białczyński

„Dlaczego Wiara Przyrody nie potrzebuje kapłanów ani doktryny – czyli mądry wpis pod artykułem o niszczeniu pomników w Timbuktu” oraz o Oświeceniu (zebrane przez Mezamira Snowida)


Dlaczego Wiara przyrody nie potrzebuje kapłanów – czyli mądry wpis pod artykułem o niszczeniu pomników w Timbuktu na Onet.pl

Mądry wpis pod artykułem na Onet.pl o działalności radykalnych islamistów w Mali spowodował, że zatrzymałem się na chwilę i przeczytałem tę całość zestawioną z dwóch części – artykułu i owego wpisu – z głęboką refleksją. Chciałoby się żeby takich komentarzy było więcej, żeby były same takie oparte na głębokiej wiedzy i przemyśleniu tematu komentarze pod artykułami, które tam się ukazują.

Niestety portale Informacyjne podporządkowane są sympatiom politycznym ich właścicieli i przez to większość komentarzy jest tam bezsensowną młocką kłócących się popleczników stron konfliktu politycznego lub politykierów od siedmiu boleści.

Tak się dziwnie „przypadkiem” złożyło, że ten tekst ukazał się w przeddzień publikacji artykułu Winicjusza Kossakowskiego, w którym właśnie poprawiałem drobne literówki, kiedy wszedłem na wiadomości w Onecie i  równie „przypadkowo” – bo prawie nigdy tego nie robię – przeczytałem początek pierwszego wpisu pod artykułem. Z wpisami i ze stronami internetowymi, z blogami jest tak, jak z dobrym filmem. Dobry film rozpoznaje się już po czołówce, a dobry blog po jednym zdaniu na górze, także po pierwszym zdaniu można rozpoznać jaka jest wartość tego co dalej będzie rozwinięte. I tym razem tak właśnie było. Pierwsze zdanie w komentarzu pod artykułem zmusiło mnie do rozwinięcia całego wpisu, który okazał się właściwie sążnistym analitycznym artykułem napisanym przez Internautę o nicku TW Cappino.

Dopiero ten tryptyk – „Czy religie dzielą naród”, „Islamiści kontynuują niszczenie zabytkowych mauzoleów w Timbuktu” i „Walka rzymskiego pogaństwa z chrześcijaństwem oraz chrześcijaństwa ze słowiańskim pogaństwem” stanowi poważną wartość i daje nową jakość w widzeniu całej problematyki współczesnego przewartościowania religijności i otwarcia współczesnych Europejczyków na Nową Wiarę.

TW Cappino popełnia pewien błąd w całym swoim rozumowaniu – skupia się mianowicie na Polsce widzianej jako Lechia czyli Połabie i Polska  – co częste i trudne do zwalczenia jako efekt postkolonialny. W ten sposób „zapominamy”, że Litwa która obejmowała w XIV wieku także Ruś – była wtedy jeszcze pogańska, a chrześcijańskość ograniczyła się aż do Rozbiorów do tego o czym pisze pan Winicjusz – szlachty, albo do „miejscowej” odmiany chłopskiej religijności, która była z kolei konglomeratem pogaństwa i powierzchownego chrześcijaństwa nałożonego na stary rytuał i obrzędowość.

Wiedząc to i biorąc pod uwagę możemy dopiero w pełni ocenić cały proces jaki zaszedł w przeszłości i jaki zachodzi na naszych oczach. Ta refleksja i ocena potwierdziła po raz kolejny zasadność przyjętego przez Wiarę Przyrodzoną Słowiańską rozwiązania dotyczącego gromad żerców  (kapłaństwa)  i rozwiązania dotyczącego doktryny, czyli Kanonu Wiary.

Kapłowie (Żercy) w Rodzimej Wierze Słowian to osoby, których rola wyczerpuje się w organizowaniu i  sprawowaniu obrzędów publicznych, których jedynym celem jest integracja społeczności Wierzących i utrwalenie wiedzy o obrzędach, czy przekazanie tradycji Wiary w obrzędach kolejnym pokoleniom Wiernych. Rola wiedunów Rodzimej Wiary Słowiańskiej wyczerpuje się w przekazywaniu wiedzy o wierze. Wiedun czy kapła-żerca to osoby publiczne, które wypełniają posłanie krzewienia wiedzy o Wierze Pzyrodzonej Słowiańskiej tym, którzy tej wiedzy potrzebują. Posłanie oznacza, że czynią to nieodpłatnie. Jedyna opłata jaka ma sens to składka na to wszystko co jest przedmiotem konkretnego, przygotowywanego obrzędu. Ustanowienie jakichkolwiek innych opłat niż dobrowolne składki na konkretne cele obrzędowe prowadzi do takiej sytuacji jaką mamy  we współczesnym buddyzmie, chrześcijaństwie i islamie.

Sensem duchowego doskonalenia się Ludzi jest uzyskanie przez nich wglądu w Rzeczywistość i Światło Świata, a więc uzyskanie możliwości bezpośredniego kontaktu w Bogami/Bogiem w Sobie i we Wszechświecie. W tym procesie samodoskonalenia jest miejsce dla Wiedzących i Wiodących oraz dla Żerców i Szamanów – zajmują się oni tym działaniem dobrowolnie, a więc nie czerpią z tego tytułu żadnych korzyści finansowych.

Tylko takie rozwiązanie jest moralne i gwarantuje, że Wiara Przyrodzona Słowiańska nie wypaczy się w dziwoląg, który przestanie służyć rozwijaniu własnej osobowości i świadomości wyznawców. Łatwo bowiem wiara może wyrodzić się w religię i stać się „pośrednikiem”  w obrzędach osobistych i rodzinnych, a w końcu też we wszystkich kontaktach z Bogiem/Bogami – to jest w karykaturę Wiary i narzędzie służące utrzymaniu władzy – rządu dusz dla kasty kapłów czy wiedunów.

Wyciągnijmy też wnioski z mądrego artykułu Winicjusza Kossakowskiego i zrozummy, że Słowiańskość = Polskość, że Rusini to też Słowianie (Polacy), i Węgrzy także są Skołotami dawnymi i Polakami (=Słowianami) a w ramach duchowej polskości powinniśmy przyjąć i zmieścić wszystkich, którzy CHCĄ się z nią identyfikować, niezależnie od tego gdzie mieszkają i jak wyglądają, czy mają oczy skośne czy skórę czarną albo czerwoną albo zieloną, czy ich matka była Żydówką czy nie.

Pamiętajmy, że są tacy, którzy chcą nas za wszelką cenę zunifikować i podzielić w celu łatwiejszej unifikacji.

Niech nas nie zmylą różne języki, którymi mówimy ani granice państwowe – naszą ojczyzną i macierzą jest Słowiańszczyzna a naszym Plemieniem jest ta grupa, do której sami wybraliśmy dobrowolnie przynależność. Świat najbliższej przyszłości to świat PLEMIENNY – świat plemion zintegrowanych wspólnotami poglądów i celów. Pamiętajmy, że nie jest przeszkodą dla uczestnictwa w Słowiańskości – żadna wyznawana przez kogoś religia, pamiętajmy też, że nie jest przeszkodą w Rodzimowierzeniu (w pogaństwie Słowiańskim) to, że człowiek jest joginem, praktykuje zen, ma poglądy naukowe na świat – ale uznające istnienie boga/bogów czyli Wyższej Siły Sprawczej, że jest czy nie jest wegetarianinem, że uważa za mądrą filozofię hinduistyczną, czy taoizm, czy filozofię buddyjską, albo jest okultystą, czy wyznaje magię lub szamanizm, albo że jest fanem piłki nożnej i boksu czy jazdy figurowej na łyżwach. Natomiast jest przeszkodą w wyznawaniu Wiary Przyrody brak szacunku dla innych ludzi i  ich poglądów i ich wiary, brak szacunku dla wszystkiego co żyje w tym dla naszej Matki – Ziemi i jej Przyrody. Tak więc wyższościowe „filozofie” czy systemy wartości jak chrześcijaństwo czy faszyzm są przeszkodą, tak samo jak fanatyzm  technologiczny lekceważący Przyrodę i Ziemię wszystko co dzięki tej Wspólnej Naszej Matce ŻYJE.

Możliwe że Ci Którzy Wiedzą i są już Oświeceni a czytają te słowa i ci którzy nie mają się za Oświeconych, ale zwykłych inteligentnych ludzi, poczują pewien dyskomfort, że piszę tutaj takie truizmy, rzeczy oczywiste i wiadome im od dawna

Martwi mnie gdy się obwinia Żydów o nasze własne nieszczęścia. Nie obwiniajmy sprytnych i inteligentnych, że są sprytniejsi i inteligentniejsi od nas, lecz bądźmy od nich jeszcze sprytniejsi, bardziej solidarni niż oni i inteligentniejsi – to znaczy wykształceni nie po uniwersytecku,  lecz wiekową mądrością życiową czerpaną z tradycji Słowian  i wszelką praktyczną czy teoretyczną wiedzą (naukową także).  Za swoje położenie nie obwiniajmy nikogo tylko SIEBIE. Możemy zrobić lepiej i więcej z pożytkiem dla naszego PLEMIENIA, a to będzie pożytkiem dla wszystkich Słowian.

Artykuł na Onet.pl 1.07 2012

Islamiści kontynuują niszczenie zabytkowych mauzoleów w Timbuktu

dzisiaj, 00:01, 01 07 2012

Pomimo ostrych protestów islamscy radykałowie kontynuowali w niedzielę akcję niszczenia mauzoleów sufickich świętych w Timbuktu na północy Mali. „Zbrodnią wojenną” nazwała działalność talibów prokurator Międzynarodowego Trybunału Karnego Fatou Bensouda.

Fot. AFP

fot. HABIB KOUYATE

Malijscy talibowie, używając broni palnej i kilofów, burzyli drugi dzień z rzędu zabytkowe mauzolea, ignorując apele o zaprzestanie wandalizmu – pisze agencja Reutera, powołując się na naocznych świadków zdarzeń. Miejscowy dziennikarz Yaya Tandina powiedział, że grupa około 30 uzbrojonych mężczyzn zniszczyła w niedzielę trzy grobowce świętych. Dopiero w południe, gdy część napastników udała się do meczetu, akcję przerwano.

Sprzymierzeni z Al-Kaidą tuarescy radykałowie islamscy, naśladując afgańskich talibów, zburzyli w sobotę co najmniej dwa mauzolea sufickich świętych uznane przez UNESCO za pomniki Światowego Dziedzictwa Kultury. Grozili zburzeniem wszystkich 16 grobowców.

- Jeszcze dziś zburzymy wszystkie mauzolea, wszystkie, co do jednego – zapowiadał rzecznik malijskich talibów Sanda Ould Boumama. – Bóg jest tylko jeden. Oddawanie czci grobowcom jest grzechem. Muzułmanom nie wolno tego robić, a wszyscy jesteśmy muzułmanami.

Prokurator Międzynarodowego Trybunału Karnego w Hadze, Fatou Bensouda, określiła w rozmowie z AFP postępowanie malijskich talibów mianem „zbrodni wojennej”. Przypomniała, że według statutu rzymskiego, który reguluje działanie MTK, celowe ataki na niechronione obiekty cywilne stanowią zbrodnię wojenną.

Malijska minister kultury i turystyki, Fadima Toure Diallo, wezwała ONZ do podjęcia konkretnych kroków przeciwko „zbrodniom przeciwko światowemu dziedzictwu kultury”. – Te kryminalne czyny nie mają nic wspólnego z islamem i tolerancją, których napastnicy domagają się dla siebie – powiedziała Diallo na posiedzeniu UNESCO w Petersburgu.

Timbuktu, nazywane „miastem 333 świętych”, sławne jest z grobowców i mauzoleów świętych sufickich mężów i uczonych, którzy żyli i działali tu w XIV i XV wieku, gdy miasto przeżywało swój złoty czas. Położone na skrzyżowaniu karawanowych szlaków, stało się opływającą w bogactwa saharyjską metropolią intelektualną i kupiecką wielkich imperiów Mali i Songhaj.

W 1988 r. UNESCO uznało mauzolea, meczety i manuskrypty z Timbuktu za pomniki Światowego Dziedzictwa Kultury. W zeszłym tygodniu UNESCO umieściło miasto na liście zagrożonych zabytków, uznając, że działalność islamistów stanowi niebezpieczeństwo dla zabytków.

(Pog)

TW Cappino

„Walka rzymskiego pogaństwa z chrześcijaństwem oraz chrześcijaństwa ze słowiańskim pogaństwem”

~TW „Cappino” do ~Max: Od wieków nowe religie niszczą ślady po starych religiach. Niszczenie zabytków historycznych to podstawowa metoda utrwalania nowej władzy religijnej i politycznej. Tak było jest i będzie. Ponieważ Europa ulega obecnie islamizacji warto więc przyjrzeć się temu procesowi na przestrzeni historii. Szczególnie na naszym polskim i europejskim podwórku.

Jak uczy historia kultura europejska jest bardzo słaba. Europejczycy bardzo łatwo poddają się obcym wpływom. Przykładowo, słowiańska kultura oparta na harmonii z naturą została po prostu zmieciona z powierzchni ziemi przez dobrze zorganizowany kościół katolicki.
Teraz trudno stwierdzić co jest tak naprawdę kulturą Europejską. Obecnie w Europie propaguje się chodzącą na bardzo krótkich nogach laicyzacje. Ponieważ jednak ludzie są tak skonstruowani, że jakąś religie muszą mieć, to zapewne niedługo nastąpi zmiana siedziby (z Rzymu do Mekki) i Europa po raz kolejny zostanie podbita kulturalnie przez bliski wschód. Tym razem będzie to Islam.

Ja nikogo nie oceniam i nie pisze czy to dobrze, czy niedobrze. Podaje tylko pewne trendy, które są widoczne jak sie popatrzy na dłuższe okresy historyczne.

Islamizacja przebiega bardzo podobnie jak Chrystianizacja 1000 lat temu dlatego podaje w skrócie jak doszło do Chrystianizacji Europy.

Chrystianizacja przebiegała następująco:

Pierwsi chrześcijanie skupiali sie początkowo w małych grupach (tak jak teraz muzułmanie w Europie Zachodniej). Podobno byli prześladowani. Jednak jak widać bardzo nieskutecznie ponieważ w dość krótkim czasie przejęli władze na Rzymem (po bitwie przy moście Mulwijskim w roku 312).

Następnie kraje przeszły na chrześcijaństwo w latach:
Frankowie 496
Irlandia V w.
Szkocja VI w.
Brytania VI w.
Niemcy VII w.
Państwo wielkomorawskie 822
Bułgaria 866
Czechy 925
Dania 965
Polska 966

Mniej więcej po podobnej ścieżce kroczy teraz Islam. Tyle ze idzie mu dużo szybciej.
Jest to ciekawe o tyle, ze Ci co zwykle uchodzą za ostoje kultury Europejskiej (Włochy, Francja, Niemcy) padli pierwsi. Teraz też padną pierwsi. Tak przynajmniej mówią statystyki demograficzne. Zostaną podbici przez Islam dokładnie tak samo jak Rzym przez Chrześcijaństwo. Po cichu i bez rozgłosu.

##############
Początki chrześcijaństwa w są bardzo podobne to początków Islamu w Europie. Podaje opis przegranej waliki kultury rzymskiej z chrześcijaństwem. Z opisu tego widać jak nieskuteczne są filozofia i nauka w starciu z dobrze zorganizowaną religią.

Imperium rzymskie próbując ratować swoją kulturę zaczęło aktywnie walczyć z chrześcijaństwem.

W 250 został wydany pierwszy edykt godzący w ogół chrześcijański. Jego wydawca, cesarz Decjusz (249-251), nakazał w nim wszystkim mieszkańcom Imperium złożenie ofiar rzymskim bogom, na czym opierać miało się wydawanie specjalnego zaświadczenia zwanego libellus. Cesarz liczył na wzmocnienie przezeń jedności swojego państwa; było ono wtedy ciągle atakowane i wstrząsane wojnami domowymi. Dla wykonania edyktu powołano specjalne komisje, wydające owe zaświadczenia, którego brak prowadził do uwięzienia i procesu. Wprowadzanie zasad edyktu zależało głównie od gorliwości lokalnych władz; najbardziej zaciekle wdrażano edykt w Afryce i Azji. Prześladowania podzieliły chrześcijan na męczenników, którzy ponieśli śmierć, wyznawców, którzy odmówili złożenia ofiary ale przeżyli oraz upadłych (lapsi), którzy zostali złamani i – często w wyniku tortur i groźby śmierci – oddali cześć pogańskim bóstwom. Później w kręgach chrześcijan nastąpiła dyskusja, która doprowadziła do przyjęcia zasady ponownego przyjmowania odstępców (wbrew nowacjanom, którzy domagali się nieprzyjmowania „upadłych”). Prześladowania te zakończyła śmierć Decjusza pod Abrittus (obecnie Razgrad w Bułgarii) w 251.

Cesarz Walerian (253-260) kontynuował politykę prześladowań za pomocą edyktów. Dążył do powrotu dawnych zwyczajów i religii rzymskich. Za największe zagrożenie w tych działaniach uznał chrześcijaństwo, toteż wystawił dwa edykty godzące bezpośrednio w tę grupę. Pierwszy, ogłoszony w 257, zabraniał chrześcijanom zgromadzeń na cmentarzach, nakazywał też zamknięcie kościołów. Kolejny edykt z 258 nakazywał natychmiastowe karanie śmiercią każdego kto nie złożył ofiary rzymskim bogom; chrześcijanom z wyższych warstw konfiskowano majątek. Edykty Waleriana zakazały kultu chrześcijańskiego (do tej pory karano tylko za odmowę kultu pogańskiego). Szczególnie krwawe prześladowania trwały w Afryce i Egipcie; zginęli wtedy święci Cyprian i biskup rzymski Sykstus.
Po śmierci Waleriana edykty zostały cofnięte przez jego syna Galienusa, który uważał, że konflikty religijne powinny walczyć ze sobą na polu idei a nie w rękoczynach. Kościół został uznany jako instytucja a cesarz namawiał biskupów do dochodzenia swych praw po nie dawnych prześladowaniach; chrześcijanie zaczęli znów uczestniczyć w życiu państwowym i urzędniczym. Nastąpił okres 40-letniego rozejmu w walce pogańskiego państwa z chrześcijaństwem.

Druga połowa III wieku była okresem burzliwej ekspansji chrześcijaństwa, zwłaszcza na Wschodzie. Chrześcijańskie stały się nie tylko miasta, ale także wsie. Najważniejszym ośrodkiem stał się Egipt, gdzie powstał ruch eremicki, Syria i Azja Mniejsza. Chrześcijaństwo przekroczyło granice cesarstwa. Terenem misji stała się Persja, w której król Szapur I zezwalał na powstanie Kościoła i spełnianie kultu. Misjonarze dotarli także do Indii. Pierwszym krajem chrześcijańskim stała się w 301 Armenia, gdy misjonarz Grzegorz Oświeciciel zyskał poparcie króla Tiridatesa III. Chrześcijaństwo rozwijało się także w Italii (zwłaszcza w Rzymie) i Afryce.

Ostatni akt prześladowań nastąpił za cesarza Dioklecjana (284-305), który próbując uratować upadające imperium rzymskie poprzez kult władzy cesarskiej połączył motywy polityczne z filozoficznymi. Wykorzystał mianowicie niechęć do chrześcijan neoplatońskiej szkoły filozoficznej sprzymierzonej z pogańskimi kapłanami. Edyktem z 299 nakazano wszystkim żołnierzom i urzędnikom złożyć bóstwom ofiarę pod groźbą usunięcia z stanowisk. Odmowa złożenia ofiary pociągać miała za sobą utratę przywilejów stanowych albo obrócenie w niewolnictwo; wszystkich chrześcijan uznano za niezdolnych do spełnienia aktów prawnych. Edykt z 303 nakazał zniszczenie świątyń chrześcijańskich, konfiskatę i spalenie ksiąg świętych; surowo zabraniał też gromadzenia się chrześcijan. Początkowo nie przewidywano karania śmiercią, ale od 304, kiedy nakazano wszystkim chrześcijanom złożenie ofiar pogańskich wielu chrześcijan wystąpiło aktywnie przeciw władzy ponosząc męczeńską śmierć. Prześladowania przerwał częściowo edykt tolerancyjny cesarza Galeriusza z 311, a w pełni tak zwany edykt mediolański z 313, wydany przez współcesarzy Konstantyna i Licyniusza. Konstantyn postanowił pójść dalej i uczynić chrześcijaństwo składnikiem ideologii państwowej: na sztandary wojska i monety wprowadził monogramy Chrystusa, biskupom przyznał uprawnienia urzędników państwowych, budował kościoły chrześcijańskie, a w 321 ogłosił niedziele urzędowym dniem odpoczynku. Mariaż państwa z religią chrześcijańską przypieczętowała decyzja wyłączenia nieprawowiernych chrześcijan z edyktu tolerancyjnego. Odtąd protektorem wiary chrześcijańskiej był cesarz i władza państwowa.
##############

Jednym z ostatnich, którzy sie opierali i trwali przy pierwotnej kulturze Europejskiej byli Słowianie Połabscy (tereny byłego NRD).

Germanie żyjący w strukturach wodzowskich (rządy sprawowane przez wodza wybieranego na jedną wyprawę, czy też wodza na dłuższy okres czasu) szybciej podporządkowali się Chrześcijaństwu. Słowianie żyjący w demokracji (władza wieców) znacznie dłużej się opierali.
Islam ze swoja kultura oparta na rozkazach jest stworzony po prostu dla Germanów (co zresztą dzieje sie obecnie na naszych oczach). Dobrze jest sie tez zastanowić co sie może zdarzyć potem. Prawdopodobnie będzie bardzo podobnie jak 1000 lat temu.

Obecnie Europa podbijana jest przez Islam. Schemat działania jest bardzo podobny. Najpierw padną Francja i Niemcy (w sumie to im już niewiele brakuje). Norwegia i Wielka Brytania pewnie będą następne. Jak już to się stanie to reszta Europy zostanie uznana za pogańską i siłą zostanie zmuszona do zmiany zwyczajów. Taki przynajmniej było 1000 lat temu. Teraz pewnie pójdzie dużo szybciej bo mamy trochę więcej technologii.

Poniżej zamieszczam opis jak to się odbywało w przypadku chrześcijaństwa 1000 lat temu. Dla uproszczenia podje tylko historie Słowian Połabskich (Oborzyczanie, Wieleci, Serbołużyczanie i parę innych plemion na terenach byłego NRD). Można by jeszcze długo pisać jeszcze o Prusach, Inflantach itp.

******************
* Opis jest długi i można go pominąć
******************

Słowianie świątyń nie budowali. Kapłani żyli z pracy własnych rąk lub z zapłaty za świadczone usługi, jak leczenie. Były za to kamienne kręgi, święte gaje, dęby itd. jako miejsce wyznaczone do wspólnego odprawiania czynności religijnych (Święty Krzyż, Ślęża). Świątynie takie jak Radogoszcz, Arkona to odpowiedź na oddziaływanie chrześcijaństwa, wtedy właśnie wybijają się poszczególni Bożkowie lokalni, powstaje grupa zawodowych kapłanów na wzór chrześcijaństwa, nawet wzorem biskupów niemieckich posiadających własnych wojów (Arkona ok. 300 zbrojnych), aby dać odpór Chrześcijaństwu.

W 864 r. z Konstantynopola przybyli na Morawy dwaj bracia Konstantyn (przyjął imię zakonne Cyryl) i Metody, którzy z powodzeniem nawracali Słowian. Oni to stworzyli pierwsze pismo słowiańskie – głagolicę, dzięki czemu udało im się przełożyć Pismo Święte na język słowiański. Po śmierci misjonarzy papież potępił ich przekład Biblii, przez co zaprzepaszczone zostały ich dokonania. Uczniowie braci w 886 r. zostali wygnani z Państwa Wielkomorawskiego przez następcę Rościsława, księcia lub króla (nie wiadomo czy doszło do koronacji) Świętopełka.

Pierwszy etap narzucania Obodrzycom chrześcijaństwa miał miejsce w roku 931, kiedy to król niemiecki, Henryk I, pokonał nieznanego z imienia księcia obodrzyckiego zmuszając go do hołdu oraz przyjęcia chrztu. Fakt ten pozostał bez następstw, gdyż książę ten nie przejął się nową wiarą. Nieco większe znaczenie miała działalność pierwszego biskupa merseburskiego Bosona (968-970). Tym jednak razem lud nie przejął się nową wiarą.

Niemniej jednak już od X w. Niemcy poczęli tworzyć na Połabiu pierwsze biskupstwa (dla Obodrzyców – starogardzkie, 968). Jedno z takich biskupstw misyjnych, w Szlezwiku, zostało przez Obodrzyców (albo przez Polaków, jak uważają niektórzy historycy) zniszczone ok. 995 r. W tymże Starogardzie kilka lat wcześniej Obodrzyce urządzili pogrom chrześcijan. Miało to miejsce w czasie powstania obodrzyckiego pod wodzą Mściwoja i Mścidraga, które wybuchło, jak podaje Helmold, kiedy margrabia Teodoryk nazwał Mściwoja „psem”. W roku 1018 ma miejsce kolejna reakcja pogańska, przy okazji najazdu Wieletów.

Księciem, który wprowadzał chrześcijaństwo był Gotszalk (1010-1066). Ten wychowanek klasztoru sam aktywnie włączył się w akcję ewangelizacyjną. Tym niemniej jednak głosicielem nowej wiary był kler niemiecki, który, nastawiony głównie na korzyści materialne i uważany za ciemięzcę, nie budził zaufania u Słowian. Po kilkunastu latach Gotszalk zostaje zamordowany z inspiracji Związku Wieleckiego, po czym wybucha wielka „reakcja” pogańska, która kończy się unicestwieniem organizacji kościelnej na ziemiach obodrzyckich i ukamienowaniem chrześcijan w Raciborzu.

Zimą 1067 na 1068 – biskup Burchard z Halberstadt prowadzi wyprawę wojenną przeciw Wieletom, zdobywa i pustoszy kraj Redarów i powraca do Saksonii na świętym rumaku Swarożyca (Swarożyc – słowiański bóg ognia ofiarnego i domowego). Świątynia Swarożyca (Zuarasici) znajdowała się w Radogoszczy (prawdopodobnie na terenach obecnego Berlina).
W wyniku akcji zbrojnej biskupa rozpada się Związek Wieletów. Wykorzystując osłabienie swego konkurenta Henryk Gotszalkowic w 1093 r. przejmuje dla Obodrzyców ziemie wieleckie.

Nim jednak doszło do krucjaty władzę w państwie obodrzyckim przejął wybitny książę Niklot (1131-1160), który po śmierci synów Henryka Gotszalkowica objął tron w drodze elekcji przez wiec. Jego panowanie zostało w pierwszym okresie naznaczone pokojową pracą nad zespoleniem i wzrostem znaczenia politycznego i ekonomicznego państwa.

W roku 1108 biskupi niemieccy ogłosili manifest nawołujący do ekspansji na ziemie Słowian połabskich. W XII wieku (wyprawa z 1147) miała miejsce tzw. krucjata połabska – zbrojna wyprawa wojenna zorganizowana z upoważnienia papieża Eugeniusza III.

1125 – zburzenie grodu Radogoszcz (główny ośrodek polityczny Redarów oraz centrum kultu Radogosta-Swarożyca) przez wojska króla niemieckiego Lotara III. Dokładne położenie miejscowości nie jest znane; najbardziej wiarygodne jest utożsamienie Radogoszczy z grodem i osadą słowiańską odkrytymi w wyniku badań archeologicznych w miejscowości Groß Raden w Meklemburgii, gdzie odkryto pozostałości świątyni słowiańskiej. Istnieje teza jakoby gród znajdował się na terenach obecnego Berlina.

Głównym rzecznikiem tej krucjaty stał się św. Bernard z Clairvaux, który nakłonił do udziału w niej m.in. króla niemieckiego Konrada III. Papieskie wezwanie do krucjaty pociągało wówczas za sobą zobowiązania moralne, w szczególności dla chrześcijańskich władców. Bardziej pragmatycznym władcom saskim nie w smak była jednak zbrojna wyprawa w nieznane, zamyślili więc „służbę zastępczą”. Henryk Lew, Albrecht Niedźwiedź oraz Konrad z Zähringen przekonywali, że nie ma sensu gnać na daleki Wschód, kiedy pod bokiem mnóstwo pogan, wcześniej więc „tych przeto przede wszystkim albo wytępić, albo nawrócić wypada”. Św. Bernard podzielił logikę tego wywodu i zezwolił Sasom na odbycie wyprawy krzyżowej na żyjących spokojnie i w ogóle niezagrażających Niemcom Obodrzyców. Oficjalnie decyzja św. Bernarda została zatwierdzona przez papieża, który w specjalnym piśmie z 14.4.1147 r. opatrzył wszystkich wojowników w te same odpusty i nagrody duchowe, które przysługiwały krzyżowcom udającym się w tym czasie do Palestyny. Aby wzmocnić ducha bojowego wprowadził papież do tego aktu dodatkowe zastrzeżenie: pod groźbą ekskomuniki żaden krzyżowiec nie może przyjąć jakichkolwiek pieniędzy od pogan, gdyż mogłoby to „ostudzić zapał religijny, a niewiernych w ich błędach umocnić”.

Operacja wagryjska przyspieszyła krucjatę, która rozpoczęła się w lipcu 1147 r. Na Obodrzyców uderzyły dwie armie niemieckie (Albrechta Niedźwiedzia, 60 tys. żołnierzy, Henryka Lwa, ok. 40 tys.) i flota duńska (pod wodzą Kanuta i Swena). Wraz z Albrechtem Niedźwiedziem na Słowian ruszyło grono arcybiskupów, biskupów i opatów (biskup hoboliński i legat papieski, Fryderyk Anzelm, arcybiskup magdeburski, Fryderyk, biskup halbersztacki, Rudolf, biskup monastyrski, Werner, biskup miśnieński, Reinhard, biskup brandendurski, Wigger, biskup ołomuniecki, Henryk, opat z Korbei, Wibald). Nieco mniej hierarchów przyłączyło się do armii Henryka Lwa (m.in. arcybiskup bremeński, Adalbert, biskup werdeński, Ditmar, prałat Hartwig, późniejszy arcybiskup bremeński). Siły lądowe wspomagała potężna flota duńska, która miała atakować z morza i blokować porty. O nasileniu fanatyzmu krucjatowego świadczy okoliczność, że na wezwanie do wyprawy na pogan w Danii zawieszono trwającą niemal od roku wojnę domową, po to, aby obaj pretendenci do tronu, wraz ze wszystkimi mężczyznami zdolnymi do noszenia broni, mogli uderzyć w niewiernych. Do wyprawy dołączyły się także, niestety, wojska polskie, księcia Mieszka, w sile 20 tys. krzyżowców. Krucjata była więc niewątpliwie potężna, kronikarz podkreśla: „aż ziemia drżała na ich widok”.

Losy kampanii skoncentrowały się na oblężeniu dwóch twierdz — obodrzyckiego Dumina i lucickiego Dymina. Słowianie uznając przewagę bojową agresorów unikali starcia w otwartym polu, skupiając się na odcinaniu wszelkich środków posiłkowych i aprowizacyjnych. Kiedy armia duńska została wysadzona na ląd i dołączyła do oblężenia Dubina, została niebawem i błyskawicznie zaatakowana przez Niklota, który zorientował się, że armie saska i duńska rozdzielone są grząskim terenem. Wodzowie sascy mogli jedynie obserwować klęskę swych niefortunnych sprzymierzeńców. Pogrom Duńczyków znacznie osłabił morale Sasów, zaczęto w ogóle się zastanawiać nad sensem dalszej walki przeciw Słowianom, zaczęły też nasilać się dezercje. Efektywność dalszego oblężenia znacznie spadła i była rozwlekana przez kolejne rozejmy. Dopełnieniem porażki Duńczyków stała się klęska floty duńskiej pod wodzą biskupa Boeskilde, Ascerusa, która została niespodziewanie zaatakowana przez sprzymierzeńców Obodrzyców, Ranów, zamieszkujących wyspę Rugię i pobliskie ziemie.

Jedna z armii krzyżowców zapędziła się aż pod Szczecin, którego próba zdobycia zakończyła się sromotną porażką krzyżowców.

Nie lepiej się działo w południowej armii oblegającej Dymin. Wojsko trapiły głód, choroby, dezercja, niskie morale. Trwająca trzy miesiące wojna znużyła krzyżowców, którzy w dużej części dowodzeni przez biskupów, mających więcej żaru religijnego niż umiejętności wojskowych, stracili wiarę w pomyślne zakończenie wypadu. Znużeni wojną Sasi podjęli się w końcu układów pokojowych z niewiernymi. Zawarto układ pokojowy na zasadzie zachowania stanu sprzed ataku, przy czym Obodrzyce mieli przyjąć chrześcijaństwo. Tym samym rozpoczęta z wielkim rozmachem wyprawa krzyżowa zakończyła się niesławnym odwrotem i „pozornym chrztem”. Niemniej jednak drugi okres panowania Niklota był już naznaczony dramatycznymi staraniami o zachowanie niepodległości.

W konsekwencji pokoju dubińskiego erygowano ponownie na ziemiach obodrzyckich organizację kościelną (Starogard i Meklemburg, 1149). Ludność obodrzycka nadal jednak była niechętna nowej religii. Połabianie uważali bowiem Chrystusa za boga niemieckiego, a wiarę chrześcijańską za szczepowy kult Niemców. Nie pomogło ani niszczenie pogańskich świątków przez biskupa Gerolda, ani akcja misyjna Brunona. Stąd też organizacja kościelna służyć w zasadzie mogła jedynie niemieckim kolonistom.

Ostatecznego podboju państwa Niklota dokonano w czasie sasko-duńskiej kampanii wojennej, która ruszyła w 1160 r. W jej trakcie, śmiercią bohaterską poległ Niklot. W roku 1161 ziemie obodrzyckie stały się lennem najeźdźcy, który nadał je synom poległego księcia.

Sojusznicy Obodrzyców, Ranowie, ostatni bastion zachodniosłowiański, zostali podbici przez króla duńskiego Waldemara I i biskupa Roskilde, Absalona, w roku 1168. Świadomość narodowa (plemienna) koncentrowała się u nich wokół kultu Światowita, który cementował opór przeciwko narzucaniu chrześcijaństwa i zaborom germańskim. Nawet chrześcijański król Danii, Swen (1146-1157), przysyłał dary dla Światowita. Kiedy więc w czasie najazdu króla i biskupa zdobyto i zniszczono świątynię Światowita zadano tym samym śmiertelny cios Słowianom zachodnim, podobnie jak dokładnie wiek wcześniej biskup halbersztacki doprowadził do rozpadu Związku Lucickiego podbijając i niszcząc centralny ośrodek kultowy Swarożyca. W rok później Ranowie zostali przymusowo ochrzczeni a ich ziemie bullą papieża Aleksandra III zostały włączone do diecezji Roskilde.

Pamięć o Niklocie przetrwała przez wieki, a jego osoba stała się symbolem prawości, poświęcenia i nieugiętości zasad. Potomkowie Niklota zapoczątkowali linię panującą w Maklemburgii do 1918 r. Jej przedstawiciele później świadomie nawiązywali do słowiańskich tradycji. Zniemczeni potomkowie wystawili mu pomnik.

Święty Wojciech (956-997) patron Polski może być uważany za symbol upadku kultury Słowian. Celem jego misji w było wykorzenianie pierwotnej kultury europejskiej u Wieletów oraz Prusów. Przykładem jego działalności było wycięcie świętego dębu w Gdańsku i przeprowadzenie masowego chrztu (997 rok). Wszystko działo sie w asyście oddziałów wojskowych.
W roku 1003 Wieleci sprzymierzyli sie z królem niemieckim Henrykiem II przeciwko Polsce. Zaakceptowanie przez cesarstwo wytworzonej sytuacji na północnym Połabiu spowodowało, że pogaństwo (czyli pierwotna kultura Europejska) funkcjonowało na tych obszarach jeszcze przez następne 150 lat.

Na obszarach podległych biskupstwu w Brandenburgu w 1128 prowadził działalność chrystianizacyjną Otton z Bambergu (1060-1139). W swojej pierwszej wyprawie misyjnej w asyście wojsk Bolesława III Krzywoustego oraz Wacława I organizował masowe chrzty. W Szczecinie zniszczył świątynie Trygława, a posrebrzanie głowy posągu zostały wysłane do Rzymu (i ślad po nich oczywiście zaginął). Przerażeni mieszkańcy Wolina, Lubania i Gardzieca (obecnie Gartz) dali się ochrzcić.
W swojej drugiej wyprawie misyjnej (1128 rok) Otton z Bambergu wspierany przez wojsko Warcisława I chrystianizował Dyminie (dziś Demmin), Wołogoszcz (obecnie Wolgast), i Choćków (obecnie Gützkow). Działalność Ottona z Bambergu znacznie przyspieszyła późniejszą germanizacje tych terenów.

Ruiny największej świątyni słowiańskiej (Świątynia Światowida) znajdują sie na przylądku Arkona na wyspie Rugia (tereny byłego NRD). Została zdobyta i zniszczona w 1168 przez króla duńskiego Waldemara I. Ruiny świątyń słowiańskich datowane na VII-VIII wiek można znaleźć również w Feldbergu pod Neustrelitz (tereny byłego NRD). Były to budowle głównie drewniane i bardzo łatwo można było je zniszczyć.

Na podbitych terenach Niemcy rozpoczęli we wczesnym średniowieczu tzw. Ostsiedlung proces osiedleńczy na wschód od rzeki Łaby i Soławy oraz wzmożoną germanizację ludności słowiańskiej w wyniku czego do dnia dzisiejszego na tych terenach dawniej zamieszkanych przez Słowian połabskich obecnie zachowała się jedynie 60 tys. populacja Serbów łużyckich.
O postępach procesu germanizacji wśród Łużyczan świadczy statystyka: pod koniec XIX wieku około 150 000 osób mówiło językami łużyckimi. W 1920 praktycznie wszyscy Łużyczanie w takim samym stopniu władali językiem niemieckim, jak łużyckim. Ostatni Łużyczanin bardzo słabo znający język niemiecki zmarł w 1954 w dolnołużyckiej wsi Myšyn/Müschen. Obecnie (2004 r.) liczbę osób posługujących się językami łużyckimi szacuje się na nieco ponad 50 000.

Jeśli Polacy by nie przyjęli by chrześcijaństwa to skończyli by jak Słowianie Połabscy, czy Prusowie (zostali by uznani za pogan i zabici). Dlatego w trosce o własne życie Polacy przyjęli chrześcijaństwo w 966 roku.

Po przyjęciu chrześcijaństwa wszelkie ślady po dawnej kulturze i tradycji w Polsce zostały skrupulatnie zniszczone. Teraz historia Polski zaczyna się w 966 roku, a wcześniej jest czarna dziura wymazana z pamięci. Ostatnim zrywem w obronie dawnych tradycji na ziemiach Polskich było krwawo stłumione powstanie w 1037 (tzw. reakcja pogańska). Pewne elementy starej kultury słowiańskiej dotrwały do 16 wieku.

*********************
*********************

Ciekawe kiedy z podobnych powodów przyjmiemy Islam ze wszystkimi tego konsekwencjami?
Ciekawe czy ślady po kulturze chrześcijańskiej też zostaną zniszczone i wymazane z historii?
Tak przecież działają specjaliści szkoleni na bliskim wschodzie i są naprawdę dobrzy w swoim fachu.

Poniżej podaje kopie obrazu Wojciecha Gersona pt. „Opłakane apostolstwo” przedstawiający moment podbicia Słowian Połabskich pod pretekstem chrystianizacji. Ciekawe kiedy powstanie podobny obraz przedstawiający „islamizacje”?

Obraz Wojciecha Gersona – Opłakane apostolstwo

Ja mam nadzieję, że zwycięży Wiara Przyrodzona Słowiańska, bo to jedyna uniwersalna, oparta na podstawach naukowych WIARA – a nie religia.


