białczyński

Żywioł Wody i Cud Światła – Siódmego Dnia Ciemności nad Krakowem (maj 2010)

Posted in przyroda, Starosłowiańska Świątynia Światła Świata by bialczynski on 20 Maj 2010

Okolice Krakowa Nielepice

Głóg w Nielepicach

Głóg w Nielepicach


Głóg w Nielepicach w deszczowych ciemnościach

Pszczoła usiłująca przeżyć

Pejzaż z gryką

Nielepice

Nielepice

Nielepice

Nielepice

Wisła – Kraków

Wisła

Wisła

Wisła

Wisła


Wisła

Wisła

Wisła – w tle widać wieżę kościoła Świętego Józefa, który stawiał mój dziadek Władysław Białczyński – w Rynku Podgórskim u stóp Wzgórza Chorsa i Kopca Kraka-Swaroga


Wisła

Wisła

Cud Światła nad Prądnikiem Czerwonym 20 maja 0 godzinie 20.05

Cud Dnia Siódmego i jego otoczenie

Cud Dnia Siódmego i jego otoczenie

Cud Dnia Siódmego i jego otoczenie

Cud Dnia Siódmego i jego otoczenie

Cud Dnia Siódmego i jego otoczenie

Cud Dnia Siódmego i jego otoczenie

Cud Dnia Siódmego i jego otoczenie

Cud Dnia Siódmego i jego otoczenie

Cud Dnia Siódmego i jego otoczenie

Cud Dnia Siódmego i jego otoczenie

Cud Dnia Siódmego i jego otoczenie

Cud Dnia Siódmego i jego otoczenie

Cud Dnia Siódmego i jego otoczenie

Cud Dnia Siódmego i jego otoczenie

Cud Dnia Siódmego i jego otoczenie

Cud Dnia Siódmego i jego otoczenie

Cud Dnia Siódmego i jego otoczenie


Polska – Rosja, Trudne sprawy: Przewalscy- Zygmunt i Mikołaj Michajłowicz (ros. Николай Михайлович Пржевальский)

Posted in nauka, przyroda, Słowianie, Teksty społecznie zaangażowane by bialczynski on 20 Maj 2010


To nie jest Józef Stalin


O Nikołaju Przewalskim, zrusyfikowanym Polaku, a może po prostu Polaku, który wybrał na ojczyznę Rosję, mimo posiadania polskiego szlachectwa po ojcu – nie poczytacie sobie za dużo na polskich stronach Internetowych ani w polskich mediach. Mimo, że każdy widział w ZOO konia Przewalskiego, czyli dzikiego konia, którego opisał on podczas swoich wypraw na rosyjski Daleki  Wschód, albo o tym koniu coś słyszał.

Powiem jak w bajce – są trzy powody dla których tak się dzieje:

Po pierwsze niechętnie się wspomina Polaka który Rosję wybrał na ojczyznę i wolał ją od Polski (która akurat kiedy on żył od każdego Polaka domagała się ofiary krwi, a tych co stanęli po drugiej stronie miała – tak jak i dzisiaj – za kolaborantów wroga)

Po drugie zamiast być polskim szlachcicem wolał być rosyjskim generałem, a kiedy usłyszał o Powstaniu Styczniowym zgłosił się na ochotnika żeby się bić przeciw Polakom.

Wreszcie po trzecie, ten skomplikowany człowiek, który odkrył i opisał ponad 200 nowych gatunków fauny, bywał w ziemiach gdzie wcześniej z Europejczyków zawitał prócz niego tylko Marco Polo i wykonał pierwsze znane w Europie mapy tych ziem, jest posądzany o to iż jest ojcem Józefa Wisarionowicza Stalina. Chociaż niektórzy twierdzą, że jest tylko jego wujem, bo ojcem był jego rodzony brat. Z tego by wynikało, że Polacy byli największymi katami Polski i Rosji oraz połowy Europy, a przynajmniej potomkowie Polaków w 50%, bo Dzierżyński był twórcą NKWD, a Stalin – … no, wiadomo.

Jeśli idzie o Przewalskiego i Stalina to jest w nich nie tylko genetyczne podobieństwo – Stalin to jakby skóra zdjęta z taty –  ale są w dziejach rodziny Przewalskich takie dziwne momenty, które mogłyby świadczyć iż zaszło coś – może jakaś „krzywda” (prawdziwa czy urojona), miał miejsce jakiś uraz: Kozacka rodzina przechodzi na katolicyzm i dostaje z rąk króla Batorego szlachectwo, ale syn owego świeżo upieczonego szlachcica i katolika buntuje się przeciw ojcu  i wraca do prawosławia, po czym wszczepia swemu synowi Mikołajowi takie podejście do Polski i Polaków, które każe mu być ochotnikiem przeciw Powstaniu Styczniowemu. Sam Mikołaj lub jego brat  – wydają na świat człowieka, który tak nienawidzi Polaków, że urządza im Katyń (30.000 oficerów zabitych strzałem w tył głowy), ale też trzeba to również powiedzieć – bezlitośnie morduje miliony Rosjan.

Być może to tylko legenda z tym ojcostwem – podobieństwo jest uderzające – ale Rosjanie wolą nie robić testów genetycznych między Stalinem a Przewalskim.

Na marginesie: jeden i drugi drobił się w ZSRR swojego miasta – Stalin Stalingradu (dziś Petersburg), a Przewalski – Przewalska (Karakoł). Obaj też te miasta „utracili” w 1991 roku decyzją Najwyższej Rady.

Przeczytajcie więc o Przewalskim, bo na jego przykładzie widać, że czasami trudno o ocenę czyichś czynów i czyjegoś życia.

Z Wikipedii

Nikołaj Michajłowicz Przewalski (ros. Николай Михайлович Пржевальский; ur. 12 kwietnia 1839 w Kimborowie koło Smoleńska, zm. 1 listopada 1888 w Karakole) – rosyjski geograf, generał, badacz środkowej i wschodniej Azji. Członek Rosyjskiego Towarzystwa Geograficznego od 1864, od 1878 członek honorowy Petersburskiej Akademii Nauk.

//

Ojca, porucznika armii carskiej, stracił we wczesnym dzieciństwie. Był wychowywany przez matkę. Po ukończeniu gimnazjum w Smoleńsku wstąpił w 1855 na ochotnika do armii, po roku uzyskał stopień oficerski, a po kilku latach służby skierowany na kurs do Akademii Sztabu Generalnego, który ukończył w 1863 i na ochotnika zgłosił się do walki z powstaniem styczniowym. W roku 1864 został nauczycielem geografii w szkole wojskowej w Warszawie. W roku 1867 został wysłany na Syberię do Irkucka. Do roku 1869 prowadził badania przyrodnicze w Kraju Ussuryjskim.

W 1870 wyruszył przez Mongolię do Pekinu, a stamtąd do północnego Tybetu. Ekspedycja zakończyła się w 1873. W latach 1876–1877 odbył drugą wyprawę badając jezioro Lob-nor jako drugi Europejczyk po Marco Polo. Odkrycie to zapoczątkowało długi spór między Przewalskim a innymi geografami, ponieważ odkrył je w innym miejscu niż wskazywały mapy chińskie. Dopiero późniejsze badania wykazały, że jezioro to zmienia swoje położenia w zależności od migracji rzek. W czasie tej wyprawy odkrył po drodze pasmo górskie Ałtyn-tag.

W 1879–1880 podjął wyprawę do Tybetu, ale napotkawszy zdecydowany opór władz tybetańskich wobec obcokrajowców udał się nad jezioro Kuku-nor i zbadał źródła Huang He. W tym czasie opisał po raz pierwszy w świecie dzikiego konia, nazwanego później koniem Przewalskiego.

W 1883–1885 zorganizował swoją ostatnią wyprawę przez Ułan Bator i Kuku-nor do źródeł Huang He.

W 1888 organizuje kolejną wyprawę, jednak na samym początku, po przybyciu w rejon jeziora Issyk-kul i napiciu się nieprzegotowanej wody zapada prawdopodobnie na tyfus brzuszny i umiera.

Przemierzył łącznie ponad 33 tys. km, publikując książkowe relacje ze swoich wypraw, gromadząc wraz ze współpracownikami wielką kolekcję fauny (7,5 tys. eksponatów) i flory (16 tys. eksponatów), w tym ponad 200 nowych gatunków. Jednym z ważniejszych zadań tych ekspedycji było sporządzanie map i chociaż uznano je później za niezbyt staranne, to były to pierwsze mapy tych obszarów dostępne Europie. Największe znaczenie w jego badaniach przyrodniczych miało odkrycie gatunku dzikiego konia stepowego, nazwanego koniem Przewalskiego. Na jego cześć przemianowano miejscowość Karakoł, gdzie zmarł, na Przewalsk. Nazwa ta obowiązywała w latach 1889–1921 i 1939–1991. Za swoje zasługi odznaczony za życia honorowymi medalami naukowymi rosyjskimi i międzynarodowymi, przyjęty do rosyjskiej Akademii Nauk (1878) oraz awansowany na generała – majora (1886).

Kontrowersyjne wątki z życia Przewalskiego

Przewalski ma swój pomnik w byłym mieście Stalina

W Polsce dyskutuje się pochodzenie Przewalskiego. Często wskazuje się, że był zrusyfikowanym Polakiem, inne źródła wymieniają narodowość rosyjską, białoruską, litewską czy ukraińską. W istocie, prapradziad uczonego Kornel Parowarski był Kozakiem, za zasługi wojskowe w wojnie przeciw Rosji obdarzonym szlachectwem przez Batorego. Wtedy zmienił wiarę na katolicką i nazwisko na Przewalski. Jego syn, Kazimierz po ucieczce z kolegium jezuickiego przeszedł na prawosławie i to wyznanie utrzymało się w rodzinie, która później służyła Rosji. Ojciec Nikołaja Michał służył jako ochotnik w carskiej armii i walczył przeciwko Polakom w powstaniu listopadowym. Sam Nikołaj Przewalski uważał się za Rosjanina i jako ochotnik prosił o skierowanie przeciwko powstaniu styczniowemu. Dlatego powszechne w źródłach międzynarodowych i rosyjskich traktowanie go jako Rosjanina wydaje się w pełni prawdziwe.

I w swoim byłym mieście

Według jednej z legend jest prawdopodobnym biologicznym ojcem Józefa Stalina (nasuwa się podobieństwo fizjonomii obu mężczyzn w wieku dojrzałym), podaje się często informacje, że liczne podróże Przewalskiego do Azji zazwyczaj wiodły przez Gruzję, gdzie w Gori usługiwała mu matka Stalina, praczka Jekatierina Dżugaszwili. Nie jest też wykluczone, że finansował przynajmniej częściowo naukę Stalina w seminarium duchownym, na co nie mogła sobie pozwolić uboga praczka i szewc. Jednak żadne badania naukowe nie potwierdziły nie tylko samego związku matki Stalina z Przewalskim, ale nawet nie stwierdzono by Przewalski kiedykolwiek był na Kaukazie. Prawdopodobnie zwolennicy tej legendy mylą Nikołaja Przewalskiego z jego bratem, który często wypełniał wojskowe zadania w tym rejonie. Fizyczne podobieństwo nie może być dowodem, o czym świadczy pospolitość sobowtórów znanych postaci.

Wg Donalda Rayfielda, profesora University of London, Przewalski był też homoseksualistą ukrywającym się za parawanem małżeństwa, a o jego skłonnościach wiedziały władze carskie. Tolerowano m.in. towarzystwo jego kochanków podczas wypraw badawczych[1].

Tablica pamiątkowa w Smoleńsku

Z innej Encyklopedii:

Nikołaj Michajłowicz Przewalski (ur. 12 kwietnia 1839 w Smoleńsku – zm. 1 listopada 1888 w Karakoł obecnie Przewalsk), rosyjski geograf, generał, badacz środkowej i wschodniej Azji. Członek Rosyjskiego Towarzystwa Geograficznego od 1864, od 1878 członek honorowy Petersburskiej Akademii Nauk.
W roku 1864 został nauczycielem geografii w szkole wojskowej w Warszawie. W roku 1867 został wysłany na Syberię do Irkucka.Do roku 1869 prowadził badania przyrodnicze w Kraju Ussuryjskim.
W 1870 wyruszył przez Mongolię do Pekinu, odkrywając po drodze pasmo górskie Ałtyn-tag. W 1879 podjął wyprawę do Tybetu, ale napotkawszy zdecydowany opór władz tybetańskich wobec obcokrajowców udał się nad jezioro Kuku-nor i zbadał źródła Huang-ho.
W 1883 zorganizował swoją ostatnią wyprawę przez Ułan Bator i Kuku-nor do źródeł Huang-ho i dalej do jeziora Kara-kul, gdzie zmarł na tyfus. Przemierzył łącznie ponad 33 tys. km, pozostawiając relacje ze swoich wypraw.
Największe znaczenie w jego badaniach przyrodniczych miało odkrycie gatunku dzikiego konia stepowego, nazwanego koniem Przewalskiego. Na jego cześć przemianowano miejscowość Karakoł, gdzie zmarł, na Przewalsk.
Wg wielu hipotez, prawdopodobny ojciec Józefa Stalina.

Jak widać polskie biografie unikają określenia tej rodziny jako polskiej – w przeciwieństwie do biografii angielskiej gdzie pisze się jasno:

…” Przhevalsky was born in Smolensk into a noble Polish family (the original, Polish name is: Przewalski), and studied there and at the military academy in St. Petersburg. In 1864, he became a geography teacher at the military school in Warsaw.

In 1867, Przhevalsky petitioned the Russian Geographical Society to be dispatched to Irkutsk in Eastern Siberia. His intention was to explore the basin of the Ussuri River, a tributary of the Amur. This was his first expedition of importance; it lasted two years. Przhevalsky published the diary of the expedition as Travels in the Ussuri Region, 1867-69.”…

A teraz co mówią Rosjanie:

Пржевальский Николай Михайлович (1839-1888) – географ, исследователь Центральной Азии, генерал-майор (с 1886), почётный член Петербургской АН (с 1878). Среди имен знаменитых путешественников всех времен и народов одно из первых мест принадлежит нашему великому соотечественнику Н.М. Пржевальскому. Имя это стало синонимом бесстрашия и храбрости, энергии и целеустремленности в служении родной науке.

Родился в семье мелкого помещика. Севастопольская кампания, совпавшая с окончанием  гимназии (1855 г. окончил гимназию в Смоленске), окрепшее стремление защищать родную землю от посягающих захватчиков привели шестнадцатилетнего юношу в военное училище и через год он произведён в офицеры.

Затем следует Академия генерального штаба, упорная работа над военными науками, историей, естественными науками. Поданная Пржевальским работа «Военно-статистическое обозрение Амурского края» обратила на себя внимание ученых. В 1863 окончил Академию Генштаба.

В 1864-1867 г.г. – преподаватель географии, истории и библиотекарь в Варшавском юнкерском училище. Здесь, в Варшаве, Николай Михайлович создает учебник географии, в котором нашли свое воплощение новые идеи, утверждавшие, что география не простое собрание фактов, а наука, вскрывающая взаимосвязь явлений и познающая законы устройства земной поверхности. Молодой ученый усиленно хлопочет о переводе его в Восточную Сибирь, где он сможет заняться географическими исследованиями, осуществить свои заветные мечты о путешествиях.

В 1866 – Пржевальский был причислен к Генштабу и назначен в Сибирский военный округ. В начале 1867 приехал в Петербург, где встретился с П. П. Семеновым (Тянь-Шанским), который способствовал организации экспедиций Пржевальского.

Первое – Уссурийское путешествие (1867-1869) было серьезным испытанием сил и талантов Николай Михайловича. Именно оно, столь богатое по своим научным результатам, сделало его имя широко известным в географических кругах России, определив всю дальнейшую деятельность великого исследователя. Хотя Н.М. Пржевальский и не был первым путешественником по этому району, его «Путешествие в Уссурийский край» показало, что автор, владея оригинальной методикой полевых работ, умеет завершить их широкими обобщениями. Подробными и достоверными сведениями об Уссурийском крае мы в значительной мере обязаны Пржевальскому.

В 1870 г. Пржевальский отправляется в свое первое центрально-азиатское путешествие (1870-1873 – Монголия, Китай, Тибет), принесшее ему мировую славу. За исследование Тибета Пржевальский был награжден высшей наградой Географического Общества – Большой Константиновской медалью.

В 1876-1877 – состоялась вторая Центрально-азиатская экспедиция (Обнорская и Джунгарская).

В 1879-1880 – третья экспедиция в Центральную Азию (первая Тибетская).

В 1883-1885 – четвёртая (вторая Тибетская). Помощниками Пржевальского в последней были В. И. Роборовский и П. К. Козлов.

Неутомимый путешественник, едва закончив обработку материалов четвертого путешествия, мечтает о новом — пятом — путешествии. Но, 20 октября 1888 г великого путешественника не стало. На охоте за фазанами близ Бишкека он заразился брюшным тифом. Умирая, Пржевальский просил похоронить его на берегу Иссык-Куля, где высится теперь величественный памятник, увенчанный бронзовым орлом, стоящим на карте Азии. В клюве его оливковая ветвь – эмблема мирных завоеваний науки. «В русском народном творчестве сказочный русский богатырь желает быть похороненным на перепутье, как бы указывая своей могилой на дальнейшие пути тем русским богатырям, которые пойдут вслед за ним», — писал П. П. Семенов.

Исследования Н.М. Пржевальского произвели несомненный переворот в современной ему науке. Только работы Н.М. сорвали покров таинственности, облекавший Центральную Азию. На месте огромных «белых пятен» на картах Азии в результате работ Н.М. появились колоссальные снежные хребты и плоскогорья. Его путешествия заставили забыть ложные представления о Гоби как о море песков, как пришлось забыть и сетку взаимно перпендикулярных хребтов Центральной Азии, рисовавшуюся до его путешествий. Метеорологические наблюдения, проводимые Н. М. с удивительной точностью, не устарели и поныне. На их основе крупнейший русский климатолог А.И. Воейков произвел анализ климата Центральной и Внутренней Азии.

Среди огромных ботанических коллекций Пржевальского более 200 новых форм растений, что дало возможность придти к важнейшим выводам об истории развития растительности Азии. Для зоологии, которую великий путешественник особенно любил, он сделал исключительно много.

Во время всех экспедиций Пржевальским было пройдено более 30 тыс. км. В начале пятого путешествия Пржевальский умер (близ города Пржевальска – ныне Каракола, недалеко от озера Иссык-Куль находятся его могила и музей).

Научные результаты экспедиций Пржевальского изложены им в ряде книг, дающих яркую картину природы и характеристики рельефа, климата, рек, озёр, растительности и животного мира изученных территорий. Пржевальский установил направление основных хребтов Центральной Азии и открыл ряд новых, уточнил северные границы Тибетского нагорья. Во время экспедиций были собраны обширные зоологические (свыше 7,5 тыс. экз. млекопитающих, птиц, пресмыкающихся, земноводных и рыб; открыл и описал дикого верблюда, дикую лошадь –  лошадь Пржевальского и др. виды позвоночных), ботанические (гербарий в количестве 15-16 тыс. экз. растений, составляющих 1.700 видов, из которых ботаниками впервые было описано 218 новых видов и 7 родов) и минералогические коллекции. В 1891 в честь Пржевальского Русское Географическое Общество учредило серебряную медаль и премию его имени. В 1946 учреждена золотая медаль им. Пржевальского. Именем Пржевальского названы: город, хребет в системе Кунь-луня, ледник на Алтае, др. географические объекты, а также ряд видов животных и растений. Пржевальскому установлены два памятника: недалеко от озера Иссык-Куль (у его могилы) и в Санкт-Петербурге.

Труды Пржевальского: Путешествие в Уссурийском крае 1867-1869 гг., СПБ, 1870; переизд., М., 1947; Монголия и страна тангутов. Трехлетнее путешествие в Восточной нагорной Азии, т. 1-2, СПБ, 1875-76; переизд., М., 1946; От Кульджи за Тянь-Шань и на Лобнор, М., 1878; переизд., М., 1947; Из Зайсана через Хами в Тибет и на верховья Желтой реки, СПБ, 1883; переизд., М., 1948; От Кяхты на истоки Желтой реки. Исследование северной окраины Тибета и путь через Лобнор по бассейну Тарима, СПБ, 1888; переизд., М., 1948.

Литература: Козлов П. К., Великий русский путешественник Н. М. Пржевальский, Л., 1929. Каратаев Н. М., Николай Михайлович Пржевальский – первый исследователь природы Центральной Азии, М. – Л., 1948. Анучин Д. Н., Н. М. Пржевальский, в его кн.: О людях русской науки и культуры, (2 изд.), М., 1952. Мурзаев Э. М., Н. М. Пржевальский, (2 изд.), М., 1953. Гавриленко В. М., Русский путешественник Н. М. Пржевальский, М., 1974.

Jeszcze inna rosyjska strona

Пржевальский Николай Михайлович (1839-1888), российский путешественник, исследователь Центральной Азии и Дальнего Востока; почетный член Петербургской АН (1878), генерал-майор (1886). Руководитель экспедиции в Уссурийский край (1867-69) и 4 экспедиций в Центр. Азию (1870-85). Впервые описал природу многих районов Центр. Азии; открыл ряд хребтов, котловин и озер в Куньлуне, Наньшане и на Тибетском нагорье. Собрал ценные коллекции растений и животных; впервые описал дикого верблюда, дикую лошадь (лошадь Пржевальского), медведя-пищухоеда и другие виды позвоночных.

Скульптор А.В. Пекарев.

Путешественник

Пржевальский Николай Михайлович (1839, д. Кимборово Смоленской губ. – 1888, г. Каракол на оз. Иссык-Куль) – путешественник. Род. в дворянской семье. С детства мечтал о путешествиях. В 1855 окончил Смоленскую гимназию. В разгар Севастопольской обороны поступил вольноопределяющимся в армию, но воевать ему не пришлось. После 5 лет нелюбимой Пржевальским военной службы получил отказ в переводе его на Амур для научно-исследовательской работы. В 1861 поступил в Академию Генштаба, где выполнил свою первую географическую работу „Военно-географическое обозрение Приамурского края”, за к-рую Рус. географическое общество избрало его своим членом. В 1863 окончил академический курс и отправился добровольцем в Польшу для подавления восстания. Служил в Варшаве преподавателем истории и географии в юнкерском уч-ще, где серьезно занимался самообразованием, готовясь стать профессиональным исследователем малоизученных стран. В 1866 получил назначение в Вост. Сибирь, о к-ром мечтал. Заручившись поддержкой Рус. географического общества, в 1867 – 1869 совершил путешествие, результатом к-рого стали кн. „Путешествие в Уссурийском крае” и богатые коллекции для географического общества. После этого в 1870 – 1885 Пржевальский совершил четыре путешествия в малоизвестные области Центральной Азии; произвел съемку более 30 тыс. км пройденного им пути, открыл неизвестные горные хребты и озера, дикого верблюда, тибетского медведя, дикую лошадь, названную его именем. Рассказал о своих путешествиях в книгах, дав яркое описание Средней Азии: ее флоры, фауны, климата, народов, в ней обитавших; собрал уникальные коллекции, став общепризнанным классиком географической науки. Умер от брюшного тифа, готовясь совершить свою пятую экспедицию в Центральную Азию.

Использованы материалы кн.: Шикман А.П. Деятели отечественной истории. Биографический справочник. Москва, 1997 г.


Русский географ

Пржевальский Николай Михайлович [31.3 (12.4).1839, дер. Кимборово Смоленской губ., ныне Починковский р-н Смоленской обл., -20.10(1.И).1888, Каракол, ныне Пржевальск Киргизской ССР], русский географ, известный исследователь Центр. Азии, ген.-майор (1888), почётный чл. Петерб. АН (1878). Окончил Академию Генштаба (1863). В армии с 1855; в 1856 произведён в офицеры, проходил службу в Рязанском и Полоцком пех. полках. В 1864-67 преподаватель воен. географии и истории в Варшавском юнкерском уч-ще. Затем П. был причислен к Генштабу и назначен в Сибирский воен. округ. Здесь началась его многолетняя плодотворная деятельность в исследоват. экспедициях, активно поддержанная П. П. Семёновым (Семёновым-Тян-Шанским) и др. учёными Рус. географич. об-ва. Гл. заслуга П. – география., естественно-историческое исследование Центр. Азии, где он установил направление осн. хребтов и открыл ряд новых, уточнил сев. границы Тибетского нагорья. Воен. учёный-географ, П. все свои маршруты проложил на карте, при этом топография, съёмки были выполнены с исключит, точностью. Наряду с этим П. вёл метеорология, наблюдения, собирал коллекции по зоологии, ботанике, геологии, сведения по этнографии. П. последовательно провёл экспедиции: в Уссурийский край (1867-69), в Монголию, Китай, Тибет (1870-73), к оз. Лобнор и в Джунгарию (1876-77), в Центр. Азию – первая Тибетская (1879-80) и вторая Тибетская (1883-85). Они были беспримерными по пространственному размаху и маршрутам (во время всех пяти экспедиций П. было пройдено более 30 тыс. км). Научные труды П., освещающие ход и результаты этих окспедиций, в короткое время получили мировую известность и были изданы во мн. странах. Исследования П. положили начало планомерному изучению Центр. Азии. В 1891 в честь П. Рус. география, об-во учредило серебряную медаль и премию его имени. В 1946 учреждена золотая медаль им. H. M. Пржевальского, присуждаемая География, об-вом СССР. Именем П. названы: город, хребет в системе Куньлуня, ледник на Алтае, др. география, объекты, а также ряд видов животных (лошадь Пржевальского) и растений, открытых им во время путешествий. П. установлены памятники близ Пржевальска, недалеко от оз. Иссык-Куль, где находятся его могила и музей, а также в Ленинграде.

Использованы материалы Советской военной энциклопедии в 8-ми томах, том 6.


Был вторым… после Марко Поло

Пржевальский Николай Михайлович – российский путешественник, исследователь Центральной Азии; почетный член Петербургской АН (1878), генерал-майор (1886). Руководил экспедицией в Уссурийский край (1867-1869) и четырьмя экспедициями в Центральную Азию (1870-1885). Впервые описал природу многих районов Центральной Азии; открыл ряд хребтов, котловин и озер в Куньлуне, Наньшане и на Тибетском нагорье. Собрал ценные коллекции растений и животных; впервые описал дикого верблюда, дикую лошадь (лошадь Пржевальского), медведя-пищухоеда и др.

Пржевальский родился в селе Кимборы Смоленской губернии 12 апреля 1839 года. Отец, поручик в отставке, умер рано. Мальчик рос под наблюдением матери в имении Отрадное. В 1855 году Пржевальский окончил смоленскую гимназию и поступил вольноопределяющимся на военную службу. Пржевальский, уклоняясь от кутежей, все времея проводил на охоте, собирал гербарий, занялся орнитологией. После пяти лет службы Пржевальский поступает в Академию Генерального штаба. Помимо основных предметов, он изучает труды ученых-географов Риттера, Гумбольдта, Рихтгофена и, конечно, Семенова. Там же он подготовил курсовую работу „Военно-статистическое обозрение Приамурского края”, на основе которой в 1864 году его избирают в действительные члены географического общества.

Вскоре он добился перевода в Восточную Сибирь. С помощью Семенова Пржевальскмй получил двухлетнюю служебную командировку в Уссурийский край, а Сибирский отдел географического общества предписал ему изучить флору и фауну края.

Два с половиной года провел Пржевальский на Дальнем Востоке. Тысячи километров пройдены, 1600 километров покрыты маршрутной съемкой. Бассейн Уссури, озеро Ханка, побережье Японского моря… Подготовлена к печати большая статья „Инородческое население Уссурийского края”. Собрано около 300 видов растений, изготовлено более 300 чучел птиц, причем многие растения и птицы на Уссури обнаружены впервые. Он начинает писать книгу „Путешествие в Уссурийском крае”.

