białczyński

Proto Slavs (Scyths-Scolotians) in Ojców Castle in 500 BC. [ENG]

Posted in nauka, Słowianie by bialczynski on 8 Czerwiec 2013

© translated by Katarzyna Goliszek

Where does the Scythian armour in Ojców Castle come from?


 Zamek-w-Ojcowie_l

13.12.2012

Polskie Radio (Polish Radio)

30d47761-21b2-4713-aac7-5a3204052815.file

Ojców Castle, photo by Jerzy Strzelecki/ Wiki. Photo licensed by cc-by-sa 3.0.

Archeologists from the Institute of Archeology of the Jagiellonian University led by dr Michał Wojenka studied the western part of Ojców Castle.

Archeologists from the Institute of Archeology of the Jagiellonian University led by dr Michał Wojenka were studying  the western part of Ojców Castle (Kraków district) by conducting excavations during this year’s work. The most interesting discovery in the area is a unique element of Scythian armour dating back to 2500 years ago.

“This part of the fortress had not been excavated so far. It turned out that medieval relics of buildings and vessels of prehistoric communities of Lusatian culture were hidden under the medieval cobblestone” – explains the head of the studies.

Moreover, under the cobblestone the archeologists came upon an unexpected relic – a Scythian 3,7cm long arrowhead which is estimated to come from the 6th century BC.  Although it needs to be examined further, the archaeologists suspect that the arrowhead indicates the end of the settlement. From the scientific point of view it is a very important fact that the relic had been in a good archaeological context – in the cultural layer containing numerous findings which belonged to the inhabitants of the village.

“The discovery sheds new light on the history of the Lusatian culture settlement on the castle hill in Ojców. So far, within the Jurassic period of Krakow and Czestochowa merely a few similar sites have been discovered. They are likely to be the material trace of Scythian armies’ march through the Upland” – says dr Wojenka. The Scyths were warlike people whom Herodotus described in ”The Histories”. In the middle of the first millennium BC they set out from the steppes of  the Black Sea for predatory expeditions that reached Central Europe and even as far as the borders of Egypt.

During the study in 2012, as in previous years, plenty of movable antiques were acquired from different periods. There are a lot of modern relics in the form of fragments of vessels pottery, tiles and metal objects. The most interesting ones are a Polish coin from 1767, bronze hooks and eyes, a thimble, iron knives and marbles. Antiques coming from  the Middle Ages period are represented by fragments of vessels pottery and single  metal objects. Excavations will continue in 2013.

(ew/PAP – Nauka w Polsce)

dolina-ojcc3b3w-dolina-bytc3b3w-opisy-poprawionaENG


Tagged with: Dolina Ojców i Dolina Źródła Bytów, Ojców

Wielcy Polacy – Jerzy Iwanow-Szajnowicz (1911 – 1943)

Posted in nauka, Polska, Słowianie by bialczynski on 5 Czerwiec 2013

339088Rzeczpospolita z 10 07 2009  http://www.rp.pl/artykul/332305.html

Agent o sile dywizji

Jerzy Szajnowicz-Iwanow: Polak w angielskiej służbie bohaterem greckiego ruchu oporu

Nad Morzem Egejskim zapada mglista jesienna noc. U greckich brzegów w pobliżu Maratonu wynurza się na powierzchnię, po tygodniu rejsu z Aleksandrii, brytyjski okręt podwodny. „Thunderbolt” ma na pokładzie kilku tajemniczych pasażerów. Do przycumowanej przy burcie gumowej łodzi jako pierwszy – dźwigając zalutowaną blaszankę po konserwach, w której ukryty jest nadajnik radiowy – schodzi atletycznie zbudowany niebieskooki blondyn. Nie wygląda na Greka. Ale komandorowi Crouchowi, dowódcy okrętu, zwierzył się, że czuje się w tych stronach jak w domu. Wcześniej komandor dowiedział się od jednego z szefów wywiadu w Egipcie, że to jego najważniejszy pasażer – „agent numer jeden na Bałkany”.

Łódź z „Thunderbolta” dobija do brzegu po północy. Jeszcze tego samego dnia wieczorem „agent numer jeden”, od tej chwili Nikolaus Tsenoglu, dociera do Aten. Wkrótce na kolei peloponeskiej w pobliżu greckiej stolicy dochodzi do groźnego wybuchu. Wśród pasażerów jest również pan Tsenoglu z Krety. Uważnie ogląda uszkodzoną lokomotywę. Angielski „cardiff”, kawałek sztucznego węgla z ładunkiem wybuchowym, wrzucony do węglarki, rozsadził palenisko parowozu. W ciągu niespełna roku od tej chwili angielski „agent numer jeden” miał się stać najgroźniejszym wrogiem państw Osi na Bałkanach i bohaterem greckiego ruchu oporu. Alianccy dowódcy przyznawali po wojnie, że jego działalność „odpowiadała dokonaniom bojowym dywizji”.

iwanow1

Z Wiki:

Jerzy Iwanow-Szajnowicz, właśc. Jerzy Iwanow (ur. 14 grudnia 1911, zm. 4 stycznia 1943 w Atenach) – polski harcerz, sportowiec, w czasie II wojny światowej agent brytyjskich oraz polskich służb specjalnych i bohater greckiego ruchu oporu.

Był synem rosyjskiego pułkownika, Władimira Iwanowa i warszawianki Leonardy Szajnowicz, urodził się w Warszawie. Gdy miał kilka lat, jego matka wyszła ponownie za mąż, za Greka Jannisa Lambrianidisa i przeprowadziła się do Salonik, gdzie w 1925 r. zamieszkał też młody Iwanow. Maturę zdał w Liceum Francuskiej Misji Świeckiej w 1933 r., w 1938 ukończył – jako magister nauk rolniczych – Uniwersytet Katolicki w Louvain (Belgia). W sierpniu 1939 uzyskał dyplom Institut d’Agronomie de la France d’Outre-Mer. Był poliglotą, oprócz polskiego opanował świetnie języki: angielski, rosyjski, francuski, niemiecki i grecki. Był znakomitym pływakiem [1] (reprezentant Polski w piłce wodnej).

Wybuch wojny zastał go w Grecji. W maju 1940 r. rozpoczął współpracę z polską placówką wojskową w Salonikach. Od kwietnia 1941 przebywał w Palestynie. Oczekiwał na skierowanie do Brygady Karpackiej, jednak został ostatecznie odkomenderowany do dyspozycji wojsk brytyjskich. Jako człowiek British Special Operations Executive unit No.004 w Kairze został agentem brytyjskiego wywiadu. Po przeszkoleniu w Aleksandrii został w październiku 1941 (pod kryptonimem „033 B”) przetransportowany na pokładzie brytyjskiego okrętu podwodnego „Thunderbolt” do Grecji.

We współpracy z greckim ruchem oporu prowadził działalność szpiegowską i sabotażową. Przekazywał dowództwu angielskiemu informacje o niemieckich instalacjach wojskowych w Grecji, ruchach wojsk niemieckich i włoskich, konwojach płynących do Afryki Północnej. W marcu 1942 pod przykrywką greckiego pracownika portowego w zespole stoczni Skaramanga dostał się do wnętrza U-boota U-133 i zatopił go za pomocą min magnetycznych. W następnych miesiącach wsławił się kolejnymi śmiałymi akcjami dywersyjnymi, m.in. posłaniem na dno paru statków w Pireusie i paru kolejnych na Faros, a także zainstalowaniem w Koryncie bomby magnetycznej na U-boocie U-372 (okręt zmuszony do wynurzenia się na wodach Lewantu został zniszczony przez marynarkę brytyjską). Grupa Iwanowa zniszczyła lub uszkodziła około 400 samolotów niemieckich i włoskich w zakładach Malziniotti w Nowym Faleronie (dzielnica Aten).

Iwanow-Szajnowicz był trzykrotnie łapany przez Gestapo. Dwa razy zdołał jednak zbiec. 8 września 1942, rozpoznany i zdradzony przez znajomego, został aresztowany w Atenach po raz trzeci. 2 grudnia otrzymał od sądu niemieckiego potrójny wyrok śmierci. Zginął 4 stycznia 1943, zraniony przez SS-mana podczas próby ucieczki już z miejsca straceń – strzelnicy wojskowej w dzielnicy Aten Kesariani, następnie rozstrzelany, wraz z innymi skazańcami.

Iwanow-Szajnowicz został odznaczony pośmiertnie Orderem Virtuti Militari. W lipcu 1945 marszałek Harold Alexander ogłosił podziękowanie dla Iwanowa w imieniu Narodów Sprzymierzonych, a królowa Elżbieta II w kilka lat po śmierci agenta przekazała rodzinie zmarłego 1000 funtów w uznaniu jego zasług.

Bohater literacki biograficznej powieści Stanisława Strumph-Wojtkiewicza „Agent Nr.1″, a w 1971 r. nakręcono w Polsce film – dramat sensacyjny na kanwie wydarzeń z działalności szpiegowskiej i dywersyjnej Iwanowa-Szajnowicza w Grecji, pt. „Agent nr 1″, w reż. Zbigniewa Kuźmińskiego z Karolem Strasburgerem w roli głównej.

100 lat temu urodził się Jerzy Iwanow-Szajnowicz polski super agent

PAP, fot. NAC, ilustracja do tekstu
  AAA
agent660
(fot. NAC / NAC)

100 lat temu – 14 grudnia 1911 roku w Warszawie – urodził się Jerzy Iwanow-Szajnowicz. Podczas II wojny jako agent 033B brytyjskiego wywiadu zasłynął z tego, że sam wysadzał niemieckie okręty i statki zaopatrzeniowe. Jego pomnik stoi w Salonikach.

Jerzy Iwanow-Szajnowicz był synem Rosjanina i Polki. Matka kilka lat później rozstała się z ojcem i wyjechała do Salonik z drugim mężem, greckim biznesmenem Jannisem Lambrianidisem. Jerzy pozostał w kraju i rozpoczął edukację w szkole oo. Marianów. W wieku 14 lat wyjechał do Salonik do matki i kształcił się dalej we francuskim liceum. Rozpoczął również treningi pływackie i szybko zaczął odnosić sukcesy. W trakcie studiów agronomicznych w belgijskim Louvain został Akademickim Mistrzem Belgii w pływaniu.
kacje zawsze przyjeżdżał do kraju, gdzie szybko został członkiem warszawskiego AZS. Był filarem sekcji piłki wodnej, z którą w 1937 r. wywalczył mistrzostwo Polski. Później jako zawodnik narodowej kadry wielokrotnie reprezentował kraj na zawodach zagranicznych. Po wybuchu wojny podjął współpracę z polską misją wojskową w Salonikach, udzielając pomocy polskim uchodźcom.

Po zajęciu przez Niemcy Grecji Iwanow-Szajnowicz przedarł się do szkolącej się w Palestynie Samodzielnej Brygady Strzelców Karpackich. Jednak jego rosyjskie nazwisko, do którego dołączył panieńskie nazwisko matki nie nastroiło Polaków zbyt przychylnie.

Anglicy jednak docenili zwłaszcza jego lingwistyczne zdolności (znał sześć języków) i skierowali go na szkolenie dla agentów wywiadu do swojego ośrodka w Aleksandrii. Niebawem już jako agent nr 033B został przerzucony do Grecji, oficjalnie jako Kiriakos Paryssis z zadaniem likwidacji źródeł zaopatrzenia aprowizacyjnego i wojskowego dla Afrika Korps. Szybko zorganizował sieć kontaktów wśród różnych grup zawodowych, a jego współpracownicy przeprowadzali znaczące akcje sabotażowe przeciw Niemcom m.in. przyczyniając się do wypadków samolotów poprzez wrzucanie substancji zmieniających skład chemiczny paliwa lub niszcząc lokomotywy pociągów przewożących broń. Iwanow-Szajnowicz przekazywał także Anglikom informacje o położeniu sił niemieckich i włoskich.

W akcjach często uczestniczył osobiście. Jako doskonały pływak pod osłoną nocy przebywał bez specjalistycznego sprzętu nawet bardzo długie dystanse i umieszczał na kadłubach jednostek niemieckich lub z zaopatrzeniem dla wojsk III Rzeszy miny magnetyczne, które powodowały ogromne zniszczenia. Zniszczył w ten sposób m.in. niemiecką łódź podwodną i włoski ścigacz. Często zmieniał tożsamość, miał ogromną sieć kontaktów i powodował tak znaczące straty w siłach niemieckich, że za pomoc w jego ujęciu proponowano wysoką nagrodę.

cd Wp.pl
JISz

Marek Wójtowicz „Kupiłem wczora lnu białego”, Halina i Marek Portalscy „Dźwięk wszystko może…”, czyli 1. numer kwartalnika „Słowianić”, czerwiec 2013

Posted in Słowianie by bialczynski on 24 Maj 2013

MH reserved Taniec kompr

Marek Hapon – Taniec

Kupiłem wczora lnu białego

bo z niego kmiecie tkali szaty –

a duch w nich wolny, wyzwolony

mieszkańcem był każdej chaty

i za stołami z lipy krągłej

z posiecznym runem na objaty

lud z aniołami biesiadował

nie pomnę ja już tamtej daty,

lecz czasem w sercu się odzywa

dalekie echo rozemglone….

 

Ku wielkiej ciszy mnie poprowadź

tęsknoto moja niezmierzona,

gdzie uczuć sfera nie wybrzmiewa,

lecz jak Istota trwa spełniona.

A czego pieśnią nie wyśpiewam

i czego  słowem nie wypowiem

niechże po brzegi mnie wypełni

i  duszę moją wciąż rozgrzewa

Z ciszy i ciepła odrodzony

Poczuję jak me serce wplata

anielską nicią rozkochany

odwieczny, boski rytm Wszechświata…

 

I pójdę w łąki rozmajone

by sobie uwić wianek z kwiatów

do źródeł życia chcę wyruszyć

by słowa moc przywrócić w sobie,

moc co porusza ludzkie serca .

Bo nim zrodzeni my w tej dobie

to Miano nasze pierwej było

potężnie osadzone w globie.

Polany, sioła jego siłą,

narody i grody przeminą

zaś POLA zawsze Bogu miłe…

Ten piękny wiersz Marka Wójtowicza znajdziecie w pierwszym numerze naszego czasopisma, na razie kwartalnika, “Słowianić”. Ponieważ pismo wychodzi 15-20 czerwca w dużej mierze poświęcone będzie Świętu Kresu, jego znaczeniu, symbolice i obrzędom, jakie towarzyszą letniemu przesileniu nazywanemu także coraz powszechniej Kupaliami. Jest to długo oczekiwana przez nas chwila. Pismo poświęcone będzie sprawom ducha i ciała, kulturze i myśli słowiańskiej, przyrodzie, nowemu sposobowi życia i myślenia o świecie i wielu innym sprawom, które interesują Wolnych Ludzi. Przedstawiamy poniżej zawartość pierwszego numeru. 

MH reserved Kwiat kompr

Marek Hapon – Kwiat

Poza wierszem Marka zapowiadamy w pierwszym numerze “Słowianić” następujące ważne teksty i rubryki:

Słowo wstępne od każdego z redaktorów: tj. od Joanny Maciejowskiej, Czesława Białczyńskiego, Piotra Kudryckiego i Marka Wójtowicza

iv nnn nnn kupala_2007_1

W dziale: Słowianie – wczoraj, dziś i jutro

Czesław Białczyński – “Tan 6 Wielki – Święto Kresu”

Marek Wójtowicz –  “Ogniu święty Ogniu” (o znaczeniu ognia w święcie Kresu)

Winicjusz Kossakowski „Czy Polacy znali pismo ideograficzne?”

Leszek Mioduchowski   „Chronologia  europejska przełomu XVI i XVII wieku”

T.S. Marski  „Księga popiołów” (fragment)

Adam Smoliński „Czy obecni  Germanie to też Ariowie?”

Także: o Świętowicie na Ślęży i Romanie Zmorskim (Strażniku Wiary Słowian), którego wiersz można przeczytać, stojąc u posągu Świętowita na tej świętej słowiańskiej górze.

0 n fiolki

W dziale: Przyroda – Zdrowy styl życia

Zioła i kwiaty w kuchni: „Jedzmy kwiaty – nasturcja i stokrotka” – jak zbierać i przyrządzać zioła i kwiaty

Przepisy z sistańskiej kuchni – Chołodziec litewski z boćwiny i zupa pomidorowa z kwiatem

Zioła świętorujańskie – ruta zwyczajna i poganek rutowaty, legenda i prawdziwe działanie

Ziemia cud natury: Puszcza Nurska i Białowieża: Święte Wzgórze Grabarka oraz Mielnik (Góra Uszeście), czyli o białowieskich miejscach mocy

 UBERHAECKEL_Work_003

W dziale: W przestrzeni ducha i myśli

Halina i Marek Portalscy „Dźwięk wszystko może”

Tadeusz Owsianko „Listy do Olgi” (o zmianach duchowych w otaczającym nas Wszechświecie)

Czesław Białczyński „Nowy Świętowit 2012 – znaczenie nowego rytu”

Jail Kubacka – Ilona Kubacka „Nauka podczas snu” (fragment nowej książki)

37

 W dziale: Sztuka słowiańska

grafiki Marka Hapona

wiersze Wojciecha Świętobora Mytnika i Marka Wójtowicza

bajka dla dzieci:

Joanny Kuruc „Baśń o słowiku i królu”

Dział Słowiańska hudba poprowadzi Wojciech Świętobor Mytnik

Sleza DSC_0183 pow 160

Oprócz tego jako 12 stronicowa barwna wkładka Część 1 Trywidu Ślężańskiego z obrazami Joanny Maciejowskiej i tekstami Marka Wójtowicza

Numer zawiera około 120 stron i jest ilustrowany także obrazami i grafikami Jerzego Przybyła oraz innych autorów.

Halina i Marek Portalscy

Dźwięk wszystko może…

 

Cały świat przepełniony jest falami akustycznymi. Istotą ich jest drgający ruch cząsteczek w gazach, cieczach i ciałach stałych. Jest to rodzaj energii kinetycznej. Drgania akustyczne są rodzajem energii, która jest obecna w całej przyrodzie. Te z nich, które wywołują wrażenia słuchowe nazywamy dźwiękami. Ich częstotliwość mieści się w zakresie od około 16 Hz do 20 kHz. Inne, o zbyt wysokich częstotliwościach, aby je usłyszeć, to ultradźwięki. Podobnie, fale akustyczne o częstotliwościach poniżej 16 Hz nazywamy infradźwiękami.

Dźwięk niesie ze sobą zarówno energię, jak również informację. Ta dwoistość nabiera szczególnego znaczenia w różnych miejscach, formach, czasach i zastosowaniach. Czasem trzeba pobudzić organizm drganiami wytwarzanymi falą akustyczną padającą na ciało (dominuje komponenta energetyczna), w innym przypadku krytycznego znaczenia nabiera niesiona przez dźwięk informacja (przy pomijalnej komponencie energetycznej).

Oddziaływanie dźwięku i drgań na organizm bazuje na stymulacji zarówno drogą słuchową, jak również przez bezpośredni odbiór ciałem i to zarówno drgań źródła dźwięku (np. misy dźwiękowej leżącej na ciele), jak i fali akustycznej wytwarzanej przez źródło dźwięku stojące obok ciała pacjenta oraz drgań przenoszonych przez podłoże, a także poprzez biopole. Fakt tych oddziaływań jest obecnie dobrze udokumentowany.  Wykorzystuje się go między innymi w rehabilitacji osób głuchych i niedosłyszących [4, 6, 8,    15, 21, 22].

Dźwięki działając nie tylko na receptory słuchowe (również muzyka) wywołują również impulsy motoryczne, a u niektórych osób przeżyciom muzycznym towarzyszą wyobrażenia wzrokowe, węchowe, dotykowe lub smakowe. Mówimy wtedy o synestezji, czy polisensorycznym angażowaniu wielu zmysłów [16].

Wielorakość funkcji: komunikatywna, poznawcza, wychowawcza, integracyjna, ideologiczna przekazu, adaptacyjna, przełamywanie stereotypów, terapeutyczna, katarktyczna, humanizująca, czy ekspresyjna muzyki (dźwięków) pokazuje całą złożoność oddziaływań i możliwości dźwięku [10].

Często człowiek nie uświadamia sobie, jakie możliwości tkwią w dźwięku. Można by wręcz stwierdzić, że posiadamy, mamy, otrzymujemy, doświadczamy…, a nie korzystamy, nie przyjmujemy, nie dajemy… dźwięku.

Współcześnie dźwięk znajduje bardzo szerokie zastosowanie w dziedzinach często bardzo odległych od siebie. Przykładowo poza sztuką i religią można tu wymienić medycynę, psychologię, ergonomię, edukację, a nawet technikę, ekonomię i działania militarne.

Możemy wręcz mówić, że język muzyki jest sztuką myślenia dźwiękami, gwarantując uniwersalność komunikacji [3]. Struktury dźwiękowe wykazują ścisłe podobieństwo logiczne do form uczucia ludzkiego – form rozwoju i zaniku, ruchu płynnego i nagromadzającego, konfliktu i rozwiązania, tempa, zatrzymania ruchu, wzmożonego podniecenia, spokoju, to znów delikatnego pobudzenia i momentu marzycielskiego [1].

Cechy dźwięku są nośnikami określonych znaczeń i odpowiadają za tworzenie nastroju. Na przykład głośny dźwięk symbolizuje siłę, moc, potęgę. Cichy – słabość, delikatność. Długi – trwanie, ciągłość, krótki – ruchliwość, zmianę [7]. Podobnie jak w tonie głosu możemy w dźwiękach wyrazić agresję, niepokój, delikatność, itp. [2].

Do dźwięków należy także głos ludzki. Znaczącą treść niesie w sobie stwierdzenie „gdy będziesz lepiej wykorzystywać swój głos, poczujesz się lepiej”. Głos odsłania, jak współgrają ze sobą siły witalne, uczucia, myśli i intuicja [16]. Głos ludzki to przecież najtańsza metoda komunikowania się, a także diagnozy, czy terapii. Wydobywając z siebie odpowiednie dźwięki można wpływać na pracę swojego organizmu, przykładowo zmniejszać lęki, łagodzić ból, równoważyć subtelne procesy energetyczne organizmu.

Już uważne wsłuchanie się w głos mówiącej osoby – ton, głośność, intonację, czy inne cechy głosu pozwala powiedzieć sporo o jej nastroju, problemach, ogólnym stanie zdrowia. Należy przy tym pamiętać, że sam mówiony tekst (informacja werbalna) to zaledwie 7% całego przekazu informacyjnego. 38% informacji zawarte są w brzmieniu  głosu, a 55% w mowie ciała, zwłaszcza mimiki rozmówcy [5]. Już pierwszą opinię o rozmówcy wyrabiamy sobie w ciągu pierwszych 7 ÷ 20 sekund [16].

Nieraz do oceny danego problemu wystarczy tylko znajomość metod wykorzystujących trzy lub cztery elementy: dźwięki, słowa. Przykładem może tu być autorski test siedmiotonowy [12,13].

Możemy mówić o trzech poziomach informacji niesionych przez muzykę [ 11]. Poziomy te (powiązane częściowo ze sobą) to:

  • poziom akustyczny,
  • poziom semantyczny,
  • poziom estetyczny, później nazwany efektywnościowym.

Wzajemne związki tych trzech poziomów jednoznacznie warunkują określony schemat oddziaływań na organizm człowieka, a także na inne organizmy żywe.

Jerzy  przybyl słońce jeleńJerzy Przybył Skrzysty Jeleń Lata

Wielcy Polacy – Jan Czochralski (1885 – 1953) – ojciec światowej elektroniki.

Posted in nauka, Polska, Słowianie by bialczynski on 22 Maj 2013

Czochralski_6Wiki:

Jan Czochralski

(ur. 23 października 1885 w Kcyni, zm. 22 kwietnia 1953 w Poznaniu) – polski chemik, metaloznawca, wynalazca powszechnie stosowanej do dzisiaj metody otrzymywania monokryształów krzemu, nazwanej później metodą Czochralskiego, podstawy procesu produkcji mikroprocesorów. Najczęściej wymieniany polski uczony we współczesnym świecie techniki.

Urodził się w Kcyni na Pałukach, będących wówczas pod zaborem pruskim[1]. Był ósmym z dziesięciorga dzieci wielkopolskich rzemieślników, Franciszka Czochralskiego i Marty z Suchomskich. Ojciec prowadził zakład stolarski, robiąc meble domowe i trumny. Czochralski zgodnie z wolą ojca ukończył Seminarium Nauczycielskie w Kcyni[potrzebne źródło], ale nie mogąc pogodzić się z ocenami, podarł świadectwo maturalne. Po otrzymaniu świadectwa, „upewniwszy się u swojego profesora, że nie podlega już rygorom szkolnym”, podarł świadectwo mówiąc „Proszę przyjąć do wiadomości, że nigdy nie wydano bardziej krzywdzących ocen”. Brak tego dokumentu zamykał mu, w określonym czasie, drogę do dalszej kariery nauczycielskiej i naukowej.

Interesował się chemią, rozpoczął pracę w aptece, gdzie prowadził eksperymenty naukowe w dziedzinie chemii. W 1904 roku wyjechał do Berlina[1] i rozpoczął pracę w aptece i drogerii dr. A. Herbranda w Altglienicke, później w AEG-Kabelwerk Oberspree. Zajmował się określaniem jakości i czystości rud, olejów, smarów, metali, stopów i ich półproduktów oraz rafinowaniem miedzi[potrzebne źródło]. Uczęszczał na wykłady chemii specjalnej na Politechnice w Charlottenburgu pod Berlinem jako wolny słuchacz. Na Uniwersytecie Berlińskim chodził na wykłady na wydziale sztuki. W 1906 roku rozpoczął pierwszą naukową pracę w laboratorium firmy Kunheim & Co, a rok później w Allgemeine Elektricitäts Gesellschaft, gdzie został kierownikiem[1] badania stali i żelaza. Na Politechnice w Charlottenburgu uzyskał dyplom inżyniera chemika. Na Uniwersytecie Berlińskim poznał późniejszą swoją żonę. W 1910 ożenił się z Margueritą Haase, pianistką pochodzącą z holenderskiej rodziny osiadłej w Berlinie[1].

W latach 1911-1914 był asystentem Wicharda von Moellendorffa, z którym opublikował swoją pierwszą pracę poświęconą krystalografii metali, a dokładniej podwalinom późniejszej teorii dyslokacji[potrzebne źródło]. Największy rozgłos przyniosła mu odkryta w 1916 roku metoda pomiaru szybkości krystalizacji metali[2], wykorzystywana obecnie do produkcji monokryształów krzemu. Według popularnej anegdoty metodę tę odkrył przypadkowo, zanurzając przez roztargnienie pióro w tyglu z gorącą cyną zamiast w kałamarzu[1]. Pomiar szybkości krystalizacji metali przynosi mu największy rozgłos.

JAN CZOCHRALSKI (8)foto ze strony: http://www.janczochralski.com/

W 1917 roku przeniósł się do Frankfurtu nad Menem, gdzie został szefem laboratorium metaloznawczego Metallbank und Metallurgische Gesellschaft AG, gdzie opracował i w 1924 roku opatentował bezcynowy stop B łożyskowy dla kolejnictwa. Stop zwany był w Polsce metalem B, produkował go Ursus. Stop powoduje rewolucje w kolejnictwie, dając oszczędności i niezawodność. Wynalazek był bardzo ważny dla gospodarki Niemiec, które objęto zakazem importu cyny. Patent zakupiony został przez niemiecką kolej (Bahnmetal) oraz liczne państwa, w tym USA, ZSRR, Czechosłowację, Francję i Anglię. Metal B był wykorzystywany powszechnie do lat 60. XX wieku, gdy łożyska ślizgowe zastąpiono tocznymi. Metal B pozwolił Czochralskiemu znacznie się wzbogacić[1]. Z wynalazku korzystają koleje we Francji, USA, Anglii płacąc sowicie odkrywcy. Głównym zadaniem młodego Czochralskiego było wprowadzenie aluminium do elektroniki, a więc pionierskie prace nad technologią produkcji blach, drutów i wyprasek aluminiowych, badanie stopów aluminium i standaryzacja badań metalograficznych. Metale i metalografia stały się odtąd pasją Czochralskiego. W 1924 został wiceprzewodniczącym, a w 1925 przewodniczącym Niemieckiego Towarzystwa Metaloznawczego. Henry Ford zaproponował mu pracę w laboratorium swojej firmy w Detroit, z czego Czochralski nie skorzystał.

W 1925 pojawiła się propozycja powrotu do Polski i objęcia katedry na Politechnice Warszawskiej. Po rozmowach m.in. z prezydentem RP, w 1928 r. powrócił do Odrodzonej Polski na osobiste zaproszenie prezydenta prof. Ignacego Mościckiego, rezygnując ze wszystkich pełnionych w Niemczech funkcji i odrzucając posadę dyrektorską w amerykańskich zakładach Forda. W 1929 roku otrzymał doktorat honoris causa i objął posadę profesora na Wydziale Chemii Politechniki Warszawskiej. Specjalnie dla niego została utworzona Katedra Metalurgii i Materiałoznawstwa, która bezpośrednio współpracowała z MSW. Katedrę wyposażono w najnowocześniejszy sprzęt MSW. Czochralski zbudował Instytut Metalurgii i Metaloznawstwa. Profesor miał prawo zatrudniać tylu ludzi ilu potrzebował. To wywołało niezadowolenie u kolegów profesorów (Witold Broniewski), które w przyszłości obróciło się przeciwko profesorowi. Instytut Metalurgii i Metaloznawstwa na Politechnice, wykonywał głównie zlecenia dla wojska[1].

Nie jest jasny powód przyjazdu do Polski, według badań Stefana Bratkowskiego, Czochralski współpracował z polskim wywiadem wojskowym, a z Niemiec wyjechał z powodu grożącej mu dekonspiracji. Zrzekł się obywatelstwa niemieckiego, by przyjąć polskie, ale zrzeczenie to nie było przez władze niemieckie uznawane[1]. Czochralski był bogatym człowiekiem. Jak twierdził, do Polski przywiózł ok. 1,5 mln. złotych. Patenty przynosiły mu dalsze dochody. Brał ogromne sumy za konsultacje w Polsce i poza granicami. Kupił piękną willę w Warszawie na ul. Nabielaka (koło Belwederu), w Kcyni budował willę Margowo, nazwaną na cześć żony, pełniącą funkcję letniej rezydencji. Fundował stypendia dla studentów. W willi na Nabielaka Czochralscy prowadzili salon literacki, profesor pisał poezję, kolekcjonował dzieła sztuki i udzielał się społecznie. Profesor wspomagał finansowo rekonstrukcję dworku Chopina w Żelazowej Woli, współfinansował wykopaliska w Biskupinie oraz prace odkrywkowe ropy w rejonie Kcyni.

Czochralski przyjaźnił się z prezydentem. W 1934 popadł w dalszy konflikt z prof. Witoldem Broniewskim, który zarzucał mu czerpanie korzyści majątkowych z „nieudolnego wynalazku”, z działalności społecznej oraz sprzedanie polskiemu wojsku i kolejom złego stopu w celu sabotażu na rzecz Niemiec. Zarzucał też, że stop B ma gorsze właściwości niż inne stopy i nie nadaje się do stosowania w komunikacji. Broniewski konkluduje, że Czochralski działa na szkodę polskiego przemysłu zbrojeniowego, a tym samym państwa polskiego. Broniewski mówi, że Czochralski „z ducha jest raczej Niemcem niż Polakiem” i dlatego nie powinien być szefem Instytutu Metalurgii i Metaloznawstwa. Czochralski nazywa Broniewskiego wrogiem państwa polskiego. Adwersarze spotykają się na pojedynku (rezultat nie jest znany), a później w sądzie. Proces przerodził się w spór nad polskością Czochralskiego. Szczególnie drażliwa okazała się sprawa niemieckiego obywatelstwa Czochralskiego. Po powrocie do Polski profesor podpisał deklarację, że z chwilą objęcia katedry zrzeka się obywatelstwa niemieckiego i złożył dokumenty. Sprawa okazała się bardziej złożona. Czochralski był słynnym naukowcem, związanym kontraktami i patentami. Ze względu na sprawy finansowe, kapitały w Niemczech i nieruchomości, jemu samemu nie zależało na przyspieszaniu procedury. Niemcy odwlekali ze zwolnieniem z obywatelstwa. Procedury z Niemcami w tych sprawach w tamtym czasie trwały od 10 do 15 lat. Utrata obywatelstwa niemieckiego oznaczała problemy dewizowe i uszczuplenie dochodów. W procesach zeznawali minister oświaty Świętochowski i prezydent Mościcki. Ostatecznie spór zakończył się w połowie lat 30. procesami o zniesławienie, które wygrał Czochralski; na jego rzecz zeznawali oficerowie wywiadu[1]. Sąd skazał Broniewskiego na dwa miesiące aresztu w zawieszeniu i 500 zł grzywny. Czochralski wygrał, lecz część środowiska akademickiego nigdy mu tego zwycięstwa nie wybaczyła.

Przed rozpoczęciem II wojny światowej Czochralski nie wychodził praktycznie z MSW. Wojna przerwała jego działalność naukową. Po wejściu Niemców podjął decyzje, które przez dziesięciolecia będą atrybutem jego przeciwników. Pod koniec 1939 roku uzyskał od Niemców pozwolenie i uruchomił w Warszawie na bazie przedwojennego instytutu Politechniki Zakład Badań Materiałów. Nastąpiło to za zgodą władz konspiracyjnych Politechniki i miało na celu ochronę pracowników uczelni i wyposażenia. W następnym okresie okupacji powstały kolejne zakłady wzorowane na zakładzie Czochralskiego. Zakład wykonywał zadania na rzecz instytucji cywilnych, a także dla Wehrmachtu. Zatrudniał wielu żołnierzy Armii Krajowej. Wykonywał też prace dla podziemia: odlewano w nim granaty żeliwne z części zbadanych fragmentów V-1 oraz części do maszyn drukarskich i pistoletów, a sam Czochralski sabotował produkcję dla Wehrmachtu oraz składał meldunki wywiadowi AK[1]. W zakładzie niszczono także przez przetopienie części elektryczne rakiet V-1 i V-2 po zbadaniu ich przez prof. Janusza Groszkowskiego. Jan Czochralski wykorzystywał też swoje osobiste kontakty z Niemcami do wydobywania ludzi z więzień i ratowania zbiorów muzealnych[3], dzięki jego interwencji zwolniono z obozów koncentracyjnych profesorów Mariana Świderka i Stanisława Porejko[1]. Pośrednikiem była jego córka Leonia, która przyjaźniła się z córką szefa Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy. Czochralski wyciągnął z Gestapo ok. 30-50 osób. Pomógł wnukowi Ludwika Solskiego, doktorowi Marianowi Świderkowi – ojcu prof. Anny Świderkówny. Profesor dalej mieszkał na Nabielaka – w tym czasie dzielnicy niemieckiej. Spotykał się z Niemcami, jednak w jego domu odbywały się nadal spotkania tzw. czwartków literackich, w których brali udział; Wacław Berent, Ludwik Solski, Leopold Staff, Alfons Karny, Juliusz Kaden-Bandrowski, Adolf Nowaczyński, Kornel Makuszyński.

Podczas okupacji Czochralski używał imienia Johann i był przez Niemców traktowany jako obywatel III Rzeszy. W pierwszych dniach wojny pod Poznaniem rozstrzelano brata profesora, Kornela, prowadzącego nauczanie (Czochralski dowiedział się o tym na początku 1940 r.) Po powstaniu warszawskim uzyskał zezwolenie na wyjazd do Warszawy, skąd wywoził mienie wypędzonych, a z Politechniki aparaturę[1].

Koniec wojny oznaczał dla profesora nowe kłopoty. Ówczesny prokurator apelacyjny w Warszawie wydał postanowienie o aresztowaniu. 7 kwietnia 1945 roku został aresztowany jako „niejaki Jan vel Johan Czochralski, obywatel Rzeszy, dawny honorowy profesor Politechniki Warszawskiej”, pod zarzutem „współpracy z niemieckimi władzami okupacyjnymi na szkodę osób spośród ludności cywilnej, względnie Państwa Polskiego”. Od 18 kwietnia 1945 spędził cztery miesiące w więzieniu w Piotrkowie Trybunalskim[1], do 14 sierpnia 1945. Jednak Specjalny Sąd Karny w Łodzi na rozprawie w dniu 13 sierpnia 1945 r. uniewinnił go od stawianych zarzutów[3]. W procesie zeznawał Ludwik Solski. Pomimo tego Senat (10 profesorów) Politechniki Warszawskiej odmówił przyjęcia go do pracy uchwałą z 19 grudnia 1945 roku[1]. W ten sposób wykluczono go ze środowiska i skazano na zapomnienie. Czochralski nie mógł się bronić, nie mógł też ujawnić współpracy z AK, za którą groziło kilkuletnie więzienie UB.

