białczyński

Zalesie albo Opole – Ziemica Burowijska (Zaborowia), Czarna Ziemia (Tartaria, Melanchlania) – Kolebka Moskwy, czyli o wpływie Internetu na świadomość narodową

Opublikowany w Słowianie, Wiara Przyrody przez bialczynski w dniu 20 Czerwiec 2012

Oto współczesne, całkiem poważne,  czyli sieriozne, teksty na temat Zaleskiej Rusi, nazywanej też Czarną Ziemią. Cały materiał na temat tego specyficznego ethnosu na jakim było ufundowane Księstwo Moskiewskie przytaczamy, nie tylko żeby przybliżyć czytelnikom znajomość historycznego procesu jaki kształtował Rosję i tę narodowość (grupę etniczną), która określa siebie dzisiaj jako rosyjską, ale między innymi po to by wskazać jaki zamęt panuje po drugiej stronie Buga i jak gorączkowo poszukuje się tam własnych korzeni i niepodważalnej tożsamości.

 

Na obraz płynący z Wikipedii i z kart mediów poświęconych bieżącej polityce i sprawom społecznym, nakładają się siłą rzeczy obrazy wyniesione z You Tubu, gdzie niejednokrotnie autorzy różnych filmików poszukują swoich korzeni w arktycznej Darii, starożytnej Atlantydzie czy nawet  wśród kosmicznych bogów Rassy i Annanukich. Atlantyda (WądLądtyda, Ant-Land czyli Ląd Wenetów – Staroeuropejczyków, de facto leży nadal – jak przez wieki – w północnej, tj. zadunajskiej Europie, ale oni tego nie wiedzą, bo to dla Rosjan najwyraźniej rzecz jeszcze nieodkryta, a ostatnim miejscem gdzie szukaliby sensownych odkryć i koncepcji na swój temat jest Polska.

 

Współczesna nauka (genetyka historyczna, archeologia, lingwistyka) i współczesna technologia przeobrażają na naszych oczach obraz świata i przeorują świadomość. Fazę zmian, jaką obserwujemy, należy określić jako totalny zamęt i permanentny kryzys. Jak opanować ten zamęt i co z niego wyniknie?

 

Na początek zapoznajmy się z tym co we współczesnym kontekście pisze się o Zalesiu (Zaborowii) – Czarnej Ziemi – starożytnej Ziemicy Czarnosiermiężnej (Tartarskiej, Melanchlanskiej), w naszej wersji mitologicznych opowieści nazywanej Burowią, albo Ziemicą Burowijską  – co moim zdaniem najtrafniej oddaje historyczny ciąg nazewniczy związany z tą ziemią i jej ethnosem.

 

Zacznijmy od tego co się pisze, zapoznajmy się z tym co pokazują w Internecie a następnie spróbujmy pozbierać ten materiał i jakoś go na nowo uporządkować w ramach spójnej (w miarę) koncepcji jaką rysuje współczesna wiedza „naukowa”.

 

Wiki pol

Ruś Włodzimiersko-Suzdalska (ros. Владимиро-Су́здальская Русь) – kraina historyczna w Rosji, położona w międzyrzeczu Oki i Wołgi. Od północy graniczy z Rusią Nowogrodzką, od zachodu ze Smoleńszczyzną i Rusią Wierchowską, od południa z Riazańszczyzną i Muromszczyzną, od wschodu z terytoriami zamieszkałymi przez ludność ugrofińską (Mordwini, Maryjczycy, Udmurci, Komi-Permiacy). Głównymi ośrodkami politycznymi Rusi Włodzimiersko-Suzdalskiej były kolejno: Rostów, Suzdal, Włodzimierz nad Klaźmą, Twer i Moskwa.

Ruś Włodzimiersko-Suzdalska odegrała przodującą rolę w formowaniu się państwowości rosyjskiej. Na jej terytorium znajduje się tzw. Złoty Pierścień Rosji – grupa kilkunastu miast o wyjątkowym znaczeniu kulturowym. Po zniszczeniu Kijowa przez Tatarów w roku 1299 oraz przeniesieniu siedziby wielkiego księcia i głowy ruskiego prawosławia do Włodzimierza nad Klaźmą, region ten stał się głównym centrem politycznym i religijnym całej Rusi. Wielki książę włodzimierski posiadał władzę zwierzchnią na pozostałymi księstwami ruskimi. Począwszy od XIV wieku Wielkie Księstwo Włodzimierskie zaczęło funkcjonować jako Wielkie Księstwo Moskiewskie.

Ruś Włodzimiersko-Suzdalska jest subregionem Rusi Północno-Wschodniej, regionu historycznego, do którego obok Rusi Włodzimiersko-Suzdalskiej zalicza się także Ruś Riazańsko-Muromską, Smoleńską i Wierchowską. Ruś Północno-Wschodnia jest z kolei częścią Wielkorusi, obejmującej wszystkie rosyjskie terytoria dawnej Rusi Kijowskiej.

Nazewnictwo

Nazwa Ruś Włodzimiersko-Suzdalska pochodzi od nazw miast Włodzimierza i Suzdalu, będących głównymi ośrodkami politycznymi i kulturowymi w początkowej historii regionu. Region ten nazywany jest niekiedy Rusią Zaleską (ros. Залесская Русь), Zalesiem (ros. Залесье) i Opoliem (ros. Ополье). W latopisach nowogrodzkich występuje pod nazwą ziemia niżowska (ros. Низовская земля) lub ziemia zaleska (ros. Залесская земля).

Historia

Początkowo stanowiła dzielnicę Rusi Kijowskiej jako Księstwo Rostowsko-Suzdalskie. W 1157 roku Andrzej Bogolubski przeniósł stolicę z Suzdala do Włodzimierza. Do największego znaczenia na Rusi księstwo doszło w czasach wielkiego księcia włodzimierskiego Wsiewołoda Wielkie Gniazdo (1176-1212). W 1238 roku Ruś Włodzimiersko-Suzdalska została spustoszone przez Mongołów, którzy pokonali wojska Jerzego Wsiewołodowicza. Sam książę zginął w walce, a kraj uznał zwierzchnictwo Tatarów. W XIII-XIV wieku wielcy książęta włodzimierscy stali się najpotężniejszymi władcami na Rusi północno-wschodniej. W 1328 roku Iwan Kalita przeniósł stolicę księstwa do Moskwy, gdzie też 2 lata wcześniej przeniósł swoją siedzibę zwierzchnik prawosławia na Rusi, metropolita Piotr. Nadal wielcy książęta moskiewscy (od 1340 roku) najpierw obejmowali władzę we Włodzimierzu i tytułowali się wielkimi książętami włodzimierskimi. W drugiej połowie XIV wieku państwo funkcjonowało jako Wielkie Księstwo Moskiewskie.

Edupedia pol

RUŚ WŁODZIMIERSKO-SUZDALSKA, Ruś Zaleska

- dzielnica Rusi Kijowskiej; w X-XI w. gł. ośrodkiem tej ziemi był Rostów, z czasem na czoło wysunął się Suzdal, a po 1169 stołecznym ośrodkiem stał się Władymir; po śmierci wielkiego księcia Wsiewołoda Wielkie Gniezdo w 1212 uległa rozbiciu na dzielnice; wraz z rozpoczęciem się w 1238 panowania Mongołów nominalnym zwierzchnikiem był książę, otrzymujący od chana Złotej Ordy nominację (jarłyk) na tron włodzimierski; od czasów Iwana I Kality otrzymywali ją z reguły książęta moskiewscy; w II poł. XIV w. Księstwo Włodzimierskie, połączone z innymi posiadłościami książąt moskiewskich, utworzyło trzon Wielkiego Księstwa Moskiewskiego.

Wiki eng – Zalesye

Zalesye (Russian: Зале́сье; literally: “place over the woods”) or Opolye (Опо́лье; literally: “place in the fields”) is a historical region of Russia, comprising the north and west parts of Vladimir Oblast, the north-east of Moscow Oblast and the south of Yaroslavl Oblast. As a kernel of the medieval state of Vladimir-Suzdal, this area played a vital part in the development of Russian statehood.

The site of an ancient Meryan sanctuary in Zalesye

The name alludes to the deep woods that used to separate the medieval Principality of Rostov from the Republic of Novgorod and the Dnieper principalities. Before the coming of Slavs in the 9th century, the area was inhabited by Merians, Muroma, and other Finnic tribes. As time went by, Slavs and Finns mixed ethnically and culturally, thus giving birth to the modern Russian nation.

In the twelfth century, this fertile area, being well protected from Turkic incursions by the forests, provided a favourable oasis for Slavic people migrating from the southern borders of Kievan Rus. The population of the area rapidly increased and by 1124 reached the point when Yuri Dolgoruki found it expedient to move his princely seat from Rostov in the Upper Volga region to Suzdal in Zalesye.

Typical Zalesyan landscape

Suzdal was the oldest and most senior town of Opolye. Other important urban centres were established by Yuri in Pereslavl-Zalessky (founded 1152), Yuriev-Polsky (1152), Dmitrov (1154), Starodub-on-the-Klyazma (1152), Vladimir-Zalessky (1108), Ksnyatin (1136), and Yaropolch-Zalessky (1136). The monikers Zalessky (“over the woods”) and Polsky (“in the fields”) were used to distinguish new cities from the eponymous towns now in modern-day Ukraine.

Being perpetually at odds with the powerful Suzdalian boyardom, Yuri even contemplated moving his capital from Suzdal to the new town of Pereslavl-Zalessky. His unexpected death led to the idea being dropped, but Yuri’s son Andrew the Pious finally moved the princely seat to another young town, Vladimir. The old nobility of Rostov and Suzdal, however, arranged Andrew’s assassination and a brief civil war for supremacy in Zalesye followed.

During the Mongol invasion of Russia, when the woods were gradually being cleared and new centres developed in Moscow, Tver, and elsewhere, the strategic importance of Zalesye declined. New urban centres were developed around famous monasteries (e.g., Sergiev Posad, Kirzhach) or royal residences (e.g., Alexandrov, Radonezh).

Sometimes, the term Zalesye is taken to include the whole Upper Volga and Lower Klyazma region. In this sense, Zalesye is equivalent with the territory included within the Golden Ring of Russia.

 Wiki ros – Зале́сье

Зале́сье, или Опо́лье — средневековое название территории, располагавшейся в Волго-Окском междуречье Владимиро-Суздальской земли в XII—XIII веках и включавшей сеть городов: Переславль-Залесский, Ростов, Ярославль, Кострому, Владимир, Боголюбово, Суздаль, Юрьев-Польский, Углич, Стародуб-на-Клязьме. В новейшее время города Залесья образуют Золотое кольцо России.

Название «Залесье» прежде всего географическое, оно подразумевало всё то, что находилось «за лесом» по отношению к киевским землям, от которых Залесье отделяли труднопроходимые Брянские («дебрянские» — от слова «дебри») леса, населённые воинственными вятичами. «Дорога прямоезжая» из Киева в Залесье до XII века, по-видимому, отсутствовала, так как в дошедших до нас источниках того времени нет никаких признаков её существования до похода Андрея Боголюбского на Киев (1169 год), и доминирующей транспортной магистралью, связывавшей столицу Руси с Залесьем, являлся окольный водный днепровско-волжский путь с волоком на Валдае.

Автохтонными «насельниками» Залесья были финно-угорские (меря, мурома, мещера) и, в меньшей степени, — балтские (голядь) племена. На исходе I тысячелетия нашей эры развернулась славянская миграция в Залесье, и в X—XII веках произошла ассимиляция славянскими колонистами автохтонных финно-угров и балтов, их славянизация, христианизация и активное приобщение автохтонов к земледелию. Основная волна славянских колонистов шла с северо-запада — с менее плодородных новгородских и псковских земель. Позже — уже после распада Руси, с появлением «дороги прямоезжей», — к ней добавилась миграция из киевских земель, которая до этого носила, вероятно, преимущественно «административный» характер.

Первым из городов, возникших в Залесье, был Ростов, который упоминается в летописи уже во второй половине IX века («а в Ростове меря»). К началу XII века существовали уже все основные города: Переславль-Залесский, Ярославль, Владимир-на-Клязьме, Суздаль, возникавшие, главным образом, как опорные пункты Руси для контроля над этой территорией. С начала XIII века Залесье включается в понятие Русь.

После распада Руси на удельные княжества (вторая треть XII века) Залесье окончательно обособилось от Киева, и в этом регионе начался интенсивный процесс формирования самостоятельной, «российской» государственности, поэтому Залесье по праву называют «колыбелью России».

Се́веро-Восто́чная Русь

Се́веро-Восто́чная Русь — термин, принятый в современной историографии[1] для обозначения группы русских княжеств в междуречье Волги и Оки в IX—XV веках, составивших ядро современного Российского государства. В строгом смысле — территория Великого княжества Владимирского. В расширительном смысле, в противопоставлении Юго-Западной Руси и Литве, также территории зависимых от него Рязанского, Муромского, Смоленского и части Верховских княжеств.

В научной литературе наряду с названием «Северо-Восточная Русь» используются синонимичные термины. Для периода IX—XI вв. Росто́вская земля, в XI — сер. XII вв Ростово-Су́здальское княжество, с сер. XII — сер. XIII Владимиро-Су́здальское княжество, с сер. XIII — Великое княжество Влади́мирское.

В летописях регион именовался Су́здальская земля (название преобладает до кон. XIII века) и Вели́кое княже́ние Влади́мирское (преобладает в последующее время); в литературных памятниках иногда — Зале́сская земля, Зале́сье (то есть то, что находилось «за лесом» по отношению к киевским землям); в новгородском летописании — Низовская земля.

В составе Киевской Руси

Основная статья: Киевская Русь

В конце I тысячелетия н. э. здесь проживали финно-угорские племена меря и весь. В Повести временных лет под 859 годом есть сообщение, что меря платила дань варягам. В IX—X веках происходит мирная славянская колонизация (следов насилия не обнаружено) в основном кривичами, ильменскими словенами и вятичами с незначительным участием скандинавов (норманнов). Последнее упоминание мери относится к 907 году, далее данная территория упоминается по главным городам как Ростовская, а позднее — Ростово-Суздальская земля, то есть племенное деление сменяется территориальным.

Первым из городов, возникших в Залесье, был Ростов, который упоминается в летописи уже в 862 году. В 911 году Ростов назван в числе пяти крупнейших городов, подвластных киевскому князю Олегу. Сюда сначала новгородские, а после 882 года киевские князья посылали наместников. С 913 по 988 год в летописях ничего не говорится о Ростовской земле.

В 991 году была учреждена Ростовская епархия — одна из старейших на Руси. Первым ростовским князем был сын Владимира Ярослав Мудрый на рубеже X—XI веков.

По завещанию Ярослава Мудрого Ростов наряду с другими городами Северо-Восточной Руси стал владением его сына, переяславского князя Всеволода Ярославича, куда тот посылал наместников. Обособление княжества произошло во время правления Юрия Долгорукого (1113—1157). В 1125 году он перенёс столицу своих владений в Суздаль[2].

Великое княжество

В 1155 году сын Юрия Андрей Боголюбский уехал из Южной Руси от отца вместе с вышгородской иконой Божьей матери во Владимир, который избрал своей резиденцией. План Юрия Долгорукого, по которому его старшие сыновья должны были закрепиться на юге, а младшие — править в Ростове и Суздале[3], остался нереализованным. В 1169 году Андрей Юрьевич организовал успешный поход на Киев, но впервые в древнерусской практике не стал там править, а оставил наместником своего младшего брата Глеба. В историографии XVIII—XIX вв и современной популярной литературе этот эпизод трактуется как перенос столицы Руси из Киева во Владимир, хотя, по современным представлениям, этот процесс был длительным и окончательно завершился после монгольского нашествия. По выражению Ключевского В. О., Андрей «отделил старшинство от места». Старшинство Андрея признавалось во всех русских землях, кроме Чернигова и Галича. В 1157 году, когда по смерти Юрия Долгорукого киевский престол занял Изяслав Давыдович, Переяславское княжество обособилось от Киева и в основном осталось под контролем владимирских князей. Андрей стремился уподобить Владимир Киеву (в частности в масштабном архитектурном строительстве, построив Успенский собор) и даже пытаться добиться учреждения в своём княжестве отдельной митрополии. В его правление Северо-Восточная Русь сформировалась как новый центр объединения русских земель и будущее ядро современного Российского государства.

После гибели Андрея в 1174 году власть в княжестве попытались захватить поддержанные смоленскими и рязанскими князьями Мстислав и Ярополк Ростиславичи, дети старшего сына Юрия Долгорукого, умершего раньше своего отца и потому не правившего, но в конце концов им пришлось подчиниться своим дядьям Михаилу Юрьевичу и Всеволоду Юрьевичу Большое Гнездо, поддержанным Святославом Всеволодовичем Черниговским. Правление Всеволода Юрьевича (1176—1212) было периодом расцвета Северо-Восточной Руси. Его старшинство признавалось во всех русских землях, кроме Чернигова и Полоцка. Рязанские князья жестоко поплатились за помощь его противникам: их земли с конца XII века начали подвергаться периодическим владимирским интервенциям и попали в зависимость от Владимирского княжества.

В начале XIII века произошло разделение Ростово-Суздальской епархии на Ростовскую и Владимиро-Суздальскую (в XIV веке преобразовалась в Суздальскую).

Князья Северо-Восточной Руси начиная с Юрия Долгорукого пытались поставить под свой контроль Новгород, используя его зависимость от подвоза продовольствия из суздальского Ополья, с переменным успехом, пока наконец в 1231 году представители владимирского княжеского дома не утвердили за собой право на представительство в Новгороде на целый век. Летописцы даже начали применять новое словосочетание Великое княжение Владимирское и Великого Новгорода. По смерти Всеволода Большое Гнездо смоленским князьям удалось удачно вмешаться в борьбу за владимирское княжение между его детьми (Липицкая битва 1216), воспользовавшись борьбой младших Всеволодовичей за влияние в Новгороде, но вскоре владимирские князья возглавили борьбу против крестоносцев в северной Прибалтике, а после поражения смоленских князей и их союзников в битве на Калке (1223) вновь усилили свои позиции на Руси.

В 1226—1231 годах произошло столкновение с Черниговским княжеством. Олег Курский вынужден был отказаться от своих претензий под нажимом владимирских войск в пользу шурина Юрия Всеволодовича Владимирского, Михаила Черниговского, а затем самому Михаилу пришлось отказаться от новгородского княжения под военным давлением.

После вмешательства Ярослава Всеволодовича в борьбу за Киев в 1236 году и посажения им на смоленское княжение Всеволода Мстиславича в 1239 году, а также в результате многократных владимирских походов против Литвы (битва под Усвятом 1225, 1235, 1239, 1245, 1248), Смоленское великое княжество оказалось в зависимости от Владимирского.

В феврале 1238 года Северо-Восточная Русь была разорена во время монголо-татарского нашествия после поражения соединённых русских сил в битве под Коломной. Были сожжены 14 городов, включая Владимир, Москву, Суздаль, Ростов, Дмитров, Ярославль, Углич, Переяславль-Залесский, Тверь. 4 марта 1238 года отряд темника Бурундая смог уничтожить вновь набранное владимирским князем Юрия Всеволодовичем войско на стоянке на реке Сити, сам Юрий погиб. После гибели Юрия и всего его потомства владимирским князем стал Ярослав Всеволодович, приехавший из Киева (1238).

[править] Монголо-татарское иго

В 1243 году Ярослав Всеволодович был вызван[4] в Орду и признан монголами старейшим среди всех русских князей («стареи всем князем в Русском языце»)[5]. Это было формальным актом признания зависимости Северо-Восточной Руси от монголов. Усилению позиций владимирских великих князей после монгольского нашествия наряду с этим способствовало и то, что они не участвовали в масштабной южнорусской междоусобице перед ним, что княжество вплоть до рубежа XIV—XV веков не имело общих границ с великим княжеством Литовским, осуществлявшим экспансию на русские земли[6]. Регулярная эксплуатация земель великого владимирского княжения началась после переписи 1257 года. В 1259 году Александр Невский способствовал проведению переписи в неразорённом в ходе монгольского нашествия Новгороде, тем самым усилив в нём и собственные позиции.

В 1262 году во Владимире, Суздале, Ростове, Переяславле, Ярославле и других городах были перебиты татарские сборщики дани. Карательный поход удалось предотвратить отправившемуся в Золотую Орду великому князю владимирскому Александру Невскому, но он умер по дороге домой в 1263 году.

Александр Невский был последним князем, княжившим непосредственно во Владимире. После его смерти Северо-Восточная Русь распалась на полтора десятка фактически самостоятельных удельных княжеств: Галичское, Городецкое, Дмитровское, Костромское, Московское, Переяславское, Ростовское, Стародубское, Суздальское, Тверское, Угличское, Юрьевское, Ярославское. Один из удельных князей получал по ханскому ярлыку великое княжение Владимирское, которое обеспечивало ему перевес над остальными и давало формальное верховенство. Право на великое княжение закрепилось за потомством Ярослава Всеволодовича (потомки старшего брата Ярослава — Константина Всеволодовича правили в Ростове, Ярославле и Угличе и на великое княжение не претендовали). Фактически все великие князья непосредственно подчинялись ханам сначала Монгольской империи, а с 1266 года — Золотой Орды, самостоятельно собирали дань в своих владениях и переправляли её хану. Первым владимирским князем, не переехавшим в столицу, стал Ярослав Ярославич Тверской. При нём была основана Тверская епархия.

В правление Дмитрия Александровича, когда претендентом на великое княжение выступил его младший брат Андрей, а союзником Дмитрия — обособившийся от сарайских ханов тёмник Ногай, произошло три новых разрушительных нашествия в 1281, 1282 и 1293 годах.

В 1299 резиденция митрополита Всея Руси была перенесена во Владимир (перенос кафедры утверждён патриаршим собором 1354 года). После этого впервые в истории образовалась особая от митрополии всея Руси Галицкая митрополия, которая в составе Владимирской, Перемышльской, Луцкой, Туровской и Холмской епархий просуществовала с перерывами до 1347 года.

В 1302 году Переяславль-Залесское княжество было завещано бездетным Иваном Дмитриевичем Даниилу Александровичу Московскому, но после получения ярлыка на великое владимирское Михаилом Тверским вошло в состав великого княжения[7]. Михаил, первым из владимирских князей названных «князем всея Руси», силой привёл своих наместников в Новгород (временно) и одержал победу над Юрием Даниловичем Московским и ордынцами в Бортеневской битве (1317), но вскоре был убит в Орде.

Тверской князь Дмитрий Михайлович Грозные Очи убил Юрия Московского перед ханом (1325). В 1326 году митрополит всея Руси переехал из Владимира в Москву. После заключения Александром Михайловичем Тверским договора с Новгородом в 1327 году Тверь была разгромлена ордынцами, москвичами Ивана Даниловича Калиты и суздальцами Александра Васильевича.

В 1341 году великое княжение владимирское было разделено: Нижний Новгород и Городец были переданы суздальским князьям, начавшим с тех пор титуловаться как «великие». После неудачной попытки Дмитрия Константиновича Суздальского утвердиться на великом княжении владимирском (1359—1363) оно постоянно принадлежало московским князьям, которые также стали титуловаться «великими».

К правлению Дмитрия Ивановича Московского относятся неудачные попытки великого князя литовского Ольгерда взять Москву и Михаила Александровича Тверского — овладеть владимирским княжением. В 1383 году хан Тохтамыш признал владимирское княжение потомственным владением московских князей, одновременно санкционировав независимость Тверского великого княжества[8]. В 1389 году Дмитрий Донской передал великое княжение своему сыну Василию, который 1392 году присоединил к своим владениям Нижегородско-Суздальское великое княжество.

Примечания

↑ Показывать компактно

  1. Территорию средневековой Руси принято делить на «Северо-Западную» (Новгород и Псков), «Северо-Восточную» и «Юго-Западную (Южную)». Первый и последний термины используются реже, тогда как название «Северо-Восточная Русь» является для своего региона основным. В. А. Кучкин объясняет его значение следующим образом:

Хотя термин «(древне) русский Северо-Восток» и тождественный ему термин «Северо-Восточная Русь» употребляются в литературе по истории нашей страны уже много десятков лет, географически они до сих пор точно не определены. Обычно под Северо-Восточной Русью понимают территорию Волго-Окского междуречья. Такое понимание правильно для древнейшего периода, но тогда к этому району не прилагалось понятие «Русь». Последнее вошло в употребление только после монголо-татарского завоевания. См.: Шахматов А. А. Разыскания о древнейших русских летописных сводах. — ЛЗАК. СПб., 1908, вып.20, с.328-329. А к тому времени государственная территория здесь вышла далеко за пределы Волго-Окского междуречья. Следовательно, под термином «Северо-Восточная Русь» в разные периоды должны пониматься различные, хотя и частично совпадающие по территории, географические регионы. Характерной чертой этих регионов была их принадлежность одной определенной династии древнерусских князей, именно Юрию Долгорукому и его потомкам. Поэтому под «Северо-Восточной Русью» следует понимать ту конкретную сравнительно компактную территорию с центром в Волго-Окском междуречье, которой владели в определенные хронологические периоды Юрий Долгорукий или его потомство.

Кучкин В. А. Формирование государственной территории Северо-Восточной Руси в X — XIV вв — С. 3.

  1. Юрий Долгорукий — статья из Большой советской энциклопедии
  2. Лаврентьевская летопись. В лето 6683
  3. Новгородская первая летопись старшего извода
  4. Лаврентьевская летопись
  5. БРЭ, том «Россия», с.278
  6. БРЭ, том «Россия», с.279
  7. БРЭ, том «Россия», с.280

 

Ополье (Владимирское Ополье, Юрьево Ополье) — природный (ландшафтный) район, занимающий большую часть Суздальского и Юрьев-Польского административных районов Владимирской области и Гаврилово-Посадского района Ивановской области, а также небольшие части прилегающих Кольчугинского и Собинского районов Владимирской области. Находится в бассейнах рек Нерль и Колокша. Ополье простирается примерно на 30 км с юга на север и на 70 км с запада на восток, носит характер волнисто-увалистого плато с абсолютными высотами от 120 до 165 м над ур. моря, с многочисленными оврагами.[1]

Основные города — Владимир, Суздаль, Судогда, Юрьев-Польский, Гаврилов Посад. Район древнего земледелия близ города Переславля.[2]

Замосковный край — часть Московского государства, находившаяся в бассейне верхней Волги и по левому берегу Оки, а также её левых притоков — Клязьмы, Москвы-реки и других. Охватывала по большей части Ополье и Ростово-Суздальскую землю. На юге Замосковный край граничил с Рязанской землей, на севере – с Новгородскими пятинами, на востоке – с Поволжьем и Вятским краем, на западе – со Смоленской землей.

Термин «Замосковный край» употреблялся в официальных документах в XVI—XVII веках, тогда это была наиболее заселённая и экономически развитая часть Руси. Наиболее крупный и экономически развитый город — Ярославль (по населению уступал только столице); другие значимые центры — Нижний Новгород, Кострома, Углич, Переславль-Залесский, Коломна, Дмитров, Владимир, Муром, Гороховец.

19.11.2010 07:24 128

Moskale czy Rusini? O tożsamości rosyjskiej i ruskiej.

W ostatnich dniach dyskutowaliśmy na naszym Forum na temat tożsamości współczesnych mieszkańców Rosji. Chiałbym przedstawić jeszcze jeden – moim zdaniem ciekawy – głos w tej dyskusji.

Konrad24pl

*****************************************************************************************************************

Oryginalny artykuł w j.rosyjskim:

Родослав Колосветов. Горькая правда Залесья

Gorzka prawda Zalesia

Wśród wielu projektów opartych na wydzieleniu ruskich [„ruskich” od słowa Ruś – przyp. tłum.] narodowości, takie jak – Ingria (Ingermanlandia), Republika Syberii, Ruś Dalekowschodnia itp. Chciałbym poświęcić trochę uwagi projektowi – Rusi Zaleskiej i jej twórcom. Po przeczytaniu w ostatnich dniach – Deklaracji praw ludu narodu ruskiego Zalesia (Rusi Zaleskiej)  i patrząc na mapę przyszłego Zalesia byłem nieco zaskoczony, a nawet w zszokowany, gdy dowiedziałem się, że moją rodzimą Debriańszczyznę, zuchwali i bezczelni Moskale przypisali do swojego projektu.

Rosja w polskiej niewoli – 1582 – 1648

Polityka zagraniczna Moskwy w XVI wieku skoncentrowana była na wojnie z Litwą o ziemie ukraińskie i białoruskie oraz na walkach z najazdami tatarskimi. Wojna z Litwą w 1507 roku nie zakończyła się pokonaniem Litwy. W 1514 roku Moskwa zajęła Smoleńsk, jednak w tym samym roku wojska polsko-litewskie pokonały Rosjan w bitwie pod Orszą. Moskwa walczyła o Kazań i Astrachań z chanatem krymskim. W 1552 roku udało się Moskwie zdobyć Kazań, cały chanat kazański został jednak podporządkowany Moskwie dopiero w 1557 roku. W 1556 roku zajęto też chanat astrachański a w 1555 roku narzucono zwierzchność feudalną chanatowi syberyjskiemu a w 1598 roku zachodnia Syberia została włączona do Moskwy.

Nie udało się jednak dotrzeć Moskwie do Bałtyku, bowiem w Inflantach Moskwa napotkała na koalicję Polski, Litwy i Szwecji. W wyniku wojen z Polską za czasów Batorego na mocy rozejmu w Jamie Zapolskim w 1582 roku Moskwa straciła na rzecz Polski Połock i Weliż a w wyniku wojny ze Szwecją Moskwa utraciła Narew, Jam i Iwanogród. Porażki na arenie międzynarodowej i polityka opricznina spowodowała, że Moskwa popadła w kryzys polityczny i ekonomiczny. Kraj został spustoszony, wyludniły się jego zachodnie i centralne rejony, chłopi przenosili się na wchód i południe. W celu zapobieżenia temu procesowi wprowadzono tzw. lata zastrzeżone, w czasie których chłopi nie mogli zmieniać miejsca pobytu. Przeprowadzony w latach 1581-1592 spis ziemi miał umożliwić ewidencję chłopów w dobrach, w których przebywali w czasie lat zastrzeżonych. Ukaz z 1597 roku nakazywał wszystkim chłopom, którzy zbiegli po 1592 roku powrót do swych panów. W ciągu pięciu lat panowie mogli szukać i sprowadzać chłopów do swoich majątków.

W 1584 carem został Fiodor zupełnie niezdolny do kierowania państwem, dlatego powstała rada regencyjna na czele z Zacharinem Jurjewem. W jej łonie zaczęło dochodzić od konfliktów i walk o władzę, które wygrał Borys Godunow. Poprzez małżeństwo cara Fiodora ze swą siostrą Irena zyskał wpływ na cara. Stopniowo pozbył się swoich przeciwników politycznych Bielskiego, Mścisławskiego i Szujskich. Ze względu na to, że wielce prawdopodobnym było, iż Fiodor nie będzie mieć dzieci, potencjalnego następcę tronu ostatniego syna Iwana IV Dymitra wraz z matką wysłał Godunow do Uglicza nad Wołgą. W 1591 roku Dymitr zginął w Ugliczu, a powszechna stała się opinia, iż odpowiedzialność za ta śmierć ponosił Godunow. Powołana przez Godunowa do zbadania okoliczności śmierci carewicza specjalna komisja orzekła, że chory na epilepsję Dymitr w trakcie ataku sam nadział się na nóż raniąc się śmiertelnie. Gdy w 1598 roku zmarł bezpotomnie car Fiodor wygasła tym samym na Rusi dynastia Rurykowiczów. Tron carski objął wtedy Borys Godunow a państwo moskiewskie przeżywało kryzys, który zachęcił do działania Polskę i Szwecję. Polska dążyła do podporządkowania sobie Moskwy poprzez zwarcia unii. Realizację tego celu miał przybliżyć plan małżeństwa Zygmunta III wazy z córką Borysa Godunowa Ksenią. Kolejna próba było poselstwo Lwa Sapiehy do Moskwy, który proponował połączenie obu państw unia personalną po śmierci Godunowa lub Zygmunta III. Godunow odrzucił jednak propozycje polskie i jednocześnie niweczył polskie plany zawarcia unii z Moskwą na drodze dyplomatycznej. Dla Zygmunta III tron moskiewski był o tyle cenny, że dałby mu szansę na zdobycie Szwecji. Plany polskie popierało papiestwo, które chciało doprowadzić do unii czyli podporządkowania kościoła prawosławnego Rzymowi nawet drogą zbrojnej interwencji. U źródeł interwencji polskiej w Moskwie leżał też wyz demograficzny i głód ziemi, Moskwę przedstawiano szlachcie jako ziemię obiecaną.

W latach 1601-1603 Moskwę dotknęła klęska głodu. Paradoksalnie państwo posiadało zapasy zboża, które mogłyby zaspokoić głód, jednak stało się ono obiektem spekulacji i ceny jego poszybowały w górę. W rezultacie ludzie umierali z głodu, szerzyła się dżuma a w kraju w każdej chwili mogło dojść do wybuchu niezadowolenia społecznego. Na Ukrainie wybuchło powstanie chłopskie pod wodzą atamana Chłopko. I oto w tej skomplikowanej sytuacji na moskiewskiej scenie politycznej pojawił się Dymitr Samozwaniec podający się za syna Iwana IV. Był to rosyjski mnich Griszka Otrepiew, który zbiegł do Polski. Zyskał on poparcie polskich magnatów kresowych Wiśniowieckich oraz wojewody sandomierskiego Jerzego Mniszecha. Samozwaniec stał się narzędziem polskiej interwencji w Moskwie. W 1604 roku Dymitr Samozwaniec pojawił się w Krakowie, przyjął go na audiencji król Zygmunt III i zgodził się na jego zbrojne poparcie przez polskich magnatów. Dymitr obiecywał, że po przejęciu tronu moskiewskiego odstąpi Polsce ziemię siewierską i smoleńską, zawrze unię i pomoże Zygmuntowi odzyskać tron szwedzki oraz sprowadzi do Szwecji jezuitów. Dymitr nawiązał tez kontakty z jezuitami, przeszedł na katolicyzm i zyskał poparcie ich jak i Stolicy Apostolskiej. We Lwowie zaczęto przygotowywać wyprawę Dymitra na wschód. Rozpoczęła się ona w październiku 1604 roku. Wraz z Dymitrem w tzw. dymitriadzie brał udział Mniszech i inni magnaci oraz 4 tysięczny oddział zbrojny. Warto podkreślić, że poparcie Dymitra Samozwańca nie było powszechne pośród całej szlachty. Zdecydowanie jej przeciwnikami byli Zamoyski, Żółkiewski, Ostroróg, Ostrogski. Poparcie Zygmunta III i jezuitów dla działań Dymitra nigdy nie było wspierane przez całe społeczeństwo polskie. Tymczasem po wkroczeniu na teren państwa moskiewskiego Dymitra poparli bojarzy wrodzy Godunowowi jak i masy mieszczan i chłopów widząc w nim “dobrego cara”. W 1605 roku wojska interwencyjne poniosły klęskę w bitwie pod Dobryniczami a Dymitr ukrył się w Putywlu. Szybko wojska te zdobyły przewagę a w kwietniu zmarł być może otruty Borys Godunow. Jego miejsce zajął syn Fiodor, jednak nie utrzymał się długo na tronie w obliczu zdrady czołowych dowódców i wojska. Najpierw do Moskwy przybyli emisariusze Dymitra wywołując tam powstanie, sam Dymitr pojawił się w Moskwie w czerwcu po tym jak zamordowano Fiodora Godunowa i jego matkę. W lipcu 1605 roku Dymitr koronował się na cara. Wrogo odnoszono się do faktu, iż Dymitr otaczał się Polakami i zaprowadzał zwyczaje polskie. Starał się jednak uniezależnić od Zygmunta III i nawiązał nawet kontakty z opozycjonistami polskimi. Dla pozyskania sobie ludności chłopskiej, która udzieliła mu poparcia wydał akty likwidujące prawo szlachty do ściągania zbiegłych chłopów po upływie pięciu lat. Raziło jednak zamiłowanie Dymitra do zbytku, cudzoziemskich zwyczajów, otaczanie się Polakami. Szybko bojarzy na czele z Szujskimi postanowili pozbyć się Dymitra za sprawą, którego pozbyli się Godunowa. Do powstania doszło w 1606 roku przy okazji ślubu Dymitra z córką Mniszecha Maryną. Pod hasłem mordowania cara i bojarów przez Polaków powstańcy opanowali Kreml i wymordowali przebywających na uroczystościach zaślubin Polaków i samego Dymitra. Jego ciało spalono a prochy wystrzelono z armaty w stronę skąd przybył wraz ze swymi poplecznikami. Carem koronowano Wasyla Szujskiego, zaciętego wroga Samozwańca. Wzmogło to wystąpienia i walki chłopów, którzy widzieli w zamordowanym Dymitrze swego obrońcę. Doszło do wojny domowej w imię wierności Dymitrowi, w którego śmierć nie chciano wierzyć. Na jej czele stanął Bołotnikow, który wsparty oddziałem wojskowym przez wojewodę Putywla ruszył ku Moskwie. Szybko przyłączyły się do niego masy chłopskie, które złożyły się na wielką armię chłopską. Powstanie to było zwrócone nie tylko przeciwko Szujskiemu ale także przeciwko szlachcie i bojarstwu. Rewolta obejmowała coraz większe obszary państwa moskiewskiego, przyłączyli się też do niej Kozacy dońscy. Oblężenie Moskwy jesienią 1606 roku się nie powiodło i armia Błotnikowa cofnęła się do Kaługi, gdzie z kolei doszło do oblężenia przez wojska carskie. Na pomoc Bołotnikowi przyszły oddziały Kozaków, na czele których stanął nazywający siebie carewiczem Piotrem Ilejka Gorczakow. Powstanie zostało stłumione dopiero w 1607 roku, gdy wojska carskie zdobyły Tułę z zamkniętymi w niej oddziałami powstańczymi. Krwawo rozprawiono się z uczestnikami powstania, Gorczakowa i Błotnikowa zamordowano.

Зале́сье

W 1607 roku pojawił się w Polsce drugi Dymitr Samozwaniec, którego tożsamości do dzisiaj nie ustalono. Szybko zyskiwał on zwolenników w a jego obozie znaleźli się Roman Różyński, Jan Sapieha, Samuel Tyszkiewicz. W 1608 roku nowy Samozwaniec rozbił swój obóz pod Moskwą, gdzie wkrótce przybyli wypuszczeni zniewoli Mniszech i Maryna, którzy uznali w nim zmarłego Dymitra. II Dymitr Samozwaniec był zupełnie sterowany przez Polaków a decydujący głos miał Jan Sapieha. Wkrótce oddziały lisowczyków swymi grabieżami zaczęły budzić opór w miejscowej ludności. Jednak obóz II Dymitra zyskiwał coraz większe wsparcie a sytuacja Szujskiego stawała się krytyczna. Zdecydował się wtedy na rokowania ze Szwedami i w zamian na zrzeczenie się pretensji do Inflant oraz obietnicę wieczystego pokoju uzyskał pomoc Karola Sudermańskiego. W 1609 roku połączone wojska carskie i szwedzkie zmusiły obóz Dymitra do wycofania się do Kaługi. Jednak wsparcie Szwedów wywołało reakcję Zygmunta III i oficjalne zaangażowanie państwa polskiego w dymitriadę. W 1609 roku wojska polskie dowodzone przez króla Zygmunta III rozpoczęły oblężenie Smoleńska i jednocześnie nakazano połączenie się z siłami królewskimi obozu Dymitra. Pod Smoleńsk przybyło poselstwo bojarów, którzy zaproponowali, by tron moskiewski objął królewicz Władysław. Podpisano w 1610 roku układ na mocy, którego Władysław został carem i współrządzić miał z dumą bojarską i soborem ziemskim. Na wieść, że na odsiecz Smoleńskowi idą oddziały dowodzone przez Dymitra Szujskiego naprzeciw nim ruszył hetman Żółkiewski, który zadał siłom carskim klęskę w bitwie pod Kłuszynem. Podpisano nowy układ z bojarami o objęciu tronu moskiewskiego przez królewicza Władysława pod warunkiem przyjęcia prze niego prawosławia. Żółkiewski dążył do rozwiązania całej kwestii sposobami jak najbardziej pokojowymi i dyplomatycznymi. W tej sytuacji zbędny stawał się Dymitr Samozwaniec, w listopadzie 1610 roku problem rozwiązał się, ponieważ Dymitr został zamordowany. Inaczej rozwiązanie kwestii państwa moskiewskiego widział Zygmunt III. Chciał on doprowadzić do unii polegającej na inkorporacji państwa moskiewskiego do Polski, jego katolicyzacji i objęcia osobistych rządów. I to królewski punkt widzenia zaczął dominować. W 1611 roku udało się Polakom zając oblegany Smoleńsk. Tymczasem oddziały szwedzkie opanowały Nowogród Wielki i znaczną część północno-zachodniej Rosji i podpisały z lokalnymi władzami układ o objęciu tronu przez szwedzkiego królewicza Karola Filipa. Kryzys państwa moskiewskiego i obce okupacje zaniepokoiły międzynarodową opinię publiczną, która obawiała się zbytniego wzrostu wpływów polskich i jednocześnie utraty własnych.

Stopniowo jednak zaczął rodzić się bunt przeciwko okupantom polskim. Powstanie narodowe dotarło do Moskwy a załoga polska schroniła się wtedy na Kremlu. Jednak wkrótce w obozie pospolitego ruszenia doszło do konfliktów i jego rozpadu. Nie udało się też usunąć na południu okupacji szwedzkiej. Mimo to ruch narodowy, którego ośrodkiem był Niżny Nowogród był już tak silny, że nie mógł ulec zahamowaniu. Na jego czele stanęli Kuźma Minin i Dymitr Pożarski. Zaczęli oni starannie organizować nowe pospolite ruszenie a centrum gromadzenia sił był Niżny Nowogród. Z początkiem 1612 roku pospolite ruszenie wyruszyło z Niżnego Nowogrodu i zatrzymało się na dłużej w Jarosławiu, gdzie zdecydowanie wzmocniło swe siły. Po pokonaniu oddziałów polskich dowodzonych przez Chodkiewicza a idących na odsiecz Polakom na Kremlu, ci ostatni musieli kapitulować w listopadzie 1612 roku. W 1614 roku zamordowano syna II Dymitra Samozwańca i Maryny, a ją samą wtrącono do więzienia. W 1613 roku sobór ziemski wybrał na urząd cara Michała Romanowa. Podstawową sprawą była likwidacja obcej okupacji. Pożarskiemu udało się w 1614 roku rozbić oddziały lisowczyków. Problemem okazało się usunięcie okupacji szwedzkiej z terenów północnych. Po objęciu tronu szwedzkiego przez Gustawa Adolfa Szwedzi w 1615 roku zaczęli oblegać Psków. Ostatecznie w 1617 roku podpisano rosyjsko-szwedzki pokój w Stołbowie, na mocy, którego Szwedzi wycofywali się z ziemi nowogrodzkiej ale zatrzymywali tereny położone wzdłuż Zatoki Fińskiej co oznaczało, że znów Moskwa została odcięta od Bałtyku, musiała też zapłacić Szwedom 20 tysięcy rubli kontrybucji. Po zamknięciu interwencji szwedzkiej ciągle jeszcze istniał problem Polaków, którzy szykowali się do nowej wojny z Moskwą. Wyprawa ruszyła w 1617 roku na czele z królewiczem Władysławem i hetmanem Chodkiewiczem. Początkowo oddziały polskie wsparte przez Kozaków z hetmanem Sahajdacznym odniosły sukcesy, jednak część z nich zostało związane oblężeniem Możajska a część ruszyła pod Moskwę. Ze względu na brak widoków na powodzenie wyprawy oraz na gotowość strony rosyjskiej do rokowań w 1618 roku podpisano w Dywilnie traktat rozejmowy, na mocy którego ziemia siewierska i smoleńska przechodziła w ręce polskie na prawie piętnaście lat. Do kolejnej wojny polsko-rosyjskiej doszło w latach 1632-1634. Rosja pokonana w wojnie zgodziła się na podpisanie pokoju w Polanowie, w którym zrzekała się zajętych przez Polaków ziem siewierskiej, czernihowskiej i smoleńskiej, jednocześnie Władysław IV zrzekał się pretensji do tronu moskiewskiego. W 1647 roku zawarto luźny traktat obronny rosyjsko-polski wymierzony w Krym. W 1648 roku wybuchło przeciwko Polakom powstanie kozackie pod wodzą Bohdana Chmielnickiego. Gdy w 1651 roku po bitwie pod Beresteczkiem Chmielnicki musiał się zgodzić na ugodę w Białej Cerkwi zaczął myśleć o Rosji jako potencjalnym sojuszniku w walce przeciwko Polsce. Początkowo rząd cara Aleksego patrzył na powstanie Chmielnickiego niechętnie, bowiem obawiał się groźnego także dla Rosji sojuszu tatarsko-kozackiego. Ponadto bano się o rozlanie rozruchów społecznych także na tereny Rosji jak i nie chciano występować przeciwko Polsce, ponieważ miano nadzieję na objęcie tronu polskiego przez dynastię Romanowów. Zwycięstwa Chmielnickiego jak i fiasko polityki dynastycznej przekonało Moskwę do poparcia Kozaków. Sobór ziemski już w 1651 roku opowiedział się za wojną z Polską, jednak pod wpływem zwycięstwa pod Beresteczkiem nie zdecydowano się wtedy na zaangażowanie w wojnę. W 1653 roku sobór przyjął Ukrainę pod protekcje Moskwy a w 1654 roku w Perejesławiu zawarto ugodę z Chmielnickim, było to de facto tożsame z przyłączeniem Ukrainy do Rosji. Wojska rosyjskie dość szybko zajęły ziemię smoleńską, Białoruś i część Litwy. Polakom udało się zwyciężyć w bitwie pod Ochmatowem. W 1654 roku w rezultacie sojuszu moskiewsko-kozackiego układ z Polską zawarli Tatarzy. Pomoc ze strony tatarskiej okazała się być dla strony polskie bardzo cenna. Co prawda w obliczu zagrożenia szwedzkiego zawarto w 1656 roku rozejm rosyjsko-polski, jednak rychło został on zerwany. Tymczasem Chmielnicki mimo, że nie zerwał ugody perejasławskiej z Moskwą zaczął szukać sojuszu ze Szwedami, który byłby wymierzony i w Polskę i w Rosję. Układ z Perejasławia zerwał po śmierci Chmielnickiego jego następca Wyhowski, który najpierw dalej szukał porozumienia ze Szwedami ale ostatecznie zawarł w 1658 roku z Polakami ugodę w Hadziaczu, na mocy której z ziem ukraińskich miano uczynić trzecią część państwa obok Polski i Litwy – Księstwo Ruskie. Ugoda hadziacka nie znalazła poparcia w oczach Kozaków, którzy znowu zwrócili się ku Moskwie, która ugodę hadziacką potraktowała jako nowy powód wojny, która rozgorzała z nową siłą. Polacy pokonali Rosjan w 1660 roku w bitwie pod Połonką i Cudnowem, ale wojna trwała nadal. Ostatecznie skutek przyniosły negocjacje pokojowe toczone od 1664 roku i w 1667 roku zawarto rozejm w Andruszowie. Przesądzał on o podziale Ukrainy na część lewobrzeżną przyłączoną do Polski i prawobrzeżną włączoną do Moskwy. Ostatecznie podpisany w 1686 roku pokój Grzymułtowskiego potwierdzał warunki andruszowskie.

