białczyński

Polski łącznik – część 5 (na 11.11. 2013 roku: Święto Narodowe – 95 rocznica Wyzwolenia Polski)

Posted in Polska, powieści, Teksty społecznie zaangażowane by bialczynski on 10 Listopad 2013

Dla przypomnienia gdzie wciąż żyjemy, przed tą WIELKĄ 95. NARODOWĄ ROCZNICĄ Wyzwolenia Polski

Podobno 8 lub 9 maja zakończyła się II Wojna Światowa. Być może. Ale przypominam że dla Polski zakończyła się ona w czerwcu 1989 roku a więc ta data nie jest dla nas powodem do świętowania -ani 8 maja ani 9 maja to nie powód by defilować i wywieszać flagi narodowe.

Są powody by przypuszczać, że ta wojna pod inną postacią wciąż trwa na terytorium naszego kraju.  Więc niech ten odcinek “Polskiego łącznika”  będzie dla wszystkich sarkastycznym  czyli – by nie było kontrowersji z tym słowem  – IRONICZNYM, komentarzem do obecnego, bez wątpienia “kolonialnego” lub co najwyżej “postkolonialnego”  położenia III RP

Kupując (TERAZ – TUTAJ!)  Budujesz Wolne Media Wolnych Ludzi!
slowianic nr 2 przod

Wydawnictwo Kraina Księżyca

Czesław Białczyński

Polski łącznik

Copyright © by Czesław Białczyński

Kraków 1991

Część 5

(poświęcam ten odcinek pamięci Macieja Szumowskiego i Doroty Terakowskiej-Szumowskiej)

*

Potężny cios w szczękę zwalił Rzeźnika z nóg. Nim się zorientował, już na jego prawym przegubie zatrzasnęły się kajdanki. Druga obrączka powędrowała do kaloryfera i szczęknęła na rurce doprowadzającej gorącą wodę. Rzeźnik szarpnął się i spróbował wstać. Złapał go za włosy a kolanem uderzył w podbrzusze.

—  Gdzie ona jest?! — ryknął jak zraniony odyniec.  — Gadaj skurwysynie, bo wyszarpię z ciebie flaki.

— Nie wiem… Nic nie wiem — jęknął Adamczyk skręcony w przedziwnym przyklęku. Wolną ręką trzymał się za brzuch. Z ust i nosa kapała mu na ubranie krew. Mieszkanie przypominało pobojowisko. Książki wysypane na podłogę, powyry­wane kartki, wybebeszona szuflada z biurka, pocięta wersal­ka. Słoiki z szafek w kuchni opróżnione na jedną kupę do zle­wu. Rozbite radio leżało w rogu. Nad wszystkim unosiło się pierze z poszatkowanej poduszki. W łazience Walk odkrył ślady krwi na umywalce i przestraszył się. Zostawił tu dziew­czynę samą. Gdzie ona była teraz?!

Po wyjściu od pułkownika spędził kilka chwil z podkomisarzem Sędzikowiczem ustalając sposób kontaktu i nakazując mu przesyłanie korespondencji pod adresem warszawskiego UOP, na Rakowiecką 2a. Potem pisał raport i porządkował papiery. Dopiero koło trzeciej przypomniał sobie o dziewczynie i za­dzwonił do domu, Oczywiście już jej tu nie było, nikt nie od­bierał — tak wtedy myślał. Wtedy zadzwonił na Świętego Jana i stara Okińczycowa zaniepokojona powiedziała mu, że Kasi nie ma w domu od wczoraj. Powiedział jej, że do ra­na byli razem. Stara Okińczycowa była zdziwiona, że Kasia jeszcze nie dała znaku życia. Zwykle uprzedzała o swoich wyskokach. Dokończył raport tłumacząc sobie, że być może przed chwilą dopiero wyszła z mieszkania przy alei Solidar­ności i jest właśnie w drodze. Ale kiedy po kolejnej godzinie dalej jej nie było, stracił pewność siebie. Tknięty złym prze­czuciem wrócił do domu. Drzwi mieszkania zostały wyważo­ne, a wewnątrz Walczyk zastał bobrującego w najlepsze Rzeź­nika!

Walczyk odsunął się o krok i wyszarpnął spod lewego ramie­nia pistolet nie przestając patrzeć w oczy policjanta. Zarepetował. Lufa wbiła się w podgardle Adamczyka,

—  Gadaj! Albo będziesz zbierał mózg po ścianach! — wy­cedził z pasją.

—  Pytasz o dziewczynę?! — Tony lęku były wyczuwalne wyraźnie w głosie tamtego. — Nic  o niej nie wiem. Jak Bo­ga kocham!

—  A o reszcie coś wiesz? Czego szukacie, gnoje?!

—   Było  otwarte. Przyszedłem porozmawiać! Opamiętaj się Walczyk! — krzyknął histerycznie Rzeźnik czując, jak lufa miażdży mu krtań.

—  Sprytnie wymyślone. Bezczelność to wasza specjalność, no nie? Zdemolować mieszkanie, przewrócić do góry nogami, pobić i porwać dziewczynę i jeszcze zaczekać z głupią bajecz­ką?! Myślisz, że ci uwierzę?!

— A mógłbym wymyślić coś głupszego?!

—  Wbij sobie w łeb, że jeżeli jej spadnie włos z głowy to ty o swojej możesz już zapomnieć! Pojąłeś?! — Tamten pró­bował się okręcić wokół uwięzionej ręki, żeby zmienić niewy­godną pozycję, ale pistolet jeszcze głębiej werżnął się w jego grdykę. Dłoń Walczyka drżała a w jego oczach było szaleństwo. — Pojąłeś?!!!

—  Thak! — wycharczał Rzeźnik pchnięty energicznie ku ścianie. Lufa cofnęła się wtedy o milimetr, co umysł polic­janta odnotował nie bez ulgi.

—  A teraz   —   powiedział Walczyk spokojniej    —   oświeć mnie, w co wdepnąłem?

— W wielkie gówno — wysapał Adamczyk i niespodziewa­nie roześmiał się. — W takie wielkie, że w nim utoniesz. Brzegów nie widać.

—  Nareszcie… — rzekł inspektor z westchnieniem, co za­skoczyło Rzeźnika. — To lubię — dodał i cofnął się. Schował pistolet do kabury. — Widzisz, jeżeli chodzi o notes to wpierw będziecie musieli mnie zabić. Noszę go zawsze o tu, na sercu. Wystawili cię Rzeźnik. Ty już nie żyjesz. Wiesz o tym?

— Może tak, a może nie. Tłumaczę ci, że nie mam nic wspól­nego z tym nalotem a tym bardziej porwaniem. W ogóle jest jakieś porwanie?

—  Co to za głupia gadka? Chcesz zrobić ze mnie durnia?! —  Walczyk mierzył go zimnym spojrzeniem bez drgnięcia powie­ki, jakby patrzył na owada, któremu za chwilę zacznie obry­wać nogi i skrzydła.

—  Po prostu porwanie mi nie pasuje. Masz się z nią za­miar żenić? Dałeś na zapowiedzi? Wiedziała akurat tyle, żeby ją dobrze postraszyć i wystarczy. Rozumiesz?

W tym momencie zadzwonił telefon. Walczyk podniósł słu­chawkę. To była Kaśka!

—  Gdzie jesteś do cholery?! — wrzasnął. — W kawiarni?! Spotkałaś po drodze dawnego znajomego?  Niech cię diabli!

Miałaś czekać w domu! Myślałem, że cię porwali!… Co?! Nie mam teraz czasu!… Słucham?… Jak uważasz! — Ostatnie zda­nie powiedział zimno i twardo. Odłożył słuchawkę ze złoś­cią.

—  Mała się znalazła? — na twarzy Rzeźnika odmalowała się niekłamana ulga.

—  Dobrze — powiedział Walczyk z zupełnym spokojem. — Chciałeś rozmawiać, to porozmawiajmy. Ja też chciałem, tyl­ko nie wiedziałem, od czego zacząć.

—  Kajdanki. — Tamten wyciągnął przytroczoną do kalo­ryfera rękę w stronę inspektora. Walczyk nie poruszył się.

—  To cię interesuje? — zapytał wyciągając z kieszeni na piersi notes.

— Powiedzmy. Tylko jedna strona.

— Nie zdążyłeś jej wyrwać.

—  Nie mogłem znaleźć tego gówienka — Rzeźnik parsknął z lekceważeniem i pokręcił głową nad pechem, jaki go wte­dy spotkał. Patrzył teraz prosto w oczy inspektora i Walk zrozumiał, że tamten mówi prawdę.

— Proponuję interes — powiedział wolno policjant. — Du­ży interes. Ta kartka jest dla pewnych ludzi dużo warta.

—  Kto cię przysyła?

—  Powiedzmy grupa biznesmenów, którzy nie chcą mieć nic wspólnego z żadnymi aferami, z KGB, z SB,  w ogóle z żadną polityką. To uczciwi ludzie o nieposzlakowanej opinii. Od dawna robili w tym kraju to, co jest dopiero ostatnio ta­kie modne, duże interesy.

—  Nieposzlakowani powiadasz. Jakim cudem znaleźli się w notesie Grabież, skoro ją interesowała tylko polityka?

—   Jakim? Na zasadzie przypadku. Wiesz, że kiedyś nic nie było za darmo.

— Bogaci kapusie. Dawniej kapusie, dziś high life. Wyższe sfery finansowe.

—  Jeżeli tak chcesz to nazywać… Zależy im, żeby ich na­zwiska nie były łączone ze sprawami, z którymi nie mają nic wspólnego. Po co ich niszczyć Walczyk, skoro jest, jak mówię. Wierz mi.

—  Jasne, jasne. Więc mówisz, że to nie oni wydali rozkaz pozbycia się Grabież?! Nie oni chcieli mnie zabić?! Nie oni zrobili mi nalot?

— Nie.

—  I mam uwierzyć na słowo starego gliny, który się wy­sługiwał „trójce”?

—  Kto inny chce ci przeciąć drogę. Grabież przypadkiem potrąciła grubszą strunę. Ta struna ją zabiła. Zabije i ciebie Walczyk… Zastanów się.

— Co o tym wiesz?

—  Nie wolałbyś dać sobie spokój. Mój klient sypnie gro­szem, zwiniesz żagle i będziesz żył długo i spokojnie.

— A tamci dadzą mi żyć?

— Jak przestaniesz wokół nich krążyć… Kto wie?

— Jestem wścibski.

—  Jak chcesz. Nie przyszedłem z pustymi rękami, ale pa­miętaj, że cię ostrzegałem. Fioletowy podkoszulek, coś ci to mówi?

— Gadaj.

—  Facet koło pięćdziesiątki. Znałem go kiedyś. Zawodowy zabójca. Nie przypuszczam żeby zmienił profesję… Dokład­nie nie wiem, o co chodzi, i wolę nie wiedzieć. Coś szykują. Nowy pasztecik dla młodej demokracji. Wiem, że tam był. Jak myślisz, czy przyszedł do niej z wizytą towarzyską?

— Tyle wiem i bez ciebie.

—  Pseudonim Karat. Brał udział w takich aferach, że się do nich nie dogrzebiecie przez najbliższe sto lat. Resztę po­wiem, jeżeli przyjmiesz moje warunki.

—  Nie mogę zwrócić notesu. Jest wpisany do akt. To po­ważny dowód.

—  Jak ci powiedziałem, mojego klienta nie obchodzą afe­ry SB. Mnie też. Już z tym skończyłem. Stary jestem. Teraz mnie interesuje wyłącznie przyzwoita zapłata za drobną przysługę. Wystarczy wyrwać strony 45 i 46 i zniszczyć je. Do­staniesz za to Karata, skoro ciebie forsa nie bierze. Bez Ka­rata nie ruszysz dalej… — zawiesił głos i czekał cierpliwie, podczas gdy Walczyk badał jego źrenice, aż się upewnił, że tam­ten nie kłamie.

— Mógłbym cię docisnąć… — zaryzykował Walczyk.

—  Możesz mnie zatłuc, jakem Rzeźnik… — wycedził szep­tem nie spuszczając wzroku z oczu Walczyka.

—  Znasz klucz?

—  Zgłupiałeś? Wtedy miałbyś rację, już bym nie żył.

Walk podszedł blisko i po krótkim wahaniu rozpiął kaj­danki. Adamczyk wstał. Półzgięty dotruchtał do krzesła krzy­wiąc się z bólu przy każdym kroku. Dopiero kiedy usiadł ostrożnie się rozprostował, a potem przeciągnął.

—  Cholerny dysk! — poskarżył się. — Za stary jestem na takie numery. To mój ostatni sezon.

— Więc co z tym Karatem?

—  Ma za sobą ze dwa tuziny trupów, jak ulał, może wię­cej, kto to wie? Niezły ogonek, co?  Wiem, że zawsze brał udział w grach z najwyższą stawką. Nigdy nie poznałem go osobiście, ani nie wiem, jak się nazywa. Pewnie on sam już zapomniał, jak myślisz, Walczyk?… — zapytał retorycznie. — Je­żeli maczał palce w sprawie Grabież, to ta sprawa musi być cholernie śmierdząca. A maczał je na pewno.

—  Jak na niego wpadłeś? Okińczycowa nie chciała z tobą rozmawiać.

—  Chciała — nie chciała, coś kręciła.

— Więc napad na jej wnuczkę to wy?

— Powiedzmy. Stała jej się krzywda? Nie.

—  Za to dwóch Szwedów ucierpiało.

— Mogli się nie wtrącać.

—  Skoro nie ona, to kto. Ten gnojek od techniki pamię­ciowej, co robił portret?

—  Za dużo wymagasz Walk.

— Wróćmy do Karata…

— Kartki — Rzeźnik wyciągnął rękę.

Walczyk przez chwilę ważył notes w dłoni, po czym otworzył go energicznie, odszukał właściwe kartki i bez słowa zdecy­dowanym ruchem wyrwał je. Podał Rzeźnikowi, ale nie pu­szczał, mimo że tamten już je trzymał w palcach. Rzeźnik uśmiechnął się ze zrozumieniem.

—  Karat wyjechał do Warszawy. Dostał tam nowe zlece­nie. Jest zatrudniony w jednej ze spółek jako prywatny de­tektyw. Nie wiem w jakiej, ale masz rysopis i spółek w koń­cu niedużo.

Walczyk puścił kartki. Rzeźnik sprawdził numerację, podarł je na małe kawałki i podpaliwszy wrzucił do popielniczki. Przez chwilę patrzyli, jak płoną. Wreszcie został z nich tylko popiół.

— Kopii nie ma?

— Nie ma.

— Lepiej, żeby nie było.

— I lepiej żebyś mówił prawdę. Jeżeli nie, i tak was dor­wę. Znajdę sposób. Chyba w to nie wątpisz Rzeźnik, co?

— Niestety nie.

Rzeźnik podniósł się ciężko i pokuśtykał w stronę drzwi.

—  Uważaj na siebie Walczyk. Niezły z ciebie glina, ale nie wróżę ci długiego życia.

Walczyk pokiwał głową bez słów. Co miał powiedzieć. Praw­dę mówiąc ten sukinsyn mu zaimponował. Twardziel. A kie­dy twardziel rzuca ci komplement to zawsze jest coś więcej, niż zwykłe uznanie twojej wartości.

Gdy tylko za Rzeźnikiem zamknęły się drzwi, Walczyk wziął notes, zapalił lampkę na biurku i zaczął przy pomocy miękkiego ołówka mozolnie odtwarzać litery i cyfry ze spalonych stron. Jego wysoki iloraz inteligencji wreszcie się na coś przy­dawał. Kiedy ktoś pisze na cienkich kartkach długopisem, za­wsze odciska się kształt na sąsiednich stronach, które są bez­pośrednio pod tą zapisywaną. Tu było nie inaczej. Zapiski ze stron 45 i 46 odcisnęły się, co prawda słabo, ale zawsze, na stronicach 44 i 47. Miał na koniec, po jakichś dwóch godzi­nach siedemnaście liter, z których nie potrafił zidentyfikować trzech, oraz dwadzieścia siedem cyfr, z których sześć budziło jego wątpliwości. Nie miał dowodu, ale jeżeli Rzeźnik kłamał, Walczyk stanie na głowie, żeby zdobyć przeciw mordercom in­ne.

*

Bohdan Hunza już pierwszego wieczora po swoim przyjeź­dzie do Warszawy wyswobodził się wcześniej z powitalnego bankietu urządzonego w „Victorii” przez Towarzystwo Przy­jaźni Polska-Ukraina, grupę Polaków pochodzenia ukraińskie­go spod Przemyśla przewodzonych przez posła Stanisława Ciepłego finansujących to podniosłe wydarzenie, przez region „Mazowsze” i wreszcie delegację senatorów reprezentu­jących parlament oraz wiceministra MSZ reprezentującego rząd RP. Złe samopoczucie związane z grypą posłużyło mu za pretekst, by jak najszybciej znaleźć się w przestronnym dwu­osobowym pokoju na dwudziestym piętrze hotelu „Forum”, który dzielić miał z profesorem Czupajem. Od razu wykręcił numer kierunkowy do Wrocławia, a potem 61-12-16. Miał wiele szczęścia, zastał Korcza w domu.

—  Jestem w Warszawie, w „Forum”. Jeżeli możesz, przy­jedź jak najszybciej — rzucił do słuchawki. Miał opory przed mówieniem zbyt otwarcie przez telefon. W ZSRR wszystkie rozmowy hotelowe były podsłuchiwane i nagrywane. Wie­dział, że w Polsce także wykryto ostatnio parę central pod­słuchowych zainstalowanych w hotelach. Sprawa stała się głośna, ale czy zaprzestano tego procederu?

—  Widziałem was w telewizji. Powitanie na lotnisku — zawołał wesoło Korcz z drugiej strony. — Czekałem, aż się odezwiesz. Nie wiem, czy mi się uda wyrwać. To gorący okres,   wybory na karku i mam tu parę spraw do załatwie­nia.

—  To ważne. Nie tylko dla ciebie. Małe światełko z czar­nej dziury — powiedział zawieszając głos. — Potrzebuję pil­nie twojej rady.

—  Będę w ciągu dwudziestu czterech godzin — odpowie­dział Korcz poważnym tonem. Doskonale zrozumiał, o co chodzi. Czarną Dziurą nazywali w rozmowach między sobą cały pod­skórny nurt zakonspirowanych działań wyznaczających kie­runki i prądy tego, co działo się na powierzchni politycznych konstelacji i oceanu życia publicznego. Wszystko z niej po­chodziło i w końcu wszystko ona pochłaniała okrywając nie­przeniknioną czernią.

— Przemyślałeś to?

— Tak — powiedział pewnie Hunza.

Umówili się w jednej z kawiarni na Ścianie Wschodniej, ja­ko, że Hunza w ogóle nie znał miasta. Nie chciał spotykać się z Korczem w hotelu ze względu na Czupaja, którego się zaczął bać jak ognia. Czupaj zauważył przemianę w Hunzie, ale jak na razie nie doszło między nimi do żadnej rozmowy na ten temat. Chyba nie rozumiał, czemu przypisać zachowa­nie Hunzy, ale zapewne tłumaczył je sobie różnicami zdań, do których coraz częściej między nimi dochodziło.

Następnego dnia między kolejną rundą półoficjalnych roz­mów Hunza miał dwie wolne godziny. Ten czas przeznaczyli na wspólne spotkanie.

Mimo nikłej ilości gotówki Hunza nie potrafił sobie odmó­wić przyjemności przejechania spod Sejmu na Wiejskiej do centrum taksówką. Zachłystywał się miastem, które wydawa­ło mu się bajecznie kolorowe, bogate, różnorodne. Kobiety eleganckie i piękne, mężczyźni z małymi czarnymi dyplomat­kami wyjątkowo dobrze ubrani. Jakże było inne niż Kijów tkwiący w kleszczach zamrożonego odwrotu od realnego so­cjalizmu. Szeregi lśniących samochodów zachodnich marek z trudem mieściły się na rondzie pod byłym gmachem KC trąbiąc klaksonami i zajeżdżając sobie drogę nawzajem. Nie­przerwany potok aut ciągnął się aż do następnych świateł. Mnóstwo prywatnych szyldów reklamujących spółki, warszta­ty, sklepy, zakłady, wielkie firmy i małe, łapało wzrok barwą i nowoczesnym liternictwem. Słyszał już, że w tutejszym „białym domu” lada chwila ruszy prawdziwa gieł­da. Złośliwy policzek dla komunistów. Prawdziwego szoku doznał jednak wysiadłszy przy Rutkowskiego, wędrując wzdłuż szeregu małych sklepików kipiących ruchem i towa­rem, a potem wszedłszy w śródmiejski pasaż na tyłach Ściany, gdzie szeregami rozłożyli się drobni handlarze oferu­jący dosłownie wszystko, co człowiek mógłby sobie wymyślić, i to co mu nawet do głowy nie przyjdzie. Handlowano w każdym miejscu, na metrze kwadratowym wolnego chodnika, na stoiskach, albo rozłożonej płachcie brezentu, czy na gazecie. Nie raziło go to, nie drażniło. Marzył, że doczeka dnia, w któ­rym Kijów będzie wyglądał podobnie, skończą się upokarza­jące kolejki po chleb, a będzie można grymasząc kupić takie luksusy jak winogrona, mandarynki, banany, mango, awokado, kiwi, dziesiątki gatunków kawy i herbaty czy choćby ma­karonów. Było tu zresztą wszystko.

Ciągnące się nieprzerwaną linią sklepy obuwnicze, odzieżowe, radiotechniczne, kosmetyczne, samochodowe, księgarskie, spożywcze — wszystko pod gołym niebem, kipiące towarem, przetykane muzyką z kaset, zachwa­laniem sprzedawców, brzmiące różnojęzycznym gwa­rem, rozedrgane namiętnym dobijaniem targu, po prostu tętniące autentycznym handlem będącym wszak najpierwszym, najpierwotniejszym, podstawowym objawem ży­cia i wolności.

Stał chwilę z zamkniętymi oczami, wystawiając twarz do słońca, wsłuchany w rytm tego gigantycznego bazaru i czuł, jak wzbiera w nim pewność, że zrobi wszystko, dokładnie wszystko, co w jego mocy, żeby Kijów nie był już nigdy gor­szy od żadnego europejskiego miasta, a Ukraińcy nie musieli dłużej znosić upokorzenia płynącego z biedy i niewoli. Czuł, jak z każdą sekundą ładuje się jego wyczerpany zmaganiami ostatnich tygodni akumulator, jak mobilizuje się każdy nerw i komórka mózgu. „Tyle jeszcze do zrobienia!”, myślał prze­dzierając się przez gęstwę ciał na Marszałkowskiej pod Sawą. „Ale zmusimy ich, żeby zaczęli się wreszcie z nami liczyć!” Poczucie ogromu spraw, które trzeba zmienić, by zacząć żyć normalnie, nagle przestało go obezwładniać. „Powinienem tu częściej przyjeżdżać. Taki bodziec zrobiłby dobrze każdemu członkowi tej zakichanej Najwyższej Rady Republiki”.

Kiedy wszedł na salę, Marcin Korcz siedział już przy sto­liku w rogu. Sama kawiarnia nie była zbyt przytulna. Przy­witali się serdecznie i zamówili dwie kawy. Korcz miał nieco więcej zmarszczek i nieco mniej włosów, ale optymistyczny uśmiech nadal nie schodził mu z ust nawet w najbardziej beznadziejnych sytuacjach.

—  Jesteś zdecydowany na oficjalny kanał? — zapytał ci­cho, gdy Hunza mniej więcej już zreferował mu, z czym przybywa.

—  Tak. Potrzebne nam dobre stosunki w waszym rządem. Tobie jednemu tutaj ufam.

Korcz zastanowił się. Upił mały łyczek kawy i zapalił pa­pierosa.

—  Trzeba się trzymać z daleka od Sejmu i tej całej Ko­misji Nadzwyczajnej, robią dwuznaczne ruchy…  — Marcin umilkł zastanawiając się znowu. — Skontaktuję się w tej sprawie z dyrektorem Biura Analiz i Informacji UOP. Znam go dosyć dobrze. To pacyfista z ruchu „Wolność i Pokój”, człowiek bez powiązań, którego wzięli tam chyba tylko po to, żeby pozyskać społeczną akceptację dla nowego urzędu. Jest wystarczająco niezależny i ostrożny, żeby nie zaprzepaścić takiej karty. Był z nami blisko związany.

—  Wiedziałem, że postarasz się zrobić jakiś dodatkowy interes — zaśmiał się Hunza.

— Jeżeli już mówimy o interesach — Korcz utkwił badaw­cze spojrzenie w swym rozmówcy. — Na co liczycie w re­wanżu?

—  Na co? — Hunza westchnął. — Niestety nie na wasze czołgi czy rakiety ziemia-ziemia. Na poparcie w odpowiedniej chwili. Kiedy to będzie niezbędne. To taki gest dobrej wo­li.

— Lis z ciebie.

—  Inaczej dostarczyłbym to po prostu tobie, a nie prosił o pośrednictwo. Chodzi o precedens,   nową jakość w stosun­kach ukraińsko-polskich.

—  Będę z tobą szczery — rzekł poważnie Marcin Korcz. —  Zrobię wszystko, żeby wziąć udział w odbiorze tej przesył­ki. Tutaj albo po waszej stronie. Uważam, że dokąd, choć jeden esbek pracuje w Urzędzie, to ich kanały są niepewne.

—  Nie przesadzasz? — Hunzę często złościł bezkompromi­sowy radykalizm tamtego. — Jakichś pewnych ludzi chyba mają.

—  Naprawdę pewni, i to nie zawsze, są ludzie z CIA, SIS albo innego zachodniego wywiadu. Tamci zresztą też kierują się tylko własnym interesem. Mogliby to zatrzymać, przehandlować z Moskwą, w zamian za coś ważniejszego z ich punktu widzenia. Teraz nam mówią, że nie wolno do NATO, bo papa Gorbi dostałby śmiertelnej czkawki… — roześmieli się obaj.  —  Gdybyśmy naprawdę zawsze słuchali całego świata, to do dziś bylibyśmy cudzymi niewolnikami — dokończył Korcz.

Przez długą chwilę milczeli. Ruch w kawiarni był dosyć duży. Co chwilę jacyś nowi ludzie wpadali na moment, wy­pijali szybko i wychodzili, pewnie do swoich stoisk na ulicę. Korcz w zamyśleniu kiwał głową.

—  Popatrz, popatrz — powiedział Korcz — Nie miałem pojęcia, o co chodzi z tym popem, którego sprzątnęli pod Moskwą. Więc to tak. — Gwizdnął cicho. Dopiero teraz do­tarło do niego, że oto dostąpił udziału w tajemnicy, która nie była grą pozorów, ale krwistą rzeczywistością   o   wymiarze międzynarodowego konfliktu. — Depczą wam po piętach?

— Nie sądzę.

—  Jaka byłaby najbardziej nieprawdopodobna droga ta­kiego materiału?… Zastanawiałeś się nad tym?

— Chyba przez Nowy Jork — zażartował Hunza.

—  Ciekawa myśl — podchwycił   Korcz.   —   Powiedzmy z Kijowa do Wilna, z Wilna do Leningradu i stamtąd dyplo­mata wywozi to do Sztokholmu. Zaproponuję to temu face­towi z UOP. To Ślązak, nazywa się Robert Szklorz, Wiem, że zrobi wszystko co w jego mocy.

—  Dam ci list na wypadek, gdyby mieli wątpliwości… — Hunza wyjął kopertę z pieczęciami Ruchu i wręczył Korczowi. Korcz schował ją dyskretnie do kieszeni.

—  Najchętniej zorganizowałbym wam bezpośrednie spot­kanie, ale rozumiem, że nie ma na to czasu. Jeżeli chcesz mieć konkretną odpowiedź, to ustalmy miejsce przekazania mate­riału, hasło i tak dalej. Podam im to, jeżeli wyrażą zaintere­sowanie. Jeżeli nie, odbierze to ktoś od nas. Nie wybaczyłbym sobie do końca życia, gdybym zaprzepaścił taką okazję.

—  Zgoda. Więc słuchaj… — Hunza zniżył głos do cichego szeptu, który zupełnie utonął w szumie rozmów kawiarni.

Kiedy po dalszym kwadransie obaj rozmówcy wyszli, ma­ły krępy mężczyzna o krótkich blond włosach rozczesanych od środka na boki, który wszedł tu zaraz za nimi i przez cały czas siedział w drugim końcu salki popijając colę i pożerając kolejne porcje ciastek z kremem, wsunął dłoń do czarnej sa­szetki leżącej obok gazety i wyłączył magnetofon zaopatrzony w doskonały mikrofon kierunkowy najnowszej generacji. Nie zwracając niczyjej uwagi mężczyzna opuścił kawiarnię. Wy­szedł na oślepiająco jasną ulicę i natychmiast zgubił się w wielobarwnym tłumie. Kierował się prosto do pułkownika. Musiał przyznać, że pułkownik miał nie tylko nosa, ale zawsze był osobą najlepiej poinformowaną. Nic nie było go w stanie zaskoczyć.

*

Drygała był zaskoczony wizytą złożoną mu w Pruszkowie przez kurdyjskiego posłańca Wielkiego Loni. Właśnie po raz setny przeglądał tę samą ekscytującą kasetę z pornosem, na którym dwie apetyczne blondynki lizały się wzajemnie i wty­kały sobie między nogi różne bardzo dziwne rzeczy, kiedy za kratą pilnowanej przez dwumetrowego goryla furtki zjawił się Ismaił.

Ostry dźwięk interkomu przerwał mu kontemplację i wyrwał go ze stanu zadziwienia. Drygała kręcił głową z podziwu i niedowierzania, a interkom  hałasował. Podniósł go w końcu.

—  Szefie. Jest tu Ismaił i chce koniecznie z panem mówić —   usłyszał swojego goryla.   Natychmiast podszedł do okna i uchylił o milimetr żaluzje. Rzeczywiście był to Ismaił, uśmie­chający się głupio do ochroniarza.

—  Wpuść — rzucił krótko. — Niech poczeka w salonie na dole.

„Czego ten tu u diabła jeszcze chce”, pomyślał z niechęcią o  gościu. Wszystko dopięte na ostatni guzik, dogadane. Wczo­raj mieli ostatnie spotkanie przed akcją u Ryczyńskiego… — Drygała rzadko się denerwował, ale tym razem serce lekko przyspieszyło bicie.  Zgasił wideo i, nim zszedł na dół, wypił duży kieliszek koniaku, żeby przytłumić uczucie niepokoju, który nie przystoi bossowi tak dużego biznesu.

Kurd siedział przy małym szklanym stoliku w jednym z trzech skórzanych foteli wykazując zainteresowanie wyłą­cznie dla swych oliwkowych, starannie wypielęgnowanych dłoni. Kto by pomyślał, że te dłonie uśmierciły kilkanaście osób w Ankarze i drugie tyle w Istambule podkładając dwa wielkiej mocy ładunki wybuchowe w banku amerykańskim,

i  na lotnisku międzynarodowym. Na wprost niego leżała złota bransoleta z czterema niemałymi rubinami, pozostawiona w roztargnieniu na serwantce przez Zośkę. Na widok Drygały poderwał się natychmiast z szerokim, przyjaznym uśmiechem ugrzecznionego sprzedawcy z tureckiego bazaru i wyciągnął ku jego ręce obie dłonie. Uścisnął go jak samego sułtana. Po­chylony nisko, ujmujący, wyglądał na petenta niższej kate­gorii, a nie kogoś, kto może stawiać warunki. Drygała   nie miał jednak złudzeń. Stronie polskiej bardziej zależało na tym interesie. Wielu biznesmenów liczyło na uruchomienie dzia­łalności jubilerskiej przynoszącej przecież wszędzie na świe­cie horrendalne zyski. Źródłem surowca dla nich mógł być tylko Związek Sowiecki. Rzeczywiście to, co miał do powie­dzenia Ismaił, musiało tutaj wzbudzić opory i podejrzliwość. Oto pierwszy duży interes musiał ulec przesunięciu w cza­sie, a suma dostawy, i co za tym idzie zapłaty, nagłej zmia­nie. Wynik tych negocjacji nie był pewny. Wiele zależało od jego kuglarsko-cyrkowych zdolności, ale Turcy, Kurdowie, Arabowie w sztucz­kach handlowych zawsze wykazywali większą od innych na­cji biegłość. Ten dziś wygra, kto będzie lepiej udawał, że mu na drugim nie zależy. Bo czego Drygała nie wiedział, tym razem dla Wielkiego Loni nikt inny nie wchodził w rachubę jako kontrahent.

— Przybywam ze smutną nowiną… — zaczął Ismaił robiąc płaczliwą minę i zawieszając głos na parę sekund, żeby ewentualnie pozwolić przeciwnikowi włączyć się z pytaniem. Wyglądał komicznie — przystojna, męska twarz okolona czar­nymi kędziorami włosów, w skurczu niemowlęcej rozpaczy. Drygała pozostał jednak kamiennie niewzruszony. Milczał.

—   Wy mieliście wyznaczyć  —  kontynuował Kurd — miejsce i czas odbioru przesyłki. I tak się stało. Wilno to wasz pomysł. Zaszły okoliczności powodujące, że nasz człowiek z diamentami nie będzie mógł być w Wilnie wcześniej niż za czternaście dni.

— To niezgodne z naszym kontraktem — powiedział chło­dno Drygała. — Moi ludzie jutro rano wyjeżdżają do Wilna. Napije się pan czegoś?

—  Alkoholu Koran zabrania. Lemoniady z lodem,  jeśli można?

Goryl sięgnął do zamrażalnika barku i wyciągnął zeń li­trową butelkę napoju cytrynowego. Dopełnił go wodą sodo­wą z syfonu i wrzucił garść kostek lodu. Wciąż nie spuszcza­jąc oka z gościa podał mu wysoką szklankę.

—  Powinniśmy zerwać kontrakt — powiedział Drygała patrząc w przestrzeń pokoju. — Ujawnienie miejsca i czasu transakcji na dwa dni przed terminem było gwarancją bez­pieczeństwa dla nas. W końcu to się odbywa na waszym terenie, nawet jeśli to Litwa.

—  Proszę mi wierzyć panie Barabasz — Ismaił przyłożył rękę do serca, a jego oczy wyrażały bezgraniczną szczerość — że zwłoka była niezależna od Loni i nie jest to żadna pułapka. Wczoraj Lonia dowiedział się, że ładunek będzie większy o dwa kilogramy. Wiem, że macie prawo zerwać kontrakt, ale ponieśliście wydatki, więc… Słowem szefowie są skłonni opuścić nieco cenę tych dwóch kilogramów w stosunku do poprzedniej uzgodnionej partii. Możecie wyznaczyć nowe miejsce i nowy czas.

—  Do jakiego stopnia chcą nam zbonifikować kłopoty? — Powiedzmy do pięciu procent…

—  A jeżeli odmówimy? Albo będziemy się upierać przy początkowej umowie?

—  Musielibyśmy poszukać innego kontrahenta. Podwójna wysyłka to zbyt duże ryzyko.   Trzeba odczekać jakiś czas… taka zwłoka nie odpowiadałaby Loni. W Moskwie oczekują szybkiego obrotu gotówką, a nie zamrażania jej na długie terminy.

Drygała zamyślił się. Nie podobała mu się cała ta historia. Do czego naprawdę tamtym potrzebne są dwa tygodnie?

Gra nie toczyła się teraz o cenę dodatkowych kilogramów, ale o to, kto wyznacza warunki odbioru.

—  Dwanaście procent — powiedział Drygała.

„Pojutrze miał nastąpić odbiór diamentów. Wiadomo, że kapitał po naszej stronie jest już ulokowany i zamrożony”, myślał szybko Drygała. „Dwa tygodnie zwłoki to strata, któ­ra zmusza do jak najszybszego przejęcia ładunku zaraz po wyznaczonej przez tamtych dacie. W istocie oznacza to zmia­nę w jednym z warunków kontraktu. To Rosjanie wyznacza­ją datę odbioru, a przecież Polacy mieli zagwarantowane wyznaczenie miejsca i daty”.

—  Siedem — powiedział Kurd z miną, jakby przełknął plaster cytryny bez cukru.

—  Jedenaście — zabrzmiało to twardo i ostatecznie.

Kurd  zaprzeczył  delikatnym  ruchem głowy. Drygała wstał i wyciągnął rękę na pożegnanie wzruszając przy tym ramionami jak człowiek niepocieszony po stracie bliskiego. Ismaił zerwał się z fotela zaskoczony. Ten chwyt wytrącił go z równowagi. Podał rękę Drygale raczej machinalnie.

