białczyński

Janusz Pagaczewski (1906 – 1975) – astronom i sejsmolog, odkrywca obserwatoriów Mikołaja Kopernika

Posted in Klan, nauka by bialczynski on 16 Luty 2010

Janusz (Michał, Ernest) Pagaczewski był najstarszym dzieckiem Juliana II i Adolfiny II z Tillów Pagaczewskiej. Urodził się w roku 1906 w Krakowie, a zmarł w roku 1975 i został pochowany na cmentarzu w krakowskim Pasterniku. Ukończył astronomię i sejsmologię na Uniwersytecie Jagiellońskim gdzie także doktoryzował się pod okiem profesora Tadeusza Banachiewicza (mimo iż ten nie wręczał mu dyplomu doktorskiego z powodów wręcz anegdotycznych, o  których wspomina któryś z piszących poniższe artykuły.

Mgławica Płomień w podczerwieni
Źródło i prawa autorskie: ESO/J. Emerson/VISTA; Podziękowania: Cambridge Astronomical Survey Unit
Opis: Co jest odpowiedzialne za świecenie Mgławicy Płomień? 1 500 lat świetlnych stąd, w kierunku gwiazdozbioru Oriona, znajduje się mgławica, której świecące i ciemne włókna pyłowe układają się w kształt przypominający wijące się płomienie (na lewo). Jednak to nie ogień, czyli gwałtowne spalanie tlenu, powoduje, że Mgławica Płomień świeci. Odpowiedzialną za to jest jasna gwiazda, Alnitak, najbardziej zachodnia z gwiazd Pasa Oriona. To ona wysyła energetyczne światło w kierunku Mgławicy Płomień, powodując wybijanie elektronów ze znajdujących się tam obłoków wodoru. Najwięcej świtała powstaje w wyniku rekombinacji elektronów i zjonizowanego wodoru. Powyższy obraz Mgławicy Płomień (NGC 2024), o sztucznych barwach, został wykonany w świetle podczerwonym, gdzie widoczne stają się młode gromady gwiazd. Mgławica Płomień stanowi część Wielkiego Obłoku Molekularnego Oriona, obszaru formacji gwiazdowej, do której należy słynna Mgławica Koński Łeb, widoczna w prawym górnym rogu.
ilustrujemy pięknymi opisami i zdjęciami  ze strony http://www.pta.edu.pl
tak tego by właśnie chciał stryj Janusz

Janusz Pagaczewski był wielkim popularyzatorem astronomii i wydawał na tren temat książki. Najpopularniejsze z nich to: Niebo przez lornetkę – I wydanie w 1947 roku i wielokrotnie potem wznawiana oraz Przewodnik po niebie gwieździstym, czy Vademecum astronomiczne wydane ostatni raz w 1977 roku. Wydał również Obserwatoria Mikołaja Kopernika na Warmii (Stowarzyszenie Społeczno-Kulturalne „Pojezierze”, Olsztyn 1967), książkę poświęconą swojemu odkryciu na temat Mikołaja Kopernika i jego obserwatoriów.


Wyspowy Wszechświat Andromedy
Credit & Copyright: Robert Gendler
Opis: Najdalszym obiektem łatwo dostrzegalnym nieuzbrojonym okiem jest M31, słynna Galaktyka Andromedy jakieś dwa miliony lat świetlnych stąd. Lecz bez teleskopu nawet ta wielka galaktyka spiralna – rozciągająca się na ponad 200 000 lat świetlnych – wygląda jak słaba, rozmyta mgiełka w konstelacji Andromedy. Aby ujrzeć jasne, żółte jądro, ciemne, wijące się pasma pyłu, olśniewające błękitne ramiona spiralne oraz gromady gwiazd, trzeba było zapisać tę niezwykłą cyfrową mozaikę teleskopowych obrazów o łącznym czasie ekspozycji ponad 90 godzin. Choć nawet przypadkowi miłośnicy nieba są obecnie natchnieni wiedzą o istnieniu wielu odległych galaktyk, takich jak M31, astronomowie poważnie debatowali nad tą fundamentalną koncepcją zaledwie 80 lat temu. Czy te „mgławice spiralne” są po prostu oddalonymi składnikami naszej własnej Galaktyki Mlecznej Drogi, czy też przeciwnie są „wyspami wszechświata” — odległymi układami gwiazd porównywalnymi z całą Mleczną Drogą? To było kluczowe pytanie słynnej dysputy Shapley-Curtis w latach dwudziestych, na które odpowiedź dały późniejsze obserwacje M31 faworyzujące wyspowy wszechświat Andromedy.
ilustrujemy pięknymi opisami i zdjęciami  ze strony http://www.pta.edu.pl
tak tego by właśnie chciał stryj Janusz

Był adiunktem Uniwersytetu Warszawskiego i z jego ramienia przez wiele lat pracował w Obserwatorium Astronomicznym w Przegorzałach – Pieskowej Skale (dzisiaj w Krakowie, kiedyś pod Krakowem).

Ożenił się z Jadwigą Gawędzką, z którą miał jedno dziecko, syna Jerzego.

Przypominamy tutaj jego postać nieprzypadkowo w tym właśnie czasie, 20 lutego 2010 roku – kiedy odbywają się przygotowania do powtórnego pogrzebu Mikołaja Kopernika. Janusz Pagaczewski poświęcił wiele energii i był wielkim pasjonatem wszelakich poszukiwań materiałów i miejsc związanych z postacią wielkiego Polaka Astronoma – który obalając chrześcijański mit o płaskiej Ziemi i Kopule Niebieskiej, za którą rozpościera się Raj oraz Piekło, otworzył przed Światem drogę do nowoczesnej nauki. Przypomnijmy jednak, że działo się to w atmosferze totalnej – jakbyśmy dzisiaj powiedzieli – nagonki i prześladowania tego dzieła i wszystkich osób zaangażowanych w obalenie Geocentryzmu. Kopernik czekał na publikację swoich odkryć aż do śmierci w 1543 roku. I dobrze, ze umarł bo mógłby się doczekac spalenia swoich ksiąg na stosie albo sam by nań trafił. Kościelna celebra ponownego pochówku odkrywcy i czynienie z Kopernika patrona 750-lecia Biskupstwa Warmijskiego to może jakaś forma zadośćuczynienia ze strony Kościoła.

Dzisiaj często narzekamy na brak noblistów z prawdziwego zdarzenia wśród Polaków („z prawdziwego zdarzenia” tzn. takich, którzy otrzymali nagrodę za prace naukowe i wkład w rozwój nauki a nie sztuki słowa, bądź światowego pokoju). Jednak gdybyśmy mieli wymienić trzy największe odkrycia, które zmieniły dzieje świata w sposób nieodwracalny to pierwszym z nich musiałoby być ogłoszenie publiczne Teorii Heliocentrycznej Kopernika – od tego odkrycia i jego ogłoszenia zaczynają się bowiem dzieje nauki a kończą się nieodwracalnie dzieje magii i alchemii.

Janusz Pagaczewski całe życie marzył o tym, że zostanie odkryte miejsce pochówku Mikołaja Kopernika. Sam był odkrywca miejsc, w których Mikołaj Kopernik żył, działał i tworzył – w tym jego domów, mieszkań, a przede wszystkim pracowni i obserwatoriów.

To Janusz Pagaczewski wskazał dokładnie miejsca, w których przy pomocy jakże prostych narzędzi astronomicznych Mikołaj Kopernik wykonywał obserwacje, pomiary i notatki, przy pomocy których zbudował swoją teorię i dokonał tego dziejowego przełomu, otwierającego myśl ludzką i wyobraźnię na Kosmos i Wszechświat. On także pośrednio przyczynił się do zainicjowania na serio  poszukiwań grobu Mikołaja Kopernika – do końca wierzył, że znalezienie szczątków wielkiego Polaka jest możliwe i że można też będzie kiedyś zbadać jego DNA – po to żeby położyć wreszcie kres pangermańskiej paplaninie i prusko-hitlerowskiej propagandzie przedstawiającej Kopernika jako niemieckiego uczonego.  Dzisiaj zapewne – ta budząca przez dziesięciolecia kontrowersje teza, bo przecież Kopernik miał za matkę Barbarę Watzenrode, z rodziny śląskiej, ale niemiecko-śląskiej, też budzić będzie zapewne wielkie zdumienie i poruszenie wielu czytelników niniejszego artykułu, ale skoro Niemcy okazali się w zasadzie Słowiano-Celto-Wenedami, może nie ma się o co tak bardzo  spierać i zacietrzewiać. Bowiem choćby nie wiem ile krwi niemieckiej płynęło w żyłach Kopernika, to będzie to i tak tylko krew celto-wenedo-słowiańska w 80 do 90%. Proszę wybaczyć mi nieco żartobliwe podejście do tego tematu, ale nowe odkrycia genetyczne rzeczywiście dodają sporo pieprzu do narodowościowego sosu i czynią śmiesznymi wiele dawniejszych sporów historycznych. Można powiedzieć, że parę spraw stanęło „na głowie”.


Na zakończenie umieściliśmy więc aktualny artykuł z lutego 2010 roku na temat przygotowań do powtórnego pochówku Mikołaja Kopernika – jednego z największych odkrywców w dziejach ludzkości, a z pewnością największego i najważniejszego astronoma w dziejach tej nauki.

Trzeba powiedzieć na koniec, że Janusz Pagaczewski mógł był dokonać o wiele bardziej znaczących odkryć w dziedzinie astronomii, jednak na przeszkodzie jego aktywności zawodowej stanęła dramatyczna osobista sytuacja, ciężka i wieloletnia, kładąca się cieniem na całym życiu osobistym i zawodowym, choroba syna – Jerzego.