В 1870 году Русское географическое общество организовало экспедицию в Центральную Азию. Начальником ее был назначен Пржевальский. Вместе с ним ехал подпоручик М.А. Пыльцов. Их путь лежал через Москву и Иркутск и дальше – через Кяхту в Пекин, где Пржевальский получил в китайском правительстве разрешение на путешествие. Он направлялся в Тибет.

Пржевальский первым из европейцев проник в глубинную область Северного Тибета, к верховьям Хуанхэ и Янцзы (Улан-Мурен). И определил, что именно Баян-Хара-Ула является водоразделом между этими речными системами. Он вернулся в Кяхту в сентябре 1873 года, так и не достигнув столицы Тибета – Лхасы.

По пустыням и горам Монголии и Китая Пржевальский прошел более 11 800 километров и нанес на карту (в масштабе 10 верст в 1 дюйме) около 5700 километров. Научные результаты этой экспедиции поразили современников. Пржевальский дал подробные описания пустынь Гоби, Ордоса и Алашани, высокогорных районов Северного Тибета и котловины Цайдама (открытой им), впервые нанес на карту Центральной Азии более 20 хребтов, семь крупных и ряд мелких озер. Карта Пржевальского не отличалась точностью, так как из-за очень тяжелых путевых условий он не мог делать астрономические определения долгот. Этот существенный недочет позднее был исправлен им самим и другими русскими путешественниками. Он собрал коллекции растений, насекомых, пресмыкающихся, рыб, млекопитающих. При этом были открыты новые виды, получившие его имя, – ящурка Пржевальского, расщепохвост Пржевальского, рододендрон Пржевальского… Двухтомный труд „Монголия и страна тангутов” (1875-1876) принес автору мировую известность, был переведен на ряд европейских языков.

Русское географическое общество присуждает ему Большую золотую медаль и „высочайшие” награды – чин подполковника, пожизненную пенсию в 600 рублей ежегодно. Он получает Золотую медаль Парижского географического общества Его имя отныне ставят рядом с Семеновым-Тян-Шанским,Крузенштерном и Беллинсгаузеном, Ливингстоном и Стэнли…

В январе 1876 года Пржевальский представил в Русское географическое общество план новой экспедиции. Он намеревался заняться исследованием Восточного Тянь-Шаня, дойти до Лхасы, обследовать загадочное озеро Лобнор. Кроме того, Пржевальский надеялся найти и описать дикого верблюда, который обитал там, по сведениям Марко Поло.

В феврале 1877 года Пржевальский достиг огромного тростникового болота-озера Лобнор. По его описанию, озеро имело в длину 100 километров и в ширину от 20 до 22 километров.

На берегах таинственного Лобнора, в „стране Лоп”, Пржевальский был вторым… после Марко Поло! Озеро стало, однако, предметом спора между Пржевальским и Рихтгофеном. Судя по китайским картам начала XVIII века, Лобнор находился совсем не там, где его обнаружил Пржевальский. Кроме того, вопреки бытовавшему мнению озеро оказалось пресным, а не соленым.Рихтгофен считал, что русская экспедиция открыла какое-то другое озеро, а истинный Лобнор лежит севернее. Только через полвека загадка Лобнора была решена окончательно. Лоб по-тибетски означает „илистый”, нор – по-монгольски „озеро”. Оказалось, что это болото-озеро время от времени меняет свое местоположение. На китайских картах оно было изображено в северной части пустынной бессточной впадины Лоб. Но затем реки Тарим и Кончедарья устремились на юг. Древний Лобнор постепенно исчез, на его месте остались только солончаки, блюдца небольших озерков. А на юге впадины образовалось новое озеро, которое открыл и описал Пржевальский.

В начале июля экспедиция вернулась в Кульджу. Пржевальский был доволен: он изучил Лобнор, открыл Алтынтаг, описал дикого верблюда, добыл даже его шкуры, собрал коллекции флоры и фауны.

Здесь же, в Кульдже, его ждали письма и телеграмма, в которых ему предписывалось непременно продолжать экспедицию.

Во время путешествия 1876-1877 годов Пржевальский прошел по Центральной Азии немногим более четырех тысяч километров – ему помешали война в Западном Китае, обострение отношений между Китаем и Россией и его болезнь: нестерпимый зуд во всем теле. И все-таки это путешествие ознаменовалось двумя крупнейшими географическими открытиями – низовьев Тарима с группой озер и хребта Алтынтаг.

Отдохнув, Пржевальский в марте 1879 года начал путешествие, названное им „Первым Тибетским”. От Зайсана он направился на юго-восток, мимо озера Улюнгур и вдоль реки Урунгу до ее верховьев, пересек Джунгарскую Гоби – „обширную волнистую равнину” – и определил ее размеры.

Во время этого путешествия он прошел около восьми тысяч километров и произвел съемку более четырех тысяч километров пути через районы Центральной Азии. Впервые исследовал верхнее течение Желтой реки (Хуанхэ) на протяжении более 250 километров; открыл хребты Семенова и Угуту-Ула. Описал два новых вида животных – лошадь Пржевальского и медведя пищухоеда. Его помощник, Роборовский, собрал огромную ботаническую коллекцию: около 12 тысяч экземпляров растений – 1500 видов. Свои наблюдения и результаты исследований Пржевальский изложил в книге „Из Зайсана через Хами в Тибет и на верховья Желтой реки” (1883). Итогом трех его экспедиций были принципиально новые карты Центральной Азии.

Вскоре он подает в Русское географическое общество проект об исследовании истоков Хуанхэ.

В ноябре 1883 года началось очередное, уже четвертое путешествие Пржевальского.

За два года был пройден огромный путь – 7815 километров, почти совсем без дорог. На северной границе Тибета открыта целая горная страна с величественными хребтами – о них в Европе ничего не было известно. Исследованы истоки Хуанхэ, открыты и описаны большие озера – Русское и Экспедиции. В коллекции появились новые виды птиц, млекопитающих и пресмыкающихся, а также рыб, в гербарии – новые виды растений.

В 1888 году увидела свет последняя работа Пржевальского „От Кяхты на истоки Желтой реки”. В том же году Пржевальский организовал новую экспедицию в Центральную Азию. Они достигли поселка Каракол, близ восточного берега Иссык-Куля. Здесь Пржевальский заболел брюшным тифом. Он умер 1 ноября 1888 года.

На могильном надгробии начертана скромная надпись: „Путешественник Н. М. Пржевальский”. Так он завещал. В 1889 году Каракол был переименован в Пржевальск.

Пржевальский лишь в очень редких случаях пользовался своим правом первооткрывателя, почти всюду сохраняя местные названия. Как исключение появлялись на карте „озеро Русское”, „озеро Экспедиции”, „гора Шапка Мономаха”.

Использованы материалы с сайта http://100top.ru/encyclopedia/


istalin.jpg (5300 bytes)

Незаконный отец Сталина?..

ПРЖЕВАЛЬСКИЙ Николай Михайлович (1839-1888). Русский путешественник, почетный член Петербургской Академии наук (1878). Генерал-майор. В 1870-1885 гг. — участник четырех экспедиций в Центральную Азию. Утверждают, что Сталин внешне похож на Пржевальского, что два года до рождения Сталина Пржевальский провел в Гори, что у Пржевальского был незаконнорожденный сын, которому он помогал материально… Вероятно, с этим связаны многочисленные слухи, что Н.М. Пржевальский — отец И. Джугашвили (Сталина). Комментируя эти слухи, Г.А. Эгнаташвили, хорошо знавший семью Сталина, говорит: «Глупость неимоверная. Недавно я об этом тоже где-то читал. Дескать, Екатерина Георгиевна работала в гостинице, где жил Пржевальский, потом за деньги он выдал ее замуж за Виссарина Джугашвили, чтобы спасти от позора… Да ни в какой гостинице она не работала! Она стирала, обслуживала и помогала по хозяйству моему дедушке. Сколько я себя помню, легенды одна за другой вокруг Сталина ходят — чей он сын? Ну и что, что за два, за полтора года до рождения Сталина в Гори жил Пржевальский?… Значит, он его отец?! Совершеннейшая чепуха. Вы же знаете, что у нас в Грузии на этот счет все очень серьезно и строго. И в народе греха не утаишь, полно долгожителей, а потом у нас столько меньшевиков было да еще этих осколков дворян, а они бы не упустили случая позлорадствовать!.. Ведь все это враги Сталина, и они бы раздули вокруг этого факта такую идеологию, что ой-ей-ей!..» (Логинов В. Мой Сталин //Шпион. 1993. № 2. С. 39-40).

По словам И. Нодия, еще при жизни Сталина, «когда за любое сказанное слово о нем исчезали люди, свободно рассказывали, что он незаконный сын великого Пржевальского. Эти недоказуемые рассказы могли появиться только с высочайшего одобрения… В этом была не только ненависть Сталина к пьянице-отцу, но и государственный интерес. Он уже стал царем всея Руси и вместо неграмотного грузина-пьяницы захотел иметь знатного русского папашу».

На самом деле нет и надежных свидетельств, что Н.М. Пржевальский в подходящее время был в Грузии или даже на Кавказе.1 В этом смысле на роль отца И. Джугашвили гораздо больше мог бы подойти другой генерал — A.M. Пржевальский (родной брат ученого), который действительно бывал на Кавказе, а в 1917 г. командовал Кавказским фронтом в Первую мировую войну.

Примечания

1 Э. Радзинский утверждает, что Н.М. Пржевальский приезжал в Гори, правда, не говорит, когда, и не приводит источника информации (Радзинский Э. Сталин. М., 1997. С. 27). Однако известно, что в 1876-1878 гг. Пржевальский участвовал во второй экспедиции по Центральной Азии (Лобноркое и Джунгарское путешествие), а в 1879-1880 гг. — руководил первой Тибетской экспедицией.

Использованы материалы кн.: Торчинов В.А., Леонтюк А.М. Вокруг Сталина. Историко-биографический справочник. Санкт-Петербург, 2000


Koń Przewalskiego

I tu Wikipedia z tępym uporem maniaka przedstawia tego ewidentnego Polaka jako Rosjanina !!!

Koń Przewalskiego (Equus przewalskii) – jedyny dziko żyjący gatunek koni.

Gatunek ten został nazwany na cześć rosyjskiego odkrywcy, podróżnika i geografa Nikołaja Przewalskiego, który w 1879 r. zebrał materiały badawcze, na podstawie których Poliakow opisał to zwierzę w 1881 roku. Wiele koni Przewalskiego zostało schwytanych na początku XX wieku i umieszczonych w ogrodach zoologicznych. Z tych 12–15 rozmnażało się w niewoli i od nich pochodzi obecna populacja tego gatunku.

Opis
Przypomina konia domowego, od którego odróżnia go krótka, stojąca grzywa oraz brak grzywki na czole. Ponadto różnią się liczbą chromosomów, choć mieszańce są płodne. W szacie letniej sierść krótka, rdzawa na grzbiecie i bokach, brzuch żółtobiały. W szacie zimowej sierść dłuższa i jaśniejsza. Na grzbiecie ciemna pręga. Nogi pręgowane do wysokości mniej więcej kolan. Klacze są mniejsze od ogierów.
Wymiary
długość 180–230 cm oraz ogon do 90 cm

Wysokość w kłębie – 125–145 cm
Masa około 200–300 kg.

Biotop
Niegdyś zamieszkiwał w licznych stadach stepy i półpustynie Azji Środkowej porośnięte przez roślinność halofilną. Dobrze rozmnaża się w niewoli.
Populacja
Ostatnia dziko żyjąca populacja przetrwała na terenie południowo-zachodniej Mongolii i kilku pobliskich regionach Chin (Gansu, Sinkiang i Mongolia Wewnętrzna). Ostatnie dzikie konie widziano w Mongolii w 1969. Gatunek został uznany za wymarły na wolności. Zachował się jedynie w ogrodach zoologicznych. Od 1990 roku rozpoczęto próby jego reintrodukcji na terenach Mongolii, Chin, Kazachstanu i Ukrainy[1].

W ogrodach zoologicznych na całym świecie w 2005 żyło około 1500 koni tego gatunku wywodzących się od 31 koni, które umieszczono w zoo w 1945[potrzebne źródło] oraz około 250 koni żyjących na wolności w Mongolii[2]. Według danych IUCN na początku 2008 łączna liczba wszystkich żyjących osobników wynosiła 1 872, w tym mniej niż 50 dorosłych osobników przebywało na wolności[1].

Systematyka

Klasyfikacja gatunku nie jest jednoznaczna. Obecnie spotyka się trzy stanowiska:

  1. wyżej przedstawione – Equus przewalskii jako odrębny gatunek rodzaju Equus
  2. Equus ferus przewalskii – podgatunek konia dzikiego (Equus ferus)
  3. Equus caballus przewalskii – podgatunek konia domowego (Equus caballus)

Stado w Mongolii

I inny odłam rodziny Przewalskich – jego patriotyczne dzieje i i dramatyczna śmierć Zygmunta w Katyńskim Lesie:

Zygmunt Przewalski  – Odtwórca Biskupina (Łęczyca 1894 – Katyń 1940)

Zygmunt Przewalski urodził się 4 stycznia 1894 r. w Łęczycy. Ojciec jego, Aleksander był artystą, malarzem i rzeźbiarzem, uczniem Jana Matejki. Matka Władysława, z domu Czyżewska, była fotografem, właścicielka zakładu fotograficznego . Zygmunt miał jeszcze siostrę i trzech braci. Rodzina Przewalskich pochodziła ze starego rodu szlacheckiego, z którego wywodził się Mikołaj Przewalski, podróżnik i geograf znany jako odkrywca dzikiego Konia Przewalskiego.

Zygmunt Przewalski z rodziną

W mieście Łęczyca, gdzie urodził się Zygmunt znajduje się stary zamek wybudowany 700 lat temu przez Kazimierza Wielkiego. Młody Zygmunt dzieciństwo miał beztroskie, jak większość dzieci. Często  biegał wraz z braćmi i kolegami bawić się wokół tajemniczego zamczyska w którym według legendy mieszkał diabeł Boruta. Po pewnym czasie rodzina Przewalskich przeprowadziła się do Warszawy, by ich dzieci mogły uczyć się w pobliskim gimnazjum. Zygmunt po ukończeniu gimnazjum rozpoczął naukę w prywatnej szkole Mechaniczno-Technicznej im. Wawelberga i Rotwanda w Warszawie na wydziale przemysłu drzewnego.

Po ukończeniu szkoły wyjechał na Wołyń i tam podjął pracę jako pomocnik techniczny kierownika tartaku. I Wojna Światowa zastała go w okolicach Kijowa i tam został powołany do Armii Rosyjskiej. Otrzymał przydział do Kijowskiego Okręgu Komunikacji, gdzie na stanowisku kierownika pracował przy budowie mostów i dróg dla wojska. W czasie I  Wojny Światowej różne były jego koleje losu, min. znalazł się aż w Astrachaniu nad Morzem Kaspijskim.

Do Polski wrócił w 1918 r. i od razu włączył się w nurt wyzwalania Warszawy. Od 11 listopada uczestniczył w rozbrajaniu żołnierzy niemieckich i przejmowania przez administrację polską obiektów wojskowych w okolicach Belwederu, Łazienek i Agrykoli. 19 listopada zgłosił się do Sztabu Generalnego marszałka Józefa Piłsudskiego.

Z uwagi na swoje kwalifikacje został przydzielony do Zarządu Kwaterunkowego Garnizonu Rembertów. Tu po przeszkoleniu pracował na różnych stanowiskach. Przełożeni w pełni doceniali jego zdolności, energię, pracowitość i przedsiębiorczość, w rezultacie czego awansował do stopnia sierżanta a następnie 1 czerwca 1919 r. został mianowany na podporucznika.

Do rezerwy został przeniesiony 25 stycznia 1921 r. W okresie międzywojennym wielokrotnie był jeszcze powoływany na różne kursy i przeszkolenia uzyskując w ten sposób wyższe kwalifikacje wojskowe. Będąc już w cywilu jako inżynier budowlany, wyspecjalizował się w konserwacji drewna użytkowego  zdobywając w tym zakresie szeroką wiedzę. Wyrazem tego jest napisanych w latach 1927-1937, 5 książek poświęconych temu zagadnieniu.

Wyrazem uznania dla jego wiedzy fachowej było zaproszenie do udziału w pracach wykopaliskowych osiedla obronnego kultury łużyckiej w Biskupinie. Pracował tam jako ekspert od spraw konserwacji drewna, stając się jednym ze współautorów książki o odkryciu Biskupina.

W połowie lat 30 założył w Warszawie przedsiębiorstwo i wytwórnię materiałów budowlanych o nazwie „Fungus”, które specjalizował się w remontach i konserwacji budynków i obiektów zabytkowych.

W 1926 r. ożenił się z Janiną z domu Ordon. Po 10 latach małżeństwa w 1936 r. żona jego zmarła zostawiając czworo małych dzieci w wieku od 7 miesięcy do 9 lat. W tedy Zygmunt zatrudnił opiekunkę do dzieci, gdyż sam pracował zawodowo. Każdą jednak wolną chwile poświęcał dzieciom, ucząc je skromności, patriotyzmu i szacunku do wszystkich ludzi.

Przy końcu sierpnia 1939 r. został powołany do wojska i przydzielony do oddziału służby uzbrojenia. Będąc jeszcze w Warszawie w garnizonie Rembertów codziennie po południu przyjeżdżał do dzieci. Ostatni raz przyjechał pożegnać się z nimi 7 września, gdyż wojsko ewakuowało się z Warszawy do wschodnich granic Polski.

17 września bez wypowiedzenia wojny wojska Związku Radzieckiego przekroczyły granicę Polski. Zygmunt Przewalski wraz ze swoimi oddziałami był już wówczas w Tarnopolu. Trzebatu zaznaczyć, że Tarnopol był przed wojną miastem polskim. Obecnie znajduje się na Ukrainie.

Mimo, że wojska Armii Czerwonej miały liczebną przewagę, Polacywalczyli z nimi przez całą dobę i poddali się wówczas, gdy zabrakło im amunicji. Wielu Polskich żołnierzyodniosło rany m.in. Zygmunt Przewalski, który ranny był w lewą rękę. Do niewoli Sowieckiej dostał się 18 września i został przewieziony do obozu w Kozielszczyźnie, gdzie przeszedł pomyślnie operację ręki, do której wdarło się już zakażenie.

4 listopada 1939 r. został przewieziony do obozu przejściowego w Kozielsku, skąd wysłał do domu 2 listy w których informował gdzie przebywa, pisał kiedy i w jaki sposób dostał się do niewoli oraz słowa „otarłem się o śmierć”. Pytał się o dzieci i resztę rodziny, mając nadzieję że niedługo się z nimi zobaczy. Niestety, 29 kwietnia 1940r. został wraz z dużym transportem jeńców przewieziony do stacji kolejowej Gniezdowo koło Smoleńska a stamtąd zakrytym samochodem do lasu katyńskiego, gdzie30 kwietnia w wieku 46 lat został rozstrzelany strzałem w tył głowy przez NKWD.

Ekshumowany w 1943 r. i zidentyfikowany pod nr. 2514 spoczął w mogile bratniej prawdopodobnie 3. Przy ekshumacji znaleziono w kieszeni jego munduru legitymację wojskową,  książeczkę turystyczną oraz zegarek.

Dnia 5 października 2007 r. rozkazem Ministra Obrony Narodowej został pośmiertnie mianowany na stopień porucznika Wojska Polskiego.

Nie mogę się oprzeć, po przestudiowaniu tego ostatniego listu i całej biografii Zygmunta Przewalskiego z Łęczycy, by nie zamieścić tutaj na koniec pracy Stanisława Szukalskiego: Yetisyn i Człowiek – „Remember Katyń” – wyraża ona esencję „antyhumanizmu stalinowskiego” i esencję zbrodni ludobójstwa. C.B.

Radom – dowód ciągłości osadniczej od paleolitu

Posted in Słowianie, Wiara Przyrody by bialczynski on 16 Maj 2010

Radom – miejsce o ciągłości osadniczej od schyłkowego paleolitu tj. 12. 000 lat p.n.e.

Grodzisko „Piotrówka” – powstało w wyniku potrzeb strategicznych, celem strzeżenia brodu na rzece Mlecznej i bagniskach, jak również z potrzeb społeczno-ekonomicznych. Radom był wówczas ważnym ośrodkiem osadniczym, znajdującym się pod władzą możnowładczego Włodyki, a potem siedzibą kasztelanii, która strzegła państwa przed najeźdźcami ze wschodu i północnego wschodu (Jaćwingowie, Litwini, Tatarzy).

Na zdjęciu widoczny na obszarze zielonym okrągły ślad starożytnego grodziska

Pierwotny gród był mały i miał ok. 80-85 m średnicy. Był on systematycznie rozbudowywany (XI w.). Otrzymał nowy pierścień umocnień i osiągnął powierzchnię 1,4 ha. Miał kształt zbliżony do koła, otoczony był fosą zasilaną wodą ze źródeł, której brzegi umocnione zostały konstrukcjami skrzyń wypełnionych gliną a wał pierścienia obronnego miał 11 m szerokości u podstawy oraz około 8-9 m wysokości i wzmocniony był okładziną z kamieni polnych. Do grodu prowadziła droga przez bagnisko wymoszczona balami dębowymi.

W dolinie Mlecznej istniały jeszcze dwie osady: rolnicza i produkcyjna (wytop żelaza). Odkrycia wykopaliskowe wskazują, że Radom i jego okolice mają ciągłość osadniczą począwszy od schyłkowego paleolitu (12 000-8000 l. p.n.e.) aż do okresu wczesnopiastowskiego (X-XIIw.). Odkryte z tego okresu zabytki kultury materialnej reprezentują m.in. kulturę ceramiki sznurowej i pucharów lejkowatych. Na wspomnianych obszarach w epokach brązu (1700- 700 r. p.n.e.) i żelaza (700 r. p.n.e.- 1200 n.e.) powstały trwalej użytkowane osiedla prasłowiańskie, pozostające pod wpływem kultury łużyckiej(1200 r. p.n.e.- 700 r.p.n.e.). Proces osadnictwa kontynuowany był aż do czasów pojawienia się stałych osad słowiańskich w okresie wczesnośredniowiecznym (600-1200 n.e.).

Zielony obszar to Piotrówka, miejsce o udokumentowanej już teraz ciągłości archeologicznej od paleolitu do XII wieku n. e. Jest to jedno – z może niebyt wygodnych dla wielu – potwierdzeń wyników badań genetycznych o ciągłości pobytu Słowian w Polsce właśnie mniej więcej od tego czasu – od 12.000 lat p.n.e.

Od XI/XII w. gród stał się siedzibą kasztelanów radomskich. W źródłach pisanych wymieniani są: Marek (1233 i 1237 r.), Janusz (1263 i 1264 r.), Piotr (1284 r.), Mścisław (1290 r.). Na terenie grodu istniał kościół p.w. św. Piotra, stąd z czasem całe wzgórze zaczęto nazywać Piotrówką. Wokół grodu rozwijały się osiedla: osada wiejska na obu brzegach rzeki, nieco dalej na południe osada hutnicza i osada targowa na terenie dzisiejszego Placu Stare Miasto. Zabudowa w osadach była zróżnicowana: w dolinie rzeki wznoszono solidne, drewniane, zrębowe chaty naziemne (ze względu na podmokłe podłoże), w osadzie na wzgórzu ziemianki i półziemianki. Ponadto budowano pomieszczenia gospodarcze, np. niewielkie drewniane chlewiki.
W osadzie nad Mleczną odkryto urządzenia spiętrzające wodę w rzece ? zapewne pozostałość po wczesnośredniowiecznym młynie oraz drewnianą drogę, biegnącą od przeprawy na rzece do grodu i dalej na wschód.

Do Radomia docierali kupcy. Przywozili tu liczne towary: przęśliki z różowego łupku wołyńskiego lub sam surowiec, paciorki szklane, przedmioty związane z magią i obrzędowością słowiańską (grzechotki, pisanki) z Rusi oraz brązowe okucia pasa z terenu dzisiejszych Węgier.
Mieszkańcy Radomia chowali swych zmarłych na cmentarzu oddalonym od osad (XI – XII w.), układając ich na plecach w pozycji wyprostowanej, kobiety z głowami skierowanymi na wschód, mężczyzn – na zachód. Do grobów wkładano dary, co świadczy o przetrwaniu starych, pogańskich zwyczajów. Dary grobowe to przedmioty codziennego użytku, ozdoby, narzędzia, naczynia gliniane i monety. Cmentarzysko istniało u zbiegu dzisiejszych ulic Limanowskiego i Przechodniej.
W osadach rozwijały się rzemiosła. Ludność zajmowała się m.in. wytopem i obróbką żelaza, garncarstwem, produkcją glinianych przęślików, obróbką drewna oraz kości i rogu. Rozkwit rzemiosł i handlu spowodował powstanie pierwszego miasta na prawie polskim (zapewne około roku 1300) na terenie dawnej osady targowej. Jeszcze przed uzyskaniem praw miejskich zbudowano tu kościół p.w.św. Wacława (wielokrotnie przebudowywany, dziś zrekonstruowany) wokół którego powstał cmentarz przykościelny.

Ok. poł. XIII w. osada leżąca obok grodu (zwana później Starym Radomiem) otrzymała prawa miejskie średzkie, a w 1276 (?) wybudowano murowany kościół św. Wacława.

Kolejną fazę rozwoju miasta stanowiła lokacja (ok. 1340) przez króla Kazimierza Wielkiego tzw. Nowego Radomia.

Obecnie Piotrówka znajduje się w samym środku miasta.

To wstęp do utworzenia Parku Mleczna, a w szczególności jego części, czyli Skansenu Archeologicznego. Koncepcja autorstwa Miejskiej Pracowni Urbanistycznej przewiduje, że po zakończeniu prac wykopaliskowych zostanie tam zrekonstruowana miejska zabudowa z IX-XII wieku. W skansenie będzie można nie tylko zobaczyć, jak wyglądało życie przed wiekami, ale też nauczyć się dawnych rzemiosł i uczestniczyć w codziennych zajęciach. Będzie też można poznać tajniki warsztatu archeologicznego. Część obiektów odsłoniętych w trakcie wykopalisk będzie pozostawiona na miejscu i udostępniona zwiedzającym po odpowiedniej konserwacji.


[Miejmy nadzieję, że te szczytne plany zostaną zrealizowane. C.B]

Zanim jednak ruszą jakiekolwiek prace budowlane, cały teren, za względu na swój charakter, musi być szczegółowo przebadany przez archeologów. W czwartek prezydent Andrzej Kosztowniak podpisał umowę o współpracy z Instytutem Archeologii i Etnografii Polskiej Akademii Nauk. W imieniu Instytutu dokument sygnował jego dyrektor, prof. dr hab. Andrzej Buko.

- Miasto ma imponujący skarb w postaci Piotrówki, unikatowy w skali Polski a nawet Europy. To największe na Mazowszu grodzisko, na modelowym miejscu, wyłączonym spoza zwartej zabudowy, co pozwala mieć nadzieję, że pozostałości zespołu wczesnomiejskiego są doskonale zachowane. Wchodząc na Piotrówkę człowiek staje zachwycony, że jeszcze coś takiego się zachowało. Wyraźnie widać, gdzie jest droga, gdzie plac. To fascynujące miejsce od strony naukowej. Nasze prace pozwolą pokazać miasto, jakie ono było u swoich źródeł – mówił prof. Buko. Jak podkreślał, pozostałości drewnianej zabudowy mogły zachować się w idealnym stanie dzięki podmokłemu terenowi nad Mleczną.