—  Przykro mi — powiedział Drygała. — Poszukajcie ko­go innego.

Odwrócił się plecami do gościa i najwyraźniej zamierzał opuścić pokój, jakby rozmowy były zakończone.

—  Chwila — krzyknął Ismaił-Kabr, gdy Drygała trzymał już rękę na klamce. — Niech będzie osiem! — wyrzucił przez zaciśnięte wargi, jakby nieznośny ból wątroby nie pozwalał mu mówić.

—  Jedenaście — powtórzył Drygała. — Tracimy kontrolę nad terminem. Dobrze o tym wiecie. Zbyt duże ryzyko.

—  Niech będzie…  jedenaście… — zgodził się niespodzie­wanie kurdyjski wysłannik i opadł na fotel. Miał wrażenie, że przepłynął cieśninę Bosfor. Drygała zawrócił uśmiechnię­ty i uścisnęli sobie ręce.

—  W porządku — powiedział. — Miejsce i dokładny ter­min podamy na czterdzieści osiem godzin przed odbiorem.

W gruncie rzeczy zdawał sobie sprawę, że zmiana miejsca nie wchodzi w grę. To znaczy punkt w Wilnie tak, ale samo Wilno na pewno nie. Po pierwsze mieszkało tam paru Pola­ków, na których można było liczyć, po drugie, odkąd Sajudis dyktował na Litwie warunki, trudno by było znaleźć bar­dziej neutralny teren. Nawet KGB nie mógł tam dziś dzia­łać tak otwarcie, jak jeszcze parę miesięcy temu. Drygała miał świadomość, że żaden gang z Moskwy nie działa na swój całkiem prywatny użytek, i że każdy z nich jest jakoś powiązany z milicją, albo jakimiś ważnymi figurami będącymi aktualnie na świeczniku, które tworzą parasol ochronny.

— Odbiór musi nastąpić nie dalej niż w czterdzieści osiem godzin po wyznaczonym terminie zwłoki — powiedział wol­no i dobitnie Kurd. Teraz miało się zdecydować dosłownie wszystko. Arab w napięciu obserwował stężałą twarz swoje­go rozmówcy. Ale Drygała się nie wahał. O co w końcu chodziło? Jeżeli szykują podwójny skok, to będą niemile za­skoczeni, bo oprócz dwóch łączników, którzy przyjadą z for­są, będzie tam jeszcze trzech ludzi gotowych na wszystko i do­brze uzbrojonych. Zaskoczenie to dziewięćdziesiąt procent sukcesu.

—  Zgoda — potwierdził Drygała po pewnej zwłoce, żeby tamtemu się nie wydawało, że poszło za łatwo.

Kurd wstał i pożegnał się serdecznie znowuż traktując Drygałę jak kalifa Bagdadu. Kiedy tylko goryl z Kurdem zniknęli za drzwiami, boss warszawskiego gangu wystukał odpowiedni numer na płaskiej czerwonej słuchawce. Ktoś błyskawicznie podniósł po drugiej stronie.

—  Pałka? Natychmiast odwołaj wszystko, ale bez paniki. Poproś ich na Próżną. Niech będą za dwie godziny. Muszę się zastanowić.

—  Nie cierpię takich niespodzianek! — Roman kręcił się niecierpliwie na krześle w znanym sobie pokoju z podobizną Elvisa Presleya. Ryczyński spływał potem. Tylko Karat mil­czał nieruchomy jak głaz.

—  Miałem być w ogóle poza tym! — powiedział Ryczyń­ski z pretensją w głosie. Nie podoba mi się to. Szykują pu­łapkę.

— Uspokój się Edziu. Jesteśmy przygotowani i na to. O co chodzi? Ładunek rośnie to i prowizja większa. Dla wszyst­kich, nie?

—  Ale dwa tygodnie i następne spotkanie… — zaczął Ry­czyński.

—  …Jutro — przerwał mu Drygała — dostarczysz resztę forsy. Ta zostaje już u mnie. — Drygała wskazał na walizkę, szary bolid stał w kącie.

—  Potrzebna będzie większa walizka — stwierdził    Roman — I nowa skrytka w pociągu. Nowe bilety. Zastana­wiam się, czy nie zmienić paszportów.

— Załatw wszystko, jak uważasz, Lewatywa. Koszty bio­rę na siebie. Musicie być absolutnie bezpieczni. Jest czas. Ca­łe dwa tygodnie.

Karat    bez słowa wyciągnął z kieszeni paszport i bilet, i położył na szklanym stole przed Lewatywą. Jego spokój podobał się Romanowi. Ochroniarz wyciągnął paczkę cameli i podsunął mu przed nos. Zajarasz?

—  Chętnie. — Roman wziął papierosa i zapalił. — A je­dnak cię polubiłem Karat. — Stawro wstał. — Na mnie już czas. Spotkamy się w środę na wyścigach, na Służewcu. Okey?

— Okey — rzekł Karat

Roman pożegnał się ze wszystkimi i wyszedł. Mimo wszystko w tym człowieku było coś niepokojącego. Roman rzadko czuł strach, ale Karat wzbudzał w nim dreszcze.

Dokładnie w tym samym czasie, kiedy na ulicy Próżnej toczyła się narada gangu, Marcin Korcz składał wizytę na Rakowieckiej pod numerem 2a w Biurze Analiz i Informacji, do którego dostał się z trudem po różnych korowodach z prze­pustkami. Dopiero interwencja dyrektora Roberta Szklorza przerwała krąg niemożności i wartownik przepuścił Korcza za bramę. Jeszcze rok, dwa temu taka wizyta byłaby zupeł­nie nie do pomyślenia. W głowie najbardziej ugodowego opo­zycjonisty nie śmiała wtedy powstać myśl, że w jakiejkol­wiek sprawie dopuszczalna jest współpraca z urzędem bez­pieczeństwa. Potraktowano by to jako zdradę. Ale teraz po przeciwnej stronie skromnego biurka siedział człowiek, który zaliczył w swoim trzydziestoparoletnim życiu więcej cel wię­ziennych niż miał włosów na głowie. Jako mało znany przed­stawiciel słabego ugrupowania opozycyjnego nie mógł liczyć przy tym na tak luksusowe traktowanie w więzieniu jak KOR-owcy znani całemu światu i był narażony na najgorsze szykany. Doskonale poznał tę instytucję w jej poprzednim kształcie i to od jak najgorszej strony. Dziś zajmował jeden z ważniejszych gabinetów w tym gmachu, a jako członek ru­chu pacyfistycznego był szczególnie przydatny szefując sekcji wyłapującej wszelkie wiadomości o formujących się ruchach lewackich, neofaszystowskich i grupach terrorystycznych.

Szklorz nie był profesjonalistą, ale miał ambicję szybko się nim stać. Departament stanowił mieszaninę rutyniarzy i nowicjuszy. Ci drudzy po przeszkoleniach szybko uczyli się od tajniaków nowego fachu, a mając rodowód podobny do swego dyrektora nadrabiali skutecznie braki zaangażowaniem tak obcym poprzedniej generacji aparatczyków nawykłych do ręcznego sterowania z góry.

Po wymianie zwykłych   grzeczności   Korcz przeszedł do sedna rzeczy. Szklorz słuchał go uważnie od czasu do czasu przerywając dodatkowym pytaniem. Otwarł list od Hunzy i studiował go długą chwilę.

W godzinę później dyrektor Biura nie siedział już, lecz przemieszczał się po pokoju sinym od papierosowego dymu, na krótkiej przestrzeni między drzwiami a oknem niemal z prędkością światła. Skubał brodę i odpalał papierosa od pa­pierosa myśląc intensywnie nad tym, co usłyszał. Korcz stwierdził w myślach, że Szklorz wykazuje typowy więzien­ny syndrom — cztery kroki w prawo, cztery w lewo, i zno­wu cztery w prawo jak w celi.

Robert Szklorz zatrzymał się raptownie, spojrzał na Kor­cza i zapytał:

—  A jeżeli to prowokacja? Jesteś pewien tego Ukraiń­ca?

—  Jeszcze potrafię poznać, kiedy ktoś mówi prawdę, a kiedy kombinuje. To jest instynkt, dzięki któremu tu dzi­siaj siedzę. Inaczej dawno bym ziemię gryzł.

—  W porządku — powiedział Szklorz zapalając kolejne­go papierosa. — Porozmawiam z szefem.   Sprawę   przejmie wywiad. Dyrektor będzie na pewno chciał zawiadomić Mini­stra, a on skonsultuje sprawę z Premierem. Bez zgody Pre­miera nic nie da się zrobić. To potrwa.

—  Chyba nie zrozumiałeś? — zdenerwował się Korcz. — Trzeba się spieszyć, nawet jeżeli KGB nie depcze mi po pię­tach. Wyznaczyli bardzo krótki termin odbioru przesyłki. Gdyby to była z ich strony prowokacja, Hunza nie dałby te­go listu. Tu są podpisy ich wszystkich:    Kołowin, Panfił  —  w imieniu Ruchu. Wykazał chyba najwyższe zaufanie i mak­simum dobrej woli. Nie wolno tego zaprzepaścić. Jestem go­tów wysłać swojego człowieka albo nawet pojechać sam, je­żeli macie zamiar bawić się w biurokratyczne hierarchie i przepychanki.

—  Dobrze. Niech ci będzie. Zastosujemy tryb przyspieszo­ny. Pamiętaj, że to nie jest robota dla amatorów. Jeżeli Pre­mier i Minister zdecydują, że wchodzimy, to zajmiemy się wszystkim bez twojej pomocy. Mamy niezłych fachowców, na pewno nie gorszych niż MI 6 czy SAS.

—  Tylko, że oni w przeciwieństwie do was mogą być pe­wni, dla kogo ich ludzie pracują.

—  Tu też się paru pewnych znajdzie. Bez paniki. Znam nawet jednego, który mógłby się podjąć tej operacji za gra­nicą. Pracował w „czwórce” i wyleciał stamtąd za odmowę wykonania rozkazu tuż przed zabójstwem Popiełuszki. Współ­pracował z KPN-em, aż do zeszłego roku handlował autami na giełdzie. Przywrócono mu stopień pułkownika i zatrud­niono go w pionie wywiadu. Nazywa się Czarny. Jemu to powierzymy.

— Jeżeli w ogóle powierzycie.

—  Jeżeli nie, to będziesz miał wolną rękę. Ale nie przy­puszczam.

—  W każdym razie macie czas na decyzję do jutra,   do trzynastej — powiedział Korcz wstając. — Czekam na twój telefon w hotelu. — Nie spapraj tego, bo ci przyszłe pokole­nia nie wybaczą! — zaśmiał się grożąc Szklorzowi palcem.

—  Pamiętaj Marcin, że amatorzy w tej robocie mają wię­cej szans coś spaprać niż zawodowcy,

—   Czujesz się zawodowcem?  —   zapytał  sceptycznie Korcz.

— Nie. Ale mam kilku pod sobą.

Robert Szklorz z niecierpliwością oczekiwał we wnętrzu szarej lancii pojawienia się Ministra i Premiera. Zaraz po wyjściu Korcza udał się do szefa Urzędu, a ten bez wahania połączył się z gabinetem Ministra Spraw Wewnętrznych. Po godzinie Minister przyjął ich u siebie, a po dalszej udało się złapać Premiera, który, jak się okazało, opuścił już pałac Ra­dy Ministrów przy Krakowskim Przedmieściu i pojechał do domu. Szef miał parę spotkań nie do odwołania, w tym jed­no w ambasadzie USA i tym sposobem młody dyrektor Biu­ra Analiz musiał przejąć na siebie ciężar całej sprawy. Za­brali Premiera z domu i w asyście drugiego samochodu z BOR udali się na krótką przejażdżkę do Wilanowa. O tej porze ogrody pałacowe były zamknięte dla publiczności, a bryła pałacu Branickich odcinała się niewyraźną szarością od czerni nieba. Teraz Szklorz dopalał ósmego papierosa, pod­czas gdy dwaj dystyngowani panowie przechadzali się alej­kami dyskutując nieustannie od czterdziestu minut. Robert spojrzał na zegarek. Ochroniarze z drugiej limuzyny nie wy­kazywali najmniejszych oznak zniecierpliwienia przyzwycza­jeni do sytuacji, że ich podopieczni ucinają sobie czasami sa­motne, wielogodzinne spacerki w najdziwniejszych miejscach i o najdzikszych porach.

Nareszcie ujrzał ich. Szli bardzo powoli. Premier także palił. Czerwony owal żaru rozświetlił jego charakterystyczny profil. Premier żywo gestykulując odrzucił niedopałek i ener­gicznie zgniótł go butem. Teraz obaj dygnitarze przyspieszyli kroku i już po chwili usłużny borowiec otwierał przed nimi drzwi samochodu. Kierowca włączył silnik, podczas gdy Premier i Minister sadowili się na miejscach z tyłu. Szklorz po­czuł dotknięcie na ramieniu.

—  Panie dyrektorze — powiedział Premier z charaktery­styczną  zadyszką — tym razem będzie  wygodniej skorzy­stać z usług pańskiego przyjaciela Korcza. Musimy utworzyć specjalną grupę antykryzysową złożoną z wyjątkowo zaufa­nych pracowników Urzędu. Ta sprawa ma szersze i bardzo skomplikowane tło. KOK to już w tej chwili atrapa. Będzie pan koordynatorem tej grupy. Jutro rano Minister zapozna pana ze szczegółami sytuacji. Może pan zawiadomić Korcza, że macie zielone światło, nie chcemy jednak, by łącznikiem był pracownik wywiadu. Niech uruchomi swojego człowieka, a my zapewnimy mu ochronę.

—  Mam swobodę w doborze ludzi? — zapytał zaskoczony Szklorz.

—  Niech pan przez noc przygotuje listę i zweryfikujemy ją jutro razem — włączył się Minister. — Czekam na pana o dziewiątej u siebie.

—  Tak jest — powiedział młody dyrektor Biura Analiz UOP nie do końca pojmując, dlaczego to on ma koordynować działania  grupy  antykryzysowej  powołanej przez Premiera na szczeblu rządowym.

*

Część oficjalna pożegnania już się zakończyła i przedsta­wiciele Ruchu zmierzali do przeszklonych drzwi prowadzą­cych na płytę lotniska. Hunza, który przez cały czas odczu­wał niepokój i niepewność, czy postąpił słusznie wręczając Korczowi list do Premiera i dyrekcji UOP, teraz nabrał pew­ności, że tak. Miał nadzieję, że treść tego pisma nie wymknie się poza krąg najbardziej wtajemniczonych. Mogłoby to za­szkodzić Ruchowi w stosunkach z KPZR na Ukrainie i z Kre­mlem. Był to z jego strony doprawdy najwyższy dowód za­ufania i deklaracja intencji w stosunku do rządu polskiego. Teraz z niecierpliwością wypatrywał znajomej sylwetki Mar­cina Korcza na tarasie widokowym dla żegnających.

Lotowski mikrobus podwiózł ich do samolotu. Przepuścił Czupaja przodem i przed samym wejściem stojąc już na schodkach zatrzymał się osłaniając oczy ręką ułożoną w da­szek. Zauważył Korcza od razu. Tamten machał gazetą zło­żoną w rulon. Hunza pomachał mu również dając tym samym do zrozumienia, że zauważył znak. Zniknął we wnętrzu samo­lotu prowadzony przez śliczną stewardesę w granatowym uni­formie na swoje miejsce. Usiadł i zapiął pas.

— Jednak się zdecydowali — pomyślał i kamień spadł mu z serca. — Gorący towar ruszy w dalszą drogę ku celowi i za dwanaście dni będzie już po tej stronie granicy. Odpo­wiedzialność to jednak potworny ciężar, dużo większy niż ry­zyko wynikające z prowadzenia wywiadowczej gry.

*

Pożegnalny wieczór Walczyka i Kasi wypadł blado, Z tru­dem udało mu się namówić ją na spotkanie w kawiarni „U Zalipianek” przy ulicy Szewskiej, którą inspektor upodo­bał sobie w czasie pobytu w Krakowie. Regionalny beskidz­ki wystrój stanowił dla niego przyjemną, egzotyczną odmia­nę po kawiarnianej przeciętności, do jakiej przyzwyczaiła go stolica. Poza tym lokal posiadał obszerny taras wychodzący na Planty co podczas upałów obejmujących miasto niczym rozżarzone kleszcze miało swoje znaczenie. Lato było w tym roku straszne, i choć teoretycznie zbliżało się ku końcowi, wciąż jeszcze miało się wrażenie, że końca upałom nie będzie.

Spóźniła się pół godziny i stanęła przy jego stoliku w chwili, kiedy zbierał do kieszeni papierosy i zapalniczkę, oraz wyczytany z nudy na dziesiątą stronę egzemplarz „Dzien­nika Konserwatywnego”. Napięcie w kraju wyczuwalnie ros­ło i choć do wyborów prezydenckich pozostawały ponad dwa miesiące, już spekulowano na temat szans i kandydatur, po­jawiały się pierwsze personalne propozycje, toczono polemiki na temat progu stu tysięcy podpisów koniecznych do rejes­tracji kandydata, dużo miejsca poświęcano też rozłamowi w obozie Solidarności.

— Napijesz się czegoś? — zapytał.

W krótkiej niebieskiej sukience, z małymi perełkami w uszach i dyskretnym makijażem wyglądała wyjątkowo pięknie.

—  Chętnie — odpowiedziała. W jej głosie wyczuwało się napięcie. Mimowolnie udzieliło się ono i Walczykowi.

—  Wyjeżdżam — powiedział bez wstępów. — Jak wiesz, odwołano mnie. Nie mam pojęcia na jak długo.

— Kiedy?

— Jutro rano.

Podeszła kelnerka i zamówili kawę. Po jej odejściu zapa­dło niezgrabne milczenie. Nie starał się go przerywać i stop­niowo stawało się coraz cięższe. Westchnęła, jakby głaz ucis­kał jej piersi.

—  Masz ochotę spędzić ze mną ten wieczór? — zapytał, kiedy filiżanki parujące aromatycznym napojem stanęły już przed nimi. — Od razu pani zapłacę — zwrócił się do młodej

kelnerki. Z uroczym uśmiechem zainkasowała dziesięć tysię­cy i oddaliła się pełnym powabu krokiem kobiety, której za­leży, by wywrzeć wrażenie na mężczyźnie. Kasia odprowa­dziła ją niechętnym spojrzeniem.

— Chciałabym, ale… — zaczęła.

—  …Rozumiem — przerwał jej zdecydowanym tonem. — Kiedy słyszę „ale” wiem, że będą komplikacje nie do rozwi­kłania.

—  Posłuchaj — zaczęła ponownie szukając instynktownie jego umykających w bok oczu. — To wszystko jest dla mnie zbyt nagłe… trudne…

Otworzyła usta, ale nim coś powiedział, zamilkł w pół sy­laby. Czekała na jego słowa. Nie odzywał się.

—  Mama przyjechała i powinnam dziś z nimi trochę po­być…

—  Wiesz dobrze, że nie o to chodzi… Przez parę dni za­trzymam się w Polonii. Nowi szefowie skąpią na lepszy ho­tel. Wydaje mi się, że jesteś bezpieczna. Zadzwoń kiedyś. Bę­dę ciekaw, co u ciebie słychać.

—  Nie zadzwonię — powiedziała cicho, lecz stanowczo.

—  Widać się pomyliłem. W porządku… — Westchnął, wło­żył gazetę do kieszeni i wstał. — W takim razie trzymaj się malutka. Grzbietem dłoni pieszczotliwie przeciągnął po jej policzku i szyi. Zrobiło się jej ciepło i miło. Odszedł.

Miała ściśniętą krtań i ręce jej drżały. Ileż wysiłku mu­siała włożyć w to „nie”, po jednej wspólnie spędzonej nocy! Co byłoby później? Miała wrażenie, że zaraz się rozpłacze z żalu, albo pobiegnie za nim i wsiądzie do tego ekspresu, wsiądzie w każdy pociąg, który on wybierze, choćby na naj­dalszą stację w galaktyce… Zauważyła, że zapomniał papie­rosów i zapalniczki. Poderwała się chcąc go zawołać. Nada­remnie szukała wzrokiem smukłej sylwetki. „Kurczę!”, skar­ciła się w duchu, próbując opanować rozdygotanie. „Nie za­chowuj się jak świeżo zdeflorowana dziewica. Poszedł i na­wet się za siebie nie obejrzał. Nie będziesz niczyją niewolnicą, żadne uczucie nie jest tego warte!”. Bezmyślnie obracała w ręku czerwoną, matową zapalniczkę, jedyną rzecz, jaka jej po nim została.

W pociągu Walczyk studiował notatnik dziennikarki uzupeł­niony kopiami stron 45 i 46. Zupełnie nie dało się tego ugryźć bez klucza. Wiedział teraz, że ma przed sobą zaszyfrowane informacje na temat paru osób trudniących się donosicielstwem w zamian za koncesje na prowadzenie prywatnej działalności w dawnych latach, kiedy byle kto nie mógł zostać handlowcem, fabrykantem czy choćby właścicielem najnędzniejszego kiosku z plastikowymi koszmarkami. I tak nic z te­go nie wynikało. Przyjął, że na pierwszej stronie znajdują się inicjały tych osób, ale czy było to kilkanaście nazwisk czy też imiona i nazwiska kilku ludzi nie dało się ustalić. Druga stro­na zawierała szereg cyfr i tutaj stawał już kompletnie bez­radny. Żeby móc z czystym sumieniem przyjąć grę Rzeźnika, Walczyk musiał sprawdzić te kartki, poznać ich treść. Tak zwa­ni biznesmeni mogli się okazać kimś innym. Rzeźnik nie kła­mał, ale czy zleceniodawcy dostarczyli mu kompletu infor­macji? Niewykluczone, że prowadził jeszcze inną, głębiej zakamuflowaną grę. Walczyk schował notes i odwrócił się do okna. Pejzaż śmigał za oknami ekspresu, jakby to on dokądś pę­dził, a nie pociąg. Istotnie tak było — cała Ziemia pędziła na oślep w przestrzeń, w czarną otchłań bez dna, kosmiczną pustkę. Myśli inspektora kręciły się wokół czegoś małego, nieistotnego, podczas gdy Ziemia kręciła się jak szalona wo­kół swej osi, i wokół Słońca, a ze Słońcem w spiralnym ra­mieniu Galaktyki cały układ wirował swego walczyka skompo­nowanego przez kosmicznego Straussa, Galaktyka także bra­ła udział wraz z milionami innych galaktyk w zbiorowym hiperobłędzie wirowania. „Cóż znaczą te moje wszystkie uczu­cia”, myślał „i cała ta zakichana sprawa, która zaczęła się i skończy w tej samej sekundzie Wszechświata równoważnej stuleciu ludzkiej egzystencji. Cały ten dramat rozgrywał się na obszarze przestrzeni, której patrząc z punktu widzenia ca­łości nie dałoby się zidentyfikować nawet najczulszym ska­nerem elektronowym. Z punktu widzenia tej całości Ziemia była bowiem tylko atomem, a krążące po niej w liczbie sze­ściu miliardów istoty co najwyżej cząstkami elementarnymi, a może nawet czymś jeszcze mniej zauważalnym. Kocham nad życie, nienawidzę śmiertelnie, zabijam siebie, zabijam innych”, ciągnął swój filozoficzny wywód. „Ścieramy się, tłu­czemy, mordujemy w wojnach; cząstki elementarne przycią­gane lub odpychane przez inne cząstki. Czy to nie śmieszne — miłość dwóch milionów, albo, jeden elektron morduje dru­gi!” „Cha, cha, cha!” — Walk zaśmiał się półgłosem, co spo­wodowało, że pasażer z przeciwnego fotela przyjrzał mu się z uważną dezaprobatą.

— Tysiąc lat to tylko dziesięć sekund — powiedział do niego inspektor. Mężczyzna o obwisłych policzkach i równie obwisłej dolnej wardze przyozdobionej włochatą brodawką wyglądał na właściciela baru albo fabryki plastikowych kras­noludków.

— Sześć tysięcy to minuta — odpowiedział mu niespo­dziewanie „obwisły” współpasażer i Walczyk jeszcze raz się przekonał, jak bardzo łatwo skrzywdzić człowieka na podsta­wie jego wyglądu.

Do szefa UOP udał się dopiero następnego dnia w połud­nie. Nie zastał go. Sekretarka powiedziała, że ma się zgło­sić u dyrektora Szklorza z BAI. Był trochę zaskoczony. Cóż on, pracownik Wydziału Śledczego, ma robić pod zwierzchnic­twem BAI?! Działo się coś dziwnego. Dyrektor już na niego czekał. Poinformował Walka o sformowaniu Grupy Antykryzysowej na specjalnych prawach, z najwyższym priorytetem ważności, w związku z szykującą się akcją KGB na terenie Polski, czemu oficjalny rezydent i cała ambasada ZSRR w Warszawie oczywiście energicznie przeczyła. Od tej pory Walk miał pełnić ważną rolę łącznika z ambasadą USA, a po­za tym miał brać udział we wspólnych działaniach podejmo­wanych w ramach Grupy i naradach, oraz spotkaniach robo­czych, co było niezbędne, by mieć stały ogólny przegląd sy­tuacji.

Na razie był wolny. Miał czas na zakwaterowanie, zapoz­nanie się ze współpracownikami i zorganizowanie biura. Za 48 godzin miała się odbyć pierwsza ogólna narada całej Gru­py, na której zostaną rozdzielone zadania. Było zastanawia­jące, że kontrolę nad Grupą miał sprawować Minister Spraw Wewnętrznych i jeden z zaufanych wiceministrów z MON, a raporty miały być przedkładane także bezpośrednio Premie­rowi. Oznaczało to, że sytuacja jest bardzo poważna i napię­ta, i może dotyczyć wewnętrznych struktur UOP czy ogólniej MSW i MON. Jak stwierdził Szklorz, szykowała się „zady­ma”. Miejsca w hotelu miał na razie nie zmieniać, pokój mógł być przydatny do innych celów. Przydzielono mu samodziel­ne biuro, numer telefoniczny, asystenta, wydano przepustkę, kartki do kantyny na obiady i wyposażono go w czerwonego poloneza WAR 3375, do którego kluczyki pokwitował u in­tendenta.

Nie zamierzał tracić dwóch dni bezczynnie. Jak zwy­kle okazywało się, że zanim wszystko ruszy, jest jeszcze czas i mógł spokojnie powęszyć choćby dzień dłużej w Krako­wie. Postanowił spożytkować ten podarowany czas na wytro­pienie Karata.

Zdobycie wstępnych informacji nie zajęło mu wiele cza­su. Już następnego ranka po stwierdzeniu, że w czternastu spółkach detektywistycznych (na około sto zarejestrowanych w Warszawie) w ciągu dwóch ostatnich miesięcy zatrudniono trzydziestu nowych ludzi, zwalniając jednocześnie czternas­tu z siedmiu spółek, zażądał teczek personalnych wszystkich nowo przyjętych i zwolnionych. Po dwudziestu minutach miał je na biurku. Teraz należało tylko dopasować rysopis. Zna­lazł takich czterech, a po zastanowieniu rozszerzył krąg po­szukiwań obejmując nim ostatnie sześć miesięcy, bo jeśli spół­ka zatrudniająca Karata stanowiła przyczółek nieformalnej struktury utworzonej przez byłych esbeków, to mogli mu wy­stawić wsteczną datę zatrudnienia. O dziwo do grupy czte­rech doszlusowało tylko dodatkowych sześciu. Widać dopiero ostatnio zaczął się większy przepływ kadrowy. Ludzie ci by­li zatrudnieni w czterech biurach detektywistycznych o dość dużej fluktuacji: „Sezamie”, „Gigancie”, Spółce „Ares” raczej tylko strzegącej mienia i „A & A”. Walczyk postanowił zacząć od „Sezamu”, jako że tam miał aż czterech podejrzanych, Waligórski, Horak, Rusinek i Łabza. Biura „Sezamu” mieściły się na 29 piętrze Intraco I. Należało ich dyskretnie poobserwo­wać. Kiedy asystent przyniósł mu spis prywatnych adresów owych dziesięciu delikwentów, inspektor ruszył do miasta. Musiał się sam tym zająć. Istniało zbyt duże ryzyko, że ktoś nieostrożny spłoszy przeciwnika.

*

Generał Ozierow spotkał się z Michaiłem Gorbaczowem w jego mieszkaniu na Wzgórzach Leninowskich dopiero w dziesięć dni po zabójstwie popa. Wcześniej jakoś prezydent nie mógł dla niego znaleźć minuty wolnego czasu. Raisa wy­jechała na krótki wypoczynek do ich posiadłości pod Moskwą, więc tym razem byli zupełnie sami — jeśli nie liczyć, rzecz jasna, nieodstępnego służącego, kucharza i goryla Gorbaczowa; cała trójka z kremlowskiej straży. Sprawa zabójstwa ojca Aleksandra Szretyńskiego z cerkwi prawosławnej nie dawa­ła mu spokoju. Grynia Kopysznikow znalazł w Kijowie, ale nikt się z nim nie kontaktował. Obserwowali go bardzo dyskretnie. Niby nic się nie działo, lecz Ozierow wiedział, że to cisza przed burzą, bo mikrofilm jest już na pewno we wła­ściwych rękach i lada chwila ruszy dalej. Ktoś tutaj w Moskwie dobierał się do planu „W” i czynił to w taki sposób, że mógł zniweczyć całą pracę Jedenastki pod jego osobistym kierownictwem. Ozierow nie miał stuprocentowej pewności kto to jest, ale miał stuprocentowe podejrzenia. W jego fa­chu trudno było o pewność. Oczywiście jego podejrzenia kon­centrowały się na Kriuczkowie i Jakowlewie. Kiedy dotarły do niego materiały z sekcji zwłok popa, wiedział, że dorwali go profesjonaliści, i do tego byli na tyle bezczelni, żeby wręcz zostawić swoją wizytówkę. Popa bito usiłując wyciągnąć z niego informacje, a kiedy to nie pomogło zaaplikowano mu zastrzyk, miał świeży ślad nakłucia na grzbiecie dłoni. Śmierć nastąpiła na skutek niewydolności serca. Nie wątpił, że po­dano duchownemu dużą dawkę pentotalu, serum prawdy, i to zabiło jego słabe serce. Główny ślad stanowiło jednak obcię­te ucho. Głowę popa zmasakrowano już po śmierci i odrąba­no mu ucho. Tak, odrąbano! Saperką. A więc: Specnaz! Jak­by zostawili przy trupie podpis. Po co? Działali z odkrytą przyłbicą, co świadczyło, że rychło wypowiedzą wojnę wszyst­kim demokratycznym siłom, tym skupionym wokół genseka też. Gorbaczow przyjął go w living roomie z wielką powściąg­liwością. Entuzjazm prezydenta, który Ozierow obserwował zaledwie miesiąc temu, teraz zdecydowanie przygasł.

—  Towarzyszu prezydencie — powiedział Ozierow, gdy Gorbaczow po wysłuchaniu jego relacji milcząco sączył drin­ka. — Zmierzają do podważenia waszej pozycji. To zamach na Radę Prezydencką i was osobiście!

—  Czasami nie mam pewności czy postępuję słusznie — powiedział Gorbaczow patrząc w ciemność za  oknem.   — Weźmy na przykład dzisiaj. Jelcyn oświadcza, że Rosja wy­stąpi z ZSRR! Czy ktoś słyszał większy absurd? A on to mó­wi poważnie. Zastanawiam się, czy już niedługo nie nadej­dzie taki dzień, że armia będzie dla nas jedynym ratunkiem. Szewardnadze namawia mnie na sojusz z USA w sprawie Iraku. To przecież zdrada wobec naszej polityki w Zatoce, ustępstwo uderzające najbardziej w nas samych. Można się cofać. Należy się cofać, jeśli się nie ma siły zaatakować. Ale pytanie o granice tych ustępstw. Jeszcze krok i nasz okręt się rozpadnie. Czy do tego zmierzają Jelcyn, Szewardnadze, Bakatin, Ryżkow? — zamilkł i znów powoli sączył alkohol. Jak­by przestał zauważać Ozierowa, pogrążony w jakichś rozleg­łych, perspektywicznych spekulacjach. Trwało to dobrą chwi­lę, w czasie której generał nie śmiał nawet głośniej odetchnąć. Czy Gorbaczow wyrośnie na nowego Stalina? — zastanawiał się patrząc na prezydenta. — Czy tak, jak ja teraz, czuli się generałowie tamtego jedynowładcy w jego obecności?

Nagle Gorbaczow ocknął się, wrócił do teraźniejszości i spojrzał na Ozierowa odkrywając na nowo jego obecność.

—  Czy to znaczy, że plan „W” nie ma już priorytetu ze­ro? — zapytał ostrożnie Ozierow.

—  To znaczy tylko, że mam związane ręce. Mogę im wy­dać rozkazy, a oni ich nie wykonają, mogę wydać polecenie, a oni nie usłuchają. To oni mają przewagę w tej chwili. Nawet nie mogę ich zdjąć. Tak samo oni nie mogą ruszyć mnie. Należałoby pójść odważniej do przodu, ale to zbyt niebezpie­czne dla kraju. Nie mogę go pchnąć na krawędź wojny do­mowej.

—  A oni, towarzyszu prezydencie… Oni mogą? — zapytał Ozierow.

—  Nie odważą się. Na razie. To pat… Realizujcie, generale, swój plan „W”, macie wolną rękę i brońcie go jak lew. To ostatnia szansa dla was, dla Jedenastki, być może dla nas wszystkich.

— Gorbaczow popatrzył wprost w oczy Ozierowa i generał dostrzegł na dnie tego spojrzenia istne morze gory­czy, gniewu i ognia. — Ten plan wydawał się epizodyczny, uboczny choć ważny — powiedział gensek z taką zawziętoś­cią, że aż przeszły go ciarki.   — Polski łącznik jest dla nas ważny nie tylko w sensie   terytorialnym, to także łącznik z przyszłością, z czasem, który nadejdzie. Od opanowania te­go środkowo położonego terytorium może zależeć, kto się ju­tro znajdzie w ofensywie, a kto na długo zostanie zepchnię­ty do obrony. Nie przypuszczałem jednak, że ten plan okaże się „być albo nie być” pierestrojki. Kriuczkow i grupa woj­skowych obrali go sobie za pierwszy, najważniejszy cel. Czy nie widzicie tego generale?  — Gorbaczow odwrócił znów wzrok do okna. — Tak — westchnął. — Od tego chcą zacząć, a kto wygra pierwszą bitwę, tym razem może wygrać wszyst­ko.

—  Zaatakują na wielu frontach — powiedział Ozierow. Prezydent w zamyśleniu pokiwał twierdząco głową.

—  Być może konieczna będzie z nimi ugoda. Tylko na ja­kich warunkach? — Nagle Gorbaczow wstał. Ozierowa także poderwało  z miejsca. Posłuchanie było  najwyraźniej  skończone.

—  Uczyńcie wszystko co w waszej mocy towarzyszu Ozie­row — powiedział ściskając mu na pożegnanie rękę.

Kiedy Ozierow wsiadał do swego samochodu i potem, kie­dy szybko przemierzał pustawe ulice wydzielonym dla dyg­nitarskich limuzyn pasem, nie mógł się pozbyć wrażenia, że Gorbaczow czegoś nie dopowiedział. Czy naprawdę przywód­ca był z nim do końca szczery? Czy plan „W” nie jest już przypadkiem skazany na zagładę, a on sam na zesłanie do prowincjonalnych koszar w Kazachstanie? Wszak Jakowlew był gościem Gorbaczowa wtedy na Kremlu, i to przed Ozierowem. Dlaczego teraz gensek umywał ręce spychając wszelkie decyzje na garstkę ludzi oddanych Ozierowowi, kiedy wie­dział dobrze, że przeciw niemu jest trzy czwarte KGB i ca­ła GRU. Czy naprawdę nie mógł, czy też nie chciał się przeciwstawić grupie wojskowych? I z jakich pobudek to czynił: dlatego, że bał się obalenia tej pierwociny demokracji, jaką tu zaszczepił, czy też dlatego, że zrezygnował z demokracji i przygotowywał się do objęcia dyktatury? Zresztą dla Ozie­rowa pobudki genseka były mniej ważne od faktu, że zosta­wiał swoich dotychczasowych sojuszników na pastwę orto­doksyjnych bojówkarzy z armii i politbiura, i że wśród tych porzuconych znajdował się on, generał pułkownik, dyrektor Pierwszej Dyrekcji Generalnej, tajny doradca do spraw bez­pieczeństwa, Iwan Władimirowicz Ozierow.