Wrócił do Kcyni i założył Zakłady Chemiczne BION, produkujące różnego rodzaju wyroby kosmetyczne i drogeryjne, w tym znany „proszek od kichania z Gołąbkiem”[4].

Zmarł w Poznaniu 22 kwietnia 1953 roku po rewizji Urzędu Bezpieczeństwa w jego willi w Kcyni. Przyczyną śmierci był atak serca. Został pochowany na starym cmentarzu w rodzinnej Kcyni, ale dopiero w 1998 roku na anonimowym grobie umieszczono tablicę z nazwiskiem[1].

Lata 50. XX wieku były okresem, kiedy uczeni świata zaczęli korzystać z jego najważniejszego wynalazku – metody krystalizacji. To przynosiło sławę twórcy i zainteresowanie jego osobą. Pierwsze próby rehabilitacji profesora na PW w 1984 r. zakończyły się awanturą. Przy drugim rozpatrywaniu w 1993 r., Senat PW stwierdził, że dokonania Czochralskiego są olbrzymie, ale nie widzi potrzeby i możliwości uchylenia uchwały z 19 grudnia 1945 r. Politechnika Warszawska otrzymała od prokuratur okręgowych w Warszawie, Łodzi i Wrocławiu oraz Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich informację, że nie istnieją żadne dowody na kolaborację Czochralskiego. Potwierdziły to także archiwa sądu podziemnego Armii Krajowej. W lutym 2011 r. rektor Uczelni prof. Włodzimierz Kurnik postanowił sięgnąć do dokumentów i definitywnie rozstrzygnąć spór o profesora. Pod kierownictwem prof. Mirosława Nadera wyruszono na poszukiwanie dokumentów w archiwach. W maju w Archiwum Akt Nowych odnaleziono meldunek Czochralskiego do komendy Głównej AK. Dokument składa się z dwóch kartek i nosi datę z czerwca 1944 r. Na stronie pierwszej jest napis „przesyłam informację od prof. Czochralskiego”. Druga to spisany raport do Oddziału II KG AK. Autor podaje, że na terenie zakładu są tartaki i hale kryte drewnem, co ułatwia pożar. Doradza jednak opanowanie, w stosownej chwili, tych magazynów z najrozmaitszym wysokowartościowym sprzętem. 29 czerwca 2011 roku Senat Politechniki Warszawskiej ogłosił rehabilitację Czochralskiego[1].

Zachodzi pytanie jak Czochralskiemu udawało się przekazywać meldunki do KG AK. Odnaleziony dokument potwierdza współpracę z wywiadem AK (Oddział II). Przypuszcza się, że bezpośrednim odbiorcą meldunków był prof. Stanisław Ostoja-Chrostowski, rzeźbiarz, grafik i malarz. To on kierował referatem Korweta, do którego trafił znaleziony meldunek. Ostoja-Chrzanowski i Czochralski spotykali się w saloniku prowadzonym w czasie wojny przez Czochralskich.

Upamiętnienia

Poczta Polska chcąc uczcić dokonania Polaków na świecie wprowadziła w roku 2009 do obiegu cztery znaczki. Na znaczku o nominale 1,55 zł. przedstawiono podobiznę Jana Czochralskiego[5].

Sejm RP, na posiedzeniu z dnia 7 grudnia 2012 r., przyjął uchwałę w sprawie ustanowienia roku 2013 Rokiem Jana Czochralskiego[6].

DSCN6634_1In 2006 the Polish Materials Science Society, the Polish Society for Crystal Growth and the Polish Academy of Sciences joined with the European Materials Research Society to establish the International Chapter of the Jan Czochralski Award.

JAN CZOCHRALSKI – OJCIEC ŚWIATOWEJ ELEKTRONIKI

http://naszeblogi.pl/33322-prof-jan-czochralski-ojciec-swiatowej-elektroniki

2012-10-26 12:57

Kto jest jednym z najbardziej znanych na świecie polskich uczonych?Czy wiecie, którego z polskich uczonych najczęściej wymienia się w literaturze światowej?Czy wiecie, że nazwisko polskiego profesora jest prawdopodobnie na pierwszym miejscu spośród najczęściej wymienianych w publikacjach związanych z elektroniką?Czy wiecie kto to był Jan Czochralski?A znacie największych światowych wynalazców? Pewnie znacie i na pierwszym miejscu wymienilibyście  Thomasa Edisona, bez którego na pewno doskwierałby nam brak żarówki.Tymczasem był taki uczony i wynalazca, któremu zawdzięczamy niemal całą elektronikę. Bez niego nie byłoby wszystkich tych urządzeń, w sercu których znajdują się układy z krzemu – telewizorów, komputerów, telefonów, robotów, kuchenek mikrofalowych, zegarków kwarcowych i wielu innych nowoczesnych urządzeń . W dodatku ten uczony był Polakiem. Nazywał się Jan Czochralski.Czasem bywa tak, że naukowe odkrycie wyprzedza swoją epokę historyczną. Spośród plejady najbardziej znanych za granicą polskich naukowców, właśnie to dotyczy Jana Czochralskiego. Jeden z jego wynalazków dzisiaj jest wykorzystywany przy produkcji półprzewodników przez największe koncerny produkujące elektronikę, takich jak amerykańskie Intel i Motorola, IBM i AMD, koreański Samsung albo japoński NEC. Metodą wynalezioną przez Czochralskiego wytwarza się cały współczesny krzem, z którego produkuje się diody, tranzystory i czipy układów scalonych.

 

Jan Czochralski w 1916 r. został autorem genialnego odkrycia – sposobu hodowania dużych monokryształów metali. Współcześnie metodą Czochralskiego hoduje się monokryształy krzemu dla przemysłu półprzewodników. Ale ta metodyka znalazła swoje rewelacyjne zastosowanie dopiero w 50-tych latach, po skonstruowaniu tranzystora przez Waltera Brittaina, Johna Bardeena i Williama Shockleya. Za wynalazek tranzystora cała trójka otrzymała nagrodę Nobla z Fizyki w 1956 roku. Juliusa Lilienfelda pochodzącego spod Lwowa, który uważał się za Polaka pominięto….

JAN CZOCHRALSKI (6)Profesor Czochralski z rodziną (foto ze strony: http://www.janczochralski.com/)

http://www.janczochralski.com/

22 kwietnia 2012 roku obchodzona była 59 rocznica śmierci prof. Jana Czochralskiego – wybitnego polskiego uczonego pierwszej połowy XX wieku. Był on znanym metalurgiem, chemikiem i metaloznawcą oraz opracował szereg nowych metod badawczych i patentów. Dziś, w czasie rewolucji elektronicznej, prof. Czochralski jest znany przede wszystkim z jego słynnej i szeroko na świecie stosowanej metody wzrostu kryształów nazwanej „metodą Czochralskiego”, a opublikowanej 96 lat temu.

Jan Czochralski urodził się w małym polskim miasteczku – Kcyni, leżącym pomiędzy Poznaniem a Bydgoszczą. Życie naukowe spędził w Berlinie, Frankfurcie nad Menem, w Niemczech, i w Polsce – w Warszawie. Po drugiej wojnie światowej powrócił do rodzinnej Kcyni, tam zmarł i został pochowany na Starym Cmentarzu i zapomniany prawie przez wszystkich.

Na szczęście, zastosowanie jego metody pomiaru szybkości krystalizacji metali do otrzymywania monokryształów półprzewodników dało mu znaczącą pozycję w nauce i technologii. Jego nazwisko zostało na stałe przypisane do tej metody. Ale dopiero od nie tak dawna ów Czochralski znany z nazwy popularnej metody został „odkryty” jako osoba i uczony.

Mam nadzieję, że nazwisko Czochralskiego nie będzie już tylko fragmentem terminu naukowego i technicznego bez żadnego odniesienia do konkretnego człowieka.

Jan-Czochralski-i-jego-metoda-Paweł-Tomaszewski-200x286

O lnie, konopiach, maku i innych uprawach oraz rękodziele zniszczonym przez prawo w Polsce.

Posted in nauka, przyroda, przyroda do ochrony, Słowianie, Wiara Przyrody by bialczynski on 16 Maj 2013

len zwyczajny2

Zapraszam was dzisiaj na stronę projektu który ma prowadzić do ochrony produkcji starych odmian lnu i rękodzielnictwa oraz rzemiosła związanego z produkcją lnu w Polsce. Takich samych działań wymaga niestety natychmiast uprawa konopi i uprawa maku, które to uprawy z dekretu rządu Polski zostały skazane na wymarcie. poprawność polityczna i restrykcyjne prawo oraz powszechna kontrola obywateli wprowadzona w PRL jak widać nie ma końca mimo , ze podobno od 25 lat żyjemy w wolnej Polsce.

Len_w_ogrodzie_przy_Muzeum_Papiernictwa_(Duszniki)W  ogrodzie przy Muzeum Papiernictwa (Duszniki) – okazuje się że to nie len tylko bławatki, jakieś dziwnie, pełne, wielokolorowe. Byłem przekonany ,nie wiem czemu że len, ale to niestety pomyłka – zostawiam bo piękne zdjęcie i dziękuję Inett 1 za prywatne śledztwo, które wyjaśniło ten błąd.

http://www.paz.most.org.pl/len/index.html

1

O projekcie

„Jak to ze lnem było – ochrona bioróżnorodności i tradycji” to tytuł projektu realizowanego przez Pracownię Architektury Żywej przy pomocy finansowej GEF/SGP. Ma on za zadanie łączyć odtwarzanie tradycji rękodzielniczej i uprawowej z ochroną gatunkową i genową. Motywem przewodnim jest len spajający wszystkie istotne dla projektu elementy.

Zmniejszanie się liczby gatunków to nie tylko zanikanie pięknych storczyków, to przede wszystkim problem wielu niepozornych gatunków np.: tępionych przez człowieka roślin dzikich potocznie zwanych chwastami, które tworzą ogromną różnorodność wśród jednolitych, dużych powierzchniowo upraw. Rośliny te są naturalnym „bankiem genów” w coraz bardziej ubożejącym świecie przyrody.

Przyczyny dla których powstał projekt

  • odejście od niegdyś powszechnej uprawy lnu i chemizacja upraw, spowodowało zagrożenie zespołu chwastów Spergulo-Lolietum remoti z gatunkami: Lnicznik właściwy – Camelina alyssum, Kanianka lnowa – Cuscuta epilinum, Życica lnowa – Lolium remotum, Sporek polny – Spergula arvensis, które są obecnie zagrożone wyginięciem bądź uważane za wymarłe. Jest to specyficzny zespół chwastów towarzyszący wyłącznie uprawom lnu;
  • Wprowadzanie do obecnych upraw lnu wyselekcjonowanych odmian rośliny, kosztem tradycyjnych odmian miejscowych, prowadzi do zanikania starych odmian lnu, a tym samym do zubożenia bioróżnorodności;
  • wiedza o tradycyjnej uprawie i sposobach obróbki włókna lnianego, a także wytwarzanie tradycyjnych wyrobów rękodzieła, wzornictwo jak i metody odchodzi w niepamięć wraz ze starszym pokoleniem;
  • intensyfikacja rolnictwa oraz nadmierne stosowanie nawozów sztucznych i chemicznych środków ochrony roślin przyczynia się do znacznego zmniejszenia ilości chwastów towarzyszących uprawie zbóż;
  • zanikanie rodzimych gatunków zwierząt gospodarskich.

Tradycyjna uprawa i obróbka lnu

Wzrost i rozwój rośliny
Zależnie od temperatury i wilgotności gleby len wschodzi w ciągu 4-14(10) dni. Młode rośliny początkowo rosną bardzo wolno. Z pąka znajdującego się między liścieniami wyrasta prosta ulistniona łodyga, rośnie powoli i po osiągnięciu ok. 10 cm wysokości przybiera postać tzw. jodełki. Potem następuje okres szybkiego wzrostu trwający aż do początku tworzenia się pąków kwiatowych, a dzienny max przyrost wynosi w tym okresie 3,5-6(10) cm. W okresie tworzenia się pąków kwiatowych i kwitnienia przyrost dzienny zmniejsza się i kończy po okwitnieniu.
Okres wegetacji trwa 90-120 dni.

Wymagania klimatyczne i glebowe, agrotechnika
Pod względem glebowym len nie jest zbyt wymagający, nie znosi jednak gleb suchych i piaszczystych, które źle utrzymują wilgoć, jak również gleb torfowych, wapiennych oraz podmokłych, nie należy uprawiać lnu na glebach bogatych w próchnicę. Najodpowiedniejsze są wszystkie gleby gliniasto-piaszczyste i piaszczysto-gliniaste, wszelkie nowiny, pastwiska, łąki mineralne oraz gleby poleśne. Najlepszym przedplonem dla lnu będą rośliny pozostawiającą rolę nie zachwaszczoną. Nie wolno wysiewać często lnu na jednym polu, gdyż wtedy łatwo ulega chorobom grzybowym. Bardzo dobrym przedplonem dla lnu są wieloletnie łąki, koniczyniska, zielonki pastewne oraz rośliny okopowe. Płodozmian 5-6(7) lat.
29
Przygotowanie gleby pod siew
Głównym celem uprawy gleby pod len powinno być nagromadzenie wody w glebie, walka z chwastami oraz wyrównanie pola.
Orka:
1. Wykonuje się głęboką orkę na jesieni (rok I).
2. Wiosną (rok II) jak najwcześniej należy zwłókować i zbronować wysztorcowane skiby, aby przerwać parowanie wilgoci i dobrze wyrównać pole.

Nawożenie:
UWAGA ! Bezpośrednio pod len nie stosuje się nawozów organicznych, gdyż powodują one wybujałość słomy, wyleganie, wrażliwość na choroby i przedłużają okres dojrzewania. Obornik można stosować na rok przed siewem lnu. Wapnowanie również stosuje się w przedplonach, ponieważ wapno zastosowane bezpośrednio pod len pogarsza jakość włókna.
1. Len nawozimy potasem, azotem i fosforem. Najważniejszy jest potas. Wpływa on bardzo dobrze na jakość włókna i zapobiega wyleganiu lnu. Azot jest niezbędny dla wzrostu lnu, fosfor zaś przyczynia się do równomiernego dojrzewania.
2. Dawki potasu powinny wynosić od 100 do 150 kg 40-procentowej soli potasowej na ha. Sól potasową można z powodzeniem zastąpić popiołem drzewnym w ilości 600 kg popiołu na ha.
3. Azot w postaci siarczanu amonu lub saletrzaku daje się w ilości 50-125 kg na ha. Nadmiar azotu powoduje wyleganie i obniża wartość plonu. Nawozy azotowe można zastąpić gnojówką, stosując 5 do 6 tysięcy litrów na ha. Gnojówkę należy wywozić przed siewem, rozlewać równomiernie i dokładnie wymieszać z ziemią za pomocą brony lub kultywatora.
4. Fosfor w postaci superfosfatu lub supertomasyny stosuje się w ilości 100-150 kg/ha.
5. Nawozy mineralne wysiewa się przed siewem lnu.

n2

Siew i pielęgnowanie posiewne
1. Nasiona.
Przed siewem (2-3dni) zaprawiano nasiona lnu półsuchą zaprawą fungicydową.
2. Wczesny siew.
Doświadczenia wykazały, że najlepsze plony włókna daje wczesny siew. Ponieważ len jest bardzo wytrzymały na przymrozki, należy siać go tak wcześnie, jak tylko można. Pozwala to na wykorzystanie pełnej wilgoci zimowej. Wczesny siew chroni również len przed szkodnikami, bowiem okres występowania szkodników przypadnie wtedy, gdy roślinki będą już dosyć duże i odporne. Ze względu na równomierność wschodów i równe dojrzewanie słomy, najlepsze wyniki daje siew rzędowy. Len sieje się w rzędach w odległości od 10 do 15 cm….

… cd:  http://www.paz.most.org.pl/len/index.html

n40

Bajki o lnie

Maria Konopnicka
„Jak to ze lnem było”

Był raz król taki, co miał wielkie królestwo, wszelkiego dobra i bogactwa pełne, tylko że w nim złota nie było.
pola tam były wielkie, sady śliczne, od grusz, od jabłoni czerwieniejące z dala, po lasach zwierzyny huk, w ziemi żelaza dość, na powietrzu ptactwo takie, że co jedno odleci, to drugie przyleci, bydła, koni, owiec stada okrutne, nieprzerachowane, po rzekach ryby jakie tylko, i małe, i duże, kwiecia też po łąkach mnóstwo dla królewiątek małych, co jedno przekwitnie, to drugie zakwita. Ot, wszelkiej rozkoszy moc wielka! Miasta też były w tym królestwie znaczne i wojska duże po zamkach, po wieżach mocnych, i ludu po wsiach dość. Ale król niczym się nie cieszył, tylko ciągle markotny był, że złota nie ma w jego państwie.

- Cóż mi po tym zbożu – mówił – albo i po tych lasach, i po tych rybach w rzece, i po tych stadach wielkich, kiedy ja to wszystko muszę het precz wywozić do moich sąsiadów za złoto, bo go u mnie ni ma. Żeby tu u mnie złoto było, cały lud mój by się ubogacił.

Lud jego biedny po wsiach skórami się odziewał i koszuli na grzbiecie me miał, a dopiero sami bogacze z miasta musieli w dalekie kraje posyłać po materie drogie, po jedwabie na ubiory swoje.

- Bylem tylko złoto miał – mówił król – to mi już niczego nie braknie i memu ludowi.

Tak wyszedł raz sobie na drogę i chodzi w zamyśleniu wielkim, a drogą kupcy jadą. Jak też zobaczyli króla, tak zaraz mu pokłon oddali, towary rozwiązują i pytają, czy czego nie trzeba. Król pokłon przyjął grzecznie, towary obejrzał, głową pokręcił i mówi:

- Na nic mi te wasze towary, bo mi tylko jednej rzeczy potrzeba. Więc zaraz się dopytywać zaczęli, czego.

- Potrzeba mi złota – mówi król – żeby u mnie w ziemi było, żebym je dobywać mógł i cały mój lud zbogacił, i siebie.

Zafrasowali się kupcy, bo tej woli królewskiej nie mogli uczynić, i zamilkli. A był między mmi staruszek jeden, jako ten gołąb siwiutki, z brodą po pas, w bieli cały odziany i bardzo mądry. Ten, widząc frasunek swoich towarzyszów i króla, pragnącego złota dla ubogiego narodu, co koszuli na grzbiecie nie ma, pomyślał, wystąpił naprzód i rzekł:

- Królu, panie! Mam-ci ja takie siemię w mieszku, co jak je wiosną posieją w polu, to złoto ci z niego się urodzi. I zdjął ze swego wielbłąda troki, i wyjął z nich spory mieszek, i przed królem postawiwszy, rozwiązał. Król bardzo się zadziwił, że takie ziarno na świecie jest, co z niego złoto wyrasta. Onemu kupcowi sygnet piękny dał i choć ten mieszek był ciężki, sam go do zamku swego poniósł. Nazajutrz dał wiedzieć w całym państwie, jako w ten a w ten dzień król sam będzie w polu takie ziarno siał, co z niego wyrośnie złoto.
Zadziwował się naród cały na taką nowinę, zbiegli się wszyscy na ono pole patrzeć, jak też to cudowne ziarno wygląda. Matki prowadziły dzieci, synowie – ojców starych i zeszła się ludu wielka, wielka moc. Aż król wyjechał na siwym koniu w bisior drogi ubranym, z muzyką, z trębaczami i z dworem całym, a za nim sam skarbnik królewski mieszek z ziarnem niósł pod baldachimem z karmazynu, co go czterech pachołków królewskich trzymało. Kiedy wszyscy na skraju pola stanęli, król koronę z głowy zdjął, że to niby prosty siewacz na swej roli staje, i wziąwszy od skarbnika mieszek wzdłuż bruzdy pięknie wyciągniętej poszedł, czerpiąc z mieszka ręką ono ziarno cudowne i rzucając je w świeżo zaoraną, czarną, pulchną ziemię. A tu zaraz za królem brony szły, co je najpierwsi panowie w onym królestwie prowadzili i ten posiew bronowali, jak zwykle żyto albo i pszenicę, albo insze jakie ziarno. Kiedy już pole zasiane było i zabronowane, król koronę znów na głowę włożył i wrócił z wielką paradą na zamek swój, z dworzanami swymi i z muzyką, i z trąbami, i z wielką uciechą, że takie pole złota zasianego ma. Minął dzionek, minął drugi, król ciągle z okna w ono pole pogląda, czy złoto nie rośnie, ale nic. Aż jednego dnia uderzył deszcz ciepły z nieba i słonko po nim przygrzało. Patrzy król, a tu na calusieńkim polu cości jakby ze ziemi na wierzch się parło. Uradował się bardzo.

- Oho! – mówi. – Nie zazna teraz mój naród biedy, jak mi się to złoto urodzi. Pole nie takie zasieję na przyszłą wiosnę, ale dziesięć razy większe. I chodzi sobie wesół po komnatach, pieśni sobie śpiewać każe, sztuki różne pokazować – taki rad.
– Nie będę – mówi – patrzeć choć z tydzień w pole, aż zażółknieje złoto, żeby oczy moje uciechę miały. Przeszedł tydzień. Patrzy król, a tu zamiast żółtego złota na calusieńkim polu śliczna zieloność, jakoby murawa, tak źdźbło przy źdźble wzeszło i do słońca w górę idzie. Zadziwił się bardzo w sobie i mówi:

- Myślałem, że od razu żółte złoto róść będzie, a tu zieleń taka. Ale nic… czeka. Czekał tydzień, czekał dwa, powyrastały łodyżki równiutkie jedna przy drugiej, jak to wojsko wielkie. Już się i pączki pozwijały, już i ku kwitnieniu się ma. A co kto przejdzie, to się dziwuje, że to złoto tak rośnie, jakby jakie zwyczajne ziele. Dworacy kręcą głowami, cości szepcą, cości między sobą radzą. Król patrzy, twarz pogodną zrobił i mówi:

- Nic to! Pewno się w kwitnieniu ono złoto okaże złotym kwiatem. Jednego ranka pojrzy, aż tu pole jak długie i szerokie niebieszczy się tak, jak to niebo nad ziemią. Kwiatuszek koło kwiatuszka na łodyżce sterczy, aż się w oczach modro od tego robi, jakby w wodę patrzał. Zadziwił się król, wąsa szarpnął, iż tak złoto ono modro kwitnie, cały dzień frasobliwie po komnatach chodził, wieczerzy jeść nie mógł i markotny spać się układł. Aż rankiem uderzył się w czoło i mówi:

- O, ja głupi! Wszakże to nie kwiat, ale nasienie będzie samo złoto! Czegożem się wczoraj frasował? I począł dobrej myśli być, i ucztę panom swoim sprawił, i radowali się wszyscy, że król tak mądrze im to wyłożył o nasieniu owym, co złotem być miało – i tak wszyscy cieszyli się społem. Przeszło lato, z kwiatuszków owych modrych porosły główeczki, takie okrągluśkie. Król idzie w pole. bierze w palce, ogląda i myśli:

„Już też w tych główeczkach na pewno złoto jest: tylko patrzeć, jak się to posypie”. Rozgniótł jedną, patrzy, aż tu takie samo siemię, jak to, które siał. Rozgniewał się król bardzo, dwór cały zwołał, kazał to zielsko z całego pola wyrwać, kijami zbić, że to mu takiego wstydu i zawodu narobiło, i do wody cisnąć. Pachołkowie rozkazanie królewskie wypełnili, łodyżki co do jednej wyrwali, kijami zbili, aż się ono nieszczęsne ziarno posypało, w pęki powiązali i do wody wrzucili. Ale że to już ich samych złość wzięła, więc jeszcze w wodę kamieniami ciskali i tyle tego narzucali, że się one łodygi w pękach zastanowiły, z wodą nie poszły i u brzegu przywalone kamieniami zostały. Król tymczasem po całym świecie szukać słał onego kupca, żeby go stracić za ten postępek, że to takiego monarchę poważył się oszukać. Tak szukają tego kupca, tak szukają – nic! Król też znów smutny począł bywać, jako i na początku, i nieraz sam bez dworu w zamysłach różnych chodził, trapiąc się, że ludu swego nie mógł zbogacić. Idzie on raz brzegiem rzeki, patrzy – kamieni wielka moc, a spod nich cości sterczy. Zawołał pachołka, w wodę mu kazał iść i czeka. Niedługo pachołek wraca i powiada:

- Królu, panie! Toć to jest ono zielsko, co miało złoto rodzić i z pola wyrwane zostało. A król: – Jeszcze mi na oczach będzie to podle zielsko leżeć? Mój wstyd przypominać? Weź mi je zaraz i wynieś precz, żebym go więcej nie spotkał! Ano, poszedł pachołek po drugiego, one kamienie odrzucili, pęk łodyg przegniłych z wody wydobyli, wynieśli je het, pod las, cisnęli i poszli. Kupca szukali tymczasem precz po całym świecie, wedle królewskiego przykazu. Król ciągle się frasował, to tu, to tam jeździł po kraju, a co spojrzy na ten biedny naród, co koszuli na grzbiecie nie ma, to się omal łzami nie zaleje; takie litościwe serce miał. Ano, widzą panowie, że król taki smutny, tak rada w radę uradzili, żeby wyprawić wielkie polowanie. Zjechali się różni książęta, różni panowie, różni dostojni goście, nasprowadzali psów, koni, masztalerzów, psiarków, łuczników, naprzywozili łuków i różnej broni takiej, że to ha! różnych rarogów, dojeżdżaczy sokolników: polowanie takie, że to na całe królestwo sławne.
Ucieszył się król tym widokiem, rozweselił, o strapieniu swoim coś niecoś zapomniał, bronie różne czyścić kazał, sfory ogarów sforować, charty na smycze brać, konie kułbaczyć, wozy pod zwierzynę zaprzęgać, aż uderzyli trębacze w rogi łosiowe, psiarnie zaczęły ujadać, bicze ino świstały w powietrzu: tu się sokoły na całe gardło drą, tu pisk, krzyk, wrzawa taka, że to jak na największym jarmarku. Aż siadł sam król na konia, po bokach mu książęta i wielcy panowie pojechali. Jadą. jadą, przyjechali pod las. Dziwują się goście, że taka knieja gęsta, pewno i zwierza pełna, to się ino psy rwą, ino konie parskają kiedy wtem spojrzy król w bok jakoś, a tu na polanie leżą one pęki łodyg, przez pachołków z wody dobyte, wyschłe, wymizerowane, sczerniałe. Król zapalił się gniewem na twarzy, humor mu się od razu przemienił, zawraca konia, przeprasza gości i na powrót na zamek jedzie. Tak się rozgniewał, że ledwo tchnął, łowczemu wracać przykazał z końmi, wozami i psiarnią, a na pachołki swoje krzyknął:…..

cd: http://www.paz.most.org.pl/len/bajka1.html

len

Szydełkownia Mao: http://szydelkownia.blogspot.com/2010/06/len.html

Len.

Tak niepozorna w wyglądzie i znana od wieków roślina ,która przynosi nam wiele pożytku.
Lubimy nosić lniane rzeczy ,mimo że się gniotą niemiłosiernie, za to naturalne włókno zapewnia nam komfort noszenia.
Błogosławieństwem są na upalne dni.
W moje łapki trafił  nie materiał ,lecz przędza -len przemysłowy,dziewiarski -nawijana na cewki.

Dostałam go do przetestowania i wyrażenia opinii na jego temat od miłej pani Ewy ,która robi z niego bluzki ,szale i inne cuda….

len_10

Len, film animowany według bajki Ch. Andersena

TV Studio Filmów Animowanych

Len: http://tvsfa.com/index.php/len/

Pierwsza ekranizacja opowieści Hansa Christiana Andersena pt. Len. To piękny, poetycki i niezwykle subtelny obraz filmowy dla dzieci o radości poznawania świata i siebie samego, o trudnej sztuce akceptacji życia we wszystkich jego przejawach.

W metaforyczną opowieść o lnie, który zasiano, wyrósł, rozkwitł, dojrzał, zerwano go i zmieniono najpierw w płótno, potem w papier, a w końcu spalono, wpisane jest filozoficzne przesłanie o sensie przemijania…

6 maki red-poppy-field-wallpapers_11808_1600x1200

Uprawa maku lekarskiego

Mak lekarski najlepiej rosnie na glebach cięższych, wapiennych i ciepłych. Jest wrażliwy na nadmiar wody, po długotrwałych opadach jest porażany przez choroby grzybowe. Należy wybierać dla niego miejsca nasłonecznione. Nasiona maku wysiewamy od marca do początku kwietnia. Można je też wysiewać w październiku, dzięki czemu uzyskamy wcześniejsze wschody i kwitnienie. Nasiona maku lekarskiego są bardzo drobne. W 1g znajduje się ich od 3 do 7 tys. wysiewamy je w rzędy oddalone od siebie o 25-30cm.Po wzejściu siewek przerywamy je, pozostawiając rośliny co 10 cm w
rzędzie. Wyrwane siewki trzeba wyrzucić- nie nadają się one do posadzenia w
innym miejscu, gdyż mak wykształca palowy system korzeniowy, który bardzo
trudno sie regeneruje. roślina ta nie znosi więc przesadzania ani za młodu,
ani tym bardziej gdy jest starsza. Mak zakwita w 8-10 tygodniu od wysiewu i
kwitnie od czerwca do sierpnia. Może kwitnąć do jesieni, jeśli nasiona
będziemy wysiewać partiami co 2 tygodnie, a więc do połowy czerwca. Mak
łatwo rozmnaża się z samosiewu i jeśli chcemy tego uniknąć to zaraz po
przekwitnieniu musimy usunąć rośliny z rabaty. w przeciwnym razie w następnym
roku rabata i jej otoczenie pokryją się wiosną dywanem siewek maku. (Tak
wygląda uprawa maku na rabatach). Pełniejszy opis znajdziesz na:[url][/url]https://hyperreal.info/node/1003Uwaga!Powyższy materiał nie jest instrukcją ani nie zachęca do wytwarzania substancji psychotropowych!!Napisane tylko i wyłącznie w celach informacyjnych!
Przegląd prasy rolniczej
Mak
       spis artykułów działu
      Zmiany w uprawie maku w Polsce w ostatnich latach
       (Wieś Jutra 2005, nr 7, s.18)
  Zasady uprawy maku w Polsce określa ustawa z dnia 24 kwietnia 1997 r. o przeciwdziałaniu narkomanii (Dz. U. z 1997r., nr 75, poz.4682). Uprawa maku wysokomorfinowego, może być prowadzona wyłącznie na potrzeby przemysłu farmaceutycznego i nasiennictwa. Natomiast mak niskomorfinowy może być uprawiany wyłącznie na cele spożywcze i nasienne.
  Mak w Polsce można uprawiać na określonej powierzchni, w wyznaczonych rejonach, w drodze kontraktacji i na podstawie zezwolenia. Minister rolnictwa w porozumieniu z ministrem zdrowia określa w rozporządzeniu ogólną powierzchnię przeznaczaną corocznie pod uprawę maku oraz rejonizację z podziałem na poszczególne województwa. Natomiast wojewoda decyduje w rozporządzeniu o powierzchni uprawy maku w poszczególnych gminach. Kontraktację upraw maku może prowadzić przedsiębiorca posiadający zezwolenie wojewody właściwego dla miejsca położenia uprawy. Zezwolenie to powinno określać zakres i cel kontraktacji i może być cofnięte w razie naruszenia warunków w nim określonych.
  Rolnik może uprawiać mak na podstawie zezwolenia wójta lub burmistrza właściwego ze względu na miejsce położenia uprawy oraz umowy kontraktacji, zawartej z odbiorcą prowadzącym kontraktację na podstawie zezwolenia wojewody. Zezwolenie powinno określać odmianę maku, powierzchnię ich uprawy oraz termin jego ważności. Gmina musi prowadzić rejestr wydanych zezwoleń na uprawę maku. Nadzór nad uprawami maku sprawuje zarząd gminy właściwy ze względu na położenie tych upraw. Po zbiorze słoma z maku niskomorfonowego powinna być zniszczona przez prowadzącego uprawę na jego koszt, w sposób określony w umowie kontraktacji. Podobnie postępuje się z resztkami pożniwnymi.
  Areał uprawy maku w Polsce odznacza się dużymi wahaniami. Największy był w 1995 r. (8346 ha), a najmniejszy w 2002 r. (1080). Od trzech lat powierzchnia uprawy maku oscyluje w pobliżu 1 tys. ha. Obecnie w polskim rejestrze odmian znajduje się 5 odmian niskomorfinowych maku: Agat, Michałko, Mieszko, Rubin i Zambo.
  Zainteresowanie uprawą maku w Polsce wśród rolników maleje. Przyczyn jest kilka:
– olbrzymi import maku z Czech (w 2003 r. sprowadzono do Polski aż 5406 t maku tj. 5 razy więcej niż wynosiła polska produkcja maku),
– niskie ceny,
– utrudnienia prawne,
– brak zainteresowania ze strony przemysłu farmaceutycznego makiem wysokomorfinowym,
– brak dopłat uzupełniających
  Produkcja maku w Polsce w najbliższym czasie będzie maleć, a w najlepszym wypadku pozostanie na obecnym poziomie. Bez zmian prawa nie jest możliwe odbudowanie silnej pozycji Polski jako dużego producenta maku w Europie.
M. Kołaczyńska-Janicka

Czytaj więcej na: http://talk.hyperreal.info/uprawa-maku-lekarskiego-t19838-460.html#p379456#ixzz2Mjkl7ezK

Wielkopolskie

Sąd w Grodzisku Wielkopolskim skazał działkowców za uprawę niskomorfinowego maku

Sąd w Grodzisku Wielkopolskim ukarał naganą sześć osób, u których na działkach policja znalazła niskomorfinowe maki. Działkowcy twierdzili, że to samosiejki.

Jak poinformowała rzeczniczka Sądu Okręgowego w Poznaniu Joanna Ciesielska-Borowiec, przed sądem stanęło osiem osób: sześć uznano za winne popełnienia wykroczenia, dwie uniewinniono.

- Zarzut był taki, że osoby te wbrew przepisom ustawy, bez posiadanego zezwolenia uprawiały mak niskomorfinowy na powierzchni od 0,01 mkw do 1 mkw – powiedziała rzecznik.

Skazani za uprawę czterech makówek na 1 metrze kwadratowym – To się nazywa państwo policyjne: PRL Bis

ros nowa maki 25574728_2139261

Uprawa konopi

Anonim, 19. wrzesień 2000 – 9:17

Tekst o uprawie konopi zaczerpnięty z krakowskiego miesięcznika „Piątek Wieczorem”.

Jakość rośliny, którą hodujesz zależy głównie od genów zawartych w nasionach. Nie można wyhodować wysokowartościowej rośliny z nasion niskiej wartości. Nieprawidłowe warunki wzrostu powodują słabe plony niezależnie od jakości nasion. Najlepsze są nasiona południowo-azjatyckie, które zwykle szybciej rosną i są często naturalnie poliploidalne.

Jedną z metod kiełkowania jest włożenie nasion pomiedzy 6 płatków ligniny i umieszczenia ich w ciepłym i ciemnym miejscu. Natychmiast po wykiełkowaniu nasiona należy zasadzić. Jeśli pozwolisz korzonkom rosnąć na ligninie, to nasienie ucierpi, gdy włożysz je do ziemi – korzeń posiada setki delikatnych włosków, które łatwo jest uszkodzić. Jeśli roślina nie zaczyna gwałtownie swego wzrostu to zazwyczaj nie osiąga pełni swoich możliwości.

Nasiona kiełkują w czasie 12 godzin do jednego tygodnia. Nasiona, które wykiełkują pierwsze są zwykle najsilniejsze i najzdrowsze. Z nich najszybciej wyrosną rośliny. Jeśli masz więcej nasion, to wyrzuć te, które zaczynają kiełkować późno i wykiełkuj następną partię, sadząc tylko najlepsze nasiona.

konopie

WYBÓR ZIEMI

To jakiej ziemi użyjesz będzie miało duży wpływ na to, jak prędko rośliny będą zdrowe. Użyj ziemi zapewniającej dobre drenowanie i bogatej w składniki odżywcze. Użycie ziemi wysterylizowanej zapobiegnie występowaniu grzybicy nasion oraz zwilgotnieniu gleby. Aby poluxnić glebę możesz użyć mchu torfowego albo pumeksu.