- Woda doskonale konserwuje drewno. Gdybyśmy osuszyli ten teren, w ciągu kilkunastu lat z rozległej zabudowy pozostałyby jedynie pojedyncze drzazgi – potwierdzał doc. dr hab. Marek Dulinicz, zastępca dyrektora IAE ds. naukowych, który na mocy podpisanej umowy będzie koordynował prace na Piotrówce. Według niego grodzisko istniało i prosperowało jako ważny ośrodek administracyjny i handlowy jeszcze zanim powstało Państwo Polskie.

- Takich miejsc jest w kraju zaledwie kilka. Radom jest pod tym względem tak samo wyjątkowy i fascynujący, jak np. Poznań, Biskupin czy Gniezno – uważa Marek Dulinicz.

Jak zapowiedzieli przedstawiciele Instytutu, powołany zostanie zespół do spraw badań w Radomiu, w skład którego wejdą specjaliści różnych dyscyplin. Jeszcze w tym roku naukowcy będą chcieli przeprowadzić wstępne badania, a ich wyniki przedstawić na zorganizowanym w naszym mieście seminarium naukowym. Realizacja projektu ma potrwać kilka lat.

- To będzie awans cywilizacyjny miasta, jeśli chodzi o jego historyczne korzenie – podkreśla prof. Buko.

Źródło: Gazeta Wyborcza Radom , luty 2009

Polska wizja Baji – Stefan Żeromski „Wiatr od morza”

Posted in Mitologia Słowiańska, sztuka, Słowianie by bialczynski on 15 Maj 2010

Karta tytułowa pierwszego wydania „Wiatru od morza”(1922), il. Zygmunt Kamiński, wyd. J. Mortkowicza, Warszawa.

Stefan Żeromski – Wiatr od Morza

Napad Jutów

Ujrzeli nareszcie bielejące brzegi. Wśród nocy ciemnej śnili o tym widoku na dnie dwużaglowych statków obitych skórą fok i białych niedźwiedzi, jeleni, odyńców i byków — pośród tarcic napuszczonych smołą, gdy woda zamarzająca igłami kłuła golenie, a wicher morski zapierał oddech w gardzielach. W kolisku rozbestwionej burzy, gdy nagłe ryki i ponure łoskoty wybiegały z przepaści między wyniosłymi bałwany, jak gdyby łono ziemi, pod niewolą wiekuistą wód głębiny zawarte, przychodziło do głosu, śniła im się — której jeszcze nie deptali — garbata i od lasów rozchwianych falująca susza.

Gdy wały niezmierne, chytrze jak rozjuszone i z zemsty oszalałe zwierzęta, szły z nieskończonej oddali, ażeby pod burty z nagła się podsadzać i na płask rozpościerać czarne żagle po przepaścistej wodzie, nie drżało serce wojowników i ręka ich nie popuściła szuta, liny przywiązanej do żagla. Gdy wyspy trzęsły się w posadach od uderzeń jakoby młota stolemów, gdy huk i świst powietrza płoszył sen z oczu ludzi pod niskimi powały w ciemnych izbach rybackich, najezdnicy drzemali spokojnie na dnie łodzi, ukołysani od rzutów z góry na dół, od smaku soli i zapachu smoły. Uszy ich ogłuszone od huku zaczynały słyszeć teraz na nowo oczy przyuczone do barwy trupiobladej fali wchłaniały z niewysłowioną rozkoszą stałe smugi ziemi nad kątowiskiem zatoki — płuca ich, przywykłe do wchłaniania olbrzymiego powietrza w morskich przestworzach, oddychały z ulgą w niemych okręgach małego morza.

Radosny okrzyk fruwał teraz z łodzi do łodzi jak złowieszcza rybitwa. Pokazały się dalekie, płaskie doliny, żółte smugi urwisk wysokich, góry piaskowe, strome gliny, które odziewa porost prastarego lasu — i białe, gołe cyple wchodzące daleko w wody.

Chytrze chwytając w szaty żagli wiatry sprzeczne, szerokie i ciasne, na każdy nastawione podmuch, i ze wszech sił pracując paczynami, dotarli do lodu, co opancerza haki i niskie piachów osady. Dzioby korabiów worały się między lody, które rozgarnęła na strony słodka woda strumienia z lądu idącego zakosem i w zatory strzyży poskładanej przez północną flagę. Wydźwignąwszy czoła łodzi na lodozwały brzegowe, przywiązali je mocno do obmarzniętych pniów nadbrzeżnych linami z kręconego rzemienia. Wdziali hełmy wysokie. Forwali ze swych statków długie topory, przypasali naostrzone miecze, zawściągnęli pasy czerwonych puklerzów i ku lądowi pobiegli.

Dźwięczał nareszcie pod ich zdobywczym sandałem lód zasklepiający niziny! Pięta uderzała o grudę calizny! W prawo i w lewo słały się gliny rozmazane przez zawieje i pluty, oślinione przez piany bałwanów, a w czasie upału zeschłe w twarde skorupy. Badyle porostów i korzenie żarnowca wymarznięte do ziemi, krzaki głogu dzikiego, iwiny i tarek plątały się pod stopą pędzącą. Wysoko nad odpluczyska poziomem wznosiły się brzegi barwione żółtymi i śniadymi wstęgami uwarstwień. Strome pęknięcia rozdzierały tam, w górze, jednolitą wyniosłości caliznę. Pieczary i jamy, które morze w ciągu stuleci wyjadło, otwierały się w brzegów martwicy jako gościnne koleby. Na szczycie góry, tak wyniosłym, że szum morza do połowy osłabły ku niemu przypada, szamotały się w wichrze barwne sosny. Czerwone ich pnie były strzeliste i gładkie, czuby ubarwione najczarowniejszą zielenią. Zdawało się pędzącym wzgórę, że te puszcz czatownice i wysłanki cichych lasów śpiących w spokoju lądowej zimy podaje hasła na trwogę, że swe korzenie chcą wysiepać znad przepaści i że krzyk niemy szamoce się i wypływa :ku swoim w ich splątanych gałęziach.

Gdy napastnicy gromadą dzikich i ponurych atletów na stromy wierzchołek wypadli, szukali na wsze strony oczyma mieszkań ludzkich. Nienawidzili osiedzicieli tej strony, zanim ujrzeli dym ich ogniska. Nienawidzili ich pracy i ich snu pod odymionymi belkami i pod szczerniałym sosrębem, który praszczurów dzieciństwo, życie i zgon zamierzehły pamięta. Nienawidzili ich pokory i wybiegających z pokory względem ludzi — podstępów nieskończonych względem zwierząt, ryb, ptaków i owadów.

Ujrzeli widne z dala na cyplu Oksywia grodzisko.

Czuli pod zdyszanymi żebrami ssanie żądzy. Jak rude orły wlepili oczy chciwe rzezi i zwycięstwa w strze listy widok zamku, w drewniane wieże i strzechy, ostrokoły, ościenie i zasieki sterczące na kępy krawędziach, ponad morzem zielonym i ponad szeroko rozpostartym na tyłach moczarem. Oto pochwycili nareszcie oczyma cel swej drogi dalekiej poprzez wicher, mróz, deszcz i przez niezliczone morskie denegi. Otrok posłuszny, huragan zdradziecko wegnany i zagarnięty w żagle, przypchnął ich do przyciesi i dachów, które niewolnicza praca ścięła w boru, obrobiła i ku obronie dźwignęła. Jaskrawa północy gwiazda wskazywała im w mroku szlak prosty na morzu do tego urwiska klęski niechybnej leśnych łazęgów, rolników, pastuchów i rybaków.

Sprzymierzeńcy oceanu dzikiego już widzieli w pospólnym marzeniu wielobarwny ogień szybujący chorągwianymi przeguby ponad krzepią Oksywia.

Zapragnęli wraz wszyscy rozkoszy morderstwa i widoku męki pobitych, gdy można będzie ze śmiechem polować na uciekającą trzodę mieszkańców, dopadać mieczem dziadów struchlałych, jak prosięta zakłuwać dzieci, ciosem skracać płacz matek szpetnych, a może wlec za włosy — gdy na ofiarę północnym bogom będzie można zarznąć dziesiątą część jeńców, a złupiwszy wszystko, odpłynąć w łunie wspaniałego pożaru domostw i lasów, wśród pieśni tryumfalnej, ku innym, nowym, nieznanym wybrzeżom. Popadli w niszczycielskie rozjuszenie. Dali się porwać furu krwiożerczego instynktu. Pancerze z błota walki krwią obmywać! Wyrywać szponami wnętrzności z brzuchów nożem rozdartych! Wykłuwać starannie źrenice omdlałe, z lęku oślepłe, błagalne! Odłamywać żebra aż do bioder jako badyle, ażeby rana piersi tworzyła podobiznę rozpostartych skrzydeł orła! Mieczem płatać przyłbice i żywcem skalpy zdzierać z czaszek wojenników pojmanych!

Ostrym toporem odcinać prawice wzniesione do walki jako odszczepy drzewa w boru! Oszczepem z wątłego drzewa wiązu o grocie zatrutym otwierać rany kwitnące jak róże! Słuchać dzikiego pisku niedorosłych dziewcząt na ziemię między zdobywców rzuconych! Spać głucho w zapachu krwi gorącej, co zaleje podłogi i skrzepnie pod progami zdobytego grodziszcza, spać głucho na jęczących łonach kobiet z powiązanymi rękami! Gdy ze wzgórza w płaską dolinę runęli i przebiegli pażycę szeroką moczarem czarnym i grzęskim zalaną, rozległa się w ich szeregach saga skalda młodego.

Wrzało w tej piersi męstwo nieustraszone wszego wojska i pasja wszystkich wikingów, szukająca niebezpieczeństw najazdu i podboju, zwycięstw w śmiertelnych zapasach i samej nawet klęski. Pieniła się w jego pieśni nieposkromiona siła, dziko wyła rozpacz pokonanych i bezmyślnie szalała radość. Wyrywało się z jego pieśni ponad wszystko dumne piękno łamania wszelkiego zakazu, niweczenia przeszkody, imania nieulękłą prawicą wszystkiego, co istnieje. Słyszeli wszyscy w tej pieśni pochwałę wilka idącego po strawę na pole ludzkiej walki i pochwałę ptaka kruka, który za zdobywcami polata na pobojowiska pełne trupów bezwładnych, bezsilnych i śmiesznych.

Porywał, podniecał, unosił i gnał znowu pędzących Jutów, ni to bat świszczący, śpiew skalda młodego.

Wiekuista młodość i zawsze ta sama a nigdy nie ubywająca żądza w nim płonęła. Słyszeli z zewnątrz przylatującą a wewnątrz siebie samych na wezwanie zaczajoną furię, ażeby służyć wiernie rzemiosłu swemu, morderstwu, ażeby zwyciężać ludzi dla samego zwycięstwa, a klęskę dla samej klęski ponosić. Pili z tej pieśni nie napój, lecz samo nigdy nienasycone pragnienie widoku wiekuistej walki człowieka z człowiekiem.

Przyskoczywszy zaś do samego płaskowzgórza, stromymi taflami zlatującego w piany morza, ujrzeli ludzi zaczajonych nad urwiskiem. Wódz Rorik, utworzywszy, w oczach Słowian równy zastęp ze swych wojowników na płaskim brzegu, kazał na wroga uderzyć. Leżąc na skraju góry w zaszczycie swych tarcz skórą obciągnionych, obrońcy rzucili na zdobywców olbrzymie głazy, śniaty drzewa, wylewali wrzącą smołę i ukrop. Pod zasłoną puklerzów Jutowie ustąpili aż do rzeczki. Wtedy obrońcy, rozwarłszy bramy grodziszcza i wiszące mosty spuściwszy, rzucili się w pogoń za nimi. Lecz tu w gwałtownym natarciu pobici zostali na głowę.

Wtedy to jeden z Kaszubów wystąpił poprzed szeregi i wyzywał Jutów do walki jednego przeciw jednemu. Był to wróż czy czarownik, osobliwy wśród innych ze względu na wzrost. i budowę ciała. Włosy jego były w warkocz splecione. Na sobie miał białe skóry wy prawne, pancerz na piersi z rogów kopyt końskich jako łuska karaceny naszytych, a w ręku młot olbrzymi, kamienny. Wódz Rorik przystał na spotkanie z umową, że skutkiem zwycięstwa Słowianina będzie odstąpienic od zamku, a w razie zwycięstwa rycerza Jutów nastąpi oddanie grodu. Na spotkanie kaszubskie wyszedł najmężniejszy, najdzielniejszy, niezwyciężony młodzieniec Oleg, bohater.

Słowiański wróż czy czarownik podbiegł ku niemu, podniósł swój młot kamienny i od jednego ciosu zabił Dana. Słowianie przyczajeni na wałach grodziszcza gdzie za nasypami ludzką rzuconymi ręką taiła się woda wyniesiona aż do połowy urwiska — wydali okrzyk radości. Jutowie stojący na brzegu wokół wielkiej łodzi Rorika wydali okrzyk zgrozy i zemsty. Wśród wrzawy dwu wojsk, wyzwisk i zniewag czarownik przechadzał się tryumfując. Wówczas z zastępów Rorika wystąpi inny wojownik, Fortinbras znający czary. Wróż słowiański wyciągnął ręce i skinął przytakująco. Począł przed wojskiem swym tańczyć radośnie, tupać i skakać na miejscu, klaskając w dłonie. Wśród uwagi dwu hufców i wielkiej ciszy tam na górze i tu w dole, wojownicy rzucili się na siebie. Obaj potężni i obaj znający czary, rozdarli swe tarcze, zmiażdżyli szyszaki, zadali sobie nawzajem ciosy tak śmiertelne, że wkrótce obydwaj ranami okryci i krwią brocząc z głuchym łoskotem na ziemię runęli.

Wtedy wódz Rorik dał znak do zdradzieckiej napaści.

Syk mieczów normandzkich z pochew wyrwanych zagłuszył morskie szelesty. Blask mieczów waregskich jak błyskawica zamigotał. Mieliż morscy rycerze, których dzień upływał wśród boju a sen wśród gromu i błyskawic, których jedynym zajęciem była żegluga, wojna i rabunek, dochować wiary prostakom zgarbionym w pracy około zasiewów, doglądania żniwa i omłotu prosa, zabiegów około zbiórki jagód, orzechów i grzybów, otrząsania po lesie dzikich jabłek i gruszek, warzenia potrawy z tłuczonego owsa i leśnego miodu, podbierania jaj przelotnego ptactwa i łowienia ryby

Drużyna Rorika pomknęła na wroga, golą dłonią czepiając się kolców głogu i igieł tarniny, ostrych bylin charszczu ostrego i kłączów takrocznego żarnowca.

Wtargnąwszy na wał sypany junacy rzucili się wpław przez podmarzniętą kałużę rowu wydźwigniętego na połowę wysokości urwiska. Kto z niej wybrnąć i piąć się zaczął ku ścianom, węgłom i zaworom grodu, wszczepiał okrwawione palce w śliską powłokę prostopadłej szklanej góry, co wokół zamku z morskiego wypalona piasku podtrzymywała przyciesi szerokie i stromy częstokół. Krew wikingów kapała w wody rowu, na lodowisko fosy, ciekła długimi smugami po okrągłych bokach szklanej góry. Chmury strzał leciały z łuków słowiańskich na twarde szyszaki. Ciała nieulękłych bersekierów zlatywały w otrhlisko, gdzie kipi ciemne morze ze wściekłą potęgą, gdzie się ciska na hardy przylądek i gdzie czuby pian po zimnej chlaszcząc glinie wyśpiewują nieulękłych chwałę.

Arkona – Stanisław Jakubowski (Strażnik Słowiańskiej Wiary)

Smętek

Od majowego z południa powiewu morze stawało się bławe niby oczy kobiece. Wody jego snuły się same w sobie i bezwładem fal, ciężarem opadania wygładzały piaski wybrzeża poorane od lodów. Gorący oddech dalekich stron południa kołysał się w gęsiach tych i przybijał do wyziębłych brzegów. Piaski były nieustępliwe, niemal twarde jak skrzyżale kamienne. Miękka kidzena, zielonawa powłoka zwiędłych wodorostów, wypchnięta z toni rozpościerała się na wzór kobierca, żeby snadź ostre kamyki z głębokiego wymiecione odmętu bosej stopy nie skrzywdziły. Równe, powłoczyste, ciężkie morze, na rewach i mieliznach żółte, na głębinach ciemnomodre, w cieniu obłoków zielone, przeistaczało się w przystań cichą, w rozkosz spojrzenia. Wysnuwało się z błękitu niewidzialne dotychczas, dalekie, jasne pasmo międzymorza. Naprzeciwko niego miłościwym łukiem zaznaczał się szlak mierzei jeszcze mniej znaczny — ni to plama podłużna w źrenicy — ląd, który wielka rzeka z ziem swoich przez wieki wieków wynosi. Zataczały się ku sobie w źrenicy patrzącej te dwie krzywe linie, jak gdyby rzęsa górna i rzęsa dolna nad okiem niewysłowionej piękności. I otwierało się ku wiosennemu słońcu oko morza wiosenne, nieobjęte, nienapatrzone, samo w sobie doskonałe. Błękit niebieski i światło niebieskie przeniknęły wody i ziemie dalekie czyniąc z nich jedyną istność piękności. Nad ziemią sunęły białe i śniade obłoki. Gdy obłok płynął nad kolebskimi wzgórzami, wątły cień przesuwał się po zieleni lasów.

Tam, między jedną a drugą duną gajem sosnowym obrosłą, otwierała się cicha dolina. A za doliną wznosiła się duna osobna, którą od podnóża do szczytu pokrył żarnowiec sam jedyny. Witeczki jego, z korzeni twardych jak róg pędzące nagimi rózgami, nie miały jeszcze liści. Sam jeno jasnożółty, płomiennobarwny kwiat od korzenia do najwyższego pędu je okrył.

I wszystka góra od podnóża do okrągłego, najwyższego wierzchołka stała jako jeden krzak ognisty, jasnożółta, na wzór słońca płomieniejąc. Zapach traw młodych niósł się z poprzecznych łąk między górami, gdzie Kaczy Strumień po kamieniach z lasów spada, ażeby potem cichym błądzikiem zataczać się między wierzbami i niepostrzeżenie w żółtych piaskach przelewać swe leśne wody. Daleki odgłos morza uderzał w ciche doliny między górami. Jakby usiłując naśladować piękność i nieskończoną melodię morskiego szumu, zanosiły się od śpiewu słowiki i kosy, przelewając melodie w melodie swoje. A jak gdyby na skutek śpiewu kosów i słowików, wzruszała się śniada i żółta ziemia, gliny i piaski, a z łona jej wonne konwalie tryskały.

Arkona

Czarny łowiec, który jako skald z orszakami Normanów przybiegł był na tę ziemię, błąkał się w tych oto stronach. Mieszkał wśród tego plemienia. Na koźle lub dziku przebiegał niezbrodzone puszcze, polując na dzieciobójczynie. Widywali go drwale pod Budowem i pasterze pod Rzuszczem, gdy przychodził do ogniska w nocy, prosząc o pozwolenie upieczenia sarniego uda w głowniach sosnowych. Na przesmykach i polanach niezmiernych puszcz między Odrą i Wisłą, ponad wysokobrzeżnymi jeziorami, z których stężyczyńskiej głębiny czarownym wężem obok Babidołu Radunia się snuje, gdziekolwiek na wschód i zachód od Wieżycy mowa jednaka brzmiała pod dymem bud leśnych i checz na polanach, trwoga padała na ludzi przed czarnym myśliwym. Nadano mu wszędy Smętka imię.

Tropił bowiem chytrze młode dziewczyny ponad brzegami głębokich strumieni i nie przepuścił ani jednej, gdy się wśród bólu strasznego i w trwodze większej od bólu słaniała u stromych urwisk czarnego jeziora, szukając dogodnego odmętu, ażeby z kamieniem nieudżwignionym u kruchej szyjeczki cisnąć weń płód zrodzony sekretnie, wbrew prawom i na przekór ustawom, świadectwo hańby niezmytej, zbrodni największej, owoc miłości niezwalczonej i nieodpartej męskiej przemocy.

Chodził ślad w ślad — smętny tropiciel — za ojcobójcami gryzącymi w sobie na miejscach samotnych wiekuiście nie do zgryzienia zabójczy jad wspomnień o ciosie. Rozżarzał aż do szaleństwa oczywistości pamięć uczynku, podpowiadał fenomeny wydarzenia, po stokroć, po tysiąckroć przyprowadzał widzenie sprawy w to samo miejsce, w tę samą godzinę i wtedy sekretnym kluczem otwierał w duszy przeklęte drzwi jaskini nieposkromionej żałości, w której się wieczny ogień pali.

Stawał niewidoczny, a obecny — sam — nad legowiskiem synobójców. Na nowo rozdmuchiwał swym mieszkiem węgle piekielnego gniewu, od długości czasu perzyną okryte, przygasłe. Podnosił na nowo rękę, która w furii zamordowała, i łagodnie naciskał powieki, żeby oczy płakały straszliwym ponad wszystko, sennym płakaniem nad zaklęsłą, ohydną ziemią, w której leży syn sekretnie ojcowską ręką zabity.

Rozsypał z krzaków bzu, gdzie przebywał, podwładne mu krośnięta, karzełki na pół łokcia wysokie, z wielki mi głowami, czerwonymi nosy i w modrym obleczeniu, ażeby po nocy przy blasku księżyca zamieniały w kołyskach dzieci, podrzucając swe własne potwory matkom, co się wymykały skrycie poza węgły checz dla tajemnej, poksiężycowej rozpusty.

Sam zaś podrzucał mory w ciała bladolicych dziewcząt, które odtąd przy świetle księżyca wałęsać się musiały, błąkać się po brzegach wód, po dachach i płotach, po stajniach końskich i oborach, krów, po zaroślach tarniny, męczyć siebie i męczyć ciężkimi ponocnymi morzyskami ludzi, zwierzęta i rośliny. Sunęły tedy pod powiekami zdrowych i tęgich młokosów jako ciała nadobne, omdlałe z żądzy, jako rozkoszne nagie omony, widziadła wyciągające kusicielskie objęcia. Nie było ustawy, nie było zakazu, nie było prawa, które by przed ich pięknością zaporę postawić mogło. Mocniejsze było niezwalczone widzenie ich urody niż sam lęk przed śmiercią.

Podchodził skrycie pod progi i nastawiał miski z jedzeniem zaprawionym diablim pomiotem, ażeby baby chutliwe zjadały zadaną strawę i przeistaczały się w czarownice. Gdy zaś którą tak podstępnie zawładnął, gnał ją z checzy do checzy, by urzekała ludzi i zwierzęta, szkodziła na zdrowiu maleńkim dzieciom i uwodziła niewinnych młodzianków. Gdy księżyc ubywający odchodził w gorzki nocny mrok, w głuchą nicość, gdy wicher jesienny jęczał w gałęziach drzew prastarych, siadał przy posłaniach kobiet sehorzałych, ciężarnych, nie mogących spać, u łoża matek, co potraciły małe dziateczki wskutek zamachów przedziwnych i ciosów bezlitosnych tajnych chorób, rzucając z głębi nocy bez końca, nocy boleści, na ich łona łkające — wciąż nowe, nieudźwignione ciężary.

Jako chłopiec przecudnooki, jako knop pięknolicy przewijał się przed oczyma, w myślach i w pożądaniu, które nigdy nie gaśnie, rozkwitających dziewcząt i kwitnących kobiet, wabiąc je w tajne skrytki sekretnej miłości, ukazując poza wszystkimi ustawami świata i związkami rodu kwieciste i woniejące schadzki zacisze. Oplatały się wokół niego wszystkimi pomyśleniami, wszystkim czuciem, zachceniem i przyzwoleniem, zaprzedawały mu się po dniu i w nocy ciągłym uśmiechem, szukały go niechcący przez sen nagim ramieniem, wzdychającymi piersiami i bezwładem nóg rozchylonych. Gdy księżyc w pełni swym czarodziejskim światłem przenikał mgły wiotkie jezior i głębie lasów, gdzie mieszka trwoga — gdy daleki śpiew słowiczy napełniał bugaje, piękne jego przezgrzechy kusiły do marzeń o zakazanej miłości wszystkie serca kobiece, straszyły je widokiem szybkiego ubywania młodości, przygasania czaru, odchodzenia raz na zawsze miłosnego wdzięku — ukazywały niebezpieczeństwo zaniedbania w rzeczy szczęścia i ze wszech sił, wszelkimi sztukami pobudzały żądzę.

Arkona

Popędzał straszydła w skórze jeżowej, żeby o ciemnej nocy wpadały z sieni do niskich, czarnych izb, żeby naciskały odymione belki aż do trzaskania: trzask — trzask — trzask, żeby ciężkimi kopytami tupały po powale: tup — tup — tup — żeby chodziły popod okna i czaiły się za węgłami: szur — szur — szur — żeby, gdy spać nie można, zaglądały do pieca i wymiatały na ziemię rozżarzone węgielki. Nasycał się wówczas trwogą padającą na wycieńczone położnice, na młode mężatki, którym mężowie zgniłą jakowąś niemoc wtrącili do wnętrza, od czego gasły z dnia na dzień, z nocy na noc — na samotne dziewczyny za czymś własnym wciąż wzdychające w zaduchu kominów rozpalonych i wśród męczarni nocy nieskończonej.

Wcielał swych wupich, strzygoniów w ciała ludzkie i posyłał ich na chybił-trafił to tu, to tam między naród człowieczy. Wybierał między dziewczętami na chybił-trafił to tę, to ową i czynił z niej stworę wieszczą, upiora, który po śmierci cielesnej nie sztywnieje, lecz czerwony jest i miękki jak człowiek za życia. Patrzył z pociechą, jak rój wupich i wieszczych wyciąga ze świata i wlecze na cerkwiszcze rodzeństwo, braci, siostry, najbliższych krewnych i przyjaciół aż do najdalszego pokolenia, dopóki przerażeni ludzie nie wywleką trupa z mogiły, gdzie leży z otwartymi oczami, łypiąc chytrą źrenicą, z koszulą i wszelkim ruchnem po pas zżartym z głodu — ażeby mu głowę odrąbać wielkim toporem.

Sam zasię najchętniej przemieniał się w stolema, wielkoluda, który stojąc na Zamczatej Górze ponad Żarnowskim Jeziorem, ciska olbrzymi głaz o ćwierć mili w ludzkie siedziby. Nosił na łańcuchu niezmierną skałę z dalekich gór na drodze do Cząstkowa z zamiarem, żeby ją cisnąć w Gdańska bramy — gdyby go — ba! na tej to drodze pianie kura nie zastało. Tak tedy cisnął skrzyżal na lewą stronę drogi między chojaki i uciekł. Stojąc kędyś na kępie Oksywia miotał głazy w radłowskie góry, lecz chybiwszy trafił w morze, gdzie dotąd leżą w pobliżu brzegu, iżby się na nich rybackie łodzie roztrącały.

Mieszkał zasie to tu, to tam, w zamkach zaklętych na granicy między Lebkową a Kortoszeną, w Glincy pode wsią Korne lub w wielkim zamkowiszczu pod Gniewinem. Do ludzi ponad jeziorami, którzy starym obyczajem siedzieli w wysokich nad wodą paliszczach, przybywał w gości niosąc im pokusę, spustoszenie siły, złe i strach. Do dzikich i śmiałych karczowników, którzy z prapradziadowską brązową lub z cudzoziemską żelazną siekierą w dłoni rzucali się w tajne ostępy, ażeby je trzebić, a na polanach wyłuskiwać z ziemi kamienie, wyrywać pniaki, równać i do góry spodem leśną glebę odwracać — ażeby ziarno prosa i owsa zasiewać przychodził jako kupiec, obcokrajowy „gość”, czarno odziany w niewidziane i niesłychane suknie z tkaniny. Okryci dwiema skórami, zdartymi z zabitego barana, które łykiem lipy zeszywali, otwartymi z boków i z dziurą u góry dla wdziewania przez głowę, patrzyli jako na niezwalczoną pokusę, gdy się mienił przed nimi. Mienił się zaś i przewijał jak kuna, jak kraska, jak wiwilga, jak węgorz w głębinie od lśniącego chińskiego atłasu, którego używanie śmiercią było przez bogdychanów karane, a wartość ze złotem się równała poza chińskim murem. Lśnił od zielonego aksamitu, którego ojczyzną były Indie — od jedwabnego adamaszku z Damaszku i Babilonu rodem.