Postanowił z całą mocą, że nie pozwoli się pożreć, choć go już na pożarcie, być może, skazano.

*

Agent CIA był pracownikiem pionu radcy handlowego ambasady USA w Warszawie. Przedstawił się jako John Halley. Sam znalazł Walczyka we foyer Sali Kongresowej podczas przerwy koncertu Toshiro Akimoto, młodego japońskiego pia­nisty, jednego ze zwycięzców tegorocznego konkursu Fryde­ryka Chopina. Walczyk był śmiertelnie znużony. Pierwsza część koncertu składała się z utworu na chór Brahmsa, który w wy­konaniu warszawskich filharmoników, zdaniem inspektora, nadawał się bardziej pod kotlet i sznapsa niż na uroczystość pośród karmazynowych pluszów. Wrażenie powiększał pewien rozgardiasz panujący na sali. Wciąż ktoś się jeszcze przemykał i dosiadał, chrząkał, rozglądał się, szeptał. Na szczęście trwa­ło to krótko i już pojawił się drobniutki Akimoto, nie wyż­szy od fortepianu — jak stwierdził Walczyk — ale potrafiący doskonale wyczarować z instrumentu perełki chopinowskiego brzmienia w koncercie f-moll opus 21. Inspektor rzadko by­wał w filharmonii, nie był znawcą, ani nie był szczególnie osłuchany. Same partie fortepianowe i wszelkie skompliko­wane ewolucje muzyczne związane z Chopinem wsączyły mu się jednak głęboko w duszę przez lata ciągłego wałkowania mistrza przez polskie radio i telewizję, i choć brzmiały swoj­sko to nie budziły w nim szczególnych wzruszeń. Japończyk był doskonały, lecz nie porwał go. Gra młodego pianisty spro­wadzała się do biegłości technicznej i schematycznego akade­mizmu. Jak dotychczas tylko jeden raz Walczyk autentycznie przeżywał dzieła mistrza, kiedy nietypowo interpretował je Ivo Pogorelić, wielki przegrany konkursu sprzed paru lat. Tu Walczyk był wzruszony zaledwie przez parę minut słuchając wspaniale delikatnych fraz skrzypiec i żałował, że jest ich tak mało, a fortepian je zagłusza, bądź brutalnie przerywa.

Publiczność Warszawy popisała się prowincjonalizmem — Akimoto bisował siedem razy i tylko dlatego tak mało, że nie miał siły na więcej — odmówił ósmego bisu mimo nie milknących oklasków oraz skandowań. Widać słuchaczom się wydawało, że mają do czynienia z gwiazdą najwyższego świa­towego formatu, a nie początkującym wirtuozem, który wy­grał pierwszy w życiu poważniejszy konkurs organizowany dla pianistycznego narybku.

Walczyk doszedł do wniosku, że albo się nie znają na muzy­ce, albo cena biletu jest za wysoka i czują niedosyt. Dostali za mało za te pieniądze. Walczyk miał nadzieję, że Amerykanin zjawi się właśnie teraz, a nie na koniec całości, bo nie miał ochoty wysłuchiwać symfonii d-moll Francka z równie nie­zliczonymi bisami. I rzeczywiście zjawił się. Miał młodą chło­pięcą twarz, sprawiał wrażenie niezbyt rozgarniętego, poru­szał się niezgrabnie i ciężko, choć na oko nie miał nadwagi. Jakby go z trudem odlano lub ociosano z jakiegoś ciężkiego minerału, pozostawiając zbyt wypukłe wargi, olbrzymie kości policzkowe i przerysowane łuki brwi wystające poza linię nieforemnie sklepionego czoła. Czarne kędziory przydługich włosów, krzywe nogi i kiepskie ubranie wyróżniały go raczej z tłumu, niż weń wtapiały. John Halley doskonale mówił po polsku, bez śladu akcentu. Poprosił o ogień i podał hasło. Walczyk zamiast ognia poczęstował go papierosem, to była cała odpowiedź.

—  Dobry koncert — zauważył Amerykanin z szerokim uśmiechem.

—  Tak, fantastyczny — stwierdził Walczyk z nutą ironii. — Ciekawe, czy jak ten Akimoto zostanie prawdziwą gwiazdą, to będzie musiał bisować siedemdziesiąt siedem razy?

—  Też pan liczył bisy? — Halley zaśmiał się, złapał dow­cip. — Tu ma pan wszystko, co jest interesujące na temat je­go występu — powiedział wręczając Walczykowi program. Walczyk wziął program i uśmiechnął się słabo.

—  Dziękuję w imieniu wszystkich miłośników muzyki po­ważnej z naszej firmy.

—   Są tam też informacje o następnych koncertach… — Halley zamilkł, bo zbliżył się do nich dystyngowany staru­szek i zgasił niedopałek w popielniczce.

—   …Mamy doniesienia, że interesujące nas działania — kontynuował, gdy tamten się oddalił — wkroczyły w decydu­jącą fazę. Lada dzień nastąpi przełom. I jeszcze coś… — Amerykanin zatrzymał Walczyka widząc, że zamierza odejść i zni­żył głos. — Szykuje się duży przerzut złota albo diamentów do waszego kraju. Tym razem to nie tranzyt. Stacja docelowa Warszawa. Nadawca Moskwa. Przesiadka w Wilnie, Mówi się, że to fundusze operacyjne pewnej utajnionej struktury dzia­łającej na styku Kolegium i Sztabu Armii.

—  To fantastyczne! — Walk był autentycznie zaskoczony precyzją i skalą wiadomości posiadanych przez amerykański wywiad.

—  Ja też tak sądzę. Nie przypuszczałem, że w Warszawie działa tak operatywny gang. Oczywiście partyjny gang, wspomagany po partyjnej linii z Moskwy. A pan?

Inspektor pokręcił przecząco głową.

Zadzwonił dzwonek i Halley poszedł na salę, zaś Walczyk skierował się do szatni.

Inspektor był niezadowolony ze swojego poloneza. Za bar­dzo rzucał się w oczy. Jechał za Rusinkiem od samego Intraco. Mężczyzna w fioletowym podkoszulku pod szarą mary­narką (co za fatalne przyzwyczajenie!) wsiadł do granatowego volvo i kierował się chyba poza miasto. Walk miał go na ce­lowniku od tygodnia. W tłoku śródmiejskim łatwo się było jakoś ukryć, ale gdyby wyjechali na szosę, śledzenie Rusinka stałoby się skomplikowane, nawet przy jego zawodowej klasie, niemożliwe.

Równolegle do „prywatnego” śledztwa postępowały dzia­łania związane z informacją Halleya. Dyrektor BAI powie­rzył tę sprawę Walczykowi, delegując drugiego inspektora wy­działu śledczego Klempicza do obserwacji poczynań zwolnio­nych z pracy w SB oficerów zarówno wyższych, jak i niższych rangą, a związanych z wywiadem, kontrwywiadem, „trójką” i „czwórką”. Walk od razu polecił dostarczyć sobie wykaz ewentualnych podejrzanych, którzy mogliby być w Warsza­wie odbiorcami dużych ilości złota lub diamentów. Nie dziwi­ło go, że taki gang się uformował, jak na razie wolny rynek w Polsce był bowiem rynkiem pośredników a pośrednictwo jubilerskie to najbardziej zyskowny rodzaj operacji handlo­wych. Pytanie na co miały iść pieniądze z tego obrotu złotem i diamentami. Było tam blisko kilku do niedawna towarzyszy partyjnych z PZPR i kilku ludzi z WSI, i paru Esbeków. Czy to tajny fundusz nowej Socjaldemokracji, czy może kapitał zakładowy kilku nowych spółek młodego żarłocznego, mieszanego polsko-ruskiego kapitalizmu po czerwonej linii. Z dostarczonego przez Halleya programu „koncertu” Walczyk wyczytał, że wysoko zakonspirowany agent amerykań­ski o kryptonimie Zachary przekazał z Moskwy wiadomość o ostrej konfrontacji wewnętrznej w KGB i armii, podziałach w politbiurze, planowanej kontrofensywie przeciw Gorbaczowowi i uruchomieniu podwójnej operacji mającej na celu wpłynąć na kształt wyborów prezydenckich, a w drugiej fa­zie parlamentarnych, w Polsce. Poinformował też o pogłos­kach, że stanowisko Moskwy w sprawie wycofania wojsk so­wieckich znad Wisły ulegnie usztywnieniu i proces zostanie zamrożony. Pojawiają się też publicznie głosy, że ZSRR nie stać na zasilanie w ropę i gaz byłych satelitów w sytuacji, kiedy na wewnętrznym rynku brakuje paliw i energii. Chyba, że po nowych kapitalistycznych cenach, dziesięć razy drożej. We­dług ustaleń agenta poglądy tego typu są rozpowszechniane ze źródeł zbliżonych do kół wojskowych.

Trzeba było przyznać, że CIA doskonale wywiązywała się jak na razie z nieformalnej umowy o wzajemnym dostarcza­niu danych, a ich Zachary był rzeczywistym skarbem. UOP przydałby się ktoś taki w Moskwie, ale Kreml zrobił się ostrożny. Od piętnastego sierpnia nawet ci pracownicy amba­sady polskiej, którzy do wczoraj byli zagorzałymi popleczni­kami Moskwy i najbardziej służalczymi wasalami, tak że w końcu placówka na wschodzie stała się dla nich praktycznie rodzajem politycznego azylu, od tej daty nie byli dopuszcza­ni do żadnych ważniejszych źródeł informacji. Urząd wnios­kował pośrednio, między innymi i z tej przesłanki, że szyku­je się coś dziwnego, być może wrogiego wobec Polski, ale poza tym wywiad był bezradny.

Volvo Rusinka zasygnalizowało nagle skręt w prawo i zje­chało na chodnik. Walczyk przejechał obok i zaparkował o kilka wozów dalej. Obejrzał się do tyłu. Potężny zabijaka wszedł właśnie do gabinetu kosmetycznego ORNO. „Masaż czy mani­cure?”, zastanawiał się inspektor. „Czy może skrzynka kon­taktowa”. Pozostawało czekać cierpliwie.

Kolejne trzecie zebranie Grupy Antykryzysowej, powoła­nej przez dyrektora Biura Analiz i Informacji na polecenie ministra spraw wewnętrznych odbyło się wczoraj w nocy, w prywatnej willi pod Warszawą, niedaleko rządowego ośrod­ka w Jadwisinie. Grupa miała wciąż niepełny skład. Do dwóch pracowników kontrwywiadu pułkowników Kotlara i Łepkowskiego zasłużonych w ujawnionej, choć nie dokończo­nej pełnym sukcesem, sprawie „Bankiera”, oraz dwóch logistów z Biura Analiz dołączył major Paliszewski z wywiadu, major Głownia — szef sekcji specjalnej, inspektor Klempicz z Wydziału Śledczego i oczywiście z tego samego wydziału Walczyk. Każdemu z wymienionych miały podlegać ponadto od­powiednie sekcje pionów „W” i „T”. Brakowało jednego z oficerów wywiadu, który miał podobno uporządkować swo­je sprawy i niebawem dołączyć do pozostałych. Walczyk podej­rzewał, że wynikły jakieś kontrowersje wokół kandydatury drugiego oficera z „jedynki” i stąd zwłoka.

Dopiero wczoraj przedstawiono im pełny raport o sytuacji oraz poinformowano o szczegółach akcji, w której biorą udział. W skromnym pokoju bawialnym willi po wykładzie Roberta Szklorza zapadło pełne napięcia milczenie. Walczyk, podobnie jak inni, był przygotowany na podobny rozwój wy­padków, jednakże spodziewał się kontrataku komunistów później, na wiosnę 1991 roku. Sądził również, że KGB nie zdo­ła się zmobilizować wcześniej niż upora się z wewnętrznymi kłopotami w ZSRR, których przecież mieli teraz w nadmia­rze. Widać tamci uznali Polskę za ważne ogniwo, mające wielki wpływ na rozwój wypadków międzynarodowych i we­wnętrznych w ZSRR. „Cóż, trzeba będzie stawić im czoła!”, pomyślał. „Nie jest dobrze w Urzędzie, skoro jestem tu ja ściągnięty z Krakowa, Kotlar z Gdańska, Paliszewski ściąg­nięty pospiesznie z Wrocławia, logista Bender wyrwany z urlo­pu na Majorce, a całą grupą kieruje Robert Szklorz. Wrażenie inspektora pogłębiło się, kiedy Szklorz poinformował ich o propozycji wykorzystania półamatorów z PW do akcji bez­pośredniej, przejęcia dokumentów od Ukraińców.

Łącznikiem miał być człowiek wyznaczony przez Marcina Korcza, co prawda były policjant, spadochroniarz, a potem ochroniarz samego Przewodniczącego (dopóki się nie poprztykał z szefem ochrony najważniejszej wtedy osoby prywatnej w całym obozie socjalistycznym), ale jednak nie mający do­świadczenia wywiadowczego, po prostu żaden agent.

Oznaczono go kryptonimem B. B. Miał do spełnienia ogra­niczone zadanie: odbiór dokumentów w Wilnie i przekaza­nie ich w Leningradzie dyplomacie podróżującemu ze Sztokholmu i Helsinek do Moskwy. Zdaniem Walczyka pomysł, by mikrofilm wrócił do Moskwy i stamtąd wyleciał do Warsza­wy z normalną pocztą dyplomatyczną, był sprytny. Szmuglowanie go przez przejścia samochodowe czy kolejowe było niepotrzebnym ryzykiem. Tylko poczta dyplomatyczna z Mos­kwy miała zagwarantowaną stuprocentową nietykalność.

Walczyk od początku wiedział, że przydzielono go do zadań na miejscu, toteż nie poświęcał temu wątkowi większej uwa­gi. Dotarło do niego jedynie, że wystawiając B. B. jako akty­wistę Partii Walki Marcina Korcza rząd będzie miał pole manewru i w razie czego oficjalnie zaprzeczy jakimkolwiek swoim powiązaniom ze sprawą.

Dużo bardziej zajmowała go sprawa diamentów i jej związek z kampanią wyborczą oraz ewentualną akcją KGB na terenie Polski, w ogóle kwestia nielegalnego finansowania partii z zagranicy wschodniej, a także ewentualny związek z tymi dwo­ma sprawami zabójstwa Zuzanny Grabież w Krakowie, która być może natrafiła na jakieś aktualne ślady w tej właśnie materii.

Narada trwała prawie do rana i każdy z nich wyjechał z Jadwisina z gotowym planem operacyjnym. Zabezpiecze­niem operacji wileńskiej miał się zająć pułkownik, którego się dokooptuje i to był jedyny nie do końca załatwiony punkt programu.

Walczyk dowlókł się do hotelu wyczerpany, zdrzemnął się na dwie godziny, o siódmej rano wziął prysznic, wypił podwój­ną kawę i zaraz wydał polecenie, które miał od dawna na myśli. Pod „Sezamem” ustawił dwóch wywiadowców, którzy mieli fotografować wszystko i wszystkich przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, a kiedy tylko pojawi się Rusinek, zaraz zawiadomić o tym Walczyka.

Była środa i od rana inspektor rzucił się w wir pracy rozsyłając ludzi, by węszyli po mieście, rozpytywali się wśród swoich informatorów, zachowując najdalej posuniętą ostroż­ność, o ewentualnych odbiorców złota lub diamentów. Sam zastanawiał się nad problemem, kto z dostarczonej mu przez ich człowieka w komendzie policji listy, mógłby najbardziej pasować na bossa tak kolosalnego przedsięwzięcia. Niewyklu­czone, że go na liście nie było. O dziewiątej przyszli mu do głowy fałszerze dokumentów i ten trop również polecił spraw­dzić swojemu asystentowi. Ktoś pewnie wyrabiał ostatnio fał­szywe papiery na Wschód. Sprawdził też czy nie ma jakiejś wiadomości od podkomisarza Sędzikowicza z Krakowa, ale nie było. Wyciągnął więc kartoteki osób umieszczonych na liś­cie i zapoznał się z nimi wszystkimi szczegółowo. Z akt pa­trzyły na niego dziesiątki kaprawych gąb dawnych waluciarzy, nielegalnych handlarzy, przemytników, paserów, oszus­tów, sutenerów i złodziei, którzy w ostatnich czasach wyro­śli na osoby podejrzane o prowadzenie zorganizowanej dzia­łalności przestępczej na większą skalę.

O jedenastej zawiadomiono go, że podejrzany Rusinek wszedł do biura „Sezam”. Walczyk natychmiast tam pojechał. I oto teraz śledzony przez niego morderca wychodził wreszcie z gabinetu odnowy ORNO i wsiadał do swojego samo­chodu.

Jechali ulicą Puławską. Walczyk sprytnie lawirował po trzypasmowej jezdni, nie wypuszczając spod kontroli szybko ja­dącego volvo. Nie dysponował tyloma ludźmi, by móc przydzielić Rusinkowi osobistego anioła stróża — ta część jego działań wykraczała w zasadzie poza zakres prac GA i już po­stawienie pod Sezamem dwóch ludzi mogło zostać uznane za nadużycie prerogatyw. Dyrektor UOP i szef GA Szklorz zostali poinformowani, czym Walczyk się zajmował w Krako­wie, i że główny trop wiedzie do Warszawy, ale Walczyk nie zagłębiał się w szczegóły, bowiem w raporcie, choć nie po­minął nalotu na swoje mieszkanie, musiał. zataić przebieg spotkania z Rzeźnikiem.

Walk uruchomił radio i połączył się z biurem.

—  Sprawdźcie, czym się obecnie zajmuje spółka detek­tywistyczna „Sezam”. Jakie mają otwarte zlecenia?

— Rutynowo?

— Tak, ale dyskretnie. Najlepiej niech tam idzie Jowgiłło. Jest tam gdzieś?

—  Jestem panie inspektorze — odezwał się jego asystent.

—  Ozłocę cię, jeżeli ustalisz, kto jest przydzielony do ja­kiego zadania.

—  Postaram się, ale od złota wolę butelkę dobrego ko­niaku.

—  Masz ją — stwierdził z zadowoleniem Walczyk. — Tylko ich nie spłosz.

—  Zrozumiałem. Koniec. — Radio miauknęło i wyłączył się.

Tymczasem mijali właśnie pokraczną konstrukcję zanied­banej skoczni narciarskiej na igelicie wyrosłej na tej nizinie w czasach, gdy nieomylnym przywódcom narodu wydawało się, że wszystko im się uda przenieść do stolicy łącznie z Wa­welem i Tatrami. Zbliżali się do skrzyżowania z Wilanowską i aleją Niepodległości. Walczyk zastanawiał się czy volvo skręci teraz, czy też pojedzie prosto. Na wszelki wypadek przyspieszył, żeby nie zostać za bardzo z tyłu. Każde świat­ła mogły być groźne. Z jednej strony przytrzymywały szyb­ki wóz Rusinka, z drugiej uwidaczniały ciągnącego się za nim stale o jakieś dwa, trzy samochody czerwonego polone­za. Tamten wybrał kierunek dotychczasowy, ale już kawa­łek za skrzyżowaniem niespodziewanie skręcił w prawo. „Wyścigi?” pomyślał Walczyk i uświadomił sobie od razu, że środa to dzień gonitw. Podczas gdy Rusinek podjechał pra­wie pod główną bramę, Walczyk zaparkował na samym skraju rozległego terenu i dalej poszedł piechotą.

Dobra pogoda ściągnęła sporą widownię na dzisiejsze wy­ścigi. Walczyk kupił bilet i z programem w ręku skierował się do kas, gdzie spostrzegł cierpliwie studiującego pierwszą go­nitwę byłego ubeka. Z daleka obserwował spokojne, flegmatyczne ruchy tamtego, zdecydowany chód, wyprostowaną sylwetkę. Bez trudu rozpoznawał w nim zawodowca, ale nie bardzo docierał do niego fakt, że ten człowiek ma na swym koncie tyle fachowych zabójstw. Karat. Dlaczego Karat? Do­brze opanował tę dziedzinę sztuki walki? Inspektor postano­wił (zaraz jak tylko będzie mógł) przesłać do Krakowa ryso­pis Rusinka i poprosić Sędzikowicza, żeby sprawdził wszystkie krakowskie szkoły sztuki walk Wschodu. Dobre miejsce kon­taktowe dla kogoś takiego. Mógł się tam zahaczyć jako in­struktor, a wtedy któryś z jego „uczniów” mógłby być tym drugim, małym, sprawnym o dłoniach poruszających się tak szybko jak śmigła helikoptera i nie mniej twardych niż stal.

Rusinek oderwał się od pulpitu i podszedł do kasy, wyjmując z kieszeni szarych spodni z nienagannym kantem gruby portfel wypchany pięćdziesiątkami i setkami. „Nie musi oszczędzać”, pomyślał Walk. — „Grywa regularnie czy ma takie wysokie honoraria?! Raczej to drugie”. Walk rzu­cił okiem na program, na chybił trafił wybrał dwa konie i stanął w kolejce za zabójcą. Trochę sobie wyrzucał ten szus, powinien się był trzymać bardziej z daleka. Karat kupił trzydzieści razy kolejność 5—7. Dziwne było stać za pleca­mi mordercy, mieć go na wyciągnięcie dłoni, a do tego kaj­danki w kieszeni, mieć duży stopień pewności, że to on bru­talnie skopał po brzuchu tamtą młodą kobietę, a następnie zacisnął pętlę na jej szyi, stać tuż za tym olbrzymem, wpa­trywać się w jego pulsujące pod szarą marynarką mięśnie, w gruby czerwony kark i nie móc go tknąć palcem, obcho­dzić jak zgniłe jajo, czaić się, kamuflować, podczas gdy miałoby się ochotę natychmiast własnoręcznie wymierzyć spra­wiedliwość. Ale wiedzieć, a udowodnić coś, to wielka różnica.

—  Słucham pana? — powtórzyła po raz drugi kasjerka. Koniecznie  powinien    powściągnąć nerwy.  Niecierpliwość i porywczość to dwaj najwięksi przeciwnicy każdego śled­czego. — Słucham pana?!!!

—  Pięć razy to samo co ten gość przede mną   —   rzucił w końcu.

Karat pakujący plik zakładów do kieszeni obejrzał się i obrzucił go leniwym, taksującym spojrzeniem, a potem po­częstował ironicznym uśmieszkiem znawcy, co odkrył nowi­cjusza. Odwrócił się na pięcie i pożeglował lekko kołyszącym się krokiem na trybuny. Rozległ się dzwonek. Za chwilę zamkną kasy. Walczyk złapał swoje kupony i z wolna ruszył za mordercą.

Stawro nie lubił spotkań w eksponowanych miejscach. Właśnie zaczęła się gonitwa na 2400 metrów dla trzylatków angielskiej krwi. Przyszedł tu z Danką. W końcu były to ich ostatnie trzy dni, a wszystko co miał do załatwienia to wrę­czyć Karatowi kopertę z nowymi dokumentami i biletem. Danka wyglądała prześlicznie i przez cały czas siłą się po­wstrzymywał, żeby jej nie obejmować. Rozbudzała w nim niezmiennie mrocznego samca skuczącego z pożądania. Lubił to uczucie — wzburzona krew — podobnie jak w tych krót­kich chwilach, kiedy z bakiem pełnym beznedryny albo płótnem w podwójnym dnie walizki przekraczał barierkę na cle. Nie potrafił żyć słabo. Jego natura domagała się zawsze silnych bodźców, a z biegiem czasu musiały się one stawać coraz mocniejsze, by wywołać ten sam efekt. Zupełnie jak z heroiną albo innym narkotykiem.

Bomba już poszła w górę, kiedy poczuł, że obok siada ktoś zwalisty, rzucający potężny cień. Gonitwa miała zaska­kujący przebieg. Numer trzy, Amor, piękny kasztan o łabę­dziej szyi, prowadził aż do ostatniej prostej. Wygrał w tym roku wszystkie swoje starty i był pewniakiem. Na sto me­trów przed metą wciąż był jeszcze o dwie głowy przed ści­gającą go parą czarnych jak smoła derbistów ze stadniny w Golejewku, Cezarem i Piłatem oznaczonych numerami „7″ i „5″. Mały jak pchełka dżokej Bujdens w kraciastej koszuli dwoił się i troił, ale na celowniku piątka wzięła go o łeb, a po chwili niepewności fotokomórka ustaliła, że drugi był Cezar, numer siedem. Lewatywa dał Dance drugą setkę, żeby postawi­ła na kolejną gonitwę.

Walczyk obserwował z zainteresowaniem Rusinka, który mimo że wygrał kupę forsy, wcale nie zrywał się i nie biegał do kasy tylko siedział nadal nieruchomo. Piękna dziewczyna w białej plisowanej spódniczce będąca tu najwyraźniej z sąsiadem tam­tego dostała pieniądze i ruszyła do kasy. Walczyk natężył uwagę, by nie uronić teraz najmniejszego szczegółu. Młody człowiek o jasnych włosach siedzący obok Karata dyskretnie podał mu kopertę. Rusinek schował ją do kieszeni. Nic więcej, nie wy­mienili nawet jednego zdawkowego zdania. Dopiero teraz właściciel fioletowego podkoszulka podniósł się i niespiesznie skiero­wał do wnętrza budynku. Tamten został na swoim miejscu. Ża­łował, że jest sam, że nie ma przy sobie aparatu fotograficzne­go a radio zostało w samochodzie.

— Co tu jest grane? — zastanawiał się wstając. — Czy to wszystko jakoś się w końcu splecie czy też rozstrzeli w wielu niespójnych kierunkach?

Była szansa, aby zaopiekować się obydwoma pod warunkiem, że natychmiast nie prysną. Tamten na pewno posiedzi jeszcze jedną gonitwę, a za Rusinkiem może posłać jednego z chłopców czatujących w Intraco. Zdecydował się i szybkim krokiem ru­szył do swojego samochodu. Musiał wiedzieć kim jest ten drugi.

*

Tego samego dnia w Moskwie generał Ozierow otrzymał teleks od porucznika Rudina z Kijowa, że nastąpił kontakt Grynia z Hunzą. Nakazał nie spuszczać komandosa z oka ani przez chwilę. Pudełko miało być zatrzaśnięte na amen i dokładnie niewidzialne. Gra znowu nabierała tempa i zbliżał się ostatni akord. Ozierow czuł, że przez najbliższe noce będzie niewiele spał.

Seria z lewej strony przecięła drzwi ciężarówki. Kierowca dostał! Osunął się bezwładnie na kółko z opuszczoną ku podło­dze ręką, po której w ułamkach sekund spłynęła struga krwi.  Auto zatańczyło ze świstem opon skręcając ku poboczu. Jechało z szybkością około sześćdziesięciu kilometrów na godzinę, kiedy Borys skulił się, uchylił drzwiczki i osłaniając zgiętym przedra­mieniem głowę rzucił się w ciemność. W locie usłyszał drugą serię bębniącą po blachach i brzęk tłuczonego szkła. Przetoczył się kilkanaście razy i odwrócił na wznak. Na szczęście nie trafił na żaden kamień, bo jego kości by tego nie wytrzymały. Przez uderzenie na moment stracił dech i zrobiło mu się ciemno przed oczami. Przestraszył się, że nie zdoła złapać powietrza, którego zaczynało mu panicznie brakować. Wpadł w łan żyta ciągnący się wzdłuż szosy na Homel już od jakichś pięciu kilometrów. Rzadka kołchozowa uprawa tutaj dość dobrze obrodziła, zboże było na tyle gęste i puszyste, że wystarczająco zamortyzowało upadek. Uniósł się na klęczki i dopiero wtedy nastąpił rozkurcz. Oddychał. Ciężarówka toczyła się jak pijana coraz bardziej zba­czając z trasy, podskakiwała na wybojach przechylając się w bok jak ranne zwierzę. Rozklekotana, siała reflektorami w bezkres­ne łany wciąż pędząc na oślep — podrygująca, wymarła łajba na oceanie z żółtoszarych fal. W tym momencie usłyszał, że z lewej ktoś błyskawicznie przedziera się przez niskie przydrożne krzewy porastające z rzadka przeciwległy brzeg szosy. Zaraz potem zobaczył czarny przysadzisty cień w furażerce wydoby­wający się z niebytu na asfaltową powierzchnię, monstrualnie złowieszczy na tle rozgwieżdżonego nieba. Mężczyzna zrobił kilka kroków jakby zamierzał dopędzić umykającą ciężarówkę, która otarła się o betonowy słup na poboczu i jak kula bilardo­wa pchnięta tym słabym impulsem w kierunku środka jezdni toczyła się dalej z martwym kierowcą w kabinie. Bieg napastni­ka był ciężki, jako że dźwigał krótką rurę o kilkunastocenty­metrowej średnicy, którą Gryń rozpoznał od razu. Mężczyzna przyklęknął, wycelował i pociągnął za spust. Pocisk rakietowy runął za uciekinierką z nieprzyjemnym świstem.

Huk detonacji i błysk musiały być zauważalne w promieniu wielu kilometrów. Z ciężarówki buchnęły płomienie — pod postacią chmury czarnego dymu z płonących olejów i gumy uleciała z niej resztka życia — stała się tylko kupą nierucho­mego, bezwartościowego złomu.

Z daleka, widoczny jako dwa białe punkciki nadjeżdżał ja­kiś samochód. Mężczyzna zauważył go i skręcił z szosy ponownie w krzaki. Zapadła wiercąca w uszach cisza przerywana tyl­ko skwierczeniem dopalającego się wraka.

Po chwili blisko płonącej ciężarówki zatrzymała się czarna wołga i wyskoczyło z niej dwóch mężczyzn. Osłaniając się od ognia marynarkami i kapeluszami próbowali zajrzeć do kabiny.

—  Zabili go? — krzyknął jeden.

—  Cholera wie! Tam chyba jest ciało?!

—  Coś tam jest. Ciało? Ciało. Chyba dwa.

—  Jesteś pewien Rudin?!

—  Nie wiem. Tak.

Mężczyźni cofnęli się i zamarli jakby ich zahipnotyzowało to wielkie ognisko a skonstatowany przed chwilą fakt pozbawił sił. To był dobry moment. Borys Gryń, albo jak wolał Dżiryt, zrozumiał, że jeśli ma jakąkolwiek szansę uciec, to właśnie te­raz. Człowiek, który strzelał, jest odgrodzony od niego przez tych, którzy stoją na szosie. Ci, którzy stoją, nie mają zamiaru go zabijać, są zmartwieni. Widział ich ostre profile pogłębione kontrastem ognia i nocy. Ten, który z opuszczonymi ramionami niedowierzająco kręcił głową był chyba bliski płaczu — jakby mu umarła ukochana, a nie spaliła się jakaś obca, bezosobowa ciężarówka. Miał charakterystycznie cofnięty podbródek, czar­ne, krótkie włosy i ormiański nos z garbkiem.

Borys poderwał się znienacka i ruszył kłusem w pole. Po­suwając się szerokimi zakosami szybko oddalił się od szosy. Wiedział, że go zauważyli, że wpatrują się teraz w ciemność nasłuchując, że jego umykająca sylwetka jest zapewne widzial­na dzięki blaskowi bijącemu od wraka. Jednak za chwilę i tak spostrzegliby swój błąd i zaczęli szukać drugiego ciała, a wtedy byłoby za późno. Rozległ się znowu grzechot karabinu maszy­nowego i niemal równocześnie kule zaświstały obok Dżiryta znacząc ciemność świetlistymi smugami żaru; jakby ktoś z pręd­kością dźwięku wyrzucał niedopałki papierosów w żyto, jeden po drugim. Obejrzał się w chwili kiedy tamci dwaj z szosy sku­leni padali w rów. Pomyślał, że nie żyją, ale nie do nich strze­lano tylko do niego. Był widać ważniejszy. Zaraz zresztą rozle­gły się pojedyncze wystrzały pistoletowe. Gryń pędził jak osza­lały, byle dalej od tego miejsca. Na szosie tymczasem rozgorzała regularna bitwa. Kanonada niosła się po pustych, ciemnych po­lach kołchozu. W promieniu piętnastu kilometrów nie było żad­nej zagrody. Jeszcze dalej na południowy wschód ciągnęła się zaś zupełnie nie zamieszkana, całkiem martwa strefa: zona Czarnobyla — Kanał Ukrainy i Białorusi wypalony udarem atomo­wym przez lekkomyślnych władców tej ziemi, bezdusznych biu­rokratów z Kijowa i Kremla, co nie kiwnęli palcem by zapobiec budowie tej bomby jądrowej zwanej atomową elektrownią, i potem nie kiwnęli palcem by uchronić ludzi przed skutkami wybuchu. Ich oportunizm i służalstwo kosztowały dziesiątki za­bitych i setki prawie zabitych choć wciąż jeszcze żywych. Zie­mia leżała martwa, tylko oni ciągle nie byli martwi. Gdzieś tam, daleko, w Moskwie, w Nowosybirsku czy Semipałatyńsku, albo diabli wiedzą gdzie jeszcze, cieszyli się dobrym zdrowiem i try­skali jeszcze lepszym samopoczuciem niż dawniej. I szykowali nowe plagi tej martwej ziemi!

Borys Gryń ściskając w kieszeni mikrofilm pędził, aż cał­kiem stracił siły. Nie wiedział ile kilometrów biegł. Aż całkiem nie ucichły odgłosy kanonady. Chcieli go zabić. To nie ulegało wątpliwości. Nie udało się.

— Szcze nie wmierła Ukraina… — wyszeptał i padł twarzą w zboże. Nie umarł, żył dalej i zbierał siły do dalszego biegu.

*

Niedziela zaobfitowała niesłychaną kondensacją wydarzeń. Dla Walczyka miał to być jeszcze jeden zwykły dzień pracy. Grupa antykryzysowa nie miała niedziel. W laboratorium wywoływa­no kolejne filmy z obserwacji „Sezamu” i inspektor już od siódmej rano, jak codziennie, szturmował ich telefonami. Rusinek pracował oficjalnie dla spółki kantorowo-handlowej „Denar” w charakterze eskorty. Człowiek, który dał mu ko­pertę, został sfotografowany jeszcze tego samego wieczora, we środę, gdy żegnał się ze swoją flamą na Marszałkowskiej. Sam udał się wtedy na Belgijską, gdzie najwyraźniej mieszkał. Walczyk obserwował mieszkanie do północy, aż wreszcie zgasło świa­tło. W spisie lokatorów znalazł nazwisko Niedzielski. Na noc zostawił pod domem wywiadowcę. W kartotekach nie było żadnego Niedzielskiego zameldowanego na Belgijskiej. Walk kazał się budzić w każdej chwili, gdyby obserwowany wykonał jakiś podejrzany ruch. Rusinek obstawiony już teraz przez trójkę wywiadowców udał się na Mariensztat, pod numer czwarty, do swego mieszkania i nie opuszczał go więcej tego dnia. Granatowe volvo stało przed domem.

Noc przebiegała spokojnie, podobnie jak czwartek i piątek a także sobota, które nie przyniosły nic nowego, niestety także w głównej, diamentowej części śledztwa o wiele ważniejszej z punktu widzenia GA.

Kiedy Walczyk brał prysznic, zadzwonił telefon. Oficer dyżur­ny przekazał mu wiadomość od Jowgiłły, że Niedzielski jest in­żynierem budowlanym przebywającym od trzech lat na kontrakcie w Algierii. W jego mieszkaniu nikt nie został zameldo­wany. Walczyk pomyślał, że mieszkanie zostało wynajęte obecne­mu lokatorowi z pominięciem oficjalnej drogi przez spółdzielnię dla uniknięcia korowodów i podatków, co było nagminną prak­tyką w całym kraju. Spisali umowę, forsa z rączki do rączki i po wszystkim. Walczyk był pewien, że mężczyzna z Belgijskiej jest ważnym ogniwem w sprawie. Coś kombinował z Rusinkiem. Co robił? Gdzie pracował? Co znajdowało się w kopercie? Jeżeli był zawodowcem jak tamten, to brak zameldowania byłby dla niego nie wygodny. Kim był? Na pewno nie aktualnym pracow­nikiem jakiegokolwiek pionu UOP ani policji. Mógł jednak być wywiadowcą SB, którego akta zniknęły. To było prawdopodob­ne. Spotkanie na Służewcu miało typowy dla utajnionych kon­taktów przebieg. Żaden z nich nie musiał nic mówić. Wpierw dyskretne oddalenie dziewczyny, potem koperta i wszystko by­ło jasne… Dziewczyna? Coś sobie uświadomił, drobne przeocze­nie, jej mieszkanie na Marszałkowskiej.