Pomyślałem, że do tego wszystkiego  dołożę tekst na temat Oświecenia, który próbuje ten stan w sposób skompilowany z wielu kierunków naświetlić. To ważne żeby umieć rozpoznać u siebie ten stan lub potwierdzić, że ktoś z kim mówisz nie jest uzurpatorem, albo osobą, która uległa złudzeniu, że jest Oświecona. Pamiętajmy też, że być Oświeconym to co innego niż być Nauczycielem – Wiedunem, czasami to nie idzie w parze z różnych powodów, na przykład nie każdy potrafi jasno przekazać swoją wiedzę. Pamiętajmy o tych, którzy wiodą nas swoimi wspaniałymi obrazami, kompozycjami fotograficznymi, muzyką i wierszem , a czasami zaskakująco prostą i zwyczajną – zdawałoby się – piosenką. Dla mnie niedoścignionym mistrzem piosenki i wiersza Wiary PRZYRODZONEY POZOSTANIE Marek  Grechuta, jest jednak wiele doskonałej i genialnej muzyki – oczywiście ze szczytowym a jakże starym baletem Igora Strawińskiego z librettem Mikołaja Roericha:

Święto Wiosny – temu jednemu utworowi należałoby poświęcić cały artykuł – nie mówiąc już o koniecznym artykule, który powinien zostać poświęcony Rosyjskim Strażnikom Wiary Słowian z Petersburga, Moskwy i wielu innych ośrodków, które dzięki nim dzisiaj odrodziły się i rozkwitają.

CB

Święto wiosny (pełna nazwa: Święto wiosny – obrazy z życia dawnej Rusi w 2 częściach) – balet Igora Strawińskiego. Często używany tytuł w języku franc. – Le Sacre du printemps. Tytuł w języku ros. – Весна священная (Święta wiosna).

  • libretto: Igor Strawinski, Mikołaj Roerich;
  • muzyka: Igor Strawinski;
  • prapremiera: Paryż 29 maja 1913, Théâtre des Champs Élysées, balet wystawiony przez Balety Rosyjskie Sergiusza Diagilewa; choreografia: Wacław Niżyński; scenografia: Mikołaj Roerich; Maria Piltz w roli Wybranej; dyrygent: Pierre Monteux;
  • premiera polska: Warszawa 31 marca 1962, Państwowa Opera.

Utwór tak odbiegający od tradycji, że uważany za początek muzyki nowoczesnej w XX wieku.

Osoby:

  • Dziewczyna wybrana na ofiarę
  • Stary Mędrzec
  • dziewczęta, kobiety, młodzieńcy, mężczyźni, duchy przodków.

 

Mezamir Snowid

 Oś Wieszczenia lub Oś Wiedzy Cennej – Oświecenie

Dziś ograniczę się głównie do cytatów :)

 

 

Oświecenie (albo samourzeczywistnienie, bodhi skr. बोधि, poch. od rdzenia budh „wiedzieć”

w stronie biernej „być przebudzonym”) – stan umysłu (lub raczej cały szereg stanów)

jaki według większości religii i filozofii Wschodu

(buddyzm, zen, joga, wedanta, dżinizm, w pewnym sensie taoizm)

czasami – lub na trwałe – przytrafia się albo po długotrwałej praktyce medytacyjnej

albo z nagła, bez żadnego przygotowania (spór gradualizmu z subityzmem).

Poszczególne religie, a nawet konkretne szkoły i nauczyciele różnią się

poglądami na szczegółowe rodzaje i właściwości oświecenia.

Może się to wiązać z dużą subiektywnością samego doznania.

Panuje jednak względna zgoda co do najważniejszych jego cech.

Osobiste doświadczenia

Nie da się zrozumieć cudzego psychicznego doświadczenia badając je i klasyfikując jego efekty

tak jak nie da się odczuć smaku jakiegoś owocu podając jego skład chemiczny i działanie na organizm.

Nieco bliższe (choć wciąż niewystarczające) są opisy oświecenia, dokonane przez ludzi

którzy twierdzą, że go doświadczyli.

W związku z tym poniżej zamieszczonych zostało kilka tego rodzaju wypowiedzi z książek wymienionych w bibliografii.

„Gdy wczoraj szłam ulicą, nagle narodził się cały wszechświat.

Mój racjonalny umysł został wystrychnięty na skamlącego, diabelskiego głupka

takiego jak Jagon na końcu Otella. Jakże to może być, że ja jestem wszechświatem (…)

Byłam wstrząśnięta. Wszyscy ludzie i wszystkie rzeczy, które były dla mnie taką zagadką

nagle stały się moimi dawno zagubionymi dziećmi.

Łzy radości i zdumienia napływają na każdy dźwięk i widok – dzwonienie filiżank

gdy łyżeczka lekko dotyka jej ścianki podczas mieszania cukru, moje dłonie

gdy składają papiery, które mają być razem spięte, czerwony pomidor.” (Pani Margaret; z: [5])

„Pustka, która nie jest pusta, z której płyną dźwięki, barwy, uczucia i myśli. (…)

Ja i pustka zlaliśmy się w jedno – Pustka może też nazwać się pełnią. (…)

U celu, w domu, niczego nie brak. Śmiech, ale nie śmiech z czegoś, po prostu śmiech.

– Szczęście, ale nie bycie szczęśliwym z czegoś. Bezgraniczna miłość, ale nie „ja kocham ciebie”.

Paradoksalnie nie ma ani miłości, ani nienawiści, ani życia, ani śmierci

ani ty, ani ja, żadnych granic, przestrzeni, czasu. – Lekkość, oczywistość i wolność” (z: [3])

„Słyszy się, nie szukając, bierze się, nie pytając, kto daje; myśl wystrzela jak błyskawica

z koniecznością, w formie bez wahania – nie miałem nigdy wyboru.

Zachwyt, którego napięcie wyzwalało się niekiedy w strumieniu łez(…)

głębia szczęścia, w którym to, co najboleśniejsze i najposępniejsze

nie działa jako przeciwieństwo, lecz jako coś uwarunkowanego, wywołanego

jako konieczna barwa wśród takiego nadmiaru światła” (z: Friedrich Nietzsche „Ecce Homo”, cytowane za: [3])

„Ding, dong! Zegar bije. Jest tylko to! Jest tylko to! Nie ma tu żadnego myślenia.

Doprawdy, świat się przemienił. Ale w jaki sposób?

Starożytni mówili, że oświecony umysł podobny jest do pływającej ryby.

Właśnie tak jest – nie ma żadnego zastoju. Nie napotykam żadnej przeszkody.

Wszystko płynie gładko i swobodnie. Wszystko toczy się naturalnie.

Ta bezgraniczna wolność jest poza wszelkimi słowami. Jaki cudowny świat!” (Pan K.Y; z: [4])

„Po oświeceniu nic mnie już nie trwoży. Teraz jestem już zjednoczony ze wszystkim, co czynię.

Rzeczy przyjemne przyjmuję jako w pełni przyjemne, a przykre jako całkowicie przykre

po czym o doznaniach tych natychmiast zapominam.” (Pan K.T.; z: [4])

„Szłam głębiej i głębiej… Mój uchwyt został wyszarpnięty i zawirowałam…

Do środka ziemi! Do środka kosmosu! Do Środka. Byłam tam.

Wraz z dźwiękiem małego dzwonka inkin nagle poznałam. (…)

Kilka tygodni później:

Czuję się czysta. Czuję się wolna. Czuję się gotowa przeżywać każdy dzień z ochotą, z wyboru!

Cieszę się z każdej chwili, bo jest przygodą.

Czuję, jakbym się dopiero co obudziła z niespokojnego, chaotycznego snu.

Wszystko wygląda inaczej! Świat nie ciąży mi już na plecach. Jest pod moim paskiem.

Fiknęłam koziołka i połknęłam go. Nie jestem już niespokojna. Nareszcie mam to czego chcę.” (Pani L.T.S.; z: [4])

„Najmniejsza zmiana pogody, delikatny deszczyk czy też łagodny powiew dotyka mnie jako cud

– cóż mogę powiedzieć? – cud o wspaniałości, pięknie i dobroci nieporównywalnych do niczego.

Nie ma nic do zrobienia: samo istnienie jest najdonioślejszym, całkowitym działaniem.” (Pani D.K.; z: [4])

Poglądy poszczególnych szkół na oświecenie

http://pl.wikipedia.org/wiki/O%C5%9Bwiecenie_(religie_Wschodu)

Szczegółowa klasyfikacja etapów oświecenia nie ma większego sensu

gdyż chociaż postępy na tej drodze osiąga się skokowo, to jednak te skoki bywają różne u różnych ludzi

trudno więc mówić o jakichś kolejnych poziomach.

Mimo to w obrębie każdej ze wschodnich tradycji podejmowane były wielokrotnie próby dokonania jakiegoś podziału.

Trzeba jednak pamiętać, że na ogół ich autorami (podobnie jak tego artykułu) byli ludzie

którzy osobiście pełnego oświecenia nie doświadczyli.

Ci ostatni bowiem uważają racjonalne analizowanie oświecenia za równie niepraktyczne

jak racjonalne analizowanie dowcipów – to tylko psuje kawał

a poczucia humoru i tak w ten sposób nikt sobie nie wyrobi, co najwyżej zepsuje.

Rzeczywiście, nadmierne przywiązanie do racjonalnego myślenia przeszkadza zarówno w poczuciu humoru

jak i w osiągnięciu oświecenia.

Na drodze do oświecenia zdarzają się też ślepe zaułki, takie jak na przykład tzw. ‚jaskinia szatana’

nazwana tak w zen. (zen i szatan-tylko na wiki-przyp Mezamir)

Jest to ekstatyczny stan przyjemnego uniesienia, który często mylony jest z oświeceniem

i przez który bardzo trudno jest przebić się do dalszej praktyki

– któż chciałby rezygnować z takiego szczęścia.

Bywa też odwrotnie – zdarzają się ludzie, którzy osiągnęli oświecenie przypadkiem, jednak nie wiedzieli, że tak się ono nazywa.

 

Według rōshiego zen Dennisa Genpo Merzela, oświecenie to całościowa zmiana świadomości

polegająca na przejściu od dualnego widzenia świata (czyli poprzez pryzmat oddzielenia)

do świadomości pozbawionej złudzenia dualizmu (podziału na „ja” i „nie-ja”).

Podział szkół zen na ścieżkę natychmiastowego oświecenia i ścieżkę stopniowego oświecenia jest – według niego -

podziałem pozornym, bo w rzeczywistości obie te drogi są nierozdzielne.

Zawsze praktykować trzeba stopniowo, a przebudzenia doświadcza się nagle.

W buddyzmie tybetańskim kładzie się nacisk na metody wadżrajany do bezpośredniego doświadczenia natury rzeczywistości

na temat której tylko „wnioskuje się” (według tzw. prawomocnego poznawania, sanskryt. pramana

za pomocą teorii buddyjskich, takich jak madhjamaka.

Istnieje osiem wielkich systemów praktyk buddyzmu tybetańskiego

http://pl.wikipedia.org/wiki/Buddyzm_tybeta%C5%84ski#Osiem_wielkich_system.C3.B3w_praktyk_buddyzmu_tybeta.C5.84skiego

posiadające owe doświadczalne metody.

Systemy owe zawierają różnorodne praktyki Tantr Jogi Najwyższej

http://pl.wikipedia.org/wiki/Tantry_Jogi_Najwy%C5%BCszej

„Tantra zakazana zawieraja formuły, które tantrysta może wykorzystać do uwiedzenia, manipulowania umysłami innych ludzi, stwarzania wrogości między niektórymi osobami, czy innych celów. Uczenie tych metod pozwala przede wszystkim na zabezpieczenie się przed dzialalnością złych ludzi. Podczas nauki zostanie przekazana wiedza o skutkach i odpowiedzialności stosowania tych praktyk.

Praktyki zakazanej tantry mogą pomóc dostrzec siły umysłu i materii i dojrzeć przebłysk boskiej istoty

która świeci zarówno w środku, jak i na zewnątrz. Mogą również pomóc ujarzmić, poskromić

albo uwieść negatywne siły drzemiące w nas samych i tym samym pomóc nam w uwolnieniu się od rozmaitych przeszkód

– chorób, opieszałości, zwątpienia, lęku, niemożności osiągnięcia celu, tendencji do odsuwania się

kiedy cel został już osiągnięty i mnóstwa drugorzędnych przeszkód, takich jak:

żal, złe nastroje oraz niezrównoważeni umysłowe i fizyczne.

Mistrzowie tantryczni dzielą się tym praktykami ze swoimi odpowiednio przygotowanymi uczniami,

tak więc, potrafią oni szybko pokonać te przeszkody i przygotować się na ćwiczenia jeszcze na wyższym poziomie.”

http://www.neurolingwistyka.com/zakazana-tantra-magowie-tao/

http://landsofwisdom.com/?p=3034

oraz Dzogczen.

http://pl.wikipedia.org/wiki/Dzogczen

Tantry Jogi Najwyższej to praktyki, które umożliwiają praktykującemu pod koniec życia

przebywanie w stanie umysłu zwanym „Przejrzyste Światło„.

http://pl.wikipedia.org/wiki/Przejrzyste_%C5%9Awiat%C5%82o

Wpływa on przez to na swój naturalny proces umierania w ten sposób

że po śmierci manifestuje w stanie przejściowym Bardo

http://pl.wikipedia.org/wiki/Bardo_(stan)

tantryczne „Iluzoryczne Ciało

a po stanie przejściowym Bardo wybiera kolejne odrodzenie jako „Ciało Emanacji

(Tulku, transliteracja Wyliego. sprul sku)

dla pożytku czujących istot w kolejnym życiu, kiedy będzie ich mistrzem duchowym.

Odpowiada to osiągnięciu Trzech Ciał Buddy według Mahajany, odpowiednio Dharmakaji, Sambhogakaji i Nirmanakaji.

Zgodnie z procesem reinkarnacji według Dwunastu Ogniw Współzależnego Powstawania

http://pl.wikipedia.org/wiki/Dwana%C5%9Bcie_ogniw_wsp%C3%B3%C5%82zale%C5%BCnego_powstawania

każda czująca istota zanim narodzi się w świecie cierpień Samsary

musi najpierw ulec niewiedzy w czasie śmierci poprzedniego życia oraz w czasie stanu pośredniego Bardo przed narodzinami.

Według Dzogczen ta niewiedza to Marigpa – brak wyzwolenia

która uniemożliwia rozpoznanie pierwotnej czystości (Wyl. Ka-dak) w czasie śmierci

lub nie rozpoznanie spontanicznego urzeczywistnienia (Wyl. Lhun-Grub) zjawisk w czasie stanu Bardo Dharmaty

(Wyl. Chos-nyid Bar-do); chodzi o pierwszy, świetlisty stan bardo pomiędzy śmiercią a następnym odrodzeniem.

Dopiero po owych nierozpoznaniach manifestuje się stopniowo Umysł (Wyl. Sems)

który zaczyna doświadczać zjawisk jako dualistycznie oddzielonych od niego

i w wyniku tego następuje przekształcenie się zjawisk w samsaryczne formy pięciu żywiołów

(przestrzeni, wiatru, ogienia, wody, ziemi) w czasie drugiego stanu przejściowego bardo (Wyl. Sidpai bardo)

aż do odrodzenia po stanie bardo w świecie, a po odrodzeniu życie w świecie cierpień

dualności i konceptualności, kiedy aktywny jest Umysł.

W praktyce dzogczen: „punktem wyjścia jest inicjacja w stan rigpy

http://pl.wikipedia.org/wiki/Rigpa

zwana rigpé tsal wang, poglądem jest bycie obecnym w tym stanie, gdzie trzy kaje są nierozdzielne

medytacją jest rozpoznanie pierwotnej czystości (Wyl. Ka-dak) poprzez „przedarcie się” (Wyl. Khregs chod) poza Umysł (Wyl. Sems) poprzez praktykę tregczo oraz rozpoznanie spontanicznego urzeczywistnienia (Wyl. Lhun-Grub) zjawisk poprzez praktyke thogal

właściwym (etycznym) prowadzeniem się jest bycie poza nadzieją i strachem, utrzymywaniem i porzucaniem, rezultatem jest stan Samantabhadry, pierwotnego buddy”

Dźinizm

powstały prawie równocześnie z buddyzmem, zaleca ascezę jako drogę do mokszy (oświecenia).

Moksza http://pl.wikipedia.org/wiki/Moksza_(hinduizm)

jest w Dźinizmie równoważna z Nirwaną.

Droga do tego celu wiedzie poprzez „trzy klejnoty”, czyli:

należyte spojrzenie

należyte poznanie

należyte postępowanie (co oznacza powstrzymywanie się od zadawania cierpienia, kłamstwa, kradzieży, cudzołóstwa, posiadania nadmiaru rzeczy)

Taoizm

http://pl.wikipedia.org/wiki/Taoizm

mówi o harmonii z Dao

http://pl.wikipedia.org/wiki/Dao

która przejawia się w Wu Wei (działaniu bez wysiłku).

http://pl.wikipedia.org/wiki/Wu_wei

Taoizm nie wspomina wprost o oświeceniu, jednak opisy mędrca taoistycznego przypominają opisy Arhata z Theravady

http://pl.wikipedia.org/wiki/Theravada

a Wu Wei przypomina jedność z wszechświatem znaną z buddyjskiego oświecenia.

Z Taoizmem i Konfucjanizmem

http://pl.wikipedia.org/wiki/Konfucjanizm

związany jest system medytacyjny zwany Taijiquan.

http://pl.wikipedia.org/wiki/Taijiquan

W hinduizmie istnieje pojęcie mokszy (skt. मोक्ष ) będące odpowiednikiem oświecenia.

Możliwe jest do osiągnięcia różnymi sposobami

m.in.: poprzez medytację lub Bhakti (akt całkowitego oddania się Bogu).

http://pl.wikipedia.org/wiki/Bhakti

Wedanta mówi, że każdy człowiek posiada duszę (Atmana)

http://pl.wikipedia.org/wiki/Atman

która jest częścią Boga (Brahmana).

http://pl.wikipedia.org/wiki/Brahman

Oświecenie polega na stopniowym dostrzeganiu przez Atmana tego związku

co pociąga za sobą określone skutki w zależności od wyznawanej filozofii.

W przypadku impersonalizmu czy woidyzmu będzie to rozpłynięcie się w Brahmanie

natomiast w przypadku personalizmu podjęcie służby dla Boga.

Joga patrząc z punktu najważniejszych dzieł źródłowych, jak Jogasutry

http://pl.wikipedia.org/wiki/Jogasutry

pokazuje spójny, kilkuetapowy proces osiągania oświecenia (Samadhi).

http://pl.wikipedia.org/wiki/Samadhi

Zwykle wyróżnia się cztery coraz wyższe stadia oświeconego istnienia

odznaczające się wzrostem mądrości

cudownych mocy Siddhi

http://pl.wikipedia.org/wiki/Siddhi

oraz innymi oznakami.

Omawia się siedem głównych typowych sposobów docierania do oświecenia, jakby siedem nurtów, sposobów czy promieni oświecania. Końcowym etapem, niejako celem najwyższym jest Kaiwalja (kaivalya)

http://pl.wikipedia.org/wiki/Kaiwalja

wyzwolenie polegające na pozbyciu się Karmana

http://pl.wikipedia.org/wiki/Karma

uwarunkowań, a w konsekwencji wyzwolenie od konieczności wcielania w materialnym świecie.

Kaiwalja jest wyzwoleniem od Kołowrotu Wcieleń

http://pl.wikipedia.org/wiki/Sansara

ustaniem łańcucha przyczyn i skutków

zmuszającego jaźń, duszę do powrotu w świat materialny.

Z praktycznego punktu widzenia istotne są jednak początkowe etapy, od których zaczyna się droga oświeconego życia, sposób prowadzenia ucznia przez mistrza musi zmieniać się, po osiągnięciu przez niego kolejnych stadiów rozwoju. Cztery etapy oświecenia ujmowane są w następujące grupy:

I. Sabidźa oraz Nirbidźa Samadhi (Rtambhara Pradźńa) – zalążkowe i bezzalążkowe zatopienie w najwyższym Świetle Oświecenia, w Mądrości praw i zasad duchowych (Rta).

II. Kleśatanukarana-Samadhi (Saptadha-Pradźńa) – Oświecenie usuwające przyczyny cierpienia, dające siedmiopoziomowe, szczegółowe pojmowanie prawdy, prawdziwej wiedzy, mądrości.

III. Pradźńa-Alokah Samadhi (Viveka-Pradźńa) – Światło poznania prawdy, mądrość rozróżniająca Sat od Asat, odróżniająca to co pochodzi z Rzeczywistości i Prawdy od tego co pochodzi z iluzji i fałszu.

IV. Dharma-Megha-Samadhi (Kaiwaljam) – Oświecenie Chmurą Dharmy, Obłok. Boskich Cech; Wyzwolenie

Częste nieporozumienia

Mówi się, że oświecenie uwalnia DO bólu, a nie OD bólu.

Pozwala bowiem widzieć świat taki, jakim on jest, wraz z całym cierpieniem w nim zawartym

i mimo to prowadzić w takim świecie wrażliwe, pełne i radosne życie. Uwolnienie od bólu byłoby zafałszowaniem obrazu świata.

Cierpienie jest wciąż obecne, ale tylko w odniesieniu do teraźniejszości

błyskawicznie więc zanika wraz ze zmianą chwilowych okoliczności.

Oświecenie nie jest też stanem wszechwiedzy, nie powoduje zaniku aktywności (wręcz przeciwnie)

zaniku myśli, ani uczuć.

Jeśli jednak rozumieć wszechwiedzę jako znajomość ostatecznej natury zjawisk (a nie całości zdarzeń, które są przez zjawiska kształtowane), można ten stan uznać za rodzaj takiej wszechwiedzy.

Oświecenia nie da się uzyskać metodami farmakologicznymi i używając narkotyków.

Środki takie mogą dać zbliżone odczucia emocjonalne, ale nie dają wglądu, nie oczyszczają obrazu świata.

„Nieprzywiązywanie się”, charakterystyczne dla oświecenia stoi w jawnym kontraście do uzależnienia od niektórych narkotyków.

Częste nieporozumienia dotyczą odpowiedzi na pytania stawiane rozmaitym guru, lamom i mistrzom zen typu „Czy jesteś oświecony?”.

Jeśli ktoś taki odpowie wprost „tak, jestem oświecony”, to zapewne wcale nie jest.

Odpowiedź taka jest bowiem sprzeczna wewnętrznie, a co najmniej nieścisła – człowiek w pełni oświecony nie czyni bowiem rozróżnień ja-inni, nie powie więc raczej „ja jestem oświecony”.

Nie powie też oczywiście „ja nie jestem oświecony”.

Oświecony nie odpowie nic.

Często popełnianym błędem jest myślenie, że oświecenie samo z siebie uwalnia oświeconego od jego osobowych wad i przypadłości

takich jak uzależnienia czy zachowania niezgodne z etyką.

Liczne przykłady historyczne pokazują, że oświecony, mimo stanu oświecenia, może być jednocześnie alkoholikiem

Nauka a oświecenie

Psychologowie od czasów Junga często interesowali się fenomenem oświecenia.

Powstała nawet gałąź psychologii, psychologia transpersonalna, zajmująca się pokrewnymi tematami.

Niektórzy psychologowie uważają oświecenie za stan absolutnego zdrowia psychicznego.

Inni, przeciwnie, dopatrują się w niektórych aspektach oświecenia (np. poczucie łączności z wszechświatem)

odpowiedników w niektórych stanach psychotycznych (np. depersonalizacja, derealizacja, dysocjacja)

przyrównując samo oświecenie do znanego w psychiatrii olśnienia schizofrenicznego.

Jeszcze inni psychologowie nie wierzą w istnienie czegoś takiego jak oświecenie, lub uznają badanie go za niemożliwe.

Depersonalizacja – zaburzenie psychiczne towarzyszące często derealizacji objawiające się odczuwaniem zmian we własnym sposobie myślenia czy poczuciu zmian własnej tożsamości.

Wyróżnia się depersonalizację w przebiegu schizofrenii (psychotyczną) objawiającą się odczuwaniem utraty kontroli nad własną psychiką, zmianą swojej osobowości i integralności.

Derealizacja – zaburzenie psychiczne określające różnego rodzaju odczuwanie zmian otaczającego świata.

Osoba dotknięta derealizacją ma poczucie jakby otaczający ją świat był w jakiś sposób zmieniony, nierealny, oddalony.

Główną przyczyną pojawienia się tego zaburzenia jest lęk, jednak może do niej również doprowadzić zmęczenie.

Zaburzenia dysocjacyjne, dysocjacja (łac. dissociatio, rozdzielenie) – jeden z ostrzejszych mechanizmów obronnych

znany w psychologii. Pojęcie dotyczy zaburzeń określanych niegdyś jako histeryczne.

Jest to generowanie przez nieświadomość rozmaitych (pozornych lub rzeczywistych) dolegliwości fizycznych w celu uzasadnienia niepodejmowania działań przez jednostkę lub odwrócenia jej uwagi od niechcianych myśli i uczuć. Polega na pojawieniu się objawów uszkodzenia fizycznego lub utraty kontroli, czasowej drastycznej modyfikacji cech osobowości albo poczucia tożsamości, w celu uniknięcia przykrych uczuć i myśli.

Schizofreniczny szaman, dezintegracja osobowości

„O podobieństwach szamańskiej inicjacji i przebiegu rozpadu osobowości u osób, u których zdiagnozowano schizofrenię, napisano już niejeden artykuł. Ostatnio trafiłem też na tekst autorstwa Jacka Sieradzana „Psychologia, wychowanie a obłęd”.

Tu chciałbym skupić się tylko na kwestii, której przyglądam się od jakiegoś czasu

a mianowicie na samym zjawisku dezintegracji i ponownej integracji osobowości.

Jacek Sieradzan pisze:

„Cywilizacja współczesna uważa ich za obłąkanych i izoluje w szpitalach dla umysłowo chorych.

W dawnych, tzw. prymitywnych kulturach, kierowano ich do szamana, pod kierunkiem którego mogli kształtować i doskonalić swoje odmienne widzenie świata. Potem sami stawali się szamanami, pełnoprawnymi członkami społeczności, którzy nie tylko nie oczekują od innych pomocy, ale sami tą pomocą służą”

Podobieństwa i różnice

Między procesem inicjacji szamańskiej a objawami tzw. schizofrenii zachodzi szereg podobieństw. Oto niektóre z nich:

1. Głosy i wizje;

2. Stan psychotyczny (z tą różnicą, że schizofrenik nie panuje nad psychozą, w odróżnieniu od szamana, który wchodzi w odmienne stany świadomie i celowo);

3. Zmiana osobowości;

4. Odmienne stany osobowości;

5. Ból i ekstaza.

http://www.taraka.pl/schizofreniczny_szaman

Szeroko prowadzone badania nad skutkami medytacji nie dają jednak jakichkolwiek podstaw do uznania jej za szkodliwą dla zdrowia osób zdrowych psychicznie

Wręcz przeciwnie, potwierdzono iż jest ona skuteczną metodą terapeutyczną i nie stwarza zagrożeń dla normalnych ludzi oraz neurotyków, choć odradza się jej praktykowanie osobom z poważnymi zaburzeniami psychicznymi

Na poziomie psychologicznym brak zniekształceń w widzeniu świata postulowany

w stanach oświecenia wydaje się być związany z rezygnacją z większości psychologicznych mechanizmów obronnych

takich jak racjonalizacja, zachowania histeryczne, zachowania obsesyjno-kompulsyjne.

Zachowania te bowiem chronią naszą pozytywną wizję samych siebie (czyli to co buddyści nazywają ego)

kosztem zafałszowania obrazu rzeczywistości.

Uniknięcie ich pozwala być może na lepsze zrozumienie siebie i świata, i w konsekwencji zaniknięcie potrzeby ich stosowania.

Wydaje się również, że błogi spokój obserwowany u osób praktykujących medytację jest na poziomie neurologicznym związany ze zwiększoną produkcją hormonu serotoniny.

Osoby ćwiczące długo zazen wykazują się zmianami w aktywności mózgu.

Występuje wzmożona aktywność w lewym płacie czołowym mózgu.

Ciągła uważność jest fenomenem związanym z obserwowanym zanikiem habituacji.

Przeważająca większość prac naukowych dotyczących medytacji i oświecenia dotyczy tzw. medytacji transcendentalnej.

Badania te były jednak w olbrzymiej większości finansowane przez organizację czerpiącą zyski z kursów medytacji transcendentalnej

i jako takie nie są zbyt wiarygodne.

Punkt widzenia memetyki

Memetyk Richard Brodie w książce „Wirus umysłu” przedstawił jeszcze inny pogląd – Zen i inne drogi do oświecenia

mają być szczególnymi rodzajami memów, metamemami które pozwalają oczyścić umysł z wirusów umysłu

którymi został zainfekowany. Tym samym stan oświecenia byłby stanem

w którym na umyśle nie pasożytują żadne memetyczne wirusy.

Poczucie własnego „ja” ma również być memem, którego uczymy się około drugiego roku życia

i którego poprzez medytację można się pozbyć.

Pomysł Brodiego, dość kontrowersyjny, poruszony został także przez Susan Blackmore w „Maszynie memowej”

stanowi jednak jedynie ciekawy punkt widzenia, ale nie jest rozwijany w obrębie memetyki.

Paradoksalnie sam mem „zen” może być także traktowany jako wirus umysłu,

a jednostki mogą ponosić znaczne koszty jeżeli chodzi o potrzebę „oczyszczania umysłu”.

Drzewo Bodhi

(albo z syng. Bo) – figowiec pagodowy (łac. ficus religiosa L.; sans. ashvattha)

pod którym Budda Siakjamuni osiągnął oświecenie

i który od tamtej pory na pamiątkę jest nazywany drzewem oświecenia.

Drzewo Bodhi jeszcze jako zwykły figowiec rósł nieopodal rzeki Niranjana.

W tej też okolicy Sidhattha Gotama (przyszły budda) prowadził surowe praktyki ascetyczne wraz z pięcioma innymi ascetami, nieopodal miejscowości Bodhgaya. Ów mędrzec zrozumiał, że praktyki ascezy nie prowadzą do jakiegokolwiek celu a jedynie osłabiają ciało.

Porzucił je więc a wtedy pięciu ascetów odwróciło się od niego.

Kiedy odzyskiwał siły nieopodal wioski Senani (dziś Sujata) bramińska dziewczyna Sujata

ofiarowała mu ryż na mleku.

Spożywszy posiłek napotkał ścinacza traw – bramina Sotthijię i wziął od niego pęk trawy kuśa na matę.

Tak przygotowany usiadł pod drzewem figowym, twarzą zwróconą na zachód.

Postanowił nie wstawać dopóki nie osiągnie oświecenia.

Kiedy siedział pogrążony w głębokiej medytacji, Vassavadi Mara, Pan Iluzji

będący symbolem ułudy i słabosci umysłu, próbował odwieść Gotamę od podjętej decyzji.

Próbował atakować go swymi armiami demonów i kusić wdziękami córek, lecz na próżno. Śakjamuni osiągnął Oświecenie.

Wtedy Mara zapytał, któż jest świadkiem tego, kto potwierdzi prawdziwość zdarzenia?

Wtedy Budda dotknął ziemi, wzywając ją na świadka niezliczonych cnotliwych wcieleń

które przywiodły go na miejsce Oświecenia pod drzewo Bodhi.

Przez następne siedem dni po Oświeceniu, Budda kontynuował medytację pod drzewem Bodhi

nie wstając z miejsca.

Przez następny tydzień medytował pod kilkoma okolicznymi drzewami

(drzewo banyan, drzewo mucalinda i drzewo ket) by w trzecim tygodniu zasiąść ponownie pod drzewem Bodhi.

http://pl.wikipedia.org/wiki/Drzewo_Bodhi

Kundalini

– (dewanagari कुण्डलिनी) (r.ż.) – energia, moc duchowa, opisywana jednocześnie pod postacią węża, bogini i „siły”.

Kundalini łączy w sobie atrybuty wszystkich bogiń i bogów

jest ideową i praktyczną podstawą indyjskiej tantry (tantryzmu) oraz hathajogi.

Ideał kundalini łączy ze sobą jogę, tantryzm oraz wszelkie indyjskie kulty bogini – Śakti, Dewi.

Kundalini uznawana jest za moc i potęgę twórczą, kreatywną, stąd odpowiedzialna jest za wszelkie zdolności

i talenty twórcze, artystyczne, architektoniczne oraz wynalazcze.

Osoby zdolne do wielkich, bohaterskich czy twórczych, odkrywczych czynów uważane są za posiadające wielką moc kundalini.

http://pl.wikipedia.org/wiki/Kundalini

Kundalini uważana jest za wewnętrzną personifikację mocy kosmicznej Bogini, żeńskiego pierwiastka Boga, absolutu.

Uważa się, że podstawową metodą rozwoju kundalini jest nabożne uwielbienie, cześć,

adoracja Bogini w jakiejkolwiek postaci, stąd hinduizm zawiera bardzo wiele ludowych form Bogini o lokalnym znaczeniu.

Tantryzm, zarówno śiwaizm, jak i śaktyzm, używa określenia kundalini-śakti, podkreślającego związek mocy duchowej z żeńskim pierwiastkiem boskości, Boga czy absolutu. Nauka o ćakrach ściśle związana jest z ideą kundalini-śakti.

Podstawowe wyobrażenia kundalini to moc uśpiona u podstawy kręgosłupa, jasna jak tysiąc słońc

podobna do ognistego, wężowego zwoju, gdy spoczywa, lub do słupa ognia, gdy się wznosi.

Kundalini jako żeńska boska moc wewnętrzna budzi się do życia u podstawy kręgosłupa, w ośrodku korzeniowym zwanym muladharą. Poruszając się w kanale (nadi) suszumny stopniowo przebija kolejne ćakry i wznosi aż ponad szczyt głowy do ośrodka sahasrara

gdzie znajduje swe ujście (opisywane także jako połączenie dwóch boskich aspektów, bogini Śakti i boga Śiwy)

w efekcie prowadząc do zjednoczenia z kosmosem, wyzwolenia.

Ten proces budzenia kundalini i siedmiostopniowego wznoszenia opisywany jest jako siedmiostopniowa ścieżka mistycznego rozwoju duchowego.

Agni jadący na baranie. Akwarela z XVIII wieku.

INRI  Igne(Agni) Natura Renovabitur Integra „Natura ognia została odnowiona”

Agni jest bogiem najbliższym śmiertelnikom, ich przywódcą, dobroczyńcą, opiekunem – płoszy złe moce

odpędza nieszczęścia i choroby.

Przede wszystkim jednak Agni był ogniem ofiarnym – to on przyjmuje ofiarę w imieniu bogów wedyjskich

zaprasza i sprowadza ich na ucztę ofiarną. Jako niezbędny uczestnik ofiary jest też najmądrzejszym

najdoskonalszym kapłanem – hotarem. Ten ofiarny aspekt Agniego niezwykle wyraźnie rysuje się zarówno w Wedach.

„1. Jasz czy Jassa? (tekst Grzegorza Niedzielskiego)

O Jessie, według przekazu Długosza – słowiańskim Jowiszu, pisałem już w książce Królowie z gwiazd .

Postać ta jest jednak na tyle tajemnicza i zawiera tak wiele możliwości interpretacji, że poruszony przeze mnie temat w żaden sposób nie został wyczerpany i z całą pewnością można, a nawet należy go rozwijać.

Lechicki bóg niebios, odrzucony przez Aleksandra Brücknera jako wymysł Długosza, powoli powraca do łask, w dużej mierze dzięki błyskotliwym uwagom Leszka Kolankiewicza zauważającego, że jego imię pojawiło się wcześniej w co najmniej czterech źródłach. Porównanie z Jowiszem, czyli klasyczna interpretatio romana wymaga jednak sprostowania i doprecyzowania”.

Wspomniane w tym miejscu źródła to:

http://www.bogowiepolscy.net/jassa-jessa.html#Jasz_czy_Jassa

„3. Jaster

Na powyższym nie koniec, istniała bowiem staropolska oraz staromorawska forma terminu „jasny” w formie „jastny”. Co ciekawe, od jast- pochodzi również nazwa jaskółki, dawniej jastkółki.

Przypomnę, że ptak ten, gdy uwił gniazdo przy posągu rugijskiego boga Rujewita, najprawdopodobniej boga gromu i niebios, nie został przepędzony, ale pozwolono mu zostać. Jaskółka jest ptakiem wiosny, przynoszącym ciepłą porę roku.

Jerzy Treder podaje jednak jeszcze ciekawszą informację z obszaru Kaszub, a dokładnie Swarzewa:

„To je grzéch zabic jaskùlkā. Chto bë zabił jaskùlëcā, tegò trzasnie piorën” .

Widać tutaj bezpośrednie związki ptaka z gromem i w domyśle – władającym nim bogiem.

Od jast- pochodzić może również jastrząb, w najdawniejszych zapisach jastram, z którego etymologią językoznawcy mają problem, wywodząc od jastry – „bystry”, co może być jednak derywatem od „jasnego”, podobnie jak jazgot, czyli w pierwotnym rozumieniu, wysoki ton głosu, potocznie – hałas, a wiosenne święta piorunowego boga, później św.

Jerzego łączą się z hałasem dla „przepędzania węży” .

Jastrząb / sokół obok orła jest podstawowym ptakiem poświęconym bogom uranicznym.

Odpowiada konstelacji Orła, jako zoomorficznej formy przyjętej przez Zeusa.

Nie to jednak jest najistotniejsze przy nawiązaniu do formy rdzenia jast-, ale pojawiająca się w kaszubskich legendach i przysłowiach postać Jastera / Jastrzeboga.

Miejscem jego kultu miała być m.in. Jastarnia, o której miejscowe legendy twierdzą, że w pogańskich czasach była miejscem obrzędów ku czci Jastara / Jastrzeboga / Jastery, któremu składali ofiary rybacy .

Jastrzebogiem zwano również uroczysko pomiędzy miejscowościami Linia i Miłoszewo.

Źródłosłów Jastrzeboga / Jastara nie jest jednoznaczny.

Część badaczy (no. Olesch i Thesaurus) wywodzi jego imię, kojarzone z Wielkanocą, kaszubską jastra i jastrë (Jastrowô Niedzela – Wielkanoc, Jastrowi Pòniedzôłk – drugie święto wielkanocne, Jastrowô witrzniô – rezurekcja, Jastrowô jôdo – święcone, Jastrowé jôjkò, Jastrowé piesnie), z działalnością chrześcijańskich misji anglosaskich na obszarze dolnoniemieckim, co miało miejsce w VIII-IX w.

Wyraz miał potem dotrzeć na Pomorze poprzez zachodnich, słowiańskich sąsiadów.

Bynajmniej nie jest to jednak oczywiste, jak bowiem słusznie zauważa Schuster-Šewc, termin można wywieść od: jastrit – „bystro, jasno patrzeć”, jaster– „bystre, jasne spojrzenie”, jastor– „jasne, przezroczyste powietrze”, jastrivý– „bystry, przenikliwy – o wzroku, spojrzeniu”, jastřit– „bystro patrzeć” .

Zgadza się to z postulowanym wcześniej znaczeniem imienia Jessy jako „jasnego”, dając ponadto odwołanie do jasnej pory roku – wiosny i dawnego, wiosennego święta, później chrześcijańskiej Wielkanocy.

Anglosasi czcili na początku wiosny boginię światła Eostrę / Ostarę, skąd germańska nazwa wiosennego miesiąca, kwietnia – Ostarmenoth (Ostermonat).

Na takie źródło kaszubskiego Jastera powołują się też naukowcy opowiadający się za germańskim źródłem jego imienia. Jednak Jaster jest bogiem, nie boginią.

Jeśli kwiecień jest miesiącem Jastera, to warto zwrócić uwagę, że biskup bamberski Otton natknął się na święto boga Jarowita (który „okrywał ziemię zielenią”) około 10 maja .

Uwzględniając przesunięcie daty ze względu na używany wówczas kalendarz juliański, otrzymamy tym sposobem obecny 27 kwietnia.

Znamienne że, w pobliskim terminie, 23 kwietnia obchodzono później dzień św. Jerzego, a 27 kwietnia obrzędy Jaryły, dosiadającego białego konia .

Co więcej, jest to okres roku bliski ruchomym obchodom Zielonych Świątek, z okazji których Koźmińczyk gromił wzywanie pogańskich bogów Polaków, m.in. Jassy. W zielonoświątkowych, kaszubskich obyczajach ludowych zachował się wybór (uroczyście oprowadzanego po wsiach, wespół z przystrojonym kwiatami wołem) konnego „króla pasterzy” a w Wielkanoc na terenie Pomorza dla zapewnienia urodzaju chodzono z siwkiem, białej maści koniem .

Co szczególne, określeń Jasnoch, Jastroch, jasnox, jastrox używano na Kaszubach właśnie w stosunku do zwierząt maści jasnosiwej, w pierwszej kolejności byków. Zwierzę to w wierzeniach wymienia się z koniem. „Siwym koniem” wymiennie z „siwym wołem” zwano w ludowych zagadkach księżyc.

Do imienia Jastera porównać można również słowiański rdzeń *ustro-, skąd jutro – „ranek”, uścić się– „błyszczeć”. Christian Knauthe podaje bóstwo czczone na Dolnych – Jutry Bóg i Górnych Łużycach – Jutrny Boh, co znaczy „Bóg poranny, Aurora”, od jutrny / jutry – „poranny”.

