędrowność pieśni!

VII

On mi podawał list…. a ja na nodze

Jego oparłem miecz żelazny, krzywy

I czułem, że mu między kości wchodzę:

A on stał — jak Bóg wielki — bo cierpliwy!

1140

Mieczem przygwożdżon w kamiennej podłodze,

Którą czerwienił krwawy koral żywy…

Stał… obwinięty ów żebrak w błękicie…

I tak się na mnie patrzył jak na dziécię[53].

VIII

A ja, nie zdjąwszy miecza z jego rany,

1145

Owszem, głębiej go zapędzając w koście,

List, Słowo, PogardaCzytałem słowa, które jak szatany

Paliły mi mózg i gryzły wnętrznoście.

Ten list! na sercu moim zapisany,

Nad wszystkie ducha mego okropnoście

1150

Głębiej swe straszne zarzuty wykował[54]!

Bo mną ten człowiek gardził — choć miłował…

IX

Kacie ojczyzny mojej! i tyranie!

Mój królu wczora! (pisał Swityn stary)

Na dobrowolne poszedłem wygnanie,

1155

Abyś przez mój zgon nie dopełnił miary…

Ty mię wyganiasz? A ja, o mój Panie!

Żołnierzy wszystkich serca i sztandary

Zostawiam tobie, sam znikam bez wieści…

Sam nic nie biorę z sobą — prócz boleści…

X

1160

A byłbym chętnie dał głowę strudzoną

Pod miecz twój; chętnie w ręce twoje złożył

Tę głowę ściętą, ale uśmiechnioną,

Której Bóg nigdy śmiercią nie zatrwożył,

Gdybyś ty jeszcze miał człowieka łono

1165

I nad kościami ludzi się nie srożył,

Gardząc miłości ostatnim spojrzeniem,

Mszcząc się nad kością jak pies nad kamieniem.

XI

Aniołowie mię dziś ostrzegli złoci

We śnie… Twój sam duch stanął pod kotarą,

1170

Tak jak pochodnia świecąca w wilgoci,

Cały oświecon[55] ogniami i parą.

Tyś mię sam ostrzegł!… a to nie z dobroci,

Ale żeś taką dziś stał się poczwarą,

Że słychać ciebie… i czuć… choć z daleka…

1175

Kiedy pomyślisz… o śmierci człowieka…

XII

Duch litośniejszy twój jest ci za szpiega:

On najprzód zgniłe twe serce wypyta,

A potem chodzi i ludzi ostrzega,

Gdy twoje ciało śpi… a ząb twój zgrzyta.

1180

Duch twój wychodzi i po kraju biega

I targa włosy… jęczy jak kobiéta[56]

Ty zmordowany jego lamentami

Wstajesz, nie wiedząc, żeś płakał nad nami…

XIII

Jakiś cię anioł okropny odmienił

1185

I przysłał dzieło wypełniać straszliwe,

Lud rozhartował… a ciebie skamienił

I kazał ludy orać jako niwę…

Abyś co?… wiatry wiejące spłomienił

Duchami, które wyszły z ciał… a żywe

1190

Wkrótce w anielskiej zjawią się ozdobie…

Jak wiatr na ciebie! — i przeciwko tobie!…

XIV

Miej więc dzień jeszcze ten jeden w zarządzie

Siłę, która jest w mieczu i toporze…

Ja ciebie czekam na ostatnim sądzie

1195

Z tym listem… który w mogiłę położę!

Czekam za światem ciebie! na wylądzie,

Brzegu, o który grzmi ogniste morze

Krwią twoją jasne i zafarbowane!

Czekam!… z tym listem przeciw Tobie stanę!…

XV

1200

Tu ci nie błyśnie więcej moje lice,

Choć niedaleko lecę… żuraw szary.

Pobytu mego mają tajemnicę

Ja tylko, mój koń i mój rapsod stary.

Prędzej byś zgonił letnią błyskawicę

1205

Niż mego konia… Człowieka zaś wiary

(Jeśli cię starość i pieśń pełna wdzięku

Nie skruszą) spróbuj królu, masz go w ręku!

XVI

Taki był straszny starego Swityna

List… ja w nim groźbę jęczącą słyszałem

1210

I opór ducha, który się zaczyna

Od jęku tylko… a staje się ciałem.