—  Sprawdźcie do kogo należy lokal jego dziewczyny. Masz dokładny adres?

—  Tak jest. – Walczyk odłożył słuchawkę i intensywnie rozwa­żając różne warianty wrócił pod prysznic.

W godzinę później, po skromnym śniadaniu w restauracji „Metropolu” — hotelu przylepionego do „Polonii” trochę no­wszą fasadą wychodzącą nie na Jerozolimskie, ale na Marszał­kowską i połączonego z jego hotelem wewnętrznymi przejścia­mi, Walk wsiadł w samochód i pojechał na Rakowiecką.

Na pliku zdjęć z trzech poprzednich dni wręczonych mu przez analityka zakreślono jedną twarz.

Wspólny analityk wydziału kryminalnego Komen­dy Głównej Policji i UOP pracował tutaj od po­nad trzydziestu lat. Ten siwiuteńki staruszek był ży­wą encyklopedią przestępców. Wystarczyło dać nawet nie­wyraźne zdjęcie zrobione z ukrytej kamery nocą i często już na tej podstawie identyfikował bandytę. Na szczęście nikomu nie przyszło do głowy wyrzucać go stąd w ramach nowych porząd­ków i pracował dalej choć miał prawo już dawno odejść na eme­ryturę. Otrzymał zdjęcie od fotografa czterdzieści minut wcze­śniej a teraz trzymał już w ręku kartotekę. Osobą odwiedzają­cą „Sezam” wczoraj o godzinie 9.35 był niejaki Mikołaj Pałka.

—  Kierowca Barabasza z Pruszkowa — powiedział.

—  Barabasza?

—  Piotr Drygała, numer cztery na pańskiej liście. Po znik­nięciu Jeziornego wyrasta na istnego rekina.

—  Jeziornego?

—  Gdzie pan żyje?! — staruszek  pokiwał z politowaniem głową. — Tego od kantorów co wyparował z kilkoma milionami dolarów w RFN. Rok temu podejrzewano, że jest zamieszany w przemyt brylantów z Rosji. Miał je niby przerzucać na Zachód, takie pośrednictwo, żadnych dowodów. W śledztwo wmieszał się kontrwywiad i wtedy delikwent zniknął. Chyba zwiał. Sprawę prowadził pułkownik Kotlar.

—  Kotlar? — zdziwił się Walk. — Dziękuję panu.

Chyba szukał czegoś innego a znalazł co innego! Czyżby trybiki zaczęły się zazębiać? Co miał wspólnego „Sezam” z Dryga­łą, Drygała z Jeziornym, brylanty z diamentami, Rusinek z nieznajomym z Belgijskiej, a krakowska dziennikarka z tym wszystkim? W takie zbiegi okoliczności Walczyk nie wierzył od dzieciństwa. Popędził do biura, gdzie czekał już na niego przy­dzielony mu aspirant Jowgiłło, kompletny żółtodziób wprost ze szkółki, energiczny chłopak z Sejn, po ojcu pół-Litwin o rudych jak płomień włosach, pasujących bardziej do Irlandczyka. Nie był doświadczony, ale energiczny i chętny, wystarczająco inteli­gentny, żeby się nim czasami wyręczyć. Zdążył już przeprowa­dzić wywiad środowiskowy na Marszałkowskiej, to znaczy pogadać z dozorcą wieżowca. Co prawda nikt się tu nikim nie in­teresował, a dozorca nie interesował się nawet kawałkiem chodnika jaki miał do posprzątania, ale właściciela mieszkania numer 265 pamiętał akurat doskonale. Rysopis się zgadzał. Fa­cet miał bielusieńką jak śnieg corollę, dbał o nią i pozwalał do­zorcy regularnie myć za parę groszy, w sam raz na butelkę najtańszej wódki, bez której cieć nie umiał żyć. Trwało to dokład­nie od czasu kiedy „pan Roman” kupił tu sobie mieszkanie.

—  Więc jak się w końcu ten facet nazywa?! — nie wytrzymał Walczyk.

—  Roman Stawro. Nie notowany — zakończył przydługą re­lację Jowgiłło.

—  Wywiadowca ze starego portfela?

— Raczej nie. Jeżeli, to do tego stopnia tajny, że wszystko po nim zaginęło, nawet pamięć ludzka.

—  Sprawdzałeś? Dokładnie?… Z kim mówiłeś?!

Ojej, panie inspektorze — zniecierpliwił się aspirant. — Z Mrówczykiem.

—  No tak. Jak on nie słyszał to nikt nie wie. Masz jego da­ne? Obrażony Jowgiłło podał mu kartkę, wyciąg z ksiąg mel­dunkowych. Ostatnio wielu ludzi miało Walczyka dość.

—  Dwa mieszkania — myślał Walczyk. — W jednym miesz­ka z dziewczyną. Drugie wynajął, żeby być sam, gdy to ko­nieczne. Od trzech dni tam właśnie sypiał. Przygotowanie do akcji?… Lat 32, rozwiedziony, jednego  dziecko, chłopiec lat sześć, Maciej…

Inspektor nie tracił czasu na zbędne rozważania. Zajął się raportami innych wywiadowców. Niestety, cała reszta pionu jakby dreptała w miejscu przed niewidzialnym murem. Żadnych wiadomości na temat paszportów, zaproszeń, wiz, szmuglu złota, kamieni szlachetnych czy broni. Kompletnie nic. Porozumiał się z inspektorem Klempiczem. Stamtąd także nie napłynęły żadne nowe fakty mogące ujawnić powiązania byłych ofi­cerów z jego częścią śledztwa. Obserwacja prowadzona przez ekipę Klempicza może potrwać miesiąc i więcej i przyniesie coś albo nic. Przedwczoraj odbił notatki Grabież na ksero i dał specjalistom od szyfrów, żeby spróbowali zmontować jakiś program i złamać tekst.

Tych też poganiał, ślęczeli prawie nie wychodząc do domu i mieli inspektora powyżej uszu. Ludzie usuwali mu się z drogi. Nerwy miał napięte jak postronki i łatwo wybuchał. Dosłownie warczał, kiedy ktoś z czymś nie zdążył na czas, albo wchodził mu w paradę. Dzisiejsza informacja analityka o kierowcy Dry­gały i o samym Drygale-Barabaszu była najcenniejszą zdobyczą całego zespołu. Chyba dlatego Walczyk uczepił się jej jak rzep. Wpił się wszystkimi pazurami w ten strzępek podejrzeń, jak po­rzucony kochanek wpija się w strzęp ciśniętego na odczepne współczucia. Ślad, którego być może nie ma. Jowgiłło wyszedł. Walk pomyślał, że to dziwne — Rusinek zatrudniony jako eskorta niczego jakoś ostatnio nie eskortował.

Przez cały czas Walczyk intensywnie spodziewał się także ko­lejnego zamachu na swoją osobę. Ciągle zwlekał z przeniesie­niem się z hotelu, choć proponowano mu przeprowadzkę do jed­nego z mieszkań operacyjnych. Tamci na pewno orientowali się, gdzie go szukać. A jednak ucichli. Dlaczego?! — pytał sam sie­bie i nie znajdował zadowalającej odpowiedzi. Przez chwilę, gdy myślał o Krakowie mignęła mu szczupła, dziewczęca sylwetka, łabędzia szyja i diabełkowate spojrzenie, ale zaraz to wszystko zgasło jak płomień zdmuchniętej świecy.

Drzwi się otwarły i Jowgiłło wetknął w szparę wyciągniętą rękę z szarą kopertą dużego formatu i zaraz potem głowę zwieńczoną płomienistą czupryną.

— Poczta dla pana! — rzucił. Walk wstał niechętnie. Ode­brał plik. Jowgiłło znowu zniknął, zostawiając go samego. Prze­syłka z UOP w Krakowie. Rozdarł papier. W środku inna, mniejsza koperta z żółtego kartonu, z licznymi znaczkami. Ze Stanów Zjednoczonych? Tak! Wziął z biurka nóż do papieru i rozciął ją ostrożnie. Na blat wypadł list i kilka kartek spiętych grubszym spinaczem. List był od Krzysztofa Lacha. Walczyk uważ­nie przeczytał list po czym w podnieceniu zaczął przeglądać do­łączone kartki. Były zapisane gęsto, drobnym dobrze mu znanym charakterem kobiecego pisma. To było pismo Zuzanny Grabież! Wczytał się w drobny maczek zachłannie, jakby chciał go pożreć… A więc przyszedł ten list zza grobu. Zemsta dziennikarki!

Po dwóch godzinach Jowgiłło zastał go dokładnie w tej sa­mej pozycji, pochylonego nad kluczem do notatnika. Widząc gorączkowo wertującego stronice Walczyka asystent zatrzymał się niezdecydowany w progu.

—  Panie inspektorze? — zapytał nieśmiało.  — Coś nie w porządku? – Walczyk uniósł głowę i popatrzył na niego nieprzytom­nym wzrokiem.

—  Od dziesięciu minut usiłują się z panem połączyć. Nie od­biera pan telefonów?

—  Co? — Walczyk ocknął się i dopiero teraz dostrzegł pulsu­jące czerwone światełko w aparacie.

Na linii były obie ekipy obserwacyjne. Rusinek  opuścił mieszkanie przy Mariensztacie. Stawro w tym samym czasie wsiadł w corollę i kręcił się po mieście. Zachowywał się dziw­nie, jakby sprawdzał czy kogoś za sobą nie ciągnie. „Zorientowali się?!” — przestraszył się Walczyk.

—  Kieruje się teraz na most Poniatowskiego. Odbiór!   — zaskrzeczał wywiadowca w interkomie.

—  Odebrałem. Jadę za wami! — rzucił inspektor. — Bądź w stałym kontakcie! Nie zgub go! — Popędził do samochodu skacząc po dwa stopnie.

—  Zjeżdża ślimakiem na Wioślarską. — Usłyszał w osobi­stym radiotelefonie, kiedy sięgał już do klamki poloneza. Wsiadł, przekręcił kluczyk w stacyjce i przełączył na wewnętrzne radio.

—  Tu 017 — odezwał się drugi wywiadowca. — Obiekt za­trzymał się pod halą Mirowską. Wysiada. Jesteśmy na parkin­gu. Szeląg pójdzie za nim.

—  Ostrożnie. To spec wysokiej klasy. Sprawdza nas. Za mało ludzi! — zaklął w duchu. — We trzech nie zrobią porząd­nego pudła. Zauważy ich, albo im zniknie. To nie był przypa­dek, że po trzech dniach „usypiania” jak na komendę, o jednej godzinie tamci ruszyli z kopyta.

Na placu Unii Lubelskiej skręcił w aleję Pierwszej Armii Wojska Polskiego. Taki kierunek dawał mu spore pole manewru. Jeżeli Stawro pojedzie na południe, inspektor skręci w Tra­sę Łazienkowską i przetnie mu drogę Agrykolą, albo złapie ja­dąc Alejami Ujazdowskimi i potem w Gagarina. Jeżeli ucieka­jący ruszy na północ, albo do Śródmieścia, wtedy Walczyk będzie miał szansę szybko znaleźć się na Jerozolimskich pod Domem Partii, albo dalej dopadnie go na Świętokrzyskiej.

—  Skurczybyk! — odezwał się głos z radia. — Zawraca. Ściął trawnik. Musimy zrobić   koło do najbliższej przełączki albo się ujawnić.

— Rób koło! — rzucił Walczyk poirytowany. „Co im przychodzi do tych zakutych łbów: Ujawnić się!

—  Wraca w stronę mostu. Może Wybrzeże Kościuszkow­skie?

Mimo niedzieli i dosyć wczesnej godziny ruch panował na ulicach duży. Była fantastyczna pogoda i wydawało się, że każ­dy mieszkaniec stolicy przyjął sobie za punkt honoru ten pier­wszy październikowy weekend spędzić na przejażdżce, choćby do Łazienek. Walczyk od razu zrozumiał, że pościg nie da rezulta­tu, jeśli nie zastosuje specjalnych metod. Wystawił koguta na dach. Migocąc na niebiesko i pracując zawzięcie klaksonem przebił się przez plac Na Rozdrożu nie zważając na światła na skrzyżowaniu. Rzucał się co prawda w oczy, ale do Stawry by­ło jeszcze daleko, jak się zbliży zlikwiduje koguta, a póki co to jedyna szansa szybszego poruszania się przez ten galimatias. Manewrował między czerwonymi autobusami komunikacji miejskiej i prywatnymi samochodami z wprawą rajdowca. Nie schodził poniżej osiemdziesiątki.

—  Wybrzeże Kościuszkowskie — zameldował 027. — Zbli­żamy się do mostu. A więc tamten nie skręcił na lewy brzeg Wisły. Minął Piękną, dojeżdża do placu Trzech Krzyży. Już wiedział co robić. Byle tylko nie przegapić tamtego w potoku innych samochodów. Przy „białym domu” zdjął koguta i niczym nie wyróżniając się spośród innych   samochodów   wjechał na rondo. Potem skręcił w Nowy Świat.

—  Tu 017. Obserwowany opuścił  halę Mirowską i idzie piechotą wzdłuż Marchlewskiego. Ma ze sobą dużą torbę po­dróżną.

—  Skąd ją wziął?

—  Na chwilę się zgubił przy stoiskach na górze. Potem już ją miał. Nie mogłem podchodzić za blisko. Prawdopodobnie wziął ze stoiska z częściami samochodowymi. Musi tam mieć kontakt.

Zamknięcie ruchu w Nowym Świecie spowodowało, że jeździły tu tylko autobusy komunikacji miejskiej i taksówki oraz nieliczne samochody osobowe czy dostawcze. Walczyk docisnął ga­zu. Oczywiście napatoczył się zaraz palant z drogówki przy­czajony za furgonetką z ciastkami przy Bliklem. Inspektor nie zamierzał się zatrzymać. Docisnął pedał jeszcze mocniej, nie tracąc czasu na zbędne gadki. Na wszelki wypadek zawiadomił centralę, żeby drogówka dała sobie spokój i nie urządzała przy­padkiem pościgu z dzikim wyciem i strzelaniną.

—  Jedzie Tamką w górę — meldował 027 — Teraz zwolnił. Walczyk pomyślał, że już im się nie wymknie. Zwolnił, bo się uspokoił. Wydarzenia przybrały jednak zaskakujący obrót.

Walczyk skręcił w Świętokrzyską i zaparkował z boku wypatrując corolli. Zamiast tego doczekał się tylko poloneza 027. Corolla wyparowała. Walczyk wściekły wyskoczył z samochodu.

—  Gdzie go macie?!

—  Tu go nie było?

—  Cholera! Jak mógł wsiąknąć? Przywarował. Sprawdzę wszystkie przecznice na lewo, do Foksal, a wy jedźcie do wylotu Oboźnej na Krakowskie Przedmieście. Musi tu być!

Ordynacka, Gałczyńskiego, Okólnik to kilka małych uliczek o niskiej zabudowie zwartej, trzy-, czteropiętrowe kamienice. Nie zajęło mu wiele czasu sprawdzenie ich. Drugi wóz posuwał się w dół Oboźną. W sumie mieli do przeczesania niewielki fragment terenu i zdawało się niemożliwe, żeby corolla wy­mknęła się nie zauważona. A jednak tak właśnie się stało. Ślad się urwał. Corolla zniknęła. Po krótkim wahaniu kazał ekipie z 027 przetrząsać podwórka, a sam ruszył za drugim podejrza­nym. Rusinek stał się ostatnią nitką i głupio byłoby wypuścić go z rąk. Połączył się z 017.

—  Co u ciebie 017?

—  Zbliżamy się do Dworca  Centralnego.  Mamy go cały czas w zasięgu. Nie spieszy się.

—  Zaraz dołączę do was — rzucił Walczyk i ponownie ruszył swoim „polonezem” na Aleje Jerozolimskie. Po chwili minął brą­zową sylwetkę hotelu „Forum”. W oddali zamajaczył białoseledynowy wieżowiec Lotu i przysadzista bryła dworca.

*

W tym samym czasie JG 235, który zrezygnował z lotu Szeremietiewo—Chicago via Waszyngton, znalazł się na Okę­ciu zakończywszy zupełnie inny lot. W zatłoczonym hallu międzynarodowych przylotów czekała na niego grupka osób, któ­rych osobiście jeszcze nie poznał, ale o których wiedział, że stanowią trzon komitetu organizacyjnego przyszłego sztabu kandydata Jana Kowalskiego. Był zadowolony z siebie i na jego chłopięcej twarzy malował się szeroki uśmiech, kiedy ści­skał ręce tych kilku ubranych elegancko mężczyzn, z którymi wkrótce przyjdzie mu dłużej współpracować. Jego chicagow­ska firma Star Elektronics podpisała właśnie w Moskwie wspa­niały kontrakt na dostarczenie dużej ilości mikroprocesorów i podzespołów do automatycznych central telefonicznych, co było jej specjalizacją na rynku amerykańskim. Kontrakt opie­wał na milion dolarów. Milion dodatkowych dolarów, którymi Kowalski mógł teraz dowolnie operować. Nie dysponował wol­ną sumą tej wielkości, jako że jego firma borykała się ostat­nio z kłopotami. Postanowił wykorzystać uzyskaną kwotę nie gdzie indziej tylko w Polsce. Nie zamierzał jednak inwestować w żadne interesy, fabryki czy spółki, chciał zainwestować w sie­bie, we własną kampanię wyborczą. Czas robił się niezwykle gorący, choć lato już zelżało i temperatura powietrza spadła bezpowrotnie. W Warszawie zanosiło się na deszcz i jak zwykle wiało, podczas gdy napięcie rosło z godziny na godzinę, z każ­dym zgłoszonym oficjalnie kandydatem, których już było kilku.

Niewielu z nich miało szansę zdobyć w przyszłości wyma­gane minimum podpisów, by zostać zarejestrowanym przez Pań­stwową Komisję Wyborczą. Premier przebywał właśnie z wizytą w USA, gdzie toczył rozmowy z prezydentem Bushem i Jamesem Bakerem. W Czecho-Słowacji, poseł Śladek puścił farbę na temat kulis Aksamitnej Rewolucji i powiązań mię­dzy Kartą 77 a KPCz i KGB. Sołżenicyn ogłosił swój memoriał „O przyszłości Rosji”. Na Ukrainie odbyły się strajki ostrze­gawcze dla poparcia dążeń niepodległościowych i zażądano ustą­pienia ze stanowiska przewodniczącego Rady Najwyższej Repu­bliki, komunisty Leonida Krawczuka. Z Ministerstwa Obrony Narodowej pozbywano się dopiero teraz wiceministrów będą­cych członkami WRON-u, wywiad wojskowy (WSI) pozostawał wciąż nietknięty. Krakowscy policjanci wyjechali w ramach pierw­szego porozumienia na przeszkolenie na Florydę. W Moskwie generał KGB Kaługin podał do sądu przewodniczącego Kole­gium Kriuczkowa za niesłuszne, jego zdaniem, odebranie mu emerytury, a gazety drukowały rewelacje rezydenta wywiadu w Anglii o pracy szpiega i wynurzenia jednego z pułkowni­ków, który twierdził, że KGB jest jedyną realną siłą reforma­torską w ZSRR i jedynym oparciem dla prezydenta Gorbaczowa. Litewski Sąjudis oświadczył, że z największą pomocą w cza­sie sowieckiej blokady gospodarczej pospieszyła Ukraina i Bia­łoruś w związku z czym, kto wie, czy idea Wielkiego Księstwa jest już pogrzebana całkowicie i czy jeszcze nie powróci.

W Polsce trudno było prorokować, któremu z kandydatów się powiedzie. Niektóre krzykliwe, choć małe partyjki, zdawa­ły się być pewne swojego sukcesu. Niektóre wielkie i poważne partie o bardzo starym opozycyjnym rodowodzie miały wątpli­wości. Swych kandydatów wystawiły SdRP, spadkobierczyni PZPR, i jej najzagorzalszy wróg od lat piętnastu KPN, Unia Polityki Realnej prowadzona przez żwawego ultraliberała, Chrześcijańsko-Demokratyczne Stronnictwo Pracy, zatomizo­wana Partia Zielonych, na wpół legalna Solidarność Walczą­ca, a nawet związek zawodowy rolników i Liga Kobiet Pol­skich. Lada chwila mieli się sypnąć jak z korca inni kandy­daci, niektórzy bardzo niezależni, a wśród nich Jan Kowalski z Ekwadoru, biznesmen międzynarodowego pokroju — jak go reklamowano, właściciel posiadłości w Meksyku, domów w Quito i na Hawajach, wynajmujący apartament w jednym z naj­droższych wieżowców mieszkalnych Chicago, by z bliska kie­rować swą renomowaną firmą Star Elektronics zaopatrującą całe Stany Z jednoczone i ćwierć świata cywilizowanego w au­tomatyczne centrale telefoniczne. Jego nazwisko nie zagościło nawet na stronicach dużych dzienników, przepłynęło przez trzecie stronice co poniektórych mniej ważnych pism i ślad po nim zaginął. Dziennikarze nie zwrócili uwagi na kogoś tak mało znaczącego, kto wydawał się nie mieć żadnych szans w konfrontacji z dwoma głównymi potentatami: Premierem i Przewodniczącym. Ci dwaj występowali zaś wobec siebie już otwarcie wrogo. Ostateczne spotkanie gigantów w jednym z podwarszawskich klasztorów ojców Bernardynów zakończyło się fiaskiem. Argumenty Premiera o konieczności zapobieżenia podziałowi sił, by nie utracić poparcia społecznego, nie skutko­wały. Tak samo zresztą jak argumenty Przewodniczącego o ko­nieczności przyspieszenia podziału, po to, by nie utracić popar­cia społecznego. W tej sytuacji trudno było sobie wyobrazić jakiekolwiek zbliżenie stanowisk i obaj politycy rozstali się rozczarowani, a nawet zagniewani uporem drugiej strony.

Jan Kowalski nie orientował się w tym wszystkim. W czar­nej walizce, dosyć obszernej dyplomatce z szyfrowym zamkiem, z którą się nie rozstawał, dźwigał maszynopis swojej dysertacji społeczno-politycznej „Lwy pustyni”. W książce wykładał nie tylko swoje poglądy ekonomiczne, ale całą mistyczno-magiczną wizję rzeczywistości. Dziś miał rozmawiać z wydawcą, nowo powstałą spółką R & R wsławioną półmilionowym nakładem wywiadu-rzeki z jednym z czołowych reżyserów niefortunne­go Wielkiego Skoku polskiej gospodarki sprzed dwudziestu lat, który przy okazji tegoż skoku zwichnął sobie nie tylko nogę w kostce, ale i ideowy kręgosłup. Jutro miał się z autorem Wiel­kiego Skoku spotkać osobiście (jak także z jego nieodłącznym pierwszym asystentem z tamtych lat), w trakcie przyjęcia zorganizowanego specjalnie na cześć Jana Kowalskiego w war­szawskim hotelu „Holiday Inn”. W ogóle w ciągu nadchodzą­cych trzech dni miał się spotkać z setką różnych osób, w któ­rych personaliach i rodowodach gubił się i plątał, a którzy przygotowywali pracowicie grunt i organizowali właśnie jego sukces. Wielu z nich wywodziło się wprost z rozwiązanej dopiero co „przewodniej siły narodu”, a kilkunastu z jej „karzą­cego ramienia”, czyli milicji ludowej i służby bezpieczeństwa. Była tam też grupa wojskowych w mundurach i grupa wojskowych o których nikt nie wiedział nawet, że są wojskowymi. To nie przeszkadzało Kowalskiemu. Jak powiedział pułkownik Gordijewski podczas rozmowy w podmoskiewskiej daczy z ge­nerałem Ozierowem: „Obcokrajowiec nie musi wiedzieć, skąd kto się wywodzi i kim kiedyś był”. Ważne, kim jest teraz i że chce pomóc ratować kraj. A wszak nikt lepiej Polski nie ura­tuje jak Jan Kowalski, który posiada spójną ideę opartą na własnej podstawie filozoficznej i wizję przyszłości tak prostą, logiczną oraz odważną, że aż wprost niewiarygodną. Wielu ekonomistów będzie się musiało klepnąć w pustą, łysą kala­repę i zakrzyknąć: Że też ja na to nie wpadłem, to takie oczywiste!

JG 235 wcale nie był pewny, że jego koncepcje ekonomicz­ne przyniosą jakikolwiek efekt, zwłaszcza iż zarówno książkę „Lwy pustyni” jak i koncepcje odebrał dopiero co w Moskwie, ale miał pewność, że na początek musi przekonać do nich masy obiecując jak najwięcej się da. Tak się zawsze robiło. A potem? Potem najwyżej się zweryfikuje to i tamto. Nikt, nigdy i nigdzie nie realizował wszystkich swoich wyborczych obietnic. Zresztą gdyby doszło do sytuacji, że stanąłby przed takim problemem, będzie dyspo­nował sztabem fachowców. Było ich tu pełno wokół niego, bę­dzie ich więcej jutro w „Holiday Inn”, a pojutrze, kto wie, mo­że nawet łaskawie zezwoli na udział w przedsięwzięciu obec­nemu ministrowi finansów oferując mu doradztwo. Zresztą doradców na całym świecie nie brakuje. Każdy chciałby błysnąć. Na przykład taki Sachs — dużo gada, a do czego doprowadził ten biedny kraj po półtora roku wcielania w życie swoich mrzo­nek. I jeszcze biją mu brawo! Omamił ludzi, Fundusz Waluto­wy i całe to, pożal się Boże, EWG.

—  Prosimy,  prosimy.  Samochody już czekają!  —  Jedni przez drugich wyciągali do niego ręce, a on uśmiechał się i kłaniał. Jak nieśmiały chłopiec, o ujmującej powierzchowno­ści, lecz jednocześnie żelaznym nieruchomym spojrzeniu nie pozwalającym wątpić w jego siłę. Owo spojrzenie kobry było dla niego samego czymś zaskakująco nowym. Przedtem nie był taki. Byle słowo Iris — jego żony, potrafiło tak go zaboleć i po­niżyć, że miał ochotę ją udusić. Odkąd zrozumiał, że jest nazna­czony, odkąd się poczuł natchniony, przestał zwracać uwagę na takie drobiazgi jak czyjeś złośliwości czy poniżające gesty. Podniósł dłoń do góry i zaległa cisza.

—  Chcę powiedzieć — rzekł z niemałą trudnością w daw­no nie używanym ojczystym języku — że jestem bardzo szczę­śliwy móc się przydać mojemu staremu krajowi.

To krótkie oświadczenie zostało przyjęte przy wtórze dy­skretnych oklasków, po czym Jan Kowalski i jego świta zapa­kowali się do pięciu mercedesów czekających u progu dworca lotniczego i wyruszyli do Różanu, w którego okolicy dwa miesiące temu Kowalski kupił jeszcze jeden dom, chcąc wyglądać na naprawdę solidnego obywatela o ugruntowanych rodzimych korzeniach. Tam, pod Różanem mieściła się teraz centrala ca­łej akcji wyborczej, jak głosiła reklamówka: „Jedynego naprawdę niezależnego kandydata na prezydenta Rzeczypospoli­tej”, przeniesiona z Tucholskich Borów. Zespół trzech byłych wysokich oficerów i czterej programiści tego przedsięwzięcia zwanego przez niektórych „Preludium” przebywał jednak gdzie indziej. Dalej na północ, w zapadłej wiosce Mikaszówka zagrzebanej nad małym jeziorem na Pojezierzu Suwalskim w jedynym skrawku odwiecznej, dziewiczej puszczy litewskiej (tak kiedyś opiewanej przez Mickiewicza), jaki pozostał przy Rzeczpospolitej po Drugiej Wojnie Światowej. Linia Curzona jednym pociągnięciem pióra trzymanego w obcych rękach wy­znaczyła los Polaków po tamtej stronie granicy skazując ich na banicję z własnej ojczyzny raz na zawsze.

Cóż, jeśli nie jesteś wilkiem, to musisz przyjąć rolę owcy. Ról neutralnych w Naturze nie ma. Inaczej sądzą tylko ideali­ści, ale idealizm paradoksalnie zawsze doprowadzał do paskudniejszych rzezi i nietolerancji niż trzeźwy, nawet prostacki re­alizm. Czyż Hitler nie wymarzył sobie idealnie czystej rasy, a Stalin idealnego ustroju powszechnej równości? Czyż dzisiaj w imię najwyższych, religijnych ideałów nie toczono świętej wojny przeciw innowiercom i nie mordowano tylko dlatego, że ktoś się nie urodził szyitą, albo nie uznawał Koranu za Je­dyne Źródło Światła? Czy dzisiaj krytyka papieża w Polsce nie skończyłaby się dla pisarza tym czym Szatańskie wersety dla Salmana Rushdiego? A może wystarczyłoby zaatakować prymasa albo spróbować odebrać zagrabioną przez stalinowców cerkiew przerobioną na katolicki kościół, by zostać ukamieno­wanym?! Idealizm. To wszystko brało się zawsze ze wzniosłe­go, fanatycznego idealizmu. Nie jesteś wilkiem, stajesz się owcą.

Jan Kowalski na pewno nie zamierzał być owcą w tej kam­panii, choć politycy polscy i cała prasa z góry przeznaczyli mu taką rolę. Nie jesteś owcą — musisz być wilkiem.

*

cdn

Antyrodzimowiercze portale Polonia Christiana i wPolityce.pl

Posted in Polska, Słowianie, Teksty społecznie zaangażowane, Wiara Przyrody by bialczynski on 8 Listopad 2013

Kupując (TERAZ – TUTAJ!)  Budujesz Wolne Media Wolnych Ludzi!
slowianic nr 2 przod

Portale Polonia Christiana i wPolityce.pl atakują rodzimowierców odprawiających swoje religijne rytuały w masywie Ślęży nazywając ich Satanistami, lub zrównując ich z satanistami. Jest to “normalna” w Polsce praktyka medialna oczerniającą i wzbudzającą nienawiść, podżegająca przeciw Innej, Równoprawnej, Oficjalnie Działającej Religii w Polsce.

Przypisują też one w ten sposób Rodzimowiercom Poslkim akty wandalizmu i działania zbrodnicze, takie jak podpalenia.

Dowodowy artykuł poniżej:

logo

Podpalono figurę Chrystusa Frasobliwego. Kapłan otrzymywał pogróżki

http://www.pch24.pl/podpalono-figure-chrystusa-frasobliwego–kaplan-otrzymywal-pogrozki,18728,i.html

Data publikacji: 2013-10-28 07:00
Data aktualizacji: 2013-10-28 07:47:00
Podpalono figurę Chrystusa Frasobliwego. Kapłan otrzymywał pogróżki

W nocy z soboty na niedziele nieznani  sprawcy oblali łatwopalnym materiałem stojącą przed drzwiami do świątyni w Sulistrowiczkach (woj. dolnośląskie) figurkę Chrystusa Frasobliwego, a następnie ją podpalili. Ogień uszkodził także drzwi świątyni. To już kolejny antykatolicki incydent w okolicach Ślęży. Systematycznie niszczone są także stacje Drogi Krzyżowej.

Zniszczenia nie są duże, lecz potencjalne zagrożenie wywołane podpaleniem było ogromne. Kościół, a także stojące przy nim Centrum Kultury Chrześcijańskiej w całości zbudowane są bowiem z drewna. Figurę Chrystusa Frasobliwego wykonano z drewna lipowego. W dobrym stanie zachowała się góra rzeźby. Dół został okopcony i można go rekonstruować.

Kościół oprócz parafian często nawiedzają także liczni turyści, którzy wybierają się na Ślęzę. Znajdujące się wzdłuż żółtego szlaku prowadzącego na ten szczyt stacje Drogi Krzyżowej są systematycznie niszczone. Jak informuje portal wPolityce.pl duszpasterz z Sulistrowic, ks. Ryszard Staszak, 70-letni kapłan, jest od jakiegoś czasu publicznie znieważany przez grupy satanistów, które odwiedzają górę Ślężę. Duchowny zaczął otrzymywać także pogróżki przez Internet.

Źródło: wPolityce.pl

Read more: http://www.pch24.pl/podpalono-figure-chrystusa-frasobliwego–kaplan-otrzymywal-pogrozki,18728,i.html#ixzz2j77L6zxN

O wygnaniu Braci Polskich i początku końca I Rzeczpospolitej pod rządami Wazów.


Przytaczamy tekst dr. Jerzego Bąbla ” Wyklęci i wygnani Bracia Polscy”, aby przypomnieć prawdziwą rolę Watykanu w dziejach Polski i jego wkład we wszystkie 3 Rozbiory I RP.

plafonPlafon „Sąd nad arianami” (fot. Lankhorst, na licencji Creative Commons Attribution-Share Alike 3.0 Unported)

Obraz „Sąd nad arianami” przedstawia obrady sejmowe z udziałem króla Władysława IV, podczas których Sejm RP
sądził braci polskich z oskarżenia o profanację katolickiego krzyża przez grupę ariańskich studentów, stojącego na
granicy posiadłości Jakuba Sienieńskiego, właściciela Rakowa. Wyrok sejmowy był surowy: zamknięto zbór, Akademię
i drukarnię. Po prawej stronie monarchy stoi biskup krakowski Jakub Zadzik, który w tym procesie oskarżał braci. Po
obu stronach tronu siedzą senatorowie, wśród nich Jerzy Ossoliński, inicjator śledztwa. Za senatorami stoją posłowie. U
dołu malowidła, naprzeciwko króla Władysława IV stoją dwie grupy arian. Szlachcic Jakub Sienieński składa
przysięgę, że z zajściem, w którym mieli brać udział uczniowie Akademii Rakowskiej, nie ma nic wspólnego. Tło
stanowi pejzaż Rakowa ze scenką przedstawiającą wypędzanych z niego arian. W 1658 roku Sejm RP wydał wyrok
skazujący wszystkich polskich arian na banicję. Na królewskim tronie widnieje łaciński napis: Arianismus proscriptus
(arianizm wygnany).
Raków znajduje się dokładnie 21 km na południe od Łyśca (Świętego Krzyża) nad rzeką Czarną.
Dziś to tylko senne prowincjonalne miasteczko, pozbawione wszelkich szans rozwoju, a o jego
przebrzmiałej wielkości świadczą tylko pamiątkowy kamień na rynku i dziwne nazwy ulic, placów
i obszarów – Drukarnia ( łąka na południe od kościoła poreformackiego ), Papiernia ( młyn na rzece
Czarnej ) , szkoła, Bursa ( miejsce na zachód od kościoła przy stawie ) i wreszcie cmentarz ariański
(piaszczyste wzgórze za Bursą). Tam też dwa wieki temu Tadeusz Czacki rozkopywał groby
heretyków, aby znaleźć w nich flaszki zawierające łaciński tekst: ” Scio, cui credidi ” (” Wiem, komu
wierzyłem „).
Gdy zwiedzamy dzisiejszy Raków, aż nie chce się wierzyć, że w I połowie XVII w. tętniło tu
intensywne życie naukowe, setki studentów przemierzały te ulice, a na istniejącej tu przez 36 lat
Akademii ówczesna elita intelektualna sekty wykładała filozofię, matematykę, retorykę, nauki
humanistyczne i przyrodnicze. Odbywały się tu uroczyste synody i kolokwia, na które przyjeżdżała
szlachta z różnych stron Rzeczypospolitej, a także wielu gości z Niemiec, Holandii, Francji, Anglii
i Szkocji. W latach 1569-1662 w sumie odbyło się 51 synodów ariańskich, z czego aż 39 właśnie
w tym mieście. Nic też dziwnego, że Raków nazywano ariańskim Rzymem, Genewą, a nawet
„Nową Jerozolimą”. W najprzedniejszej na owe czasy drukarni w latach 1600-1638 wydawano
podręczniki do nauki oraz fundamentalne dzieła (ponad 200 tytułów w kilku językach, w tym
słynny ” Katechizm rakowski „), które rozchodziły się po całej Europie, ” wywołując wszędzie szeroki
i burzliwy oddźwięk”. Bez przesady można powiedzieć, że Raków – owe Ateny Sarmackie miał
szansę stać się z czasem Oxfordem lub Sorboną Europy środkowej i wschodniej. Nie ulega też
wątpliwości, że sytuacja taka była nie do zniesienia dla kleru katolickiego, luterańskiego i
kalwińskiego, i należało ośrodek taki wszelkimi sposobami zniszczyć. Uważano bowiem ich idee za
” socyniańską zarazę zrodzoną wśród bagien sarmackich „, ” jadowitą truciznę”, „monstrualną
hydrę”, „morderczą broń szatana” a podejrzanych wśród siebie o sympatie dla nich ” szczuto jak
psy” .
Kim byli ci ludzie, że stanowili taką wielka groźbę i ściągali na siebie tak wielką nienawiść?
Szlachta katolicka nazywała ich pogardliwie ” nurkami ” lub ” nowochrzczeńcami „. Występują
również pod nazwą antytrynitariuszy, unitarian, socynian, Braci Polskich i arian. Sami zaś siebie
zwali ” chrystianami” albo „Braćmi”. Dzieje tej sekty liczą sto lat, a jej powstanie datuje się na lata
1562-65.
Okres ów w dziejach Europy, to czas wojen religijnych, w których dobrzy chrześcijanie ” zionąc
miłością do bliźniego swego ” pławili się we krwi ” miłujących Chrystusa inaczej „, czyli swych
ideologicznych przeciwników. Konsekwencją obowiązującego dogmatu mówiącego, że nie ma
zbawienia duszy poza Kościołem rzymskokatolickim, było myślenie, które zostało jasno wyłożone
m.in. przez teologa katolickiego, jezuitę, kardynała Roberta Bellarmina (1542-1621;
Disputationes…, II tomus Controversia II, lib. III):
„….heretyków należy zabijać. Albowiem po pierwsze, szkodzą bliźnim bardziej niż jakikolwiek
korsarz lub rozbójnik, gdyż zabijają dusze, a nawet burzą fundament wszelkiego dobra i napełniają
państwo niepokojem, który jest następstwem różnic w religii. Po drugie, ukaranie ich wpłynie
korzystnie na wielu, liczni bowiem z tych, których bezkarność czyniła nieczułymi, wobec grożących
kar zaczynają się zastanawiać, w jaką wielką popadli herezję, oraz mieć się na baczności, aby
przypadkiem nie skończyli nędznie życia doczesnego i nie utracili szczęśliwości w przyszłym. Na
koniec dla zatwardziałych heretyków jest dobrodziejstwem, że usuwani są z tego życia. Albowiem im
dłużej żyją tym więcej wymyślają błędów, tym większą deprawują liczbę ludzi i zyskują sobie tym
sroższe potępienie .”
XVI w. to czas ” złotego wieku ” Polski, jej największej ekspansji terytorialnej, jej wspaniałej kultury
i religijnej tolerancji. To właśnie w Polsce, ” państwie bez stosów „, powstał w 1573 r. niebywały akt
prawny znany pod nazwą Konfederacji Warszawskiej ( nota bene obłożony klątwą przez synod
biskupów katolickich w 1577 r. w Piotrkowie). Jego wagę doceniła w XX w. społeczność
międzynarodowa, gdyż Konfederacja Warszawska znalazła się we wszystkich niemal zarysach
dziejów tolerancji, jakie wydano w Niemczech, Francji, Anglii, Włoszech i USA. Wzmianka o tej
ustawie ukazała się również w syntetycznym zarysie dziejów ludzkości, wydrukowanym pod
patronatem UNESCO. Akt ten bowiem jako pierwszy w Europie głosił wolność wyznaniową. Nic
też dziwnego, że kraj nasz w XVI w. ku oburzeniu i rozpaczy fanatycznych, wojujących.