Janusz Pagaczewski był Strażnikiem Wiary Przyrod(zone)y Słowian.

Oto co  napisali o Januszu Pagaczewskim we wspomnieniach i artykułach inni ludzie , przytaczający jego osobę na marginesie swoich własnych dziejów.

 
 
Scenerie z dwóch półkul nieba
Źródło i prawa autorskie: Babak Tafreshi (TWAN)
Opis: Gwiazdy letniego nieba widoczne powyżej po lewej oraz zimowego nieba po prawej to te same gwiazdy! Oba zdjęcia zrobiono w drugiej połowie grudnia i obejmują podobne regiony nieba. Po lewej widzimy scenerię z wyspy Bruny znajdującej się u wybrzeży Tasmanii (Australia). Po prawej natomiast widzimy niebo nad górami Alborz w północnym Iranie. Jeśli jednakże niebo przedstawione po którejś ze stron nadal wydaje ci się nieznajome najedź na nie kursorem myszy, żeby zobaczyć alternatywną wersję. Zostaną wówczas pokazane zarysy znanego gwiazdozbioru Oriona widzianego z południowej i północnej półkuli Ziemi.
ilustrujemy pięknymi opisami i zdjęciami  ze strony http://www.pta.edu.pl
tak tego by właśnie chciał stryj Janusz

Skąd Kopernik oglądał niebo?

Tomasz Kurs, Olsztyn

2008-11-25, ostatnia aktualizacja 2008-11-25 08:24

Matejko się mylił – Kopernik nie patrzył w niebo z wieży, jak na słynnym obrazie, lecz ze swojego ogrodu. Udało się już znaleźć grób wielkiego astronoma, a teraz archeologowie są na tropie jego obserwatorium we Fromborku.

Obraz Jana Matejki. Kopernik patrzy w niebo z wieży fromborskiej warowni.

  • Potwierdzone: oto szczątki Mikołaja Kopernika (20-11-08, 00:00)

Poszukiwaniami obserwatorium pokieruje Jerzy Sikorski, historyk, dzięki któremu udało się też ustalić miejsce pochówku astronoma. Pomysł, żeby odnaleźć miejsce, z którego Mikołaj Kopernik obserwował niebo, narodził się latem, kiedy w cyklu czwartkowych opowieści o astronomie na łamach olsztyńskiego wydania „Gazety” przypomnieliśmy historię badań, które prowadził na wzgórzu katedralnym. Spotkałem się wtedy z dr. Jerzym Sikorskim i Szymonem Drejem, wicedyrektorem departamentu współpracy międzynarodowej i promocji w urzędzie marszałkowskim, i wspólnie uznaliśmy, że warto odkryć tę jeszcze jedną tajemnicę związaną z Kopernikiem.

Pavimentum w ogródku

Większość z nas ma w pamięci obraz astronoma patrzącego w gwiazdy z wieży, tak jak to uwiecznił na swoim obrazie Jan Matejko. Jednak malarz się mylił. Kanonicy mieszkali w rozrzuconych na wzgórzu katedralnym kuriach, jak nazywano ich domy. Zostały im też przydzielone wieże obronne w murach warowni, by o nie dbali i utrzymywali w gotowości do ewentualnej walki. Kopernikowi przydzielono jedną z siedmiu wież.

- Jednak trudno sobie wyobrazić, żeby wymagające wielkiej dokładności obserwacje były prowadzone z trzęsącego się drewnianego ganku – opowiada Jerzy Sikorski. – Astronom musiał rozstawiać swoje instrumenty astronomiczne w ogrodzie swej kanonii.

W swoim rewolucyjnym dziele „De revolutionibus” („O obrotach”) Kopernik opisał płytę zwaną pavimentum, na której ustawiał instrumenty. Naukowcy szukali jej już w połowie XX w., ale poszukiwania zakończyły się fiaskiem. Na nowy trop natrafił w 1964 r. astronom Janusz Pagaczewski. Przeglądając dziennik Eliasza Cimbera, asystenta astronoma Tychona de Brahe, dotarł do informacji, które zbliżyły do rozwikłania zagadki.

Cimber przyjechał do Fromborka w 1584 r., zaledwie 41 lat po śmierci Kopernika, chciał sprawdzić dokładność pomiarów astronoma. Odnalazł zabudowania, w których mieszkał Kopernik, a w swoim dzienniku zapisał, że żył tam wówczas kanonik Eggert Kempen. Była to pierwsza kuria od strony Zalewu Wiślanego, po zachodniej stronie murów. Młody uczony znalazł wtedy pod liśćmi w ogrodzie słynne „pavimentum” – na płycie były jeszcze widoczne oznaczenia pozostawione przez Kopernika.

Jedyne takie miejsce

Na podstawie akt kapituły warmińskiej udało się potwierdzić, że kuria Kempena rzeczywiście stanęła w miejscu kurii Kopernika – tj. dzisiejszej kurii św. Stanisława. W ten sposób zagadka obserwatorium wydawała się ostatecznie wyjaśniona.

- Już w 1988 r. byłem tam z wybitnym, dziś już nieżyjącym historykiem astronomii prof. Jerzym Dobrzyckim. Zauważył, że na całym wzgórzu było to jedyne miejsce, które pozwalało na niezakłócone obserwacje południowego horyzontu – wspomina Jerzy Sikorski. – Przestaje zatem dziwić, że Kopernik tak usilnie starał się właśnie o tę kurię, mimo że była najdroższa i nikt inny nie palił się, by tam zamieszkać. Był to też jedyny znany mi przypadek, by kapituła zgodziła się na sprzedaż ratalną [nieruchomości]. Kopernikowi nie chodziło o sam budynek, lecz ogród niezbędny do prowadzenia badań. Dzięki Pagaczewskiemu wiemy zatem, gdzie płyty należy szukać. Pozostaje jednak znaleźć właściwe miejsce na obszarze kilkudziesięciu arów. Najpierw ogród zostanie więc przebadany georadarem, by przygotować trójwymiarowy obraz tego, co jest ukryte w ziemi. Przy okazji może uda się odkryć nie tylko płytę, ale także inne tajemnice ogrodu należącego niegdyś do wielkiego kanonika. Badania georadarem być może zaczną się jeszcze w tym roku. Na podstawie ich wyników będą wyznaczone miejsca, w których w przyszłym sezonie będą kopać archeolodzy.

Na poszukiwania zgodził się już biskup pomocniczy archidiecezji warmińskiej Jacek Jezierski, administrujący w imieniu kapituły fromborskim Wzgórzem Katedralnym. – Na pewno warto to miejsce oznakować, by mogło stać się turystyczną atrakcją – mówi duchowny. Poszukiwania obserwatorium sfinansuje urząd marszałkowski. – Uważam, że nadal bardzo słabo wykorzystujemy fakt, że Kopernik właśnie u nas żył i pracował. Toruń robi to o wiele sprawniej. Dlatego chętnie wsparliśmy inicjatywę, która może to zmienić – wyjaśnia marszałek województwa Jacek Protas. Urzędnicy zacierają ręce. – Czeka nas przełom w promocji regionu, niewiele jest tak rozpoznawalnych postaci jak Kopernik – dodaje Jacek Protas.

Znaleźliśmy grób astronoma

Aż do 2005 r. nie było wiadomo, gdzie w katedrze fromborskiej jest pochowany Kopernik. Dopiero jesienią 2005 r., po roku poszukiwań w podziemiach kościoła archeolodzy znaleźli prawdopodobny grób i szczątki astronoma. Ale nie mieli całkowitej pewności. Ostateczne potwierdzenie przyszło w zeszłym tygodniu ze Szwecji, gdzie udało się porównać DNA ze szczątków znalezionych we Fromborku z materiałem genetycznym z włosów znalezionych w księgach Kopernika znajdujących się dziś w bibliotece uniwersyteckiej w Uppsali.

Źródło: Gazeta Wyborcza

Futro z lisa, jednorożec i choinka
Źródło i prawa autorskie: R Jay Gabany
Opis: Na tym wspaniałym obrazku nieba wypełnionego jarzącym się wodorem można zaobserwować wiele szczegółów. Pośrodku widoczna jest gwiazda zmienna S Mon leżąca w niezbyt jasnym, ale mimo wszystko niezwykłym gwiazdozbiorze JednorożcaMonoceros). Rejon formowania się gwiazd (NGC 2264) – złożona mieszanina kosmicznego gazu i pyłu – jest odległy o około 2700 lat świetlnych i miesza ze sobą ciemne, międzygwiazdowe obłoki pyłowe z czerwonawymi mgławicami emisyjnymi, wzbudzanymi przez energetyczne światło pochodzące z nowonarodzonych gwiazd. Obłoki pyłowe, zwykle słabo widoczne, leżące w pobliżu gwiazd również odbijają światło tych gwiazd, formując niebieskie mgławice refleksyjne. Szerokość zdjęcia odpowiada rozpiętości kątowej około 1.5 stopnia (czyli prawie trzem Księżycom w pełni), co przy takiej odległości w jakiej znajduje się NGC 2264 jest równoznaczne z 70 latami świetlnymi. Naszymi dzisiejszymi bohaterami kosmicznymi są: Mgławica Stożek (ang. Cone Nebula) (daleko po lewej), Mgławica Futro Lisa (ang. Fox Fur Nebula), której powykręcana skóra leży poniżej S Mon, i gromada gwiazd Choinka (ang. Christmas Tree). Trójkątną gromadę Choinka widać nieco z boku, z wierzchołkiem w Mgławicy Stożek i szerszą podstawą wyśrodkowaną na S Mon.
ilustrujemy pięknymi opisami i zdjęciami  ze strony http://www.pta.edu.pl
tak tego by właśnie chciał stryj Janusz