Więc jak skrzydlata skoczyłem gadzina

Z całą wściekłością! z całym ducha szałem!

Choćby królestwo całe przyszło ruszyć!

1215

Wszystko!… a złamać harfiarza — lub skruszyć!

XVII

Stary był… pomnę… Zorian się nazywał.

Gdy go palono, cichszy od owieczki,

Na lirze sobie czasami podgrywał

I szedł przez ogień z uśmiechem piosneczki.

1220

Ani klątw rzucał — ani wydobywał

Głosu wielkiego z maleńkiej lireczki:

Głaskał ją tylko (wyjaśniwszy lice)

Niby zlęknioną, białą gołębicę.

XVIII

Zdawał się mówić i twarzą, i ręką,

1225

Jakby nad brzegiem szemrzącego zdroja:

«Nie bój się, liro! bo śmierć nie jest męką!

Ani się lękaj cielesnego zboja!…

Nie bój się, moja maleńka lirenko,

Nie bój się, siostro! nie bój, córko moja!…

1230

A na toż by to nasza mądrość była,

Gdyby przed śmiercią skonać nie uczyła?

XIX

Przyjmowano cię po domach i chatach,

Pókiś ty ze mną była wędrownicą.

Bądźże dziś wdzięczna… a nie płacz przy katach,

1235

Bo się ucieszą i ton twój pochwycą.

Czekaj… wstaniemy oboje po latach,

Gdy błysną łuki z tęcz nad okolicą!…

Wstaniemy razem z wielką jaką zgrają

Harfiarzy, co jak anioły śpiewają!

XX

1240

Czekajże, liro!… śpij!… Błogosławiona

Ta błyskawica jasna i rumiana!»

Tu wzięty w złote, ogniste ramiona

Zniknął… A mój duch uczuł wtenczas Pana.

Czeluść okropna mych ust otworzona,

1245

Suchość i jakaś pożarność gardlana…

Pierś, która wiatru w się więcej nie bierze,

Ostrzegły… że już do piekła należę…

XXI

Dysząc, na konia siadłem… od popiołów,

Które pożarły pieśń, obsypan… w szale.

1250

A tłum siepaczy, jakby archaniołów,

Ubrany w złoto, w bursztyn, w miedź i w stale,

W skrzydła… w moc wielką tortur gwoździ, kołów

Zaopatrzony…. za mną w Wisły fale

Rzucił się, gotów mordować do końca,

1255

Wszyscy na koniach jaśniejszych od słońca.

XXII

Ja przodem. — W czerep czarny, ołowiany

Ukrywszy głowę moją jak w kapturze,

(Bom w sobie uczuł wstyd nieopisany,

Twarz mieć jak gryszpan, wzrok jak ogień w chmurze),

1260

Przypadłem w zamek jeden nadwiślany,

Który zastałem cały już w purpurze…

Że trupy swoje wyrzezane chował.

Duch mój przede mną tam był — i mordował.

XXIII

I przestraszyłem się — bo mi z pamięci

1265

Wczora wydane rozkazy wypadły.

Katowie stali wszyscy trwogą zdjęci,

Stali bladymi przede mną widziadły[57];

Jam wrzeszczał: «Kto tu prędzej niż me chęci,

Niż myśli moje? kto srożej zajadły

1270

Na krew Swityna niż ja wpadł w pokoje?

Kto tu wypełnił jak Bóg — myśli moje?

XXIV

Duchowi memu to przypisać muszę,

Bo ziemia nie ma takich rozbójników!

Zmiękczyłyby ich te dzieciątek dusze,

1275

Ta wyspa pełna wierzb, olch i słowików;

Te sionki z cedru… które głosem ruszę…

A one pełne ech, jęków i krzyków

Swityna głosem brzmią na każdem piętrze

Jakby starego instrumentu wnętrze.

XXV

1280

Ja jeden… który do szaleństwa skłonność

Mam… wpadłem tutaj o jutrzenki świtach;

Ani sal cisza, ani belek wonność,

Ani pieśń rodu śpiewana w sufitach,

Ani mię zemsty nieudolnej płonność,

1285

Ani szatan tu, ani Bóg w błękitach

Nie zatrzymali… Nic nie ma na niebie!