W 1565 r. ze zboru kalwińskiego ostatecznie wyłonił się skrajny odłam polskiej reformacji (Ecclesia minor), sekta zwana arianami głosząca radykalne poglądy społeczne i bulwersujące współczesnych tezy religijne. Walczyli oni bowiem z supertotalitarną władzą Kościoła sięgającą aż do myśli i sumień ludzkich. “Nie wolno nam narzucić cenzury na nikogo, ponieważ każdy z nas ma prawo do własnej indywidualnej oceny… Nie dajemy nikomu prawa do gwałcenia, prywatnie lub publicznie, wolności sumienia, ani wolności do propagowania religii siłą lub przymusem” pisał Samuel Przypkowski (1592-1670; Dissertatio de pace et concordiae ecclesiae, Amsterdam 1628) a jego współwyznawca, Jonasz Szlichtyng dodawał: “Na czymże bowiem polega wolność sumienia, która Bogu jednemu jest podporządkowana, jeśli nie na tym, byś w sprawach religii myślał, co chcesz, swobodnie głosił to, co myślisz, i czynił wszystko, co nie pociąga za sobą ludzkiej krzywdy?”.

W XVII w. ruch Braci Polskich był najważniejszym łącznikiem Polski z przodującym ruchem umysłowym Europy. Głównymi ideologami arian byli Polacy – Piotr z Goniądza, Grzegorz Paweł z Brzezin, J. Niemojewski, M. Czechowic, Sz. Budny, A. Wojdowski, A. Wiszowaty, H. Moskorzewski, S. Przypkowski, S. Lubieniecki, a także spolonizowani cudzoziemcy – F. Socyn, J. Crell, M. Ruar, W. Szmalc, J. Stegmann, J. Szlichtyng, J. Völkel i inni. Braćmi Polskimi byli także, o czym się dziś nie pamięta, najwybitniejsi poeci epoki baroku – Wacław Potocki i Zbigniew Morsztyn.

Radykalizm poglądów religijno – społecznych arian polskich wzbudzał powszechną nienawiść kleru i szlachty katolickiej. Z kolei spory natury doktrynalnej stały się dla socynian źródłem nienawiści ze strony innych protestantów (kalwinistów i luteranów). Z arianami polemizowali katolicy – m.in. Białobrzeski, S. Hozjusz, M. Kromer, S. Reszka, H. Powodowski, B. Herbest, M. Łaszcz i sam sławetny Piotr Skarga. Propaganda kościelna szykując się do decydującej z nimi rozprawy sięgnęła również do tradycyjnych już sposobów walki z heretykami – oszczerstw, kalumnii, a nawet oskarżeń o satanizm (celował w tym m.in. jezuita ks. Mikołaj Ciechowski).

Podczas koronacji władcy polscy przysięgali dotrzymać wierności Konfederacji Warszawskiej, ale niejednokrotnie przysięgi te łamali pod naciskiem Watykanu (np. Zygmunt III Waza, Jan Kazimierz). Szczególnie w okresie rządów ostatniego z Wazów, starano się nadać toczonym podówczas przez Rzeczypospolitą wojnom charakter religijny (wojny z Chmielnickim na Ukrainie = boje ze “schizmatykami”, “potop” = wojna z heretykami). Przypomnijmy tu, że w 1649 r. w Warszawie wyruszającemu na bitwę z armią kozacką pod Beresteczko królowi Janowi Kazimierzowi, nuncjusz papieski Jan de Torres udzielił specjalnych błogosławieństw i wręczył (niczym na krucjatę!!) chorągiew z krzyżem i miecz. W wiele lat później podobny miecz otrzymał od papieża król Jan III Sobieski ciągnący na odsiecz wiedeńską. Pierwszy z władców walczył ze zbuntowanymi prawosławnymi poddanymi, drugi z muzułmańską armią turecką.

Powoli Polska stawała się widownią prześladowań religijnych. Druga połowa XVII w. to czas pełnego zwycięstwa kontrreformacji w Rzeczypospolitej, która z państwa wolności religijnych stała się stopniowo krajem nietolerancji wyznaniowej. Proces ten zakończył się w 1668 r., kiedy to wolność sumienia w Polsce zostaje ostatecznie zlikwidowana ustawą sejmową przewidującą karę śmierci za porzucenie wiary katolickiej. Dodajmy tu, że dopiero po kolejnych 123 latach, w punkcie I, Konstytucji 3 Maja zapisano, iż przejście od katolicyzmu “Wiary Panuiącej do iakiegokolwiek wyznania iest zabronione pod karami Apostazyi”, ale już bez groźby fizycznego unicestwienia odstępcy.

Przełom w dziejach tolerancji religijnej w Polsce zasadniczo nastąpił w 1638 r., kiedy to nakazano zamknięcie na zawsze Akademii Rakowskiej, zniszczenie drukarni i zboru ariańskiego, co oznaczało zarazem likwidację centralnego ośrodka tego ruchu. W roku 1647 wyrokiem sądu sejmowego zamknięto wszystkie szkoły i drukarnie Braci Polskich w całej Rzeczypospolitej. W tej sytuacji nie dziwi fakt, że część arian widziała swe ocalenia podczas “potopu” w osobie protestanta – króla szwedzkiego Karola Gustawa. Tym bardziej, że podburzone przez księży katolickich chłopstwo mordowało ich i paliło im dwory (głównie na Podgórzu, w 1655/56 r. ). 27 lipca 1656 r. pod Warszawą król Jan Kazimierz (były kardynał i jezuita) złożył uroczysty ślub, że po zwycięstwie w wojnie ze Szwedami wypędzi z kraju arian, którzy “bluźnią dziewicy Maryi nie uznając boskości Jej Syna”. Ślubu dotrzymał. W konstytucji sejmu walnego ordynaryjnego z 1658 r znajdujemy następujący tekst “Iż ieśliby kto taki znalazł się, ktoryby sektę tę Aryańską w Państwach naszych tak Koronnych, iako y W.X.L. et provincijs eis annexis śmiał y ważył się wyznawać, krzewić, abo opowiadać, abo onej assertores protegere et fovere, a byłby o to legitime convictus, takowy każdy wyżej mianowanemu statutowi podlegać ma, y bez wszelakiey odwłoki przez Starosty nasze, Urzędy ich, na gardle ma bydź karany, sub privatione Capitaneatus. /…/ Chcąc iednak clementiam nostram pokazać; ieżeliby się który takowy znalazł, coby tey sekty swoiey wyrzec się niechciał; takowemu na lat trzy do wyprzedania się pozwalamy, salva bonorum et personarum securitate, atque debitorum repetitione…” ( za “Volumina Legis”, t. IV, s.238).

Wyrok sejmu polskiego w 1658 r. o wypędzeniu Braci Polskich z Rzeczypospolitej był wyłącznie aktem zemsty i nienawiści religijnej, gdyż ten sam sejm ułaskawił wszystkich katolickich oraz innych, protestanckich kolaborantów i przestępców politycznych. Arianom natomiast dano czas 3 lat, w ciągu których mieli zmienić swe wyznanie na katolickie lub też wyemigrować. W przeciwnym razie groziła im śmierć. “Dawno to tedy Korony Polskiej była żądza, żeby tych już nie nowokrzczeńców, ale bezkrzczeńców, wiary się tureckiej w poprzednich artykułach upornie trzymających, w Polsce nie cierpiano”, tryumfował jezuita ks. Mikołaj Cichowski, uzasadniając decyzję sejmu o wygnaniu arian. Zakazy te powtórzyły i dodatkowo uszczegółowiły konstytucje sejmowe z lat 1659,1661,1662,1668. Z jednej strony jest to dowód wyjątkowej zajadłości, z drugiej natomiast małej skuteczności prawa, jak to zawsze w naszym kraju bywało.

Większość Braci Polskich jednakże opuściła Ojczyznę i była to pierwsza z wielu w naszych dziejach wielka emigracja. Osiedlili się w Prusach Książęcych, Siedmiogrodzie i na Śląsku, a potem wywędrowali dalej, w głąb Niemiec i do Holandii, gdzie m.in. w latach 1666-1668 pod redakcją A. Wiszowatego wydrukowali monumentalne dziewięciotomowe dzieło “Bibliotheca Fratrum Polonorum”.

Bracia Polscy wywarli wpływ na kształtowanie się racjonalizmu religijnego i deizmu w Holandii, Francji i Anglii. Z myśli arian polskich skorzystał zachód Europy, byli oni bowiem prekursorami Oświecenia. Ich prace drukowane w Rakowie czytali i studiowali najwybitniejsi filozofowie ówczesnej Europy – Locke, Newton, Leibnitz, Spinoza, Bayle. Prekursorskie idee Braci Polskich rozszerzone i udoskonalone przez Locke’a (Anglia) i Bayle’a (Francja) zostały następnie przeniesione za Atlantyk przez J. Madisona i T. Jeffersona, twórców konstytucji Stanów Zjednoczonych.

Wiek XVIII to w Rzeczypospolitej Obojga Narodów czas tryumfalizmu Kościoła katolickiego, budowy świątyń i wspaniałych ołtarzy, “cudów” i objawień, pielgrzymek i sanktuariów, skrajnej dewocji a zarazem upadku gospodarczego i militarnego państwa, nędzy chłopów, powszechnego pijaństwa, ostatnich w Europie polowań na czarownice, prześladowań innowierców, głupoty politycznej, egoizmu magnaterii i wreszcie zdrady narodowej ówczesnych kosmopolitycznych elit. Tego pikującego lotu państwa ku zagładzie nie zdołały zatrzymać wysiłki patriotów i ludzi oświeconych (K. Puławski, T. Kościuszko, J. Poniatowski i in.). Wielkie, potężne niegdyś i kwitnące mocarstwo wschodnioeuropejskie zostało rozdarte przez trzech zaborców.

W tym samym czasie za Oceanem Atlantyckim ariańskie idee rozdziału państwa od religii zapisano w Konstytucji Stanów Zjednoczonych. I to one m.in. stworzyły z tego państwa dzisiejsze supermocarstwo światowe.

“Rozum to wąż”, słyszymy wciąż z ust niektórych kościelnych teologów. A dzisiejsza Polska wygląda tak, jak wygląda.

Jak Bracia Polscy brali we władanie Święte Wzgórza Słowian – Kosinowo – Święte Wzgórze Przepląta-Kosza

Wędrówki śladami Polskich Braci Mesjasza:
Miejsce Pamięci Narodowej
Gmina Ariańska w Kosinowie
1666-1803

panorama

Panorama Kosinowa

O ile współczesne społeczeństwo polskie zachowało pamięć o działalności Zboru Braci Polskich przed rokiem 1660, o tyle losy polskich braci Mesjasza wygnanych z Rzeczpospolitej na podstawie edyktu sejmowego o banicji arian z 20 lipca 1658 roku są mniej znane. Jeszcze nie tak dawno byliśmy przekonani, że ostatnie nabożeństwo Braci Polskich, posiadających ciągłość historyczną z gminami ariańskimi działającymi w Królestwie Polskim, odbyło się w Siedmiogrodzie w roku 1784.

Lukę w naszej niewiedzy wypełnił dopiero artykuł historyczny „Arianie na Mazurach”, pana Krzysztofa Myszki, opublikowany w znakomitym portalu internetowym Zwoje Scrolls 5 (33) 2002 (www.zwoje-scrolls.com). Portal ten jest redagowany przez polskiego Żyda, pana Andrzeja Kobosa, a poświęcony szeroko rozumianej kulturze i historii Polski. Okazało się, że gmina Braci Polskich w Kosinowie funkcjonowała nieprzerwanie aż do roku 1803. Postanowiliśmy sprawdzić jaki jest stan faktyczny tego szczególnego Miejsca Pamięci Narodowej, ile zachowało się w ludzkiej pamięci o działalności Braci Polskich na tej ziemi od roku 1666 do roku 1803, a także co z tego faktu wynika dla miejscowych władz i urzędów. W takich oto okolicznościach w dniu 23 czerwca 2004 roku na Prusy ruszyła specjalna wyprawa pod kierunkiem brata Piotra …

Ariański ślad na Mazurach rozpoczyna się od Samuela Przypkowskiego, członka zasłużonej rodziny chrystiańskiej, która jako pierwsza uwolniła w swoim majątku Przytkowice chłopów od pańszczyzny.

samuelprzyp

Samuel Przypkowski (1592-1670) chrystianin, poeta, filozof, minister zboru w Kosinowie, pionier konsekwentnego i stanowczego rozdziału Państwa i Kościoła

Brat Samuel urodził się w Gnojniku koło Czchowa w okolicach Tarnowa. Po zakończeniu edukacji w szkole ariańskiej w Lusławicach i studiach poza granicami Polski w Altdorfie i Lejdzie (typowy życiorys Braci Polskich), powrócił w roku 1619 do kraju, a następnie ożenił się z arianką Zofią Taszycką w roku 1622. Związany z dworem Radziwiłłów przyjął w roku 1627 w dzierżawę majątek Dojlidy koło Białegostoku. Nie było mu jednak dane zbyt długo nacieszyć się zajęciami zarządcy majątku wiejskiego. Wojna polsko-rosyjska w roku 1633, wojna polsko-kozacka w roku 1648 oraz wojna polsko-szwedzka w roku 1656 sprawiły, że ostatecznie ten pionier rozsądnego, ale konsekwentnego rozdziału Państwa od Kościoła w Polsce został sekretarzem elektora brandenburskiego, Fryderyka Wilhelma. Po banicji arian polskich osiadł na stałe w Prusach Książęcych w roku 1661. Samuel Przypkowski pierwszy minister zboru Braci Polskich w pruskim wówczas Kosinowie, zmarł 19 kwietnia 1670 roku w Królewcu, ale pragnął być i został pochowany na ariańskim cmentarzu w Kosinowie.

cd. : www. bracia.racjonalista.pl

ariawzgorze

Ariańska Góra – Miejsce Pamięci Narodowej?

- My dopowiadamy – tak miejsce pamięci narodowej – nie tylko Braci Polskich, ale przede wszystkim Święta Góra Wiary Przyrodzoney Słowian – Pogan Polskich, którzy ze wszystkich sił wspierali reformatorów zatwardziałego katolicyzmu w Polsce i znajdowali pod skrzydłami Braci Polskich schronienie. Bo wspólnym mianownikiem idei Braci Polskich i Wiary Przyrodzoney Słowian – jest RACJONALIZM! [CB]

Początek Jesieni początkiem Wiosny Ludów? Na co Franciszek potrzebny jest polskim pop-mediom.

Posted in Polska, Teksty społecznie zaangażowane by bialczynski on 23 Wrzesień 2013

flaga_polskaPop-propagandowe Portale internetowe i wielkie Telewizornie w Polsce codziennie sycą Lemingowską Gawiedź (z całym szacunkiem z wielkich liter) głupkowatymi wiadomościami na temat nowego Władcy Rzymu, osoby kolejnego Cezara sprawującego Rząd Dusz w Stolicy Zachodniego Imperium.

O co w tym wszystkim chodzi? – musi się zapytać człowiek myślący. Przecież znamy przyziemne materialistyczne filozofie i merkantylne poglądy twórców tychże Portali i Telewizorni. Wiemy, ze jedyne o czym oni z lubością myślą to wielka kasa, dla której gotowi są powiedzieć najgłupszą rzecz pod słońcem albo  najobrzydliwszą zbrodnie ukazać w świetle swoich kamer jako cud i objawienie, jako najwyższe dobro dla ludzkości.

Przecież w ich ustach słowo BEZROBOCIE nigdy nie oznaczało dramatu głodnych dzieci , czy tragedii ludzi których wyrzuca się z mieszkań za niepłacenie czynszu. BEZROBOTNY=BEZDOMNY nigdy nie jest dla nich osobą godną by w jej imieniu zaprotestować, by żądać zmian. Dla nich nie ma nic niemoralnego w systemie społecznym, który prowadzi człowieka, który będąc tymże Bezrobotnym, przeważnie już dobrze po pięćdziesiątce, woli się polać benzyną i podpalić niż grzebać rękami w śmietniku w oczekiwaniu do 67 roku życia na pierwszą wypłatę jałmużny zwanej bida-emeryturą. Przecież dla tych pop-propagandowych Portali i Telewizorni najważniejsze jest dostarczać biedocie rozrywki i prawić o tym iż Bezrobocie jest dopustem Bożym i Najważniejszym na Wolnym Rynku Regulatorem Popytu, bez którego popadniemy w wielka biedę!

Przecież najlepszą według nich formą rozrywki dla Lemingów jest pop-show muzyczny lub pip-show erotyczny na przemian z obrazkami z takiego Samopodpalenia właśnie, bez współczucia, za to ze wszystkimi drastycznymi szczegółami, jak skwiercząca skóra!

Na co więc polskim pop-prop-mediom Cesarz Franciszek w białej czapeczce i  śnieżnej szacie do ziemi jak Święty Mikołaj?!

flaga_polska

Oto wiadomość z wczoraj tj. 22 września 2013 z popularnego czerwonego portalu pop-propagandowego:

  • Papież Franciszek największą osobowością internetu

Papież Franciszek został uznany za największą osobowość internetu we Włoszech. W Rimini ogłoszono, że Jorge Mario Bergoglio jest laureatem przyznawanej przez internautów tegorocznej nagrody dla osobistości cieszącej się największą popularnością w sieci.

Papież Franciszek /AFP
Papież Franciszek
/AFP

Przyznanie papieżowi najważniejszej nagrody włoskiego internetu, Macchianera uznano za wydarzenie wyjątkowe, czy wręcz epokowe zwycięstwo, bo – jak się przypomina – użytkownicy sieci słyną z dużej dawki sarkazmu i krytyki pod adresem Kościoła, podobnie zresztą jak wielu innych instytucji życia publicznego.

W głosowaniu przeprowadzonym wśród włoskich internautów Franciszek wyprzedził dotychczasową gwiazdę sieci, znanego satyryka i showmana radiowego i telewizyjnego Fiorello.

W analizach podkreślono, że papież podbił serca użytkowników sieci głównie dzięki wiadomościom, jakie zamieszczane są na jego profilu na Twitterze. Fragmenty papieskich przemówień, pozdrowienia i apele czyta już ponad 9 milionów osób na świecie, wśród nich milion Włochów.

Reklama

Język tych komunikatów jest prosty, trafiający do wyobraźni i serc odbiorców a także – jak oceniają eksperci – skuteczny.

Ogromne uznanie zdobyły liczne w ostatnim czasie tweety z żarliwymi apelami Franciszka o pokojowe rozwiązanie konfliktu w Syrii. Szczególne wrażenie zrobił apel zamieszczony na jego profilu 2 września: „Nigdy więcej wojny! Nigdy więcej wojny!”.

W ostatnim czasie szeroko dyskutowano we Włoszech również o kilku innych komunikatach ze słowami papieża. Wśród nich przypomina się następujące przesłania: „Czasami można żyć nie znając sąsiadów – to nie jest życie chrześcijańskie” i „Nie istnieje chrześcijaństwo ‚low cost’ (tanim kosztem). Iść za Jezusem oznacza iść pod prąd, wyrzekając się zła i egoizmu”.

Przewodniczący Papieskiej Rady ds. Środków Społecznego Przekazu arcybiskup Claudio Maria Celli analizując fenomen internetowej popularności Franciszka powiedział, że podczas gdy jego profil w 9 wersjach językowych obserwuje 9 milionów ludzi, to zamieszczane tam tweety docierają faktycznie do co najmniej 60 milionów osób na całym świecie.

Prawdziwym „przebojem” było niedawno zdjęcie, rozpowszechnione masowo na portalach społecznościowych, przedstawiające młodych Włochów, którzy sfotografowali się razem z papieżem telefonem komórkowym w bazylice Świętego Piotra.

Czytaj więcej na http://fakty.interia.pl/raport-nowy-papiez/aktualnosci/news-papiez-franciszek-najwieksza-osobowoscia-internetu,nId,1030431?utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=firefox

flaga_polska

Czy Katolicy Polscy nie są zdziwieni tym co się stało nagle jesienią w Telewizorniach i pop-prop Portalach?!

Te czerwone szczekaczki zaczęły nagle przedstawiać Ojca Świętego jako Zbawiciela Świata, kreować go na autora Cudotwórczego Pokojowego Rozwiązania dla Syrii (podczas gdy wiemy iż autorem jest Putin) i wielką Gwiazdę Światowego Internetu.

Jeszcze wczoraj zapluwały się oneż pop-prop-Portale i Telewizornie na temat zgwałconego przez jakiegoś opata klasztornego, czy też biskupa, księdza Lemańskiego. Paplały jak najęte i powtarzały po stokroć w różnych ujęciach jego wynurzenia o tym jak to słowami tegoż kardynała, czy też proboszcza, został „złapany nieprzyzwoicie za nieprzyzwoitą część ciała – zwaną przyrodzeniem” (czy też coś koło tego). Przecież jeszcze wczoraj zapluwały się na temat jak to księża okradają Naród Polski. Przecież jeszcze dwa tygodnie temu pyskowały zajadle przeciw kardynałowi jakiemuś że opiera inscenizację teatralną Rzezi Wołyńskiej?!

Co się wydarzyło?

Na ulicach Warszawy pojawiło się 200.000  ludzi, którzy robili sobie z Władz Polski Wielkie Jaja, którzy obnosili w marszach  Złote Słońce Peru z futbolówką u nogi niczym jakieś Idoliszcze pogańskie.  Polacy pokazali Władcom Polski Siłę ULICY!

Otóż i to! Padł strach wielki na Władców Polski i wydano cichcem rozkazy Pop-Propagandowym Mediom, które są w ich niepodzielnym władaniu, tym wszystkim TVNom, TVPom, Polsatom, eRMFom, Zetkom, Onetom, Interiom by zacząć się natychmiast  Ulicy podlizywać. Ukłon w stronę Ulicy ma ją WENTYLOWAĆ. Ma upuścić pary z rozgniewanego tłumu. Ma też poświadczyć – tak na wszelki wypadek – jakby co – jakby na przykład Strajk Generalny doprowadził do upadku tej „władzy” z którą nikt już nie chce gadać, bo wiadomo ze powie co innego a zrobi co innego, przyrzeknie i nie dotrzyma, przysięgnie i zaraz złamie przysięgę, udając że słucha co Ulica mówi przykręci Śrubę i zacznie strzelać do tłumu – to właśnie na ten wypadek te obrzydliwe antypolskie szczekaczki, które jeszcze miesiąc temu nazywały Polskich Patriotów motłochem i szumowiną, dzisiaj liżą im d… 

Przykre, że do tego lizania używają nie tylko symbolicznie ale dosłownie, zamiast własnego języka osoby Papieża Franciszka.

Czasami nie chce mi się wierzyć, np. kiedy słucham relacji z pseudośledztw i pseudoprocesów sądowych dotyczących Morderców z Kopalni Wujek sprzed 30 już lat, złodziei z FOZZu czy Amber Gold, sowieckich agentów którzy finansują moskiewskimi pożyczkami jakąś partię polityczną, skrytobójców Szefa Polskiej Policji, sprawców czy też przyczyn Katastrofy w Smoleńsku, wyjaśnienia dziwacznych pseudosamobójstw czy nagłych zaginięć, NIE CHCE MI SIĘ WIERZYĆ ŻE POLACY WCIĄŻ PRZYJMUJĄ TE KŁAMSTWA, ŻE WYTRZYMUJĄ TEN NAPÓR PROPAGANDY, i ŻE MIMO WSZYSTKO WIERZĄ W MOŻLIWOŚĆ ZMIANY NA LEPSZE I  USUNIĘCIA PRZYCZYN TEGO CAŁEGO ZŁA RAZ NA ZAWSZE Z NASZEGO ŻYCIA!  

flaga_polska

 

 

Wakacyjnie: Wojtek – o przyjaźni człowieka i niedźwiedzia.


Miś Wojtek

Wojtek_at_Winfield_Aerodrome_on_Sunwick_Farm,_near_Hutton_in_Berwickshire_after_the_warWojtek po wojnie po demobilizacji na farmie Sunwick w Anglii.

O Misiu Wojtku pisaliśmy już tutaj przy innej okazji, ale warto wrócić do tej postaci, zwłaszcza że pomnik wciąż jeszcze nie stanął w Szkocji.  Nawiązujemy w ten sposób do dyskusji na temat uboju rytualnego i traktowania zwierząt jako pozbawionych świadomości oraz duszy. Niedawno pokazywałem też jak żyją wciąż w Gruzji wolne świnki i krowy. Tak zyły w Polsce kiedy byłem dzieckiem, na Podhalu , w Lanckoronie, wszędzie.

Polish_Soldier_in_Iran_wojtek

Wiki o Wojtku

Wojtek (ur. w 1941 w pobliżu Hamadan w Persji, zm. 2 grudnia 1963 w Edynburgu) – syryjski niedźwiedź brunatny adoptowany przez żołnierzy 22 Kompanii Zaopatrywania Artylerii w 2 Korpusie Polskim dowodzonym przez gen. Andersa. Niedźwiedź brał udział w bitwie o Monte Cassino.

W kwietniu 1942 roku Polacy w drodze z Pahlevi w Iranie do Palestyny za parę puszek konserw odkupili małego niedźwiadka brunatnego od przygodnie napotkanego arabskiego chłopca. Niedźwiadek nie umiał jeszcze jeść i żołnierze karmili go rozcieńczonym skondensowanym mlekiem z butelki po wódce i skręconego ze szmat smoczka. Podobno z tego powodu Wojtkowi na zawsze pozostało upodobanie do napojów z takiej butelki. Miś został oficjalnie wciągnięty na stan ewidencyjny 22 Kompanii Zaopatrywania Artylerii, z którą to jednostką przeszedł cały szlak bojowy: z Iranu przez Irak, Syrię, Palestynę, Egipt do Włoch, a po demobilizacji do Wielkiej Brytanii.

Niedźwiadkiem opiekowano się troskliwie. Rósł i „mężniał” na żołnierskim wikcie, a jego ulubionymi przysmakami były owoce, słodkie syropy, marmolada, miód oraz piwo, które dostawał za dobre zachowanie. Jadał razem z żołnierzami i spał z nimi w namiocie. Kiedy urósł, dostał własną sypialnię w dużej drewnianej skrzyni, nie lubił jednak samotności i często w nocy chodził przytulać się do śpiących w namiocie żołnierzy. Był łagodnym zwierzęciem mającym pełne zaufanie do ludzi. Stwarzało to często zabawne sytuacje z udziałem obcych żołnierzy lub ludności cywilnej.

Żołnierze wspominają, że Wojtek uwielbiał jazdę wojskowymi ciężarówkami – w szoferce, a czasami na pace, czym wzbudzał sporą sensację na drodze. Lubił też zapasy z żołnierzami, które na ogół kończyły się jego zwycięstwem: pokonany leżał „na łopatkach” a Wojtek lizał go jęzorem po twarzy. W opowieściach o Wojtku jest również taka, jak to podczas działań pod Monte Cassino niedźwiedź pomagał w noszeniu ciężkich skrzyń z amunicją artyleryjską i nigdy nie zdarzyło mu się żadnej upuścić. Od tamtej pory symbolem 22 Kompanii stał się niedźwiedź z pociskiem w łapach. Odznaka taka pojawiła się na samochodach wojskowych, proporczykach i mundurach żołnierzy.

Chorągiewka z wizerunkiem Wojtka 22 Kompanii Zaopatrywania Artylerii.

Po wojnie 22 Kompania jako część 2 Korpusu Polskiego została przetransportowana do Glasgow w Szkocji, a razem z nią Wojtek. Kompania stacjonowała w Winfield Park, a wkrótce Wojtek został ulubieńcem całego obozu i okolicznej ludności. Stał się też tematem licznych publikacji prasowych. Miejscowe Towarzystwo Polsko-Szkockie mianowało go nawet swoim członkiem. Na uroczystości przyjęcia do towarzystwa, obdarzono nowego członka jego ulubioną butelką piwa.

Po demobilizacji jednostki, zapadła decyzja oddania niedźwiedzia do ogrodu zoologicznego w Edynburgu. Dyrektor ZOO zgodził się zaopiekować Wojtkiem i nie oddać go nikomu bez zgody dowódcy kompanii majora Antoniego Chełkowskiego. 15 listopada 1947 roku był dniem rozstania z Wojtkiem. Później żołnierze już w cywilu wielokrotnie odwiedzali Wojtka i nie bacząc na obawy pracowników ZOO przekraczali często ogrodzenie.

Wojtek zmarł 2 grudnia 1963 roku w wieku 22 lat[1]. O jego śmierci poinformowały wówczas brytyjskie stacje radiowe. W wieku dojrzałym ważył blisko 500 funtów (ok. 250 kg) i mierzył dobrze ponad 6 stóp (ponad 180 cm).

Upamiętnienia

Wojtek niosący pocisk armatni – logotyp 22 Kompanii Zaopatrywania Artylerii umieszczany na wszystkich pojazdach jednostki

Polskiego niedźwiedzia-żołnierza upamiętniają:

  • tablica pamiątkowa w ZOO w Edynburgu,
  • pomnik w Edynburgu[2],
  • pomnik z drewna Wojtka, który dźwiga artyleryjski pocisk w angielskim miasteczku Grimsby[3].
  • plakiety w Imperial War Museum w Londynie oraz w Kanadyjskim Muzeum Wojny w Ottawie,
  • rzeźba w Instytucie Polskim i Muzeum im. gen. Sikorskiego w Londynie.
  • 22 listopada 2011 uczniowie LO o profilu wojskowym przy Zespole Szkół Tekstylno-Handlowych w Żaganiu przejęli tradycje 22 Kompanii Zaopatrywania Artylerii (kompanii, w której służył niedźwiedź Wojtek). Tradycje i symbole 22 Kompanii (proporzec, oznakę i naszywkę z logo przedstawiającym niedźwiedzia niosącego pocisk) przekazał ostatni, żyjący w Polsce świadek historii Wojtka, prof. Wojciech Narębski wraz z przedstawicielami dowództwa spadkobierców tradycji 2 Korpusu Polskiego – 2 Korpusu Zmechanizowanego w Krakowie[4].
  • Zainspirowany historią niedźwiedzia angielski browar z Conglenton w 2012 r. wprowadził na rynek piwo pod nazwą „Wojtek”[5].
  • W dniu 7 czerwca 2013 na placu Słowiańskim w Żaganiu odbyła się uroczystość odsłonięcia pomnika Niedźwiedzia Wojtka, będącego jednocześnie pierwszym pomnikiem niedźwiedzia w Polsce[6]. Odsłonięcia monumentu, zaprojektowanego przez Wiolettę Sosnowską, dokonał ostatni żyjący żołnierz 22. Kompanii Zaopatrywania Artylerii 2 Grupy Artylerii Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie prof. Wojciech Narębski, nazywany przez towarzyszy broni „małym Wojtkiem”. Wykonawcą pomnika jest Stanisław Grzesiowski, a fundatorem – Starostwo Powiatowe w Żaganiu. Uroczystość uświetniła obecność Katy Carr – brytyjskiej piosenkarki polskiego pochodzenia[7][8].

Muzyka

  • Piosenka angielska „VOYTEK THE SOLDIER BEAR” szkolnego zespołu SANGS AND CLATTER GROUP napisana przez Roberta Owena z muzyką Billy Stewarta[9].
  • Piosenka „Wojtek, the bear soldier” polskiej grupy Őszibarack z ich wydanego w 2011 roku albumu „40 surfers waiting for the wave”[10].
  • Piosenka „Wojtek” z albumu „Paszport” brytyjskiej piosenkarki polskiego pochodzenia Katy Carr,[11]

Filmy

  • W 2008 roku powstał polski film dokumentalny p.t. „Piwko dla niedźwiedzia!” w reż. Marii Dłużewskiej[12].
  • W 2011 roku w kooperacji BBC i TVP powstał na podstawie książki Wiesława Lasockiego, pt. „Niedźwiedź Wojtek, polski bohater wojenny” film dokumentalny w reż. Williama Hooda i Adama Lavisa p.t. „The bear that went to war” („O niedźwiedziu co poszedł na wojnę”)[13][14] Polska premiera filmu miała miejsce w 2 programie TVP 22 listopada 2011 roku o godz 22.50.[15]
  • Telewizja BBC w programie dla dzieci Blue Peter nadawała reportaże o Wojtku. Opowiada się również, że gdy książę Karol zwiedzał muzeum w Londynie i zatrzymał się przy rzeźbie Wojtka, zaczęto mu opowiadać jego historię, ale książę przerwał, mówiąc, że zarówno on i jego obydwaj synowie znają dobrze tę historię z programów radiowych i opowiadań.