Lubomir, Oklejna (1922–1944)

Rozalia Szafraniec

Światowej sławy profesor Dr Tadeusz Banachiewicz stawiał na równi prace teoretyczne z obserwacyjnymi. Zwykł był mówić: „Observo ergo sum”. Toteż już w początkach swojej pracy w Obserwatorium Krakowskim, jako dyrektor (marzec 1919 – listopad 1954), starał się znaleźć możliwości prowadzenia prac obserwacyjnych. Szukał poza Krakowem miejsca mającego lepsze warunki obserwacyjne. W wyniku tych starań w 1922 roku powstała Stacja Narodowego Instytutu Astronomicznego na Łysinie w paśmie Myślenicko-Limanowskim. Stacja znajdowała się na gruncie i w domku bezinteresownie udzielonym przez księcia Kazimierza Lubomirskiego. Stacja utrzymywała się głównie z funduszów, asygnowanych przez Wydział Nauki Ministerstwa Oświecenia, a także ze składek amerykańskich, o które starał się Dyrektor. K, Lubomirski ofiarował szczyt góry Łysiny (912 m n.p.m.), stąd od nazwiska ofiarodawcy Stacja otrzymała nazwę Lubomir. Nazwa ta później znalazła się na mapach geograficznych oraz w spisach stacji astronomicznych. W Małej Encyklopedii Powszechnej PWN wydanej w 1959 roku jest wymieniony Lubomir, natomiast nie ma Łysiny.

Stacja była skromnie wyposażona. Prócz domku mieszkalnego stał na polanie pawilonik obserwacyjny, zbudowany z drzewa z otwierającym się na zewnątrz dachem. Mieściły się w nim dwie lunety: refraktor Merz. Była jeszcze duża lornetka Zeissa — szukacz, która służyła do szukania komet i obserwacji jasnych gwiazd z glorietki, wystawionej obok pawilonu na wysokich słupach tak, aby można było obserwować niebo blisko horyzontu. Na polanie stała też budka z instrumentami meteorologicznymi i deszczomierz. W latach 30-tych wmurowano słup dla ustawienia refraktora.

Jedno pomieszczenie w domku stanowiło pracownię. Było wyposażone w niewielką bibliotekę, chronometr, odbiornik radiowy na akumulatory (nie było prądu), arytmometr, biurko, stół i krzesła. Pozostałe trzy pomieszczenia — to pokój mieszkalny obserwatora, pokój zajmowany przez pomocnika obserwatora — Władysława Lisa (który przebywał na Lubomirze prawie od początku istnienia Stacji aż do jej spalenia w 1944 roku) oraz kuchnia, którą zajmowała Katarzyna Lis, prowadząca gospodarstwo.

Obserwatorami na Lubomirze byli czasowo tam przebywający pracownicy Obserwatorium Krakowskiego. Pierwszym kierownikiem Stacji, a zarazem głównym jej organizatorem był Jan Gadomski (1922–1924). Dalej Lucjan Orkisz (1924–1927), Jan Mergentaler (1927–1933), Rozalia Szafraniec (IV 1934–X 1935), Maria Makowiecka (X 1935–1936), Władysław Tęcza (1936–1944) z przerwami w latach 1939, 1941, 1942, 1943, co wynika z zapisywanych obserwacji. W latach okupacji hitlerowskiej w pewnych dłuższych okresach czasu przebywał na Lubomirze Fryderyk Koebcke.

Czasowo bawili na Stacji Lubomir w celach naukowych Edward Stenz w 1923 roku dla pomiarów promieniowania Słońca, Kazimierz Kordylewski w 1924 roku dla obserwacji Marsa oraz Tadeusz Olczak w 1927 roku dla pomiarów magnetycznych. Odwiedzali Stację Lubomir Józef Witkowski, Janusz Pagaczewski, Jan Piegza, Stefan Szczyrbak dla dokonania obserwacji gwiazd zmiennych lub dla zastępstwa kierownika Stacji. S. Szczyrbak rozpoczął pracę w Obserwatorium Krakowskim 1 VI 1930 roku i bywał na Lubomirze w czasie tzw. „bezkrólewia” po odejściu jednego kierownika, a przed przyjściem innego. Czasem takie „bezkrólewia” trwały— np. w 1938 roku trwało to około.

S. Szczyrbak był głównym obserwatorem na Stacji Oklejna, położonej na wzgórzu w paśmie Myślenickim, między Myślenicami i Lubomirem. K. Kordylewski był głównym organizatorem Stacji Oklejna. Stacja ta była czynna od marca 1931 roku do końca roku 1934. Głównym jej celem było badanie warunków atmosferycznych i porównanie ich z Lubomirem dla powzięcia decyzji ewentualnego zbudowania Narodowego Obserwatorium Astronomicznego. Po 1934 roku nie prowadzono dalszych obserwacji na Oklejnie, luneta została przewieziona do Obserwatorium, a pawilon uległ z czasem zniszczeniu.

Stacja Lubomir została spalona przez hitlerowców 15 września 1944 roku, a w pierwszych latach po wojnie Prof. T. Banachiewicz nie widział możliwości odbudowania obserwatorium na Lubomirze.

(Źródło: „Urania” nr 5/1984)

Wielki Obłok Magellana
Źródło i prawa autorskie: Robert Gendler
Opis: Szesnastowieczny, portugalski żeglarz Fernando de Magellan i jego załoga podczas pierwszego opłynięcia Ziemi mieli dużo czasu na studiowanie południowego nieba. Stąd też dwa chmuropodobne obiekty łatwo dostrzegalne dla obserwatorów na południowej półkuli znane są pod nazwą Obłoki Magellana. Oczywiście te obłoki gwiazd dziś uważane są za niergularne galaktyki karłowate, będące satelitami naszej Drogi Mlecznej. Znajdujący się w odległości około 160 tysięcy lat świetlnych w gwiazdozbiorze Złotej Ryby (Dorado), Wielki Obłok Magellana (Large Magellanic Cloud) widoczny jest tutaj na niezwykle szczegółowym, składającym się z 10 klatek złożonym zdjęciu. Rozciągając się na około 30 000 lat świetlnych, jest najbardziej masywną z galaktyk-satelit Drogi Mlecznej, stanowiąc jednocześnie miejsce wybuchu najbliższej supernowej naszych czasów. Rzucający się w oczy czerwony obłoczek po prawej stronie to 30 Doradus, zwana też Magławicą Tarantula, ogromny region formowania się gwiazd w  Wielkim Obłoku Magellana. Aby zidentyfikować położenie supernowej oraz odnaleźć drogę wśród wielu gromad gwiazd oraz mgławic przyjrzyj się temu, dobrze opisanemu widokowi.
ilustrujemy pięknymi opisami i zdjęciami  ze strony http://www.pta.edu.pl
tak tego by właśnie chciał stryj Janusz

W pięćdziesięciolecie śmierci Profesora Tadeusza Banachiewicza (1882-1954),
wielkiego astronoma z Krakowa.

TADEUSZ BANACHIEWICZ   –   MISTRZ I NAUCZYCIEL

ADAM STRZAŁKOWSKI

Profesor Tadeusz Banachiewicz, 1946.

W marcu 1946 r. odbyło się pierwsze po wojnie spotkanie władz Międzynarodowej Unii Astronomicznej (MUA) w Kopenhadze, w którym wziął udział Profesor Banachiewicz. Leciał wtedy przez Sztokholm, gdzie ktoś zrobił mu to zdjęcie. Profesor był prezesem Komisji Ruchu i Figury Księżyca MUA.
(Fotografia ze zbiorów Adama Strzałkowskiego, otrzymana niegdyś od Dr. Janusza Pagaczewskiego.)

Jestem zapewne jednym z ostatnich, którzy mogą twierdzić, że Profesor Tadeusz Banachiewicz był ich Mistrzem. Z tego względu mój artykuł będzie miał w dużej mierze charakter osobistych wspomnień.

Przygotowując niedawno sesję Polskiej Akademii Umiejętności poświęconą Profesorowi Władysławowi Natansonowi przeczytałem z pewnym zdziwieniem we wspomnieniach Leopolda Infelda i Arkadiusza Piekary, że jakkolwiek Natanson nie miał uczniów – jedynym jego doktorem był Infeld, ale i on promował się na podstawie pracy wykonanej w Berlinie – to obaj uważali go za swojego Mistrza.

Czym innym jest bowiem nauczyciel, a czym innym mistrz. Nauczyciel przekazuje swym uczniom wiedzę, kieruje ich pracami naukowymi, dba o kolejne kroki w ich naukowej karierze, często tworzy to co nazywamy „szkołą”, Mistrz natomiast wpływa na ich formację całą swą postawą życiową, swymi szerokimi poglądami, całym swoim życiem i działaniem.

Tadeusz Banachiewicz był na pewno naszym i Nauczycielem i Mistrzem.

Profesor Tadeusz Banachiewicz w czapeczce jak Gauss, którą zwykle nosił.
Profesor zawsze był pod ogromnym urokiem Gaussa.
(Fotografia ze zbiorów Adama Strzałkowskiego, otrzymana niegdyś od Dr. Janusza Pagaczewskiego.)