Ja sam jak Pan Bóg będę sądził siebie!»

XXVI

To mówiąc kostur wraziłem okuty

W ścianę i rzekłem do moich oprawców:

1290

Tę noc na ucztę, jutro dzień pokuty

Dla mnie i dla was — zbrodni wykonawców…

Tu zamek cały błysnął na kształt huty

Ognisk czerwienią… A ja tych bladawców

Zbrodniami bladych otoczony wieńcem

1295

Siadłem — trup jasny pijaka rumieńcem.

XXVII

I ucztowaliśmy w zamku wygodnie.

Swityna własne nam służyły misy,

Stągwie, kobierce, czary i pochodnie,

I krwią cuchnące wonnych ław cyprysy.

1300

Czary nam do rąk podawały zbrodnie…

Widma… w płaszczach z krwi, z zielonymi rysy,

Stojące z boku upiory czerwone,

Wyraźne… a gdyś spojrzał wprost — zniknione.

XXVIII

A wtem przyleciał giermek zadyszany

1305

I te wyrazy z ust wyrzucił skore[58]:

«Panie! Ogromny znak jest ukazany!

Na niebie miotła płomienista gore»…

Jam zbladł: i kostur wyrwawszy ze ściany

(Sądząc, że widzę ducha albo zmorę,

1310

Która mi wróżbę nieszczęśliwą szczeka),

Na wskroś przeszyłem w pierś tego człowieka.

XXIX

A sam wybiegłem na ganek od

kryty,

Z którego widok szedł po okolicy,

Na drżące wielą gwiazdami[59] błękity,

1315

Poddane jednej, ogromnej gwiaździcy…

Ta jako wielki miecz z pochew dobyty

Karbunkuł[60] miała czerwony w głowicy;

A ten się błyskał i mienił na zarzy

Jak oko w ducha niewidzialnej twarzy.

XXX

1320

Wtenczas… w tej gwieździe oczyma usiadłem

I mocowałem się z nią jak z szatanem:

Truciznami ją serdecznymi jadłem,

Trawiłem jadów duchowych gryszpanem.

Więc czasem ona… a czasem ja bladłem.

1325

Ażem nareszcie padł… jednem kolanem

Przyklękły… dysząc… przejasnymi świty

Jak rycerz w szrankach dzidą w pierś przebity.

XXXI

I obaczyłem w gwiaździe niby znamię

Ognistsze… powiek mgnięcie i błysk oka:

1330

Wtenczas uczułem, że mi ducha łamie

Na wieki jakaś moc straszna, głęboka.

Więc obróciwszy ku ludziom przez ramię

Twarzy i palcem ognistego smoka,

Który w niebiosach wił jasnym ogonem,

1335

Wskazując, rzekłem: «Przyszła z moim zgonem

XXXII

Kometa». I tu, coraz bardziej blady

I mieszając się już, rzekłem ponuro:

«Świat zwyciężyłem! i oto są ślady,

Żem duch mający moc nad tą naturą!

1340

Gwiazdy tę gwiazdę wysłały na zwiady,

Czym żyw? czy jeszcze okryty purpurą

Czynię rzecz króla, człowieka i zboja?

Niebo się zlękło o świat. — To śmierć moja.

XXXIII

Idźcie… Już więcej nie jesteście sługi

1345

Mojej wściekłości, lecz rycerze twardzi.

Kupiłem naród krwią… i nad jej strugi

Podniosłem ducha, który śmiercią gardzi.

Niejeden sobie wieśniak wieczór długi

Umili pieśnią i tem się rozhardzi,

1350

Że będzie o swych ojcach przypominał,

Jak śmiało na śmierć szli, gdy król wyrzynał!

XXXIV

Co do mnie, jam jest bicz okropny, boży,

I będę cierpiał, co mi przeznaczono.

Za chwilę jednę otchłań się otworzy!

1355

Piorun rozerwie moje wielkie łono!

Wściekłoście… jak psy spuszczone z obroży!

Żądze jak słońca ogniste rozpłoną!

Ogromne ze mnie na wiatr pójdą cienie,

Wszechmiłość zmyta w krwi i wszechcierpienie!