Bibliografia

  • Wiesław Antoni Lasocki Wojtek spod Monte Cassino: opowieść o niezwykłym niedźwiedziu, Gryf Publications LTD, Stowarzyszenie Polskich Kombatantów, Londyn 1968 (pol.)
  • Geoffrey Morgan, Wiesław Antoni Lasocki Soldier bear, wyd. Gryf Publications, Londyn 1971, ISBN 0-00-211793-2 (ang.)
  • Wiesław Antoni Lasocki Wojtek. Niedźwiedź-żołnierz, Instytytut Polski i Muzeum im. gen. Sikorskiego, Londyn 1986 (pol.)
  • Gaye Hiçyılmaz, Annie Campling And the Stars were Gold, wyd. Orion Children’s, Londyn 1997, ISBN 1-85881-481-2 – książka dla dzieci (ang.)
  • Wiesław Antoni Lasocki Wojtek spod Monte Cassino: opowieść o niezwykłym niedźwiedziu, Polska Fundacja Kulturalna, Londyn 2003, ISBN 0-9543805-3-3 (pol.)
  • Janusz Przymanowski Kanonier Wojciech, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 1979, ISBN 83-210-0085-1, z serii zeszytów dla dzieci o zwierzętach, uczestnikach wojny (pol.)
  • Maryna Miklaszewska Wojtek z Armii Andersa, Fronda, Warszawa 2007, ISBN 978-83-88747-26-7 (pol.)
  • Garry Paulin Voytek – The Soldier Bear, ilustracje Sophie Stubbs, nakładem autora, 2008, ISBN 978-0-9558295-0-5[16]
  • Łukasz Wierzbicki Dziadek i niedźwiadek. Historia prawdziwa, Pointa, Konstancin 2009, ISBN 978-83-924991-1-4 – książka dla dzieci (pol.)
  • Aileen Orr, Niedźwiedź Wojtek, Niezwykły żołnierz Armii Andersa, Replika, Poznań 2011 (wydanie oryginalne: Wojtek the Bear: Polish War Hero, Birlinn Ltd, Published 20/09/2010, ISBN 9781841588452)
  • Aleksandra Zaprutko, Niedżwiedź szeregowym Polskich Sił Zbrojnych? Czemu nie!, „Ciekawostki historyczne”, 4 kwietnia 2011.
  • Komiks „Jak niedźwiedź Wojtek został polskim żołnierzem” w 4 wersjach językowych: polskiej, włoskiej, angielskiej i francuskiej. Komiks powstał w ramach projektu eTwinning (2010 – 2011)realizowanego przez Zespół Szkół Tekstylno-Handlowych w Żaganiu pod kierunkiem Wioletty Sosnowskiej i Paolini-Cassiano, Imola, Włochy; pod kierunkiem Angeli Riccomi. Autorką rysunków jest Anna Kret.

Artykuły za niezalezna.pl

A także dwa BARDZO ważne komentarze

Pomnik Wojtka – maskotki armii Andersa

Tagi:
Dodano: 25.04.2013 [17:31]
 40731-433631366903910

foto: nieznany: domena publiczna

Niedźwiedź Wojtek, jeden z symboli armii generała Władysława Andersa będzie miał swój pomnik w Parku im. dr. Henryka Jordana w Krakowie. Na ustawienie jego podobizny w tym miejscu jednogłośnie zgodzili się krakowscy radni.

Wojtek – syryjski niedźwiedź brunatny – w kwietniu 1942 roku został przygarnięty przez żołnierzy Armii Andersa na terenie obecnego Iranu. Wojtek został wpisany na listę personelu 22. Kompanii Zaopatrywania Artylerii. Z żołnierzami, najpierw w stopniu szeregowca a potem kaprala, przeszedł szlak bojowy od Iranu, przez Irak, Syrię, Palestynę, Monte Cassino do Szkocji. Po demobilizacji jednostki oddany został do ogrodu zoologicznego w Edynburgu, gdzie umieszczona jest tablica ku czci „polskiego bohatera”.

- Pomysł, żeby na rozwidleniu alejek w Parku Jordana postawić pomnik misia Wojtka wydaje się ze wszech miar godny poparcia – przybliży on dorosłym i najmłodszym trochę nieznaną historię wojska i żołnierzy polskich z Armii Andersa - ocenił przewodniczący Rady Miasta Bogusław Kośmider.

Fundatorem pomnika będzie Towarzystwo Parku im. dr. Henryka Jordana. Stanie w rozwidleniu alejek, z których jedne kierują się ku placom zabaw, a drugie ku galerii Wielkich Polaków, gdzie znajdują się popiersia znamienitych rodaków.

Prof. Wojciech Narębski, ostatni żyjący w kraju żołnierz 22. Kompanii Zaopatrywania Artylerii wspominał, że niedźwiedź Wojtek był nieodzownym elementem jego kampanii – zabawiał żołnierzy i poprawiał im nastrój.

- Uważam, że Wojtek odegrał ogromną rolę, i to jest jego główna zasługa, jako element podnoszący morale żołnierzy. Myśmy wracali zmęczeni, przeważnie po nocnych akcjach i jak zobaczyliśmy tego sympatycznego niedźwiedzia, który potrafił zamachać do nas łapą, pogłaskało się go, to od razu było nam lepiej - mówił.

- On był tak ważnym elementem naszej kompanii, takim pocieszycielem, przyjacielem, który poprawiał nastrój w kompanii - dodał prof. Narębski. Przytoczył anegdotę, według której Wojtek zniszczył suszącą się bieliznę, należącą do żołnierek z 316. i 317. Kompanii Transportowej Pomocniczej Służby Kobiet. - One koło nas stacjonowały i pamiętam, jak dziewczęta akurat sobie zrobiły pranie, wywiesiły swoje dessousy do wyschnięcia. Wojtek zobaczył kolorowe rożne majteczki, staniczki, to mu się widocznie nie spodobało i zrobił szarżę – pobiegł, zrzucił to wszystko i wrócił cały owinięty tymi dessousami - opowiadał.

Pomnik niedźwiedzia Wojtka w Szkocji

Dodano: 01.06.2013 [11:53]

Pomnik Wojtka – brunatnego niedźwiedzia w stopniu szeregowca, który w bitwie o Monte Cassino wsławił się noszeniem pod ostrzałem wroga skrzynek z amunicją na posterunki artyleryjskie – stanie na poczesnym miejscu w Edynburgu – donoszą szkockie media.

W 1942 r. żołnierze 22. Kompanii Zaopatrywania Artylerii wymienili Wojtka w Iranie za konserwy i adoptowali. Miś przebył wraz z nimi cały szlak bojowy podbudowując ich morale.

Odlany z brązu pomnik naturalnych rozmiarów stanie w ogrodach Princess Street – jednej z najbardziej znanych ulic Edynburga, obok luminarzy uhonorowanych przez miasto – postanowiły władze miejskie.

W ogrodach Princess Street (West Princess Street Gardens) znajdują się pomniki pisarza Waltera Scotta (1771-1832), poety Allana Ramseya oraz jednego z najważniejszych przywódców Wolnego Kościoła Szkocji Thomasa Guthrie.

W tle Wojtka będzie najbardziej rozpoznawalny symbol Edynburga – zamek. Pomnik nie będzie miał cokołu, a więc będzie można się z nim fotografować. Przedstawia niedźwiedzia z jego opiekunem Piotrem Prendysem trzymającym rękę na ramieniu misia. W takiej pozie Prendys przechadzał się ze swoim ulubieńcem po obozie.

Pomnik, który kosztował ok. 250 tys. funtów, ufundowany przez komitet pod nazwą Wojtek Memorial Trust ma być odsłonięty oficjalnie 18 maja 2014 r., w 70. rocznicę zdobycia klasztoru Monte Cassino przez żołnierzy II Korpusu pod dowództwem gen. Władysława Andersa.

Lidia () 02/06/2013 – 11:54.

bohater Wojtek

Mój ojciec przeszedł szlak bojowy z gen Władysławem Andersem. Opowiadał nam o dzielnym niedźwiedziu Wojtku to była ich maskotka i pomocnik w walce zdobywania celów jak i odskocznia od rzeczywistości przy szkoleniach i zabawach z nim. To był ukochany ich wierny przyjaciel. Tata nie został w Anglii wrócił do Polski mimo próśb generała. Długo nie pożył zmarł w więzieniu na Rakowieckiej w 1961 roku niesłusznie posądzony w aferze skórzanej. Był chory na cukrzycę wstrzymano mu insulinę. O tym dowiedzieliśmy się dopiero po 5 latach od śmierci od współwięźnia który wyszedł na przepustkę, zapamiętał adres nasz i treść listu jaki pisał ojciec przed śmiercią bo oczywiście list został zarekwirowany. Takie oto są mroczne dzieje AKOWCÓW.

(po)ruta () 01/06/2013 – 13:43.

Po zakończeniu kampanii włoskiej Wojtek został ewakuowany do Berwickshire w Szkocji, gdzie po demobilizacji w 1947 roku trafił do edynburskiego ZOO, gdzie żył do 1963 roku.
Losy Wojtka spod Monte Cassino spopularyzowała Aileen Orr swoją książką „Wojtek The Bear: Polish War Hero”.
Była zafascynowana losami niezwykłego niedźwiedzia od dzieciństwa, gdy wraz z polską przyjaciółką, jako ośmioletnia dziewczynka odwiedziła Wojtka w ZOO.
Wojtek słysząc polski język nadstawił uszu i pomachał obu dziewczynkom :-)
Był też nałogowym palaczem i Polacy odwiedzający go w ogrodzie rzucali mu papierosy.
Wojtek zwany w Szkocji niedźwiedziem żołnierzem (Wojtek the Soldier Bear) przeszedł do historii jako pierwszy miś uhonorowany specjalnym bankietem przez szkocki parlament !

Suplement

Trwa zbiórka pieniędzy na pomnik niedźwiedzia Wojtka w Krakowie – stanie w 2014 roku.

Około 50 ty­się­cy zło­tych po­trze­ba na pierw­szy pol­ski po­mnik niedź­wie­dzia Wojt­ka, jed­ne­go z sym­bo­li armii ge­ne­ra­ła Wła­dy­sła­wa An­der­sa. Po­do­bi­zna zwie­rzę­cia sta­nie w przy­szłym roku w Parku im. dr. Hen­ry­ka Jor­da­na w Kra­ko­wie.

Woj­tek – sy­ryj­ski niedź­wiedź bru­nat­ny – w kwiet­niu 1942 roku zo­stał przy­gar­nię­ty przez żoł­nie­rzy Armii An­der­sa na te­re­nie obec­ne­go Iranu. Woj­tek zo­stał wpi­sa­ny na listę per­so­ne­lu 22. Kom­pa­nii Za­opa­try­wa­nia Ar­ty­le­rii. Z żoł­nie­rza­mi, naj­pierw w stop­niu sze­re­gow­ca, a potem ka­pra­la, prze­szedł szlak bo­jo­wy od Iranu, przez Irak, Syrię, Pa­le­sty­nę, Monte Cas­si­no do Szko­cji. Po de­mo­bi­li­za­cji jed­nost­ki od­da­ny zo­stał do ogro­du zoo­lo­gicz­ne­go w Edyn­bur­gu, gdzie żył do 1963 r. Umiesz­czo­na jest tam ta­bli­ca ku czci „pol­skie­go bo­ha­te­ra”.

Jak po­in­for­mo­wał pre­zes To­wa­rzy­stwa Parku im. dr. Hen­ry­ka Jor­da­na Ka­zi­mierz Cho­le­wa, w ra­mach roz­po­czę­tej zbiór­ki pie­nię­dzy na ten cel wpły­nę­ło do tej pory około 1,5 tys. zło­tych. – Na razie zbiór­ka idzie słabo, ale li­czy­my, że z cza­sem bę­dzie przy­by­wać dar­czyń­ców – oce­nił Cho­le­wa.

We­dług niego po­mnik sta­nie w roz­wi­dle­niu ale­jek w kra­kow­skim parku, z któ­rych jedne kie­ru­ją się ku pla­co­wi zabaw, a dru­gie ku ga­le­rii Wiel­kich Po­la­ków, gdzie znaj­du­ją się po­pier­sia zna­mie­ni­tych ro­da­ków.

Wy­bra­no już pro­jekt rzeź­by, któ­re­go au­to­rem jest Woj­ciech Batko, ar­ty­sta-rzeź­biarz, ab­sol­went kra­kow­skiej ASP. Zgod­nie z kon­cep­cją, od­la­na z brązu i wy­so­ka na ponad dwa metry po­do­bi­zna Wojt­ka bę­dzie stała na mapie, na któ­rej niedź­wie­dzi­mi tro­pa­mi zo­sta­nie ozna­czo­ny cały jego szlak bo­jo­wy.

Zwie­rzę jedną łapą bę­dzie wska­zy­wa­ło drogę do po­mni­ka swo­je­go do­wód­cy, gen. Wła­dy­sła­wa An­der­sa, a pod drugą ma trzy­mać skrzyn­kę z amu­ni­cją lub po­cisk ar­ty­le­ryj­ski, choć to po­pu­lar­ne wy­obra­że­nie Wojt­ka jest – zda­niem prof. Woj­cie­cha Na­ręb­skie­go, ostat­nie­go ży­ją­ce­go w kraju żoł­nie­rza 22. Kom­pa­nii Za­opa­try­wa­nia Ar­ty­le­rii – nie­zgod­ne z praw­dą hi­sto­rycz­ną.

We­dług utrwa­lo­ne­go prze­ka­zu Woj­tek w bi­twie o Monte Cas­si­no wsła­wił się no­sze­niem pod ostrza­łem wroga skrzy­nek z amu­ni­cją na po­ste­run­ki ar­ty­le­ryj­skie.

Od­sło­nię­cie kra­kow­skie­go po­mni­ka za­pla­no­wa­no na 18 maja 2014 roku, w 70. rocz­ni­cę zdo­by­cia klasz­to­ru Monte Cas­si­no przez żoł­nie­rzy II Kor­pu­su pod do­wódz­twem gen. An­der­sa. – Nie ma lep­szej daty na tę uro­czy­stość – za­zna­czył Cho­le­wa.

W tym samym dniu niedź­wiedź Woj­tek zo­sta­nie także upa­mięt­nio­ny w szkoc­kim Edyn­bur­gu. Zgod­nie z de­cy­zją tam­tej­szych władz miej­skich, od­la­ny z brązu po­mnik na­tu­ral­nych roz­mia­rów sta­nie w ogro­dach Prin­cess Stre­et – jed­nej z naj­bar­dziej zna­nych ulic Edyn­bur­ga, obok lu­mi­na­rzy uho­no­ro­wa­nych przez mia­sto. Przed­sta­wi niedź­wie­dzia z jego opie­ku­nem Pio­trem Pren­dy­sem trzy­ma­ją­cym rękę na ra­mie­niu misia. W ta­kiej pozie Pren­dys prze­cha­dzał się ze swoim ulu­bień­cem po żoł­nier­skim obo­zie.

Pierw­szą książ­kę o Wojt­ku „Woj­tek spod Monte Cas­si­no: opo­wieść o nie­zwy­kłym niedź­wie­dziu” w 1968 r. na­pi­sał Wie­sław La­soc­ki, w cza­sie wojny ze­sła­ny do ZSRR, na­stęp­nie żoł­nierz gen. An­der­sa, który po woj­nie osiadł w Lon­dy­nie. Uka­za­ła się w emi­gra­cyj­nym wy­daw­nic­twie Gryf, a w 1971 r. prze­tłu­ma­czo­no ją na an­giel­ski. Losy Wojt­ka spod Monte Cas­si­no spo­pu­la­ry­zo­wa­ła Aile­en Orr swoją książ­ką „Woj­tek The Bear: Po­lish War Hero”.

Niedź­wiedź ma już swój po­mnik w In­sty­tu­cie gen. Wła­dy­sła­wa Si­kor­skie­go w Lon­dy­nie. Woj­tek prze­szedł do hi­sto­rii jako pierw­szy miś uho­no­ro­wa­ny spe­cjal­nym ban­kie­tem przez szkoc­ki par­la­ment.

(MWL)

Źródło: PAP

03. 08. 2013 – Anatomia Upadku III RP: Szykują nam nowy Stan Wojenny w Święto Niepodległości?!!! Powstanie Warszawskie, z góry obszczekane!!! W jesieni Strajk Generalny!

Posted in Polska, Teksty społecznie zaangażowane by bialczynski on 3 Sierpień 2013

Aktualizacje : 2 08 2013

flaga_polska

Wielka Prowokacja Rządu Tuska i służb specjalnych PRL Bis?!

Wszystko wskazuje na to, że obecna Yetisyńska tzw. władza, która nie jest żadnym reprezentantem swojego Narodu,  przygotowuje nam Stan Wojenny w jesieni 2013. Częścią tego realizowanego bez kamuflażu scenariusza było aresztowanie „fałszywego ” zamachowca na Sejm Brunona K. a teraz jego rzekomego wspólnika, który miał mieć kilka nabojów i 20 dkg środka wybuchowego o takiej sile rażenia, że zdetonowano go o ile się nie mylę , w jego piwnicy. W spektaklu tym jak wszystko wskazuje bierze też udział za przyzwoleniem ABW – Telewizja TVN.

103

 

Strach Panów przed Niewolnikami osiąga powoli apogeum. Pisałem niedawno iż mam nadzieję, że głupie pomysły jakie mogą tym ludziom strzelić do głowy w wyniku ICh paniki i chęci obrony za wszelką cenę “własnego majątku”, rozkradzionego do prywatnych Yetisyńskich kieszeni, jednak nie zostaną przez NICh WYKONANE. Ten majątek bowiem niezależnie od ICh chwilowych zagrywek i pomysłów na ocalenie, jest i pozostanie na zawsze majątkiem Narodu Polskiego i nie “przylepi się do ich kont bankowych – także tych ukrytych na Cyprze wzorem sowieckich kolegów po starej znajomości z KGB.

Nie pomoże wam Yetisyny żaden stan wojenny. Wybijcie to sobie z głowy i to czym prędzej. Zanim za jego wprowadzenie staniecie przed Prawdziwym Sądem Narodu, A że staniecie to macie jak w banku! Naród już was osądził, a ponieważ zdajecie sobie z tego sprawę zamierzacie wysłać wojsko i policję przeciw niemu – w tym przygotowane “bratnie” siły policyjne UE.  Czy uzgodniliście to w Berlinie i macie gwarancję, że przybędą tutaj przebierańcy z Niemieckiej Policji, którzy przedstawiają się jako Lewaki?!

Czy podpisaliście za plecami Polaków stosowne porozumienie gwarantujące wam “Bratnią Pomoc” z byłego NRD?, z byłego Stasi?! Czy zebraliście też właściwe policyjne siły oficjalne – według braterskiego porozumienia na wzór dawnego sprawdzonego Układu Warszawskiego?!  Na ile liczycie potrzebna wam armię – na 10.000 zakamuflowanych niemieckich żołnierzy udających Lewaków + 20.000  policji niemieckiej w mundurach + 10.000 zakamuflowanych polskich Volksdojczów – bez mundurów + 20.000 policji i żołnierzy tzw. polskich?!

Nie liczcie na lojalność żadnego naprawdę polskiego żołnierza i polskiego policjanta! Gwarantuję wam, że ich lufy obrócą sie przeciw wam!

Nie liczcie że to wam ujdzie płazem ani, że wygracie z 38 milionami Polaków w kraju i 20 milionami Polaków zagranicą. Nie będziecie się mogli ukryć w żadnym kraju świata?! Chcecie mieć Obłęd?!!! Będziecie mieć obłed! Już macie Obłęd w oczach.

flaga_polska

Banksterzy światowi i ICh zausznicy z Polski przygotowują Konfrontację na 11 listopada 2013 – Święto Niepodległości!!I

Za Gazeta Polska Codziennie z 2 sierpnia 2013 roku:

  Oto jak kroczek po kroczku Yetisyny, w porozumieniu z Niemcami, usiłują wprowadzić Nowy Porządek Świata w naszym kraju:

102

102b1102b2

102c

102a

Obłęd 2013 – Jeszcze o Powstaniu Warszawskim – Rybitzky z Salonu 24

102d

flaga_polska

1.08.2013

Powstanie Warszawskie z góry obszczekane!

Już wczoraj w związku z dzisiejszą rocznicą wybuchu Powstania Warszawskiego wybuchła w TVP, TVN i Polsacie histeria antypowstaniowa. Na wszystkich kanałach włączyła się propaganda, która dzieli powstańców na lepszych – tych szarych, co wykonywali rozkazy i zapłacili krwią, tych gorszych co przeżyli powstanie i musiano ich dobić w kazamatach PRLu, i tych najgorszych którzy wydali rozkaz do powstania. Zgodny chór trębaczy trąbi prawdę najprawdziwszą, prawdę objawioną nam już dawno przez zaborców moskiewskich, którzy to samo trąbili w PRLu co oni dzisiaj. 

Subtelność obecnego opluwania Powstania Warszawskiego przejawia się w tym , że dzisiaj 1 sierpnia, w dniu rocznicy, ci którzy pluli wczoraj pieją obłudnie z zachwytu. Skąd ta schizofrenia, skąd rozdźwięk między wczoraj a dziś. To efekt odwracania się publiki od mediów yeistyńskich, które uznały swoją porażkę w tej sprawie i konieczność podlizania się publice. Dzisiaj jest dzień lizania Polaków. A co będzie jutro? Powiem wam – dalszy ciąg wczorajszego plucia.

Nie dziwi to wcale jako, że mamy PRL Bis – mentalną powtórkę z rozrywki , która odbywa się pod dyktando rządzącej obecnie Polską obcej agentury.

Zrozumże agenturo, że pokój polsko-rosyjski powstanie tylko na warunkach równości tych dwóch podmiotów zwanych Polska i Rosja.

Co dziwne podobne opinie na temat Powstania Warszawskiego i wielu innych powstań w Polsce słyszy się ze środowisk, które mienią się być narodowymi. Stamtąd też rozlegają się utyskiwania na ogłupionych Polaków, zmanipulowanych i wykiwanych, a do tego wykrwawionych np. w Powstaniu Warszawskim.

Ten jednomyślnie ujadający chór poważnie mnie martwi, ponieważ taka jednomyślna ocena zrywów narodowych przez tych, którzy uważają się za narodowców i tych którzy są ewidentnie antypolscy stwarza wrażenie, że mamy do czynienia z jednym i tym samym obozem, który się poprzebierał w różne stroje i maski. Kiedy jednak przychodzi co do czego obóz ten ma do powiedzenia tylko jedno: morda w kubeł narodzie polski, bo jak wyjdziecie na ulice to krew się poleje na darmo. Wy przecież nie umiecie zrobić udanego powstania, tak jak nie umiecie pracować, zarabiać pieniędzy i utrzymać rodziny, a nawet zarobić na tyle żeby założyć sobie w Polsce rodzinę! Morda w kubeł Narodzie Polski , to Niemcy i Rosjanie mieli rację a nie dowódcy Powstania Warszawskiego, czy Styczniowego, czy Insurekcji Kościuszkowskiej, czy wreszcie Listopadowego – wszystkie wasze powstania poszły na marne i jeszcze gorzej, wykrwawiły was z inteligencji. Wszystko to były wielkie ściemy. Chcecie czegoś takiego raz jeszcze?!

Ten rodzaj komentarza do dziejów Polski ma jeszcze jeden walor propagandowy: “uczy” nieposkromionych Polaków iż są tępi i głupi na tyle, żeby się dawać innym wykorzystywać i zabijać.  Bezczynność jest lepsza dla głupiego – pokorne ciele dwie matki … i tak dalej!

Współczuję wszystkim tym Polakom, którzy nie rozumieją wagi ofiary Krwi jaką przelali ich rodacy, ich dziadowie, ich babki, współczuję tym wszystkim którzy nie rozumieją, że także ofiara wykorzystana przez Yetisynów dla ich yetisyńskich celów, jest tąż sama ofiarą NAJWYŻSZEJ WAGI I NAJWYŻSZEGO KARMICZNEGO KALIBRU, którą należy czcić a nie obszczekiwać. Taka ofiara bowiem zawsze obraca sie na dobro tych w imieniu których została złożona.

Współczuję tym wszystkim którzy uważają za cenną naukę i za właściwą ofiarę tylko tę która jest ofiarą zwycięzcy – dla nich zwycięstwo liczy się bardziej niż ofiara. Idąc tym tropem rozumowania potępiają oni w istocie wszystkie ofiary samospalonych buddyjskich mnichów.  Ale czy te ofiary naprawdę nie były skuteczne mimo ich jednostkowości i beznadziejności z góry skazanej na klęskę?! Odpowiedzmy sobie wszyscy na to pytanie?

Ja osobiście pamiętam, ze nic tak nie poruszyło Krakowa jak samospalenie sie człowieka w Rynku Głównym, albo to na Stadionie Dziesięciolecia, O tych aktach mówiło się przez dziesięciolecia i pamięta sie je do dzisiaj. Dziwi mnie dzielenie ofiar na lepsze i gorsze – lepsze te udane, i gorsze nieudane.

Tego rodzaju antypowstańcze komentarze nawołujące do bezczynności, jakoś dziwnie współbrzmią z treścią niemieckiej gadzinówki z sierpnia 1944 roku, którą tutaj w artykule z dzisiejszej Gazety Codziennej – rocznicowej , powstańczej – przytaczamy poniżej.

Niech szczekają , bo karawana i tak pojedzie dalej.  My nigdy na żadne polskie powstanie  i na żadną ofiarę naszych dziadów szczekać nie będziemy.

101f101e

flaga_polska29.07.2013

PO – Demokracja w stylu NKWD

Wytłuszczone zdanie, pierwsze w cytacie u dołu, w tym artykule, napisałem na blogu wczoraj lub w sobotę! Czyż to nie potwierdza co najmniej istnienia Świadomości Nieskończonej lub Zbiorowej Świadomości Polskiej?  A tak na serio – jesteśmy opiniotwórczy i mamy siłę przebicia?! Czy ktoś zaprzeczy?!

101b101c

101d

flaga_polska

Bezrobocie, rasizm i faszyzm.

25 07 2013

Pewne media internetowe – w tym także ten blog – są bardzo pilnie obserwowane przez wielkich graczy politycznych. To bardzo ciekawe, że raz po raz możemy wyłapać a to ze stron w Gazety Wyborczej a to z łamów Gazetye Polskiej Codziennie polemiki, “pośrednie” odpowiedzi, czy akcje wspierające nasze artykuły i analizy dodatkowymi argumentami i naświetleniami. Jakby obie strony się w tym prześcigały.

O czym to świadczy?

Po pierwsze o faktycznej sile opiniotwórczej Internetu w ogóle, a w szczególności Ruchu Wolnych Ludzi. O czym jeszcze? O tym że nasze analizy i diagnozy są wyjątkowo celne a rozpoznanie sytuacji wewnętrznej w Polsce i na świecie wyjątkowo trafne.

Nie dziwi nas to, jako że korzystamy nagminnie z oglądu, na jaki pozwala obserwacja Rzeczywistości z perspektywy holistycznej, jak również z możliwości analityczne jakie otrzymujemy od Świadomości Nieskończonej oraz Zbiorowej Świadomości  Ludzkości. Te analizy muszą być trafne więc po prostu są. 

Gdy tylko poruszymy jakiś bardzo ważny społeczny, czy polityczny temat odpowiedź ze strony medialnych potentatów jest niemal natychmiastowa – najdalej na drugi czy trzeci dzień, ale bardzo często już nazajutrz. 

Błahymi sprawami z gatunku polityki czy spraw społecznych nie zajmujemy się tutaj, więc na każdy nasz artykuł ukazuje się kontr-artykuł, po obu stronach barykady. Oto dwa artykuły z dzisiaj, które są odpowiedzią na nasza dyskusję tutaj o widzialnym gołym okiem upadku PO oraz na nasze o chwilę wcześniejsze rozważania na temat faszystowskiej falangi i rasistowskiego Czerwonawego Obozu Postkomuny.

Zamieszczamy dzisiejsze cytaty z Gazety Codziennej. Od dawna twierdzę, że ludzie Wolni i Myślący Widzą i Wiedzą Więcej (WWW). 

Rozpoczyna się właśnie fajny serial  w Gazecie Codziennej, który podsumowuje sytuację 2008 – 2013, czyli co zastali i co zrobili,  pod tytułem : Co nam zrobiłeś Tusku!

au100a

Realne dochody w rodzinie z Raportu NBP:

au100b

A oto coś o dwóch rasizmach czy też dwóch faszyzmach które dopiero co tutaj opisaliśmy – sążnisty artykuł musiało trochę trwać napisanie go, wiec minął prawie tydzień jak uderzyliśmy w ten stół nazywając rzeczy po imieniu. I oto dwa faszyzmy rzuciły się sobie do gardeł.

au100c

au100d

flaga_polska17. 07 2013

Platforma pikuje w dół i wpada w korkociąg

Zgodnie z przewidywaniami jakie dopiero co wyłożyłem, w jednym z postów w odpowiedzi dla Magdy o najbliższą przyszłość Polski, Platforma “Obywatelska” , jeszcze przed ogłoszeniem fatalnej wiadomości o 24 miliardowej dziurze budżetowej oraz przed rozpoczęciem medialnej kampanii Platformerskich Mediów (TVP-TVN-Polsat) o przeforsowanie mimo wszystko, mimo społecznej niezgody, i już przegranego głosowania w Sejmie, barbarzyńskiego uboju rytualnego zwierząt o które walczą teraz samotnie PSL-owcy, Żydowskie Gminy Wyznaniowe, Islamiści oraz Kościół Katolicki, zdaje się spełniać daną przeze mnie tutaj na Blogu obietnicę , że do końca tego roku osiągnie dzięki swojej bezdennej głupocie i zaniechaniom poziom 20% poparcia społecznego. 

Przyjmując że uparte forsowanie BARBARZYŃSKIEGO UBOJU ZWIERZĄT odjęło im 5% poparcia, a dziura budżetowa i cięcia którymi mają zamiar ZAMORDOWAĆ POLSKĄ GOSPODARKĘ i jeszcze większą liczbę ludzi posłać na zieloną trawkę (nie wiem czy Irlandzką czy tę “Niebiańskiego Spokoju”) oraz skryte przyjęcie nowego budżetu zaplanowane na najbardziej wakacyjny miesiąc czyli sierpień, odejmie im co najmniej kolejne 5% poparcia, myślę, że może się spełnić niewyobrażalny nawet do tej pory, najczarniejszy scenariusz z punktu widzenia Yetisynów, Yeti Yelity i Lemingów Skrajnych -  całkowite załamanie w Jesieni i zmiana rządów oraz przedterminowe wybory jeszcze w tym roku.

dzisiaj przytaczamy cytaty z Gazety Polskiej Codziennie z 18 lipca 2013 roku – 3 artykuły

au98b

Trwa Bitwa Smoleńska z Moskalami

Następuje w mniej właśnie próba wyjaśnienia jednego z serii licznych dziwacznych i niewiarygodnych “samobójstw”, tym razem głównego naocznego świadka lądowania Jaka i TU w Smoleńsku:

au98c

Czy Wojsko jest Polskie?

au98d

Polska na skraju bankructwa!

Gazeta Polska Codziennie – 17 lipca 2013

au96

Kolejny atak rządu na rodzinę!

Gazeta Polska Codzienie 17 lipca - bez komentarza, pełna zgoda!

au97

Związkowcy planują protesty. 11 września strajk generalny

dzisiaj, 13:13 PAP

11 września rozpoczynamy akcję strajkową – zapowiedział szef OPZZ Jan Guz po naradzie “Solidarności”, OPZZ i Forum Związków Zawodowych. Guz powiedział, że związki są zmuszone do takich działań, ponieważ nie są w stanie wywalczyć praw pracowniczych na forum Komisji Trójstronnej.

Szef “Solidarności” Piotr Duda stwierdził, że nie da się zastraszyć władzy. Odniósł się w ten sposób do zapowiadanych przez rząd zmian w ustawie o związkach zawodowych.

– Jak widać, kto krytykuje rządzących, musi ponieść konsekwencje. Ale my się nie boimy, więc nie ma sensu nas straszyć – powiedział Piotr Duda.

więcej: http://wiadomosci.onet.pl/kraj/zwiazkowcy-planuja-protesty-11-wrzesnia-strajk-gen,1,5559626,wiadomosc.html

flaga_polska

26. 06 . 2013

 Smoleńsk. Jak wierchuszka PO ucieka przed prawem!

Cytujemy Gazetę Polską Codziennie z 26 czerwca 2013 roku, gdyż demaskuje ona z drobiazgową, matematyczną precyzją manipulacje Władz i samej Wierchuszki tzw. Platformy Obywatelskiej związaną z próbą uniknięcia odpowiedzialności za manipulacje związane z mataczeniem, w sprawie Katastrofy Smoleńskiej i śledztwa.

Te manipulacje, zmieniające post factum PRAWO na drodze niejawnej, wskazują na wielki strach rządzących w związku z tym co się wydarzyło w Smoleńsku. Wskazują też na postępującą faszyzację władzy. To coś co nie może Społeczeństwu Polskiemu umknąć.

au78    au79

flaga_polska

21. 06 2013

Bilans samopodpaleń w PRL – 2 osoby w 45 lat (protest polityczny!). A jak jest w III RP?

ss yetisyn_rysunek05x

Nie jesteśmy w stanie stworzyć statystyki samopodpaleń 20 lecia III RP – ale kilka przykładów z krótkiej epoki polskiego kapitalizmu możemy tutaj przedstawić.  Ci dwaj w PRL samopodpalili się nie z biedy i głodu, ani z braku pracy – tylko w proteście POLITYCZNYM.

To coś innego chyba niż to z czym mamy do czynienia w III RP. A ile zbiorowych samobójstw tzw. rozszerzonych na członków rodziny – zostało popełnionych w III RP? O tym się nie mówi w TVNach i TVP. O tym się chyba nie rozmawia na salonach , co, Yetisyny ?! Jak to jest?! Czy pomiędzy dwoma drinkami burbona z lodem wspominacie Yetisyny o tych samopodpaleńcach?! A może gaworzycie o powolnym zarzynaniu owiec?   Koszerny ubój wbrew prawu karnemu o zakazie torturowania zwierząt TVN “przykrywa” bełkotem o mięsie na antybiotykach, o którym tzw. ULICA wie już od 20 lat!!!  Dezinformacja, dezinformacja, dezinformacja!!!!

Koszerny ubój jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zniknął dzisiaj z ekranów TV!!!   Czy to jedna centrala steruje tymi TVNami TVPami, Polsatami?!!! Jakiś układ coś trzyma???? Podobno teorie spiskowe są śmiechu warte panowie Yetisyny od propagandy medialnej?!

Co macie w planie do “przykrycia” na jutro? Znowu koszerne ubojnie? Macie jakieś grafiki tych przykrywek , jakieś rozpiski na najbliższe miesiące???

20 o6  2013  samopodpalenie w Krakowie

Wczoraj w Krakowie podpalił się 42 letni mężczyzna. Ten który podpalił się tydzień temu pod kancelarią Premiera w Warszawie właśnie zmarł.

Szef PiS nawiązał do tego, że wczoraj w Krakowie podpalił się 42-letni mężczyzna, należący do Związku Zawodowego Drużyn Konduktorskich w RP oraz do wydarzenia sprzed tygodnia, kiedy inny mężczyzna podpalił się w okolicach kancelarii premiera (zmarł w czwartek szpitalu).

- Mówienie o tych dramatach w kategoriach politycznych, jest niemoralne. Nie można używać dramatu ludzi, którzy targają się na swoje życie do celów politycznych – skomentowała słowa szefa PiS wiceszefowa klubu PO Małgorzata Kidawa-Błońska.

Według niej każdy przypadek samopodpalenia jest inny. – To jest może słabość nas wszystkich, że (jako) sąsiedzi, rodzina nie potrafimy uchwycić, że taka osoba ma tak straszne plany, ale mówienie, że za takie dramaty odpowiada rząd i że jest to odpowiedzialność polityczna jest po prostu niemoralne – podkreśliła.

Jak podsumowała, Kaczyński rzuca “poważne, niemoralne oskarżenia”.

- Mamy już drugie samopodpalenie w czasie krótkiego czasu. Tutaj przyczyną są nieodpowiedzialne decyzje ministra transportu, który próbuje po raz kolejny przebudowywać kolej w ten sposób, że pracownicy są usuwani z miejsc pracy. To powoduje ogromne napięcie. To jest bezpośrednia konsekwencja tego rodzaju działań – podkreślił Kaczyński.

42-letni związkowiec podpalił się w Krakowie w dniu, gdy w siedzibie małopolskich Przewozów Regionalnych odbywały się rozmowy związkowców z dyrekcją. Związek Zawodowy Drużyn Konduktorskich w RP od wtorku prowadził w Krakowie protest głodowy związany z planowanym wprowadzeniem programu naprawczego, który przewiduje m.in. restrukturyzację zatrudnienia.

- Mamy w Polsce dzisiaj bardzo ostry, dramatyczny kryzys społeczny, który całkowicie odbiera władzy legitymację. Stopień dezaprobaty, dla tego wszystkiego co się w Polsce dzieje, jest tak wysoki, że można powiedzieć, iż jeżeli nie nastąpi jakaś zmiana, to będziemy mieli kolejne, dramatyczne wydarzenia. Chcę bardzo mocno podkreślić, że za te wydarzenia będzie odpowiadała władza – mówił w piątek lider PiS.