Na początku myślałem, że mają do tego jakieś podstawy historyczne, ale wpisując w wyszukiwanie na Wikipedii – Zalesie, upewniłem się, że podstaw takich nie ma, przy czym dzięki Wikipedii odkryłem wiele ciekawych i przydatnych informacji o Rusi Zaleskiej którymi chciałbym się podzielić z wami, drodzy czytelnicy. Tak więc, pierwsza rzecz, która rzuciła się mi w oczy –

Nazwa “Zalesie” przede wszystkim pod względem geograficznym obejmuje ona wszystko, co było “za lasem” w odniesieniu do ziemi kijowskiej, od których Zalesie oddzielone było przez nieprzebyte briańskie (debriańskie “- od słowa “debri” – puszcza[дебри — места, заросшие густым лесом – przyp. tłum.] ) lasy, zamieszkałe przez wojowniczych Wiatyczy (Wikipedia)

Wzmianka o walecznych Wiatyczach zamieszkujących debriańskie lasy, oczywiście mnie ucieszyła, ale najważniejsze było nie to, a fakt że Debriańszczyzna jak się okazało, była właśnie tym terytorium , które oddzielało Zalesie od Rusi Kijowskiej i które do Zalesia nie należało, a wszystkie roszczenia towarzyszy z Rusi Zaleskiej do mojego Debriańskiego Kraju są daremne i nieuzasadnione.
Czytamy dalej i tutaj muszę wyznać szczerze, byłe bardzo zaskoczony –

Autochtonicznymi “mieszkańcami” Zalesia były plemiona ugrofińskie (Merjanie, Muromcy, Meszczera) oraz w mniejszym stopniu – Bałtowie (Galindowie Wschodni) (Wikipedia)

Okazuje się że Zalesianie, nawet nie są Słowianami. Oczywiście rozumiem Zalesie zostało skolonizowane przez Rusinów i w rezultacie stało się Ruskim –

Od początku XIII wieku Zalesie zawiera się w pojęciu Rusi(Wikipedia)

A wiec tu drodzy czytelnicy, mam nadzieję, rozumiecie, że jeśli Zalesie stało się częścią Rusi, dopiero w XIII wieku, w okresie powszechnej chrystianizacji i kolonizacji chrześcijańskiej, to nic naprawdę ruskiego tam nie było i nie mogło być, brak było jakiejkolwiek ciągłości między pokoleniami, więzi z rodzimą ziemią – utrwalona tradycja i rodzima ruska kultura, u tych ludzi praktycznie nie mogła powstać.

Kolejne wiersze, ostatecznie potwierdziły domysły na temat narodowego charakteru Zalesian, tak bardzo potwierdziły, że czytając zacząłem się krztusić –

Po rozpadzie Rusi na udzielne księstwa (drugie trzydziestolecie XII wieku) Zalesie ostatecznie oddzieliło się od Kijowa i w tym regionie rozpoczął się intensywny proces kształtowania niezależnego, “rosyjskiej” państwowości, dlatego też Zalesie słusznie jest nazywane “kolebką Rosji”.

Wikipedia – Zalesie – http://ru.wikipedia.org/wiki/Залесье

Ostatecznie wychodzi na to, że Moskale działają na swój tradycyjny, sprawdzony sposób a mianowicie, nie mając do tego żadnych podstaw i nikogo o tym nie powiadamiając, dołączyli już, choć wirtualnie, do swojej nowej Moscovii, do swojej “kolebki Rosji”, terytorium centralnych regionów Federacji Rosyjskiej, które nie mają z nimi nic wspólnego i na którym nie ma ani jednego zwolennika Rusi Zaleskiej. Oznacza to dokonanie pewnego rodzaju wirtualnego podboju ziemi, a następnie, na razie jeszcze wirtualnej, kolonizacji i ich przekształcenia w integralną część Zalesia. Które w zasadzie jest prototypem nowej „Rossjanii” [neologizm użyty najprawdopodobniej w celu odróżnienia Rosji od Rusi – przyp. tłum.], ucharakteryzowanej na narodowo-demokratyczną Zaleską Ruś (z „rosjańskim” [neologizm – jak wyżej – przyp. tłum.] zapaszkiem).

A teraz napiszę trochę o pewnej wspaniałej organizacji jakim jest Narodowo-Demokratyczny Alians (NDA), w ramach której jest prowadzony projekt Rusi Zaleskiej.

Alians ten składa się zasadniczo w większości z samych (prawdopodobnie już się domyślacie kogo) – Moskwian, brak jest oddziałów regionalnych NDA poza zaledwie Piterskim Narodowo-Demokratycznym Klubem “Balticum». Zatem, towarzysze z NDA, kiedy rysowali mapę Zalesia, powinni zaznaczyć regiony Moskwy i Petersburga, a nie regiony centralne, gdzie powtarzam, nie mają oni ani jednego oddziału regionalnego. Nie ma NDA – Woroneż, nie ma NDA – Kursk, nie ma NDA – Biełgorod i szczególnie nie ma NDA – Debriansk. Tak więc budowaliby sobie swoją nową Rosję, na podstawie starych szablonów u siebie w Podmoskowiu, lecz oni zgodnie ze swoim moskalskim charakterem narodowym, postanowili capnąć tłustszy kąsek i bezczelnie przy tym oświadczyć, że to jest Zalesie, nie mając do tego żadnych historycznych i prawnych podstaw.

Oprócz Debriańszczyzny do Rusi Zaleskiej przyłączono wielkie obszary Czarnoziemia zastanawiam się czy ktokolwiek w Biełgorodzie i Kursku o tym wie? – W Woroneżu, mój dobry przyjaciel, autor projektu – Republika Czarnoziemia, wie i już przygotowuje wystąpienie na temat powiązany z niniejszym materiałem. Mam nadzieję, że i on napisze, co o tym myśli.
Rodosław Kołoswetow – 27.10.2010.

Palenica ,Trzy Kopce Śląskie z jaskinią oraz Kopany – sanktuaria Światła Świata

Opublikowany w Starosłowiańska Świątynia Światła Świata, Słowianie, Wiara Przyrody przez bialczynski w dniu 18 Czerwiec 2012

Pomiędzy Palenicą a Kopanym na przełęczy znajduje się ponad 100 kopców o podstawie 1×1 do 4 x4 metrów i wysokości do 1m

Palenica

Jest kilka szczytów nazywanych Palenicą ale tylko jeden jest Świątynią Światła Świata – ten w Beskidzie Śląskim niedaleko Bielska Białej.

Tu z Wikipedii

- gdzie zgodnie z nową modą na niemieckość głupcy podają jej nazwę obowiązującą pod Zaborami, podczas gdy Słowianie zamieszkują to miejsce od 5000 roku p.n.e., a więc i budowle na szczycie z roku około 500 p.n.e. mają charakter słowiański.

Nazwa niemiecka jest oczywiście bezsensowna: Góra Szpiczasta, i od razu po tej nazwie można poznać kto był gospodarzem tej ziemi – Palenica – to nie tylko słowo oznaczające Płomień i Ogień , kult ognia i płomienia jaki tutaj uprawiano. To słowo oznacza, że stały tutaj posagi bóstw – bowiem Pal- Phal-Wan=Bałwan, to Święty Słup rzeźbiony w Świętym Drzewie poświęconym danemu bóstwu.

Palenica (niem. Spitzberg[1]) – szczyt w Beskidzie Śląskim o wysokości 688 m n.p.m.

Szczyt góry należy do Bielska-Białej i tam znajduje się granica z Jaworzem. Palenica wznosi się nad Doliną Wapienicy. Tędy prowadzi niebieski szlak na Błatnią z Wapienicy, szlak tu jest dość stromy i kamienisty. Palenica charakteryzuje się bardzo stromymi zboczami. Na samym szczycie (niedaleko niebieskiego szlaku) znajduje się kamienny wał, któremu przypisywane są cechy starożytnej (ok 500 lat p.n.e.) warowni, w której być może chronił się lud Młyńskiej Kępy. Istnieje również przypuszczenie, że było to miejsce religijnego kultu lub warowna strażnica. Niedaleko tajemniczego kręgu na Palenicy znajduje się kompleks około stu kamiennych kopców. Przypuszczalnie w drugiej połowie XVII w. odbywały się na szczycie góry nabożeństwa ewangelickie (tzw. “Leśne kościoły”)

Palenica

Palenica w serwisie wapienica.eu

Jeden z najbardziej tajemniczych obiektów kryje szczyt góry Palenicy. Góra ta, pomimo stosunkowo niewielkiej wysokości bezwzględnej (688m n.p.m.), stanowi jeden z najbardziej eksponowanych szczytów w północnej partii Beskidu Śląskiego, górując od północy nad Pogórzem Cieszyńskim i od południa nad Doliną Wapienicy. Warto również dodać,
iż w okresie średniowiecznym w pobliżu Palenicy, na obszarze Pogórza Cieszyńskiego, przebiegał ważny szlak handlowy prowadzący z Czech i Moraw do Krakowa, tzw. szlak solny.

Obiekt zlokalizowany na Palenicy określany jest w literaturze archeologicznej mianem kręgu kamiennego. Jego charakter zbliżony jest do założenia grodowego. Składa się z owalnej partii centralnej z pagórkiem o powierzchni 0,5ha, który utożsamia się z miejscem po wieży obserwacyjnej oraz z trzech schodkowato rozmieszczonych na zboczu podgrodzi, każde położone niżej od drugiego o około dziesięć metrów. Część centralna obwiedziona jest pierścieniowatym wałem kamiennym o nierozpoznanej konstrukcji wewnętrznej, osiągającym miejscami wysokość ok. 2m. Walor obronny założenia podkreśla fosa, zabezpieczająca od strony południowej, najłatwiej dostępnej (grzbiet łączący Palenicę z sąsiednim szczytem
o nazwie Kopany). Brak jest jednak jakichkolwiek śladów obecności Słowian wewnątrz grodziska, co w przypadku schronienia się ludności, lub też domniemanej walki jest niedopuszczalne.

Mapa Klimka ze strony Eksploratorzy, gdzie można znaleźć obszerny raport z eksploracji Palenicy i zdjęcia kamiennych kopców

Niewykluczone, iż z kręgiem na Palenicy związany jest zagadkowy kompleks kopców kamiennych, odkrytych niedawno w jego bezpośrednim sąsiedztwie. Składa się on z ok. 100 kopców kamiennych zlokalizowanych na grzbiecie łączącym szczyt Palenicy z górą Kopany. Kopce zbudowane są z luźno usypanych kamieni piaskowcowych. Mają w rzucie poziomym kształt owalny o zróżnicowanej wielkości, od wymiarów 1m x 1m do 4m x 4m i wysokości ok. 0,5m. Obszar objęty zasięgiem występowania kopców szacuje się na około 1ha.

W obrębie dwóch kopców tego kompleksu przeprowadzono w latach 1991 i 1993 badania wykopaliskowe. Nie dostarczyły one co prawda materiału zabytkowego umożliwiającego datowanie tych zagadkowych obiektów, ale pozwoliły na dokonanie interesujących obserwacji. Stwierdzono, iż kopce poza częścią nadziemnego nasypu zaopatrzone są również w część podziemną w postaci zagłębionej jamy wypełnionej drobnymi kamieniami.

Wypełnisko kopca stanowiły oprócz kamieni różnej wielkości, warstwy glebowe z licznymi szczątkami organicznymi, a także substancji organicznej przypominającej strukturą kość. Dotychczasowe wyniki badań mogły sugerować funkcje kultowe kopców (m.in. stwierdzone ślady palenia ognia na zewnętrznej powierzchni kopca). Prawdopodobnie usypywano kamienne kopce, wewnątrz których ustawiony był drewniany pal, wokół niego pozostawiano Bogom ofiary, które ulegały spaleniu.

Jeszcze ze strony: Święte Góry z WordPressu

Palenica jest szczytem w Beskidzie Śląskim, o wysokości 688m n.p.m., górującym nad Doliną Wapienicy niedaleko Bielska-Białej. Mimo swojej niewielkiej wysokości, jest jedną z najbardziej eksponowanych gór w okolicy. Niewątpliwie należy do gór Polski, której można przypisać miano świętej. Odkrycia archeologiczne ujawniły bowiem nie tylko wiele śladów prehistorycznych osad wokół Palenicy, ale przede wszystkim na samym szczycie znaleziono szczątki kamiennego wału, który sugeruje, że miejsce to mogło stanowić niegdyś centrum religijne okolicznych mieszkańców.

Archeologia

Badania wykopaliskowe przeprowadzone zaraz po wojnie i w latach dziewiećdziesiątych minionego wieku wykazały, że szczyt otoczony był niegdyś kamiennym kręgiem o długości 10 metrów, być może o charakterze grodu. Świadczą o tym wyraźne ślady po wieży obserwacyjnej, podgrodzi i fosy zabezpieczającej dwumetrowej wysokości wał od jego najbardziej dostępnej, czyli południowej strony. Jednakże wewnątrz kręgu nie znaleziono żadnych śladów obecności ludzi, co przeczy domniemaniu, że miejsce to mogłoby być miejscem walk lub schronienia dla lokalnej ludności.

Natomiast na jego religijny charakter wskazywałby kompleks około 100 planowo usypanych kopców kamiennych znalezionych na południowym grzbiecie, łączącym Palenicę z górą Kopany. Kopce o owalnym kształcie zbudowane są z kamieni piaskowcowych i mają zróżnicowaną wielkość – największe mają wymiary 4m x 4m. Kopce rozrzucone są na obszarze około 1 ha. Niestety nie ustalono ich wieku. Co ciekawe, po bardziej szczegółowych badaniach dwóch z nich, odkryto, że mają one także część podziemną, składającą się z jamy oraz wsypanych tam drobnych kamyków oraz gleby ze szczątkami organicznymi. Ten fakt mógłby wskazywać, że niegdyś znajdowały się tu kości. Nasuwa to myśl, niczego jednak nie dowodząc, że było to miejsce rytualnych pochówków. Na zewnętrznych częściach kopców odkryto także ślady ognia, co mogłoby wskazywać na rytualne spalanie ofiar składanych bogom. Ponieważ bardzo podobne ślady znaleziono już na innych górach, takich jak Ślęża czy Chełmno, z pewnością będącymi sanktuariami religijnymi, istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo, że Palenica także niegdyś była słowiańskim centrum kultowym.

Istotnym znaleziskiem świadczącym o wieku tego miejsca jest żelazny grot, wykopany niedaleko wejścia do jaskini 100 metrów poniżej grzbietu z kopcami. Datowany na II wiek naszej ery, grot ten jest niezwykle rzadkim znaleziskiem na terenach Beskidów.

Nieopodal, na zboczu góry Trzy Kopce, znaleziono kolejny ślad sugerujący sakralność tego rejonu. Jest to blok kamienny z rytem naskalnym, ustawiony pionowo, zgodnie z czterema stronami świata. Dłuższe boki ustawione są na osi wschód-zachód. Na węższych bokach, znajdują się trzy rysunki – po wschodniej stronie postać człowieka w pozie modlitewnej oraz równoramienny krzyż, a po stronie zachodniej wyryty jest znak X. Znak ten pojawia się w innych miejscach kultu dawnych Słowian, między innymi na posągu w kształcie ryby u podnóża Ślęży oraz na głazach w Sobótce u podnóża góry.

U stóp Palenicy, tam gdzie niegdyś było Stare Bielsko, są ślady grodziska, co dowodzi, że miejsce to tętniło niegdyś życiem. Z drugiej strony pasma, niedaleko Jaworza, w wiosce Młyńska Kępa odnaleziono ślady obecności człowieka z wczesnej epoki żelaza (700-400 r p.n.e.). Kto wie, czy prahistoryczna osada nie miała swego centrum kultowego właśnie na Palenicy.

Między Palenicą a Kopanym

Kopany

Kopany – szczyt w Beskidzie Śląskim o wysokości 690 m n.p.m.

Szczyt graniczny Bielska-Białej. Przez niego przechodzi niebieski szlak na Błatnią, który ciągnie się od Wapienica przez Palenicę i trafia na Kopany. Teren wokół szczytu znajduje się w obrębie bielskiego rezerwatu przyrody Jaworzyna. Z samego szczytu rozciąga się malowniczy widok na Dolinę Wapienicy i okoliczne szczyty, m.in. Cuberniok, Stołów, Trzy Kopce. Do szczytu prowadzi także stroma ścieżka wychodząca od strony pętli za zaporą.

Trzy Kopce

Trzy Kopce – szczyt w Beskidzie Śląskim o wysokości 1082 m n.p.m.[1], położony ok. 750 m na południowy zachód od Klimczoka. Jest zwornikiem dla odgałęziającego się tu w kierunku północno-zachodnim pasemka Błotnego.

Szczyt graniczny między miastem Bielsko-Biała, gminą Brenna a Szczyrkiem. Nazwa, podobnie jak w przypadku Trzech Kopców Wiślańskich, pochodzi od trzech kopców granicznych, jakie ustawiono tu, aby oznaczyć poszczególne obszary. W tym przypadku kopce oznaczały granice trzech wsi: Brennej, Wapienicy i Szczyrku, ale jednocześnie, od XVII w., granice Księstwa Cieszyńskiego i hrabstwa bielskiego należących do Austrii oraz dominium łodygowieckiego leżącego w granicach Polski. Później, do 1950 r., zbiegały się tu granice powiatów cieszyńskiego, bielskiego i bialskiego.

Na południowym skłonie szczytu znajduje się Jaskinia w Trzech Kopcach, kojarzona ze zbójnikami Wojciechem i Mateuszem Klimczokami mającymi ponoć tam kryjówkę. Inna legenda mówi, że istnieje połączenie między tą jaskinią a zamkiem Sułkowskich w Bielsku. Na północnym stoku odkryto kamienne kopczyki, podobne do tych z Palenicy, jeszcze jednak ich nie przebadano.

Jaskinia Trzy Kopce

Jaskinia znajduje  się  w paśmie Beskidów Śląskich. Góra Trzy kopce (1080 m n.p.m.) leży pomiędzy  Klimczokiem  ( 1117 m n.p.m.),   a  Błatnią (917 m n.p.m.).   Wejście  do   jaskini znajduje się na północnym zboczu góry. Na mapie Beskidu Śląskiego nie jest ono zaznaczone.

Jaskinia ma 824m długości, jest największą jaskinią (nie krasową) w Polsce, która powstała na  skutek  przesuwu  mas   skalnych  (krasowe  powstają  na skutek działania skutków erozji, głównie wymywania przez  wodę wapieni ).  Nie  jest  ona  tak  piękna jak jaskinie krasowe w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej, nie ma  w  niej stalaktytów, stalagmitów, czy stalagnatów, ale i tak jest interesująca. Położona jest poziomo  wskutek czego nie jest trudna w zwiedzaniu, nie ma tu głębokich kominów, czy lejów, nie jest potrzebna uprząż czy lina. Dlatego nie trzeba taszczyć ze sobą całego tego cholerstwa, a zabawy jest dość. Pełno tu półek, zacisków, miejsc gdzie  trzeba  się  przecisnąć  ew.  przeczołgać.   Czasem  można znaleźć przejścia w najmniej oczekiwanym i niewidocznym miejscu.  

W latach trzydziestych XX wieku na samym szczycie Trzech Kopców powstało prywatne schronisko turystyczne, zniszczone z końcem II wojny światowej. Jego fundamenty są jeszcze widoczne tuż przy żółto oznakowanym szlaku turystycznym z Klimczoka na Błotny.

Po południowo-wschodniej stronie góry biegnie czerwony szlak z Siodła pod Klimczokiem na Przełęcz Salmopolską, zaś przez stoki południowo-zachodnie – czerwono znakowany szlak narciarski z Klimczoka przez Trzy Kopce i przełęcz Karkoszczonkę do Szczyrku.

Ruiny schroniska na Trzech Kopcach

Witkacy a mity słowiańskie i inne wizje

Opublikowany w Mitologia Słowiańska, sztuka przez bialczynski w dniu 16 Czerwiec 2012

Zapewne zdziwi to was, ale nawet najbardziej zdawałoby się odlegli od zainteresowań mitologicznych  i zaangażowani w tworzenie awangardowych nurtów sztuki artyści nie stronili od prób przekładania owej tematyki na swoje ultranowoczesne środki wyrazu. Oto jeden ze skrajnych przykładów z okresu międzywojennego, Stanisław Ignacy Witkiewicz, czołowa postać awangardy XX-lecia Międzywojennego, wielki psychodeliczny eksperymentator tamtych czasów namalował także obraz zatytułowany „Topielice”, który reprodukujemy poniżej. Obraz powstał, jak wiele innych, cenionych jego prac, jako zapis psychodelicznej wizji autora.

Stanisław Ignacy Witkiewicz – Witkacy: Topielice, 1921

Stanisław Ignacy Witkiewicz – Witkacy: Powstanie Świata, 1921

Stanisław Ignacy Witkiewicz – Witkacy: Fantazja, bajka 1921

Pejzaż jesienny

Malował także obrazy wszechświata:

Kometa Encke

Nova Aurigae

Antares w Skorpionie

Aldebaran i Hyady

Kompozycja astronomiczna

Pomijam oczywiście fakt iż masa obrazów Witkacego ma charakter szamańskich wizji, podobnie jak obrazy Amaringo, ponieważ powstawały pod wpływem szamańskich środków odurzających i są zapisem jego kosmicznej łączności z Matrycą Wszechświata. przykłady poniżej

Stanisław Ignacy Witkiewicz – Witkacy: Wizje mitologiczno-bajeczne

Stanisław Ignacy Witkiewicz

Stanisław Ignacy Witkiewicz – Witkacy

Stwarzanie Przyszłości Świata

Pojednanie Polska – Rosja, czyli jeszcze o latach 1610 – 1612 oraz o Kontrreformacji

Opublikowany w nauka, Słowianie, Teksty społecznie zaangażowane przez bialczynski w dniu 13 Czerwiec 2012

Hołd carów Rosji Szujskich złożony władcy Polski

Przytaczamy tutaj fragment artykułu zamieszczonego na portalu Racjonalista.pl, w dniu 21 maja 2012 roku i odsyłamy do całości tekstu, TAMŻE. Jest to artykuł niezwykle ważny, który odkłamuje w istotny sposób kwestie historyczne – zwłaszcza tło i przyczyny Rozbiorów Polski, które są przez katolicką naukę od 250 lat pokazywane nie w świetle Reflektora PRAWDY Naukowej (rpn) i analizy faktów (af), lecz w Krzywym Zwierciadle Ideologii Katolickiej (kzik)

Tę flagę rozwiniętą w Warszawie na meczu Polska – Rosja (1:1) 12 czerwca 2012 roku, w czasie futbolowego EURO, w postkomunistycznych masowych mediach polskich nazywa się flagą kibiców rosyjskich. Ufundował ją Związek Kibiców ROSJI  na czele którego stoi neofaszysta, najprawdopodobniej agent KGB – stamtąd pochodzą pieniądze na szycie takich flag. Prowokacja knuta przez specsłużby i media w obu tych “zaprzyjaźnionych demokracjach”  spaliła na panewce – “rozruchy” były próbą bijatyki między dwoma specsłużbami w kolorowych szalikach. Oczywiście nie zapomniano przy okazji wymierzyć kopa reporterowi opozycyjnej “Gazety Polskiej Codziennie”. W wypadku tego kopa w okolicę głowy policja polska zachowała bierność. Skąd my to znamy? Ja jeszcze pamiętam.

Podobne narzędzie kzik , zamiast rpn, stosuje się do przedstawiania roli kk w restaurowaniu “Niepodległej” III RP w 1989 roku – naprawdę gdy oświetlić Reflektorem Prawdy Naukowej owo wydarzenie – mamy do czynienia z udziałem kk w nieformalnym Triumwiracie Konserwy PRL w  wydaniu  PRL BIS  = III RP, tzw złagodzonym, gdzie do władzy dopuszczono koncesjonowaną opozycję katolicko-postępową, katolicko-promoskiewską i socjaldemokratyczno-syndykalną, które de facto były dopuszczone do głosu i oficjalnego bytu w PRL, lecz nie były tam dopuszczone do udziału w sprawowaniu władzy. Oto cała różnica między PRL a III RP. Lecz według kk żyjemy w państwie niepodległym i obywatelskim.

Oto link do artykułu w RACJONALIŚCIE: WWW Racjonalista PL

Pamiętajmy także, że Moskwa skapitulowała po raz drugi przed Polakami  1 marca 1634 roku, w wyniku kolejnej przegranej bitwy o Smoleńsk, ale to już była eskalacja nienawiści wzajemnej  – Tutaj słabo znany obraz Jana Matejki “Król Władysław IV pod Smoleńskiem”

[W XVI i XVII w. Rzeczypospolita Obojga Narodów była potęgą zagrażającą Rosji. Po wygranej hetmana wielkiego polnego koronnego Stanisława Żółkiewskiego pod Kłuszynem w 1610 r. Polacy zajęli Kreml, a po podpisaniu traktatu pokojowego w Dywilinie odebrali tereny należące od XIV w. do Wielkiego Księstwa Litewskiego: ziemie smoleńską, czernihowską i siewierską i ustalili nową granicę wschodnią. Rosja nie mogła się pogodzić z przegraną i po śmierci króla Zygmunta III w 1632 r. podjęła próbę zdobycia Smoleńska. Wybuchła wojna polsko-rosyjska, która trwała do 1634 r. (tzw. wojna smoleńska). Zakończyła się zwycięstwem wojak polsko-litewskich nad wojskami rosyjskimi dowodzonymi przez Michała Szeina. 25 lutego 1634 r. armia rosyjska skapitulowała pod Smoleńskiem, co utorowało Polakom drogę do Moskwy. Nowy król Polski Władysław IV Waza okazał się świetnym wodzem, śledzącym rozwój sztuki wojennej i umiejętnie stosującym nowatorską wówczas taktykę manewrów stosowaną przez wojska szwedzkie pod dowództwem Gustawa Adolfa. Władysław IV podzielił swą armię na trzy części i ruszył w głąb Rosji. Przodem poszły lotne oddziały jazdy polskiej, które dotarły pod Moskwę siejąc zniszczenie i przerażenie. 1 marca Moskwa skapitulowała. Król Władysław IV początkowo sądził, że osadzi na tronie moskiewskim swego brata Jana Kazimierza, aby potem wspólnie z Rosją uderzyć na Szwecję i odzyskać tamtejszy tron. Piętrzące się trudności znacznie osłabiły optymizm króla. Zima i choroby dziesiątkowały armię polsko-litewską, zbliżał się koniec rozejmu ze Szwecją, a na południu groziła wojna ze sprzymierzoną z Rosjanami Turcją, polski monarcha zdecydował się na rokowania. Pokój zawarto w Polanowie. Potwierdzał on ogólne warunki rozejmu z Dywilina: przynależność do Rzeczypospolitej ziem smoleńskiej, czernihowskiej i siewierskiej. Władysław IV zrzekł się tytułu cara Rosji i pretensji do tronu moskiewskiego.]

Władysław IV przyjmuje kapitulację wojsk rosyjskich pod Smoleńskiem w 1634 r. (fot. Maciej Szczepańczyk, na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0)

Będziemy pilnie śledzić dalsze części wypowiedzi pana Agnosiewicza w Racjonaliście.pl, bo czas najwyższy zobiektywizować rzeczywistość w Pełnym Jej Spektrum obejmującym wszystkie Aspekty (holistycznie), na potrzeby naszej bieżącej Jej oceny. Bez takiej oceny, bez pełnego obrazu nie stworzymy sobie możliwości racjonalnego  wyboru  Właściwych Narzędzi dla dokonania zmiany tego co nas obecnie otacza.

Wiele się też mówi i pisze – i my będziemy pisać o tym – o związku hitlerowców z magią, okultyzmem, gnozą, antropozofią i teozofią i o faszystowskich nawiązaniach do wiary przyrody oraz o kulcie ciała i fizycznej kultury w Niemczech lat 30-tych XX wieku, ale bardzo mało i niechętnie pisze się o ideowych związkach kościoła i Watykanu z faszyzmem, powiązaniach polskiego kk z nową władzą PRL-owską po 1945 roku i kościelnych koneksjach w zamian za które zgodzono się na likwidację podziemia i konspiracji po  II Wojnie Światowej, czy o związkach cerkwi prawosławnej ze stalinizmem i obecnym totalitarnym reżimem moskiewskim.  Ten temat również w najbliższej przyszłości poruszymy, nie po to żeby kogoś dzielić – lecz żeby mieć jasność na przyszłość, która nadchodzi.

W Polsce próbuje się tzw. Księży Postępowych i Postępowych Katolików ze Znaku, PAXu, Tygodnika Powszechnego i innych pseudo chrześcijańskich organizacji PRL-owskich przedstawiać jako spontaniczny ruch garstki nierozważnych czy też zinwigilowanych – to nie jest prawda. Kościół nie musiał ich tolerować a na dokładkę wspiera ten nurt współpracy z post-specsłużbami PRL w III RP także i obecnie.

Polecam też tekst: “Kościół a Rzeczpospolita”

CB

Wystąpienie Milina – obraz Konstantego Makowskiego

Papiestwo i narodziny nienawiści polsko-rosyjskiej [1]

Autor tekstu: Mariusz Agnosiewicz

Antypamięci Piotra Skargi

Papież Paweł V (1605-1621), swój pontyfikat rozpoczął popychając Polskę do antyrosyjskich dymitriad, jednego z najgłupszych i najtragiczniejszych epizodów naszej historii, a zakończył go, kiedy jego układ krążenia doznał radosnego przeciążenia w trakcie procesji na cześć pogromu Czechów w Wojnie Trzydziestoletniej.

Udział papiestwa i jezuitów w tragicznych awanturach antyrosyjskich Polski na ogół jest przemilczany. Dla wyłaniającego się mocarstwa rosyjskiego było to wydarzenie historycznie traumatyczne, które położyło się cieniem na całych późniejszych stosunkach polsko-rosyjskich i nigdy nie powinno być pomijane przy rozpamiętywaniu rozbiorów. Kiedy w 2005 r. Rosja zastąpiła swoje dawne święto narodowe upamiętniające wybuch rewolucji październikowej – Dniem Jedności Narodowej, poświęconym pamięci wyzwolenia Moskwy i Rosji od Polaków w roku 1612, wówczas Watykan wyrażał zatroskanie, czy aby nie będzie ono miało charakteru antykatolickiego. Papież musiał się obawiać, czy inwazja Polaków i deptanie przez nich rodzimej kultury, nie będzie okazją do przypominania, że była to wówczas formalna krucjata i najazd mający na celu rekatolicyzację Rosji.

Dymitriady

Polska okupacja Moskwy poprzedzona była dymitriadami, czyli polsko-papieskimi próbami obsadzenia tronu Moskwy przez uzurpatorów, zwanych Dymitrami Samozwańcami. W końcowej fazie dymitriad, miała miejsce polska inwazja i wojna polsko-moskiewska (1609-1618). W projekt ten papież Paweł V zaangażował się tuż po konklawe i odegrał w nim istotną rolę. [ 1 ] Nie wiadomo dokładnie w jakich okolicznościach objawił się w Polsce rzekomy syn cara Iwana Groźnego, ale znamienne, że pierwsza wzmianka o nim pojawia się 1 listopada 1603 w liście nuncjusza Claudio Rangoni do papieża Klemensa VIII. [ 2 ] Sprawa trafiła wówczas do inkwizycji rzymskiej i pracował nad nią Camillo Borghese, który półtora roku później miał zostać nowym papieżem. Kilka miesięcy później Samozwaniec pojawił się przed królem w Krakowie, starając się przekonać Zygmunta III Wazę do wsparcia jego wyprawy na Moskwę. Zgodził się pojąć za żonę a następnie obsadzić na tronie jako carową córkę wojewody sandomierskiego. Inicjatywa ta spotkała się z druzgocącą krytyką polskiego męża stanu Jana Zamoyskiego, który projekt obsadzenia Maryny Mniszchówny jako carowej uznał za godny komedii Plauta. W konsekwencji Sejm jednogłośnie odrzucił pomysł zaangażowania Polski w tę awanturę.

Sprawa pewnie by upadła, gdyby nie zaangażowali się w nią nuncjusz i jezuici. Do spojrzenia na Samozwańca przychylniejszym okiem namawiali króla prymas Jan Tarnowski oraz protektor jezuitów, biskup krakowski i późniejszy prymas, Bernard Maciejowski. [ 3 ] Uzgodniono wówczas konwersję Samozwańca na katolicyzm. Chrztu udzielili mu jezuici 17 kwietnia 1604. 24 kwietnia nuncjusz udzielił nowej owieczce komunii i bierzmowania. Jeszcze tego samego dnia neofita napisał do papieża [ 4 ], obiecując mu katolicyzację Rosji oraz krucjatę na Turków. Wobec odmowy sejmu, wojsko awanturnicze sformował wojewoda sandomierski, ze wsparciem jezuitów jako kapelanów. [ 5 ]

Dymitr Samozwaniec

Kilkanaście dni po konklawe z Rzymu wyszło pismo do nuncjusza z prośbą o obszerny raport o postępach kampanii Dymitra i stosunku do niego polskiego króla. Niedługo później uzurpator triumfalnie wkroczył do Moskwy. Z Rzymu wyszło wówczas pismo z gorącymi gratulacjami i naciskiem, by możliwie szybko rozpoczął przywracanie Rosji katolicyzmowi. Miał obiecany triumfalny fresk w Sala Regia Watykanu. Wkrótce po koronacji nowego cara papież wysłał kilka brewe: do Zygmunta III, kardynała Maciejowskiego i wojewody sandomierskiego, aby udzielili nowemu władcy Rosji wszelkiej niezbędnej pomocy w „przywróceniu Moskali Kościołowi”. Okazało się jednak, że poparcie króla polskiego dla kampanii było mniejsze aniżeli przedstawiali to papieżowi jezuici: król nie chciał bowiem uznać carskiego tytułu Dymitra.

Nowy car Rosji jedynie z Watykanem miał wówczas nawiązane stosunki dyplomatyczne. 11 września 1605 papież wysłał mu pismo gratulacyjne z okazji koronacji, znów przypominając o zadaniu jakie miał do wykonania. W odpowiedzi car odmalował papieżowi swój projekt: chciałby wraz z cesarzem i królem Polski ruszyć na krucjatę przeciwko Turkom. Papież musi jednak przycisnąć króla Polski oraz przysłać kilku ekspertów wojennych. Paweł V obiecał uczynić co w jego mocy.

Po pewnym jednak czasie car stwierdził, że jego misja religijna przekracza jego możliwości. Polscy katolicy zachowywali się w Moskwie jak na podbitym terytorium. Papież zaczął tracić cierpliwość i wzywał już cara, aby sam wypowiedział wojnę Turcji a nuncjusze w całej Europie rozniosą orędzie wojenne. [ 6 ] Po 11 miesiącach rządów bojarzy zawiązali udany spisek na jego życie. Dokonano jednocześnie pogromu kilkuset Polaków. Zwłoki uzurpatora wsadzono do armaty i wystrzelono w kierunku Polski, choć powinien polecieć raczej ku Watykanowi.

Jezuici poczęli wkrótce głosić, że Dymitrowi udało się zbiec, przygotowując tym samym podłoże nowej dymitriady. Nowy nuncjusz papieski w Polsce Simonetta podjął temat. Watykan podtrzymywał tę wiarę. Nowy Dymitr Samozwaniec rozpoczął działalność od lipca 1607, znów wsparty wojskiem z Polski. Mniszchówna publicznie „rozpoznała” w nim swojego męża. Nie było już jednak obietnic nawrócenia Moskali.

Rokosz

W tym czasie w Polsce nad jezuitami zebrały się czarne chmury. Szlachta zawiązała przeciwko królowi rokosz sandomierski, a jedno z jego głównych ostrzy wymierzone zostało w jezuitów. Zarzucano im, że pod ich wpływem król dyskryminuje różnowierców przy nadawaniu dóbr, godności i urzędów, stale blokuje wydanie regulacji wykonawczych do konfederacji warszawskiej wprowadzającej w Polsce tolerancję i nie reaguje na tumulty wyznaniowe, inspirowane zresztą głównie przez samych jezuitów. Szlachtę niepokoił także zwrot w polityce międzynarodowej i zbliżenie z Habsburgami, którzy od kilkunastu lat toczyli pod patronatem „ojca świętego” tzw. Długą Wojnę przeciwko Turcji, co oznaczało zaangażowanie Polski w krucjatę przeciwko Turkom, do czego parło Państwo Kościelne, udzielając dyspensy na ślub króla polskiego z siostrą jego poprzedniej żony, Konstancją Habsburżanką. Papież uznał to małżeństwo za „rzecz arcypożyteczną dla chrześcijaństwa” [ 7 ] i wkrótce Konstancja stała się w Polsce „głównym chorążym wojującego katolicyzmu” (Jasienica), kooperując w tym dziele z Piotrem Skargą, który w 1606 opublikował propagandową broszurkę dla formowania rycerza-chrześcijanina (Żołnierskie nabożeństwo). Późniejsza historia pokazała, że obawy szlachty były zasadne, gdyż po zakończeniu wojny z Moskwą, Polska wplątała się w kosztowną wojnę przeciwko Turcji.

Kolumna Zygmunta III na Placu Zamkowym w Warszawie to jeden z najbardziej charakterystycznych zabytków stolicy. Król z wielkim krzyżem i mieczem dobrze oddaje politykę monarchy

Nie bez powodów Zygmunt III nazywany był „jezuickim królem”. Główny kierunek jego polityki, wtłaczający w Polsce ostry kurs kontrreformacyjny, przypisywany był jezuitom, w szczególności nadwornemu kaznodziei, przesławnemu Piotrowi Skardze. Papieski dyplomata i jezuita, Antonio Possevino (wspierał pierwszego Dymitra Samozwańca), nie cenił zanadto walorów intelektualnych polskiego władcy, który według niego był „dowcipu i usposobienia nieco ociężałego i nie bardzo pojętnego”. Od samego początku jego panowania opiekę duchową roztoczył nad nim Piotr Skarga jako jego nadworny kaznodzieja, nieustannie podsycając w nim fundamentalizm katolicki.

Katolicka historiografia przedstawia rokosz szlachecki jako ruch na rzecz utrzymania anarchicznej „złotej wolności”, bunt przeciwko wzmocnieniu władzy królewskiej, która mogłaby usprawnić Rzeczpospolitą. Tyle że owo „usprawnienie” oznaczało siłowe zgniecenie protestantyzmu a następnie zaangażowanie w kontrreformacyjną politykę europejską oraz krucjatę antyturecką. Z jednej strony stały „małostkowe” interesy szlachty, a drugiej kontrreformacyjna i krucjatowa polityka papieska. Sam król Zygmunt władzę swą chciał wzmocnić po to, by zdobyć tron rodzinnej Szwecji. „W kraju pozostałby ukoronowany za życia ojca królewicz Władysław oraz rządzący zamiast niego gubernator… w postaci arcyksięcia austriackiego. Szwecja miałaby oczywiście zostać zdobyta i przywrócona do wierności Rzymowi. Pomocy po temu udzielić miała opanowana przez Samozwańca i również do łaciństwa nakłoniona Moskwa. W ten sposób powstałaby wielka liga północna, zdolna do skutecznych działań przeciwko Turkom. Zamiary były ogromne i równie chimeryczne (…) Król Jego Mość ‘narodem naszym kontentować się’ nie chciał. Dążył do totalnego zwycięstwa katolicyzmu w całej Europie, niszcząc w tym celu wypróbowaną od wieków spójność moralną państwa, i do korony szwedzkiej dla siebie. Rzeczpospolita miała się owym wytycznym podporządkować, posłużyć tylko za odskocznię” (Paweł Jasienica). Z taką to tendencją walczyła opozycja antykrólewska.

cd: WWW. Racjonalista.pl

Dzisiaj przekraczamy granicę – 12 06 2012


12 06 2012 lub 12 06 7520 co oznacza czertę 5 tak czy owak. Granica. Odsyłam do Lekcji 5. To właśnie dzisiaj.

ostatnia aktualizacja 23 lipca 2012:

Okazuje się, że między 4 a 11 lipca opublikowano świeże odkrycie, że Ziemia jest połączona portalami magnetycznymi ze Słońcem i jest to rodzaj pępowiny magnetycznej przez którą Słońce transportuje swoje cząstki na Ziemię – czy również nussonową materię eteru – czyli Ciemną Materię?! To chyba oczywiste że tak, ale tego nasza nauka nawet nie jest w stanie “dotknąć”. A co z Ciemną Energią płynącą ze Słońca i galaktyki? – Ten temat nawet się nauce ziemskiej nie marzy.

Efekt ZMIANY będzie odłożony i rozciągnięty w czasie na najbliższe 2 lata. Ale to właśnie się dokonało i wyjdzie wszystkim na zdrowie. Zapowiedź nowego Istu nie jest już zapowiedzią.

Dzisiaj rano zamknąłem – na wszelki wypadek wszystkie swoje sprawy – żeby nic nie zostało rozgrzebane. A więc uporządkowałem i zamknąłem etap. Początek mógł się zatem stać. On oczywiście stałby się czy chcę tego czy nie, ale to wspaniała świadomość kiedy Wszystko , dosłownie wszystko udaje się wkomponować w rytm Świata – przecież sprawy toczą się jak chcą, na większość z nich nie mam teoretycznie wpływu, a jednak zamykają się o czasie.

Dzisiaj o 15.00 w Katowicach Kira broni dyplomu – obroni go doskonale – WIEM – na drugim fakultecie, na ASP – jest to książka Wydana przez Krainę Księżyca – którą zainicjowała ona sama. To już nie moja Kraina Księżyca – to Kraina Księżyca moich córek Kiry i Sawy (Marii i Juany-Janiny – cóż taki sobie jeszcze jeden dziwaczny zbieg okoliczności) i ich wspólna książka.

Dzisiaj rusza Studio Graficzne Sawy -  jej własna firma. Też dzień graniczny, co będzie dalej?!

Ich pierwsze dzieło to postacie i  ilustracje  do Przygód i Nowych Przygód Baltazara Gąbki.

Ten znak Krainy Księżyca – to także Shui (szłej, szołej) – szum – szumieja – szumja – WODA. Woda i Wiatr to Posłańcy Światła (feng shui).

Stworzył go w 1991 roku Marek Pawłowski, grafik krakowski – “Promienisty”, czyli członek wspólnoty artystów zamieszkałych przy Promienistych 9 w Krakowie . Grupę tę stanowiło 8 do 11 osób (jedni się sprowadzali inni wyprowadzali, jeszcze inni jak John Porter mieszkali chwilowo). Marek nie studiował filozofii chińskiej ani I Cingu, tym bardziej jogi, zen (dzyen, dhyana – co po naszemu “dzianie się” – trwanie, “dech” – (ode)-tchnienie), ani nie zajmował się Kala Czakrą  – to oczywiście jeszcze jeden  z przypadków – tyle że te przypadki drwią sobie z praw statystyki – jak zawsze.

Foto Wit Niecodzienny – to kolejny przypadek  – bo  mamy tutaj Kopiec Sowiego – Welańskiego Pana Ostatniej Drogi – na Sowińcu w Krakowie, w lesie Welskim . Jak wiadomo po pobycie w Zaświatach (i po kali- judze [skalanej pół-dziejawie ciemnej, czyli czwartej części Dwu-Dziejawy, Koła Kół, Koła Kółwieka, po czasie kalijugi) następuje Odrodzenie.

Nigdy nie planowałem przyszłości moich dzieci. Chroniłem je jak mogłem przed żywotem artysty, bo to wyjątkowo niewdzięczna robota wciąż balansować na pograniczu Świata Ludzi   i Świata Bogów, na Progu Kosmosu. Lecz Bogowie czynią co chcą z naszym życiem i życiem naszych bliskich – realizują swój własny plan.

Moje ostatnie wizyty wiązały się ze Sarożycem-Sołem (Słońcem), ze Swarogiem Światłem Ognia Niebieskiego (Agnim), ze Ślężą – Ślącą Soł – Światło i  Wodę. Wodę bo Sou-Soła-Souawa – Sawa to Słoneczna i Śląca i Wilgna. Zamieszkałem tam nad Modrym Baniorem pomiędzy SUL-ISTRO-Wicami a SUL-ISTR-OWICZKAMI. Odbyło się spotkanie na szczycie 3 czerwca, Tydzień później, 9 czerwca, pojechałem do Jerzego Przybyła – do SOLI pod Żywcem – Sół – to nie żaden przypadek.


Mezamirze – dzisiaj przeszedłem operację – pamiętasz – rozpoznałeś na  odległość, że moje zdrowie  i życie jest zagrożone i że ten stan koncentruje się w rejonie szyi. Operacja skończyła się biciem dzwonów o 12.00 – kościół katolicki ogłosił że się udała, choć księdzu wydawało się, że jak zwykle dzwoni na “połednie”, czyli w pół Dnia  Jasnego ku chwale Dażboga.

- Tak, tego samego, od którego wziął swoje imię Dzeus: Dzieńboga, DNIAŻ-Boga – Pana Jasności Niebiańskiej.

Jutro kolejny  artykuł z cyklu Polska – Rosja “Pojednanie Polska – Rosja, czyli jeszcze o roku 1612 i kontrreformacji” (jutro a nie dzisiaj).