Roślina potrzebuje dużo azotu, potasu, wapnia i fosforu.

PH odnosi się do kwaśności gleby i określa się je w skali od 1 do 15. 7 jest obojętne. Liczba powyżej 7 wskazuje, że gleba jest zasadowa, poniżej – kwaśna. Dla URU najodpowiedniejszy jest przedział od 6,3 do 7,3 PH. PH gleby po pewnym czasie opada w rejony kwasowe. Poznaj PH wody, której używasz i kontroluj PH twojej ziemi. Staraj się utrzymać glebę w zakresie sugerowanym powyżej. URU hodowane na glebie kwaśnej ma żółknące liście i nie rośnie. Jeśli okaże się, że twoja gleba jest kwaśna to nawapnij ją używając (podane według szybkości działania) gaszonego wapna, kredy, sproszkowanego wapienia, skorup od jajek. Te ostatnie najlepiej zmielić w młynku do kawy. 3 kubki dadzą ci wzrost o 1 PH na jedną stopę sześcienną ziemi. Pamiętaj, że skorupki są stosunkowo wolno działającym źródłem wapnia.

WODA

Gdy kiełki są młode należy podlewać je codziennie. Ich korzenie są małe – tracą wodę szybciej niż duże. Gdy URU rozwinie już system korzeniowy i będzie rosło w dużej doniczce, to korzenie będą sięgały miejsc, gdzie zazwyczaj jest wilgotno. Podlewać należy wtedy, gdy ziemia jest prawie sucha. Często powierzchnia gleby jest sucha, lecz kilkanaście centymetrów głębiej, tam gdzie sięgają korzenie, ziemia bywa mokra. Może to spowodować śmierć rośliny, bo korzenie znajdują się ciągle w wodzie i gniją. Podstwową sprawą jest właściwe odprowadzenie wody z doniczki. W jej dnie muszą znajdować się otwory, a ziemia musi być dostatecznie spulchniona. Jeśli odstawisz wodę na 24 godziny, to część chloru ulotni się, a rośliny będą zdrowsze. Jeśli końcówki liści brązowieją znaczy to, że roślina jest zalana (zbyt często podlewana lub nie ma odpowiedniego odprowadzenia wody z doniczki).

Najlepsze rezultaty daje podlewanie co 3-4 dni, w zależności od ilości wody zużywanej przez roślinę oraz szybkości wysychania gleby. Rośliny kilkutygodniowej nie należy podlewać co dzień po trochu, gdyż woda nie dociera do wszystkich warstw gleby równocześnie.

TEMPERATURA POWIETRZA

URU może rosnąć w temperaturze od 27 do ponad 55 stopni Celcjusza. Idealną temperaturą w ciągu dnia jest przedział między 38 a 45 stopni.

Jeżeli hoduhesz rośliny w domu, to nie musisz się martwić o temperaturę. Jeżeli hodujesz je w temperaturze poniżej 25 stopni, to będą rosły wolniej i nie osiągną największych rozmiarów.

NAWOŻENIE

Najczęściej stosuje się nawozy zawierające dużo azotu, np. 23%, fosforu – 19%, potasu – 17% oraz elementy śladowe: sód, cynk, siarka, krzem, wapń, kobalt, żelazo, chrom, molibden, magnez, mangan, witaminy B1 i B2 oraz hormony.

Nawożenie rozpocznij po 3-4 tygodniach od rozpoczęcia wzrostu URU stosując nawóz wysokoazotowy. Gdy rośliny mają już 3,5 miesiąca i jeśli chcesz, by zakwitły, to stosuj nawóz z małą ilością azotu, a większą – potasu i fosforu.

Nawóz można rozpylać przy pomocy rozpylacza bezpośrednio na liście, lecz tylko wtedy, gdy roślina ma powyżej 30 cm wzrostu.

Organiczny system kultywacji gleby polega na niestosowaniu nawozów sztucznych. Najlepszym pomocnikiem hodowcy organicznego jest dżdżownica, która spulchni ziemię, a jej odchody będą doskonałym nawozem. Dżdżownice doskonale rozwijają się na substancjach organicznych, a nie tolerują żadnych nawozów sztucznych.

OŚWIETLENIE

Stosując oświetlenie jarzeniowe możesz hodować rośliny w piwnicy, szafie, na strychu w tempie wzrostu zbliżonym do szybkości rozwoju w zenicie lata. Jakość URU hodowanego w domu jest wyższa od tej hodowanej na wolnym powietrzu. Lampy muszą być utrzymywane bardzo blisko szczytów roślin, świetlówki w odległości 5 cm. Przy dobrym oświetleniu URU nie wykształci długiej łodygi.

Im więcej światła, tym szybciej URU rośnie. Dwie lampy obok siebie są bardziej efektywne niż jedna. Aby roślina miała kwiaty, a później nasiona należy wprowadzić fazę ciemną (raz na dobę). Jeśli chcesz mieć tylko liście, możesz utrzymywać oświetlenie non-stop. Przy 12 godzinach światła na dobę URU zakwita po 2-2,5 miesiącach, przy 16 godzinach, po 3,5-4 miesiącach, przy 18 po 4,5-5 miesiącach.

STERYLIZACJA

Sterylizacja gleby, czyli uwolnienie jej od bakterii powodujących gnicie: ziemię wsadzić do piecyka o temperaturze 90 stopni na 60 minut.

Przy przesadzaniu URU do większej doniczki należy roślinę osadzić głębiej wraz z korzeniami – spowoduje to lepsze podtrzymanie.

WENTYLACJA

Jej rola wzrasta wraz z ilością roślin w danym pomieszczeniu. Dobra wentylacja zapewnia prawidłowe oddychanie i detoksyzację rośliny. Częste przebywanie w pomieszczeniu gdzie rośnie URU dostarcza jej CO2 i polepsza warunki wzrostu.

WILGOTNOŚĆ

W suchym powietrzu URU ma liście o blaszkach węższych, za to produkuje więcej żywicy. Wybór należy do TYTUSA.

PRZYCINANIE

Przycinanie powoduje zwiększenie ilości liści. Po raz pierwszy należy przyciąć URU po trzech tygodniach – sam szczyt – roślina rozrośnie się w krzaczek. Na dwa tygodnie przed żniwami przestań podlewać i nawozić. Zwiększ temperaturę i przybliż lampy niemal do samej rośliny. Gdy liście staną się lśniące od żywicy będzie to oznaką jesieni.

ZBIERANIE I SUSZENIE

Oddziel liście od łodygi, włóż je do papierowej torebki, zostawiając ją otwartą. Po kilku dniach, kiedy liście będą już bardziej suche, ale jeszcze giętkie, przenieś je do słoja ze szczelną zakrętką. Wtedy trzeba roślinę obserwować – jeśli jest zbyt wilgotna, to spleśnieje. Otwieraj słoik codziennie, aby wypuścić wilgoć. Suszona w ten sposób URU będzie przypominała tytoń. Oprócz dni nowiu, kwadry i pełni, najlepiej jest kiełkować w okresie fazy 1 i 2. Fazy 3 i 4 są najlepsze na zbiory, przycinanie i przesadzenie. Na walkę ze szkodnikami pora jest zawsze odpowiednia. Jeśli przesadzisz roślinę 2-3 dni przed nowiem – lepiej się ukorzeni. Gdy w tym czasie zrobisz zbiory URU, będzie lepiej schła i nie będzie miała skłonności do gnicia.

ROZKRZEWIANIE

Możesz wybrać największą i najzdrowszą roślinę i rozkrzewić ją tak, aby wszystkie młode rośliny miały tę samą strukturę genetyczną i rosły w tym samym tempie co rodzic. Ogrzej żyletkę do 80 stopni i odetnij nią gałązkę pod kątem 15 stopni. Odcięta łodyżka powinna mieć 3 grupy liści. Tę nową sadzonkę umieść w doniczce z wysterylizowaną ziemią. Przykryj je czymś, aby przebywały w wilgotnej atmosferze. Naświetlaj je jarzeniówką z odległości 12 cali. Powinny ukorzenić się w ciągu 4 tygodni.

GDY ROŚLINA CHORUJE

Trudno jednoznacznie określić przyczynę nieprawidłowego rozwoju rośliny. Wiadomo, że gdy:

  • czubki liści brązowe – roślina jest zalana: zrób więcej utworów w dnie naczynia lub nie podlewaj;
  • roślina rośnie bardzo wolno – temperatura poniżej 50 stopni F, brak światła lub zła gleba (gdy nie ma próchnicy ziemia zbija się i zahamowuje rozwój korzeni, gdy PH gleby jest poniżej 5 – URU będzie źle rosnąć, tak samo przy zbyt słonej glebie – zasolenie występuje zawsze przy stosowaniu nawozów sztucznych);
  • starsze liście żółkną – mało azotu, zbyt niskie PH, brak żelaza;
  • szarawo-białe plamki na brzegach liści – brak potasu;
  • żółknięcie liści występujące najpierw wokół żyłek – brak manganu, magnezu;
  • górne liście poskręcane – brak molibdenu.

POWIEDZIAŁ

„Zakazywanie narkotyków sprawia tyle, że ich cena wielokrotnie rośnie, a jednocześnie zwiększa się ich dostępność (…). Produkcją i sprowadzaniem narkotyków zajmuje się więcej osób, niż gdyby było to legalne. Próby zahamowania tego zjawiska metodami administracyjnymi są oczywiście śmieszne – policjanci biorą łapówki, powstają więc specjalne policje do kontroli policjantów, które też biorą łapówki, a zresztą nawet jeśli jakiś uczciwy policjant przyskrzyni narkotykową siatkę, to jej miejsce na rynku natychmiast zajmuje nowa, tylko lepiej zorganizowana i do przyskrzynienia trudniejsza. (…)

Narkotyki zatem powinny być w całkowicie wolnej sprzedaży, traktowane jak każdy inny towar. Kary przewidywać można jedynie za nakłanianie do nich osób nieletnich. (…)

Prawo ingerować może i musi tam, gdzie jeden człowiek próbuje wyrządzić krzywdę drugiemu. Natomiast nie wolno narzucać człowiekowi niczego dla „jego własnego dobra”. To ja wiem, co jest dla mnie dobre – a nie jakiś urzędas!”

Rafał A. Ziemkiewicz, „Najwyższy Czas!”, nr 38 (129), 19.09.1992.

Uwaga!Powyższy materiał nie jest instrukcją ani nie zachęca do wytwarzania substancji psychotropowych!!Napisane tylko i wyłącznie w celach informacyjnych!

W USA marihuana będzie legalna?

Logo dostawcy  WP.PL | dodane 2012-10-17 (09:39)

fot. Thinkstockphotos

Argumenty zwolenników legalizacji są następujące. Wojna z narkotykami jest nieskuteczna. W ciągu 40 lat pochłonęła tysiące istnień ludzkich i 1 bln dolarów. W tym czasie popyt na narkotyki i jednocześnie ich dostępność na czarnym rynku praktycznie się nie zmieniłyTomasz Bagnowski

Trzy amerykańskie stany: Kolorado, Waszyngton i Oregon mają na początku listopada głosować nad legalizacją marihuany. Miałaby ona być sprzedawana w specjalnych punktach, licencjonowanych przez władze stanowe. Sondaże pokazują, że nowe regulacje mają duże szanse na wejście w życie.

Różnego rodzaju inicjatyw mających zalegalizować posiadanie marihuany na własne potrzeby było już w USA dużo. Za każdym razem opozycja przeciwko legalizacji była jednak większa niż liczba zwolenników. Teraz – jeśli wierzyć sondażom – lobby prolegalizacyjne ma większość w dwóch z trzech stanów, które 6 listopada będą w tej sprawie głosować.

Najwięcej zwolenników legalizacji jest w stanie Waszyngton. Za takim rozwianiem opowiedziało się tam 55 proc. badanych, przeciw było 32 prac., a niezdecydowanych 13 proc. W stanie Kolorado za legalizacją marihuany jest 51 proc. mieszkańców, przeciwko 38 proc., 11 proc. nie potrafi zaś powiedzieć czy jest za, czy przeciw. Legalizacja ma wciąż więcej przeciwników w stanie Oregon jednak różnica między nimi, a zwolennikami wynosi zaledwie 3 proc. (46-43 proc.) i mieści się w granicach błędu statystycznego.

W stanie Waszyngton za licencjonowaną sprzedażą opowiadają się nie tylko zwykli mieszkańcy ale także część policjantów i prawników. Za jest między innymi były szef FBI w Seattle i dwóch kandydatów na szeryfów w obejmującym to miasto powiecie King. Propozycję legalizacji znaną tu jako „Inicjatywa 502″ popierają także prawnik reprezentujący Seattle, Pete Holmes i były prokurator generalny John McKay.

Argumenty zwolenników legalizacji są następujące. Wojna z narkotykami jest nieskuteczna. W ciągu 40 lat pochłonęła tysiące istnień ludzkich i 1 bln dolarów. W tym czasie popyt na narkotyki i jednocześnie ich dostępność na czarnym rynku praktycznie się nie zmieniły.

- Waszyngton może być swojego rodzaju polem doświadczalnym dla legalizacji marihuany – mówi popierająca „Inicjatywę 502″ była nauczycielka, Brooke Thompson. – Penalizacja powoduje, że na sprzedaży zarabiają przestępcy. Legalizacja będzie korzystna, bo odciąży wymiar sprawiedliwości od tysięcy spraw, a budżetowi przyniesie dochody, które będzie można przeznaczyć np. na edukację – dodaje Thompson.

Według szacunków ekspertów w ciągu pięciu lat od legalizacji marihuany do budżetu stanowego z podatków pobieranych od jej sprzedaży wpłynęłoby blisko 2 mld dolarów.

Niemiecka Lewica proponuje legalizację konopi

PAP | dodane 2012-01-25 (19:52)

Niemiecka Lewica chce legalizacji konopi indyjskich oraz stworzenia klubów, które zajmowałyby się uprawą konopi. Tą propozycją zajęła się w środę parlamentarna komisja zdrowia, ale zarówno rząd, jak i większość partii odrzuca możliwość legalizacji „trawki”.

Jak argumentują posłowie Lewicy w swoim projekcie nowelizacji przepisów, obecnie obowiązujący zakaz nie jest skuteczną metodą walki z nielegalnym handlem i konsumpcją marihuany czy haszyszu i wciąż bardzo wiele osób sięga po te narkotyki.

- Zakaz nie jest też konieczny, bo ryzyko związane z konsumpcją konopi jest porównywalne w przypadku osób dorosłych z ryzykiem związanym ze spożywaniem alkoholu czy paleniem tytoniu – ocenia inicjator projektu nowelizacji poseł Frank Tempel, były policjant, który zapewnia, że sam nie pali „trawki”.

Głupota, perfidia (napędzanie mafii narkotykowej) i dwulicowość  rządów tzw Chrześcijańskiej Demokracji (czerpanie zysków z tytoniu i alkoholu – Niemcy i Polska) jest przerażająca.

t19 konopie1_1024

USA zalegalizowało konopie w niektórych stanach.

07 listopada 2012, 11:46

„Zielona rewolucja” w USA. Kolorado mekką miłośników marihuany?

Foto: sxc.hu Kolorado będzie celem migracji?

W Stanach Zjednoczonych upadła „marihuanowa prohibicja”. Wyborcy stanu Kolorado, obok głosowania na nowego prezydenta, zagłosowali za legalizacją marihuany. Przeciwny nowemu prawu gubernator stanu przestrzegł, żeby „jeszcze nie rozbijać skarbonek”, bo prawo nadal penalizuje palenie „trawki”.

Projekt „legalizacji marihuany do wykorzystania rekreacyjnego przez dorosłych”, nazywany Poprawką 64, jest dziełem organizacji o nazwie „Kampania na Rzecz Uregulowania Marihuany tak samo jak Alkoholu”. Sprawa wywołała wielkie zainteresowanie w całym kraju i obok wygranej Baracka Obamy, jest jedną z najgoręcej komentowanych i rozpowszechnianych informacji w sieciach społecznościowych.

„Zielona rewolucja”

Amerykańskie media podkreślają, że głosowanie w Kolorado ma znaczenie precedensowe dla całego świata zachodniego, gdzie niemal bez wyjątku wszelkie narkotyki są zakazane. Górski stan USA może stać się „papierkiem lakmusowym” i poligonem testowym dla nowych rozwiązań w dużej skali.

Specjaliści zaznaczają, że nawet słynne na cały świat liberalne prawo w Amsterdamie nie idzie tak daleko jak to z Kolorado. W największym mieście Holandii można jedynie sprzedawać do pięciu gramów marihuany, a jej uprawa i sprzedaż nadal nie są powszechnie dozwolone.

Na temat marihuany głosowano nie tylko w Kolorado, ale też w czterech innych stanach. Wyborcy w stanie Waszyngton dopuścili „spożycie w celach osobistych”, ale sprzedaż i produkcja nadal są zakazane. W Massachusetts dopuszczono marihuanę do wykorzystania medycznego. Stany Oregon i Arkansas odrzuciły dwie podobne inicjatywy.

W Górach Skalistych będzie zielono

Nie zliczono jeszcze wszystkich głosów dotyczących Poprawki 64, ale miejscowe media twierdzą, że jej zaakceptowanie jest pewne. Podobnego zdania jest gubernator stanu John Hickenlooper, który jest przeciwnikiem legalizacji.

- Wyborcy wypowiedzieli swoje zdanie i musimy je uszanować. To będzie złożony proces, ale mamy zamiar przezeń przebrnąć. Przestrzegam jednak, że według prawa federalnego marihuana nadal jest nielegalnym narkotykiem, więc nie rozbijajcie skarbonek zbyt szybko – stwierdził gubernator. Hickenlooper zobowiązał się, że potwierdzi wynik głosowania w 30 dni. Po tym akcie policja nie będzie już zatrzymywać i karać za palenie marihuany.

Dłuższym procesem będzie wprowadzenie kompletnych zmian w prawie, tak aby również  uprawa, przetwarzanie i sprzedaż „trawki” była legalna. Może to zająć od kilku miesięcy do roku. Trzeba bowiem dostosować prawo federalne.

Docelowym efektem Poprawki 64 jest ustanowienie identycznych regulacji dotyczących alkoholu i marihuany. – Przez osiem lat spieraliśmy się w Kolorado nad tym, że nieracjonalnym jest karanie dorosłych za wybieranie produktu, który jest znacznie mniej szkodliwy niż alkohol – stwierdził Mason Tvert, jeden z szefów kampanii na rzecz legalizacji „trawki”. – Dzisiaj obywatele Kolorado przyznali nam rację. Nie będziemy mieli dłużej prawa, które kieruje ludzi w stronę alkoholu, a dorośli będą mogli wybrać w zamian marihuanę, jeśli tak będą woleli. I nasza społeczność będzie dzięki temu lepsza – napisano w oświadczeniu organizacji.

Ja i Sawa ostatnia uprawa 1987 2Ja i moja córka Sawa oraz konopie 1987 – Kraków – Nigdy nie poddawajcie się głupocie i obłudzie.

„Na Zdrowie – SŁOWIANIE” – IV Festiwal Filmów Kontrowersyjnych, 18 – 19 maja, Zabrze

Posted in sztuka, Słowianie by bialczynski on 11 Maj 2013

plakat04aWydarzenie: IV Festiwal Filmów Kontrowersyjnych

Czas: 18 – 19 maja 2013r., godz. 9:00-21:00 i 9:00-18:00

Miejsce: Kino ROMA, Zabrze

Bilety: wstęp wolny


Motto festiwalu
: „Na Zdrowie – SŁOWIANIE”


Tematy
:

- współczesna nauka i możliwości przez nią ujawniane w aspekcie zdrowotnym

- najnowsza nauka i jej wpływ na postrzeganie ludzi i wszechświata

- manipulacja w życiu człowieka w kontekście postrzegania rzeczywistości

- alternatywne spojrzenie wykraczające poza dotychczasowy paradygmat nauki
– Słowiańskie Korzenie i wiedza z nich płynąca
– Starosłowiańskie pismo ‘Głagolica’ i jego znaczenie w życiu człowieka
– budowanie i tworzenie Rodowych Siedlisk w harmonii z naturą i ludźmi


Dodatkowe informacje:

- wstęp wolny

- wykłady, panele dyskusyjne

- darmowe płyty DVD z filmami festiwalowymi

- festiwal non-profit zorganizowany wyłącznie za pomocą barteru i wolnych datków

 

 

To już czwarta odsłona kontrowersyjnych doświadczeń serwowanych w ramach projekcji filmowych niechętnie lub w ogóle publikowanych w mediach głównego nurtu oraz prelekcji zaproszonych gości uzupełniających treści w wyświetlanych materiałach wideo.

Tym razem po raz kolejny stawiamy na zdrowie, ponieważ ta tematyka cieszy się największym zainteresowaniem zarówno w kręgach osób działających w tej dziedzinie życia jak i osób związanych z innymi aspektami doświadczania tej rzeczywistości, a także prezentujemy nasze Słowiańskie Korzenie, które są dla współczesnego Polaka na tyle odległe i tajemnicze iż na tę chwilę bardzo kontrowersyjne i mało znane.
Dzięki  materiałom wyświetlanym w ramach festiwalu, chcemy przybliżyć istotne kwestie związane z naszym zdrowiem zarówno poprzez jedzenie i jego wpływ na nasze zdrowie, rośliny działające uzdrawiająco na nasze ciała i nasze dusze / wnętrze czy psychikę oraz przybliżyć naszą Starosłowiańską wiedzę ukrytą przed zniszczeniem i manipulacyjnymi wpływami destrukcyjnych systemów zniewalających społeczeństwa, od zarania dziejów, a także znaleźć sposób jak w tych ciężkich czasach stać się w pełni samowystarczalny poprzez stworzenie Siedliska Rodowego.

Ten festiwal jest dla każdego, kto pragnie zadbać o swoje zdrowie, dowiedzieć się jak może dokonywać samoleczenia, skorzystać z porad i metod osób działających w tej przestrzeni energetycznej oraz zgłębić swoją wiedzę na temat naszej słowiańskości i wykorzystać wiedzę naszych przodków we współczesnym społeczeństwie.

Festiwal odbędzie się 18 i 19 maja 2013 roku w Zabrzańskiej ‘ROMIE’, najstarszym kinie w województwie Śląskim,  w godzinach od 9:00 do 21:00 dnia pierwszego i od 9:00 do 18:00 dnia drugiego.
Oprócz samych filmów i prelekcji, będzie można liczyć na ciekawą atmosferę, napoje serwowane przez lokalną Herbaciarnię ‘Czajnik’ Rafała Przybyloka oraz otrzymać płytkę DVD z repertuarem festiwalowym.

Serdecznie i gorąco wszystkich zapraszamy – to jest festiwal i przestrzeń stworzona dla Ciebie – WSTĘP WOLNY !!!

PROGRAM FESTIWALU

Dzień 1 „Na Zdrowie”

OTWARCIE FESTIWALU

9:00 FILM: Dżingiel FFK
9:05 POWITANIE: Krzysztof Słupianek FFK;
Wojciech Karpowicz STOWARZYSZENIE ‘Twoje Życie w Twoich Rękach’9:15 FILM: “Po prostu na surowo”
reż. A Raw For Thirty LLC Production
10:35 WYKŁAD: Alani Satori & Piotr Denis11:45 FILM: “Rozwiewając Dym – nauka o      Cannabis” reż. KUFM – TV
12:45 WYKŁAD: Tomasz Gruba
 14:00 FILM: “Substancja – LSD Aberta Hofmanna” reż. Martin Witz

15:30 WYKŁAD: Kuba Babicki
 

16:45 FILM: „Mistrz” reż. K.Bochenek, D.Kucewicz, M.Michalik
17:45 WYKŁAD: Katarzyna Barczyńska

19:00 FILM: “Uzdrawiająca terapia – Powrót do Portalu Serca – Moc Serca a matrix” reż. Portal Serca
19:30 WYKŁAD: Ewa Filipkowska

 

21:00 Zakończenie dnia pierwszego

 

Dzień 2 „SŁOWIANIE”

OTWARCIE 2 DNIA FESTIWALU
9:00 Otwarcie drugiego dnia festiwalu9:05 FILM: “Żyjąca Matryca”
reż. Greg Becker
10:30 WYKŁAD: Vincenty Docent 11:30 FILM: “Gry Bogów Akt 5,część 1″
reż. Siergiej Striżak  
12:20 WYKŁAD: Tadeusz Mroziński

 

14:00 FILM: “Rodnoje” reż. A. Szczabrow, W. Sokolin, A. Wykowskich
14:40 WYKŁAD: Mateusz Aponiewicz

16:00  „Szkoła Szczetinina”
reż. N.A. Gudylina, D.N. Smalaninow
16:50  WYKŁAD: Grzegorz Skura

18:00  Zakończenie festiwalu

 

 

Zapraszamy:

- osoby zainteresowane tematyką zdrowia i świadomości słowiańskiej

- zainteresowanych rozwojem wewnętrznym i możliwościami idącymi za zmianą postrzegania świata i rzeczywistości oraz prawidłowego obrazowania

- wszystkich zainteresowanych szeroko pojętą dyskusją publiczną w tematyce zdrowia i świadomości.

- wszystkich zainteresowanych tworzenia nowej rzeczywistości w oparciu o świadome działanie, prawidłowe obrazowanie oraz tworzenie Rodowych Siedlisk

 

Organizatorzy:

Kino ROMA Zabrze  http://www.kinoroma.zabrze.pl/

Stowarzyszenie Twoje Życie w Twoich Rękach http://www.twojezycie.org

Festiwal Filmów Kontrowersyjnych  http://www.ffk.org.pl

 

Partnerzy festiwalu:

Wydawnictwo Alfaton http://www.alfaton.pl/

Herbaciarnia Czajnik http://herbaciarniaczajnik.pl/

Conga.pl http://conga.pl/

 

Polski łącznik – część 5 (maj 2013)

Posted in Polska, powieści, sztuka, Słowianie by bialczynski on 9 Maj 2013

Dla przypomnienia gdzie jesteśmy

Podobno 8 lub 9 maja zakończyła się II Wojna Światowa. Być może. Ale przypominam że dla Polski zakończyła się ona w czerwcu 1989 roku a więc ta data nie jest dla nas powodem do świętowania -ani 8 maja ani 9 maja to nie powód by defilować i wywieszać flagi narodowe.

Są powody by przypuszczać, że ta wojna pod inną postacią wciąż trwa na terytorium naszego kraju.  Więc niech ten odcinek “Polskiego łącznika”  będzie dla wszystkich sarkastycznym  czyli – by nie było kontrowersji z tym słowem  – IRONICZNYM, komentarzem do obecnego, bez wątpienia “kolonialnego” lub co najwyżej “postkolonialnego”  położenia III RP

Wydawnictwo Kraina Księżyca

Czesław Białczyński

Polski łącznik

Copyright © by Czesław Białczyński

Kraków 1991

Część 5

polski łącznik gazeta krakowska 1991 wywiad str 1 max

(poświęcam ten odcinek pamięci Macieja Szumowskiego i Doroty Terakowskiej-Szumowskiej)

Polski Łacznik Gazeta Krakowska 1991 odc 7

* część 5

*

Potężny cios w szczękę zwalił Rzeźnika z nóg. Nim się zorientował, już na jego prawym przegubie zatrzasnęły się kajdanki. Druga obrączka powędrowała do kaloryfera i szczęknęła na rurce doprowadzającej gorącą wodę. Rzeźnik szarpnął się i spróbował wstać. Złapał go za włosy a kolanem uderzył w podbrzusze.

—  Gdzie ona jest?! — ryknął jak zraniony odyniec.  — Gadaj skurwysynie, bo wyszarpię z ciebie flaki.

— Nie wiem… Nic nie wiem — jęknął Adamczyk skręcony w przedziwnym przyklęku. Wolną ręką trzymał się za brzuch. Z ust i nosa kapała mu na ubranie krew. Mieszkanie przypominało pobojowisko. Książki wysypane na podłogę, powyry­wane kartki, wybebeszona szuflada z biurka, pocięta wersal­ka. Słoiki z szafek w kuchni opróżnione na jedną kupę do zle­wu. Rozbite radio leżało w rogu. Nad wszystkim unosiło się pierze z poszatkowanej poduszki. W łazience Walk odkrył ślady krwi na umywalce i przestraszył się. Zostawił tu dziew­czynę samą. Gdzie ona była teraz?!

Po wyjściu od pułkownika spędził kilka chwil z podkomisarzem Sędzikowiczem ustalając sposób kontaktu i nakazując mu przesyłanie korespondencji pod adresem warszawskiego UOP, na Rakowiecką 2a. Potem pisał raport i porządkował papiery. Dopiero koło trzeciej przypomniał sobie o dziewczynie i za­dzwonił do domu, Oczywiście już jej tu nie było, nikt nie od­bierał — tak wtedy myślał. Wtedy zadzwonił na Świętego Jana i stara Okińczycowa zaniepokojona powiedziała mu, że Kasi nie ma w domu od wczoraj. Powiedział jej, że do ra­na byli razem. Stara Okińczycowa była zdziwiona, że Kasia jeszcze nie dała znaku życia. Zwykle uprzedzała o swoich wyskokach. Dokończył raport tłumacząc sobie, że być może przed chwilą dopiero wyszła z mieszkania przy alei Solidar­ności i jest właśnie w drodze. Ale kiedy po kolejnej godzinie dalej jej nie było, stracił pewność siebie. Tknięty złym prze­czuciem wrócił do domu. Drzwi mieszkania zostały wyważo­ne, a wewnątrz Walczyk zastał bobrującego w najlepsze Rzeź­nika!

Walczyk odsunął się o krok i wyszarpnął spod lewego ramie­nia pistolet nie przestając patrzeć w oczy policjanta. Zarepetował. Lufa wbiła się w podgardle Adamczyka,

—  Gadaj! Albo będziesz zbierał mózg po ścianach! — wy­cedził z pasją.

—  Pytasz o dziewczynę?! — Tony lęku były wyczuwalne wyraźnie w głosie tamtego. — Nic  o niej nie wiem. Jak Bo­ga kocham!

—  A o reszcie coś wiesz? Czego szukacie, gnoje?!

—   Było  otwarte. Przyszedłem porozmawiać! Opamiętaj się Walczyk! — krzyknął histerycznie Rzeźnik czując, jak lufa miażdży mu krtań.

—  Sprytnie wymyślone. Bezczelność to wasza specjalność, no nie? Zdemolować mieszkanie, przewrócić do góry nogami, pobić i porwać dziewczynę i jeszcze zaczekać z głupią bajecz­ką?! Myślisz, że ci uwierzę?!

— A mógłbym wymyślić coś głupszego?!

—  Wbij sobie w łeb, że jeżeli jej spadnie włos z głowy to ty o swojej możesz już zapomnieć! Pojąłeś?! — Tamten pró­bował się okręcić wokół uwięzionej ręki, żeby zmienić niewy­godną pozycję, ale pistolet jeszcze głębiej werżnął się w jego grdykę. Dłoń Walczyka drżała a w jego oczach było szaleństwo. — Pojąłeś?!!!

—  Thak! — wycharczał Rzeźnik pchnięty energicznie ku ścianie. Lufa cofnęła się wtedy o milimetr, co umysł polic­janta odnotował nie bez ulgi.

—  A teraz   —   powiedział Walczyk spokojniej    —   oświeć mnie, w co wdepnąłem?

— W wielkie gówno — wysapał Adamczyk i niespodziewa­nie roześmiał się. — W takie wielkie, że w nim utoniesz. Brzegów nie widać.

—  Nareszcie… — rzekł inspektor z westchnieniem, co za­skoczyło Rzeźnika. — To lubię — dodał i cofnął się. Schował pistolet do kabury. — Widzisz, jeżeli chodzi o notes to wpierw będziecie musieli mnie zabić. Noszę go zawsze o tu, na sercu. Wystawili cię Rzeźnik. Ty już nie żyjesz. Wiesz o tym?

— Może tak, a może nie. Tłumaczę ci, że nie mam nic wspól­nego z tym nalotem a tym bardziej porwaniem. W ogóle jest jakieś porwanie?

—  Co to za głupia gadka? Chcesz zrobić ze mnie durnia?! —  Walczyk mierzył go zimnym spojrzeniem bez drgnięcia powie­ki, jakby patrzył na owada, któremu za chwilę zacznie obry­wać nogi i skrzydła.

—  Po prostu porwanie mi nie pasuje. Masz się z nią za­miar żenić? Dałeś na zapowiedzi? Wiedziała akurat tyle, żeby ją dobrze postraszyć i wystarczy. Rozumiesz?

W tym momencie zadzwonił telefon. Walczyk podniósł słu­chawkę. To była Kaśka!

—  Gdzie jesteś do cholery?! — wrzasnął. — W kawiarni?! Spotkałaś po drodze dawnego znajomego?  Niech cię diabli!

Miałaś czekać w domu! Myślałem, że cię porwali!… Co?! Nie mam teraz czasu!… Słucham?… Jak uważasz! — Ostatnie zda­nie powiedział zimno i twardo. Odłożył słuchawkę ze złoś­cią.

—  Mała się znalazła? — na twarzy Rzeźnika odmalowała się niekłamana ulga.

—  Dobrze — powiedział Walczyk z zupełnym spokojem. — Chciałeś rozmawiać, to porozmawiajmy. Ja też chciałem, tyl­ko nie wiedziałem, od czego zacząć.

—  Kajdanki. — Tamten wyciągnął przytroczoną do kalo­ryfera rękę w stronę inspektora. Walczyk nie poruszył się.

—  To cię interesuje? — zapytał wyciągając z kieszeni na piersi notes.

— Powiedzmy. Tylko jedna strona.

— Nie zdążyłeś jej wyrwać.

—  Nie mogłem znaleźć tego gówienka — Rzeźnik parsknął z lekceważeniem i pokręcił głową nad pechem, jaki go wte­dy spotkał. Patrzył teraz prosto w oczy inspektora i Walk zrozumiał, że tamten mówi prawdę.

— Proponuję interes — powiedział wolno policjant. — Du­ży interes. Ta kartka jest dla pewnych ludzi dużo warta.

—  Kto cię przysyła?

—  Powiedzmy grupa biznesmenów, którzy nie chcą mieć nic wspólnego z żadnymi aferami, z KGB, z SB,  w ogóle z żadną polityką. To uczciwi ludzie o nieposzlakowanej opinii. Od dawna robili w tym kraju to, co jest dopiero ostatnio ta­kie modne, duże interesy.

—  Nieposzlakowani powiadasz. Jakim cudem znaleźli się w notesie Grabież, skoro ją interesowała tylko polityka?

—   Jakim? Na zasadzie przypadku. Wiesz, że kiedyś nic nie było za darmo.

— Bogaci kapusie. Dawniej kapusie, dziś high life. Wyższe sfery finansowe.

—  Jeżeli tak chcesz to nazywać… Zależy im, żeby ich na­zwiska nie były łączone ze sprawami, z którymi nie mają nic wspólnego. Po co ich niszczyć Walczyk, skoro jest, jak mówię. Wierz mi.

—  Jasne, jasne. Więc mówisz, że to nie oni wydali rozkaz pozbycia się Grabież?! Nie oni chcieli mnie zabić?! Nie oni zrobili mi nalot?

— Nie.

—  I mam uwierzyć na słowo starego gliny, który się wy­sługiwał „trójce”?

—  Kto inny chce ci przeciąć drogę. Grabież przypadkiem potrąciła grubszą strunę. Ta struna ją zabiła. Zabije i ciebie Walczyk… Zastanów się.

— Co o tym wiesz?

—  Nie wolałbyś dać sobie spokój. Mój klient sypnie gro­szem, zwiniesz żagle i będziesz żył długo i spokojnie.

— A tamci dadzą mi żyć?

— Jak przestaniesz wokół nich krążyć… Kto wie?

— Jestem wścibski.

—  Jak chcesz. Nie przyszedłem z pustymi rękami, ale pa­miętaj, że cię ostrzegałem. Fioletowy podkoszulek, coś ci to mówi?

— Gadaj.

—  Facet koło pięćdziesiątki. Znałem go kiedyś. Zawodowy zabójca. Nie przypuszczam żeby zmienił profesję… Dokład­nie nie wiem, o co chodzi, i wolę nie wiedzieć. Coś szykują. Nowy pasztecik dla młodej demokracji. Wiem, że tam był. Jak myślisz, czy przyszedł do niej z wizytą towarzyską?