Był naszym Nauczycielem w pierwszym rzędzie przez swoje wykłady. Były to wykłady znakomite. Nie tylko przez swoją treść, dobre przygotowanie i wygłoszenie, ale przede wszystkim dlatego, że stawiał w nich Banachiewicz przed słuchaczami nowe problemy naukowe do rozwiązania. Często zaraz po wykładzie biegliśmy do naszych pracowni i staraliśmy się te problemy zaatakować. Wiele prac naukowych w Obserwatorium Astronomicznym w Krakowie powstawało w ten właśnie sposób. Tak na przykład narodziło się rozwiązanie postawionego przez Profesora na wykładzie z geodezji wyższej problemu odwracania szeregów potęgowych w dwóch zmiennych. Dla jednej zmiennej rozwiązanie było znane – algorytm był skomplikowany ale znany. Dla dwóch zmiennych nikt nie podał jeszcze takiego rozwiązania. W Obserwatorium rozwiązanie takie znaleziono w algorytmie krakowianowym, a główne zasługi położył w tym Tadeusz Kochmański 1).

Profesor traktował swe wykłady niezwykle poważnie. Wykładał zawsze we czwartki i w soboty od godz. 6 do 8 i był to dzień, w którym pod żadnym warunkiem nie wolno mu było zawracać głowy. Nawet nie można było do niego zatelefonować. Wykładał bardzo porządnie, systematycznie. Pamiętam, że gdy raz się pomylił przy wyprowadzaniu wzorów był tym niezwykle zdenerwowany. Nie lubił pytań przerywających mu tok wykładu, ale zawsze starał się na nie odpowiadać. Gdy nie znał odpowiedzi, to nie zbywał pytającego, jak to się często wykładowcom zdarza, ale odkładał wyjaśnienie do następnego wykładu, gdy mógł już odpowiedź przygotować.

Słuchaczy nie miał wielu. Byli to przede wszystkim „słuchacze płatni” – jak sam ich nazywał, to znaczy pracownicy Obserwatorium. Za moich czasów chodzili jeszcze na wykłady Banachiewicza matematycy, Krzysztof Tatarkiewicz i Zdzisław Krzystek, pojawiali się też dość dziwni słuchacze, jak wykładowca spawalnictwa na AGH Inż. Syryjczyk, czy Inż. Władysław Kucharski, starszy pan, prezes Polskiego Towarzystwa Miłośników Astronomii, przemysłowiec i minister pierwszych rządów u progu II Rzeczpospolitej. W pewnym okresie na wykłady Banachiewicza uczęszczała i to dość regularnie dobrze już starsza pani. Profesor uważał, że chodzi jej o kartki żywnościowe, my przypuszczaliśmy, że po prostu kocha się w Profesorze. Później dopiero pojawili się pierwsi studenci astronomii, Maciej Mazur, Edward Dobrowolski i Zbigniew Kowalski.

Ponieważ Profesor wykładał tylko dwa razy w tygodniu nie było możności wysłuchać w czasie studiów wszystkich wykładów koniecznych do egzaminów z astronomii. Należało się uczyć z notatek prowadzonych w latach poprzednich przez któregoś z „płatnych słuchaczy”. Pamiętam takie notatki w wykładów z wyznaczania orbit czy rachunku krakowianowego prowadzone przez Dr Lidię Stankiewicz, później Piegzową. W pierwszych latach powojennych przedmiotem wykładów Banachiewicza były: geodezja wyższa, podstawy statystyki, astronomia praktyczna i sferyczna, wyznaczanie orbit i mechanika nieba.

Egzamin u Banachiewicza nie był przyjemny. Profesor uważał, że należy dać studentowi szanse, zatem zadawał pytanie i czekał – potrafił czekać bardzo długo – ale nie pomagał, nie starał się naprowadzić studenta na właściwą odpowiedź.

Zdjęcie, które ja zrobiłem w roku 1947 lub 1948 –
są na nim niemal wszyscy pracownicy Obserwatorium Astronomicznego Uniwersytetu Jagiellońskiego;
brakuje Dr. Karola Kozieła, który dojeżdżał z Cieszyna i nie było go wtedy w Krakowie, oraz mnie, który robiłem to zdjęcie.
Od prawej: Tadeusz Banachiewicz, Kazimierz Kordylewski, Lidia Stankiewicz, Helena Jaśko, Józef Ryzner,
Aldona Szczepanowska, Stefan Piotrowski, Irena Kocyan.
(Fot.   Adam Strzałkowski)

Ważnym elementem życia naukowego Obserwatorium były cotygodniowe zebrania naukowe z piątki. Miały swój jeszcze z przed wojny rytuał. Latem była na zebraniach cassata, zimą ciastka. Zaczynały się o godzinie 6, kończyły zawsze punktualnie o 8 i). Związane to było z przedwojennym asystentem Obserwatorium, Kanią, którego denerwowały przedłużające się zebrania, gdy tymczasem on miał umówioną randkę. Zaproponował zatem godzinę 8 jako nieprzekraczalny limit czasowy. I to trwało – również po wojnie, już bez Kani, było ściśle przestrzegane. Wystarczyło, że o 8 godzinie ktoś przypomniał : Lex Kania! – i nawet Profesor przerywał w połowie zdania i kończył zebranie.

Zebrania zaczynały się zwykle omawianiem korespondencji, którą otrzymywał Banachiewicz, bieżących spraw naukowych Obserwatorium, czasem był referat kogoś z zespołu lub zapraszanego wykładowcy zewnątrz. Wiele zagadnień naukowych nad którymi później pracowaliśmy, wyłaniało się na tych zebraniach.

Profesor sugerował swym współpracownikom zadania naukowe, którymi mają się zająć. Były to niekiedy problemy, którymi on jeszcze zajmował się w dawnych latach, w Kazaniu, czy w Getyndze. Tak zasugerował nam zajęcie się problemem transferu promieniowania w atmosferach planet. Stefan Piotrowski miał zająć się teoretycznym rozwiązaniem równania transferu, ja obserwacjami. Powstała wtedy znakomita praca Piotrowskiego, w której podał on analityczne rozwiązanie tego równania 2).

Zanim zrobiłem grupowe zdjęcie (to powyżej),
Dr. Kazimierz Kordylewski pobiegł do swojego mieszkania na I piętrze budynku Obserwatorium,
przyniósł swój aparat i zrobił mi – fotografującemu – to zdjęcie.
Jest to moje pierwsze zdjęcie kolorowe – jak zdumiewająco dobre są kolory mimo upływu ponad 50 lat!
(Fot.   Kazimierz Kordylewski)

Ja miałem wykorzystać wyprowadzone przez Piotrowskiego wzory do interpretacji moich wyników obserwacyjnych. Otóż zasadą, którą Banachiewicz sam stosował i nas tego uczył, było przeliczanie rachunków teorii, którą miało się w swej pracy stosować. Sam dzięki temu wykrył w różnych teoriach błędy i uzyskał nowe wyniki teoretyczne.

Musiałem przeliczyć wzory Piotrowskiego i przedstawić te rachunki Profesorowi. To nie było jeszcze takie trudne, bo jak twierdzi Prezes PAU Profesor Andrzej Białas, nie ma większego problemu z wyprowadzeniem wzorów, gdy się wie, co ma wyjść.

Gorzej było z innym problemem związanym już bezpośrednio z moją pracą obserwacyjną. Miałem obserwować fotometrycznie Wenus. Poza Słońcem i Księżycem jest ona najjaśniejszym obiektem na niebie, nie jest zatem łatwo nawiązać jej jasności do jakiegoś standardu. Narzuca się tu Słońce, ale różnica jasności wynosi przeszło 20 wielkości gwiazdowych! Banachiewicz zasugerował mi porównywanie jasności Wenus z jasnością Słońca zredukowaną przez odbicie w kuli. I oczywiście kazał mi wyprowadzić potrzebne do tego wzory. Gdy pokazałem Profesorowi wyniki, ten zaprowadził mnie do biblioteki i w jakimś czasopiśmie wyszukał rozwiązanie tego problemu. Byłem trochę zły ale i dumny, bo wzory się zgadzały.

Dobrałem i zdobyłem kule do tych obserwacji i zawiesiliśmy je na kopule Zakładu Lubomirskich (obecnie Wyższej Szkoły Ekonomicznej – do niedawna tam wisiała i została usunięta dopiero niedawno przy remoncie tej kopuły), na wieży kościoła Jezuitów (powinna tam jeszcze wisieć), a trzecią już nie pamiętam gdzie.

Niestety niewiele wyszło z tych pomiarów dla Wenus. Obserwowałem dość dużo na niebie wieczornym, ale brakowało mi faz Wenus, gdy przed Słońcem pojawiała się na niebie porannym. Wymagało to wstawania i udawania się do Obserwatorium w środku nocy, a nigdy nie można było być pewnym, jaka będzie pogoda.

Ale Banachiewicz nie miał do mnie o to pretensji. Podejrzewam, że sam miał podobne problemy w swoich obserwacjach w Kazaniu. Zaaprobował zajęcie się przeze mnie transferem światła w naszej ziemskiej atmosferze 3).

Zawsze interesował się postępami naszych prac. Nie znosił tylko pytań. Mówił wtedy lekko poirytowanym głosem:

– Niech się Pan nie pyta! Niech Pan coś zaproponuje, a ja to skrytykuję.

Łagodnie traktował nasze niepowodzenia i błędy. Mawiał w związku z naszymi zmyłkami – tak się u niego nazywały błędy rachunkowe:

Nie myli się tylko ten, kto nie liczy.

Sam skarżył się często na swoje własne zmyłki. Uważał, że najistotniejsze jest nie unikanie lecz znalezienie popełnionych błędów. Sam robił to wręcz znakomicie. Gdy przychodziło się do niego z wynikami obliczeń, to przez chwilę się w nie wpatrywał, potem pokazywał palcem i mówił:

Tu jest błąd!