Za to dzisiaj wieczorem mecz Polska – Rosja w ramach Igrzysk rządowych, czyli istne rozpasanie szowinizmu i nacjonalizmu napędzane przez wszystkie rządowe media; TVP, TVN, Polsat, Gazeta Wyborcza, praktycznie  cała  prasa codzienna i kolorowa – po prostu niczym innym już się nie zajmują tylko igrzyskami EURO 2012 – Ci pseudodemokraci walą z grubej rury gotowi nawet rozpętać wojnę futbolową miedzy kibicami Rosji i Polski na ulicach Warszawy.

Sprowadzono tam podobno oddział karateków z nowego KGB które się nazywa jakoś inaczej (tak czy siak to NAZI Specsłużby Postkomuny) – podobno skopali we Wrocławiu “polskich stewardów” – nie wiedziałem do dzisiaj że steward to facet z pałą i kajdankami w kieszeni, który jest odmianą tajnego policjanta w odświętnym ubranku. Steward to był ktoś na statku – służący. Stewardzi w kelnerskich kamizelkach skopali się więc z tajniakami z Moskwy ubranymi w kolorowe szaliki. Nacjonalistyczna  Histeria z jednej i drugiej strony sięga zenitu. Mecz w Narodowe Święto Rosji a wynik ma spowodować ogłoszenie Narodowego Święta Polaków – wszystko to jakiś niesamowity kicz. Kicze jednak mają to do siebie że realizują się niczym ten kiczowaty wypadek samolotu w Smoleńsku.

Trudno sobie wyobrazić większy blamaż. A jednak on ma miejsce, lecz wbrew zachętom kretynów medialnych walących w nas z rządowych tub – To Będzie Wielkie Święto Przyjaźni Polaków i Rosjan – Dzień Braterstwa – Kolejne Pojednanie, które KTOŚ pracowicie jak kret próbuje zburzyć od bardzo dawna i wkłada wiele sił w tę robotę.

Jutro kolejny dzień  i niby nic – jakby wszystko po staremu, a jednak to właśnie dzisiaj przekroczyliśmy Granicę i nic już nie będzie jakie było.

15 czerwca o północy na Prądniku Czerwonym ląduje Latający Talerz Profesora Gąbki i jego Kompanii – po to by uratować świat.  A więc będzie miało miejsce przesilenie Księżycowej Kwadry, rozpocznie się czas Krainy Księżyca – KK . Tak oto nieuchronnie toczy się Koło Czakry – Koło Czasu, Koło Kołwieków, Koło Kół – KK.

W niedzielę – mam nadzieję – Grecy powiedzą Światowym Złodziejom – NIE!

Walenty Skorochód Majewski (1764 – 1835) – Strażnik Wiary – wykpiony odkrywca związku języka polskiego i sanskrytu

Opublikowany w Mitologia Słowiańska, nauka, Polska, Słowianie, Wiara Przyrody przez bialczynski w dniu 10 Czerwiec 2012

Człowiek który o związkach języka polskiego i sanskrytu mówił i pisał już w 1816 roku. Wyśmiany przez Filomatów, wyśmiany przez “polską” i światową Naukę -Skąd my to znamy – Dzisiaj te bęcwały śmieją się z eksperta NASA od katastrof lotniczych, powszechnie uznawanego na świecie autorytetu naukowego, Taka jak widać Tradycja “polskiej nauki”

– Ż E N A D A!!!

Chwała i Cześć Jego Pamięci!!!

CB

MAJEWSKI-SKOROCHÓD

Walenty (1764-1835)

archiwista, historyk-samouk, sanskrytolog, czł. Tow. Przyjaciół Nauk; autor prac o zależnościach i związkach słowiańsko-staroindyjskich oraz gramatyki sanskrytu.

Walenty Skorochód-Majewski (1764-1835) – orientalista, z zawodu notariusz. Pochodził z podgrodzieńskiego majątku Guzy, w stolicy znalazł się jako piętnastolatek. Był absolwentem kolegium pijarskiego, później również nauczycielem. Uczestniczył w obronie stolicy podczas powstania kościuszkowskiego, dowodząc batalionem milicji. Od 1800 roku pracował w Archiwum Metryk Koronnych, tworząc podwaliny Archiwum Głównego Akt Dawnych. Był członkiem Warszawskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk, specjalizował się w sanskrytologii oraz indianistyce, wydał m.in. “Gramatykę języka tureckiego”. W swoim mieszkaniu przy ul. Świętojańskiej 21 (kamienica Metrykantów) prowadził pierwszą w Polsce drukarnię sanskrycką. Zaliczany był do grona oryginałów warszawskich ze względu na częste noszenie kontusza i rygorystyczne przestrzeganie staropolskich obyczajów. Zmarł w stolicy.

Spoczywa:
Cmentarz Powązkowski, kwatera 29 wprost, rząd VI, miejsce 3.

Indianistika w Polsce i studia jej pokrewne. [Walenty Skorochód Majewski, Franciszek Xawery Malinowski, Lelewel, Jan Rozwadowski, Leon Mańkowski, Andrzej Gavroński, Stanisław Schayer].

Helena Willman-Grabowska

Walenty Skorochód Majewski – zapomniany archiwista i pasjonat języków wschodnich

Translated Title: Walenty Skorochód Majewski, a forgotten archivist and enthusiast of oriental languages
Publication: LingVaria (13/2012)
Author Name: Podolak, Barbara;
Language: Polish
Subject: Philology / Linguistics
Issue: 13/2012
Page Range: 183-194
No. of Pages: 12
File size: 177 KB
Download Fee:
(only for
non-subscribers)
3 Euro (€)
Summary: Walenty Skorochód Majewski (1764–1835) was a self-educated archivist, scientist, and the author of the first Polish grammars of Sanskrit and Turkish. He was interested in the history of the Slavs and other nations and devoted most of his life to propagating Indian culture, Sanskrit in particular, in Poland. Although his efforts met with the distrust and frequent criticism of the scholarly community, he did not lose heart and went on to publish further works. Taking into account that he tried to introduce his countrymen to completely unfamiliar languages, he deserves the title of the first propagator of the two oriental languages in Poland.Majewski Walenty, W. Majewski-Skorochód, ur. 1764, Skorochód-Guzy (Podlasie), zm. 3 VII 1835, Warszawa, archiwista, historyk i sanskrytolog;

samouk; czł. Tow. Przyjaciół Nauk w Warszawie; autor prac na temat językowych i kulturowych związków słow.-staroind., m.in.: O Słowianach i ich pobratymcach, Gramatyka sanskrytu.

Pierwsza stolica

Zamość był stolicą Polski na długo przed rządami Piastów! Odkrył to Walenty Skorochód Majewski (1764-1835), znany archiwista, członek Towarzystwa Przyjaciół Nauk, który do dziś ma swoją ulicę w Warszawie, jest też patronem szkoły. Ten uczony badał historię Sarmatów i Słowian – aż 3 lata pracował nad dziejami Polski. Odkrył, że w III wieku (czyli przed Piastem i Popielem) władcą Słowian był Samos, dziadek króla Kraka. Stolicę swą zbudował tak, by jednakowo blisko mieli do niej Wiślanie, Lędzianie i Mazowszanie – czyli na terenie dzisiejszej Lubelszczyzny. Stolica Samosa nazywała się Samość i z biegiem wieków nazwa przekształciła się w Zamość! Szkoda, że inni nie poznali się na geniuszu Walentego herbu Skorochód ;) Filomata Jan Czeczot tak pisze w liście z Warszawy do Adama Mickiewicza (listopad 1921): Byłem tu na posiedzeniu Towarzystw Przyjaciół Nauk (…) Skorochód Majewski, badacz Słowiańszczyzny, nudził i zdziwił rozwlekłem bajaniem o niesłychanym w dziejach polskich królu Samosie, który poprzedził Krakusa, Wandę etc. etc, a przecież wydobyty aż z III wieku, znalazł dziejarza, który z taką pewnością czyny jego przedstawiał, z jaką pewnością mówić nie śmiemy o Mieczysławach i Bolesławach. Osadził tego Samosa na stolicy w Zamościu, które niegdyś miało się nazywać Samość. O głębocy badacze baśni, ile to wy chleba zjecie, nim z baśni baśnie zrobicie! Trzy lata nad tą pracował rozprawą; ile to wina, rozprawiając przed kamratami o niej, wypił, a za trzy grosze pożytku społeczeństwu nie zrobił.

I jeszcze raz inaczej:

Nie bez kozery zamojski hejnalista, wchodząc w samo południe na ratuszową wieżę, dmie w swą trąbkę w trzy strony świata, pomijając skrzętnie tę, po której znajduje się Kraków. Wątpliwe, by jedyną przyczyną tego były, jak głosi legenda, jakoweś zatargi między założycielem Zamościa a krakowianami. Śmiemy sądzić, że chodzi o sprawę zgoła grubszej wagi. O to, która z polskich stolic była ważniejsza: Kraków czy Zamość.

To bowiem nie Gniezno, jak uczą w całej Polsce na lekcjach historii, było naszą pierwszą stolicą, a Zamość właśnie. I to na długo przed rządami Piastów. Otóż w III albo IV (źródła, do których dotarliśmy, mówią różnie) wieku, a więc jeszcze nawet przed legendarnym opisywanym przez Galla Anonima Popielem, co go myszy zjadły, Słowianami władał niejaki Samos. Ów Samos był człowiekiem niezwykle roztropnym: otóż stolicę swego państwa miał zbudować w takim miejscu, by jednakowo blisko mieli do niej tak Wiślanie, jak i Lędzianie oraz Mazowszanie. Samos nazwał stolicę od własnego imienia: Samość. No a potem, z czasem, Samość zamienił się… w Zamość.

Tak przynajmniej uważał badacz słowiańskich pradziejów, niejaki Walenty Skorochód Majewski. A sprawę na światło dzienne, po tym, jak dwa wieki przeleżała ukryta w mrokach dziejów.

MaMaz

Filomata Jan Czeczot nie popisał się tutaj przenikliwością ani wyobraźnią. Nie dziwi to jako że natykamy się na niego potem jako na szczególnie wrogo nastawionego do idei romantyzmu prezentowanej przez Adama Mickiewicza –  a może jako na osobę nie do końca rozumiejącą konieczności filozoficzne Romantyzmu. W Filomatach Jan Czeczot występuje jako jeden z głównych ideowych przeciwników Mistrza. Jest piewcą bezwzględnym dzieła Jana Kochanowskiego  i głównym przedstawicielem Obozu „Klasycystycznego” Czcicieli Słońca, podczas  gdy romantyzm w pełnym rozwinięciu wymagał wprost zwrócenia się ku Bóstwom Księżycowym, ku siłom Księżyca, ku Przyrodzie i naturze, ku rozpasanym instynktom, czyli zanurzenia się w „id”, który tak bardzo chrześcijanom kojarzy się z niemoralnością, iż bywa przez nich identyfikowany ze „złem czystym” i szatanem.

Poszukiwanie wcześniejszych konotacji niż z osobą Kraka z VIII wieku okazało się zasadne.  Poszukiwanie przez Słowian korzeni w kulturze i tradycji Scytów i Sarmatów jest dzisiaj uznaną przez naukę – jedyną właściwą ścieżką , która na dodatek lokuje naszych przodków w głębokiej starożytności, pośród kultur związanych bardziej ze WSCHODEM NIŻ ZACHODEM.

Z DYSKUSJI POD RAMAJANĄ

Na stronie: http://lubczasopismo.salon24.pl/aelita/post/210367,indie-swiete-teksty-poeci-wstepny-komentarz-do-nasadiya

@noychoH / @publicysta

Skoro już rozmowa idzie o wybitnych polskich indologach, nie można nie wspomnieć o prekursorze polskiej indologii – Walentym Skorochodzie Majewskim.

Walenty Skorochód Majewski 1764–1835, archiwista, historyk, lingwista, sanskrytolog, badacz starożytności słowiańskich i związków słowiańsko-staroindyjskich, profesor szkoły kadetów w Warszawie, jeden z ostatnich metrykantów Rzeczypospolitej, kierownik Południowopruskiego Głównego Archiwum Krajowego, później Metrykant Koronny i Pisarz koronny Królestwa. Od 1809r. członek Towarzystwa Królewsko-Warszawskiego Przyjaciół Nauk, w ramach którego zajmował się tym, co w swym zagajeniu na posiedzeniu TPN, ujął Staszic tak: „Kolega Majewski od wielu lat pracuje nad językami Azyi, szczególnie nad językiem Samskrytu Indyan; z tym dochodzi powinowactwa rozmaitych ludów, pokoleń i plemion.”
W 1815r. uruchomił w Kamienicy Metrykantów Koronnych (kamienica nr 21, ul. Świętojańska) drukarnię sanskrycką, jak sam mówił „pierwszą w Słowiańszczyźnie”, którą kierował Tomasz Piętka. Na użytek tej drukarni, jak pisze Batowski, „ryciny kosztowne przysposabiał, odlewy czcionek z własnej kieszeni(…)”. Sprowadzanie z zagranicy drogich prac orientalistycznych i historycznych oraz prowadzenie drukarni sanskryckiej spowodowało niemały uszczerbek majątku Majewskiego i według jego słów „u rodaków mało sympatyi, żadnej przychylnej pomocy, nawet niejakiego zrażenia, że nie powiem szyderstwa.”
Cóż, taki bywa często los prekursorów…

1828r. – wydał Gramatykę sanskrytu („GRAMMATYKA
MOWY STAROŻYTNYCH SKUTHÓW”), 17 rycin
1830r, – wydał przekład Brahma Vaivarta Purana, tzn.tekst sanskrycki, transkrypcję na j.polski oraz przekład [„Brahma-Waiwarta-Puranam (…) przez Podlasianina na polskie brzmienie wyrazów Samskrytu przepisana i do znaczenia w języku narodowym zbliżona”].
W spuściźnie rękopiśmiennej pozostał przekład fragmentu Ramajany.
Jestem szczęśliwym posiadaczem pierwszego i jedynego wydania Grammatyki mowy starożytnych Skuthów. Edytorsko i graficznie (rozkładane ryciny z tablicami gramatycznymi) dzieło prezentuje się wspaniale.
Urzekające są tytuły dzieł i przekładów Majewskiego :).
Przepisałem w Wordzie tytuł Grammatyki zachowując w przybliżeniu układ i typ czcionek. Strona tytułowa wygląda mniej więcej tak:

Siedziba pierwszej polskiej drukarni sanskryckiej, Kamienica Metrykantów Koronnych (fasada kamienicy, Świętojańska, nr 21)

Kamienica Metrykantów Koronnych (oficyna kamienicy, Piwna, nr 18)

Trzy kamienice dalej(Świętojańska 27/29) od miejsca gdzie była drukarnia sanskrycka mieści się Sklep indyjski, i to jest jedyny ślad ducha przeszłości, bo żadnej tablicy upamiętniającej tę niezwykłą postać, nie ma.
Może napiszę kiedyś notkę o Walentym Skorochodzie Majewskim nawiązującą do jego b.ciekawej autobiografii zawartej we wstępie do Grammatyki.

Z Encyklopedii Staropolskiej o Archiwach

Archiwa polskie. Skarbiec czyli skład pewnej ilości dokumentów i aktów piśmiennych, bądź publicznych, bądź prywatnych, zowie się archiwum. Sam wyraz pochodzi prawdopodobnie od greckiego archeion, które oznaczało ratusz miejski. W łacińskiej postaci brzmiało pierwotnie archium, następnie archivum i w tym kształcie utrzymało się we wszystkich prawie językach europejskich. Co do archiwów polskich, zasługuje przedewszystkiem na uwagę zdanie najuczeńszego znawcy w tym przedmiocie, który osobiście badał prawie wszystkie główniejsze dawne archiwa w Europie i w sądach swoich jest dalekim od wszelkiej chełpliwości narodowej, a jednak pisze: „Jeżeli kiedy przyjdzie do skreślenia dziejów archiwów w Polsce, to się okaże niewątpliwie, że organizacja ich, ład i porządek, które w nich panowały, staranie, jakie łożono około ich utrzymania, nie tylko wyrównywały temu, co współcześnie było na Zachodzie Europy, ale w wielu razach przewyższały tę gałąź administracyi publicznej w państwach ościennych”. To samo, co pisze Pawiński, przyszło nam na myśl, gdyśmy w r. 1870, zwiedzając ratusz toruński, widzieli w zawiadywaniu magistratu niemieckiego ogromną skrzynię, nasypaną bez ładu znaczną ilością dokumentów pergaminowych z wiszącemi przy nich pieczęciami. Zawiązku archiwów w Polsce — mówi dalej uczony nasz Pawiński — szukać należy w kancelarjach królów i książąt. W XIV wieku, po zjednoczeniu w jedną całość różnych dzielnic, stał się Kraków siedliskiem rządów i stolicą państwa. Tam też powstały większe zbiory aktów piśmiennych, dyplomatów, przywilejów i nadań królewskich. Przechowywano te zabytki pergaminowe w skarbcu zamku królewskiego na Wawelu. Tam zapewne trzymano także pod kluczem księgi kancelaryi królewskiej, do których zapisywano w streszczeniu, lub całkowicie, wychodzące pod powagą królewską nadania i przywileje. Były to zawiązki tak zwanej następnie Metryki koronnej, czyli libri regestra metrica. Pawiński przypuszcza z dochowanych po dzień dzisiejszy ksiąg Kazimierza Jagiellończyka, że z doby Kazimierza Wielkiego i Władysława Jagiełły nie było ksiąg kancelaryi królewskiej więcej nad 20 do 30. Podanie o tem, jakoby te księgi zaginęły w bitwie pod Warną r. 1444 i zostały przez Turków odwiezione do Stambułu nie ma podstawy. Poszukiwania, jakie Pawiński osobiście przedsiębrał w Konstantynopolu, nie naprowadziły na żaden ślad istnienia tam jakichkolwiek ksiąg kancelaryi polskiej. Pod względem liczebnym księgi Metryki królewskiej zaczęły właściwie rozrastać się szybko za Zygmunta I, kiedy się rozwinęła i ugruntowała na szerokich podstawach czynność kancelaryjna dyplomacyi zewnętrznej, zarządu wewnętrznego, administracyi skarbowej i wojskowej, tudzież wyższego sądownictwa królewskiego. Zdaje się, że od połowy XVI wieku rozróżniano dwa rodzaje archiwów królewskich, t. j. archiwum zadworne, które obejmowało, obok ksiąg dawniejszych, księgi z czynnościami bieżącemi, i drugie, dyplomatyczne, Archivum litterarium regni. Mieściło się ono na Wawelu, w skarbcu królewskim, tam, gdzie przechowywano klejnoty koronne i kosztowności. Marcin Kromer korzystał z tych zbiorów i porządkował je. Następnie za Stefana Batorego, Jan Zamojski, kanclerz koronny, otaczał je swoją opieką. Po przerwie, wśród której zakradł się pewien nieład, zwrócił ku nim swe staranie Zygmunt III i pismem z r. 1613 polecił dwum sekretarzom swym, kanonikom Stanisławowi i Maciejowi Łubieńskim, sporządzić opis szczegółowy wszystkich dyplomatów, znajdujących się w szafach na zamku krakowskim. Wywiązując się z zadania, obaj sekretarze przedstawili potem królowi spis wszystkich 3110 aktów pergaminowych, które chronologicznie i przedmiotowo uporządkowali. Na czele mieścił się oddział dyplomatów papieskich, następnie szedł dział cesarski, austrjacki, bawarski, węgierski i t. d. Drugą grupę stanowiły akta i nadania, dotyczące różnych ziem i województw; na czele były tu nadania, listy i przywileje, dotyczące Wielkiej Polski. Sejm koronacyjny w 1764 r. postanowił archiwum wawelskie przewieść do Warszawy i połączyć razem, co w roku następnym uskuteczniono. Przy rewizyi i porównaniu z inwentarzem, sporządzonym w r. 1730, okazało się, iż brakło wielu dokumentóm. Część ich była podobno wzięta przez Zapolskiego, wojskiego ziemi czerskiej, inne usunęła niewiadoma ręka. Takim sposobem na zamku warszawskim powstało ogólne archiwum, składające się z dwuch części, t.&nbspj. z archiwum dyplomatycznego i archiwum zadwornego, które dla tego tak nazywano, że było publicznem, dla wszystkich przystępnem. W tem archiwum mieściły się, oprócz ksiąg kancelaryi koronnej, dekreta w sprawach, podlegających rozpoznaniu samego króla, a więc dekreta sądów asesorskich i referendarskich. Po trzecim podziale Polski w r. 1795, znaczna część archiwum z zamku warszawskiego przewiezioną została do Petersburga, skąd, na żądanie ówczesnego rządu pruskiego, powróciła w uszczuplonej liczbie ksiąg do Warszawy, a mianowicie bez archiwum sekretnego czyli dyplomatycznego i aktów Rady Nieustającej Departamentu interesów zagranicznych. Rząd pruski około r. 1799 znaczną część oryginałów przesłał z archiwum warszawskiego do Berlina, Białegostoku i Wrocławia. Po utworzeniu W. Księstwa Warszawskiego nastały lepsze czasy dla starych dokumentów. Za staraniem Łubieńskiego, ministra sprawiedliwości, powstało z mocy dekretu króla Fryderyka Augusta, Księcia Warszawskiego, z d. 2 września 1808 r., „Archiwum ogólne krajowe”, do którego weszło dawne archiwum zadworne z Metryką koronną, akta odzyskane z Berlina traktatem tylżyckim 1808 r. i zbiory dawnych aktów sądowych, skarbowych i t. p. Po utworzeniu w 1815 r. Królestwa Polskiego, archiwum dostało nazwę: „Archiwum Główne Królestwa”. Z początku mieściło się ono w zamku królewskim, zkąd r. 1820 przeniesiono je do gmachu oo. karmelitów na Krakowskiem-Przedmieściu, a r. 1834 przeznaczono obecne pomieszczenie przy placu Krasińskich, w gmachu, który za Stanisława Augusta mieścił urząd komory celnej. Pierwszym archiwistą za Księstwa Warszawskiego, a następnie kongresówki, był Wincenty Skorochód Majewski. Po nim od r. 1838 był Feliks Bentkowski, trzecim z rzędu Walenty Hubert, który 60 lat strawił na służbie w tem archiwum. Od r. 1875 naczelnikiem „Archiwum Głównego akt dawnych” został profesor uniwersytetu warszawskiego Adolf Pawiński, a po śmierci tegoż, piątym z rzędu archiwistą został Teodor Wierzbowski, także profesor uniwersytetu warszawskiego.

Z Bibliografii Karola Estreichera:

Jeszcze tylko z artykułu o Ignacym Pietraszewskim gdzie na uboczu dwa słowa – Majewski doceniony przez Kajetana Koszowicza na Uniwersytecie w Petersburgu

“… Uderzony nader blizkiem, a niezaprzeczonem, powinowactwem języka Zendzkiego ze słowiańskiemi, a mianowicie z polskim, poświęca się już nauce Zendawesty Zoroastra, czyli, jak on czytał, Zędaszty a jeszcze lepiej Zędawsty t. j. życiodawczej książki — im więcej ją zgłębia, im bliżej zajmuję się językiem Zendzkim, tem mocniej przekonywa się o najważniejszem dla dziejów polskich odkryciu, o użyteczności dla całej słowiańszczyzny. W skutek takiego przekonania wydaje on w r. 1857 w Berlinie dwa sposzyty Zendawesty z transkrypcją, tłumaczeniem na cztery języki; polski, niemiecki, francuzki i turecki i kommentarzem, pod tytułem: “Miano Słowiańskie w ręku jednej familji od trzech tysięcy lat zostające, czyli nie Zendaweste a Zędaszta to jest życie dawcza książeczka Zoroastra” (drugi takiż tytuł po niemiecku), nie szczędząc ni pracy, ni wielkich kosztów, własnym nakładem, jedynie dla chluby świata Słowiańskiego i w ogólności dla dobra nauki. W ocenieniu tego dzieła, posługiwać się będziemy zdaniem z prawa głębokiego znawcy Sanskrytu i Zendu, naszego ziomka, p. Kajetana Koszowicza, profesora literatury Sanskryckiej przy wydziale języków wschodnich w uniwersytecie Petersburskim. “Jako wydawca Zendawesty, sądzi on, Pietraszewski zdaje się mieć wiele wspólnego z drugim, dawno już zmarłym męczenikiem nauki Słowiańskiej, Walentym Skorochodem Majewskim. Przed 40-tu z górą laty, kiedy w całej Europie li tylko w Paryżu była katedra języka Sanskryckiego, kiedy nikt jeszcze nie podejrzałby najmniejszego powinowactwa Sanakrytu z językami Europy, Majewski pierwszy mową polską wyrzekł o tem powinowactwie i one udowodnił. Licz jakiż wzięło skutek pierwsze odkrycie zasad, któremi słusznie tyle się szczyci filologja porównawcza? oto, że Majewski był zmuszony szczupły swój fundusz obracać na drukowanie swych dzieł, przez nikogo nie czytanych, i że o nim dziś rzadki z rodaków, a za granicą może nikt nie wie.

W przedmowie do “Rozpraw o języku Samskrytskim (1816)” Majewski wołał: “nie żądam jak tylko zwrotu kosztów, pracę zaś i zabiegi z serca szanownym poświęcam współziomkom” koszta jednakowo się niewracały. Z gorzkiem uczuciem wołał on później: “straci autor, to nie będzie zbierał i pisał, a tem samem wiele zyska” (str. LXIV), a jednakże zbierał i pisał i przekazał dzieła swoje, ku uwielbieniu pamięci dostojnego męża, stuleciom przyszłości.

“Pietraszewski pierwszy wskazał niezaprzeczone nader blizkie powinowactwo Zendu z językami słowiańskiemi, a zwłaszcza z polskim. Uczeni sławiańscy pracę jego, pełną zamiłowania i poświęcenia się, pokryli milczeniem, zagraniczni zaś ozwali się o niej z szyderstwem i pogardą bez żadnych udowodnień….

ŚLĘŻA – czyli o Mocy Świętej Góry Słowian, o Słowie i o Wierze Przyrod(zone)y Słowiańskiej, o rodzimowierstwie polskim oraz o Wydawnictwie Slovianskie Slovo

Opublikowany w Mitologia Słowiańska, Starosłowiańska Świątynia Światła Świata, Słowianie, Wiara Przyrody przez bialczynski w dniu 6 Czerwiec 2012

Ślęża wysyła Zamysł nowego Istu, to już nie Świat  to Jaśń  (obraz: Joa Maya, tekst: Mak)

Kliknij i powiększ

W niedzielę wieczorem – w czas Pełni Księżyca  (z 3 na 4 czerwca 2012 roku) – wróciłem ze Spotkania na Szczycie, w którym uczestniczyli Autor Kumiru Świętowita, Autor Jego Opisu i Przesłania, Autor Tego Bloga i inne Osoby (nie wymieniamy Ich z miana bo nie czas) .

Sulistrowice – Modry Banior (kto zna Taję 9, ten wie czemu odpowiada to miejsce)

(kliknij – powiększ)

Spotkanie miało miejsce na szczycie  Świętej Góry Słowian, 

na Świętej Górze Polski,

Świętej Górze Narodzin Światła, Przyrody, Rodu i Narodu

Woda, Światło-Niebo, Powietrze, Bór, Bagno-Zaczyn, Matka Ziemia, Ogień i Błysk – Narodziny Nowego

 Ślęża – Najświętsza Góra Polaków

Święta Góra Całej Słowiańszczyzny


- Ślęża -

Emanacja Najgłębszych Wibracji Ducha Ziemi

jest w tych dniach Pępkiem Świata

Ośrodkiem Mocy Przemiany, Ośrodkiem Narodzin Nowego

Oto przesłanie Ślężańskiego Świętowita:

“…Słowiańszczyzna jest jak ocean, aby poczuć jego bezkres, głębię i moc trzeba się w nim zanurzyć i płynąć…

… nakrycie głowy. Rondo kapelusza – Krąg – oznacza że wszystkie aspekty Wizji stanowią Jedń. Kopuła kapelusza oznacza, że ta Jedń objęta jest – zaopiekowana – Umysłem Swąta – Boga.

Trzynastka – najbardziej napiętnowana liczba – jest liczbą Pełni.

Trzynaście miesięcy kalendarza – 13 x 28 dni (cykl miesięczny kobiety) – Dzień Pierwszy tygodnia – Niedziela, zsynchronizowały rytm życia Słowian z pulsem Świata. Wsłuchani w jego cichą melodię, silni Duchem uświęcali wszystko co ich otaczało realizując tym samym Zamysł Boga.

Jeśli to przeczytałeś i zechcesz pokusić się o refleksję – wyjdź wieczorem z domu, wycisz się, spójrz w rozgwieżdżone niebo i spytaj siebie jakiej melodii dziś słuchasz.”

autor: Mak


MOC ŚLĘŻY jest olbrzymia. Kto tam choć raz był WIE, kto nie był powinien koniecznie przybyć i pobyć na niej i z nią – z jej DUCHEM z JEJ MOCĄ, z MOCĄ Światła Świata. Powinien wejść na wierzchołek i poczuć jej działanie, jej energię, jej boską emanację, jej Bogów i przez nich samego Ojca Ojców. Powinien zanurzyć się choćby na sekundę w jej ożywczym Strumieniu i połączyć się z Siłami Wszego Świata, z Jego Światłem – które tutaj spływa z Głębi i sięga do Głębi  każdej żywej istoty.

Każdy Polak powinien spojrzeć ze szczytu na przepiękną Ziemię jaka go otacza – na Naszą Ziemię Rdzenną, Rodzimą i Rodzinną. Wrażenia i głębi odczuć związanych z medytacją i modlitwą na tej górze – nie da się porównać z niczym innym, ani przekazać żadnym wypowiedzianym SŁOWEM. Możecie to poczuć tylko wewnątrz – w Sobie – OWO Słowo – SŁOWO SŁÓW.

Piszę każdy Polak – bo TO Polacy właśnie są spadkobiercami genetycznymi i kulturowymi Lechitów – Lachów – Ślęchów, są Ślęchami i Łużyczanami i Wielkopolanami,  a za ich pośrednictwem także spadkobiercami tejże tradycji, kultury i genów są wszyscy inni Słowianie – w tym szczególnie ci najbliżsi im: Pomorzanie-Koszanie , Pomorzanie-Wieleci, Pomorzanie-Wandale (Wędowie) Pomorzanie Lęgo-Wędowie(Lędo-Winile, Litw-Wini) i Harowie (Horole-Górale, Chorwaci Wielcy – Mało-Polanie, Harusi Czerwoni – Karopanowie z Pod-Karpacia i Poleszucy i Podolanie, czyli Biali i Czerwoni Rusowie i Harusi Czarni (Karusowie-Morawianie) i Szczekowie-Czechowie  i Dawianie – Drzewi-Drawi, Drawidowie-Drzewianie, wnuki Draków (Traków) a także Mazowszany i Serby (potomkowie Serbomazów – Wnukowie Syr-Mati – Syrej Ziemi, czyli Ziemicy Macierzystej Kąptorgi i jej syna Kołaka Wielkiego (Skołoty) oraz ich wszyscy Południowi Następcy  – są spadkobiercami wielkiego Dziedzictwa Lechickiego – Dziedzictwa Lugii – Starożytnej Ślęgii-Lechii-Stolemii – Wielkiej Boranii (Boreaszu, Hiper-Boreji), Storady-JątMeru-Jilmeru, Tartarii, Scytii, Wenetii-Wenedawy, Sarmacji i Siewierzy-Sywerii (Siewier-Warii, War-Warii).

To nasza Ziemia rdzenna-rudymentarna-rodzinna, Ślugijska-Lęchska-Łużycka, lecz nie zapominajmy także że jest to Ziemia Rdzenna i Góra – Wszystkich Słowian – niezależnie gdzie w Świat rzuciły Ich dzieje  oraz z kim ich splotły.

To Ich Wszystkich

Słowian Świata

Święte Światło

i

Świetliste Dziedzictwo

Każdy Polak i Słowianin chociaż jeden raz w życiu powinien stanąć na wierzchołku Ślęży. Chwila obcowania z Mocą Ślęży, zjednoczenie z jej czakrą, zmienia bowiem człowieka wewnętrznie raz na zawsze.

Dziękuję wszystkim za wpisy, jakie pojawiły się w czasie mojej nieobecności na blogu, pod artykułami poświęconymi niszczycielstwu Cenzury

Dziękuję za wspaniałe prezenty dla Naszych Dzieci na Dzień Dziecka,

a przede wszystkim dziękuję Wam za wszystkie pomysły i inicjatywy w celu przełamania impasu w rozwoju sztuki, wiedy i przekazów płynących ze słowiańskich duchowych korzeni, a niosących “zielone światło” i ratownicze przesłanie Naszej Matce: Ziemi-Sjemi (Ziemi Rodzinnej) i Przyrodzie-Rodżanie (Siedlisku Życia).

Innym symbolem Rodów i Matki Rodżany-Przyrody jest Kwiat oraz Ryba

Dziękuję  za głosy w artykule o cenzurze – Jej rola w sektorze kultury jest taka sama jak rola korupcji w gospodarce, jak rola monopolu informacyjnego w dziennikarstwie i społecznym przekazie, jak dominacja Jedynej Idei i jedynej partii w polityce, lub jedynej religii w systemie światopoglądowym społeczeństwa

- to źródła niszczycielstwa zasobów narodowych i inicjatywy indywidualnej – to mechanizm obniżający systematycznie poziom twórczy (myśli, idei, rzeczy) i poziom powstających w Polsce dzieł.

To wyniszczanie Polski i Słowiańszczyzny – dalszy ciąg kolonizacji i wynarodowienia.

Czy ktokolwiek z nas chciałby żeby las składał się z jednego WYBRANEGO gatunku drzew?

Wierzchołek Góry i wieża kościoła pod którego posadzką rozpoczęto badania kolejnych pokładów starych świątyń. Kościół został zamknięty.

Ruch rodzimowierczy, słowiański i ekologiczny rozwija się w Polsce bardzo dynamicznie i przybywa mu zwolenników.

Zrozumienie, że Ochrona Przyrody musi być oparta o podstawę filozoficzną i zmianę sposobu widzenia Przyrody i Społeczeństwa oraz zmianę sposobu funkcjonowania cywilizacji Człowieka w owej Przyrodzie, staje się coraz powszechniejsze.

Widok na Południe – Góry SOWIE (Gniazdo Sowy, Góry Sowiego, a po ich drugiej stronie Bohania – Czechy, Las Czeski i Brama Mora oraz Morawy Czeskie i Hara-Hov, rzeka Taja-Dyja i Har-Dagon, z którego wziął sobie Dąbrówkę nasz Mieszko z Koszyszków-Koszyszaków Koszebów – Piastowicz Dago). Po naszej stronie Las Harów – Hercyński, Góry Kar-Ko-Nyskie, Las Tajch i Góry Harów – Gorce oraz Harwaty – Karpaty Góry Harwackie. Warto by wszyscy wiedzieli i pamiętali, że tzw. Klub Bohemijski (Bohemian Grove) to żadne Rodzimowierstwo – jest On taką samą podróbką i implantacją (“kradzieżą”) symboliki i pojęć Wiary Przyrodzonej Słowiańskiej jak wiele innych w różnych systemach religijnych  i wierzeniowych do których te symbole przeniknęły często wprowadzone nieświadomie przez twórców grup i sekt.

Polecam w tym miejscu Niezależną Telewizję

(Niezaleznatelewizja.pl) – ważne zwłaszcza we czwartki wieczorem

i nowe blogi słowiańskie, które rosną niczym grzyby po deszczu, jak:

.nawia.org.pl/

  Slowianin.wordpress.com

Dobrogost

Analityk

stanica-wlkp

czy inne bardzo ważne, jak Opolczyk, slowianskawiara, czy mojaslowianskafilozofia

Zejście z wieży widokowej

 Polecam też wszystkie inne, których tutaj nie wymieniam, ale nie dlatego, że są mniej ważne (np. Najstarsze drzewa ) – są one tak samo ważne – każda jedna i one wszystkie razem, a są już ich dzisiaj dziesiątki, jeśli nie setki.

Powstaje Wydawnictwo “Slovianskie Slovo” – “Księga Ruty” będzie pierwszą wydaną przez nie pozycją. Księga Ruty ma być kołem zamachowym Pierwszego NASZEGO Wydawnictwa – Wydawnictwa Słowian w Polsce, Wydawnictwa Słowianofilów Polskich i Ruchu Zielonego Światła, Wydawnictwa Wiary Przyrody, Wydawnictwa Rozwoju Słowiańskiej Tradycji i Pamięci, Wydawnictwa Światła Świata.

Święty Wielopienny Rombotowy Jawor Ślężański i Niedźwiedź – jeden z kamiennych symboli Rodu Rodów (Przyrody i Wiary Przyrody)

(kliknij – powiększ)

Mam nadzieję, że ta pierwsza książka szybko się “rozejdzie” wśród czytelników i z pozyskanych środków będziemy mogli realizować następne inicjatywy wydawnicze.

Święty Jawor

(kliknij – powiększ)

Po niej przyjdą bowiem – jeśli Bogowie Dozwolą, w co nie wątpię – następne.

Niedźwiedź a nie świnia jak go nazwali Niemcy. 

Ruszy też czasopismo – jak często będzie wychodzić, zobaczymy – jego debiutu spodziewamy się w IV kwartale tego roku.

Widok z wieży na Pąp Rudzi  – Modry Banior w Kłódzi – Pępku, w Sulistrowicach. Suł-Istro-Wice (Sol Ister – Słoneczny Ist Wice – Światło Świata Bis – tak samo jak w nazwie Świętej Rzeki – ISTER-Dunaj, który niósł boski ist ku Ciemnemu Morzu. A zaraz obok miejscowość Sul-Istr-Owiczki – Owieczki Pana Boga – Istu Słońca – Soło-Wianie!!! A pomiędzy jednym i drugim Modry Banior – Woda Wód, Źródło Źródeł. Czy to wszystko mógł uczynić ktoś inny niż Strażnicy Wiary Słowian? Niech to pytanie pozostanie bez odpowiedzi. Pąp Świata u stóp Góry Świata – Góry Gór – Wierchu Weli, WW – jak w nazwie szklanej Góry Welesa – WąWel-WAWEL, jak w nazwie Babilon-WaWilion – Wa-(W)Ilijon, Jąt – Iliryjsko-Ilmerski, czyli Ilion-Widłuża-Troja? W-oWalu, w Kręgu, W Jaju Świata, W Jedni! W-OWalo-Kitaż-Zworze – jak w słowie sanskryckim (świętoskrytym, sens skrywającym): Awalokiteśwara – WW – (Z)Wara i (S)War – Brama Bram (Brama Brahmana – kreatora Trójcy-Trimutri-TrójMaci, TróMacierzy, TrójMatrycy, TrójMądrości?) – War War – jak w Warwaria – Bar-Barja!

 

Czy ktoś pamięta zatopiony zaginiony Kitaż Gorod?! Dodajmy do tego jeszcze tylko Omfalę-Owal Greków, słynny Pępek i Wyrocznię z Delf (Dziełw) – pochodzącą od północnych dionizyjskich (dziewanijskich, dzeusyjskich – dzień czyniących z nocy) bogów – i będziemy w domu , w Gnieździe, razem z naszą Sową-Ową (owl). Sową do której klepią mantry nic nie rozumiejący, (a może jednak rozumiejący?) spadkobiercy Wiary Przyrody przeniesionej przez Braci Polskich za Ocean.


(kliknij-powiększ)

Pomysł realizowania wydawnictw na zasadzie subskrypcji jest ważny i bardzo cenny. To powrót do szlachetnych zasad honorowych obowiązujących jeszcze w działalności gospodarczej przed II Wojną Światową w Polsce. Wcielimy w życie zarówno system subskrypcji jak i dobrowolnych wpłat na rozwój inicjatyw wydawniczych – Nasze Wydawnictwo musi być Naszą Wspólną Sprawą. Liczymy też, że pojawią się poważni inwestorzy i darczyńcy gotowi wesprzeć tę działalność wydawniczą.

Zejście Szlakiem Tysiąca Schodów [potrójny obrót w prawo]

Pojawiają się także nowe inicjatywy, które mam nadzieję rozwiną się pomyślnie i będziemy mogli niedługo was o nich poinformować.

Poszycie składa się z najszlachetniejszych roślin – paproci, borówek (czarnych jagód), zajęczej kapusty, ziół oraz szlachetnych traw. Tego dnia wszystko tryskało zielenią i niesamowitą świeżością. [potrójny obrót w prawo]

Księga Ruty będzie wydana w jesieni , wkrótce ruszą strony internetowe wydawnictwa i dalsze inicjatywy.

Te skały nie przypominają naturalnego utworu górskiego – lecz ruiny rozrzucone wokół szczytu wybuchem. Różne myśli cisną się człowiekowi do głowy kiedy na to patrzy, kiedy tego dotyka. Czy uderzył w tę samotną górę strumień energii z Głębi Wszechświata? A może to gigantyczny statek kosmiczny wbił się w górę? [potrójny obrót w prawo]

Pozdrawiam wszystkich i jeszcze raz wam dziękuję za pomysły, deklaracje – których nie zamierzamy zmarnować. W planach jest też publikacja poezji i symultanicznej sztuki która łączy literaturę , malarstwo i muzykę, film i wszelkie inne środki artystycznego przekazu. Publikowane także będą odkrywcze badania, opracowania analityczne i prace popularno-naukowe z dziedziny szeroko rozumianej tradycji i kultury Słowian.

Wiekowa tuja przy leśniczówce pod Ślężą [potrójny obrót w prawo]

Pozdrawiam was serdecznie z nadzieją, że także znajdziemy sposób na realizację całej serii wydawnictw dla dzieci  i młodzieży – w tym nie tylko na powieść “Nowe przygody Baltazara Gąbki”, ale także na nową powieść fantasy, na komiks z Nowymi przygodami Baltazara Gąbki, czy na wydanie nowych słowiańskich bajek dla najmłodszych.

Pozdrawiam i jeszcze raz dziękuję.

Kot-Parkingowy – Przewodnik jak z “Mistrza i Małgorzaty”, który to podbiegając przodem, to czekając na nas i idąc bokiem  (jakby zaganiał stado), poprowadził nas od Tui przy leśniczówce do podślężańskiego baru na parkingu. Widząc, ze nie wstąpimy na biwakowisko odprowadził nas smętnym wzrokiem do samochodów.[potrójny obrót w prawo]

O Ślęży -ważne w Niezależnej Telewizji. pl

Pamiętajmy zawsze i wszędzie, że Słowiańska Wiara, Wiara Przyrodzona Słowian – to wiara polegająca na bezpośrednim kontakcie Każdego Wyznawcy, każdego Człowieka z Bogiem/Bogami/Energiami Światła Świata (Wszech-Świata) – bez żadnego pośrednictwa. Wiedunowie (niezależnie z jakiej świątyni się wywodzą i jaką gromadę kapłów/szamanów reprezentują) – mogą dać każdemu z Nas jedynie wskazówki, a odprawiane przez nich zbiorowe, publiczne obrzędy służą  wyłącznie budowaniu pamięci, pielęgnacji tradycji i kształtowania więzi społecznych na bazie wspólnoty przynależności do tej samej Wiary Przodków – Słowiańskiej Wiary Przyrod(zone)y.

Ślub – jest wyłącznie sprawą przysięgi między małżonkami, aktem który ma znaczenie dla nich samych i rodzin ich obojga i dla nikogo więcej. Tak samo jak akt pożegnania zmarłego czy obchody comiesiecznych i cotygodniowych świąt – są sprawą indywidualną bądź rodzinną.

Obrzędy Wielkich Świąt – jak Tany z okazji Święta Kresu – Kupaliów, które się właśnie zbliża na Północnej Półkuli Matki – służą w wymiarze publicznym  przesłaniu ku Światłu Świata jednomyślnego zbiorowego znaku wyznawców Wiary – Połączeniu w Jedni – Jednej Myśli wyczarowanej Wspólnym Przeżyciem  Chwili Istu  (TU i TERAZ) – Czasu Stawania się, dziania się, manifestacji Wolnej Woli – Swątbody-Jimieli -  Chwili Urzeczywistniania  Zmiany

Obrzęd publiczny  z tych wszystkich okazji jest manifestacją przywiązania do tradycji i przekazaniem  tradycji kolejnym pokoleniom. Jest także aktem budowania wspólnoty społecznej wokół Wiary. Bądźcie razem – nie zapominajcie o sobie wzajemnie – łączcie interesy i pomagajcie sobie wzajemnie.

http://bogowie.za.pl/

Svantevit – zwiastun płyty

Słowackie Wysokie Tatry – Krywań – “Dziwoziemia zamar(z)ła w czasie” – piękny film i tekst podania

Czemu służy cenzura masowych mediów w Polsce i czemu ma służyć cenzura Internetu – na przykładzie Rewolucji w Islandii

Opublikowany w Słowianie, Teksty społecznie zaangażowane przez bialczynski w dniu 3 Czerwiec 2012

Myślę, że tych kilka artykułów z Internetu pozwala zrozumieć dlaczego tak ważne dla obecnego rządu (w gruncie rzeczy dla każdego rządu o słabej legitymacji demokratycznej, a tym bardziej dla rządów totalitarnych, niedemokratycznych) jest OCENZUROWAĆ Internet. Zauważmy jak bardzo monopol informacyjny w mediach masowych, który jest równoznaczny z CENZURĄ przedstawianych materiałów (bo manipuluje masową świadomością – mimo iż prawdę może znać jakaś grupa czy garstka nie dopuszczana do głosu) jest szkodliwy społecznie i działa na niekorzyść Obywateli w Polsce.

Kiedyś był Urząd Cenzury, który miał wytyczne zebrane w książkę – tych wytycznych nie przekraczał. Teraz cenzorskie manipulacje nie maja już żadnych granic. Dziś cenzorami są redaktorzy dzienników, czasopism i audycji telewizyjnych działający pod presją Właścicieli MEDIÓW.

CB

Czym jest islandzka rewolucja i dlaczego nie słyszymy o tym w mediach

W 2008 roku, na początku kryzysu finansowego, Islandia znalazła się na granicy bankructwa. System bankowy tego liczącego 320 tysięcy mieszkańców kraju, nie wytrzymał kłopotów rynkowych i znalazł się na granicy upadku. Potem jednak w kraju tym zaszły zmiany, które są koszmarem dla wszystkich europejskich polityków.