— Tyle wiem i bez ciebie.

—  Pseudonim Karat. Brał udział w takich aferach, że się do nich nie dogrzebiecie przez najbliższe sto lat. Resztę po­wiem, jeżeli przyjmiesz moje warunki.

—  Nie mogę zwrócić notesu. Jest wpisany do akt. To po­ważny dowód.

—  Jak ci powiedziałem, mojego klienta nie obchodzą afe­ry SB. Mnie też. Już z tym skończyłem. Stary jestem. Teraz mnie interesuje wyłącznie przyzwoita zapłata za drobną przysługę. Wystarczy wyrwać strony 45 i 46 i zniszczyć je. Do­staniesz za to Karata, skoro ciebie forsa nie bierze. Bez Ka­rata nie ruszysz dalej… — zawiesił głos i czekał cierpliwie, podczas gdy Walczyk badał jego źrenice, aż się upewnił, że tam­ten nie kłamie.

— Mógłbym cię docisnąć… — zaryzykował Walczyk.

—  Możesz mnie zatłuc, jakem Rzeźnik… — wycedził szep­tem nie spuszczając wzroku z oczu Walczyka.

—  Znasz klucz?

—  Zgłupiałeś? Wtedy miałbyś rację, już bym nie żył.

Walk podszedł blisko i po krótkim wahaniu rozpiął kaj­danki. Adamczyk wstał. Półzgięty dotruchtał do krzesła krzy­wiąc się z bólu przy każdym kroku. Dopiero kiedy usiadł ostrożnie się rozprostował, a potem przeciągnął.

—  Cholerny dysk! — poskarżył się. — Za stary jestem na takie numery. To mój ostatni sezon.

— Więc co z tym Karatem?

—  Ma za sobą ze dwa tuziny trupów, jak ulał, może wię­cej, kto to wie? Niezły ogonek, co?  Wiem, że zawsze brał udział w grach z najwyższą stawką. Nigdy nie poznałem go osobiście, ani nie wiem, jak się nazywa. Pewnie on sam już zapomniał, jak myślisz, Walczyk?… — zapytał retorycznie. — Je­żeli maczał palce w sprawie Grabież, to ta sprawa musi być cholernie śmierdząca. A maczał je na pewno.

—  Jak na niego wpadłeś? Okińczycowa nie chciała z tobą rozmawiać.

—  Chciała — nie chciała, coś kręciła.

— Więc napad na jej wnuczkę to wy?

— Powiedzmy. Stała jej się krzywda? Nie.

—  Za to dwóch Szwedów ucierpiało.

— Mogli się nie wtrącać.

—  Skoro nie ona, to kto. Ten gnojek od techniki pamię­ciowej, co robił portret?

—  Za dużo wymagasz Walk.

— Wróćmy do Karata…

— Kartki — Rzeźnik wyciągnął rękę.

Walczyk przez chwilę ważył notes w dłoni, po czym otworzył go energicznie, odszukał właściwe kartki i bez słowa zdecy­dowanym ruchem wyrwał je. Podał Rzeźnikowi, ale nie pu­szczał, mimo że tamten już je trzymał w palcach. Rzeźnik uśmiechnął się ze zrozumieniem.

—  Karat wyjechał do Warszawy. Dostał tam nowe zlece­nie. Jest zatrudniony w jednej ze spółek jako prywatny de­tektyw. Nie wiem w jakiej, ale masz rysopis i spółek w koń­cu niedużo.

Walczyk puścił kartki. Rzeźnik sprawdził numerację, podarł je na małe kawałki i podpaliwszy wrzucił do popielniczki. Przez chwilę patrzyli, jak płoną. Wreszcie został z nich tylko popiół.

— Kopii nie ma?

— Nie ma.

— Lepiej, żeby nie było.

— I lepiej żebyś mówił prawdę. Jeżeli nie, i tak was dor­wę. Znajdę sposób. Chyba w to nie wątpisz Rzeźnik, co?

— Niestety nie.

Rzeźnik podniósł się ciężko i pokuśtykał w stronę drzwi.

—  Uważaj na siebie Walczyk. Niezły z ciebie glina, ale nie wróżę ci długiego życia.

Walczyk pokiwał głową bez słów. Co miał powiedzieć. Praw­dę mówiąc ten sukinsyn mu zaimponował. Twardziel. A kie­dy twardziel rzuca ci komplement to zawsze jest coś więcej, niż zwykłe uznanie twojej wartości.

Gdy tylko za Rzeźnikiem zamknęły się drzwi, Walczyk wziął notes, zapalił lampkę na biurku i zaczął przy pomocy miękkiego ołówka mozolnie odtwarzać litery i cyfry ze spalonych stron. Jego wysoki iloraz inteligencji wreszcie się na coś przy­dawał. Kiedy ktoś pisze na cienkich kartkach długopisem, za­wsze odciska się kształt na sąsiednich stronach, które są bez­pośrednio pod tą zapisywaną. Tu było nie inaczej. Zapiski ze stron 45 i 46 odcisnęły się, co prawda słabo, ale zawsze, na stronicach 44 i 47. Miał na koniec, po jakichś dwóch godzi­nach siedemnaście liter, z których nie potrafił zidentyfikować trzech, oraz dwadzieścia siedem cyfr, z których sześć budziło jego wątpliwości. Nie miał dowodu, ale jeżeli Rzeźnik kłamał, Walczyk stanie na głowie, żeby zdobyć przeciw mordercom in­ne.

*

Bohdan Hunza już pierwszego wieczora po swoim przyjeź­dzie do Warszawy wyswobodził się wcześniej z powitalnego bankietu urządzonego w „Victorii” przez Towarzystwo Przy­jaźni Polska-Ukraina, grupę Polaków pochodzenia ukraińskie­go spod Przemyśla przewodzonych przez posła Stanisława Ciepłego finansujących to podniosłe wydarzenie, przez region „Mazowsze” i wreszcie delegację senatorów reprezentu­jących parlament oraz wiceministra MSZ reprezentującego rząd RP. Złe samopoczucie związane z grypą posłużyło mu za pretekst, by jak najszybciej znaleźć się w przestronnym dwu­osobowym pokoju na dwudziestym piętrze hotelu „Forum”, który dzielić miał z profesorem Czupajem. Od razu wykręcił numer kierunkowy do Wrocławia, a potem 61-12-16. Miał wiele szczęścia, zastał Korcza w domu.

—  Jestem w Warszawie, w „Forum”. Jeżeli możesz, przy­jedź jak najszybciej — rzucił do słuchawki. Miał opory przed mówieniem zbyt otwarcie przez telefon. W ZSRR wszystkie rozmowy hotelowe były podsłuchiwane i nagrywane. Wie­dział, że w Polsce także wykryto ostatnio parę central pod­słuchowych zainstalowanych w hotelach. Sprawa stała się głośna, ale czy zaprzestano tego procederu?

—  Widziałem was w telewizji. Powitanie na lotnisku — zawołał wesoło Korcz z drugiej strony. — Czekałem, aż się odezwiesz. Nie wiem, czy mi się uda wyrwać. To gorący okres,   wybory na karku i mam tu parę spraw do załatwie­nia.

—  To ważne. Nie tylko dla ciebie. Małe światełko z czar­nej dziury — powiedział zawieszając głos. — Potrzebuję pil­nie twojej rady.

—  Będę w ciągu dwudziestu czterech godzin — odpowie­dział Korcz poważnym tonem. Doskonale zrozumiał, o co chodzi. Czarną Dziurą nazywali w rozmowach między sobą cały pod­skórny nurt zakonspirowanych działań wyznaczających kie­runki i prądy tego, co działo się na powierzchni politycznych konstelacji i oceanu życia publicznego. Wszystko z niej po­chodziło i w końcu wszystko ona pochłaniała okrywając nie­przeniknioną czernią.

— Przemyślałeś to?

— Tak — powiedział pewnie Hunza.

Umówili się w jednej z kawiarni na Ścianie Wschodniej, ja­ko, że Hunza w ogóle nie znał miasta. Nie chciał spotykać się z Korczem w hotelu ze względu na Czupaja, którego się zaczął bać jak ognia. Czupaj zauważył przemianę w Hunzie, ale jak na razie nie doszło między nimi do żadnej rozmowy na ten temat. Chyba nie rozumiał, czemu przypisać zachowa­nie Hunzy, ale zapewne tłumaczył je sobie różnicami zdań, do których coraz częściej między nimi dochodziło.

Następnego dnia między kolejną rundą półoficjalnych roz­mów Hunza miał dwie wolne godziny. Ten czas przeznaczyli na wspólne spotkanie.

Mimo nikłej ilości gotówki Hunza nie potrafił sobie odmó­wić przyjemności przejechania spod Sejmu na Wiejskiej do centrum taksówką. Zachłystywał się miastem, które wydawa­ło mu się bajecznie kolorowe, bogate, różnorodne. Kobiety eleganckie i piękne, mężczyźni z małymi czarnymi dyplomat­kami wyjątkowo dobrze ubrani. Jakże było inne niż Kijów tkwiący w kleszczach zamrożonego odwrotu od realnego so­cjalizmu. Szeregi lśniących samochodów zachodnich marek z trudem mieściły się na rondzie pod byłym gmachem KC trąbiąc klaksonami i zajeżdżając sobie drogę nawzajem. Nie­przerwany potok aut ciągnął się aż do następnych świateł. Mnóstwo prywatnych szyldów reklamujących spółki, warszta­ty, sklepy, zakłady, wielkie firmy i małe, łapało wzrok barwą i nowoczesnym liternictwem. Słyszał już, że w tutejszym „białym domu” lada chwila ruszy prawdziwa gieł­da. Złośliwy policzek dla komunistów. Prawdziwego szoku doznał jednak wysiadłszy przy Rutkowskiego, wędrując wzdłuż szeregu małych sklepików kipiących ruchem i towa­rem, a potem wszedłszy w śródmiejski pasaż na tyłach Ściany, gdzie szeregami rozłożyli się drobni handlarze oferu­jący dosłownie wszystko, co człowiek mógłby sobie wymyślić, i to co mu nawet do głowy nie przyjdzie. Handlowano w każdym miejscu, na metrze kwadratowym wolnego chodnika, na stoiskach, albo rozłożonej płachcie brezentu, czy na gazecie. Nie raziło go to, nie drażniło. Marzył, że doczeka dnia, w któ­rym Kijów będzie wyglądał podobnie, skończą się upokarza­jące kolejki po chleb, a będzie można grymasząc kupić takie luksusy jak winogrona, mandarynki, banany, mango, awokado, kiwi, dziesiątki gatunków kawy i herbaty czy choćby ma­karonów. Było tu zresztą wszystko.

Ciągnące się nieprzerwaną linią sklepy obuwnicze, odzieżowe, radiotechniczne, kosmetyczne, samochodowe, księgarskie, spożywcze — wszystko pod gołym niebem, kipiące towarem, przetykane muzyką z kaset, zachwa­laniem sprzedawców, brzmiące różnojęzycznym gwa­rem, rozedrgane namiętnym dobijaniem targu, po prostu tętniące autentycznym handlem będącym wszak najpierwszym, najpierwotniejszym, podstawowym objawem ży­cia i wolności.

Stał chwilę z zamkniętymi oczami, wystawiając twarz do słońca, wsłuchany w rytm tego gigantycznego bazaru i czuł, jak wzbiera w nim pewność, że zrobi wszystko, dokładnie wszystko, co w jego mocy, żeby Kijów nie był już nigdy gor­szy od żadnego europejskiego miasta, a Ukraińcy nie musieli dłużej znosić upokorzenia płynącego z biedy i niewoli. Czuł, jak z każdą sekundą ładuje się jego wyczerpany zmaganiami ostatnich tygodni akumulator, jak mobilizuje się każdy nerw i komórka mózgu. „Tyle jeszcze do zrobienia!”, myślał prze­dzierając się przez gęstwę ciał na Marszałkowskiej pod Sawą. „Ale zmusimy ich, żeby zaczęli się wreszcie z nami liczyć!” Poczucie ogromu spraw, które trzeba zmienić, by zacząć żyć normalnie, nagle przestało go obezwładniać. „Powinienem tu częściej przyjeżdżać. Taki bodziec zrobiłby dobrze każdemu członkowi tej zakichanej Najwyższej Rady Republiki”.

Kiedy wszedł na salę, Marcin Korcz siedział już przy sto­liku w rogu. Sama kawiarnia nie była zbyt przytulna. Przy­witali się serdecznie i zamówili dwie kawy. Korcz miał nieco więcej zmarszczek i nieco mniej włosów, ale optymistyczny uśmiech nadal nie schodził mu z ust nawet w najbardziej beznadziejnych sytuacjach.

—  Jesteś zdecydowany na oficjalny kanał? — zapytał ci­cho, gdy Hunza mniej więcej już zreferował mu, z czym przybywa.

—  Tak. Potrzebne nam dobre stosunki w waszym rządem. Tobie jednemu tutaj ufam.

Korcz zastanowił się. Upił mały łyczek kawy i zapalił pa­pierosa.

—  Trzeba się trzymać z daleka od Sejmu i tej całej Ko­misji Nadzwyczajnej, robią dwuznaczne ruchy…  — Marcin umilkł zastanawiając się znowu. — Skontaktuję się w tej sprawie z dyrektorem Biura Analiz i Informacji UOP. Znam go dosyć dobrze. To pacyfista z ruchu „Wolność i Pokój”, człowiek bez powiązań, którego wzięli tam chyba tylko po to, żeby pozyskać społeczną akceptację dla nowego urzędu. Jest wystarczająco niezależny i ostrożny, żeby nie zaprzepaścić takiej karty. Był z nami blisko związany.

—  Wiedziałem, że postarasz się zrobić jakiś dodatkowy interes — zaśmiał się Hunza.

— Jeżeli już mówimy o interesach — Korcz utkwił badaw­cze spojrzenie w swym rozmówcy. — Na co liczycie w re­wanżu?

—  Na co? — Hunza westchnął. — Niestety nie na wasze czołgi czy rakiety ziemia-ziemia. Na poparcie w odpowiedniej chwili. Kiedy to będzie niezbędne. To taki gest dobrej wo­li.

— Lis z ciebie.

—  Inaczej dostarczyłbym to po prostu tobie, a nie prosił o pośrednictwo. Chodzi o precedens,   nową jakość w stosun­kach ukraińsko-polskich.

—  Będę z tobą szczery — rzekł poważnie Marcin Korcz. —  Zrobię wszystko, żeby wziąć udział w odbiorze tej przesył­ki. Tutaj albo po waszej stronie. Uważam, że dokąd, choć jeden esbek pracuje w Urzędzie, to ich kanały są niepewne.

—  Nie przesadzasz? — Hunzę często złościł bezkompromi­sowy radykalizm tamtego. — Jakichś pewnych ludzi chyba mają.

—  Naprawdę pewni, i to nie zawsze, są ludzie z CIA, SIS albo innego zachodniego wywiadu. Tamci zresztą też kierują się tylko własnym interesem. Mogliby to zatrzymać, przehandlować z Moskwą, w zamian za coś ważniejszego z ich punktu widzenia. Teraz nam mówią, że nie wolno do NATO, bo papa Gorbi dostałby śmiertelnej czkawki… — roześmieli się obaj.  —  Gdybyśmy naprawdę zawsze słuchali całego świata, to do dziś bylibyśmy cudzymi niewolnikami — dokończył Korcz.

Przez długą chwilę milczeli. Ruch w kawiarni był dosyć duży. Co chwilę jacyś nowi ludzie wpadali na moment, wy­pijali szybko i wychodzili, pewnie do swoich stoisk na ulicę. Korcz w zamyśleniu kiwał głową.

—  Popatrz, popatrz — powiedział Korcz — Nie miałem pojęcia, o co chodzi z tym popem, którego sprzątnęli pod Moskwą. Więc to tak. — Gwizdnął cicho. Dopiero teraz do­tarło do niego, że oto dostąpił udziału w tajemnicy, która nie była grą pozorów, ale krwistą rzeczywistością   o   wymiarze międzynarodowego konfliktu. — Depczą wam po piętach?

— Nie sądzę.

—  Jaka byłaby najbardziej nieprawdopodobna droga ta­kiego materiału?… Zastanawiałeś się nad tym?

— Chyba przez Nowy Jork — zażartował Hunza.

—  Ciekawa myśl — podchwycił   Korcz.   —   Powiedzmy z Kijowa do Wilna, z Wilna do Leningradu i stamtąd dyplo­mata wywozi to do Sztokholmu. Zaproponuję to temu face­towi z UOP. To Ślązak, nazywa się Robert Szklorz, Wiem, że zrobi wszystko co w jego mocy.

—  Dam ci list na wypadek, gdyby mieli wątpliwości… — Hunza wyjął kopertę z pieczęciami Ruchu i wręczył Korczowi. Korcz schował ją dyskretnie do kieszeni.

—  Najchętniej zorganizowałbym wam bezpośrednie spot­kanie, ale rozumiem, że nie ma na to czasu. Jeżeli chcesz mieć konkretną odpowiedź, to ustalmy miejsce przekazania mate­riału, hasło i tak dalej. Podam im to, jeżeli wyrażą zaintere­sowanie. Jeżeli nie, odbierze to ktoś od nas. Nie wybaczyłbym sobie do końca życia, gdybym zaprzepaścił taką okazję.

—  Zgoda. Więc słuchaj… — Hunza zniżył głos do cichego szeptu, który zupełnie utonął w szumie rozmów kawiarni.

Kiedy po dalszym kwadransie obaj rozmówcy wyszli, ma­ły krępy mężczyzna o krótkich blond włosach rozczesanych od środka na boki, który wszedł tu zaraz za nimi i przez cały czas siedział w drugim końcu salki popijając colę i pożerając kolejne porcje ciastek z kremem, wsunął dłoń do czarnej sa­szetki leżącej obok gazety i wyłączył magnetofon zaopatrzony w doskonały mikrofon kierunkowy najnowszej generacji. Nie zwracając niczyjej uwagi mężczyzna opuścił kawiarnię. Wy­szedł na oślepiająco jasną ulicę i natychmiast zgubił się w wielobarwnym tłumie. Kierował się prosto do pułkownika. Musiał przyznać, że pułkownik miał nie tylko nosa, ale zawsze był osobą najlepiej poinformowaną. Nic nie było go w stanie zaskoczyć.

*

Drygała był zaskoczony wizytą złożoną mu w Pruszkowie przez kurdyjskiego posłańca Wielkiego Loni. Właśnie po raz setny przeglądał tę samą ekscytującą kasetę z pornosem, na którym dwie apetyczne blondynki lizały się wzajemnie i wty­kały sobie między nogi różne bardzo dziwne rzeczy, kiedy za kratą pilnowanej przez dwumetrowego goryla furtki zjawił się Ismaił.

Ostry dźwięk interkomu przerwał mu kontemplację i wyrwał go ze stanu zadziwienia. Drygała kręcił głową z podziwu i niedowierzania, a interkom  hałasował. Podniósł go w końcu.

—  Szefie. Jest tu Ismaił i chce koniecznie z panem mówić —   usłyszał swojego goryla.   Natychmiast podszedł do okna i uchylił o milimetr żaluzje. Rzeczywiście był to Ismaił, uśmie­chający się głupio do ochroniarza.

—  Wpuść — rzucił krótko. — Niech poczeka w salonie na dole.

„Czego ten tu u diabła jeszcze chce”, pomyślał z niechęcią o  gościu. Wszystko dopięte na ostatni guzik, dogadane. Wczo­raj mieli ostatnie spotkanie przed akcją u Ryczyńskiego… — Drygała rzadko się denerwował, ale tym razem serce lekko przyspieszyło bicie.  Zgasił wideo i, nim zszedł na dół, wypił duży kieliszek koniaku, żeby przytłumić uczucie niepokoju, który nie przystoi bossowi tak dużego biznesu.

Kurd siedział przy małym szklanym stoliku w jednym z trzech skórzanych foteli wykazując zainteresowanie wyłą­cznie dla swych oliwkowych, starannie wypielęgnowanych dłoni. Kto by pomyślał, że te dłonie uśmierciły kilkanaście osób w Ankarze i drugie tyle w Istambule podkładając dwa wielkiej mocy ładunki wybuchowe w banku amerykańskim,

i  na lotnisku międzynarodowym. Na wprost niego leżała złota bransoleta z czterema niemałymi rubinami, pozostawiona w roztargnieniu na serwantce przez Zośkę. Na widok Drygały poderwał się natychmiast z szerokim, przyjaznym uśmiechem ugrzecznionego sprzedawcy z tureckiego bazaru i wyciągnął ku jego ręce obie dłonie. Uścisnął go jak samego sułtana. Po­chylony nisko, ujmujący, wyglądał na petenta niższej kate­gorii, a nie kogoś, kto może stawiać warunki. Drygała   nie miał jednak złudzeń. Stronie polskiej bardziej zależało na tym interesie. Wielu biznesmenów liczyło na uruchomienie dzia­łalności jubilerskiej przynoszącej przecież wszędzie na świe­cie horrendalne zyski. Źródłem surowca dla nich mógł być tylko Związek Sowiecki. Rzeczywiście to, co miał do powie­dzenia Ismaił, musiało tutaj wzbudzić opory i podejrzliwość. Oto pierwszy duży interes musiał ulec przesunięciu w cza­sie, a suma dostawy, i co za tym idzie zapłaty, nagłej zmia­nie. Wynik tych negocjacji nie był pewny. Wiele zależało od jego kuglarsko-cyrkowych zdolności, ale Turcy, Kurdowie, Arabowie w sztucz­kach handlowych zawsze wykazywali większą od innych na­cji biegłość. Ten dziś wygra, kto będzie lepiej udawał, że mu na drugim nie zależy. Bo czego Drygała nie wiedział, tym razem dla Wielkiego Loni nikt inny nie wchodził w rachubę jako kontrahent.

— Przybywam ze smutną nowiną… — zaczął Ismaił robiąc płaczliwą minę i zawieszając głos na parę sekund, żeby ewentualnie pozwolić przeciwnikowi włączyć się z pytaniem. Wyglądał komicznie — przystojna, męska twarz okolona czar­nymi kędziorami włosów, w skurczu niemowlęcej rozpaczy. Drygała pozostał jednak kamiennie niewzruszony. Milczał.

—   Wy mieliście wyznaczyć  —  kontynuował Kurd — miejsce i czas odbioru przesyłki. I tak się stało. Wilno to wasz pomysł. Zaszły okoliczności powodujące, że nasz człowiek z diamentami nie będzie mógł być w Wilnie wcześniej niż za czternaście dni.

— To niezgodne z naszym kontraktem — powiedział chło­dno Drygała. — Moi ludzie jutro rano wyjeżdżają do Wilna. Napije się pan czegoś?

—  Alkoholu Koran zabrania. Lemoniady z lodem,  jeśli można?

Goryl sięgnął do zamrażalnika barku i wyciągnął zeń li­trową butelkę napoju cytrynowego. Dopełnił go wodą sodo­wą z syfonu i wrzucił garść kostek lodu. Wciąż nie spuszcza­jąc oka z gościa podał mu wysoką szklankę.

—  Powinniśmy zerwać kontrakt — powiedział Drygała patrząc w przestrzeń pokoju. — Ujawnienie miejsca i czasu transakcji na dwa dni przed terminem było gwarancją bez­pieczeństwa dla nas. W końcu to się odbywa na waszym terenie, nawet jeśli to Litwa.

—  Proszę mi wierzyć panie Barabasz — Ismaił przyłożył rękę do serca, a jego oczy wyrażały bezgraniczną szczerość — że zwłoka była niezależna od Loni i nie jest to żadna pułapka. Wczoraj Lonia dowiedział się, że ładunek będzie większy o dwa kilogramy. Wiem, że macie prawo zerwać kontrakt, ale ponieśliście wydatki, więc… Słowem szefowie są skłonni opuścić nieco cenę tych dwóch kilogramów w stosunku do poprzedniej uzgodnionej partii. Możecie wyznaczyć nowe miejsce i nowy czas.

—  Do jakiego stopnia chcą nam zbonifikować kłopoty? — Powiedzmy do pięciu procent…

—  A jeżeli odmówimy? Albo będziemy się upierać przy początkowej umowie?

—  Musielibyśmy poszukać innego kontrahenta. Podwójna wysyłka to zbyt duże ryzyko.   Trzeba odczekać jakiś czas… taka zwłoka nie odpowiadałaby Loni. W Moskwie oczekują szybkiego obrotu gotówką, a nie zamrażania jej na długie terminy.

Drygała zamyślił się. Nie podobała mu się cała ta historia. Do czego naprawdę tamtym potrzebne są dwa tygodnie?

Gra nie toczyła się teraz o cenę dodatkowych kilogramów, ale o to, kto wyznacza warunki odbioru.

—  Dwanaście procent — powiedział Drygała.

„Pojutrze miał nastąpić odbiór diamentów. Wiadomo, że kapitał po naszej stronie jest już ulokowany i zamrożony”, myślał szybko Drygała. „Dwa tygodnie zwłoki to strata, któ­ra zmusza do jak najszybszego przejęcia ładunku zaraz po wyznaczonej przez tamtych dacie. W istocie oznacza to zmia­nę w jednym z warunków kontraktu. To Rosjanie wyznacza­ją datę odbioru, a przecież Polacy mieli zagwarantowane wyznaczenie miejsca i daty”.

—  Siedem — powiedział Kurd z miną, jakby przełknął plaster cytryny bez cukru.

—  Jedenaście — zabrzmiało to twardo i ostatecznie.

Kurd  zaprzeczył  delikatnym  ruchem głowy. Drygała wstał i wyciągnął rękę na pożegnanie wzruszając przy tym ramionami jak człowiek niepocieszony po stracie bliskiego. Ismaił zerwał się z fotela zaskoczony. Ten chwyt wytrącił go z równowagi. Podał rękę Drygale raczej machinalnie.

—  Przykro mi — powiedział Drygała. — Poszukajcie ko­go innego.

Odwrócił się plecami do gościa i najwyraźniej zamierzał opuścić pokój, jakby rozmowy były zakończone.

—  Chwila — krzyknął Ismaił-Kabr, gdy Drygała trzymał już rękę na klamce. — Niech będzie osiem! — wyrzucił przez zaciśnięte wargi, jakby nieznośny ból wątroby nie pozwalał mu mówić.

—  Jedenaście — powtórzył Drygała. — Tracimy kontrolę nad terminem. Dobrze o tym wiecie. Zbyt duże ryzyko.

—  Niech będzie…  jedenaście… — zgodził się niespodzie­wanie kurdyjski wysłannik i opadł na fotel. Miał wrażenie, że przepłynął cieśninę Bosfor. Drygała zawrócił uśmiechnię­ty i uścisnęli sobie ręce.

—  W porządku — powiedział. — Miejsce i dokładny ter­min podamy na czterdzieści osiem godzin przed odbiorem.

W gruncie rzeczy zdawał sobie sprawę, że zmiana miejsca nie wchodzi w grę. To znaczy punkt w Wilnie tak, ale samo Wilno na pewno nie. Po pierwsze mieszkało tam paru Pola­ków, na których można było liczyć, po drugie, odkąd Sajudis dyktował na Litwie warunki, trudno by było znaleźć bar­dziej neutralny teren. Nawet KGB nie mógł tam dziś dzia­łać tak otwarcie, jak jeszcze parę miesięcy temu. Drygała miał świadomość, że żaden gang z Moskwy nie działa na swój całkiem prywatny użytek, i że każdy z nich jest jakoś powiązany z milicją, albo jakimiś ważnymi figurami będącymi aktualnie na świeczniku, które tworzą parasol ochronny.

— Odbiór musi nastąpić nie dalej niż w czterdzieści osiem godzin po wyznaczonym terminie zwłoki — powiedział wol­no i dobitnie Kurd. Teraz miało się zdecydować dosłownie wszystko. Arab w napięciu obserwował stężałą twarz swoje­go rozmówcy. Ale Drygała się nie wahał. O co w końcu chodziło? Jeżeli szykują podwójny skok, to będą niemile za­skoczeni, bo oprócz dwóch łączników, którzy przyjadą z for­są, będzie tam jeszcze trzech ludzi gotowych na wszystko i do­brze uzbrojonych. Zaskoczenie to dziewięćdziesiąt procent sukcesu.

—  Zgoda — potwierdził Drygała po pewnej zwłoce, żeby tamtemu się nie wydawało, że poszło za łatwo.

Kurd wstał i pożegnał się serdecznie znowuż traktując Drygałę jak kalifa Bagdadu. Kiedy tylko goryl z Kurdem zniknęli za drzwiami, boss warszawskiego gangu wystukał odpowiedni numer na płaskiej czerwonej słuchawce. Ktoś błyskawicznie podniósł po drugiej stronie.

—  Pałka? Natychmiast odwołaj wszystko, ale bez paniki. Poproś ich na Próżną. Niech będą za dwie godziny. Muszę się zastanowić.

—  Nie cierpię takich niespodzianek! — Roman kręcił się niecierpliwie na krześle w znanym sobie pokoju z podobizną Elvisa Presleya. Ryczyński spływał potem. Tylko Karat mil­czał nieruchomy jak głaz.

—  Miałem być w ogóle poza tym! — powiedział Ryczyń­ski z pretensją w głosie. Nie podoba mi się to. Szykują pu­łapkę.

— Uspokój się Edziu. Jesteśmy przygotowani i na to. O co chodzi? Ładunek rośnie to i prowizja większa. Dla wszyst­kich, nie?

—  Ale dwa tygodnie i następne spotkanie… — zaczął Ry­czyński.

—  …Jutro — przerwał mu Drygała — dostarczysz resztę forsy. Ta zostaje już u mnie. — Drygała wskazał na walizkę, szary bolid stał w kącie.

—  Potrzebna będzie większa walizka — stwierdził    Roman — I nowa skrytka w pociągu. Nowe bilety. Zastana­wiam się, czy nie zmienić paszportów.

— Załatw wszystko, jak uważasz, Lewatywa. Koszty bio­rę na siebie. Musicie być absolutnie bezpieczni. Jest czas. Ca­łe dwa tygodnie.

Karat    bez słowa wyciągnął z kieszeni paszport i bilet, i położył na szklanym stole przed Lewatywą. Jego spokój podobał się Romanowi. Ochroniarz wyciągnął paczkę cameli i podsunął mu przed nos. Zajarasz?

—  Chętnie. — Roman wziął papierosa i zapalił. — A je­dnak cię polubiłem Karat. — Stawro wstał. — Na mnie już czas. Spotkamy się w środę na wyścigach, na Służewcu. Okey?

— Okey — rzekł Karat

Roman pożegnał się ze wszystkimi i wyszedł. Mimo wszystko w tym człowieku było coś niepokojącego. Roman rzadko czuł strach, ale Karat wzbudzał w nim dreszcze.

Dokładnie w tym samym czasie, kiedy na ulicy Próżnej toczyła się narada gangu, Marcin Korcz składał wizytę na Rakowieckiej pod numerem 2a w Biurze Analiz i Informacji, do którego dostał się z trudem po różnych korowodach z prze­pustkami. Dopiero interwencja dyrektora Roberta Szklorza przerwała krąg niemożności i wartownik przepuścił Korcza za bramę. Jeszcze rok, dwa temu taka wizyta byłaby zupeł­nie nie do pomyślenia. W głowie najbardziej ugodowego opo­zycjonisty nie śmiała wtedy powstać myśl, że w jakiejkol­wiek sprawie dopuszczalna jest współpraca z urzędem bez­pieczeństwa. Potraktowano by to jako zdradę. Ale teraz po przeciwnej stronie skromnego biurka siedział człowiek, który zaliczył w swoim trzydziestoparoletnim życiu więcej cel wię­ziennych niż miał włosów na głowie. Jako mało znany przed­stawiciel słabego ugrupowania opozycyjnego nie mógł liczyć przy tym na tak luksusowe traktowanie w więzieniu jak KOR-owcy znani całemu światu i był narażony na najgorsze szykany. Doskonale poznał tę instytucję w jej poprzednim kształcie i to od jak najgorszej strony. Dziś zajmował jeden z ważniejszych gabinetów w tym gmachu, a jako członek ru­chu pacyfistycznego był szczególnie przydatny szefując sekcji wyłapującej wszelkie wiadomości o formujących się ruchach lewackich, neofaszystowskich i grupach terrorystycznych.

Szklorz nie był profesjonalistą, ale miał ambicję szybko się nim stać. Departament stanowił mieszaninę rutyniarzy i nowicjuszy. Ci drudzy po przeszkoleniach szybko uczyli się od tajniaków nowego fachu, a mając rodowód podobny do swego dyrektora nadrabiali skutecznie braki zaangażowaniem tak obcym poprzedniej generacji aparatczyków nawykłych do ręcznego sterowania z góry.

Po wymianie zwykłych   grzeczności   Korcz przeszedł do sedna rzeczy. Szklorz słuchał go uważnie od czasu do czasu przerywając dodatkowym pytaniem. Otwarł list od Hunzy i studiował go długą chwilę.

W godzinę później dyrektor Biura nie siedział już, lecz przemieszczał się po pokoju sinym od papierosowego dymu, na krótkiej przestrzeni między drzwiami a oknem niemal z prędkością światła. Skubał brodę i odpalał papierosa od pa­pierosa myśląc intensywnie nad tym, co usłyszał. Korcz stwierdził w myślach, że Szklorz wykazuje typowy więzien­ny syndrom — cztery kroki w prawo, cztery w lewo, i zno­wu cztery w prawo jak w celi.

Robert Szklorz zatrzymał się raptownie, spojrzał na Kor­cza i zapytał:

—  A jeżeli to prowokacja? Jesteś pewien tego Ukraiń­ca?

—  Jeszcze potrafię poznać, kiedy ktoś mówi prawdę, a kiedy kombinuje. To jest instynkt, dzięki któremu tu dzi­siaj siedzę. Inaczej dawno bym ziemię gryzł.

—  W porządku — powiedział Szklorz zapalając kolejne­go papierosa. — Porozmawiam z szefem.   Sprawę   przejmie wywiad. Dyrektor będzie na pewno chciał zawiadomić Mini­stra, a on skonsultuje sprawę z Premierem. Bez zgody Pre­miera nic nie da się zrobić. To potrwa.

—  Chyba nie zrozumiałeś? — zdenerwował się Korcz. — Trzeba się spieszyć, nawet jeżeli KGB nie depcze mi po pię­tach. Wyznaczyli bardzo krótki termin odbioru przesyłki. Gdyby to była z ich strony prowokacja, Hunza nie dałby te­go listu. Tu są podpisy ich wszystkich:    Kołowin, Panfił  —  w imieniu Ruchu. Wykazał chyba najwyższe zaufanie i mak­simum dobrej woli. Nie wolno tego zaprzepaścić. Jestem go­tów wysłać swojego człowieka albo nawet pojechać sam, je­żeli macie zamiar bawić się w biurokratyczne hierarchie i przepychanki.

—  Dobrze. Niech ci będzie. Zastosujemy tryb przyspieszo­ny. Pamiętaj, że to nie jest robota dla amatorów. Jeżeli Pre­mier i Minister zdecydują, że wchodzimy, to zajmiemy się wszystkim bez twojej pomocy. Mamy niezłych fachowców, na pewno nie gorszych niż MI 6 czy SAS.

—  Tylko, że oni w przeciwieństwie do was mogą być pe­wni, dla kogo ich ludzie pracują.

—  Tu też się paru pewnych znajdzie. Bez paniki. Znam nawet jednego, który mógłby się podjąć tej operacji za gra­nicą. Pracował w „czwórce” i wyleciał stamtąd za odmowę wykonania rozkazu tuż przed zabójstwem Popiełuszki. Współ­pracował z KPN-em, aż do zeszłego roku handlował autami na giełdzie. Przywrócono mu stopień pułkownika i zatrud­niono go w pionie wywiadu. Nazywa się Czarny. Jemu to powierzymy.

— Jeżeli w ogóle powierzycie.

—  Jeżeli nie, to będziesz miał wolną rękę. Ale nie przy­puszczam.

—  W każdym razie macie czas na decyzję do jutra,   do trzynastej — powiedział Korcz wstając. — Czekam na twój telefon w hotelu. — Nie spapraj tego, bo ci przyszłe pokole­nia nie wybaczą! — zaśmiał się grożąc Szklorzowi palcem.

—  Pamiętaj Marcin, że amatorzy w tej robocie mają wię­cej szans coś spaprać niż zawodowcy,

—   Czujesz się zawodowcem?  —   zapytał  sceptycznie Korcz.