Stowarzyszał się z łowcami idącymi pod wrzesień ponurą i niezbadaną bytowską puszczą na rykowiska jeleni. Gdy trwożne łanie zbijały się w gromadki po osiem i dziesięć, kryjąc się w zaroślach przed krasnym trzydziestoletnim rogaczem ozdobionym koroną rogów rzeźbionych, co biegał wokół z nozdrzami spuszczony mi ku ziemi — czarny łowiec z rozkoszą śledził igrzysko: Zaczajony w zaroślach pękał ze śmiechu, gdy dwa najtęższe byki, walcząc samowtór o prawo dostępu do stadka cichych i nadobnych łań, spuściwszy łby, z szaloną wściekłością wieńcami na się trzaskały. Radował się doskonale, gdy każdy z zapaśników odtrącał ciosy przeciwnika z niewidzianą zręcznością, a uderzał w odwet z furią niesłychaną gałęziami ocznymi, ażeby wroga rozedrzeć. A rozkosz widza dosięgała zenitu, śmiech jego brzmiał na całą puszczę jakoby hukanie puchacza i jakoby pisk kani, skoro walczący rywale tak splątywali się wśród uderzeń wieńcami, iż żadna już na ziemi siła nie mogłaby rozwikłać i rozłączyć obłych odrośli pokrytych zahaczeniami drobnych pereł. Stojąc tak pod cieniem milczących dębów, bez możności schylania pysków do trawy, która u kolan ich pachniała, połyski wali na się ocznymi świecami miotającymi nienawiść za dnia i w nocy, walczyli rykiem, aż póki wycieńczenie zupełne po dniach i tygodniach nie zwaliło obydwu zalotników na ziemię i śmierć straszliwa z miłości i głodu nie zakończyła ich boju.

Czarny łowiec wdzierał się z towarzyszami w najgłębsze mateczniki, gdzie w mroku leśnym śniły wody posępnych wdzydzkich, sumińskich i kruszyńskich jezior, nad których brzegami, wśród ostrowów i długich zalewisk idących w kraj — w niskich zaroślach przebywały rogacze oczekujące na stwardnienie wieńców, karmiąc się bukwią i żołędziami, wrzosem, mchem i zieleniną pędów. Łanie, przewodniczki stada, i młode jelonki, które jeszcze nie widywały ludzi, nie uczuwały lęku na widok dwunogów o bladych twarzach. Zbliżały się ufnie i z ciekawością, spoglądając na przybyszów naiwnymi cud-oczyma. Dopiero gdy ostre zacięte pocioski nie chybiającą rzucone prawicą gasiły ich ufne oczy wykłuwając jasne płomienie podłużnych źrenic, a okrutna sulica przebijała grotem na wylot serce przeczyste, rzucały się znad Czarnej Wody do ucieczki zarówno stare, samotnie żyjące wielkorogi, jak białoplamiste cielęta i tkliwe matki, które zwykły na mocy wrodzonego im geniuszu bohatersko za potomstwo umierać. Gdy stado uchodziło co siły z rodzinnej ostoi, czarny łowiec pędził za nim na czele szczwaczów spuszczających srogie psy ze smyczy. Zawziętość jego rosła w biegu, gdy pędzący myśliwce mijali wzgórza i doliny, okrążali jeziora, w skok przebiegali lasy, przepływali rzeki i przesadzali strumienie. Ludzie przeistaczali się w psy zaciekłe, a psy zapożyczyły wściekłości od ludzi. Jedni i drudzy nie pierwej spoczywali, aż dymiące od żaru jelita i krwawe narogi wydarli z rozszarpanego brzucha wielkiego jelenia, a czarny łowiec potężnymi rękami wyszarpał serce łani, ażeby patrzeć w nie ze wzgardą, miłością do potomstwa nawet po skonie bijące.

Zimową porą, w tęgie mrozy, gdy stada turów po czterdzieści i pięćdziesiąt w gromadzie wychodziły z mokradeł na miejsca suche i bardziej wyniosłe, ażeby szukać paszy pod śniegiem, wygryzać korzonki roślin, głodzić pąkowie jesionów, korę i gałązki drzew liściastych — czarny łowiec sunął z cicha na łyżach za towarzyszami wyprawy, dla podpatrywania potężnych łowów zimowych. Czając się za pniakami lub ukryci w widłach i wśród konarów dębów i buków, trzymali kusze w pogotowiu. Otrok wstępował w strzemię kuszy z drżeniem serca, wciągał korbą lub hakiem cięciwę grubą na palec, skręconą z jelit baranich czy splątanego rzemienia, zakładał ją na chwyt i trzymał łoże w pogotowiu do strzału. Szły bowiem stadem niemałym płowe brodacze i potężne krowy, wstrząsając grzywami i wietrząc nieprzyjaciela. Ze drżeniem kładła dłoń łowcy bełt o grocie w widły rozdartym na osadzie kuszy i brała na oko cisowe łoże samostrzału. Gdy gruby byk, przodownik stada, zbliżył się na dwieście kroków, chciwe palce pociągały za spust kuszy i miotały w ślepia ukryte pod grzywą, w schylone łby i garb karków niechybny pocisk, który deskę na wylot przebijał. Trafione szeregiem pocisków zwierzęta tarzały się po ziemi, krwią zalewając jasne śniegi, albo z bólu szalone gnały oślep ku kryjówkom człowieczym.

Lecz sława podniecała junaków do walki sam na sam ze starym turoniem, czterdziestoletnim pojedynkiem, w samotności zdziczałym, który sunął osobno, nie znosząc obok siebie tworów żywych. Samotrzeć wychodziły na byka młokosy z napiętymi kuszami, z oszczepem i zegadłem. Patrzyli spokojnie, gdy ryczał na smugu jasnobury a ciemny po boku, do graba i buka podobny, jak dąb obwieszony kudłami. Czekali w milczeniu, cierpliwie, gdy się jurzył, darł ziemię kopytem, a schylał w zagaju łeb gruby i rogi skrzywione nastawiał. Patrzyli spokojnie na brodę zwisającą z podgarla, jak trzęsła się w furii, na grzywę, co na piersiach, na łbie, na ramionach jeżyła się wściekle. Patrzyli, jak ciapał żuchwami i czarnego zadzierał ogona. Podnosili wraz kusze i wytrwale zmierzywszy miotali wraz groty ze świstem cięciwy w złe ślepia. A gdy runął z kopyta i gnał z rykiem w nich prosto, przecwałem, uchylali się skokiem za drzewa. Miotali weń oszczep z żelaznym na końcu dzirytem. Podbiegając doń z boku, uderzali go po łbie maczugą nabijaną krzemieniem. Gdy prawego doścignął w podskokach i zajechał po kożuchu porożem, gdy go wrzucił na siebie, w powietrzu zawinął, o siebie roztrącił z wysoka, gdy tratować go zaczął kopytem, kopać racią poślednią, podrzucać i znowu kości łamać deptaniem, a rogiem, rozdarłszy mu wnętrze, wywłóczyć jelita — jęk puszczę przeszywał. Lewy rzucał się skokiem, do boku turowi przylegał, szpony dłoni zapuszczał mu w kudły na karku garbatym, z nim razem pomykał w podskokach, lewą dłonią dziesięćkroć bił w serce zegadłem. Wlókł go turoń przy sobie po chrustach i dołach, o pnie buków rozbijał. Trzeci stał mu na drodze z rogaciną w grudę ziemi zabitą. Przyczajony za ostrzem niezłomnym, przyklękły, na skok czekał szalony, ostatni. Zjuszony od walki, narzucał się mężnie tur z wyższa. I wbijało się ostrze rogacze we włochatą pierś zwierza. Krew bujnymi wybuchy zalewała one śniegi, a wielkimi soplami oblepiała mu brodę prastarą. Wówczas lewy ostatnie po rękojeść zatapiał zegadło.


Arkona

Chwiał się turoń na widłach rogatych, motał głową w szaleństwie. Nie mogąc racicami ziemi dostać, nabijał się na ożóg coraz głębiej całym cielska ciężarem. Ślepia mu bielmem zachodziły. Umierał.

Z głębokich ostępów Smętek wychodził w puszczę ciepłą, pomiędzy bartniki, ż zasiewał wśród nich nie zgodę, kłótnię, swar, bitwę na śmierć, ucząc ich swoimi sposoby łamać prawa łączące ich od prawieku w społeczność. Przybywał jako bartnik wędrowny z obcej i dalekiej strony, posiadający jak się patrzy dłuto bart nicze, leziwo splecione z lipowego łyka, uzysk do siadania na bartnej sośnie i lęgło kształtu podkowy. Nikt z najwprawniejszych lepiej od niego nie pachał dookoła drzewa, nikt zmyślniej nie tworzył strzemion, w które nogą wstępując bartnik wznosi się w górę, nikt wprawniej nie zwisał na wbitym chmalu, nie zakładał kurzyska, nie wyrabiał doskonalej czterostopowej dzielni w stuletniej sośnicy — nie umiał celniej wygotować oka i snozy dla wejścia i wylotu pszczelnego owadu. Lecz nikt też, oprócz niego, nie śmiał i nie umiał złośliwiej ośmieszać prawa o nałożonych klejmach prastarych, herbach bartniczych, z ojca na syna nauką i zwyczajem idących a rytych na wypracowanych podkłodach. Kędy ten przeszedł prastarymi barciami, niszczyli sobie nawzajem znaki klejmowe, kradli robotę woskową, tajemnie psuli farbę dzieni, palili barci i mordowali same nawet czcigodne, pracowite roje.

Zadziwiająca to była sprawa — zdumienie prastarych wodzów rodowych — iż ów z końca świata przybłęda znajdował zawsze i wszędzie sojusznika w młodziaży. Umiał w szczególniejszy sposób trafić do ucha nadchodzącego po starym pokolenia. W ogień by byli szli za nim, gdy ich podszczuwał przeciwko starych powadze, przeciw prawom, zasadom, uchwałom, obyczajom, mądrym przepisom i wypróbowanym, stokroć sprawdzonym, zestarzałym przesądom. Nie było pomysłu przewrotności, którego by nie wmówił młodzieńcom. Nie było bluźnierstwa, świętokradztwa, głupstwa, którego by za nim nie powtarzali z zaciekłym uniesieniem, twierdząc, że to jest właśnie odrodzenie, nowina wyzwalająca ze starej zgnilizny. Uczył tych młodych bartników nowych sposobów omamiania bezgrzesznej pszczoły, pokazywał, jak wyrąbywać dzienie z kłód i umieszczać je na jasnych, miodem płynących łąkach w postaci stojaków lub leżaków. Uczył, jak na łako mego niedźwiedzia zastawiać dzwon, czyli samobitnię — gruby i ciężki kloc uwieszony na dębowej wici w tym miejscu, którędy niedźwiedź jedynie może się ku barci podbierać. Zaczajony z towarzyszami w gęstwinie, tarzał się ze śmiechu po ziemi, gdy niedźwiedź, wlazłszy na drzewo i chcąc zatwor odemknąć, odpychał kloc łapą jak najdalej, a to ciężkie drewno, wracając na swe miejsce z chyżością wzmożoną ku środkowi, waliło go po łbie i po łapach. Zabawa się zwiększała, gdy zwierz nie znający praw wychylenia i powrotu wahadła w ruch puszczonego pod działaniem siły ciężkości, walczył z natrętnym klocem coraz zacieklej, uparciej, gniewniej, odpychał go precz coraz mocniej i dalej, wreszcie z całej siły od siebie, a martwa kłoda, zapożyczywszy właśnie tyleż złości i potęgi ciosu od rabusia, ile on jej wyładowywał, coraz mocniej go prała w łeb, w kufę, w zębce wyszczerzone i w jarzące się ślepia. Aż nie mogąc pokonać szatańskiego prawa mechaniki, ze zwieruszonym mózgiem, wybitymi zębami i oślepiony na dobre, walił się łbem na dół nie skosztowawszy miodu.

Niemniej zabawne widowisko czynił bartnik Smętek zastawiając na niedźwiedzia kolebkę, to znaczy kosz lipowy, umocowany na silnym i sprężystym drągu, przygiętym tak do barci, ażeby kobiałka znajdowała się tuż przy zatworze. Niedźwiedź dolazłszy do barci siadał z uciechą w napotkanej, wygodnej koszałce, lecz skoro tylko zatwór odrzucił, drąg siłą sprężystości swej unosił go wysoko w górę i daleko od drzewa. Ponieważ grunt dookoła barci nabity był kołami zaostrzonymi, sterczącymi złowrogo, niedźwiedź nie widząc nigdzie miejsca do skoku siedział bezradnie, zawieszony wysoko w powietrzu, zastanawiając się nad łotrostwem bartniczym, aż go młodzieńcy uzbrojeni w ostre dzidy wydobywali z koszałki.

Smętek czynił to wszystko, ażeby między starszyzną i młodzieżą wytworzyć przepaść, ośmieszyć starych, którzy z rogaczem wychodzili starym obyczajem na śmiertelny bój z misiem — ażeby rozdąć pychę młokosów, złość i mściwość starców, ażeby zasiać burzę w rodach, która częstokroć na synobójstwie lub ojcobójstwie się kończyła. Sam szedł dalej.

W wielkich lasach pod cieniem niebotycznych drzew śniły błękitne powierzchnie wód, a beztrwożne ryby, jeszcze nie zaznawszy, co może znaczyć złowieszczy ponad brzegiem kształt dwunoga, wesoło pląsały w toni, nim śmiercionośne doświadczenie, strach i popłoch przed tym cieniem jako instynkt wrodzony potomnym przekazało. W strugach i potokach leśnych na nieprzemierzonych niecieczach i zasiąklach Noteci, gdzie drzewa z korzeniami wyrwane i w poprzek strychu wodnego rzucone — stawiska wieczne i nieprzerwane stworzyły, towarzystwa bobrów budowały pracowicie swe wymyślne żeromienia. Smętek podchodził, czaił się i podpatrywał ich pracę, ażeby je chwytać w żelaza i niewody. Nad nim zaś plamisty ostrowidz, ryś, przytulony do konara i upodobniony do pstrej kory drzewa, czyhał na wędrowne sarny i łanie jeleni pielęgnujące swe małe. Ciszę głuchą tych łowów przerywało ciapanie odyńców żrących żołędzie i bukiew w oparzeliskach i gozdach.

Podczas wietrznych dni marca zjawiał się w postaci wędrownego otroka na piaszczystym międzymorzu, gdy cały lud rybacki z żonami, dziećmi i niedorostkami uroczyście wyciągnął na strąd z toni wielki niewód kołowrotny. Ciągnął i on linę zarzuciwszy szlę przez ramię i podnosił wraz z innymi okrzyk radosny, gdy dwudziestofuntowe łososie rzucały się w ciężkim matni brzemieniu. Zajadlej niż ktokolwiek dobijał karkulicami wielkie ryby skaczące po piasku wybrzeża. Lecz gdy prastarym obyczajem następował podział rybitwy na party: rybak dorosły — cały part, niewiasta dostawiająca sieci — pół partu, dorosły chłopiec i dorosłe dziewczę — ćwierć partu, a dziecina — pół ćwierci, wdowy zaś, chorzy i starcy, którzy żadnego w połowie nie brali udziału również ich część połowu — otrok przychodni podnosił głowę, wyśmiewał stare, dziwaczne prawo i zwał je krzywdą tęgich chłopów, którzy całą rzecz wykonali. Podniecał chciwość ich, dziedziców toni na Wielkim i na Małym Morzu, ażeby dla siebie samych całki połów zagarniali.

Czerwcowe i lipcowe noce trawił z rybakami na czółnie w odległości morza dla połowu wielkich storni i mniejszych gładys, bańtek. Zapuszczał wraz z innymi włok z matnią po gruncie chodzącą. Gdy ciemne żagle leniwie zwisały, a w gwiaździstym niebie pawłoki nieruchome chmurek tkwiły niezmienione jak gdyby ucieleśnienia tchnień górnego powiewu, mówił tym zasłuchanym prostakom, ciemnym zjadaczom ryby, co życie trawią na swym jałowym, przez burze potarganym przylądku, o dalekich ziemiach, cesarstwach, ludach czarnych i żółtych. Mówił im o straszliwych oceanach, cichych fiordach, niebotycznych górach, na których wieczny lód leży i śnią czarujące, modrowode jeziora o gorących pustyniach, poprzez które brną karawany dwugarbnych zwierząt depcąc kości zasypane przez piaski latające. Mówił im o prastarych, wielkich miastach, o wojskach zakutych w żelazo, o bitwach tak straszliwych, iż rzeki krwi i z nich wypływają w niziny — o bogach wszechpotężnych i królach usiłujących boską władzę pozyskać.

Lecz oni, poczytując te gadaniny za baśnie wymyślone przez łgorza i mało sobie ważąc bogów albo i królów dalekich, pustynie i góry, dwugarbne zwierzęta i bitwy — pytali, co jest za tymi oto zamglonymi cyplami, co jest tam, za ostatnią smugą ziemi, czego już w najczystszy dzień jesieni oko ująć nie zdoła. Mówił im tedy o przecudnym ostrowisku Rany, które kredowymi ścianami spada w błękity morza. Mówił im o Stopnicy. kamiennej, górze podziurawionej przez ptactwo, które sobie w niej gniazda wykuwa: — białogłowe mewy, jaskółki i morskie wrony, normandzkie kaczki i rybne orlice. Opowiadał, iż tam, jak daleko wzrok zasięgnie, bałwani się wokół ptactwo i wszędy stoi w oczach ni to chmura — w uszach zaś trwa nieustanny pokrzyk, klangor, pisk i szelest ptasi jak gdyby odgłos morskiego przypływu. Tam to, wśród rojów pierzastych, na półwyspie witowskim, w dąbrowie świętej, od wieków stoi chram boga Swantowita, czterogłowego syna słonecznego. Ten ci to bóg daje przepowiednie, czy w listopadzie obfity będzie połów śledzi u brzegów, i głosi wyrocznie, kiedy z przystani na zbój szczęśliwy należy wypadać.

Rozpowiadał, iż tam daleko, za tamtą oto mgłą nadwodną leżą miasta prastare: Stargard w ziemi Wagrów, Weligrad i Raróg, prześwietny Wolin pełen Jutów, Słowian ze wschodu, modlących się żarliwie i czołem bijących przed złotolitymi ikonostasy, i rozmaitych barbarzyńców z południa świata. Tam leżą miasta: Dymin, Kamin, Szczecin, Kołobrzeg… Mówił im, iż za górami, za lasami, w południowej stronie urodzajnej Polan krainy, skąd przywożą zawżdy sól i chleb biały, stoją wzdłuż rzeki Wisły świątynie bogini Izydy i cerkwy bożyszcza Mithry, wzniesione przez rycerzy z południa przybyłych. Naszeptywał im wraz, tym pracowitym i ciemnym nędzarzom, dobre przyjacielskie rady, żeby samym te wszystkie cuda zobaczyć. Gdy burza zimowa na haki ich brzegu wyrzuci korab przejeżdżających barbarzyńców — rozbitków nie ratować, a jeśli wywłóczyć na strąd, to po to, żeby ich dobić, obedrzeć i wraz z ciężkim głazem u szyi na niezgłębione zepchnąć przepadlisko morza — samym sudno opanować, szaty jego potargane naprawić, dziury w kadłubie załatać, smołą zalepić, oręż przysposobić i na zbój morski bieżeć.

Gdy się najstraszliwsza z burz zimowych rozpęta, zachodnim wichrem gnana na piaski wysokie Helu, wzdęte morze w prysk pójdzie, stanie się jak żelazo i jak żelazo zbieleje — bałwan wielkości Jastrzębiej Góry za bałwanem pobiegnie poprzez cieśniny trójwyspu gdy siła niepojęta ode dna wody zacznie wymiatać, bełty zwierzchnie ponad brzegi podnosić, piaski denne wygarniać, skrętem wiry zawijać nad niedosięgłymi zdradami — wtedy właśnie cichaczem wyjechać. Płyną ze wschodu na zachód, od Nowgorodu do Stargardu i z Wolina do Gdańska kupieckie okręty pełne cudnych futer, srebrzystych i białych, niebieskich i czarnych kożuchów owczych, miodu, wosku, chmielu, wina, czarujących wyrobów ze złota i srebra, z żelaza i brązu, broni dziwnej i pieniędzy okrągłych, z rytym po dwu stronach obrazem — pełne koni i zwierząt — pełne najcudniejszych kobiet — na sprzedaż. Po nocy, w ślepą wichurę i nieszczędną ulewę na pokład się wedrzeć, straż milczkiem zasiec i wykłuć, płócienne skrzydła i szaty zdziurawić, żeby korab nie uszedł, i do swego brzegu wielki kadłub przyciągnąć.

Gdy rankiem w milczeniu rozmyślający wracali, żegnał ich skinieniem głowy, pewien, że nie zapomną nauki. Szedł do rozkopujących ławice piaskowe i brodzących wśród mielizn, żeby na bryłę bladego jantaru natrafić. Ludzie obleczeni w skóry brnęli po pas i po szyję z sieciami w kształcie czerpaków, łowiąc morską kidzenę, żeby ją pilnie przepatrywać, czy wśród traw i porostów nie widać cennej zdobyczy. Trafiali bowiem na różnoforemne, płaskie i podłużne bryły, wielkie jak dwie pięście dorosłego mężczyzny, a nawet na olbrzymie, o stopie średnicy — na okazy doskonałej formy, kształtu i rozmiarów dojrzałej gruszki-panny, lub na kule podobne do kropel stężałych na wzór owocu morela. Jedne z tych znalezisk miały na sobie powłokę, chropawy nalot z piasku czy gliny, przywarły na głucho, który dla przejrzystości wewnętrznej stanowił szatę złotawą — inne były całkiem nagie, jakby odłamane od znacznie większej calizny, a w złamaniu swym gładkie i aż do dna czyste, dające się przejrzeć na wylot. Barwa tych dziwotwornych darów morza była przerozmaita: wiśniowa jak przeczysty miód młody albo niemal czarna jako miód prastary — żółta niby wosk lub bława jako obar żywy, ciekący z sosen na wiosnę. Niektóre odszczepy i ułamki były w kolorze zamglone, mleczne, zielonkawe, brunatne — niektóre zaś miały w sobie niby naśladownictwo kłębów dymu. Jeszcze inne w nieskalanym swym przezroczu taiły nikłe, białawe żyłeczki, przypominające do złudzenia w szczególnym zmniejszeniu odnóżki i prążki kapuścianego liścia.

Smętek, dostawszy w swe ręce te lekkie kamienie, siadał na brzegu i przepatrywał ich wnętrza. Zawierały w swej głębi krynicznej komary, muchy, mole, skrzydełka ważek, nogi pajączków, mrówki, maleńkie nie widziane chrząszczki, ćmy, szczątki kory i gałązek, kwiatuszki, okruchy szyszek, igły przedziwnych sosen, jakich już nie posiada ta ziemia nigdzie na całym swoim obszarze, kępki mchu, krople wody, ziarenka piaskowe. Nabywca uśmiechał się patrząc w całkowitą postać łątki nadwodnej, tak nikłą i małą, iż w przezroczystym bursztynie na wskroś przezroczyste było jej subtelne ciałeczko, niczym obszar powietrza określony pewnym kształtem nadobnym. Dumał, iż oto od prawieku, od zamierzchłych dni tego globu mumia jej istnieje i istnieć będzie, łamliwa tak i krucha — aż do skończenia świata. Przemieniły miejsca swego pobytu łańcuchy gór, oceany i morza — przesunęły się do innych okolic moreny wiecznymi borami okryte — pędziły z gór w niziny rzeki nie istniejące już dzisiaj — przesunęły się wybrzeża potężne — lodowce pełzały w ciągu lat tysięcy w niże dalekie — a mała ważka przetrwała. Bystre potoki niosły bryłę bursztynu, tłukąc ją o głazy chropawe, obrabiając w kształt kuli, nurzając ją w glinach i iłach, każąc jej zwiedzać pokłady szlamów głębokich, płukać się w głębiach morza, ocierać o paszcze potworów i kołysać wiekami w burzach wielkiego Bałtyku. Mała bryła bursztynu szła może w popławach Prawisły, gdy ku zachodowi zmierzała, Odrą będąc zarazem i Wisłą, w żłobowisku ku Morzu Niemieckiemu zwróconym, które w miejscu Łaby dzisiejszej wywalało się w morze.

Mała bryła bursztynu kąpała się może w falach tych wielkich wód pradawnych, które przebiegały niezmierne polskie lasy i pola, rozdoły i niziny — w jeziorach podłużnych niby rzeki urwane, bez początku i końca, gdzie reszty przedwiecznych wiseł zostały. Mała bryła bursztynu wyciekła z łona sosny nie znanej nam i obcej, obok której rosły palmy wszelkiego rodzaju i kształtu, słodkie kasztany, eukaliptus i magnolia, dęby, jałowce i buki.

Gdy ciepła ojczyzna bursztynowej sosny z jej morza mi zastygła, zziębła i wymarzła pod lodowcem straszliwej grubości, on tylko sam ocalał, żywy płyn drzewa dawno zmarłego. Do obcej ziemi i do cudzych brzegów przybijał teraz oto rozbitek ze światów słonecznych, pogrzebionych na wieki. Smętek pozdrawiał wiecznotrwałość łątki małej. Lubował się postacią towarzyszki w nieskończonym trwaniu. Żałował jej, iż — tak urocza i zwiewna — nie ma prawa do ruchu, prawa do rozpostarcia skrzydełek, ażeby z więzienia wyfrunąć i na równi z nim samym przestwory wieczności przemierzać. Pocieszał ją jednak pewnym sekretnym wskazaniem. Mówił jej, iż w ludzkim plemieniu, co się za potężne poczytuje nad wyraz, mocarz niejeden — sam syn Kambizesa, król nad króle, Cyrus Wielki, który potęgę Persów ufundował i nad całą Azją skinienie swoje rozpostarł — sam król Dawid, pastuch i monarcha, znawca serca ludzi i wieszczbiarz — sam margraf Gero, nieubłagany plemion tępiciel i budowniczy nowej potęgi na gruzach — oddałby połowę państwa i połowę życia, gdyby mógł patrzeć tak oto w kształt najdroższy, nawet zagasły i znieruchomiały — ten umiłowanej małżonki Kassadany, a tamten w postać syna, przełożonego w miłości ojcowskiej ponad zdobycz i władzę, ponad złoty tron i prawo przemocy nad ludami — umiłowanego bardziej niż życie. Któryż z mocarzów nie odrzuciłby berła i korony, byleby mieć przed źrenicą cień nieruchomy skarbu duszy swojej, zamurowany a widoczny w przezroczystym polu czterech ścianek czarodziejskiego bursztynu?

Smętek zachwycał się nieskazitelnością pewnych rodzajów jantaru, która była tak niedościgła jak czystość wody morskiej w dalekich okręgach żywiołu — jak jasność słoneczna — która była tak nieposzlakowana jak miłość siostry rodzonej dla rodzonego brata, jak miłość sióstr Heliad dla Faetona rażonego piorunem. Sami to bowiem bogowie litością zdjęci przemienili siostry lamentujące po stracie w topole, a strumienie ich łez w sok płynny, z którego bursztyn się rodzi.