Od Jutroboga wzięło nazwę miasto Jüterbog (Jutrzybok) na zachód od dzisiejszych Dolnych Łużyc, co jest nazwą rzeczywiście słowiańską .

Relacja Knauthego zwykle jest pomijana, gdyż pisał w XVIII wieku, ale w kontekście tego, co przedstawiłem wyżej, nie wydaje się zmyślona.

Brückner pisze, że głoska „t” wsunęła się w pierwotny rdzeń *us-ro (zdaniem Bańkowskiego jut-r-) dopiero później, więc pierwotnie imię brzmiałoby: Jury Bog / Jurzny Boh. Rdzeń *us- daje z nagłosem postać *jus-. Wiosna wywodzi się od rdzenia was- (ind. wasanta – „wiosna”, wasara – „dzień”, litewskie wasara – „dzień”, łac. ver– wiosna), oznaczającego jasną porę roku, przy którym, uwzględniając słowiańskie przechodzenie głoski „w” w „j”, należałoby wskazać i na pień jas-.

Kaszubski Jaster, wiązany z wiosennymi obchodami Wielkanocy nie musi więc w żaden sposób pochodzić od Eostry / Ostary, bo można go wywieść z rdzennego, słowiańskiego źródłosłowu, związanego z jasnością i jasną porą roku, którego odpowiedniki istnieją w innych językach indoeuropejskich. Być może Eostra / Ostara wpłynęła na końcową postać imienia Jastera, w takim przypadku pierwotnie Jutryboga lub Jurznyboga, ale i to nie jest pewne, bo rdzeń jast- obok jas- również poświadczony jest jednoznacznie dla języków polskiego i kaszubskiego. Co więcej kaszubskie określenie Wielkanocy jako jastra i jastrë posiada swoje odpowiedniki na Łużycach. Jak podaje Oskar Kolberg: „Wielkanoc zowie się Jutry, w półn. zach. Witry, pod Mużakowem Jastry i w Dolnych Łużycach Jatry.”

http://www.bogowiepolscy.net/jassa-jessa-3.html

Tak więc Piorun

http://pl.wikipedia.org/wiki/Perun

Jessa i Jowisz,Bryhaspati,Agni,Prometeusz,Lucyfer,Fosforos …

to jedno i to samo,dziś znany jest jako  „Jessa Christos” ;)  bóstwo synkretycznej religii eklektycznej.

Słowo agni w sanskrycie znaczy ognie (rzeczownik), pokrewne z łacińskim ignis rosyjskim огонь (agoń)

litewskim ugnis z proto-indo-europejskiego rdzenia *h₁égni-. Agni znaczy: ogień, błyskawicę i słońce.

Mitra(na obraz i podobieństwo którego powstał judeochrzescijański Chrystus)to rónież Sol Invictus.

„Osoby praktykujące rozwój kundalini noszą zwykle czerwone lub szkarłatne szaty, a słoneczny blask towarzyszący wyobrażaniu tej mocy ma zabarwienie czerwonawe, podobne kolorystyce wschodu oraz zachodu słońca. Graficznie maluje się spiralę zwiniętą w trzy i pół zwoju, co uważane jest za symbol uśpionej kundalini i używane w kontemplacjach.

Buddyjscy lamowie z Tybetu znani są z praktyk Tumo dających odporność na niskie temperatury

z pomocą skupienia i koncentracji na ognistej mocy kundalini.

http://pl.wikipedia.org/wiki/Tumo

„Jednym z najsłynniejszych praktykujących tummo był tybetański buddyjski jogin Milarepa i jego uczeń Gampopa.

Współczesnymi zachodnimi świadkami tej praktyki byli m.in. podróżniczka Alexandra David-Neel (David-Neel, 1971) oraz Lama Anagarika Govinda (Govinda, 1988).”

„Próby zbadania fizjologicznych efektów tummo podjął w latach osiemdziesiątych doktor Herbert Benson wraz ze swoimi współpracownikami z harwardzkiej akademii medycznej (Benson i in., 1982; Cromie, 2002).

Pierwszy eksperyment miał miejsce w górnej Dharamsali (Indie) w 1981 roku na grupie tybetańskich mnichów buddyjskich

i został opisany w następujący sposób: lekko odziani mnisi najpierw przebywają w skupieniu przez pewien czas w pomieszczeniu o temperaturze zaledwie 5 °C, aż osiągną stan głębokiej medytacji.

Towarzyszący im pozostali mnisi moczą prześcieradła o wymiarach 1m na 2m w zimnej wodzie (około 6 °C)

i kładą je na ramionach medytujących. U przeciętnego człowieka takie okrycie niewątpliwie spowodowałoby

niekontrolowane drżenie ciała, a w dłuższej perspektywie nawet śmierć z wychłodzenia.

Jednak w przypadku praktykujących mnichów już po kilku minutach z prześcieradeł zaczyna unosić się para.

Na skutek ciepła ciała wyprodukowanego przez medytujących prześcieradła wysychają

w przeciągu godziny, a następnie ich miejsce zajmuje kolejna seria mokrych prześcieradeł.

Każdy z mnichów ma obowiązek wysuszyć trzy prześcieradła w jednej sesji medytacyjnej.

Doktor Benson podczas badania przymocował do ciał medytujących czujniki temperatury

aby stwierdzić, czy tummo polega na rzeczywistym wzroście ciepłoty ciała.

Okazało się, iż wprawni w praktyce mnisi potrafili podnieść temperaturę palców dłoni i stóp aż o 8 °C.

W innych częściach ciała zanotowano mniejszy wzrost temperatury.

Badacz ten wysunął wniosek, iż efektem medytacji jest rozszerzanie naczyń krwionośnych skóry

czyli reakcja odwrotna do typowej reakcji organizmu na zimno, kiedy to naczynia te ulegają skurczeniu.

W najnowszym doświadczeniu, przeprowadzanym w Normandii (Francja)

dwaj mnisi buddyjscy podłączeni zostali do czujników, które zapisywały zmiany ciepła i metabolizmu (Cromie, 2002).

Obserwacje odnośnie praktyki tummo były również dyskutowane podczas studiów medycznych (Ding-E Young and Taylor, 1998).

 

Praktyka

Nierozsądnym byłoby rozpoczynanie praktyki tummo, lub jakiejkolwiek innej, równie intenstywnej praktyki medytacyjnej

bez nadzoru godnego zaufania nauczyciela, czy fizycznego i psychicznego przygotowania.

Wykonywanie dogłębnych praktyk bez opieki mistrza może prowadzić do poważnych problemów związanych ze zdrowiem.

W buddyzmie tybetańskim umysł i ciało nie traktuje się osobno.

Pracuje się z nimi w praktyce fazy spełniającej (transliteracja Wyliego: rdzogs rim) poprzez subtelną sieć kanałów, wiatrów i esencji poruszającymi się w ciele by stopniowo „budować” sobie dostęp do natury umysłu.

Praktykę tummo traktuje się jako tylko jedną z wielu zręcznych metod owej fazy spełniającej a dla właściwego przebiegu tummo stosuje się dodatkowe przygotowania oraz pomoce np. poprzez wiele uzupełniających ćwiczeń tsalung

Beztroskie praktykowanie tummo bez powyższych wymagań może naruszyć ów subtelny związek „ciało-umysł”

powodując nawet poważne zaburzenia psychiczne. Patrz Lukoff, Lu & Turner (1998).

Kundalini w naukach sahadźa jogi

 

 

W każdym człowieku jest ona uśpiona i zwinięta w trzy i pół zwoju w kości krzyżowej (łac. os sacrum).

W kulturze chińskiej nazywana jest dao.

Od powstania sahadźa jogi naucza się, że aby ją przebudzić, wystarczy regularnie przez kilka minut dziennie medytować.

Kundalini spontanicznie będzie coraz silniejsza. Jej przebudzenie nazywa się samorealizacją.

Gdy kundalini budzi się i unosi w systemie subtelnym człowieka, uzdrawia i otwiera ćakry oraz balansuje kanały

lecząc wszelkie choroby i eliminując wszystkie negatywności.

Psychologia kundalini-jogi.

Według notatek z seminariów (1932) ( The Psychology of Kundalini Yoga. Notes of the Seminar Given in 1932, Die Psychologie des Kundalini-Yoga. Nach Aufzeichnungen des Seminars 1932 ) – książka naukowa z dziedziny psychologii objaśniająca proces rozbudzania i wznoszenia w ciele energii kundalini śakti i tantryczną symbolikę osiągania poziomu kolejnych ćakr , jako adekwatny indyjski obraz przebiegu procesu indywiduacji człowieka. Zawiera treść wykładów Carla Gustava Junga, zredagowanych przez Sonu Shamdasaniego i opublikowanych pierwotnie w Princeton w 1996. Przekładu na język polski dokonał Robert Reszke dla Wydawnictwa KR . Książka ukazała się na polskim rynku w 2003 roku, jako tom drugi materiałów z seminariów jungowskich.

http://pl.wikipedia.org/wiki/Psychologia_kundalini-jogi

 

 

 

 

http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/0/05/SahajaSubtleSystem.svg

Schemat praktyki kundalini w sahadźa jodze.

1 Muladhara (ćakra) 1a kość krzyżowa (trójkąt)

2 Swadhiszthana (ćakra)

3 Nabhi (ćakra) 3a Bhawasagara, Ocean Iluzji

4 Anahata (ćakra)

5 Wiśuddha (ćakra)

6 Adźńa (ćakra)

7 Sahasrara (ćakra)

A kundalini (zwinięty wąż)

B idâ nadi (nadi energii lunarnej)

C suszumnâ nadi (środkowy nadi)

D pingalâ nadi (nadi energii solarnej)

E atman (duch, dusza) F ego G superego

Przypominam o czymś o czym warto pamiętać

bo w zalewie informacji o prowokacjach agentów udajacych Rosjan i Polaków,całego tego Eurocyrku

ciężko jest zdać sobie sprawę że giną niewinni  ludzie.

„Oskarżamy wolny świat o to, że zatroskany o surowce i tanią siłę roboczą nie reaguje, gdy Chiny mordują naród tybetański! Domagamy się rezygnacji Polski z olimpiady w Pekinie! – takie hasła słychać było wczoraj podczas demonstracji przeciwko okupacji Tybetu pod Ambasadą Chin w Warszawie. Demonstrowało tam około 200 osób, w tym szef Demokratów.pl Janusz Onyszkiewicz i senator PiS Zbigniew Romaszewski, a także blisko kilkunastu przedstawicieli diaspory tybetańskiej w Polsce, m.in. dwaj mnisi.”

http://gfx.mmka.pl/newsph/278550/278191.3.jpg

http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114873,5028665.html

U nas też zapanowała jakaś dziwna pandemia, wirus samobójstw.

http://opolczykpl.wordpress.com/2012/06/21/sprawy-gen-petelickiego-cd

Pozdrawiam!

PS.Sądzicie że przydałby się nam jakiś Rodzimy epitet określający to co w innych kulturach jest nazywane oświeceniem?

Czy w ogóle Rodzimowierca Słowiański dąży do oświecenia czy nie?

Buddyzm=oświeceniam,przebuddzenie=oświecenie  ;)

 

O Ś-wiecie WI-edza CENN-a czy może Oświetlenie Cienia?

 Oświecenie to dobre określenie moim zdaniem i Oś Wieszczenia jest w nim zawarta i cena i cień i wiedza i wiedzenie-wodzenie.

Od siebie scharakteryzowałbym ten moment i dalszy następujący po nim czas tak:

To chwila w której poczułeś/łaś, że twoje EGO nie jest najważniejsze, chwila od której twoje działanie nie skupia się na zaspokojeniu EGO i następujący po tym fakcie czas – czas działania dla Dobra i Szczęścia  Innych Istot.

O pozycji Jeszszy-Jesieni – Świetlistego, jako Boga Kiru  już wiele razy się wypowiadałem więc – nie powtarzam tu mojego sądu

CB

Tagged with:

Pojednanie Polska – Rosja, czyli jeszcze o latach 1610 – 1612 oraz o Kontrreformacji

Posted in nauka, Słowianie, Teksty społecznie zaangażowane by bialczynski on 13 Czerwiec 2012

Hołd carów Rosji Szujskich złożony władcy Polski

Przytaczamy tutaj fragment artykułu zamieszczonego na portalu Racjonalista.pl, w dniu 21 maja 2012 roku i odsyłamy do całości tekstu, TAMŻE. Jest to artykuł niezwykle ważny, który odkłamuje w istotny sposób kwestie historyczne – zwłaszcza tło i przyczyny Rozbiorów Polski, które są przez katolicką naukę od 250 lat pokazywane nie w świetle Reflektora PRAWDY Naukowej (rpn) i analizy faktów (af), lecz w Krzywym Zwierciadle Ideologii Katolickiej (kzik)

Tę flagę rozwiniętą w Warszawie na meczu Polska – Rosja (1:1) 12 czerwca 2012 roku, w czasie futbolowego EURO, w postkomunistycznych masowych mediach polskich nazywa się flagą kibiców rosyjskich. Ufundował ją Związek Kibiców ROSJI  na czele którego stoi neofaszysta, najprawdopodobniej agent KGB – stamtąd pochodzą pieniądze na szycie takich flag. Prowokacja knuta przez specsłużby i media w obu tych „zaprzyjaźnionych demokracjach”  spaliła na panewce – „rozruchy” były próbą bijatyki między dwoma specsłużbami w kolorowych szalikach. Oczywiście nie zapomniano przy okazji wymierzyć kopa reporterowi opozycyjnej „Gazety Polskiej Codziennie”. W wypadku tego kopa w okolicę głowy policja polska zachowała bierność. Skąd my to znamy? Ja jeszcze pamiętam.

Podobne narzędzie kzik , zamiast rpn, stosuje się do przedstawiania roli kk w restaurowaniu „Niepodległej” III RP w 1989 roku – naprawdę gdy oświetlić Reflektorem Prawdy Naukowej owo wydarzenie – mamy do czynienia z udziałem kk w nieformalnym Triumwiracie Konserwy PRL w  wydaniu  PRL BIS  = III RP, tzw złagodzonym, gdzie do władzy dopuszczono koncesjonowaną opozycję katolicko-postępową, katolicko-promoskiewską i socjaldemokratyczno-syndykalną, które de facto były dopuszczone do głosu i oficjalnego bytu w PRL, lecz nie były tam dopuszczone do udziału w sprawowaniu władzy. Oto cała różnica między PRL a III RP. Lecz według kk żyjemy w państwie niepodległym i obywatelskim.

Oto link do artykułu w RACJONALIŚCIE: WWW Racjonalista PL

Pamiętajmy także, że Moskwa skapitulowała po raz drugi przed Polakami  1 marca 1634 roku, w wyniku kolejnej przegranej bitwy o Smoleńsk, ale to już była eskalacja nienawiści wzajemnej  – Tutaj słabo znany obraz Jana Matejki „Król Władysław IV pod Smoleńskiem”

[W XVI i XVII w. Rzeczypospolita Obojga Narodów była potęgą zagrażającą Rosji. Po wygranej hetmana wielkiego polnego koronnego Stanisława Żółkiewskiego pod Kłuszynem w 1610 r. Polacy zajęli Kreml, a po podpisaniu traktatu pokojowego w Dywilinie odebrali tereny należące od XIV w. do Wielkiego Księstwa Litewskiego: ziemie smoleńską, czernihowską i siewierską i ustalili nową granicę wschodnią. Rosja nie mogła się pogodzić z przegraną i po śmierci króla Zygmunta III w 1632 r. podjęła próbę zdobycia Smoleńska. Wybuchła wojna polsko-rosyjska, która trwała do 1634 r. (tzw. wojna smoleńska). Zakończyła się zwycięstwem wojak polsko-litewskich nad wojskami rosyjskimi dowodzonymi przez Michała Szeina. 25 lutego 1634 r. armia rosyjska skapitulowała pod Smoleńskiem, co utorowało Polakom drogę do Moskwy. Nowy król Polski Władysław IV Waza okazał się świetnym wodzem, śledzącym rozwój sztuki wojennej i umiejętnie stosującym nowatorską wówczas taktykę manewrów stosowaną przez wojska szwedzkie pod dowództwem Gustawa Adolfa. Władysław IV podzielił swą armię na trzy części i ruszył w głąb Rosji. Przodem poszły lotne oddziały jazdy polskiej, które dotarły pod Moskwę siejąc zniszczenie i przerażenie. 1 marca Moskwa skapitulowała. Król Władysław IV początkowo sądził, że osadzi na tronie moskiewskim swego brata Jana Kazimierza, aby potem wspólnie z Rosją uderzyć na Szwecję i odzyskać tamtejszy tron. Piętrzące się trudności znacznie osłabiły optymizm króla. Zima i choroby dziesiątkowały armię polsko-litewską, zbliżał się koniec rozejmu ze Szwecją, a na południu groziła wojna ze sprzymierzoną z Rosjanami Turcją, polski monarcha zdecydował się na rokowania. Pokój zawarto w Polanowie. Potwierdzał on ogólne warunki rozejmu z Dywilina: przynależność do Rzeczypospolitej ziem smoleńskiej, czernihowskiej i siewierskiej. Władysław IV zrzekł się tytułu cara Rosji i pretensji do tronu moskiewskiego.]

Władysław IV przyjmuje kapitulację wojsk rosyjskich pod Smoleńskiem w 1634 r. (fot. Maciej Szczepańczyk, na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0)

Będziemy pilnie śledzić dalsze części wypowiedzi pana Agnosiewicza w Racjonaliście.pl, bo czas najwyższy zobiektywizować rzeczywistość w Pełnym Jej Spektrum obejmującym wszystkie Aspekty (holistycznie), na potrzeby naszej bieżącej Jej oceny. Bez takiej oceny, bez pełnego obrazu nie stworzymy sobie możliwości racjonalnego  wyboru  Właściwych Narzędzi dla dokonania zmiany tego co nas obecnie otacza.

Wiele się też mówi i pisze – i my będziemy pisać o tym – o związku hitlerowców z magią, okultyzmem, gnozą, antropozofią i teozofią i o faszystowskich nawiązaniach do wiary przyrody oraz o kulcie ciała i fizycznej kultury w Niemczech lat 30-tych XX wieku, ale bardzo mało i niechętnie pisze się o ideowych związkach kościoła i Watykanu z faszyzmem, powiązaniach polskiego kk z nową władzą PRL-owską po 1945 roku i kościelnych koneksjach w zamian za które zgodzono się na likwidację podziemia i konspiracji po  II Wojnie Światowej, czy o związkach cerkwi prawosławnej ze stalinizmem i obecnym totalitarnym reżimem moskiewskim.  Ten temat również w najbliższej przyszłości poruszymy, nie po to żeby kogoś dzielić – lecz żeby mieć jasność na przyszłość, która nadchodzi.

W Polsce próbuje się tzw. Księży Postępowych i Postępowych Katolików ze Znaku, PAXu, Tygodnika Powszechnego i innych pseudo chrześcijańskich organizacji PRL-owskich przedstawiać jako spontaniczny ruch garstki nierozważnych czy też zinwigilowanych – to nie jest prawda. Kościół nie musiał ich tolerować a na dokładkę wspiera ten nurt współpracy z post-specsłużbami PRL w III RP także i obecnie.

Polecam też tekst: „Kościół a Rzeczpospolita”

CB

Wystąpienie Milina – obraz Konstantego Makowskiego

Papiestwo i narodziny nienawiści polsko-rosyjskiej [1]

Autor tekstu: Mariusz Agnosiewicz

Antypamięci Piotra Skargi

Papież Paweł V (1605-1621), swój pontyfikat rozpoczął popychając Polskę do antyrosyjskich dymitriad, jednego z najgłupszych i najtragiczniejszych epizodów naszej historii, a zakończył go, kiedy jego układ krążenia doznał radosnego przeciążenia w trakcie procesji na cześć pogromu Czechów w Wojnie Trzydziestoletniej.

Udział papiestwa i jezuitów w tragicznych awanturach antyrosyjskich Polski na ogół jest przemilczany. Dla wyłaniającego się mocarstwa rosyjskiego było to wydarzenie historycznie traumatyczne, które położyło się cieniem na całych późniejszych stosunkach polsko-rosyjskich i nigdy nie powinno być pomijane przy rozpamiętywaniu rozbiorów. Kiedy w 2005 r. Rosja zastąpiła swoje dawne święto narodowe upamiętniające wybuch rewolucji październikowej – Dniem Jedności Narodowej, poświęconym pamięci wyzwolenia Moskwy i Rosji od Polaków w roku 1612, wówczas Watykan wyrażał zatroskanie, czy aby nie będzie ono miało charakteru antykatolickiego. Papież musiał się obawiać, czy inwazja Polaków i deptanie przez nich rodzimej kultury, nie będzie okazją do przypominania, że była to wówczas formalna krucjata i najazd mający na celu rekatolicyzację Rosji.

Dymitriady

Polska okupacja Moskwy poprzedzona była dymitriadami, czyli polsko-papieskimi próbami obsadzenia tronu Moskwy przez uzurpatorów, zwanych Dymitrami Samozwańcami. W końcowej fazie dymitriad, miała miejsce polska inwazja i wojna polsko-moskiewska (1609-1618). W projekt ten papież Paweł V zaangażował się tuż po konklawe i odegrał w nim istotną rolę. [ 1 ] Nie wiadomo dokładnie w jakich okolicznościach objawił się w Polsce rzekomy syn cara Iwana Groźnego, ale znamienne, że pierwsza wzmianka o nim pojawia się 1 listopada 1603 w liście nuncjusza Claudio Rangoni do papieża Klemensa VIII. [ 2 ] Sprawa trafiła wówczas do inkwizycji rzymskiej i pracował nad nią Camillo Borghese, który półtora roku później miał zostać nowym papieżem. Kilka miesięcy później Samozwaniec pojawił się przed królem w Krakowie, starając się przekonać Zygmunta III Wazę do wsparcia jego wyprawy na Moskwę. Zgodził się pojąć za żonę a następnie obsadzić na tronie jako carową córkę wojewody sandomierskiego. Inicjatywa ta spotkała się z druzgocącą krytyką polskiego męża stanu Jana Zamoyskiego, który projekt obsadzenia Maryny Mniszchówny jako carowej uznał za godny komedii Plauta. W konsekwencji Sejm jednogłośnie odrzucił pomysł zaangażowania Polski w tę awanturę.

Sprawa pewnie by upadła, gdyby nie zaangażowali się w nią nuncjusz i jezuici. Do spojrzenia na Samozwańca przychylniejszym okiem namawiali króla prymas Jan Tarnowski oraz protektor jezuitów, biskup krakowski i późniejszy prymas, Bernard Maciejowski. [ 3 ] Uzgodniono wówczas konwersję Samozwańca na katolicyzm. Chrztu udzielili mu jezuici 17 kwietnia 1604. 24 kwietnia nuncjusz udzielił nowej owieczce komunii i bierzmowania. Jeszcze tego samego dnia neofita napisał do papieża [ 4 ], obiecując mu katolicyzację Rosji oraz krucjatę na Turków. Wobec odmowy sejmu, wojsko awanturnicze sformował wojewoda sandomierski, ze wsparciem jezuitów jako kapelanów. [ 5 ]

Dymitr Samozwaniec

Kilkanaście dni po konklawe z Rzymu wyszło pismo do nuncjusza z prośbą o obszerny raport o postępach kampanii Dymitra i stosunku do niego polskiego króla. Niedługo później uzurpator triumfalnie wkroczył do Moskwy. Z Rzymu wyszło wówczas pismo z gorącymi gratulacjami i naciskiem, by możliwie szybko rozpoczął przywracanie Rosji katolicyzmowi. Miał obiecany triumfalny fresk w Sala Regia Watykanu. Wkrótce po koronacji nowego cara papież wysłał kilka brewe: do Zygmunta III, kardynała Maciejowskiego i wojewody sandomierskiego, aby udzielili nowemu władcy Rosji wszelkiej niezbędnej pomocy w „przywróceniu Moskali Kościołowi”. Okazało się jednak, że poparcie króla polskiego dla kampanii było mniejsze aniżeli przedstawiali to papieżowi jezuici: król nie chciał bowiem uznać carskiego tytułu Dymitra.

Nowy car Rosji jedynie z Watykanem miał wówczas nawiązane stosunki dyplomatyczne. 11 września 1605 papież wysłał mu pismo gratulacyjne z okazji koronacji, znów przypominając o zadaniu jakie miał do wykonania. W odpowiedzi car odmalował papieżowi swój projekt: chciałby wraz z cesarzem i królem Polski ruszyć na krucjatę przeciwko Turkom. Papież musi jednak przycisnąć króla Polski oraz przysłać kilku ekspertów wojennych. Paweł V obiecał uczynić co w jego mocy.

Po pewnym jednak czasie car stwierdził, że jego misja religijna przekracza jego możliwości. Polscy katolicy zachowywali się w Moskwie jak na podbitym terytorium. Papież zaczął tracić cierpliwość i wzywał już cara, aby sam wypowiedział wojnę Turcji a nuncjusze w całej Europie rozniosą orędzie wojenne. [ 6 ] Po 11 miesiącach rządów bojarzy zawiązali udany spisek na jego życie. Dokonano jednocześnie pogromu kilkuset Polaków. Zwłoki uzurpatora wsadzono do armaty i wystrzelono w kierunku Polski, choć powinien polecieć raczej ku Watykanowi.

Jezuici poczęli wkrótce głosić, że Dymitrowi udało się zbiec, przygotowując tym samym podłoże nowej dymitriady. Nowy nuncjusz papieski w Polsce Simonetta podjął temat. Watykan podtrzymywał tę wiarę. Nowy Dymitr Samozwaniec rozpoczął działalność od lipca 1607, znów wsparty wojskiem z Polski. Mniszchówna publicznie „rozpoznała” w nim swojego męża. Nie było już jednak obietnic nawrócenia Moskali.

Rokosz

W tym czasie w Polsce nad jezuitami zebrały się czarne chmury. Szlachta zawiązała przeciwko królowi rokosz sandomierski, a jedno z jego głównych ostrzy wymierzone zostało w jezuitów. Zarzucano im, że pod ich wpływem król dyskryminuje różnowierców przy nadawaniu dóbr, godności i urzędów, stale blokuje wydanie regulacji wykonawczych do konfederacji warszawskiej wprowadzającej w Polsce tolerancję i nie reaguje na tumulty wyznaniowe, inspirowane zresztą głównie przez samych jezuitów. Szlachtę niepokoił także zwrot w polityce międzynarodowej i zbliżenie z Habsburgami, którzy od kilkunastu lat toczyli pod patronatem „ojca świętego” tzw. Długą Wojnę przeciwko Turcji, co oznaczało zaangażowanie Polski w krucjatę przeciwko Turkom, do czego parło Państwo Kościelne, udzielając dyspensy na ślub króla polskiego z siostrą jego poprzedniej żony, Konstancją Habsburżanką. Papież uznał to małżeństwo za „rzecz arcypożyteczną dla chrześcijaństwa” [ 7 ] i wkrótce Konstancja stała się w Polsce „głównym chorążym wojującego katolicyzmu” (Jasienica), kooperując w tym dziele z Piotrem Skargą, który w 1606 opublikował propagandową broszurkę dla formowania rycerza-chrześcijanina (Żołnierskie nabożeństwo). Późniejsza historia pokazała, że obawy szlachty były zasadne, gdyż po zakończeniu wojny z Moskwą, Polska wplątała się w kosztowną wojnę przeciwko Turcji.

Kolumna Zygmunta III na Placu Zamkowym w Warszawie to jeden z najbardziej charakterystycznych zabytków stolicy. Król z wielkim krzyżem i mieczem dobrze oddaje politykę monarchy

Nie bez powodów Zygmunt III nazywany był „jezuickim królem”. Główny kierunek jego polityki, wtłaczający w Polsce ostry kurs kontrreformacyjny, przypisywany był jezuitom, w szczególności nadwornemu kaznodziei, przesławnemu Piotrowi Skardze. Papieski dyplomata i jezuita, Antonio Possevino (wspierał pierwszego Dymitra Samozwańca), nie cenił zanadto walorów intelektualnych polskiego władcy, który według niego był „dowcipu i usposobienia nieco ociężałego i nie bardzo pojętnego”. Od samego początku jego panowania opiekę duchową roztoczył nad nim Piotr Skarga jako jego nadworny kaznodzieja, nieustannie podsycając w nim fundamentalizm katolicki.

Katolicka historiografia przedstawia rokosz szlachecki jako ruch na rzecz utrzymania anarchicznej „złotej wolności”, bunt przeciwko wzmocnieniu władzy królewskiej, która mogłaby usprawnić Rzeczpospolitą. Tyle że owo „usprawnienie” oznaczało siłowe zgniecenie protestantyzmu a następnie zaangażowanie w kontrreformacyjną politykę europejską oraz krucjatę antyturecką. Z jednej strony stały „małostkowe” interesy szlachty, a drugiej kontrreformacyjna i krucjatowa polityka papieska. Sam król Zygmunt władzę swą chciał wzmocnić po to, by zdobyć tron rodzinnej Szwecji. „W kraju pozostałby ukoronowany za życia ojca królewicz Władysław oraz rządzący zamiast niego gubernator… w postaci arcyksięcia austriackiego. Szwecja miałaby oczywiście zostać zdobyta i przywrócona do wierności Rzymowi. Pomocy po temu udzielić miała opanowana przez Samozwańca i również do łaciństwa nakłoniona Moskwa. W ten sposób powstałaby wielka liga północna, zdolna do skutecznych działań przeciwko Turkom. Zamiary były ogromne i równie chimeryczne (…) Król Jego Mość ‚narodem naszym kontentować się’ nie chciał. Dążył do totalnego zwycięstwa katolicyzmu w całej Europie, niszcząc w tym celu wypróbowaną od wieków spójność moralną państwa, i do korony szwedzkiej dla siebie. Rzeczpospolita miała się owym wytycznym podporządkować, posłużyć tylko za odskocznię” (Paweł Jasienica). Z taką to tendencją walczyła opozycja antykrólewska.

cd: WWW. Racjonalista.pl

Walenty Skorochód Majewski (1764 – 1835) – Strażnik Wiary – wykpiony odkrywca związku języka polskiego i sanskrytu

Posted in Mitologia Słowiańska, nauka, Polska, Słowianie, Wiara Przyrody by bialczynski on 10 Czerwiec 2012

Człowiek który o związkach języka polskiego i sanskrytu mówił i pisał już w 1816 roku. Wyśmiany przez Filomatów, wyśmiany przez „polską” i światową Naukę -Skąd my to znamy – Dzisiaj te bęcwały śmieją się z eksperta NASA od katastrof lotniczych, powszechnie uznawanego na świecie autorytetu naukowego, Taka jak widać Tradycja „polskiej nauki”

– Ż E N A D A!!!

Chwała i Cześć Jego Pamięci!!!

CB

MAJEWSKI-SKOROCHÓD

Walenty (1764-1835)

archiwista, historyk-samouk, sanskrytolog, czł. Tow. Przyjaciół Nauk; autor prac o zależnościach i związkach słowiańsko-staroindyjskich oraz gramatyki sanskrytu.

Walenty Skorochód-Majewski (1764-1835) – orientalista, z zawodu notariusz. Pochodził z podgrodzieńskiego majątku Guzy, w stolicy znalazł się jako piętnastolatek. Był absolwentem kolegium pijarskiego, później również nauczycielem. Uczestniczył w obronie stolicy podczas powstania kościuszkowskiego, dowodząc batalionem milicji. Od 1800 roku pracował w Archiwum Metryk Koronnych, tworząc podwaliny Archiwum Głównego Akt Dawnych. Był członkiem Warszawskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk, specjalizował się w sanskrytologii oraz indianistyce, wydał m.in. „Gramatykę języka tureckiego”. W swoim mieszkaniu przy ul. Świętojańskiej 21 (kamienica Metrykantów) prowadził pierwszą w Polsce drukarnię sanskrycką. Zaliczany był do grona oryginałów warszawskich ze względu na częste noszenie kontusza i rygorystyczne przestrzeganie staropolskich obyczajów. Zmarł w stolicy.

Spoczywa:
Cmentarz Powązkowski, kwatera 29 wprost, rząd VI, miejsce 3.

Indianistika w Polsce i studia jej pokrewne. [Walenty Skorochód Majewski, Franciszek Xawery Malinowski, Lelewel, Jan Rozwadowski, Leon Mańkowski, Andrzej Gavroński, Stanisław Schayer].

Helena Willman-Grabowska

Walenty Skorochód Majewski – zapomniany archiwista i pasjonat języków wschodnich

Translated Title: Walenty Skorochód Majewski, a forgotten archivist and enthusiast of oriental languages
Publication: LingVaria (13/2012)
Author Name: Podolak, Barbara;
Language: Polish
Subject: Philology / Linguistics
Issue: 13/2012
Page Range: 183-194
No. of Pages: 12
File size: 177 KB
Download Fee:
(only for
non-subscribers)
3 Euro (€)
Summary: Walenty Skorochód Majewski (1764–1835) was a self-educated archivist, scientist, and the author of the first Polish grammars of Sanskrit and Turkish. He was interested in the history of the Slavs and other nations and devoted most of his life to propagating Indian culture, Sanskrit in particular, in Poland. Although his efforts met with the distrust and frequent criticism of the scholarly community, he did not lose heart and went on to publish further works. Taking into account that he tried to introduce his countrymen to completely unfamiliar languages, he deserves the title of the first propagator of the two oriental languages in Poland.Majewski Walenty, W. Majewski-Skorochód, ur. 1764, Skorochód-Guzy (Podlasie), zm. 3 VII 1835, Warszawa, archiwista, historyk i sanskrytolog;

samouk; czł. Tow. Przyjaciół Nauk w Warszawie; autor prac na temat językowych i kulturowych związków słow.-staroind., m.in.: O Słowianach i ich pobratymcach, Gramatyka sanskrytu.

Pierwsza stolica

Zamość był stolicą Polski na długo przed rządami Piastów! Odkrył to Walenty Skorochód Majewski (1764-1835), znany archiwista, członek Towarzystwa Przyjaciół Nauk, który do dziś ma swoją ulicę w Warszawie, jest też patronem szkoły. Ten uczony badał historię Sarmatów i Słowian – aż 3 lata pracował nad dziejami Polski. Odkrył, że w III wieku (czyli przed Piastem i Popielem) władcą Słowian był Samos, dziadek króla Kraka. Stolicę swą zbudował tak, by jednakowo blisko mieli do niej Wiślanie, Lędzianie i Mazowszanie – czyli na terenie dzisiejszej Lubelszczyzny. Stolica Samosa nazywała się Samość i z biegiem wieków nazwa przekształciła się w Zamość! Szkoda, że inni nie poznali się na geniuszu Walentego herbu Skorochód ;) Filomata Jan Czeczot tak pisze w liście z Warszawy do Adama Mickiewicza (listopad 1921): Byłem tu na posiedzeniu Towarzystw Przyjaciół Nauk (…) Skorochód Majewski, badacz Słowiańszczyzny, nudził i zdziwił rozwlekłem bajaniem o niesłychanym w dziejach polskich królu Samosie, który poprzedził Krakusa, Wandę etc. etc, a przecież wydobyty aż z III wieku, znalazł dziejarza, który z taką pewnością czyny jego przedstawiał, z jaką pewnością mówić nie śmiemy o Mieczysławach i Bolesławach. Osadził tego Samosa na stolicy w Zamościu, które niegdyś miało się nazywać Samość. O głębocy badacze baśni, ile to wy chleba zjecie, nim z baśni baśnie zrobicie! Trzy lata nad tą pracował rozprawą; ile to wina, rozprawiając przed kamratami o niej, wypił, a za trzy grosze pożytku społeczeństwu nie zrobił.

I jeszcze raz inaczej:

Nie bez kozery zamojski hejnalista, wchodząc w samo południe na ratuszową wieżę, dmie w swą trąbkę w trzy strony świata, pomijając skrzętnie tę, po której znajduje się Kraków. Wątpliwe, by jedyną przyczyną tego były, jak głosi legenda, jakoweś zatargi między założycielem Zamościa a krakowianami. Śmiemy sądzić, że chodzi o sprawę zgoła grubszej wagi. O to, która z polskich stolic była ważniejsza: Kraków czy Zamość.

To bowiem nie Gniezno, jak uczą w całej Polsce na lekcjach historii, było naszą pierwszą stolicą, a Zamość właśnie. I to na długo przed rządami Piastów. Otóż w III albo IV (źródła, do których dotarliśmy, mówią różnie) wieku, a więc jeszcze nawet przed legendarnym opisywanym przez Galla Anonima Popielem, co go myszy zjadły, Słowianami władał niejaki Samos. Ów Samos był człowiekiem niezwykle roztropnym: otóż stolicę swego państwa miał zbudować w takim miejscu, by jednakowo blisko mieli do niej tak Wiślanie, jak i Lędzianie oraz Mazowszanie. Samos nazwał stolicę od własnego imienia: Samość. No a potem, z czasem, Samość zamienił się… w Zamość.

Tak przynajmniej uważał badacz słowiańskich pradziejów, niejaki Walenty Skorochód Majewski. A sprawę na światło dzienne, po tym, jak dwa wieki przeleżała ukryta w mrokach dziejów.

MaMaz

Filomata Jan Czeczot nie popisał się tutaj przenikliwością ani wyobraźnią. Nie dziwi to jako że natykamy się na niego potem jako na szczególnie wrogo nastawionego do idei romantyzmu prezentowanej przez Adama Mickiewicza –  a może jako na osobę nie do końca rozumiejącą konieczności filozoficzne Romantyzmu. W Filomatach Jan Czeczot występuje jako jeden z głównych ideowych przeciwników Mistrza. Jest piewcą bezwzględnym dzieła Jana Kochanowskiego  i głównym przedstawicielem Obozu „Klasycystycznego” Czcicieli Słońca, podczas  gdy romantyzm w pełnym rozwinięciu wymagał wprost zwrócenia się ku Bóstwom Księżycowym, ku siłom Księżyca, ku Przyrodzie i naturze, ku rozpasanym instynktom, czyli zanurzenia się w „id”, który tak bardzo chrześcijanom kojarzy się z niemoralnością, iż bywa przez nich identyfikowany ze „złem czystym” i szatanem.

Poszukiwanie wcześniejszych konotacji niż z osobą Kraka z VIII wieku okazało się zasadne.  Poszukiwanie przez Słowian korzeni w kulturze i tradycji Scytów i Sarmatów jest dzisiaj uznaną przez naukę – jedyną właściwą ścieżką , która na dodatek lokuje naszych przodków w głębokiej starożytności, pośród kultur związanych bardziej ze WSCHODEM NIŻ ZACHODEM.

Z DYSKUSJI POD RAMAJANĄ

Na stronie: http://lubczasopismo.salon24.pl/aelita/post/210367,indie-swiete-teksty-poeci-wstepny-komentarz-do-nasadiya

@noychoH / @publicysta

Skoro już rozmowa idzie o wybitnych polskich indologach, nie można nie wspomnieć o prekursorze polskiej indologii – Walentym Skorochodzie Majewskim.