— Nie. Ale mam kilku pod sobą.

Robert Szklorz z niecierpliwością oczekiwał we wnętrzu szarej lancii pojawienia się Ministra i Premiera. Zaraz po wyjściu Korcza udał się do szefa Urzędu, a ten bez wahania połączył się z gabinetem Ministra Spraw Wewnętrznych. Po godzinie Minister przyjął ich u siebie, a po dalszej udało się złapać Premiera, który, jak się okazało, opuścił już pałac Ra­dy Ministrów przy Krakowskim Przedmieściu i pojechał do domu. Szef miał parę spotkań nie do odwołania, w tym jed­no w ambasadzie USA i tym sposobem młody dyrektor Biu­ra Analiz musiał przejąć na siebie ciężar całej sprawy. Za­brali Premiera z domu i w asyście drugiego samochodu z BOR udali się na krótką przejażdżkę do Wilanowa. O tej porze ogrody pałacowe były zamknięte dla publiczności, a bryła pałacu Branickich odcinała się niewyraźną szarością od czerni nieba. Teraz Szklorz dopalał ósmego papierosa, pod­czas gdy dwaj dystyngowani panowie przechadzali się alej­kami dyskutując nieustannie od czterdziestu minut. Robert spojrzał na zegarek. Ochroniarze z drugiej limuzyny nie wy­kazywali najmniejszych oznak zniecierpliwienia przyzwycza­jeni do sytuacji, że ich podopieczni ucinają sobie czasami sa­motne, wielogodzinne spacerki w najdziwniejszych miejscach i o najdzikszych porach.

Nareszcie ujrzał ich. Szli bardzo powoli. Premier także palił. Czerwony owal żaru rozświetlił jego charakterystyczny profil. Premier żywo gestykulując odrzucił niedopałek i ener­gicznie zgniótł go butem. Teraz obaj dygnitarze przyspieszyli kroku i już po chwili usłużny borowiec otwierał przed nimi drzwi samochodu. Kierowca włączył silnik, podczas gdy Premier i Minister sadowili się na miejscach z tyłu. Szklorz po­czuł dotknięcie na ramieniu.

—  Panie dyrektorze — powiedział Premier z charaktery­styczną  zadyszką — tym razem będzie  wygodniej skorzy­stać z usług pańskiego przyjaciela Korcza. Musimy utworzyć specjalną grupę antykryzysową złożoną z wyjątkowo zaufa­nych pracowników Urzędu. Ta sprawa ma szersze i bardzo skomplikowane tło. KOK to już w tej chwili atrapa. Będzie pan koordynatorem tej grupy. Jutro rano Minister zapozna pana ze szczegółami sytuacji. Może pan zawiadomić Korcza, że macie zielone światło, nie chcemy jednak, by łącznikiem był pracownik wywiadu. Niech uruchomi swojego człowieka, a my zapewnimy mu ochronę.

—  Mam swobodę w doborze ludzi? — zapytał zaskoczony Szklorz.

—  Niech pan przez noc przygotuje listę i zweryfikujemy ją jutro razem — włączył się Minister. — Czekam na pana o dziewiątej u siebie.

—  Tak jest — powiedział młody dyrektor Biura Analiz UOP nie do końca pojmując, dlaczego to on ma koordynować działania  grupy  antykryzysowej  powołanej przez Premiera na szczeblu rządowym.

*

Część oficjalna pożegnania już się zakończyła i przedsta­wiciele Ruchu zmierzali do przeszklonych drzwi prowadzą­cych na płytę lotniska. Hunza, który przez cały czas odczu­wał niepokój i niepewność, czy postąpił słusznie wręczając Korczowi list do Premiera i dyrekcji UOP, teraz nabrał pew­ności, że tak. Miał nadzieję, że treść tego pisma nie wymknie się poza krąg najbardziej wtajemniczonych. Mogłoby to za­szkodzić Ruchowi w stosunkach z KPZR na Ukrainie i z Kre­mlem. Był to z jego strony doprawdy najwyższy dowód za­ufania i deklaracja intencji w stosunku do rządu polskiego. Teraz z niecierpliwością wypatrywał znajomej sylwetki Mar­cina Korcza na tarasie widokowym dla żegnających.

Lotowski mikrobus podwiózł ich do samolotu. Przepuścił Czupaja przodem i przed samym wejściem stojąc już na schodkach zatrzymał się osłaniając oczy ręką ułożoną w da­szek. Zauważył Korcza od razu. Tamten machał gazetą zło­żoną w rulon. Hunza pomachał mu również dając tym samym do zrozumienia, że zauważył znak. Zniknął we wnętrzu samo­lotu prowadzony przez śliczną stewardesę w granatowym uni­formie na swoje miejsce. Usiadł i zapiął pas.

— Jednak się zdecydowali — pomyślał i kamień spadł mu z serca. — Gorący towar ruszy w dalszą drogę ku celowi i za dwanaście dni będzie już po tej stronie granicy. Odpo­wiedzialność to jednak potworny ciężar, dużo większy niż ry­zyko wynikające z prowadzenia wywiadowczej gry.

*

Pożegnalny wieczór Walczyka i Kasi wypadł blado, Z tru­dem udało mu się namówić ją na spotkanie w kawiarni „U Zalipianek” przy ulicy Szewskiej, którą inspektor upodo­bał sobie w czasie pobytu w Krakowie. Regionalny beskidz­ki wystrój stanowił dla niego przyjemną, egzotyczną odmia­nę po kawiarnianej przeciętności, do jakiej przyzwyczaiła go stolica. Poza tym lokal posiadał obszerny taras wychodzący na Planty co podczas upałów obejmujących miasto niczym rozżarzone kleszcze miało swoje znaczenie. Lato było w tym roku straszne, i choć teoretycznie zbliżało się ku końcowi, wciąż jeszcze miało się wrażenie, że końca upałom nie będzie.

Spóźniła się pół godziny i stanęła przy jego stoliku w chwili, kiedy zbierał do kieszeni papierosy i zapalniczkę, oraz wyczytany z nudy na dziesiątą stronę egzemplarz „Dzien­nika Konserwatywnego”. Napięcie w kraju wyczuwalnie ros­ło i choć do wyborów prezydenckich pozostawały ponad dwa miesiące, już spekulowano na temat szans i kandydatur, po­jawiały się pierwsze personalne propozycje, toczono polemiki na temat progu stu tysięcy podpisów koniecznych do rejes­tracji kandydata, dużo miejsca poświęcano też rozłamowi w obozie Solidarności.

— Napijesz się czegoś? — zapytał.

W krótkiej niebieskiej sukience, z małymi perełkami w uszach i dyskretnym makijażem wyglądała wyjątkowo pięknie.

—  Chętnie — odpowiedziała. W jej głosie wyczuwało się napięcie. Mimowolnie udzieliło się ono i Walczykowi.

—  Wyjeżdżam — powiedział bez wstępów. — Jak wiesz, odwołano mnie. Nie mam pojęcia na jak długo.

— Kiedy?

— Jutro rano.

Podeszła kelnerka i zamówili kawę. Po jej odejściu zapa­dło niezgrabne milczenie. Nie starał się go przerywać i stop­niowo stawało się coraz cięższe. Westchnęła, jakby głaz ucis­kał jej piersi.

—  Masz ochotę spędzić ze mną ten wieczór? — zapytał, kiedy filiżanki parujące aromatycznym napojem stanęły już przed nimi. — Od razu pani zapłacę — zwrócił się do młodej

kelnerki. Z uroczym uśmiechem zainkasowała dziesięć tysię­cy i oddaliła się pełnym powabu krokiem kobiety, której za­leży, by wywrzeć wrażenie na mężczyźnie. Kasia odprowa­dziła ją niechętnym spojrzeniem.

— Chciałabym, ale… — zaczęła.

—  …Rozumiem — przerwał jej zdecydowanym tonem. — Kiedy słyszę „ale” wiem, że będą komplikacje nie do rozwi­kłania.

—  Posłuchaj — zaczęła ponownie szukając instynktownie jego umykających w bok oczu. — To wszystko jest dla mnie zbyt nagłe… trudne…

Otworzyła usta, ale nim coś powiedział, zamilkł w pół sy­laby. Czekała na jego słowa. Nie odzywał się.

—  Mama przyjechała i powinnam dziś z nimi trochę po­być…

—  Wiesz dobrze, że nie o to chodzi… Przez parę dni za­trzymam się w Polonii. Nowi szefowie skąpią na lepszy ho­tel. Wydaje mi się, że jesteś bezpieczna. Zadzwoń kiedyś. Bę­dę ciekaw, co u ciebie słychać.

—  Nie zadzwonię — powiedziała cicho, lecz stanowczo.

—  Widać się pomyliłem. W porządku… — Westchnął, wło­żył gazetę do kieszeni i wstał. — W takim razie trzymaj się malutka. Grzbietem dłoni pieszczotliwie przeciągnął po jej policzku i szyi. Zrobiło się jej ciepło i miło. Odszedł.

Miała ściśniętą krtań i ręce jej drżały. Ileż wysiłku mu­siała włożyć w to „nie”, po jednej wspólnie spędzonej nocy! Co byłoby później? Miała wrażenie, że zaraz się rozpłacze z żalu, albo pobiegnie za nim i wsiądzie do tego ekspresu, wsiądzie w każdy pociąg, który on wybierze, choćby na naj­dalszą stację w galaktyce… Zauważyła, że zapomniał papie­rosów i zapalniczki. Poderwała się chcąc go zawołać. Nada­remnie szukała wzrokiem smukłej sylwetki. „Kurczę!”, skar­ciła się w duchu, próbując opanować rozdygotanie. „Nie za­chowuj się jak świeżo zdeflorowana dziewica. Poszedł i na­wet się za siebie nie obejrzał. Nie będziesz niczyją niewolnicą, żadne uczucie nie jest tego warte!”. Bezmyślnie obracała w ręku czerwoną, matową zapalniczkę, jedyną rzecz, jaka jej po nim została.

W pociągu Walczyk studiował notatnik dziennikarki uzupeł­niony kopiami stron 45 i 46. Zupełnie nie dało się tego ugryźć bez klucza. Wiedział teraz, że ma przed sobą zaszyfrowane informacje na temat paru osób trudniących się donosicielstwem w zamian za koncesje na prowadzenie prywatnej działalności w dawnych latach, kiedy byle kto nie mógł zostać handlowcem, fabrykantem czy choćby właścicielem najnędzniejszego kiosku z plastikowymi koszmarkami. I tak nic z te­go nie wynikało. Przyjął, że na pierwszej stronie znajdują się inicjały tych osób, ale czy było to kilkanaście nazwisk czy też imiona i nazwiska kilku ludzi nie dało się ustalić. Druga stro­na zawierała szereg cyfr i tutaj stawał już kompletnie bez­radny. Żeby móc z czystym sumieniem przyjąć grę Rzeźnika, Walczyk musiał sprawdzić te kartki, poznać ich treść. Tak zwa­ni biznesmeni mogli się okazać kimś innym. Rzeźnik nie kła­mał, ale czy zleceniodawcy dostarczyli mu kompletu infor­macji? Niewykluczone, że prowadził jeszcze inną, głębiej zakamuflowaną grę. Walczyk schował notes i odwrócił się do okna. Pejzaż śmigał za oknami ekspresu, jakby to on dokądś pę­dził, a nie pociąg. Istotnie tak było — cała Ziemia pędziła na oślep w przestrzeń, w czarną otchłań bez dna, kosmiczną pustkę. Myśli inspektora kręciły się wokół czegoś małego, nieistotnego, podczas gdy Ziemia kręciła się jak szalona wo­kół swej osi, i wokół Słońca, a ze Słońcem w spiralnym ra­mieniu Galaktyki cały układ wirował swego walczyka skompo­nowanego przez kosmicznego Straussa, Galaktyka także bra­ła udział wraz z milionami innych galaktyk w zbiorowym hiperobłędzie wirowania. „Cóż znaczą te moje wszystkie uczu­cia”, myślał „i cała ta zakichana sprawa, która zaczęła się i skończy w tej samej sekundzie Wszechświata równoważnej stuleciu ludzkiej egzystencji. Cały ten dramat rozgrywał się na obszarze przestrzeni, której patrząc z punktu widzenia ca­łości nie dałoby się zidentyfikować nawet najczulszym ska­nerem elektronowym. Z punktu widzenia tej całości Ziemia była bowiem tylko atomem, a krążące po niej w liczbie sze­ściu miliardów istoty co najwyżej cząstkami elementarnymi, a może nawet czymś jeszcze mniej zauważalnym. Kocham nad życie, nienawidzę śmiertelnie, zabijam siebie, zabijam innych”, ciągnął swój filozoficzny wywód. „Ścieramy się, tłu­czemy, mordujemy w wojnach; cząstki elementarne przycią­gane lub odpychane przez inne cząstki. Czy to nie śmieszne — miłość dwóch milionów, albo, jeden elektron morduje dru­gi!” „Cha, cha, cha!” — Walk zaśmiał się półgłosem, co spo­wodowało, że pasażer z przeciwnego fotela przyjrzał mu się z uważną dezaprobatą.

— Tysiąc lat to tylko dziesięć sekund — powiedział do niego inspektor. Mężczyzna o obwisłych policzkach i równie obwisłej dolnej wardze przyozdobionej włochatą brodawką wyglądał na właściciela baru albo fabryki plastikowych kras­noludków.

— Sześć tysięcy to minuta — odpowiedział mu niespo­dziewanie „obwisły” współpasażer i Walczyk jeszcze raz się przekonał, jak bardzo łatwo skrzywdzić człowieka na podsta­wie jego wyglądu.

Do szefa UOP udał się dopiero następnego dnia w połud­nie. Nie zastał go. Sekretarka powiedziała, że ma się zgło­sić u dyrektora Szklorza z BAI. Był trochę zaskoczony. Cóż on, pracownik Wydziału Śledczego, ma robić pod zwierzchnic­twem BAI?! Działo się coś dziwnego. Dyrektor już na niego czekał. Poinformował Walka o sformowaniu Grupy Antykryzysowej na specjalnych prawach, z najwyższym priorytetem ważności, w związku z szykującą się akcją KGB na terenie Polski, czemu oficjalny rezydent i cała ambasada ZSRR w Warszawie oczywiście energicznie przeczyła. Od tej pory Walk miał pełnić ważną rolę łącznika z ambasadą USA, a po­za tym miał brać udział we wspólnych działaniach podejmo­wanych w ramach Grupy i naradach, oraz spotkaniach robo­czych, co było niezbędne, by mieć stały ogólny przegląd sy­tuacji.

Na razie był wolny. Miał czas na zakwaterowanie, zapoz­nanie się ze współpracownikami i zorganizowanie biura. Za 48 godzin miała się odbyć pierwsza ogólna narada całej Gru­py, na której zostaną rozdzielone zadania. Było zastanawia­jące, że kontrolę nad Grupą miał sprawować Minister Spraw Wewnętrznych i jeden z zaufanych wiceministrów z MON, a raporty miały być przedkładane także bezpośrednio Premie­rowi. Oznaczało to, że sytuacja jest bardzo poważna i napię­ta, i może dotyczyć wewnętrznych struktur UOP czy ogólniej MSW i MON. Jak stwierdził Szklorz, szykowała się „zady­ma”. Miejsca w hotelu miał na razie nie zmieniać, pokój mógł być przydatny do innych celów. Przydzielono mu samodziel­ne biuro, numer telefoniczny, asystenta, wydano przepustkę, kartki do kantyny na obiady i wyposażono go w czerwonego poloneza WAR 3375, do którego kluczyki pokwitował u in­tendenta.

Nie zamierzał tracić dwóch dni bezczynnie. Jak zwy­kle okazywało się, że zanim wszystko ruszy, jest jeszcze czas i mógł spokojnie powęszyć choćby dzień dłużej w Krako­wie. Postanowił spożytkować ten podarowany czas na wytro­pienie Karata.

Zdobycie wstępnych informacji nie zajęło mu wiele cza­su. Już następnego ranka po stwierdzeniu, że w czternastu spółkach detektywistycznych (na około sto zarejestrowanych w Warszawie) w ciągu dwóch ostatnich miesięcy zatrudniono trzydziestu nowych ludzi, zwalniając jednocześnie czternas­tu z siedmiu spółek, zażądał teczek personalnych wszystkich nowo przyjętych i zwolnionych. Po dwudziestu minutach miał je na biurku. Teraz należało tylko dopasować rysopis. Zna­lazł takich czterech, a po zastanowieniu rozszerzył krąg po­szukiwań obejmując nim ostatnie sześć miesięcy, bo jeśli spół­ka zatrudniająca Karata stanowiła przyczółek nieformalnej struktury utworzonej przez byłych esbeków, to mogli mu wy­stawić wsteczną datę zatrudnienia. O dziwo do grupy czte­rech doszlusowało tylko dodatkowych sześciu. Widać dopiero ostatnio zaczął się większy przepływ kadrowy. Ludzie ci by­li zatrudnieni w czterech biurach detektywistycznych o dość dużej fluktuacji: „Sezamie”, „Gigancie”, Spółce „Ares” raczej tylko strzegącej mienia i „A & A”. Walczyk postanowił zacząć od „Sezamu”, jako że tam miał aż czterech podejrzanych, Waligórski, Horak, Rusinek i Łabza. Biura „Sezamu” mieściły się na 29 piętrze Intraco I. Należało ich dyskretnie poobserwo­wać. Kiedy asystent przyniósł mu spis prywatnych adresów owych dziesięciu delikwentów, inspektor ruszył do miasta. Musiał się sam tym zająć. Istniało zbyt duże ryzyko, że ktoś nieostrożny spłoszy przeciwnika.

*

Generał Ozierow spotkał się z Michaiłem Gorbaczowem w jego mieszkaniu na Wzgórzach Leninowskich dopiero w dziesięć dni po zabójstwie popa. Wcześniej jakoś prezydent nie mógł dla niego znaleźć minuty wolnego czasu. Raisa wy­jechała na krótki wypoczynek do ich posiadłości pod Moskwą, więc tym razem byli zupełnie sami — jeśli nie liczyć, rzecz jasna, nieodstępnego służącego, kucharza i goryla Gorbaczowa; cała trójka z kremlowskiej straży. Sprawa zabójstwa ojca Aleksandra Szretyńskiego z cerkwi prawosławnej nie dawa­ła mu spokoju. Grynia Kopysznikow znalazł w Kijowie, ale nikt się z nim nie kontaktował. Obserwowali go bardzo dyskretnie. Niby nic się nie działo, lecz Ozierow wiedział, że to cisza przed burzą, bo mikrofilm jest już na pewno we wła­ściwych rękach i lada chwila ruszy dalej. Ktoś tutaj w Moskwie dobierał się do planu „W” i czynił to w taki sposób, że mógł zniweczyć całą pracę Jedenastki pod jego osobistym kierownictwem. Ozierow nie miał stuprocentowej pewności kto to jest, ale miał stuprocentowe podejrzenia. W jego fa­chu trudno było o pewność. Oczywiście jego podejrzenia kon­centrowały się na Kriuczkowie i Jakowlewie. Kiedy dotarły do niego materiały z sekcji zwłok popa, wiedział, że dorwali go profesjonaliści, i do tego byli na tyle bezczelni, żeby wręcz zostawić swoją wizytówkę. Popa bito usiłując wyciągnąć z niego informacje, a kiedy to nie pomogło zaaplikowano mu zastrzyk, miał świeży ślad nakłucia na grzbiecie dłoni. Śmierć nastąpiła na skutek niewydolności serca. Nie wątpił, że po­dano duchownemu dużą dawkę pentotalu, serum prawdy, i to zabiło jego słabe serce. Główny ślad stanowiło jednak obcię­te ucho. Głowę popa zmasakrowano już po śmierci i odrąba­no mu ucho. Tak, odrąbano! Saperką. A więc: Specnaz! Jak­by zostawili przy trupie podpis. Po co? Działali z odkrytą przyłbicą, co świadczyło, że rychło wypowiedzą wojnę wszyst­kim demokratycznym siłom, tym skupionym wokół genseka też. Gorbaczow przyjął go w living roomie z wielką powściąg­liwością. Entuzjazm prezydenta, który Ozierow obserwował zaledwie miesiąc temu, teraz zdecydowanie przygasł.

—  Towarzyszu prezydencie — powiedział Ozierow, gdy Gorbaczow po wysłuchaniu jego relacji milcząco sączył drin­ka. — Zmierzają do podważenia waszej pozycji. To zamach na Radę Prezydencką i was osobiście!

—  Czasami nie mam pewności czy postępuję słusznie — powiedział Gorbaczow patrząc w ciemność za  oknem.   — Weźmy na przykład dzisiaj. Jelcyn oświadcza, że Rosja wy­stąpi z ZSRR! Czy ktoś słyszał większy absurd? A on to mó­wi poważnie. Zastanawiam się, czy już niedługo nie nadej­dzie taki dzień, że armia będzie dla nas jedynym ratunkiem. Szewardnadze namawia mnie na sojusz z USA w sprawie Iraku. To przecież zdrada wobec naszej polityki w Zatoce, ustępstwo uderzające najbardziej w nas samych. Można się cofać. Należy się cofać, jeśli się nie ma siły zaatakować. Ale pytanie o granice tych ustępstw. Jeszcze krok i nasz okręt się rozpadnie. Czy do tego zmierzają Jelcyn, Szewardnadze, Bakatin, Ryżkow? — zamilkł i znów powoli sączył alkohol. Jak­by przestał zauważać Ozierowa, pogrążony w jakichś rozleg­łych, perspektywicznych spekulacjach. Trwało to dobrą chwi­lę, w czasie której generał nie śmiał nawet głośniej odetchnąć. Czy Gorbaczow wyrośnie na nowego Stalina? — zastanawiał się patrząc na prezydenta. — Czy tak, jak ja teraz, czuli się generałowie tamtego jedynowładcy w jego obecności?

Nagle Gorbaczow ocknął się, wrócił do teraźniejszości i spojrzał na Ozierowa odkrywając na nowo jego obecność.

—  Czy to znaczy, że plan „W” nie ma już priorytetu ze­ro? — zapytał ostrożnie Ozierow.

—  To znaczy tylko, że mam związane ręce. Mogę im wy­dać rozkazy, a oni ich nie wykonają, mogę wydać polecenie, a oni nie usłuchają. To oni mają przewagę w tej chwili. Nawet nie mogę ich zdjąć. Tak samo oni nie mogą ruszyć mnie. Należałoby pójść odważniej do przodu, ale to zbyt niebezpie­czne dla kraju. Nie mogę go pchnąć na krawędź wojny do­mowej.

—  A oni, towarzyszu prezydencie… Oni mogą? — zapytał Ozierow.

—  Nie odważą się. Na razie. To pat… Realizujcie, generale, swój plan „W”, macie wolną rękę i brońcie go jak lew. To ostatnia szansa dla was, dla Jedenastki, być może dla nas wszystkich.

— Gorbaczow popatrzył wprost w oczy Ozierowa i generał dostrzegł na dnie tego spojrzenia istne morze gory­czy, gniewu i ognia. — Ten plan wydawał się epizodyczny, uboczny choć ważny — powiedział gensek z taką zawziętoś­cią, że aż przeszły go ciarki.   — Polski łącznik jest dla nas ważny nie tylko w sensie   terytorialnym, to także łącznik z przyszłością, z czasem, który nadejdzie. Od opanowania te­go środkowo położonego terytorium może zależeć, kto się ju­tro znajdzie w ofensywie, a kto na długo zostanie zepchnię­ty do obrony. Nie przypuszczałem jednak, że ten plan okaże się „być albo nie być” pierestrojki. Kriuczkow i grupa woj­skowych obrali go sobie za pierwszy, najważniejszy cel. Czy nie widzicie tego generale?  — Gorbaczow odwrócił znów wzrok do okna. — Tak — westchnął. — Od tego chcą zacząć, a kto wygra pierwszą bitwę, tym razem może wygrać wszyst­ko.

—  Zaatakują na wielu frontach — powiedział Ozierow. Prezydent w zamyśleniu pokiwał twierdząco głową.

—  Być może konieczna będzie z nimi ugoda. Tylko na ja­kich warunkach? — Nagle Gorbaczow wstał. Ozierowa także poderwało  z miejsca. Posłuchanie było  najwyraźniej  skończone.

—  Uczyńcie wszystko co w waszej mocy towarzyszu Ozie­row — powiedział ściskając mu na pożegnanie rękę.

Kiedy Ozierow wsiadał do swego samochodu i potem, kie­dy szybko przemierzał pustawe ulice wydzielonym dla dyg­nitarskich limuzyn pasem, nie mógł się pozbyć wrażenia, że Gorbaczow czegoś nie dopowiedział. Czy naprawdę przywód­ca był z nim do końca szczery? Czy plan „W” nie jest już przypadkiem skazany na zagładę, a on sam na zesłanie do prowincjonalnych koszar w Kazachstanie? Wszak Jakowlew był gościem Gorbaczowa wtedy na Kremlu, i to przed Ozierowem. Dlaczego teraz gensek umywał ręce spychając wszelkie decyzje na garstkę ludzi oddanych Ozierowowi, kiedy wie­dział dobrze, że przeciw niemu jest trzy czwarte KGB i ca­ła GRU. Czy naprawdę nie mógł, czy też nie chciał się przeciwstawić grupie wojskowych? I z jakich pobudek to czynił: dlatego, że bał się obalenia tej pierwociny demokracji, jaką tu zaszczepił, czy też dlatego, że zrezygnował z demokracji i przygotowywał się do objęcia dyktatury? Zresztą dla Ozie­rowa pobudki genseka były mniej ważne od faktu, że zosta­wiał swoich dotychczasowych sojuszników na pastwę orto­doksyjnych bojówkarzy z armii i politbiura, i że wśród tych porzuconych znajdował się on, generał pułkownik, dyrektor Pierwszej Dyrekcji Generalnej, tajny doradca do spraw bez­pieczeństwa, Iwan Władimirowicz Ozierow.

Postanowił z całą mocą, że nie pozwoli się pożreć, choć go już na pożarcie, być może, skazano.

*

Agent CIA był pracownikiem pionu radcy handlowego ambasady USA w Warszawie. Przedstawił się jako John Halley. Sam znalazł Walczyka we foyer Sali Kongresowej podczas przerwy koncertu Toshiro Akimoto, młodego japońskiego pia­nisty, jednego ze zwycięzców tegorocznego konkursu Fryde­ryka Chopina. Walczyk był śmiertelnie znużony. Pierwsza część koncertu składała się z utworu na chór Brahmsa, który w wy­konaniu warszawskich filharmoników, zdaniem inspektora, nadawał się bardziej pod kotlet i sznapsa niż na uroczystość pośród karmazynowych pluszów. Wrażenie powiększał pewien rozgardiasz panujący na sali. Wciąż ktoś się jeszcze przemykał i dosiadał, chrząkał, rozglądał się, szeptał. Na szczęście trwa­ło to krótko i już pojawił się drobniutki Akimoto, nie wyż­szy od fortepianu — jak stwierdził Walczyk — ale potrafiący doskonale wyczarować z instrumentu perełki chopinowskiego brzmienia w koncercie f-moll opus 21. Inspektor rzadko by­wał w filharmonii, nie był znawcą, ani nie był szczególnie osłuchany. Same partie fortepianowe i wszelkie skompliko­wane ewolucje muzyczne związane z Chopinem wsączyły mu się jednak głęboko w duszę przez lata ciągłego wałkowania mistrza przez polskie radio i telewizję, i choć brzmiały swoj­sko to nie budziły w nim szczególnych wzruszeń. Japończyk był doskonały, lecz nie porwał go. Gra młodego pianisty spro­wadzała się do biegłości technicznej i schematycznego akade­mizmu. Jak dotychczas tylko jeden raz Walczyk autentycznie przeżywał dzieła mistrza, kiedy nietypowo interpretował je Ivo Pogorelić, wielki przegrany konkursu sprzed paru lat. Tu Walczyk był wzruszony zaledwie przez parę minut słuchając wspaniale delikatnych fraz skrzypiec i żałował, że jest ich tak mało, a fortepian je zagłusza, bądź brutalnie przerywa.

Publiczność Warszawy popisała się prowincjonalizmem — Akimoto bisował siedem razy i tylko dlatego tak mało, że nie miał siły na więcej — odmówił ósmego bisu mimo nie milknących oklasków oraz skandowań. Widać słuchaczom się wydawało, że mają do czynienia z gwiazdą najwyższego świa­towego formatu, a nie początkującym wirtuozem, który wy­grał pierwszy w życiu poważniejszy konkurs organizowany dla pianistycznego narybku.

Walczyk doszedł do wniosku, że albo się nie znają na muzy­ce, albo cena biletu jest za wysoka i czują niedosyt. Dostali za mało za te pieniądze. Walczyk miał nadzieję, że Amerykanin zjawi się właśnie teraz, a nie na koniec całości, bo nie miał ochoty wysłuchiwać symfonii d-moll Francka z równie nie­zliczonymi bisami. I rzeczywiście zjawił się. Miał młodą chło­pięcą twarz, sprawiał wrażenie niezbyt rozgarniętego, poru­szał się niezgrabnie i ciężko, choć na oko nie miał nadwagi. Jakby go z trudem odlano lub ociosano z jakiegoś ciężkiego minerału, pozostawiając zbyt wypukłe wargi, olbrzymie kości policzkowe i przerysowane łuki brwi wystające poza linię nieforemnie sklepionego czoła. Czarne kędziory przydługich włosów, krzywe nogi i kiepskie ubranie wyróżniały go raczej z tłumu, niż weń wtapiały. John Halley doskonale mówił po polsku, bez śladu akcentu. Poprosił o ogień i podał hasło. Walczyk zamiast ognia poczęstował go papierosem, to była cała odpowiedź.

—  Dobry koncert — zauważył Amerykanin z szerokim uśmiechem.

—  Tak, fantastyczny — stwierdził Walczyk z nutą ironii. — Ciekawe, czy jak ten Akimoto zostanie prawdziwą gwiazdą, to będzie musiał bisować siedemdziesiąt siedem razy?

—  Też pan liczył bisy? — Halley zaśmiał się, złapał dow­cip. — Tu ma pan wszystko, co jest interesujące na temat je­go występu — powiedział wręczając Walczykowi program. Walczyk wziął program i uśmiechnął się słabo.

—  Dziękuję w imieniu wszystkich miłośników muzyki po­ważnej z naszej firmy.

—   Są tam też informacje o następnych koncertach… — Halley zamilkł, bo zbliżył się do nich dystyngowany staru­szek i zgasił niedopałek w popielniczce.

—   …Mamy doniesienia, że interesujące nas działania — kontynuował, gdy tamten się oddalił — wkroczyły w decydu­jącą fazę. Lada dzień nastąpi przełom. I jeszcze coś… — Amerykanin zatrzymał Walczyka widząc, że zamierza odejść i zni­żył głos. — Szykuje się duży przerzut złota albo diamentów do waszego kraju. Tym razem to nie tranzyt. Stacja docelowa Warszawa. Nadawca Moskwa. Przesiadka w Wilnie, Mówi się, że to fundusze operacyjne pewnej utajnionej struktury dzia­łającej na styku Kolegium i Sztabu Armii.

—  To fantastyczne! — Walk był autentycznie zaskoczony precyzją i skalą wiadomości posiadanych przez amerykański wywiad.

—  Ja też tak sądzę. Nie przypuszczałem, że w Warszawie działa tak operatywny gang. Oczywiście partyjny gang, wspomagany po partyjnej linii z Moskwy. A pan?

Inspektor pokręcił przecząco głową.

Zadzwonił dzwonek i Halley poszedł na salę, zaś Walczyk skierował się do szatni.

Inspektor był niezadowolony ze swojego poloneza. Za bar­dzo rzucał się w oczy. Jechał za Rusinkiem od samego Intraco. Mężczyzna w fioletowym podkoszulku pod szarą mary­narką (co za fatalne przyzwyczajenie!) wsiadł do granatowego volvo i kierował się chyba poza miasto. Walk miał go na ce­lowniku od tygodnia. W tłoku śródmiejskim łatwo się było jakoś ukryć, ale gdyby wyjechali na szosę, śledzenie Rusinka stałoby się skomplikowane, nawet przy jego zawodowej klasie, niemożliwe.

Równolegle do „prywatnego” śledztwa postępowały dzia­łania związane z informacją Halleya. Dyrektor BAI powie­rzył tę sprawę Walczykowi, delegując drugiego inspektora wy­działu śledczego Klempicza do obserwacji poczynań zwolnio­nych z pracy w SB oficerów zarówno wyższych, jak i niższych rangą, a związanych z wywiadem, kontrwywiadem, „trójką” i „czwórką”. Walk od razu polecił dostarczyć sobie wykaz ewentualnych podejrzanych, którzy mogliby być w Warsza­wie odbiorcami dużych ilości złota lub diamentów. Nie dziwi­ło go, że taki gang się uformował, jak na razie wolny rynek w Polsce był bowiem rynkiem pośredników a pośrednictwo jubilerskie to najbardziej zyskowny rodzaj operacji handlo­wych. Pytanie na co miały iść pieniądze z tego obrotu złotem i diamentami. Było tam blisko kilku do niedawna towarzyszy partyjnych z PZPR i kilku ludzi z WSI, i paru Esbeków. Czy to tajny fundusz nowej Socjaldemokracji, czy może kapitał zakładowy kilku nowych spółek młodego żarłocznego, mieszanego polsko-ruskiego kapitalizmu po czerwonej linii. Z dostarczonego przez Halleya programu „koncertu” Walczyk wyczytał, że wysoko zakonspirowany agent amerykań­ski o kryptonimie Zachary przekazał z Moskwy wiadomość o ostrej konfrontacji wewnętrznej w KGB i armii, podziałach w politbiurze, planowanej kontrofensywie przeciw Gorbaczowowi i uruchomieniu podwójnej operacji mającej na celu wpłynąć na kształt wyborów prezydenckich, a w drugiej fa­zie parlamentarnych, w Polsce. Poinformował też o pogłos­kach, że stanowisko Moskwy w sprawie wycofania wojsk so­wieckich znad Wisły ulegnie usztywnieniu i proces zostanie zamrożony. Pojawiają się też publicznie głosy, że ZSRR nie stać na zasilanie w ropę i gaz byłych satelitów w sytuacji, kiedy na wewnętrznym rynku brakuje paliw i energii. Chyba, że po nowych kapitalistycznych cenach, dziesięć razy drożej. We­dług ustaleń agenta poglądy tego typu są rozpowszechniane ze źródeł zbliżonych do kół wojskowych.

Trzeba było przyznać, że CIA doskonale wywiązywała się jak na razie z nieformalnej umowy o wzajemnym dostarcza­niu danych, a ich Zachary był rzeczywistym skarbem. UOP przydałby się ktoś taki w Moskwie, ale Kreml zrobił się ostrożny. Od piętnastego sierpnia nawet ci pracownicy amba­sady polskiej, którzy do wczoraj byli zagorzałymi popleczni­kami Moskwy i najbardziej służalczymi wasalami, tak że w końcu placówka na wschodzie stała się dla nich praktycznie rodzajem politycznego azylu, od tej daty nie byli dopuszcza­ni do żadnych ważniejszych źródeł informacji. Urząd wnios­kował pośrednio, między innymi i z tej przesłanki, że szyku­je się coś dziwnego, być może wrogiego wobec Polski, ale poza tym wywiad był bezradny.

Volvo Rusinka zasygnalizowało nagle skręt w prawo i zje­chało na chodnik. Walczyk przejechał obok i zaparkował o kilka wozów dalej. Obejrzał się do tyłu. Potężny zabijaka wszedł właśnie do gabinetu kosmetycznego ORNO. „Masaż czy mani­cure?”, zastanawiał się inspektor. „Czy może skrzynka kon­taktowa”. Pozostawało czekać cierpliwie.

Kolejne trzecie zebranie Grupy Antykryzysowej, powoła­nej przez dyrektora Biura Analiz i Informacji na polecenie ministra spraw wewnętrznych odbyło się wczoraj w nocy, w prywatnej willi pod Warszawą, niedaleko rządowego ośrod­ka w Jadwisinie. Grupa miała wciąż niepełny skład. Do dwóch pracowników kontrwywiadu pułkowników Kotlara i Łepkowskiego zasłużonych w ujawnionej, choć nie dokończo­nej pełnym sukcesem, sprawie „Bankiera”, oraz dwóch logistów z Biura Analiz dołączył major Paliszewski z wywiadu, major Głownia — szef sekcji specjalnej, inspektor Klempicz z Wydziału Śledczego i oczywiście z tego samego wydziału Walczyk. Każdemu z wymienionych miały podlegać ponadto od­powiednie sekcje pionów „W” i „T”. Brakowało jednego z oficerów wywiadu, który miał podobno uporządkować swo­je sprawy i niebawem dołączyć do pozostałych. Walczyk podej­rzewał, że wynikły jakieś kontrowersje wokół kandydatury drugiego oficera z „jedynki” i stąd zwłoka.