Ważąc na dłoni czułej ten obraz miłości serca siostry dla brata, Smętek kiwając głową pocieszał zewłok łątki małej, iż jeśli nie ona sama; to ten wiążący ją przedziwny kamień Bałtyku, ta niby to martwa bryła jest istotą żyjącą i czułą posiada duszę. Uśmiechał się, wrzucając do sakwy swej ten kamień bez wagi, ten martwy złom, obdarzony — jak mniemał grecki filozof — sercem czującym. ściskał w dłoni swej tajemniczy kamień Bałtyku, nie życząc sobie, ażeby ludzie posiedli go i poznali sekret jego duszy, nieznane „elektron bytu”. Nabywał za drogie pieniądze ten widomy znak zniszczonych lądów i zaginionych potoków wody, pamiątkę czasów, o których sama baśń zgasła, oczywisty i dotykalny płód tamtej ziemi — „genitum terrae” — którego nazwę oni po swojemu, w prostactwie swym, na swe własne słowo — jantar — przerobili. Jako kupiec z greckiej czy italskiej krainy Południa obdarzał tych ludzi narzędziem morderczym z brązu, połyskującą mieszaniną miedzi i cyny, do którego oczy ich śmiały się z radosnym pożądaniem. Płacił im również pieniądzem srebrnym, obrączkowym, z rytym obrazem wozu czterokonnego albo czoła okrętu, z postacią Janusa, Anetuzy, Mitrydatesa z Pontu, Jowisza, Apollina, Herkulesa. Pieniądze te chciwie chwytali i pracowicie, pod sekretem przed czyimkolwiek spojrzeniem zakopywali wnet w ziemię. A gdy pieniądze na miejscu jantaru w ziemi ukryli, poświęcali je czartu na przechowanie. Tedy strzegł pilnie srebrnych denarów, a ciemnymi nocami przesuszał je i przepalał. Kto zaś z ludzi ujrzał ogień przepalających się skarbów, rzucał nożem albo krypciem z prawej nogi, gdyż wtedy zostawały tuż pod wierzchem. Inaczej na siedem sążni zapadały się w ziemię i sam jeno czart mógł wiedzieć, gdzie się znajdują.

Teraz, w tym przecudnym dniu wiosny Smętek sam jeden wędrował. Brodził po kolana w trawach, w kwiatach się nurzał. Minął dolinę między dwiema siostrzanymi wydmami. Wszedł na wyniosły szczyt radłowski, gdzie jeszcze ziemia wywrócona Leżała na prastarym cerkwisku przy poszukiwaniu przez najeźdźców skarbu praszczurów. Zstąpił w dolinę zmierzającą ku morzu. Rosła tam iwa nad ponikiem, który z boku góry wyciekał pojąc brzozy, jaskry i sitowie. Smętek uciął pławinę wierzby młodocianej, oprawił ją, starannie ostukał i wykręcił fujarkę sponad sęczków przyciętych. Zagrał samemu sobie śpiewankę wiośnianą.

Słońce napełniło to najpiękniejsze uroczysko ziemi światłem życiodajnym i niknącymi cieniami polotnych obłoków. Równa łąka dno doliny zasłała. Przykre góry ze wszech stron ją obległy, a las ciemny, prastary rozpostarł się na górach. Tysiąc ptaków śpiewał w gajach, a nad trawami niby fruwające kwiaty polatywał tysiąc wielobarwnych motylów. Smętek miał za sobą żółtą górę żarnowca, płonącą jak gdyby stos ognisty przed sobą, jakby w objęciu dwu wyniosłych pagórów, miał lazurowe wody morza. Śmiały się migotliwym lśnieniem, mełgały się iskrami żywymi te fiołkowe przepaście.

Pochwycony przez melodię szczęśliwą, która z jego ligawki jak śpiew ze słowiczej gardzieli wionęła, zakołysał się, zaniósł od melodyjnego pląsania. Zatańczył. Od pobrzeża do pobrzeża lasu z prawej i lasu z lewej, w poprzek niewysłowionej doliny unaszał się w dźwiękach szczęśliwej piosenki, na sprężystych i giętkich kolanach.

Zakołysały się nie od podmuchu wietrzyków, lecz od toniki jego uniesionej melodii drzewa prastare — dęby i buki, graby i lipy — słały się w ślad jego pląsów poszumy sosen zielonych. Zakołysały się złote głowy brzóz białych, stojących rzędem na leśnym skraju, osnute zwieszonymi baziami. Pochylały się za nim głowiny różane i niebieskie młodocianych kwiatów i wysmukłych ziół. Rojem pofrunęły żółte i błękitne, białe i wielobarwne motyle. Tam się w swym locie rzucały ciężkie pszczoły, dźwigając w wolach przełykowych brzemiona woniejącej żywicy i pyłów zlizanych na dnie kwietnych kielichów, których subtelne narządy zdruzgotały nogami, gdzie doskonale piękny rzut jego stopy migał nad zielenią trawy rosą zmoczonej. Zatoczył nad nim strzeliście krąg doskonale okrągły — świszczący w czystym lazurze jastrząb płomykowany brunatno, który właśnie opił się był cieplej krwi i nażarł drgających piersi gołębicy, a teraz czuł szczęście siły niezwyciężonej, potęgę zasilonej dumy i moc szerzenia śmiercionośnego postrachu, łaskę panowania i prawo swe święte do mordu, dane mu w lenno z wyższa — jako wzmożoną doskonałość szponów i czarownie lekką, weselną moc skrzydeł. Wysunął się z pachnącego bugaju wilk rudy, który był właśnie dopadł kotnej zajęczycy ociężałej w ucieczce i pochłonął ją wraz z płodem, w smaku rozkosznym, drgającym od żaru matczynego łona. Syk uwielbienia posyłały mu ze swych dziupli jarzębiate sowy, morderczynie makolągw, dzierlatek, strzyżyków i sikorek. Wykrzykiwały na cześć jego tańca zgiełkliwe pochwały krasnopióre żołny, które w lot zabijają lekkoskrzydłe motyle i ociężałe żuki. Szybowały za nim jaskółki loty niedościgłymi dla spojrzenia, naśladującymi jego taniec, wesoło i wśród świegotu pożerając niewidzialny świat muszek i nikłych komarów. Wysunął się z nory lis rdzawy, który miękkimi kroki zaniósł był dzieciom matkę kuropatwę i potłukł ciepłe jej jaja. Wypełzła ze swej szczeliny śmiercionośna żmija, która dopiero co nacisnęła pęcherz podzębny o różane, opalone ciałko i z rozkoszą przedziwną nasączyła jadu w ranę nóżki dziewczyneczki radosnej, zrywającej żółte kaczeńce w tym czarującym rozdole. Płowa łasica wymknęła się na światło z wypróchniałego pnia wierzby, gdzie potargała piersi i przegryzła gardziołko świętobliwego skowronka, schwytanego w nieomylne pazury, gdy po ukończeniu natchnionej pieśni w niebiesiech przypadł do grudki zimnej ziemi, ciałeczkiem jego przygrzanej, aby uciszyć serce rozkoszą wznoszenia hymnu ponad miarę strudzone. Brunatny niedźwiedź bartnik podźwignął się na swych szerokich podstawach, stanął pionowo i na wzór Smętka zatańczył doświadczając wysokiej a rozkosznej złudy i najżywszej swojej radości, jakby w tej właśnie chwili pod osłoną gęstego kożucha, wpośród dzikiej podniety załamywania się w jego skórze zajadłych żądeł i kolców, wydzierał całkowitą barć, mieszał prawą łapą miód, wosk i rojące się pszczoły, a chciwie żywą, gorącą masę połykał.

Wzrok Smętka, tak straszliwie płomienny i zapamiętały, jakby w nim zawarła się w tej chwili moc wszystkich drapieżnych zwierząt, mordujących ptaków, zabójczych gadów, skorupiaków i ryb, jadowitych komarów, trujących jagód, roślin i grzybów w jedno zestrzelona, potęga trucicieli i morderców, gdy zdobycz swą rozszarpują, zabijają ukąszeniem, ciosem, podstępem lub zdradzieckim czyhaniem — miotał się w górę i na strony, po powierzchni ziemi i morza, padał w głąb utwierdzenia i w nadobłoczne wyżyny. Zewsząd niósł się ku niemu poklask tajemniczy, sekretna pochwała, hymn jednej jedynej zgody, zarazem czucia, myśli, żądzy wysiłku i dokonania w skutku śmiercionośnym. Łamanie stawów, chłeptanie krwi, rozkosz, gdy od zadanego ciosu lub jadu serce drży, szamoce się i przestaje uderzać, wzrok zagasa i moc życia się kończy — owiewało jego słuch we wszechistnienie wydany. Pląs jego stał się arcydoskonały w obliczu dokonywującej się śmierci. Lędźwie jego same się niosły wśród kwiatów zdeptanych. Ruch jego każdy był celowo nieomylny, jako rzut skrzydła jastrzębia rylcem doskonałości we wklęsłych cyrklowany niebiosach — jako uderzenie płetwy rekina w morzu — jako przebiegłe stąpanie gromady wilków, gdy na czyjąś nagłą śmierć dybiąc następny wkracza w ślady poprzednika tak umiejętnie, iż tylko jednego trop zostaje — jako świadomie trafne lisa pomknienie i jako prześliczne wywijanie się skrętów żmii.

Zniszczenie Arkony – symbol germańskiego zwycięstwa czy zbrodni?

Drang nach Osten

Długie i straszliwe wojny przepowiadało ukazanie się spienionego odyńca o białych kłach, który wychodził ze świętego jeziora, ażeby tarzać się w trzęsawiskach nadbrzeżnych.

Gdy od chłeptania i rzutów w kąpieli bryzgało bagno Doleńskiego Jeziora, którego wody przed każdą wojną obłóczyły się w powłokę krwi i popiołu — gdy kobiety, pełzając po ziemi, z trwogą i wśród szlochów rozchylały badyle trzcin i pędy sitowia, aby spojrzeć własnymi oczyma na dokładny obraz i wierną podobiznę, na tę okrutną zapowiedź wojny, Smętek cichymi i podstępnymi kroki okrążał jezioro, naciągał lekki łuk z gibkiego pędu jałowca i puszczał strzałę z trzciny, ażeby wściekłego dzika niechybnymi ciosy rozjątrzać i poganiać. Okrutna świnia, ze strzałami tkwiącymi w bokach i grzbiecie, parskając dźwigała się z wyleżanych kałuży, szła na oślep w inne, żeby ćpać napotkaną strawę, lochać się, babrać i nurzać, zmieniać miejsce zniszczenia i z radosnym chrząkaniem na odpoczynek się walić.

Powziąwszy od kobiet swych wieść o wyjściu wieprza wojny z niewidzialnych legowisk, wojownicy plemion weleckich — Ratary, Doleńcy, Chyżani, ci znad morza od Trawny, znad Warny, zza Pieny, znad Wkry — oraz inni między Łabą i Odrą — znad Winawy, Sprewy, Hoboli — wreszcie inni, dalecy — Byteńcy i Moraczany, Lutycy z lasów, Sosny i Dęby, Lipy i Lubuszanie od puszcz i błot, gdzie Warta do Odry potoki swoje wlewa, Łużyczanie z południa i Obodryty z północy wyprawiali posłów do świątyni Swarożyca w Radgaście.

Był bowiem gród pewien w ziemi Ratarów — Radgast — trójkątny, z trzema bramami, otoczony ze wszech stron borem wielkim, nie tykanym przez ludzi od wieków i głęboko czczonym. Dwie bramy świątyni stały otworem dla wszystkich pątników, trzecia, najmniejsza, wychodziła na ścieżkę wiodącą ku jezioru bliskiemu i straszliwemu nad wyraz. Nic nie było wewnątrz, jeno cerkwa z drzewa wystawiona przemyślnie, podtrzymywana u przyciesi rogami zwierząt dzikich. W głębi stał posąg Swarożyca ozdobiony złotem, o łożu szkarłatem pokrytym. Bożyszcze trzymało w lewej ręce topór dwusieczny, na głowie jego siedział ptak z rozpuszczonymi skrzydłami — na piersiach wyobrażone było godło narodowe: czarna tura głowa. Dookoła posągu stały święte chorągwie Weletów, godła i znaki plemion podległych wielkiemu wiecowi, wisiały zbroje, tarcze, miecze i kopie, rogi wojenne i wielki róg ofiarny. Ściany i słupy pokryte były rytymi w drzewie podobiznami zwierząt i ptaków o zabarwieniu jaskrawym, tworzącym obraz prastarych walk, prac, wierzeń, podań, wspomnień, przesądów, klechd, zabobonów. Pod dachem czerwonej barwy, wysokim, spadzistym, gołębie przelatywały swobodnie z miejsca na miejsce, z jednego krańca świątyni na drugi. Jaskółki gnieździły się bez trwogi w załamaniach belek i krokwi, w wieńcach węgłów i rysiów, ponad tkaninami zrabowanymi na wyprawach dalekich, a nawet lepiły swe gniazda u samych ust słonecznego bożyca, którego drewniane piersi wolno im było kalać smugami wydzielin. Wiatr niósł podczas zawiei tumany śniegu ku ścianom. Czasu letniej spiekoty do wnętrza pogrążonego w tajemniczym półcieniu poprzez szpary wstępowało światło przyćmione, wyróżniając na ciemnym tle występy belek, trzony słupów, zarysy wiązań i tajemniczą twarz świętej kłody.

A gdy którekolwiek z plemion weleckich miało rozpocząć jednę z zaczepnych czy obronnych wojen z Jutami czy Sasami, przede wszystkim pytało o wyrok Swarożyca Radgasta w ziemi Ratarów.

Po złożeniu ofiary z pachnących kwiatów, z róż, ruty, barwinku, rozmarynu — z wieńców, z owoców — ze zwierząt, ptactwa, a częstokroć krwawej ofiary z ludzi, z książąt, z biskupów na wojnie pojmanych — kapłan ustanowiony dla obsługi świętego miejsca, biało odziany, z włosami w warkocz długi zaplecionymi, wróż główny, koniądz, który sam jeden miał prawo zasiadać wobec bożyszcza, gdy wszyscy inni przychodnie stać musieli — zakopywał losy w ziemi.

Wymawiając zaklęcia tajemnicze, pośpiewując niewiadome dla nikogo strofy pieśni, wróże podwładni wykopywali z przerażeniem losy i przepatrywali je pilnie, ażeby coś niecoś pewnego o rzeczach tajemnych można było orzec. Po wtóre przykrywali losy darnią zieloną oraz zatykali w miejscu przed chramem trzy pary włóczni w jednakowym oddaleniu jedna od drugiej. Do każdej pary przywiązywali trzecią kopię na poprzek.

Koniądz najwyższy, odmówiwszy modlitwę sekretną, a spaliwszy kadzidło z wonności i jantaru, rozchylał w najpokorniejszej postawie barwiste zasłony i wyprowadzał z ciemnej sieni kontyny wielkiego czarnego rumaka, który za wyrocznię był poczytywany. Trzymając wodze uździenicy wróż wiódł ogiera świętego do kopii zagradzających dziedzinę.

Jeżeli koń przeskakując przez kopie poprzeczne podejmował najprzód prawą a potem lewą nogę, poczytywano to za szczęśliwą oznakę i wróżono radośnie o pomyślności wyprawy.

Jeżeli choć raz jeden lewą nogę najprzód wyrzucił, odrzucono sam nawet zamiar przedsięwzięcia. Porównanie orzeczeń losów zakopanych w ziemi z zapowiedzią wysnutą z kroków wieszczego rumaka dawało ostateczną wyrocznię. Tłum ojczyców nisko nachylony, przypadający do ziemi, ażeby przed osądem bóstwa czołem uderzać, odchodził z otuchą lub w głębokiej rozterce. Gdy wyrok boga wróżył wyprawę szczęśliwą, drużyny plemienne, pilnujące każda swojej chorągwi, godeł i znaków, wynosiły z bożnicy insignia i powierzały je wojskom na wyprawę idącym.

Ileż to razy w ciągu stuleci przed wielkimi wojnami święty koń najprzód prawą nogę wyrzucał!

Ileż to razy wielka rzeka słowiańska, Łaba, zakrwawiła się od zwycięstw Obodrytów w zapamiętałych bitwach z nienawistnymi Sasami!

Ileż to razy plemię chrobrych Wagrów w walkach z Danami, Normanami, Jutami na lądzie, na lodowiskach zatok i przesmyków, na łodziach piratów roznosiło postrach słowiański w dalekie półwyspy, mierzeje i ostrowiska!

Ileż to razy potężne związki Weletów wypadały z lasów swych, znad jeziora, z drewnianych grodów, z morskich zatok, przystani, wysepek, aby na lądzie i morzu mordować, palić i niszczyć!

Ileż to razy Ranowie ze swych białych przylądków i półwyspów — Mnichów, Jasmund, Witów, Wałów, Chełm i Zudar — z cienia świętej puszczy w Arkonie skaczą w setki korabiów, ażeby siwe morze na wschód, zachód i północ przemierzać!

Ileż to razy róg Swarożyca rozlegał się po tamtej, lewej, załabskiej stronie dla obrony krain osadzonych przez cesarza Karzeła!

Ileż to razy za czasów Pobożnego Ludwika płonęły nowo założone przez Sasów w słowiańskich lasach grody, twierdze, warownie, zamki, biskupie katedry, klasztory, księże parafie, puszczone z dymem przez zatwardziałe pogaństwo Lutyków!

Obodryci w długich, w ciągu stulecia toczonych zmaganiach z Sasami, zaprawieni do krwawej wyprawy, idą przeciwko niemieckiemu Ludwikowi, napadają na Hamburg, ażeby ujście Łaby ogarnąć.

Walecznie bronią się przeciwko zamachowi saskiego grafa Ottona, stróża nad Łabą, przekraczają tę rzekę, wpadają do Turyngii i straszliwie ją niszczą.

Gdy na tron cesarski wstąpił Ptasznik, zaciekły wróg słowiańskiego rodu, niezwalczony napastnik, po wielekroć skrwawiły się jego legiony w lasach prawego brzegu, po wielekroć znajdowały zgubę w głębokich jeziorach, u brzegu bystrych rzek, w bagien topielach.

Gdy graf Bernhard zażądał daniny od całego wiecu Weletów, ci wspólnie z innymi plemiony twierdzę jego oblegli i zburzyli, załogę wysiekli, a miasto puścili z dymem. Wówczas wszystkie słowiańskie plemiona porwały się do powstania.

Za wielkiego Ottona comes Herman Billing i krwi słowiańskiej nigdy nie syty margraf Gero od nowa podnieśli przeciwko Niemcom oręż wszystkich związkowców. Gero, do szczętu rozbity, musiał za Łabę uciekać. Porywają się do boju wszyscy — Obodryci, Welety, Doleńcy, Sosny i Lipy, wszystkie rody aż po Odrę, w obronie posad ojczystych, z wyjątkiem wyspiarzy Ranów.

We dwa lata później Ratary wynoszą z cerkwy wojenne chorągwie i na długie lata biorą na się przewodnictwo w najzaciętszych bojach, w krwawych walkach z Niemcami. Wokół Doleńskiego Jeziora i świętego Swarożyca lasu toczy się w ciągu lat szeregu bój bez końca.

Za Drugiego Ottona nowe powstanie słowiańskie ogarnie przestwór cały od Łaby aż do Odry. Przerzuciwszy się na lewy brzeg wielkiej rzeki ogarnie Turyngię i Saksy. Po wielekroć na nowo wybudowane kościoły i klasztory zostały przez Słowian na nowo zburzone, a ziemia miejsca, gdzie groziły, zaorana pługiem. Władze świeckie i kościelne wymordowano do nogi. Pogaństwo z całą potęgą odżyło. Róg Swarożyca rozlegał się nad rzeką Solawą. Powstańcy gnali Niemców przed sobą jako płoche, rozpierzchłe jelenie. Trzydzieści legionów słowiańskich, pieszych i konnych, czyli z górą sześćdziesiąt tysięcy ludzi, pod przewodem chorągwi świętych i przy odgłosie rogów wyniesionych z Radgasta przekroczyło Łabę i na wybrzeżu rzeki Tongery do krwawej stanęło bitwy.

Niemcy pod wodzą arcybiskupa Gizilera nie zdołali zbuntowanych pokonać. Panowanie niemieckie między Odrą i Łabą na długie lata runęło. Chrześcijaństwo znikło. Część bogów i gminna swoboda na nowo odżyła. W ciągu wielu lat, gdy Otto Drugi poszedł w kraje Południa i krwawe boje tam toczył, Obodryci i Lutycy czynią nieustanne na Saksy wyprawy.

Za małoletniego Ottona i za rządów jego matki Teofanu, w ciągu szesnastu lat Obodryci i Lutycy znad rzeki Łaby, którą obsadzili jako swoją bojową granicę, przedsiębiorą nieustanne napaści. I nadaremnie Niemcy usiłują odebrać choć część tego, co czasu wielkiego powstania za Ottona Drugiego między Odrą i Solawą stracili.

Ileż to razy w ciągu stulecia przed wielkimi wojnami święty koń najprzód lewą nogę wyrzucał!

Gdy na tron cesarski wstąpił Ptasznik, zaciekły wróg słowiańskiego rodu, niezwalczony napastnik — Merseburg, Kwedlinburg i wiele innych miast w Turyngu i Saksonii murem otoczył, niezdobytym dla kuszy. Na przedmieściach merseburskich udzielił przytułku wszystkim złodziejom i rozbójnikom, osiedlił ich w podegrodziu i uzbroił, z jedynym warunkiem, ażeby w każdej chwili byli gotowi do zbójeckiej na Słowian wyprawy. A wyćwiczywszy łotrów legiony Ptasznik podjął wojnę krzyżową przeciwko Stodoranom. Staczając z nimi krwawe boje na rozlewiskach Hoboli, oblegał gród ich Branibor. Napadł na ziemię Głomaczów, a po zdobyciu ich miasta zwanego Grona wydał je na łup swym żołnierzom. Wszyscy dorośli zostali wymordowani do nogi, a niedorostki poszły w niewolę. Za czasów plemiennego powstania związku Weletów legat cesarski Bernhard z grafem Thietrnarem oblegli warownię słowiańską Łączyn nad Łabą. Słowianie, w wielkich masach zgromadzeni w pobliżu, uderzyli na Niemców. Poległych na placu bitwy liczono już wielu, gdy graf Thietmar na czele jazdy z boku uderzył i odciął dostęp do twierdzy. Wepchnięta w jezioro piechota słowiańska zginęła, a tylko część jazdy ratowała się ucieczką. Wiarołomni Niemcy zgwałcili umowę, na której zasadzie łączyńska załoga im się poddała. Wszyscy wojownicy, na śmierć skazani, wymordowani zostali, kobiety, dzieci, służba i całe mienie stały się łupem niemieckim.

Klęska związku Weletów pod Łączynem, gdzie Słowian miało zginąć sto dwadzieścia tysięcy, podjudziła Ptasznika do nowych napaści.

Wyruszywszy przeciw Łużyczanom grody ich rzucił na pastwę płomieni. Wsie wyludnił. Bezkarnie ludzi zabijał, osady palił, kobiety i dzieci uprowadzał w niewolę, ludność całą z ojczyzny wywłóczył i Żydom sprzedawał na handel niewolnikiem,

W pustych i na poły dzikich połabskich wybrzeżach syn Ptaszników, Otto Pierwszy, wojenną swoją siedzibę na podwalinach Dziewina w Magdeburgu fundował.

Przed żelaznymi jego oczyma otwierało się kraiszcze słowiańskie bez granic, pełne ludzi i skarbów. Lud to był dorodny, krótkogłowy, orlonosy i czarnolicy, szczupły i smagły, kobiety kształtne, z pięknym twarzy zarysem, o drobnej ręce i nodze. Skarby były nieprzemierzone w roli, lasach, w wodzie i pod ziemią. Na tę równinę słowiańską wyszły długogłowe, białowłose z odcieniem czerwonym, bladookie z wyrazem srogości, wielkolice Sasy, o dłoni i stopie wielkiej, o ciałach tłustych, białych, poruszających się z wolna, żarłoczne na mięso i ser, skłonne do opilstwa i okrutne, z krzyżem, mieczem i powrozem, ażeby w pocie czoła nad ujarzmieniem pracować, potoki krwi wylać, ludy całe do nogi wyciąć, wygnać, wygubić, świat zbrodniami napełnić. Comes Herman Billing — mianowany dziedzicznym księciem saskim, comes Gero legatem serbskiego pogranicza od gór Harcu do rzeki Solawy. Wszystko, co było na wschodzie, miało odtąd przyrastać do dziedzictwa tych dwu władców. Tam to powstały dwie marki niemieckie: północna i wschodnia.

Na świątynię Radgasta w ziemi Ratarów i na wieszczego konia w świątyni zawziął się legat. Z Luneburga, stolicy swojej, Herman Billing rozpoczął grę z Lutykami, z Obodrytami, pełną oszukaństw i podejść. Nieprzebłagana nienawiść pobudzała go do okrucieństwa środków zagłady.

Margraf Gero zaprosi do siebie na ucztę trzydziestu władców słowiańskich, a po uczcie wszystkich trzydziestu każe wymordować. Wsparty przez Karola lotaryńskiego, cesarskiego zięcia, niespodzianie na Wkranów uderzy, rozbije ich i zabierze łupy olbrzymie.

Nad rzeką Raksą zwycięży książąt obodryckich, Nakuna i Stojgniewa. Gdy książę Stojgniew na polu bitwy polegnie, głowę jego wystawią na pokaz, a dookoła niej siedmiuset wojowników wziętych w niewolę mordują.

W walkach bez końca ulegli Niemcom Milczanie. Pamięta wieść, iż na górze Lubin zgromadzili się serbscy królowie, żeby radzić o walce z Niemcami. Uradzili, żeby się rzucić do boju. Rzucili się do boju i wszyscy polegli. Serbowie złożyli ich w ziemi ze czcią wielką na górze Lubin, każdego w złotej koronie pod jednym wielkim kamieniem. Mówi wieść, iż dotąd leżą pod wielkim kamieniem złote korony królewskie. Gdy Łużyczanie pokonani zostali, stanęła otworem południowa granica lutyckich powiatów. Tędy teraz iść będą z Magdeburga Niemców zastępy niszczące.

Biskupstwa życzańskie i miśnieńskie, czasu wielkiego Słowian rokoszu do gruntu zniszczone, odbudowały się znowu. Powstały nowe kościoły i klasztory, pełne zakonnic i mnichów. Za mnichami i księżmi ciągnęły z Niemiec szeregi służby biskupiej, poborcy podatków kościelnych i dziesięciny, szli koloniści pod zasłoną zbrojnych szeregów knechtów okutych w żelazo. Zaczęło się na nowo wydzieranie Słowianom własności na ziemi wykarczowanej przez nich i w puszczy wyoranej, zaczęły się na nowo sądy prawem gorącym. Obok nauki o miłości Boga i miłości bliźniego, o posłuszeństwie cesarzowi, comesowi i biskupowi stanął znowu za plecami szpieg i stanęła na placu szubienica. Kapłani z krzyżem w ręku wkraczali w ciemne lasy nad Sprewą, nad Hobolą, nad Winiewą, poprzedzając szeregi niemiłosiernych morderców. Misjonarze szli na czele zdrajców i katów, słodka wieść o miłości i odpuszczeniu winy łączyła się z nauką o prawie zdzierstwa, wywłaszczenia, wygnania i karze śmierci za uchybienie samowoli zdobywców. W miastach niemieckich, które na gruzach lub przyciesiach dawnych grodów słowiańskich powstały, królowi~, książęta i wielkorządcy nadawali klasztorom i kościołom dziedziny wydarte pokonanym. Chłopi i czynszownicy osób prywatnych, niewolnicy, dwunogie pociągowe zwierzęta bez prawa do niczego, poganie nędzni i wzgardzeni szli na handel w dalekie kraje Afryki i Wschodu albo jak przepłoszone stado jeleni uciekali dalej a dalej we wschodnie lasy, kryli się przed najeźdźcą w niedostępnych kniejach i w bagnach, których koń zgruntować nie mógł i wiosła nie imały. Inni, ograbieni ze wszystkiego, przyciśnięci przez posuchy, nieurodzaj, głód, nędzę, ciągnęli do nowo założonych miast, gdzie na błotnistych przedmieściach i w najuboższych izbach wolno im było walczyć jak najciężej o kawałek chleba, ażeby w twardej biedzie, ucisku, wzgardzie i ciemnocie zapomnieć z czasem o rodzie swym i języku.