Walenty Skorochód Majewski 1764–1835, archiwista, historyk, lingwista, sanskrytolog, badacz starożytności słowiańskich i związków słowiańsko-staroindyjskich, profesor szkoły kadetów w Warszawie, jeden z ostatnich metrykantów Rzeczypospolitej, kierownik Południowopruskiego Głównego Archiwum Krajowego, później Metrykant Koronny i Pisarz koronny Królestwa. Od 1809r. członek Towarzystwa Królewsko-Warszawskiego Przyjaciół Nauk, w ramach którego zajmował się tym, co w swym zagajeniu na posiedzeniu TPN, ujął Staszic tak: „Kolega Majewski od wielu lat pracuje nad językami Azyi, szczególnie nad językiem Samskrytu Indyan; z tym dochodzi powinowactwa rozmaitych ludów, pokoleń i plemion.”
W 1815r. uruchomił w Kamienicy Metrykantów Koronnych (kamienica nr 21, ul. Świętojańska) drukarnię sanskrycką, jak sam mówił „pierwszą w Słowiańszczyźnie”, którą kierował Tomasz Piętka. Na użytek tej drukarni, jak pisze Batowski, „ryciny kosztowne przysposabiał, odlewy czcionek z własnej kieszeni(…)”. Sprowadzanie z zagranicy drogich prac orientalistycznych i historycznych oraz prowadzenie drukarni sanskryckiej spowodowało niemały uszczerbek majątku Majewskiego i według jego słów „u rodaków mało sympatyi, żadnej przychylnej pomocy, nawet niejakiego zrażenia, że nie powiem szyderstwa.”
Cóż, taki bywa często los prekursorów…

1828r. – wydał Gramatykę sanskrytu („GRAMMATYKA
MOWY STAROŻYTNYCH SKUTHÓW”), 17 rycin
1830r, – wydał przekład Brahma Vaivarta Purana, tzn.tekst sanskrycki, transkrypcję na j.polski oraz przekład [„Brahma-Waiwarta-Puranam (…) przez Podlasianina na polskie brzmienie wyrazów Samskrytu przepisana i do znaczenia w języku narodowym zbliżona”].
W spuściźnie rękopiśmiennej pozostał przekład fragmentu Ramajany.
Jestem szczęśliwym posiadaczem pierwszego i jedynego wydania Grammatyki mowy starożytnych Skuthów. Edytorsko i graficznie (rozkładane ryciny z tablicami gramatycznymi) dzieło prezentuje się wspaniale.
Urzekające są tytuły dzieł i przekładów Majewskiego :).
Przepisałem w Wordzie tytuł Grammatyki zachowując w przybliżeniu układ i typ czcionek. Strona tytułowa wygląda mniej więcej tak:

Siedziba pierwszej polskiej drukarni sanskryckiej, Kamienica Metrykantów Koronnych (fasada kamienicy, Świętojańska, nr 21)

Kamienica Metrykantów Koronnych (oficyna kamienicy, Piwna, nr 18)

Trzy kamienice dalej(Świętojańska 27/29) od miejsca gdzie była drukarnia sanskrycka mieści się Sklep indyjski, i to jest jedyny ślad ducha przeszłości, bo żadnej tablicy upamiętniającej tę niezwykłą postać, nie ma.
Może napiszę kiedyś notkę o Walentym Skorochodzie Majewskim nawiązującą do jego b.ciekawej autobiografii zawartej we wstępie do Grammatyki.

Z Encyklopedii Staropolskiej o Archiwach

Archiwa polskie. Skarbiec czyli skład pewnej ilości dokumentów i aktów piśmiennych, bądź publicznych, bądź prywatnych, zowie się archiwum. Sam wyraz pochodzi prawdopodobnie od greckiego archeion, które oznaczało ratusz miejski. W łacińskiej postaci brzmiało pierwotnie archium, następnie archivum i w tym kształcie utrzymało się we wszystkich prawie językach europejskich. Co do archiwów polskich, zasługuje przedewszystkiem na uwagę zdanie najuczeńszego znawcy w tym przedmiocie, który osobiście badał prawie wszystkie główniejsze dawne archiwa w Europie i w sądach swoich jest dalekim od wszelkiej chełpliwości narodowej, a jednak pisze: „Jeżeli kiedy przyjdzie do skreślenia dziejów archiwów w Polsce, to się okaże niewątpliwie, że organizacja ich, ład i porządek, które w nich panowały, staranie, jakie łożono około ich utrzymania, nie tylko wyrównywały temu, co współcześnie było na Zachodzie Europy, ale w wielu razach przewyższały tę gałąź administracyi publicznej w państwach ościennych”. To samo, co pisze Pawiński, przyszło nam na myśl, gdyśmy w r. 1870, zwiedzając ratusz toruński, widzieli w zawiadywaniu magistratu niemieckiego ogromną skrzynię, nasypaną bez ładu znaczną ilością dokumentów pergaminowych z wiszącemi przy nich pieczęciami. Zawiązku archiwów w Polsce — mówi dalej uczony nasz Pawiński — szukać należy w kancelarjach królów i książąt. W XIV wieku, po zjednoczeniu w jedną całość różnych dzielnic, stał się Kraków siedliskiem rządów i stolicą państwa. Tam też powstały większe zbiory aktów piśmiennych, dyplomatów, przywilejów i nadań królewskich. Przechowywano te zabytki pergaminowe w skarbcu zamku królewskiego na Wawelu. Tam zapewne trzymano także pod kluczem księgi kancelaryi królewskiej, do których zapisywano w streszczeniu, lub całkowicie, wychodzące pod powagą królewską nadania i przywileje. Były to zawiązki tak zwanej następnie Metryki koronnej, czyli libri regestra metrica. Pawiński przypuszcza z dochowanych po dzień dzisiejszy ksiąg Kazimierza Jagiellończyka, że z doby Kazimierza Wielkiego i Władysława Jagiełły nie było ksiąg kancelaryi królewskiej więcej nad 20 do 30. Podanie o tem, jakoby te księgi zaginęły w bitwie pod Warną r. 1444 i zostały przez Turków odwiezione do Stambułu nie ma podstawy. Poszukiwania, jakie Pawiński osobiście przedsiębrał w Konstantynopolu, nie naprowadziły na żaden ślad istnienia tam jakichkolwiek ksiąg kancelaryi polskiej. Pod względem liczebnym księgi Metryki królewskiej zaczęły właściwie rozrastać się szybko za Zygmunta I, kiedy się rozwinęła i ugruntowała na szerokich podstawach czynność kancelaryjna dyplomacyi zewnętrznej, zarządu wewnętrznego, administracyi skarbowej i wojskowej, tudzież wyższego sądownictwa królewskiego. Zdaje się, że od połowy XVI wieku rozróżniano dwa rodzaje archiwów królewskich, t. j. archiwum zadworne, które obejmowało, obok ksiąg dawniejszych, księgi z czynnościami bieżącemi, i drugie, dyplomatyczne, Archivum litterarium regni. Mieściło się ono na Wawelu, w skarbcu królewskim, tam, gdzie przechowywano klejnoty koronne i kosztowności. Marcin Kromer korzystał z tych zbiorów i porządkował je. Następnie za Stefana Batorego, Jan Zamojski, kanclerz koronny, otaczał je swoją opieką. Po przerwie, wśród której zakradł się pewien nieład, zwrócił ku nim swe staranie Zygmunt III i pismem z r. 1613 polecił dwum sekretarzom swym, kanonikom Stanisławowi i Maciejowi Łubieńskim, sporządzić opis szczegółowy wszystkich dyplomatów, znajdujących się w szafach na zamku krakowskim. Wywiązując się z zadania, obaj sekretarze przedstawili potem królowi spis wszystkich 3110 aktów pergaminowych, które chronologicznie i przedmiotowo uporządkowali. Na czele mieścił się oddział dyplomatów papieskich, następnie szedł dział cesarski, austrjacki, bawarski, węgierski i t. d. Drugą grupę stanowiły akta i nadania, dotyczące różnych ziem i województw; na czele były tu nadania, listy i przywileje, dotyczące Wielkiej Polski. Sejm koronacyjny w 1764 r. postanowił archiwum wawelskie przewieść do Warszawy i połączyć razem, co w roku następnym uskuteczniono. Przy rewizyi i porównaniu z inwentarzem, sporządzonym w r. 1730, okazało się, iż brakło wielu dokumentóm. Część ich była podobno wzięta przez Zapolskiego, wojskiego ziemi czerskiej, inne usunęła niewiadoma ręka. Takim sposobem na zamku warszawskim powstało ogólne archiwum, składające się z dwuch części, t.&nbspj. z archiwum dyplomatycznego i archiwum zadwornego, które dla tego tak nazywano, że było publicznem, dla wszystkich przystępnem. W tem archiwum mieściły się, oprócz ksiąg kancelaryi koronnej, dekreta w sprawach, podlegających rozpoznaniu samego króla, a więc dekreta sądów asesorskich i referendarskich. Po trzecim podziale Polski w r. 1795, znaczna część archiwum z zamku warszawskiego przewiezioną została do Petersburga, skąd, na żądanie ówczesnego rządu pruskiego, powróciła w uszczuplonej liczbie ksiąg do Warszawy, a mianowicie bez archiwum sekretnego czyli dyplomatycznego i aktów Rady Nieustającej Departamentu interesów zagranicznych. Rząd pruski około r. 1799 znaczną część oryginałów przesłał z archiwum warszawskiego do Berlina, Białegostoku i Wrocławia. Po utworzeniu W. Księstwa Warszawskiego nastały lepsze czasy dla starych dokumentów. Za staraniem Łubieńskiego, ministra sprawiedliwości, powstało z mocy dekretu króla Fryderyka Augusta, Księcia Warszawskiego, z d. 2 września 1808 r., „Archiwum ogólne krajowe”, do którego weszło dawne archiwum zadworne z Metryką koronną, akta odzyskane z Berlina traktatem tylżyckim 1808 r. i zbiory dawnych aktów sądowych, skarbowych i t. p. Po utworzeniu w 1815 r. Królestwa Polskiego, archiwum dostało nazwę: „Archiwum Główne Królestwa”. Z początku mieściło się ono w zamku królewskim, zkąd r. 1820 przeniesiono je do gmachu oo. karmelitów na Krakowskiem-Przedmieściu, a r. 1834 przeznaczono obecne pomieszczenie przy placu Krasińskich, w gmachu, który za Stanisława Augusta mieścił urząd komory celnej. Pierwszym archiwistą za Księstwa Warszawskiego, a następnie kongresówki, był Wincenty Skorochód Majewski. Po nim od r. 1838 był Feliks Bentkowski, trzecim z rzędu Walenty Hubert, który 60 lat strawił na służbie w tem archiwum. Od r. 1875 naczelnikiem „Archiwum Głównego akt dawnych” został profesor uniwersytetu warszawskiego Adolf Pawiński, a po śmierci tegoż, piątym z rzędu archiwistą został Teodor Wierzbowski, także profesor uniwersytetu warszawskiego.

Z Bibliografii Karola Estreichera:

Jeszcze tylko z artykułu o Ignacym Pietraszewskim gdzie na uboczu dwa słowa – Majewski doceniony przez Kajetana Koszowicza na Uniwersytecie w Petersburgu

„… Uderzony nader blizkiem, a niezaprzeczonem, powinowactwem języka Zendzkiego ze słowiańskiemi, a mianowicie z polskim, poświęca się już nauce Zendawesty Zoroastra, czyli, jak on czytał, Zędaszty a jeszcze lepiej Zędawsty t. j. życiodawczej książki — im więcej ją zgłębia, im bliżej zajmuję się językiem Zendzkim, tem mocniej przekonywa się o najważniejszem dla dziejów polskich odkryciu, o użyteczności dla całej słowiańszczyzny. W skutek takiego przekonania wydaje on w r. 1857 w Berlinie dwa sposzyty Zendawesty z transkrypcją, tłumaczeniem na cztery języki; polski, niemiecki, francuzki i turecki i kommentarzem, pod tytułem: “Miano Słowiańskie w ręku jednej familji od trzech tysięcy lat zostające, czyli nie Zendaweste a Zędaszta to jest życie dawcza książeczka Zoroastra” (drugi takiż tytuł po niemiecku), nie szczędząc ni pracy, ni wielkich kosztów, własnym nakładem, jedynie dla chluby świata Słowiańskiego i w ogólności dla dobra nauki. W ocenieniu tego dzieła, posługiwać się będziemy zdaniem z prawa głębokiego znawcy Sanskrytu i Zendu, naszego ziomka, p. Kajetana Koszowicza, profesora literatury Sanskryckiej przy wydziale języków wschodnich w uniwersytecie Petersburskim. “Jako wydawca Zendawesty, sądzi on, Pietraszewski zdaje się mieć wiele wspólnego z drugim, dawno już zmarłym męczenikiem nauki Słowiańskiej, Walentym Skorochodem Majewskim. Przed 40-tu z górą laty, kiedy w całej Europie li tylko w Paryżu była katedra języka Sanskryckiego, kiedy nikt jeszcze nie podejrzałby najmniejszego powinowactwa Sanakrytu z językami Europy, Majewski pierwszy mową polską wyrzekł o tem powinowactwie i one udowodnił. Licz jakiż wzięło skutek pierwsze odkrycie zasad, któremi słusznie tyle się szczyci filologja porównawcza? oto, że Majewski był zmuszony szczupły swój fundusz obracać na drukowanie swych dzieł, przez nikogo nie czytanych, i że o nim dziś rzadki z rodaków, a za granicą może nikt nie wie.

W przedmowie do “Rozpraw o języku Samskrytskim (1816)” Majewski wołał: “nie żądam jak tylko zwrotu kosztów, pracę zaś i zabiegi z serca szanownym poświęcam współziomkom” koszta jednakowo się niewracały. Z gorzkiem uczuciem wołał on później: “straci autor, to nie będzie zbierał i pisał, a tem samem wiele zyska” (str. LXIV), a jednakże zbierał i pisał i przekazał dzieła swoje, ku uwielbieniu pamięci dostojnego męża, stuleciom przyszłości.

“Pietraszewski pierwszy wskazał niezaprzeczone nader blizkie powinowactwo Zendu z językami słowiańskiemi, a zwłaszcza z polskim. Uczeni sławiańscy pracę jego, pełną zamiłowania i poświęcenia się, pokryli milczeniem, zagraniczni zaś ozwali się o niej z szyderstwem i pogardą bez żadnych udowodnień….

Black Blue Art i Blackblueardzi – sztuka, postawa czy manifestacja sposobu życia Nowej Ery.


Przedrukowujemy wreszcie tekst dotyczący Blackblueardów z roku 2004. Tak to jest, że sprawy mniej ważne aczkolwiek wcale nie takie zupełnie nieważne, muszą poczekać na swoją kolej.

Czasami niestety bardzo długo, a ruch artystyczny black blue art trwa w najlepsze i dobrze by było, żeby go i ktoś w Polsce dalej pociągnął. Osiągnięcia ma wybitne. Wystarczy wymienić dwa nazwiska z kręgu pisarzy s-f Janusz A. Zajdel i Adam Wiśniewski-Snerg.

Wystarczy dorzucić dwie inne ikony reprezentujące sztukę światową: Bracia Wachowscy i Rolling Stones.

BB – Sarajevo 1984 – Para taneczna Jayne Torvill i Christopher Dean zasłynęła poruszającym wykonaniem tańca do Boléro Maurice’a Ravela podczas Igrzysk w Sarajewie (1984). Za ten występ otrzymali jednogłośnie od wszystkich sędziów ocenę 6.0 za walory artystyczne.

Gdy idzie o tych dwoje wspaniałych artystów i sportowców – interdyscyplinarność dopiero wtedy raczkowała jako potrzeba chwili i moda – zrobili całkiem fajną karierę zawodową a w 1994 roku po zmianie przepisów olimpijskich jeszcze raz wrócili na sportową arenę i zdobyli najwyższe podium. Ruch Blackblueardów nie ma liderów ani centrum – podobnie jak hippizm – z niego wyrósł jako podskórna wewnętrzna tendencja i coś co nazwalibyśmy dzisiaj trendem, ale zatoczył o wiele szerszy krąg. Ten trend rozlał się poza tradycyjne środowiska wyrastające z rewolucji 1968 roku i objął ludzi którzy intuicyjnie chwytali tę samą falę. Bo zaręczam wam, że całą  holistycznie pojętą Rzeczywistość, którą nazywamy na potrzeby naszej filozofii Wiary Przyrody – Rzeczy Istnością, da się opisać w rytmie i na falach blue and black.

1963 – 1972 Niebiesko – Czarni

Czesław Niemen w Niebiesko Czarnych

To dziesiątki twórców, buntowników, muzyków z kręgu niepokornego polskiego rocka – PÜdelsi, Dupą, De Press, Klan, Romuald i Roman, Anawa , Zdrój Jana, Dżamble, Osjan – niepokonani chociaż wentylowani i inwigilowani nieustannie przez PRL, starannie kontrolowani i kaptowani metodą kija i marchewki. Niektórzy nie dali się kupić w żaden sposób. Tych przypomni dopiero kolejna RP – ta całkiem wolna i niepodległa.

Płyta „Korzenie” (Roots)

Ale to oczywiście tylko przykłady manifestacji, które złożone razem współtworzą nową epokę mentalną we wszystkich możliwych wymiarach aktywności ludzkiej – w tym: filozofii , sztuki i abstrakcji, ale też sposobu spostrzegania rzeczywistości i jej priorytetów a w nich samego siebie i własnych priorytetów i sposobu życia.

Żywiecczyzna

Anglia

Niderlandy

Wnętrze pokoju dziecięcego 1990- czarno-niebieskie

przedmioty użytkowe – czajnik

To całkowita odmiana, rewolucja także w wymiarze życia codziennego, przedmiotów użytkowych, estetyki, postrzegania fałszu i obłudy komunikacji społecznej, kształtowania nowego świata wartości poczynając od analizy propagandy i ustanowienia nowej relacji między słowem mówionym, pisanym i czytanym a kończąc na luźnych abstrakcjach estetycznych, czy też akcjach politycznych czy stosunku ludzi do religii. Ten ruch objął i ukształtował nie tylko Polskę i Europę ale cały świat i czyni to do dzisiaj.

Toster

Czarne lustro Rzeczywistości

Matrix

Manipulacja Rzeczywistością

Oczywiście Patrenzia Princites na razie jest zamknięta więc nic tam nie znajdziecie – jak w 2004 – ale tekst stał się bardziej aktualny niż był wtedy – wtedy nie można było się spodziewać że kończy się Era Niebieska a zaczyna Czarna. Teraz mamy czarny pasek  w naszych dziejach, dziejach Polski , więc i czarny pasek na marginesie tej STRONY.

CB

Ostatnia uprawa 1987 – Black and blue [kliknij]

Niezależność własnego punktu widzenia i osądu rzeczywistości, wolność od nacisku sterowanych centralnie mediów – otrzymaliśmy niespodziewanie z nową technologią. W 2004 roku wydanie takiego BLOGA jak ten było absolutnie wykluczone. A więc mieliśmy CZARNE 20-lecie III RP po czarnym  10-leciu PRL – dodając do tego 40 lat Okupacja Niemiecka + Okupacja Sowiecka i 125 lat Niewoli w Rozbiorach – żyliśmy pod CENZURĄ od roku 1771 przez 200 lat.

Oto artykuł z roku 2004:

Black Blue Art i Blackblueardzi – sztuka, postawa czy manifestacja sposobu życia Nowej Ery.

Black Blue Art – co to takiego?  Słyszeliście kiedyś o tym? Założę się, że nie chociaż to się dzieje w Polsce już od 36 lat i wielu mieszkańców naszego pięknego kraju musiało się z tym zetknąć i to wielokrotnie. Myślę, że w przypadku kraju takiego jak Polska, gdzie każde słowo było do roku 1990 reglamentowane na tysiące sposobów nie może to dziwić.

Ostatnich 14 lat także nie sprzyja wcale tak bardzo rozwojowi swobody wypowiedzi i wymianie światopoglądowej. Media nie są wolne – to tylko pozorna wolność. Ktoś kto zada sobie trud obejrzenia dwóch dzienników telewizyjnych dziennie, tego w TVP 1 i tego w TVN bez trudu zobaczy że 90% wiadomości się powtarza, łącznie z tym samym materiałem filmowym, który jest czerpany już z odpowiednim komentarzem z jednego źródła.

Fotograficy, pisarze, rockmeni, zespoły, malarze, filmowcy – nie tylko nad Wisłą – nie wyrażali nigdy zgody na taki świat. Ci którzy ją wyrażali i wyrażają są nic nie wartym odpadem sztuki, SZTUKI, która nigdy nie pozwala się cenzurować – nigdy i nikomu.

Także sztuka użytkowa, codzienna, a wśród jej odłamów i dziwaczne, niesłychane akcje obyczajowo-polityczne w rodzaju słynnych śnieżnych fallusów (  októrych chyba pisaliśmy w tym dziale).

TVP, TVN , POLSAT – Pozostałe materiały  w tych telewizjach wykazują niuansowe różnice, to raczej różnica odcienia niż ostrej barwy i odmiennego światopoglądu. Na ekranach widzimy stale te same twarze, w stacjach radiowych również powtarza się stale to samo.

Tak naprawdę ci, którzy nie mają pieniędzy i nie są dobrze ulokowani w tzw „śmietance towarzyskiej”nie mają też możliwości wypowiedzi ani prezentacji swoich idei. Ta śmietanka nie jest bynajmniej Warszawką, ani nawet Krakówkiem, ona jest ponadmiejscowa, a jej główne spoiwo to stare układy towarzysko-medialne i nowe pieniądze.

Star Wars – to dzieje się nie tylko w Polsce lecz także na świecie

Pieniądze zaś wystarczające by swobodnie przekazywać swoje poglądy i je wyrażać ma 1,7% całej populacji tego kraju. Czy to już oligarchia? Niewykluczone.

Polska cierpi z powodu biedy, a bieda odbija się na stanie naszych umysłów wszechstronnie – także w sferze dostępu do informacji i możliwości tworzenia informacji, możliwości kreowania nowych prądów w sferze myśli i idei oraz sztuki, a także w sferze jej przekazywania, rozpowszechniania.

Biedni ludzie zadowalają się byle namiastkami i gadżetami, akceptują medialną fikcję w miejsce rzeczywistości, fantomy które odbierają im resztki wolności, biorą za realne postacie kreujące politykę i reformy.

Wbrew przeciwnościom bez przerwy bez przerwy tak jak Wiara Przyrodzona rodzi się i odradza się myśl czarno-niebieska. Szukajcie czarno-niebieskiego – bo czarno – niebieskie oznacza po prostu dobre.

1982

Na takie bariery natrafia ktoś, kto chciałby się zaprezentować i powiedzieć, co ma do powiedzenia, na takie bariery natrafia ktoś, kto chciałby zebrać grupę podobnie mu myślących i zacząć działać.

 

A co jeśli ktoś wcale nie chce by go usłyszano głośno i specjalnie zniża głos do szeptu. Co jeśli jego celem jest tylko wzbudzenie cichej fali?

Co jeżeli nie chce by pewne działania kojarzono z jego osobą lub grupą? Wtedy macie nikłe szanse by się o nim dowiedzieć, choć możecie się z jego działaniami zetknąć, a nawet te działania mogą was nie raz mocno dotknąć i poturbować.

Zdzisław Beksiński – Drzewo Nocy

Czy wielu z was słyszało o kodystach i Kodyźmie, zupełnie nowym awangardowym ruchu obecnym w Polsce od 1980 roku a działającym nieprzerwanie do dziś, tworzącym grupę w latach 1980 – 1990? Grupa opublikowała oficjalnie swój manifest i  zaledwie kilka utworów  – tak zwanych komunikatów kodystycznych w roku 1983 w czasopiśmie Przekrój.

Jestem pewien, że prawie nikt nie zna twórczości tej grupy, a jest to twórczość wyjątkowo odkrywcza, świeża, wciąż aktualna, aktualniejsza teraz niż była, gdy kodyści starli się z machiną Stanu Wojennego i cenzury PRLu.

BB – 1987 – Czesław Białczyński Zew Drzew

 Wciąż działa „Wysoka Rafa” – układ, który trzyma w rękach media i rości sobie prawa do wygłaszania „jedynie słusznych, europejskich poglądów” a po cichu dzieli między siebie wpływy.

Na stronach Patrenzii Princites (dzisiaj tego BLOGA) możecie poznać ten superawangardowy ruch, który do dzisiaj nie znalazł naśladowców na świecie i jest tym rodzajem sztuki, który wyrasta z Polski, z jej historycznego przeżycia, z jej doświadczeń duchowych i problemów, ale dotyka uniwersalnych pytań i daje na nie równie uniwersalne emocjonalne odpowiedzi.

Ale czy Śmietankę z Wysokiej Rafy tak naprawdę obchodzi promowanie polskiej kultury, rozpowszechnianie tego, co cenne, tego co ważne, tego co odkrywcze, tego co jest oryginalnym wkładem naszej kultury w kulturę świata?

Nie, oni jak papugi powtarzają stare piosenki z Zachodu –  zużyte śmieci sztuki wyrzygiwane za Wielką Barierę (czy też byłą Kurtynę – Z żelaza).

Zastanówmy się zatem co się stanie jeśli ktoś, jak Blackblueardzi wcale nie chce by go kojarzono z akcjami, wcale nie chce być rozpoznanym, lecz jednocześnie nie zamierza rezygnować ze swojej misji.

BB Glastonbury

Black Blue Art – kiedy próbujemy określić to zjawisko natrafiamy na setki barier i zatorów. Czy to przypadek? Na pewno nie, bo w przypadku Blackblueardów nie ma żadnych przypadków.

Ruch – sztuka? Ale czy sztuka? Był i jest. Ale czy był? A także zapewne będzie, bo nie wierzę że młodzi, którzy łakną atomowego paliwa na dobry start w XXI wiek nie chwycą w lot wartości i ważkości – a także nieważkości i lekkości – tego ruchu.

 

Wyróżnia go i jego twórców tak wiele oryginalnych cech i tak głęboka wyobraźnia, że bez wątpienia zresetują negatywne wpływy i zainspirują kolejnych artystów w kolejnych krajach, i poruszą dusze kolejnych pokoleń. Black Blue Art i jego twórcy to najbardziej zagadkowe zjawisko wszechczasów.

Nigdy nie ogłosili manifestu. Trudno dowieść jakichkolwiek związków między ich dziełami i nimi samymi. Obejmują swoim działaniem cały świat

BB Polska 1974

Nigdy nie zdefiniowali się jako grupa.

Nigdy ich nie łączono na podstawie cech programowych. Lepiej – w ogóle nigdy ich nie łączono choć działają już prawie 50 lat.

BB 1978 – Wysyłka – mailing do 3000 Polaków

Jedyny wyróżnik tej niezwykłej nie tylko artystycznej, lecz społecznej, filozoficznej, wręcz politycznej formacji to barwy.

Black and Blue.

Ale to nie od płyty The Rolling Stones zaczęła się ta przygoda. Przed nimi, i przed epoką rocka w obrębie tej formacji zaistniała na przykład Brigitte Bardot.

Blackblueardzi czerpali od dawien dawna z niezidentyfikowanych źródeł inspiracji, które pozwalały im trafnie rozszyfrowywać teraźniejszość w jakiej żyli i przepowiadać przyszłość.

Czasami ceną za jasność widzenia bywa życie – tak było na przykład w przypadku Snerga. Tak było w wypadku wielu z nich u nas i wszędzie gdzie tworzyli. To dziwne, ale wśród tych wieszczów treści i formy wielu było Słowian, a jeszcze więcej Polaków.

Zapewniam was że przyszłość nie jest różowa jak ten kwiatek powyżej ani nawet blue jak ten motyl – niestety przekonamy się o tym wszyscy bardzo niedługo, ale póki co spójrzcie w piękne oczy przemądrej kobiety, pierwszej gwiazdy filmowej która nie pozwoliła się wmotać w tryby komercji i tego całego zamętu medialnego, a żyła i tworzyła w czasach kiedy ja sam byłem jeszcze niemal dzieckiem – BB:

Na koniec dołączamy ważne obrazy z nurtu BlackBlueardów

dwa ujęcia z NiezaleznaTelewizja.pl,a także  wyczarowanego przez Mezamira Snowida Niebieskiego lub Niebiańskiego Orła Przemiany i „Kosmos w ramkach” Adama Pernala. Myślę, że trudno nazwać „sztuką” to że akurat ktoś preferuje koszule w czarnoniebieskie barwy – tu ważny jest akt takiego a nie innego wyboru, albo że wystrój kongresu astrologicznego jest czarno-niebieski (chociaż to można zrozumieć jako bardziej świadome działanie projektanta, ale także jako odzwierciedlenie sposobu widzenia Rzeczy Istności). Nie można też z pewnością nazwać sztuką Niebieskiego Ptaka – Mezamira Snowida – jeżeli już to jest to „sztuka z Bogami” , a bardziej czarodziejski wytwór szamanizmu i Wiary – agnostycy i tzw” racjonalni ateiści” (ja jestem racjonalnym teistą) powiedzieliby, że to przypadkowy zbieg okoliczności – ale ja w takie przypadki zupełnie nie wierzę – całe moje doświadczenie życiowe temu zaprzecza. To wszystko jest „sztuką” i nią nie jest – podobnie jak projekcje mentalne które zapisuje Adam Pernal nad ośrodkiem  Dogczen w Łysej Górze.

Niezależna Telewizja z Kongresu Atrologicznego 1 – maj 2012 Warszawa

Niezależna TV.pl z Kongresu 2 – maj 2012 Warszawa

Adam Pernal – Kosmos w ramkach

Adam Pernal – 2

Mezamir Snowid – Niebieski Ptak

Ignacy Pietraszewski (1796 – 1869) i jego ZendAwesta (Zen-Daszta) – Strażnik Wiary Słowian (IV SSŚŚŚ Wilno)


Polecam ten artykuł szczególnie tym polskim naukowcom, którzy odważają się próbować nieśmiało głosić jakieś tezy o wspólnocie kulturowej słowianio-irano-indyjskiej i o wspólnym pochodzeniu tych ludów, jak i o pradziejowym pochodzeniu Słowian – identycznych ze Scytami – nosicieli wspólnej kultury i duchowości pomiędzy Ariami. Jeżeli nie przestaniecie tego czynić skończycie tak jak ten wyrodny osobnik, któremu dobrego słowa nie potrafi poświęcić po 150 latach „polska” Wikipedia, a którego wspomina jedynie jego przyjaciel, orientalista w pośmiertnym epitafium, gmina Biskupiec w której się urodził – ale też go tam nie doceniają chociaż piszą o nim cieplej, no i jakiś tam „niedouk” Białczyński , którego książki i osoba są na współczesnym Indeksie Kościoła Katolickiego.

Wyciągnijcie i tę naukę, że prędzej was rodzina wyklnie jeśli wyrzeczecie się KK niż dostaniecie od niej grosz by dalej rozwijać swoje zainteresowania – bezbożne – i jeśli odmówicie pójścia w ślad braci rodzonych prosto do klasztoru czyli do Jedynego Nieba.

Chociaż tak jak kolega Ignacy Pietraszewski odbyliście wszystkie stosowne kursa naukowe i zdobyliście stosowne stopnie – poznaliście X języków – jak ten orientalista i odkryliście jako pierwsi coś na co nikt nie zwrócił uwagi przed wami – nie wspomni o was słowem żadna „poważna” encyklopedia, a wasze odkrycie zostanie wyszydzone z należytą starannością, która podziała odstraszającym przykładem na innych niepokornych „kretynów” i spowoduje że kolejny „głupek -przechrzta-odszczepieniec” nie spróbuje wywalić tych już raz wywalonych150 lat temu drzwi, po raz drugi. Nieważne bowiem czy coś jest prawdą, ani że coś odkryliście – jak eście wleźli między Wrony to kraczcie jak i ony – albo zdychajcie.

„Nowe” wydanie prastarego tłumaczenia Ignacego Pietraszewskiego (Chwała i Sława i chwarena ci Armoryko, która nazwą swą nawiązujesz do starożytnej wenedyjskiej Mormoryki na Czerncu – Carnacu.)

Stare Wedy, takie jak: Ryg-Weda, Jadźur-Weda, Sama-Weda i Upaniszady zalicza się do braminizmu wedyjskiego (wedyzmu) tj. wyznania Arjów. Wedy zostały jednak spisane w Indii dopiero ok. XV wieku p.n.e., a Upaniszady czyli nauki tajemne (Aranjaka – nauki gajowe) ok. VI wieku p.n.e.(Adam Wojtanek)

Jak widać obyczaje polskie są nieśmiertelne, a problemy odwieczne tak jak nasz lud, który spadł z Nieba w 966 roku razem z Kadzielnicą w Gniezdnie – a nie jak sobie mżycie w Bajach  – razem z Czarą Królewską – “Cz-”Arą z Góry “Cz”ARaRAtu (CZ-ara Boga RA – czy to naprawdę takie trudne do zrozumienia – CZ_ARA_RADu, trudne do odkrycia i przyjęcia?  RA jak  w WIARA, RA-trzy rodzaje ognia w jednym war-ysk-żar [war-łysk-gor]! – także trzy litery, trzy litery jak trzy gwiazdy Pasa Oriona-K-OSI-ARZA-Welesa, jak War-Łysko-Żary, We-leso-żary, jak RADA – Przekaz i Przykaz) , posadowioną w “ARKA”-jamie, przeniesioną następnie w kopii nad jezioro ARAL, zaginioną w pomroce dziejów w bojach z bogami o TAJE, gdzieś w okolicach Łukomorza czyli AR(s)Kony, odtworzoną po raz drugi i posadowioną jako OWAL (odwzorowanie Kłódzi) na Wzgórzu  “L”ARK(hill), a zatopioną powtórnie w “CZA”RO-dunie lub Czara-chowie (H-ARA-chow), a potem nauczaną w gajach ustnie – czyli jako trzecią Czarę ARA-Nyjakę (Czarę Zaginioną),  “Cz”ARKI którą skołoccy królowie C-ARowie (kaganowie) – a nie jacyś inni – nosili u pasa na podobieństwo “CZ”ARY – Wielkiego Dzbana – jednego z boskich narzędzi i stygmatów władzy Niebieskiej nadanej przez Bogów SISTANU – jej królom właśnie. Ta trzecia CZ-ARA-Njaka ocalała wszak właśnie jako Weda. Jest jeszcze jedno ogniwo w tym ciągu trzech Czar i to tam zrobiono trzecią kopię Cz-ARY -OWA-lu, i ono właśnie związane jest z Gizą i Nilem Błękitną Rzeką Mlekomediru:  Ow-ARysz (UW-ARIs, Uvaris-Awaris) - ostatnie miejsce UWicia Ary przez Rysów. To tamtejsi Rysowie – grumada przekazicieli Wiary są wszak znani Indiom-Windji jako riśi-riszi. To z kolei w Indiach ocalała nasza Ryg-Weda i Od-Harwat-Weda, tam rozwinięto ją twórczo przez wieki. I my dzisiaj tutaj wracamy do tej Ryg-Wedy Wedy Ziarna i Korzeni Wedy w Matce Ziemi zaRYTej-wyRYTej-zakRYTej – do Wiedy Odry i Wisły i Dniepru – Wiedy Najstarszej – Wiedy Słowiano-Istyjsko-Skołockiej. Pamiętajmy że ZendAwesta (Obwiesta) to odstępstwo od Wiary Przyrodzonej Słowian – odstępstwo od pojmowania “dobra” i “zła” jako dopełnienia – względnego stanu równowagi – to błąd, który wypaczył Wiarę Przyrody, a na którym to wypaczeniu oparły się późniejsze religie (w tym chrześcijaństwo).

Pamiętajmy że Wedę adoptowali z Indii wpierw Chińczycy-Kutaje u siebie jako Zend a potem Japończycy jako Zen a Obwiesta Zar-Zduszta jest wykoślawionym odpryskiem Wiedy SIS.

 

Wiele osób nieodłącznie kojarzy jogę medytacyjną z Indiami, następnie z ubóstwem i tzw. Trzecim Światem, ale mało kto pamięta, że do XIX wieku Indie zaliczały się do najbogatszych krajów świata. Indie były klejnotem w koronie swych władców. Dla Chińczyków Indie były zachodem. Hinduska medycyne ajur-wedyjska (wiedza Arjów) dała początki medycynie tybetańskiej. Chińczycy nazwali jogę „Czan”. Z Chin jogę przeniesiono do Japoni pod nazwą „zen”. (Adam Wojtanek)

I jeszcze jedno – zastanawiałem się czy nie sprostować paru spraw przy polskim odczytaniu – skądinąd doskonałym (niemalże – ale przecież w jednej głowie całej wiedzy rozproszonej sie nie domagajmy – to nie jest możliwe), które  to odczytanie bardzo mocno polecam – Grzegorza Niedzielskiego – tego wszystkiego z czym mamy do czynienia na Górze Bogit gdzie Świętowit ze Zbrucza stał, ale doszedłem do wniosku że musiałbym napisać równie sążnisty artykuł polemiczny. Chciałbym żebyście zajrzeli do tego artykułu na T-ARA-ce albo u nas do fragmentu III który przedrukowaliśmy (jest na czarnym pasku w dziale Świątynie Światła Świata, właśnie w tym DZIALE a nie innym jakimś – poświęconym Wielkiej Matce i Wenus – chociaż to bardzo ważne odczytanie i cyfry, przepraszam czerty  – bo to magiczne cyfry-wierzeniowe, znaczące a nie byle jakie – 3 i 6 wynikającej z dwóch trójek w centrum) – i zrozummy wszyscy, że najważniejsze w Orionie i Pasie Oriona -oddanych na Bogicie i  nie tylko na Bogicie, jak i w Trzech Słupach Bogitu – jest to iż centralny słup to AXIS MUNDI – Świętowit ze Zbrucza – Światło Świata – Najwyższy z Najwyższych – a dwie pozostałe gwiazdy to Wielki Dział – In-Yang – Czarnogłów i Białoboga – a 8 Ognisk – To 8 Żywiołów. Jak to już pojmiemy do końca to wszystko nam się inne ułoży – poza jednym – Musimy jeszcze uwierzyć, że Bogowie istnieją i działają naprawdę  – także w tej chwili.

Dla tych którzy opowiadają „baśniuszki” czyli senne pogaduszki o tym, że związek między Arkoną a Gizą jest przypadkowy a Ślęża znalazła się na tej linii bo tak wynika z rachunku statystycznego – jeszcze raz zamieszczam tutaj z tamtego artykułu mapy, które coś powinny pokazać albo dać do myślenia – Są tu cztery rzeki ERYDAN (Mleczna) – Nil (centralna rzeka MlekoMediru czyli Egiptu – jeśli ktoś zna jeszcze z Polaków to miano zapomniane tego kraju, a nie pogrążył się w odmętach niewiedzy jak Persowie, którzy swojej Awesty czytać nie umieli dopóki im Polak – Pietraszewski – jej nie przełożył na perski, a której Polak mały nie poznał mimo że mu ją Pietraszewski przełożył 150 lat temu)  – a trzecia z rzek to Odra, przepływajaca statystycznie (a może tylko statecznie?) obok statystycznej (a może ostatecznej Ostoi?) Ślęży, a czwarta to oczywiście Zbrucz.

Góra Bogit i rzeka Zbrucz

Odra, Erydan i Nil

Ignacy Pietraszewski

(ur. 31 grudnia 1796[1] w Biskupcu, zm. 16 listopada 1869 w Berlinie) – dziewiętnastowieczny

Życie i pisma.

Urodził się w Biskupcu na Warmii w rodzinie Baltazara i Barbary (z domu Ciecierskiej) Pietruszyńskich. Po śmierci ojca (1802) i powtórnym zamążpójściu matki (1805), w 10 roku życia przeprowadził się do Grodna, gdzie pozostawał pod opieką swoich wujów, Jana i Antoniego (późniejsi ojcowie: Faustus i Feliks) Ciecierskich, którzy w zakonie dominikańskim zajmowali wysokie stanowiska. Przebywali tam także jego dwaj starsi bracia (także dominikanie), którzy zmienili nazwisko z Pietruszyńscy na Pietraszewscy i do podobnej zmiany nazwiska skłonili Ignacego. Tam w latach 1807 – 1813 uczęszczał do gimnazjum dominikańskiego. Krewni próbowali skłonić go do tego, aby po ukończeniu gimnazjum wstąpił do zakonu dominikanów, jednakże stanowczo odmówił, chcąc kształcić się dalej. Wskutek tego rodzina odmówiła mu dalszego wsparcia, przez co sam musiał zadbać o własne utrzymanie. Przez kilka lat pracował jako guwerner i dopiero po zgromadzeniu pewnych oszczędności w roku 1822 mógł przenieść się do Wilna, gdzie na Uniwersytecie Wileńskim zapisał się na wydział literacki. Tam uczęszczał na wykłady profesora Wilhelma Münnicha (1788-1867) nauczającego podstaw języków perskiego i arabskiego.

W 1826 roku wyjechał do Petersburga, gdzie w tamtejszym instytucie języków wschodnich wykładali m.in. prof. Józef J. Sękowski, autor głośnego w tamtym czasie dzieła pt. Collectanea z dziejopisów tureckich rzeczy do historii polskiej służących (2 t., Warszawa 1824 – 1825) oraz prof. Mirza Dżafar Topczy-Basza[2]. Dzięki własnej pracowitości i pomocy życzliwych osób w r. 1830 został stypendystą w instytucie języków wschodnich i otrzymał posadę w ministerstwie spraw wewnętrznych, a później w ministerstwie spraw zagranicznych. W 1831 zdaje egzamin końcowy i płynnie włada językami: tureckim, perskim i arabskim. W celu doskonalenia znajomości języka tureckiego w roku 1832 wysłano go do Konstantynopola, gdzie pełnił funkcję dragomana. Tam też zrodziło się jego zamiłowanie do zbierania wschodnich monet. Odtąd piastował szereg stanowisk dyplomatycznych: w 1836 roku był dragomanem w konsulacie w Jaffie, następnie sekretarzem w konsulacie w Salonikach, w r. 1837 – dragomanem w konsulacie w Aleksandrii, a w latach 1838–1840 konsulem w Jaffie. Podczas swoich podróży po Wschodzie Pietraszewski zebrał wielką i unikalną w skali światowej kolekcję monet wschodnich (2683 sztuki), o której z wielkim uznaniem wypowiadali się ówcześni znawcy przedmiotu (opisał ją w pracy Numi Mohammedani, Berlin 1843.[3])

W roku 1840 wezwano go do Petersburga, gdzie objął posadę w ministerstwie spraw zagranicznych. W 1842 roku otrzymał profesurę na Uniwersytecie Petersburskim, gdzie wykładał język turecki. Wskutek choroby w r. 1844 zrzekł się stanowiska i po kuracji przeprowadził się do Berlina. W tym samym roku został mianowany doktorem filozofii na Uniwersytecie Berlińskim.