Początkowo wszystko świetnie prosperowało a Islandia stała się jednym z najbogatszych krajów świata. W 2003 roku wszystkie banki w tym kraju zostały sprywatyzowane. Postanowiono również przyciągnąć inwestorów zagranicznych, co było możliwe dzięki rozwojowi bankowości internetowej.

Konto o nazwie IceSave przyciągało wielu inwestorów zwłaszcza z Wielkiej Brytanii i Holandii. Wraz ze wzrostem inwestycji rósł też dług zagraniczny banków. W 2003 roku dług wynosił 200% PKB a w 2007 już 900 % a finał był taki, że trzy największe banki, Landbanki, Kapthing i Glitnir, zostały znacjonalizowane.

Bankructwo Islandii zakończyło się tym, czym powinno się skończyć bankructwo Grecji, czyli dewaluacją waluty. Islandzka korona straciła w wyniku tego zjawiska ponad 85% swojej wartości.

Międzynarodowa społeczność finansowa próbowała wywrzeć na Islandii presję, aby kraj wziął na siebie zobowiązania banków argumentując, że tylko kraj będzie w stanie spłacić należności względem Brytyjczyków i Holendrów. Wyliczono, że aby spłacić te długi każdy mieszkaniec musiałby oddawać, co miesiąc dodatkowe 100 euro i tak przez 15 lat.

To przelało czarę goryczy a wydarzenia, jakie nastąpiły potem były naprawdę niezwykłe. Najpierw premier Grimsson odmówił ratyfikacji ustawy, która uczyniłaby obywateli Islandii odpowiedzialnymi za dług i rozpisał referendum w tej sprawie.

Wielka Brytania i Holandia w odwecie zagroziły poważnymi represjami, które mogłyby sprowadzić na kraj międzynarodową izolację

Grimsson oświadczył publicznie, że został poinformowany, że jeśli nie zostaną zaakceptowane warunki społeczności międzynarodowej to Islandia stanie się druga Kubą, ale ich przyjęcie uczyniłoby z niej drugie Haiti.

W marcu 2010 odbyło się wspominane referendum, które zakończyło się wynikiem wskazującym, że 93% ludzi głosowało przeciwko spłacie długów. Jako retorsja MFW natychmiast wycofał kredytowanie dla Islandii. Jednak Islandczycy nie dali za wygraną i zdecydowali przyjąć nową konstytucję, która wyzwoli kraj spod władzy międzynarodowej finansjery i wirtualnych pieniędzy.

Wyrazem skrajnego braku zaufania do polityków był fakt, że konstytucje pisało 25 osób spośród 522 dorosłych, którzy nie należą do żadnej partii politycznej. Dokument został napisany praktycznie w Internecie a posiedzenia prowadzono online tak, aby każdy mógł dodać swoje uwagi. Konstytucja ma zostać ratyfikowana po następnych wyborach.

Dlaczego warto o tym napisać? Chociażby z tego powodu, że nikt nigdzie nie wspomina o tym w mediach. Zmiany w Islandii zostały obłożone infamią medialną ze strachu rządzących elit, które przeraziły się, że inne narody wezmą z nich przykład.

Dzisiaj tego samego typu rozwiązania obarczające odpowiedzialnością za błędy kilku oszustów całego narodu próbuje się wprowadzać w innych krajach jak Grecja czy Polska, czego doskonałym przykładem jest ostatnio przepychana ustawa zmuszająca Polaków do pracy aż do śmierci.

Gdy spojrzymy na Islandię i zastanowimy się nad tym, o czym świadczy odmowa poddania się woli wyrazicieli obcych interesów można stwierdzić, że jest to przejaw ich suwerenności. Dlatego właśnie o tych przemianach nie usłyszymy nic w sączących propagandę wiadomościach.

http://zmianynaziemi.pl/wiadomosc/czym-jest-islandzka-rewolucja-dlaczego-nie-slyszymy-o-tym-w-mediach

Czas Przebudzenia: Islandzka lekcja dla całego świata, Węgrzy biorą przykład, kiedy inne kraje skończą ze światową lichwą?

Islandczycy sprawili, że rząd, który Aprobował pod dyktando światowej finansjery zubożyć islandzki naród zgodnie ze scenariuszem aktualnie „przerabianym” przez Grecję, podał się w komplecie do dymisji!
Główne banki w Islandii zostały znacjonalizowane i mieszkańcy zdecydowali jednogłośnie zadeklarować niewypłacalność długu, który został zaciągnięty przez prywatne banki w Wielkiej Brytanii i Holandii.
Doprowadzono też do powołania Zgromadzenia Narodowego w celu ponownego spisania konstytucji. I to wszystko w pokojowy sposób. To prawdziwa rewolucja przeciw władzy, która doprowadziła Islandię do aktualnego załamania.
Na pewno zastanawiacie się, dlaczego te wydarzenia nie zostały szeroko nagłośnione?
Odpowiedź na to pytanie prowadzi do kolejnego pytania: Co by się stało, gdyby reszta europejskich narodów wzięła przykład z Islandii?
Oto krótka chronologia faktów:
• Wrzesień 2008 roku: nacjonalizacja

http://www.wykop.pl/ramka/1006507/islandzka-rewolucja/

Islandczycy sprawili, że rząd podał się w komplecie do dymisji!

Islandczycy sprawili, że rząd, który aprobował pod dyktando światowej finansjery, by zubożyć islandzki naród zgodnie ze scenariuszem aktualnie “przerabianym” przez Grecję, podał się w komplecie do dymisji!

Główne banki w Islandii zostały znacjonalizowane i mieszkańcy zdecydowali jednogłośnie zadeklarować niewypłacalność długu, który został zaciągnięty przez prywatne banki w Wielkiej Brytanii i Holandii.

Doprowadzono też do powołania Zgromadzenia Narodowego w celu ponownego spisania konstytucji. I to wszystko w pokojowy sposób. To prawdziwa rewolucja przeciw władzy, która doprowadziła Islandię do aktualnego załamania.

Na pewno zastanawiacie się, dlaczego te wydarzenia nie zostały szeroko nagłośnione? Odpowiedź na to pytanie prowadzi do kolejnego pytania. Co by się stało, gdyby reszta europejskich narodów wzięła przykład z Islandii?

Oto krótka chronologia faktów:

Wrzesień 2008 roku: nacjonalizacja najważniejszego banku w Islandii, Glitnir Banku, w wyniku czego giełda zawiesza swoje działanie i zostaje ogłoszone bankructwo kraju.

Styczeń 2009 roku: protesty mieszkańców przed parlamentem powodują dymisję premiera Geira Haarde oraz całego socjaldemokratycznego rządu, a następnie przedterminowe wybory.

Sytuacja ekonomiczna wciąż jest zła i parlament przedstawia ustawę, która ma prywatnym długiem prywatnych banków (wobec brytyjskich i holenderskich banków) wynoszącym 3,5 miliarda euro obarczyć islandzkie rodziny na 15 lat ze stopą procentową 5,5 procent.

W odpowiedzi na to następuje drugi etap pokojowej rewolucji:

Początek 2010 roku: mieszkańcy zajmują ponownie place i ulice, żądając ogłoszenia referendum w powyższej sprawie.

Luty 2010 roku: prezydent Olafur Grimsson wetuje proponowaną przez parlament ustawę i ogłasza ogólnonarodowe referendum, w którym 93 procent głosujących opowiada się za niespłacaniem tego długu.

W międzyczasie rząd zarządził sądowe dochodzenia mające ustalić winnych doprowadzenia do zaistniałego kryzysu. Zostają wydane pierwsze nakazy aresztowania bankowców, którzy przezornie odpowiednio wcześniej uciekli z Islandii.

W tym kryzysowym momencie zostaje powołane zgromadzenie mające spisać nową konstytucję uwzględniającą nauki z dopiero co “przerobionej lekcji”. W tym celu zostaje wybranych 25 obywateli wolnych od przynależności partyjnej spośród 522, którzy stawili się na głosowanie (kryterium wyboru tej “25″ – poza nieposiadaniem żadnej książeczki partyjnej – była pełnoletniość oraz przedstawienie 30 podpisów popierających ich osobę). Ta nowa rada konstytucyjna rozpoczęła w lutym pracę, która ma się zakończyć przedstawieniem i poddaniem pod głosowanie w najbliższych wyborach przygotowanej przez nią “Magna Carty”.

Czy ktoś słyszał o tym wszystkim w europejskich środkach przekazu? Czy widzieliśmy, choćby jedno zdjęcie z tych wydarzeń w którymkolwiek programie telewizyjnym? Oczywiście – NIE!

W ten oto sposób Islandczycy dali lekcję bezpośredniej demokracji oraz niezależności narodowej i monetarnej całej Europie pokojowo sprzeciwiając się Systemowi. Minimum tego, co możemy zrobić, to mieć świadomość tego, co się stało, i uczynić z tego “legendę” przekazywaną z ust do ust. Póki co wciąż mamy możliwość obejścia manipulacji medialno-informacyjnej służącej interesom ekonomicznym banków i wielkich ponadnarodowych korporacji. Nie straćmy tej szansy i informujmy o tym innych, aby w przyszłości móc podjąć podobne działania, jeśli zajdzie taka potrzeba.

Źródło: Na podstawie artykułu Marco Pali “Storie di ordinaria rivoluzione.”

http://www.wykop.pl/ramka/976259/islandzka-lekcja-mozna-mozna/

Myślę, że tych kilka artykułów z Internetu pozwala zrozumieć dlaczego tak ważne dal obecnego rządu jest OCENZUROWAĆ Internet i pokazuje jak bardzo monopol informacyjny w mediach masowych, który jest równoznaczny z CENZURĄ przedstawianych materiałów jest szkodliwy społecznie i działa na niekorzyść Obywateli w Polsce.

Dziś cenzorami są redaktorzy dzienników, czasopism i audycji telewizyjnych działający pod presją Właścicieli MEDIÓW.

Oto więcej linków na ten sam temat, które wskazują jasno drogę wyjścia oraz wskazują czym jest Ustawa Emerytalna zaproponowana przez aktualny “POlski rząd”:

http://lubczasopismo.salon24.pl/polskaokiem24latka/post/388781,rewolucja-islandzka

http://arkady-janiszewski.blogspot.com/2011/11/islandzka-rewolucja.html

http://www.wykop.pl/ramka/954961/ukrywana-prawda-o-rewolucji-na-islandii/

Islandia rewolucja: Islandia sądzi premiera za kryzys i bankructwo

http://kefir2010.wordpress.com/2012/03/07/islandia-rewolucja-islandia-sadzi-premiera-za-kryzys-i-bankructwo/

Chleba i Igrzysk!!! – wołał lud Rzymu kiedy Imperium upadało! – I mamy właśnie Igrzyska… a może wybuch gejzeru?!

Nowe Przygody Baltazara Gąbki i jego Kompanii – Na tropie Czarnej Dziury (zapowiedź – z okazji Dnia Dziecka)


Ponieważ wydanie drukiem Nowych Przygód Profesora Gąbki opóźnia się , aczkolwiek nie zostało udaremnione o co usilnie się starano i nastąpi mimo owych starań, o czym jestem przekonany, bo na szczęście czasy już się na tyle zmieniły, że monopol na Prawdy został złamany

Kupując (TERAZ – TUTAJ!)  Budujesz Wolne Media Wolnych Ludzi!
slowianic nr 2 przod

Z okazji Dnia Dziecka

publikujemy  pierwsze 6rozdziałów książki – dla Naszych Dzieci. Poczytajcie im – a zobaczycie że przy okazji zabawicie się nieźle i wy sami.

Akcja rozgrywa się w czerwcu 2012 roku w Krakowie, Warszawie i Kijowie.

Informuję, że opóźnienie druku książki ma miejsce z powodu zawieruchy Cenzury III RP w wydaniu redakcji i wydawnictw wysokonakładowych – cenzury Właścicieli tych wydawnictw wykonywanej rękami jej redaktorów, cenzury która ma motywy  kościółkowo-postkomunistyczne (np nie drażnić Rosji przyjaźnią Polsko-Ukraińską, nie drażnić Ukrainy zwycięstwem Polaków w Kijowie, nie drażnić postkomuny sformułowaniami typu “coś tam kombinują pod tym czerwonym płaszczykiem”). Ta Cenzura III RP dyktowana jest lękiem Wydawców przed aktualną władzą, która w tej  książce podlega krytyce i dowcipom, dokładnie takiej samej krytyce i takiemu samemu dowcipnemu przedstawieniu jak  i wszystkie inne absurdy naszej rzeczywistości, Cenzura III RP stosuje także “śmieszno-straszne” kryteria  poprawności obyczajowej. Chodzi im o to żeby Złych pokazać w lepszym świetle i nie traktować ich tak “źle” jak to ma miejsce w tej książce – to znaczy że według nich zło nie jest złem i zło nie powinno być ukarane, a dobro na końcu nie powinno zwyciężać. To byłby moim zdaniem bardzo specyficzny przekaz moralny dla naszych pociech – ja nie życzyłbym sobie by takie dwuznaczne lektury kształtowały charakter moich dzieci.

Smuci mnie, że wielu Polaków nie będzie mogło się cieszyć tą książką już – jutro , pojutrze – tak jak to było zaplanowane, ale pociesza mnie fakt że póki Cenzura wciąż nie dopuszcza moich książek do masowego rozpowszechniania to znaczy, że dotykają one do żywego”ESTABLISHMENT” , dotyczą  najistotniejszych spraw z jakimi mamy w Polsce do czynienia, a przesłanie książki: EKOLOGICZNA REWOLUCJA widać jest nie w smak właścicielom mediów w Polsce. Jestem co prawda zaskoczony, że Cenzura dobrała się do książki dla dzieci – ale widać “demokracja” w naszym kraju jest już naprawdę mocno “zaawansowana”, gdy takich metod trzeba się imać, żeby kneblować autorów.Ponieważ nie piszę książek okazjonalnych ani na Euro 2012, ani na chwilę bieżącą – lecz z myślą by trwały stulecia i zawsze bawiły i niosły przesłanie więc poczekam aż znajdzie się wydawca z prawdziwego zdarzenia – ktoś kto nie trzęsie portkami przed władzą.

Do mojej książki posadzono Cenzora, który skupił w sobie trzy pożądane jak widać w III RP cechy: prowincjonalnego księdza + ambasadora ZSRR + IDIOTY. W sumie te trzy elementy, zastosowane jako kryteria oceny doprowadziły do sytuacji, która urąga prawu artysty do wolnej wypowiedzi i która zmusiła mnie do odmowy podpisania przedstawionej mi Umowy Wydawniczej oraz odmowy wykonania stosownych absurdalnych  “skrótów” czyli cięć cenzuralnych, które miały objąć 50 % powieści!

Ci ludzie lepiej wiedzą co wolno Wam i Waszym dzieciom czytać, z czego wolno Wam i waszym dzieciom się śmiać, co wolno Wam i waszym dzieciom myśleć – jak POWINNIŚCIE  wychowywać swoje DZIECI! Chcieliby bardzo wydać tę książkę, ale po wprowadzeniu “zmian” cenzuralnych i merytorycznych, które  zmienią ją nie do poznania, odwrócą jej sens o 180 stopni, sprawią, że nie będzie ona krytyką Rzeczywistości Polski Współczesnej nie będzie zawierała elementów magii i nie będzie propagowała Wiary Przyrody oraz Proekologicznego Modelu wychowania dzieci  i młodzieży.  Mój teść właśnie przewraca się w grobie bo jego Baltazar Gąbka zawierał takie elementy i został wydany w PRL – który podobno był krajem totalitarnym. Kraj Totalitarny to ten, w którym żyjemy – tzw. III RP – to nie ulega dla mnie wątpliwości.

Na razie uruchamiamy więc znowu Krainę Księżyca do wydania Internetowego. Zaiste – czuję się jakbym wylądował – podobnie jak bohaterowie powieści – Latającym Talerzem – tyle że na jakimś dziwnym Księżycu po Ciemnej Stronie Mocy.

TU udostępniamy 6 pierwszych rozdziałów także w formie PDF do wydruku:

Czesław Białczyński Nowe Przygody Baltazara Gąbki_ Na tropie Czarnej Dziury_rozdział 1 – 3

Czesław Białczyński Nowe Przygody Baltazara Gąbki_Na tropie Czarnej Dziury_rozdziały 4 – 6

Czesław Białczyński

 

 

 

 

Nowe Przygody Baltazara Gąbki i jego Kompanii

 

 

Tom 1

Na tropie Czarnej Dziury

 

 


 

©copyright by Czesław  Białczyński & Kraina Księżyca

 ® all rights reserved by Kira Białczyńska & Sawa  Białczyńska

 

Rozdział 1: Niespodziewani goście

To wszystko wydarzyło się naprawdę dnia 15 czerwca 2012 roku. Zaczęło się od tego, że na Prądniku Czerwonym w Krakowie, tuż przed północą pojawił się Latający Talerz.

Takich osiedli jak to, i podobnych do niego miasteczek, są w Polsce tysiące. Musicie wiedzieć, że jest tam trochę różnych sklepów, poczta, dom kultury i bardzo stara kaplica. Pod starymi wierzbami płynie też rzeczka zwana Sudołem, a w Parku Zaczarowanej Dorożki jest mały staw i stary młyn z wielkim drewnianym kołem młyńskim. Tego dnia w stawie, jak zwykle kumkały żaby, kołysząc się łagodnie na liściach nenufarów. Po jednej stronie parku wyrosły wysokie bloki mieszkalne, po drugiej zaś przycupnęły małe, stare domki  i wille z ogrodami. W innej części osiedla, po drugiej stronie przecinającej je wielkiej ulicy, znajdował się Stary Park z bardzo starą kaplicą i kilkoma jeszcze starszymi drzewami. Rosła tam przede wszystkim olbrzymia, bardzo, ale to bardzo, bardzo stara brzoza – król tego parku. Jej pień miał obwód ponad pięciu metrów. Żeby go objąć potrzeba było czterech tęgich chłopów. Wierzchołek drzewa sięgał tak wysoko, jak dziesięciopiętrowe bloki.

Niektórzy upierali się, że w Starym Parku straszy (zwłaszcza po północy, w pobliżu Bardzo Bardzo Starej Brzozy), chociaż przylega on do Bardzo Starej Kaplicy i do „końskich zagród”. W Końskich Zagrodach pasły się wierzchowce, znajdowały się tam stare stajnie i padok. Można tu było pojeździć na prawdziwych ogierach i klaczach, i na małych kucykach. Bardzo Bardzo Stara Brzoza od pięciuset lat każdego roku szumiała listkami swoją własną pieśń. Była to opowieść o nieujarzmionej przyrodzie i pięknie całej Ziemi. Pień Brzozy rozdzielał się gdzieś wysoko na pięć olbrzymich konarów, dźwigających więcej liści, niż rosło ich w całej reszcie parku. W pniu znajdowały się cztery wielkie dziuple, a w konarach kilka mniejszych. Na stałe stacjonował tu dzięcioł. Podobno w tych dziuplach gromadziły się nocne duszki i widziadła, także te najzłośliwsze – liszki i paskudniki. Wiele z nich, jak powiadano, było na usługach Złej Licho – tej dziwacznej istoty, która podkrada ludziom najpotrzebniejsze rzeczy, rzuca kamykami w szprychy kół, albo podkłada nogę, kiedy się tego nikt nie spodziewa. Możliwe, że rzeczy te Licho chowała właśnie w którejś dziupli wiekowej brzozy w Starym Parku. Ale byli też na Prądniku Czerwonym tacy, którzy nie wierzyli w te opowieści.

W dziesiątkach bloków i małych domków mieszkali tutaj zwyczajni ludzie, którzy wykonywali różne zawody, mieli różne poglądy na ważne sprawy i nawet różnili się kolorami włosów czy kształtem nosów, a czasem także kolorem skóry. Byli to przeciętni mieszkańcy Polski z początku XXI wieku – mężczyźni i kobiety, dziewczynki i chłopcy. Mieszkało tutaj też dużo kotów i psów różnej rasy oraz pełno innej, dziwnej menażerii.

No może nie wszyscy byli tu tacy zwyczajni – zwłaszcza Pan z Głową w Chmurach był osobą dosyć niezwykłą i mieszkał w niezwykłym zrujnowanym domku, otoczonym zapuszczonym Tajemniczym Ogrodem. Czerwony Prądnik słynął zresztą z tego, że raz na jakiś czas zamieszkiwali tutaj bardzo niezwykli obywatele. W końcu stąd przecież pochodził sam Zaczarowany Dorożkarz, Jan Kaczara[1]. Na tym osiedlu w bloku mieszkał też nie całkiem zwyczajny chłopiec o dwóch imionach Grzegorz i Sambor. Dla znajomych Grzegorek-Samborek. Grzegorek-Samborek podobnie, jak inne dzieci w jego wieku uczył się w podstawówce, która znajdowała się niedaleko jego domu. Bo na tym osiedlu była też oczywiście szkoła podstawowa i gimnazjum, i chyba trzy, tak, trzy duże przedszkola, no i rzecz jasna ośrodek zdrowia.

Był piątek wieczór. Do końca roku szkolnego pozostało niewiele ponad tydzień, a księżyc znajdował się na początku drugiej kwadry. To znaczy miał kształt litery C, czyli cieniutkiego sierpa, jak na tureckiej fladze. Tego wieczora mama skończyła czytać Grzegorkowi „Przygodę na Rodos”, ostatni tom z serii o Smoku Wawelskim i profesorze Gąbce. To właściwie jest książka, w której ani Gąbka, ani Smok Wawelski ani Kucharz Bartolini, ani tym bardziej Don Pedro czy Największy Deszczowiec – nie występują, ale dużo się tam o nich mówi.

- No, może nie tak nawet dużo, ale chociaż trochę – pomyślał wiercący się niemiłosiernie w łóżku już od ponad godziny Grzegorek – I to przeważnie dobrze.

Był wielbicielem tej trylogii, jednym z wielu. Takich wielbicieli jak on, było na świecie wcześniej dwa, albo nawet i trzy pokolenia.

W przygodzie na Rodos, Autor i jego przyjaciel zastanawiają się, co naprawdę stało się z Profesorem Gąbką i jego Kompanią, kiedy podczas wakacji w 1978 roku nagle, niespodziewanie zniknęli niedaleko od Krakowa, nad wielką rzeką San. Przepadli wtedy bez śladu i sprawa nigdy nie została wyjaśniona. Grzegorek też się nad tym zastanawiał cierpiąc na bezsenność w swoim pokoju, który nazywał Bazą Republiki Gwiezdnej. Z granatowego sufitu mrugały do niego nieustannie złote gwiazdy namalowane ręką mamy.

Za oknem sierp księżyca wyłaniał się, raz po raz, spomiędzy chmur, rozświetlał na chwilę noc i znów ginął.

Może Grzegorek dlatego nie mógł zasnąć, że ta zagadka nie dawała mu spokoju?

- Już za pół godziny Godzina Duchów – pomyślał zerkając na zegar, jedyny jasny punkt w ciemności, który pokazywał 23.30. – Lepiej zasnąć zanim się zacznie. – wyszeptał do siebie. Ale nic to nie dało. Wciąż różne domysły na temat tajemniczego zniknięcia jego ulubionych bohaterów krążyły mu po głowie, przemykając niczym szalone zwierzaki na zwariowanej karuzeli.

Grzegorz-Sambor nazwany był przez dobrych kumpli Grze-Gorkiem-Sam-Borkiem, przede wszystkim dlatego, że go lubiano. Tak brzmiały zdrobnienia jego obu imion. Ale też miało to głębsze znaczenie, bo Samborek się sam ze wszystkim borykał i sam sobie doskonale z kłopotami radził. Nie lubił, kiedy ktoś go wyręczał w trudnych sprawach, wolał je sam rozwiązywać. Najbardziej oczywiście lubił zagadki i rebusy w czasopismach i Internecie. Był też miłośnikiem drzew i w ogóle lasu, a najbardziej lasu iglastego, który leśnicy nazywają borem. Czy jego drugie imię miało wpływ na miłość do drzew i boru, trudno powiedzieć. Te dwie sprawy: imię i zamiłowania życiowe – rzeczywiście czasami idą w parze. Poza tym był Grzegorek trochę zmarzluchem, więc lubił, jak gdzieś blisko grzeje kaloryfer, piec albo najlepiej jakiś grill z pieczoną kiełbaską nabitą na prawdziwy sosnowy patyk pachnący żywicą. Ostatecznie mogła to być też zwykła kuchnia elektryczna z prętem do grillowania, jeśli nie było pod ręką prawdziwego grilla albo ogniska.

Z tego mogłoby wynikać, że Grzegorek był obżartuchem i bardziej niż grzać się lubił wcinać szaszłyki, a do tego małe, szpiczaste pomidorki i żółciutkie liście z zielonej sałaty. Uwierzcie mi na słowo, że mama uważała go za niejadka. A jak już ona, osoba mocno zakręcona na punkcie zdrowej żywności i diety oraz witamin tak mówi, to na pewno tak jest. Ale podejrzewam, że Grzegorek rzeczywiście przepadał za szaszłykami, to znaczy bardzo, bardzo je lubił.

- Jeszcze jak! – wyszeptał z rozkoszą do poduchy i oblizał się, a w brzuchu zaburczało mu niczym Smokowi Wawelskiemu.

Grzegorek-Samborek – nie miał dzisiaj dobrego dnia:

- po pierwsze nie było żadnego grilla, ani ogniska, ani szaszłyka,

- po drugie grilla nie było chociaż był obiecany, dlatego, że od rana padał deszcz i panował chłód,

- po trzecie  Grzegorek-Samborek narozrabiał w szkole i pani zrobiła mu wpis do dzienniczka,

- po czwarte mama nie dała mu lodów (drugiego ulubionego przysmaku Grzegorka), bo zimno i był niegrzeczny,

- po piąte – co prawda za tydzień zaczynają się wakacje, ale jest to dopiero za cały, długi tydzień, a nie już, natychmiast!

- po szóste …. Mógłby tak długo ciągnąć, ale po co…

Teraz też wcale nie miał ochoty spać, chociaż robiło się coraz później. Zamiast spać wolałby obejrzeć po raz dziesiąty „Gwiezdne Wojny – część 1” – gdzie tak naprawdę zaczęła się historia Galaktycznej Republiki, walki z Sithami i z Klonami. Wolałby jeszcze raz zobaczyć jak Lord Vader stał się Lordem Vaderem. Albo przynajmniej chciałby jeszcze zbudować dodatkową bazę kosmiczną  na stronie Internetowej gry w Astrowładcę. Leżał tak, leżał i marzył o tym, żeby go spotkała wielka życiowa przygoda, zamiast codziennej, zwykłej nudy.

No – był co prawda rok 2012 i nie było tak całkiem nudno, bo właśnie tydzień temu zaczęły się Mistrzostwa Europy w piłce nożnej, w Polsce i na Ukrainie. Ale, co tam mistrzostwa, to dopiero faza grupowa, nic ciekawego. Samborek musiał przyznać jednak sam przed sobą, że to, iż Polska wygrała trzy dni temu już drugi swój mecz w grupie było bardzo ciekawe, a nawet fascynujące. Przed turniejem nikt nie dawał Polakom żadnych szans na awans. Trzeba było jednak wygrać jeszcze trzeci mecz, żeby nie trafić za szybko na Portugalię, albo na Hiszpanię. W listopadzie miał też wyruszyć w kosmos polski satelita, LEM[2] … ale do listopada było daleko jak na Księżyc!

Przydałoby się znaleźć jakiś prawdziwy skarb, pokonać wrednego potwora, uratować księżniczkę albo przynajmniej ocalić Ziemię od zagłady!!!

Ledwo to pomyślał, kiedy Księżyc po raz setny tej nocy wyskoczył zza chmur. Tuż obok, tam gdzie zwykle, zamigotała jasna  gwiazda. Chmury rozeszły się, wiatr zawył w rozszczelnionych framugach. Nagle w górnym rogu okna coś śmignęło zieloną krechą i stanęło jak wryte niedaleko Księżyca. Dokładnie po drugiej stronie gwiazdy. To musiało być UFO. Jakby na potwierdzenie myśli Grzegorka pomarańczowy punkt zamrugał trzy razy.

- Mamo?! Mamo!!!  – zawołał Grzegorek-Samborek.

Pomarańczowy punkt błyskawicznie śmignął przez nieboskłon, po czym zawrócił w mgnieniu oka i zatrzymał się zaraz obok Księżyca, na poprzedniej swojej pozycji. Znowu zamrugał trzy razy. Wtedy właśnie weszła mama.

Mama przez dobrą chwilę próbowała zobaczyć UFO, jednak, choć długo patrzyła, nic nie widziała. Latający talerz albo zgasił swój blask, albo gdzieś się nagle przemieścił, bo nie było go tam, gdzie poprzednio.

-Złośliwość rzeczy martwych – powiedział Grzegorek-Samborek.

Mama nakrzyczała na niego, że zawraca głowę zamiast spać. Była zła jak osa, bo już siedem razy zdążyła tutaj być od chwili, kiedy wszedł do łóżka.

- Siedem to szczęśliwa liczba – burknął pod nosem.

- A osiem to nieskończoność – odparowała mama – Jak się ósemkę położy[3]. Ty też się natychmiast kładź, zamiast sterczeć przy oknie, bo jak nie, to będzie nieskończony zakaz na lody z truskawkami….  Kiedy ty wreszcie zmądrzejesz?! – pokręciła z troską głową i wyszła z pokoju.

Grzegorek-Samborek niechętnie wrócił do łóżka. Była już za minutę północ. Ledwie mrugnął oczyma – to znaczy na chwilę je zamknął i po chwili znowu otworzył –  gdy gwiazda po prawej stronie Księżyca zaczęła się rozdwajać. UFO najwyraźniej schowało się za nią przed mamą. Teraz  nabrało rozpędu i błyskawicznie zaczęło się powiększać! Leciało wprost na okna Gwiezdnej Bazy Grzegorka-Samborka – na jego pokój! Nim zdążył się przestraszyć, na środku dywanu pojawił się wpierw pomarańczowy wirujący krąg, a potem z wiru wyłonił się zarys zwalniającego obroty latającego talerza. Talerz świecił na brzegach, jakby go obsiadł rój robaczków świętojańskich. Dopiero teraz Grzegorek przeląkł się na dobre. Nie mógł wydobyć z siebie głosu, żeby wezwać mamę na pomoc, więc schował się pod kołdrę. Przecież okno było zamknięte z powodu wiatru, zimna i deszczu, jakim więc cudem znalazł się tutaj ten talerz, nie wybijając szyby ani nie rozwalając ściany?! Tymczasem zielono-pomarańczowe UFO, zamiast się uspokoić, kręciło się jak bąk tuż nad powierzchnią dywanu i wydawało dziwne bzyknięcia i trzaski.

Po chwili Grzegorek-Samborek zdobył się jednak na odwagę, opanował nerwy i wyszedł spod kołdry. To znaczy, powiedzmy, wystawił czubek nosa i jedno oko, które z powodu zdumienia było większe niż niejeden spodek. Talerz zatrzymał się powoli, a po dłuższej chwili w jego wypolerowanym, stalowym boku rozwarł się otwór drzwiowy, a w czerni otworu ukazali się…

Grzegorek-Samborek od razu ich rozpoznał. Byli to jego ulubieni bohaterowie, o których mógł słuchać codziennie i żądał od mamy, żeby mu wciąż od nowa czytała te same śmieszne kawałki z ich mrożących krew w żyłach przygód. Nie mógł wprost uwierzyć w to co widzi, więc sto i jeden razy przetarł oczy rękawem pidżamy w sto i dwa wyścigowe bolidy. Komuś, kto nie wie, co to bolid wyścigowy wyjaśniam, że chodzi o wyścigowy samochód Formuły Pierwszej – czyli najważniejszej formuły na świecie – przynajmniej dla chłopców w wieku od sześciu lat do stu. Na pidżamie było tych bolidów sto dwa, bo nasz najlepszy kierowca wyścigowy to chłopak na sto dwa, a urodził się i mieszkał o jedną dzielnicę w lewo od Grzegorka-Samborka, czyli bardzo blisko.

- Czy to naprawdę wy?! – zapiszczał Grzegorek przez ściśnięte gardło.

- Śmiesz pisz! – wyklekotał nieco mechanicznie robot przypominający pomalowanego na zielono Ertuditu (R2D2)[4] i wskazał na Grzegorka. Jak okazało się już wkrótce, był to Ufolódek Mądrodudek.

Nie trzymajmy dłużej naszych miłych czytelników w napięciu. Oto, kto w Godzinę Duchów stanął przed Grzegorkiem-Samborkiem na czerwonym dywanie jego pokoju.

Na początek Profesor Baltazar Gąbka, we własnej osobie, tylko trochę jakby odmłodzony.

- Witam cię Grzegorzu Samborze – rzekł profesor Gąbka poważnie i nisko się ukłonił – Witam uroczyście w imieniu całej naszej Kompanii. Przepraszamy, że zjawiliśmy się tak nagle i nieco cię przestraszyli, ale mamy ważne powody. Musimy uratować Ziemię od zagłady!

Zaraz za profesorem z czeluści wyłoniła się cała wspaniała Kompania. Stanęli więc przed Grzegorkiem witając się i przedstawiając na wyprzódki: Smok Wawelski z nieodłączną fajką, Książę Krak XXIV w koronie, Doktor Magii Tadeusz Koyot, mistrz kucharski Bartolini Bartłomiej herbu Zielona Pietruszka i Don Pedro w swojej nieprzemakalnej pelerynie.

- Pozwól, że przedstawimy ci zupełnie nowego członka naszej Kompanii – zaczął Smok nabijając starannie fajkę.

- Smosiu, proszę cię, tylko nie w zamkniętym pomieszczeniu! A najlepiej, jeszcze raz ci powtarzam – włączył się Doktor Koyot – Rzuć ten zgubny nałóg!

- A ja ci powtarzam Koyotku, że to, co zgubne dla człowieka, nie jest takie zgubne dla zionącego ogniem smoka – zripostował Smok Wawelski.

- Sam ja, jasam, samja, ja sam, jaja. – zaskrzeczał gostek w zielonym pokrowcu, przypominający Ertuditu – Ono śmiesz pisz. – wskazał na Samborka teleskopowym górnym odnóżem.

- Jaja? Kto wspominał o jajach?! – ocknął się nagle Bartolini zakreślając w powietrzu znak Zorro swoją rożnoszpadą – Mamma mia, powinniśmy już dawno zjeść jakąś kolację. Pozwólcie, że się tym natychmiast zajmę.

- Wybacz Grzegorzu – rzekł Książę Krak poprawiając sobie przekrzywioną koronę – Ale mistrz Bartolini źle znosi podróże latającym talerzem, który, jak zapewne się domyślasz, jest też machiną czasu.

- Tak naprawdę podróże tym talerzem dobrze znosi tylko Ufolódek – wysapał Don Pedro, który po locie był jeszcze bardziej zielony na twarzy niż zwykle i wciąż było mu niedobrze.

- Bartłomiej uważa, że właściwym miejscem dla talerza jest dobrze zastawiony jadłem stół, a nie żeby talerze latały w powietrzu. – oświadczył Smok Wawelski i schował nierozpaloną fajkę za pazuchę.

Mistrz Bartolini tymczasem zagłębił się w pojeździe, po czym wyłonił się z niego z patelnią, kostką masła, palnikiem gazowym i zgrzewką jajek z zieloną pieczęcią ekologicznej hodowli kur.

- Czy dobrze zrozumiałem, proszę księcia Kraka – zapytał Grzegorek-Samborek, już całkiem normalnym swoim głosem – powiedział książę, Ufolódek przez ó zamknięte?!

- Samja, jaja! – wykrzyczał nerwowo Ufolódek.

- Już dobrze, dobrze – uspokoił go Doktor Koyot. – No to fru, gadaj!

Jak się okazało z wyjątkowo szybkiej przemowy Ufolódka, był on właścicielem Latającego Talerza. Zwał się w skrócie U-L-M-D, co można przetłumaczyć od biedy z języka ufolódczańskiego na polski właśnie jako UFO-Lódek Mądro-Dudek. Najważniejsza wiadomość jaką natychmiast przekazał Grzegorkowi gość z Latającego Talerza brzmiała, że Ufolódki pochodzą z Planety Zimnej, czyli z Krainy Wiecznej Zimy w Układzie Syriusza, a ich ciała zbudowane są z czystych kryształków lodu. Widoczny zielony pokrowiec to skafander-powłoka lodówki, w której jego właściciel musi przebywać, żeby się na Ziemi nie roztopić. Izoluje go on też od pól elektrycznych. Ufolódek jest istotą żywą, ale zrobotyzowaną, złożoną z części biologicznych i elektronicznych. Po powrocie trzech badaczy Ziemi – Javoksa, Siluksa i Castrola, którzy złożyli wizytę w roku  778, w Grodzie Kraka, na Zimnej Planecie (która wtedy była jeszcze całkiem ciepła i płynęła mlekiem i miodem) zdarzył się przykry wypadek. Podczas eksperymentów z umklajderami[5] cała planeta została zamrożona, a UFO-ludzie stali się Ufolódkami  – Lodo-ludo-robotami. Teraz zbudowani są częściowo z żywych komórek, a częściowo z tego samego co lodokomputery, czyli z lodu.

- Z um-klaj-co?! Lodo-ludo-jak?! Aha rozumiem, są na półżywi na pół sztuczni. Okej. – powiedział zdumiony Grzegorek-Samborek – Jak Niszczyciele w „Dalekich szlakach”, albo jak Klony z „Gwiezdnych Wojen”. I przez to trzeba teraz ratować Ziemię od zagłady?!

- Nie do końca, nie do końca, ale coś w tym jest – wysapał Don Pedro, który na widok ognia rozpalonego pod patelnią i topiącego się masełka wyraźnie odzyskał siły. – Mniam, mniam, uwielbiasz to Smoku prawda?!

- Jeszcze jak ! – odpowiedział Smok.

Z tego co powiedział Mądrodudek wynikało, że przez lodowe kryształki jego ciała bardzo szybko i łatwo przemieszczają się prądy, dzięki czemu on i wszystkie inne UFOlódki bardzo szybko i sprawnie myślą, co powoduje z kolei, że mają na swojej planecie bardzo wysoko rozwiniętą cywilizację. Ta cywilizacja pozwalała im nie tylko podróżować po całym Wszechświecie, ale także przemieszczać się w Czasie do przodu i do tyłu. Niestety nie zostało jeszcze wynalezione przemieszczanie się w Czasie na Boki, więc nadal nie da się przejść do jakiejś lepszej i wygodniejszej Rzeczywistości Równoległej.

Nie ma więc wciąż niestety – jak szybko zrozumiał Samborek – możliwości dotarcia do Hogwartu, Zakazanego Lasu i Harrego Pottera. Ludzkość była zatem w dalszym ciągu skazana na trwanie w świecie Mugoli. Przykre.

To wszystko ULMD, czyli Ufo-Lódek-Mądro-Dudek powiedział w kilka sekund, bo język ufolódczański jest tak samo szybki jak same Ufolódki. Ale elektroniczny tłumacz musiał to przełożyć na zrozumiałą ziemską mowę i powiedzieć po polsku. Ten elektroniczny tłumacz miał nieco skrzeczący i cienki, męski głos, a mieścił się na przegubie ręki Mądrodudka.

- Bardzo się cieszę, że was widzę, ale właściwie dlaczego wylądowaliście właśnie u mnie? – zapytał Samborek

-Wybrr ć Szczeg Wielk Komp Lodówy, czyl Zim Plan – powiedział Mądrodudek, co tłumacz przetłumaczył następująco:

- Wybrał cię Szczególnie Wielki Komputer Lodówy, czyli Zimnej Planety.

Tę miłą pogawędkę przerwał Bartolini prosząc o pomoc Doktora Koyota i Don Pedra. Po chwili z wnętrza latającego talerza wyniesiono wielki biały obrus, stosy pokrojonego chleba, osiem rożnoszpad z nabitymi na nie szaszłykami, stosy pomidorów, liście sałaty, musztardę oraz sok ze świeżych pomarańczy w wielkim  szklanym dzbanku. Zaraz też pojawiły się widelce, całkiem zwyczajne talerze i szklaneczki. Bartolini wbił jajka na patelnię i rozpoczął błyskawiczne opiekanie szaszłyków na ogniu. W powietrzu rozszedł się smakowity zapach. Wszyscy rozsiedli się wokół obrusa a Smok rozłożył nakrycia. Książę Krak zaprosił gestem Samborka i ten natychmiast wyskoczył ze swego łóżka.

- Nie wiem czy mogę – powiedział Samborek – Mama zawsze mówiła, żeby nigdy niczego nie brać od obcych.

- Ależ czyż my jesteśmy obcy?  – zapytał przymilnie Don Pedro – Co prawda dopiero przylecieliśmy, ale znasz nas bardzo dobrze.

- Co prawda, to prawda – rzekł Smok Wawelski smarując pajdę masełkiem.

Samborek pokiwał głową przyznając mu rację i zasiadł w kręgu. Tymczasem Mądrodudek wyrzucił z wnętrza skafandra-lodówki przewód i znalazłszy gniazdko z prądem podłączył się do niego. Oczy  zaświeciły mu na chwilę potężnym blaskiem po czym zaczął mruczeć jak kot, albo jak trochę popsuta lodówka i pogrążył się w samozadowoleniu, a teleskopowe krótkie rączki automatycznie zaczęły głaskać lodobrzucho. Samborek również sięgnął po kromkę.

Wtem za ścianą rozległ się spory hałas. Wszyscy zamarli i zapadła grobowa cisza. Nasłuchiwali z niepokojem. – Co będzie -  pomyślał Samborek – jeśli za chwilę wejdzie tutaj mama?! Ale hałas się nie powtórzył.

- To tylko książka, którą mama lubi czytać do poduszki, musiała spaść na podłogę. Starajmy się być cicho – powiedział Samborek – Żeby nie obudzić mamy. Okej?

- Spokojna głowa – rzekł szeptem Doktor Koyot i zawadiacko puścił do niego oko, jakby znał jakąś specjalną tajemnicę, o której nikt inny nie wie.

- Żeby cię nie trzymać dłużej w napięciu – odezwał się z pewnym namaszczeniem książę Krak – Postaramy się wyjaśnić co nieco, zanim Bartolini poda na deser lody śmietankowe. Nie możemy teraz powiedzieć wszystkiego. To by było wbrew wszelkim zasadom, ale… może ty, Baltazarku, pociągniesz dalej?…

- Otóż Grzegorzu Samborze …

- Mów mi Grzegorku-Samborku, albo po prostu Samborku, drogi profesorze Baltazarze.

- Więc ty mów mi Baltazarku, albo profesorku – powiedział Gąbka – Uwielbiam zdrobnienia, a poza tym wszyscy jesteśmy przyjaciółmi.

- Mówmy sobie wszyscy na ty! – powiedział uroczyście Doktor Koyot nalewając soku pomarańczowego do szklanek – Wznieśmy bruderszaftowy toast[6] i do rzeczy Baltazarku, bo nam się lody roztopią, zanim wyjaśnimy o co chodzi. No to fru!

Wznieśli napełnione w połowie pomarańczowym płynem szklanki i wychylili po dużym łyku.

-Och, to było dobre – Smok pomasował się po brzuchu podobnie jak Mądrodudek, który zupełnie już pogrążył się w elektrycznej rozkoszy.

- Jak wiesz Samborku, od dawna zapowiadało się, że Ziemia będzie mieć kłopoty. Już starożytni Majowie i ich czarownicy to przepowiadali. Wyznaczyli nawet datę Końca Świata – To jest zapisane w Kamiennym Kalendarzu Majów. Tam wyryli  ostateczną datę: 21 dnia, 12 miesiąca, 2012 roku. Jak wiesz ta data przypada właśnie teraz bo mamy rok 2012.

- Tak. To jest za sześć miesięcy i sześć dni – powiedział Samborek, który umiał już bardzo szybko i dobrze liczyć. Był też niezły w czytaniu i pisaniu.

- Ani w starożytności, ani nawet jeszcze w XX wieku nie było wiadomo, na czym ten koniec świata może polegać. Teraz już wiemy, że każde fatalne w skutkach wydarzenie na naszej Ziemi, to najprawdopodobniej sprawka Czarnej Dziury, która znajduje się w środku naszej Drogi Mlecznej. Tak więc ona odpowiada za całe zło!

- O rany! – wykrzyknął Samborek, bo o czarnych dziurach wiedział bardzo dużo z internetowej gry w Astrowładcę – Czarne Dziury to wyjątkowo wredne twory, które wciągają do swojego brzucha wszystko co się znajdzie w ich zasięgu. Potrafią pożerać nie tylko przedmioty, ale nawet światło! To straszne! Jak coś złapią, to nie ma siły, żeby to wypuściły. Czy Ziemia znalazła się w zasięgu działania Czarnej Dziury?!

- I tak i nie.  – włączył się Don Pedro – Na troje babka wróżyła. Wszystko w naszej galaktyce jest w jej zasięgu, ale ona działa na różne sposoby: Takie, Siakie i Owakie. Ten sposób, o jakim ty przed chwilą mówiłeś, to jest sposób „taki”, ale zostaje jeszcze sposób „siaki” i „owaki”.

- Jajeczniczka gotowa – Bartolini zaczął nakładać pachnącą papkę na talerze – Ale martwi mnie, że te szaszłyki jeszcze się nie zrumieniły.

- Jeżeli pozwolisz, Bartłomieju herbu Zielona Pietruszka, to przyspieszę proces przypiekania – powiedział Doktor Koyot wyciągając zza pazuchy czarodziejską różdżkę – W końcu zna się tych parę zaklęć, parę przepisów na zdrowe odżywianie i kilka sztuczek z umklajderem.

- Ach, więc um-klaj-coś tam, to po prostu czarodziejska różdżka – odkrył z satysfakcją Samborek – Trzeba było od razu tak mówić.

- Nie wiem czy powinno się stosować czary do zwykłego przypiekania szaszłyków?! – zasępił się książę Krak – Czy to nie nadużycie, w zbyt błahej sprawie?!

- Nie, nie i jeszcze raz nie. Zostawmy pieczeń siłom natury – powiedział Smok Wawelski – Po tym wypadku z czarodziejską różdżką na Ufolandii, przez co się stała Zimną Planetą, a Ufoldzie stali się Ufolódkami, powinniśmy dmuchać na zimne.