Początkowo nie mogłem zrozumieć, jak on to robi i zajęło mi trochę czasu nim to odkryłem.

Tolerował błędy, ale bezwzględnie tępił tych, którzy do błędów się nie przyznawali i starali się je ukryć. Znany był z tego nie tylko w kraju, ale i w skali międzynarodowej. Na tę rzetelność w nauce zwracał szczególną uwagę i nas tego nauczył.

Nauczył nas uznania dla rachunków numerycznych i techniki ich wykonywania. Sam dużo liczył i rozwijał metody rachunkowe przede wszystkim w postaci rachunków krakowianowych 4). Jako ilustrację chciałem tu tylko powiedzieć, że jeszcze dzisiaj mogę przeprowadzić wyrównanie pomiarów metodą najmniejszych kwadratów w algorytmie krakowianowym bez zaglądania do podręcznika, podczas gdy jest to zupełnie niemożliwe w algorytmie Gaussa. Raz tylko próbowałem przeprowadzić taki rachunek, ale ciągle się myliłem i w końcu go nie skończyłem.

Zwracał nam Banachiewicz uwagę na szereg aspektów ważnych w pracy naukowej. Wymagał znajomości języków obcych. Sam władał kilkoma i mawiał, że najtrudniej jest nauczyć się pięciu pierwszych języków. Mnie kazał kiedyś zreferować pracę Rebera o radioastronomii napisaną po hiszpańsku, nie pytając w ogóle czy potrafię. Zrodziła się z tego zresztą krakowska radioastronomia 5).

Ale to wymaganie znajomości języków obcych miało u Profesora pewne granice. Wysłał mnie kiedyś do Warszawy z poleceniem przeczytania artykułu o krakowianach w czasopiśmie znajdującym się w bibliotece NOT-u. Z przerażeniem stwierdziłem, że praca jest po węgiersku i niewiele rozumiem. Gdy zawiadomiłem o tym Profesora po powrocie do Krakowa, ten powiedział:

– No, tak też przypuszczałem. Ale czy mógł Pan przynajmniej dojść do tego, czy oni tam chwalą, czy ganią krakowiany?

Miał Banachiewicz wielu uczniów. Często uważa się, że podstawową cechą dobrego nauczyciela i mistrza jest stworzenie szkoły. Czy Banachiewicz taką szkołę stworzył? Można odpowiedzieć, że nie jedną. Przede wszystkim stworzył szkołę rachunków numerycznych rozwijającą metody krakowianowe 6). Należało do niej nie tylko wielu polskich astronomów, geodetów i matematyków, ale także wielu uczonych zagranicą. Gdy w końcu lat 1950-tych przebywałem na stażu w Anglii musiałem wykonać pewne rachunki na największej wówczas w Europie maszynie cyfrowej ATLAS w Manchesterze. Zapytałem tamtejszych rachmistrzów, czy znają krakowiany. Okazało się, że tak.

Druga stworzona przez Banachiewicza szkoła zajmowała się badaniami obserwacyjnymi i teoretycznymi gwiazd zmiennych zaćmieniowych 7). Kraków stał się na świecie jednym z przodujących ośrodków w tej dziedzinie i ta tradycja na szczęście trwa.

Trzecią wreszcie szkołę Banachiewicza stanowiły prace nad ruchami Księżyca 8). Rozpoczęły się jego pracami jeszcze w Kazaniu. Oddziaływał w tej dziedzinie nie tylko na swych uczniów i z kolei ich uczniów w Krakowie, ale i w skali międzynarodowej jako prezydent Komisji Księżycowej Międzynarodowej Unii Astronomicznej.

Na zakończenie związana z tym anegdota. Uważam, że nic tak jak takie dykteryjki nie nadaje rumieńców historii. Uwagi o szkołach Banachiewicza chciałem zilustrować informacjami o wypromowanych przez niego doktorach. Udałem się w tym celu do Uniwersyteckiego Archiwum i tam mimo trwającej jeszcze przeprowadzki udostępnione mi potrzebne materiały. Znalazłem w nich, że Banachiewicz był promotorem takich znanych astronomów jak Jan Gadomski (1925), Eugeniusz Rybka (1926), Karol Kozieł (1945), Lidia Stankiewicz (1946). Ale ze zdumieniem stwierdziłem, że promotorem takich bez wątpienia uczniów i współpracowników Profesora jak Jan Mergentaler, Junusz Pagaczewski, a przede najbliższy mu człowiek Kazimierz Kordylewski, był nie Banachiewicz a geograf, Profesor Jerzy Smoleński. Nie wiem czemu tak było, ale w jednym przypadku znam dobrze powód. Tuż przed wojną doktoryzował się Stefan Piotrowski. Rektorem był wtedy Profesor Władysław Szafer. Tradycyjnie, jak każdy dyrektor obserwatorium astronomicznego mieszczącego się w ogrodzie botanicznym, Banachiewicz był w ostrym konflikcie z botanikiem Szaferem, dyrektorem Ogrodu Botanicznego UJ. Otóż Banachiewicz oświadczył, że na promocji nie będzie siedział obok Szafera. Piotrowski prosił wtedy swego teścia, właśnie Profesora Smoleńskiego, aby ten namówił Szafera na delegowanie na tę promocję prorektora. Szafer, gdy się dowiedział o przyczynie, oświadczył, że właśnie przyjdzie osobiście na tę promocję. No i Banachiewicz nie promował Stefana Piotrowskiego.


Literatura:

  1. Tadeusz Kochmański: Algèbre Nucléaire, Acta Astr. c5 (1952) 51.   (powrót)
  2. Stefan Piotrowski: The Planetary Problem of Radiative Transfer, Acta Astr. c4 (1947) 57.   (powrót)
  3. S. Piotrowski, A. Strzałkowski: The law of the darkening of clouds, Acta Astr. a4 (1949) ??.
    Adam Strzałkowski: Investigations on the Scattering of Radiation in the Earth’s Atmosphere, Acta Astr. c5 (1955) 95.   (powrót)
  4. Tadeusz Banachiewicz: Rachunek Krakowianowy, PWN Warszawa (1959).   (powrót)
  5. Józef Masłowski, Adam Strzałkowski: 50 lat krakowskiej radioastronomii, Prace Komisji Historii Nauki PAU 7 (2005).   (powrót)
  6. Jan Mietelski: Tadeusz Banachiewicz i jego krakowiany, Prace Komisji Historii Nauki PAU 4 (2002) 5.   (powrót)
  7. T. Zbigniew Dworak: Kraków – centrum obserwacji gwiazd zaćmieniowych, Prace Komisji Historii Nauki PAU 5 (2003) 5.   (powrót)
  8. Jan Mietelski: Prace nad ruchami i figurą Księżyca w Obserwatorium Krakowskim, Prace Komisji Historii Nauki PAU 8 (2006).   (powrót)
  1. W obserwatorium krakowskim, jak w całym świecie astronomicznym rachubę godzin zaczynano w południe.
    Chodziło po prostu o to, żeby w nocy podczas obserwacji nie zmieniać daty   (powrót)

Nota edytorska: Powyższy tekst był referatem wygłoszonym na sesji w Polskiej Akademii Umiejętności poświęconej Tadeuszowi Banachiewiczowi w dniu 29 października 2004 r. Tekst tego referatu ukaże się w poświęconej Tadeuszowi Banachiewiczowi książce w serii wydawniczej Polskiej Akademii Umiejętności zatytułowanej „W służbie nauki”.

Mgławica Wiatru Pulsara w Krabie
Źródło: NASA / CXC / SAO / F. D. Seward, W. H. Tucker, R. A. Fesen
Opis: Pulsar Kraba, namagnetyzowana gwiazda neutronowa o rozmiarach miasta i obracająca się 30 razy na sekundę, znajduje się w centrum tego niezwykłego zdjęcia wykonanego przez orbitalne obserwatorium Chandra. Głębokie, rentgenowskie zdjęcie dostarcza pierwszego, wyraźnego widoku obrysów mgławicy wiatru z pulsara Kraba. Niczym kosmiczne dynamo, pulsar zasila emisję rentgenowską. Energia pulsara przyspiesza naładowane cząstki, co wytwarza niesamowite świecenie rentgenowskich dżetów wychodzących z biegunów oraz intensywny wiatr z obszarów równikowych. Intrygujące krawędzie produkowane są przez wyświecające się, naładowane czątki, które ostatecznie tracą energię w wyniku oddziaływania z silnym polem magnetycznym pulsara. Mający masę większą, niż Słońce i gęstość jądra atomowego, wirujący pulsar sam jest zapadniętym jądrem masywnej gwiazdy. Zapadnięcie się gwiezdnego jądra wywołało wybuch supernowej, który został odnotowany w roku 1054. To zdjęcie z Chandry obejmuje niecałe 9 lat świetlnych przy odległości do Kraba szacowanej na 6000 lat świetlnych.
ilustrujemy pięknymi opisami i zdjęciami  ze strony http://www.pta.edu.pl
tak tego by właśnie chciał stryj Janusz

Jak zostałem astronomem?