XXXV

1360

Duch mój odpowie. Lecz wy jak dzieciątka,

Jak białych jagniąt jesteście gromada.

Wszystko, com czynił, szło z jednego wątka

I cały ciężar zbrodni na mnie spada.

W kurhanach tylko zostanie pamiątka

1365

I w pieśni długiej wędrownego dziada,

Żem żył. Chwasty mi porosną na grobie.

Inny was anioł rozmiłuje w sobie…

XXXVI

Ale po latach!» — Chciałem mówić więcéj[61],

Wtem się zaczęła kości targanina.

1370

Przez ołowiany kaptur sto tysięcy

Szkło iskier… topniał na mnie drut i cyna.

Chciałem zachować dumny kształt książęcy,

Lecz tak pękałem się jak w ogniu glina.

Oczy się chmurą zasłoniły czarną

1375

I duch się cały skupił w jedno ziarno.

XXXVII

Nic więcej. Straszne zaćmienie i głusza!

Na sercu ręki bożej położenie;

Docisk ostatni, pod którym się dusza

Pękała w skazy, a wzrok szedł w sumienie.

1380

Więc jako robak, co się w ogniu rusza,

Tak ona, póki w ustach było tchnienie,

Leżała na dnie swej serdecznej plamy,

Aż Bóg otworzył jej — wieczności bramy.

XXXVIII

Taki był koniec mojego żywota,

1385

Śpiewany długo w kraju przez rapsodów,

Którzy nie doszli, w czym była istota

Czynów? w czym wyższość od rzymskich herodów?

Nade mną była myśl słoneczna, złota,

Do niej moc ciemnych, okrwawionych wschodów

1390

Wiodła mię prosto w złotych celów progi.

Jam szedł jak rycerz krwawo — i bez trwogi.

XXXIX

Życie dźwięczało w każdej ducha strunie,

Moc słychać było w każdym moim kroku;

Choć być na takiej drodze? lepiej w trunie[62]!

1395

Choć z myślą taką? lepiej z włócznią w boku!

Prędzej czy później? deszcz piorunów lunie

Na orła, który słońce miał na oku;

Na mnie — żurawia z wyciągniętą szyją

W przyszłość — pioruny boże jeszcze biją…

XL

1400

Ale przeze mnie ta ojczyzna wzrosła,

Nazwiska nawet przeze mnie dostała

I pchnięciem mego skrwawionego wiosła

Dotychczas idzie: Polska — na ból — skała…

Falą ją druga nieraz z drogi zniosła

1405

I duch jej święty poszedł w kwiaty ciała

Bezwonne, martwe; lecz com ja wycisnął

Pod krwią, tem zawsze zwyciężył, gdy błysnął!

XLI

Śpijże mój kształcie pierwszy, z ducha zdjęty,

Świecący w dali jak księżyc na nowiu;

1410

Upiorny, za krew wylaną przeklęty,

W koszuli z drutów i w czepcu z ołowiu.

Klątwa na ciebie! jak na dyjamenty,

Na bazaltowe kolumny w pustkowiu

Pierwszej natury z ducha budowane,

1415

W ciemność i w chmury, i w piorun ubrane.

XLII

Lecz ja na tobie nogę postawiłem

I dalej szedłem; a jużem był boży.

Morza się cofną, góry pójdą pyłem

I świat się komet deszczami zatrwoży,

1420

Gdy duchem spełnię, co ciałem spełniłem.

Duch ukazany w pierwszej świata zorzy,

Któremu Pan Bóg swych zasłon uchyla,

A lat tysiące są jak jedna chwila.

1846.