Dopiero wczoraj przedstawiono im pełny raport o sytuacji oraz poinformowano o szczegółach akcji, w której biorą udział. W skromnym pokoju bawialnym willi po wykładzie Roberta Szklorza zapadło pełne napięcia milczenie. Walczyk, podobnie jak inni, był przygotowany na podobny rozwój wy­padków, jednakże spodziewał się kontrataku komunistów później, na wiosnę 1991 roku. Sądził również, że KGB nie zdo­ła się zmobilizować wcześniej niż upora się z wewnętrznymi kłopotami w ZSRR, których przecież mieli teraz w nadmia­rze. Widać tamci uznali Polskę za ważne ogniwo, mające wielki wpływ na rozwój wypadków międzynarodowych i we­wnętrznych w ZSRR. „Cóż, trzeba będzie stawić im czoła!”, pomyślał. „Nie jest dobrze w Urzędzie, skoro jestem tu ja ściągnięty z Krakowa, Kotlar z Gdańska, Paliszewski ściąg­nięty pospiesznie z Wrocławia, logista Bender wyrwany z urlo­pu na Majorce, a całą grupą kieruje Robert Szklorz. Wrażenie inspektora pogłębiło się, kiedy Szklorz poinformował ich o propozycji wykorzystania półamatorów z PW do akcji bez­pośredniej, przejęcia dokumentów od Ukraińców.

Łącznikiem miał być człowiek wyznaczony przez Marcina Korcza, co prawda były policjant, spadochroniarz, a potem ochroniarz samego Przewodniczącego (dopóki się nie poprztykał z szefem ochrony najważniejszej wtedy osoby prywatnej w całym obozie socjalistycznym), ale jednak nie mający do­świadczenia wywiadowczego, po prostu żaden agent.

Oznaczono go kryptonimem B. B. Miał do spełnienia ogra­niczone zadanie: odbiór dokumentów w Wilnie i przekaza­nie ich w Leningradzie dyplomacie podróżującemu ze Sztokholmu i Helsinek do Moskwy. Zdaniem Walczyka pomysł, by mikrofilm wrócił do Moskwy i stamtąd wyleciał do Warsza­wy z normalną pocztą dyplomatyczną, był sprytny. Szmuglowanie go przez przejścia samochodowe czy kolejowe było niepotrzebnym ryzykiem. Tylko poczta dyplomatyczna z Mos­kwy miała zagwarantowaną stuprocentową nietykalność.

Walczyk od początku wiedział, że przydzielono go do zadań na miejscu, toteż nie poświęcał temu wątkowi większej uwa­gi. Dotarło do niego jedynie, że wystawiając B. B. jako akty­wistę Partii Walki Marcina Korcza rząd będzie miał pole manewru i w razie czego oficjalnie zaprzeczy jakimkolwiek swoim powiązaniom ze sprawą.

Dużo bardziej zajmowała go sprawa diamentów i jej związek z kampanią wyborczą oraz ewentualną akcją KGB na terenie Polski, w ogóle kwestia nielegalnego finansowania partii z zagranicy wschodniej, a także ewentualny związek z tymi dwo­ma sprawami zabójstwa Zuzanny Grabież w Krakowie, która być może natrafiła na jakieś aktualne ślady w tej właśnie materii.

Narada trwała prawie do rana i każdy z nich wyjechał z Jadwisina z gotowym planem operacyjnym. Zabezpiecze­niem operacji wileńskiej miał się zająć pułkownik, którego się dokooptuje i to był jedyny nie do końca załatwiony punkt programu.

Walczyk dowlókł się do hotelu wyczerpany, zdrzemnął się na dwie godziny, o siódmej rano wziął prysznic, wypił podwój­ną kawę i zaraz wydał polecenie, które miał od dawna na myśli. Pod „Sezamem” ustawił dwóch wywiadowców, którzy mieli fotografować wszystko i wszystkich przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, a kiedy tylko pojawi się Rusinek, zaraz zawiadomić o tym Walczyka.

Była środa i od rana inspektor rzucił się w wir pracy rozsyłając ludzi, by węszyli po mieście, rozpytywali się wśród swoich informatorów, zachowując najdalej posuniętą ostroż­ność, o ewentualnych odbiorców złota lub diamentów. Sam zastanawiał się nad problemem, kto z dostarczonej mu przez ich człowieka w komendzie policji listy, mógłby najbardziej pasować na bossa tak kolosalnego przedsięwzięcia. Niewyklu­czone, że go na liście nie było. O dziewiątej przyszli mu do głowy fałszerze dokumentów i ten trop również polecił spraw­dzić swojemu asystentowi. Ktoś pewnie wyrabiał ostatnio fał­szywe papiery na Wschód. Sprawdził też czy nie ma jakiejś wiadomości od podkomisarza Sędzikowicza z Krakowa, ale nie było. Wyciągnął więc kartoteki osób umieszczonych na liś­cie i zapoznał się z nimi wszystkimi szczegółowo. Z akt pa­trzyły na niego dziesiątki kaprawych gąb dawnych waluciarzy, nielegalnych handlarzy, przemytników, paserów, oszus­tów, sutenerów i złodziei, którzy w ostatnich czasach wyro­śli na osoby podejrzane o prowadzenie zorganizowanej dzia­łalności przestępczej na większą skalę.

O jedenastej zawiadomiono go, że podejrzany Rusinek wszedł do biura „Sezam”. Walczyk natychmiast tam pojechał. I oto teraz śledzony przez niego morderca wychodził wreszcie z gabinetu odnowy ORNO i wsiadał do swojego samo­chodu.

Jechali ulicą Puławską. Walczyk sprytnie lawirował po trzypasmowej jezdni, nie wypuszczając spod kontroli szybko ja­dącego volvo. Nie dysponował tyloma ludźmi, by móc przydzielić Rusinkowi osobistego anioła stróża — ta część jego działań wykraczała w zasadzie poza zakres prac GA i już po­stawienie pod Sezamem dwóch ludzi mogło zostać uznane za nadużycie prerogatyw. Dyrektor UOP i szef GA Szklorz zostali poinformowani, czym Walczyk się zajmował w Krako­wie, i że główny trop wiedzie do Warszawy, ale Walczyk nie zagłębiał się w szczegóły, bowiem w raporcie, choć nie po­minął nalotu na swoje mieszkanie, musiał. zataić przebieg spotkania z Rzeźnikiem.

Walk uruchomił radio i połączył się z biurem.

—  Sprawdźcie, czym się obecnie zajmuje spółka detek­tywistyczna „Sezam”. Jakie mają otwarte zlecenia?

— Rutynowo?

— Tak, ale dyskretnie. Najlepiej niech tam idzie Jowgiłło. Jest tam gdzieś?

—  Jestem panie inspektorze — odezwał się jego asystent.

—  Ozłocę cię, jeżeli ustalisz, kto jest przydzielony do ja­kiego zadania.

—  Postaram się, ale od złota wolę butelkę dobrego ko­niaku.

—  Masz ją — stwierdził z zadowoleniem Walczyk. — Tylko ich nie spłosz.

—  Zrozumiałem. Koniec. — Radio miauknęło i wyłączył się.

Tymczasem mijali właśnie pokraczną konstrukcję zanied­banej skoczni narciarskiej na igelicie wyrosłej na tej nizinie w czasach, gdy nieomylnym przywódcom narodu wydawało się, że wszystko im się uda przenieść do stolicy łącznie z Wa­welem i Tatrami. Zbliżali się do skrzyżowania z Wilanowską i aleją Niepodległości. Walczyk zastanawiał się czy volvo skręci teraz, czy też pojedzie prosto. Na wszelki wypadek przyspieszył, żeby nie zostać za bardzo z tyłu. Każde świat­ła mogły być groźne. Z jednej strony przytrzymywały szyb­ki wóz Rusinka, z drugiej uwidaczniały ciągnącego się za nim stale o jakieś dwa, trzy samochody czerwonego polone­za. Tamten wybrał kierunek dotychczasowy, ale już kawa­łek za skrzyżowaniem niespodziewanie skręcił w prawo. „Wyścigi?” pomyślał Walczyk i uświadomił sobie od razu, że środa to dzień gonitw. Podczas gdy Rusinek podjechał pra­wie pod główną bramę, Walczyk zaparkował na samym skraju rozległego terenu i dalej poszedł piechotą.

Dobra pogoda ściągnęła sporą widownię na dzisiejsze wy­ścigi. Walczyk kupił bilet i z programem w ręku skierował się do kas, gdzie spostrzegł cierpliwie studiującego pierwszą go­nitwę byłego ubeka. Z daleka obserwował spokojne, flegmatyczne ruchy tamtego, zdecydowany chód, wyprostowaną sylwetkę. Bez trudu rozpoznawał w nim zawodowca, ale nie bardzo docierał do niego fakt, że ten człowiek ma na swym koncie tyle fachowych zabójstw. Karat. Dlaczego Karat? Do­brze opanował tę dziedzinę sztuki walki? Inspektor postano­wił (zaraz jak tylko będzie mógł) przesłać do Krakowa ryso­pis Rusinka i poprosić Sędzikowicza, żeby sprawdził wszystkie krakowskie szkoły sztuki walk Wschodu. Dobre miejsce kon­taktowe dla kogoś takiego. Mógł się tam zahaczyć jako in­struktor, a wtedy któryś z jego „uczniów” mógłby być tym drugim, małym, sprawnym o dłoniach poruszających się tak szybko jak śmigła helikoptera i nie mniej twardych niż stal.

Rusinek oderwał się od pulpitu i podszedł do kasy, wyjmując z kieszeni szarych spodni z nienagannym kantem gruby portfel wypchany pięćdziesiątkami i setkami. „Nie musi oszczędzać”, pomyślał Walk. — „Grywa regularnie czy ma takie wysokie honoraria?! Raczej to drugie”. Walk rzu­cił okiem na program, na chybił trafił wybrał dwa konie i stanął w kolejce za zabójcą. Trochę sobie wyrzucał ten szus, powinien się był trzymać bardziej z daleka. Karat kupił trzydzieści razy kolejność 5—7. Dziwne było stać za pleca­mi mordercy, mieć go na wyciągnięcie dłoni, a do tego kaj­danki w kieszeni, mieć duży stopień pewności, że to on bru­talnie skopał po brzuchu tamtą młodą kobietę, a następnie zacisnął pętlę na jej szyi, stać tuż za tym olbrzymem, wpa­trywać się w jego pulsujące pod szarą marynarką mięśnie, w gruby czerwony kark i nie móc go tknąć palcem, obcho­dzić jak zgniłe jajo, czaić się, kamuflować, podczas gdy miałoby się ochotę natychmiast własnoręcznie wymierzyć spra­wiedliwość. Ale wiedzieć, a udowodnić coś, to wielka różnica.

—  Słucham pana? — powtórzyła po raz drugi kasjerka. Koniecznie  powinien    powściągnąć nerwy.  Niecierpliwość i porywczość to dwaj najwięksi przeciwnicy każdego śled­czego. — Słucham pana?!!!

—  Pięć razy to samo co ten gość przede mną   —   rzucił w końcu.

Karat pakujący plik zakładów do kieszeni obejrzał się i obrzucił go leniwym, taksującym spojrzeniem, a potem po­częstował ironicznym uśmieszkiem znawcy, co odkrył nowi­cjusza. Odwrócił się na pięcie i pożeglował lekko kołyszącym się krokiem na trybuny. Rozległ się dzwonek. Za chwilę zamkną kasy. Walczyk złapał swoje kupony i z wolna ruszył za mordercą.

Stawro nie lubił spotkań w eksponowanych miejscach. Właśnie zaczęła się gonitwa na 2400 metrów dla trzylatków angielskiej krwi. Przyszedł tu z Danką. W końcu były to ich ostatnie trzy dni, a wszystko co miał do załatwienia to wrę­czyć Karatowi kopertę z nowymi dokumentami i biletem. Danka wyglądała prześlicznie i przez cały czas siłą się po­wstrzymywał, żeby jej nie obejmować. Rozbudzała w nim niezmiennie mrocznego samca skuczącego z pożądania. Lubił to uczucie — wzburzona krew — podobnie jak w tych krót­kich chwilach, kiedy z bakiem pełnym beznedryny albo płótnem w podwójnym dnie walizki przekraczał barierkę na cle. Nie potrafił żyć słabo. Jego natura domagała się zawsze silnych bodźców, a z biegiem czasu musiały się one stawać coraz mocniejsze, by wywołać ten sam efekt. Zupełnie jak z heroiną albo innym narkotykiem.

Bomba już poszła w górę, kiedy poczuł, że obok siada ktoś zwalisty, rzucający potężny cień. Gonitwa miała zaska­kujący przebieg. Numer trzy, Amor, piękny kasztan o łabę­dziej szyi, prowadził aż do ostatniej prostej. Wygrał w tym roku wszystkie swoje starty i był pewniakiem. Na sto me­trów przed metą wciąż był jeszcze o dwie głowy przed ści­gającą go parą czarnych jak smoła derbistów ze stadniny w Golejewku, Cezarem i Piłatem oznaczonych numerami „7″ i „5″. Mały jak pchełka dżokej Bujdens w kraciastej koszuli dwoił się i troił, ale na celowniku piątka wzięła go o łeb, a po chwili niepewności fotokomórka ustaliła, że drugi był Cezar, numer siedem. Lewatywa dał Dance drugą setkę, żeby postawi­ła na kolejną gonitwę.

Walczyk obserwował z zainteresowaniem Rusinka, który mimo że wygrał kupę forsy, wcale nie zrywał się i nie biegał do kasy tylko siedział nadal nieruchomo. Piękna dziewczyna w białej plisowanej spódniczce będąca tu najwyraźniej z sąsiadem tam­tego dostała pieniądze i ruszyła do kasy. Walczyk natężył uwagę, by nie uronić teraz najmniejszego szczegółu. Młody człowiek o jasnych włosach siedzący obok Karata dyskretnie podał mu kopertę. Rusinek schował ją do kieszeni. Nic więcej, nie wy­mienili nawet jednego zdawkowego zdania. Dopiero teraz właściciel fioletowego podkoszulka podniósł się i niespiesznie skiero­wał do wnętrza budynku. Tamten został na swoim miejscu. Ża­łował, że jest sam, że nie ma przy sobie aparatu fotograficzne­go a radio zostało w samochodzie.

— Co tu jest grane? — zastanawiał się wstając. — Czy to wszystko jakoś się w końcu splecie czy też rozstrzeli w wielu niespójnych kierunkach?

Była szansa, aby zaopiekować się obydwoma pod warunkiem, że natychmiast nie prysną. Tamten na pewno posiedzi jeszcze jedną gonitwę, a za Rusinkiem może posłać jednego z chłopców czatujących w Intraco. Zdecydował się i szybkim krokiem ru­szył do swojego samochodu. Musiał wiedzieć kim jest ten drugi.

*

Tego samego dnia w Moskwie generał Ozierow otrzymał teleks od porucznika Rudina z Kijowa, że nastąpił kontakt Grynia z Hunzą. Nakazał nie spuszczać komandosa z oka ani przez chwilę. Pudełko miało być zatrzaśnięte na amen i dokładnie niewidzialne. Gra znowu nabierała tempa i zbliżał się ostatni akord. Ozierow czuł, że przez najbliższe noce będzie niewiele spał.

Seria z lewej strony przecięła drzwi ciężarówki. Kierowca dostał! Osunął się bezwładnie na kółko z opuszczoną ku podło­dze ręką, po której w ułamkach sekund spłynęła struga krwi.  Auto zatańczyło ze świstem opon skręcając ku poboczu. Jechało z szybkością około sześćdziesięciu kilometrów na godzinę, kiedy Borys skulił się, uchylił drzwiczki i osłaniając zgiętym przedra­mieniem głowę rzucił się w ciemność. W locie usłyszał drugą serię bębniącą po blachach i brzęk tłuczonego szkła. Przetoczył się kilkanaście razy i odwrócił na wznak. Na szczęście nie trafił na żaden kamień, bo jego kości by tego nie wytrzymały. Przez uderzenie na moment stracił dech i zrobiło mu się ciemno przed oczami. Przestraszył się, że nie zdoła złapać powietrza, którego zaczynało mu panicznie brakować. Wpadł w łan żyta ciągnący się wzdłuż szosy na Homel już od jakichś pięciu kilometrów. Rzadka kołchozowa uprawa tutaj dość dobrze obrodziła, zboże było na tyle gęste i puszyste, że wystarczająco zamortyzowało upadek. Uniósł się na klęczki i dopiero wtedy nastąpił rozkurcz. Oddychał. Ciężarówka toczyła się jak pijana coraz bardziej zba­czając z trasy, podskakiwała na wybojach przechylając się w bok jak ranne zwierzę. Rozklekotana, siała reflektorami w bezkres­ne łany wciąż pędząc na oślep — podrygująca, wymarła łajba na oceanie z żółtoszarych fal. W tym momencie usłyszał, że z lewej ktoś błyskawicznie przedziera się przez niskie przydrożne krzewy porastające z rzadka przeciwległy brzeg szosy. Zaraz potem zobaczył czarny przysadzisty cień w furażerce wydoby­wający się z niebytu na asfaltową powierzchnię, monstrualnie złowieszczy na tle rozgwieżdżonego nieba. Mężczyzna zrobił kilka kroków jakby zamierzał dopędzić umykającą ciężarówkę, która otarła się o betonowy słup na poboczu i jak kula bilardo­wa pchnięta tym słabym impulsem w kierunku środka jezdni toczyła się dalej z martwym kierowcą w kabinie. Bieg napastni­ka był ciężki, jako że dźwigał krótką rurę o kilkunastocenty­metrowej średnicy, którą Gryń rozpoznał od razu. Mężczyzna przyklęknął, wycelował i pociągnął za spust. Pocisk rakietowy runął za uciekinierką z nieprzyjemnym świstem.

Huk detonacji i błysk musiały być zauważalne w promieniu wielu kilometrów. Z ciężarówki buchnęły płomienie — pod postacią chmury czarnego dymu z płonących olejów i gumy uleciała z niej resztka życia — stała się tylko kupą nierucho­mego, bezwartościowego złomu.

Z daleka, widoczny jako dwa białe punkciki nadjeżdżał ja­kiś samochód. Mężczyzna zauważył go i skręcił z szosy ponownie w krzaki. Zapadła wiercąca w uszach cisza przerywana tyl­ko skwierczeniem dopalającego się wraka.

Po chwili blisko płonącej ciężarówki zatrzymała się czarna wołga i wyskoczyło z niej dwóch mężczyzn. Osłaniając się od ognia marynarkami i kapeluszami próbowali zajrzeć do kabiny.

—  Zabili go? — krzyknął jeden.

—  Cholera wie! Tam chyba jest ciało?!

—  Coś tam jest. Ciało? Ciało. Chyba dwa.

—  Jesteś pewien Rudin?!

—  Nie wiem. Tak.

Mężczyźni cofnęli się i zamarli jakby ich zahipnotyzowało to wielkie ognisko a skonstatowany przed chwilą fakt pozbawił sił. To był dobry moment. Borys Gryń, albo jak wolał Dżiryt, zrozumiał, że jeśli ma jakąkolwiek szansę uciec, to właśnie te­raz. Człowiek, który strzelał, jest odgrodzony od niego przez tych, którzy stoją na szosie. Ci, którzy stoją, nie mają zamiaru go zabijać, są zmartwieni. Widział ich ostre profile pogłębione kontrastem ognia i nocy. Ten, który z opuszczonymi ramionami niedowierzająco kręcił głową był chyba bliski płaczu — jakby mu umarła ukochana, a nie spaliła się jakaś obca, bezosobowa ciężarówka. Miał charakterystycznie cofnięty podbródek, czar­ne, krótkie włosy i ormiański nos z garbkiem.

Borys poderwał się znienacka i ruszył kłusem w pole. Po­suwając się szerokimi zakosami szybko oddalił się od szosy. Wiedział, że go zauważyli, że wpatrują się teraz w ciemność nasłuchując, że jego umykająca sylwetka jest zapewne widzial­na dzięki blaskowi bijącemu od wraka. Jednak za chwilę i tak spostrzegliby swój błąd i zaczęli szukać drugiego ciała, a wtedy byłoby za późno. Rozległ się znowu grzechot karabinu maszy­nowego i niemal równocześnie kule zaświstały obok Dżiryta znacząc ciemność świetlistymi smugami żaru; jakby ktoś z pręd­kością dźwięku wyrzucał niedopałki papierosów w żyto, jeden po drugim. Obejrzał się w chwili kiedy tamci dwaj z szosy sku­leni padali w rów. Pomyślał, że nie żyją, ale nie do nich strze­lano tylko do niego. Był widać ważniejszy. Zaraz zresztą rozle­gły się pojedyncze wystrzały pistoletowe. Gryń pędził jak osza­lały, byle dalej od tego miejsca. Na szosie tymczasem rozgorzała regularna bitwa. Kanonada niosła się po pustych, ciemnych po­lach kołchozu. W promieniu piętnastu kilometrów nie było żad­nej zagrody. Jeszcze dalej na południowy wschód ciągnęła się zaś zupełnie nie zamieszkana, całkiem martwa strefa: zona Czarnobyla — Kanał Ukrainy i Białorusi wypalony udarem atomo­wym przez lekkomyślnych władców tej ziemi, bezdusznych biu­rokratów z Kijowa i Kremla, co nie kiwnęli palcem by zapobiec budowie tej bomby jądrowej zwanej atomową elektrownią, i potem nie kiwnęli palcem by uchronić ludzi przed skutkami wybuchu. Ich oportunizm i służalstwo kosztowały dziesiątki za­bitych i setki prawie zabitych choć wciąż jeszcze żywych. Zie­mia leżała martwa, tylko oni ciągle nie byli martwi. Gdzieś tam, daleko, w Moskwie, w Nowosybirsku czy Semipałatyńsku, albo diabli wiedzą gdzie jeszcze, cieszyli się dobrym zdrowiem i try­skali jeszcze lepszym samopoczuciem niż dawniej. I szykowali nowe plagi tej martwej ziemi!

Borys Gryń ściskając w kieszeni mikrofilm pędził, aż cał­kiem stracił siły. Nie wiedział ile kilometrów biegł. Aż całkiem nie ucichły odgłosy kanonady. Chcieli go zabić. To nie ulegało wątpliwości. Nie udało się.

— Szcze nie wmierła Ukraina… — wyszeptał i padł twarzą w zboże. Nie umarł, żył dalej i zbierał siły do dalszego biegu.

*

Niedziela zaobfitowała niesłychaną kondensacją wydarzeń. Dla Walczyka miał to być jeszcze jeden zwykły dzień pracy. Grupa antykryzysowa nie miała niedziel. W laboratorium wywoływa­no kolejne filmy z obserwacji „Sezamu” i inspektor już od siódmej rano, jak codziennie, szturmował ich telefonami. Rusinek pracował oficjalnie dla spółki kantorowo-handlowej „Denar” w charakterze eskorty. Człowiek, który dał mu ko­pertę, został sfotografowany jeszcze tego samego wieczora, we środę, gdy żegnał się ze swoją flamą na Marszałkowskiej. Sam udał się wtedy na Belgijską, gdzie najwyraźniej mieszkał. Walczyk obserwował mieszkanie do północy, aż wreszcie zgasło świa­tło. W spisie lokatorów znalazł nazwisko Niedzielski. Na noc zostawił pod domem wywiadowcę. W kartotekach nie było żadnego Niedzielskiego zameldowanego na Belgijskiej. Walk kazał się budzić w każdej chwili, gdyby obserwowany wykonał jakiś podejrzany ruch. Rusinek obstawiony już teraz przez trójkę wywiadowców udał się na Mariensztat, pod numer czwarty, do swego mieszkania i nie opuszczał go więcej tego dnia. Granatowe volvo stało przed domem.

Noc przebiegała spokojnie, podobnie jak czwartek i piątek a także sobota, które nie przyniosły nic nowego, niestety także w głównej, diamentowej części śledztwa o wiele ważniejszej z punktu widzenia GA.

Kiedy Walczyk brał prysznic, zadzwonił telefon. Oficer dyżur­ny przekazał mu wiadomość od Jowgiłły, że Niedzielski jest in­żynierem budowlanym przebywającym od trzech lat na kontrakcie w Algierii. W jego mieszkaniu nikt nie został zameldo­wany. Walczyk pomyślał, że mieszkanie zostało wynajęte obecne­mu lokatorowi z pominięciem oficjalnej drogi przez spółdzielnię dla uniknięcia korowodów i podatków, co było nagminną prak­tyką w całym kraju. Spisali umowę, forsa z rączki do rączki i po wszystkim. Walczyk był pewien, że mężczyzna z Belgijskiej jest ważnym ogniwem w sprawie. Coś kombinował z Rusinkiem. Co robił? Gdzie pracował? Co znajdowało się w kopercie? Jeżeli był zawodowcem jak tamten, to brak zameldowania byłby dla niego nie wygodny. Kim był? Na pewno nie aktualnym pracow­nikiem jakiegokolwiek pionu UOP ani policji. Mógł jednak być wywiadowcą SB, którego akta zniknęły. To było prawdopodob­ne. Spotkanie na Służewcu miało typowy dla utajnionych kon­taktów przebieg. Żaden z nich nie musiał nic mówić. Wpierw dyskretne oddalenie dziewczyny, potem koperta i wszystko by­ło jasne… Dziewczyna? Coś sobie uświadomił, drobne przeocze­nie, jej mieszkanie na Marszałkowskiej.

—  Sprawdźcie do kogo należy lokal jego dziewczyny. Masz dokładny adres?

—  Tak jest. – Walczyk odłożył słuchawkę i intensywnie rozwa­żając różne warianty wrócił pod prysznic.

W godzinę później, po skromnym śniadaniu w restauracji „Metropolu” — hotelu przylepionego do „Polonii” trochę no­wszą fasadą wychodzącą nie na Jerozolimskie, ale na Marszał­kowską i połączonego z jego hotelem wewnętrznymi przejścia­mi, Walk wsiadł w samochód i pojechał na Rakowiecką.

Na pliku zdjęć z trzech poprzednich dni wręczonych mu przez analityka zakreślono jedną twarz.

Wspólny analityk wydziału kryminalnego Komen­dy Głównej Policji i UOP pracował tutaj od po­nad trzydziestu lat. Ten siwiuteńki staruszek był ży­wą encyklopedią przestępców. Wystarczyło dać nawet nie­wyraźne zdjęcie zrobione z ukrytej kamery nocą i często już na tej podstawie identyfikował bandytę. Na szczęście nikomu nie przyszło do głowy wyrzucać go stąd w ramach nowych porząd­ków i pracował dalej choć miał prawo już dawno odejść na eme­ryturę. Otrzymał zdjęcie od fotografa czterdzieści minut wcze­śniej a teraz trzymał już w ręku kartotekę. Osobą odwiedzają­cą „Sezam” wczoraj o godzinie 9.35 był niejaki Mikołaj Pałka.

—  Kierowca Barabasza z Pruszkowa — powiedział.

—  Barabasza?

—  Piotr Drygała, numer cztery na pańskiej liście. Po znik­nięciu Jeziornego wyrasta na istnego rekina.

—  Jeziornego?

—  Gdzie pan żyje?! — staruszek  pokiwał z politowaniem głową. — Tego od kantorów co wyparował z kilkoma milionami dolarów w RFN. Rok temu podejrzewano, że jest zamieszany w przemyt brylantów z Rosji. Miał je niby przerzucać na Zachód, takie pośrednictwo, żadnych dowodów. W śledztwo wmieszał się kontrwywiad i wtedy delikwent zniknął. Chyba zwiał. Sprawę prowadził pułkownik Kotlar.

—  Kotlar? — zdziwił się Walk. — Dziękuję panu.

Chyba szukał czegoś innego a znalazł co innego! Czyżby trybiki zaczęły się zazębiać? Co miał wspólnego „Sezam” z Dryga­łą, Drygała z Jeziornym, brylanty z diamentami, Rusinek z nieznajomym z Belgijskiej, a krakowska dziennikarka z tym wszystkim? W takie zbiegi okoliczności Walczyk nie wierzył od dzieciństwa. Popędził do biura, gdzie czekał już na niego przy­dzielony mu aspirant Jowgiłło, kompletny żółtodziób wprost ze szkółki, energiczny chłopak z Sejn, po ojcu pół-Litwin o rudych jak płomień włosach, pasujących bardziej do Irlandczyka. Nie był doświadczony, ale energiczny i chętny, wystarczająco inteli­gentny, żeby się nim czasami wyręczyć. Zdążył już przeprowa­dzić wywiad środowiskowy na Marszałkowskiej, to znaczy pogadać z dozorcą wieżowca. Co prawda nikt się tu nikim nie in­teresował, a dozorca nie interesował się nawet kawałkiem chodnika jaki miał do posprzątania, ale właściciela mieszkania numer 265 pamiętał akurat doskonale. Rysopis się zgadzał. Fa­cet miał bielusieńką jak śnieg corollę, dbał o nią i pozwalał do­zorcy regularnie myć za parę groszy, w sam raz na butelkę najtańszej wódki, bez której cieć nie umiał żyć. Trwało to dokład­nie od czasu kiedy „pan Roman” kupił tu sobie mieszkanie.

—  Więc jak się w końcu ten facet nazywa?! — nie wytrzymał Walczyk.

—  Roman Stawro. Nie notowany — zakończył przydługą re­lację Jowgiłło.

—  Wywiadowca ze starego portfela?

— Raczej nie. Jeżeli, to do tego stopnia tajny, że wszystko po nim zaginęło, nawet pamięć ludzka.

—  Sprawdzałeś? Dokładnie?… Z kim mówiłeś?!

Ojej, panie inspektorze — zniecierpliwił się aspirant. — Z Mrówczykiem.

—  No tak. Jak on nie słyszał to nikt nie wie. Masz jego da­ne? Obrażony Jowgiłło podał mu kartkę, wyciąg z ksiąg mel­dunkowych. Ostatnio wielu ludzi miało Walczyka dość.

—  Dwa mieszkania — myślał Walczyk. — W jednym miesz­ka z dziewczyną. Drugie wynajął, żeby być sam, gdy to ko­nieczne. Od trzech dni tam właśnie sypiał. Przygotowanie do akcji?… Lat 32, rozwiedziony, jednego  dziecko, chłopiec lat sześć, Maciej…

Inspektor nie tracił czasu na zbędne rozważania. Zajął się raportami innych wywiadowców. Niestety, cała reszta pionu jakby dreptała w miejscu przed niewidzialnym murem. Żadnych wiadomości na temat paszportów, zaproszeń, wiz, szmuglu złota, kamieni szlachetnych czy broni. Kompletnie nic. Porozumiał się z inspektorem Klempiczem. Stamtąd także nie napłynęły żadne nowe fakty mogące ujawnić powiązania byłych ofi­cerów z jego częścią śledztwa. Obserwacja prowadzona przez ekipę Klempicza może potrwać miesiąc i więcej i przyniesie coś albo nic. Przedwczoraj odbił notatki Grabież na ksero i dał specjalistom od szyfrów, żeby spróbowali zmontować jakiś program i złamać tekst.

Tych też poganiał, ślęczeli prawie nie wychodząc do domu i mieli inspektora powyżej uszu. Ludzie usuwali mu się z drogi. Nerwy miał napięte jak postronki i łatwo wybuchał. Dosłownie warczał, kiedy ktoś z czymś nie zdążył na czas, albo wchodził mu w paradę. Dzisiejsza informacja analityka o kierowcy Dry­gały i o samym Drygale-Barabaszu była najcenniejszą zdobyczą całego zespołu. Chyba dlatego Walczyk uczepił się jej jak rzep. Wpił się wszystkimi pazurami w ten strzępek podejrzeń, jak po­rzucony kochanek wpija się w strzęp ciśniętego na odczepne współczucia. Ślad, którego być może nie ma. Jowgiłło wyszedł. Walk pomyślał, że to dziwne — Rusinek zatrudniony jako eskorta niczego jakoś ostatnio nie eskortował.

Przez cały czas Walczyk intensywnie spodziewał się także ko­lejnego zamachu na swoją osobę. Ciągle zwlekał z przeniesie­niem się z hotelu, choć proponowano mu przeprowadzkę do jed­nego z mieszkań operacyjnych. Tamci na pewno orientowali się, gdzie go szukać. A jednak ucichli. Dlaczego?! — pytał sam sie­bie i nie znajdował zadowalającej odpowiedzi. Przez chwilę, gdy myślał o Krakowie mignęła mu szczupła, dziewczęca sylwetka, łabędzia szyja i diabełkowate spojrzenie, ale zaraz to wszystko zgasło jak płomień zdmuchniętej świecy.

Drzwi się otwarły i Jowgiłło wetknął w szparę wyciągniętą rękę z szarą kopertą dużego formatu i zaraz potem głowę zwieńczoną płomienistą czupryną.

— Poczta dla pana! — rzucił. Walk wstał niechętnie. Ode­brał plik. Jowgiłło znowu zniknął, zostawiając go samego. Prze­syłka z UOP w Krakowie. Rozdarł papier. W środku inna, mniejsza koperta z żółtego kartonu, z licznymi znaczkami. Ze Stanów Zjednoczonych? Tak! Wziął z biurka nóż do papieru i rozciął ją ostrożnie. Na blat wypadł list i kilka kartek spiętych grubszym spinaczem. List był od Krzysztofa Lacha. Walczyk uważ­nie przeczytał list po czym w podnieceniu zaczął przeglądać do­łączone kartki. Były zapisane gęsto, drobnym dobrze mu znanym charakterem kobiecego pisma. To było pismo Zuzanny Grabież! Wczytał się w drobny maczek zachłannie, jakby chciał go pożreć… A więc przyszedł ten list zza grobu. Zemsta dziennikarki!

Po dwóch godzinach Jowgiłło zastał go dokładnie w tej sa­mej pozycji, pochylonego nad kluczem do notatnika. Widząc gorączkowo wertującego stronice Walczyka asystent zatrzymał się niezdecydowany w progu.

—  Panie inspektorze? — zapytał nieśmiało.  — Coś nie w porządku? – Walczyk uniósł głowę i popatrzył na niego nieprzytom­nym wzrokiem.

—  Od dziesięciu minut usiłują się z panem połączyć. Nie od­biera pan telefonów?

—  Co? — Walczyk ocknął się i dopiero teraz dostrzegł pulsu­jące czerwone światełko w aparacie.

Na linii były obie ekipy obserwacyjne. Rusinek  opuścił mieszkanie przy Mariensztacie. Stawro w tym samym czasie wsiadł w corollę i kręcił się po mieście. Zachowywał się dziw­nie, jakby sprawdzał czy kogoś za sobą nie ciągnie. „Zorientowali się?!” — przestraszył się Walczyk.

—  Kieruje się teraz na most Poniatowskiego. Odbiór!   — zaskrzeczał wywiadowca w interkomie.

—  Odebrałem. Jadę za wami! — rzucił inspektor. — Bądź w stałym kontakcie! Nie zgub go! — Popędził do samochodu skacząc po dwa stopnie.

—  Zjeżdża ślimakiem na Wioślarską. — Usłyszał w osobi­stym radiotelefonie, kiedy sięgał już do klamki poloneza. Wsiadł, przekręcił kluczyk w stacyjce i przełączył na wewnętrzne radio.

—  Tu 017 — odezwał się drugi wywiadowca. — Obiekt za­trzymał się pod halą Mirowską. Wysiada. Jesteśmy na parkin­gu. Szeląg pójdzie za nim.

—  Ostrożnie. To spec wysokiej klasy. Sprawdza nas. Za mało ludzi! — zaklął w duchu. — We trzech nie zrobią porząd­nego pudła. Zauważy ich, albo im zniknie. To nie był przypa­dek, że po trzech dniach „usypiania” jak na komendę, o jednej godzinie tamci ruszyli z kopyta.