(O studiach astronomicznych przed pół wiekiem)

Konrad Rudnicki

Konrad Rudnicki piastujący lwa na łonie. Rok 1936. W tym czasie opracowywał metodę pomiaru odległości Księżyca od Ziemi

Kiedy się zostaje astronomem? Czy od chwili otrzymania dyplomu uniwersyteckiego? Czy od pierwszej publikacji? Czy od pierwszego poważnego spojrzenia na niebo? Można dyskutować…

Od kiedy ja jestem astronomem? Chyba byłem nim od zawsze. Moi rodzice opowiadali, że mając cztery lata, na pytanie kim będę, odpowiadałem już nieodmiennie — astronomem. Mój brat Kazimierz, zmarły przed moim urodzeniem, pozostawił po sobie lunetę ze starego niwelatora, atlasik astronomiczny M.Arcta i kilka nakreślonych własnoręcznie mapek nieba. Dużo w domu opowiadano o bracie, jaki był mądry, zdolny i dobry. Moim nieśmiałym marzeniem było dorównać bratu. Odnosiłem się z szacunkiem do pozostawionych przez niego książek, instrumentów i notatek. Czułem się szczęśliwy, gdy w miarę jak rosłem, coraz więcej pozwalano mi z nich korzystać.

Moją pierwszą pracą astronomiczną było opracowanie metody pomiarów odległości Księżyca od Ziemi. Lunetka mego brata miała wyciąg okularowy z zębatką. Zauważyłem, że inaczej trzeba wysunąć okular do oglądania ściany pokoju, inaczej — sąsiedniego domu. Postanowiłem więc wykreślić eksperymentalnie przy zębatce podzia łkę odległości, ekstrapolować ją, nastawić ostro na Księżyc i odczytać odległość. Niestety z ekstrapolacją były kłopoty. Nastawienia na odległą stodołę i na szczyt dalekiej góry niczym się od siebie nie różniły. Odległości Księżyca od Ziemi nie zmierzyłem, ale zrozumiałem, co znaczy „ogniskować na nieskończoność”.

Była wojna. Przenieśliśmy się na stałe z Warszawy do Sulejowa nad Pilicą. Materiał kolejnych klas gimnazjum i liceum zdawałem jako ekstern na kompletach tajnego nauczania w pobliskim Piotrkowie Trybunalskim. Pamiętam, jak w czasie egzaminu z kolejnej klasy do pokoju wszedł niespodziewanie zakwaterowany właśnie w tym domu oficer niemiecki. Sytuacja była niebezpieczna. Rozłożona przede mną praca pisemna nie pozostawia ła wątpliwości co do charakteru mojej wizyty. Profesorka, w pełni opanowana, powiedziała nieomal prawdę: „To mój prywatny uczeń”. Wojskowy się uśmiechnął, skłonił i wyszedł. Uznał sytuację za normalną. Frontowy oficer nie orientował się w warunkach panujących w Generalnej Guberni. Gorszych wpadek nie było.

Wraz z czworgiem rodzeństwa Wójcików założyliśmy instytucję nazwaną szumnie — od dzielnicy Sulejowa gdzie stał ich dom — Obserwatorium Astronomicznym na Dobrej Wodzie. Łącznie obserwatorów było około dziesięcioro. To obserwatorium było chyba prawdziwe, bo wychowało dwóch profesorów astronomii i dwóch innych pracowników badawczych1. Nasze obserwacje robione bez żadnych instrukcji nie miały najmniejszego znaczenia naukowego, ale udało się nam wyznaczyć okresy obiegów galileuszowych księżyców Jowisza, obliczyć dla nich efemerydy i stwierdzić ich poprawność. Odnotowaliśmy to dumnie w wydawanej i rozpowszechnianej przez nas co miesiąc gazetce astronomicznej. Za tę gazetkę można się było dostać do obozu koncentracyjnego. Ale to byłby powód drobny. Istniały ważniejsze. Pracowaliśmy wszyscy również w poważnej konspiracji, każdy w innej. Od zimy 1943/44 wypadło nam zapomnieć o obserwacjach. Powołano nas do oddziałów partyzanckich naszych organizacji. Z braci Wójcików jednego do Armii Krajowej, drugiego — do Batalionów Chłopskich, a mnie — do Gwardii Ludowej.

W lutym 1945 r. mój oddział partyzancki rozwiązano. Uniknąłem dalszej służby wojskowej. Zdołałem szybko uzupełnić brakujące egzaminy i otrzymać jeszcze w czasie trwającej wojny Świadectwo równoznaczne ze świadectwem dojrzałości wystawione przez Państwową Komisję Weryfikacyjną do legalizacji wyników tajnego nauczania w Piotrkowie Trybunalskim.

We wrześniu tegoż roku Uniwersytet Warszawski ogłosił zapisy na kolejny (tym razem legalny) rok akademicki. Zapisałem się na Wydział Matematyczno-Przyrodniczy, kierunek astronomia i czekałem egzaminu konkursowego. Chętnych na ten kierunek było troje2 . Zostaliśmy przyjęci nie tylko bez konkursowego, ale w ogóle bez żadnego egzaminu. Zaczęły się studia w ocalałym budynku fizyki przy ulicy Hożej 69, gdzie znalazły schronienie również matematyka i astronomia. Sale były z początku ciasne i nieopalane, czasem miejsca siedzące bez pulpitów lub stołów do pisania, czasem nawet miejsce tylko stojące. Ale cieszyło piękno wielkiej nauki, bo zgodnie z przedwojennymi zasadami podstawowe przedmioty prowadzili wybitni naukowcy. Młodszych pracowników oprócz prowadzenia ćwiczeń dopuszczano w zasadzie tylko do wykładów specjalistycznych i monograficznych dla dalszych lat. Dopiero dziś zdaję sobie sprawę, jak wielkim darem było to obcowanie od samego początku studiów z wielkimi ludźmi. Weźmy taką matematykę. Dla pierwszego roku analizę matematyczną wykładał Kazimierz Kuratowski, geometrię analityczną — Karol Borsuk, a algebrę wyższą sam Wacław Sierpiński (jest obecnie krater na Księżycu jego imienia!). Studenci astronomii i fizyki słuchali wykładów matematycznych tych samych co studenci matematyki. Podobnie matematycy słuchali fizyki doświadczalnej wykładanej przez Aleksandra Jabłońskiego, a potem przez Stefana Pieńkowskiego dla fizyków. Nie było jakiejś „astronomii dla fizyków”, „fizyki dla matematyków” czy „matematyki dla astronomów”. Były wykłady prawdziwej astronomii, fizyki i matematyki. Co najwyżej istniał zróżnicowany spis działów wymaganych przy egzaminie. Bywały z tym pomyłki. Logiki matematycznej słuchałem u Andrzeja Mostowskiego (tego przedwojennego) i chodziłem amatorsko przez cały rok na wykłady i ćwiczenia, choć jako astronoma obowiązywał mnie egzamin tylko z pierwszej części. Z tej też części przygotowałem się do zdawania. Profesor widujący mnie na wszystkich wykładach i ćwiczeniach, choć wiedział, że studiuję astronomię, odruchowo zadał mi dwa pytania z drugiej części. Zwrócić mu uwagę, że pyta mnie spoza programu, byłoby dla mnie poniżające. W wyniku przyjąłem z honorem ocenę tylko dobrą.

Wskutek takiego ułożenia wykładów, nie było wyraźnego podziału na kierunki studiów, studenci matematyki, fizyki i astronomii stanowili jedną zwartą grupę. Razem było nas około setki. Maleńka grupka astronomów nie czuła się odosobniona wśród znacznie liczniejszej populacji matematyków i fizyków. Wszyscy się znali. Na pierwszym roku studiów różnice w wyborze wykładów były niewielkie. Zróżnicowany za to był wiek studentów. Większość stanowili maturzyści z tajnego nauczania, ale byli też maturzyści przedwojenni. Studenci tajnego uniwersytetu i przedwojenni stanowili tak zwany wówczas jeden całkiem pomieszany „rok starszy”. I oni dopełniali niektóre brakujące im wykłady lub ćwiczenia wraz z rokiem pierwszym. Byliśmy wszyscy ludźmi, od których zdobywanie nauki w czasie okupacji lub żywe utrzymanie wiedzy zdobytej przed wojną wymagało dużych wysiłków. Wszyscy kochali wiedzę. Takich, którzy by się uczyli nie dla niej, ale dla stopni i dyplomu, chyba wcale wśród nas nie było. Nie było mody na ściąganie. Zresztą egzaminatorzy wymagali nie tyle szczegółów, ile zrozumienia rzeczy.

Ten nastrój tworzyli przede wszystkim wielcy uczeni, którzy też byli przeważnie znakomitymi wykładowcami. Wykładali nie tylko przedmiot, ale uczyli zapału do problemów naukowych i wprowadzali w etos naukowca. Sierpiński był wielkim dydaktykiem inaczej. Na salę nie patrzył. Mówił monotonnie do tablicy. Uczyliśmy się z jego istniejącego, przedwojennego podręcznika algebry, a na wykłady przychodziło tylko kilkoro zapaleńców. Ćwiczenia prowadził sam. Przedstawiał zadanie i czekał chwilę, czy ktoś podejdzie do tablicy. Jeśli nikt — sam rozwiązywał, a potem proponował zadanie następne. Wyobrażaliśmy sobie, że gdyby kiedyś nikogo nie było na sali, ćwiczenia też by się odbyły. Zaliczał wszystkim, kto tylko podsunął indeks. Był znakomity przy egzaminach i jako kierownik prac magisterskich. Kochał matematykę i jeśli student też cośkolwiek z niej rozumiał, był serdecznie ucieszony. Wybaczał niewiedzę. Nie lubił tylko odpowiedzi mętnych. Miałem okazję później, jako młody uczony siedzieć przy nim dwa razy z okazji jubileuszowych bankietów. Rozmawiał ze mną jak z dobrym znajomym, choć jestem pewien, że mnie ani nie identyfikował, ani z nikim innym nie mylił. W ogóle ludzi nie odróżniał od siebie. W budynku na Hożej była ciasnota. Jeden pokój dla kilku profesorów i ich asystentów, to była wtedy norma. Kiedyś spotkał przy swoim stole młodego Tadeusza Leżańskiego. Popatrzył na niego wnikliwie i zapytał grzecznie: „A pan co tu robi?”. — „Jestem pańskim asystentem, panie profesorze”. — „A to proszę, niech pan zostanie”. I od tego staruszka Sierpińskiego też wiele dało się przejąć. Można go było serdecznie kochać tak, jak on kochał matematykę.