*

Przypisy

[1]Her Armeńczyk — Obacz w Platonie pełną tajemnic ducha powieść o Herze Armeńczyku, na końcu dzieła pt. Rzeczpospolita. [przypis autorski]
[2]wid — dziś: zwid, widzenie; obraz.
[3]piołun — roślina o właściwościach leczniczych, stosowana również do wyrobu alkoholi oraz jako przyprawa; charakteryzuje ją przysłowiowo gorzki smak (por. gorzki jak piołun) i silny zapach; zażywana w postaci wywaru lub palona wykazuje lekkie działanie psychodeliczne.
[4]utroskany — dziś: zatroskany.
[5]Styks (mit. gr.) — rzeka w Hadesie, przez którą Charon przewoził umarłych.
[6]letejska woda (mit. gr.) — woda pochodząca z rzeki Lete w Hadesie; po jej wypiciu zmarli zapominali o przeszłości.
[7]Niemen — rzeka płynąca przez Białoruś, Rosję i Litwę.
[8]kędy (daw.) — gdzie.
[9]Atalanta (mit. gr.) — królewna porzucona przez ojca, który chciał mieć tylko męskich potomków; sławna łowczyni i biegaczka; niechętna małżeństwu, kandydatom na męża stawiała warunek, by ją zwyciężyli w biegach; udało się to dopiero Hippomenesowi, ponieważ Atalanta dała mu się wyprzedzić; bieg Atalanty: niezwykle szybki bieg.
[10]Orfeusz (mit. gr.) — syn boga Apollina i muzy Kalliope, uważany za twórcę orfizmu i metempsychozy, śpiewem oraz grą na lirze ujarzmiał przyrodę. Jest symbolem miłości silniejszej niż śmierć, ponieważ odważnie wszedł do Tartaru, by odzyskać swoją zmarłą żonę, nimfę Eurydykę. Oczarował wszystkich grą i śpiewem tak, że Hades zgodził się oddać mu żonę pod warunkiem, że Orfeusz nie obejrzy się za siebie, dopóki nie opuści Tartaru. Jednak przed samym wyjściem, przeczuwając, że Hades mógł go oszukać, obejrzał się i tym samym stracił Eurydykę na zawsze. Odtąd wyrzekł się kobiet i zrozpaczony tułał się po świecie.
[11]Ulisses (mit. gr.) — inaczej: Odyseusz; przebiegły król Itaki, autor pomysłu na konia trojańskiego; po wojnie trojańskiej wracał do żony, Penelopy, przez 10 lat tułając się po świecie.
[12]którąm (…) poznał — konstrukcja z ruchomą końcówką czasownika: którą poznałem.
[13]Numidia — starożytny kraj w płn. Afryce, bardzo urodzajny, zamieszkały przez koczownicze plemiona berberyjskie, zwane przez Rzymian Numidami; kraina zdobyta kolejno przez Rzymian, Wandalów i Arabów.
[14]Irys (mit. gr.) — posłanka Bogów, oznajmiała ich polecenia; potrafiła stworzyć tęczę oraz latać szybciej niż Hermes, przedstawiana ze złotymi skrzydłami i w kolorowej sukni.
[15]kobiéta — daw. forma z é (tzw. e pochylonym), tu: wymawianym jak i.
[16]truna (daw.) — trumna a. więzienie.
[17]przymiot (daw.) — zaleta; cecha pozytywna.
[18]stanieć — skrócone od: stanie ci.
[19]blachman (z niem. Blachmal: płaska plama, szumowiny na srebrze) — bielmo.
[20]kurhany — rodzaj mogiły w formie kopca.
[21]wstajcie — dziś popr. forma: wstawajcie.
[22]krainy zaświatne — zaświaty.
[23]przerażon — skrócone od: przerażony.
[24]strzępie — dziś popr. forma: strzępy.
[25]ścierw — dziś popr. forma: ścierwo.
[26]pający — dziś popr. forma: pająki.
[27]Amfitryta (mit. gr.) — żona Posejdona, wraz z nim sprawowała władzę nad morzami; bogini uosabiająca piękno morza.
[28]scheda — całość lub część dziedziczonego majątku.
[29]Andromeda (mit. gr.) — królewna etiopska poświęcona w ofierze dla przebłagania Posejdona zagniewanego na jej matkę (która pyszniła się, że jest piękniejsza od Nereid), została przykuta do skały i pozostawiona na pożarcie Ketosa, potwora morskiego; w ostatniej chwili uratował Andromedę Perseusz, zabijając potwora.
[30]Sybilla (mit. gr.; mit. rzym.) — wieszczka przepowiadająca przyszłość.
[31]winować (daw., gw.) — winić; obarczać winą.
[32]Diana (mit. rzym.) — bogini płodności, przyrody, łowów, księżyca; początkowo czczona w gajach.
[33]świéca — daw. forma z é (tzw. e pochylonym), tu: wymawianym jak i.
[34]uraganny — dzis: huraganowy.
[35]barbarzyniec — dziś popr.: barbarzyńca.
[36]grenada — owoc granatu.
[37]porównywałem dwie głów — dziś popr. składnia: porównywałem dwie głowy.
[38]Kiejzar (z łac. i niem.) — Kajzer, cesarz; władca.
[39]obzierać się — oglądać się.
[40]zbójce — dziś popr. forma: zbójcy.
[41]roztruchan — kielich.
[42]niewód — rodzaj sieci do połowu ryb.
[43]miesiąc (daw.) — księżyc.
[44]świéce — daw. forma z é (tzw. e pochylonym), tu: wymawianym jak i.
[45]roki — coroczne sądy.
[46]ukowany — ukuty, wykuty.
[47]natchnięty — dziś popr.: natchniony.
[48]świécy — daw. forma z é (tzw. e pochylonym), tu: wymawianym jak i.
[49]boleśniéj — daw. forma z é (tzw. e pochylonym), tu: wymawianym jak i.
[50]omamion — skrócone od: omamiony.
[51]niéj — daw. forma z é (tzw. e pochylonym), tu: wymawianym jak i.
[52]rapsody — dziś popr. forma: rapsodowie.
[53]dziécię — daw. forma z é (tzw. e pochylonym), tu: wymawianym jak i.
[54]wykować — wykuć.
[55]oświecon — skrócone od: oświecony.
[56]kobiéta — daw. forma z é (tzw. e pochylonym), tu: wymawianym jak i.
[57]widziadły — dziś popr. forma (N.lm): widziadłami.
[58]skory — szybki.
[59]wielą gwiazdami — dziś: wieloma gwiazdami.
[60]karbunkuł (daw.) — kamień szlachetny, rubin lub granat.
[61]więcéj — daw. forma z é (tzw. e pochylonym), tu: wymawianym jak y.
[62]truna — trumna a. więzienie.