- Ale to jest akurat gorące, tylko że za mało!!! – Doktor Koyot nie potrafił ukryć rozczarowania z powodu nieufności do jego czarodziejskiego rzemiosła, ale posłusznie schował pałeczkę za pazuchę, podobnie jak poprzednio uczynił to na jego prośbę Smok ze swoją fajką.

- Siakie działanie Czarnej Dziury polega na tym, że ona jednak coś tam z siebie w świat wypuszcza, ale to są wyłącznie ciemne siły, czyli Ciemne Moce i Ciemne Energie.

- A owaki sposób to jaki? – dopytywał się Samborek.

- Owaki?! – Don Pedro posmutniał – Tego nikt nie wie. To musimy właśnie wytropić. Temu między innymi służy nasza wyprawa na Ziemię XXI wieku, czyli Tu i Teraz.

- Wracając do sprawy zagrożenia Ziemi – powiedział Baltazar Gąbka – Grozi nam katastrofa E-ko-Logiczna! A to znaczy, że Przyroda całej naszej ukochanej planety jest zagrożona i w każdej chwili Ziemia może zacząć umierać. Jej umieranie może zapoczątkować wycięcie jednego drzewa za dużo w tropikalnych lasach, albo zatrucie kolejnego morza, albo zepsucie powietrza w jednym jedynym miejscu, gdzie nie powinno ono zostać zepsute. To umieranie Przyrody Ziemi może się zacząć od uśmiercenia jednej zwykłej żaby, a potem już nie da się tego zatrzymać. Życie będzie zamierać lawinowo, jedna śmierć będzie powodować sto innych, a tych sto, tysiąc następnych. To dokładnie tak samo, jak w lawinie śniegowej; zaczyna się od jednego płatka na szczycie góry, potem powstaje śnieżna kula, a kończy się na zasypaniu całego miasteczka w dolinie. Tak stwierdził Szczególnie Wielki Komputer Zimnej Planety. Aż życie całkiem zaniknie na Ziemi: znikną wszystkie lasy, zwierzęta i ludzie też. Nic nie przeżyje! Nawet najmniejszy dróżdż, ani bakteria.

- Ale póki jeszcze żyjemy – włączył się optymistycznie Bartolini wpychając w pełne usta całego pomidora. – Niue zapuominajciiie o puomidołłach i sałaciiie, są puyszszszne.

Zapadło milczenie. A w tym milczeniu wszyscy przeżuwali nie tylko smakowite liście sałaty, warzywa i wspaniałą jajecznicę, ale też straszne słowa o niebezpieczeństwie, jakie zawisło nad naszą ukochaną Ziemią.

- No i proszę, szaszłyki gotowe – Bartolini, nie przejmując się przejmującą ciszą, podskoczył do palnika i wyłączył go. Po kolei obdarowywał wszystkich rożnoszpadami, ale na końcu zostały mu dwie.  – Czyżbyśmy źle coś obliczyli?! -  zdziwił się.

W tym momencie kocie mruczenie w kącie pokoju nagle ustało. Teleskopowe rączki zawirowały, Mądrodudek wyrwał swoją wtyczkę z kontaktu i ruszył ku Bartoliniemu.

- Daw, daw! – wyskrzeczał – Ty zapom, że jaja półżyw! – I nim Bartolini zdążył się zorientować porwał swój szaszłyk i zasiadł pomiędzy nimi. – Oj tak, to dobr!!! Jaja!!!

Z korpusu wyskoczyła mu dodatkowa rączka i znów zaczął się masować dwiema rękami po lodobrzuniu, trzecią zaś pakował do otworu gębowego skafandra potężne kęsy boczku.  Przez chwilę wszyscy żuli ze smakiem i nic się nie działo. Kiedy w końcu szaszłyki i jajecznica prawie zniknęły Mądrodudek zawarczał, zabuczał, zaświecił oczami, po czym na piersi jego skafandra otwarły się małe drzwiczki z tacką. Na tackę wyjechała piękna porcja lodów, a za nią kolejna i następne. Mądrodudek bardzo szybko rozdał lody pomiędzy siedzących, bo czynił to trzema rękami. Bartolini dorzucił na każdą porcję imponującą czerwoniutką truskawkę. Znowu zapadła cisza, przerywana z rzadka mlaskaniem Mądrodudka i innych biesiadników.

Po zjedzeniu lodów i krótkim odpoczynku odezwał się Samborek.

- Bardzo się cieszę z waszej wizyty, ale nie rozumiem dlaczego właśnie mnie wybrał Szczególnie Wielki Komputer Lodówy i w jaki sposób mógłbym wam pomóc?!

- Szczególnie Wielki Komputer powiedział tak: Szukajcie na Ziemi chłopca, wiek 6-8 lat. Dobrze zna współczesną Ziemię i okolicę, bez trudu posługuje się tą nowoczesną techniką, której wszędzie teraz pełno, zna różne programy komputerowe i Internet. Lubi drzewa, sam posadził jedno i opiekuje się innym, bardzo starym drzewem. Zbiera makulaturę i zużyte baterie. Zawsze starannie zakręca kran, żeby woda nie kapała. Uwielbia przygody, w tym Przygody Profesora Gąbki, Szreka, Harrego Pottera, Gwiezdne Wojny i grę w Astrowładcę. Mieszka od urodzenia na tym samym osiedlu, niedaleko Wawelu, blisko tego chłopaka z Formuły Jeden, tego kierowcy na sto dwa. Zaproście go do misji ratowania Ziemi. Posiada on takie cechy charakteru, które pozwolą mu dokonać naprawdę wielkich czynów. On będzie Najważniejszym Członkiem Wyprawy.

- Czy to wszystko się zgadza? Czy ty, to Ty?! – zadał retoryczne pytanie Smok.

- Tak. Chyba tak. Rzeczywiście zasadziłem drzewo w Parku Zaczarowanej Dorożki i dałem mu swoje imię – Grzegorz. Towarzystwo Ochrony Najstarszych Drzew w Polsce oddało mi też pod opiekę grochodrzew w Starym Parku, który ma czterysta czterdzieści cztery lata i jest starszy od Bardzo Starej Kaplicy. Ten grochodrzew jest najbliższym przyjacielem Bardzo Bardzo Starej Brzozy i nosi moje drugie imię – Sambor. Zbieram też makulaturę i zakręcam wodę w kranie, lubię przygody, filmy  fantastyczne, gry komputerowe i Internet, ale… z tym charakterem i wielkimi czynami, nie wiem… – Samborek zawiesił na chwilę głos, po czym z trudem wydusił z siebie – … Aaa, jak długo miałaby potrwać ta misja i dokąd mielibyśmy się udać?!…

- SWKL, Eswukael – Szczególnie Wielki Komputer Lodówy, twierdzi, że  finał naszej misji to noc z trzeciego na czwartego lipca 2012 roku. – wyjaśnił mu profesor Gąbka – Nie potrafił jednak powiedzieć nam ani gdzie ten finał będzie miał miejsce, ani na czym będzie polegał. Niezbyt to jasne jak na Eswukael, ale widać miał zbyt mało danych, żeby sprawę bardziej rozjaśnić. Powiedział tylko, że musimy znaleźć w Krainie Bociana i Tysiąca Nenufarowych Jezior Najczystsze Miejsce na Ziemi, a w nim Jedyny Obiekt, który jest Jedynym Kluczem do Zmiany sytuacji.

- Chyba się nie wahasz?! – oburzył się Bartolini i zamachał groźnie rożnoszpadą – Nie odmawia się Szczególnie Wielkiemu Komputerowi Lodówy, a tym bardziej księciu Krakowi i Największemu z Deszczowców!

- Zaraz, zaraz. Tylko bez nacisków.  - włączył się nagle Doktor Koyot  – Niepotrzebni nam fałszywi sprzymierzeńcy. Mam wrażenie, że nasz młody przyjaciel trochę inaczej zamierzał skończyć swoje poprzednie zdanie, ale coś go powstrzymało?!

Samborek zrobił się purpurowy na twarzy. Czy ten czarodziej Koyot umiał czytać w myślach?! Skąd Kompania Profesora Gąbki tyle na jego temat wiedziała?! Jak to się stało, że jak tylko pomyślał, że chciałby uratować świat, oni się natychmiast tutaj znaleźli w tym latającym talerzu?! W Samborku obudziła się czujność, którą od dawna wszczepiali mu dorośli – mama, dziadek, nauczyciele w szkole.  W pewnych sytuacjach – powiadali – trzeba umieć odmawiać. Bo może się okazać, że człowiek pakuje się w niezłe tarapaty, a początki każdego złego są zawsze bardzo miłe.

Wstydził się, że tak pomyślał o tej jakże zacnej Kompanii siedzącej właśnie na jego dywanie, ale wewnętrzny głos kazał mu być odważnym i szczerym. Przełamał się więc i powiedział:

- Niestety nie mogę z wami nigdzie polecieć, ani wykonać żadnej misji! Okej?

To co powiedział, sprawiło mu przykrość, poczuł jednak natychmiast wielką ulgę, bo powiedział dokładnie, to co myślał.

Jeśli poprzednia cisza – po tym jak Gąbka obwieścił niebezpieczeństwo zagłady Ziemi –  nasączona była po brzegi wrażeniem śmiertelnej groźby, to cisza, która nastała po słowach Samborka, miała charakter „jak makiem zasiał”, czyli grobowy. Po krótkiej chwili była już tak ciężka, jak sam Giewont. Aż dziw, że cały pokój nie zapadł się do piwnicy. Jakże różne mogą być rodzaje ciszy – pomyślał Samborek – Na przykład błoga cisza, albo cisza przed burzą.

- No, chodzi o to – wydukał, żeby przełamać fatalne wrażenie swoich poprzednich słów – że na przykład w ogóle nie zmieszczę się do tego latającego talerza. Jestem jakieś sto razy za duży?! Okej?

Ponieważ nikt się nie odezwał, Samborek ciągnął dalej:

- Nie zamierzam też opuścić przyjaciela. To czarno-biały piesek przybłęda rasy mniej więcej papillon, z sześcioma palcami u przedniej łapy. Nikt go nie lubi, bo wciąż szczeka, jak lew broni domu Pana z Głową w Chmurach po przeciwnej stronie parku, i nikogo nie wpuszcza do jego Tajemniczego Ogrodu. Nazywają tego papillona Czarny Bolo. Pan z Głową w Chmurach też chyba wcale nie lubi swojego psa, bo często zapomina go wyprowadzić, przyprowadzić, nakarmić i dać mu wody. Bolo biega samopas po całym Czerwonym Prądniku.

Siedem par oczu wbiło się w twarz Samborka z mocą czternastu promieni lasera, usiłujących prześwietlić go na wylot. Nadal nikt się nie odzywał, a cisza tężała coraz większym chłodem, stała się wręcz mroźna i twarda. Niczym węglowa płyta, w której zamrożono ciało Hana Solo[7].

- No dobra –rzekł Samborek z rezygnacją – Powiem wam całkiem szczerze, że nie mam w zwyczaju latać gdzieś w ciemno. Okej? Muszę wiedzieć co miałbym tam zrobić. Uczono mnie, żeby się nie zgadzać nigdy z góry na udział w czymś, co jest niejasne i kiedy nie wiadomo, co będę musiał zrobić… Bo co się stanie, jeżeli nie dam rady wywiązać się z zadania, które dla mnie przygotowaliście?! Może Szczególnie Wielki Komputer się co do mnie pomylił?!

- Hmmm, trudna sprawa – odezwał się profesor Gąbka. – Strach przed niebezpiecznym zadaniem to nie wstyd. Wręcz odwrotnie: nie boją się tylko głuptasy.

- Cieszę się, że jesteś z nami naprawdę całkowicie szczery. – powiedział Doktor Koyot.

- O tak, między przyjaciółmi nie ma miejsca na niedopowiedzenia – powiedział Smok.

- Tym, że jesteś za duży nie musisz się przejmować – rzekł Baltazar Gąbka – Mamy tutaj ze sobą w Latającym Talerzu całą technologię z Zimnej Planety, która dla nas ludzi, jest wręcz jak bajka i magia. Pozwala zmniejszać się i powiększać, ile się zechce razy.

- Gorzej z tym przyjacielem – włączył się Don Pedro – Bo po co nam, carramba,  taki wściekły piesek, którego nikt nie lubi i który bez przerwy szczeka? Jeszcze nam ściągnie na głowę jakieś nieszczęście.

- Prawdziwy problem to z tym lataniem w ciemno. – rzekł Doktor Koyot – Przyznasz na pewno, że jako doborowa Kompania samego Profesora Gąbki nie moglibyśmy od ciebie zażądać niczego niejasnego, to znaczy niczego, pod czym byś się nie podpisał obydwiema rękami. Jednak niestety nie możemy ci powiedzieć, co masz zrobić, zanim z nami nie polecisz.

- Tak  – zadumał się książę Krak – Bo przede wszystkim latający talerz jest, jak wiesz, także machiną czasu.

- Jeżeli dowiesz się teraz, co masz zrobić – włączył się Bartolini podparłszy się na swojej rożnoszpadzie – a potem nie polecisz z nami, to może dojść na Ziemi do Wielkiej Zmiany z powodu wiedzy, jaką posiądziesz. Nie będzie to dobra zmiana, możesz nam wierzyć. Taka zmiana przyspieszyłaby jeszcze katastrofę.

- Jak w „Powrocie do Przyszłości[8]”?!  – zapytał Grzegorek-Samborek.

Gąbka podrapał się po głowie, ale zaraz przypomniał sobie ten film. Chodziło o to, że pewien nastolatek musiał się cofnąć w przeszłość, żeby doprowadzić do tego, aby jego rodzicie mogli się na nowo poznać, bo na skutek pewnych wypadków, jakie zaszły w Przyszłości, a szczególnie wynalezienia machiny czasu przez szalonego profesora Emmetta Lathropa Browna, w ogóle by się nie spotkali i…

-Tak, tak , dokładnie tak! – powiedział szybko profesor.

- Na dodatek Ciemne Siły są wszędzie dookoła i tylko czekają, żebyśmy tutaj i teraz opowiedzieli im wszystkie nasze tajemnice. Carrramba! – wyszeptał Don Pedro przykrywając usta rąbkiem nieprzemakalnej peleryny.

- Czarna Dziura jest według mojej teorii – powiedział profesor Gąbka – sprawcą największego zamętu w Kosmosie, a Ciemne Siły wydostają się prosto z jej wnętrza. Dlatego możemy swobodnie rozmawiać o WSZYSTKIM tylko w Latającym Talerzu i to tylko podczas jego lotu.

- Ale już całkiem najgorzej – rzekł Smok poprawiając księciu Krakowi na głowie koronę, która znów mu się lekko przy jedzeniu lodów przekrzywiła – że my sami nie wiemy co właściwie masz zrobić. Nie wie tego też, jak słyszałeś, Szczególnie Wielki Komputer.  Ale to ciebie właśnie wybrał do wykonania zadania i nas wybrał, żebyśmy rozwiązali zagadkę, której rozwikłanie umożliwi ci dokonanie tego wielkiego czynu. Właściwość wyboru dokonanego przez komputer potwierdził też, wróżbą i magią, Doktor Koyot. Nim wyruszyliśmy twoją kandydaturę zatwierdzili krakowscy rajcy i sam książę Krak XXIV, za pisemną zgodą Największego Deszczowca!

Milczenie, jakie po raz trzeci tej nocy zapadło, nie było już złowróżbne, ale raczej pełne napięcia w oczekiwaniu na decyzję.

- Okej. – powiedział wreszcie Samborek zebrawszy w sobie siły.

Wszystkim spadł z serca tak wielki kamień, że mało nie unieśli się z dywanu pod sam sufit.

- Przyrzeknijcie, że zdradzicie mi wszystkie szczegóły, zaraz jak wsiądziemy na pokład Latającego Talerza. Okej? Poza tym, bez Czarnego Bola nie polecę. Nie mogę zostawić najlepszego przyjaciela, sam na sam z Panem z Głową w Chmurach!

- Zgoda! Przyrzekamy! – rzucił natychmiast Bartolini, żeby Samborek przypadkiem nie zdążył się rozmyślić – Z tą rożnoszpadą to oczywiście żartowałem. Myślę, że jak przystało na obywateli Grodu Kraka z VIII wieku, a więc z czasów, kiedy nade wszystko szanowano przyrodę – zwrócił się z groźnie zmarszczoną brwią w kierunku pozostałych członków wyprawy – Nie będziemy mieli nic przeciwko temu wspaniałemu kundelkowi z sześcioma palcami?!

- Pewnie – podchwycił ochoczo Smok

-  Jak znam życie – powiedział Gąbka – To jeszcze się nam na pewno przyda.

- Naresz, wspań, braw, braw!!! – wyrzucił z siebie Mądrodudek i zakręcił się w radosnym piruecie.

- Więc zgoda? – zapytał Samborek

– Zgoda!!!

- A ty, Don Pedro, też się zgadzasz na pieska?

- Jeszcze jak! Przecież nikt nie lubi zwierząt bardziej ode mnie. – wykrzyknął Don Pedro i zaraz złapał się za usta zawstydzony – Przepraszam, tę kwestię powinien był powiedzieć Smok, moja to caramaba. Carrramba!

- Wspaniale! Zatem lećmy do Tajemniczego Ogrodu po Czarnego Bolka! – Samborek nareszcie poczuł, że może złapać oddech pełną piersią. – Tylko napiszę do mamy krótki list, żeby się nie martwiła.

- Teraz wierzę, że komputer Ufolódków się nie pomylił – powiedział Doktor Koyot. – Oto, moi drodzy, człowiek, który naprawdę może dokonać wielkich czynów!

Wszyscy bili brawo, nie tylko z powodu mądrych słów Doktora Koyota, czy aby docenić moc charakteru i odwagę Samborka, ale też sobie samym, z powodu osiągniętego kompromisu[9].

Samborek tymczasem włączył komputer, który stał w kącie na biurku i po chwili list był już gotowy. A brzmiał następująco:

„Lecę Latającym Talerzem razem z profesorem Gąbką i jego Kompanią zmądrzeć i uratować Ziemię. Nie martw się. Wrócę jak załatwię tę sprawę. Okej? Będziesz ze mnie dumna 4 lipca. Na ra! Pa, pa!”

Doktor Koyot wyciągnął czarodziejską różdżkę, Bartolini, Książę Krak, Smok i Don Pedro posprzątali szybko naczynia, wciągnęli cały bałagan na pokład Latającego Talerza i razem z Baltazarem Gąbką weszli do środka.

- Gotowy?! – zapytał Doktor Koyot – Nie chciałbym cię przestraszyć . Poza tym to nie będzie bolało.

- Gotowy! – Samborek poczuł się w tej chwili rzeczywiście gotowy na każdą przygodę i każde największe nawet niebezpieczeństwo. Przecież Ziemia czekała na ocalenie, a on miał odegrać najważniejszą rolę w tym wielkim dziele. Niestety wciąż nie wiedział, na czym to będzie polegać, ale cóż, czasami trzeba wykazać elastyczność w stosunku do twardych zasad, jakie się wyznaje. Zwłaszcza jeżeli wymaga tego Cel Wyższy[10].

Czarodziejska różdżka dotknęła czubka jego głowy i zaczął się pomniejszać jak balonik z którego uchodzi powietrze, aż zrównał się rozmiarami z Doktorem Koyotem i Mądrodudkiem. Wtedy weszli na pokład latającego talerza, a Mądrodudek zatrzasnął otwór drzwiowy, i zakomenderował:

-Jaazzzdaaa!!!!!

Latający Talerz zakręcił się , spomarańczowiał, zazielenił się na krawędziach seledynowym ogniem świetlików świętorujańskich i zniknął w jednym mgnieniu oka z Gwiezdnej Bazy Republiki na Prądniku Czerwonym. Na ekranie komputera mrugał tylko list do mamy z uśmiechniętą buźką na koniec zamiast kropki.

Rozdział 2: O tym jak działa Czarna Dziura i jak jest zbudowany Latający Talerz

Prosto z Bazy Gwiezdnej Republiki na Czerwonym Prądniku latający talerz udał się na orbitę okołoziemską. Tam schował się za ISS-em czyli Międzynarodową Stacją Kosmiczną, bo Ufolódki od dawien dawna przestrzegały zasady, żeby się specjalnie ludziom nie rzucać w oczy.

- Śródgwiezdna żegluga to niełatwa sprawa – Profesor Gąbka czuł się w obowiązku objaśnić Samborkowi skomplikowane manewry latającego talerza – Prościej się czasem udać spodkiem na orbitę, niż na drugi koniec parku. Pewnie zastanawiałeś się, w jaki sposób znaleźliśmy się w twoim pokoju nie rozbijając ścian ani okien?

- Ależ tak! – wykrzyknął Samborek – Wydawało mi się, że śnię, że to kompletnie niemożliwe!

- Jak widzisz możliwe, ale trzeba się poruszać szybciej niż światło, czyli szybciej niż krążą atomy… jakby ci to wyjaśnić. To zresztą nieważne, myślę , że tego nie uczą na naszej poczciwej Ziemi nawet na studiach, a co dopiero w podstawówce. W każdym razie poruszając się szybciej niż światło poruszamy się szybciej niż atomy, a więc poruszamy się też wtedy w czasie… czyli nasz talerz staje się machiną czasu…

- Profesorku, czy nie wydaje ci się, że to całe tłumaczenie jest niepotrzebne? – włączył się niespodzianie Doktor Koyot – Przepraszam, że się wtrącam, ale Samborek pewnie czyta książki i ogląda telewizję, więc na pewno wie o Harrym Potterze i zna zasady poruszania się na zaczarowanej miotle. Przecież to rozumie każde dziecko i każdy uczeń pierwszej klasy  Hogwartu.

- No tak – rzekł profesor Gąbka nieco zbity z tropu – Zasada jest ta sama, tylko wszystko dzieje się milion razy szybciej. W każdym razie prościej nam było z Czerwonego Prądnika na orbitę i z orbity na Czerwony Prądnik niż z twojego pokoju do Tajemniczego Ogrodu.

- Rozumiem doskonale – rzucił od niechcenia Samborek – Najszybsza miotła „Błyskawica”[11] osiąga tylko 240 kilometrów na godzinę. Chodzi wam oczywiście o teleportację, czyli kiedy w mgnieniu oka jesteśmy tam, gdzie nas nie było.

Na szczęście w tym momencie weszli do głównej sterowni i Samborek nie zauważył nawet, że Baltazara Gąbkę zamurowało ze zdumienia, że on wie tak dużo o podróżach z nadświetlną prędkością i o latających miotłach.

- A nie mówiłem – Doktor Koyot wzruszył ramionami robiąc wszechwiedzącą minę i przepchnął się przez drzwi obok osłupiałego profesora Gąbki.

- O! Jak tu pięknie! – wyszeptał Samborek rozglądając się po tęczowym wnętrzu sterowni – Pokażecie mi, jak on działa?! Będę go mógł poprowadzić?!

Przez środek okrągłej kabiny od podłogi do sufitu biegła szklana kolumna, a przez nią śmigały od dołu na sam szczyt statku strumienie światła we wszystkich barwach tęczy.

- To główny silnik  – wyjaśnił profesor Gąbka podążając za wzrokiem Samborka – Kolumna światło-czasowa. Maszynownia znajduje się pod pokładem sterowni, a sterownia jest pod Kajutą Łączności w Innych Wymiarach, która zajmuje sam wierzchołek naszego talerza. Zresztą może niepotrzebnie się wysilam, bo doskonale wiesz także, jak są zbudowane latające talerze?

- Szukałem kiedyś w Internecie, ale nic nie znalazłem. Szkoda, że nie zabrałem ze sobą swojego laptopa. – Samborek był autentycznie zafascynowany pulsującą kolumną – Więc to jest kolumna światło-czasowa?! Nie mogę się doczekać, żeby poprowadzić latający talerz, to musi być frajda!

- Oczywiście będziesz mógł go poprowadzić, ale trochę później. Zanim to nastąpi, musisz przejść kilka szkoleń i zdobyć kilkadziesiąt dyplomów. To skomplikowana maszyna. – powiedział profesor Gąbka.

Grzegorkowi zrzedła mina, co Smok od razu wychwycił niezawodnym okiem detektywa.

- Nie przejmuj się. Te szkolenia to pestka, a dyplomy zdobywa się tak o! – wyjaśnił Smok Wawelski  strzelając z palców -  Jak nie wierzysz, zapytaj Mądrodudka, on tutaj jest kapitanem i wydaje nie tylko dyplomy, ale i rozkazy. Znajdzie też dla ciebie na pewno jakiś zapasowy laptop.

- Ja, ja. Laptop dla Smbrek, ja. O tem po-tem. – wymamrotał Mądrodudek zajęty przygotowaniem do startu.

- A wy wszyscy macie te dyplomy?!

- Nie traćmy czasu na sprawy mniej ważne. – przerwał im nagle Doktor Koyot – Pomówmy o misji.

- Oho – Smok pochylił się nad Samborkiem i szepnął mu prosto do ucha – Nasz doktorek zawsze zmienia temat, kiedy padają kłopotliwe pytania.

- Tu siad! Zar star! Z luna orbit do Ogr Taj! – zakomenderował kapitan Mądrodudek.

Samborek usiadł posłusznie w fotelu, który mu wskazano.

- Cały zamieniam się w słuch – rzekł – O co w tym wszystkim chodzi? Ciekawość mnie zżera. Czy przez cały czas od 1978 roku podróżowaliście po Naszej Galaktyce?

- Wy zapinacie pasy, a ja muszę do Kajuty Innych Wymiarów – rzekł Don Pedro – A zresztą, po co wam pasy.  Zanim zdążycie powiedzieć następne zdanie, już będziemy w Tajemniczym Ogrodzie. Misję sobie, carramba, oopps! – Don Pedro zaplątał się kompletnie we własną pelerynę  –  …I te wszystkie sprawy… omówimy później, na księżycowej orbicie spoczynkowej, tuż przed zaśnięciem. – wysapał, po czym bęcnął na podłogę i zamarł bez ruchu.

Gdyby nie pomoc Smoka Wawelskiego Don Pedro poplątałby się doszczętnie i już tak pozostał, zawiązany we własną pelerynę jak baleron.

- Poczekaj mój drogi, rozplączę ci ręce i nogi! – zaśpiewał Smok i śpiewająco rozprawił się z plątaniną. – Trzeba mieć talent, żeby tak się zagmatwać we własne kończyny.

- Rzeczywiście, carramba! – Don Pedro zrobił trzy przysiady i rozprostował fałdy peleryny udając, że nic się takiego nie stało. – Żebyś wiedział, że mam do tego talent.

- O nie, na razie nigdzie nie polecimy! – oświadczył kategorycznie Doktor Koyot zatrzymując się przy fotelu Samborka  – Obiecaliśmy wyjaśnić naszemu przyjacielowi wszystko co się tylko da. I to zaraz, jak znajdziemy się na pokładzie! Słowo się rzekło, kobyłka u płota.

-  Mądrodudku! – zawołał Doktor Koyot do Ufolódka, który w rogu kabiny wciskał guziki, kręcił korbkami i przestawiał wajchy na mrugającym jak nocne niebo pulpicie – Zanim wylądujemy w Tajemniczym Ogrodzie zróbmy jakieś tysiąc okrążeń Ziemi. Da się?!

- Tyś okr Ziem. Się rob! Ja-ja!

- Tysiąc okrążeń to potrwa, potrwa, zaraz… – Książę Krak  poskrobał się po głowie i złapał koronę, zanim mu z niej spadła – … Całe cztery minuty. Tyle wam wystarczy?

- Pewnie – rzekł Bartolini sadowiąc się do drugiej stronie Samborka.

- Nie rozumiem tylko Koyotku, co ma do tego wszystkiego kobyłka i płot. Wyjaśnisz mi to później – Don Pedro powstrzymał gestem Doktora Koyota, który już otwierał usta – Naprawdę bardzo się spieszę. Największy  Deszczowiec czeka na sprawozdanie.

To rzekłszy Don Pedro skłonił się i wykonał dworski, pożegnalny wywijas. Nie zdążył jednak obrócić się na pięcie, kiedy pokładem latającego talerza targnął wstrząs. Don Pedro zamarł ze stopą wzniesioną w powietrze.

- Mamma mia!!! Co to?!!! – krzyknął Bartolini robiąc wielkie oczy.

Wtedy pokładem szarpnął kolejny wstrząs, a zaraz potem rozległ się potężny grzmot. Wewnątrz świetlistej kolumny, zamiast złotych i srebrzystych promieni, pojawiły się błękitne błyski, a zaraz potem strzeliły w dół granatowe strugi. Na ułamek sekundy wszyscy unieśli się w powietrze. Włączyła się też natychmiast syrena alarmowa. Don Pedro do reszty stracił równowagę i po raz drugi w ciągu jednej minuty runął prosto na cztery litery.

- Ooops, gwałtowne hamowanie?! – rzucił jeszcze lecąc na deski – … Czy to jakaś ciemna siła przekręciła lustra w naszym poza-czaso-światło-silniku?! – dokończył już na leżąco, masując sobie tylną część ciała.

- Awaria, awaria! – krzyczał Doktor Koyot – Awaria! Uwaga! Na mnie uwaga! Uwaga, bo ja mam lęk przestrzeni! Uwaga!

Na całe szczęście był przypięty pasami, bo inaczej biegałby w panice dookoła swojego fotela.

- Bez panik! Ja widz! Ja-ja, awa! Waria! Już działać! Ja-ja!!! – starał się ich uspokoić Mądrodudek.

Jednak nie pomogło to za bardzo, bo w kolejnej chwili światła na całym statku przygasły, a kolumna światłoczasowa zaczęła mruczeć basowo i pulsować czerwonym i fioletowym kolorem. Zdawało się, że czas się na chwilę zatrzymał.

- Zasi-lanie awa-ryjne – oznajmił komputer pokładowy.

- Katastrofa, Mamma mia, żegnaj Balbinko, żegnaj Nasturcjo…  – jęknął Bartolini, bo pomyślał, że może już nigdy nie zobaczyć swojej kochanej Balbiny ani jednenaściorga uroczych dzieciaków, a zwłaszcza najulubieńszej córeczki, Nasturcji.

- Spoko – rzucił Mądrodudek -  Już widz, co grane jest! Zajm ś tym! Czrn Dziur! Czas stać!!!

- Co on mówi?! – zapytał książę Krak – Wciąż mam kłopoty z tą jego skróconą nowomową.

- Powiedział, żeby być spokojnym, już widzi co jest grane i zajmie się tym. To Czarna Dziura. Czas stanął.

- Aha – powiedział książę Krak wyciągając spod swojego królewskiego płaszcza wielką księgę oprawną w purpurową skórę.

Na okładce księgi widniał złotymi zgłoskami napis: „Księga Pokładowa Latającego Talerza” . Książę  począł wertować dziennik pokładowy z dużą wprawą i już wkrótce znalazł interesujący go zapis.

- Więc w takim razie… no, tak – rzekł książę – Javox, Silux i Castrol mieli dokładnie to samo, też zahaczyli o Czarną Dziurę. Tylko, że wtedy stracili tysiąc dwieście lat i wylądowali w roku 1978. To dzięki temu spotkaliśmy ich nad Sanem i mogli zabrać nas z powrotem do Grodu Kraka, do naszego ukochanego 778 roku.

- O nie! – jęknął – Bartolini – Nie możemy sobie pozwolić na stratę kolejnych tysiąca dwustu lat. To by znaczyło, że wylądujemy dopiero w roku 3212. Wtedy już będzie po ptakach!

- Nie tylko po ptakach – odezwał się Doktor Koyot – Ale w ogóle po wszystkim. Na ziemi nie będzie też ani jednej ryby, ani jednego grzyba, ani jednego pomidora i ani jednej pietruszki do twojego herbu. Sam piasek i żadnej żywej istoty!

- To właśnie powiedziałem – powiedział Bartolini – „po ptakach” znaczy to samo co „po wszystkim”. Takie powiedzonko, Koyotku.

- Klęsk! Klęsk!!! To klęsk dla Ufo-lód!!! – zawył rozpaczliwie Mądrodudek – Ja rozpacz! Roz-pacz! Ja-ja!!!

- Nie poddawaj się tak łatwo, kapitanie! – powiedział Samborek pragnąc za wszelką cenę dodać ducha Mądrodudkowi. – Okej?

Jednak jemu samemu nie było w tym momencie lekko na duszy. Także przeżywał stan bliski rozpaczy. Przecież przygoda jeszcze się na dobre nie zaczęła, a zanosiło się, że zaraz się fatalnie skończy?! Czyżby babcia, która zawsze krakała: nie rób tego, bo sobie zrobisz to a to, nie ruszaj tego, bo ci spadnie tam a tam, nie dotykaj tego, bo cię kopnie, nie odzywaj się, bo sobie ściągniesz na głowę to i tamto – miała rację?!

Trzeba powiedzieć, że sytuacja na pokładzie latającego talerza stała się naprawdę bardzo poważna. No bo skoro jego kapitan popadł w rozpacz, to co mieli począć ze sobą zwyczajni pasażerowie? Na szczęście był jeszcze pokładowy komputer.

- Czas nie stać w miejsc, nie całkiem stać. – oznajmił komputer pokładowy – Posuwać się. Powoli. Powoli. Do przodu. Bardzo wolno. Tysiąc okrążeń nie cztery minuty. Tysiąc okrążeń cztery godziny. Pokład czysty. Siły Nieczyste, Ciemne brak. Bariera ochronna pod napięciem… Jesteśmy w Pozaprzestrzeni[12].

- Wiem, to znaczy poza czasoprzestrzenią – zawołał Samborek – Jesteśmy tam gdzie  znikają statki w Gwiezdnych Wojnach, tam gdzie gwiazdy stają się srebrnymi kreskami i zapada ciemność! To dokładnie tak samo jak przy teleportacji.

- Racja. Samborek racja mieć. – powiedział komputer pokładowy – Jesteśmy między być a nie być. Te czerwone i fioletowe strugi to nici czasu, one  wiązać nas ze strumieniem, a strumień trafiać do rzeki. Rzeka Czasu – czasoprzestrzeń. Nasz statek iść na właściwy nurt. Przeskok w czasie cztery minuty, ale dla nas cztery godziny. Nie grozi to co Javox, Siluks, Castrol. Czarna Dziura nas lekko przyhaczyć… za ogon.

Wszyscy odetchnęli z ulgą, a Bartolini odetchnął tak głęboko, że byłby zdmuchnął kraciasty kaszkiet z głowy Wawelskiego Smoka.

- Za ogon?! – zdziwił się Doktor Koyot – Przecież my nie mamy ogona?!

- Oj doktorek. Nie bądźmy tak drobiazgowi. Powiedzmy, że nas przyhaczyć za dolną antenkę – rzekł nieco naburmuszonym tonem komputer pokładowy.

- Dobrze, że cztery godziny a nie cztery dni, bo bym się tu zanudził na śmierć – stwierdził już całkiem rozpogodzony Bartolini – Ale, ale, czemu to od dobrej chwili nic nie mówisz, nasz Smosiu?!

Smok przetarł oczy i ziewnął szeroko.

- Przepraszam. Chyba przysnąłem – powiedział – Maam jaaszczuuurzy refleks, zwłaaszcza, kiedy roobi się ziimno. Zauważyyyyliście, żeeee zrobiiiłoooo sięęęęę ziiimnoooo, jak w lodóóóówce? – Smok w rzeczy samej mówił bardzo powoli i coooraz, coooooooraz woooooooooolnieeej.

- Przepraszać, ja zapomnieć, że mieć gości z Ziemi na pokładzie. Goście z Ziemi żywi. Już ogrzewanie awaryjne włączać. – oświadczył komputer pokładowy.

Gdy tylko awaryjne ogrzewanie zostało włączone, Mądrodudek natychmiast podpiął się do kontaktu. Oczy mu pojaśniały.

- Uf- sapnął  – Jak tylk  spad mi napićcie, zar siad mi nastr. Już dobrz, ja-ja!

(Co znaczyło, że kiedy mu spada napięcie to siada mu też nastrój, ale że już jest dobrze).

Nie pozostawało im teraz nic innego, jak jakoś przetrwać na orbicie okołoziemskiej cztery godziny. Teraz było dość czasu, żeby wyjaśnić Samborkowi szczegóły misji i jeszcze  oprowadzić go po latającym talerzu.

- Tu Zenobia, tu Zenobia! X 51 zgłoś się! – rozlegało się regularnie z małego pomieszczenia Kajuty Łączności w Innych Wymiarach.

Kajuta Łączności znajdowała się na samiuteńkim wierzchołku latającego talerza. Wiodły do niej schody okręcone wokół kolumny światło-czasowej. Jako że wymiary, z którymi się łączyło przez tę kajutę były inne, to i ona sama musiała mieć inne wymiary. W rzeczy samej posiadała rozmiary bardzo malutkie. Mieścił się w niej jedynie Don Pedro pomniejszony jakieś tysiąc razy i ponadczasowy nadajnik, nie większy niż pestka z jabłka. Z konieczności więc Samborek z profesorem Gąbką przystanęli w otwartych drzwiach kajuty. Przed chwilą Don Pedro nawiązał łączność z Największym Deszczowcem przebywającym w Krainie Mypingów i był z tego powodu wniebowzięty, ale też mocno zakręcony.

-Tu X51 – rzucił w mikrofon mini-komórki, podłączonej do niewielkiego jak mini-gruszka dynama. Na pionowej mini-antence cienkiej niczym włos łosia kręcił się nadajnik w kształcie mini-banana. Na stu mini-zegarach skoczyły nagle małe wskazówki a w stu mini-okienkach poruszyły się mini-wskaźniki. – Słyszę cię dobrze – rzucił Don Pedro do mini-komórki[13].

- Te wskazówki pokazują czas na Całej Drodze Mlecznej – objaśnił Don Pedro Samborkowi – A te wskaźniki ukazują połączenia w czasie i przestrzeni. Przepraszam, ale teraz nie mam już więcej czasu, wskaźnik wskazał, że kontakt będzie hiper-krótki, a wskazówka pokazuje, że w Krainie Mypingów już czas na sen nocny. A ja mam w tym hiper-krótkim czasie do przekazania bardzo dużo hiper-długich i super-ważnych wiadomości dla Największego Deszczowca. Zaraz potem muszę też włączyć podsłuch wszystkich stacji radiowych nad Wisłą. Najwięcej o tym co dzieje się złego i kto najbardziej broi można się dowiedzieć z lokalnych wiadomości! To nam pomoże znaleźć wodza Guiltów.

Odwrócił się do mini-komórki i zupełnie nie zwracając na nich uwagi, zaczął relację z lądowania w Grodzie Kraka oraz z niedawnej awarii. Profesorowi Gąbce i Samborkowi nie pozostało więc nic innego, jak się dyskretnie oddalić.

Od godziny już zwiedzali latający talerz, oczekując, że komputer pokładowy być może wcześniej, niż to było zapowiadane poradzi sobie z atakiem Czarnej Dziury i czas zacznie lecieć normalnie. Ale póki co nic się nie dało zrobić i czas wlókł się nadal jak makaron spaghetti.

- Jednego jestem bardzo ciekaw, profesorku – powiedział Samborek – Kiedy nas przyhaczyła ta Czarna Dziura, właśnie zadałem to pytanie, ale nikt mi nie zdążył odpowiedzieć. Co właściwie działo się dalej, jak już Javox, Silux i Castrol zabrali was z łąki nad Sanem? Czy to znaczy, że przez całe 34 lata podróżujecie z UFOlódkami po Wszechświecie? Czy byliście na Lodówie, kiedy miał miejsce ten wypadek z umklajderem?!

-  Byliśmy w wielu dziwnych miejscach i podróżowaliśmy bardzo długo, ale machina czasu sprawiła, że to trwało mniej niż rok. Odwiedziliśmy wiele planet  w tym Naboo, gdzie spędziliśmy też chwilkę w podwodnym świecie Gunganów. Odwiedziliśmy  i  B 612, ale nie zastaliśmy tam Małego Księcia.

Podążali teraz w dół ślimakowatymi schodami, powiększając się o jedną wielkość z każdym stopniem. Gdyby tych stopni było tysiąc, powiększyli by się do całkiem normalnej wielkości, ale było ich tylko sto.

- Byliśmy też na Tatooine[14]. To tam zobaczyliśmy, do czego może doprowadzić utopia postępu i niekontrolowana technologia. Cała planeta była jedną wielką pustynią. Po lasach i rzekach pozostały im tylko wspomnienia na starych filmach.

Po kolejnych trzech godzinach nic się nie zmieniło. Profesor Gąbka nadal opowiadał Samborkowi o różnych szczegółach ich ważnej misji, a także objaśniał zawiłości budowy latającego talerza. My opowiemy sobie te wszystkie szczegóły później, żeby teraz już niepotrzebnie nie tracić czasu. Zwłaszcza, że obie te opowieści zabrzmią o wiele ciekawiej w  normalnym, niż w zwolnionym przez Czarną Dziurę tempie. Jednak Samborek nie narzekał, bo tego wszystkiego, co wtedy usłyszał, wcale dotąd nie wiedział.

Warto tu może wspomnieć, iż rozpacz Ufolódka Mądrodudka w momencie katastrofy była uzasadniona. UFOludzie odwiedzali Ziemię i badali jej stan już od ponad stu lat. Przez cały czas śledzili, co się u nas dzieje, bo chociaż Ziemia leży na skraju Mlecznej Drogi i wydaje się jedną z miliarda nieważnych, małych planetek krążących wokół miliona przeciętnych jak nasze Słońce gwiazd, to jest w istocie najważniejszym miejscem w całym Kosmosie.

- Ale dlaczego? – dopytywał się Samborek – Dlaczego profesorku, Ziemia jest najważniejsza, skoro jest tak przeciętna, jak każde inne ziarnko piasku na plaży większej niż cała Sahara?

Z relacji profesora Gąbki wynikało jasno, że według Szczególnie Wielkiego Komputera Lodówy tylko my, Ziemianie, mamy w sobie to coś, co miał w sobie i Samborek – zdolność do dokonywania wielkich czynów. Na innych planetach żyli tylko przeciętni zjadacze chleba i nikt w całym kosmosie niczym specjalnym nie wybijał się  ponad przeciętność. Na Ziemi było  inaczej. Oprócz osób zdolnych do bohaterskich czynów była też grupa bardzo zdolnych Zgadywaczy i Rozwiązywaczy Zagadek.  A oprócz zdolnych Zgadywaczy i Rozwiązywaczy żyli też na Ziemi wyjątkowo zdolni Ogłupiacze i Szkodliwcy. Zgadywacze mieli szansę rozwiązać Zagadkę Czarnej Dziury, ale w tym musieli im pomóc bohaterowie. W przeciwnym razie zwyciężyliby napędzani przez Ciemne Moce Szkodliwcy i Ogłupiacze. Szczególnie Wielki Komputer Lodówy przekazał te wiadomości Kompanii Profesora Gąbki  razem z teorią, według której we Wszechświecie cały czas toczy się walka między Siłami Jasności, które są Siłami Życia i Siłami Ciemności, które są niewidzialnymi Siłami Bez-życia.

- Czy to znaczy – zapytał na koniec Samborek  – Że Czarna Dziura nie tylko wszystko pożera tą swoją czarną przepastną, paskudną gębą , ale także wyrzuca z niej w nasz piękny Kosmos śmiercionośne promienie i niewidzialne złe fluidy?

- Dokładnie tak. I nie tylko. – Profesor Gąbka zamyślił się.

Właśnie weszli do maszynowni latającego talerza.

– Śmiercionośne promienie nie są najstraszniejsze. Siły Ciemności wciskają się wszędzie i szkodzą jak tylko się da. Już starożytnym Grekom znana była zła bogini Licho, którą nazywali też Lihesis. To ona dowodziła i nadal dowodzi Siłami Ciemności, które co prawda przybierają różne postacie, ale najchętniej wcielają się w ciemne duszki-szkodniki: liszki i paskudniki. Promienie wciskają się też w umysły samych ludzi i wykrzywiają im w głowach obraz świata. Najgorsze ze wszystkiego są ciemne fluidy, które sprawiają, że ludzie zaczynają widzieć świat jak w krzywym zwierciadle. Zapominają co jest najważniejsze dla nich samych, dla przyrody i dla całej Ziemi. Pod wpływem tych fluidów zaczynają myśleć, że tylko ich potrzeby się liczą. Ze zwykłych ludzi przeradzają się w ohydnych Guiltów, czyli Gnomów Utopii i Lobby Technologicznego[15]. Pozornie wyglądają na normalnych ludzi, ale w głowach mają tylko jedno – manię postępu i utopię technologii. Ciemne Siły podszeptują im wszystko, co najgorsze, co złe dla Siły Życia. A oni realizują każdy śmiercionośny dla życia pomysł i wytwarzają coraz szkodliwsze dla Ziemi urządzenia.

Samborek zatroskał się bardzo, patrząc na czterdzieści cztery turbiny wtłaczające czasoprzestrzeń do kolumny światło-czasowej. Do jego głowy wkradły się właśnie ciemne myśli. Przestał na chwilę wierzyć, że można pokonać tak przebiegłego przeciwnika.

- A jak ich poznamy, tych ludzi ?! Ilu ich jest?! Gdzie oni są?! Czy to możliwe, że uda nam się zwyciężyć tak potężnego wroga?! Przecież nawet teraz kręcimy się w kółko, a czas biegnie naprzód?!

- Podobno są gdzieś tutaj. Blisko. Dlatego właśnie tutaj przylecieliśmy. – rzekł profesor Gąbka i wskazał na jedną z turbin – Popatrz, każda turbina ma 365 łopatek, a każda łopatka składała się z 24 umklajderów, a każdy z nich ma po 60 diamentów nie większych niż główka szpilki, a na każdej główce od szpilki tańczy ….

-  Godzina zero! Eoo, eoo! – obwieścił nareszcie komputer pokładowy – Zapraszać do kabiny sterowniczej. Proszę siadać i pasy zapinać. Za chwilę lądować w tajemniczy ogród. Prosić do kabiny… Eoo, eoo! Prosić do kabiny sterowniczej!  – rozległo się po wszystkich pokładach.