Po wystawieniu swojej kolekcji monet na Międzynarodowym Kongresie Filologów w Dreźnie w 1844 roku zrozumiał, że sprzedając ją stanie się finansowo niezależny. W celu znalezienia odpowiedniego nabywcy wyjechał do Anglii i w 1845 roku złożył ją w depozycie Muzeum Londyńskiego. Jednakże ciągłe zwlekanie z decyzją o sprzedaży oraz nieszczęśliwy splot wydarzeń w 1853 roku pozbawiły go wspaniałej kolekcji nie przynosząc mu większego zysku. W międzyczasie w roku 1847 powrócił do Berlina i na Uniwersytecie Berlińskim objął posadę wykładowcy języków wschodnich (głównie tureckiego).

W r. 1846 wydał Nowy przekład dziejów tureckich, dotyczących historii polskiej; była to jego polemika ze wspomnianym wyżej pismem Sękowskiego, który zbyt nieprzychylnie odnosił się do dziejów Polski, za to zbytnią sympatię okazywał dziejom tureckim (taką krytyczną opinię o pracy Sękowskiego podzielali i inni uczeni, m.in. A. Mickiewicz, chociaż inni podkreślali, że reakcja Pietraszewskiego była zbyt przesadzona).

Strona tytułowa Zend-Avesty (1858)

Kolejnym obszarem jego zainteresowań były badania nad świętymi pismami Zaratusztry, które zaowocowały wydaniem w 1857 roku dzieła pt. Miano slavianskie w ręku jednej familji od trzech tysięcy lat zostające, czyli nie Zendawesta a Zędaszta, to jest życie dawcza książeczka Zoroastra [tytuł niemiecki brzmiał: Das slavische Eigentum seit dreitausend Jahren, oder nicht Zendavesta, aber Zendaschta, das heisst das lebenbringende Buch des Zoroaster]. W piśmie tym dowodził bliskiego pokrewieństwa języka awestyjskiego z językiem polskim. Publikacja ta spowodowała, że w 1858 roku odebrano mu katedrę na Uniwesytecie Berlińskim. (W latach 1858-1862 ukazała się poszerzona wersja jego tłumaczenia Awesty, zatytułowana Zend Avesta ou plutôt Zen-Daschta expliquè d’après un principe tout à fait noveau[4]).

Należy tutaj zaznaczyć, że jego pionierskie (chociaż kuriozalne) tłumaczenie Awesty do dnia dzisiejszego pozostaje jedynym przekładem tego dzieła na język polski.

W roku 1860, jako dragoman towarzyszył pruskiemu poselstwu do Persji[5]. W czasie tej podróży szach perski, Naser ad-Din (1848 – 1896), oferował mu posadę na swoim dworze, jednakże Pietraszewski odmówił[6] Wtedy też zerwał wszelkie kontakty z Europą, co spowodowało, że niektóre gazety doniosły o rzekomej śmierci Pietraszewskiego[7].

Po powrocie do Berlina (1861) wydał jeszcze kilka pism dotyczących Awesty: Abrégé de la grammaire Zend (1861)[8] oraz poprawione, jak je sam określił, niemieckie tłumaczenie ksiąg Zaratusztry Deutsche verbesserte Übersetzung der Bücher des Zoroaster (1864).

Po śmierci Pietraszewskiego w 1869 roku, jego córka Kazimiera Moschowa przygotowała wybór z pozostawionego w rękopisie opisu podróży po Wschodzie, który pt. Dziesięcioletnia podróż po Wschodzie ukazał się w roku 1872.

Odnośnie do naukowej wartości pozostawionego przez Pietraszewskiego dorobku można zacytować W. Ogrodzińskiego: dotychczasowe prace o Pietraszewskim skupiły się przede wszystkim na biografii człowieka, nie zaś na analizie dorobku naukowego i publicystycznego[9]. Zatem obiektywna ocena jego dorobku pozostaje nadal kwestią otwartą i zadaniem dla jakiegoś przyszłego orientalisty.

[klik]

Dzieła wybrane (chronologicznie) oraz pozycje zdigitalizowane

  • Numi mohammedani. Fasciculus I. Continens numos Mamlukorum dynastiae, additis notabilioribus dynastiarum: Moavidarum, Charizmschachorum, Mervanidarum, Ortokidarum, Karakojunlu, Seldschukidarum, Atabekorum, Fatimidarum, Aiyubidarum, Hulagidarum et regum Siciliae. Collegit descripsit et tabulis illustravit I. P., interpretis munere ad legationem russicam Constantinopoli perfunctus, Berlin 1843 [inna kopia: google books ]. Reprint: BiblioBazaar 2009.

(zawiera: Tabulae numorum lithographicae.)

  • Sprostowanie niektórych tłumaczeń z tureckiego w zbiorze p. t. Collectanae Sękowskiego (w: Przegląd Poznański, 1845, tom 2, s. 69-112 i s. 317-341.)
  • Nowy przekład dziejopisów tureckich, dotyczących się historyi polskiej, a szczególniej Tarychy Wasyf Efendego. Tom I, Berlin 1846 (ukazał się tylko tom 1).
  • Miano slavianskie w ręku jednej familii od trzech tyśięcy lat zostające, czyli nie Zendawesta, a Zędaszta, to jest życie dawcza książeczka Zoroastra. Das slavische Eigenthum seit dreitausend Jahren, oder nicht Zendavesta, aber Zendaschta, das heisst das lebenbringende Buch des Zoroaster, zeszyt 1-2, Berlin 1857 [inna kopia: [1] ] (obejmuje księgi I-V Wendidadu; książka zawiera: tekst awestyjskiego oryginału, transkrypcję łacińską, tłumaczenia: polskie, niemieckie, francuskie, a w pierwszej księdze także osmańsko-tureckie (zapisane alfabetem arabskim) oraz komentarz (po polsku)). Nowe wydanie (wznowienie samego tekstu polskiego) pt.: Zędaszta, to jest życiodawcza książeczka Zoroastra albo Awesta Wielka. Przeł. Ignacy Pietraszewski, zredagowali i wstępem opatrzyli: Julian Edgar Kassner i Andrzej Sarwa. Seria: Święte Księgi, Święte Teksty 19. Wydawnictwo Armoryka. Sandomierz 2011. ISBN 978-83-62661-19-0.
  • Zend Avesta ou plutôt Zen-Daschta expliquè d’après un principe tout à fait noveau. (…). Le text est accompagné d’une prononciation, de traductions polonaise et français, et suivi d’un vocabulaire et d’une grammaire, Berlin 1858-62 (trzy części w dwóch tomach); poszczególne części zawierają:
    • tom 1, część 1, 1858: Du Wendidad, rozdz. I-VIII inna kopia (poszerzony o księgi VI-VIII Wendidadu reprint Miana slavianskiego… z 1857 roku);
    • tom 2, część 2, 1862: Du Wendidad, rozdz. IX-XXII (tekst oryginalny, transkrypcję łacińską, tłumaczenia: polskie i francuskie oraz komentarz (po polsku));
    • tom 2, część 3, 1862: Wyspered et Jasna, rozdz. I-LXXI (tekst oryginalny, transkrypcję łacińską, tłumaczenia: polskie i francuskie oraz komentarz (po polsku)).

[inna kopia: google books Reprint: Teheran 1976. (3 woluminy w 1 tomie). Także: Kessinger Publishing 2009 (tom 1).

  • Abregé de la grammaire Zend, Berlin 1861.
  • Deutsche verbesserte Übersetzung der Bücher des Zoroaster, Berlin 1864.
  • Wie der Gelehrte Fachmann mit unzünftigen Entdeckungen verfährt, Berlin 1864.
  • Dziesięcioletnia podróż po Wschodzie, Warszawa 1872 (wznowiona w zbiorze: Ignacy Pietraszewski: Uroki Orientu, Olsztyn 1989).

Ponadto kilka rękopisów spłonęło w trakcie II wojny światowej, m.in.:

  • Enwer-i Suheili, czyli promienie czystej prawdy (inny tytuł: Powieści Pidpaia [Pilpaja]; tłumaczenie z perskiego jednej z wersji Pańczatantry).
  • Wypadki z dziejów Polski styczność z dziejami Turcji mające (drugi tom wypisów z kronikarzy tureckich) i inne [10].

 Co za pech – tak był ceniony i jego praca, że pozwolono rękopisom spłonąć! A czy to był w ogóle przypadek że spłonęły te rękopisy, skoro tak były niewygodne dla „nauki” germańskiej.  Czy oni nie palili książek na stosach w okupowanych krajach i u siebie? Światli i wspaniali – jak zwykle wszystko wiedzący „lepiej” Niemcy. Czy dzisiaj nie próbuje się restaurować tego typu myślenia tworząc wewnętrzną cenzurę w wydawnictwach – cenzurę katolicką, albo nazwijmy to delikatniej by nie urazić nikogo -  germano-chrześcijańską? Jest przecież nadal tylko jedna wersja „słuszna” dziejów i historii Polski. Dlatego tłumaczenie AWESTY na język polski jest tylko jedno i zawdzięczamy je temu człowiekowi, którego zniszczono w imię pielęgnacji MITU chrześcijano-germańskiej „nauki” , która jest niczym innym jak uprawianą od 250 lat, albo i więcej, propagandą przekręcającą cały sens Polskich Dziejów.

CB

 

Biskupiec – Ignacy Pietraszewski

Wstawiony przez admin 09 luty 2009

Specjalne miejsce w dziejach Biskupca zajmuje wybitny orientalista Ignacy . Pietraszewski, który swój związek z rodzinną ziemią podkreślił podpisując jedną ze swoich prac naukowych: Warmijczyk Ignacy Pietraszewski.
Pietraszewski urodził się 31 grudnia 1796 w Biskupcu w rodzinie mieszczańskiej. W rodzinnym mieście uczęszczał do szkoły elementarnej, następnie kształcił się u dominikanów w Grodnie, by z kolei rozpocząć studia na uniwersytecie wileńskim i kontynuować je w Petersburgu. Trudną drogę wiodącą z ubogiego mieszczańskiego domu, poprzez najczęściej głodne i chłodne studia uniwersyteckie aż do tytułu profesora języków wschodnich uniwersytetu berlińskiego, pokonał dzięki żelaznej woli, olbrzymiej pracowitości i pilności. W 1830 roku dzięki pracy, jaką otrzymał w carskim Ministerstwie Spraw Zagranicznych w Petersburgu oraz dzięki stypendium na dalsze studia mógł kontynuować naukę. W rok później zdał z doskonałym wynikiem końcowy egzamin. W 1832 roku był tłumaczem misji rosyjskiej w Konstantynopolu, gdzie zrodziła się jego nowa, obok orientalistyki, pasja kolekcjonowania starych monet mahometańskich. Pozostał jej wiemy przez wiele lat, czy to jako dragoman (oficjalny tłumacz w placówkach dyplomatycznych i konsularnych na Wschodzie) w Konstantynopolu (1832-1835) i Jaffie (1836), sekretarz konsulatu w Salonikach (1836), drugi dragoman konsulatu generalnego w Aleksandrii czy wreszcie jako konsul w Jaffie (1838-1840). Wynikiem tej pasji była praca o monetach arabskich pt. „Nummi mohamedani”, wydana w Berlinie w 1843 roku. W rok później Pietraszewski uzyskał doktorat na uniwersytecie w Halle. Powierzono mu wówczas lektorat języków wschodnich na uniwersytecie berlińskim oraz stanowisko dyrektora królewskiego gabinetu numizmatycznego. Jego zbiór starych monet arabskich, liczący 2683 sztuki, był jedynym tego rodzaju w Europie. W 1846 roku ukazał się pierwszy tom jego pracy pt. „Nowy przekład dziejopisów tureckich dotyczących się historii polskiej…”. Tę właśnie pracę podpisał Warmijczyk Ignacy Pietraszewski, a zadedykował ją: „Szlachetnym tylko i wiernym rodzinnej ziemi mojej Braciom – nie zaś tym, którzy z uszczerbkiem Ojczyzny obcym zaprzedali swą uczoność, myśli, uczucia, słowem całą osobistość swoją, poświęcam obecne wydanie…, który czują i cenią myśli nawet Persa, mówiącego: …żyć można bez ciebie i nie w tobie – o ziemio moja rodzinna – jednakże gorszym jest takie życie, jak tysiąc razy umierać – i odżyć znowu na chwilę”.

Rok 1857 przyniósł nową pracę, wydaną nakładem własnym autora. Była to trzecia z jego wielkich pasji – szukanie dowodu na słowiański charakter ksiąg Zendawesty. Praca nosiła tytuł: „Miano słowiańskie w ręku jednej familii od trzech tysięcy lat zostające czyli nie Zendawesta, a Zędaszta, to jest życie dawcza książeczka Zoroastra”. Dwa lata później ukazały się przetłumaczone z perskiego „Powieści Pilpaja”. W 1860 roku Pietraszewski pojechał jako pierwszy dragoman poselstwa pruskiego do Persji i przebywał tam do 1864 roku. Po powrocie zamieszkał w Berlinie, gdzie zmarł 16 listopada 1869. Po jego śmierci wyszły drukiem dalsze prace Pietraszewskiego. W 1871 roku ukazały się jego studia francuskie o gramatyce języka zend, a w 1872 roku „Dziesięcioletnia podróż po Wschodzie”. Prace jego ukazywały się również w językach niemieckim i francuskim.
Pietraszewski utrzymywał bliskie kontakty z polskim światem naukowym, a przede wszystkim z Joachimem Lelewelem. Był on członkiem polskich i zagranicznych towarzystw naukowych. Wprawdzie opinie o wartości niektórych z jego prac naukowych były kontrowersyjne, ale wszystkie encyklopedie uznają go za jednego ze znakomitszych przedstawicieli polskiej orientalistyki.

Źródło: „Biskupiec dzieje miasta i powiatu”, Wyd. Pojezierze, Olsztyn – 1969 r.

Oto jak opisuje jego osobę i dzieje jego odkrycia przyjaciel, orientalista Antoni Muchliński:

IGNACY PIETRASZEWSKI.

(Odbitek z Kurjera Wileń.).

…” On to pobierał początkowe nauki w Litwie, a potem w jej głównej szkole, — on to pokochał namiętnie lubą naszą krainę, on to bezustanku marzył o najpożądańszem dla siebie szczęściu wypocząć na schyłku dni swoich pod rodzinną palmą, brzózką czy wierzbą błoń litewskich i wędrownicze swe kości złożyć u podnóżka sosenki, tego litewskiego cyprysu. Ciężki zaiste i twardy był żywot jego, od samej kolebki, ale twardą i silnie zahartowaną też była dusza jego i wola. Urodzony w r. 1799 w księstwie Warmińskiem Prus królewskich, spotkał w samym zarodku życia niedostatek w domu rodziców, którzy poczciwą pracą zaledwie mogli wyżywić liczne swe potomstwo, ale, dzięki Opatrzności, zaświeciła mu w dzieciństwie już gwiazdka weselsza, gwiazdka nadziei. Sprowadzonym został do Litwy; gdzie dwaj jego zacni wujowie, Faustyn i Feliks Ciecierscy, sprawowali najwyższe godności w zakonie kaznodziejskim prowincji litewskiej, a których imiona dotychczas wymawiają się z należną czcią dla wielkich ich poświęceń, cierpień i szlachetnych uczuć dla kraju. Pod osłoną tych czcigodnych i dostojnych mężów, uczęszczał on do kwitnącego podówczas gimnazjum dominikańskiego w Grodnie, a po skończeniu tam nauk przeniósł się do Wilna, gdzie zapisał się na wydział literacki w uniwersytecie. W owym czasie na tym wydziale była ustanowiona dodatkowa katedra języków wschodnich i poruczona Münichowi, professorowi literatury starożytnej, a który posiadał li tylko początkową znajomość języków arabskiego i perskiego, przeto i wykład jego ograniczył się do czytania i prawideł grammatyki tych języków. Umysł młodzieńczy Pietraszewskiego skwapliwie rzucił się do tej nowej gałęzi wiedzy zachęcony przykładem professora Sękowskiego, którzy świeżo wróciwszy ze wschodu, objął przed kilku laty katedrę języków wschodnich w uniwersytecie Petersburskim i w tym właśnie czasie ogłosił dzieło „Collectanea z dziejopisów tureckich rzeczy do hisiorji polskiej służących, 2 tomy, Warszawa 1824 r.” przyjęte z zapałem przez uczonych, jako dzieło dostarczające nowych materjałów, dotąd prawie nietkniętych przez nikogo, do dziejów ojczystych. Lecz u Professora Municha nie wiele czego można było nauczyć się, inaczej umiał doradzić sobie nasz zapalony zwolennik mów azjatyckich, zamyślił udać się do Petersburga, gdzie Sękowski, wielostronną swą nauką i znakomitym talentem wykładu, umiał w uniwersytecie ułatwić i ożywić suche a żmudne uczenie się tych języków i krom tego znajdował się w stolicy osobny instytut języków wschodnich przy departamencie azjatyckim, w ministerjum spraw zagranicznych, a w którym prof. Szarmua z niepospolitym pożytkiem wykładał język peruki, mając do pomocy bieglejszego od siebie w praktycznem użyciu prof. Mirzę Dżafara Tobczybaszewa, dziś rzeczywistego radcę stanu i professora w tymże instytucie, znanego u nas z przekładu kilku sonetów Mickiewicza na wiersz perski. Zebrawszy zatem nader szczupły zapasik z dawania lekcij języka niemieckiego dla kleru dominikańskiego przy klasztorze ś. Ducha, a Wystarczający z biedą na kilkomiesięczne przeżycie, przyjechał w r. 1829 z najszlachetniejszym celem do Petersburga. Tu, zrządzeniem wyższem, znalazł w klasztorze Dominikańskim kilku znajomych i życzliwych mu kapłanów, co rozpoczynając wtedy święty swój zawod, umieli już pozyskać spółczucie i względy, a w dalszym czasie najpiękniej, wywiązać się z wysokiego stanowiska chwalebnego swego powołania. Ci najprzód podali Pietraszewskiemu opiekuńczą rękę, karmili błogie jego nadzieje i zjednali dlań przychylność kilku możnych osób, wpływem których niebawem przyjęty został stypendzistą Cesarskim w uniwersycie. Ale czyż godzi się zataić imiona tych jego dobroczyńców, jak i on sam ich nazywał? Rodacy nasi w stolicy łatwo je odgadną, bo któż tutaj nie pamięta ś. p. Klemensa Majłowicza, którego mowa płynęła z serca, a serce było wylane na ukojenie cierpień i nędzy bliźnich, lub któż nie zna czynów gorliwości, poświęceń ludzkości naszego Wincentego z Pauli, ks. Dominika Łukaszewicza? Żeby zaś bardziej utwierdzić zawód Pietraszewskiego, postarano się o przyjęcie go na służbę do ninisterjum spraw wewnętrznych z przeniesieniem jego na stypędzistę do instytu tu języków wschodnich (w r. 1830). W tej epoce szkoła ta składała się prawie z samych litwinów i byłych uczniów uniwersytetu wileńskiego. P. Żaba August, dziś konsul w Erzerumie, tylko co ukończył instytut i był wysłany na wschód, p. Chodźko Aleksander, b. konsul w Persji a dziś professor literatury słowiańskiej w Collego de France kończył wówczas tamże nauki, a jednocześnie byli z Pietraszewskim, pp. Szpicnagiel Aleksander b. Konsul w Jaffie, Gut Edward b. sekretarz poselstwa w Persji, śp. Szemiot Antoni i ja: jednego tylko mieliśmy kolegę nie litwina Popowa. Lubo lata Pietraszewskiego stawały na przeszkodzie w uczeniu się tak trudnych języków, pamięć też i pojętność jego wiele straciły już na łatwości przyswojenia ogromnego zapasu obcych wyrazów i wcielenia się w duch toku mów wschodu, tyle różniących się od europejskich, jednak praca żelazna a nie. zrażająca się Biczem i pilność przemogły te zawady: prócz (ego szczególne ku nam przywiązanie i poświęcenie się prof. Mirzy Dżafara Tobczybaszewa wpłynęły silnie i na postęp Pietraszewskiego, tak iż po trzech leciech pobytu w zakładzie, mógł już dość płynnie tłumaczyć się po persku i turecku. W końcu r. 1833 dla głębszego udoskonalenia się w języku Osmańskim zaliczony był do missji przy Porcie otomańskiej; mieszkaliśmy właśnie w Carogrodzie w jednymże domie Ormiańskim, najbliższym przeto byłem świadkiem jak mój towarzysz noce cale trawił

nad tyra językiem, i ażeby bliżej obeznać się z ludem i jego mową nieraz społem narażaliśmy życie swoje, zwłaszcza podczas postu Ramazanu, przemykając się ciemnemi i krętemi ulicami Stambułu, śród besztań a nierzadko i pocisków kamieni uliczników, aby, gdzieś na końcu miasta w kawiarni słyszeć słynnego meddacha, to jest opowiadacza powieści popularnych, dokąd zbierały się tysiące poważnych Osmanów, nęconych cynizmem, dowcipkowaniem i żarcikami z giaurów. W Konstantynopolu także zrodziło się w nim zamiłowanie do zbierania numizmatów muzułmańskich. Monety te, będąc starożytniejszemi od rękopismów arabskich, prócz świadectwa jakie nam dają o stanie sztuki, prostej zaiste jak ich obyczaje, są nieoszacowane dla filologji wschodu w ogóle, jako też w szczególności dla jej części dyplomatycznej, dla paleografji nadewszystko jeografja, historja i chronologja mogą tam zbierać fakta wcale nieznane, pomniki wstrząśnień i wojen wewnętrznych i zewnętrznych, bytowania i wielkości miast niegdyś kwitnących, obszaru państw i granic muzułmańskich, stosunków panujących z władzami i handlowych z obcemi mocarstwami, i wiele innych kwestij statystycznych i politycznych. Wszystkie te zalety i korzyści numizmatyki wschodniej zachęcały go, czasu kilkoletniego pobytu jego na wschodzie, do powiększania z wielkim kosztem, narażaniem się przebiegłością i pracą zbioru swojego. Zapewne posady, coraz wyższe, jakie

on zajmował ca drodze dyplomatycznej w tym przeciągu urzędowania, a mianowicie drogomana (tłumacza) przy konsulacie w Jaffie (w roku 1835), sekretarza przy konsolucie w Tessalonice (w r. 1836), drogomana drugiego przy konsulacie jeneralnym w Aleksandrji (w r. 1837), i nakoniec konsula w Jaffie porcie Jerozolimy (od r. 1838 do 1840), ułatwiały i mu środki wyszukiwania i nabycia tych pięknych skarbów przeszłości wschodu. Jakoż gabinet jego, pomiędzy zbiorami publicznemi i prywatnemi zajmował pierwsze miejsce, co poświadczył znakomity numizmatyk Fren, pochodnia przodkująca w tej gałęzi nauk; i inni orjentaliści niemieccy, którzy obejrzeli tę kollekcję na posiedzeniach filologicznych, w Dreznie w r. 1844, na które Pietraszewski był zaproszonym, mianowicie Olshausen, profesor języków wschodnich w Kiel (w Danji), który zrazu odkrył w niej najdawniejszy, ze znanych podziś dzień, numizmat muzułmański. Stieckel, profesor uniwersytetu w Jenie, który znalazł, według jego wyrażenia cuda w dopełnieniach nawet tego muzeum, professorowie uniwersytetu berlińskiego Kohne i Petermann i professor w Halli Rudiger, którzy jednogłośnie powtarzali, że zbiór Pietraszewskiego jest nowym skarbcem dla Europy naukowej. Nie powtarzając tego, co sam Pietraszewriki powiedział o nim w przedmowie do dzieła swego „Numi Motammedani” wydane go w Berlinie w r. 1843, a także rozbioru szczegółowego ogłoszone-

go z krytyką uczoną przez naszego ziomka p. Leopolda Sawaszkiewicza, znanego publicysty i historyka, pod tytułem: „Le Génie de l’Orient commenté par ses monumens monétaires; études historiques, numismatiques, politiques eteritiques, sur lé cabinet musulman dé M. Ignace Pietraszewski, par L. Sawaszkiewiez, Bruxelles 1846″ ia 8 stronic 220 i jedynaście tablic monet rzadszych, a które dzieło otrzymało pierwszą nagrodę akademji Belgijskiej, — dość wspomnieć, że kollekcja ta składała się z 2,683 monet, a z tych do tysiąca złotych. W dziele p. Szawaszkiewicza wyłożone są dzieje i samej kolekcji, dla dynastji Mameluków i Dżuszydów czyli chanów mongolskich złote hordy najkompletniejszej, oraz zalety onej i świadectwa o niej różnych numizmatyków. Nieporozumienia Pietraszewskiego z duchowieństwem greckiem Jerozolimy, wynikłe jak zdaje się, z gorliwości jego w obronie biednych pielgrzymce, rossyjskich, którzy często bywają wystawieni, według zeznania samych turystów Rossjan, na dowolne opłaty a nawet zdzierstwa i uciski, spowodowały odwołanie jego ze wschodu; w marcu 1840 r. rząd wezwał go do Petersburga i zaliczył do ministerjum spraw zagranicznych; ale Pietraszewski, mając zawsze większe zamiłowanie w życiu literackiem, niż w kłopotliwym i niewdzięcznym częstokroć zawodzie dyplomatycznym, którzy uśmiecha się bardziej dla osób z wyższej sfery towarzystwa, pragnął zająć katedrę w uniwersytecie; jakoż w r. 1842 poru-

czono mu wykład języka tureckiego w ówczesnej sekcji języków wschodnich w uniwersytecie Petersburskim i zajmował tę posadę do 1844 r. Odwykłemu od ciężkiego klimatu stolicy nie łatwo było z nim się zorientować, niebawem poczuł w sobie zarodek choroby wschodniej, co się zowie bouton d’Alep, z rodzaju trądu, napadającego wyłącznie na tych, co zamieszkali czas jakiś w Alepie, a kiedy nareszcie niemoc ta zaczęła gwałtownie się rozwijać na nodze, za radą lekarzy zmuszony został do wyjazdu za granicę, a stamtąd, po narodzie najsławniejszych doktorów Berlińskich, do wysłania prośby o uwolnienie go ze służby. W wodach zagranicznych otrzymał on znaczną ulgę; ale uprzątnąć chorobę niepodobna było, powstała zatem nieuleczoną na dalsze życie jego, niewywierając atoli, wpływem przyjaźniejszego klimatu, zgubnych skutków. Będąc urodzonym w Prusiech, wybrał sobie odtąd na pobyt stały Berlin, słynny z uniwersytetu i tylu uczonych we wszystkich umiejętnościach, i gdzie w professorze Petermanie znalazł wylanego dlań przyjaciela i przewodnika w naukowych pracach. W tymże roku otrzymał stopień doktora filozofji w uniwersytecie Halskim i znajdował się na posiedzeniach filologicznych w Dreźnie, gdzie kilkakrotnie przemawiał o numizmatyce wschodniej, i tamże wybrano go członkiem towarzystwa orjentalnego. które wtedy się zawiązało. Następnie w r. 1845 przedsięwziął wycieczki po Europie w celu sprzedania bogatego swego muzeum nu-

mizmatycznego, aby, ogołocony ze wszelkich zasobów pieniężnych zdołał zapewnić sobie środki do utrzymania się i niezależnie poświęcić się badaniom uczonym wyłącznie. A najprzód, będąc powodowanym uczuciem narodowości, co w nim przedewszystkiem górowało, pragnął aby skarbiec jego, ba skarbiec nauki, pozostał na ziemi ojczystej dla przyszłych pokoleń, u których zjawia się bez wątpienia umiejętni odgrzebacze przeszłości wschodu; ale na nieszczęście nic było w Poznańskiem, gdzie bawił blizko roku, ani w innych szczęściach kraju, mecenasa takiego, coby ofiarą, zaiste najlepiej użytą. przez nabycie tego zbioru, przyniosł na wieki chlubę imieniowi polskiemu i dla siebie samego. Wtedy już udał się do Londynu. Dyrektorowie. British museum, a szczególnie Vaux i Th. Burton, uczeni orjentaliści przy tem muzeum, i profesor Wilson, obejrzawszy i pilnie rozpatrzywszy nieoszacowany ten zbiór, natychmiast zaopinjowali potrzebę nabycia go dla Anglji. Lecz wsparcie pieniężne, jakie corocznie przeznacza się na ten zakład, było wówczas zupełnie wyczerpanem, rząd więc odłożył kupno do roku następnego, bez wyraźnego atoli z obu stron zobowiązania się. Na starania lorda Dudley Stuarta złożono go tymczasem w muzeum Brytańsikiem, pod uroczystą rękojmią, do jesieni 1846 r. i w ciągu tego dość ograniczonego terminu, pozostawał tamże gabinet naszego ziomka dla ubiegania się wszystkich muzeów europejskich o kupno jego. Wprawdzie, orjentalista polski, wiedząc, że zbiór jego jest jedynym, i że, gdy tego rodzaju pomniki znikają coraz bardziej na wschodzie, może zostać jedynym nazawsze, cenił go wysoko a przeto oznaczał szacunek może i wygórowany, dość że w Londynie nie było kupców i muzeum Brytańskie cóś zamilkło: doradzono mu jechać do Paryża dla spróbowania, czy rząd francuzki nie oświadczy chęci nabycia. Na tę podróż musiał zaciągnąć nieznaczną pożyczkę, na zastaw swego zbioru u jakiegoś nieszlachetnego bankiera Londynu, a kiedy omyliła go nadzieja i w Paryżu, do czego przyczyniły się bez wątpienia wypadki polityczne, które zaskoczyły Europę w r. 1846, nie był w stanie zwrócić pożyczki w terminie. Bankier wtedy postąpił z nim jak istny wandal, podstępnie sprzedał całkowitą kolekcję drogą licytacji, naprędce ogłoszonej na wagę kruszcu, tak że Pietraszewskiemu nic się z tego nie dostało. Nie chcemy tu powtarzać miotanych następnie oskarżeń na dyrektorów muzeum Brytańskiego, i wieści, nie wiemy czy uzasadnionej, że jakoby najlepsza część monet Pietraszewskiego tym sposobem przeszła do tego muzeum, gdyż nie mamy na to legalnych dowodów i nie czujemy się w prawie rzucać publicznie cienia nawet podejrzenia na państwo, słynące z wysokiej cywilizacji swych instytucij. Cokolwiek bądź, ta nieodżałowana strata wpłynęła nieszczęśliwem następstwem na dalsze jego prace naukowe, zwichnięte czy skutkiem źle pojętego przezeń patryotyzmu, czy też, prawdopodobniej, skutkiem niespożytego bolu, co moralnie dojmuje silniej od cierpień fizycznych, i częstokroć cechuje jakiemś czarnem piętnem dalszy żywot nieskalanego dotąd męża.

Szczęśliwy nad wyraz, kto oblokłszy się w pancerz hartu i wytrwałości zdoła walczyć z przeciwnościami i jeśli nie zetrzeć głowę smokowi niedoli, przynajmniej trzymać go na wodzy, aby wywalczyć sobie odwagę i ufność w przyszłości: takim był z tego względu nasz Pietraszewski — nie uległ on pod brzemieniem losu i niedostatku, nie przestał, choć nieraz mu dokuczała bieda, a to przez piętnaście lat następnych po katastrofie ze swym zbiorem, postępować w zawodzie raz sobie zakreślonym. Lecz taka jest własność prawie wszystkich pracowników nauki, tego to daru boskiego, że przewracając lemieszem znoju skibę wiedzy, umieją wyrobić, zaiste ciężko i w pocie czoła, przeświadczenie, iż pracują dla pożytku społeczności, służą sprawie ogólnej, i to właśnie przeświadczenie utrzymuje w nich życie, co oburącz z niedolą tak szybko się nurtuje u innych. Wróciwszy do Berlina, przyjęty został, jako Lector regius, do uniwersytetu tamecznego, dla wykładu w nim języków wschodnich a zwłaszcza tureckiego, z myłem nader honorarium, bo tylko trzechset talarów i począwszy od r. 1847, długi czas z tego głównie się utrzymywał. Oprócz tego zajmował się dawaniem prywatnych lekcij tych języków dla przedsiębiorących podróżować po Azji — on to bowiem jedynym był w Berlinie, co mógł być w tym przypadku pożytecznym. Po wydaniu pierwszego swego dzieła „Numi Mohammedani, w Berlinie 1843, towarzystwa numizmatyczne w Londynie i Berlinie zamianowały go takoż swym członkiem, a później został i członkiem akademii Jagielońskiej. Do ogłoszenia tej pracy przyłożył się książę B. Koczubej, któremu i poświęcił ją autor: jest to katalog jego zbioru, a że w nim dynastja Mameluków zajmuje pierwsze miejsce, przeto Pietraszewski, nie trzymając się porządku chronologji, zaczyna, z uwagi na ważność i rzadkość, od Mameluków, przed Ommjadami, którzy wyprzedzili tamtych dziesięcią przeszło wiekami. Fatymidy pojawiają się u niego w ósmym rzędzie po Mamelukach, nie tylko za Seldżukidami i Atabehami, lecz po dynastji czarno baraniej, która panowała pięciu wiekami później od Fatymidów. W nauce (jak słusznie mu zarzuca p. Sawaszkiewicz), co dostarcza źródeł dla dziejów, należy szanować starość i trzymać się z drobiazgową sumiennością przodkowania chronologicznego; nieład w tym względzie jest nie do przebaczenia. Atoli dzieło to składające się ze 139 stronic in 4-o i z piętnastu tablic, pozostanie na zawsze, z powodu mnóstwa tam nowości wschodnich, pomocniczem dla badań uczonych orjentalistow. Niebawem wystąpił on z dziełem polskiem: „Nowy przekład dziejopisów tureckich, dotyczących się historii polskiej. Tom 1-y Berlin 1846″ str. 214 in 8-o. Zaledwie ukazały się Coltectanea Sękowskiego, natychmiast obudziły one ogólne zajęcie, z przyczyny ważności przedmiotu i rozjaśnienia wielu szczegółów dziejów naszych, a obok tego i niechęć dla pisarza, za wykazaną przezeń ostro, nawet oczywistą potwarzą, wzgardę dla dziejopisów polskich, a przeciwnie zapału dla tureckich. Ozwały się w pismach perjodycznych poniekąd słuszne wyrzuty dla Sękowskiego. Kiedy Pietraszewski po raz pierwszy czytał to dzieło, zawrzała mu, jak sam mówi. krew w żyłach, na wykrzykniki tam nieprzychylne dla ojczyzny; to pobudziło go do uczenia się języków wschodnich, a w dalszym czasie do przedsięwzięcia nowego przekładu ustępów z dziejopisów tureckich, w Kollektaneach pomieszczonych. W przedmowie swojej, dość uszczypliwie napisanej przeciw Sękowskiemu, wyrokuje o nim z góry, że przekazał się niewiernym w swoim przekładzie, pozmieniał myśli tureckie, ponaciągał fałsze, przybrał obłudę, oszczerstwo barwą niby prawdy, i powtrącał nawet myśli własne w osobnych i obszernych okresach, dając takowe w dobrej wierze, za prawdziwe tureckie. Pierwszy tomik Pietraszewskiego zawiera nowy przekład trzech poselstw umieszczonych w dodatku do Kollektaneów i listu Sułtana Miurada III-go do Stefana Batorego 7, drobiazgową i zjadliwą krytyką na tłumaczenie Sękowskiego. Najwięcej błędów upatrzył on w poselstwie do Rossji Derwisz-Muhammedefendego; a które skądinąd mieści bardzo mało wiadomości o naszym kraju. Ale, jeżeli mamy

wyrzec prawdę; zarzuty Pietraszewskiego nie są wielkiej wagi: odnoszą się po części do znaczenia wyrazów; i rzadka prostują Sękowskiego; a gdzie on w istocie źle wyczytał tekst lub fałszywie wytłumaczył; pozostało tak i w nowym przekładzie; że: pomiędzy wielu tego rodzaju dowodami; wybierzmy tylko jeden z tegoż poselstwa. Derwisz-efendi w drodze do Petersburga, bawił jakiś czas w Kijowie — opuściwszy to miasto przybył do Kozłowca; a stąd trzeciego dnia stanął w Bochnie (Bochny u Pietraszewskiego), miasteczku handlowem. kędy się wielka liczba Greków osiedliła (Colletanea tom 2-i str. 292; u Pietraszewskiego str. 180); następnie udał się w dalszą drogę i na dniu jedynastym stanął w Tuhła czyli Tule. Obaj nie zauważali tego, że z Kijowa do Tuły nie jedzie się przez Bochnię czy Bochna: widoczna tu omyłka w nazwie, wynikła z przepisywania rękopismów i zamiast Bochnia, Bochny, należy Czytać Nieżyn, miasto powiatowe w gubernji Czernichowskiej, handlowe i zamieszkałe przez znaczną ludność grecką. Szkoda, że Pietraszewski nie zaczął od wyciągów z dziejopisów tureckich, znalazłby tym wiele do sprostowania, osobliwie w nazwiskach i imionach. W pierwszym tomie Kollektaneów (str. 205,216) pomieścił Sękowski nader ciekawe szczegóły o wyprawie na Polskę, w r. 1653, Islam-Gireja Chana Krymskiego, wyjęte z Naima-efendego; lecz imiona właściwe w tekście tureckim są przekształcone do takiego stopnia, że niepodobna ich

odgadnąć i tak pozostały w przekładzie polskim, albo są wypuszczone. Dziejopis turecki mówi, że król ze Lwowa wystąpił z całą armją przeciw kozakom i przybył pod ściany fortecy, zowiącej się Kart Konstantin t. j. do Starego konstantynowa (przymiotnik turecki kart znaczy stary); Sękowski nie umiał wyczytać tej nazwy, wypuścił ją i przetłumaczył „król wyszedłszy z Ilbadyna (Lwowa) ciągnie prosto do ziemi kozackiej.” Podobnego rodzaju opuszczenia powtarzają się u niego bardzo często, a skaleczone nazwy miasteczek i zamków Czaczeplik, Dimukie, Markoska, Dunko, Wisłatyn, Aryzad, Diszno, rzeki Syr i t. p. dałyby się łatwo sprostować i poprawić na Czaczanik, Demowka, Markowka, Zinkow, Husiatyn, Zborów, Wiszniowiec, Styr, jak równie imię pełnomocnika polskiego (a nie dowódcy jak u Sękowskiego) Kytłazyusz nie wypadłoby tak zostawić — czy nie będzie to Koryciński Koricius) lub któs podobny. Nie ulega wątpliwości, że Sękowski nie wszędzie jest wiernym i dokładnym w swych przekładach, i że jego krytyka naszych historyków jest przesadzoną, ale nie wypadało też Pietraszewskiemu z taką grozą nań rzucać się i razić go pociskami dorywczego częstokroć sądu. Za staraniem jednego z ziomków, nowy przekład poselstw tureckich, uprzednio był umieszczony cząstkowo w Przeglądzie Poznańskim, lecz obcięto mu poły tak kuso, zwłaszcza w objaśnieniach, że sam tłumacz zaledwo mógł poznać pracę swoją. Prócz tego w Przyjacielu ludu były drukowane ciekawe wyjątki z jego opisu podróży ośmioletniej wschodzie (XIII. 306,322, 346,350).

Przyswoiwszy sobie znajomość trzech mów, tak bogatych i rozległych, Azji, to jest języków arabskiego, perskiego i tureckiego, Pietraszewaki pałał szlachetną żądzą naukowego zawodu, bo ten zawód obiecywał mu środki dla całkowitego poświęcenia się ulubionym przezeń badaniom wschodu. Nieprzyjazny los inaczej zrządził: zamiast uniwersyteckiej katedry, do której był usposobionym, ziomek nasz rzucony, został na obszar działalności dyplomatycznej, do czego posiadał zasoby jedynie tylko w szczerych i prawych zasadach krwi swojej staropolskiej. Nie powiódł się mu ten zawód; tęsknił po katedrze —! kiedy ją utrzymał w uniwersytecie Berlińskim chociaż nadetatową, zdawało się, że orjentalista polski powracał do celu, o którym niegdyś marzył i dla którego, według wszelkiego prawdopodobieństwa, miał się urodzić. Ale tu właśnie zmienia się sfera pracy jego uczonej.