Paweł Szydłowski – Lechia część 3

Posted in Mitologia Słowiańska by bialczynski on 16 Grudzień 2014

Część 3

 

https://www.youtube.com/watch?v=n12s2W-Zo3E&list=UUpdXoN2J3Irki8-9AWqtEsA&index=19

 

Zoroaster sprzed 6000 lat to inna postać niż Zoroaster-Zarzduszt (Zaratusztra) twórca Zoroastryzmu w Persji w VIII wieku. To wydarzenie, zapisanie fałszywej wersji Wiary Przyrodzoney Północy spowodowało wyrok śmierci kagana Widantyrsa wydany na Zaratusztrę i Wojnę Północy z Południem której finałem był zamach i zabójstwo Zaratusztry nad Jeziorem Kosowym, a następnie próba podboju przez Persów Mazogątji (Kraju Massagetów) i zabicie Kirusa-Cyrusa przez Tomirysę podczas bitwy.

 

Magię uprawiali nasi przodkowie, Kabała jest jej przekręceniem, podobnie jak Tora jest jej wypaczeniem. Brahman i Kabała. Syn Słońce – jest Synem Światła Świata, Synem Nieba, Synem kowala Niebiańskiego, Synem RA – nie jest bogiem -człowiekiem, lecz po prostu Słońcem. Zeus = Dzeus – Twórca Dnia, Pan Światła. Dadźbóg-Mitra  – to więcej niż słońce. Hara – Góra Kary, Hare Kryszenia – Krasy/Kryszny – Dziewanny/Dziwienia-Kupały w Górach Panów (Ural).

 

Świątynia Dziewięciu Kręgów – to dziewięć świątyń z których każda jest poświęcona Trójcom bogów, w sumie 27 bogów było czczonych na Łyścu i ośmiu innych okolicznych górach. Kto zna Magię czert wie co oznacza dziewięć Kręgów poświęconych 27 = 9 bogów.  Wał kultowy kamienny ma 1800 metrów = 9.

 

 

kompleks-c59bwic485tyni-dziewic499ciu-krc499gc3b3w-i-grobc3b3w-krc3b3lewskich-opisanyŚwiątynia Dziewięciu Kręgów – Dziewięć Gór Dziewięciu Tynów

 

Tagged with: ,
Tagged with:
Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 867 obserwujących.