Index lectionum Konrada Rudnickiego

Ale powróćmy do astronomii. Tu wyjątkowo nie wykładał żaden ówczesny wielki. Profesor Michał Kamieński został przeniesiony na przymusową emeryturę, co było więcej niż nieporozumieniem, bo skandalem. A było to tak. Podczas wojny hitlerowski okupant zamknął wszystkie agendy uniwersytetów z wyjątkiem klinik i obserwatoriów astronomicznych. Kliniki były potrzebne w czasie wojny jako szpitale, a ktoś wmówił w hitlerowców, że obserwatoria astronomiczne też są potrzebne wojsku. Dawni kierownicy katedr astronomii na terenie Generalnego Gubernatorstwa byli teraz zastępcami dyrektorów swoich obserwatoriów, zaś dyrektorem wszystkich został Niemiec Kurt Walter, który rzadko bywał w którymkolwiek z nich. Taką formalną pozycję zastępców dyrektorów podlegających wojsku obserwatoriów niemieckich mieli również Tadeusz Banachiewicz w Krakowie i Eugeniusz Rybka we Lwowie. Za ich działalność okupacyjną spotkali się po wojnie z wdzięcznością. Uniwersytet Warszawski potraktował profesora Michała Kamieńskiego odmiennie. Nie mogąc mu zarzucić niczego, co by się nadawało do postawienia go przed sądem, uniwersytecka komisja dyscyplinarna dopatrzyła się uchybienia w samym fakcie pełnienia przez niego funkcji w aparacie okupacyjnym i przeniosła go na emeryturę. W czasie moich studiów był więc prywatnym człowiekiem. Dopiero potem uzyskał etat w zakładzie Akademii Nauk. Kuratorem katedry astronomii był matematyk Kuratowski. Działało dwóch adiunktów: Jan Gadomski (ma dziś krater na Księżycu!) i Janusz Pagaczewski. Obaj byli poza Warszawą. Prowadzili stację obserwacyjną Obserwatorium Uniwersytetu Warszawskiego w Przegorzałach pod Krakowem (obecnie dzielnica Krakowa). W Warszawie był starszy asystent doktor Włodzimierz Zonn i asystent magister Maciej Bielicki. Oni to prowadzili wykłady astronomiczne.

Zonn wykładał astronomię ogólną dla astronomów i ciekawymi wykładami przyciągał rzesze studentów fizyki i matematyki, dla których ten przedmiot był tylko jednym z kilku do wyboru. Na starszych latach prowadził dla astronomów wykłady astrofizyki, a na czwartym roku również seminarium. Mieszkał prowizorycznie w jednym pokoiku w budynku fizyki. Dla wykładów astronomii ogólnej przydzielono mu stosunkowo dużą salę. Dla wykładów astrofizyki w rozsądnych godzinach żadnej sali nie było wolnej. Wtedy doktor Zonn zdecydował prowadzić je w swoim pokoiku. Pokój był długi i wąski. Wyglądało to nieraz tak: pod oknem siedziała córka Lidia odrabiając cichutko lekcje, w środku pokoju przy kamiennym blacie pani Zonnowa gotowała obiad na palniku bunsenowskim (nie zapominajmy, że był to pokój instytutu fizyki), a przy drzwiach troje studentów astronomii słuchało wykładu samego Zonna lub uczestniczy ło w jego seminarium.

Zonn, będąc tylko doktorem, dostał wyjątkowo prawo egzaminowania z przedmiotów kursowych. Bielicki, będąc magistrem, nie mógł dostąpić zaszczytu samodzielnego egzaminowania. „Wyznaczanie orbit planet i komet” zdawałem w ten sposób, że pytał mnie wprawdzie on, ale egzaminowi przysłuchiwał się siedzący obok profesor — kurator Katedry Astronomii i ten wpisał mi ocenę.

Mgr Konrad Rudnicki przygotowuje do obserwacji teleskopy w Obserwatorium Astronomicznym Uniwersytetu Warszawskiego w Ostrowiku

Na wydziale obowiązywało wolne studium. Kolejność słuchania przedmiotów i zdawania egzaminów wyznaczał sobie sam student. Można było w danym roku nic nie zdać, aby mieć podpisane w indeksie uczestnictwo w przepisanej liczbie godzin wykładów i ćwiczeń w trymestrach: jesiennym, zimowym i wiosennym. Studia magisterskie trwały przepisowo 4 lata. Kończył się właśnie trzeci rok powojenny, gdy ogłoszono, że wszystkich będzie obowiązywać do magisterium nowy przedmiot — Nauka o Polsce i świecie współczesnym. Można go będzie zaliczyć na podstawie kolokwium do wakacji 1948 r. lub potem na zasadzie słuchania wykładu i egzaminu. Byłem w szale zdawania innych przedmiotów i zupełnie nieprzygotowany do odpowiadania z ideologii. Ale przerażała mnie konieczność żmudnego chodzenia na wykłady ideologiczne. Bez przygotowania zgłosiłem się na pisemne kolokwium. Były trzy tematy: pierwszy to ludność Polski w liczbach, czy coś w tym rodzaju, drugi — historyczny. W obu coś trzeba było naprawdę umieć. Na szczęście trzecim tematem była reforma rolna. Tu wiedziałem, co wypada wiedzieć: byli biedni chłopi i byli źli obszarnicy. Jedni cierpieli biedę, drudzy sprzedawali ojczyznę. Ale przyszła demokracja ludowa i zaprowadziła sprawiedliwość. Rozwodniwszy to odpowiednio, miałem napisaną pracę na 4 stronice kancelaryjne. Oddałem i dostałem zaliczenie bez oceny.

Wszystkie egzaminy przedmiotowe zdałem w ciągu trzech lat. Na czwarty rok, oprócz uczęszczania na zajęcia dobrowolne, została mi tylko praca magisterska i takiż egzamin. Niestety z pracą miałem pecha. Chciałem ją robić z trójbarwnej fotometrii

Gwoli dokumentacji historycznej podaję pełną listę wykładów i ćwiczeń (kolejność, jak w indeksie), jakie zaliczyłem w ciągu 4 lat studiów. Około połowa — to przedmioty do wyboru.Astronomia ogólna (Włodzimierz Zonn) z ćwiczeniami.

Rachunek różniczkowy i całkowy (Kazimierz Kuratowski) z ćwiczeniami — kurs dwuletni.

Geometria analityczna (Karol Borsuk) z ćwiczeniami.

Algebra wyższa (Wacław Sierpiński) z ćwiczeniami.

Teoria liczb (Wacław Sierpiński).

Rachunek liczbowy (Maciej Bielicki) z ćwiczeniami — kurs dwuletni.

Fizyka doświadczalna (Stefan Pieńkowski, wykłady rozpoczął Aleksander Jabłoński przeniesiony rychło do Torunia) kurs jednoroczny z trzechletnią pracownią (pierwszą i drugą).

Astrofizyka (Włodzimierz Zonn) — kurs trzechletni.

Astronomia sferyczna (Maciej Bielicki) z ćwiczeniami — kurs dwuletni.

Ogólny kurs fizyki teoretycznej (Czesław Białobrzeski) kurs dwuletni z jednym rokiem ćwiczeń.

Fizyka jądra atomowego (Andrzej Sołtan).

Spektroskopia (Władysław Kapuściński).

Elementy logiki matematycznej (Andrzej Mostowski) z ćwiczeniami.

Podstawy teorii mnogości (Andrzej Mostowski).

Przestrzenie zwarte (Karol Borsuk).

Geometria różniczkowa (Kazimierz Zarankiewicz).

Mechanika teoretyczna (Wojciech Rubinowicz) z ćwiczeniami.

Chemia ogólna i nieorganiczna (Wiktor Kemula).

Wyznaczanie orbit planet i komet (Maciej Bielicki) — kurs dwuletni.

Nauka o Polsce i świecie współczesnym (podpis nieczytelny).

Seminarium z astrofizyki (Włodzimierz Zonn).

Teoria mnogości (Wacław Sierpiński).

Równania różniczkowe (Witold Pogorzelski).

fotograficznej, wymyślonej zaraz po wojnie przez profesora Wilhelma Beckera. Warszawskie obserwatorium w Przegorzałach miało instrumentarium tylko do wizualnych obserwacji gwiazd zmiennych. Zaprosił mnie do Poznania profesor Józef Witkowski. Tam był i teleskop (niestety refraktor), i jakieś filtry. Po kilku tygodniach wyszukiwania filtrów i wyznaczania ich charakterystyk za pomocą monochromatora okazało się, że niczego podobnego do trójbarwnej fotometrii nie da się z tego wykroić. Straciłem czas. Jako nowy temat podjąłem się wyznaczenia ekstynkcji nad obserwatorium poznańskim. Otrzymałem wynik sprzeczny z teorią. Ekstynkcja była większa w zenicie niż w pobliżu horyzontu. Czy było to realne zjawisko (smog?), czy moja nieumiejętność prowadzenia obserwacji, w każdym razie taki wynik ani przeze mnie, ani przez moich poznańskich i warszawskich opiekunów nie mógł być uznany. Chwilowo straciłem chęć do obserwacji i podjąłem trzeci temat rachunkowy — wyznaczenie elipsoidy prędkości cefeid z nowego katalogu ich prędkości radialnych. Tym razem wynik kilkumiesięcznego kręcenia korbką na arytmometrze był pomyślny i wiarygodny.