W tym kontekście skrytykował to, że Sejm zamiast – jak mówił – ważnymi społecznie sprawami, zajmował się m.in. nowelizacją ustawy wdrażającej unijne przepisy antydyskryminacyjne. Obecnie ustawa dotyczy przeciwdziałania dyskryminacji “ze względu na płeć, rasę, pochodzenie etniczne, narodowość, religię, wyznanie, światopogląd, niepełnosprawność, wiek lub orientację seksualną”. Zgodnie z projektem lista ta ma być uzupełniona m.in. o tożsamość płciową i ekspresję płciową.

Jak wygląda kapitalizm w Polsce?

 12 czerwca 2013 – Pod kancelarią Pana Premiera.

“Zrobił to z biedy, nie miał pracy! Nie mamy z czego żyć. Mąż mówił, że to wina polskiego rządu” – wyznała “Faktowi” Wiesława Filipiak, żona desperata, który wczoraj podpalił się pod Kancelarią Premiera.Czytaj więcej na http://fakty.interia.pl/prasa/news-fakt-moj-maz-podpalil-sie-z-biedy,nId,981671?utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=firefox

Z pomocą pospieszyli związkowcy, którzy nakryli desperata kocem i ugasili. Mężczyzna trafił do szpitala przy ul. Szaserów. Jest w stanie śpiączki farmakologicznej, ma poparzone 60 proc. ciała. Policja ustala, dlaczego mężczyzna zdecydował się na tak desperacki krok.

“On to zrobił, bo już był załamany i zrozpaczony naszą sytuacją. Nie miał pracy a MOPR nam odmawia pomocy większej, nie mamy z czego żyć” – wyjaśnia “Faktowi” Wiesława Filipiak. “Mąż mówił, że to wszystko co się złego u nas w rodzinie dzieje to wina polskiego rządu, który tak rządzi, że ludzie nie mają pracy i środków do życia” – dodaje.

Jak informuje “Fakt”, Andrzej Filipiak mieszka z żoną w Kielcach. Małżeństwem są od 35 lat. Mają dwoje dorosłych już dzieci. Pan Andrzej był budowlańcem, ale zachorował na kręgosłup i od 5 lat nie może znaleźć innej pracy. Utrzymują się z 570 złotych zasiłku. “Na życie do dziesiątego lipca zostało mi 200 złotych” – żali się zrozpaczona żona.

Nie jest to pierwszy człowiek który podpala się z braku środków do życia. Zwracam uwagę na wiek tych ludzi. Rząd Tuska spowodował, że muszą głodować 2 lata dłużej bez pracy i bez zasiłków. W zeszłym roku to samo zdarzyło się w  Krakowie, a rok wcześniej w Katowicach i w Warszawie:

Tragedia. Mężczyzna spalił się w parku w Krakowie!

09.11.2012 14:15

W parku w Krakowie spłonął 50-letni mężczyzna! Jak podaje RMF24.pl, ogień na człowieku zauważyli przechodnie idący do pracy. Niestety na ratunek było już za późno.

Strażakom udało się szybko ugasić płonącego mężczyznę, ale niestety obrażenia jego ciała były zbyt poważne i lekarz mógł tylko stwierdził zgon. Jak podaje rmf24.pl,  oprócz samego 50- latka, palił się także teren wokół niego. Może to oznaczać, że wcześniej albo sam oblał się łatwopalną substancją, albo ktoś mu pomógł.

INFO: Jak donosi “Gazeta Krakowska”, 9 listopada 50-letni pracownik Uniwersytetu Rolniczego w Krakowie podpalił się na ławce w parku w Nowej Hucie.

Śp. Grzegorza B. nie udało się uratować. Wg psychologów, samopodpalenie to forma protestu. Krakowscy śledczy badają wiele wątków tej sprawy – donosi gazeta.

Warto jednak podkreślić, że ofiara była pracownikiem tej samej uczelni co p. Brunon K. Wydaje się mało prawdopodobne, aby te sprawy nie były ze sobą związane. Facet z tej samej uczelni popełnia samobójstwo w dniu 9 listopada, czyli w dniu aresztowania p. Brunona K. Przypadek?

Źródło: www.fakt.pl, gazetakrakowska.pl

Okazało się że wywalili go z pracy!

Kiedy życie boli bardziej niż ogień

Data dodania: 2011-12-11 18:49:29

Mężczyzna, który płonął wśród ludzi na przystanku autobusowym w Katowicach, nie żyje. Nie zostawił listu do premiera, więc nie ma sensacji. Czy pojawiła się nowa moda na samobójstwa? – pisze Grażyna Kuźnik

Tyle ostatnio zdarzyło się samopodpaleń, że już nie szokują. O stan mężczyzny z katowickiego przystanku nie pytały lekarzy z Centrum Leczenia Oparzeń w Siemianowicach żadne media. Rzecznik szpitala nie bardzo nawet wiedział, o kogo mi chodzi. Najpierw szpital twierdził, że ten pacjent nie życzy sobie kontaktów z prasą. Potem jednak wyszło na jaw, że – nazwijmy go Marek S. – zmarł już kilka dni temu, w ubiegły piątek, na drugi dzień po przywiezieniu.

Dramat przed Kancelarią Premiera

23 września 2011 13:00,

Samobójcza próba mężczyzny, który oblał się rozpuszczalnikiem i podpalił.
Do ławki przykleił list do Donalda Tuska. Premier wrócił do Warszawy. Śledztwo w toku.
Według nieoficjalnych informacji, mężczyzna już od jakiegoś czasu pisał do polityków, w tym premiera, o swojej sytuacji życiowej, m.in. o tym, że został wyrzucony z pracy w jednym z warszawskich urzędów skarbowych, bo powiadomił Ministerstwo Finansów o swoich podejrzeniach, że w urzędzie tym dopuszczono się przestępstw; pisał też, że nie może znaleźć zatrudnienia w administracji państwowej, a jego rodzina – w tym troje małych dzieci – pozostaje bez środków do życia. W swoich listach krytycznie ocenił polityków z różnych frakcji, a także media – twierdząc, że nie są niezależne.Niedoszły samobójca ma żonę i trójkę dzieci. – Z listu wynika też, że jest spoza Warszawy, ale jednocześnie, że albo pracował, albo prowadził biznes na terenie Warszawy. W tej chwili to wyjaśniamy – oświadczył Sokołowski.
flaga_polska

Anatomia Upadku

15 06 2013 : Czesi robią porządki. Czy nie czas zrobić porządki w Polsce?! USA i Watykaniści wspierają rebelię w Syrii.

au67[kliknij i powiększ]

No i oczywiście USA – bezwzględny gracz na scenie politycznej świata  popierany jak widać po tekście bezkrytycznie przez Polaków będących na służbie Watykanu. Im islam szkodzi tak jak chrześcijaństwo szkodzi islamowi – są sobie solą w oku i gotowi się powyrzynać nawzajem jak w Bośni.

Słowiańska hudba (gędźba, muzyka) miesiąca – 1 sierpnia 2013: “Morowe Panny: polskie artystki dla polskich bohaterek” (Anita Lipnicka z Johnem Porterem, i inne)

Posted in Polska, sztuka, Słowianie, Teksty społecznie zaangażowane by bialczynski on 1 Sierpień 2013

Godzina W – 17.00: Pamięci Powstania Warszawskiego i wszystkich poległych Warszawianek

30 lipca 2012 – Muzeum Powstania Warszawskiego

„Morowe Panny” – polskie artystki dla polskich bohaterek

Ponad cztery tys. widzów obejrzało w Warszawie sobotni koncert „Morowe Panny” zorganizowany w ramach 68. obchodów Powstania Warszawskiego. Na scenie w Parku Wolności zaśpiewały m.in.: Katarzyna Groniec, Halina Mlynkova, Marika.

więcej:

„Morowe Panny”Paulina Przybysz i Maleo RR

„Morowe Panny”Halina Mlynkova i Maleo Reggae Rockers

 

01. 08. 2013 – Anatomia Upadku III RP: Powstanie Warszawskie, z góry obszczekane!

 

Już wczoraj w związku z dzisiejszą rocznicą wybuchu Powstania Warszawskiego wybuchła w TVP, TVN i Polsacie histeria antypowstaniowa. Na wszystkich kanałach włączyła się propaganda, która dzieli powstańców na lepszych – tych szarych, co wykonywali rozkazy i zapłacili krwią, tych gorszych co przeżyli powstanie i musiano ich dobić w kazamatach PRLu, i tych najgorszych którzy wydali rozkaz do powstania. Zgodny chór trębaczy trąbi prawdę najprawdziwszą, prawdę objawioną nam już dawno przez zaborców moskiewskich, którzy to samo trąbili w PRLu co oni dzisiaj. 

Subtelność obecnego opluwania Powstania Warszawskiego przejawia się w tym , że dzisiaj 1 sierpnia, w dniu rocznicy, ci którzy pluli wczoraj pieją obłudnie z zachwytu. Skąd ta schizofrenia, skąd rozdźwięk między wczoraj a dziś. To efekt odwracania się publiki od mediów yeistyńskich, które uznały swoją porażkę w tej sprawie i konieczność podlizania się publice. Dzisiaj jest dzień lizania Polaków. A co będzie jutro? Powiem wam – dalszy ciąg wczorajszego plucia.

Nie dziwi to wcale jako, że mamy PRL Bis – mentalną powtórkę z rozrywki , która odbywa się pod dyktando rządzącej obecnie Polską obcej agentury.

Zrozumże agenturo, że pokój polsko-rosyjski powstanie tylko na warunkach równości tych dwóch podmiotów zwanych Polska i Rosja.

Co dziwne podobne opinie na temat Powstania Warszawskiego i wielu innych powstań w Polsce słyszy się ze środowisk, które mienią się być narodowymi. Stamtąd też rozlegają się utyskiwania na ogłupionych Polaków, zmanipulowanych i wykiwanych, a do tego wykrwawionych np. w Powstaniu Warszawskim.

Ten jednomyślnie ujadający chór poważnie mnie martwi, ponieważ taka jednomyślna ocena zrywów narodowych przez tych, którzy uważają się za narodowców i tych którzy są ewidentnie antypolscy stwarza wrażenie, że mamy do czynienia z jednym i tym samym obozem, który się poprzebierał w różne stroje i maski. Kiedy jednak przychodzi co do czego obóz ten ma do powiedzenia tylko jedno: morda w kubeł narodzie polski, bo jak wyjdziecie na ulice to krew się poleje na darmo. Wy przecież nie umiecie zrobić udanego powstania, tak jak nie umiecie pracować, zarabiać pieniędzy i utrzymać rodziny, a nawet zarobić na tyle żeby założyć sobie w Polsce rodzinę! Morda w kubeł Narodzie Polski , to Niemcy i Rosjanie mieli rację a nie dowódcy Powstania Warszawskiego, czy Styczniowego, czy Insurekcji Kościuszkowskiej, czy wreszcie Listopadowego – wszystkie wasze powstania poszły na marne i jeszcze gorzej, wykrwawiły was z inteligencji. Wszystko to były wielkie ściemy. Chcecie czegoś takiego raz jeszcze?!

Ten rodzaj komentarza do dziejów Polski ma jeszcze jeden walor propagandowy: “uczy” nieposkromionych Polaków iż są tępi i głupi na tyle, żeby się dawać innym wykorzystywać i zabijać.  Bezczynność jest lepsza dla głupiego – pokorne ciele dwie matki … i tak dalej!

Współczuję wszystkim tym Polakom, którzy nie rozumieją wagi ofiary Krwi jaką przelali ich rodacy, ich dziadowie, ich babki, współczuję tym wszystkim którzy nie rozumieją, że także ofiara wykorzystana przez Yetisynów dla ich yetisyńskich celów, jest tąż sama ofiarą NAJWYŻSZEJ WAGI I NAJWYŻSZEGO KARMICZNEGO KALIBRU, którą należy czcić a nie obszczekiwać. Taka ofiara bowiem zawsze obraca sie na dobro tych w imieniu których została złożona.

Współczuję tym wszystkim którzy uważają za cenną naukę i za właściwą ofiarę tylko tę która jest ofiarą zwycięzcy – dla nich zwycięstwo liczy się bardziej niż ofiara. Idąc tym tropem rozumowania potępiają oni w istocie wszystkie ofiary samospalonych buddyjskich mnichów.  Ale czy te ofiary naprawdę nie były skuteczne mimo ich jednostkowości i beznadziejności z góry skazanej na klęskę?! Odpowiedzmy sobie wszyscy na to pytanie?

Ja osobiście pamiętam, ze nic tak nie poruszyło Krakowa jak samospalenie sie człowieka w Rynku Głównym, albo to na Stadionie Dziesięciolecia, O tych aktach mówiło się przez dziesięciolecia i pamięta sie je do dzisiaj. Dziwi mnie dzielenie ofiar na lepsze i gorsze – lepsze te udane, i gorsze nieudane.

Tego rodzaju antypowstańcze komentarze nawołujące do bezczynności, jakoś dziwnie współbrzmią z treścią niemieckiej gadzinówki z sierpnia 1944 roku, którą tutaj w artykule z dzisiejszej Gazety Codziennej – rocznicowej , powstańczej – przytaczamy poniżej.

Niech szczekają , bo karawana i tak pojedzie dalej.  My nigdy na żadne polskie powstanie  i na żadną ofiarę naszych dziadów szczekać nie będziemy.

101f101e

29.07.2013

Manifest Lipcowy, czyli scenariusze dla Polski na lata 2013 – 2015

Posted in Polska, Teksty społecznie zaangażowane by bialczynski on 22 Lipiec 2013

flaga_polska

Magda
Wysłany 11.07.2013 o 15:27

Panie Czesławie, ale jaki będzie efekt końcowy tego wszystkiego? Pisze Pan o Wielkiej Zmianie, że ona dokonuje się już teraz, a jednocześnie, Że czeka nas jeszcze większy kryzys, upadek systemu. To będzie w końcu lepiej czy gorzej? A jeśli najpierw ma być gorzej, żeby później miało być lepiej, to w jakim okresie czasu ma się to dokonać? I czy to są tylko spekulacje na temat możliwego obrotu spraw w naszym kraju, czy jest to gdzieś “zapisane w mądrych księgach”? Pytam, bo tez zastanawiam się czy jest sens zostać w tym kraju i żyć w coraz gorszych warunkach bez perspektyw, lub z mglistymi perspektywami, na jakakolwiek poprawę? Wiem, ze w innych krajach tez nie ma raju, ale jednak w Skandynawii czy tzw. Europie zachodniej, żyje się dużo lepiej i ludzie maja więcej wolności. Krótszy czas pracy, więcej środków do dyspozycji. Bardzo trafnie diagnozuje Pan obecna sytuacje w naszym kraju. W związku z tym,czy doradzałby pan teraz emigracje własnym dzieciom?
Pozdrawiam serdecznie.

bialczynski
Wysłany 11.07.2013 o 18:23 | W odpowiedzi na Magda.

Droga Pani Magdo

Myślę, że tę odpowiedź dla pani jak i pani pytanie powinienem opublikować tutaj jako osobny artykuł. I tak uczynię.

Przede wszystkim więc ważne byśmy mieli jasność, że po to mamy Państwo by spełniało względem nas podstawowe swoje powinności. Jakie ono jest zależy od nas.

Nigdy, przenigdy, nikogo nie namawiałbym do wyjazdu. Zwłaszcza na stałe. Namawiałbym za to do zmieniania państwa. To niełatwa decyzja. Są dwa scenariusze dla Polski na najbliższą przyszłość 2013-2015.

Degrengolada rządzących jest faktem dokonanym. Ich upadek jest faktem dokonanym. Oni jeszcze o tym może nie wiedzą, ale ich rządy to już przeszłość. Nie opieram się nigdy na księgach tylko na racjonalnej ocenie RzeczyIstności. Świadomość Nieskończona działa, chociaż to brzmi dziwnie. Empiryka, moje osobiste doświadczenie, to potwierdza. Potwierdzają to wszelkie czytelne znaki, sygnały zwrotne. Oczywiście mógłbym korzystając z tej idealnej symbiozy i kontaktu zacząć ogłaszać prognozy czy jak kto woli prekognicje. Te prognozy i prekognicje jednak to tylko przenikliwa analiza tego co widać, przeprowadzona z dostępnego mi w ograniczonym zakresie poziomu holistycznego – świadomości zbiorowej i Świadomości Nieskończonej.

Moje dzieci miały możliwość wyjazdu i to bez żadnego ryzyka – perspektywę np. awansu na szefa zespołu designerów w Kanadzie, w wielkiej korporacji branży komputerowo-internetowej. Wybrały bez wahania drogę odbudowy kraju i bycia sobą, bycia u siebie, bycia w Polsce i zmieniania Polski. Bardzo mnie ich wybór ucieszył, zwłaszcza że nastąpił w momencie najgorszym z możliwych, w 2012 roku, roku Wielkiej Zmiany, bez żadnego oglądania się na “posadkę” i “karierkę”, na bycie obywatelem II klasy w Kanadzie, czy gdzie indziej.

Nie zawsze możliwe jest takie rozwiązanie. Dla wielu ludzi było niemożliwe i wyjechali. To nie ich wina, że nie mogli tutaj żyć normalnie. To wina państwa, wina Systemu jaki stworzyło. To wina rządzących Polską od 24 lat. Dla nich, dla tych Polaków, którzy MUSIELI WYEMIGROWAĆ tworzymy Ogólnoświatową Polskę – Wielkie Plemię. Oni nie mogą być tak samotni i nigdy nie będą – nie dopuścimy do tego – jak byli samotni emigranci w XVIII i XIX, i w XX wieku. Wszędzie gdzie oni są, jesteśmy z nimi MY, a z nami jest kawałek DUMNEJ i Wielkiej Polski.

Zamęt nie będzie trwał długo – jeśli sprawdzi się lepszy scenariusz, trochę dłużej jeśli górę wezmą Yetisyny, którym uda się jeszcze raz oszukać Lemingów. Liczą na to bardzo, że im się ten zamiar powiedzie. Ryją nieustannie napuszczając nawzajem na siebie tych którzy chcą Zmiany… Jeszcze tydzień temu powiedziałbym, że mają szansę, ale ona z każdym ich kolejnym poronionym pomysłem, z każdym błędem drastycznie spada – na szczęście.

III RP jest w pułapce bez wyjścia – ICH III RP, która w wielu aspektach jest PRL-em Bis, tak jak to sobie wymarzyli. Ale oczywiście w sensie socjalnym PRL Bis nie dorównuje PRL-owi Oryginalnemu, nie dorasta mu do pięt, jest jego zaprzeczeniem, odwrotnością.

Rozczarowanie III RP objęło ICH – Yetisynów – “tradycyjny” można by rzec, dorabiający się majątku i pretendujący do bycia klasą średnią (posiadającą, właścicielską) elektorat. Rozczarowanie owo jest szczególnie dotkliwe dla tych, którzy mniemali o sobie iż stanowią elitę, a są, jak widzą to teraz doskonale, tylko yelitem, które przerabia resztki z żołądka Yetisynów. Nie ma gorszego wroga niż rozczarowany “swój”, zawiedziony “swój”, zgnojony “swój”, “swój” który np. zbankrutował przez to, iż uwierzył w ich “obietnice”!

Sytuacja przypomina żywcem okres po II Wojnie, tylko że nie ma już Armii Czerwonej, ani też cienia wiary w możliwość restauracji III RP. Oprócz oczywistych zdrajców, którzy powiedli Polskę na skraj bankructwa, a Polaków na skraj nędzy i na wygnanie, jest też liczna grupa kolaborantów III RP. Wiedzą, że brali udział w brudnej grze po stronie Sił Ciemności. Gdyby mieli możliwość broniliby się podobnym zamachem stanu jak to zrobił Jaruzelski, tylko że tę możliwość przerabiał już Jaruzelski i okazało się , że “co się odwlecze” to naprawdę “nie uciecze”. System komunistyczny upadł, dał tym ludziom władzy PRLu i beneficjentom PRLu czas na zorganizowanie sobie socjalu – perspektywy właścicielskiej w systemie Pan – Niewolnik, starannie zaprojektowanym po tamtym upadku. To było złudzenie. Oni wciąż są właścicielami Polski można by powiedzieć – tak wciąż o sobie myślą. Ale czy sądzi pani, iż śpią spokojnie?! Skoro na złodzieju czapka gore? Co ukradli będą musieli wypluć.

Kiedy system się wali zdrajcy i kolaboranci mogą tylko próbować uciekać gdzie pieprz rośnie. Kasa w kieszeń i nogi za pas, na złodzieju czapka gore, na zdrajcy nie tylko czapka się pali. Ich opór będzie słaby, bo będą mieć świadomość że jest to opór beznadziejny. Niektórym zapewne ucieczka się uda. Ale to będą nieliczni tylko. Wszędzie gdzie się pojawią na świecie będą musieli ukrywać swoje “prawdziwe korzenie”. Wszędzie będą się lękać demaskacji przez Sprawiedliwą Polskę, która nadchodzi NIEUCHRONNIE. A kierować się będzie zasadami SISTANU – nic nie zostanie nikomu nigdy wybaczone, żadnym “chrześcijańskim” kruczkiem rozumowym, sztuczką umysłowa, gadką o sumieniu i pojednaniu. Dla NAS nie istnieje pojęcie zapomnienia i zaniechania. Będą napiętnowani gdziekolwiek się znajdą i spotka ich ostracyzm ze strony tych “tamtejszych swoich”, tych tamtejszych “lepszych”. Będą żyć jak szczury pod pokładem okrętu, choć to porównanie nietrafne, bo szczury pod pokładem żyją w swoim świecie w którym niczego się nie boją, a oni będą targani wiecznym lękiem przed zdemaskowaniem i napiętnowaniem.

Tak Polska traktuje zdrajców i kolaborantów – tak potraktowała tych co ją zdradzili i kolaborowali w czasie II Wojny. Kolaborantów PRL chroni wciąż jeszcze przed Polakami Okrągłostołowe Oszustwo, zamęt yetisyńskich mediów, którym otumaniono Lemingów. Sęk w tym że nikt nie chce być Lemingiem. Nawet jeśli ktoś jest Lemingiem Skrajnym oszukuje siebie, że nie uczestniczy w niczym złym dokąd widzi możliwość “nagrody” ze strony yetisyna. Yetisyn ma jednak już puste kieszenie i tylko bat. Czy Leming lubi być bity? Nie.

Yetisyńskie media, ewidentnie zaprzedane obcym, zaczynają umywać ręce od tej władzy.To jeden ze znaków. Nie chcę robić tutaj za analityka Białego Wywiadu dla Rządzących, więc nie napiszę wszystkiego co już widać, ani po czym to widać. Niech wystarczy, że widać. To nie żadne wróżby tylko jasna, ostra analiza faktów.

Przed Wolnymi Ludźmi droga jest jeszcze daleka, bo obydwa scenariusze na najbliższe lata zakładają zwycięstwo prawicy patriotyczno-narodowej lub liberalnej. Zwycięstwo większe (scenariusz 1) lub mniejsze (scenariusz 2). Zatem PIS 30 – 35%, a ON 10 -15% to scenariusz 1 (ON może zastąpić KNP Mikkego – jeśli ON się czymś zbłaźni). Byłoby głupotą ze strony Narodowców (lub KNP Mikkego) nie wystąpić w wyborach i oddać całe pole PISowi, podczas gdy mogą liczyć moim zdaniem na 10% w 2015.

Drugi scenariusz to jeszcze pewien “poślizg umysłowy” u części Skrajnych Lemingów i wynik w rodzaju: 30% PIS, 20% PO, 10% SLD, 10% PSL albo Palikociarnia, 5% ON (lub KNP). Nastąpi pat – to groźna sytuacja, bo skończy się kolejnym strajkiem generalnym i być może krwawymi epizodami.

Drugi scenariusz to sytuacja dalszego skutecznego medialnego otumanienia Lemingów, których ubywa jednak w takim tempie, że do końca tego roku poparcie dla PO sięgnie chyba już 20%. Prawdopodobieństwo w tej chwili scenariusza nr 1 = 60% , scenariusza nr 2 – 30%.  Sytuacja zmienia się dynamicznie na niekorzyść Postkomuny (PO, PSL,SLD, Palikot i inne dziwaczne partie marginalne ufundowane przez WSI). Jeśli PO będzie w takim tempie popełniać głupstwa to już na wiosnę 2014 roku stanie się niezdolna do sprawowania władzy.

Dla zwykłych, normalnych ludzi, którzy chcą żyć w normalnym państwie, które stworzy im warunki podstawowe do pracy i posiadania rodziny – czyli do czegoś co jest NIEZBYWALNYM PRAWEM CZŁOWIEKA w Państwie, do czegoś z czego Państwo ma psi obowiązek się wywiązać wobec obywatela, z którego pracy czerpie korzyści (podatki), dla takich zwykłych ludzi, już te najbliższe wybory powinny stworzyć sytuację ROZWOJU – polepszanie się warunków życia i zakładania rodziny i dbałości o interesy Polski a nie obcych, Państwo już wtedy stanie się w miarę “normalne”, wolne od zdrajców i szpiegów pracujących jawnie dla obcych – od sługów neokolonializmu.

Dla Wolnych Ludzi będzie to jednak czas bardzo ciężkiej próby. Kiedy mówiłem o wyjątkowej roli Słowiańszczyzny w Wielkiej Zmianie miałem na myśli wiele elementów, o których w Sulistrowicach nie miałem czasu powiedzieć. Jednym z nich jest wprowadzenie w czyn rewolucji duchowej, która tutaj w Polsce się zaczyna, rewolucji nadającej nowy impuls Człowieczeństwu, Wolności i Równości, Człowieczeństwu zharmonizowanemu z Przyrodą i Matką Ziemią, Człowieczeństwu pojednanemu z Siłą Sprawczą Wszechświata/RzeczyIstności, Człowieczeństwu nieateistycznemu, pyszałkowatemu, małpiemu, szympansiemu – jakie prezentuje dzisiejszy człowiek w swojej większościowej masie, Człowieczeństwu opartemu o świadomość Naukową, ale nie “naukową” wąską, lecz o świadomość HOLISTYCZNĄ, łączącą wszystkie poziomy widzenia Świata. Ta część zadania, jakie przed nami stoi to “wojna światopoglądowa” – nieuniknione stracie z fałszywymi systemami filozoficznymi i religijnymi, z ateizmem, który jest co prawda bliski racjonalizmowi, ale zbyt ograniczony by dać prawdziwy impuls rozwoju prawdziwej nauce i prawdziwemu postępowi – jest zbyt przyziemny i ciemny, wręcz przeszły – XX wieczny, niepasujący do holistycznego widzenia świata.

Dokładnie tak będzie, dlatego konfrontacja ideologiczna o jakiej piszę nie będzie jakimś bojem na śmierć i życie, w którym poleje się krew (choć ofiar prawdziwych wykluczyć nie można – pojedynczych). To będzie walka o państwo wolne od ideologii religijnej i od jej dyktatu w jakiejkolwiek formie. O Państwo równo traktujące wszystkie wyznania – nawet te najmniejsze, które dzisiaj obrzuca się bezkarnie z katolickich ambon sekciarskim “błotem”. O Państwo które nie będzie mieć żadnych specjalnych “stosunków” z Watykanem, jako “wybranym jedynie słusznym” przedstawicielem Boga na Ziemi.

Myślę, że tę odpowiedź dla pani jak i pani pytanie powinienem opublikować tutaj jako osobny artykuł. I tak właśnie czynię.

flaga_polska

Dodam też jeszcze i tych kilka uwag:

Brońmy nie ZUSu czy  OFE, lecz zasady, która mówi że podjętych zobowiązań się dotrzymuje. Kto obiecywał, że system będzie wydolny a emerytury wysokie niech teraz spije to “dobro” i naprawi co zepsuł, albo że tak powiem “zapłaci” za naprawę, której sami dokonamy.

Rzecz nie w tym żeby obiecywać i nie dotrzymywać, nie w tym żeby nieodpowiedzialnie rekomendować obywatelom coś o czym się nie ma pojęcia, nie w tym żeby ich pchać w eksperymenty, których wyników się nie przewiduje – rzecz w tym żeby ODPOWIADAĆ za swoje CZYNY – także w polityce.

A co to oznacza odpowiadać za czyny w polityce?!

Otóż moi drodzy, teraz powiem bardzo serio i jest to ostrzeżenie, z którego wszyscy powinni wyciągnąć wnioski:

NIE GŁOSUJE SIĘ DRUGI RAZ NA LUDZI KTÓRZY CIĘ RAZ JUŻ OSZUKALI, NIE DOTRZYMALI OBIETNICY, NIE BYLI ROZTROPNI, POPCHNĘLI CIĘ DO ZŁEGO ROZDYSPONOWANIA TWOJĄ WŁASNOŚCIĄ, NIE BYLI PRZEWIDUJĄCY, OBIECYWALI GÓRY ZŁOTA A DALI GARŚĆ PIASKU, ITP. NIE MA ŻADNYCH OKOLICZNOŚCI ŁAGODZĄCYCH DLA NICH. NIE KUPUJCIE MYDLENIA OCZU KRYZYSEM ŚWIATOWYM – POWINNI GO BYLI PRZEWIDZIEĆ, OD TEGO SĄ ODPOWIEDNIE SŁUŻBY W PAŃSTWIE I ONE MAJĄ DZIAŁAĆ, OD TEGO ONI MIELI EKONOMISTÓW W SWOICH PARTIACH.

Wyłuskajcie teraz te siły polityczne, a nawet tych ludzi poszczególnych, którzy wprowadzali OFE i którzy są za PRZYMUSOWYM ZUSem i nie głosujcie na nich, nie oddawajcie im władzy, bo w ten sposób oddajecie im własne pieniądze, które będą pod ich kontrolą. Pod kontrolą ludzi nieodpowiedzialnych, w najlepszym razie, jeśli nie wprost w rękach oszustów i złodziei.

Ja osobiście jestem zwolennikiem tego czego zapewne każdy Wolny Człowiek by chciał; Chciałbym odpowiadać sam za stan moich finansów, a nie żeby jakieś dupki w ZUS i OFE za nie odpowiadały. To sprawa indywidualna każdego człowieka – pod warunkiem wszakże, że zadziała dobrze Państwo.

A jaka powinna być jego rola w tej sprawie?

Tylko i wyłącznie taka, żeby czuwało poprzez system prawny nad tym by instytucje, podmioty, które obracają naszymi pieniędzmi, które im powierzamy, działały na uczciwych zasadach ekonomicznych – tzn. godziwego, a nie lichwiarskiego, pobierania opłaty od faktycznie dokonywanych czynności – nie pozorowanych, ale faktycznie dokonywanych.

Zarządzanie portfelem czyichś pieniędzy nie może polegać na braku ryzyka i komforcie pracy tylko na stresie i ryzyku, ale zarządzaniu aktywnym, zarządzaniu z talentem, a nie przez urzędników OFE.  Powierzenie tych czynności instytucjom które dobrze to robiły w innych krajach jest zasadne, ale pod warunkiem, że ich zysk pozostaje w Polsce i tylko w Polsce, a przyszłość ich istnienia wiąże się z Polską i tylko z Polską – to jest dobra gwarancja, że zrobią wszystko tak jak trzeba. Druga gwarancja to DOBROWOLNOŚĆ WYBORU OBYWATELA.  Groźba bowiem że nie da on kasy do OFE jest dla OFE wystarczającą zachętą do uczciwości. Wreszcie trzecia gwarancja to prawo ustanawiające górne progi pobierania opłat i opłaty wyłącznie za wykonywane czynności a nie za bezczynność, podczas kiedy giełda leci na łeb na szyję.

Giełda zresztą to jeszcze inna sprawa na osobny artykuł.

Wolnego Człowieka nie cieszy żaden przymus – nie piszę tutaj o tym bo myślałem, że to jest oczywiste dla nas wszystkich. Przymusowy ZUS, przymusowy II Filar – to obłęd post-komunistyczny!!! Niezależnie od tego jak jest na świecie, czy gdzieś jest w tych sprawach przymus czy nie – u nas go nie powinno być w Polsce.

Dlaczego nikomu nie przychodzi do głowy, z tych co głoszą świetlane programy polityczne, że polskie przysłowie jest prawdziwe i najlepiej oddaje dawne dobre stosunki społeczne: “Jak sobie pościelesz tak się wyśpisz”!

A WIĘC WIARA W MĄDROŚĆ POLAKA, W MĄDROŚĆ OBYWATELA I WOLNOŚĆ – WIĘCEJ WOLNOŚCI DO DIABŁA!!! KTÓRA PARTIA TO ZAPROPONUJE TA WYGRYWA MOIM ZDANIEM – WOLNOŚĆ, WOLNOŚĆ, WOLNOŚĆ – A NIE ZAKAZY I NAKAZY! DOSYĆ OBOZU KONCENTRACYJNEGO.

Jak zadbasz o swoje finanse tak będziesz miał, a państwo zapewni takie prawo, żeby nie było oszustw ze strony tych, którym powierzasz swoje pieniądze do obrotu. tylko tyle. Nic ponad to. Wtedy cały ten ZUS możemy wyrzucić na śmietnik historii, jako ponury żart komunistów, pozostałość po PRL.

To jest ten sam obłęd co w sprawach aborcji, pasów bezpieczeństwa w samochodach, zakazu używania marihuany, zakazu handlu w święta i niedziele itp itd – To jest myślenie rządów w Polsce, które czują się Strażnikiem w Obozie Koncentracyjnym – Kapo, bo oni z nas są ,więc to są nasi Kapo.

ONI NIE MAJĄ POCZUCIA ŻE DZIAŁAJĄ W NASZYM IMIENIU I DLA NASZEGO DOBRA. ONI SĄ KLASĄ SAMĄ W SOBIE. ONI SĄ ONYMI. ONI CO NAJWYŻEJ DZIAŁAJĄ DLA DOBRA KLIK KTÓRE ICH WODZĄ NA SWOIM PASKU – A WIĘC ALBO DLA NIEMIEC I UE ALBO DLA ROSJI, ALBO DLA SEFARDYJCZYKÓW Z NY, albo dla wielkiego kapitału!

W Polsce rząd i prokuratura i sądy maczają palce w czymś takim jak oszustwo na wielką skalę. FOZZ, Grobelny, Bagsik, Amber Gold, AFERA HAZARDOWA, Afera z Grupą Trzymającą Władzę, która miała zamiar właścicielowi GW – Michnikowi opchnąć Telewizję Publiczną – Regionalną Sieć – Network. Z regularnością co 5 lat jest przekręt na skalę całego kraju, to 2x częściej niż szczyt plam na Słońcu! Do tego dochodzą mniejsze przekręty w które muszą być umaczane organy tzw ścigania i sądownictwa!!! Nie mówiąc o tym, że Nasze Państwo – czyli wybrańcy narodu, zadowoleni z dobrej kasy na Wiejskiej – wolą nie grzebać przy prawie tam gdzie to konieczne, tylko grzebią tam gdzie im wskazują “faktycznie rządzący” posiadacze na wielką skalę majątku, właściciele olbrzymich fortun.

TAKIE PAŃSTWO I TAKA KLASA POLITYCZNA JEST WROGIEM NARODU POLSKIEGO, JEST WROGIEM OBYWATELA, DZIAŁA NA KORZYŚĆ NASZYCH WROGÓW – CHCE CZY NIE CHCE!!! Należy ich raz na zawsze wyrzucić – odsunąć od władzy, a władzę dać tym, którzy nigdy przy niej nie byli – Obozowi Narodowemu, pod warunkiem , że on zapewni wam w programie to co chcecie np. w sprawie ZUS i OFE – i przysięgnie – zagwarantuje, że dotrzyma programu wyborczego.

Niech się po 2 latach rządów i reform poddadzą referendum, czy mają dalej rządzić, czy zrobili co zapowiadali, czy też nie zrobili. Niech poniosą po 2 latach odpowiedzialność za swoje działania. Niech to będzie bezpośrednie referendum! Internetowe! (Jak ma technicznie wyglądać? – są ludzie którzy mówią o tym i wiedzą to). To nie będzie referendum kosztowne i klasyczne, ale jego wynik powinien być dla rządzących wiążący. Ludzie mówią NIE! To podają się do dymisji albo mają wszystkich na ulicach i strajk.

RZĄDZENIE TO NIE JEST WYGODNE SIEDZENIE W RZĄDOWEJ LIMUZYNIE I NOSZENIE DROGICH GARNITURKÓW. TO CIĘŻKA I ODPOWIEDZIALNA ROBOTA – ODPOWIEDZIALNOŚĆ PRZED NARODEM!!!