-  Chodźmy – profesor pociągnął Samborka za sobą – Trzeba się spieszyć. Może mamy aż tylu wrogów, że ich nie zdołasz policzyć, ale nie mamy wyboru. Są pewne wskazówki zapisane w starych księgach, o których nam powiedział eSWuKaeL. Właściwie w jednej, w „Księdze zaklęć i czarów” Mistrza Jana Twardowskiego[16], która znajduje się ponoć w Bibliotece Jagiellońskiej. Musimy rozwiązać zagadkę i wykazać się najwyższą odwagą. Wiemy, że Klucz do Zmiany leży w Królestwie Bocianów i Tysiąca Nenufarowych Jezior. Chyba, że oddamy pole bez walki i pogodzimy się z tym, że 21 grudnia 2012 roku zajdzie rzecz nieodwracalna.  Zacznie się Koniec Świata, czyli koniec życia na Ziemi. Doktor Koyot twierdzi, że Licho właśnie się zbliża do naszej planety. Gdzieś na tej pięknej ziemi nad Wisłą wylądowały już jej pomocnicze armie nielichych liszków i paskudnych paskudników. To niby psotliwe duszki, ale tak naprawdę bardzo groźne szkodliwe istoty. Wywołały już wiele katastrof i zacierają ręce za każdym razem, kiedy coś się komuś nie uda. Musimy też koniecznie odnaleźć na Ziemi najważniejszych popleczników Czarnej Dziury wśród ludzi, GUILTów. To oni są głównymi Szkodliwcami i Ogłupiaczami.

Samborek i Profesor przyspieszyli znacznie kroku, ponieważ po drodze zdążył ich minąć pędzący ze szczytu talerza Don Pedro, a wszyscy pozostali siedzieli już posłusznie w fotelach i mieli zapięte pasy.

- Złapałem na nasłuchu bardzo ważną wiadomość – rzucił im w przelocie Don Pedro i tyle go widzieli.

W ostatniej chwili wpadli do sterowni i zatrzasnęli klamry na brzuchach. Niskie buczenie światło-czaso-kolumny przeszło w wysoki świst a kolor światła zmienił się z czerwonego na pomarańczowy, a potem na żółty. Szybkie promienie jak świetliste igły poszybowały prosto ku górze.

- Nie poddamy się – zdążył powiedzieć do profesora Samborek, zanim kolumna zrobiła się srebrna i niebieska.

- Pewnie, że nie – zabasował mu Smok.

- Znowu jestem głodny – stwierdził Bartolini ze zdziwieniem, kiedy kolumna pozieleniała i zaczęła drżeć niczym liść na wietrze.

Szarpnęło, zagrzechotało i ruszyli z kopyta. Byli znowu we właściwym czasie i we właściwym miejscu. Na ekranie pulpitu sterowniczego pojawiły się dobrze znane Samborkowi zarośla Tajemniczego Ogrodu. W oknie otoczonego drzewami i zaroślami domku Pana z Głową w Chmurach właśnie zgasło światło. Oko kamery wychwyciło także czarno-białą, kudłatą postać, wypisz wymaluj przybłędę rasy mniej więcej papillon, z sześcioma palcami u przedniej łapy.

- Nic dziwnego Bartłomieju, że jesteś głodny – powiedział z miną wszechwiedzącego znawcy Doktor Koyot. (Jak wiadomo, był on nie tylko czarownikiem, ale także lekarzem. A lekarze po prostu tak już mają. Rodzą się z taką miną.) – W końcu od ostatniego posiłku minęły ponad cztery godziny.

Z zewnątrz rozległo się dzikie ujadanie.

- Szybko, otwórzcie drzwi! – zawołał Samborek i pobiegł do włazu – Muszę go uspokoić, bo zaraz zbudzi Pana z Głową w Chmurach, a wtedy będziemy się mieli z pyszna.

 

 

 

 

Rozdział 3 – Bitwa w Tajemniczym Ogrodzie

 

Samborek wypadł z latającego talerza prosto na zaskoczonego Bola. Pies w pierwszej chwili zamarł w bezruchu, ale zaraz rozpoznał przyjaciela, choć ten był trochę mniejszych rozmiarów. Na szczęście światło w oknie nie zapaliło się ponownie. Pan z Głową w Chmurach musiał mocno zasnąć po wyczerpującym pisaniu. On wciąż coś pisał i pisał – nie wiadomo co. Czarny Bolo przypadł do Samborka, stanął na dwóch łapach, położył uszy po sobie tak, że zupełnie znikły, zakręcił młynka ogonem i wyszczerzył w całej okazałości roześmianą paszczę. W jego psim języku znaczyło to: okropnie się cieszę, że cię widzę, drogi przyjacielu. Zaraz też na potwierdzenie tych słów śmajdnął Samborka przez twarz trzema długimi pociągnięciami mokrego jęzora. Co za szczęście – pomyślał Samborek – Mieć kogoś, kto tak potrafi człowieka przywitać!

Głaskaniom i tańcom powitalnym nie byłoby końca, gdyby zaraz za Samborkiem nie poczęli wyskakiwać z Talerza pozostali uczestnicy wyprawy. Pierwszy wyszedł książę Krak. Czarny Bolo uważnie przyglądał się jego królewskiemu płaszczowi i złotej koronie, jak zwykle siedzącej nieco krzywo na bujnych książęcych włosach.  Potem ukazał się Baltazar Gąbka ze szkłem powiększającym i Doktor Koyot z umklajderem gotowym do natychmiastowego działania. Na widok jak zwykle zielonego na twarzy Don Pedra, który szeptał coś do swojej peleryny, Bolo tylko zawarczał, ale kiedy zobaczył Mądrodudka szczęka opadła mu do ziemi.

- To moi bardzo dobrzy znajomi. Okej? – powiedział Samborek widząc mieszane uczucia na jego pysku – Możesz się nie obawiać, nie zrobią tutaj niczego niewłaściwego.

Naprawdę źle zrobiło się wtedy, kiedy z talerza wyłonił się posuwistym krokiem szermierza Bartolini z rożnoszpadą na sztorc, a za nim potężny Wawelski Smok. Tego piesek już nie wytrzymał i rozwarczał się na całego, po czym raz szczeknął grubo, cztery razy cienko i trzy razy w tonie niezdecydowanym.

- How, hooow, how-how, Hawr – powiedział do Czarnego Bola Doktor Koyot.

Bolo na te słowa zmachał ogonem przyjaźnie i odpowiedział cicho i grzecznie:

- Hawr, wr, ummm!

-Już dobrze – rzekł do Samborka Doktor Koyot – Jak widzisz, dogadaliśmy się. Samborek przedstawił Bolowi swoich przyjaciół a Doktor Koyot bez trudu przetłumaczył wszystkie imiona na psi język. Czarny Bolo od razu zaprzyjaźnił się z Bartolinim, który na końcu swojego szpikulca miał dla niego, niespodziankę – kilka plastrów boczku z szaszłyka.

- Masz piesku – powiedział Bartolini – Od razu o tobie pomyślałem, jeszcze podczas naszej kolacji.

Smok przystanął i ciekawie rozglądnął się po ogrodzie. Wciąż było jeszcze ciemno, ale pierwsze słowiki rozpoczynały próbne trele, a księżyc rozświetlał noc. Na liściach róż  i jaśminów perliła się rosa. Smok zaczerpnął powietrza pełną piersią.

- Jak tu pięknie pachnie. Ten ogród jest cudowny. Wcale się nie dziwię, że Czarny Bolo pilnuje go jak twierdzy.

Wszyscy przybysze porozchodzili się po ogrodzie oczarowani jego spokojem i zapachem. Bolowi nie bardzo się to podobało, ale po krótkiej walce wewnętrznej postanowił im zaufać.

- Nie tylko jest cudowny, ale jest też naprawdę tajemniczy – powiedział książę Krak – Popatrzcie – wskazał złotym berłem w cztery rogi ogrodu. – W północnym rogu rośnie wielki stary dąb, w południowym przepiękna lipa. O tej porze dnia, tuż przed świtem, zapach jej kwiatów jest najprzyjemniejszy, ale najmocniej pachnie w samo południe. Nad wschodnim narożnikiem czuwa brzoza. Jest taka duża, że ma pewnie ponad dwieście lat. A zachodni narożnik zamyka jodła, pod którą rosną kolczaste tarniny i głogi. To wygląda dokładnie jak święte gaje w naszych czasach. Dąb jest drzewem Peruna, Lipa to drzewo Bogini Nieba i Światła Dnia, Jodła należy do Welesa, a głóg i tarnina do innych władców Zaświatów – one wszystkie są symbolami Wieczystego Nieziemskiego Lasu – Rajca… założę się, że rosną tutaj nie tylko drzewa i krzewy wszystkich naszych bogów, ale także ich kwiaty i zioła – te do leczenia i te do jedzenia, i te na wieńce! Bartłomieju , Koyotku, rozejrzyjcie się, na pewno muszą tu być zioła.

- Są! Oczywiście że są! – zwołał Baltazar Gąbka odrywając swoje potężne szkło powiększające od powierzchni niepozornego różowego kwiatka. To coś dla ciebie Bartłomiejku, tymianek. A tam  - wskazał na wysoki na ponad metr żółty świecznik wyrastający spośród sercowatych wielkich liści -  dziewanna, na wieńce dla pięknej Dzikiej Pani Łąk, Dziewanny. A to? Zobacz Koyotku, to przecież tojad mordownik – zioło welesowe, straszliwa trucizna…

- Masz rację, profesorku – powiedział Doktor Koyot rozcierając na palcach wyglądający niewinnie szafirowy pantofelek tego roślinnego zabójcy. – To straszliwa trucizna, która jednak podana w małych dawkach może wyleczyć bardzo ciężkie choroby.

 -Jesteśmy zatem w świętym gaju – rzekł ściszonym szeptem Don Pedro – czy z tego nam nie wynika, że Pan z Głową w Chmurach jest po prostu czarodziejem, który zaplątał się w niewłaściwe czasy?

- Nie wygląda mi na czarodzieja – powiedział Samborek – Nie ma telewizora, ani telefonu, nie ma nawet radia, a często też nie ma w ogóle prądu, bo mu go odłączają. Pod tą brzozą uprawia marchewkę i inne warzywa, a tutaj niedaleko lipy zbiera gruszki i śliwki, ma tam też porzeczki i agrest.

- Czy sądzisz, że biedak nie może być czarodziejem?! – zapytał Smok.

- Nie, skądże – obruszył się Samborek – Ale gdyby był czarodziejem, to sam by sobie wszystko wyczarował, a jemu bez przerwy czegoś brakuje. Nie ma nawet dwóch takich samych butów, tylko zawsze lewy jest inny od prawego, a przez dziury w parasolu zawsze mu kapie na głowę. Żal mi go czasem, ale on od nikogo nie przyjmuje pomocy.

- Agrest – zaciekawił się Bartolini – Powinien być już dojrzały, a nie ma na świecie nic wspanialszego, jak dobrze przyrządzony dżem agrestowy. To mi przypomina, że przydałoby się przekąsić małe co nieco.

- Mnie też kiszki marsza grają – obwieścił tubalnym basem Smok Wawelski, a Mądrodudek zagrzechotał metalowymi łapkami na potwierdzenie, że dolega mu to samo.

- Zarządzam więc nocną naradę w Tajemniczym Ogrodzie – obwieścił książę Krak – Obradom będzie towarzyszyć skromna uczta, wczesne śniadanie, złożone z suchego prowiantu i soków owocowych. Tylko gdzie my się ulokujemy? Widzę tutaj jakąś zapuszczoną altankę….

- Tylko nie to! – Czarny Bolo zagrodził księciu drogę własną piersią i zawarczał złowrogo – Wrrr. Tam straszy! Ja mam bardzo piękną, obszerną budę – zamerdał ogonem i liznął władcę przez policzek. – Zapraszam do siebie. Na szczęście nie jesteście tak duzi, żeby się w niej nie zmieścić. Jeszcze zostanie sporo wolnego miejsca na ganku. Bo ja mam budę z gankiem!

- Nie mówiłeś Samborku, że Czarny Bolo żyje tutaj w takim luksusie. – powiedział Bartolini.

-Dobra buda jest ważna – zauważył Doktor Koyot – Ale nie zastąpi przyjaźni, czułej opieki, ani uwagi drugiej osoby.

- Dobrze powiedziane. – oświadczył książę Krak – Zastanawiam się tylko, czy nam wypada odbywać tak poważną naradę w psiej budzie? Ja, jako książę nie mam co prawda żadnych uprzedzeń ani kompleksów, ale co na to moi poddani?! Czyli wy, moi kochani?!

- Gospodarz zaprosił nas tak pięknym liźnięciem, że byłby wstyd odmówić temu uprzejmemu zaproszeniu. No to fru, ruszajmy! – powiedział Doktor Koyot.

- Co racja to racja – potwierdził Smok – Chodźmy już bo, umieram z głodu.

Pozostali zgodzili się ze słowami Doktora Koyota i Smoka Wawelskiego bez zastrzeżeń. Bartolini poprosił Doktora Koyota i Don Pedra oraz Mądrodudka o pomoc i zniknęli na chwilę we wnętrzu latającego talerza.

-Trzeba by ten talerz jakoś zakamuflować – Smok krytycznym okiem oceniał srebrzysty dysk leżący pomiędzy główkami kapusty i kwiatami kalafiorów. – Tam pod ścianą domu stoją tyczki do fasoli. Proponuję zrobić mu wigwam i przyozdobić go fasolką szparagową.

-Super – powiedział Samborek – Ty masz łepetynę Smoku, ja nie wpadłbym na tak świetny pomysł.

We dwójkę przynieśli tyczki i ustawili je dookoła talerza tworząc nad nim stożek. Gdy Bartolini i pozostali wyszli z latającego talerza a Mądrodudek zatrzasnął właz i włączył autoalarm, nasi podróżnicy zebrali z kopki kompostowej łęty po fasolce i okręcili nimi dookoła wszystkie tyczki. Powstał całkiem  zgrabny prowizoryczny namiot.

- Dopiero teraz przyszło mi do głowy – rzekł Koyot, kiedy już ułożył ozdobnie na froncie wigwamu okazały strąk fasoli – Że mogłem to wszystko zrobić na pstryk, czarodziejską różdżką.

- Nic się nie stało – stwierdził Smok – praca fizyczna rozwija mięśnie, a ty przynajmniej zachowałeś swoją moc nienaruszoną na inne, ważniejsze okazje.

-Pięknie – ocenił wspólne dzieło książę Krak – Teraz możemy spokojnie iść na śniadanie. No i trzeba wyjaśnić Czarnemu Bolowi, po co tutaj przybyliśmy, żeby zechciał z nami polecieć.

Po tych słowach księcia wszyscy żwawym, żeby nie powiedzieć wyjątkowo szybkim, krokiem udali się w stronę psiej budy. Ich marsz był tak szybki, ponieważ najzwyczajniej w świecie poganiał ich Głód, wielki i odwieczny wróg ludzkości, który od tysiącleci nie opuszcza żadnej szerokości geograficznej naszej planety i co najmniej kilka razy dziennie zagania wszystkich do michy.

Czarny Bolo skończył obgryzanie ostatniej kosteczki z kurzych udek, po czym umył łapy w miseczce z wodą i wytarł je papierowym ręcznikiem. Na pewno nie był zwyczajnym psem przybłędą i miał swoje zwyczaje, żeby nie powiedzieć „maniery”, związane z rasą papillon i miejscem jej pochodzenia, czyli francuskim dworem. Co prawda na początku uczty zachował się wobec Don Pedra nie do końca jak gościnny gospodarz, ale miał swoje racje. To gospodarz wskazuje gościom miejsca przy stole, a nie na odwrót. Więc kiedy Don Pedro zajął jego stałe miejsce powiedział tylko krótko – Wrrrh, ty tam! To moje. Wrr! – i wskazał Don Pedrowi miejsce z daleka od siebie, po drugiej stronie. Ten, widząc odsłonięte długie białe kły, nie dyskutował.

Czarny Bolo z uwagą wysłuchał opowieści znajomych Samborka, które spadły na niego jak grom z jasnego nieba, a raczej jak sto gromów, bo tyle tych szokujących wieści było na raz. Nie za bardzo wiedział, co o tym wszystkim myśleć. Im dłużej myślał, tym więcej przybywało różnych „za” i „przeciw”, a im więcej ich było, tym trudniej było podjąć jakąś decyzję.

Biesiada dobiegła końca, wyjaśnienia także i wszyscy w milczeniu czekali, co też powie Bolo. Bolo po obfitym posiłku najchętniej by się przespał, a decyzję odłożył do rana, ale to nie wchodziło w grę. Niegrzecznie byłoby kazać czekać tak długo tak zacnemu audytorium.

- Jesteście pewni, że te nieliche liszki i paskudne paskudniki już wylądowały na Ziemi i że zrobiły tę paskudną rzecz właśnie tutaj, nad naszą piękną rzeką Wisłą?!

- Niestety tak. – Doktor Koyot pokiwał głową ze smutkiem.

- Czy Ziemi naprawdę zagraża zagłada? – dopytywał się Czarny Bolo.

- Środowisko Ziemi zostało zaatakowane już dawno  – rzekł Doktor Koyot – Teraz ta robota zmierza do straszliwego finału. Mamy Efekt Cieplarniany, Dziury Ozonowe, Skażenia Radioaktywne, Niezniszczalne Śmieci, Zdziesiątkowane Puszcze i Bory, masowe Wymieranie Całych Gatunków w przyrodzie, Zanieczyszczone Oceany, Zabudowaną Miastami planetę, Kosmos pełen Złomu, który nam zaraz spadnie na głowę – Doktor Koyot aż stracił dech wymieniając ciurkiem te wszystkie okropne plagi ludzkości.

- Nie zapominaj, Zatruty Eter – dorzucił Don Pedro – Eter jest wypełniony po brzegi, i to czym, jakimś jazgotem, hałasem, kłamstwami i bzdurami, falami radiowymi i elektromagnetycznymi…

- Można by tak ciągnąć w nieskończoność, ale najgorszy jest Zatruty Eter – powiedział poważnie książę Krak – To święte miejsce, zawsze ciche i spokojne, gdzie od tysiącleci gromadziły się dobre duchy opiekuńcze Ziemi, które teraz nie mogą tam przebywać. Już sam Zatruty Eter wystarczy, żeby się stało coś złego. To wszystko jest wynikiem działalności nierozważnych ludzi, którzy łatwo ulegają wpływom Ciemnych Sił.

Czarny Bolo popatrywał po nich, nadal nie mogąc się zdecydować.

-Hawk! – powiedział w końcu – Nie mogę zostawić tutaj Pana z Głową w Chmurach samego. Od jakiegoś czasu nasz ogród jest areną zażartej walki. Jakieś szkodniki niszczą uprawy, wyżerają buraki i miętę. Tylko ja mogę mu pomóc ocalić ogród.

- W takim razie ja też nie polecę. Okej? – powiedział Samborek – Nie zostawię przyjaciela.

Zapadła cisza.

- To klops. – powiedział w końcu Bartolini – Niezła potrawa, ale niefajna sprawa.

- Jesteś pewny, Bolu?! – zapytał Samborek, który już przywykł do myśli, że uratuje Ziemię – Sprawa jest bardzo poważna.

- Muszę to jeszcze raz przemyśleć – rzekł Czarny Bolo – Hawk!

Wszyscy czekali w napięciu, ale myślenie szło Prawie Papillonowi coraz ciężej. „Za” zdecydowanie przybyło. Było ich już tyle, że aż za dużo. Ale wciąż było to jedno małe „ale”.

- Czy mi się zdawało –zwrócił się Samborek do Don Pedra, żeby przełamać dojmującą ciszę – że mijając nas pędem z Kajuty Innych Wymiarów rzuciłeś, że złapałeś z nasłuchu jakąś ważną wiadomość?!

- Ach, carramba! – Don Pedro złapał się za głowę i pacnął się w czoło – Zapomniałem, na śmierć! Miałem wam o tym powiedzieć!

- Więc?!

- Z radiowego nasłuchu wynika, że szefem Guiltów jest niejaki Marszałek Zmora. To nazwisko powtarza się w wiadomościach we wszystkich stacjach i bardzo wiele się o nim mówi. Podobno przewodzi on Najbardziej Oświeconej Radzie, która się zbiera co trzy dni w Sali Kandelabrowej w Warszawie. Z tego, co zrozumiałem, rada ta  podejmuje najgłupsze możliwe decyzje w najkrótszym możliwym czasie.

- A kim on jest poza tym? – zapytał książę Krak.

- Bardzo mało wiadomo na ten temat – przynajmniej z radia, telewizji i Internetu. Poza tym, że jest Prezesem Najjaśniejszej Rady, jest też właścicielem potężnej Korporacji Od Pomysłu Do Przemysłu (w skrócie KOP do P) i koncernu medialnego Nic Poza Tym. Nie wiem dlaczego nazywają go marszałkiem, bo nie jest nawet wojskowym. Podobno stara się o posadę doradcy samego Prezydenta, a pozostali członkowie Najjaśniejszej Rady są już doradcami w bardzo ważnych instytucjach. Może czegoś więcej dowiemy się w Warszawie?

Bolo wciąż myślał i myślał, ale nie mógł nic wymyślić.

- Bardzo ciekawe – rzekł profesor Gąbka.

- I przerażające – dorzucił Doktor Koyot.

- Poradzimy sobie – uspokoił ich Smok Wawelski, z czułością nabijając swoją ulubioną fajkę.

- Pewnie – zawtórował mu Samborek, natchnięty jego optymizmem.

- Pwn! Ja-ja! – potwierdził Mądrodudek.

Wtedy rozległ się hałas, jakby coś spadło na dach psiej budy. Bartolini wytężył słuch i mimowolnie ścisnął w ręku rożnoszpadę. Po pierwszym uderzeniu nastąpiło drugie, a po nim trzecie i czwarte. Towarzyszyły im takie wstrząsy i odgłosy, jakby ktoś rzucał w budę kamieniami i grudami ziemi. Czarny Bolo ruszył na ganek, żeby sprawdzić co się dzieje. Nie zdążył nawet dobrze wystawić  głowy, gdy zasypały go kolejne pociski. Teraz rozszalała się już potężna kanonada, a buda podrygiwała, jak podczas trzęsienia ziemi. Profesor Gąbka wyjrzał przez małe boczne okienko w samą porę, żeby dostrzec wyjątkowo paskudnego paskudnika, który zamachnął się i z całej siły cisnął spory kamień w kierunku budy. Kamień uderzył niedaleko okienka i profesor natychmiast odskoczył.

- Fatalnie, oni już tutaj są. To ich macie w ogrodzie, to oni nas atakują!

-Kto, kto profesorku?! – dopytywał się Bartolini

-Liszki i paskudniki. Jest ich wielkie stado – To one niszczą uprawy w Tajemniczym Ogrodzie. Licho musi być gdzieś rzeczywiście blisko, są strasznie bezczelne.

- Howk! Wiedziałem! – rzekł po psiemu Czarny Bolo (co zaraz przetłumaczył na język ludzki Doktor Koyot) – Teraz jestem absolutnie pewien, że nie mogę opuścić mojego pana. On sobie z nimi nie poradzi! Zniszczą tajemniczy ogród w kilka dni!

– Masz rację. Wyżrą tutaj wszystko co jadalne i co trujące. – powiedział książę Krak.

- Więc zostaję z tobą! – zadecydował Samborek.

-  Jeżeli myślisz, Czarny Bolciu, że sam sobie z nimi poradzisz – włączył się profesor Gąbka -  To jesteś w grubym błędzie. Oni nie znikną na dobre, dopóki nie pokonamy Licho. To jest jej magiczna armia. Trzeba nie tylko siły, przebiegłości oraz czarów, żeby ich pokonać. Musimy unieszkodliwić ich Panią, Licho. To jedyny sposób, żeby ich na dobre przegnać z Ziemi i z tego ogrodu!

- Możesz to zrobić razem z nami! – powiedział Samborek, który nie chciał się rozstawać z przyjacielem, ale też nie chciał rezygnować z udziału w wyprawie, która uratuje Ziemię od zagłady.

- Do ataku! – krzyknął Bartolini wystawiając przed siebie rożnoszpadę i przymierzając się do otworu wejściowego w pozycji startowej, jak  do biegu na trzy kilometry.

W tym momencie grad pacnięć jeszcze bardziej się nasilił, a na wejście spadła olbrzymia gliniana kula. Bartolini ruszył do przodu z impetem, lecz tylko wbił się rożnoszpadą w kupę gliny, która całkowicie odcięła ich od świata. Kucharz zawisnął na szpadzie, jak skoczek na tyczce.

- Rety! Co się dzieje?! – krzyczał fikając nogami w powietrzu.

Smok schował do kieszeni świeżo nabitą tytoniem fajkę i ruszył mu na pomoc. Postawił go szybko na nogi, a także wyrwał rożnoszpadę z glinianej zapory. Otwór wejściowy był zupełnie zawalony.

- I co teraz? – zastanawiał się Samborek – Pogrzebią nas tutaj, jak w egipskiej piramidzie, jeżeli czegoś nie wymyślimy!

Grad kamieni i grud ziemi sypnął się jeszcze gęściej na ich kryjówkę i zapadła całkowita ciemność, gdyż okienko także zostało zasypane. Kamienie grzechotały teraz o sufit.

- Już po nas! – Bartolini popadł w lekką panikę.

- Ponas, ja – ja! – zaskrzeczał Mądrodudek.

Buda zaczęła trzeszczeć w szwach, jakby się miała zaraz zawalić i pogrzebać ich żywcem. Rzeczywiście kilka desek w suficie pękło, a kilka innych wygięło się do wewnątrz.

- Howk, hawk! – Czarny Bolo, niczym rasowy wódz indiański, rzucił  swoje bojowe hasło – Hawk! To wcale nie koniec! Każdy dobry dom ma więcej, niż jedno wyjście.

Czarny Bolo ruszył do rogu pomieszczenia, w którym biesiadowali i odsunął klapę w podłodze.

- Mam tu podkop i tunel. On prowadzi prosto na kapuściane grządki. – Hawk! Biegiem!

            – Zarządzam natychmiastową ewakuację! – rozkazał książę Krak.

Pierwszy zanurzył się w otworze tunelu Bartolini, za nim Don Pedro, trzeci podążył Doktor Koyot.

- Rety – jęknął Bartolini,  posuwając się co sił do przodu na czworakach – Przepadła książęca zastawa śniadaniowa!

- Pędź, pędź nasz dzielny kucharzu – wysapał z tyłu Doktor Koyot – Wyczaruję ci inną, jeszcze piękniejszą, moją czarodziejską różdżką … Jeśli jej w biegu nie zgubię!

 Po krótkim marszu w niewygodnej pozycji zauważyli, że na końcu tunelu zaczęło świtać światełko.

- Zbliżamy się do wyjścia – rzucił Don Pedro – Teraz biegiem do latającego talerza.  Mądrodudek musi otworzyć klapę i odpiknąć autoalarm. Inaczej silniki nie ruszą. Mądrodudek był na szczęście tuż za nimi.

- Się robi! – rzucił i odpiknął alarm.

Błyskawicznie wydostali się na powierzchnię pomiędzy kapuścianymi głowami i ruszyli pędem do statku. Mądrodudek otworzył przyciskiem pilota wejście, zanim jeszcze zdążyli dobiec.

Tymczasem Siły Ciemności zauważyły ich ucieczkę. Potężny liszek dojrzał wśród kapuścianych głów jedną złotą, koronowaną głowę i zamierzył się na nią wielkim szpiczastym kamieniem. Rzucił, a cela miał tak celnego, że bez dwóch zdań zdmuchnąłby głowę księcia Kraka raz na zawsze, gdyby nie dziwny przypadek. Książę w tej samej chwili potknął się i runął jak długi w bruzdę. Korona spadła mu na ziemię. Pocisk przeleciał koło książęcego ucha i z wizgiem wrył się w grunt, wznosząc gliniastą fontannę. Książę biegł przedostatni, za nim był już tylko pies. Krak porwał koronę z ziemi i rzucił się do włazu Latającego Talerza. Wszyscy byli już w środku  jedynie Doktor Koyot stał na stopniach nerwowo szukając w połach surduta swojego umklajdera, czyli czarodziejskiej pałeczki.

- Czyżbym go rzeczywiście zgubił w biegu?!… Nie, jest!

Uchwycił pałeczkę prawidłowym końcem i w ostatniej chwili, kiedy Bolo już wykonywał skok uderzył go pałeczką w lewe ucho. Pstryk!

To było prawdziwe szczęście. W przeciwnym razie piesek zderzyłby się w tym skoku z Latającym Talerzem i byłaby z tego prawdziwa katastrofa. Czarny Bolo pomniejszył się jednak w locie jakieś sto razy i wylądował bezpiecznie w otworze wejściowym. Mądrodudek już uruchamiał silniki, podczas gdy grad kamieni bębnił o stalowy korpus statku.

- Gotowi?! – zapytał retorycznie komputer pokładowy i nie czekając na odpowiedź odpalił silniki.

Wystartowali. Na szczęście wszyscy zdążyli zapiąć pasy bezpieczeństwa i nikt nie nabił sobie podczas startu nawet guza.

- Czy nie za dużo mamy tego szczęścia – pomyślał jeszcze profesor Gąbka – Jak na zwyczajne zbiegi okoliczności?

            Wiele w życiu widziałem, rzeczy, o których nikomu nawet się nie śni – powiedział do siebie Pan z Głową w Chmurach, patrząc przez okno na swój ogród. Wyjrzał przez nie, bo zbudziły go okrutne hałasy – Ale czegoś takiego jeszcze nie widziałem! – zdumiał się –  Żeby tyczki od fasoli same wystartowały w kosmos?!!!

- To musi mi się śnić – powiedział, poczłapał szybko do łóżka i przewrócił się na drugi bok.

Wtedy deszcz tyczek opadł na ogród, a każda dziwnym trafem przygwoździła do ziemi jakiegoś liszka, albo paskudnika. Jęki i wycia potworków ponownie wyciągnęły z łóżka Pana z Głową w Chmurach. Po krótkiej chwili wijący się i jęczący Słudzy Czarnej Dziury wyparowali,  jakby ich nigdy nie było. Pan z Głową w Chmurach znów był w oknie i patrzył na swój Tajemniczy Ogród.

- Co to? Po co ja porozstawiałem tyczki po ogrodzie? Przecież fasolka szparagowa już zebrana, no i rosła tam obok brzozy?! Co to się z człowiekiem na starość wyprawia. – pomyślał i znów wrócił do łóżka. Tym razem na dobre.

Była piąta rano dnia 16 czerwca 2012 roku.


[1] Jan Kaczara – bohater wiersza Zaczarowany Dorożkarz, Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego.

[2] LEM – tak nazywano w 1969 roku lądownik księżycowy (Lunar Explorer Module), ale to także nazwisko wielkiego polskiego pisarza. Stanisław Lem (1921-2006), pisał popularne na całym świecie książki fantastyczno-naukowe, a żył i mieszkał w Krakowie.

[3]  Ósemka wygląda tak:  8, a matematyczny znak nieskończoności tak: ∞

[4] Ertuditu (R2D2) – mały, kosmiczny, robot naprawczy – jeden z głównych bohaterów Gwiezdnych Wojen.

[5] Ten przypisek jest od Autora „Tylko dla Dorosłych”: O umklajderach i falenderach oraz o ich czarodziejskich właściwościach można przeczytać dokładniej w książce A. i B. Strugackich Poniedziałek zaczyna się w sobotę („Понедельник начинается в субботу”, wyd. Iskry 1970) oraz w książce Harrego Mathewsa Przemiany (The Conversions, wyd. MAW 1987), a także w powieści Jana San Moje przygody z psioniką (wyd. Czytelnik 1990). Dalekie szlaki – powieść Siergieja Sniegowa („Люди как боги”, wyd. Iskry 1972).Gwiezdne wojny (Star Wars 1977-2005) – seria filmów fantastycznych George’a Lucasa.

[6]  Bruder – niem. brat – toast, który przypieczętowuje przyjaźń i braterstwo.

[7] Han Solo – jeden z głównych bohaterów Gwiezdnych Wojen George’a Lucasa.

[8] Powrót do przyszłości to amerykański film przygodowy i fantastyczno-naukowy (trylogia) z 1985 roku wyreżyserowany przez Roberta Zemeckisa.

[9] Kompromis – to jest porozumienie, które w równym stopniu uwzględnia stanowisko wszystkich zainteresowanych.

[10] Cel Wyższy jest niższy od Celu Najwyższego, a zarazem  wyższy od każdego zwykłego celu, ale są tacy ludzie, którzy twierdzą, że dla żadnego celu nie warto naginać albo łamać zasad.

[11] Hogwart to szkoła czarnoksiężników w cyklu powieści Susan Rawlings o Harrym Potterze, a „Błyskawica” – to jeden z modeli miotły do latania, najszybszy jaki istnieje w tym powieściowym cyklu. My znamy szybsze.

[12] W pozaprzestrzeni czyli w eterze Rzeczywistości. Eter – w fizyce ośrodek w którym rozchodzą się fale; w filozofii i magii – subtelna substancja wypełniająca wszechświat; w mitologii – najwyższe rejony niebieskie, w medycynie – środek usypiający.

[13] Ten przypisek od Autora jest znowu „Tylko dla Dorosłych”: Dawniej komórką nazywano składzik na zimowe przetwory w piwnicy, albo składzik na węgiel, którym zimą palono w piecach. Potem komórką nazywano najmniejszą część każdego żywego organizmu. Teraz komórką nazywa się przenośne urządzenie do słuchania i mówienia na bardzo duże odległości. Komórka to przenośny telefon, a mini-komórka to telefon ponadczasowy, czego żadnemu dziecku nie trzeba tłumaczyć.

[14] Naboo i Tatooine to znaczące planety dla akcji Gwiezdnych Wojen, B 612 jest znana z Małego Księcia – powieści Antoine’a de Saint-Exupéry’ego wydanej w roku 1943 (fr. Le Petit Prince).

[15] Guilty – ang. przymiotnik: winny, karygodny, nieczysty. Tutaj skrót od pierwszych liter: Gnomy Utopii i Lobby Technologicznego.

[16] Mistrz Jan Twardowski żył naprawdę w Krakowie, w XVI wieku. Miał tutaj pracownię i był nadwornym czarownikiem (magiem) Króla Zygmunta Augusta. Do naszych czasów przetrwały dwa jego magiczne lustra. Ci którzy twierdzą, że księgi Imć Twardowskiego: Księga zaklęć i czarów oraz Encyklopedia nauki zaginęły, nie mają do końca racji.

©® Wydawnictwo Kraina Księżyca & Studio KK

===============================

Czesław Białczyński

 

 

 

 

Nowe Przygody Baltazara Gąbki i jego Kompanii

 

 

Tom 1

Na tropie Czarnej Dziury

 

 


 

©copyright by Czesław  Białczyński & Kraina Księżyca

 ® all rights reserved by Kira Białczyńska & Sawa  Białczyńska

 

Rozdział 4 – Gdzie szukać klucza do Klucza, czyli dziwne wydarzenia w Bibliotece Jagiellońskiej

Na miejsce kolejnego lądowania wybrano jednogłośnie Bardzo Bardzo Starą Brzozę. Najbezpieczniejszym lądowiskiem okazało się szerokie, potrójne rozwidlenie na jednym z czterech potężnych konarów. Było to bardzo wysoko nad Ziemią, tuż przy wielkiej dziupli. Potężny pióropusz liści wystarczająco osłaniał tutaj latający talerz przed wzrokiem ciekawskich ludzi. Mimo, że pojazd pozostawał stukrotnie pomniejszony, nadal miał jednak średnicę stolika ogrodowego, a do tego połyskiwał srebrzyście w promieniach słońca.

Zanim doszło do trzeciego już w tej wyprawie lądowania na Ziemi, doszło też na pokładzie do krótkiej dyskusji, którą rozpoczął Smok Wawelski.

- Nie możemy bez przerwy przebywać na orbicie – rzekł zafrasowany  – jeżeli mamy zamiar wykonać naszą misję na Ziemi. Trzeba wrócić do zwyczajnych wymiarów, a statek dobrze ukryć.

-Masz rację, Smosiu – powiedział na to profesor Gąbka – Myślę, że nasza stała baza będzie w Krainie Tysiąca Nenufarowych Jezior. Jak rozwiązać ten problem?

- Trzeba wybrać jakiś punkt, tam powiększyć talerz i samych siebie, ukryć pojazd i jakoś wtopić się w tłum. – włączył się Don Pedro – Trochę się na tym znam, było nie było.

- Biorąc pod uwagę, że dosyć egzotyczna z nas kompania, nie będzie to proste – rzucił książę Krak wyobrażając sobie, jak maszerują ulicami współczesnego miasta – Ja sam w królewskim płaszczu i koronie to drobiazg. Słyszałem, że królowie wciąż jeszcze istnieją. Ale Smok, Mądrodudek czy Don Pedro wzbudzą na pewno nie lada sensację.

- Czy jesteście przekonani, że ta kraina w ogóle leży w Polsce? – zapytał Samborek

- Szczególnie Wielki Komputer określił miejsce, gdzie objawi się Obiekt-Klucz, jako Najczystsze Miejsce na Ziemi w Krainie Bociana oraz Tysiąca Nenufarowych Jezior. – jeszcze raz przypomniał Doktor Koyot – Egipt jest krainą bociana, ale odpada ze względu na brak jezior. Pozostają zatem wyłącznie Litwa, Niemcy i Polska.

- Tak, siak czy owak – powiedział Don Pedro – Baza powinna być na północy.

- A może w Warszawie? – zastanawiał się Bartolini – W dużym mieście łatwiej się ukryć. A Warszawa jest podobna do Grodu Kraka. Powinniśmy się tam czuć swojsko i bezpiecznie.

- Z tym ukryciem się, to Bartłomieju nieźle przesoliłeś – rzekł książę Krak trochę zgryźliwie – I to wcale nie ze względu na długi nos Doktora Koyota, on akurat, nie licząc Samborka i psa, wygląda najnormalniej z nas wszystkich. Jestem jednak za, ze względu na obecność Guiltów w stolicy! Zdecydowanie.

- Zatem bazę  - wyszeptał Don Pedro zacierając ręce – umieścimy pod samym nosem wroga. Pod latarnią najciemniej! – przymknął powieki i uśmiechnął się do swoich wspomnień – Tak nas uczyli, kiedy Krainą Deszczu rządził jeszcze Największy Deszczowiec. – jego głos się rozmarzył  – W Akademii Szpiegowskiej nad Jeziorem Łubianka. Stare, dobre czasy…

- Czyżbym słyszał w twoim głosie tęsknotę?! –  huknął na niego Smok.

Głos Smoka poderwał Don Pedra w fotelu. Smocze oczyska wlepione gniewnie w jego zadowoloną twarz mogłyby chyba zaraz cisnąć błyskawicami.  Don Pedro udał, że się nie boi, ale serce zastukało mu mocniej.

- Carrramba! Możesz mi wierzyć lub nie, ale nie wiem, skąd mnie to naszło. Za nic w świecie nie chciałbym przecież powrotu do tamtych czasów, mimo że wciąż pracuję dla Największego Deszczowca. On zupełnie się zmienił, od kiedy wybudował kanały Mypingom, czyż nie?

- Oczywiście – rzekł Baltazar Gąbka – Zmienił się i możemy być spokojni, że już nigdy nie zechce być dawnym satrapą. Jednak na szczęście, nie całkiem się zmienił.

- Dlaczego?  – zapytał Samborek. To słowo było jednym z najczęściej przychodzących mu ostatnio do głowy  – Od początku główkuję – ciągnął  – dlaczego Don Pedro musi składać raporty Największemu Deszczowcowi, i dlaczego latający talerz musi być w kontakcie z ósmym wiekiem?

Profesor Gąbka jakby tylko na to czekał. Od razu z wielką radością palnął mały wykład na temat „Czym różnią się Deszczowcy”.

Nie będziemy tutaj przytaczać owego wykładu, bo Autorowi nie starczyło odwagi, żeby go słowo po słowie zapisać, wydawcy niniejszej książki zapewne nie starczyłoby pieniędzy na papier, żeby go w całości wydrukować, a wam na pewno nie starczyłoby cierpliwości, żeby go tak dzielnie wysłuchać, jak to uczynili członkowie wyprawy. Streszczając wywód profesora należy powiedzieć, że z Deszczowcami sprawa ma się nieco inaczej niż z wszystkimi innymi. Deszczowcy muszą mieć zawsze jednego jedynego wodza i bardzo lubią słuchać jego rozkazów. Swojemu wodzowi bezgranicznie zawsze ufają i nigdy mu się, sami z własnej woli, nie sprzeciwiają. Dlatego to Smok Wawelski, Bartolini herbu Zielona Pietruszka i profesor Gąbka musieli w Krainie Deszczu wywołać rewolucję. W przeciwnym razie nigdy by się tam nic nie zmieniło. Jak może niektórzy z was pamiętają, potem, podczas karnego pobytu Największego Deszczowca i pana Mżawki w Grodzie Kraka ich praca polegała na podlewaniu kwiatków w królewskich ogrodach. Wtedy to dosyć często odwiedzał ich doktor Koyot, gdyż wciąż mieli katar. Chcąc im za wszelką cenę ulżyć, Doktor Koyot przeprowadził dokładne badania Deszczowców. Jako królik doświadczalny wystąpił również Don Pedro, będący podówczas ambasadorem w Grodzie Kraka. Okazało się, że Deszczowcy łapią katar na odwrót niż wszyscy inni, to znaczy wtedy, kiedy mają za sucho. Przy okazji wyszło na jaw, że Największy Deszczowiec różni się od pana Mżawki i Don Pedra. Jak wszyscy oni, Największy Deszczowiec miał  za uszami skrzela, a palce stóp połączone błoną. Jednak tylko Największy posiadał dodatkowy narząd – kilka specjalnych włosów czuciowych w nosie. Pozwalały mu one wyczuwać najmniejsze nawet zanieczyszczenia wody i powietrza. Z powodu posiadania tego właśnie zmysłu Największy Deszczowiec, a nie żaden inny, pomniejszy, wyznaczał miejsca pod kolejne osiedla, wskazywał ujęcia wody i kierował pracami melioracyjnymi w Królestwie Deszczu. Stąd wzięła się jego królewska pozycja w społeczeństwie Deszczowców. Na szczęście po rewolucji wrażliwość ta mu pozostała, choć pod każdym innym względem był już teraz zupełnie nowym człowiekiem. Przez lata sprawowania swej funkcji Największy Deszczowiec nauczył się rozpoznawać najczystsze miejsca jednym rzutem nosa i oka. W końcu nawet nos przestał mu być do tego potrzebny. Czynił to głównie patrząc po roślinach i innych znakach, niezauważalnych dla zwykłych zjadaczy chleba. Tylko on więc mógł naszym bohaterom pomóc znaleźć to jedyne, Najczystsze Miejsce na Ziemi. Zadaniem Don Pedra zaś było przekazywanie Największemu Deszczowcowi jak najwierniej wszystkich obrazów w trakcie wyprawy. Ponieważ w VIII wieku nie znano Internetu, Don Pedro czynił to z użyciem ponadczasowej radiostacji, przekazując przez „eter” to co widział wprost do ucha Największego Deszczowca. Dzięki mini-mikrofonowi, który Mądrodudek wczepił w klapę marynarki Największego Deszczowca ten mógł się porozumiewać tą samą drogą z latającym talerzem. Niestety wizja nie przepychała się wciąż jeszcze przez eter, czy jak kto woli przez pozaprzestrzeń, tak łatwo, jak dźwięk.

Czarny Bolo przespał ten wykład zwinięty w kłębek pod pulpitem sterowniczym. Spał trochę niespokojnie, bo wciąż nie był pewien czy Pan z Głową w Chmurach jakoś przetrwa do jego powrotu. Don Pedro miał za złe pieskowi, że chrapie, podczas gdy jest mowa o odmiennościach rasy Deszczowców. Nie odezwał się jednak, tylko złośliwie trącił psi ogon końcem buta. Czarny Bolo otwarł jedno oko i cicho warknął, ale zaraz znów zasnął. Mądrodudek też wcale nie słuchał, co mówiono. Postanowił przejść do czynów, skoro tutaj wciąż tylko trwały narady i pogaduchy. Przez ten czas grzebał w laptopie. To był naprawdę trudny wykład.

- Ja mam! Ja-ja!!! – wrzasnął nagle, przerywając wywody profesora Gąbki – Król Boć! Ja znalść w In-net!

Książę Krak, który miał kłopoty ze rozumieniem jego szybkiej mowy, natychmiast podszedł do Mądrodudka i odczytał ze strony internetowej co następuje:

- Kraina Bociana.

- Patrzcie, patrzcie, to rzeczywiście istnieje. Eswukael wcale nie zmyślał. I gdzie to jest? – zainteresował się Bartolini

- Tworzą ją trzy powiaty nad jeziorem Gołdap. Dzięki ci Mądrodudku za to wspaniałe odkrycie. – książę Krak czule poklepał Mądrodudka po metalowym hełmie – Nieźle się spisałeś.

- Czy nie czas, żebyśmy my też wreszcie coś zrobili? – rzucił Smok trochę zazdrosny o książęce czułości.

I na tym zakończył się wykład profesora Gąbki, a ponieważ zajął sporo czasu, zrobiło się prawie południe i zaczęto się mocno spieszyć. W tym pośpiechu wybrano jednogłośnie Bardzo Bardzo Starą Brzozę na lądowisko. Co prawda tuż przed głosowaniem Samborek chciał im jeszcze coś powiedzieć, ale zakrzyczano go, że szkoda teraz czasu na jakieś dyskusje.

- Na wykłady jest czas – pomyślał Samborek – a na dyskusje nie ma.

Wzruszył ramionami, ale nie chciał się sprzeciwiać wszystkim. Sprawę dojścia do właściwych wymiarów i znalezienia stałej bazy przełożono na jutro. Teraz trzeba było pędzić do Biblioteki Jagiellońskiej. Dotrzeć do księgi Mistrza Twardowskiego i czym prędzej odnaleźć sentencję, będącą kluczem do rozpoznania prawdziwego Klucza do Zmiany sytuacji na Ziemi. Do realizacji tego zadania wytypowano cztery osoby, które najmniej rzucały się w oczy: Profesora Gąbkę, Samborka, Doktora Koyota i księcia Kraka. Reszta miała pozostać w statku i dokonać przeglądu maszynerii, aby wszystko było gotowe do lotu na północ. Tylko Bartolini miał inne zadanie, zlecono mu bowiem przygotowanie bardzo smacznej gorącej kolacji i to jeszcze przed zachodem słońca.