Na miejscach pustych osiadali przybysze z zachodu i budowali nowe miasta, nowe wsi, chrzcząc je swoimi nazwami. Dopóki Słowianie byli poganami, traktowano ich jako barbarzyńców, niegodnych obcowania z chrześcijany. Skoro przyjmowali chrzest, i to nie było dostaieczne do porównania ich w prawie z Sasami. Musieli zostać Niemcami z mowy, obyczaju i ducha, musieli iść pospołu z legionami łotrów na wyprawy przeciwko swojemu rodowi, ażeby wzgardy uniknąć. Awanturnicy z całego świata biegli na ziemię słowiańską i zdobywali ją na modłę rozbójników. W czasie wyprawy rabowali i kradli bezkarnie, a gdy nastawał czas tak zwanego pokoju, bili się pomiędzy sobą i rozbijali po drogach. Metodą ich życia był rabunek, wypędzenie z ziemi, wydarcie mienia, zamordowanie, z którego za małą opłatą pieniężną łatwo było uniewinnienie wykupić.

Gdy margraf Gero Łużyczanów ujarzmiał, spotkał na swej drodze po raz pierwszy nowego nieprzyjaciela, Mieszka, sklawańskiego władacza. Pokonał go i do uznania cesarskiego zwierzchnictwa oraz do płacenia daniny aż po Wartę przymusił. Ale pierwszy to raz saskie niezwyciężone legiony spotkały za lasami już przemierzonymi potęgę nieznaną. Wychylała się z ciemnego, tajemniczego Wschodu, oparta o nieprzejrzane, niewiadome i niezliczone w lasach polany, zagrodzona niezbrodzonymi błotami, osnuta siecią rzek głębokich. Te nowe, nieznane ludy trzymał w żelaznej dłoni książę mężny, genialny i nad wszelki wyraz przebiegły.

Cesarzowi i jego margrafom, biskupom i opatom, którzy w świat Słowian nieśli chrześcijaństwo, a pod pozorem i za pośrednictwem chrześcijaństwa niemieckie ujarzmienie i wytępienie, zastawił drogę i wyrwał z ręki krzyż. Sam chrześcijaństwo przyjął. Nie od nich, lecz z poręki pobratymca.

Udawał, iż nie śmie w kierei wejść do domu, w którym się znajdował margraf Hodo, udawał, iż nie śmie na miejscu dosiedzieć, ilekroć on powstawał. Ale niepostrzeżenie, cichcem ujmował pod swą władzę ludy Kaszubów od Wisły do Żarnowskiego Jeziora i od ujścia Piaśnicy aż do Odry wylewu. Pod pozorem szerzenia chrześcijaństwa, na wzór Niemców, cały prawie brzeg tej rzeki zagarnął. Gdy zaś margraf Hodo z grafem Zygfrydem na Walbeku napadli nań niespodzianie, potulny lennik sprał ich u Cedna nad Odrą za ujściem

Warty, zmiażdżył na drzazgi, iż wszyscy niemieccy rycerze trupem na placu polegli, a sami tylko wodzowie Zygfryd i Hodo z podartymi chorągwiami uciekli.

Młodzieńcze ludy prawego Odry wybrzeża, zastawione mieczem i za tarczą polańskiego gardziny, otrzymały możność życia i swobodnego rozwoju, prawo spajania się w jedno słowiańskie ciało społeczne z nowym państwem potężnym, które pod imieniem Polski zajaśnieć pod słońcem miało.

Trzydzieści lat przepracował jako hołdownik cesarzów Ottonów, poniżał się i udawał wasala, ażeby pod swe państwo przyciesi położyć. Za pomocą Kościoła złączył się z krajami Południa i kształtował swą społeczność na modłę Zachodu. Powiększał dziedzinę, wyrywając Niemcom spod ręki pobratymcze plemiona. Dla zbytu produktów rolnych dobijał się swobodnej na morzu żeglugi.

Wielkiemu synowi tę przede śmiercią główną naukę naszeptał: wyrywać pobratymców pomorskich z rąk niemieckiego siepacza. Toteż gdy młody lew na świat wyszedł, przyłączył do Polski Pomorze i wziął Gdańsk pod swą władzę. Zagarnął pas ziemi po prawej Wisły stronie aż po linię południową Drużny, po rzekę Dzierzgonię, Żuławę Kwidzyńską i Zantyrską aż po Gdańska Mierzeję.

Zainteresowanych całością odsyłam na stronę:

http://pl.wikisource.org/wiki/Wiatr_od_morza

Profesor Lechosław Lameński – O nacjonaliźmie Stacha z Warty

Posted in nauka, Starosłowiańska Świątynia Światła Świata, sztuka, Słowianie by bialczynski on 14 Maj 2010

Szukalski jest w rzeźbiarstwie tym, kim Dante i Edgar Allan Poe w literaturze – napisał w 1921 roku magazyn Vanity Fair. Artysta, pod koniec życia mieszkający w Kalifornii, współpracował z Salvadorem Dali, przyjaźnił się z rodziną sławnego aktora hollywoodzkiego Leonardo DiCaprio, który wydał w 2000 roku książkę mu poświęconą, a także wykorzystał go, jako pierwowzór do roli szalonego artysty w filmie Titanic.


Leonardo DiCaprio z ojcem i rzeźbą Stanisława Szukalskiego

Szukalski inspiruje rzesze twórców kultury popularnej – od H. R. Gigera i rysowników komiksowych po rockowe zespoły jak Laibach, który poświęcił mu utwór Panslovania. Spadkobiercy, właściciele firmy Szukalski Archives w Sylmar w Kalifornii odlewają w tysiącach egzemplarzy jego dzieła, handlując nimi poprzez internet, ale także zorganizowali wspólnie z Muzeum Polskim w Ameryce ekspozycję poświęconą artyście: Szukalski – The Lost Tune w 1990 roku. Zachował się katalog oraz plakat wydany specjalnie z tej okazji.

Stanisław Szukalski – Remussollini, 1932

Przytaczamy tylko ten krótki fragment rozległej pracy profesora Lechosława Lameńskiego, aby zachęcić wszystkich do nabycia książki o Stachu z Warty, jego autorstwa,  która jest pierwszym w Polsce – PO 80-ciu a nawet 100 LATACH - rzetelnym opracowaniem biograficznym i analitycznym na temat postaci Stanisława Szukalskiego, jego drogi życiowej i twórczości filozoficzno-artystycznej. Każdy powinien tę książkę mieć – jeżeli już nie przeczytać!


Jeśli idzie o opisaną tutaj diagnozę Szukalskiego dotyczącą sztuki polskiej i trendów akademickich oraz krytycznych w naszym kraju to zdaje mi się, że jesteśmy w punkcie wyjścia – to znaczy dominuje tendencja którą  zdiagnozowano w latach 30-stych XX wieku. Za chwilę będziemy mieli lata 30-ste XXI wieku a określenie „sztuka francuska” należałoby zastąpić tylko co najwyżej określeniem „sztuka zachodnia” – poza tym całkowita aktualność.

Tyle, że Szukalski już nie żyje i nie widać takiego, co by wstrząsnął tym grajdołem artystycznym, naukowym, grajdołem intelektualnym, grajdołem prowincjonalnym – który zapada się i zapada jak mówią Rosjanie idzie „na zapad”, czyli na zachód albo na zatracenie „zapaść”, i nic oryginalnego własnego do Świata wnieść nie potrafi od czasów SARMATYZMU.

Lecz oddajmy głos, człowiekowi który swoją pracą wzbudza nadzieję, że może tych kilka czy kilkanaście osób prawdziwie niezależnych światopoglądowo jakie się urodziły w pokoleniu powojennym, a dojrzały duchowo za czasów wczesnego Gierka około 1970 roku, i przeszły przez ferment intelektualny epoki „Dzieci kwiatów”, a potem polityczno-społeczny roku 1980 i 1989, a także zachowały do dzisiaj żywotność i chęć zmieniania publicznej przestrzeni –  przełamie stereotypy i da młodemu pokoleniu IMPULS, a ono może w przyszłej swojej dojrzałości twórczej poczuje się wreszcie dzięki  TEMU IMPULSOWI  samodzielne, niezależne, wolne od czapkowania Zachodowi i Wschodowi.

Stanisław Szukalski – Atelier Kraków 1913

Lechosław Lameński

Nacjonalizm  Stacha z Warty Szukalskiego[1]

Stach z Warty  Szukalski  to pseudonim artystyczny Stanisława  Szukalskiego (1893-1987), rzeźbiarza, projektanta, rysownika, a zwłaszcza teoretyka  sztuki, jednego z najbardziej kontrowersyjnych  artystów polskich okresu dwudziestolecia międzywojennego. Ten charyzmatyczny założyciel i duchowy przywódca grupy Szczep Rogate Serce (zwanej również Szczepem Szukalszczyków herbu Rogate Serce, czynnej w latach 1929-1936), stał się autorem największych skandali w życiu artystycznym  Krakowa i Warszawy. Skandali, które obok poruszania kwestii stricte artystycznych, miały bardzo czytelny podtekst polityczny o zabarwieniu nacjonalistycznym, z elementami faszyzującymi, choć nie brakowało w nich  również  haseł o wydźwięku  antysemickim i  antyklerykalnym.

Mimo, że żył bardzo długo (94 lata), niemal całe swoje barwne i pracowite życie spędził w Stanach Zjednoczonych (zwłaszcza w południowej Kalifornii, uznanej przez niego za „Kulturalną Pustynię Ameryki”), podczas gdy w Polsce, którą z  równą siłą kochał co nienawidził (zirytowany lenistwem i arogancją swoich rodaków),  mieszkał – z przerwami –  zaledwie około dwudziestu lat. Najpierw były to czasy szczęśliwego – choć zdecydowanie biednego, pod względem materialnym – dzieciństwa (od urodzin w  Warcie w 1893 roku do wyjazdu do Stanów Zjednoczonych w 1907 roku), potem burzliwe studia w krakowskiej ASP (1909-1913) oraz trwające nieco ponad cztery lata  – także z przerwami – wędrówki pomiędzy Warszawą, Krakowem i Katowicami, od jesieni 1928 do wiosny 1930, a następnie od stycznia 1936 do września 1939. Mimo to, jego osobliwa sztuka, a zwłaszcza niecodzienne hasła na tematy plastyczne, podane w szokującej i wyjątkowo niewybrednej formie,  wywołały w dekadzie lat trzydziestych niespotykaną konsternację i oburzenie nie tylko w rodzimych kręgach artystycznych (zwłaszcza jednak wśród czołowych krytyków i twórców). Zupełnie innego zdania była natomiast zwykła publiczność, zachwycona jego niekonwencjonalną postawą i poglądami (tak różnymi od oficjalnych), co spowodowało,  że jej liczni,  mimo wszystko dosyć przypadkowi,  przedstawiciele wręcz szturmowali sale wystawowe, w których eksponowano dzieła Szukalskiego i jego uczniów. I chociaż same rzeźby i rysunki artysty – jak się wydaje interesowały  ich znacznie mniej od głoszonych przez niego haseł – żaden z twórców okresu dwudziestolecia międzywojennego nie doczekał się tak ogromnej  frekwencji na wernisażach[2].

Polacy poznali osobowość Stanisława Szukalskiego i jego skomplikowaną  sztukę (przede wszystkim rzeźby oraz rysunkowe projekty architektoniczne) tak naprawdę dopiero w maju 1929 roku. Artysta, o którym wówczas wiedziano raczej niewiele  w ojczyźnie przodków,  przyjechał do Krakowa w aureoli niespodziewanego zwycięscy konkursu na projekt pomnika Adama Mickiewicza do Wilna (1925, nie zrealizowanego ze względu na nadmierną egzotyczność formy), a zarazem niedoszłego projektanta pawilonu polskiego na Międzynarodowej Wystawy Sztuk Dekoracyjnych i Nowoczesnego  Przemysłu  w Paryżu (również w 1925), która przyniosła mu jednak Grand Prix, dyplom honorowy i Medal Zloty za pokazane prace rzeźbiarskie i projekty architektoniczne. Był wreszcie Szukalski zdobywcą trzeciego miejsca w konkursie Mennicy Państwowej na projekt polskiej monety złotej (także w tym samym 1925 roku), a jednocześnie twórcą,  który – jak mało kto ze współczesnych mu artystów polskich – mógł pochwalić się dwoma bogato ilustrowanymi, niezwykle efektownymi pod względem  edytorskim albumami na swój temat: The Work of Szukalski (Chicago 1923) i  Szukalski. Projects in Design (Chicago 1929), wydanymi w dalekich Stanach Zjednoczonych.

Nie zapominajmy również, że Szukalski miał już za sobą bardzo udany udział w życiu artystycznym Chicago (dziesięciolecie 1914-1924), kiedy to jego pracownia przy Wabash Avenue, bardzo szybko stała się ulubionym miejscem spotkań i dyskusji najwybitniejszych przedstawicieli miejscowej bohemy. Ale równocześnie ten działający hipnotyzująco na otoczenie słowiańską urodą, ze wspaniałą grzywą włosów, niecodziennym ubiorem i specyficznym sposobem chodzenia (stawiał bardzo długie kroki) twórca, którego ekspresyjne – gliniane, gipsowe  i znacznie rzadziej odlewane w brązie –  popiersia oraz figury ludzkie,  wzbudzały autentyczną ciekawość i entuzjazm Amerykanów, potrafił wyrzucić ze swego atelier Albrechta Montgelasa, jednego z najbardziej wziętych ówczesnych krytyków sztuki, za to tylko że dotknął laską jednej z jego rzeźb. To on wreszcie potrafił zniszczyć „publicznie przyznane mu wyróżnienie – za prace pokazane na wystawie indywidualnej w Art. Institute w Chicago w 1916 roku – twierdząc, że jurorzy nie są uprawnieni do oceny jego prac[3]. Rok później, podczas kolejnej wystawy indywidualnej w Instytucie, protestując przeciwko próbie ocenzurowania jednego z rysunków o antybrytyjskiej wymowie pt.: Człowiek i jego brat, „Szukalski  zdarł ze ścian i podarł swoje prace oraz zniszczył meble w lobby muzealnym, deklarując >albo wystawia się wszystkie moje rysunki albo żadnego<”[4] Patologiczna wręcz niechęć do krytyków, przekonanie o własnej nieomylności na polu sztuki, stały się – w latach następnych  – źródłem coraz ostrzejszych  konfliktów, pomiędzy artystą, a czołowymi  animatorami życia artystycznego w międzywojennej Polsce, której galerie – mimo to – były jedynym miejscem,  gdzie można było oglądać jego dzieła.  Z kolei w Stanach Zjednoczonych (zarówno przed 1939 rokiem jak i znacznie później), łatwość z jaką  Szukalski zrażał do siebie nielicznych, życzliwych mu ludzi, doprowadziła do powstania niepokojącej pustki wokół niego i  niemal całkowitej izolacji, a tym samym nieobecności na miejscowym rynku sztuki.

Stanisław Szukalski – Krak syn Ludoli (dramat, wydawnictwo)

Pierwsza monograficzna wystawa prac Stanisława Szukalskiego w Polsce miała miejsce w Pałacu Sztuki TPSP w Krakowie w maju 1929 roku. Towarzyszyły jej  wydarzenia (głównie szokujące wypowiedzi  artysty i jego zwolenników, obraźliwe ulotki oraz równie agresywne  artykuły prasowe), których Kraków do tej pory nie znał, a tym bardziej nie akceptował. Były niczym grom z jasnego nieba w spokojnym, przepełnionym szacunkiem  dla tradycji  i  historii miejscowym środowisku artystycznym, w którym po młodopolskim ożywieniu i rewolucji formistycznej, zaczął dominować  wpływ francuskiego koloryzmu. Zarówno artyści, krytycy sztuki oraz  publiczność sal wystawowych, nie byli przygotowani na  przeprowadzane z  rozmachem  – w  iście  amerykańskim stylu –   działania Szukalskiego, których głównym celem było – jak się wydaje –  prowokować,  a zarazem  inspirować do poczynań, wykraczających daleko poza racjonalną, powszechnie obowiązującą  rzeczywistość.

Stanisław Szukalski spragniony kontaktu z niepodległą i tak wyczekiwaną ojczyzną oraz jej wielkim  twórcą Józefem Piłsudskim (podobno w trakcie studiów aktywnie uczestniczył  w ćwiczeniach drużyny strzeleckiej lokalnego  Sokoła), zaatakował z niebywałą pasją i agresywnością krakowskie kręgi kulturalne (zwłaszcza środowisko profesorów miejscowej ASP „tego wylęgacza miernot i rzeźni twórczości polskiej”[5]) za niczym nie uzasadnione uleganie zdegenerowanej i bezwartościowej – jego zdaniem – sztuce francuskiej, preferującej wszelkiego rodzaju przebrzmiałe izmy,  na czele z Paryżem „siedzibą międzynarodowej,  estetycznej i kulturalnej szarlatanerii”[6].

Specjalne pismo korespondencyjne i ozdobne Stanisława Szukalskiego na okładce Kraka

Atak Stanisława Szukalskiego  na powszechnie uznane autorytety, krytyka malarstwa francuskiego, przeprowadzone w sposób wzbudzający niemal totalne oburzenie, w połączeniu ze złożoną własną twórczością, która wywoływała mieszane uczucia, doprowadziły do sytuacji dotąd nie znanej w życiu artystycznym Krakowa. Nie spotykane tłumy oglądały wystawione  prace, podczas gdy równocześnie publicznie komentowano i dyskutowano zawzięcie o poglądach artysty i sposobie ich prezentacji.    Poczytny i popularny „Ilustrowany Kurier Codzienny” ogłosił nawet ankietę pt.: Co Pan myśli o Szukalskim?, w ramach której na temat artysty i jego niekonwencjonalnych pomysłów, wypowiedziało się  kilku czołowych twórców. Artykuły oceniające Szukalskiego pojawiły się również na łamach innych dzienników krakowskich i warszawskich, ku uciesze gawiedzi, która nareszcie miała swoją sensację. Gdy niektóre redakcje zaskoczone poziomem agresywności artysty,  wstrzymały publikację jego  kąśliwych odpowiedzi, ten postanowił je wydać własnym sumptem w postaci druków ulotnych. W ten sposób ukazały się cztery ulotki: Górne Cięcie Rozbohuszowanemu Bawołowi na Wawelu (poświęcone Adolfowi Szyszko-Bohuszowi, naczelnemu konserwatorowi Wawelu) oraz Co Szukalski myśli o nich – odpowiedź Kakistokratom, Biała zaraza w Krakowie i Czas na was krytycy zawodowi rajfurzy Zachodu!, wszystkie trzy rozprawiające się z  krytykami sztuki, „eunuchami” dla których wyspą szczęścia jest – nie wiedzieć dlaczego – zdegenerowany, wyzbyty jakichkolwiek wartości artystycznych i intelektualnych Paryż.

Stanisław Szukalski – grafika

Artysta był zdania, że należy doprowadzić do odrodzenia  sztuki polskiej, która co najmniej od czasów „uśmieszków politowania >Króla Stasia<” jest   w totalnym upadku i uzależnieniu. Jej ogromnym nieszczęściem  było bowiem  ”łamanie francuskim obcasem kiełków chyłkiem się wyślizgujących z podziemi, gdzie duch rasy, jakoby prawieczny korzeń z drzewa ściętego żywcem, wyje za wolnością”[7].

Mimo tak ogromnej niechęci Szukalskiego wobec wszystkiego co miało na polu sztuki rodowód francuski, w jego wczesnych rzeźbach,  krytycy bez trudu wytykali mu  ślady fascynacji impresjonizmem Augusta Rodina, echa dawno przebrzmiałej secesji, nadmierne zauroczenie posągami Michała Anioła i pełnym wyrazu ekspresjonizmem,   zainteresowanie kubizmem i włoskim futuryzmem,  czy wreszcie bardzo czytelne wykorzystywanie zdobyczy sztuki ludów pierwotnych obu Ameryk z ich skłonnością do pokrywania całych powierzchni  ornamentami I chociaż te wszystkie, oczywiste do pewnego stopnia  inspiracje, artysta potrafił  znakomicie zaadoptować  na potrzeby swoich  rozbudowanych (formalnie i treściowo) dzieł  rzeźbiarskich, głównie projektów pomników  [z których na szczególną  uwagę zasługują: Politwarus (1921-1923), na cześć zwycięstwa nad Rosją Sowiecką w 1920 roku, mający symbolizować unię  Polski z Litwą i Rusią. Krak (1924), egzotyczne wspomnienie legendarnego  bohatera walczącego z ogromnym smokiem, do ustawienia na dziedzińcu wawelskim, Adam Mickiewicz dla Wilna (1925), Bolesław Śmiały (Prawy) (1926-1928), przesycony rozbudowaną treścią symbol walki władzy świeckiej z Kościołem, czy też Remussolini, utopijny monument poświęcony przywódcy faszystów włoskich Benito Mussoliniemu (1932-1935 ?), nawiązujący formą do sylwetki legendarnej Wilczycy Kapitolińskiej z  Romulusem i Remusem], krytycy nieustająco atakowali go, nie mogąc mu wybaczyć, że  jednocześnie głosił hasła o odrodzeniu sztuki rodzimej w oparciu o  piastowsko-ludową tradycję.  Stanisław Szukalski  był bowiem głęboko przekonany, że jedynie świeża i autentyczna sztuka ludowa nie uległa niszczycielskiemu wpływowi przeintelektualizowanej kultury francuskiej, podczas gdy piastowska (a więc wczesnośredniowieczna) przeszłość Polski,  dostarczy niezbędnych tematów i wątków historycznych do stworzenia jedynej wartościowej sztuki – sztuki  treściowej.

Aby zyskać jak najszersze  poparcie dla głoszonych haseł, Stanisław Szukalski wydaje broszurę Atak Kraka. Twórcownie czy Akademie? (Kraków 1929), zawierającej główne tezy jego programu. Programu, opracowywanego prawdopodobnie już od połowy lat dwudziestych, na emigracji w Stanach Zjednoczonych Tak wiec  druk broszury dał początek staranie przygotowywanym   działaniom, zmierzającym – najpierw – do  zrewolucjonizowania systemu nauczania artystycznego w Polsce, a następnie zbudowania nowego silnego państwa, istniejącego w całkowicie nowej Europie, państwa zdominowanego przez ludzi młodych, zdolnych do realizacji wielkich wyzwań,  funkcjonujących z powodzeniem w nowym  ładzie społeczno-politycznym.

Dlatego artysta proponuje aby w miejsce zlikwidowanej akademii krakowskiej utworzyć „Twórcownię” czyli pracownię, w której mogliby swobodnie pracować i kształcić się malarze i rzeźbiarze według nowego systemu pedagogicznego, który wprowadza zupełny przewrót w tej dziedzinie i będzie punktem zwrotnym w polskiej sztuce”[8]. Na czele „Twórcowni” miał stanąć jeden jedyny pedagog – oczywiście Szukalski – który dzięki swej mądrości zdziała znacznie więcej niż setki miernych  profesorów  z akademii. Metoda „twórcowniana” nie uznaje talentu, liczy się jedynie pracowitość i mądrość, której warunkiem  jest zdrowy rozsądek i troskliwa szczodrość. Przyjętych do „Twórcowni” uczniów  powinna cechować – zdaniem Szukalskiego – krępa budowa ciała, ponieważ „każdy kwadratowy chłopak o >krótkiej< twarzy może być artystą”, w przeciwieństwie do pozbawionych inwencji „wąskoszczękich” i „długocielskich”[9].

Podczas nauki w „Twórcowni” (która już w ciągu zaledwie jednego roku uczyni z nich prawdziwych artystów), każdy z uczniów zajmuje się tworzeniem kompozycji tematycznej wyłącznie na podstawie pamięci. Metoda „twórcowniana” wyklucza bowiem – tak popularne w akademiach – kopiowanie gipsowych popiersi i figur oraz studiowanie martwych natur i aktów ludzkich, bo te zabijają imaginację, a bez niej nie może kiełkować twórcza fantazja”[10].  Nie można robić szkiców, pracuje się wyłącznie nad jedną kompozycją, a prace raz rozpoczęte należy wykańczać aż do najdrobniejszych szczegółów. Miały to być początkowo tylko rysunki ołówkiem, później akwarele, wykonywane w dużych ilościach, na niewielkich (najlepiej kwadratowych) arkuszach bardzo dobrego papieru, celem  nabycia umiejętności posługiwania się linią i modelunkiem światłocieniowym. Nie ma mowy o malowaniu farbami olejnymi, ponieważ technika ta pozbawia każdego potencjalnego twórcę indywidualności.

Opis obrazu: Fotografia grupowa. Widoczni od lewej: malarz Stanisław Paciorek, malarz Aleksander Jakimczuk, Karol Kramarczyk, malarz Adam Bunsch, malarz i rzeźbiarz Stanisław Szukalski, Kisielewski, malarz Tadeusz Mróz-Łękowski, malarz Mieczysław Serwin-Oracki.
Data wydarzenia: 1938
Miejsce: Kraków
Osoby widoczne: Stanisław Szukalski, Stanisław Paciorek, Aleksander Jakimczuk, Karol Kramarczyk, Adam Bunsch, Tadeusz Mróz-Łękawski, Mieczysław Serwin-Oracki,
Osoby niewidoczne:
Hasła przedmiotowe: sztuka, malarstwo,
Inne nazwy własne:
Zakład fotograficzny:
Autor:
Zespół: Koncern Ilustrowany Kurier Codzienny – Archiwum Ilustracji
Sygnatura: 1-K-5408

Jedno z głównych haseł metody „twórcownianej”,  uniezależnienie się od szkodliwych wpływów Zachodu, należało  realizować według Szukalskiego przez tworzenie – obowiązkowo – kompozycji nawiązujących w warstwie tematycznej do piastowskiej przeszłości Polski, która  stanowi najważniejsze źródło inspiracji.. W tym celu uczniowie artysty (nigdy nie on sam) wykonywali rysunki przedstawiające zarówno Bolesława Chrobrego jak i Bolesława Śmiałego, średniowiecznych rycerzy oraz ich giermków, a także Łokietka Wygnańca, któremu poświecono wewnętrzny konkurs na najciekawszą pracę. Aby przybliżyć młodzieży kształcącej się w „Twórcowni” w sposób właściwy atmosferę i charakter wydarzeń mających miejsce przed wiekami, w trakcie wspólnej pracy „lektorki czytać będą książki dotyczące mitologii dziejów i w ogóle bohaterologię własnego narodu jak i innych”[11].

Za metodą „twórcownianą” opowiedziało się-  mimo wysiłków „propagandowych”  ze strony Szukalskiego – zaledwie kilkunastu studentów pierwszego i drugiego roku krakowskiej ASP oraz miejscowej Szkoły Sztuk Zdobniczych i Przemysłu Artystycznego, którzy już na jesieni 1929 roku utworzyli – zgodnie z życzeniem Mistrza – Szczep Rogate Serce, podczas gdy kolejni kandydaci (w latach następnych)  mieli rozpoczynać swoją działalność artystyczną od przynależności do tzw. Przedszczepia. Aby lepiej utożsamiać się z ideologią „twórcownianą” i silniej zamanifestować łączność grupy z piastowskimi korzeniami, jej członkowie zmienili imiona chrzestne na imiona brzmiące bardziej swojsko, słowiańsko, które odpowiadały ich indywidualnym charakterom. Twórca tego pomysłu – naturalnie Szukalski – nazwał je „mianami”, żeby odróżnić od imion. W ten sposób m.in. Wacław Boratyński stał się Pracowitem z Ryglic Boratyńskim, Antoni Bryndza – Ziemitrudem z Kalwarii Bryndzą, Franciszek Frączek – Słońcesławem z Żołyni Frączkiem, Stanisław Gliwa – Kurhaninem ze Słociny Gliwą, Marian Konarski – Marzynem z Krzeszowic Konarskim, a Stefan Źechowski – Zieminem z Książa Źechowskim. Oczywiście miano przyjął także sam Szukalski, który odtąd występował jako Stach z Warty Szukalski.