Uderzony nader blizkiem, a niezaprzeczonem, powinowactwem języka Zendzkiego ze słowiańskiemi, a mianowicie z polskim, poświęca się już nauce Zendawesty Zoroastra, czyli, jak on czytał, Zędaszty a jeszcze lepiej Zędawsty t. j. życiodawczej książki — im więcej ją zgłębia, im bliżej zajmuję się językiem Zendzkim, tem mocniej przekonywa się o najważniejszem dla dziejów polskich odkryciu, o użyteczności dla całej słowiańszczyzny. W skutek takiego przekonania wydaje on w r. 1857 w Berlinie dwa sposzyty Zendawesty z transkrypcją, tłumaczeniem na cztery języki; polski, niemiecki, francuzki i turecki i kommentarzem, pod tytułem: „Miano Słowiańskie w ręku jednej familji od trzech tysięcy lat zostające, czyli nie Zendaweste a Zędaszta to jest życie dawcza książeczka Zoroastra” (drugi takiż tytuł po niemiecku), nie szczędząc ni pracy, ni wielkich kosztów, własnym nakładem, jedynie dla chluby świata Słowiańskiego i w ogólności dla dobra nauki. W ocenieniu tego dzieła, posługiwać się będziemy zdaniem z prawa głębokiego znawcy Sanskrytu i Zendu, naszego ziomka, p. Kajetana Koszowicza, profeasora literatury Sanskryckiej przy wydziale języków wschodnich w uniwersytecie Petersburskim. „Jako wydawca Zendawesty, sądzi on, Pietraszewski zdaje się mieć wiele wspólnego z drugim, dawno już zmarłym męczenikiem nauki Słowiańskiej, Walentym Skorochodem Majewskim. Przed 40-tu z górą laty, kiedy w całej Europie li tylko w Paryżu była katedra języka Sanskryckiego, kiedy nikt jeszcze nie podejrzałby najmniejszego powinowactwa Sanakrytu z językami Europy, Majewski pierwszy mową polską wyrzekł o tem powinowactwie i one udowodnił. Licz jakiż wzięło skutek pierwsze odkrycie zasad, któremi słusznie tyle się szczyci filologja porównawcza? oto, że Majewski był zmuszony szczupły swój fundusz obracać na drukowanie swych dzieł, przez nikogo nie czytanych, i że o nim dziś rzadki z rodaków, a za granicą może nikt nie wie.

W przedmowie do „Rozpraw o języku Samskrytskim (1816)” Majewski wołał: „nie żądam jak tylko zwrotu kosztów, pracę zaś i zabiegi z serca szanownym poświęcam współziomkom” koszta jednakowo się niewracały. Z gorzkiem uczuciem wołał on później: „straci autor, to nie będzie zbierał i pisał, a tem samem wiele zyska” (str. LXIV), a jednakże zbierał i pisał i przekazał dzieła swoje, ku uwielbieniu pamięci dostojnego męża, stuleciom przyszłości.

„Pietraszewski pierwszy wskazał niezaprzeczone nader blizkie powinowactwo Zendu z językami słowiańskiemi, a zwłaszcza z polskim. Uczeni sławiańscy pracę jego, pełną zamiłowania i poświęcenia się, pokryli milczeniem, zagraniczni zaś ozwali się o niej z szyderstwem i pogardą bez żadnych udowodnień. Gdyby znawcy Zendu, których tak mało dotychczas, wykazali sumiennie uchybienia naszego uczonego, niezawodnie by skorzystał on z uwag bezstronnych, i wartość pracy jego, bez wątpienia, nabyłaby wyższego znaczenia (łacniej zaiste przesądzać i szydzić jak sememu cóś utworzyć); widząc zaś jedyną złośliwość w swych sędziach, on zrobił co winien był zrobić, nie przestawał poświęcać zdrowia swego i lichego mienią dla nauki słowiańszczyzny, na złość swym przeciwnikom. Przy mnóstwie rzeczywistych uchybień w badaniach nad językiem, którego dotąd nie posiadamy jeszcze ani grammatyki ani słownika, uchybień, które na nicby się przydało tu wytykać, Pietraszewski nawet i tem dziełem swojem jaśnieje, jako pierwszy co za Słowian wyrzekł nieznany u nas pewnik o bliskiem powinowactwie języka Zendu ze słowiańskiemi, i nawet w bliższym stopniu, niż jest z nimi spokrewniony Sanskryt, o czem pierwszy zawyrokował przed 40-tą laty, jakiem wzmiankował, nasz uczony Majewski, i co przez spółczesną filologją ostatecznie jest udowodnionem. Kwestje, wykryte przez naszych pracowników, nie pozostaną bez wywarcia dobroczynnego wpływu nie tylko na filologiczne, ale i na historyczne badania, a zatem na cały ogół powszechnej oświaty.”Przysyłając mi dwa sposzyty Zędaszty,”cuda istotnie odkryłem, pisał mi (20 marca 1857 r.) za Bożą pomocą, kiedy się wczytasz, sam oddasz mi sprawiedliwość, i tym że duchem zachwycenia owionionym będziesz. Historyk nasz Joachim owo co mi pisze: nie gniewaj się że milczę, nie odpisuję na twe dzieło dosłane i listy, bo recenzję doń piszę, rzucam, i znowu piszę, bo ni liter ni jakiegokolwiek bądź dzieła na świecie nie znam, coby mi na oparcie dłużyć mogło, twe dzieło pierwiastkiem niechybnym, emigracją niezawodną której odkrycia przez cały mój wiek wyglądałem, o czemużem cie młodszy, bo jutro 71 lat kończę, abym się doczekał czytać i ostatni twój sposzyt, niech cię  Bóg błogosławi z mozolną a miłą, ojczystą twą pracą!” Dzieło, za które oczekiwał on wdzięczności nie tylko od ziomków, ale od całego świata Słowiańskiego, zniechęciło ku niemu władze uniwersytetu i pozbawiło go nawet bardzo umiarkowanego wsparcia, jakie pobierał w uniwersytecie. W liście 26-go grudnia 1858 gorzko się mnie żali na tę niesprawiedliwość, jaki wzięła skutek Zędeszta! wzgardzili, odrzucili ją Słowianie, poczytali autora za dziwaka! Biada mnie, że właśnie Sławianie dziś jeszcze zbyt leniwi, przeczą nie własnemi głosami a niemieckiemi, na ich katedrach osiadłerni, mojemu odkryciu, rękawica rzucona tomem pierwszym; patrz co odpowiedział ministrowi urzędowie professor Bopp, mój kollega w uniwersytecie, na katedrze języka Sanskryckiego „ja nieznam Zendzkiego”! a tymczasem w akademji nauk, śród swych kollegów, „to nic nie warto” odpowiedział. Nie uwierzysz jak mi serce boli za upadek prawdy i cierpienie autora! Towarzystwo języków wschodnich, w r. 1845 w Dreźnie zawiązane, pod moją ręką, przystało kilku członków do ministra oświecenia (zaćmienia aby mię odepchnął ze służby i zarazem przeciął mi sposób wydania drugiego tomu Zędaszty, która jest policzkiem dla nich i on ich wysłuchał, zepchnął mię już od roku i już od roku głodem mrę. Myślę wracać na wschód, ale jak i o czem? droga doń wiele kosztuje, a jabym się na koszta nie zdobył, sprzedawszy nawet za bezcen drogą memu sercu bibljotekę. Boże opatrz środki!” W następnym liście, 14-go marca 1859 r. podaje. „Biada Zędaszcie mojej, niemylnej, od krycie nazwy Sławiaństwa udowadniającej! Biada i mnie, bom się jak rak wyszeptał ze złota, i ani kroku dalej pójść niemogę! biada grammatyce Zędzkiej, jest to czysty obraz grammatyki polsko-rusko-serbsko-czeskiej, do serca Słowian czysto przemawiającej! i słownictwu ze źródłami słów słowiańskich wypracowanemu, już skończonemu! biada oraz tomowi drugiemu tego dzieła, wszystko to leży w skryptach bez ceny, a ja nań patrzę jak kozioł na wodę, bo nie pojmuję ducha Słowian, chociaż w tak ważnem odkryciu dla słowiaństwa tylko, dla 80 miljonów naszej ludności, li w Europie! Na prawdę, ja nie pojmuję Słowian uczucia w ich własnej, a najważniejszej im sprawie, bo ja, jak owa kropla, kluję i kluję skałę, aby się z niej wydobyć, ją przebić”! Szczególniejsza to rzecz, professor, który z chlubą i pożytkiem z katedry uniwersytetu wykładał język perski czy turecki, poniósł stratę w katedrze tych języków za napisanie dzieła w przedmiocie całkiem od jego prelekcij odrębnym! W takiej rozpaczy, wielce pocieszył go wspaniałomyślny Butieniew b. poseł przy porcie otomańskiej, czy pamiętasz go? pisze Pietraszewski 8-go września 1859 r. on mię tu przyjął jako ojciec prawdziwy, on się dziś cieszy jak swemi dziećmi, mężami dzisiaj, co z pod ręki jego wyszli. On przyjąwszy do rąk tom pierwszy, uradował się mocno i oświadczył że to rzecz godna, ten język aby go rozkrzewiać w kraju, on mi życzył powrócić do Rossji i starać się o katedrę języka Zędzkiego, o czem on u ministra porobi kroki.” Pragnął tego z duszy i Pietraszewski ale jak wiadomo, brak summy etatowej stawał na przeszkodzie. Pośród dolegliwych, utrapień, los powołał go znowu na wschód. Rząd Pruski okazał się dlań wspaniałomyślniejszym i lepiej oceniającym naukę jego, jak uniwersytet, którego był członkiem. „Bóg wszechmocny, słowa z listu, pisanego 2-go stycznia 1860 r. dał mi wpaść na stare, lecz czerstwe lata, na pierwszą moją karjerę. Naznaczony jestem pierwszym drogomanem przy poselstwie Pruskiem do Persji, do Teheranu; ale ja ciągiem myślę o mojem dziele. Orjentaliści z Bombay, Londynu, Paryża i Niemiec, mozoląc się od 200 lat nad przetłumaczeniem Zendawesty, Awesty, Zędawesty; nic znając i nie rozumiejąc brzemienia słowiańskiego nadali mu tok liturgiczny, bałwochwalczy, znamienując wszystkie słowa polskie jako boginie i bożków. O jakże Bóg miłosierny. On mi dziś wszystkie trudy wynagradza. W Persji żyć spkojnie, chwalić Boga, i dalej pracować nad mojem dziełem będę: tam może i grammatykę Zędską wydrukuję, bo Teheran już ma drukarnię. 5-go lutego wyjeżdżam do Triestu, skąd 11-go dalej parostatkiem do Aten, Syry, i do Stambułu, nam doskonale znajomego, co tam pamiątek i przypomnień! Ostatnie nader zajmująco jego pismo, a pełne już nadziei i uroku otrzymałem właśnie z Teheranu z d. 4 czerwca, 1860 r. „Otoż odzywa się do mnie, siedzę od miesiąca w stolicy Persów, pierwszych ludów świata, w stolicy prapradziadów rodu słowiańskiego, ich język spotykałem w aułach ruskich, w prowincji Azerbejdżańskiej. Djalekta zaś Perskie, jako to Mazandaranu i Farsystanu brzmią do tyla po zędsku przy słowach czysto słowiańskich że mieszkańcy odległych prowincij i miast różnych, już się nie rozumieją po persku; więc azerbejdżańsko-tureckim językiem rozmawiają. Jeśliby człowiek miał więcej zasobów do podróży i wydatku na książki, wieleby tu można odkryć dla literatury Słowiańskiej. Poznałem się z Gebrami: jest to lud prosty lecz poczciwy nad podziw, ich mowa jest czysto Zędska więc powszechna, trzymają się oni czysto praw Zoroastra; ale pisma jego nie znają, do tyla bowiem ignorantyzm wkradł się pod ich strzechę rodu niegdyś czystego. Z powodu zaniedbania języka Zędzkiego, który się plugawił na wschodzie różnemi tłumaczeniami, tak jak w Europie rożnem małpowaniem; oni do dziś dnia nie składają na cmentarzu trupów, ale wybrawszy górę, niezmiernie wysoką kładą tam ciała martwych na nastwęptastwa, potem zaś nagie a suche kości do głębokiej, na owej górze wykopanej studni zrzucają. Wyziewy ciał ludzkich, mówią oni, szkodzić zdrowiu nie mają. Kiedym położył przed ich oczy Zędasztę, lepiej Zędawastę, życie dawającą księgę, to z nabożeństwem ją przyjęli; czytali jak mogli, i oświadczyli, pomódz drukować tom drugi, a pierwszy na język perski przełożyć,— zobaczemy. Z radością czytałem twej pracy chrestomatję w Bibliotece Szacha, niech cię Bóg błogosławi w dobrych twych pracach.” Los się uśmiechnął naszemu uczonemu badaczowi przeszłości wschodu, lecz nie na długo, w wycieczce bowiem naukowej, przedsięwziętej przez członków poselstwa pruskiego do Szyrazu w połowie listopada) zachorował wspólnie ze wszystkiemi osobami poselstwa na gorączkę, grasującą wyłącznie w tym roku w Persji i Szyrazem; zaskoczony nielitościwie w nowych swych poszukiwaniach z zapałem przezeń rozpoczętych, w dali od kraju, który tak kochał i od przyjaciół, którzy go tak kochali, dokonawszy z Bogiem i w Bogu, poczciwie, szlachetnie, bogobojnie chwalebne swe powołanie, na tej ziemicy niedoli i odczarowań.

A. Muchliński.

Pozwolono drukować, z obowiązkiem złożenia w komitecie cenzury prawem przepisanej liczby egzemplarzy. Wilno, d. 20 Stycznia 1861 r. Cenzor, Paweł Kukolnik.

W drukarni A. H. Kirkora.

Autor: OGRODZIŃSKI Władysław
Tytuł: Ignacy Pietraszewski. Uczony „Warmijczyk”. W 90 rocznicę zgonu
Miejsce wydania: Olsztyn
Data wydania: 1960
Wydawnictwo: POJEZIERZE
Format: 20,5 cm
Strony: 28
Ilustracje: ilustr.
Mapy:
Oprawa: okł. oryg.

Wszystkim, którzy  wątpią w WIARĘ Przyrodzoną Słowian – jej odwieczność, sens i jej wieczystość, w skuteczność jej Strażników i istnienie Świątyni Światła,  gratuluję dobrego samopoczucia i życzę dalszych sukcesów w zgłębianiu Rzeczywistości w zgodzie z tzw ateizmem lub z tzw religią.

I to by było na tyle

CB

Uzupełnienie niezbędne

- włączam w artykuł link od Jacka do jedynego polskiego tłumaczenia Awesty – wykonanego przez  Ignacego Pietraszewskiego – ponad 150 lat temu – udostępniono publicznie w Wielkopolskiej Bibliotece Cyfrowej w Poznaniu:

http://www.wbc.poznan.pl/dlibra/docmetadata?id=108962&from=latest

Tadeusz Wolański (1785 – 1865) „O słowiańskich runach etruskich” – „Arkaim z lotu ptaka” i „Igry bogów” – seria filmów Siergieja Striżaka – Czyli myślmy samodzielnie


Arkaim z lotu Niebiańskiego Orła

zobaczcie też ten film na You Tube – wygląda lepiej na pełnym ekranie i filmy pokrewne, na bocznym pasku, na You Toube: http://www.youtube.com/watch?v=8uTOswSk_54

Także warta zobaczenia w całości seria filmów  „Igry Bogów” (Gry Bogów)

na www.igrybogov.tv – film Siergieja Striżaka.

To oczywiście rosyjska wizja Baji Słowian. Nawet jeśli jej nie akceptujemy w całości to jest bardzo pomocna w samowyzwoleniu , w wyjściu spod wpływu wszelkich doktryn obowiązujących we współczesnej nauce oraz polityce  i podobnie jak filmy z Trechlebowem pomaga spojrzeć samodzielnie na Rzeczywistość – uniezależnić się od „autorytetów” i umocnić w osobistych sądach.

Współczesna Rosja jest zachwycona i zafascynowana odkrytymi po latach działami Tadeusza Wolańskiego (II Starosłowiańska Świątynia Światła Świata w Warszawie), który sądził podobnie jak Winicjusz Kossakowski, że runy etruskie należy czytać po słowiańsku. Ludzie w Polsce w ogóle nie wiedzą,  że ktoś taki istniał – podobnie zresztą nie wiedzą o Trentowskim, Szukalskim ani tak naprawdę nic nie wiedzą o Kochanowskim czy Mickiewiczu. Rosjanie zaś szaleją na punkcie książek Wolańskiego i wydaja je na nowo.  Wolańskiego zmarginalizowano bo jego doktryna nie pasowała do nauki germano-anglosaskiej, dopiero Rosja przywraca mu należne miejsce i cześć. Czy tak samo ma być z naszymi współczesnymi niepokornymi odkrywcami?

Tadeusz Wolański – Warszawsko-Wielkopolski Strażnik Wiary Słowian (1785 – 1865)

Tadeusz Wolański (ur. 17 października 1785 w Szawlach, zm. 16 lutego 1865 w Ryńsku) – polski archeolog i badacz napisów w języku etruskim. Herbem rodowym był Przyjaciel. W swoich dziełach niemieckojęzycznych podpisywał się jako Thadeus Freund von Wolan Wolański.

Jego ojciec Jan był radcą dworu króla Stanisława Augusta i znany był jako znakomity badacz przyrody oraz alchemik. Matką Tadeusza była Johanna de Buch.

Jako oficer armii napoleońskiej Tadeusz Wolański uczestniczył w kampanii 1812 roku, czyli w wyprawie na Rosję, za udział w której został uhonorowany Legią Honorową. Po poślubieniu Wilhelminy z domu Szretter osiedlił się w Wielkopolsce, w Rybitwach pod Pakością.

Wolański we wszystkich swych zamierzeniach i działaniach dążył do udowodnienia tezy o znacznej (czy nawet wybitnej) roli Słowian w dziejach starożytnych cywilizacji. Poglądy te już za jego życia budziły liczne kontrowersje, po jego śmierci uznane zostały za fantastyczne. Zasługą jego było jednak to, dostrzegał on konieczność gromadzenia i zabezpieczania znalezisk archeologicznych z ziem słowiańskich, w tym oczywiście z terenów Polski, mimo utrudnień spowodowanych porozbiorowymi podziałami, i rozbudzał zainteresowanie najstarszymi dziejami ziem słowiańskich, tworząc dobry klimat dla rozwoju poszukiwań archeologicznych.

Swe badania i zainteresowania historyczno-archeologiczne wspierał Wolański pasją kolekcjonerską. Zasłynął m.in. jako zbieracz monet i medali, w tym monet greckich i rzymskich, gromadził zabytki krajowe i zagraniczne, minerały, muszle, owady (znaczna kolekcja motyli), okazy ptaków. Sławy przysporzyła Wolańskiemu także ogromna biblioteka.

Dzieła

  • „Wyjaśnienie dotyczące poprawności w odczytaniu nazwiska Jana de Ognasd”, 1839, Przyjaciel Ludu, R.VI, 1839, t.1, nr 1, str. 6-7; [1]
  • „Tadeusza Wolańskiego odkrycie najdawniejszych pomników narodu polskiego. Cz.1″, 1843; [2]
  • „Tadeusza Wolańskiego odkrycie najdawniejszych pomników narodu polskiego. Cz.2″, 1843; [3]
  • „Tadeusza Wolańskiego listy o starożytnościach słowiańskich: zbiór pierwszy z 143 rycinami na XI tablicach”, wyd. Ernest Günther, Gniezno, 1845
  • „Briefe über slawische Alterthümer”, 1846; [4]
  • „Wyjaśnienie znaczenia napisów na etruskich pomnikach”, 1846, Przyjaciel Ludu, R.XIII, 1846, t.1, nr 5, str. 39-40; [5]
  • „Schrift-Denkmale der Slawen vor Christi Geburt”, wyd. Lange, Gniezno, 1850; [6]
  • „Die Opfergefässe des Tempels der Taurischen Diana, Tom 1″, wyd. Lange, Gniezno, 1851; [7]
  • „Описание памятников, объясняющих славяно-русскую историю”, 1854; [8]
  • „Tizba żalodya w czterech oddziałach: Na podstawie tragjedyi Francuzkiej Wiktora Hugo Znanej pod nazwa̜: Andżelo tyran Padwański wierszem ojczystym napisał Tadeusz Wolański”, 1863, nakład i druk J.B. Langego;

Bibliografia

Stronczyński, Kazimierz – Pieniądze Piastów od czasów najdawniejszych do roku 1300, Warszawa, 1847; [9]

  • Śliwa, Joachim – Tadeusz Wolański (1785-1865) i zabytki egipskie „znalezione nad Bałtykiem”, Alma Mater, nr 46/2002; [10]

Tadeusz Wolański (* 17. oktobra 1785; † 16. februara 1865) bě pólski archeolog a slědźer napisow w etrušćinje. Wón je awtor hipotezy o słowjanskim pochadźe Etruskow.

Twórby

  • Wyjaśnienie znaczenia napisów na etruskich pomnikach, 1846

Tadeusz Wolański,( 17 października 1785 – 16 lutego 1865) – polski archeolog i kolekcjoner, słowianofil, autor hipotezy o słowiańskim pochodzeniu Etrusków. Kolekcja Wolańskiego zawierała miedzy innymi wykonaną z brązu figurę Ozyrysa i gliniane figurki Ushebti. Obie zostały odkryte podczas wykopalisk w pobliżu Morza Bałtyckiego (!) I datą 07/04 wieku pne. er. Według Wolańskiego te dane świadczą o handlowym połączeniu pomiędzy starożytnym Egiptem i ziemią Słowiańską. Obecnie obie figurki są przechowywane na Uniwersytecie Jagiellońskim. Ponadto, T. Wolański znany był z posiadania wielkiej biblioteki, los tych książek nie jest obecnie znany. Wolański wiedział, że jego odkrycia nie będą akceptowane w Europie Zachodniej. I tak, w liście do archeologa Karola Roganowskiego (1819-1888) pisał: „Czy we Włoszech, Indii i Persji – nawet w Egipcie – nie ma słowiańskich zabytków …? Czy starożytne księgi Zaratustry, bez wyjątku, czy ruiny Babilonu, zabytki Dariów, pozostałości miasta Persów (Persepolis), pokryte pismem klinowym, nie zawierają napisów oczywistych dla Słowian? Brytyjczycy, Francuzi i Niemcy patrzą na to, „Jak Kozioł Na Wodę”. My, Słowianie, będziemy w stanie doprowadzić te badania do końca, tylko wtedy, gdy nasze dzieci i wnuki będą chciały śledzić nasze ślady! Tradycyjnym historykom nie udało się obalić faktów ,że zapisy etruskie to napisy przy pomocy języków słowiańskich, jak również nie dali rady stanowić alternatywy czytania przy użyciu innych języków. Zatem badania Wolańskiego bezzasadnie uznano „fantastycznymi” i wycofano z obiegu. Istnieje przekonanie, że książka T. F. Wolańskiego w 1853 roku zostały włączone w Papieski Indeks ksiąg zakazanych „i skazane na spalenie.

Joachim Śliwa

Tadeusz Wolański (1785-1865) i zabytki egipskie „znalezione nad Bałtykiem” 

(z miesięcznika Alma Mater Uniwersytetu Jagiellońskiego)

Zagadnienie znalezisk egipskich z terenów Polski było przedmiotem zainteresowań badaczy-amatorów jeszcze na początku XIX wieku, z czasem dopiero stając się dziedziną badań specjalistów zajmujących się oddziaływaniem kultów orientalnych (w tym także egipskich) poza granicami Imperium Romanum czy też przebiegiem starożytnych szlaków handlowych. Parę dziesiątków lat upłynęło już od etapu bezkrytycznego podejścia do każdego „znaleziska” aż po bardziej racjonalną analizę przedmiotów spotykanych w tak znacznej odległości od owych wiodących ośrodków orientalnych. Znacznie większy stopień krytycyzmu w podejściu do zabytków (całkowicie zresztą uzasadniony) spowodował, iż obecnie brać można pod uwagę jedynie kilka znalezisk. Znajduje się wśród nich fajansowy amulet z wizerunkiem tzw. Pataikosa-Pantheosa znaleziony w Cieszkowie oraz skarabeusz z Sadzarzewic (1), Zadowic (2) i Leśna (1) . Ich obecność na ziemiach polskich może być łączona istotnie z funkcjonowaniem starożytnych szlaków handlowych wiodących z rejonów śródziemnomorskich na północ, poczynając od epoki późnego brązu (ok. 800-650 p.n.e.) aż po IV-V w. n.e.

Oprócz wymienionych zabytków wyróżniono też kategorię tzw. importów prawdopodobnych, do których zaliczyć można figurkę Izydy z Horusem z Małachowa, uszebti z okolic Solca i ewentualnie uszebti z Nowego Miasta. Ich proweniencja nie jest w pełni potwierdzona, nie jest jednak wykluczone, iż jako tzw. importy mogły dostać się na nasze ziemie już w starożytności. Część natomiast zabytków orientalnych dotarła na nasze tereny stosunkowo późno i tworzy kategorię tzw. Znalezisk pozornych, łącznie z obiektami stanowiącymi przedmiot intensywnych zainteresowań XIX-wiecznych starożytników i kolekcjonerów, które z nadmiaru gorliwości zostały uznane następnie za znaleziska terenowe o randze importów . W grupie tych właśnie tzw. znalezisk pozornych, występujących w dawnej literaturze przedmiotu (nie zawsze zachowanych po dzień dzisiejszy), wymienić należy brązową figurkę Ozyrysa z jeziora Gopło (znaleziona przed r.1852), głowę Izydy z Kartuz (znalezioną przed rokiem 1882) oraz brązową figurkę Izydy ze Świdnicy (znalezioną przed rokiem 1819). W tej kategorii umieścić należy także trzy zabytki z naszej uniwersyteckiej kolekcji. Jest brązowa figurka Ozyrysa znaleziona rzekomo w okolicach Kijowa i darowana Gabinetowi przez Kazimierza Pułaskiego z Żyliniec (przed 1877) oraz dwa interesujące zabytki egipskie, także o niekwestionowanej autentyczności, pochodzące z dawnej kolekcji Tadeusza Wolańskiego: brązowa figurka Ozyrysa i fajansowa figurka uszebti. Oba zabytki ofiarowane zostały Uniwersytetowi w roku 1872 przez Władysława Czartoryskiego. Wcześniej jednak zakupione zostały przez niego ze zbioru po słynnym w swoim czasie starożytniku i zbieraczu, Tadeuszu Wolańskim , któremu niżej poświęcimy więcej uwagi.

Pierwszy spośród wymienionych zabytków to brązowa figurka Ozyrysa (ryc. 1), opracowana starannie, ukazująca boga owiniętego w całun, z dłońmi w układzie dolnoegipskim (ułożone poziomo na piersiach, prawa powyżej lewej), wyzierającymi z rozcięć w całunie, dzierżącymi insygnia władzy królewskiej – w prawej znajduje się bicz nehaha, w lewej umieszczone jest berło heka. Głowę bóstwa zdobi atef, opatrzony dwoma strusimi piórami . Figurka odznacza się dobrym opracowaniem szczegółów, uwydatnionych liniami rytymi (oczy, brodę, pióra na atefie). Wykazuje ona cechy wyrobu, który przypisać można tzw. Okresowi saickiemu (czasy panowania XXVI dynastii, 664-525 p.n.e.). Drugi zabytek z kolekcji Woleńskiego to fajansowa figurka uszebti (ryc. 2) , datowana na czasy panowania XXX dynastii (380-343 p.n.e.) . Ukazana tu została mumio kształtna sylwetka w tzw. trójdzielnej peruce, z rękami skrzyżowanymi na piersiach. W prawej dłoni dzierży motykę, w lewej natomiast końcówkę sznura, na którym z tyłu, na plecach zwiesza się torba z ziarnem siewnym. Poniżej skrzyżowanych dłoni, na korpusie figurki zachowały się cztery pełne linie rytego tekstu i część następnej linii. Wynika z owego zapisu, iż figurka przeznaczona była dla kapłana imieniem Hor-udża, zrodzonego z Tanet-Amon. Dalej natomiast znajduje się fragment 6 rozdziału Księgi Umarłych: „O wy uszebti! Jeżeli wymieniono Ozyrysa kapłana Hor-udża do wykonywania wszelkich prac, które wykonuje się tam, w Państwie Umarłych. Oto ty usunąłeś zło [...]”. Oba zabytki są dość typowe, lecz w naszej kolekcji należą do ważnych eksponatów, również ze względów dydaktycznych. Ich znaczenie wiąże się jednak jeszcze z innym problemem, wspomnianym już na początku. Zdaniem ich niegdysiejszego właściciela Tadeusza Wolańskiego (ryc. 3), miały one być dowodem kontaktów ziem słowiańskich z odległą i wręcz bajeczną krainą nad Nilem. Istnienie tak dalekosiężnych kontaktów już w starożytności nobilitować miało ziemie słowiańskie, dość ubogie w świadectwa tego typu. Z jakichś względów Wolański był przeświadczony, iż obie figurki są właśnie takimi importami. Figurka Ozyrysa została opatrzona przez właściciela następującym tekstem naniesionym na jej plecach: „Znaleziono nad Bałtykiem. Ze zbioru Tadeusza Wolańskiego”, oraz tuszem na drewnianej podstawce: „Horus. Figurka egipska znaleziona podobno nad Bałtykiem. Ze zbirów po Tadeuszu Wolańskim”. Sądzić można z dużą dozą prawdopodobieństwa, iż ten drugi napis jest już nieco późniejszy. Cechuje się on już pewną dozą ostrożności, jeśli chodzi o miejsce znalezienia, zawiera natomiast ewidentny błąd w identyfikacji bóstwa. Również opisana już wyżej figurka uszebti uważana była za znalezisko dokonane nad Bałtykiem, jak świadczą o tym resztki trudno już czytelnego tekstu naniesionego tuszem lub atramentem na jej tylnej stronie: „(…) znalezione nad Bałtykiem”.

Brak jednak jakichkolwiek innych informacji i przesłanek, które te stwierdzenia mogłyby potwierdzić, a więc nie kwestionując autentyczności figurek, musimy oba zabytki umieścić właśnie w kategorii tzw. znalezisk pozornych. Najpewniej oba zabytki wchodziły w skład czyjeś niewielkiej kolekcji prywatnej i wskutek nieporozumienia (jeśli wykluczymy działalność intencjonalną) uznane zostały w pewnym momencie za przedmioty „wykopane” na naszych ziemiach. Omawiając figurkę Ozyrysa z naszej kolekcji, Jerzy Kolendo pisze: „Bardzo poważne wątpliwości dotyczące faktu znalezienia figurki Ozyrysa nad Bałtykiem może budzić osoba jej pierwszego posiadacza Tadeusza Wolańskiego (1785-1865). Zbierane przez niego zabytki archeologiczne służyły z reguły do popierania fantastycznych zupełnie pomysłów odnoszących się do wczesnych dziejów ziem Polski” . Jak się okazuje, tego rodzaju „importów” było w kolekcji Wolańskiego więcej. Tymi słowy zwracał się Wolański do Karola Rogawskiego (1819-1888), współczesnego sobie archeologa i znakomitego kolekcjonera: „Dałem Panu Kondratowiczowi (Władysławowi Syrokomli) – który jest sekretarzem Towarzystwa Wileńskiego Starożytności – dwie małe figurki mitologiczne ze słowiańskiej ziemi wykopane oraz jeden metalowy naramiennik (taki sam jak Panu przesłałem) w celu składania takowych w zbiorze wileńskim. Trzeba wspierać wszystkie zbiory narodowe, bo przecież składamy wszyscy jedną tylko wielką familię od Czarnego do Bałtyckiego Morza, od lodów północnego bieguna aż za Karpaty! Co mówię? Alboż to Italia, Indie i Persja – nawet Egipt – nie starczą pomnikami słowiańskimi? Bądź w głazach, bądź w narzeczach? Alboż to Zoroastra księgi życiodawcze (Zę=daszta), alboż to rudera Babilońskie, pomniki Dariusza, szczątki Parsa=hrada (Persepolis) pokryte pismami klinowatymi, nie zawierają dosyć jeszcze zrozumiałą słowiańszczyznę? Anglicy, Francuzy i Niemcy patrzą na to, jak kozioł na wodę. Nam Słowianom tylko rzeczy te zostawione są do badania i wierzaj mi Pan, że dojdziemy do celu jeśli tylko dzieci i wnuki nasze (to jest Pańskie i moje) zechcą wstępować w nasze ślady![...]” . W cytowanym liście Wolańskiego zawarty został niemal pełny program jego wieloletnich trudów i zabiegów, zmierzających do wykazania znacznej (czy wręcz wybitnej) roli Słowian w dziejach starożytnych cywilizacji. „Wierząc w istnienie run słowiańskich, odczytywał je na monetach celtyckich, brakteatach skandynawskich, a nawet na sarkofagach etruskich. Poglądy swe wyłożył w kilku bogato ilustrowanych pracach w języku polskim i niemieckim” . Nie bez znaczenia jest jednak i to, iż dostrzegał Wolański konieczność gromadzenia i zabezpieczania znalezisk archeologicznych z ziem słowiańskich, w tym oczywiście z terenów Polski, mimo utrudnień spowodowanych porozbiorowymi podziałami, co wyraził jednoznacznie cytowanymi już słowami: „Potrzeba wspierać wszystkie zbiory narodowe”, do czego sam wybitnie się przyczynił. Sylwetka Tadeusza Wolańskiego zasługuje bez wątpienia na przypomnienie, choćby ze względu na ogromną aktywność i wielostronne zainteresowania. Najzwięźlej scharakteryzował go ostatnio jeden ze współczesnych archeologów: „(…) hrabia z Wolan, trzymany do chrztu przez samego Tadeusza Kościuszkę, alchemik, mistyk, mason, słowianofil i fantasta, poszukiwacz kamienia filozoficznego i eliksiru wiecznej młodości” . W dwa lata po śmierci Wolańskiego, tak oceniano jego działalność: „Zapalony aż do przesady miłośnik archeologii w poczynionych przez siebie odkryciach, pomimo niezaprzeczonej nauki, uniósł się mrzonkami i najdziwaczniejsze potworzył baśnie. Dowodzą one w swej treści, iż autor jest zbyt łatwowiernym i nadzwyczajnie bujną fantazją obdarzonym” .

„Odkrycie najdawniejszych pomników Narodu Polskiego”

- Książka Tadeusza Wolańskiego na Googlebooks

Rosyjskie wydanie  „Pisma o słowiańskich starożytnościach”

От издателей

Вы держите в руках запрещённую книгу!

Не пугайтесь: все книги Воланского в 1853 году были внесены в папский «Индекс запрещённых книг» и приговорены к сожжению. К нашему счастью папская инквизиция не всё смогла сжечь.

Нам как издателям приятно выпустить книгу с такой судьбой после её полуторавекового забвения. Инквизиции давно нет. На её совести сотни, если не тысячи бесследно сгинувших авторов и их трудов. Впервые русский читатель услышал имя Воланского благодаря книге историка-патриота Егора Ивановича Классена, доктора философии и магистра изящных наук, входившего в комиссию по коронации Николая I. В своём капитальном труде «Древнейшая история Славян и Славяно-Руссов до рюриковского времени» (1854) Е.И Классен включил в качестве приложения два выпуска труда Воланского «Описание памятников, объясняющих Славяно-Русскую историю».

Предшественником и Воланского, и Классена можно считать Мавро Орбини, книга которого «Историография початия имене славы и разширения народа славянского и их царей и владетелей под многими именами и со многими Царствиями, Королевствами и Провинциями», была издана в Санкт-Петербурге в 1722 году (переиздано в 2010 г. издательством «Белые альвы»). В этой книге Орбини пишет следующее:

«Славянский народ озлоблял оружием своим чуть ли не все народы во Вселенной; разорил Персиду: владел Азиею, и Африкою, бился с египтянами и с великим Александром; покорил себе Грецию, Македонию, Иллирическую землю; завладел Маравиею, Шеленскою землею, Чешскою, Польскою, и берегами моря Балтийского, прошёл во Италию, где многое время воевал против римлян.

Иногда побеждён бывал, иногда биючися в сражении, великим смертопобитием римлянам отмщевал; иногда же биючися в сражении, равен был.

Наконец, покорив под себя державство Римское, завладел многими их провинциями, разорил Рим, учиняя данниками цесарей римских, чего во всём свете иной народ не чинивал…».

Но разве официальные «историки» смогут признать такую мощь за славянским народом?! А ведь эту книгу писал не славянин. Орбини был Архимандритом Рагужским в сицилийском городе Рагузе. Его книга тоже попала в список запрещённых Ватиканом.

И в наши дни у государств есть списки «запрещённых книг», и их при изъятии тоже приговаривают к «уничтожению» – часто эти книги имеют отношение к политике. Но разве можно отделить исторические концепции и гипотезы от политики? Нельзя, конечно. Именно по этой причине традиционная наука труды и Воланского, и Орбини, и Классена до сих пор не признаёт. Ведь всё, что касается величия Русского народа и Славянства, сразу объявляется «ненаучным».

Эта книга по нашей просьбе была найдена в Нью-йоркской библиотеке, другом нашей редакции Наталией Гаттас, за что ей особая благодарность.

Любители истории получают настоящий подарок, который должен вдохновить современных исследователей на новые научные и творческие подвиги во славу Великой Истории Славянства.

Благодарим Сергея Сергеевича Робатеня за организацию перевода книги.

Олег ГУСЕВ
Роман ПЕРИН

О книге Ф. Воланского
«Письма о славянских древностях»

Этого события, перевода на русский язык, книга ждала долгих полтора века, с тех пор, как её автор выпустил польское и немецкое издания. Самое первое письмо было адресовано «Уважаемой Петербургской академии». Похоже, что Воланскому не удалось заинтересовать обнаруженными им фактами древнейшей славянской истории академиков, которые проигнорировали послание.

Книга была издана автором на собственные средства в двух частях. Первая часть, содержащая 5 писем с приложением 145 иллюстраций на 12 гравюрах, вышла в 1846 году в Гнезно, древнейшем городе Польского королевства.

Вторая часть, составленная из 7 писем и содержащая 88 иллюстраций на 10 гравюрах, вышла там же, в 1847 году. В письмах автор описал монеты, амулеты и другие предметы, найденные автором в своих экспедициях по славянским землям, а также изображения древних предметов, полученные от единомышленников. На многих из этих предметов имеются письменные знаки, которые автор определил, как славянские, сами предметы автор отнес к дохристианскому периоду славянской истории и культуры.

Имя Фаддея Воланского часто встречается в трудах первой половины XIX века, у исследователей русской и славянской истории, на его богатейшую коллекцию старинных предметов, амулетов, монет, содержащих славянские надписи, ссылались историки школы Н.С. Тихонравова.

Затем отношение к Воланскому изменилось, и завеса академического молчания покрыла его богатейшие материалы по славянской истории, письменности и культуре дохристианского периода, сделав их неизвестными публике более чем на столетие. Возможно, это проявление непознанных нами законов духовного развития, заставляющих нас забывать то, что было хорошо известно предкам, чтобы впоследствии вспоминать когда-то забытое и удивляться мудрости тех, кто создавал и сохранял славянскую культуру на протяжении многих тысячелетий её драматического развития.

Но так же следует учитывать конкретные мотивы тех общественных слоев, которые определяют содержание учебников по славянской истории и культуре с учетом своих собственных сословных интересов.

Замечательный израильский историк, профессор Тель-авивского университета Шломо Занд в переведенной на главные европейские языки книге «Кто и как изобрел еврейский народ»1 показал на богатейшем фактологическом материале, как менялись на протяжении одного только XX века концепции происхождения и исторических прав «вечного народа», как аккуратно забывались и вычеркивались из школьного обихода исторические идеи теоретиков сионизма 30-х годов, неудобные теоретикам сионизма в 50-е годы XX века. Оказывается, по Занду, у профессиональных создателей учебников истории нет никаких препятствий морального – этического плана для искажения, сокрытия и даже выдумывания исторических обстоятельств, если это востребовано политиками современного государства. Надо думать, что-то подобное имеет место в истории славянских народов.

Вот что сообщает Александр Семёнович Иванченко, изучавший рукопись воспоминаний Егора Классена в Русском музее Сан-Франциско.