Doktor Koyot wyrzucił z otworu drzwiowego latającego talerza bardzo długą drabinkę, która poszybowała ku ziemi. Smok Wawelski został w otworze a pozostali zeskoczyli na konar. Kiedy Samborek rzucił okiem w dół, natychmiast zakręciło mu się głowie, a potem zrobiło mu się czarno przed oczyma. Profesor Gąbka w ostatniej chwili złapał go za rękę, bo chłopiec  byłby stracił równowagę i spadł z konara.

- Oou – zauważył profesor Gąbka – Nasz młody przyjaciel ma chyba lęk przestrzeni.

- Nic się nie dzieje. – rzekł Doktor Koyot – Wiem, jak to jest. Zamknij Samborku oczy, a ja cię wezmę na barana.

- Wcale nie o to chodzi – obruszył się Samborek nieco urażony – Przypomniałem sobie, co ludzie mówią o tym miejscu. Mówią, że to siedziba złych duchów. Twierdzą, że tutaj straszy, że tu znikają przedmioty, a nawet ludzie. Od razu oczami wyobraźni zobaczyłem te wszystkie ciemne siły i zrobiło mi się przed nimi czarno.

- Czy dalej jesteście pewni, że wybraliśmy dobre lądowisko?! – zadał retoryczne pytanie książę Krak. – Szkoda Samborku, że mówisz nam to dopiero teraz.

- Próbowałem, ale wszyscy chcieli już głosować i to na „tak”.

- Jak widać, bywa, że dobrze poinformowani się mylą, a ten jeden, o którym wszyscy mówią, że się myli, ma świętą rację.

Oczywiście, teraz myśleli, że popełnili gruby błąd, nie wysłuchując przed głosowaniem Samborka.

- Proszę cię Samborku – rzekł profesor Gąbka – Na przyszły raz musisz być stanowczy i trzymać się swego. Nawet jeżeli pozostali są przeciwko tobie.

- Okej. – powiedział Samborek.

Wszyscy poczuli lekki niepokój. Doktor Koyot zaraz ich jednak pocieszył:

- Liszki i paskudniki nie atakują w świetle słońca, ani nawet za dnia. Do zachodu mamy czas. Ale kiedy ostatni promyk schowa się za horyzontem, musimy brać nogi za pas. Pośpieszmy się zatem – rzucił za siebie i zaczął się opuszczać po drabince.

Samborek szedł za nim. Wczepił palce w liny, postawił mocno stopy na szczeblu i zacisnąwszy jeszcze mocniej powieki zaczął schodzić w ciemno. Samborek wolał sobie nawet nie wyobrażać, ile setek szczebli jest jeszcze do przejścia, żeby móc stanąć na pewnym gruncie. Postanowił jednak przezwyciężyć słabość i dzielnie posuwał się w dół…

Ostatni postawił stopę pod Bardzo Bardzo Starą Brzozą książę Krak.

- Świetnie – powiedział do pozostałych – jesteśmy w komplecie. Teraz Samborku powiedz nam, jak najszybciej dostać się do Biblioteki Jagiellońskiej. Możesz otworzyć oczy, jesteśmy już przecież na dole.

- Możesz też puścić drabinkę – powiedział doktor Koyot – Szarpnę trzy razy a Smok wciągnie ją na nasz talerz.

Dopiero po chwili dotarło do Samborka, że ktoś do niego mówi, a po dwóch chwilach, co mówi. W trzeciej chwili doszedł do siebie i stwierdził ze zdziwieniem, że oto schodząc w dół po tylu szczeblach przeszedł samego siebie i przezwyciężył swój największy strach – lęk wysokości.

- To było przejście – wysapał otwierając oczy i puszczając drabinkę. – Jeszcze mi krew w żyłach buzuje.

- To adrenalina. – powiedział przemądrzały Doktor. – Wiec jak się tam dostaniemy?

- Gdzie? A, do Biblioteki Jagiellońskiej. Prosto – powiedział Samborek stawiając pierwsze kroki na stałym lądzie – Wsiądziemy w autobus linii 139 i za dwadzieścia minut będziemy na miejscu. – Kolana miał zupełnie miękkie.

- Stop, gdzie idziesz?! – Doktor Koyot zatrzymał go wpół kroku.

- Do autobusu? – zdziwił się Samborek.

-Jesteś jakieś sto razy za mały, żeby wskoczyć choćby na najniższy stopień.

Doktor Koyot rozglądnął się dookoła i wyciągnął zza pazuchy umklajder. Dotknę każdego z was w nos. Od nosa magiczne astrale rozchodzą się równomiernie. Co prawda kiedyś za młodu, kiedy zaczynałem dopiero swoją przygodę z magią przez duże eM zdarzyło mi się wykonać to nieprawidłowo, ale… teraz mam już doświadczenie. Zaczniemy od ciebie, Samborku.

I nim Samborek zdążył mu powiedzieć, żeby w takim razie najlepiej rozpoczął od siebie, już poczuł magiczne dotknięcie na czubku nosa . PSTRYK!

Zobaczył ze zdziwieniem, że nagle wszystkie rzeczy dookoła stają się mniejsze i mniejsze. Trwało to ułamki sekund, aż wreszcie zatrzymało się, jak rozpędzony wagon na stacji metra. Samborek rozglądnął się dookoła.

-Phi – wzruszył ramionami. Bardzo Bardzo Stara Brzoza wcale nie była teraz taka wysoka, za to jego przyjaciele zniknęli gdzieś w trawie. Z trudem ich wypatrzył. – Ale jesteście malutcy.

- Teraz ty. – rzekł Doktor Koyot i trzepnął po nosie profesora Gąbkę.

Samborek ze zdumieniem obserwował, jak kolejni kompani wyrastają obok niego niczym grzyby po deszczu.

- To miłe być normalnej wielkości – rzekł książę Krak i mocno wcisnął koronę na głowę.

- A co się wtedy stało doktorze, jak się pan w młodości pomylił?

Ruszyli przez Stary Park w stronę Końskich Zagród i przystanku autobusowego.

- Eeee, co tam gadać. ..wszystko poszło dobrze. No, prawie dobrze… Znasz Samborku tę bajkę o Pinokiu[1]? … No, jakby tu rzec… Ona się wzięła właśnie stąd.

- Acha – powiedział Samborek, ale nie do końca załapał, co konkretnie Doktor Koyot miał na myśli.

Wysiedli prawie pod samą Biblioteką, tylko że to, co było dawniej jej frontem, teraz stało się tyłem, choć stało nadal przodem do Alei Trzech Wieszczów. W każdym razie wejście było chwilowo z odwrotnej strony, od ulicy Oleandry. Dobrze, że nie zdarzyła im się w czasie jazdy kontrola biletów, bo ich po prostu nie mieli, a wtedy mogli trafić zupełnie gdzie indziej niż do biblioteki. Nikomu nie polecam tego sposobu podróżowania, czyli jazdy na gapę. No chyba, że nie ma wyjścia! Wtedy trzeba być jednak przygotowanym na nieprzyjemności. Czasami grube nieprzyjemności! Bardzo grube. Co prawda nasza czwórka jechała zamiast dwudziestu minut czterdzieści pięć, bo autobus dłużej stał w korkach niż jechał, więc może nawet należał im się zwrot za bilety a nie mandat. Jednak skoro ich nie mieli, to nie byłoby i zwrotu. W każdym razie książę Krak, jak tylko się w tym wszystkim połapał, wyciągnął zza pazuchy trzy szczerozłote krakusy (nie mylić z krakersami ani z krakenami[2]) i zamienił je, po krótkiej dyskusji w kantorze na wór nowych polskich złotych. Nie był to nawet taki wielki wór, raczej woreczek na pantofle, ale zmieściło się w nim tyle gotówki, że mogliby za nią kupić sto samochodów średniej marki, średniej wielkości statek na Wiśle, albo nawet dziesięć metrów kwadratowych Wawelu. Książę Krak śmiał się z pomysłu, żeby kupować własny zamek, no ale teraz ten zamek wyglądał nieco inaczej, niż za jego czasów. Jego następcy nieźle go rozbudowali, chociaż już w 1978 roku książę miał kilka pomysłów, co by tu wyburzyć, a co w zamian postawić. Nie wszystko było więc z Wawelem jak trzeba, a wkrótce miało się okazać, że nie wszystko jest jak trzeba także w Bibliotece Jagiellońskiej.

- Jakże się cieszę – skomentował książę Krak XXIV wchodząc w zacne biblioteczne progi – że moi następcy postawili coś tak wspaniałego po to tylko, żeby przechowywać w tym stare książki.

- Ja też się cieszę – rzekł Samborek – Teraz większość książek idzie na makulaturę.

- Makulatura – zdziwił się Doktor Koyot – to brzmi prawie jak kultura, ale taka bardziej na opak, pokręcona.

- Dokładnie na opak i raczej przekręcona, na opak-owania. – zażartował Samborek, ale nikt nie zrozumiał żartu, gdyż w VIII wieku zbiórka surowców wtórnych była jeszcze w powijakach.

W recepcji biblioteki stała wśród ludzi dziwna dziewczyna. Samborek zauważył ją  już w autobusie, bo była ubrana całkiem na zielono – zielone dżinsy, zielona bluzka, zielone pantofle i jeszcze bardziej zielony kapelusz, a na nosie, zamiast różowych, miała zielone okulary. Reszta kompanii nie zwróciła na nią uwagi i kontynuowała rozmowę.

- Muszę ci powiedzieć, miły książę – rzekł Baltazar Gąbka – że ufundowali nie tylko bibliotekę, ale także wspaniały uniwersytet, gdzie uczył się Mikołaj Kopernik i odkrywał prawa wszechświata. Między innymi poruszył Ziemię i zatrzymał Słońce, dzięki czemu możliwe są dzisiaj loty kosmiczne. Tutaj też wykładał magię Mistrz Twardowski. Ten wielki krakowski czarownik znany był w świecie pod nazwiskiem Laurentius Dhur, albo Durentius. Powiadają, że istniały dwie księgi napisane przez niego – „Księga zaklęć i czarów” oraz „Encyklopedia Nauki”. Powiadają też, że księgi te zaginęły, ale Szczególnie Wielki Komputer Lodówy twierdzi, że  książka znajduje się w Bibliotece Jagiellońskiej, tylko jej autorstwo przypisane zostało komu innemu.

- Czyli, że specjalnie wydano ją pod pseudonimem? – zapytał Samborek

- Właśnie. Musimy szukać pod literą L, bo ten pseudonim brzmi Laurenty z Rud.

- Mistrz Twardowski po mistrzowsku umiał mylić ślady. Racja! – krzyknął Samborek i przystanął porażony nagłym odkryciem – Przecież wykiwał samego Księcia Ciemności, więc jest oczywiste, że w jego książce będzie szyfr, który te ciemne siły powstrzyma!

-  Trafne spostrzeżenie. Gratuluję, Samborku. Nie każdy by na to wpadł.  – rzekł Doktor Koyot.

- Mistrz Twardowski umiał nie tylko czarować. – powiedział profesor Gąbka  – Wywoływał też duchy dla samego króla Zygmunta Augusta. W tamtych czasach magia była uznawana za naukę. W naszym VIII wieku zresztą też. Na Lodówie do dzisiaj jest wysoko ceniona. Może dzięki temu, iż wierzyli w istnienie eteru mają tam teraz tak wysoko rozwiniętą technikę.

- Dziwię się, że mówisz to ty, Baltazarze, który jesteś profesorem żabologii stosowanej, a więc poważnej nauki – powiedział Doktor Koyot – Ale jako doktor magii, jak najbardziej popieram twoje poglądy.

Kiedy tak rozmawiali,  zmierzając do głównego katalogu biblioteki, jak spod ziemi wyrosła przed nimi Zielona Dziewczyna.

- Ja chyba pana skądś znam? – odezwała się do Baltazara Gąbki – Profesor?…. Zaraz, zaraz… pst, nazwisko uciekło mi z głowy, mam je na końcu języka.

Profesor Gąbka szybko założył ciemne okulary i przekręcił melonik tyłem do przodu.

- To jakaś pomyłka – rzucił, po czym skrył się  za ramieniem doktora Koyota.

- A pana nie znam wcale – rzuciła dziewczyna patrząc na Doktora Koyota.

Profesor tymczasem błyskawicznie ruszył w kierunku katalogów. Zielona Dziewczyna została zamyślona na środku recepcji.

- Jasne, że mnie nie zna  – pomyślał doktor Koyot – O mnie filmów nie robili.

Profesor już zanurzył swój nos i powiększające szkło we właściwej przegródce i przekładał karty na literę „L”.

-  Najlepiej rozejdźmy się do różnych katalogów – zaproponował książę – Tak będzie szybciej.

- Spotkamy się potem w kawiarence, tu na parterze – rzucił Doktor Koyot udając się do katalogu rzeczowego.

I rozeszli się, zanim Zielona Dziewczyna zdążyła znów ich dopaść.

Po godzinie wertowania wszystkich możliwych katalogów spotkali się na dole. Zielona Dziewczyna już tam siedziała, popijając napój orzeźwiający. W żadnym katalogu nie znaleźli książek Laurentego z Rud. Czyżby Szczególnie Wielki z Lodówy się pomylił? Byli wyczerpani i zniechęceni .

- Nigdzie nie ma. Może Szczególnie Wielki nie wie co mówi?! – wyraził skrywaną dotychczas głęboko wątpliwość Doktor Koyot.

- Gdzie on to wygrzebał, że pod pseudonimem, i że akurat tutaj to mają?! – profesor Gąbka był najwyraźniej rozczarowany.

- Przestaje mi się to podobać. Popadamy w zbyt czarny nastrój. Należy wzmocnić siły – rzekł władczo książę Krak. – Proponuję herbatkę.

- Dla mnie zieloną mrożoną, green ice tea – poprosił Samborek.

- Dla mnie też – powiedział Doktor Koyot – Zielona herbata jest bardzo zdrowa i rozjaśnia umysł.

- Niech zatem będą cztery mrożone zielone – powiedział książę Krak.

Książę zdjął koronę, położył ją na krześle i podszedł do baru, gdzie grzecznie ustawił się w kolejce. Po chwili przyniósł na tacce napój w dzbanku i cztery szklaneczki. Zapłacił za wszystko banknotem z woreczka. Książę Krak XXIV to był naprawdę równiacha i fajny władca, więc z byle powodu korona nie spadała mu z głowy.

- Wiem – Gąbka uniósł palec do góry – On może być pod literą „Z” albo pod „R”. Na przykład jako Z Rud Laurenty, albo Rudy Laurenty Z.

Zielona Dziewczyna właśnie przechodziła obok, kiedy profesor wypowiedział to nazwisko i zatrzymała się zaciekawiona.

- Nie możecie znaleźć autora czy tytułu?

- Ani tego, ani tego – odpowiedział grzecznie na pytanie książę Krak, który nie zauważył, że Doktor Koyot kopie go ostrzegawczo w kostkę pod stołem.

- Mnie też się nie powiodło. A wy czego szukacie?  – zapytała. A kiedy nikt jej nie odpowiedział, kontynuowała niezrażona dalej  – Ja szukam raportu o przygotowaniach do budowy elektrowni atomowej na Mazurach. Ale raport jakby się zapadł pod ziemię. Nikt nic nie wie.

Przez moment pomyśleli ze zgrozą, że dziewczyna ma zamiar się do nich przysiąść, lecz ona nagle klepnęła się dłonią w czoło i pobiegła do działu czasopism.

- Szalona osoba – powiedział Doktor Koyot, który jej chyba nie polubił.

- A mnie się podoba – rzucił beztrosko Samborek.

- Musimy być czujni – rzekł profesor Gąbka – Guilty mogą być już na naszym tropie. Na pewno ciemnymi kanałami poszły już w świat wieści o bitwie w Tajemniczym Ogrodzie.

- Ta sympatyczna osoba nie wygląda mi na wysłannika Ciemnych Sił – stwierdził książę wypijając do dna swój napój herbaciany.

- Do roboty! Bierzmy z niej przykład, bo nie zdążymy z powrotem przed zmierzchem, chociaż dni są teraz wyjątkowo długie.

Nasi bohaterowie znów rzucili się do różnych katalogów, nic jednak z tego nie wyniknęło. Po kolejnej godzinie spotkali się w tym samym miejscu i zamówili kolejną porcję tego samego. Miny mieli markotne. Misja natrafiała na poważną przeszkodę. Tym razem była to przeszkoda zasadnicza. Znaleźli się w prawdziwej kropce. Bez „Księgi zaklęć i czarów” Imć Twardowskiego, która była kluczykiem do klucza, czyli do zapisanego w niej tajemnego zaklęcia-wskazówki, które miało z kolei wskazać obiekt-rzecz, a więc Wielki Klucz spoczywający gdzieś w Najczystszym Miejscu Świata, tego Wielkiego Klucza do Zmiany Sytuacji na Ziemi nie sposób było odszukać. Nagle otwarły się drzwi czytelni i wypadła z nich rozpromieniona Zielona Dziewczyna. Przebiegła obok nich machając nad głową plikiem kartek.

- Mam! Nie to co chciałam, ale teraz przynajmniej wiem gdzie szukać!

Nim jeszcze całkiem zniknęła rzuciła do księcia Kraka przez ramię:

– Nie zapomnijcie o Katalogu Zbiorów Specjalnego Znaczenia i o katalogu Rękopisów! Ale tam do czytelni wpuszczają tylko profesorów.

I tyle ją widzieli. Pobiegła i nikt nawet nie zdążył jej powiedzieć „dziękuję”.

- Że też sam na to nie wpadłem! –Baltazar Gąbka pacnął się w czoło  – Czy ja na pewno jestem profesorem?! Oczywiście, że tego, co jest w tamtych katalogach, nie ma w dostępnych dla zwykłej publiczności.

            Do katalogów tych wiodła wcale nie prosta droga, gdyż nie znajdowały się one wcale tam, gdzie pozostałe. Baltazar Gąbka wybrał się w tę drogę zupełnie sam, towarzyszy pozostawił w kawiarence przy kolejnym dzbanku mrożonej herbaty. Po trzech jazdach windą i przejściu nieskończonego labiryntu korytarzy oraz antresoli, profesor Gąbka stanął wreszcie przed imponującymi dębowymi drzwiami z mosiężną tabliczką: „Rękopisy specjalnego znaczenia”. Pod spodem widniała inna, znacznie mniejsza, mosiężna tabliczka: „Wstęp tylko dla profesorów i innych pracowników naukowych”. Na samym końcu wisiała już ostatnia, malutka tabliczka z napisem: „Czynne w dni powszednie, od 10.00 do 15.00, a w soboty od 13.00 do 15.00”. Profesor Gąbka szybciutko rzucił okiem na zegarek i zauważył , że jest za minutę trzecia. Czym prędzej więc złapał za klamkę, nacisnął ją ostrożnie i pchnął drzwi… Na szczęście ustąpiły. Odetchnąwszy głęboko Baltazar Gąbka przekroczył próg.

W przestronnym pokoju, którego wszystkie ściany zajmowały szufladki katalogowe, przy potężnym dębowym biurku drzemała siwiuteńka jak gołąbek staruszka. Profesor Gąbka podszedł do biurka na palcach, bo jako dobrze wychowany człowiek nie chciał zbyt gwałtownie przebudzić ani przestraszyć starej damy. Na wielkiej mosiężnej tabliczce  stojącej na blacie widniał napis: Najstarszy Inwentaryzator. Było pewne, że najstarszy jest najważniejszy. Profesor usiadł w fotelu naprzeciw pani Inwentaryzator i zapukał delikatnie trzy razy w oparcie swojego fotela.  Na twarzy starej pani pojawił się błogi uśmiech, jakby miała bardzo miły sen. Po chwili jej oczy za grubymi okularami rozwarły się i całkiem trzeźwo popatrzyły na siedzącego naprzeciw profesora.

- Witam pana, profesorze.  – powiedziała i wyprostowała się w fotelu – Czym mogę służyć?

- Poszukuję rękopisu Laurentego z Rud – powiedział profesor – Czy my się znamy?

Staruszka wstała i ruszyła po właściwą szufladkę katalogową.

- W dzisiejszych czasach – mówiła wyciągając szufladkę z półki – wszyscy dokądś pędzą i nikt nikogo nie pamięta, jeżeli taka pamięć nie przynosi mu jakichś korzyści. Ja mam bardzo dobrą pamięć i nie jestem w ogóle z dzisiejszych czasów.

Wzięła szufladkę pod pachę i wróciła do biurka, po czym postawiła ją przed sobą i uśmiechnęła się do profesora.

- Profesor Baltazar Gąbka, prawda? – nie czekając na odpowiedź zaczęła przerzucać karteczki w szufladzie.

- To miłe. Myślałem, że nikt mnie już nie pamięta.

- Wprost przeciwnie profesorze. Mam wciąż w pamięci pana epokową pracę pod tytułem… O jest! Proszę – wyjęła właściwą karteczkę i położyła przed sobą. – Laurenty z Rud „Czary i Atraktanty”… numer katalogowy… – zaraz… zaraz – przetarła grube okulary flanelową szmatką i ponownie włożyła je na nos – Ach! – krzyknęła i zasłoniła usta dłonią, jakby zrobiła coś niewłaściwego. Oczy rozszerzyły jej się ze zdumienia.

- Czy coś się stało? – zapytał profesor Gąbka.

-Tutaj jest napisane – powiedziała powoli siwa pani Inwentaryzator – Że ta książka w 1961 roku została wysłana do Warszawy w celu wykonania prac konserwatorskich… i…

- ..i.. – podsunął jej usłużnie profesor Gąbka

- … i nie ma żadnej adnotacji, że do nas wróciła!

Stara dama wpatrywała się w notatki wykonane odręcznie na karteczce, kręciła głową, obracała kartkę do góry nogami i na lewą stronę, znów czytała. Profesor Gąbka wstał i na chwilę przystanął za jej plecami studiując różnobarwne adnotacje na fiszce. Ponieważ zaś siwiuteńka jak gołąb pani zupełnie zapomniała o bożym świecie, profesor Gąbka postanowił nie przeszkadzać i opuścił na palcach jej gabinet.

- To dziwne – powiedziała podnosząc wzrok znad kartki – Takie to były czasy. Zabierali coś do konserwacji a potem znikało. Dobrze, jeśli będzie w Bibliotece Narodowej, a nie na Dalekim Wschodzie, na przykład na tym najdalszym, co leży dokładnie na północy…

W tym momencie odkryła, że mówi sama do siebie. Nie zdziwiło jej to jednak, bo miała już naprawdę swoje lata i nie była pewna, czy przypadkiem nie prześniła całego życia.

- Właśnie teraz leci już pięćdziesiąty pierwszy rok od wywiezienia tej książki do Warszawy. – zakończył swą relację profesor Gąbka, który siedział od dobrej chwili z powrotem w kawiarence.

- Nie chcę nic mówić – rzekł Doktor Koyot – Ale widzę w tym jednak działanie Ciemnych Mocy i Czarnej Dziury.

- Dlaczego? – zadał swoje nieśmiertelne pytanie Samborek.

- Bo 1961 w systemie magicznym sumuje się  do ośmiu, pięćdziesiąt równa się pięć, a osiem plus pięć to daje razem trzynaście – ciemną liczbę. A  trzynaście równa się cztery.  A z kolei osiem plus pięć plus cztery równa się siedemnaście, czyli znowu osiem – „pełnia”. A osiem plus osiem równa się szesnaście, co równa się siedem – „szczęście”, ale mamy też tutaj dziewiątkę, a dziewięć – to „śmierć”…

- Doktorze Koyot, a osiem położone, daje nieskończoność, prawda? – przerwał mu grzecznie Samborek.

- Właśnie – podchwycił profesor Gąbka – On może tak w nieskończoność sumować i mnożyć. Tylko czy coś z tego dla nas wynika Koyotku poza tym, że mamy tu już wszystkie cyfry od zera do dziewięciu i jeszcze kilka innych?!

- Prócz dwójki. – powiedział Doktor Koyot natychmiast i głęboko się na chwilę zamyślił – Tak, właśnie że wynika. – pociągnął po chwili – Trzeba jechać do Warszawy. Zresztą z tego co wiemy, tam właśnie ma siedzibę Marszałek Zmora. Tam też urządza te swoje słynne narady Najbardziej Oświeconej Rady.

- Zatem ruszajmy. – powiedział Książę Krak

 

Rozdział 5 –  Horror w Sali Kandelabrowej. Wielkie wejście Licho na szczycie wieżowca.

Marszałek Zmora przechadzał się majestatycznym krokiem po Sali Kandelabrowej, która mieściła się na ostatnim piętrze największego wieżowca w Warszawie, zwanego modnie  – Warsaw Tower.  Wieża wzbijała się dumnie w górę w samym sercu miasta i przebijała iglicami chmury. Za wynajęcie jednego piętra w tej przepysznej wieży ze szkła i marmuru trzeba było zapłacić, z góry za miesiąc, ćwierć kilo diamentów czystej wody. Woreczek księcia Kraka starczyłby dokładnie na wynajęcie piętra na 3 doby 3 godziny i 33 minuty. Imperium Marszałka Zmory zajmowało tutaj całe dziewięć pięter na samiuteńkim szczycie, a dziewiąte z tych dziewięciu to była właśnie Sala Kandelabrowa. Pozostałe piętra należące do Marszałka Zmory wypełniały biura jego konsorcjum KOP do P oraz koncernu medialnego Nic Poza Tym.

Marszałek szedł powolutku wzdłuż ścian ze szkła, a ze wszystkich stron spoglądały na niego dumne oblicza przodków odmalowane na gigantycznych portretach. Środek Sali zajmował olbrzymi okrągły stół, a wokół niego postawiono czterdzieści pięć krzeseł. Za przeszkloną ścianą naprzeciw dębowych drzwi ciągnęła się przewspaniała panorama stolicy z wybijającym się wciąż na tle innych wieżowców Pałacem Kultury.

- Ciemno tu jakoś – wymamrotał sam do siebie Zmora i klasnął trzy razy w dłonie. Salę, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, zalało miłe światło z tysiąca rozmieszczonych pod sufitem kandelabrów.

Marszałek Zmora wpatrzył się w portret swojego prapradziadka, którego obrał za wzór do naśladowania w każdym najmniejszym szczególe. Zmora nie był dzisiaj w dobrym humorze. Ostatnio nie sypiał dobrze, więc ziewnął szeroko patrząc w oczy prapradziadka.

- Ty to zawsze wiedziałeś skąd wiatr wieje i z kim trzymać – rzekł wpatrując się w portret – żeby skutecznie pomnażać zasoby naszej rodziny. Dzięki ci dziadziu, że potrafiłeś być tak przenikliwy. To ty zdobyłeś ten najważniejszy, bo pierwszy worek złota, który był podwaliną pod moje dzisiejsze imperium. To była wielka odwaga zostać piratem na Wielkiej Rzece, w czasach gdy dookoła szalała rewolucja. Ale ten numer z transferem worka złota razem twoim synem, małym Leonkiem, na Barpiwonię to już prawdziwy majstersztyk wszechczasów. Jak dokonałeś tego cudu? – zapytał Marszałek i pokręcił głową z podziwem. -  Wtedy czasy były o wiele prostsze. Łatwo było rozpoznać kto wróg, a kto przyjaciel. Teraz nawet przyjaciel może człowiekowi wbić przysłowiowy sztylet w przysłowiowe plecy…

Marszałek Zmora rozczulił się nad samym sobą tak bardzo, że byłby się rozpłakał, ale w kieszeni jego rasowego garnituru rozdzwoniła się nagle komórka.

- Słucham! – rzucił wściekle w słuchawkę – ….Aaa, to ty Ciernik?!… Proszę, odnalazła się wreszcie chluba naszej Najtajniejszej z Tajnych Służb. Gdzieś ty się zakamuflował?!! Czemu nie odbierasz telefonów od rana!…. Że co?…. Że prawie do rana śledziłeś tych Krakusików?!… A co mnie to może obchodzić?! – Marszałek Zmora poczerwieniał na twarzy i groźnie zmarszczył brwi – Czy ja ci płacę za spanie?!!! Wyśpisz się na tamtym świecie, ty nieudaczniku jeden! Już tu do mnie!!! Meldować się! Chcę cię widzieć w pięć minut z raportem w zębach. Jestem w Kandelabrowej… No, no już dobrze… dobrze… nie płacz!.. Że co wymyśliłeś, piosenkę powitalną?!!! Czyś ty chłopie zwariował?!… Co?… Tylko nie myśl, że się wykpisz jakimś tanim pochlebstwem! Na bruk cię wywalę jak psa, jeżeli dasz plamę!!!

Marszałek wyłączył telefon i z furią rzucił komórką o posadzkę. Rozleciała się na drobne kawałeczki. Ciężko sapiąc wyciągnął z kieszeni chusteczkę i otarł czoło. Musiał się koniecznie uspokoić, bo skronie mu pulsowały i tracił dech ze zdenerwowania. Wziąwszy trzy potężne hausty powietrza podjął znów swój marsz wokół Sali. Zatrzymał się przy kolejnym portrecie i począł się kiwać na piętach w tył i przód, z rękami założonymi na plecach. Był to portret pradziadka, którego mgliście jeszcze pamiętał z dzieciństwa.

- Popatrz pradziadku Leonie, z kim ja muszę tutaj pracować?! Otaczają mnie sami popaprańcy jacyś, nieudolni i namolni dranie. Piosenkę wymyślił zamiast śledzić tych popleczników Zielonych! Powitalną… i to ma być moja prawa ręka?! Czy to tak miało wyglądać, dziadziu? Czy o to walczyłeś jako główny księgowy Barpiwonii?!

Marszałek poczuł, że z lewego oka łzy lecą mu ciurkiem wbrew jego woli.

- Nie rozklejaj się tu, cholercia, tylko bierz się do roboty! – wrzasnął na niego pradziadek Leon z portretu. – Bierz się za nich! Nie waż mi się spocząć, dopóki choć jedna sprawa będzie jeszcze jasna! Nie po to cię tata wydał na świat, żebyś tutaj beczał nad sobą! Mam zejść z obrazu i wytargać cię za uszy?!

Marszałek przetkał sobie ucho palcem, bo nie wiedział, czy to nie jakiś omam słuchowy albo głos wewnętrzny będący skutkiem kryzysu nerwowego i rozdwojenia jaźni. Portrety nie gadają, tego był pewien, przynajmniej na razie jeszcze nie…może kiedyś, gdy technika się rozwinie. Przetarł też oczy, bo mu się zdało, że dziadek Leon wykrzywił się do niego.

- Nie gap się tak i nie dłub w uszach, jak jakiś półgłówek! Ruszaj! Wykończ ich! Wszystkich! Co do jednego, cholercia! – usłyszał głos pradziadka.

Może Marszałek Zmora byłby się i przewrócił z wrażenia, gdyby perorujący pradziadek Leon nie umilkł nagle, gdy rozległo się nieśmiałe pukanie do drzwi. Marszałek odwrócił się tyłem do portretu, na którym pradziadek Leon zmarszczył brwi robiąc srogą minę.

- Bierz tego durnia za łeb i przywróć go do pionu! Wszystkie ręce na pokład! – rzucił jeszcze pradziadek do jego pleców.

- Proszę wejść – powiedział Marszałek Zmora prawie przyjemnym tonem – Wejść!!! – ryknął, kiedy drzwi mimo tego się nie otwierały.

W drzwiach stał Jerzy Ciernik. Łysy mężczyzna wielkości szafy gdańskiej z zupełnie na zero wygoloną głową. Czarne okulary, których nigdy nie zdejmował, zasłaniały mu nie tylko oczy, ale i pół twarzy. Jedynie zza lewego ucha wyrastał mu jeden jedyny, czarny jak sadza włos. Włos ten był najwyraźniej przedmiotem kultu i bardzo starannej pielęgnacji. Mężczyzna ufarbował go, wyżelował i zakręcił na końcu jak antenkę.

- Szef Najtajniejszej Tajnej Służby Jerzy Ciernik melduje się na rozkaz! – powiedział człowiek-szafa przykładając dwa palce do łysej czaszki nad prawym uchem i prężąc pierś.

Włos nad lewym uchem stanął mu na baczność. Mężczyzna zrobił trzy kroki do przodu, wysunął stopę w błyszczącym jak lustro czarnym lakierku i niespodziewanie zaśpiewał dziarskim altem:

Jestem do usług,

padam do nóżek,

Ja – Jerzy Ciernik,

Pański podnóżek!

Pochylił się na koniec tak nisko, jak mu na to pozwolił jego wielki brzuch i w tej pozycji pozostał.

-  Mam ci bić brawo?! – żachnął się Marszałek, ale zaklaskał trzy razy – Brawo! A teraz zamykaj te drzwi i gadaj zaraz co z nimi, zamiast mi tu wierszem kadzić! – rzucił wściekle. Wciąż był w szoku po niespodziewanej rozmowie z portretem pradziadka.

- Jakby to powiedzieć – zaczął szef NTTS, a prywatnie doradca Marszałka Zmory do spraw Bezpieczeństwa Osobistego i Biznesowego – Mieliśmy ich na widelcu wczoraj o świcie… W Tajemniczym Ogrodzie… ale…

Marszałek Zmora poczuł, jak napinają mu się muskuły.

- Tylko mi nie mów, że coś poszło nie tak! – wrzasnął.

- Wszystko szło dobrze, zrobiliśmy zasadzkę z wielką armią liszków i paskudników, osaczyliśmy ich i rozpoczęliśmy kanonadę, ale…

- Tylko mi nie mów, że oni jeszcze żyją! – wysyczał Marszałek.

Ruszył w stronę Ciernika pochyliwszy głowę, jak atakujący byk. Twarz mu poczerwieniała, a oddech stał się świszczący.

- Niestety… – powiedział Szef Najtajniejszej z Tajnych Służb drżącym sopranem. Cały trząsł się jak galareta  – Udało im się wymknąć podkopem na zagon kapusty , a potem…

Marszałek Zmora jednym susem znalazł się przy nim i choć wyglądał jak dziecko na tle gdańskiej szafy, z całej siły kopnął Ciernika w kostkę.

- Ty, ty!!!… Ty nieudolna kopo siana! – wyrzucił z siebie Marszałek – Ty, ty.. Ty największy z największych bałwanów!!! .. Ty… – zabrakło mu konceptu, więc jeszcze raz potężnie kopnął swojego współpracownika w kostkę. Tamten zawył z bólu i zaczął tańczyć na jednej nodze niczym nakręcany pajacyk.

- Ależ Marszałeczku kochany – zawył – Marszałuńciu łaskawy, to nie nasza wina!

- Nie nasza wina?!  Ty łazęgo?!! – wrzasnął Marszałek jak oparzony i zaczął okładać pierś Ciernika, bębniąc w nią pięściami niczym z karabinu maszynowego. Ledwo sięgał tak wysoko nawet wspiąwszy się na palce, lecz walił z całych sił  – Ile jeszcze razy usłyszę od ciebie tę beznadziejnie głupią gadkę?!!! – zapytał retorycznie i nagle zniechęcony usiadł na krześle, które mu Szef usłużnie podstawił.

Przez chwilę trwała cisza.

- Więc? – zapytał Marszałek Zmora wpatrując się ponuro w błyszczącą odbitym światłem kandelabrów posadzkę obok czubka swojego buta.

- Więc uciekli…. – powiedział wolno komendant Ciernik – Ale jesteśmy na tropie. Na pewno się gdzieś pojawią. A stało się tak bo Licho… bo Wielki Liszek i Najpaskudniejszy Paskudnik wydali rozkaz… wstrzymania ognia. I to wtedy, kiedy już mieliśmy ich na widelcu i ten ich latający spodek!

- Co?! – zdumiał się Marszałek – I ty do tego dopuściłeś?! Żeby oni wydawali rozkazy? Tu u nas?! Na naszej pięknej nadwiślańskiej ziemi?! Patałach!

- On powiedział , że to jest rozkaz samej Licho, więc..

- Co?! Samej Licho?! A to ona sama nie mogła się z tym rozkazem pofatygować?!!! Mogła by się wreszcie objawić! Korona by jej z głowy nie spadła, gdyby…

Marszałek miał tę przypadłość, że zawsze musiał palnąć coś nie do końca mądrego. I tym razem było nie inaczej. Nim dokończył, złapał się nagle za gardło.

– Gdbbyyrrrrhhbyyy – wycharczał, oczy wyszły mu z orbit, twarz zaś w jednej chwili zsiniała.

Zaczął się szamotać i wić, jakby go dławiła i krępowała jakaś niewidzialna ręka. Jerzy Ciernik ruszył mu na ratunek, ale nie zdążył zrobić kroku, kiedy stało się z nim dokładnie to samo. Powietrze w sali pociemniało, zmieniając się w nieprzejrzystą, szarą zawiesinę. Teraz obaj wili się i charczeli na lśniącej posadzce. Ściany, meble i portrety zadrżały, a kandelabry pod sufitem zaczęły dzwonić. Dzwoniły coraz głośniej i głośniej. Rozległ się dziwny dźwięk, jakby grzmot, a olbrzymi stół obrad, zajmujący środek Sali, ruszył nagle i sunął z coraz większym pędem ku ścianie i drzwiom. Wyrżnął w nie z takim impetem, że złamał się na kilka części i zabarykadował wejście.

Z drugiej strony drzwi usłyszeli tupot kroków wielu osób i zaraz ktoś zaczął się do nich dobijać. To przybyła przerażona ochrona Marszałka. Ochroniarze nie mogli się jednak przedostać przez barykadę.

- Panie Marszałku, panie Marszałku – krzyczeli usiłując sforsować wejście do odciętej od świata Sali Kandelabrowej  – Co się dzieje?! Czy panu nic nie jest?!!!

- Kret-tyni – wyrzęził zduszonym szeptem Marszałek, którego skręcone niczym korkociąg ciało poczęło się teraz składać wpół, jak scyzoryk. Pojedyncze kandelabry odpadały od sufitu i rozbijały się o posadzkę ze szklanym grzechotem.

W sali rozległ się ochrypły głos, który wypełnił sobą przestrzeń. Najbardziej przerażające w nim było to, że czuło się, że dochodzi z dna niewyobrażalnej otchłani, jakby z Zaświatów, i ma moc, która wprawia w drżenie całą budowlę.

- To tylko ja – wyszeptała Licho, a jej słowa przecięły przestrzeń, niczym elektryczna piła żelazną szynę. – Czy rzeczywiście mam ci się  objawić? Czy chcesz mnie zobaczyć w pełnej potędze? Czy wystarczy ci może ta okrojona wersja, którą nazywam „Niewidzialna Ręka”?!

Marszałek i jego poplecznik skrzywili się z bólu na te słowa i wcisnęli czym prędzej palce w uszy. Okulary komendanta Jerzego Ciernika zostały zerwane przez Niewidzialną Rękę z jego twarzy i roztrzaskane w drobny mak.

- Wysttarczy – pisnął Marszałek – wysttarczy, błagam!

Potężna siła uniosła ich w powietrze i cisnęła  jednego o jedną ścianę, a drugiego o drugą. Marszałek przeleciał niczym kukiełka prawie całą Salę Kandelabrową i wyrżnął z impetem w ścianę z widokiem na Pałac Kultury.

- Uff – stęknął, osuwając się po niej i upadł na kolana.

W tej sekundzie rozległ się cichy trzask i szyba pod jego palcami pokryła się siatką gęstniejących pęknięć. Potem usłyszeli mocniejszy trzask i szyba pękła zygzakiem od podłogi do samego sufitu. Ciarki przeleciały im po plecach.

– Littości – zawył Marszałek – Littości, o Pani, littości!!!

- Przygotujesz naradę wojenną. – Licho nieco ściszyła głos, tak że mogli go teraz znieść, choć nadal budził niewyobrażalną grozę i przypominał elektroniczne zwarcie splecione z wizgiem po szkle  – Przed nami decydujące starcie. Żeby mi wszystko, ale to wszystko – mówiła powoli i dobitnie – było zapięte na ostatni guzik. Osiemnastego czerwca o północy. W Strasznym Dworze. Zrozumiałeś ten rozkaz?!

- Ttak pani, ttak, oczywiście!!!

- Ależ osiemnastego to jest pojutrze?! W Kalinowie?!– zaprotestował słabo komendant Ciernik – Nie sposób zapewnić środków bezpiecze… – przerwał, gdyż sala nagle zatrzęsła się w posadach.

Potężny, czarny jak noc wir powietrzny zakręcił się w jej środku. Poderwał pod sufit ostatnie stojące krzesła i cisnął je z impetem w róg pomieszczenia, o centymetry od głowy Szefa Najtajniejszej z Tajnych Służb.

- Wykonacie rozkaz, czy mam wam pokazać, gdzie pieprz rośnie?!

Zapadła śmiertelna cisza.

- Więc żegnam.

W jednej sekundzie powietrze przejaśniało i wszystkie przedmioty odzyskały swoją ostrość.

Marszałek dźwignął się z kolan. Jego garnitur nadawał się na śmietnik, podobnie jak Okrągły Stół, wszystkie krzesła oraz sto kilkadziesiąt z tysiąca kandelabrów. Jerzy Ciernik chlipał jak małe dziecko. Miał podbite oczy, wielkiego guza niczym byczy róg na środku głowy, a włos na uchu spleciony w kulisty mini kołtunek. Dopiero teraz ochroniarzom udało się sforsować drzwi. Stanęli w wejściu jak wryci, porażeni obrazem Kandelabrowej Sali i widokiem Marszałka oraz Szefa NTTS.

- Czego się gapicie?! – ryknął falsetem Marszałek Zmora – Wynocha!!! Ale już!!! – wrzasnął i cisnął w ich kierunku nogę od krzesła, na którym siedział, zanim to wszystko się zdarzyło, a którą przez cały ten czas, jak się okazało, ściskał w ręku.

- Ty też się zabieraj – rzucił do swojego doradcy do spraw ochrony osobistej i biznesowej – Ja robię konferencję, a ty mi masz przynieść głowy tych Krakusików na półmisku. Wszystkie, co do jednej! Zrozumiano?!

  – Tak jest – zasalutował Jerzy Ciernik – Nie spuszczę ich z oka.

Szef Najtajniejszej z Tajnych Służb poczłapał ostrożnie do wyjścia. Bolały go wszystkie kości, nawet te najdrobniejsze, o których istnieniu do tej pory nie wiedział. Wchodząc tutaj wyglądał jak solidna szafa gdańska, teraz jednak przypominał już tylko kompletnie załamanego łamagę.

 

Rozdział 6  – Warszawa, czyli jak zdobyć pozwolenie na rozbicie namiotu na Bielanach.

Podczas gdy Jerzy Ciernik i Marszałek Zmora z trudem dochodzili do siebie, nasi bohaterowie zdążali miejskim autobusem do Starego Parku. Tym razem każdy z nich miał w kieszeni bilet. Gdy ostatnie promienie słońca kryły się za horyzontem, dotarli na miejsce. W chwilę później Książę Krak jako dowódca całej wyprawy zwinął ostatnie stopnie drabinki i zatrzasnął właz. Czas był najwyższy, jako że liszki w dziuplach Bardzo Bardzo Starej Brzozy przecierały właśnie swoje wszechwidzące po-trzy-oczy, a paskudniki otrząsały z resztek snu swoje przepaskudne gęby i myły zęby. Ta ciemna armia od razu zauważyła wrogi obiekt w sercu swoich posiadłości. Byliby oni bez wątpienia nakryli czapkami pomniejszony latający talerz, gdyby się natychmiast nie wzbił w powietrze wypuściwszy za siebie oślepiającą, laserową strugę. W mgnieniu oka zniknął im więc za horyzontem wydarzeń.

Wieczorem zjedzono fantastyczną kolację przygotowaną przez Bartoliniego. Czarodziej Patelni tym razem podał serię wyśmienitych sałatek pod tytułem „dla każdego coś miłego”. Na bazie podstawowej zielonej sałaty i obowiązkowych pomidorów oraz sosu vinegrette  powstały iście kosmiczne uwertury i arie smakowe, ba, całe opery! Dodatki serwowano według indywidualnych upodobań. Smok zażyczył sobie smażonej papryki i cebuli oraz oliwek i kaparów. Książę Krak chłopskiej szynki i boczku oraz jajka na twardo i aż czterech innych gatunków sałaty, profesor Gąbka trzech gatunków sera i rukoli. Nie będziemy wymieniać kompletnego jadłospisu. Do każdej sałatki mistrz dobrał odpowiedni sos, którego skład stanowił jego słodką, a czasami gorzką, albo nawet pieprzną tajemnicę. Po kolacji podano kruche ciasteczka i kawusię, albo sok pomarańczowy, a nawet colę. Była po temu ważna okazja, bowiem o godzinie 20.45, zamiast iść grzecznie do łóżek, dzięki Mądrodudkowi podłączyli swój telewizor do satelity transmisyjnego. Obejrzeli w głównej sterowni wspaniały mecz polskiej drużyny we Wrocławiu. To było piękne zwycięstwo. Zapanowała euforia, bo Polska wygrała swoją grupę. Teraz mogli wreszcie umyć zęby i zasnąć, po tym męczącym ale jakże radosnym dniu.

Tylko jedna osoba nie była w stanie spać tej nocy. W ciągu tysiąca przelotów na orbicie okołoksiężycowej profesor Gąbka obmyślał plan zainstalowania Kompanii w Warszawie. Był niezawodny w rozwiązywaniu trudnych sytuacji, choć często czynił to kosztem snu. Rano miał jak zwykle gotowe rozwiązanie.

- Wylądujemy w ustronnym miejscu, najlepiej na jakiejś polanie w bielańskim lesie – powiedział podczas śniadania – Tam doktor Koyot wyczaruje wielki namiot cyrkowy. Ogrodzimy teren wokół namiotu i ogłosimy w prasie i telewizji, że oto przybyła z Krainy Włoskiej Kapusty ekipa najznakomitszego na świecie cyrku Maestro Tomatto vel Pomidorro, czyli Bartłomieja Bartoliniego, zwana też Cyrkiem „Zielona Arena”.  W namiocie będziemy mieć bazę, a w drugim mniejszym bez trudu ukryjemy latający talerz. Wyczarujemy też mieszkalne wozy na kołach i namiocik kuchnię dla Bartoliniego.

- Już ja dopilnuję – rzekł Smok Wawelski – żeby się tam nikt podejrzany nie plątał.

- Howk. I ja też! – rzekł po psiemu Czarny Bolo.

Kiedy już usłyszeli ten plan, wszystkim wydał się on oczywisty i dziecinnie prosty. Ale wiedzieli, że trzeba być geniuszem takim, jak profesor Gąbka, żeby na coś tak prostego wpaść.