Grupa miała również własny organ prasowy  pismo „Krak”, wydawane nieregularnie (w latach 1930–1934 ukazało się dwanaście numerów), które było – jak głosił podtytuł – narzędziem walki o wyzwolenie i przerodzenie się kultury polskiej. W rzeczywistości, „Krak” (oraz jego późniejsze mutacje) stał się całkowicie oderwaną od rzeczywistości tubą propagandową dla coraz bardziej upolitycznionych haseł i teorii artystycznych  głoszonych przez  Stacha z Warty, autora niemal wszystkich drukowanych na jego łamach artykułów, recenzji i notatek. Artysta atakował swoich rzeczywistych i wyimaginowanych przeciwników z charakterystyczną dla siebie pasją i zacięciem, używając programowo masę udziwnionych neologizmów. Klasycznym przykładem przewrotnej retoryki i słownictwa Szukalskiego są m.in. artykuły: Flegmędrek Treter, czyli Worek Wiatru (skierowany przeciwko Mieczysławowi Treterowi)[12], Gudłajniarz Żydowinkler czyli obrzezanie łapy sieczkarką (atakujący  Konrada Winklera)[13], a także Rdzaspana krakademia czyli kres sklerozabytku, w którym zaatakował deklarację rektora krakowskiej ASP Fryderyka Pautscha, tłumaczącą strukturę uczelni i zasady jej działania[14].

Jakby tego było mało, Szukalski zaproponował Szczepowcom aby każdy z nich, podobnie jak to uczynił on sam już przed wielu  laty,  wypracował nowe (bardziej kaligraficzne) pismo, które stosowane przez nich konsekwentnie, z czasem stanie się –  jak niegdyś alfabet łaciński i cyfry arabskie – obowiązkowym wzorcem dla wielu narodów i przysporzy Polsce powszechne uznanie na tym polu. Członkowie Szczepu Rogate Serce mieli się również wyróżniać z otoczenia fryzurami (z „piastowskimi” grzywami) i elementami stroju: czapą z owczego futra (noszoną podczas zimy), a zwłaszcza świtkami, rodzajem wierzchniej odzieży płóciennej, szytej na wzór sukmany, używanej dawniej przez chłopów i szlachtę.


Zdaniem Szukalskiego – realizacja tych ambitnych planów będzie możliwa jednak dopiero wówczas,  kiedy usunie się z kluczowych stanowisk w państwie, ludzi starych i nietwórczych, którzy jako osobniki wyzbyte wszelkich ideałów, nie dość, że zawładnęli najważniejszymi  dziedzinami życia politycznego, gospodarczego i kulturalnego w kraju, to jeszcze nie dopuszczają do nich ludzi młodych, pełnych nowych  koncepcji i wiary w lepsze jutro. Tak więc przejęcie władzy przez młodych może dopiero zagwarantować nowe państwo polskie, o przebudowanym ustroju społeczno-narodowym. Artysta proponuje nazwać je „Polską-II-ą” dla odróżnienia od „Polski-I-ej” Za jego twórcę, a zarazem duchowego przywódcę uważa marszałka Józefa Piłsudskiego, nazywając go Komendantem lub Oswobodzicielem. „Polska II-a” powinna także posiadać swoje godło państwowe. Tak jak dotychczas był to biały orzeł na czerwonym tle, teraz  funkcję tę miał spełniać „Toporzeł”, będący  kompozycją powstałą z połączenia orła z ciesielsko-wojennym toporem. W nowej Polsce musi się też znajdować – zdaniem artysty – miejsce kultu zaakceptowane przez cały naród. Podczas gdy w „Polsce I-ej” był nim zamek wawelski z katedrą i nekropolią królów, w „Polsce II-ej” miała to być neopogańska Duchtynia (zespół architektoniczno-rzeźbiarski, dopracowany w najdrobniejszych szczegółach na przełomie 1935 i 1936 roku), zbudowana według jego planów na dnie Smoczej Jamy. Szukalski zakładał, że będzie się składać z trzech zasadniczych części: posągu Oswobodziciela (usytuowanego na zewnątrz, przy wejściu), grobowców wybitnych Polaków – na czele z sarkofagiem marszałka – umieszczonych promieniście pod ścianami jaskini oraz  stojącego pośrodku niej marmurowego słupa z rzeźbą nowej koncepcji Światowida na szczycie. Ten najważniejszy element zespołu, to – zgodnie z wizją Szukalskiego – wielki koń, na którego siodle-tronie zasiedli zwróceni ku czterem stronom świata, czterej najwybitniejsi Polacy: Józef Piłsudski, Kazimierz Wielki, Mikołaj Kopernik i Adam Mickiewicz. Do wnętrza słupa podtrzymującego Światowida  prowadzą z czterech stron schody, zakończone okrągłymi otworami do wsuwania rąk z ramieniem, wiodące do środka. Zaś tam, gdzie się spotkają, stać będzie w wiecznym oświetleniu elektrycznym [...]” jeden jedyny „Toporzeł”, który przez swe nadzwyczajne znaczenie będzie się zwał Świętoporłem, bo taki będzie tylko jeden w całej Polsce i Słowiańszczyźnie[15].

Ale nieco zmodyfikowany „Toporzeł” (zamiast stylizowanej głowy orła – krzyż), miał  również pełnić jeszcze jedną, zupełnie inną funkcję. Szukalski wyobrażał sobie,  że jako tzw. „Topokrzyż” z umieszczonymi poniżej literami GOJ, co oznaczać miało: Gospodarczą Organizujmy Jedność, pojawi się jako obowiązkowe logo na witrynach wszystkich  chrześcijańskich  sklepów, w imię wspólnej walki z żydostwem. Mimo to,  stanowisko Szukalskiego wobec religii było  – przynajmniej w latach trzydziestych  – wyraźnie akatolickie. „Mają mnie za heretyka – mówił na jednym ze spotkań z młodymi – choć jestem głęboko religijny, ale religia ta jest moja własna, inna. Religią moja  polskość.”[16]. O duchowieństwie wyrażał się nienawistnie i obelżywie. Chęć przebudowy polskiego charakteru narodowego, zasadniczej przyczyny – jego zdaniem – złego stanu kraju, walka z chrześcijaństwem i Kościołem, zbliżyły go  jesienią 1937 roku do działającej w Warszawie grupy neopogańskiej „Zadrugi” Jana Stachniuka. Bardzo szybko okazało się jednak, że dla dwóch wielkich indywidualności, w tak małej grupie nie ma miejsca i Szukalski zerwał „współpracę” ze Stachniukiem,[17] choć obaj uważali się za buntowników i obu interesowała rzeczywistość narodowa.

Zermatyzm – Stanisław Szukalski – Yetisyn i Człowiek (Nieczłowiek i Człowiek) – Medal -

„Pamiętaj KATYŃ


Nic więc dziwnego, że siłą i kręgosłupem społeczeństwa „Polski II-ej” miała być według Szukalskiego – jak już wspomniałem – twórcza młodzież, której  interesów (przed zakusami starego pokolenia)  bronić powinna Unia Młodych – organizacja bezpartyjna, zrzeszająca najlepszych z najlepszych,  z jej „zbrojnym” ramieniem  Armią Odrodzenia,  której przedstawiciele będą pojawiać się na ulicach polskich miast  w koszulach z lnu, w kolorze modrym, z graficznym symbolem „Toporła” na lewej piersi i białymi „czujkami” tj. mającymi ok. 15 cm długości taśmami na rękawach jako symbolami  orlich lotek.

Aby uzmysłowić ogółowi  społeczeństwa  arcytrudną sytuację w jakiej znaleźli się  młodzi i twórczy Polacy, żyjący w kraju rządzonym przez bezpłciowych starców, Szukalski pisze i wydaje w 1938 roku dramat sceniczny Krak syn Ludoli. Dziejawa w 10 odmroczach, którego okładkę zdobił graficzny rysunek „Toporła”. Największe dzieło epistolarne artysty,  z jego „egzotycznymi” bohaterami (tytułowym kowalem Ludolą – dla  którego pierwowzorem był Dionizy Szukalski –  w dziejawie niemowa z wyrwanym językiem, jego żoną Gniewatrą, uczniem i czeladnikiem Bajbajocem, Wielkapłanem Ciułem, pełniącym funkcję namiestnika w Wszechpaństwie Biżymdów, bezgłowym Kapłanem Kosem i obrzydliwym Zdradarem) to nic innego jak gwałtowne wyzwanie rzucone światu ludzi starszych przez młodych. I chociaż demaskują oni przed prostym Ludem oligarchię żądnych władzy  kapłanów, z ich bałwochwalczym  kultem  Smoka, za którym chowa się bezlitosny Bóg Hjeh Weh  (zobrazowany odpustową figurką ortodoksyjnego Żyda, w klasycznym stroju, z pejsami i wielka futrzaną czapą na głowie, kiwającą się na sprężynce), to jednak idea walki z oficjalną sztuką w obronie „cech narodowych i indywidualnych” kończy się niepowodzeniem, a główny bohater, młody i ambitny Krak umiera[18].

Ale na tym nie koniec szalonych pomysłów Stanisława Szukalskiego.  Artysta coraz bardziej przekonany o wiodącej roli Polski i Polaków w życiu artystycznym całej Europy, uważał że ojczyzna jego przodków  powinna stać się krajem,  który „przez Twórcownię da początek nowego typu kultury, jako przeciwstawienie się semicko-moskiewskiemu rozkładowi szkodliwemu dla twórczych narodów”[19].

Ponieważ Anglia, Francja, Włochy i Niemcy to kraje zainteresowane jedynie prowadzeniem wojen, należy im to uniemożliwić przez złamanie ich potęgi ekonomicznej (drogą międzynarodowego bojkotu), a następnie usunąć (wykluczyć ?) z Europy. W ten sposób dojdzie do powstania tzw. „Neuropy”, której symbolem stanie  się podwójna, odwrócona swastyka, nazwana – przez twórcę tego pomysłu Szukalskiego – „Gamadionem”. W „Neuropie”, wolnej od wojen i wszelkich konfliktów międzynarodowych, będzie kwitło życie kulturalne, będą powstawać kolejne, coraz bardziej interesujące, coraz doskonalsze i ciekawsze dzieła sztuki, tworzone naturalnie metodami „twórcownianymi” System pedagogiczny propagowany w „Twórcowni” obejmie z czasem wszystkie kraje starej Europy (oczywiście z pominięciem Anglii, Francji, Włoch i Niemiec), dotrze  do Stanów Zjednoczonych i doprowadzi w końcu do tego, że „Twórcownia” przekształci się w „Instytut Neuropy”, czyli w „Wiedzuczę Neuropy”. Dzięki temu artyści ze Wschodu i Zachodu, Północy i Południa poznają i przyswoją sobie zasady nowej edukacji artystycznej, co zapewni powszechny rozwój jedynie wartościowej sztuce jaką jest – według Szukalskiego – sztuka wyrazowa.

Ale w miarę upływu czasu Stach z Warty Szukalski coraz mniej  myślał i pisał  o czystej sztuce, wprowadzając do swojej rozbudowywanej nieustająco ideologii  radykalne  akcenty o zdecydowanym podtekście politycznym.  Gdy w 1937 roku rozpoczął wydawanie kolejnej edycji pisma „Krak”, nie pozostawił czytelnikom wątpliwości ku czemu zmierza, pisząc: „dla lepszego zrozumienia pobudek Kraka i Unii Młodych, trzeba nie tylko podać to, ku czemu on dąży, lecz i to, przeciw czemu się stroi, a tymi są: Precz z komunizmem – ze świata! Starymi – z życia społecznego! Żydami – z Polski! Klerem – z polityki!”[20]. Stąd już tylko krok do utworzenia fascynującej go coraz bardziej  federacji wszystkich Słowian, zwanej przez niego „Wielką Sławią”. Na początku 1939 roku  apelował: ”nazwy zaś narodowe Polski, Rusi, Jugosławii itd., zachowajmy jako denominacje terytorialne i szczepowe. Teraz zaś twórzmy wewnętrznie narodowo i zewnętrznie Rodosławiańsko jedną Unię Młodych, bez względu na wiek i naszą przynależność”[21].

Mimo że artysta był  przekonany o słuszności głoszonych teorii i haseł, nie udało mu się  zrealizować nawet  niewielkiej ich części. Jego liczni adwersarze odnosili się do nich bez entuzjazmu, a pozostający w zdecydowanej mniejszości zwolennicy, szybko wykruszali się. Zbyt wiele było w wywodach Szukalskiego oczywistych niedorzeczności i naiwności, drażnił absolutny brak poczucia rzeczywistości i realnej oceny sytuacji (być może początki choroby psychicznej – paranoi?), śmieszyła pusta frazeologia, odpychało udziwnione słownictwo. Głosząc potrzebę odrodzenia sztuki narodowej  (głównie w sferze treściowej), Stach z Warty Szukalski  jawił się swoim  licznym przeciwnikom jako skrajny nacjonalista (szowinista), w którego wypowiedziach publicznych zbyt często pojawiały się tezy o wyraźnie antysemickim nastawieniu. Irytowało wreszcie wielu ludzi uporczywe przedstawianie się Szukalskiego jako wybitnego artysty polskiego, przebywającego na przymusowej emigracji, ustawicznie dyskryminowanego i tępionego przez rodaków (głównie krytyków sztuki) z bliżej nie znanych powodów od co najmniej kilkunastu lat.

Chociaż formalnie Szczep Rogate Serce nigdy nie został rozwiązany,  przestał faktycznie istnieć po ostatniej szesnastej wystawie grupy we wrześniu i październiku 1936 roku w salach krakowskiego TPSP, kiedy to drogi życiowe i artystyczne większości jego członków rozeszły się definitywnie. Tymczasem Stach z Warty Szukalski, po przegraniu dwóch procesów o zniesławienie, wyjechał do życzliwych mu Katowic, gdzie pozostał do września 1939 roku.


[1] Niniejszy esej powstał na bazie mojej książki  pt.: Stach z Warty Szukalski i Szczep Rogate Serce, Wydawnictwo KUL, Lublin 2007, ss.510, il. 288, będącej swoistym podsumowaniem  ponad trzydziestoletnich  badań autora nad osobliwymi poglądami i skomplikowaną sztuką tego niezwykłego artysty. Ze względu na ograniczoną objętość tekstu,  przypisami opatrzono przede wszystkim zamieszczone w nim cytaty oraz kilka informacji zaczerpniętych z publikacji innych badaczy. Wszystkich, którym to jednak nie wystarczy, odsyłam do lektury książki, zawierającej pełny wykaz wykorzystanej literatury i źródeł.

[2] Tylko jedną wystawę prac Szukalskiego i Szczepu Rogate Serce, otwartą jesienią 1936 roku w krakowskim Pałacu Sztuki,  obejrzała w ciągu 44 dni, rekordowa liczba osób – 20 tysięcy. Zob.:20  tysięcy osób zwiedziło wystawę St. Szukalskiego w Krak. Pałacu Sztuki, „Ilustrowany Kurier Codzienny” 1936, nr 293, s. 11, il. 1.

[3] Dorota Chudzicka, Stanisław Szukalski. Europejczyk, Polak, nonkonformista, „Glaukopis” 2003, nr 1, s. 325

[4] Tamże.

[5] St. [Stanisław] Szukalski, Przedmowa do rzeczospisu prac pierwszego wykazu Szczepu „Rogate Serce” Twórcowni Szukalskiego, [w:] Towarzystwo Zachęty Sztuk Pięknych w Warszawie. Przewodnik 66, wrzesień 1931, [Warszawa 1931], s. 28.

[6] Szukalski. Projects in Design, [Chicago 1929], s. 47.

[7] Stanisław Szukalski, Atak Kraka. Twórcownie czy Akademie?, Kraków 1929, s. 8.

[8] Szczep „Rogate Serce”, „Krak” 1 (1930), nr 2 (czerwiec), s. 5.

[9] Stanisław Szukalski, Szczep „Rogate Serce”, [w:] Szczep Szukalszczyków herbu „Rogate Serce”. I Wykaz prac Twórcowni Szukalskiego. Katalog, [Warszawa 1930], s. 8.

[10] Tenże,  Bohatorły wyfruną z modłona Polski, „Krak” 2 (1931-1932), nr 9 (marzec-maj 1932), s. 2.

[11] Program w Twórcowni, „Ilustrowany Kurier Codzienny” 1936, nr 283, s. 6 [notatka zamieszczona pod artykułem Mariana Dienstl-Dąbrowy, Stanisława Szukalskiego na Kraków najazd wtóry].

[12] „Krak” 2(1931-1932), nr 7 (lipiec-grudzień 1931), s. 3-4.  Atak Szukalskiego na Tretera wywołał o dziwo tylko jeden, jedyny artykuł krytyka – z 1931 roku – w którym  pisząc o swoich wrażeniach z wystawy  Szczepu w  Towarzystwie Zachęty Sztuk Pięknych w Warszawie, stwierdził na początku, że „W największej sali Zachęty – straszy !. Tak, dosłownie: straszy”. Zob.: Mieczysław Treter, Otwarcie sezony w Zachęcie warszawskiej, „Ilustrowany Kurier Codzienny” 1931, nr 243, s. 3.

[13] Tamże, s. 8-10. Winkler, sam artysta, członek pierwszej awangardowej grupy artystów polskich –  Formistów (funkcjonującej w latach 1917-1923),   przede wszystkim jednak wzięty krytyk, naraził się Szukalskiemu o wiele bardziej, pisząc na jego temat  sześć krytycznych artykułów. Mistrza zdenerwował, jak się wydaje, zwłaszcza jeden z nich: „Chamskie synki w Zachęcie” (czyli najazd germańskich gustów na sztukę polską), „Kurier Poranny” 1931, nr 263, s. 3.

[14] Tamże, 2(1931-1932), nr 8 (grudzień 1931-marzec 1932), s. 7-8.

[15] St. [Stanisław] Szukalski, Projekt zbudowania Duchtyni, [w:] Wykaz prac Stanisława Szukalskiego i Szczepu Rogate Serce, Instytut Propagandy Sztuki, czerwiec 1936, Warszawa [1936], s. 37.

[16] Irena Szczygielska, Drogi i manowce, „Kultura” 1937, nr 21, s.4.

[17]Przez krótki okres czasu (w 1938 roku) redakcja i administracja zarówno trzeciej serii „Kraka” jak i pierwszych numerów miesięcznika „Zadruga” mieściły się w tym samym lokalu przy ul. Leszczyńskiej 8 m.3 w Warszawie. Zob.:  Jacek Majchrowski, Szkice z historii polskiej prawicy politycznej lat Drugiej Rzeczypospolitej, „Zeszyty Naukowe Uniwersytetu Jagiellońskiego” DCCCXIII, 1986, Prace z nauk politycznych, z. 27, s.118-129.

[18] Stanisław Kaszyński, Stanisława Szukalskiego legenda o Kraku, „Prace Polonistyczne” [Łódzkie Towarzystwo Naukowe], Seria XLIII 1987, s. 209.

[19] St.[Stanisław] Szukalski, Bohatorły wyfruną z modłona Polski, dz. cyt. , s. 2.

[20] Tenże, Dlaczego Krak, „Krak” 1937, nr 1 (grudzień), s. 10.

[21]Tenże, Ku wielkiej Sławji, „Atak Kraka” 1939, nr 1, s. 5-6.

Z Wikipedii

Lechosław Lameński

Lechosław Lameński (ur. 1949 w Bydgoszczy) – polski historyk sztuki, profesor Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II, gdzie kieruje Katedrą Historii Sztuki Nowoczesnej[1]. Prezes Lubelskiego Oddziału Stowarzyszenia Historyków Sztuki[1].

Biografia

Redaktor (od 1985 r.) działu plastyki i historii sztuki w kwartalniku literackim „Akcent”. Autor ponad 160 artykułów, recenzji, wstępów do katalogów, a także dwóch książek: „Tomasz Oskar Sosnowski, 1810-1886, rzeźbiarz polski w Rzymie” (1997) oraz „Stach z Warty Szukalski i Szczep Rogate Serce” (2007). W pracach zbiorowych, publikacjach na łamach „Akcentu” i w katalogach opracowywał m.in. twórczość Zdzisława Beksińskiego, Jerzego Dudy Gracza, Jerzego Jarnuszkiewicza, Rafała Malczewskiego, Grzegorza Mazurka, Antoniego Michalaka, Stanisława Szukalskiego, Stanisława Bałdygi, Jacka Wojciechowskiego, Tomasza Zawadzkiego. Współpracował ze „Znakiem”, „Biuletynem Historii Sztuki” i „Tygodnikiem Powszechnym”, gdzie publikował m.in. artykuły na temat Magdaleny Abakanowicz, Edwarda Dwurnika, Jana Lebensteina, Aliny Szapocznikow. Od 2009 r. członek Społecznego Komitetu Odnowy Zabytków Krakowa (SKOZK).

Wyróżnienia

  • Srebrny Krzyż Zasługi
  • trzykrotne wyróżnienie im. ks. prof. Szczęsnego Dettloffa (1975, 1980, 1983)

Książka profesora Lemańskiego o Stachu

Stach z Warty. Szukalski i Szczep Rogate Serce

Nominacja do nagrody Konkursu im. Jana Długosza 2008

58,00zł 53,94zł

Lechosław Lameński
ISBN:
978-83-7363-554-8
Stron: 510
Format: B5 (oprawa twarda)
Rok wydania: 2007

Tytułowy bohater książki Lechosława Lameńskiego – Stanisław Szukalski (1893-1987), urodzony w Warcie koło Sieradza jako syn ubogiego kowala, znany później bardziej jako Stach z Warty Szukalski, to jeden z najbardziej kontrowersyjnych artystów polskich, którego niekonwencjonalne zachowanie, udziwnione słownictwo, zwłaszcza jednak szokujące teorie i hasła na temat szkolnictwa artystycznego, były powodem największych skandali w życiu artystycznym Krakowa i Warszawy w okresie dwudziestolecia międzywojennego…

Krzyż – Prastary znak Wiary Przyrodzonej. Stare i nowe miejsca Rodzimego Kultu.



13 wpis 13 maja 2010

13+13  a więc 26=8 albo 4 i 4 = 8

oraz maj – 05 i rok 2010 = 3, czyli 8

8 i 8 = 88, a zarazem 8 + 8 = 16,

a więc 7. Czy to coś znaczy? Tylko jeśli się potrafi czytać.

8 – to Pełnia,

a 4 i 4 to dwie połówki pełni, a zarazem 4 – to Pełne Oblicze Światowita, Pełnia Najwyższego Kręgu (to także słynne Mickiewiczowskie, jakże tajemnicze czterdzieści i cztery, czyli 4 i4, 40 i 4, ale przede wszystkim to  44 - połowa Pełnego Panteonu czyli Pocztu Bogów Wiary Rodzimej, dwie połowy tego Panteonu tworzą Jego Pełnię. Ale przecież jest jeszcze Ukryta Bogini. Co z nią i po co ona? O Tym w Księdze Wiedy). 88 znaczy szczęście – tylko czy Świat ma być Szczęśliwy czy Pełny? To wszystko dla jednych tylko symetria i geometria bytu, dla innych Święta Geometria i Mistyka Czert, dla jeszcze innych Kabała, a dla jakże wielu po prostu dziwaczny Przypadek.

Lecz jak wielu przypadków musi doświadczyć niedowiarek żeby uwierzyć?  To pytanie retoryczne, mimo że Nauce – Współczesnej Świątyni Która Głosi Boga Bezosobowego i wyznaje Doktrynę Fizyki Teoretycznej, w Liturgii Wysokiej Matematyki i Nieuklidesowej Geometrii- wystarczy by eksperyment się jeden raz powtórzył z identycznym wynikiem w innym laboratorium, aby uznać to za dowód.

88 – Starosłowiańska Świątynia Światła Świata, suma dwóch 8 – daje 7 = Szczęście, suma trzech 8 = 6 czyli Życie.

Osiemdziesiąt osiem (88) jest symbolem szczęścia i powodzenia. W języku znanych ze znawstwa taj Ku-Tajów słowo 8 brzmi podobnie do słowa Fa (发, co oznacza szczęście, 发财 lub majątek, w mandaryńskim). Cyfra 8 jest uważana za najszczęśliwszą liczbę ze wszystkich w chińskiej kulturze.

 

Znak Starosłowiańskiej Świątyni Światła Świata

stanica, chorągiew, flaga

4 litery S

splecione w dwie „8″

8 – pełnia

∞ – nieskończoność

8+8 = 16 = 7

4 x 4  = 16 = 7

Symbolizuje Kwiat Paproci (Pąp Rudzi) – Wiarę Przyrody

Centralny punkt – symbol Boga Bogów – Swąta – Światła Świata [Świętowita, Światłowiłta, Światowida, Światowita]

symbol Jedności i wszechwspólnoty

zawiera także prastary symbol słoneczny – swastykę (prawoskrętną – niebieska [Niebo, Wela] i lewoskrętną – czerwona [Ogień, Ziemia])

pełna symbolika 44

4 złączone koła – symbol wspólnoty

brak domknięcia = wolność, symbolizuje też osobę i osobowość, indywidualność

Barwy  słowiańskie – czerwona, niebieska i białe tło

Jest to stary słowiański znak Swadziebnik –  z jednej strony znak ślubów – swadźby, a z drugiej znak wierności wartościom i ślubom rozumianym jako przysięga – Znak Mocnej Więzi – Obwaru i Okołu (gromady) Sjemi – Rodziny i Rodu oraz Zadrugi i Narodu.

Znak Związku  Rodów w Zadrugę, znak świętego pojednania i narodzin Nowej Zjednoczonej Wiary Przyrodzonej – JEDNEJ WIARY PRZYRODZONEJ – WIARY PRZYRODY – Znak Związku Zadrug w Gromadę – Znak Związku Gromad – ZNAK NARODU. Znak złączenia węzłem wieczystym.  Znak związku Ciała, Duszy, Ducha i Światłości w nową Żywą Jedność – połączenie Ognia i Wody – męskiego z żeńskim. W tym znaku widać także:

1 – Centrum – Bóg Bogów,

2 Swastyki żeńska i męska – 2 Bogów Działu,

4 Płatki Kwiatu przy centrum – 4 Bogów Kiru,

8 Żywiołów – 8 Ramion swastyk,

12 Mocy – (4 Białe Koła + 4 Białe Bramy + 4 Białe Strzałki [ostrza])

Kult cyfry 8 jest posunięty tak daleko, że w Chinach w supermarketach często można znaleźć ceny zawierające wiele 8 (patrz numery w kulturze chińskiej). Igrzyska Olimpijskie w Pekinie w 2008 r. otwarto 8/8/08 o 8 wieczorem.

88 jest używane w SMSach i pożegnaniach w znaczeniu „do widzenia”, ponieważ 88 jest wymawiane w języku chińskim mandaryńskim jako „bfai bfai” („ba ba”, które to słowa symulują dźwięki z języka angielskiego”bye bye”).