Prof. Konrad Rudnicki nigdy nie bał się odstępstw od oficjalnie głoszonych prawd naukowych, o czym świadczyć mogą Jego wieloletnie związki z dysydencką Letnią Szkołą Kosmologiczną, gdzie usłyszeć można różne „kosmologiczne herezje”. Rysunek pochodzi z „Postępów Astronomii” nr 2/1994

Włodzimierz Zonn właśnie się wyhabilitował w Toruniu, to znaczy otrzymał godność docenta Uniwersytetu Mikołaja Kopernika. W Warszawie był nadal starszym asystentem i jako taki ani pracy magisterskiej, ani egzaminu dyplomowego przeprowadzić nie miał prawa. Formalne przeniesienie jego veniam legendi do Uniwersytetu Warszawskiego musiało trwać. W tej sytuacji Uniwersytet Warszawski poprosił profesor Wilhelminę Iwanowską do poprowadzenia mojej pracy magisterskiej (co pani profesor nieoficjalnie scedowała na Zonna), zarazem Ją i profesora Władysława Dziewulskiego (krater na Księżycu!) zaproszono do przeprowadzenia mojego egzaminu magisterskiego na Uniwersytecie Warszawskim. W praktyce nie oni przyjechali do Warszawy, ale ja wraz z Zonnem pojechaliśmy do Torunia. Był to czerwcowy dzień świętych Piotra i Pawła (który w tym roku po raz pierwszy nie był oficjalnym świętem państwowym). Pani profesor w pracy magisterskiej podkreśliła mi tylko czerwono trzy błędy ortograficzne. Innych zastrzeżeń nie miała. Niespodziewanie przy egzaminie byłem pytany również z równań różniczkowych, bo profesor Dziewulski uważał, że końcowy egzamin musi wykazać znajomość nie tylko astronomii, ale również innych przedmiotów należących do programu studiów. I tak wczesnym latem 1949 r. zostałem pierwszym powojennym magistrem astronomii w Polsce. Poprzedni polski tytuł magistra astronomii został nadany 9 lat wcześniej, już w czasie wojny, pannie Anieli Dziewulskiej w Wilnie.

Etatu dla mnie nigdzie nie było. Studia doktoranckie nie istniały. Byłem więc chwilowo bez zatrudnienia, ale za to bardzo mądry. Znałem astronomię, fizykę i matematykę. Bo chyba w ogóle najmądrzejszym się jest zaraz po magisterium. Obejmuje się całość wiedzy. Stąd też świetnie rozumiałem później świeżego absolwenta wyższej szkoły morskiej chwalącego się swoją wiedzą astronomiczną, gdy on na zapytanie, jaki mieli program tej astronomii, odpowiedział dumnie: „całą teorię i do tego jeszcze zastosowania”.

Po półrocznym bezrobociu dostałem etat asystencki w Obserwatorium Astronomicznym Uniwersytetu Warszawskiego i wziąłem się za trzy tematy badawcze na raz, z których jeden przyniósł mi w trzy lata później doktorat. Ale doktorat już nie był tak radosny jak magisterium, bo tymczasem spostrzegłem, że taki mądry to ja wcale nie jestem.


1 1 Kto jest ciekawy nazwisk i innych danych, zechce zajrzeć do mojego wspomnienia o Tadeuszu Wójciku (Urania 55, 23, 1984) oraz do artykułu Obserwatorium Astronomiczne na Dobrej Wodzie (tamże, 39, 357, 1968)   »» powrót

2 Z tej trójki do magisterium dociągnąłem tylko ja. Kolega przeniósł się potem na fizykę, koleżanka porzuciła studia dla pracy w balecie.

Lodowe wulkany Enceladusa
Illustration Credit & Copyright: Michael Carroll
Opis: Na tej olśniewającej saturniańskiej panoramie – jednej z serii artystycznych wizji wulkanów obcego świata – lodowate gejzery wybuchają wzdłuż wąskich pęknięć wewnętrznego księżyca – Enceladusa. Majestatyczne pióropusze rzeczywiście zostały odkryte za pomocą instrumentów sondy Cassini podczas bliskich spotkań z jasnym i lśniącym Enceladusem w ubiegłym roku. Badacze obecnie podejrzewają, że pióropusze pochodzą z podpowierzchniowych kieszeni ciekłej wody o temperaturze około 273 kelwinów (0 stopni C) – gorących w porównaniu z temperaturą powierzchni odległego księżyca, 73 kelwiny (-200 stopni C). Lodowe wulkany, dramatyczne świadectwo zdumiewającej aktywności maleńkiego, zaledwie pięćsetkilometrowego Enceladusa, stanowią kolejne potencjalne miejsce poszukiwania wody i śladów życia poza naszą planetą. Prawdopodobnie zimne wulkany Enceladusa produkują słaby lecz rozległy pierścień E Saturna.
ilustrujemy pięknymi opisami i zdjęciami  ze strony http://www.pta.edu.pl
tak tego by właśnie chciał stryj Janusz


Powtórny pogrzeb Mikołaja Kopernika

W katedrze pw. Świętych Janów w Toruniu, dokąd na krótko sprowadzono szczątki Mikołaja Kopernika, w piątek odprawiona zostanie msza poprzedzająca jego powtórny pogrzeb, zaplanowany na 22 maja we Fromborku. Uroczystości obywają się w 537. rocznicę urodzin wielkiego astronoma.
Warto pamiętać, że rodzina Mikołaja Kopernika, była rodziną polską, pochodziła ze Śląska, spod Nysy, a następnie osiadła w Krakowie. Ojciec Mikołaja zwany dla odróżnienia Mikołajem Starszym, był krakowskim kupcem i dopiero w roku 1458 przeniósł się z Krakowa do Torunia, gdzie zawarł małżeństwo z Barbarą Watzenrode, z którą miał następnie czwórkę dzieci.

Koncelebrze w toruńskiej świątyni, w której był ochrzczony Kopernik, przewodniczyć będzie metropolita warmiński abp Wojciech Ziemba.

Szczątki autora „De Revolutionibus…” w środę złożono do trumny w Kurii Metropolitalnej w Olszynie. W uroczystości, obok abp. Ziemby, udział wzięli m.in. abp senior Edmund Piszcz i kapłani, którzy tak jak przed wiekami Kopernik, są kanonikami Warmińskiej Kapituły Katedralnej.

// <![CDATA[// // <![CDATA[//

Cynkowa trumna zostanie umieszczona w sarkofagu z drewna sandałowego, wykonanego według projektu Andrzej Ryczka. Fundatorem trumny i sarkofagu jest Kujawsko-Pomorski Urząd Marszałkowski.

Szczątki Kopernika zostały odnalezione w 2005 r. w katedrze fromborskiej obok ołtarza św. Krzyża, którym opiekował się jako kanonik. Poszukiwania zainicjował prepozyt Kapituły Warmińskiej bp Jacek Jezierski. Wcześniej historyk dr Jerzy Sikorski, dzięki wieloletnim badaniom, wskazał miejsce pochówku astronoma. Nad wydobyciem i identyfikacją szczątków przez kilka lat pracował zespół pod kierunkiem prof. Jerzego Gąsowskiego.

Jak zawsze w rocznicę urodzin Kopernika, świętować będzie też noszący jego imię miejscowy uniwersytet. Na uczelni, obchodzącej 65. rocznicę powołania, odbędzie się uroczysta sesja. W jej trakcie honorowy doktorat odbierze wybitny konstytucjonalista, prezes Naczelnego Sądu Administracyjnego prof. Janusz Trzciński, a uznawany za najwybitniejszego znawcę życia i dzieł Kopernika prof. Owen Gingerich otrzyma wyróżnienie „Convallaria Copernicana” (Konwalia Kopernikańska).

Prof. Trzciński naukowo zajmuje się prawem konstytucyjnym, m.in. źródłami prawa i procesem jego tworzenia. Doktorat honoris causa przyznano mu za wkład w proces reformowania ustroju w Polsce oraz zasługi dla przemian demokratycznych w kraju i utrwalanie demokratycznego państwa prawa.

Pasją emerytowanego profesora Uniwersytetu Harvarda Gingericha jest życie i twórczość Kopernika i historia heliocentryzmu. Uczony dotarł do wszystkich istniejących wydań „De Revolutionibus…”, zbadał ich historię i zapiski na marginesach. Wydał monumentalną monografię „An Annotated Census of Copernicus?”. Po polsku z jego prac ukazały się m.in. „Książka, której nikt nie przeczytał” i biografia wielkiego astronoma „Gdy ziemia stała się planetą”.

Członkowie senatu UMK, jak co roku, złożą kwiaty pod pomnikiem Kopernika na Starym Mieście.

Gośćmi uczelnianych uroczystości będą uczeni z kraju i z zagranicy, m.in. rektorzy uniwersytetów w Getyndze, Omsku, Rostoku i Wilnie. Odbędzie się też dwudniowe posiedzenie Konferencji Rektorów Uniwersytetów Polskich, w której udział zapowiedziała minister nauki i szkolnictwa wyższego prof. Barbara Kudrycka.

W związku z rocznicą przygotowano m.in. wystawę rękopisów wielkiego astronoma, które wypożyczono z Archiwum Archidiecezji Warmińskiej. Ekspozycja czynna jest w Ratuszu Staromiejskim. Uruchomiony zostanie też portal naukowy „Nicolaus Copernicus Thorunensis”, przygotowany przez UMK i toruński ratusz.

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 644 obserwujących.