Na placu Unii Lubelskiej skręcił w aleję Pierwszej Armii Wojska Polskiego. Taki kierunek dawał mu spore pole manewru. Jeżeli Stawro pojedzie na południe, inspektor skręci w Tra­sę Łazienkowską i przetnie mu drogę Agrykolą, albo złapie ja­dąc Alejami Ujazdowskimi i potem w Gagarina. Jeżeli ucieka­jący ruszy na północ, albo do Śródmieścia, wtedy Walczyk będzie miał szansę szybko znaleźć się na Jerozolimskich pod Domem Partii, albo dalej dopadnie go na Świętokrzyskiej.

—  Skurczybyk! — odezwał się głos z radia. — Zawraca. Ściął trawnik. Musimy zrobić   koło do najbliższej przełączki albo się ujawnić.

— Rób koło! — rzucił Walczyk poirytowany. „Co im przychodzi do tych zakutych łbów: Ujawnić się!

—  Wraca w stronę mostu. Może Wybrzeże Kościuszkow­skie?

Mimo niedzieli i dosyć wczesnej godziny ruch panował na ulicach duży. Była fantastyczna pogoda i wydawało się, że każ­dy mieszkaniec stolicy przyjął sobie za punkt honoru ten pier­wszy październikowy weekend spędzić na przejażdżce, choćby do Łazienek. Walczyk od razu zrozumiał, że pościg nie da rezulta­tu, jeśli nie zastosuje specjalnych metod. Wystawił koguta na dach. Migocąc na niebiesko i pracując zawzięcie klaksonem przebił się przez plac Na Rozdrożu nie zważając na światła na skrzyżowaniu. Rzucał się co prawda w oczy, ale do Stawry by­ło jeszcze daleko, jak się zbliży zlikwiduje koguta, a póki co to jedyna szansa szybszego poruszania się przez ten galimatias. Manewrował między czerwonymi autobusami komunikacji miejskiej i prywatnymi samochodami z wprawą rajdowca. Nie schodził poniżej osiemdziesiątki.

—  Wybrzeże Kościuszkowskie — zameldował 027. — Zbli­żamy się do mostu. A więc tamten nie skręcił na lewy brzeg Wisły. Minął Piękną, dojeżdża do placu Trzech Krzyży. Już wiedział co robić. Byle tylko nie przegapić tamtego w potoku innych samochodów. Przy „białym domu” zdjął koguta i niczym nie wyróżniając się spośród innych   samochodów   wjechał na rondo. Potem skręcił w Nowy Świat.

—  Tu 017. Obserwowany opuścił  halę Mirowską i idzie piechotą wzdłuż Marchlewskiego. Ma ze sobą dużą torbę po­dróżną.

—  Skąd ją wziął?

—  Na chwilę się zgubił przy stoiskach na górze. Potem już ją miał. Nie mogłem podchodzić za blisko. Prawdopodobnie wziął ze stoiska z częściami samochodowymi. Musi tam mieć kontakt.

Zamknięcie ruchu w Nowym Świecie spowodowało, że jeździły tu tylko autobusy komunikacji miejskiej i taksówki oraz nieliczne samochody osobowe czy dostawcze. Walczyk docisnął ga­zu. Oczywiście napatoczył się zaraz palant z drogówki przy­czajony za furgonetką z ciastkami przy Bliklem. Inspektor nie zamierzał się zatrzymać. Docisnął pedał jeszcze mocniej, nie tracąc czasu na zbędne gadki. Na wszelki wypadek zawiadomił centralę, żeby drogówka dała sobie spokój i nie urządzała przy­padkiem pościgu z dzikim wyciem i strzelaniną.

—  Jedzie Tamką w górę — meldował 027 — Teraz zwolnił. Walczyk pomyślał, że już im się nie wymknie. Zwolnił, bo się uspokoił. Wydarzenia przybrały jednak zaskakujący obrót.

Walczyk skręcił w Świętokrzyską i zaparkował z boku wypatrując corolli. Zamiast tego doczekał się tylko poloneza 027. Corolla wyparowała. Walczyk wściekły wyskoczył z samochodu.

—  Gdzie go macie?!

—  Tu go nie było?

—  Cholera! Jak mógł wsiąknąć? Przywarował. Sprawdzę wszystkie przecznice na lewo, do Foksal, a wy jedźcie do wylotu Oboźnej na Krakowskie Przedmieście. Musi tu być!

Ordynacka, Gałczyńskiego, Okólnik to kilka małych uliczek o niskiej zabudowie zwartej, trzy-, czteropiętrowe kamienice. Nie zajęło mu wiele czasu sprawdzenie ich. Drugi wóz posuwał się w dół Oboźną. W sumie mieli do przeczesania niewielki fragment terenu i zdawało się niemożliwe, żeby corolla wy­mknęła się nie zauważona. A jednak tak właśnie się stało. Ślad się urwał. Corolla zniknęła. Po krótkim wahaniu kazał ekipie z 027 przetrząsać podwórka, a sam ruszył za drugim podejrza­nym. Rusinek stał się ostatnią nitką i głupio byłoby wypuścić go z rąk. Połączył się z 017.

—  Co u ciebie 017?

—  Zbliżamy się do Dworca  Centralnego.  Mamy go cały czas w zasięgu. Nie spieszy się.

—  Zaraz dołączę do was — rzucił Walczyk i ponownie ruszył swoim „polonezem” na Aleje Jerozolimskie. Po chwili minął brą­zową sylwetkę hotelu „Forum”. W oddali zamajaczył białoseledynowy wieżowiec Lotu i przysadzista bryła dworca.

*

W tym samym czasie JG 235, który zrezygnował z lotu Szeremietiewo—Chicago via Waszyngton, znalazł się na Okę­ciu zakończywszy zupełnie inny lot. W zatłoczonym hallu międzynarodowych przylotów czekała na niego grupka osób, któ­rych osobiście jeszcze nie poznał, ale o których wiedział, że stanowią trzon komitetu organizacyjnego przyszłego sztabu kandydata Jana Kowalskiego. Był zadowolony z siebie i na jego chłopięcej twarzy malował się szeroki uśmiech, kiedy ści­skał ręce tych kilku ubranych elegancko mężczyzn, z którymi wkrótce przyjdzie mu dłużej współpracować. Jego chicagow­ska firma Star Elektronics podpisała właśnie w Moskwie wspa­niały kontrakt na dostarczenie dużej ilości mikroprocesorów i podzespołów do automatycznych central telefonicznych, co było jej specjalizacją na rynku amerykańskim. Kontrakt opie­wał na milion dolarów. Milion dodatkowych dolarów, którymi Kowalski mógł teraz dowolnie operować. Nie dysponował wol­ną sumą tej wielkości, jako że jego firma borykała się ostat­nio z kłopotami. Postanowił wykorzystać uzyskaną kwotę nie gdzie indziej tylko w Polsce. Nie zamierzał jednak inwestować w żadne interesy, fabryki czy spółki, chciał zainwestować w sie­bie, we własną kampanię wyborczą. Czas robił się niezwykle gorący, choć lato już zelżało i temperatura powietrza spadła bezpowrotnie. W Warszawie zanosiło się na deszcz i jak zwykle wiało, podczas gdy napięcie rosło z godziny na godzinę, z każ­dym zgłoszonym oficjalnie kandydatem, których już było kilku.

Niewielu z nich miało szansę zdobyć w przyszłości wyma­gane minimum podpisów, by zostać zarejestrowanym przez Pań­stwową Komisję Wyborczą. Premier przebywał właśnie z wizytą w USA, gdzie toczył rozmowy z prezydentem Bushem i Jamesem Bakerem. W Czecho-Słowacji, poseł Śladek puścił farbę na temat kulis Aksamitnej Rewolucji i powiązań mię­dzy Kartą 77 a KPCz i KGB. Sołżenicyn ogłosił swój memoriał „O przyszłości Rosji”. Na Ukrainie odbyły się strajki ostrze­gawcze dla poparcia dążeń niepodległościowych i zażądano ustą­pienia ze stanowiska przewodniczącego Rady Najwyższej Repu­bliki, komunisty Leonida Krawczuka. Z Ministerstwa Obrony Narodowej pozbywano się dopiero teraz wiceministrów będą­cych członkami WRON-u, wywiad wojskowy (WSI) pozostawał wciąż nietknięty. Krakowscy policjanci wyjechali w ramach pierw­szego porozumienia na przeszkolenie na Florydę. W Moskwie generał KGB Kaługin podał do sądu przewodniczącego Kole­gium Kriuczkowa za niesłuszne, jego zdaniem, odebranie mu emerytury, a gazety drukowały rewelacje rezydenta wywiadu w Anglii o pracy szpiega i wynurzenia jednego z pułkowni­ków, który twierdził, że KGB jest jedyną realną siłą reforma­torską w ZSRR i jedynym oparciem dla prezydenta Gorbaczowa. Litewski Sąjudis oświadczył, że z największą pomocą w cza­sie sowieckiej blokady gospodarczej pospieszyła Ukraina i Bia­łoruś w związku z czym, kto wie, czy idea Wielkiego Księstwa jest już pogrzebana całkowicie i czy jeszcze nie powróci.

W Polsce trudno było prorokować, któremu z kandydatów się powiedzie. Niektóre krzykliwe, choć małe partyjki, zdawa­ły się być pewne swojego sukcesu. Niektóre wielkie i poważne partie o bardzo starym opozycyjnym rodowodzie miały wątpli­wości. Swych kandydatów wystawiły SdRP, spadkobierczyni PZPR, i jej najzagorzalszy wróg od lat piętnastu KPN, Unia Polityki Realnej prowadzona przez żwawego ultraliberała, Chrześcijańsko-Demokratyczne Stronnictwo Pracy, zatomizo­wana Partia Zielonych, na wpół legalna Solidarność Walczą­ca, a nawet związek zawodowy rolników i Liga Kobiet Pol­skich. Lada chwila mieli się sypnąć jak z korca inni kandy­daci, niektórzy bardzo niezależni, a wśród nich Jan Kowalski z Ekwadoru, biznesmen międzynarodowego pokroju — jak go reklamowano, właściciel posiadłości w Meksyku, domów w Quito i na Hawajach, wynajmujący apartament w jednym z naj­droższych wieżowców mieszkalnych Chicago, by z bliska kie­rować swą renomowaną firmą Star Elektronics zaopatrującą całe Stany Z jednoczone i ćwierć świata cywilizowanego w au­tomatyczne centrale telefoniczne. Jego nazwisko nie zagościło nawet na stronicach dużych dzienników, przepłynęło przez trzecie stronice co poniektórych mniej ważnych pism i ślad po nim zaginął. Dziennikarze nie zwrócili uwagi na kogoś tak mało znaczącego, kto wydawał się nie mieć żadnych szans w konfrontacji z dwoma głównymi potentatami: Premierem i Przewodniczącym. Ci dwaj występowali zaś wobec siebie już otwarcie wrogo. Ostateczne spotkanie gigantów w jednym z podwarszawskich klasztorów ojców Bernardynów zakończyło się fiaskiem. Argumenty Premiera o konieczności zapobieżenia podziałowi sił, by nie utracić poparcia społecznego, nie skutko­wały. Tak samo zresztą jak argumenty Przewodniczącego o ko­nieczności przyspieszenia podziału, po to, by nie utracić popar­cia społecznego. W tej sytuacji trudno było sobie wyobrazić jakiekolwiek zbliżenie stanowisk i obaj politycy rozstali się rozczarowani, a nawet zagniewani uporem drugiej strony.

Jan Kowalski nie orientował się w tym wszystkim. W czar­nej walizce, dosyć obszernej dyplomatce z szyfrowym zamkiem, z którą się nie rozstawał, dźwigał maszynopis swojej dysertacji społeczno-politycznej „Lwy pustyni”. W książce wykładał nie tylko swoje poglądy ekonomiczne, ale całą mistyczno-magiczną wizję rzeczywistości. Dziś miał rozmawiać z wydawcą, nowo powstałą spółką R & R wsławioną półmilionowym nakładem wywiadu-rzeki z jednym z czołowych reżyserów niefortunne­go Wielkiego Skoku polskiej gospodarki sprzed dwudziestu lat, który przy okazji tegoż skoku zwichnął sobie nie tylko nogę w kostce, ale i ideowy kręgosłup. Jutro miał się z autorem Wiel­kiego Skoku spotkać osobiście (jak także z jego nieodłącznym pierwszym asystentem z tamtych lat), w trakcie przyjęcia zorganizowanego specjalnie na cześć Jana Kowalskiego w war­szawskim hotelu „Holiday Inn”. W ogóle w ciągu nadchodzą­cych trzech dni miał się spotkać z setką różnych osób, w któ­rych personaliach i rodowodach gubił się i plątał, a którzy przygotowywali pracowicie grunt i organizowali właśnie jego sukces. Wielu z nich wywodziło się wprost z rozwiązanej dopiero co „przewodniej siły narodu”, a kilkunastu z jej „karzą­cego ramienia”, czyli milicji ludowej i służby bezpieczeństwa. Była tam też grupa wojskowych w mundurach i grupa wojskowych o których nikt nie wiedział nawet, że są wojskowymi. To nie przeszkadzało Kowalskiemu. Jak powiedział pułkownik Gordijewski podczas rozmowy w podmoskiewskiej daczy z ge­nerałem Ozierowem: „Obcokrajowiec nie musi wiedzieć, skąd kto się wywodzi i kim kiedyś był”. Ważne, kim jest teraz i że chce pomóc ratować kraj. A wszak nikt lepiej Polski nie ura­tuje jak Jan Kowalski, który posiada spójną ideę opartą na własnej podstawie filozoficznej i wizję przyszłości tak prostą, logiczną oraz odważną, że aż wprost niewiarygodną. Wielu ekonomistów będzie się musiało klepnąć w pustą, łysą kala­repę i zakrzyknąć: Że też ja na to nie wpadłem, to takie oczywiste!

JG 235 wcale nie był pewny, że jego koncepcje ekonomicz­ne przyniosą jakikolwiek efekt, zwłaszcza iż zarówno książkę „Lwy pustyni” jak i koncepcje odebrał dopiero co w Moskwie, ale miał pewność, że na początek musi przekonać do nich masy obiecując jak najwięcej się da. Tak się zawsze robiło. A potem? Potem najwyżej się zweryfikuje to i tamto. Nikt, nigdy i nigdzie nie realizował wszystkich swoich wyborczych obietnic. Zresztą gdyby doszło do sytuacji, że stanąłby przed takim problemem, będzie dyspo­nował sztabem fachowców. Było ich tu pełno wokół niego, bę­dzie ich więcej jutro w „Holiday Inn”, a pojutrze, kto wie, mo­że nawet łaskawie zezwoli na udział w przedsięwzięciu obec­nemu ministrowi finansów oferując mu doradztwo. Zresztą doradców na całym świecie nie brakuje. Każdy chciałby błysnąć. Na przykład taki Sachs — dużo gada, a do czego doprowadził ten biedny kraj po półtora roku wcielania w życie swoich mrzo­nek. I jeszcze biją mu brawo! Omamił ludzi, Fundusz Waluto­wy i całe to, pożal się Boże, EWG.

—  Prosimy,  prosimy.  Samochody już czekają!  —  Jedni przez drugich wyciągali do niego ręce, a on uśmiechał się i kłaniał. Jak nieśmiały chłopiec, o ujmującej powierzchowno­ści, lecz jednocześnie żelaznym nieruchomym spojrzeniu nie pozwalającym wątpić w jego siłę. Owo spojrzenie kobry było dla niego samego czymś zaskakująco nowym. Przedtem nie był taki. Byle słowo Iris — jego żony, potrafiło tak go zaboleć i po­niżyć, że miał ochotę ją udusić. Odkąd zrozumiał, że jest nazna­czony, odkąd się poczuł natchniony, przestał zwracać uwagę na takie drobiazgi jak czyjeś złośliwości czy poniżające gesty. Podniósł dłoń do góry i zaległa cisza.

—  Chcę powiedzieć — rzekł z niemałą trudnością w daw­no nie używanym ojczystym języku — że jestem bardzo szczę­śliwy móc się przydać mojemu staremu krajowi.

To krótkie oświadczenie zostało przyjęte przy wtórze dy­skretnych oklasków, po czym Jan Kowalski i jego świta zapa­kowali się do pięciu mercedesów czekających u progu dworca lotniczego i wyruszyli do Różanu, w którego okolicy dwa miesiące temu Kowalski kupił jeszcze jeden dom, chcąc wyglądać na naprawdę solidnego obywatela o ugruntowanych rodzimych korzeniach. Tam, pod Różanem mieściła się teraz centrala ca­łej akcji wyborczej, jak głosiła reklamówka: „Jedynego naprawdę niezależnego kandydata na prezydenta Rzeczypospoli­tej”, przeniesiona z Tucholskich Borów. Zespół trzech byłych wysokich oficerów i czterej programiści tego przedsięwzięcia zwanego przez niektórych „Preludium” przebywał jednak gdzie indziej. Dalej na północ, w zapadłej wiosce Mikaszówka zagrzebanej nad małym jeziorem na Pojezierzu Suwalskim w jedynym skrawku odwiecznej, dziewiczej puszczy litewskiej (tak kiedyś opiewanej przez Mickiewicza), jaki pozostał przy Rzeczpospolitej po Drugiej Wojnie Światowej. Linia Curzona jednym pociągnięciem pióra trzymanego w obcych rękach wy­znaczyła los Polaków po tamtej stronie granicy skazując ich na banicję z własnej ojczyzny raz na zawsze.

Cóż, jeśli nie jesteś wilkiem, to musisz przyjąć rolę owcy. Ról neutralnych w Naturze nie ma. Inaczej sądzą tylko ideali­ści, ale idealizm paradoksalnie zawsze doprowadzał do paskudniejszych rzezi i nietolerancji niż trzeźwy, nawet prostacki re­alizm. Czyż Hitler nie wymarzył sobie idealnie czystej rasy, a Stalin idealnego ustroju powszechnej równości? Czyż dzisiaj w imię najwyższych, religijnych ideałów nie toczono świętej wojny przeciw innowiercom i nie mordowano tylko dlatego, że ktoś się nie urodził szyitą, albo nie uznawał Koranu za Je­dyne Źródło Światła? Czy dzisiaj krytyka papieża w Polsce nie skończyłaby się dla pisarza tym czym Szatańskie wersety dla Salmana Rushdiego? A może wystarczyłoby zaatakować prymasa albo spróbować odebrać zagrabioną przez stalinowców cerkiew przerobioną na katolicki kościół, by zostać ukamieno­wanym?! Idealizm. To wszystko brało się zawsze ze wzniosłe­go, fanatycznego idealizmu. Nie jesteś wilkiem, stajesz się owcą.

Jan Kowalski na pewno nie zamierzał być owcą w tej kam­panii, choć politycy polscy i cała prasa z góry przeznaczyli mu taką rolę. Nie jesteś owcą — musisz być wilkiem.

*

Oczekiwanie przedłużało się w nieskończoność. Rusinek-Karat już dwie godziny kręcił się bezsensownie po dworcu łażąc z poziomu na poziom, zaglądając do kawiarni w pasażu, do księgarni, na postój taksówek, do bagażowni, to znów stojąc bezmyślnie w hallu kasowym, gdzie odbiorniki telewizyjne są­czyły beznamiętnie serial Santa Barbara, zdający się przema­wiać dramatyczną akcją do wyobraźni tego rzezimieszka. W końcu zdecydował się chyba na obiad, bo wspiął się na naj­wyższy poziom do restauracji dworcowej. Po drodze rzucił ja­kieś grosze do kapelusza rumuńskiemu żebrzącemu dziecku i zniknął w toalecie obok szatni. Walczyk cały czas trzymał się z daleka, co było nie lada sztuką zważywszy na rozmiar za­mkniętej przestrzeni, po jakiej Karat miotał się jak mucha po szklanej klatce akwarium. Miotanie się także było niezłą metodą sprawdzania ogona i Walczyk cały czas drżał, że jego wywia­dowcy, których przecież specjalnie nie dobierał, w końcu po­pełnią błąd i wpadną na Rusinka.

Walczyk stał teraz na galeryjce po przeciwnej stronie baru i restauracji lustrując z góry hall kas z kłębiącym się do okie­nek tłumem. Ciżba ludzka zdawała się momentami składać wyłącznie z Cyganów pochodzenia rumuńskiego i rozmaitego autoramentu rdzennych włóczęgów, którzy dawno zapomnieli, co to łóżko bądź dom, a chyba nigdy nie mieli okazji, odkąd przyszli na świat, poczuć, co to serce czy miłość. Obok bezdom­nych żebraków siedzieli zgodnie rozdygotani narkomani z kart­kami, że nie mają na chleb, a za to mają AIDS, i zdezelowani, trzęsieni delirką alkoholicy oraz upadłe, zwichnięte kobiety w wytłuszczonych strzępach ubrań, wybuchające podczas kłót­ni rynsztokowym slangiem warszawskiej Pragi. Na samym środku, niedaleko wylotu szerokich marmurowych stopni z cią­gnącymi się po ich bokach dwoma wstęgami schodów rucho­mych, jakiś wariat padł na ziemię krzyżem i leżąc na brzuchu w prawej ręce wyciągniętej w górę wznosił nad siebie krucy­fiks intonując zagadkowe modły w obronie kraju i narodu. Towarzyszyło mu dwóch mniej nawiedzonych obdartusów do­dających po każdej inwokacji chóralne „Amen”, a wokół ze­brała się grupka zaszokowanych podróżnych przetykana gęsto nie mniejszą grupką kieszonkowców. Walczyk był niedawno na dworcu, gdy przyjechał z Krakowa, ale wtedy się spieszył i przemknął jak błyskawica do wyjścia na Jerozolimskie, żeby czym prędzej znaleźć się w hotelu. Teraz miał czas poobser­wować. Wynik tej obserwacji napawał go smutkiem i przeraże­niem. Szklano-marmurowe wnętrze i cała nowoczesność gma­chu tak bardzo kłóciła się z rozplenionym po nim pasożytni­czym robactwem ludzkim, że nie sposób było przejść do po­rządku nad dysonansem. Pierwsze rodem z bogatych seriali o Zachodzie, drugie żywcem wyjęte z Trzeciego Świata. To chyba była cała przerażająca prawda o Polsce dzisiejszej doby.

Karat rzeczywiście utknął w restauracji. Posilał się. Walczy­kowi burczało w brzuchu — też by coś zjadł. Postanowił kupić przy jednej z lad barowych bułkę z szynką i zieloną sałatą, paczkę orzeszków ziemnych i trzy mandarynki. Było to choler­nie drogie.

O szesnastej piętnaście przy grzmiącej zapowiedzi kolejne­go ekspresu Karat wyłonił się ponownie z restauracji i z wolna zszedł po schodach. Podczas obiadu nie rozmawiał z nikim poza kelnerem, nikt z nim się także nie kontaktował. Torbę cały czas trzymał przy sobie. Minął powoli nawiedzonych religijnym amokiem dziwaków i zszedł szerokimi schodami na poziom okalającego perony korytarza, z którego co kawałek odchodzi­ły w dół eskalatory na poszczególne perony. Walczyk oderwał się od balustrady, minął biura Orbisu, informacji i rezerwacji. Szybkim krokiem schodził w dół. Wyłonił się właśnie zza po­tężnego kwadratowego filara, gdy nagle zauważył przy kiosku Stawrę. Tamten miał przy sobie dwie walizy. Jedną zwyczaj­ną, czarną, drugą o nietypowym wąskim kształcie, z szyfro­wymi zamkami. Wyglądała jak pojemnik na instrument mu­zyczny, powiedzmy puzon, tyle że całkiem płaska, wyokrąglona na krawędziach. Rzadko widuje się takie walizki. Stawro kupo­wał w kiosku gazetę i papierosy. „Dokąd jadą?”, zastanawiał się Walczyk, podczas gdy tamten płacił pojedynczym banknotem i czekał na resztę. Jeden z wywiadowców musi pojechać z nimi.

Stawro zebrał drobne i schował je do kieszeni. Był czuj­ny. Rozglądał się. Uspokojony ruszył ku szerokim stopniom. Szedł szybkim, zdecydowanym krokiem. Rzucił okiem na zegar oraz tablicę odjazdów. Wyświetlano na niej osiem aktualnych pozycji. Walczyk postępował w bezpiecznej odległości za nim. Przy wylocie schodów w korytarz obwodniczy stał wywiadowca po­pijając coca-colę z butelki, obok wózka z napojami i słodycza­mi. Zauważył Walczyka, ale nie zwrócił uwagi na Stawrę, nie znał go. Tamten tylko prześlizgnął się wzrokiem po niecieka­wym człowieczku w dżinsowym ubraniu żłopiącym łapczywie colę i skierował się do eskalatora na trzeci peron. Figurowały tam dwa odjazdy w czarnym elektronicznym okienku nad wej­ściem: Leningrad i Lublin. Walczyk podszedł do wózka udając, że chce kupić ciastka. Zapłacił, wziął paczkę, otworzył i przysta­nął obok wywiadowcy zjadając ocukrzoną, kruchą gwiazdkę.

—  Gdzie Rusinek? — zapytał cicho.

—  Na trzecim peronie. Szeląg poszedł za nim.

— Słuchaj uważnie. Oni obaj są tutaj. Przed chwilą drugi zszedł na ten sam peron. Pojadą, albo przekażą komuś bagaż. Nie wiem. Jeżeli pojadą, ruszysz razem z nimi. Nikt nie śmie się dowiedzieć, że jesteś z policji. Ty musisz się dowiedzieć, do jakiej stacji jadą. Pogadaj z konduktorem. Tylko pamiętaj, jak się zorientują to koniec.

—  Zrobi się.

—  Zawiadomić kogoś, że nie wrócisz na noc?

—  Nie trzeba.

—  Jak tylko wsiądą w pociąg, poślemy kogoś za wami, on cię zluzuje.

W tym momencie z megafonu nad ich głowami padła zapo­wiedź:

—  Międzynarodowy pociąg  ekspresowy z  Berlina  przez Warszawę, Wilno do Leningradu wjeżdża na tor piąty przy pe­ronie trzecim…

—  Cholera — Walczyk tak mocno ścisnął torebkę, że z ciastek pozostała tylko miazga. „Karat! Karat!, zatłukło mu się w gło­wie, specjalista od diamentów, kamieni szlachetnych! Karat”. Zapowiedź jeszcze trwała. Słuchał uważnie każdego słowa: — „…Pociąg zatrzymuje się w Białymstoku, Grodnie, Wilnie i Daugawie. Przejazd tylko za ważnymi biletami z rezerwa…” — Dalej już nie słuchał. Przez moment głęboko skupiony myślał intensywnie. Miał parę minut, by przeanalizować, co się bar­dziej opłaca, i jaki wybrać wariant. Zdecydował się.

—  Nie pojedziesz! — klepnął  zdziwionego  wywiadowcę w plecy. — Upiekło ci się, co? Na pewno mamy kogoś w urzę­dzie celnym. Przypatrzymy się im na granicy i poczekamy, aż wrócą. Wtedy będą nasi.

Walczyk powoli przybliżył się do barierki, skąd odprowadza­jący obserwowali ruch na peronie. Wywiadowca Szeląg stał pod tablicą z rozkładem wagonów. Wielka pomarańczowa lokomo­tywa elektryczna przetoczyła się majestatycznie wzbudzając głuche drżenie w konstrukcji całego budynku. Wagony zwal­niały, aż pisk hamulców zrównał ich pęd z krokiem piechura, a potem ze zgrzytem stanęły w miejscu. Otworzyły się drzwi. Wyskoczył konduktor. Stawro i Rusinek udając nieznajomych skierowali się do wagonu sypialnego. Slipinger sprawdzał bi­lety i rezerwacje. W Warszawie wsiadało sporo osób. Walczyk dał Szelągowi znak, że akcja skończona. Stawro ze swoją dziwną walizką i z drugą, czarną, zwyczajną właśnie zniknął w kory­tarzu wagonu. Inspektor postanowił zaczekać, aż pociąg odje­dzie. Teraz nie miał już wątpliwości, co się znajduje w podłuż­nym sakwojażu — forsa. Walczyk był przekonany, że na granicy celnik nie znajdzie tej walizki w przedziale. Pociąg był pełen kryjówek, które obsługa znała i mogła udostępnić, jeżeli się miało odpowiednie kontakty i dobrze zapłaciło. Odpowiednia suma wystarczyła też, by stępić czujność celników. Gdyby chcieli przetrząsnąć wszystkie podejrzane miejsca, odkręcić każdą płytę izolacyjną, pociąg musiałby stać na granicy trzy dni. Walczyk wykręciwszy jeden numer telefonu mógłby teraz bez trudu zapobiec wywozowi tych pieniędzy z kraju. Na granicy wywleczono by tych obu z przedziału i ludzi z obsługi także. Obsługa wskazałaby w zamian za gwarancję bezkarności miej­sce ukrycia bagażu nie przejmując się zleceniodawcami. Oto miał jednego z morderców dziennikarki i najprawdopodobniej

zapowiedziany przemyt diamentów, o którym mówił człowiek z CIA. Tyle, że nie chodziło mu o płotki. Nie zadowoli się are­sztując wykonawców, którzy mogą tylko milczeć, jeżeli w ogó­le chcieliby przeżyć. Poczeka, aż Stawro i Rusinek zjawią się z kamieniami u Drygały. Wtedy dopiero zwinie wszystkich. Kie­dy będą za kratkami wszyscy, któryś na pewno pęknie skuszo­ny złagodzeniem wymiaru kary za współpracę z policją. „Jak to łatwo poszło?” zdziwił się. „Strasznie łatwo!” A reszta pionu krążyła po mieście jak oszalałe stado psów nie mogąc nicze­go wytropić. I to wszystko dzięki Rzeźnikowi.

Wtedy po raz pierwszy Walczyk pomyślał, że Rzeźnik wcale nie mówił prawdy, a raczej, że zataił lub przed nim zatajono jej istotną część. Najwyraźniej komuś zależało, żeby UOP od­krył Rusinka i wyjaśnił, na czym polega zabójstwo Zuzanny Grabież. Kiedy Walczyk wszedł do jej pokoju, Rzeźnik szukał no­tatnika i znalazł go. Nie zdążył wyrwać kartki, o którą mu szło, ale nie było to tak, jak Walczyk sobie dotychczas wyobrażał. No­tatnik miał trafić do rąk Walczyka bez jednej kartki. Ludzie, któ­rzy to zaplanowali, wiedzieli o jej posunięciach i istnieniu tego zaszyfrowanego dokumentu. Nie mogli być zwykłymi biznes­menami czy podrzędnymi kapusiami z dawnych lat. Wiedzieli, że prędzej czy później Walczyk albo programiści złamią ten szyfr. Może przypuszczali, że inspektor trafi na klucz, który nadszedł właśnie dziś rano? Jedno było pewne, nie ci zabili Grabież, którzy oddawali mu notatnik i wskazywali palcem mordercę. Wskazując mordercę, wskazywali również na diamenty.

Nie liczyli, że Walczyk uniemożliwi transakcję, która miała się odbyć poza terytorium Polski, choć mogło się i tak zda­rzyć. Chcieli jedynie ujawnienia transakcji, chcieli szumu wo­kół niej, chcieli, by tajny fundusz KGB-GRU wypłynął na po­wierzchnię, by polski wywiad i wywiady zachodnie dowiedzia­ły się o tym. Ale o czym właściwie? Czyż nie wiedzieli od da­wna, że w Amsterdamie i Londynie handluje się sowieckimi kamieniami i złotem, co zasila kiesę rządu ZSRR? Rządu tak, ale czy wiedzieli, że KGB? Czy wiedzieli, że istnieje w sa­mym KGB druga, dość silna, frakcja zdolna ujawnić przed światem taki fakt? „Tak!” Walczyk wyprostował się i odetchnął głęboko, Rzeźnik miał powiązania z tymi ludźmi w Polsce, któ­rzy pracowali dla tego właśnie odłamu KGB. Czego oni chcieli? Żeby wyszło na jaw, że z Moskwy do Polski toczy się kasę, że pompuje się prywatne kieszenie bonzów postpezetpeerowskich i samej nowej post-Partii?! Że postpartia przez „swoje” dawne służby wojskowe i policyjne szmugluje forsę z kraju na jakieś dziwne konta?!!! Kim byli dokład­nie, inspektor na razie nie wiedział. Karat zaś pracował w ta­kim razie dla tych, którzy związali się z drugą stroną i używa­jąc w swych rozgrywkach polsko-radzieckiej mafii zmierzali do jakiegoś niewiadomego na razie, głęboko zakonspirowanego celu. Grabież musiała wiedzieć coś na temat tego celu. Grze­biąc w sprawach byłych esbeków natknęła się pewnie przypadkiem na jakiś gorący trop i musieli ją zlikwidować. Mieli w no­sie jej notatnik, albo nie mieli pojęcia, że w ogóle istnieje. A jednak notatnik był ważny! Czy możliwe, by popełnili tak prosty, zasadniczy błąd, że mając dosyć czasu nie przetrząsnęli dokładnie mieszkania zamordowanej? A potem zamach na Walczy­ka? Co to było? Próba zastraszenia czy zabicia kogoś, kto mo­że dokądś dojść. A może próba odwrócenia uwagi?

„Do diabła, powiedział cicho do siebie, kim oni są?” Łami­główka wciąż się nie układała do końca. Jakieś elementy nie pasowały tu do siebie, choć miał świadomość, że zrobił du­ży krok do rozwiązania.

Zamykano z trzaskiem drzwi. Lizak poszedł w górę. Kon­duktor, jak na zwolnionym filmie, wskoczył na stopień wagonu i ekspres z Berlina do Leningradu wyruszył w dalszą drogę przez Wilno będące dla co najmniej dwóch pasażerów ważną stacją końcową ich podróży.

Roman Stawro spokojnie rozkładał swoje rzeczy w przedzia­le. Kupił dzisiejszą „Naszą Gazetę”, dziennik, nad którego naz­wą długo się kiedyś zastanawiano. Powołany do życia doraź­nie na czas poprzednich kontraktowych wyborów parlamentar­nych przeistoczył się w potężny koncern dyskretnie wspierają­cy linię rządową, lecz sprytnie manewrujący na granicy niezależności. Lubił tę gazetę za jej jasny język, ostry ton i kla­rowność poglądów, z którymi bardziej się identyfikował niż z bezpłciową mieszaniną postaw „Życia” czy „Ekspresu”.

— Na kogo zagłosujesz? — zapytał wesoło. — Co, Karat?

Był odprężony. Do odjazdu zostały dwie minuty. Wyjął ter­mos i kanapki. Od rana nie miał nic w ustach. Najpierw krążył jak oszalały gubiąc ewentualne psy gończe, których wcale jed­nak nie było, potem musiał odebrać forsę od Drygały na Próż­nej, w końcu lecieć piechotą na pociąg. Teraz zamierzał odpo­cząć. Następne manewry zaczną się już po zmroku, tuż przed granicą w Kuźnicy Białostockiej.

—  W życiu głosował nie będę — rzekł skwaszony Karat. — Kandydatów  jak nasrał, ale nie różnią się od siebie bardziej niż dwa kawałki gówna na dnie miski klozetowej.

Roman aż skrzywił się z niesmaku. Wyglądało na to, że zapowiada się urocza podróż.

—  Dawniej też nie głosowałeś, kiedy była taka różnorod­ność i możliwość wyboru? — zapytał ironicznie.

—  Ty lepiej uważaj mądralo! — Rusinek wycelował w nie­go palcem, jak ten przeklęty facet z jego koszmarnego snu i zmarszczył brwi groźnie dokładnie jak tamten. — Trzymaj język przy sobie. Nie jestem przygłupem, choć tak ci się wy­daje!

— Spokojnie. Bez obrazy, — rzucił Stawro z gasnącym uśmiechem. — Mamy wspólną sprawę na dwa dni i trzy noce. Nie tak nerwowo.

Karat sapnął, machnął ręką i zwalił się na siedzenie. Roz­luźnił krawat. Był wściekły, że musiał dziś założyć białą ko­szulę i tego śledzia. Od jakiegoś już czasu używał wyłącznie szeroko wyciętych podkoszulków, bo każdy kołnierzyk go du­sił, a krawat… krawat był wręcz jak stryczek. Chyba zaczynała mu się astma, ale nie potrafił zrezygnować z papierosów. Ro­man wstał. Zamknął drzwi do przedziału, który mieli tylko dla siebie i otworzył okno. Pociąg ruszył. Roman lustrował uważ­nie otoczenie. Przy ruchomych schodach jakiś włóczęga w woj­skowym szynelu pamiętającym pewnie powstanie warszaw­skie wygrzebywał niedopałki z kosza na śmieci. Młoda dziew­czyna niedbale oparta o filar żuła gumę. Tłum kłębił się przy stoisku z oranżadą. Ruchome schody zwoziły na peron tabuny nowych podróżnych. Roman uważnie twarz po twarzy studio­wał osoby na peronie. Na galeryjce obok starej kobiety w śmie­sznym kapeluszu zobaczył jasnowłosego, przystojnego męż­czyznę w białej koszuli, którego wcześniej nie było, i tego go­ścia, co żłopał colę przy nim.