«Когда труд Ф.Воланского в 1847 году вышел в свет в Варшаве2, католический примас Польши, входившей в состав Российской империи, обратился в святейший Синод России с просьбой испросить разрешение у императора Николая I применить к Воланскому аутодафе на костре из его книги. Тот, однако, Николай I, которого все наши писатели привыкли изображать невежественным Палкиным, затребовал, тем не менее, сначала книгу Воланского и вызвал из Москвы для её экспертизы Классена. Простой случайностью это быть не могло.

Вероятно, Николай I знал, что наша дохристианская письменность Классену известна. Потом император приказал «взять потребное количество оной книги под крепкое хранение, остальные же, дабы не наносить вред духовенству, сжечь, к Воланскому же прикомандировать воинскую команду для содействия ему в его экспедициях по сбиранию тех накаменных надписей и впредь и охранения его персоны от возможных злоключений».

Так распорядился Николай Палкин. Классену же велел опубликовать в своём сочинении такие таблицы из книги Воланского, которые бы не вызвали недовольство Русской православной церкви, что Классен и сделал со всей предусмотрительностью. Но недовольство со стороны церкви всё равно вызвал великое, как теперь раздражает наших ученых историков одно упоминание его имени.3

Обратим внимание на ключевые слова «вред духовенству», взятые Классеном из прямой речи императора. Этот фактор действует на протяжении тысяч лет, пока существует духовенство, которое само определяет, что ему вредно – инакомыслие, которым наполнены книги, написанные другими буквами, созданными в другом духовном мироощущении.

Неважно, что это мироощущение принадлежало собственным предкам. Политический заказ существует всегда, и всегда найдутся энтузиасты – исполнители, которые способны забыть собственных родителей, а не только пращуров.

Поэтому неугодные книги становятся нечитаемыми вследствие многочисленных реформ языка, проводимых правящими идеологами, и горят уже много сотен лет. Древние, бесценные для мировой культуры статуи взрываются даже в XXI веке, надписи соскребаются или исчезают в таинственных «частных коллекциях».

Возможно, и коллекция Воланского тоже где-то хранится или таится, чтобы быть обнаруженной, выкопанной из пепла в далеком будущем, как выкапывал свои находки сам Воланский и его единомышленники.

Эта книга относится к таким находкам. Она никогда не издавалась на русском языке, поэтому необходимы некоторые пояснения.

В русской традиции имя автора Фаддей Воланский является принятым в его эпоху результатом русификации иностранных имен для российских читателей. В немецком издании книги автор именует себя Тадеушем фон Волан Волански, оставаясь при этом славянским историком и патриотом.

Как видно, в его время немецкое или русское по форме имя было просто данью дипломатическому обычаю и не означало автоматической принадлежности носителя к конкретному народу. Дворянская частичка «фон», в подлиннике передаваемая одной буквой v. означает, что наш Фаддей происходит из поселения Волан, об этом же говорит его польское имя Воланский.

Вполне возможно, что эти метаморфозы имён в Европе как частное проявление глобальных идеологических реформ начались задолго до эпохи Воланского, и сама немецкая частичка происходит от славянского предлога «в», прямо указывающего читателю, где живёт Фаддей.

Поскольку книга представляет собой слегка обработанный автором сборник отдельных писем, написанных в разное время разным адресатам, то иллюстрации, на которые ссылается автор, живут отдельной жизнью на своих листах, размещённые довольно хаотично по отношению к последовательности текстового описания.

Имеются изображения, на которые напрасно искать описания в тексте. Возможно, Воланский, как энтузиаст, стучавший во все двери с целью привлечь общественное внимание к славянской письменной истории дохристианского периода, пользовался своим альбомом иллюстраций (гравюрами на медных досках) по разнообразным поводам, не описанным в рамках этой книги.

Некоторые утверждения Воланского, очевидные для него и его собеседника, покажутся современному читателю довольно легковесными или мало обоснованными.

Сам он понимал, что без ошибок в его толкованиях полустертых знаков не обошлось, но при этом осознавал себя первопроходцем, увидевшим русские смыслы в никем из современников не читаемых сочетаниях непонятных письмен на древних предметах, собранных в разных, не всегда доступных исследователю, коллекциях.

Переводчик Бобровская Екатерина Анатольевна приложила много усилий для того, чтобы довольно тяжеловесный немецкий текст начала XIX века воспринимался современным читателем без дискомфорта, но с сохранением авторского стиля и аромата эпохи.

Благодарим за материальную поддержку перевода книги Бобкова Сергея Вячеславича.
Административное сопровождение переводу оказывал Татур Вадим Юрьевич.
С пожеланием читателю открыть для себя глубину собственного культурного наследия
Сергей Робатень, редактор перевода

1 Занд Ш. Кто и как изобрел еврейский народ/ Шломо Занд; [пер. с ивр. М.Урицкого]. – М.: Эксмо, 2010. – 544 с. – (Подлинная история). ISBN 978-5-699-39598-9
2 Памятники письменности славян до Рождества Христова, собранные и объясненные Фаддеем Воланским. Три выпуска этой работы Воланского опубликованы Классеном в собственном переводе с комментариями в кн.: Егор Классен. Новые материалы для древнейшей истории славян вообще и Славянов–Руссов до рюриковского времени в особенности с легким очерком истории руссов до Рождества Христова. Выпуски 1-3. 1854 – 1861. – М.: Белые альвы, 1999. – 320с., ил.
3 Иванченко А.С. Путями великого россиянина. Роман – исследование. Редактор и издатель Гусев О.М. СПб, – 2006.-с.70-71

Świadomość własna, indywidualna, niepodległa to pierwszy stopień do zrozumienia, że jesteśmy bogami będąc cząstką Bogów.

Wiara Przyrody nie jest RELIGIĄ – pamiętajmy to zawsze i wszędzie – Wiara tym się różni od religii, że ma wymiar wyłącznie indywidualny 

Ty Wierzysz , Ja Wierzę, On Wierzy

NIE MA DOKTRYNY POWSZECHNEJ

lecz jest Suma Indywidualnych Wierzeń

i

Wspólnota SUMY

na tej sumie oparta.

Wielka Przyrodo każdy kłania się Tobie i Twojemu Wieczystemu Pięknu!

Podnieście swoje głowy wy Drzewa, podnieście swoje głowy wy wieczne Źdźbła Traw

Sowa jest w Świątyni G(n-w)ieździe

Wielka Przyrodo  – Schronienie Serca

Twoje Filary są Święte

Każdy z nas kłania się Tobie Wielka Przyrodo

Tyś zawsze Wierna

O Wielki Sowi

Rozświetl przed nami Ciemności

Wielka Sowo  – Książę Mądrości

Duchu Nawi i Wewnętrznego Światła

Dwa są na słońcach swych przeciwnych – bogi!

Chwalimy cię O Pani, chwalimy cię  O Panie.

Niezbędny komentarz

Link od Mezamira – bardzo ważny – do Gier-Igrów („igry” to po rosyjsku także” zabawy”) Bogów:

http://www.youtube.com/watch?v=xg3HxDsFzuI&feature=player_embedded

Mamy tu piękny obraz Niebieskiego Ptaka – Orła Nieba, Orła Przemiany i wykład na temat słowa Wiara, które w najwierniejszym brzmieniu przechował język Polaków – polski – czego autorzy nie zauważają przez ignorancję lub z powodu ich „kompleksu Polaków” i poczucia rosyjskiej „gorszości” od Europejczyków, a więc też od Polaków (łacinników) – co zupełnie nieuzasadnione.

Zgadza się. Dokładnie tak – film pokazuje sedno. Wiedza Trechlebowa jest głęboka i dotyka sedna. Dodajmy jednak dla porządku, ale też przede wszystkim dla pogłębienia, że:

1. Ukraińcy nie są żadnymi Małorusami – w tym punkcie widać skażenie imperialne i odchylenie rosyjskie, które każe im szukać w Ukraińcach niższości podczas gdy to oni są Macierzą Rusi. Ten problem nazewniczy rozwijają przypisy do Taj Księgi Ruty i objaśniają go. Ukraina i dawna Małopolska w granicach historycznych to jedność – Biała Chorwacja czyli Wielka Haria. Ona jednoczyła wszystkich Rusów – Ha-Rusów (Małopolan, Krakowian i Goroli-Goryniczów), Nu-Rusów (znad Nura i Nurzca, północnych), Mo-Rusów (Morawianów), Ka-Rusów (Czarnych Rusów, potem zwanych Małymi, których duża część wyprowadziła się do Czarnogóry, a są też znani jako Karo-Panowie-Karpianowie – to Słowacy i Poleszucy), Gie-Rusów (Herosów, Gierojów znad rzeki Gerros – inaczej Wielkich bo Białych Rusów, znanych też jako Białowierzanie i Bużanie i Bogatyrsi-Agatyrsi – jak najbardziej Ukraińców), Roso-Mężów (Rosiów i Rossomonów i Roskalanów-Heliszów-Kaliszów – czyli Skołotów zwanych Rudo-Rusymi czyli Czerwonymi Rusami – a Kalisze – znani są Grekom i ich mitom jako Helisi z Hylaji gdzie Echidna-Kąptorga – Matka Scytów – Mać Syra skąd Syromaci-Sauromaci, Sarmaci). To jest połączone starożytne królestwo Nurów i Budynów – NU-Rusja. Rosjanie są Bu-Rusami – Burami-Borysami – Czarnosiermiężnymi, a raczej potomkami Koszerysa i Borusa-Borysa – wędrujących na Wschód do Iranu i Indii dwóch braci z czasów przed Troją (Wojną o Helenę-Gelonos-Gleń-Gołuń), są ich spadkobiercami, wcale nie gorszymi, bo to piękna tradycja i wielka – tej powtórnej fali powrotnej, spadkobiercami znad Moskwy i Mokoszy oraz z Itilu i Czarnej Ziemi, z Borusji – Boranii, o której sami mówią i piszą i co pokazują także na różnych mapach, z Boranii bo tak się nazywał kraj otaczający Moskwę – z Tartarii starych map i podań.

2. Zapis jest ważny, ale nie można sprowadzić pamięci do znaku. Pamięć i tradycja to mowa. Dlatego zwracam uwagę, aby się uwolnić od zapisu – od ortograficznego traktowania słów – trzeba je traktować fonetycznie. Oczywiście Ruś zachowała to częściowo w ocalonym alfabecie, a my nie mamy tego w alfabecie łacińskim, a raczej mamy także śladowo – jako echo run słowiańsko-etruskich. Autor filmu nie bierze pod uwagę polskiego słowa WIARA gdzie w wymowie jest zachowane owo “Ja”.
3. Autor nie odkrywa tutaj niestety – nie wiem z jakiego powodu – może z braku wiedzy albo przez celowe pominięcie – bo w Rosji Rodzimowierstwo służy odrodzeniu nacjonalnemu, na nim buduje się Nowy Imperializm a więc wspólnotę, ale rozumianą w sposób XIX wieczny. Oto co jeszcze to słowo znaczy:
Wijara = Wieda
+
Wijara = Ja
+
Wijara = Ra

gdzie ra – oznacza rzeczywiście syntezę Trzech Ogni (u nas to Ogień Niebieski – Niebo – Światło – Dażbóg + Ogień Chemiczny – nazwijmy go “prawdziwym ogniem – Płomieniem – Swaróg + Ogień Plazmatyczny – Perun).

To Trójca Niebieska do której dochodzi 4 Żywioł – tworząc Czwórcę Górną Żywiołów- Wiatr – Strzybóg i jego cały Tyn Wiatrów i Powietrza.

Osiem Żywiołów tworzy 3 Trójce i jednocześnie dwie Czwórce.

Mamy
Trójcę Niebieską – Ognistą – reprezentującą Niebo i Prawię i Welę,
Trójcę Jasną – Żywotną lub Żywą (Życia) – Wiatr + Bór (Drzewo u Chińczyków) + Spor (zalęg, błoto – u Chińczyków Bagno)= Jawia
oraz
Trójcę Ziemi (Podziemi) czyli Spor + Woda + Ziemia = Nawie.

Czwórcę Żywiołów Dolnych, Ciężkich, Ciemnych tworzą: Bór + Spor + Woda + Ziemia.

Ja – to ja, czyli Tylko ja wiem, tylko tyle wiem ile wiem, tylko moja jest wiara a nie niczyja. Wiary się nie dzieli z innymi w sensie “jestem tylko z tymi i tymi, bo wyznaję to i to”. Wspólnota powstaje ponad Wiarą jako suma wierzeń. Wiara jest zupełnie indywidualna. Nie może być inaczej – tylko to daje jej wieczny żywot – Inaczej staje się doktryną – RELIGIĄ.

W odpowiedzi na pojawiający się nurt tzw Bogów Polskich i tworzenie odrębności polskiej w Wierze Przyrody stwierdzam, że przy całym szacunku dla tych poglądów i ich odkrywczej niepodważalnej dla NAUKI roli, brak im Głębokiej Wiedy z której wynika że WIARA Słowian była i jest JEDNA.

Nie ulegajmy pokusie rozbicia i zaściankowości wynikającej z zamknięcia Polaków w granicach etnicznych po 1945 roku;Niech nam 50 lat życia w Baraku Obozu Socjalistycznego nie przysłania że Polska nigdy nie była jednoetniczna i jednowyznaniowa. Nie było Wiary polskiej była tylko wspólna Wiara Słowiańska – to stwierdzenie nie grozi nam zruszczeniem ani dominacją Moskwy.

WIARA jest Indywidualna a Wspólnota jest Sumą Wierzeń. Wyzwalajmy się też cierpliwie z poczucia i syndromu postkolonialnego – Tylko stając na Równi z Rosją i jej tradycją stajemy się naprawdę wolni i zdolni do odrodzenia. Tylko Macierz jest rozwiązaniem współczesnego problemu narodowego – nie Ojczyzna i nie męskość i walka i wybijanie przeciwników, lecz żeńskość i jej płodność i rozrodczość ludzi i idei i ich rozpowszechnienie po całym Świecie. Bierzmy przykład z Żydów i paradoksalnie z chrześcijaństwa – jako sposobów ekspansji nie do powstrzymania. Ten pierwszy wzorzec jest najskuteczniejszym nowoczesnym narzędziem rozpowszechniania idei – odwiecznie oparty jest on na pierwiastku żeńskim i idzie przez tysiąclecia po kądzieli. Kto nie rozumie tego i tworzy męską Wspólnotę Wszechpolską do WALKI o NARÓD – ten przegrał i pozostał w XIX wieku – Kto stawia na NARÓD NOWOCZESNY – rozlokowany ponad granicami swojej Ojczyzny i Cudzych ojczyzn – ten stawia na Macierz, żeńskość i po kądzieli wchodzi w XXI wiek – jako człowiek wyzwolony z syndromu POSTKOLONIALIZMU.

Pamiętajcie zawsze POLACY – gdziekolwiek w Świecie teraz jesteście – piszę to bo wiem że mnie czytacie – twórzcie Wspólnoty Wiary Przyrodzonej – to są wasze ojczyzny a raczej macierze w obcych ojczyznach – to nasza wspólnota Światowa Polaków. Pomagajcie sobie nawzajem i trzymajcie się razem – zawsze razem i niech nad innego Polaka nie będzie wam nikt bliższy i bardziej godny pomocy i wsparcia. To jest nacjonalizm prawdziwy, najgłębszy, nie do pokonania.

Kto nie zna pamiętnika Kronikarza Rockefellerów i jego wyznań powinien nadrobić te zaległości bo to rzadkie żeby tak rzucał Żyd przed gojów słowa głębokiej prawdy.

pozdrawiam wszystkich i włączam to w treść artykułu razem z linkiem Mezamira, a także umieszczam na bocznym pasku w dziale Księga Wiedy pod tytułem “Jama Arki – Wieda i Wiara”, bo to jest zbyt cenne, aby nam mogło gdzieś umknąć i ulecieć. Tekst o Tadeuszu Wolańskim idzie, jako osobny, do II SSŚŚŚ w Warszawie.

CB

Winicjusz Kossakowski – CZY POLACY ZNALI PISMO IDEOGRAFICZNE?

Posted in nauka, Słowianie by bialczynski on 20 Kwiecień 2012

Zachowały się do dzisiaj tylko dwa rodzaje pisma. Fonograficzne i ideograficzne. Europa używa pisma alfabetycznego w którym obowiązuje tylko jedna zasada – „Jedna głoska – jeden znak”.  Stworzono wiele alfabetów, ale tej zasady nikt nie może ominąć.

Jakie zasady obowiązują w piśmie ideograficznym?

Zawiłości pisma chińskiego przybliża nieco praca Chuangliang Al Hunga.

„Istnieją dwa główne rodzaje znaków – piktogramy i ideogramy. Gdy patrzycie na piktogram możecie dostrzec szkic czy obraz tego, co on przedstawia. Dla pojęć bardziej abstrakcyjnych trzeba tworzyć ideogramy, które przedstawiają daną myśl”.

Na podstawie ideogramu dla słowa „śmiecie”, autor wskazuje jakie obowiązują zasady przy tworzeniu i rozczytywaniu znaków.

Ideogram słowa – śmiecie.

Jak widzimy w jego skład wchodzi wiele rysunków, rozpoznawalnych nawet dla czytelnika polskiego.

1) Jest to rysunek drzewa, podobne można spotkać na polskich mapach terenowych, oznaczają one las iglasty. W wypadku ideogramu rysunek jednego drzewa oznacza liczbę pojedynczą. Aby zapisać liczbę mnogą musimy znak powtórzyć. Rysunkiem trzech drzew zapisuje się słowo las. W rozpatrywanym ideogramie w lewym górnym rogu mamy rysunek trzech drzew, czyli słowo – las.

2) Rysunek nr 2 przedstawia sylwetkę człowieka w rozkroku z rozkrzyżowanymi ramionami, ale bez głowy. Podobny zapis w Polsce sprzed kilku tysięcy lat zachował się w kopalni krzemienia, oraz na urnie glinianej odnalezionej w miejscowości Biała pod Łodzią. Nasze ludziki mają głowy a nawet palce. Znakiem tym zapisano słowo – człowiek.

3) Rysunkiem ludzika z ramionami ułożonymi jak przy trzymaniu dziecka,  zapisano słowo kobieta, matka.

4) Ludzikiem – mężczyzny z dodatkowym znakiem szachownicy pola ryżowego na dole znaku, zapisano słowo rolnik, chłop. Jak widzimy dodatkowy znak zmienia znaczenie poprzedniego i stanowi nowy ideogram.

5)  Po prawej stronie znaku -  śmiecie, widzimy rysunek trzech ptaków w locie. Według chińskiej mitologii dusza człowieka odlatuje ptakiem. Rysunki tych ptaków określają stan ludzików leżących pod lasem.

Dokładne znaczenie znaku – „Pod lasem leży dużo trupów”.

No dobrze. Znak w tym wykonaniu jest czytelny, ale gdzie tutaj słowo – śmiecie?

W ideogramach obowiązuje zasada: Trzeba stawiać nasuwające się pytania i szukać na nie odpowiedzi.

Jeżeli pod lasem leży dużo trupów, to co trzeba z nimi zrobić?

- Oczywiście pochować a teren posprzątać.

Jeżeli sprzątamy, to co wynosimy po sprzątaniu?

Śmiecie.

W ten sposób znak został zapisany i odczytany, a przy tej okazji poznaliśmy wiele innych ideogramów którymi możemy się już posługiwać i tworzyć nowe pojęcia.

Pan Chuangliang twierdzi, że tym samym znakiem można zapisać np. pole bitwy, czy inny kataklizm. Znaczenie całego ideogramu określają inne znaki w zdaniu.

To nie wszystko.

Odczyt ideograficzny nie jest ostateczny i zmienia się w zależności od kondycji psychicznej i fizycznej czytającego.

Jak wynika z tego przykładu obowiązują zasady:

1) Poszczególne rysuneczki muszą być rozpoznawalne.

2) Dodatkowe znaki określają już napisane i zmieniają znaczenie ideogramu. Powstaje nowy ideogram traktowany jako całość.

3)  Aby zrozumieć napisany ideogram należy zadawać sobie pytania wynikające z rozczytanego znaku i tworzyć odpowiedzi. Czyli: Musimy przy czytaniu myśleć. Jeżeli wyłączymy myślenie niczego nie będziemy w stanie zrozumieć.

***

Zaopatrzeni w chińską wiedzę spróbujemy odczytać napis na urnie sprzed wieków, odnalezionej w Białej pod Łodzią. Zakładam, że jest on wykonany pismem ideograficznym.

W pierwszej kolejności spróbuję rozczytać budowę ideogramu słońca zwanego swastyką, oraz zrozumieć drugi ideogram podobny do swastyki. Następnie cały znak uznany przez uczonych za „ Ręce Boga”. Ten znak, na dole wazy, pomaga zrozumieć górny zapis.

Pod Nr 1, mamy zapis stron świata, a tak naprawdę – Stron Nieba, ponieważ wyznaczają je gwiazda polarna i słońce w czasie południa i równonocy.

Pod Nr 2, znakiem czterech stron nieba, czyli krzyżem równoramiennym, zapisujemy słowo – Niebo i od tego momentu jest to ideogram Nieba.

Pod Nr 3, zapisujemy pierwsze i najważniejsze światło na Niebie. Na ideogramie nieba zapisujemy tą wiadomość przez narysowanie jednej kreseczki na krańcach krzyża, co czyta się – Pierwszy na niebie. Sądzę, że zapis jest logiczny.

Mamy ideogram słońca.

Korzystając z chińskich technik budowy i czytania ideogramów, tym znakiem możemy zapisać również inne słowa. Gdy świeci słońce jest dzień i jest światło, zatem możemy tego ideogramu użyć do zapisu tych słów. Jeżeli zestawimy go z sylwetką człowieka, zapiszemy słowa – „człowiek oświecony, uczony”. Przejdźmy do odczytu następnego znaku.

Pod Nr 4,  zapisujemy drugie, pod względem ważności, ciało niebieskie, czyli księżyc. Na planie nieba, czyli krzyża równoramiennego, rysujemy po dwie kreski na końcach ramion. Stworzyliśmy w ten sposób ideogram księżyca. Proszę zwrócić uwagę na budowę tych znaków. Mamy zapis nieba a na nim ponumerowane pod względem ważności ciała niebieskie.

Przez analogie do poprzedniego ideogramu tym możemy zapisać słowo Noc, Ciemno.

Gdy zestawimy ideogram słońca i księżyca, czytamy 1) Słońce i księżyc. 2) Dzień i Noc.

Ponieważ dzień i noc jest dobą,  mamy ideogram dla doby oraz dla czasu. Aby zapisać współczesną godzinę  korzystamy z zasad  matematyki i ideogram doby dzielimy na dwadzieścia cztery.

Aby zapisać miesiąc do ideogramu księżyca dodajemy cyfrę, ta z przodu ideogramu wskazuje ile to miesięcy zapisaliśmy a  cyfra za ideogramem księżyca wskazuje kolejny miesiąc np. maj.  Wydaje mi się, że zapis jest czytelny. Teraz rozczytajmy jakie treści  niesie z sobą zapis „Ręce Boga”.


Ustaliliśmy wcześniej, że krzyż równoramienny jest ideogramem nieba, a dorysowywane kreseczki stanowią zapis ciał niebieskich, zatem mnóstwo kresek na ideogramie nieba może być ideogramem mnóstwa gwiazd. Ideogramem rozgwieżdżonego nieba. Ideogramem kosmosu.

Jak rozczytać wyżej skreślony znak?

W ideogram kosmosu wpisano, na przemian ideogramy słońca i księżyca. Czytamy: słońce, księżyc, słońce, księżyc, słońce księżyc itd. Znaki czyta się bez końca.

Co to może znaczyć?

1) Prawo kosmosu i prawo świata, czyli cykliczny ruch po kole, który trwa bez końca. W ruch ten zaklęte jest również prawo ciążenia. Ruch ten obowiązuje nie tylko kosmos, ale i atomy z których zbudowana jest materia.

2) Nie zdziwiłbym się, żeby to był również ideogram Boga. Takie pojęcie Boga jest  głęboko przemyślane. To nie jest, niezbyt rozgarnięty Jahwe z długą i siwą brodą, którego mądrzy rabini uczą rozumu.

Spodziewam się, że moje wątpliwości rozwieje zapis na górnej powierzchni naczynia.

Spróbujmy napis rozczytać tak jak jest narysowany a dopiero później sięgniemy do chińskich zasad zrozumienia znaku.

***

Z ideogramu księżyca wypada młodzieniec na koniu. Przebywa swoją drogę w czasie i zamienia się w ducha, który również ma swego konia i swoją drogę do przebycia. Z ducha rodzi się następny młodzieniec i po pewnym czasie znowu duch. Cała ta procesja zmierza w kierunku ideogramu kosmosu. Znak, który omawiałem poprzednio sugeruję, że to towarzystwo ma być wpisane w wolne pola krzyża, tak samo jak znaki słońca i księżyca na powyższym ideogramie.

Nie mam żadnych wątpliwości, że to jest już zapis wierzeń religijnych.

1) Człowiek na koniu, to człowiek w podróży, który ma do przebycia pewien odcinek drogi życia.  Można tym znakiem zapisać podróż i drogę. W tym wypadku mamy zapis: Człowiek od momentu narodzenia aż do śmierci ma  do przebycia swoją drogę. Następuje śmierć, jego dusza nie umiera, ale również ma do spełnienia swoje zadanie. Dusza człowieka jak ziarno, ma zaklęte w sobie życie. Gdy ziarno trafia w ciemność ziemi, puszcza korzenie i z niego rodzi się nowe życie.

Jak widzimy na rysunku – Dusza spełniła swoje zadanie i wyszła z ideogramu księżyca, czyli z ciemności, jako odrodzony człowiek. Po śmierci człowieka znowu wraca na księżyc, by dać życie następnemu pokoleniu.

Jest to zapis słowiańskiej wiary w reinkarnację, ale bez podtekstów politycznych jak w wierzeniach Hindusów.

Te obrazki wpisane w ideogram kosmosu są zapisem cykliczności życia nie tylko człowieka, ale  i życia całego kosmosu a zatem i życia niepojętego Ziarna Kosmosu, Ducha Kosmosu, Boga.

Tekst ten wyjaśnił więcej niż się spodziewałem i potwierdza spostrzeżenia niektórych polskich naukowców.

Pan królestwa Dusz  Nyja wywodzi swoje imię od słowa NYĆ – chudnąć, tak jak to czyni księżyc. Dolna postać ze „słupa” wyłowionego ze Zbrucza posiada trzy twarze. Jedna kwadra jest niewidoczna, sugeruje to, że Tryglaw jest bóstwem księżyca – może Nyjem, z którego wychodzą dusze dając życie ludziom i bogom. To On wykonuje najcięższą pracę i cały świat jest na jego  głowie a spełnia zadanie boskie podobne do zadań ludu, który bierze na siebie najcięższą pracę i żywi cały naród. To z ludu wyrośli ci co są na górze.

Staje się zrozumiała nazwa bóstwa z Prilwitz – Rżatro  – Potrójne Żyto związane z życiem.

Winicjusz Kossakowski

Tagged with: ,

Winicjusz Kossakowski – Bracteate Vadstena (Suplement do Polskich run – 3)

Posted in nauka, niesamowite zagadki, Starosłowiańska Świątynia Światła Świata, Słowianie by bialczynski on 19 Kwiecień 2012

Jan Wichrzyciel – BÓG UROJONY Rychard Dowkins

Posted in nauka by bialczynski on 18 Marzec 2012

Redakcja prezentuje lecz nie podziela opinii obu panów i byłaby wdzięczna czytelnikom za wykazanie nieścisłości w powyższym tekście.

CB

BÓG UROJONY Rychard Dowkins

 

Fragment z pracy Rycharda Dowkinsa „Bóg urojony”

„Bóg Starego Testamentu to chyba jeden z najmniej sympatycznych bohaterów literackich: zawistny( i z tego dumny), małostkowy i niesprawiedliwy, typ z manią na punkcie kontrolowania i niezdolny do wybaczenia, mściwy i żądny krwi, zwolennik czystek etnicznych, mizogin, homofob i rasista, dzieciobójca o skłonnościach ludobójczych (i morderca własnych dzieci przy okazji), nieznośny megaloman, kapryśny i złośliwy tyran”.

Tymi słowy uczony scharakteryzował bóstwo Habirów, nie zdołał jednak zauważyć, że to jest świetna charakterystyka jego wyznawców, którzy nie są urojonymi.

Przy charakterystykach innych religii zrobił to samo, dał mimowolnie charakterystykę  wyznawców.

Czy jest tak trudno zauważyć, że każda religia jest jedynie ideologią, która ma zapanować nad ludem, aby zapewnić mu przetrwanie. Pierwotna nazwa Habiri -  znaczy bandyci. Czy ludzie żyjący z mordu, grabieży i oszustwa mogą mieć Boga rolników uzależnionych od pogody i urodzaju?

Wymyślili sobie takiego, który im odpowiadał i leczył sumienia.

Religia przeciwstawna mozaizmowi, czyli chrześcijaństwo ze słodziutkim Jezusikiem, idącym dobrowolnie na śmierć, była zmyślona na potrzeby Rzymu w celu utrzymania w ryzach buntujących się ludów imperium. Chrześcijanin to niewolnik władzy, choćby władcą był sam Lucyfer.

Dostaje chrześcijanin w kufer od potomków szatana i cieszy się z cierpienia, niezdolny zauważyć, że takim postępowaniem  poleruje diabłu rogi.

Tylko w takim układzie chrześcijaństwo jest przedłużeniem mozaizmu, co wcisnął chrześcijaństwu „młodszy brat starszych braci”.

Jeżeli naród chce przetrwać musi przemyć sobie oczy i rozum.

Jan Wichrzyciel

Redakcja:

mozaizm (fr. mosaisme z gr. Mosés ‘Mojżesz’ z hebr. Mosze) religiozn. monoteistyczna religia narodu żydowskiego, oparta na nauce Mojżesza, uznająca za jedynego boga Jahwe, judaizm; w wąskim zakresie wczesna forma judaizmu.

Hasło opracowano na podstawie „Słownika Wyrazów Obcych” Wydawnictwa Europa, pod redakcją naukową prof. Ireny Kamińskiej-Szmaj, autorzy: Mirosław Jarosz i zespół. ISBN 83-87977-08-X. Rok wydania 2001.

Habiru (także Habiri, Khabiri, Hapiru, `Apiru, `Eperu) to starożytna nazwa grupy ludzi zamieszkujących rejon Syropalestyny, którzy nie posiadali własnego państwa. Byli przybyszami (zza Eufratu) i prowadzili głównie koczowniczy tryb życia, przez co można ich porównać do wędrownych Cyganów. Do grupy tej należeli głównie Huryci i Semici, zaś w starożytnych inskrypcjach występują jako włóczędzy i rabusie, zaciężni wojownicy, słudzy i niewolnicy oraz kupcy i handlarze. Z racji zbliżonego brzmienia oraz wspólnego źródłosłowu nazwy, podobnego stylu życia, a także relacjach o podboju Kanaanu w listach amarneńskich wielu uczonych uważa, że do grupy tej zaliczano także Hebrajczyków.

Etymologia nazwy

G. Kline[1] w swojej pracy doktorskiej The Habiru: Kin or Foe of Israel poświęcił wiele miejsca dogłębnej analizie pochodzenia słowa Habiru[2]. Zaprezentował on różne opcje genezy słowa postulowane przez uczonych:

  • nomad, koczownik – od semickiego czasownika `br (=mijać, przechodzić [z miejsca na miejsce]); możliwe pokrewieństwo z terminem Arab
  • obcokrajowiec – od semickiego czasownika `br (=przejść, przekroczyć [granicę]);
  • ten z drugiej strony (rzeki) – od semickiego przyimka `br;
  • zakurzony podróżnik – od semickiego rzeczownika `apar (=kurz, proch);
  • zaopatrywany w żywność – od akadyjskiego eperu (=dostarczać, zaopatrywać) lub od egipskiego `pr (=wyposażać);
  • kupiec, handlarz – od sumeryjskiego IBIRA o tym samym znaczeniu;

Jako że w języku akadyjskim odpowiednikiem ha-BI-ru był ideogram SA-GAZ, czytany w niektórych miejscach jako habbatum proponowano następujące rozwiązania:

  • dusiciel, morderca, procarz – od ideogramów SA (=sznur, ścięgno) oraz GAZ (=uderzyć, zabić);
  • rabuś – od formy qattal rdzenia habatu (=plądrować);
  • pracujący za żywność – od formy nomen professionis rdzenia habatu (=pożyczyć, otrzymać, uzyskać);
  • najeźdźca lub wędrowca, emigrant, przybysz – od habatu (=przemieścić się, przejść za, zrobić łupieżczy wypad na terytorium wroga);

Zauważono także podobieństwo do arabskiego habata oznaczającego wędrować. Znaczenie wędrować, przekroczyć, mijać, przemieszczać się jest wspólne także dla semickiego `br i akadyjskiego habatu. W języku staroegipskim odpowiednikiem terminu habiru był apiru (`pr.w).

Należy przy tym zwrócić także uwagę na genezę słowa Hebrajczyk. W języku hebrajskim brzmi ono ibri (עברי) i oznacza ten zza lub będący spoza, czyli przychodzień, przybysz, obcokrajowiec. Potwierdzenie takiego tłumaczenia można znaleźć w nazwach geograficznych wywodzących się z tego samego rdzenia, np. Abarim (עברים = rejony poza, pasmo górskie w Moabie po wschodniej stronie Jordanu naprzeciwko Jerycha) lub Ebrona (עברינה = przejście, jeden z etapów wędrówki Izraelitów przez pustynię niedaleko Esjon Geber, obecnego Ejlat). Także słowo gniew (ebra, עברה) zawiera w sobie znaczenie przelania się, przepływu z nadmiaru. Zapisywany identycznie wyraz abara tłumaczono jako równina [pustyni] lub prom (2 Księga Samuela 15:28, 17:16, 19:18). Wszystkie one pochodzą od wspomnianego wcześniej słowa abar czy też eber (עבר) o znaczeniach minąć, przekroczyć, przejść, za, poza, [druga] strona, stąd też imię Eber (Księga Rodzaju 10:21-11:17) oznacza obszar poza.

Można się jedynie domyślać, że narody zamieszkujące Kanaan używały terminu ibri (=pochodzący spoza, emigrant, przybysz) w odniesieniu do różnych grup napływających do Palestyny z obszarów Mezopotamii. Widać to na przykładzie Abrahama, który został nazwany hebrajczykiem dopiero jako wędrowny przybysz w Kanaanie (Księga Rodzaju 14:13). Podobnie też, termin ten został użyty kilkakrotnie przez Egipcjan w odniesieniu do Józefa jako niewolnika z okolic Palestyny na długo przed powstaniem narodu hebrajskiego (Księga Rodzaju 39:14.17, 41:12). Sam Józef nazywa Kanaan ziemią Hebrajczyków, chociaż jego rodzina liczyła wówczas mniej niż 70 osób (Księga Rodzaju 40:15). Z kolei werset z Księgi Rodzaju 43:32 może oznaczać, iż Egipcjanie zwyczajowo nie jadali przy wspólnym stole z Hebrajczykami. Wszystkie przypadki użycia nazwy Hebrajczyk w księdze Rodzaju sugerują, iż termin ten był pierwotnie używany nie tylko w odniesieniu do Izraelitów, lecz oznaczał wszelkich bezpaństwowców przybyłych zza Eufratu, którzy wędrowali po Kanaanie.

W powyższym kontekście bardzo ciekawe użycie imienia Eber (עבר) znajduje się w Księdze Liczb 24:24,

Przybędą bowiem okręty Kittim, pognębią Aszszur, pognębią też Eber, ale i oni przepadną na zawsze.

Balaam określa tu mianem Eber naród lub kraj, który – jak się wydaje – sąsiaduje z Asyrią i może oznaczać rejon znajdujący się za rzeką, czyli po drugiej stronie Eufratu. Także w księdze Rodzaju 10:21 czytamy:

Również Semowi, praojcu wszystkich Hebrajczyków [dosł. synów Ebera] i starszemu bratu Jafeta, urodzili się [synowie].

Zwrot wszyscy Hebrajczycy (wszyscy potomkowie Ebera) z pewnością odnosi się do różnych szczepów, plemion czy narodów, które Biblia określa hebrajskimi. Jednym z nich byli właściwi Hebrajczycy znani później jako Izraelici.

 

Tagged with: , ,

Tajemnica Srebrnego Byka z Radymna a Przemyski System Kopców i Świętych Wzgórz


Oto wygląd znaleziska, które ważyło według jednych relacji 0,84 kg a według innych 1,5 kg srebra próby 82%. Jest to posąg wykonany z blachy lub litego srebra, pozłacany, z oczami wysadzanymi drogimi kamieniami , najprawdopodobniej diamentami.

Od ponad 200 lat badaczy, archeologów ale także wszelkiego rodzaju poszukiwaczy skarbów fascynuje tajemnica Srebrnego Byka z Radymna. W artykule, który tutaj przytaczamy za portalem Odkrywcy.pl, a który został opublikowany w maju 2011 roku w „Archeologii żywej”  kilka faktów zastanawia i nakazuje wnikliwą analizę zdarzenia. Pierwszy z nich to, zatajenie prawdy przed austriackimi władzami, ewidentny dowód na działalność Strażników Wiary Przyrodzonej w Galicji w momencie dokonania odkrycia i kiedy decydowały się losy skarbu, czyli w roku 1826.

Drugi to datacja. Ogłoszono, iż odkrycia dokonano 26 czerwca 1826 roku. Dzień odkrycia musimy przyjąć na podstawie notatki, a odkrywcy pozostali anonimowi. Cała sprawa może być mistyfikacją sprokurowaną przez Strażników Wiary po to, aby temat wszedł do „historii” i dotarł do wiadomości powszechnej współczesnych i do przyszłych pokoleń. Zdarzenie może być jednak prawdziwe.

Daty 20 i 26 są stemplem Wiary Przyrody i Starosłowiańskiej Świątyni Światła Świata. Ten stempel stosowano od dawien dawna, czasami nawet niekoniecznie jako umieszczanie dokładnie liczb 20 lub 26, lecz jako datowanie w przedziale od 20 do 26. Suma tych cyfr (czert) daje 1 – symbol Boga Bogów – Jedności i Najwyższego.

20 i 26 to bowiem kulminacje  wielkich miesięcznych świąt Wiary Przyrodzonej Słowian powstałe z przełożenia faktycznego święta przypadającego zawsze w najbliższą tych dat Pełnię Księżyca na Kalendarz Słoneczny. Tym razem obrano datę Pełni = 26 = 8. Całkowita data tego odkrycia sprowadza się do czerty 4 – wielkiej świętej czerty Światowita-Światła Świata, będącej połową Pełni.

Nie chcę tego wątku ciągnąć dalej – wnikliwi badacze i skrupulatni tropiciele mają tu dosyć wskazówek. Manipulacja datami jest działaniem banalnym i całkowicie zależnym od człowieka. Wybór daty na dzień odkrycia, czy ogłoszenia czegoś, zawarcia ślubu, wybór „właściwej” daty imienin, a nawet narodzin dziecka nie jest szczytem ludzkich  możliwości intelektualnych i zdolności manipulacyjnych. Jednocześnie większość osobistych dat pozostaje sprawą prywatną bądź rodzinną, nie rzucającą się w oczy postronnych. Bywają jednak zdarzenia wymagające publicznego zaistnienia. Tu także wybór daty zależy od ogłaszającego.

Sama datacja odkrycia i jej upowszechnienie w historii może się wydawać dowodem zbyt słabym, lecz dowiedziemy dużo głębszych nieprzypadkowych związków osób zamieszanych w zniknięcie skarbu, ze Strażnikami Wiary Przyrodzonej Słowian (SWPS). To oni, Strażnicy Wiary sprawili, że Srebrna Głowa Byka nie pojechała do Wiednia a została na naszych ziemiach i zniknęła w tajemniczych okolicznościach w roku 26-stym XIX wieku. Trudno powiedzieć co się z nią ostatecznie stało, lecz przypuszczenia kierują nas ku zamkowi Wysocko i jego ówczesnym właścicielom. Ale po kolei.

Trzecia rzecz niezwykła, jaka rzuca się w oczy, to inne cyfry, również podane w artykule. Cyfry, które w zadziwiający sposób korelują z interwałami odległości występujących w odwzorowaniach gwiazdozbiorów Nieba w Systemach Świętych Wzgórz i Kopców, a szczególnie w Systemie Wawelskim – w odwzorowaniu Oriona w Małopolsce (Białej Chorwacji – Kharpatii – Haracie; kto zna nazwę Gorce i Harce-Harz ten wie że mówimy tutaj na 100% o Nowej Kolibie – właściwym terytorium poszukiwanego przez uczonych Wharatu-Bharatu).