Oczywiście postulat likwidacji ZUS i OFE musi być racjonalny. To nie może pozbawić emerytur tych, którzy nabyli już uprawnienia, ani tych którzy nie mają już żadnych szans z powodu błędnej przeszłości tego systemu, zarządzać czymkolwiek. Przepracowali ciężko – bo w Polsce bardzo ciężko się pracuje – swoje lata i zostali z “g..nem ” w kieszeni. To jest problem do rozwiązania, na serio.

TO JEST WYZWANIE PRAWDZIWE TRZEBA ODWAGI I PEWNOŚCI ŻEBY SIĘ PODJĄĆ CZEGOŚ TAKIEGO. TU TRZEBA NAPRAWDĘ DRUGIEGO GRABSKIEGO, A NIE BYLE DUPKA I MĄDRALI. TU TRZEBA ZMIENIĆ ZASADNICZO POLITYKĘ RODZINNĄ, DOPROWADZIĆ DO ZWIĘKSZENIA LICZBY DZIECI!!! ŻEBY RODZINA BYŁA RODZINĄ A NIE JAKĄŚ KARYKATURĄ!!!

Jeśli ktoś ma pomysł na tę łamigłówkę powinien dostać szansę – ODPOWIEDZIALNEGO jej rozwiązania.

Uprawnione na serio do udziału w rządzeniu są PIS i Obóz Narodowy – nikt więcej. PIS dlatego, że pokazał program który stwarza nadzieję i że nie rządził tenże obóz nigdy w pełni – na to Post-komuszki do tej pory MU nie zezwoliły nigdy. Teraz Post-komuszki są już pod ścianą. Gniew jest wielki i rozczarowanie olbrzymie.

Obóz tzw. Patriotyczny rządził tylko od grudnia 1991 do czerwca 1992 – pół roku+ tyle co PIS, czyli 2005 – 2007. Nie mieli żadnej szansy pokazać efektów swojej pracy, bo ich sojusznikami były stworzone przez WSI potworki -Samoobrona i LPR – zarządzany przez wiadomo kogo, tego co pije im dzisiaj z dziobka, ostatecznie samo-zdemaskowany.

Obóz Narodowy, bo nigdy nie rządził. Człowiek, który przewodzi tak zwanej Nowej Prawicy zasłynął co najwyżej z nieudolności wszechczasów i rozbicia UPR.  Nie wierzę w szczerość jego intencji, za łatwo rzuca pewne tezy nieprzemyślane, jakby z góry wiedział, że nigdy nie będzie współrządził, a więc ODPOWIADAŁ na serio za to co papla. Wszystko wskazuje, że była to też struktura zinfiltrowana przez WSI.

Niech Obóz Narodowy da nam też gwarancje o których już pisaliśmy – że będzie służył Polsce i Polakom, a nie Watykanowi, że rozdzieli faktycznie państwo od kościoła watykańskiego i stworzy państwo abs0lutnie świeckie. I że stworzy sojusz z Turcją, która jest poza UE – realną Oś polityczną i gospodarczą.

Jeżeli tego nie zrobią to twórzmy Nową Siłę, RUCH WOLNYCH LUDZI – patrzmy też uważnie na tandem Kukiz-Duda , czy oni słyszą czego chcemy i czy się pod tym podpiszą, czy nie?!

Ruch Wolnych Ludzi, jak pokazuje sprawa ACTA i uboju rytualnego  ma silę dużo większą niż by to chcieli przyznać tzw zawodowi politycy. Tacy oni “zawodowi” jak i ja jestem “zawodowcem” w tej dziedzinie. Więc bez kompleksów – oni wszyscy byli botanikami jak  Niesiołowski, robotnikami jak Frasyniuk, pseudoprofesorami jak Geremek i Mazowiecki, pseudomagistrami jak Kwaśniewski, itp.

Do Ruch Narodowego zgłaszamy niezmiennie te same postulaty, które muszą być spełnione jeśli ten Ruch chce w oczach Wolnych Ludzi a tym samym w oczach Polaków, którzy w końcu przecież wszyscy Wolnymi Ludźmi się staną za Ruch Narodu POLSKIEGO. Przypominamy je tutaj dla odświeżenia pamięci i przypomnienia, lub dla tych którzy tych gwarancji żądanych przez nas jeszcze nie znają.

flaga_polska

Niezbędne Gwarancje ze Strony Ruchu Narodowego dla POLAKÓW

Prawdziwy Ruch Narodowy powinien  zagwarantować Polakom ( i nam jako jego części), i zadeklarować to jako pierwszy punkt WSZELKICH PROGRAMÓW – że:

1. Nadrzędnym nad wszelkimi innymi interesami i celami i priorytetami jest działanie w interesie i dla DOBRA NARODU POLSKIEGO i Polski – a następnie,

2. w drugim rzędzie działanie w interesie i dla DOBRA Innych NARODÓW Słowiańskich i krajów Słowian,

3. a dopiero na trzecim miejscu: dla Dobra WIARY, która niekoniecznie musi być katolicka , bo także dla dobra wiary Prawosławnych, Protestantów, Wiary Przyrodzonej Słowian czyli Rodzimowierców i dla Dobra innych wyznań w Polsce i Krajach Słowian, jak: muzułmanie, a także żydzi – wyznawcy mojżeszowi, czy budddyści. Wśród tych różnych rodzajów wiary – musimy też wymienić ATEISTÓW, którzy wierzą iż kierują sie wyłącznie własnym rozumem i maja do tego prawo.

4.  Światopogląd naukowy jako obowiązujący w Państwie i stanowiący podstawę organizacji struktur państwa – czyli  WOLNY CZŁOWIEK, wolny od doktryn, twórczy, otwarty, nowoczesny, stosunki społeczne wolne od doktryny Pan – Niewolnik.

5. Absolutny Priorytet EKOLOGICZNY – bo to zaśmiecanie przyrody, GMO – to jest zbrodnicze działanie w opinii młodego pokolenia które zostawiamy w tym naszym biednym kraju po sobie. Moje córki o tym myślą, młodzi o tym myślą – lasy, naturalna nowoczesna produkcja rolna – nie jakieś mrzonki o powrocie do natury ale krok w XXI wiek – podejście ekologiczne, gospodarstwa ekologiczne , nowoczesno-naturalne.

6. Rodzina i program prorodzinny wspomagany przez Państwo  – i ten punkt jest konieczny, niezbędny dla młodych ludzi – Są tu niezbędne trzy elementy:

a – gwarancja rozwoju miejsc pracy

b – urlopy macierzyńskie-tacierzyńskie i ulgi rodzinne dla wielodzietnych, zachęty do wielodzietności

c – wysokiej jakości opieka medyczna dla kobiet i dzieci, i przedszkola , żłobki

gwarancja ze strony państwa tego wszystkiego – a więc niestety nie liberalizm kapitalistyczny, ale elementy socjalne.

7.  Polakiem jest każdy kto identyfikuje się z kulturą, tradycją i dziejami ośrodka Nadwiślansko-Nadodrzańskiego – choćby był Żydem. A jeśli jest Polakiem to podporządkowuje się Prawu Polskiemu, bezwzględnie, niezależnie od wyznania i haplogrupy czy grupy krwi – tak będzie konstruowane prawo w RP.

Widzę dla nich miejsce wśród NAS, Wolnych Ludzi – pod warunkiem że się wyrzekną wszelkich działań wymierzonych w inne religie i systemy wierzeń w ATEIZM TEŻ.

Nie mówcie mi, ze to utopia – słyszałem to już w 1967 roku, że proponowana przez hippisów zmiana moralności to utopia i że utopią jest wierzyć w zmianę PRL na coś innego, więc po prostu nie uwierzę w to.

Mamy jednak III RP (nędzną bo nędzną, neokolonialną, ale przecież rozmawiamy ze sobą w miarę swobodnie), a też Gniew Ludu powstrzymał rządzących przed zadekretowaniem uboju rytualnego, który jest jakimś chyba “konikiem” naszych Yelit. To jednak coś innego niż PRL w 1967 roku.

Nie wiem jednak czy tym wszystkim TVNom, Polsatom i TVP odbiło coś, czy to jakaś moda na koszerne mięcho ma być teraz lansowana? Czy o co chodzi?! Zdziwili się , że nie są “u siebie” i tego im się nie pozwoli tutaj robić?

W każdym razie przy okazji tej ustawy obnażyli się zupełnie, to jest już jawne działanie owych mediów przeciw woli Polaków.

flaga_polska

Tagged with:

The text is addressed to hypocrites who ruling practise anti-Polonism…

Posted in Teksty społecznie zaangażowane by bialczynski on 19 Lipiec 2013

flaga_polska

© by Czesław Białczyński

© translated by Katarzyna Goliszek

The text is addressed to hypocrites who ruling practise anti-Polonism and think that they are some Berliners … or New Yorkers. It is pathetic because in the eyes of those they are just small, false Poles who have denied their homeland ….
BEGINNING :

(….) The flood of information and advancement of knowledge which is the result of it and which affects various disciplines of science, has led to the particular revolution in the views on the forming of languages, myths, religious concepts and their interrelationships in Eurasia.
Genetics has refuted the views on the source of origin of particular ”kinds” of the human being and racial ”differences” that functioned for ages. In a consequence, the knowledge has not only undermined established and lasting for ages opinions about human races, i.e the opinions which were obligatory in the matter which the knowledge is studying, but it has also impaired all, less scientific humanistic disciplines. The disciplines (aspects) painstakingly built the image of the world in their respective fields, such  as, for example, archaeology, history, linguistics, anthropology of cultures and in other ones, for centuries (at least two, but this process can be extended seeing it as a slowly progressing historical process).

(…) These findings lead to the fields seemingly inviolable and distant (and present and important in the daily life of every human being on Earth) as the global religious system or the global politics.

(…) Indicating the right process of the forming of races, genetics has refuted the image drawn in the field of the forming of language groups and has ”thrown out”  the facts which were hidden by the imposed, false vision of the previous state of knowledge. It has demonstrated, from the very beginning, the directions of the formation of concepts in the language and relationships between the languages by removing from the pedestal, for example, Latin which was to be the source of every culture and tradition for the Europeans. Latin has turned out to be secondary, just like Greek, in relation to other Aryan languages. Considered for 300 years, by etymologists, the origin of Slavic words from Germanic words, from the German language, lost the undisputed value of the truth, and then it appeared to be only a propaganda myth of the period of the early science of the 19 th century. The myth associated with the emerging phenomenon, at that time, of the German nation.

Slavic languages have turned out to be closer to  Persian and Hindi, or Sanskrit. It has been found that they are more archaic than the Germanic languages and less creolised (impured and distorted).
The consequence of this has been searching in them for sources for many ideas relating to mythical categories, the discovery of Slavic etymologies, denominations of deities and supernatural phenomena as well as natural or technical notions concerning nature and technology such as fire, oxygen, wheel or sickle, but also god, spirit-breath, or soul-breath.

The discovery and association of the Faith of nature of the Slavic peoples with Vedas and Gatha and comparing the mythology and vocabulary of these religions with monotheistic religous systems such as Islam, Christianity or Judaism have revealed the secondariness of the latter ones (…)

Moreover, genetics has awakened hitherto sleeping issues of the forming of so called nations and cultural ethnoses as well as national traditions and values. Today, for example, Germans are questioned to have ever been  Aryan which is  symptomatic for the revolution taking place.
Here is what it turns out when we start to consider only from the point of view of genetics, the problem which is so ardent in Poland and arousing continuous emotions, namely the  matter of existence, or non-existence of the Jewish people:
From a genetic point of view, Jews are supposed to be Semites, i.e. the Y-DNA J haplogroup. In theory, therefore, they do not differ from  the Semitic environment in Asia Minor, for instance, from the Palestinians. Both of them differ in terms of religion, the Jewish are the followers of Yahwism, whereas the Palestinians’ faith  is Islam. So why do they fight so much with the Palestinians? It seems that the only reason for that  is the prevailing social system in the world – capitalism. It generates a conflict there. The two groups, the Jewish and the Palestinians, use similar languages and have similar genetic composition. They are apparently the groups that are traditionally tolerant to different religions. The Jews came to Palestine from the United States and other parts of the world with great capital, so as Masters, and the local population of the different religion was probably to serve them, work for them  and be their slaves.

The Jews also arrived in contemporary Paland in a few waves, first initiated by the expulsion from Western Europe  and then by being expelled by the Charism of Moscow, then they were ”invited” by J. Piłsudski during the II Republic of Poland

(it was probably to be the camouflaged implementation of the idea of Judaistic Poland?), and finally they arrived on bayonets of the Soviet Army as the Military Arm of the coloniser called the Soviet Union. That arm shaped the system of Master – Servant (Slave) in the People’s Republic of Poland. We should rememberr that part of them can be regarded as the indigenous ”Polish” people, both as we understand the Ist Republic of Poland as well as in a much deeper meaning reaching the roots in ancient times. They are Ashkenazi Jews who settled in the Great Steppe, or who were fetched here  by  Scolotians-Scyths  after  conquests  of  Judea,  the  later Khazars and  the  current  Polish  and  Russian  post-Khazars. Part of them co-create with Slavs and Turks today’s Khazachstan and Kyrgyzstan (where there is a lot of R1a1).

But who are they, these contemporary Polish Jews if fact?
Has anybody studied this issue? Of course not  because they do not come  clean  officially  about  their  origin. Yet, we know that many of them were the leaders of the new system of ”Administration” established in Poland by the Soviets. If so, they must have been dialectical materialists, and not the followers of Yahwism. …they do not know the  Yiddish  language!

The problem with the Jews in general is the fact that what really distinguishes them from other nations is only their language and religion. Even the famous community after the line of mothers is a myth that genetics refutes. Only in Ashkenazi Jews one can tell a definite advantage of mothers  with Mt-DNA – K (32%). However, the maternal haplogroup is also frequent in England and in the Alpine countries. It is its presence in England and the Alpine countries that paradoxically indicates that we are talking about women of partnership and of biological relation (genetic) with men of Hg Y-DNA R1a or R1b. Generally speaking, the R1 in both groups of Jews makes up 18-19%, which means that it is on a par with the Semitic J1 and J2 when they are counted separately. The total of J obviously outweighs by far because it makes up 48% of the Jews, but considering the Palestinians whom the Jews are trying to oust from their homeland there is even more Y-DNA hg J, up to 56%.

When we look on the Y-DNA of the Jews, it is a conglomerate in which we can find almost all.
There are R1a, R1b, E, G, I, T  as well as L and Q there.
Ashkenazi Jews  I 4, R1a 10, R1b 9, G 9.5, J2 19, J1 19, E 20.5, T 2, L 0.5 , Q 5, N 0, others 1.5
Sephardic Jews I 1, R1a 5, R1b 13, G 15, J2 25, J1 22 , E 9, T 6, L 0 , Q 2 , N 0 , others 2
Palestinians and I 0, R1a 1.5, R1b 8.5, G 3, J2 17, J1 38.5, E 19.5, T 7, L0, Q 0, N 0, others 5
In this situation, genetics refutes another basic concept of the contemporary political language and global geopolitics – Anti-Semitism!
What is anti-Semitism?

Is it aimed at the R1 Jews, Slavs-Celts, or is it directed at the J Semitic Jews?!
If anti-Semitism is aimed at the representatives of the Y-DNA J genes, shouldn’t the Jews then begin to ”defend”, from tomorrow, also their brothers of blood and genes – the Palestinians – against this  horrible phenomenon, against this prejudicial thing? Shouldn’t they defend Iraqis and other Semites? But it is the Jews who regard the Palestinians as ”slobs”! They organise continued crusades against Iraqis, Afghans, Iranians under the auspices of the United States. Recently they have even implicated Poland – which I regard as special insolence – in the murdering of those local brothers of ours, of the same blood as we are – Y-DNA R1a. (…) Is it not anti-Semitism? The Jews are, then, nasty, libelous ANTI-SEMITES who ill-treat their brothers in Palestine and in the Middle East. Using the concept of anti-Semitism they also turn out to be mythomaniacs and hypocrites. If anti-Semitism is directed at the Jews of the hgY-DNA R1, it is not anti-semitism then but it is ANTI-POLONISM, RUSSOPHOBIA or it is ANTI CELTIC.  (…) We know how the events went on and where anti-Polonism is still in everyday life. Anti-Polonism is represented by people who mostly identify with Germanic culture. Anti-Polonism is very well known from the environment of American Jewish people. Remarkably, symptoms of anti-Polonism, putting it very gently, is represented by the so-called “Polish Jews”.
What exactly is really going on?!

For thousands of years we have been observing the fratricidal clash of people of a big genetic proximity of the haplogroups Y-DNA R1a and R1b. It has been the Slavic-Celtic clash which today, after germanising the Celts can be called the Slavic-Germanic clash.. The party of the German ”enemy” of the Slavs, particularly the Germans, has been hugely genetically infiltrated by R1a+I (altogether 40-50%) throughout ages. Nevertheless, this genetic group was unable to restore the language to the Germans which this genetic group used, i.e. the Slavic language, but the group managed to ”Slavinise” and then to ”Germanise” the Celtic language and to impose their culture (tradition, mythology, customs) on Germanic peoples (Germano-Celts). Among contemporary Poles, also live 20 % of people of the Y-DNA R1b haplogroup as well as 15% of population of the Y-DNA I haplogroup, which totals at 35%. This group of the Celts and Old Europeans living among the Slavs did not manage to  impose the Celtic language on the Slavs, nor did they manage to Germanise the Slavic / Polish language.

Conclusion 1: We wage Slavic-Slavic, Slavic-Celtic and Celtic-Celtic fratricidal war and we differ from one another only by the language. The reason for this war is similar to that of Israel. Some people want to dominate others and turn them into their slaves. Who commands this war? Can we discover it? We can. And it is quite easy. Both after World War I and after World War II, the support for German nationalism came from American Banks by generously granted credits for the development of Germy, the credits for which Poland waited in vain.

Conclusion 2: In fact, it is the war of  Sephardic Jewish money from  American banks with Slavdom. The more victorious Germany is in this war to which the Sephardic banks send them, the more it is losing the war in terms of genetics, territory and culture, and lead Europe to bigger and bigger CRISIS.

Germans discredited their culture throughout all the 19th century by Germanising the Slavs. Germans led to the disappearance of Polabian languages and today in the majesty of the law they ”eliminate” Lusatian language and writing and Germanise the the Polish Diaspora living in Germany. Do not let us forget that Germany killed Prusians as early as in the 15th century and usurped their tribal name for several hundred years. Denationalization and destruction of other people’s culture is now widely recognised by the UN as barbaric.

Throughout the 20th  century Germany gave evidence of even deeper cultural collapse unleashing two wars and committing holocaust, or genocide on a massive scale and material destructiveness, and looting, even on the scale that is unprecedented in the history of the world. Demolition of Warsaw and ruining of Poland, and the Holocaust are the phenomena that are recognised today as the most atrocious barbarity. Germany by making (of the USA Sephardians’ persuasion) two world wars in Europe and the October Revolution in Russia, so three wars which, as a matter of fact, were aimed at Slavdom (at Sistan), in the 20th century led Europe from the position of the unquestionable Leader of the World Civilisation to the position that it is in today, far behind the back of the USA (the main perpetrator of European conflicts), and at present also behind the back of China, and before long behind the back of India. This is an unprecedented collapse of the civilisation of Europe which today ceased to be  not only the centre of contemporary civilisation, but became a vassal dependent from the United States, from its former colony.

Conclusion 3: 20% of today so-called “German Jews – Sephardic” and 20% so called “Polish Jews” are people of the haplogroup Y-DNA R1 so the Celts and Slavs.
At this point, we come to the overthrow of another myth by genetics and to the next conclusion:

Conclusion 4: The Holocaust of the Jews does not exist. It was the holocaust of  the citizens of Poland, Russia, Hungary and Germany, and other mostly Slavic countries of Central Europe, citizens professing a particular religion – Yahwism (Judaism), and what their Y-DNA was can be only learned by examining the bones of the dead. Today, you can not responsibly claim that they were people of haplogroup J, or R1a or R1b, or E.

The next conclusion is:
Conclusion 5: R1a wins the historic confrontation because that is the biological regularity. It can not  go by the chimneys of Auschwitz,  nor  in any other way can it be destroyed. The more it is  ”wiped out”  the  more strongly it extends all over. The R1a people are now all over the world, and the great part of the R1a people are in India where they have spread their culture and Aryan languages (the contemporary varieties of Sanskrit) among 750 million people. The R1a Slavs make up the following 300 million people in other parts of the world. Additionally, there are  Slavic-speaking representatives of other haplogroups (especially I) who co-create with them numerous countries.
There is no doubt about the fact that the Holocaust affected mainly Slavic countries, there is no doubt about the fact that the victims of the German murders were mainly Poles, Russians and Jews who spoke Polish and Russian (partly also Jews who spoke German). Beyond the shadow of a doubt, the holocaust was funded by Banksters from the USA.

The tradition and history of Ashkenazi Jews and the tradition and history of Sephardic Jewish history and their lineages are two different traditions and different history. However, they do not differ much genetically. The main difference is that there are more R1a than R1b among Ashkenazi Jews and more E (African haplogroup), and among Sephardic Jews there are more R1b than R1a (…).

Conclusion 6: The so called Polish Jews were mostly locals and not nomads (certainly at least in the meaning of the First Republic of Poland) originating from the ancient tribe of Moses  and located throughout the Khazaria. The so called contemporary Polish Jews are mostly their descendants. Sephardic Bankers (banksters) managing the war hit the purest Mosaic blood! Purer than their own!!! Of course, meanwhile they also hit with their war their Polish-speaking and

Russian- speaking brothers who are here as a result of the pogroms in England, Spain, Holland and France as well as Germany. In Poland it is seen very clearly that the local contemporary so called  Jews do not speak the Yiddish language. They make up inadequate over-representation in the government of the Polish state and in the so called political class in relation to their  “ideological”  number in the Polish  nation. Why have I used the words “ideological number”? I will explain it in a moment. It can be said that they have become Kshatriyas who instruct others how to live and what they should think.

Conclusion 7: The so called Polish Jews speak Polish, and may also be fluent in Russian, but not in Yiddish. What is more, the Polish Jews are mostly atheists, people who do not visit their “Sufis” and their “mosques”. The argument about the continuity on the line of  the Jewish mothers has already been discussed – it is the next myth. Thus,  Polish Jews as a “nation”, and also Polish Jews as a “nationality” do not exist at all. Today Polish Jews are completely Polonised, they are Poles. They are only Polish speaking atheists.
I believe, accepting the statements of genetics as  the truth, the Truth and nothing but the TRUTH and using the definitions of a nation and nationality that neither the Jewish people nor the Jewish nationality in Poland occur. Contemporary Polish Jews therefore are perceived as xenophobes and racists.
Instead, there is an artificial composition in the world that was once a religious and linguistic relationship (because it has never been a genetic compound) which was embedded in the 20th century in Palestine and arbitrarily called a nation, during the Zionist Congress.

The so called Polish Jews who classify THEMSELVES TO THIS ARTIFICIAL COMPOSITION  knowing a few words in Yiddish and a few jokes about Jews, and being atheists, they have no reason to be this “nation”. These people took the theory of their “origin” and “being choosen” from the religious book which is the Old Testament, and Adolf Hitler as well as the gang of ”erudites” like him established the legend of their coherence. The only thing that may distinguish Jewish people is the common language  (Jews of Poland do not know it) and their common Mosaic  religion (Polish Jews went away from religion long ago, they are usually the model materialists). Of course, there are some individuals among the Jews in Poland who know both the language and religion of their Ancestors and profess it but we do not talk about individuals here. The Jewish problem in contemporary Poland needs to be recognised in accordance with the identifications of GENETICS and definitions of the NATION.
Therefore we are arriving at the next conclusion:
Conclusion 8: The Jewish problem in today’s Poland is not the problem of a foreign nationality  but the problem of there being a group of Poles in our country who do not identify themselves with the history and tradition of Poland, but identify themselves with some other external tradition. That is why we can call them, at most, a worldview group. There are definitely very few followers of this philosophy in Poland. Their number in the government, however, is the result of the choice of the Polish nation. The choice made in the act of democracy.  They might have concealed their family roots before voters, but they did not conceal their worldview and this worldview has an influence on the way of thinking about the state, the rules of governance  and  objectives of the government. They have introduced themselves as Poles, because they are Poles indeed.

Representatives of this “non-Polish” or “anti-Polish” biased group, i.e. Non-Patriots, or Anti-Patriots-cosmopolitans who are regarded in Poland as Polish Jews by virtue of their former belonging to the Jewish religious-language community of their ancestors did not conceal their personal attitude to the state from  voters,  nor did they hide their ideological past, nor their personal program, nor their views on the capitalist economy.
Determining the “true genetic genealogy of the Jewish people” by modern genetics has, as we can see, incredible effects, including political ones, for this “nation” (…).
For 5 years, the world has been roaring with the findings of genetics, whereas Polish science is “sleeping”. Fortunately, we have the first signs of revival in this matter. Researchers from Bydgoszcz agreed that the Slavs “probably” were on the Vistula River in the Bronze Age. They did so by examining the  Mt (mitochondrial) DNA. I do not know why they did not examine the Y-DNA? Anyway, it is always better than nothing – a good praiseworthy beginning. One of the readers of our blog has sent the article and it is the latest news.

News bulletin: NaukawPolsce.pap.pl (ScienceinPoland.pap.pl)
The ancestors of Slavs may have been in Europe  4 thousand years ago.
28.01.2013 Archeologia, Przyroda, Historia i kultura (28.01.2013 Archaeology, Nature, History and Culture).
Contrary to the opinion of some archaeologists, the Slavs did not settle in Europe as late as in the early Middle Ages. Some ancestors of the Slavs may have lived in Europe as early as 3 – 4 thousand years ago –  think scientists from Bydgoszcz who are studying the DNA diversity of the Slavs.

More on: NaukawPolsce.pap.pl
The very title of the article of the PAP (Polska Agencja Prasowa – Polish Press Agency) is obviously biased. Researchers from Bydgoszcz say that the Slavs were on the Vistula, and not in Europe 4000 years ago. Five years ago genetic research of the Y-DNA in Europe pointed out that Our Ancestors were on the Adriatic Sea and the Danube River 10,000 years ago! This shows how deeply hypocritical authors of PAP messages and the mass media journalists are and how biased they are in their thinking. It does not have to be an aware activity of theirs because they are subjected to pressure and are thoroughly full of the propaganda of invaders / colonists that has been told for generations.

Conclusion 9: By sparking off  racism in the past the Jews became the victim of this racism, according to the saying “what you fight with you die from this.” Sephardians from the USA and Sephardic immigrants from the USA  to Israel do not have any rights for inheritance left behind in Poland by Ashkenazi Jews, the more that it was them – Sephardic Banksters from the USA – that  funded the Holocaust and the war slaughter in Poland. It is rather they from whom we should start claiming for war reperations.
Let this be a warning for all time for all. Do not wage war with our own race and do not fight other Races, but demand only the truth about the RACES. Do not fight against races and nations as it can very easily turn out that we are fighting against ourselves.

At this point, I appeal to the so called Polish Jews not to suck up to the Sephardic Jews from the USA any more who disregard them, not to try, either, to deplore the anti-Semitism of Polish people because the Polish love and appreciate very much the brave Palestinian nation so they are not anti-Semites, and they also sympathise with the Jews who suffered large losses during World War II, just like a brother can sympathise with his brother, like someone from the nearest family because the Jews have been this family for the Polish.

I would suggest to the “Polish Jews” that they genetically examine the bones of Auschwitz because it may turn out that if the Holocaust had not happened, the proportion of the Ashkenazi Jews would be also 50% today like it is among the Polish, and then it would turn out that the German Sephardians let mainly or almost exclusively only the Slavs go by burning through the Auschwitz chimneys.
Realise “Polish Jews”,as well, that on the 17th September 2009 a new Molotov-Ribbentrop Pact, was concluded which is now called Covenant Obama-Putin. As a consequence of the covenant, the USA opened the way for coups in Arab countries and all around the Middle East, once again, “selling” Caucasian Countries, Ukraine, Belarus, Poland and the Baltic States, Bulgaria, the Czech Republic, Hungary, and the whole of Central Europe to Russia. “The result” of this transaction is the making of the interests of Sephardic Jews from Israel, i.e. the war of American Banksters with the Islamic world. A side effect of this covenant is the “Smoleńsk Catastrophe.” This is another action of Sephardic Bankers from the USA against Poland and against you “Polish Jews” who are just miserable Poles for them, unworthy of even the American visa. You are now cannon fodder of  the FOREIGN ones, a puppet in their hands. So it is about time you came to your senses before the final evil happens. Does it seem to you, ATHEIST AND RATIONALIST GENTLEMEN that September 17th is a random date? Does it seem to you that the West does not care to explain the Smoleśsk Catastrophe by “coincidence”? Do you see something “accidental” in the events of 1914 in Europe and 1917 in Russia, and in the events in 1939 or in 1945?

Conclusion 10: Highlighting the so called “Polish Jews”  as a “nationality” has totally ceased to make any sense at all as a result of  the 9 previous conclusions.
There is not a Jewish nationality in Poland today. Neither is there Jewish nation in Poland. There are only Polish people. Jews were completely Polonised. There is, however, a certain group of people who ideologically do not identify themselves with  Polish tradition  and  the  Polish  Vistula  historical centre. The group gained the status of the class of Masters in Polish society with the wave of the 1989 changes, while thievish post-communist enfranchisement, in a deceitful and unjustified by anything way. I can not call these people Jews, but only Poles who succumbed to     ,  “cosmopolitanisation” or for some other  reasons they mistakenly  identify themselves more as “Americans”, “Berliners” and “Muscovites” than the Poles. It is time to finish with the myth about existence of Polish Jews if it has been overthrown by modern science! Also, it is time to draw the right conclusions and recognise the situation in 100%. We can not let ourselves make mistakes.

It is not surprising that this group of people is recognised as ”traitors” of the nation by Polish patriots, by people identifying themselves with history and culture from the Vistula, with Slavic and Sarmatian history and culture. Apart from Polish people, there are, of course, Jewish agents in Poland, just like American, German and Russian agents as well as agents of other nations. It would be bad for us if all the people who do not identify themselves with Poland, would start to identify their interests with the interests of foreign branch offices and Sephardic Bankers from the USA. First of all, it would be bad for ourselves. One does not make the same mistake if they are intelligent as such.

Polish patriots should be understanding to “Polish cosmopolitans” and they have been understanding for all the 23 years. Polish patriots know that these are the people who have succumbed to the propaganda and falsehood of Sephardians from the USA and to assurances from the colonialists who have been governing Poland for the last 200 years, and that this time they will introduce great prosperity here called the European Union. I remind those of you who do not remember that the communism promised by  the Russians after the Molotov-Ribentrop Pact was to be the former key to great prosperity. It was announced on 22nd July 1944 as the System of Eternal Beatitude in Poland and soon after that mass murders were started.

The people who describe themselves as “Polish Jews” make the mistake of an incorrect fact. They identify themselves with the centres  which  they do not belong  to  and to which they will never belong.  The Sephardic Jewish gentlemen from tne USA will never take them there, but instead they will gladly settle them on the frontline in Israel, or they will repeat the ”experience” from World War II. I have a request to the Sephardians from the USA: gentlemen banksters examine your genes well and get rid of the anti-Polonism and Russophobia quickly as after the examination it may turn out that you suffer from the ”serious illness” called R1a1. Then, just like Adolf Hitler turned out to be Half Jewish, you will turn out to be Half Polish or Russians. How embarrassing it will be when the World gets to know that you really have wasted  money that you like so much, and that you have wasted the money to fight one another. Then it would be the money spent in the most stupid way ever in the history of the world and it would be an irrefutable proof that your inborn intelligence is just the next myth.

Sephardians from the USA, imagine what your status will be like at the end of the fratricidal World War III which you are just  beginning. In the future, for many centuries, through the next succeeding generations till the end of the world, you will be said to be criminals, barbarians, fratricides, racists, anti-Semites and fools. Germany (your previous allies during World War Two) do not have to carry so many epithets, and notice how  hard they live although 4 generations have passed since their crimes. Worse! Up to the thousandth generation you will be said that you turned out to be cannibals who devoured your own Nation. As a result of your new anti-Slavic crusade, the Old Testament or even the whole Bible may be forbidden all over the world, just like Mein Kampf has been banned today. Do you want to make the book which is the basis of what makes you different from other people on Earth be prohibitted? Is it not true self-destruction with your own money?! Phew! I think that we all see here, at a glance, the ruthlessness of exposing the myth, the exposure that has been done as a consequence of  the scientific revolution in genetics.

I believe that we clearly see the Great Change with its effects in the political aspect.

The next conclusion No 11: If someone says  about Jews  ruling  Poland,  he or she makes a mythical,  unreal thinking. Scientific recognition of  Reality enables us to clearly state something different, the image of people wandering in darkness of their own identification and nationality, the image of the group of cosmopolitans who do not feel Polish appears the group of victims with inferiority complex who are trying to ”run away” from their identification and presence but whom nobody wants to welcome, and finally the group of Poor Lemmings immersed in maya-blindness, in the hypocrysy of their own EGO, so deeply that they have stood on the edge of ”National Cannibalism”.

Conclusion 12 – the last one: This group not identifying themselves with the history of Poland and Polish tradition is rightly perceived as ”traitors”. Yet, we can not punish the Lemmings with death penalty for treason because for them it is a punishment when they have to learn something. Well, we have opened their eyes and now it is high time they learned THEMSELVES from the beginning.  Let us give them advice and teach them in the same way as they teach us very often so willingly, which they ought to do now as soon as possible so as to get away from the mistake. I would advise this group of people to revise their views and attitudes as quickly as they can. I would advise them – it they hate Poland so much – to immigrate to the centres of tradition and culture which they identify themselves with and which will want to accept them! I know that the frontline in Israel is not the best place for home. Yet, everyone has a passport, after all, and sometimes even two. It is not the People’s Republic of Poland and everyone can leave for a place they wish, for instance, to Paris. If they do not decide to go away, however, I would recommend them to stop doing harm to Poland as soon as possible, they had better stop hurting Poland and the Polish from today. The truth is that by doing harm to Poland, you do harm to your own interests in Poland, and doing harm to Polish people, you do harm to yourselves.

You could be proud of the fact that you are Slavs and Poles, but I do not know why you do not want to. And yet you can see with the naked eye that the Slavs are incredibly resourceful and indestructible people, whether they speak Hungarian or Yiddish, whether they speak German of ”beautifully sing” in Russian, whether they ”mumble barbarously” and ”horribly rustle”, or speak Polish. The Slavs are conquering and they will conquer the World.
The action of Sephardic banksters has therefore been stripped to the roots, to the bottom, to the point! It does not have any chance of success in the World of Free People.

I appeal to you, “Polish Jews” – be proud of your Slavic culture, of your Slavdom as it gives you the ability to assimilate and conquer, this incredible strength and vitality, and toughness. Just stop destroying the country that has nourished and educated you, the country which was the common home for the generations and which is the common  home now.  And finally, defend the Palestinians, stop being the unrelenting anti-Semites and racists.
I would like to mention at the end of this tragic example of the biggest mistake in history which may lead to a new phenomenon that will surely be called ”National Cannibalism” in the future that I am a friend of Polonised Post-Jews who feel patriots and Free People. These  people feeling relationships with Jewish roots and past that tied them with Polish Motherland, behave and act  and try to live in a normal way in Poland like all of us. There are really many of them among the people who openly say that they are Polish Post-Jews. There are the majority of them among Polish people of the post-Jewish origin. As we can see, anti-Polonism is not some of their organic affliction related to the race. May it be the affliction based on professional dealing with politics? Meanwhile, I would like to apologise to all my Polish Post-Jewish friends and the ones from Israel who are in the Judaic religious congregation and who speak Yiddish, for this bitter text with some dose of sarcasm. I personally can not get over the losses that Poland incurred in World War Two and her cultural  impoverishment  which has been going on after the holocaust and after reducing her territory  to the size that is today. Furthermore, I find it hard to see the blindness that the USA represent, the most racist and anti-Semitic country nowadays, in which racism and anti-Semitism  has  a black colour of its president’s skin.

This text is not aimed at you, nor does it say about you, my friends.
This text is aimed at hypocrites who practise anti-Polonism while governing Poland and think that they are some  Berliners or maybe Muscovites or, perish the thought, Londoners, Parisians or even worse – New Yorkers. It is pathetic  as  in the eyes of those  they will always remain small, false Poles who have denied their homeland and Motherland.

flaga_polska

Czesław Białczyński „Słowiańszczyzna a Wielka Zmiana” – Harmonia Kosmosu , 29 06 2013, Niezależna Telewizja Warszawa

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 595 other followers