- Jesteś genialny, Baltazarze – ogłosił z zachwytem Bartolini.

- To ty jesteś genialny, Bartłomiejku – odpowiedział mu profesor Gąbka – Ten pomysł przyszedł mi do głowy podczas kolacji. Sporządziłeś tak wspaniałą sałatkę z pomidorów, że pomyślałem, że wyczarować taki smak to prawdziwa magia. No i od magii do iluzji, a potem do cyrku, było już bardzo blisko.

- Mamma mia! – wykrzyknął zadowolony z siebie Bartolini i okrył się rumieńcem ciemniejszym niż pomidor.

- W rzeczy samej, genialne – potwierdził książę Krak – To zwyczajne, że w kompanii cyrkowców jest ktoś o twarzy pomalowanej na zielono jak klaun, ktoś przebrany za księcia jak ja, robot taki jak Mądrodudek, czarnobiały łaciaty pies, a nawet egzotyczny smok .

- O przepraszam, ja jestem jak najbardziej tutejszy – obruszył się Smok Wawelski.

-  Prawda, tylko że oni nie wierzą w tutejsze smoki – powiedział Doktor Koyot.

- Lepiej zastanówcie się  jakie w tym cyrku damy przedstawienie. – odezwał się profesor Gąbka

- To jest problem. – Samborek zamyślił się poważnie.

- Poradzimy sobie – rzekł jak zwykle nastawiony optymistycznie i spokojny Smok  – Każdy z nas przecież potrafi coś zupełnie wyjątkowego. Ja na przykład umiem zionąć ogniem, więc dam pokaz, jak połykacze ognia. Jestem też silny, więc mogę dać pokaz siłacza, no i mam swój wygląd, więc mogę robić za dziw nad dziwami. Doktor Koyot wyczaruje niejedno, a książę Krak może dać z Bolem pokaz wspaniałej tresury. Tak mądrego pieska jeszcze tutaj nie widzieli. Spokojna głowa, damy radę.

- Akurat, jaki tam z psa może być wielki mądrala? – wymamrotał do siebie bardzo cichutko Don Pedro.

Tuż po szóstej nad ranem, 17 czerwca 2012 roku, Latający Talerz opuścił się majestatycznie na wielką polanę opodal bielańskiego lasu. Jak się okazało, nie była to wcale polana, ale duże lekkoatletyczne boisko należące do Akademii Wychowania Fizycznego. Dookoła panowała cisza przerywana jedynie przez świergolące ptaki. W tak dużym mieście trudno jednak o rzeczywiście puste miejsce. Mimo że była niedziela, przez teren akademii sunęli powoli dwaj strażnicy, Alan i Igor, strzegący obiektów uczelni. Właśnie zaczęli swoją zmianę. Alan i Igor nie byli wcale obcokrajowcami, ale rdzennymi mieszkańcami stolicy. Jeśli komuś brzmią dziwnie te obce imiona, to przypominam że nad Wisłą i Odrą zamieszkuje około dwadzieścia tysięcy dziewczynek o imieniu Izaura, i około stu tysięcy Oliwierków. Mnie to imię kojarzy się z gatunkiem oleju i z oliwiarką do roweru, ale ludzie nadając dzieciom imiona czasami kierują się chwilową modą. Moda przechodzi, a imię niestety lub na szczęście zostaje. Jak widać Alan Motyka był produktem mody prozachodniej, a Igor Grubek mody odwrotnej.

Początkowo obaj strażnicy myśleli, że ktoś rzucił dyskiem, bo srebrzysty talerz przypominał wielkością i kształtem ten właśnie przedmiot. Jednak nie było widać miotacza, który miałby tym dyskiem miotać. Z chwilą kiedy dysk upadł w trawę, a potem z jego wnętrza wytaszczyli się nasi bohaterowie, sytuacja się zmieniła. Strażnicy byli dosyć daleko a dysk lądował pod słońce, więc musieli osłaniać oczy, żeby dokładnie zobaczyć, co też tam się wyprawia. Po chwili spostrzegli, że przed dyskiem pojawiła się banda krasnoludków. Alan i Igor w jednym stali domu, jeden na górze a drugi na dole. To znaczy, że byli sąsiadami z tej samej kamienicy i przyjaciółmi z tego samego podwórka. Obaj też mieli tęgie mięśnie, tęgi spust i nietęgie głowy. Wczorajsza dyskoteka bardzo ich obu wyczerpała, jednak nawet kilka hektolitrów coli wypitych przez nich zeszłej nocy nie mogło wywołać o szóstej rano wizji samomiotającego się dysku.

Tak się złożyło, że nasi bohaterowie nie zauważyli strażników. Dlaczego? No, bo każdemu w tak długiej książce zdarza się popełnić błąd. Prawdę mówiąc ulżyło mi, że się im ten błąd przytrafił. Już zaczynałem bowiem podejrzewać, że oni nie są ludźmi. Tylko święty albo maszyna nigdy się nie myli i zawsze ma szczęście. Mądrodudek był co prawda maszyną, ale jedynie w połowie, więc też popełniał błędy.  Skoro komputer pokładowy pomylił się co do miejsca lądowania, Mądrodudek nie zauważył niebezpieczeństwa, a Czarny Bolo nawet nie zaszczekał, to tym bardziej prawo do popełnienia błędu miała cała reszta towarzystwa.

Doktor Koyot po krótkiej chwili od wylądowania przystąpił do ich powiększenia. Oto na chronionym terenie przed oczami Alana i Igora zjawiła się znikąd ośmioosobowa paczka jakichś przebierańców nie z tej ziemi i do tego dziwny pies w łaty, z wielkimi uszami. Jeden z przybyszów był przebrany za olbrzymiego smoka i gdy tylko ich spostrzegł, podniósł z trawy srebrzysty dysk. Ten sam, który widzieli w locie.

- Oops – powiedział Smok – mamy gości, a raczej trafiliśmy do kogoś w gości. Przerwij, Koyotku, to powiększanie.

Doktor Koyot powstrzymał się w ostatniej chwili przed dotknięciem różdżką dysku. Jak już się przekonaliśmy, używanie umklajdera może być niebezpieczne. Tym razem dzięki refleksowi Doktora Koyota udało się uniknąć zmiażdżenia smoczego ogona albo łapy.

- Cie, choroba – rzekł Igor do Alana – Włóczykije jakieś?!

- Ki diabeł – odpowiedział Alan Igorowi – Takiego czegoś żem jeszcze nie oglądał. Wyciąg broń. Zabawimy się, co?!

- Jak tu już wylądowaly, to postrzelamy se jak do kaczek, nie?! Naprzód! – rzekł Igor i wyciągnął pistolet z kabury.

Ruszyli niespiesznie w stronę kolorowej bandy przebierańców.

- Ty, ten w pelerynie coś tam chowa, myślisz że jest uzbrojony? – rzekł Alan postępując za Igorem i odbezpieczając swój pistolet.

Zatrzymali się kilkanaście kroków od dziwnej grupy.

- Ty – Igor szturchnął w bok Alana – Ten z koroną na głowie to jaki król? On też tam coś kombinuje pod tym czerwonym płaszczykiem.

- Nie łokciuj mnie, palancie! – fuknął na niego Alan – Bo przez ciebie zaczne strzelać bez ostrzeżenia, a to jest przestępstwo. Trza ich ostrzec.

- Ty, a ten zielony to jakiś obcy chyba?! Obcy jak nic!

- Hej wy, łachudry! Stać, nie ruszać się!!! – krzyknął Alan do Obcych –  Ręce do góry!

- Czy my się ruszamy? – zapytał Smok.

- Nie wydaje mi się. – odpowiedział mu Samborek – Ale i bez tego bardzo nie lubię, kiedy ktoś do mnie mierzy z broni.

- Przepraszamy, ale czy wylądowaliśmy na warszawskich błoniach?! – zapytał uprzejmie profesor Gąbka.

- Że co?  - ryknął Alan.

- A pozwolenie na lądowanie macie?! – zapytał Igor.

- A pozwolenie na pobyt na terenie naszej wyższej uczelni?! Okazać! – ryknął Alan.

- Przepraszamy, jeżeli wkroczyliśmy bez pozwolenia na prywatny teren. Do tej pory jakoś pozwolenia nie były nam potrzebne! – zawołał profesor.

- Nie były wam potrzebne. – Igor przedrzeźniał nieco drżący głos profesora – U nas wszędzie trzeba mieć pozwolenie. Na wszystko! Na sprzedaż, na wejście, na stanie na ulycy..

- Na gadanie na ekranie – kontynuował Alan – Na palenie tytoniu na otwartym terenie też. Ty tam – wskazał na lewą rękę Smoka – czy tam masz fajkę? Palenie tutaj jest zabronione!

- He, he, he!  – zaśmiali się grubo obaj i zapytali chórem – Czyście z Księżyca spadly, czy jak?

- Pozwolenia im niepotrzebne były. – przedrzeźniał nadal Igor drżącym falsetem.

- Zgadł pan, właśnie spadliśmy z Księżyca – powiedział dostojnie książę Krak – Przed chwilą. A dokładnie z okołoksiężycowej orbity.

- A ten zielony i ten automat to kto?! Obcy z Nostromo, co?! – zarechotał Allan

- Słucham?! – rzucił w stronę napastników Bartolini – Czy mi się zdaje, czy słyszę jakąś złośliwą nutę w głosach szanownych panów?

- Te – Alan znów trącił Igora w bok –  on słyszy nuty i nazywa nas szanowni panowie. Co ten kucharczyk sobie myśli? Przylejemy mu w patelnię?!

W tym momencie przestraszony Igor, który przecież ostrzegał Alana, żeby go nie poszturchiwał, pociągnął za spust swojego pistoletu. Pocisk świsnął w powietrzu. Miał dziwny kształt napęczniałej różowej kiełbaski i leciał prosto w kierunku Don Pedra. Don Pedro zupełnie na ten widok osłupiał i nie zdążył się usunąć. Kiełbasina eksplodowała mu na brzuchu oblewając go strumieniem różowej wody.

- Pfu, carramba – prychnął Don Pedro – Co to ma być?

Doktor Koyot, powąchał go ostrożnie: – Woda różana – zawyrokował.

Smok jednak tak bardzo się zdenerwował, że ryknął:

- Tak, to fajka, a to zapalniczka! – i zionął w kierunku napastników potężnym jęzorem żywego ognia.

W powietrzu zapachniało palonymi włosami, a Igor i Alan padli z wrażenia na ziemię.

- O rany! Trzymaj mnie Alan, ale mu dokopię… Ale może innym razem?! Dlaczego dali nam tylko pistolety na wodę. Mnie na różaną, a tobie na fiołkową?!

- Lepiej  się stąd zabierajmy – rzekł książę Krak – Wygląda na to, że nie jesteśmy tutaj mile widzianymi gośćmi.

-Ja, ja – potwierdził Mądrodudek.

Igor nie chciał się poddać i podniósł swój pistolet celując w księcia. Kiedy Czarny Bolo to spostrzegł, rzucił się w jego stronę z przeraźliwym szczekaniem.

- Oj, rety! – krzyknęli obaj strażnicy i wzięli nogi za pas.

- Alan, ściągaj po… Ooo!… Moje portki! – ryczał szarpany za nogawkę Igor.

- A sam se ściągaj! – rzucił mu Alan i przyspieszył biegu.

- Nie portki ściągaj, tylko po-siłki! Posiłki, słyszysz?! Posiłki ściąg!!!

Pędzili w kierunku budki strażniczej. Przyspieszyli jeszcze bardziej, kiedy srebrzysty dysk świsnął im koło ucha i zatoczył łuk wracając w ich kierunku. Znowu uratowali się padem na trawę.  Szczekanie wściekłego pieska poderwało ich jednak szybko na nogi. Cwałowali przez boisko lekkoatletyczne niczym dwa grube zające w czarnych bejsbolówkach na łysych czaszkach. Całe szczęście, że to zajadłe psisko dało spokój i już wracało do grupy przebierańców.

-  Ja im nie odpuszczę  - mamrotał Alan  – Ten gość z miotaczem płomieni to przegiął. Mocno przegiął. Wszyscy poprzeginaly! Patrz, wynoszą się!

Istotnie grupa zrobiła w tył zwrot.

- Przenieśmy się nad Wisłę, zanim ci mądrale ściągną tutaj pół miasta, a zwłaszcza dziennikarzy – powiedział Don Pedro.

- Słusznie – zgodził się profesor Gąbka.

- Ja, ja – przytaknął Mądrodudek – Strszn nisympty typy.

- Rozbijemy namiot nad brzegiem rzeki. Tam jest pusto – zaproponował Doktor Koyot

- Dobry pomysł – potwierdził Don Pedro, który uwielbiał jeziora i rzeki.

- To jazda. Ogłaszam oficjalne przenosiny. – zakomunikował książę Krak.

Ruszyli żwawo przed siebie, zostawiając za plecami niegościnny teren i dwóch skonsternowanych osiłków.

- Ale koniecznie trzeba będzie zdobyć jakoś  pozwolenie – powiedział poważnie Samborek – bo w dzisiejszych czasach niczego się nie da zrobić bez stu pieczątek na stu  papierkach.

I oczywiście jak zwykle miał rację.

- Dziwny to rodzaj wolności – zauważył filozoficznie Smok Wawelski – Za naszych czasów było inaczej. Wystarczało jedno słowo księcia Kraka.

- I po co było likwidować monarchię?  – zapytał retorycznie książę.

Gdy tylko Alan zobaczył, że dziwni przybysze odchodzą, nabrał ponownie animuszu.

- Ty, mam myśl – powiedział do  Igora – Jakby tak zarobić trochę kaski na colę, co?! …

- Jasne, pomysł w deche. Tylko jak?

- Ty idź za nimi, a ja dam znać tym gościom z telewizorni. Wiesz, tym z Nic Poza Tym, że wylądowało UFO.

- I co im powiesz? Że rzucaly dyskiem i że z dysku wysiadły krasnoludki, które się powiększyły i że znowu rzucaly  w nas dyskiem?

- Nie gadaj, tylko zasuwaj. Jak ich zobaczą to uwierzą.

- A dlaczego ja? …

- Bo ty masz lepszego nosa – Alan postukał palcem w czubek nosa Igora – Ty go trafiłeś i ty pójdziesz za nim na węch, nie?! No rusz się… Ja stukam do tivi. – powiedział wyciągając zza pazuchy komórkę.

Don Pedro tak okropnie śmierdział wodą różaną, że aż wykręcało nosy. Czarny Bolo od razu poradził mu, żeby wskoczył do Wisły, ale Don Pedro nie był przekonany. Rzeka wydawała mu się nie dość czysta. Igor nie miał więc problemu z odnalezieniem dziwnych przybyszów, chociaż na początku stracił ich z oczu. Szybko wpadł na trop węchowy i podążał za nimi bardzo ostrożnie w pewnej odległości.

Nie musieli odchodzić daleko, żeby znaleźć dobre miejsce na rozbicie namiotów. Nad samą Wisłą było znacznie spokojniej. Znajdowało się tam wiele parków, a także kilka płaskich trawiastych obszarów otoczonych starodrzewem. Nie podejrzewając, że są śledzeni, zatrzymali się na pustym terenie, który zwykle nazywa się błoniem. Doktor Koyot wyczarował wielki zielony namiot cyrkowy, a w jego środku także widownię i arenę. Czarodziejska różdżka wiedziona jego ręką, jak pałeczka dyrygenta, powołała też do życia solidne ogrodzenie terenu i wielki kolorowy szyld z neonową nazwą cyrku.  Na zapleczu głównego namiotu Doktor Koyot wyczarował także kilka wozów cyrkowych. Wśród nich znalazła się również amfibia Smoka Wawelskiego, znana wszystkim dobrze z jego poprzednich wypraw. Na koniec Doktor Koyot wyczarował osobny płaski namiot i Smok wszedł do niego ze srebrzystym dyskiem pod pachą. Wszystko to obserwował z zapartym tchem strażnik Igor Grubek, który coraz bardziej przecierał oczy ze zdumienia. W pewnej chwili to wredne psisko zaczęło się jednak bacznie wpatrywać w krzak, za którym ukrył się Igor. Kiedy pies uniósł przednią łapę i zaczął intensywnie węszyć w tym kierunku, Igorowi ścierpła skóra. Postanowił dłużej nie czekać. Odczołgał się na brzuchu spory kawałek, a kiedy już zasłoniły go inne krzewy wstał i ruszył biegiem na teren akademii, do Alana. Wyglądało, że przybysze rozgościli się tutaj na dobre. Biegnąc Igor zastanawiał się, czy Alan powinien sprowadzać telewizję i dziennikarzy. Czy w ogóle ktokolwiek im uwierzy w tę niesamowitą historię? Może ich wyśmieją? Co kombinują ci tutaj? A może należałoby zawiadomić wywiad wojskowy albo policję?

Jak pewnie się domyślacie, mały namiot posłużył za hangar dla latającego talerza. Kiedy latający talerz został już powiększony, wszyscy z wyjątkiem Czarnego Bola, który pozostał na straży, weszli jeszcze raz na pokład, aby się zastanowić nad dalszymi krokami. Okazało się, że w czasie, gdy ich tutaj nie było, komputer pokładowy odebrał nowe wieści od Szczególnie Wielkiego Komputera z Lodówy. Potwierdzało się, że prawą ręką Licho jest marszałek Zmora. Prawą ręką Prawej Ręki był zaś podobno Szef Najtajniejszej z Tajnych Służb, który pracował u niego na drugim etacie. Tak więc zidentyfikowano najważniejszych wrogów w stolicy. Co ciekawe, Szczególnie Wielki wskazał także potencjalnych sprzymierzeńców. Była to grupa nazywana Zielonymi Oddziałami, dowodzona tutaj przez tajemniczego i nieznanego z twarzy osobnika o pseudonimie Zielona Sowa. Ludzie ci stali się  sławni po tym, jak uratowali Dolinę Rospudy, kiedy chciano puścić przez nią autostradę. Eswukael podał również, iż zidentyfikowano wydarzenie, które stanie się ostatecznym impulsem do wybuchu bomby ekologicznej. Jądrem krystalizacji dla śmiertelnej lawiny, która miała zabić przyrodę i życie na Ziemi będzie wycięcie na dalekiej Syberii, w dniu 21 grudnia 2012 roku, trzystuletniej jodły. Jodłę tę zamierzano jak zwykle postawić na Nowy Rok, na Placu Czerwonym przed Kremlem.  Od wielu lat wielkie stolice rywalizowały w dziwacznym wyścigu – kto postawi u siebie okazalszą żywą choinkę na święta. Od Nowego Jorku przez Paryż, Londyn, Berlin, Warszawę i Moskwę, po Pekin, Tokio i Sydney, ku uciesze tłumu  stawiano ścięte drzewa, które każdego roku w grudniu wycinano w północnych lasach. Miliony jodeł i świerków na całym świecie szły w tym czasie pod topór. Ta świąteczna rzeź choinek trwała nieprzerwanie od ponad dwustu lat.

- Dwieście razy kilka milionów – policzył szybko na głos Samborek – To są miliardy wyciętych drzew!…Ścina się je tylko po to, żeby postały w domach przez tydzień i wyrzuca się na śmietnik, bo już są martwe!

- Nie mogę w to uwierzyć! – powiedział książę Krak – Przecież za naszych czasów drzewa były uważane za święte! Ogniska paliło się z zebranych suchych gałęzi. Kto ściął drzewo, musiał przepraszać leśne duchy i Borowiła – Władcę Puszczy, bo inaczej naraziłby się na ich zemstę. Musiał też złożyć ofiarę, czyli na miejscu ściętego drzewa zakopać jego nasiona. Wycięcie jednego drzewka bez potrzeby mogło kosztować niebacznego drwala uschnięcie prawej ręki! Mógł być nawet zaklęty w głaz! Ci, co uporczywie czynili zło borom, stawali się w końcu upiorami bądź wilkołakami!

Doktor Koyot tylko kiwał ze smutkiem głową. Profesor Gąbka także bardzo się zmartwił tym, co usłyszał.

- Jeśli tego nie powstrzymamy – powiedział – tylko kwestią czasu będzie śmierć całej planety. Samborek dobrze policzył. Przez dwieście lat dla zabawy ścięto miliardy drzew, a ile ich ścięto w jakimś innym, niby bardzo ważnym celu?

- A może Eskawuel podesłał coś nowego na temat tego obiektu-klucza, albo miejsca gdzie go szukać?! – zapytał z nadzieją Bartolini.

- Niest nie. Ja, ja. – rzekł Mądrodudek, który manipulował jak zwykle przy tablicy rozdzielczej statku.

Książę Krak westchnął ciężko, ale zaraz podniósł głowę wysoko i wyprostował na niej koronę, która zabłysła złotymi refleksami. W namiocie pojaśniało i w serca zebranych wstąpiła otucha.

- Musimy się rozdzielić – powiedział stanowczo książę – Samborek ma rację. Jeżeli w tych czasach na wszystko trzeba mieć pozwolenie, to i my musimy zdobyć pozwolenie na pobyt na tym błoniu, na rozbicie namiotu i na wystawienie widowiska. Trzeba się udać tam, gdzie takie papierki wydają.

- Do Urzędu Miasta Stołecznego Warszawy. – powiedział Samborek – Ale z tego co wiem, to się załatwia tygodniami, i to zanim się namiot rozbije. A my już tu jesteśmy.

- Co?! Aż tyle czasu?! Carrramba! – Don Pedro zasłonił usta zaskoczony własnym okrzykiem.

- Od czeg nasz lat tal?! Lat tal jst mach czas! My mach czas do tył i już! – zaskrzeczał Mądrodudek nie odrywając wzroku od światełek skaczących po pulpicie.

- Rzeczywiście! – ryknął Smok – Genialne! Pozwolenie na Cyrk Maestro Tomatto vel Pomidorro na Bielanach nad Wisłą!  Sławny cyrk z Krainy Pomidora i Włoskiej Kapusty! Cyrk Bartłomieja Bartoliniego !

- W urzędzie na pewno zapytają, z jakiej okazji to widowisko?! – zastanawiał się Bartolini.

Profesor Gąbka poskrobał się po głowie.

- Nie można bez okazji? Bo cyrk sławny? – powiedział zafrasowany.

- Mam powód. Na cześć uczestników mistrzostw Europy w piłce nożnej! – powiedział Samborek i poczuł jak rośnie z dumy, że wpadł na tak proste rozwiązanie – Pierwszego lipca jest finał Mistrzostw Europy w Polsce i na Ukrainie. Więc trzeciego lipca, zaraz po powrocie polskiej reprezentacji , zrobimy z jej udziałem na bielańskich błoniach wielkie finałowe, piłkarskie przedstawienie cyrkowe! Okej?!

- Okej. – zgodził się książę Krak -  Zrobimy tak: Mądrodudek, ja i Bartolini cofniemy się w czasie i zdobędziemy wszystkie niezbędne zezwolenia z Urzędu Miasta. Uzgodnimy też ze związkiem piłkarskim występ reprezentacji Polski na naszej arenie. Profesor Gąbka, Samborek i Don Pedro  zajmą się rozpoznaniem zamiarów naszych wrogów i przyjaciół oraz identyfikacją miejsca przechowywania „Księgi Zaklęć i Czarów” Imć Twardowskiego. Smok Wawelski, Doktor Koyot i Czarny Bolo, pozostaną na miejscu w namiocie, żeby nie wszczynać popłochu na mieście. Nie wolno wam wpuścić tu nikogo obcego.

- Przepraszam, drogi książę – rzekł doktor Koyot nieco naburmuszony – Nie widzę powodu, żeby na mój widok miał powstać w mieście popłoch.

- Przepraszam doktorku. Nieściśle się wyraziłem – odpowiedział książę – Ty musisz tu zostać, żeby razem ze Smokiem i Czarnym Bolem obmyślić program tego widowiska i wyczarować wszystkie niezbędne na scenie rekwizyty.

Z tym Doktor Koyot zgodził się bez protestów.

- Ja poproszę laptop. – Samborek uniósł dwa palce do góry, jak w szkole – Z bezprzewodowym dostępem do szybkiego Internetu.  Bez tego ani rusz.

- Ja, ja – Mądrodudek pokiwał głową – Ja, czyl tak.

- To znaczy, że to ja mógłbym spowodować popłoch w mieście, czy Czarny Bolo? – zapytał cicho Smok.

Nikt mu nie odpowiedział.

Tymczasem na teren Akademii Wychowania Fizycznego zajechał już wóz reporterski z telewizji Nic Ponad To, czy też Nic Poza Tym. Na boku miał wielki napis Nic Poza Tym, ale główny reporter Leszek Chytrusek, który nim tutaj przyjechał, miał też drugi etat w tej drugiej telewizji. To znaczy tam sprzedawał materiały, jako tak zwany wolny strzelec. Od jakiegoś już czasu dyskutował zażarcie z Alanem i Igorem przy budce strażniczej.

-Nie, nie, nieee – mówił teraz – Nie. To niemożliwe! – schował mikrofon do kieszeni marynarki zupełnie zniechęcony . – Po co ja tracę cenny czas!

Leszek Chytrusek był wielkim miłośnikiem Rzeczy. Że co? Nie rozumiecie co to znaczy? Być miłośnikiem Rzeczy, to znaczy uwielbiać posiadać rzeczy. Jakie? Wszelkie. Wszelkie rzeczy, jakie tylko stworzono na świecie. Nieprzypadkowo więc, podobnie do Jerzego Ciernika, który pracował na dwóch etatach, Leszek pracował aż na trzech. Ten trzeci, i to również nie jest przypadek, Leszek Chytrusek miał u Marszałka Zmory, jako rzecznik prasowy konsorcjum KOP do P i Najbardziej Oświeconej Rady. Obaj  byli ludźmi tego samego pokroju. Najbardziej na świecie kochali pieniądze i to wszystko, co za nie można kupić. Prawdę mówiąc Leszek Chytrusek  wziął tyle kredytów w obcej walucie, że przydałby mu się jeszcze czwarty etat, żeby je wszystkie spłacić. Czas był dla niego niezwykle cenną rzeczą, bo cały czas musiał zarabiać pieniądze. Teraz był zrozpaczony, gdyż tych dwóch osiłków najwyraźniej postradało zmysły. Opowiadali banialuki, bajdy, niestworzone historie. Coś o samorzucającym się dysku, który raz był mały, a raz duży i zionął ogniem. Dwóch ograniczonych umysłowo strażników to nie był ciekawy temat na program, który dałoby się dobrze sprzedać w telewizji Nic Poza Tym, albo na przykład w Nic Ponad To. – Co innego, gdyby byli chorzy psychicznie! – przez chwilę zastanawiał się, czy nie zrobić z nich wariatów.

- Ale jak bum cyk cyk! Przysięgam na kalesony mojego taty! – tłumaczył mu Alan – Najpierw to oni miely rozmiar jak dłoń, a potem to ten jaszczur był trzy razy większy od normalnego człowieka, a ten brytan to był, no, jak ten strongman , no jak mu tam… Nie tak?! – walnął znów łokciem Igora.

- Nuu, a ja… Przestań, mnie trącać! Bo znowu będzie nieszczęście! – Igor zwrócił się gwałtownie do poszturchującego go Alana – Ja… poprowadzę – uśmiechnął się przymilnie do redaktorka z tivi – Ja wskażę miejsce. Oni założyly tam biwak. Nielegalnie … Bez pozwolenia na ten biwak są. Oczywista. Po sałacie na łape i  lećymy! – Co miało znaczyć, że żąda całych, zieloniuteńkich stu nowych złotych polskich na dłoń każdego z nich.

- Przestańcie chłopaki zalewać! – Leszkowi Chytruskowi zbierało się na płacz. Zanim wróci z powrotem do redakcji straci godzinę, a zanim złapie następny temacik, kolejną. To znaczy, że przedpołudnie się zmarnuje.

- No i oprócz jaszczura, był tam gość z długim nosem, jakiś diabelski kucharz i król w koronie i jeden gość z zieloną twarzą i jakiś robot. – kontynuował.

- Eeee, niech was!!! – redaktor Chytrusek machnął ręką ze zniechęceniem – Ileście tej coli na dyskotece wczoraj wytrąbili?! Ile ona miała procent, tak z ręką na sercu?! – Zrobił w tył zwrot do wozu reporterskiego. – Wracamy! – rzucił kierowcy.

Kamerzysta założył denko na oko kamery i wsiadł do samochodu. Kiedy Leszek Chytrusek stawiał nogę na stopień pojazdu, w jego kieszeni rozległa się marsylianka. To dzwonił telefon komórkowy. Ten trzeci! Od razu zesztywniał i nerwowo wygrzebał telefon z kieszeni.

-  Słucham, panie komendancie? – rzucił uniżenie do słuchawki  – Jak samopoczucie naszego wodza?!

- Dzięki! Przekażę, że pan się tym interesował. Powiedziano mi w redakcji, że pan szuka UFO na AWueFie. Ktoś podobno widział, zaraz po szóstej.

- Jestem tu z takimi dwoma. To oni. Kompletnie niewiarygodni. Poplątani goście. Mówią, że tam był smok i kucharz i jakiś król… że raz byli mali, raz duzi…Nieee, można to sobie darować.

- Hmmmm… Tak powiedzieli?! Widzieli smoka i króla w złotej koronie?!

- Tak twierdzą. Nie jestem pewien, czy się obudzili na dobre po wczorajszej zabawie.

- Proszę ich sprawdzić. Serio.

- To jakaś bajka, panie komendancie?

- Na pana miejscu…  – odezwał się szeptem Ciernik – na pana miejscu poszedłbym czym prędzej tym tropem. Poważnie. I nie wypuszczałbym tych ludzi spod kamery. Tak się składa, że nie tylko ja ich poszukuję. Sam Najwyższy też. Ozłoci pana, kochaniutki, ozłoci, jak mu ich przyprowadzimy przed biurko…

- Co pan, serio, panie komendancie?! To ci heca! – Leszek Chytrusek w sekundę pojaśniał. Twarz przyozdobił mu uśmiech od ucha do ucha. – Już ruszam.

- Tylko dyskretnie. Proszę nie spłoszyć. Obserwować. Ja tymczasem starannie przygotuję akcję. Musimy ich zdjąć.

Na teren kampusu Akademii Wychowania Fizycznego wjechał właśnie kolejny wóz reporterski. Miał emblemat złożony z trzech splecionych ze sobą liter T, czyli był z radia Tra-Ta-Tam.

- Oho, konkurencja – zauważył kamerzysta redaktora Chytruska.

- Daj mi tu umowy dla tych dwóch – rzucił do niego Chytrusek – Ale szybko – odwrócił się na pięcie i z szerokim uśmiechem zwrócił się do markotnej pary, czyli Alana i Igora.  - Panowie, żartowałem. Chodźcie no tutaj. Ozłocę was. Podpiszemy zobowiązanie… dwustronne. Ja wam tu – zrobił palcami znany gest wypłaty pieniążków – A wy tylko i wyłącznie mnie. – wskazał na swoje ucho -  Zrozumiano?!

- A jakże! – potwierdził ochoczo Igor.

- Piącha! – rzucił Alan wznosząc dłoń do góry.

Allan i Igor  natychmiast się rozchmurzyli i w podskokach pospieszyli podpisać diabelski cyrograf.  Leszek Chytrusek przybił z nimi piątkę i poklepał każdego po ramieniu. To było szczere, chociaż w głębi ducha miał ich za głupków. Mogli zażądać więcej pieniędzy. Za to on sam miał pewność, że nie zmarnował tu ani minuty, oraz że wydusi od Marszałka Zmory sutą zapłatę za następne godziny.

 


[1] Pinokio (wł. Le Avventure di Pinocchio) –  powieść dla dzieci napisana przez  włoskiego pisarza Carla Collodiego, a także imię jej głównego bohatera Pinokio (wł. Pinocchio). Początkowo ukazywała się w odcinkach w latach 1881-1883, pod tytułem Storia di un burattino (Historie marionetki). Jako książka została wydana w 1883 roku. Powieść opowiada o przygodach drewnianego pajacyka Pinokia i jego „ojca” stolarza Geppetto (o przezwisku „Mamałyga”). Charakterystyczną cechą Pinokia było wydłużanie się jego nosa gdy kłamał.

[2] Krakersy – to kruche ciasteczka, chrupkie pieczywo dobre na przekąskę, a krakeny wręcz odwrotnie – bardzo niedobre morskie potwory, których nikt nigdy nie widział.

©® Wydawnictwo Kraina Księżyca & Studio KK

Praga – Świątynia neolityczna Na Hurce – osada na Bubencu czyli neolityczna Praga Praganów-Prygów, Kumoryjczyków

Opublikowany w Mitologia Słowiańska, Wiara Przyrody przez bialczynski w dniu 28 Maj 2012

Praga – Bubenec czyli neolityczna Praga Praganów-Prygów, Kumoryjczyków przegnanych z Zielonej Pustyni (Nadczarnomorskich Stepów)  przez Skołotów, a zapisanych w podaniach  żydowskich (Biblia) i arabskich, a także w innych starożytnych źródłach jako potomkowie Gomera i wnukowie Marchomira i Ibora.

 

Według jednych wersji były to mieszane plemiona celto-skołockie, według innych wyłącznie celtyckie a według jeszcze innych słowiano-isto-skołockie czyli prasłowiańskie. Czekamy na badania genetyczne haplogrup znalezionych kości z grobu i z urny. Mamy nadzieję, że te dane nie będą zbyt długo skrywane przed opinią publiczną. Jeśli znajdą się tam haplotypy Y-DNA R1a1a1 będziemy mieli pewność że w tej neolitycznej – jednej z najstarszych rolniczych kultur na świecie brali udział Prasłowianie – przodkowie naszych dziadów i  ojców oraz nas samych – Polaków.

Polecam rzut oka na mapy gdzie Prygia w Anatolii i Pragia w Harii-Wharacie

 

 Zanim zaczniemy przedstawiam fragment artykułu z National Geografic gdzie widać już polubowny ton na temat etogenezy Słowian (mimo że to artykuł z 2010 roku a więc odkrycia były świeże) i uwzględnienie wyników badań genetycznych chociaż w skromnym zakresie – uznające kulturę przeworska za Wenedyjską a nie Germańską. Wtedy był to akt odwagi – dzisiaj wiemy już więcej – zwłaszcza o Skandynawii i Rurykowiczach – potomkach Prasłowian na Skonie Lądu czyli w Skon – Dynawii, Skon-Dawanii (Dawanie – Dawni – Staroeuropejczycy halpogrup I1 i I2).

http://www.national-geographic.pl/

Słowianie – na początku dziejów

14 marzec 2010

W encyklopedycznym skrócie

W encyklopedycznym skrócie to grupa ludów indoeuropejskich, związanych tzw. językiem prasłowiańskim, z których we wczesnym średniowieczu zaczęły kształtować się narody słowiańskie. Byli i nadal są zagadką, a zwłaszcza problem ich etnogenezy. Jest on wciąż przyczyną burzliwych sporów. Jedni badacze kolebkę Bałto-Słowian widzą w Azji, a już wyodrębnionych Słowian w Naddnieprzu. Inni snują różne hipotezy, lokalizując ich prasiedziby w rozmaitych częściach Europy, m. in. na wschód od Wisły. Najbardziej popularna jest teoria ich pralegowisk na Wołyniu, Podolu, Polesiu i nad środkowym Dnieprem, aż do źródeł Donu, oraz druga, umieszczająca ich na terenach nadłabskonadwiślańskich. W 1979 r. krakowski archeolog, Kazimierz Godłowski, w swej rozprawie o rozprzestrzenianiu się Słowian dowodził np., że miejscem narodzin słowiańskiej kultury i języka było dorzecze górnego i środkowego Dniepru, obszar leżący dziś na pograniczu Białorusi i Ukrainy. Dopiero stamtąd w okresie wędrówek ludów Słowianie wyruszyli na zachód i południe. Jako prasłowiańską uznał on, rozwijającą się na tym obszarze od II w. p.n.e. do II w. n.e., archeologiczną kulturę zarubiniecką, której nazwa bierze się od osady w Zarubińcach.
Słowianie początkowo należeli do bałtosłowiańskiej wspólnoty językowej, która rozpadła się między II a I tysiącleciem p.n.e. Byli potomkami rolniczo-pasterskich plemion, którzy na przełomie III i II tysiąclecia p.n.e. osiedlili się na północy stepów nad M. Czarnym, Podkarpaciu, w środkowej, północnej i wschodniej Europie. W wiekach późniejszych stworzyli kilka genetycznie ze sobą związanych kultur archeologicznych, wśród których ważne znaczenie miała kultura trzciniecka, rozprzestrzeniona w 2 poł. II tysiąclecia p.n.e. między Wisłą a środkowym Dnieprem, łużycka(XIII – IV w. p.n.e.) i pomorska(VI – II w. p.n.e.)

W pierwszej połowie I tysiąclecia Słowianie stanowili jeszcze wspólnotę językową i kulturową. W wyniku migracji oraz ekspansji ludów celtyckich i germańskich, zwłaszcza w dorzeczu Dniepru i Wisły, Słowianie zostali rozbici na grupę zachodnią, czyli Wenedów, reprezentujących kulturę przeworską i zasiedlających ziemie między Odrą, Łabą i Soławą po Płw. Jutlandzki oraz wschodnią, czyli Antów, których wytworem była kultura zarubiniecka i którzy zajęli całe dorzecze Dniepru i górnej Wołgi.

W czasie wzmożonej migracji Słowian na Płw. Bałkański w V-VI w. powstała grupa Słowian południowych, którzy rozprzestrzenili się na Bałkanach i Peloponezie.

Neolityczna świątynia w Pradze oraz 23 inne świątynie odkryte w Czechach

Archeolodzy odnaleźli w praskiej dzielnicy Na Hurce pozostałości neolitycznej świątyni sprzed 6500-6200 lat – podała czeska agencja informacyjna CTK. Świątynia ma średnicę 23 metrów, a tworzą ją dwa rowy i trzy palisady (tego typu budowlę specjaliści nazywają rondlem). Prowadziły do niej dwie bramy – jedna od strony wschodniej, a druga od zachodniej.

Według Milana Kuczarka z praskiego muzeum świątynia była nie tylko miejscem uroczystości religijnych, ale uczt i wymiany dóbr.

Oprócz świątyni archeolodzy natrafili na dwa neolityczne domy, dziewięć grobów, narzędzia, ceramikę i kości zwierząt. W Czechach znaleziono dotąd ponad 10 świątyń tego typu, z czego dwie w okolicach Pragi.

Na znalezisko uczeni natrafili dzięki analizie zdjęć lotniczych. Wykopaliska zaczęli w marcu.

Osada w Pradze

7.o5 .2012 r.

Archeolodzy odkryli na stanowisku w Pradze najstarsze w Czechach ślady uprawy ziemi i jej orania pochodzące z połowy IV tysiąclecia p.n.e. – informuje serwis internetowy Prague Daily Monitor. 

Odkrycia dokonano podczas badania gruntu pod dwiema ulicami w Pradze, w dzielnicy Bubenec, znajdującej się w północno-zachodniej części stolicy Czech.

Jak poinformowała rzecznik praskiego Instytutu Archeologicznego Jana Marikowa, na stanowisku położonym niedaleko Zamku Praskiego odnaleziono miejsce z zachowanymi śladami prymitywnej orki, pochodzącymi z wczesnej epoki miedzi (ok. 3800-3500 r. p.n.e.).

Na terenie o powierzchni 80 metrów kwadratowych (9 metrów długości i 10 metrów szerokości) naukowcy odkryli zespół równoległych linii wyrytych w ziemi na głębokość 8 centymetrów, tworzących skiby ziemi pozostające po orce.

Archeolodzy odnaleźli też liczne ślady osadnictwa z późniejszych okresów, od pozostałości po celtyckich i germańskich plemionach do artefaktów z wczesnego średniowiecza.

Według Markowej odkryte skiby są prawdopodobnie najstarszymi śladami pola uprawnego, jakie zostały odnalezione na terenie Czech i pochodzą z tego samego okresu, co najstarsze znane w Europie ślady zastosowania prymitywnych pługów w uprawie ziemi.

Archeolodzy prowadzący wykopaliska na stanowisku wydobyli dużą liczbę artefaktów i pobrali próbki gruntu do dalszych badań.

PAP – Nauka w Polsce

 

 

w Pradze odkryto neolityczną wioskę sprzed 7500 lat

27-05-2012

Czescy archeolodzy odnaleźli na stanowisku w Pradze ślady osadnictwa pochodzące z około 5500 r. p.n.e. – informuje serwis internetowy Radio Prague

Odkrycia dokonano na stanowisku położonym w dzielnicy Bubenec w północnej części stolicy Czech, w rejonie największego zakola Wełtawy przepływającej przez Pragę.

Archeolodzy odnaleźli na stanowisku ślady dwóch długich neolitycznych budowli, z których starsza pochodzi sprzed ponad 7000 lat i miała kształt prostokąta, a młodsza o kształcie trapezu pochodzi sprzed około 6500 lat.

Niedawno na tym samym stanowisku Bubenec archeolodzy odnaleźli najstarsze w Czechach ślady orki na polu pochodzące z ok. 3500 r. p.n.e., a najnowsze znalezisko wskazuje, że ludzie byli tu obecni także 2000 lat wcześniej, mniej więcej w tym samym czasie kiedy powstawało rolnictwo nad Nilem w starożytnym Egipcie.

Jak poinformował Radek Baly, dyrektor Czeskiego Towarzystwa Archeologicznego kierujący pracami wykopaliskowymi na stanowisku Bubenec, po neolitycznych budowlach pozostały jedynie doły po palach, wyżłobienia w gruncie po drewnianych elementach konstrukcji oraz kilka artefaktów.

Znaleziska umożliwiły jednak ustalenie kształtu i obwodu neolitycznych budowli, a także określenie ich wewnętrznego podziału na pomieszczenia.

Archeolodzy odnaleźli też miejsce pochówku sprzed około 3000 lat, składające się z ceramicznego naczynia wypełnionego spalonymi szczątkami i kośćmi oraz kilku płaskich kamieni, a także jeden o wiele starszy, ale bardzo zniszczony grób.

Długie budowle mieszkalne o kształcie trapezu były charakterystyczne dla kultury ceramiki linearnej z kręgu neolitycznych kultur naddunajskich, rozwijających się na terenach Europy Środkowej w okresie ok. 5500-4500 r. p.n.e., a młodsze groby pochodzą z okresu kolejnej neolitycznej kultury ceramiki kreskowanej, która zaczęła się rozwijać w okresie 4600-4400 r. p.n.e.

Według R. Baly’ego, dalsze badania wyjątkowego stanowiska Bubenec w Pradze mogą zaowocować kolejnymi odkryciami. Szanse na to są duże, gdyż na terenie dzielnicy planuje się przeprowadzenie rekonstrukcji wielu budynków oraz powstanie nowych, a zgodnie z prawem konieczne będzie przed rozpoczęciem inwestycji przeprowadzenie lokalnych badań archeologicznych.

Grób homoseksualisty sprzed 5 tys. lat

Czescy archeolodzy poinformowali o dość interesującym odkryciu. Bo, o ile nikogo nie powinien dziwić fakt znalezienia w Pradze grobowca i ludzkich szczątków sprzed 5 tysięcy lat, o tyle tak precyzyjna informacja dotycząca orientacji seksualnej nieboszczyka – jest zaskakująca.

Mogiłę odnalezioną podczas wykopalisk datuje się na późną epokę kamienia i przypisuje się kulturze ceramiki sznurowej, rozprzestrzenionej w eneolicie na obszarze niemal całej Europy Środkowej.

Kultura ta ściśle dotrzymywała rytuałów pogrzebowych. Kobiety układane były na lewym boku z głową ustawioną w kierunku wschodnim, a mężczyźni na prawym boku, z głową skierowaną na zachód. Przedstawiciele obu płci leżeli w grobach w pozycji skurczonej – tłumaczyła archeolog Katerzina Semradova cytowana przez czeskie media.

Tymczasem w grobie wykopanym w praskiej dzielnicy Dejvice zaobserwowano nietypowe rozwiązania dotyczące pochówku zmarłego. Kości mężczyzny były ułożone na sposób kobiecy, w dodatku wyposażone zostało w dary pogrzebowe charakterystyczne dla kobiet: pięć naczyń, krzemienny nożyk i jajowaty garniec.

Ludzie tej doby, czyli okresu sprzed dwóch-trzech tysięcy lat przed naszą erą, bardzo dbali o rytuały pogrzebowe. Nie mogło się zdarzyć, że zrobili to naumyślnie, albo że się pomylili. To wielce nieprawdopodobne – dodała inna archeolog, Kamila Remiszova Veszinova.

Według niej istnieją dwie teorie, mogące wyjaśnić sposób ułożenia ciała. – Podobne pochówki znane są u szamanów z czasów mezolitu, kiedy mężczyzna musiał przyjąć tożsamość kobiety i odwrotnie – powiedziała. Jednak grób z Pragi nie zawiera bogatego wyposażenia mogił szamańskich.

Dużo bardziej prawdopodobne jest, że był to mężczyzna o innej orientacji seksualnej, czyli homoseksualista lub transseksualista – dodała Kamila Remiszova Veszinova.

Archeolodzy ochrzcili pochowanego mężczyznę imieniem Milousz. Czeskie media nazwały go natomiast “człowiekiem trzeciej płci”.

In English

27.05 2012

Archeologists find early Stone Age houses in Prague

Same Prague district that yielded Stone Age ‘gender bender’ again sheds light on how humans lived millennia ago

The Czech Archaeological Society (ČSP) has announced the discovery of the remains of houses dating back more than 7,500 years in the Prague district of Bubeneč, along with a burial site there that is about half as old.

“We have managed to unearth impressions of wooden supporting structures of so-called long houses, typical of the Neolithic period,” said ČSP director and researcher Radek Balý, as cited by the Czech state news agency ČTK. Long houses are typical of the Linear Pottery culture in much of Europe at the time.

Over the years, Bubeneč has proved fertile hunting grounds for finds from the early Stone Age up through the Bronze Age. Balý said the area had been continuously populated for many thousands of years.

Last April, Czech archaeologists working in Bubeneč discovered what the international tabloid media came to call the grave of a “gay cavemen” — in fact a unique late Stone Age grave perhaps of a transsexual or “third gender” man dating from between 2500-2800 BC and the era of the so-called Corded Ware culture in the Czech Republic.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 488 other followers