Kolejna zwracająca uwagę sprawa to nazwy miejscowe związane z odkryciem, czyli samo miejsce znaleziska nad rzeką San – Radymno i rzeka Rada, ale także inne nazwy występujące w tej historii, które nie są przypadkowe, a o których powiemy za chwilę.

CB

Ale na początek oddajmy głos autorowi artykułu:

Michał Parczewski

Srebrna głowa byka

To opowieść o jednym z najdziwniejszych i najbardziej fascynujących znalezisk archeologicznych w Polsce. Tajemnica otacza rodowód zabytku oraz przynależność etniczną wytwórców.

Pod znakiem zapytania stoi kompletność formy unikatowego posągu, nic nie wiemy o pierwotnej funkcji, przyczynach i okolicznościach jego ukrycia lub porzucenia, wreszcie o losach tego osobliwego przedmiotu po wydostaniu go na światło dzienne.

Byk z Sanu

Srebrną głowę byka, wyciągniętą 26 czerwca 1826 r. z Sanu w pobliżu miasteczka Radymno, znamy ze starej ryciny przechowywanej w Muzeum Archeologicznym w Krakowie. Podpis głosi, że:

„Głowa iest srebna wyzłacana i dęta, wielkość teyże iako bydlęcia mającego lat 2,
rogi teyże głowy maią cali 14 długości. (…) Korpus tey głowy
został w Wodzie.(…) znaleziona dnia 26 Juny. 826.”

O odkryciu mówi również relacja „Gazety Warszawskiej” z lipca 1826 r., w swoim czasie wydobyta z zapomnienia przez J.Głosika. Otóż:

„Głowa ta z ciągnionego srebra trzynastey proby zrobiona, niegdyś pozłacana,
waży do trzech funtów Wiedeńskich [tzn. ponad półtora kilograma – MP].
Kształt iey iest iakiegoś zwierzęcia niewiadomego (…). Musi reszta potworu
tego znaydować się na dnie, bo białość srebra w odłamaniu dowodzi
świeże oderwanie głowy od korpusu. Miałem tę głowę w mych rękach (…).
Rząd kraiowy (…) postawił straż na brzegach i trudni się robieniem skrzyni, żeby
wypompować wodę i dalsze czynić poszukiwania. (…) rybacy utrzymuią,
że korpus zwierzęcia tego (…) naymniey dwa łokcie przysypany iest piaskiem.”

Jedyne w swoim rodzaju dzieło dawnego rzemiosła artystycznego zaczęło przykuwać uwagę archeologów dopiero po upływie stulecia od niespodziewanego „połowu”, niekiedy zresztą wyprowadzając badaczy na manowce. Do dzisiaj nie udało się odnaleźć stuprocentowych analogii do nietypowego przedmiotu, a szczególne okoliczności odkrycia (korpus tey głowy został w wodzie [!]), potęgują aurę niezwykłości.

Czy – jak przypuszcza część znawców kultury lateńskiej – wyrób powstał w środowisku celtyckim, ponad dwa tysiące lat temu? Według opinii specjalistów (Z. Woźniaka i T. Bochnaka) przedmiot ten ma jednak niepewną genezę i chronologię. A może – w nawiązaniu do dawnego odkrycia skarbu z Choniakowa na Wołyniu (jedna z tamtejszych głów zwierzęcych jest w zbiorach The Metropolitan Museum of Art w Nowym Jorku) – trzeba przyjrzeć się uważniej wytworom sztuki późnosasanidzkiej (V–VI w. n.e.)?

Ponieważ w jednym z XIX-wiecznych pamiętników natrafiłem na przekaz, że zabytek wzięto (…) do zbioru starożytności w Wiedniu, przy pierwszej okazji sprawdziłem tę relację u źródła, w archiwum Kunsthistorisches Museum. Ku mojemu przyjemnemu zaskoczeniu zachowały się dwa pisma w sprawie znaleziska z Radymna. W grudniu 1826 r. dyrektor C.K. Gabinetu Monet i Starożytności pytał o bliższe dane na temat odkrycia starożytnego przedmiotu z pozłacanego brązu. W odpowiedzi urząd C.K. Nadkomorzego [Oberstkämmereramt] podał m.in.: „Znalezisko składa się z kilku fragmentów przedniej części posągu, który został uformowany z blachy miedzianej i przedstawia rogatą figurę zwierzęcą. Znalezisko zostało dokonane przez rybaków w zatoce rzeki San przy północno-wschodnim krańcu osady targowej Radymno i Wysocko, 360 sążni wiedeńskich od pierwszej miejscowości i 1650 sążni wiedeńskich w prostej linii od zamku Wysocko (…). Ponieważ zachowane fragmenty pod żadnym względem nie mają wartości, c. k. gubernator krajowy Galicji sądzi, że powinno się poniechać przesyłki [do Wiednia], a znalezisko ofiarować narodowemu zakładowi naukowemu w Galicji.”

Urzędowa odpowiedź sygnowana przez hrabiego Czernina zawiera kilka informacji kapitalnej wagi, które rzucają nowe światło na nasze znalezisko. Jak widać wyjaśnieniu sprawy nadano wysoki priorytet urzędowy. Wiedeń zwrócił się do gubernatora krajowego Galicji, centralnego organu austriackiej administracji z siedzibą we Lwowie. Zlekceważenie w przytoczonym piśmie rangi zabytku (który miał wszelkie szanse, aby stać się łakomym kąskiem dla kolekcji wiedeńskich) to jedna z zagadek, które próbuję rozwiązać w innym miejscu. Tu ograniczymy się do wykorzystania tych przesłanek, które mogą posłużyć do dokładniejszego zlokalizowania rejonu odkrycia.

Rzecz nie jest prosta, gdyż przebieg koryta Sanu w pierwszej połowie XIX w. (rzeka meandrowała wówczas swobodnie w obrębie doliny zalewowej o szerokości około 4 km) wykazywał się dużą, nieraz gwałtowną zmiennością, a nie dysponujemy kartogramem, na którym zostałby zarejestrowany stan ściśle z roku 1826.

W dokumencie z 1827 r. wyliczono odległości z dwóch punktów oddalonych od siebie o około 4 km, w Radymnie i w Wysocku, miejscowościach położonych na przeciwległych brzegach Sanu. Stosując przelicznik 1 sążeń wiedeński = 190,16 cm (wg J. Szymańskiego), otrzymujemy następujące wyniki: pierwszy odcinek mierzony z Radymna, tzn. 360 sążni = 684,5 m; drugi odcinek mierzony z Wysocka, tzn. 1650 sążni = 3137,6 m. Za narzędzie analizy kartograficznej mogły posłużyć sporządzone pod koniec XVIII i w XIX w. wielkoskalowe (1:28 800) mapy austriackie, w tym tzw. mapa Miega (1779–1782) oraz tzw. „zdjęcie franciszkowskie” (1862–1863). Na obydwu mapach naniesiono cyrklem kręgi o promieniach odpowiadających dystansom 684,5 i 3137,6 m. Ten sam obraz nałożono na mapę współczesną. Stosunkowo wąska strefa (50–170 m) nakładających się na siebie zasięgów obydwu odcinków to najbardziej prawdopodobne miejsce odkrycia.

Co dalej? Wróćmy do tych partii dawnych opisów znaleziska, które zdają się zapowiadać, że przygoda archeologów z unikatowym dziełem starożytnego artysty być może jeszcze nie dobiegła końca. Czy rzeczywiście pozostał w ziemi korpus zwierzęcy, od którego oderwano tylko głowę? W taką szansę, również i dzisiaj pobudzającą wyobraźnię, wcale wtedy nie wątpiono…

Michał Parczewski

To znaleziska znad Bałtyku – bycze główki niewielkich rozmiarów, zakończone kulkami na rogach. Takie kulki na Głowie Byka z Radymna mają świadczyć o jego celtyckim pochodzeniu. Jak widać, nie tylko Celtowie umieszczali kulki na rogach byków, więc wydaje się, że to wniosek mało uprawniony, chociaż nie da się wykluczyć tutaj celtyckiego wpływu kulturowego. Jak widać archeologia to często spekulacje. Na dodatek stylizacja na celtycką kulturę absolutnie nie jest równoznaczna, z faktem że Celtowie byli między rokiem 300 p.n.e. a 100 n.e. nad Sanem. Czyż w Tychach nie produkuje się dzisiaj Fiatów a zaraz obok Opli? Czy z tego można wywnioskować, że Polska w roku 2012 została zajęta przez Włochów, że jest okupowana przez Niemcy, że przybyła na te ziemie ludność romańska lub germańska, albo coś podobnego?

Co możemy powiedzieć jeszcze o głowie byka z Radymna?

Z pewnego portalu poświęconego skarbom

„…Głowa byka została wykonana ze srebra wysokiej próby. 81,25% srebra. Niezwykłego charakteru dodawały jej złote wykończenia. Prawdopodobnie umieszczono je z przodu głowy oraz na szyi. Zachwyca jednak szczegółowość wykonania i koncentracja na detalach. To niesamowite, zważywszy na czas powstania rzeźby.

Postać byka jest niezwykle popularna m.in. w mitologii greckiej. Symbolizuje siłę i odwagę.

Posąg mógłby być dzisiaj  jedną z najciekawszych atrakcji turystycznych w Polsce. Jednak tak nie jest. Dlaczego? Głowa niedługo po jej odkryciu zaginęła!

Wokół jej zniknięcia narosły liczne legendy. Wielu znawców uważa, że głowa została zabrana przez urzędników austriackich do Wiednia. Dziś nie ma tam jednak po niej śladu. Inni mówią o ukryciu przez lokalnych mieszkańców. Na to także nie ma dowodów.

Jedno jest pewne. Pozostała część posągu ciągle nie została odnaleziona. Istnieje zatem prawdopodobieństwo, że ktoś zupełnie przypadkiem ją odkryje…”

Ja dodam od siebie, że nawet to nie jest pewne, czy reszta byka leży w ziemi – w ziemi, bo oczywiście dzisiaj koryto rzeki biegnie inaczej niż w roku 1826. Być może wydobyto pozostałą część byka – i to wcześniej zanim doniesiono komukolwiek o tym znalezisku. Oto na rycinie powyżej – zamieszczonej w pracy Archeologia Barbarzyńców 2008 – celtyckie głowy bycze z kulkami, z różnych stanowisk w zachodniej Europie, a także ze Stradonic w Czechach. Naszego byka z Radymna przypisuje się uparcie do tej kategorii znalezisk, jednak są zasadnicze różnice, które powodują że jest to znów – delikatnie mówiąc – mało zasadne. Przede wszystkim wielkość naszego Srebrnego Byka, który w porównaniu do celtyckich skarbów jest olbrzymem, poza tym to że był srebrny a nie brązowy czy miedziany, wreszcie geometryczne ornamenty na szyi, które go wiążą z archeologicznymi artefaktami przedstawionymi poniżej,  przypisywanymi plemionom dracko-dachijskim (gąckim) czyli tracko-dacko-geckim.

A oto trackie figurki z rogami, których wspólną cechą z Bykiem Radymniańskim jest pokrycie szyi zwierząt geometrycznymi wzorami.

Co jeszcze bardzo ciekawego łączy się z Bykiem z Radymna?

Oto fragment tekstu z którego wynika, że jeszcze w XIV wieku w Radymnie na Babiance, właśnie na północy -wschód od Radymna, stał nad Sanem kopiec poświęcony bóstwu, na którego wierzchołku znajdował się posąg – Baba, a kopiec poświęcony był „Dyanie Słowian”. Biskup Eryk z Przemyśla kazał tę babę roztrzaskać, gdy mu nadano tę ziemię z rąk Władysława Jagiełły w roku 1477. Babianka była wtedy półwyspem lub wyspą pomiędzy ramionami Sanu.

Ta sytuacja przypomina ulokowany na Beszczu w Krakowie, między Wawelem a Mogiłą, nie na żadnym wzgórzu lecz nad wodami Wisły  na wyspie, przybytek Żabiego Kruka i świątynię Bogini Wody.

Mamy tu więc kopiec i boginię Dyanę według relacji – czyli Dziewannę, ale w wyniku ciągłego mylenia przez księży-kronikarzy bogiń Słowian  z postaciami z Mitologii Greków możemy próbować podstawiać w to miejsce trzy co najmniej inne boginie, łącznie z Dziką (Dziwą) Dziewanną  – Panią Miłości: 

Ładę  – Boginię Łowów,

Reżę – Boginię  Upraw

i Śreczę-Strieczę (Sporzę) – Boginię Dobrobytu, Bogactwa i Spotkań.

Tu warto zacytować fragment pracy T. Bohnaka i G. Kieferlinga „Srebrna głowa byka wydobyta z Sanu w Radymnie” – poświęcony roli jaką mogły pełnić kulki na rogach w rzeźbach kultowych neolitu:

„… Jaką rolę mogłyby pełnić kulki na końcach rogów? Jak zauważa R. Jackson, motyw rogów z kulkami mógłby być symbolem fallicznym, jednak bardziej prawdopodobne, iż jest to oddanie rzeczywistego wyglądu rogów zwierzęcych (Jackson 1985, 170). Powszechnie zwraca się uwagę na występowanie motywu głowy byka z rogami zwieńczonymi kulkami na licznych sprzętach służących do przygotowania jedzenia; rożnach, ataszach naczyń, a zwłaszcza na wilkach ogniowych. Być może fakt ten należy powiązać z hipotezą przedstawioną w pracy O. Janse, według której kuliste zakończenia rogow miałyby symbolizować jabłka bogini obfitości (Janse 1935). E. Vial sądzi, że omawiane kulki można interpretować jako znak udomowienia lub rodzaj ozdoby (Vial 2001, 32). Zdaniem N. Ginoux, rozpowszechnienie u schyłku okresu lateńskiego na rosnącą rolę bogacącej się grupy hodowcow-wytworcow wobec malejącego znaczenia wojowników, jednak naszym zdaniem teza ta nie została poparta przekonującymi argumentami (Ginoux 2006). Uważa się też niekiedy, że przedstawienia byków z kulkami na rogach mogą mieć związek z taurokathapsia, rytualnymi igrzyskami z udziałem byków, które celebrowano w kulturze minojskiej, a następnie w starożytnej Helladzie. Kulki miałyby pełnić role ochraniaczy, podobnie jak stosuje się to do dziś przy treningach torreadorow lub podczas tourady, portugalskiej odmiany corridy. Popularność motywu byczej głowy z rogami z kulkami w kręgu celtyckim sprawia, że hipoteza łącząca głowę byka z Sanu w Radymnie z oddziaływaniami celtyckimi jest poparta ważkimi dowodami. Należy jednak zaznaczyć, że opisywany tu zabytek wykazuje jednak pewne cechy szczególne, niespotykane w sztuce celtyckiej. Mamy tu na myśli zwłaszcza ornament zdobiący przednią część pyska byka oraz jego podgardle. Umieszczono tam motywy geometryczne, przede wszystkim trójkąty. Zdobienie takie nie jest szerzej spotykane w rzeźbie celtyckiej, tak w toreutyce i innych przedmiotach metalowych, jak również i zabytkach kamiennych lub drewnianych. Drugą cechą, która odróżnia znalezisko z Radymna od typowych zabytków celtyckich przedstawiających głowy bowidow, są rozmiary i metal, z którego wykonano obiekt polski. Przypomnijmy, że miał on znaczne rozmiary (długość rogow 0,297 – 0,3465 m, szerokość łba na ok. 0,22 m waga blisko 0,85 kg) i został wykonany ze srebra. Był to metal nieczęsto stosowany w kręgu celtyckim. Wśród srebrnych wyrobow znaczących rozmiarow, ktore są łączone z Celtami, w pierwszej kolejności należy wymienić kocioł z Gundestrup oraz srebrny torques z żelaznym rdzeniem, znaleziony w Trichtingen. Inne srebrne torquesy, z Macon i Pallon au Val Freissinieres, są znacznie mniej okazałe (Megaw 1970, 78). Co istotne, zarowno w przypadku kotła z Gundestrup, jak i naszyjnika z Trichtingen, zwraca się uwagę na istnienie cech odmiennych od stylistyki celtyckiej (Goessler 1929; Kimmig 1981, 193; Pittioni 1984, 48, 49; Fischer 1987). Wśrod nieceltyckich elementow stylistyki torquesu z Trichtingen wymienia się m.in. obecność ornamentu geometrycznego. Ornament trojkątow i rownoległych linii biegnie wzdłuż niemal całego naszyjnika. Kolejną atypową cechą torquesu z Trichtingen jest ukształtowanie zakończeń w kształcie byczych głow, co stanowi element  niespotykany w środowisku celtyckim, natomiast występujący w kulturze Trakow oraz w środowisku perskim w Azji Mniejszej. Zwraca się rownież uwagę na surowiec, z ktorego wykonano torques. Srebro było stosunkowo rzadko wykorzystywane w toreutyce celtyckiej, znacznie częściej używano złota lub brązu. Wymienione cechy sprawiają, że obecnie uważa się, iż torques z Trichtingen mogł powstać w dorzeczu dolnego Dunaju (Nubling 1981). Rownież w przypadku kotła z Gundestrup, na ktorym wyobrażono m.in. jeźdźcow w hełmach z rogami zwieńczonymi kulkami, podkreśla się obecność w jego stylistyce elementow obcych tradycji celtyckiej, a nawiązujących m.in. do sztuki trackiej, greckiej i irańskiej. Szukając ośrodka, w ktorym kocioł mogł zostać wykonany, wskazuje się często strefę dorzecza dolnego Dunaju, w strefie pogranicza między Wolkami-Tektosagami, Tryballami a Skordyskami. Za hipotezą tą opowiadali się m.in. D. Berciu, T. G. E. Powell, P. Meyers, A. Bergquist i T. Taylor oraz F. Kaul i J. Martens (Berciu 1969; Powell 1971; Meyers 1982; Berquist, Taylor 1987; Kaul 1993; 2006; Kaul – Martens 1995)4. Czy zatem głowa byka z Sanu, podobnie jak torques z Trichtingen i ewentualnie kocioł z Gundestrup, rownież powstała na terenach, gdzie Celtowie sąsiadowali z Dakami lub Trakami? Taka hipoteza jest, naszym zdaniem, bardzo prawdopodobna. Na Połwyspie Bałkańskim istniała wielowiekowa tradycja srebrnej toreutyki, a przedstawienia bykow występują stosunkowo często. Można tu przytoczyć m.in. znaleziska z Craiova (Berciu 1969, 123–146) i Rogozen (Vol 1989).4 Należy jednak nadmienić, że przytacza się rownież szereg argumentow przemawiających za galijską proweniencją kotła z Gundestrup. Zwolennikami galijskiego pochodzenia tego zabytku byli m.in. O. Klindt-Jensen, G. S. Olmsted, E. Sander-Jorgensen Rowlett i R. M. Rowlett oraz R. Hachmann (Klindt-Jensen 1950; Olmsted 1979; Sander-Jorgensen – Rowlett – Rowlett 1984; Hachmann 1991). Historię badań do początku lat 80. XX w. zamieszcza R. Pittioni (Pittioni 1984). Opisane tu odmienne opinie stara się połączyć F. Falkenstein, ktory uważa, że srebrny kocioł mogł powstać na terenie Galii jako dzieło rzemieślnikow przybyłych znad dolnego Dunaju oraz toreutow miejscowych (Falkenstein 2004).”…

..”

Powyższe słowa autorów upewniają nas w tezie, że archeologia musi zrewidować wnioski jakie wysnuwa z odkryć, budując na tej bazie spekulatywną wizję przeszłości, którą nam następnie prezentuje. 

Między krajami Bałtyckimi bowiem, Skandynawią, Karpatami nad Sanem i Wisłą oraz stepami Nadczarnomorskimi i kulturami Naddunajskimi istnieje jeden generalny udowodniony przez genetykę łącznik – stale tu mieszkająca ludność o haplogrupie Y-DNA (męskiej linii) R1a1 oraz I2a2. Jeśli tych ludzi łączą związki krwi, to najprawdopodobniej przez cały czas od około 3500 p.n.e. do dzisiaj, łączy ich też w miarę podobny język, łączą ich też przekazywane przez pokolenia opowieści mityczne, wyobrażenie o świecie i wzory rzemieślnicze czy artystyczne.

To że jedno plemię czy grupa plemion wytwarza jakieś charakterystyczne artefakty nie oznacza, że ona mówi jakimś innym językiem, lecz że nie przyjmuje mody, lub odmiennego sposobu wytwarzania, od otoczenia. Z kolei to, że grupa na danym, terenie zmienia sposób zdobienia, sposób wyrobu, kształt, ornamentykę, w ogóle sposób wytwarzania, zastosowane narzędzia – koło do ceramiki lub lepi ręcznie – nie oznacza, że poprzednia grupa ludzi odeszła, wymarła, została wybita.

To błędny wniosek – sposób myślenia XIX wieczny, kiedy podbój imperialny zdawał się ludziom nauki zasklepionym w tym sposobie rozumowania jedyną formą przenikania się kultur. 

To że na jakimś terenie zaczyna się produkować samochody Fiat nie oznacza, że ludność tutejsza zaczyna mówić po włosku, lub że zmieszała się z Włochami, lub że Włosi ją podbili i zniewolili, a tym bardziej nie znaczy, iż ją zastąpili. Wzory główek z rogami zakończonymi kulką przenoszone były niezależnie od przynależności plemiennej, językowej i jakiejkolwiek innej – bo ludność R1a1 cały czas tutaj była i jest – więc zmienia się wszystko tylko nie ona – nie ona która wciąż jest potomstwem tego samego praprapra-dziada. Z dziada na pradziada przekazuje też sobie wierzeniai słowa z tymi wierzeniami związane.

[Mała dygresja. czy ktoś z was zastanawiał się kiedyś jak po węgiersku brzmi słowo bóg? Wszak to tak różny język i podobno oni plemiennie nie są Indoeuropejczykami (czyli Ariami)? Zdziwicie się bóg to ISTEN. Znacie takie słowo? Isnieć, istota, ist, istność - byt. Tyle że ist to także swaist, swastyka, świastyka, swiesdnika - światło, gwiazdy, świat, krew, kwiat. To Światło Świata - Swąt. A wiecie jak jest bóg po fińsku? Bóg to Jumala. I znów jumala to być , istnieć, mieć siebie, być sobą, skąd pochodzą takie słowa jak imać, imć, jąć, jaźń.  A od jaźni-istoty i jącia-imania-imcia i jościa-iścia-ista zarówno do Istu jak i do Jaćwierzy (Jąć Wiary) chyba niedaleko. A czy wiecie że postacie świętej wiary Persów Zoroastryzmu, które mają nadejśćby odrodzić świat to Jątowie? A czy znacie słowo jantar-jątar - jądro - istota? Czy to jest odrębność czy wspólnota turkucko-persko-ugro-fino-sybero-słowiańska? Jest też inna droga nazywania boga - od słowa dawać - dany i dający. Nie będę tutaj tego szeroko rozwijał ale niech wystarczy że tu zaliczamy i litewskiego diewsa i tureckiego tanri (od dan i tan)]

Wróćmy do Strażników Wiary Słowian. Kto był zamieszany w ukrycie wartości znaleziska przed władzami w Wiedniu? Mamy tutaj powyżej relację z miejsca znaleziska hrabiego Rudolfa Czernina, który umniejsza rangę zabytku celowo, po to by został on w kraju, zamiast zasilić skarby Wiednia dokąd wywożono wszystko co cenne z Galicji. To kłamstwo Czernina potwierdza następnie Gubernator Galicji, którym jest w tym czasie czeski książę Longin Lobkowitz, czyli Łobkowicz. Czy wiecie że książę Łobkowicz, właśnie August Longin, był wielkim znawcą starożytności i sztuki wschodu, kolekcjonerem? W spisek są zamieszane też najprawdopodobniej inne postacie, bo wiadomość do prasy warszawskiej o odkryciu przeniesiona zostaje przez posiadających w tym okresie w pobliżu miejsca odkrycia zamki i pałace oraz rozległe ziemie – w Sieniawie, Dzikowie i Wysocku , i co ważne – przebywających ówcześnie tutaj – księcia Adama Kazimierza Czartoryskiego i Izabellę Czartoryską.

[Znów dygresja. Co powiecie o samym nazwisku Czartoryskich, czyli Czarta Rysujących, czyli Czarta Rasy. Co wiecie o słowie czart, czur - chor, Chors, Horus, Har? Czy przodkowie tego zacnego i wspaniałego rodu, nie wywodzą się od starych wojowników Księżyca-Chorsa Białych Harów, Ohronów i Haronów? Czy po prostu nie byli ich przodkowie ważnymi czcicielami Czarta-Czura-Chorsa, kapłami Chorsa - czyli Czar-Rownikami? Czy nie byli jego kapłanami i książętami - kniaginami-kaganami, znawcami ksiąg? Czy myślicie, że w tym rodzie przetrwała Wiara Przyrodzona Słowiańska oraz misja wspierania przez wieki tejże wiary? Niech każdy odpowie sobie sam, porównując ich czyny i studiując zawikłane historie i fakty docierające do nas z pomroki dziejów. To czego Czartoryscy dokonali dla Wiary Przyrodzonej Słowian jest nie do przecenienia. A jednym z tych faktów i wydarzeń jest ich udział w odkryciu Srebrnego Byka z Radymna oraz fundowaniu tutaj po okolicy licznych zamków i kolekcji sztuki i kolekcji zabytkowych przedmiotów zebranych z dziejów Polski - w tym znalezisk archeologicznych.Inny znany wielki ród wspierający wszelkie tego rodzaju działania i fundujący w pobliskim Lwowie towarzystwo własnego imienia to Ossolińscy.]

Książę Czartoryski jako fundator polskich Aten w Puławach i budowniczy Świątyni Sybilli tamże, a także protektor Panteonu i pracy Bożyca Bronisława Trentowskiego, która następnie trafiła do zbiorów FUNDACJI CZARTORYSKICH W KRAKOWIE, jawi się jako najprawdopodobniejszy posiadacz Srebrnego Byka z Radymna. Do kogóż bowiem miałby trafić jak nie do tak znamienitego kolekcjonera, który był na miejscu, a zasłynął wszak jako łowca i ocaliciel pogańskiego panteonu Słowian i wielu polskich skarbów kultury w czasie zaborów, a także jako uczestnik masonerii podobnie co Trentowski.Większość uczestników odkrycia jest jednocześnie członkami komitetu założycielskiego FUNDACJI OSSOLIŃSKICH WE LWOWIE i masonami. Naprawdę wiele Rodzimowiercy zawdzięczają masonom.

Tu można poczytać o Czartoryskim w Sieniawie, Puławach i Wysocku oraz o ich roli jako zbieraczy polskich skarbów.

Wreszcie kolejna sprawa ciekawa i dziwna. W pobliskiej Walawie w tym samym roku odkryto nad Sanem kamienną Głowę Byka  – o czym w notatce poniżej. Głowę tę uznano za skamielinę nosorożca, a w całą sprawę jest wmieszana znów Fundacja Ossolińskich i profesorowie z Krakowa i Lwowa.

Oto wreszcie fragment pracy autorów wspomnianych na początku (T. Bohnaka i G. Kieferlinga „Srebrna głowa byka wydobyta z Sanu w Radymnie”), na temat książąt Czartoryskich i o ich posiadłościach w Puławach, Sieniawie, Dzikowie i Wysocku. Posiadłości te zostały niestety podczas wojen I i II splądrowane i spalone, a liczne zabytki z nich zrabowano. Co poniektóre znalazły się w Moskwie. Wielu z tych zabytków – w tym być może i głowy Srebrnego Byka z Radymna (a może też całego jego korpusu, którego podobno z rzeki nie wydobyto), nigdy już potem nie odnaleziono. Być może Srebrny Byk, albo jego Głowa, spoczywa teraz w przepastnych zakamarkach pohitlerowskich, skradzionych z Polski, kolekcji w Ameryce Południowej , być może w USA, a może właśnie w Moskwie.

Zacytujmy skądinąd:

„…W 1915 r. rozpoczął się dla pałacu tragiczny okres. Został on doszczętnie obrabowany przez żołnierzy rosyjskich i spalony. Przepadły wówczas bogate zbiory artystyczne, cenne obrazy i zabytkowe meble. W okresie międzywojennym właściciele mieszkali w oficynie, a pałac był stopniowo odbudowywany.
W czasie II wojny światowej Wysock został ponownie zniszczony. W latach 1957 – 1961 pałac jak również oficyna zostały powtórnie odbudowane. Decyzją ówczesnych władz wojewódzkich w Rzeszowie przeznaczono odremontowane budynki na dom pomocy społecznej, przenosząc tu mieszkańców domu pomocy z Rzeszowa wraz z opiekującymi się nimi siostrami zakonnymi….”


Oto powyżej  miejsce odkrycia – Radymno – i inne miejsca znalezisk skarbów w okolicy, należące również do kultury archeologicznej,  którą jednoznacznie można łączyć z Doliną Dunaju, a więc historycznymi Trakami zwanymi przez nas w Mitologii Słowian  Drakami – jako że byli potomkami Wawelskiego Smoka – Draka.

Spróbujemy odpowiedzieć na pytanie jakim bogom mogła być poświęcona figura i jakich bogów tutaj czczono oraz kto ich czcił. Żeby sensownie zrekonstruować tę sytuację trzeba sobie uświadomić, że mamy udokumentowaną przez genetykę na tych ziemiach ciągłość zasiedlenia przez ludność  o haplogrupie R1a1 (Y-DNA w linii męskiej) – czyli Słowiano-Indo-Irańczyków (Słowiano-Indo-Skołotów) oraz ludność o haplogrupie Y-DNA I2a2 – którą genetyka określa jako Staroeuropejczyków, którzy  związali się z ludnością R1a1 w plemienne wspólnoty. Ludność Staroeuropejska zamieszkiwała te ziemie od 28 000 lat, a ta grupy R1a1 ( Słowiano-Indo-Irańczycy) mieszkała według ustaleń genetyków nad Adriatykiem i Dunajem od 10.000 lat. Zostało przez nich udokumentowane, iż około 5000 lat temu ludność R1a1 oprócz terenów naddunajskich zaczęła zajmować ziemie za Karpatami – nad Bugiem, Dnieprem, Wisłą, Odrą i Łabą, a chwilę później weszła też do Skandynawii gdzie zmieszała się z żyjącymi tutaj innymi Staroeuropejczykami (haplogrupa I1). Genetycy udokumentowali także tezę, że ludność R1a1  i I2a2, a także I1 nigdy nie utraciła na tych ziemiach ciągłości – to znaczy, że przez cały czas od głębokiej starożytności, powiedzmy np. od 8000 p.n.e. praojcowie Słowian (w tym dzisiejszych Polaków) mieszkali w Europie – nad Adriatykiem, nad Dunajem a od 3500 p.n.e. mieszkali oni także w Karpatach, nad Bugiem, Wisłą, Odrą i Łabą, a od roku mniej więcej 2400 p.n.e zamieszkali też w Skandynawii południowej (Szwecji, Norwegii, Danii)

Wynika z tego, że nie powinny nas chyba dziwić związki między Radymnem a kulturami archeologicznymi określanymi jako Nadddunajskie. Współczesna archeologia musi zrewidować nie tyle swoje odkrycia co wnioski jakie wysnuwa w swoich spekulacjach budujących wizje prawdopodobnej przeszłości. Odkrywane zmiany w stylach artystycznych, zdobniczych, rzemieślniczych nie oznaczają bowiem tak jak to do tej pory przedstawiano, że jakaś grupa etniczna zajęła jakiś teren, wymordowała ludność miejscową, bądź narzuciła jej swoją władzę.

Ponieważ ludność miejscowa nigdy nie przestała się rozmnażać i przekazywać dalej mutacji genetycznej od ojca z roku 8.000 p.n.e – czyli jej potomstwo trwało i trwa do dzisiaj – te zmiany stylów i mód oznaczają jedynie, że na danym terenie przyjął się nowy styl rzemieślniczy, artystyczny, nowy styl pochówków, nowa moda na biżuterię itp. Mógł się też przyjąć nowy język, mogły i musiały nastać nowe władze. Przychodzili i odchodzili wojownicy i bywały wojny oraz stracia, najazdy i grabieże. Jednakże ludność miejscowa wciąż trwąła i rozmnażała się dobrze o czym świadczy jej liczebność w dzisiejszych czasach.

Bywało częściej tak jak to odkryto w kurhanie Mała Mogiłka w Jakuszowicach, gdzie miejscowego władcę nagle pochowano w obrządku huńskim choć Hunem nie był, a był lokalnym księciem – niż tak jak to dotychczas przedstawiała nauka archeologii ufundowana na stereotypie myślowym o podboju i wojnie jako jedynym narzędziu komunikacji między plemionami i źródle  przejmowania kultury. Kiedy Hunowie objęli władzę nad Zadunajem, czyli również nad Wisłą, tutejsi władcy zmienili nagle sposób grzebania i w grobie znajdujemy także konia oraz huńskie wyposażenie wojownicze.


Razem z odkryciem Srebrnego Byka w Radymnie wypada przedstawić też koniecznie kolejny niesamowity kompleks Świętych Wzgórz i Miejsc, który teraz tylko w grubym zarysie opisujemy na mapie poniżej. Jest to Kompleks Przemyski związany z Kopcem Tatarskim – który w istocie nie był nigdy Kopcem Tatarów ani z okazji inwazji tatarskiej nie został usypany – to Kopiec Tartaru – Tartarski czyli Kopiec Welesa! kopiec, dookoła którego w Przemyślu stały w przeszłości inne trzy kopce – Tynu Welesa, kopiec który jest powiązany z Miejscami Świętymi w Radymnie, Wysocku , Walawie, Dzikowie i wieloma innymi w okolicy. Tworzy on tutaj system podobny do Wawelskiego i okolicznych wzgórz Krakowa. Ten jest Kompleksem Świętym Czerwieni – Radymiczów – Czcicieli Sporów-Radów, Rusów Rudych – Czerwonych związanych też Czerwieniem i olbrzymią liczbą odkrytych tutaj po okolicy starych grodów i zabytków archeologicznych. To już zupełnie osobna opowieść, którą trzeba uzupełnić także o Troję Karpacką – czyli Trzcinicę, w odróżnieniu od Troi-Złotego Rogu i Troi Właściwej a także Troi Północy – czyli Winety.

Kopce Przemyskie – Tartarski i inne

O Kopcach Przemyskich

W drabinie wieków na pograniczu prehistorii i okresu oświetlonego już źródłami lokuje się tajemnicza i wciąż sporna kwestia kopców. Ziemne, bez wątpienia sztuczne pagórki rozsiane są po całej Małopolsce, szczególne zagęszczenie występuje zwłaszcza wokół Krakowa i wzdłuż Sanu w okolicach Przemyśla: dominujący nad miastem Kopiec Tatarski, kopiec w Woli Węgierskiej, Średniej, Sólcy, Kalwarii Pacławskiej, Babicach, Trójcy, Nienadowej i Słonnem. Warto nadmienić, że w Przemyślu istniały jeszcze inne kopce: w okolicach Góry Zamkowej, na wzgórku Trzech Krzyży – odsłonięty i zniszczony w trakcie budowy fortu Twierdzy (zachowała się tylko fotografia) oraz u szczytu dzisiejszej ul. Glazera, gdzie dawne dokumenty i plany miasta ukazują zespół kurhanów o nazwie „Babunie”.

Przemyski System Kopców i Świętych Wzgórz

Brak jakiejkolwiek wiedzy na ich temat prowokował przez wieki powstawanie legend. Dawni przemyślanie roili sobie, iż nad miastem wznosi się kurhan tatarskiego chana, poległego przy okazji napadu. W takim wypadku mógłby on powstać najwcześniej w końcu XIII w. (Tatarzy przybyli do Europy dopiero w 1240 r.).

Widok na  masyw Zniesienia  i Stare Zamczysko od strony północnej – makieta wykonana w oparciu o XIX wieczną mapę warstwicową:

1- Kopiec Tatarski

2- Zniesienie

3. Stare Zamczysko

4. Wzgórze Zamkowe (obecnie Zamek Kazimierzowski) – bazylika trójnawowa i monasterium

W grodzie Kraka wyobrażano sobie, że to grobowce Kraka i jego córki Wandy, dawnych władców Wiślan, a więc usypane przed X w. Badania archeologiczne, podjęte na kopcu Krakusa i Tatarskim nie odsłoniły komór grobowych choć, po prawdzie, wykop nigdzie nie sięgnął centrum kopca.

Pięć Kopców Przemyśla

W Krakowie znaleziono awarską sprzączkę z końskiego rzędu, datującą budowę na VI – VII w. n.e., w Przemyślu monety króla Jana Kazimierza, zgubione przez XVII-wiecznych amatorów skarbów oraz… pochówki chrześcijańskie umiejscowione płytko pod powierzchnią. Co znamienne, bardzo stara tradycja (XIII w.) określa kopiec Wandy jako pradawną mogiłę, zaś kopiec Krakusa łączy z pogańskim ośrodkiem kultowym. Zauważono, że linia łącząca kopce krakowskie wyznacza miejsce wschodu słońca w dniach przesilenia jesiennego i wiosennego, dwa najważniejsze momenty w roku. W Przemyślu nie poszukiwano podobnych zależności, zresztą drugi przemyski kopiec „zaginął”.

Wzgórze Trzech Krzyży – foto P. Jaroszczak

W średniowieczu w obu miastach na wierzchołkach kopców ustawiono niewielkie, murowane kościółki pw. św. Leonarda, znamienny jest też identyczny w obu miastach kult pierwszych patronów, „pochodzących” z nadreńskiej Kolonii: św. Gereona i św. Urszuli.

Tak o Kopcu Tarskim piszą dzisiaj:

Na mapie atrakcji turystycznych miasta przybyło kolejne interesujące miejsce – Kopiec Tatarski. Co prawda znajduje się tu od bardzo dawna, lecz był zaniedbany i nie miał odpowiedniej infrastruktury rekreacyjnej. Legendy z nim związane sięgają V w., kiedy to miał stać się grobem Attyli, wodza koczowniczego plemienia Hunów….Na pamiątkę zwycięstwa wojsk polskich nad Tatarami wzgórze (356 m n.p.m.), na którym usypano kopiec nazwano „Zniesienie” (czyli „pokonanie”). Inna z legend mówi, że kopiec jest grobem założyciela Przemyśla (VII w.) księcia lechickiego Przemysława – Lestka.

Przemyski kopiec został zbudowany na planie przypominającym trójkąt o owalnej podstawie. Według Leopolda Hausera (badacza dziejów Przemyśla z XIX wieku) – wysokość tego trójkąta wynosiła około 40 m, szerokość podstawy 13,3 m, zaś sam kopiec miał wysokość ok. 10,5 m. Ciekawym jest fakt, że jeden z wierzchołków jest skierowany dokładnie ku wschodowi. Należy wspomnieć, że w pobliżu wzgórza znajdują się pozostałości drugiego, o wiele większego kopca, który również zbudowany jest na planie „trójkąta” z wierzchołkiem skierowanym na wschód. Istnieje przypuszczenie, że na naszym kopcu znajdowała się świątynia, w której czczono słowiańskich bogów, szczególnie Swarożyca. Pogańskich władców zjednywano sobie ofiarami z bydła i …ludzi (potwierdzałyby to badania archeologiczne, podczas których u podstaw kopca odkryto ludzkie czaszki i szkielety). W późniejszych, chrześcijańskich czasach zapewne postanowiono zadośćuczynić ofiarom składanym w imię pogańskiego bóstwa i w miejscu dawnej świątyni postawiono kapliczkę św. Leonarda – patrona skazańców. Jeszcze w początkach XIX wieku „chadzali Przemyślanie do tej kaplicy z procesją w drugi dzień Świąt Wielkanocnych, którą to procesję nazywał lud – pielgrzymką do Emaus. Od roku 1855 począwszy odbywały się te pielgrzymki na cmentarz obecny, u podnóża Zniesienia położony, a podczas cholery w roku 1855 otwarty” (obecny cmentarz przy ul. Słowackiego) – według opisu L. Hausera. Kaplica została zniszczona podczas II wojny światowej.

W pobliżu Przemyśla odkryto liczne, mniejsze kopce. Można sądzić, że wraz z naszym legendarnym kurhanem tworzyły one zbiór punktów obserwacyjnych i służyły do przekazywania za pomocą ognia i dymu informacji o zbliżających się wrogach. Badacz międzywojenny K. Osiński sugeruje wręcz, że nazwa Kopiec Tatarski wywodzi się od palenia w tym miejscu ogni ostrzegających ludność przed atakiem Tatarów.

Jakże krótki rodowód daje się tym prastarym budowlom, jakże niewielka jest wiedza współczesnych Polaków o ich korzeniach sarmackich i scytyjskich.

CB

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 599 other followers