Pociąg wyruszył punktualnie. Wewnątrz było gorąco i du­szno. Widać włączono już ogrzewanie, choć do nocy było dale­ko, a na zewnątrz temperatura wynosiła czternaście stopni Cel­sjusza. „Październik to jesień”, pomyślał widocznie maszyni­sta. Roman popatrzył w górę na galeryjkę. Jasnowłosy stał tam nadal, obojętnym spojrzeniem odprowadzając znikający w tu­nelu pociąg.

*

flaga_polska

Tagged with:

Święto Drzew, Święto Boru 2013 – Nadaliśmy imiona wielu dębom na krakowskim Ruczaju, Zakrzówku i w Bieżanowie, oraz w Rożnowie i w innych miejscach w Polsce


nd tond logo 05_09_10 logo Pawlik 1logo napis TOND eng 04_04_11 towarzystwo logo 9

Dolina Będkowska – Święte Buki – Bogumił i Boguchwała

1 maja przed południem nadaliśmy razem z Anną imiona dwóm starym bukom w Dolinie Będkowskiej, gdzie spędziliśmy Święto Boru.

dol będ bądkówka 20110626(041)Buki w Dolinie Będkowskiej – zdjęcia z zeszłego roku

Było pięknie, choć bezsłonecznie, ale w czasie modłów/medytacji nad Świętym Źródłem wydawało się, że słońce przeniknie przez chmury. Przypomniały mi się te wszystkie drzewa, które straciły żywot w Warszawskiej Masakrze 2013. Mimo, że to radosne święto, bo generalnie jako społeczność w całości, wznosimy się wyżej i nie przechodzimy już obojętnie obok zbrodni serwowanych Przyrodzie przez ludzi, to jednak zawsze towarzyszy mi w tym dniu refleksja o bezmiarze zła wyrządzonego do tej pory.  dol będ 20110626(017)Buki przy Czarcich Wrotach – to tutaj rośnie Bogumił i Boguchwała (zaopatrzymy te buki w tabliczki Towarzystwa Ochrony Najstarszych Drzew w Polsce)

Czy rzeczywiście jedyna możliwość i jedyna droga osiągania postępu cywilizacyjnego przez Człowieka wiedzie przez unicestwianie Przyrody? Zaraz po modłach zimny wiatr z północy zmienił się na południowy i temperatura zaczęła rosnąć. Buki, którym nadaliśmy imiona nie są bardzo stare i nie wyróżniają się niczym szczególnym w tym lesie, poza tym że jeden ma potrojony pień. Są oczywiście najstarsze pomiędzy wszystkimi zarastającymi zbocze Czarcich Wrot, ale w stosunku do pomników przyrody to młodzieniaszki. – Dlaczego właśnie one ? – pomyślałem potem. To był spontaniczny odruch.

Dolina_Będkowska_a8Czarcie WrotaWidok na czarcie wrota

Wzięliśmy te buki pod duchową i fizyczną opiekę Towarzystwa Ochrony Najstarszych Drzew w Polsce, po modłach/kontakcie z bogami/energiami RzeczyIstności. Zatem te drzewa zostały wybrane przez wyższą, możliwe, że naszą tutejszą , skoncentrowaną Świadomość Plemienną.  Nie jest to żaden przypadek. 

bed przyl DSC01297Przylaszczki przy Świętym Źródle

Noszą od teraz imiona Buk Bogumił z Doliny Będkowskiej i Buk Boguchwała z Doliny Będkowskiej, i mogą liczyć na naszą osobistą opiekę, która kiedy nas już zabraknie, zostanie przekazana przez nas następnym  Strażnikom Drzew, tym którzy przyjdą w przyszłości.  Nie wątpię, że ich nie zabraknie. Właśnie otrzymałem chyba tego dnia wiadomość, że w Warszawie zostanie nadane imię innemu dębowi i że zostanie oznaczony tablicą.

Źródło_Będkówka_a1Święte Źródło Bytów (Makoszy) – Będkówki

Myślę nad tym  że konieczne są fundusze na wykonanie takich tabliczek z logo Towarzystwa, z miejscem na Imię i datę objęcia ochroną. Kiedy modliliśmy się nad źródłem uświadomiłem sobie istotną różnicę między symboliką tego aktu i jego rzeczywistą mocą, a tym co może zaoferować pusty rytuał Pośredników Ksiąg Objawionych. Nasza komunia święta to był łyk wody ze źródła i kilka liści mięty rosnącej w potoku. Kopułą naszej świątyni było Niebo, a towarzyszył nam zamiast dzwonów w kulminacji, jak zwykle szum wody i szum drzew, bo mocny podmuch wiatru w samym środku medytacji, kiedy on zawsze przybywa „przywołany” natężeniem energii, miał miejsce jak zwykle.

bed przyl DSC01301

Uważność, skupienie, niesłychana jest „wrażliwość” Przyrody na taką chwilę łączności z bogami/z energiami. Zaraz po wietrze zjawiły się ptaki. A może Wiatr przybył, żeby ponieść w przestworza nasze pragnienie, które wyraziliśmy bardzo mocno? Nie wiem czego pragnęła Anna, nigdy nic naprzód nie uzgadniamy. Ja nie powstrzymałem się przed wyrażeniem pragnienia, żeby wszystkich zamieszanych w zbrodnię na Warszawskich Drzewach dotknęła najdotkliwsza wyobrażalna dla nich kara.Niech nie będzie dla nich żadnej litości!!!

Święte Dęby Ruczaju i Zakrzówka – uzupełnione 21 maja o zdjęcia z mojego aparatu na końcu sekwencji

Po południu z Agnessą nadaliśmy imiona pięciu innym drzewom – samym dębom, z tego trzem pomnikom przyrody na Osiedlu Ruczaj. Byliśmy już jakiś czas temu umówieni na tę uroczystość.  Agnessa czyli Agnieszka, znacie ją.

zakrz bogusław DSC00749

Dąb z Ruczaju – Bogusław

 Popołudniowe nadawanie imion drzewom wywołało spore zainteresowanie przechodniów, bo wszystkie drzewa znajdują się przy ulicy Zachodniej w środku osiedla. Dwaj paroletni chłopcy przyciągnęli siłą ojca, żeby dowiedział się co my też tutaj robimy? I tak dwóch młodych ludzi dowiedziało się , że czcimy stare drzewa, które są pomnikami przyrody, w ten sposób, że nadajemy im imiona, robimy zdjęcia i umieszczamy w internecie, podając to do wiadomości całemu naszemu Zielonemu Słowiańskiemu Plemieniu. Po co? Po to żeby z pokolenia na pokolenie trwała opieka nad tymi starymi drzewami, które przeżyją nas wszystkich, jeśli im tylko na to pozwolimy. 

zakrz radoslaw DSC00755

Czerwony Dąb Radosław z Zakrzówka (ulubieniec Agnieszki)

Najważniejszy tego popołudnia był dąb czerwony z Zakrzówka. Niestety Dąb Czerwony to przybysz z Ameryki, który rozprzestrzenia się samorzutnie po naszych lasach i wypiera rodzime gatunki. Kukułcze jajo w świecie roślin. Ale ten dąb jest wyjątkowo pięknie położony, w samym sercu rozległej polany. Poza tym skoro już tutaj żyje, niech nikt nie waży się go krzywdzić.

zakrz miro DSC00739-1Dąb Miłosław z Ruczaju

Dęby Ruczajskie noszą imiona:

Miłosław z Ruczaju – Miłujący Sławę lub Sławiący Miłość, pomnik przyrody,

Dobrosław z Ruczaju – Sławiący Dobro,

Mirosław z Ruczaju, Sławiący Pokój, Niosący Chwałę (pomnik przyrody)

i Bogusław z Ruczaju – Sławiący Boga (pomnik przyrody).

Każdy został skropiony źródlaną wodą i przepasany wstęgami, każdy ma też swoje zdjęcie.

zakrz miloslawMiłosław i ja, zdjęcie wykonała Agnessa. Zrobiłem oczywiście i jej zdjęcia ze wszystkimi dębami, ale mam problem techniczny ze zrzutem z aparatu, więc będą później.

zakrz milos i miros DSC00743Dąb Mirosław z Ruczaju razem z Miłosławem

Spontanicznie, bez planowania,  związaliśmy się też więzami na całe życie i wzięliśmy pod duchową i fizyczną opiekę dąb za placem zabaw, który mianowaliśmy Sobiesławem z Ruczaju. Nie jest pomnikiem, ale ma już swoje lata. Każde z tych drzew przeżyje nas, nasze dzieci i nasze wnuki – pod jednym warunkiem – że nie zabiją ich ludzie.

zakrz dobroslaw DSC00741Dąb Dobrosław z Ruczaju

Ceremonii na Zakrzówku, nie towarzyszyły już żadne smutne refleksje, ani „mocne życzenia/pragnienia”. Agnessę łączy z tym drzewem głębokie uczucie przyjaźni, od dawna, od lat dziecinnych.

DSC00744-1

Tu Dąb z Ruczaju – pomnik przyrody z ulicy Zachodniej. Otoczenie tych drzew jest paskudne i brudne, absolutnie niegodne pomników przyrody.

Dąb Czerwony, Radosław,  rośnie opodal słynnych Skałek Twardowskiego i Zalewu, gdzie ostatnio odbył się spontaniczny Zlot Internautów i imprezka na 22 tysiące ludzi.  Od teraz ten dąb nosi  jakże adekwatne do odbywanego tutaj  naturalnego kultu, pogańskie imię  – Sławiący Radość, Niosący Radość. Radość jest  jednak „nie dla idiotów”. Ci którzy skaczą ze skał upici do nieprzytomności raczej jej nie zaznają. DSC00746-1Bogusław z Ruczaju. Zauważyliśmy, że tabliczki oficjalne na drzewach pomnikach są różne.  Nie bardzo wiem na czym polega różnica – jedne z drzew mają tabliczki zielone z orłem, a inne czerwone, także z orłem. Czy to coś znaczy? Tutaj zielona.

zakrz sobieslaw DSC00750-2

Dąb Sobiesław z Ruczajuzakrz slonceDSC00759

Na koniec jak zwykle wyszło słońce chociaż dzień był absolutnie ponury.

Uzupełnienie

DSC00547bez kompr

Wołanie słońca zakończone natychmiastowym sukcesem – minęło 30 sekund do 1 minuty, a słońce wyłoniło się z kłębów czarnych chmur – Agnieszka jest świadkiem tego zdarzenia – Po chwili 2-3 minuty zaszło znowu i odjechaliśmy z tego parkingu. Był to sam koniec uroczystości nadawania imion dębom , na ten parking wróciliśmy od Radosława.

 

DSC00518kompr

Mirosław z Ruczaju

 

DSC00519kompr

Agnieszka z Mirosławem

 

DSC00520kompr

 

Mirosław

DSC00521kompr

Miłosław-Sławiący Miłość

 

DSC00524kompr

Mirosław z Miłosławem

 

DSC00525kompr

 

 

DSC00526kompr

Od Mirosława widok na Dobrosława – z tyłu

 

DSC00528kompr

Dobrosław z Ruczaju

 

DSC00530kompr

Dobrosław

 

DSC00531kompr

 

 

 

DSC00532kompr

Bogusław z Ruczaju

 

DSC00533kompr

 

 

DSC00534kompr

Bogusław

DSC00535kompr

Agnessa przy Bogusławie

 

DSC00536kompr

Zabezpieczony z powodu bliskiej budowy bloku i wjazdu na plac budowy – Jego położenie budzi poważne obawy na przyszłość. Dąb na Łobzowie zniszczony przez pana W i panią W (zatruty i wycięty pomnik przyrody – przy bezczynno0ści Urzędasów z miasta Kraków był o niebo lepiej położony i co go spotkało. Pan Wu się cieszy i śmieje, ale nie pośmieje się długo!

 

 

DSC00537kompr

Sobiesław z Ruczaju – dodatkowy, spontaniczny

 

 

DSC00538kompr

Sobiesław

 

DSC00539kompr

Sobiesław

 

DSC00540kompr

 

DSC00541kompr

Radosław z Zakrzówka – Dąb Czerwony

 

DSC00542kompr

 

 

DSC00543kompr

DSC00544kompr

Agnessa ze swoim ulubieńcem Radosławem

DSC00546bez komprI faza wołania, którego finał macie na początku tego uzupełnienia – 30 sekund do1 minuty

Rożnowskie Święte Dęby otrzymują imiona

Nasi znajomi udali się do Rożnowa żeby nadać imiona tamtejszym trzem dębom, które przedstawiam poniżej. Będą nosić imiona: Borys z Rożnowa – czyli Syn Borutowy, lub Syn Borany, albo syn Borowiłowy,

Dobrogost z Rożnowa – Dobry Gość, Dobry Duch

i Świętobor z Rożnowa – Święcący Borowiła. 

roz dab 1 DSC01880komp3obrpr

Święty Dąb Borys z Rożnowa – pomnik przyrody

roz dab1 DSC01889komp3obrpr

Jeszcze raz Dąb Borys z Rożnowa (zdjęcia z lata)

Kłopoty techniczne ze zrzutem zdjęć z mojej komórki uniemożliwiają dokumentację na bieżąco tych doniosłych wydarzeń. Także długie wyjazdy i rozjazdy naszych bliskich komplikują bieżący reportaż. To co tutaj mamy dzisiaj zawdzięczamy Agnessie czyli Agnieszce, a reszta to zdjęcia z lata zeszłego roku.  roznów dab drugi z 1 DSC01891komp3obrprDąb Dobrogost z Rożnowa – pomnik przyrody

roznów 3 dąb młodszyDSC01899komp3obr pr

Dąb Świętobor z Rożnowa

Zdjęcia z  nadania imion Starym Dębom z Rożnowa, [uroczyste, ze wstęgami i skropieniem drzew, ziemi i trawy wokół nich źródlaną wodą, oraz z ofiarą z ziarna (nasion fiołków i stokrotek), które posiano wokół dębów – później. park jerzaman 3 dąb w cąłości DSC00445 3obr

Święte Dęby Bieżanowa- Park Jerzmanowskich

2 maja 2013 roku, nadaliśmy imiona świętym dębom – pomnikom przyrody w Parku Jerzmanowskich w Bieżanowie Krakowskim – noszą od tego momentu imiona:

Borzywoj z Bieżanowa – czyli woj Borowiła, a nie po prostu Boga (wtedy byłby Bożywoj)

Darzylas z Bieżanowa – Darzący Lasom,

Jurko z Bieżanowa – Syn Jura Jarowita-Jaryły, Pana Wiosny,

Dąbrowit z Bieżanowa – Uwijający Dęby (czyli siejący dęby, czyniący je witalnymi i widzialnymi)

i Czesław z Bieżanowa – Oddający Cześć Sławie oraz Sławiący Cześć i Cnoty, Czystość Sławiący

z tym ostatnim , nie ukrywam , wiążą mnie szczególne nawęzy.  

park jrrzman kolejny dab pomnik DSC00434 3obr

Dąb Jurko z Bieżanowa , z rodu Jerzmanowskich

park jerz dęby pomniki świało i drzewo DSC00421 3obr

Dąb Dąbrowit z Bieżanowa, z rodu Jerzmanowskich

park jerzaman 3 dąb w cąłości DSC00445 3obr

Dąbrowit

park jerzm dab pomnik i światło DSC00422 3obr

Dąbrowitpark jerzm dwa deby z widokiem na pień gigant DSC00426 3obr

park jerzman 3 dąb pomnik DSC00438 3obr

Widok na Jurkapark jerzman 3 dąb pomnik DSC00439 3obr

korona Jurkapark jerzman 3 dąb pomnik DSC00441 3obr

Dąb Czesławpark jerzman 3 dąb pomonik korona DSC00442 3obr

korona Czesławapark jerzman 4 dąb pomnik DSC00446 3 obr

park jerzman dab gigant pomnik bezimienny DSC00427 3obr

Tabliczka na dębie Czesław

park jerzman dab pomnik co się stało z korą DSC00437 3obr

Inny dąb pomnik Borzywoj z Bierzanowa, z rodu Jerzmanowskich

park jerzman dab pomnik DSC00423 3obr

Dąb Czesław z Bieżanowa, z rodu Jerzmanowskich

park jerzman dab pomnik DSC00424 3obr

Czesław

park jerzman dąb DSC00460 3obr

Darzylas z Bieżanowa z rodu Jerzmanowskich

park jerzman dąb pomnik DSC00429 3obr

Darzylas z Bieżanowa, z rodu Jerzmanowskich

nd tond logo 05_09_10 logo Pawlik 1logo napis TOND eng 04_04_11 towarzystwo logo 9

3 Majowe rozważania o dzisiejszej Polsce

Posted in Polska, Słowianie, Teksty społecznie zaangażowane by bialczynski on 5 Maj 2013

Jako, że bardzo ważny, publikujemy materiał rocznicowy , 3 – Majowy, nadesłany przez Jadwigę

flaga_polska

http://niepoprawni.pl/blog/208/3-majowe-rozwazania-o-dzisiejszej-polsce

 

Dzisiaj mija rocznica uchwalenia przez naszych przodków w 1791r. Konstytucji. Miała ona zreformować państwo, uratować je przed upadkiem. Potężna Rzeczypospolita przez nieudolność władz i gnuśność swoich obywateli, popadała w ruinę. Ostrzeżeniem był już I rozbiór w 1772r. Konfederaci Barscy zbrojnie wystąpili przeciwko zdradzie. Ówcześni pacyfiści myśleli – „jakoś to będzie”. Stracono aż 23 lata. W 1795 r. Państwo Polskie przestało istnieć. Przez kolejne 123 lata, Polacy byli wcielani do wojsk zaborców. Nie chcieli ojcowie walczyć o swoje interesy, to ich dzieci, wnuki i prawnuki walczyły o cudze. W bitwie pod Sadową (1866r.), po stronie niemieckiej walczyli Polacy z 58 Poznańskiego Pułku Piechoty, 7 Zachodniopruskiego Pułku Granadierów oraz 37 Zachodnio-pruskiego Pułku Fizylierów. Po stronie austriackiej biły się złożone z Polaków, galicyjskie pułki piechoty i jazdy w ramach Armii Północnej. Cyprian Kamil Norwid napisał w liście do Józefa B. Zaleskiego: „Pod Sadową głównie wygrali Polacy (hułany poznańskie), bijąc się i mordując z Polakami (hułany galicyjskie). O tym, że „bardzo duża część żołnierzy poległych w bitwie po obu stronach była narodowości polskiej” pisał w opowiadaniu „Poranek po bitwie” – Czech – Alois Jirásek.

Polacy byli wcielani do wojska rosyjskiego na 25 lat. Wg prof. Andrzeja Nowaka, pomiędzy „1832 a 1863 rokiem wybrano z Królestwa Polskiego ponad 200 tys. rekrutów, którzy poszli służyć na Syberii, walczyli z góralami kaukaskimi, w Finlandii itp. Wróciło do Polski 25 tys. Reszta zginęła w tej 25-letniej służbie wojskowej. (http://www.youtube.com/watch?feature=player_embe…

 

Tagged with: ,

O „Słowiano-aryjskich wedach” inglistów i Pieśniach Jana Kochanowskiego


w_chomicz_znaczki_kochanowski_1980Witold Chomicz Strażnik Wiary Słowian – znaczek z Janem Kochanowskim, jego autorstwa, przypadek?

Padają ostatnio pytania o inglizm, a coraz więcej osób powołuje się też na Słowiano-Aryjskie Wedy. Atrakcją tej księgi, której nikt nie widział i nie miał szansy zbadać jej metodami archeologicznymi, jest przekazywany przez nią spójny system wiedzy o przeszłości Człowieka na Ziemi, człowieka, który przybył z bogami z kosmosu.

Powiem tyle: Czytajcie Kochanowskiego – jest lepszą skarbnicą pogańskiej wiedzy niż wszelkie słabo wyważone wywody i opowieści dziwnej treści, a zwłaszcza to wszystko co się opiera na tzw „Słowiano-Aryjskich Wedach”, znalezionych podobno przez prawosławnych Inglistów cudownym sposobem, właśnie teraz w Rosji.

Te ich Wedy fałszują niemiłosiernie przeszłość i obraz rzeczywistości w duchu dokładnie tym samym co chrześcijańskie prawosławie. Czynią to dokładnie w tym samym celu – co wszystkie systemy, które tworzą kastę „kapłanów” i chcą pośredniczyć między Człowiekiem a bogami. Celem powołania tego ruchu w Rosji jest być może powrót do korzeni, do tradycyjnej wiary słowiańskiej, ale też celem ludzi którzy formują ten ruch jest stworzenie kasty tłumaczy, interpretatorów PISMA – jedynych wiedzących, Jedynych dysponujących Jedyną wiedą, która jest KSIĘGĄ. Skąd my to znamy?! Czy tego już nie było?

Nie odwodzimy nikogo od inglizmu jeśli ma taką fantazję. Warto pamiętać, że poza nazwą (być może celowo mylącą) tzw. Słowiano-Aryjskie Wedy Inglistów nie mają nic wspólnego z Wedą Slowena z Bułgarii – zbiorem pieśni obrzędowych i podań ludowych bułgarskich z XIX wieku. To co jest w tamtym zbiorze autentykiem – faktem ludoznawczym, po prostu nim jest. Ktoś kto zbiera podania i próbuje je łączyć w system, który odtwarza krok po kroku, jak Zorian Dołęga Chodakowski, jak Bronisław Trentowski, jak Oskar Kolberg, jak Adam Mickiewicz czy jak to czynił właśnie Jan Kochanowski, kto to spisuje z „natury” i przekazuje, albo na podstawie przekazów formułuje obraz ten uprawia działalność rzeczywistą opartą na rzeczywistości. Kto jednak nie odnosi się do żadnych realnych źródeł i ich nie pokazuje ten fantazjuje i uprawia fantastykę.

To naprawdę jest dla Wiary Przyrodzonej Słowiańskiej bez znaczenia ilu było królów i buddów oraz jak się który nazywał. Tego typu mitologiczne fakty nie mają żadnej wagi filozoficznej. Ilu było władców, ilu było buddów? Możemy próbować zanurzyć się w przeszłość i coś odtworzyć. Ktoś może odtworzyć i zinterpretować inaczej jeśli potrafi przeprowadzić proces logiczny. Ktoś inny może wierzyć we wszystko co wymyśli bez potrzeby zastosowania logiki i oparcia się o źródła.

Nauka to też system wierzeń, weryfikowanych w jakimś zakresie. Tam gdzie nie ma łańcucha dowodów logicznych, tam gdzie koncepcja się załamuje i staje wewnętrznie sprzeczna, tam gdzie jest oparta wyłącznie na gdybaniu, albo na OBJAWIENIU (jak w wypadku 1000 buddów – bo dlaczego nie 100 000? Albo jak w wypadku Opowieści Biblijnych czy Nowego Testamentu chrześcijan, albo w wypadku Słowian-Aryjskich Wed) ja widzę nieudaną, chybioną konstrukcję, dziurawą koncepcję, albo wymysł wyssany z palca. Kto chce może w to wierzyć. Kto chce żyć w niewoli niech pozostanie niewolnikiem pośredników.

Zwróćmy uwagę że dotyczy to wszystkiego – weryfikujemy Jezusa jako postać historyczną, jako zastępczy symbol Słońca, Syna Światła Świata, Boga Kiru Jassnego-Jesiennego, albo jak Bogowiepolscy.net widzimy w Jessie Najwyższego boga, bo tak zrekonstruowaliśmy przeszłość ze strzępów, stosując logikę. Ale to tylko nazwa, którą różnie rozumiemy a nie system filozoficzny, który jest jeden i ten sam we wszystkich wiarach naturalnych (przyrodzonych). Nazwa Najwyższego w Hinduizmie inna, gdzie indziej inna – ale pojęcie to samo: Siła Sprawcza.

Istotne naprawdę jest: Po co to wszystko? Dla siebie, dla JA, dla puszenia się, dla mądrzenia się, dla zlikwidowania osobistego problemu, osobistego cierpienia, wyzwolenia się z nie chcianej sytuacji. Czy dla wygodnego życia jako pośrednik-pasożyt, czy dla utrzymywania systemu Pan-Niewolnik i posiadania władzy, czy dla innych egoistycznych, albo antyspołecznych celów. Dla własnej doskonałości – jak w klasztorach katolickich, prawosławnych czy buddyjskich. Dla władzy imamów?

Czy dla dobrego bytowania TERAZ i dalszego istnienia w PRZYSZŁOŚCI wszystkich Istot Żywych i całej Planety Ziemia?

Dla mnie sens ma tylko to ostatnie.

Jeżeli ktoś  chce się od kogoś czegoś nauczyć (jak Germanie od Słowian), jednakże nie po to, aby żyć przyjemnie nie szkodząc sobie i innym, lecz po to, by (jak Germanie, Żydzi, Post-Rzym, Post Judeo-Rzym) szkodzić innym i czynić z nich niewolników, i manipulować dla własnych korzyści, dla własnego EGO – to otrzyma zgodnie z Prawami Natury, prędzej czy później, taką zapłatę jaki uczynił posiew. Nie ma tutaj żadnych rozgrzeszeń i możliwości “wybiegu” przez kłamstwo wobec Praw Przyrody.

Słuchajmy uważnie, czytajmy to co się pokazuje, róbmy jednak zawsze swoje, a przede wszystkim analizujmy i wyciągajmy wnioski, z tego co widzimy i czytamy.

Co do Słowiano-Aryjskich prawosławnych wed rosyjskich są następujące podstawowe zastrzeżenia:

a) Wieda (jako wiedza płynąca z przyrody i podań przyrodzonych) znajduje potwierdzenia w innych kulturach i nacjach, jeśli jest autentyczna. Zatem weryfikacja jest prosta – poprzez porównanie z tym co już wiemy, w tym z np. z Wedami Hinduskimi, z mitologią nordycką, grecką, chińską i innymi.

Ten test nie wypada dobrze dla inglistycznej Słowiano-Aryjskiej Wedy z Rosji.
b) Wedy Słowianio-Aryjskie, które udostępniono są  zmanipulowane, bo świadczy o tym ich analiza. Nie będę tutaj przeprowadzał dowodów i analiz. Niech każdy zrobi to na własny użytek, jeśli dojdzie do takiej osobistej potrzeby wewnętrznej, duchowej, aby przekonać się czy to prawda czy fałsz.

Test zgodności z innymi Wiarami Przyrodzonymi jest o tyle prosty, że możemy wybrać jakiś aspekt, jakąś opowieść i postudiować ten aspekt. Lub gdy zidentyfikujemy postacie w micie, podaniu, sekwencji dziejowej, porównać funkcje tychże postaci  z funkcjami identycznymi dla innych kultur i systemów tamtejszych, reprezentowanymi w tamtych kulturach przez odpowiadające im postacie  – to musi się zgadzać, bo wszystko co ma sens jest oparte na obserwacji przyrodniczej .

Inny rodzaj weryfikacji to skala podobieństw. Jeśli całe podobieństwo sprowadza się do nazwy np. Kryszeń a Kryszna, Wyszeń a Wisznu, a poza tym nic ich nie łączy to sprawa jest podejrzana. Jeśli postacie stają się kalkami, a opowieści stają się powieleniem, to sprawa zaczyna być również podejrzana. Jeśli funkcja „odlatuje” od obserwacji mocy czy żywiołu jaki obserwujemy i czujemy w otaczającym nas świecie przyrodzonym (w naturze) to potrzebna jest czujność.

Te same mity po tysiącleciach, gdy ludy pozostają w oddaleniu, a językowe byty ich reprezentantów i nosicieli się rozdzielają, jeśli egzystują daleko od siebie, są podobne, ale nigdy nie identyczne. Zbytnia identyczność nasuwa podejrzenie fałszerstwa. Przykładowo, istnieje związek między pojęciami hinduskimi jadźna – ofiara i joście – ofiara znana z Polski, z Mazowsza – jednakże te obrzędy ofiarne nie wyglądają tak samo, mimo, że się odbywają i tu i tu z użyciem wody i ognia.  Istnieje oczywisty związek między hinduskim pojęciem jaga i polskim jagoda, Baba Jaga, Jadzić, jad, jadło – ale to nie są pojęcia identyczne oznaczające to samo. Inny przykład – jantra. Jantra to w hinduizmie kontemplacyjny wzór geometryczny reprezentujący bóstwo i służący do ubóstwienia, graficzny odpowiednik mantry. U nas to słowo ma także rudymentarne znaczenie - jądro. To co innego, chociaż obydwa znaczenia wywodzą się z owego pojęcia „jądra” oru – nosiciela RA – światła – Swaraga, Sworoga, części Zwory-Sfory Światła (Bramy Świata i Swiatła Świata). Jak widać istnieją tu dalsze wspólne nawiązania – jak Brama Światła i Świata – i Brahman. To znów nie to samo. U Słowian znak jantryjądra (istoty i istu boskiego) znajdziemy na obrzędowych ręcznikach ze znakami bogów, czyli dawanach (dajnach) – dywanach, albo na stanicach z boskim znakiem, albo na wisiorach z symbolem (węsiory, węsiorki, serpęty) albo na pudełkach z płaskorzeźbami i ziołem lub figurką-palwanem (kąptorgi).

Jan Kochanowski z pewnością przekazuje nam więcej pewnych wiadomości, znanych mu z własnego doświadczenia, z obserwacji żywych jeszcze obyczajów ludu i obrzędów wiejskich, niż Słowiano-Aryjska Weda. Do tego posiadł on głęboką wiedzę ezoteryczną i okultystyczną pochodzącą od Nowo-Platończyków, będących kontynuatorami wiedzy alchemiczno-astrologicznej i geometryczno-matematycznej od czasu starożytności.

Przytoczę tylko dwie pieśni na rozgrzewkę:

wysp franciszk grób jana kochanowskiego 465,500,q

PIEŚŃ XXIII Nie zawżdy, piękna Zofija

Nie zawżdy, piękna Zofija,
Róża kwitnie i lelija;
Nie zawżdy człek będzie młody
Ani tej, co dziś, urody.

Czas ucieka jako woda,
A przy nim leci Pogoda
Zebrawszy włosy na czoło,
Stąd jej łapaj, bo w tył goło;

Zima bywszy zejdzie snadnie,
Nam gdy śniegiem włos przypadnie,
Już wiosna, już lato minie,
A ten z głowy mróz nie zginie.

Szachy jana Kochanowskiego Przred 10

W pierwszej linii przekazu czyta się to jak opis prosty, sytuacji przemijania i więdnącej urody oraz nadciągającej nieuchronnie starości – i tak jest. Gdyby nie dwa fakty o specjalnym znaczeniu, na tym można by w interpretacji poprzestać. My jednak pójdźmy drogą Joanny Salamon i przeczytajmy tylko to co się za tym podstawowym tekstem kryje. Moglibyśmy się posunąć dalej i zestawić tę pieśń z jej lustrzanymi odbiciami w innych księgach (bo były III Księgi tychże pieśni, a każdej pieśni odpowiada inna, która ją rozwija lub kontruje).

Dlaczego autor mówi o Zofiji? Bo Zofia – to Sophia – Mądrość alchemików i astrologów, pojęcie ze starożytności, a cały ten utwór jest pochwałą tak rozumianej Mądrości – filozofii starożytnej, która jest prostą naturalną filozofią życiową płynącą z obserwacji przyrody i przyrodzonego porządku rzeczy. Tu Jan Kochanowski jasno powiedział nam kim jest – tym jednym słowem.

W tym tekście jest też inne słowo: Pogoda – napisane z dużej litery! A dlaczegóż to? Nic nie usprawiedliwia tej Wielkiej Litery poza jednym: nie o zwykłą pogodę tutaj chodzi ani o pogodę ducha. To imię Bogini słowiańskiej, pogańskiej bogini której Kochanowski jest, jak widać, wyznawcą i przekazicielem imienia. A kim jest Pogoda, jak nie boginią Weny, czyli „łagodnego  ale i wzniosłego Powietrza”, natchnienia, jak nie panią Ładu Przyrody, ale przede wszystkim Panią Drogi Życiowej Człowieka, tak jak i Podag, jej mąż jest Władcą Dróg i Ścieżek, Opiekunem Podróżnych i Odkrywców.

I tak w dwóch dosłownie słowach dowiadujemy się o Janie Kochanowskim wszystkiego, a od niego dowiadujemy się o bogach Słowian, których miano nadzieję „unicestwić” chrześcijaństwem.

Znający Słowiańską Baję i ezoteryczną symbolikę zwrócą od razu uwagę na zestaw Róża i Lelija, które to kwiaty kojarzą się jednoznacznie z rozkwitem kobiecości oraz z kwiatem żałobnym – i żałobną bielą. I oto mamy drugiego boga pod postacią owej Leliji – Lela, Pana Pośmiertnej Drogi i Pamięci Zmarłych.

m konarski urszulka w hołdzie kochanowskiemu

PIEŚŃ XXIV Niezwykłym i nie leda piórem opatrzony…

Niezwykłym i nie leda piórem opatrzony
Polecę precz, poeta, ze dwojej złożony
Natury: ani ja już przebywać na ziemi
Więcej będę; a więtszy nad zazdrość, ludnemi

Miasty wzgardzę. On, w równym szczęściu urodzony,
On ja, jako mię zowiesz, wielce ulubiony
Mój Myszkowski, nie umrę ani mię czarnymi
Styks niewesoła zamknie odnogami swymi.

Już mi skóra chropawa padnie na goleni,
Już mi w ptaka białego wierzch się głowy mieni;
Po palcach wszędy nowe piórka się puszczają,
A z ramion sążeniste skrzydła wyrastają.

Terazże, nad Ikara prędszy przeważnego,
Puste brzegi nawiedzę Bosfora hucznego
I Syrty Cyrynejskie, Muzom poświęcony
Ptak, i pola zabiegłe za zimne Tryjony.

O mnie Moskwa i będą wiedzieć Tatarowie,
I róznego mieszkańcy świata Anglikowie;
Mnie Niemiec i waleczny Hiszpan, mnie poznają,
Którzy głęboki strumień Tybrowy pijają.

Niech przy próznym pogrzebie żadne narzekanie,
Żaden lament nie będzie ani uskarżanie:
Świec i dzwonów zaniechaj, i mar drogo słanych,
I głosem żałobliwym żołtarzów spiewanych!

Powiem po pierwsze tylko tyle: Łado i Lel-Illeli – to zarówno zaśpiew weselny, świąteczny kupalny, jak i zaśpiew żałobny, którym bułgarskie kobiety po wsiach do dzisiaj żegnają zmarłych członków swojej rodziny, swoje zmarłe w chorobie dzieci  i umarłych mężów, czy kochanków. To jest zaśpiew, który powtarza się przy obrzędach pogrzebowych, gdy zmarły wędruje do grobu. To jest zaśpiew znany z prawdziwej Wedy Słowena i jej zapisów etnograficznych. Bo to są imiona dwóch bogów Słowian – Łady – Pana Porządku, Pana Wojny i Pokoju, Pana też, w związku z tym, Małżeństwa, ale i Śmierci i Życia, i opiekuna Związku. Ileli – Lelij, Brat Polela, to Pan Pamięci Zmarłych, ten Który Sądzi Duszę w Zaświatach. Nic dziwnego, że tak brzmi ten zaśpiew raz weselny a raz śmiertelny.

„Nie zwykłym i nie leda piórem opatrzony” –  bo pióro Leda-Lela (Ładu Śmierci) jest tu symbolem Ptaka Śmierci – Lelka, który wieść o śmierci przynosi, i jest symbolem Strasza-Umora, który następnie duszę zmarłego, na Tamten Świat – w Zaświaty – niesie.

Spójrzcie jak piękną symbolikę ma ten cały proces starzenia się umierania – o d bieli i siwizny starczych włosów, poprzez Biel Ptaka Zaświatów Lelka, do bieli kolorystyki szat żałobnych i całunów śmiertelnych – bo biel była kolorem, żałobnym Słowian a nie chrześcijańska czerń.

To nam przekazał prosto i jasno Jan Kochanowski, łącznie z nawiązaniem znów do starożytności śródziemnomorskiej.

Resztę odgadnijcie dla siebie z tych dwóch pieśni sami.

Tagged with:
Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 627 other followers