Pierwsza promocja mojej książki „Stworze i Zdusze, czyli starosłowiańskie boginki i demony” – przeprowadzona z wielkim rozmachem przez Krainę Księżyca – odbyła się w Muzeum Etnograficznym w Warszawie, 22 września 1993 roku (8), o godzinie 8 wieczorem– u Witolda Suligi, który był wtedy dyrektorem tego Muzeum. Nie wiem czy jest nim jeszcze dzisiaj, od tamtego czasu zaszło tak wiele wydarzeń. Spotkałem tam wtedy ludzi związanych z dawnym Kołem Czcicieli Światowida i tak się złożyło, że całkiem niedawno odnowiliśmy znowu kontakty, z czego niezmiernie się cieszę.


 

Lecz ten materiał nie jest poświęcony ani Stworzom ani Zduszom, a znakowi krzyża. Czy przeszkadza nam on w kultywowaniu naszej Wiary Przyrodzonej Słowiańskiej, jeśli został wprowadzony w nasze święte miejsca?!

Odpowiadam – Nie. Zdecydowanie nie! – bo to prastary, zaczerpnięty z Wiary Przyrodzonej symbol, który ma w niej swoje głębokie tajemne (nawne, nawijskie) a także jawne (jawijskie) znaczenie.

Święty Kamień w Krynicy, który nazywają dzisiaj Diabelskim – miejsce kultu Dyja-Bełta – Boga Dujawicy i Wichury. Nie dziwi że w górach oddawano mu cześć szczególną. (M. B. Stępczyński, rys. 1896)

Jest w Słowiańszczyźnie i szerzej – na terenie objętym kiedyś przez Wielki Kaganat Sis, a także na terenach dawnych religii politeistycznych poza kaganatem (np. Peru, Ameryka Północna, Meksyk, Wielka Brytania, Iran, Turcja, Pakistan, Irak, Egipt i Afryka Północna oraz inne) i dzisiejszych, współczesnych religii, które uznają bóstwo wiodące i jego wielorakie emanacje (np. Chiny, Japonia, Indonezja, Tajlandia, Myanmar-Birma, Indie) wiele miejsc objętych dawno temu lub obejmowanych systematycznie przez nowe religie np. mahometanizm, które są miejscami starej Wiary Przyrodzonej – w nich wszystkich powinniśmy móc się pomodlić i złożyć ofiary oraz odprawiać kult publiczny.  One wszystkie nadal są NASZE i powinniśmy się móc w nich modlić i oddawać cześć naszym bogom na nasz sposób. Jeśli tak nie jest gdziekolwiek na Świec ie to świadczy tylko o stopniu nietoletrancji i zakłamania ludzi którzy nami i innymi narodami rządzą.

Myanmar – świątynie

Zatem oznaczenie krzyżem jakiegokolwiek miejsca publicznego czy prywatnego, czy jakiegokolwiek przedmiotu, w niczym nie powinno nam przeszkadzać. Jest to użycie naszego symbolu w celu zaznaczenia świętości takiego miejsca czy rzeczy. Możemy to miejsce lub rzecz oznaczyć również naszymi innymi symbolami. Nie musimy go także w ogóle oznaczać w żaden sposób. Nasza Wiara Rodzima nie wymaga od nas żadnego oznaczania miejsc świętych, stawiania figur czy budowli, tak jak nam i też tego nie zabrania.

Myanmar

 

Nie przeszkadza nam zatem, że w naszych miejscach kultu ktoś postawił krzyże, postawił kamienne kąciny, zadaszył posągi czyli stołpy i słupy,  wbudował w ich ściany nasze święte kamienie, i że ktoś czci obrazy bogów w malowidłach oraz figurach – Dlaczego? Bo oddaje on tym sposobem również cześć naszym bogom w owych malowidłach i figurach i naszemu Bogu Bogów – tyle tylko że inaczej ich nazywa. Te wszystkie Matki Boskie porozstawiane po gajach i dolinach, to nasze Boginie Wód, Chmur, Nieba, Dnia, Miłości, Miłosierdzia, Cnoty, Burzy, Ognia i Żaru…


Chrześcijanie powinni się zdobyć na refleksję i zastanowić z jakich powodów i czemu oddają cześć Naszym Bogom, a także jakie naprawdę święta, ku czyjej czci obchodzą.

Świątynia Jowisza – Baalbek (Baala i Peruna)

 

Bo kult krzyża, obrazów i figur, kult ognia, kwiatów, wieńców i słupów, kult święconych pokarmów, kult borów, pól, świętej wody, wiech, wici-węsiorków i baji-bajorków, kult pór roku, kult Zbiorów, kult Przodków, czyli Dziadów, i kult  Słońca  oraz Księżyca– jest czysto pogański – to Nasza Wiara Rodzima (Przyrodzona) i nie zamaże tego żadne zawłaszczenie symboli ani miejsc.

Czerna – Święta Studnia od grodzona od ludzi zakazem wejścia

Przeszkadza nam jednak – jak i wszystkim Wierzącym – bezczeszczenie naszych symboli, bądź opluwanie naszej Wiary, jak również wszelkie próby niedopuszczania Nas do Naszych miejsc świętych – jak choćby na Wawelu.  Takim działaniom ludzi nietolerancyjnych będziemy się zdecydowanie sprzeciwiać. Zwłaszcza gdy czynią to chrześcijanie  i katolicy, którzy zawłaszczywszy nasze miejsca i symbole uzurpują sobie prawo do wyłączności ich użytkowania.


 

 

Ze strony Witolda Suligi – na temat Polskiego Krzyża Świętych Kącin

 

 

….„Twoja dusza jest duszą szamana, zrozumiesz więc, co chce ci pokazać” – powiedział mi pewnego dnia Leszek O., u którego mieszkałem w Nowym Jorku, po czym wyjął z szuflady lotnicze zdjęcia Czarnych Gór, świętego terytorium Indian Lakota. Miały one kształt ludzkiego serca i otaczał je, wyżłobiony przez wędrujące wokół nich stada bizonów, kanion. Widok tej naturalnej mandali zachwycił mnie i skłonił do poszukiwań podobnego kręgu, tyle, że na terytorium Polski. Znalazłem go: krąg ten formowały cztery święte miejsca kultu pogańskiego i chrześcijańskiego: Święty Krzyż zwany Łyścem na wschodzie, Wawel i jego kopce na południu, Ślęża na zachodzie i Gniezno na północy. Wyjąłem mapę i zarysowałem go, po czym ze zdumieniem spostrzegłem, że środek tej „polskiej mandali” wypada niemal dokładnie na Jasnej Górze. Krąg ten nazwałem „świętym kręgiem Polski” i postanowiłem zbadać go i opisać.

Częstochowa – Święty Obraz Bogini Ognia – Swary ze Swarożycem lub Perperuny z Perunicem, albo Dażbogi- Pani Niebieskiej także ze Swarożycem – Panem Słońca –  uważanej za  Królową Polski, Obrończynię od Najazdów – na co wskazują otaczające go legendy, łącznie z podaniem z Bełza o oblężeniu tatarów. Klasztor na Świętej Górze Ogniowej – Jasnej Górze Wiary Przyrodzonej Słowiańskiej. Nie przeszkadza nam ani obraz, ani klasztor ani krzyż, ale chcielibyśmy tutaj także swoich znaków i swoich obrzędów. Jak daleko jest do równości, demokracji i tolerancji w Polsce? Odpowiedzcie sobie sami – chwila refleksji dla tych z TVP, TVN, Polsat i innych pseudoEuropejczyków.

Dziwnym zbiegiem okoliczności niemal natychmiast po moim powrocie ze Stanów otrzymałem propozycję przeprowadzenia wakacyjnego kursu tarota pod Łyścem. Propozycja ta bardzo mi odpowiadała, po pierwsze dlatego, że tam właśnie chciałem najpierw pojechać, a po drugie dlatego, że wracałem w ten sposób na ziemię moich ojców – stąd bowiem, tj. z Gór Świętokrzyskich, pochodzą wszyscy Suligowie. Tam też, latem 1995 roku przeprowadziłem pierwszą, wielką operację magiczną polegającą na układaniu kamiennego kręgu i otwieraniu go. Nie wiem skąd wiedziałem jak przeprowadzić ten rytuał. Po prostu to uczyniłem, nakazując uczestnikom kursu, by szli po wytyczonych przeze mnie, biegnących ze wschodu na zachód i z południa na północ ścieżkach łączących poszczególne fragmenty kręgu, i osadzali w nich zapalone świece oraz wylewali tam wodę. W trakcie tej wędrówki  przebudowywali krąg, który upodobnił się do wizerunku słońca o dziesięciu promieniach. Wszystko to razem symbolizowało ekspansję światła, narodziny kogoś świetlistego, kogoś, kto rozsadza utworzone przez siebie i przez wszystkie żywe istoty struktury, a przekroczywszy je rozsnuwa swój blask we wszystkich możliwych kierunkach. Potem stanęliśmy wokół kręgu i, na moje polecenie, skoncentrowaliśmy swoje modlitwy, myśli i uczucia w jego centrum. Zamknąłem oczy. Skupiwszy myśli w sercu zacząłem powtarzać „modlitwę Jezusową”. Powiał wiatr, kolista moc wzbiła się ku górze, poszybowała gdzieś wysoko, a następnie runęła na ziemię, wbijając się w jej najdalszą głębinę…

My możemy oczywiście czcić Boginię Ognia lub Nieba także w takim miejscu, pod każdą Czeremchą nawet we własnym ogrodzie, ale to nie znaczy że musimy i że nie mamy jej prawa czcić tam gdzie zawsze się to działo.

W rok później inny taki krąg ułożyłem w czasie kursu tarota, który prowadziłem w Bielsku Białej. Krąg ów składał się z dziesięciu koncentrycznych kół przeciętych czymś w rodzaju ścieżki biegnącej od centrum ku wschodowi ( ideę tę odniosłem do jednego z rzadko przedstawianych wyobrażeń kabalistycznego Drzewa Życia ). Ponieważ ciągle padało układaliśmy go w jednej z sal ośrodka, w którym odbywał się kurs. Dość szybko zrozumiałem, że formowana przez nas mandala tworzy wizerunek góry będącej zarazem dołem, fortecą o kolistych wałach i basztą wznoszącą się pysznie ku górze niczym biblijna wieża Babel, na której szczycie pragnie zająć miejsce przerażający stwór, produkt naszej zbiorowej wyobraźni; smok z którym, na podobieństwo Kraka, będę musiał się zmierzyć. Na efekty nie musiałem długo czekać. Piątego dnia ów „ktoś” uobecnił się i od tej pory systematycznie plątał moje myśli, przeszkadzał mi, jakby nie chciał dopuścić do zbudowania kręgu, im bardziej zaś skupiałem się na odpieraniu jego ataków i stosowaniu rozmaitych wybiegów, z tym większą zapalczywością aktywizował swoją moc i nękał mnie w demoniczny i przewrotny sposób….

I inny fragment:

Częstochowa – Jasna Góra: Góra Światła i Ognia Niebieskiego

[Klasztor o. o. Paulinów założony został w 1382 roku, na wzgórzu obok Starej Częstochowy - miasta średniowiecznego nad rzeką Wartą (lokacja na prawie średzkim po 1370), położonego na pograniczu trzech ziem dawnego Królestwa Polskiego: Małopolski, Wielkopolski i Śląska. Klasztor posadowiony jest na wydatnym wzniesieniu, w obrębie zachodniej kulminacji pasma Jury Krakowsko-Częstochowskiej, w malowniczym krajobrazie stanowiącym unikatowy rezerwat geologiczno-przyrodniczy. Miejsce to, zwane jest po łacinie Clarus Mons. Nazwa pochodzi z głębokiego Średniowiecza, lub jest jeszcze starsza. C.B. ]

1. Mandala

Kosmos ten najpełniej uwidacznia się we wszystkich świętych miejscach religijnej tradycji, tj. w tych punktach przestrzeni geograficznej, gdzie kontakt z Boskością i z przodkami przybiera na sile. Stają się one ważnymi punktami odniesienia, i to zarówno dla pojedynczych osób, jak i dla większych grup społecznych. Dla członka plemienia Munda z Indii, na przykład, ważne jest nie tyle to, gdzie aktualnie mieszka, ( może wszak mieszkać gdziekolwiek, w Kalkucie, w Delhi lub w jakiejkolwiek innej miejscowości ), lecz to, gdzie położona jest wieś, w której znajduje się sasan – grupa menhirów osadzonych w miejscu rzeczywistego lub symbolicznego pochówku przodków jego klanu. Na pytanie: „skąd jesteś?” nigdy więc nie wymienia nazwy miasta czy wsi swego obecnego pobytu, lecz  miejscowość założoną przez swego mitycznego antenata, od którego imienia wywodzi się nazwa jego klanu. Zna on doskonale trasy wędrówek swych praojców, wie z kim jest spokrewniony i o jakiej porze roku należy stawić się na spotkanie pańczajatu ( rady starszych jego plemienia ) oraz kiedy wziąć udział w uroczystej ceremonii ustawienia nowego menhiru w  klanowym sasanie. Nawet jeśli porzucił rodzimą religię i przyjął chrześcijaństwo, odczuwa obowiązek uczestnictwa w „świeckiej” części tych uroczystości, postępując w myśl konkretnej zasady: „najpierw jestem człowiekiem z klanu Kaćciap , potem – Mundą, a na końcu katolikiem i chrześcijaninem.”

Jasna Góra

[Z najnowszych badań architektonicznych wynika, iż zabudowania klasztoru zostały usytuowane w obrębie wcześniej tu istniejącej warowni z czasów panowania Kazimierza Wielkiego (1333-1370), należącej do systemu obronnych zamków w paśmie Jury Krakowsko-Częstochowskiej, na pograniczu Małopolski i Śląska (tzw. Szlak Orlich Gniazd).

Warownię zaś posadowiono zapewne na dawniejszych założeniach grodowych lub świątynnych mogących sięgać czasów Kultury Łużyckiej. C.B.]

Mundajski sasan, Mekka muzułmanów, Jeruzalem Żydów, chrześcijan i wyznawców Allacha, Bodhgaya buddystów, Waranasi hinduistów, czy Rzym katolików „wrastają” zatem w ludzką świadomość na tyle głęboko, że pozbawiony ich człowiek z przerażeniem dostrzegłby, iż żyje we wszechświecie pozbawionym grawitacji. Miejsca te, w połączeniu z innymi, równie sakralnymi miejscami ( lokalnymi centrami pielgrzymkowymi ) tworzą sieć powiązań kształtujących obraz „swojskiego kosmosu” wyznawcy danej religii czy członka plemienia.

Obraz ten jest czymś w rodzaju mentalnej mapy „plemiennego” bądź „religijnego uniwersum”, na której to mapie uwidaczniają się nie tylko wyznaczniki geograficznej, ale i również społecznej, kulturowej i mitologicznej przestrzeni „jego świata” ( świata muzułmanów, chrześcijan, wyznawców buddyzmu, hinduizmu itd. ). Tworzące jej strukturę święte miejsca są bowiem czymś więcej niż zwykłymi „punktami oparcia”. Są źródłem przyciągania i formowania wielorakich więzów. Świadomość ludzka lokuje je w centrum świata i utożsamia z nim. Dzięki owemu centrum czasoprzestrzeń przestaje być chaosem. Przybiera kształt kręgu  zawierającego w sobie  wszystko  co istnieje, przeobrażając się w rzeczywistość przebóstwioną, świętą. W rezultacie wszystkie elementy składowe rzeczywistości także zaczynają się „zaokrąglać” i stają się cząstkami jednej, przejawiającej się w różnoraki sposób kosmicznej mandali, która ogarnia sobą mityczne kosmosy podziemi i nieba oraz kosmos środkowy; kosmos człowieka i natury.

Swarożyc nad Jasną Górą – Górą Ognia i Światła Niebieskiego

2. Amfiktionia

Byłoby jednak błędem widzieć w wizerunku mandali jedynie magiczny diagram lub archetypowy obraz całości. Mandala to coś więcej niż owoc mitycznej czy archetypowej wizji kosmosu. Ma ona szereg wymiarów, w tym przede wszystkim wymiar boski i ludzki. Na poziomie boskim jest kręgiem niebiańsko-chtonicznych personifikacji ( emanacji ) Boskości; kręgiem nieba i zaświatów. Na poziomie ludzkim natomiast przejawia się jako wspólnota.

Tak w Indiach, jak i w Tybecie słowo „mandala” oznacza również krąg ludzi tego samego wyznania, plemienia, klanu czy kasty,  skupionych   wokół  jakiegoś religijnego ośrodka,  którą to  społeczność wyodrębnia od reszty społeczeństwa wyznawana doktryna religijna bądź wspólne pochodzenie, jednoczy zaś kult tego samego Bóstwa. W religioznawczej literaturze społeczność taką określa się mianem amfiktionii ( z greckiego amfiktiones – „mieszkający dokoła”  ), pojmowanej jako związek misteryjny, konfederacja szczepów, związek plemion opiekujących się jakimś świętym miejscem i uznających owo locum sacrum za symbol swej samoidentifikacji.

Święty Krzyż – według Michała Andriollego

[Opactwo pobenedyktyńskie na Świętym Krzyżu (Łysej Górze) - najstarsze polskie sanktuarium założone w miejscu dawnego pogańskiego kultu. Według tradycji benedyktyńskiej, powtórzonej przez Jana Długosza, pierwszy kościół (rotundę) wzniosła tam Dąbrówka, natomiast opactwo benedyktyńskie miał założyć Bolesław Chrobry w 1006 roku. Współcześni historycy twierdzą, że zostało ono ufundowane przez Bolesława Krzywoustego w 1103 roku. Do czasu obrony Jasnej Góry przed Szwedami (1655) było to główne miejsce pielgrzymkowe w Polsce. C. B.]


Formujący amfiktionię ludzie przybywają do jej świętego miejsca przede wszystkim w celach kultowych, ale też służy ono jako teren schronienia w przypadku wojny albo innego zagrożenia ( np. zarazy ), jest ośrodkiem władzy politycznej, obszarem spotkań, narad, wieców. Niejednokrotnie zabrania się dostępu doń ludziom odmiennej religii lub obcego pochodzenia. O kultowym centrum  śpiewa się pieśni, układa poematy, legendy związane z jego powstaniem wchodzą w skład ogólno-plemiennej czy ogólno-narodowej mitologii. Zazwyczaj są to mity kosmogeniczne bądź takie, które traktują o początkach plemienia (narodu, sekty, grupy wyznawców) lub opowiadają o jakiejś ważnym dla jego historii wydarzeniu i wiążą je z objawieniem się w tym miejscu Bóstwa. Oddzielną kategorię mitycznych opowieści stanowią relacje o cudach, łaskach, niezwykłych uzdrowieniach i innych przejawach boskiej mocy, a także przekazywane ustnie albo zapisywane podania odnoszące się do „bajecznych dziejów” świętego miejsca i uwypuklające jego historyczną, nadrzędną rolę w życiu danej społeczności. Towarzyszy im żywa wiara w to, że uobecnione w locum sacrum Bóstwo opiekuje się kręgiem czcicieli w sposób wyjątkowy, szczególny, jest więc naszym Bóstwem, które rezyduje w naszej duchowej stolicy; w naczelnym ośrodku panującej na danym terytorium religii, do którego ludzie udają się w pielgrzymkę po to, by złożyć Bóstwu hołd i odnowić z nim kontakt.

Amfiktionie dzielą się na:

1/ amfiktionie wiejskie, klanowe, plemienne o niewielkim zasięgu terytorialnym (ośrodkiem sakralnym tego typu amfiktionii może być, na przykład, wiejski kościół, czy chociażby wspomniany wcześniej mundajski sasan );

2/ amfiktionie ponadplemienne ( związki lub federacje plemion ), państwowe  (wymagające od obywateli rygorystycznego przestrzegania  oficjalnego kultu  bogów/bogiń) i narodowe ( o ile religia stanowi wyznacznik przynależności do danego etnosu ) ogarniające swoim oddziaływaniem większe terytoria, jednoczące różne grupy społeczne mówiące tym samym językiem, których samoidentyfikacja odnosi się do jakiegoś nadrzędnego centrum sakralnego ( Jerozolima Żydów, Złota Świątynia w Amritsarze – świętego miasta Sikhów );

3/ amfiktionie ponadnarodowe, zrzeszające ludzi rozmaitych nacji, lecz wyznających jedną religię, która posiada jakieś centralne locum sacrum o międzynarodowym znaczeniu ( Mekka muzułmanów, Rzym katolików, Święta Góra Atos prawosławnych, Jerozolima chrześcijan, Żydów i wyznawców Allacha ).

Napoleon Orda – Święty Krzyż

[Klasztor oo. Benedyktynów i kościół pw. Świętego Krzyża.
Drzeworyt. 17,5 x 22 cm.
"Tygodnik Ilustrowany" 1887, t. 10, nr 247, str. 193.
Ryt. B. Puc i Adam]

Bardzo często granice obszaru ponadlokalnej amfiktioni wyznaczają cztery, ważne i okalające centralny punkt święte miejsca.  Wedle hinduistów zarys świętej mandali Indii, której „sercem” jest świątynia boga Mahadewa w Waranasi wykreślają cztery najważniejsze sanktuaria świętych miast: świątynia boga Śiwy w Rishikesh ( północ ), świątynia boga Dżanannatha w Puri ( wschód ) oraz świątynie boga Ramy w Rameshwaram ( południe ) i w Dwarce ( zachód ). Podobnym kręgiem „dysponują” taoiści. Wytycza go pięć świętych gór: góra Song Shan w prowincji Henan ( centrum ),  góry Hua Shan ( zachód ) i Heng Shan Bei (północ) w prowincji Shanxi, góra Tai Shan w prowincji Shandong ( wschód ) i wnosząca się na południu góra Heng Shan Nan  ( prowincja Hunan ). W okresie średniowiecza mandalę zachodniego chrześcijaństwa  formowały: Rzym (centrum), Jeruzalem (wschód) i Santiago de Compostela (zachód). Podobnymi „mandalami” poszczycić się mogą także sunniccy i szyiccy muzułmanie, dla których wspólne axis mundi wyznacza Mekka, a także wyznawcy prawosławia, buddyści, dżiniści, wyznawcy shinto, Sikhowie, Indianie Prerii w USA itd.

Święty Krzyż -Święte Góry Światła Świata – Łyskogóry, Sanktuarium Wiary Przyrodzonej Słowiańskiej (Rodzimej Wiary), czyli pogańskie

 

 

3. Święty Krąg Polski

Powszechność występowania takich „sakralno-geograficznych” mandal skłoniła mnie do  podjęcia próby odnalezienia analogicznego do innych kręgu, któremu nadałem miano  Świętego Kręgu Polski. Na pomysł ten wpadłem w czasie mego pobytu w Stanach Zjednoczonych i obejrzeniu satelitarnych zdjęć Czarnych Gór – locum sacrum plemion Dakota. Pomyślałem wtedy, że Polski Święty Krąg, jeśli w ogóle istnieje, musi być utworzony przez takie miejsca, w których odzwierciedliły się dzieje Polaków i które są, albo były w przeszłości miejscami ważnymi, „wrośniętymi” w narodową świadomość, przyciągającymi pielgrzymów i, co najważniejsze – uznawanymi za naczelne miejsca święte zarówno w czasach pogańskich jak i w chrześcijańskich. Gdzieś w mojej pamięci zamajaczył album, który podarowała mi babcia kiedy miałem dziesięć lat, a na którego kartach starannie wkleiła pocztówki przedstawiające mityczne dzieje Polski: Kraka zabijającego smoka, Wandę rzucającą się w odmęty Wisły, Piasta-Kołodzieja przyjmującego z rąk boskich wysłanników koronę… Sięgnąłem po mapę i niemal natychmiast znalazłem miejsca formujące ów Krąg. Trwało to zaledwie kilka minut i okazało się dziecinnie proste. Tak proste, że kiedy po zakreśleniu go na mapie i połączeniu formujących go punktów odkryłem lokalizację centrum, wybuchnąłem śmiechem, potwierdzało bowiem ono pewną oczywistość, której mandala ta stanowiła niezbity dowód. Mnie zaś pozostało nic innego, jak po uważnym zweryfikowaniu pierwotnej intuicji uznać, że poszukiwania polskiej mandali nie były czynnością chybioną…

Święty Krzyż

[A więc znowu Benedyktyni, tak jak  w Krakowie, gdzie Opactwo na Małym Tynie - Żmijowej Górze obok Wielkiego Tynu (Grodzisko - kultura łużycka) z widokiem wprost na Klasztor Kamedułów w Welskim Lesie na Srebrnej Górze, gdzie położone są w starodawnych miejscach kultu dwa kopce posadowione z pieczołowitością według wiedzy tajemnej przodków. Stamtąd jest widok wprost na Welską Górę – czyli Wawel i jej sanktuarium. C.B.]

Święty Polski Krąg wytyczają cztery punkty:

Na wschodzie – Święty Krzyż zwany Łyścem albo Łysą Górą, drugi co do wysokości szczyt Gór Świętokrzyskich, o którym Długosz pisał, iż jest najświętszą górą Polaków.  Wspólnie z górą Witosławską i Zamczyskiem ( Widełkami ) Łysiec stanowił religijne centrum amfiktionii plemion zamieszkujących obszar położony między Wisłą a Pilicą. Otaczał go usypany z kamieni wał, wokół którego rósł święty gaj, a na wschodnim skraju wierzchołka znajdował się, zachowany do dzisiaj, ziemny ołtarz. Ośrodek ten powstał między VII a VIII wiekiem po Chrystusie i jako symbol kosmicznej góry spełniał sakralne funkcje do momentu, gdy Mieszko I przyjął chrzest. Za czasów panowania Bolesława Krzywoustego (według legendy – Chrobrego) na Łyścu osiedlili się benedyktyni, którzy wybudowali klasztor oraz kościół pod wezwaniem Świętej Trójcy. W tym też czasie ulokowano tam relikwię – pięć drzazg Krzyża Świętego. Do XVI wieku Łysiec uznawany był za najważniejsze miejsce pielgrzymkowe Polski. Było ono nawiedzane przez pątników z najdalszych zakątków Królestwa Polskiego, a przede wszystkim przez władców ( dlatego wiodąca na jego szczyt droga nosi nazwę „królewskiej drogi” ).

Wawel

Na południu – Wawel, naturalne wzgórze usytuowane między kopcami Kraka i Wandy, będące kultowym ośrodkiem małopolskiego plemiennego związku Wiślan. Związane z Wawelem legendy o Kraku, który pokonał smoka i o Wandzie „co nie chciała Niemca” są zdegradowanymi mitami kosmogonicznymi i, jako „podania dynastyczne”, stały się ważną cząstką narodowej tradycji. Od czasów Kazimierza Odnowiciela Wawel był siedzibą królów, stolicą biskupów krakowskich, ważnym ośrodkiem polityczno-religijnym i pielgrzymkowym, związanym z kultem relikwii świętego Stanisława, patrona Polski.

Ślęża

Na zachodzie – góra Ślęża, tworząca razem z Radunią i Wieżycą sakralny ośrodek  federacji plemion zajmujących terytorium Śląska. Zarówno jej szczyt, jak i wierzchołki obu, przylegających do niej gór okala kamienny krąg usypany w czasach kultury łużyckiej i wykorzystywany do kultowych celów przez Celtów, a potem słowiańskie grupy etniczne. Po chrystianizacji Polski Ślęża na krótki moment stała się głównym locum Kanoników Regularnych z Arrovaise ( augustianów ), którzy jednak dość szybko przenieśli swoją siedzibę gdzie indziej.

Święte figury na szczycie Ślęży

Aż do końca XIX wieku Ślęża traktowana była przez okoliczną ludność jako święte miejsce nie związane z kultem chrześcijańskim. Jest ona symbolem kosmicznej góry, ze względu zaś na swoje topograficzne położenie ważnym i widzianym z dużej odległości punktem orientacyjnym.

Gniezno

[Na Wzgórzu Lecha wznosi się jeden z najwspanialszych i najcenniejszych zabytków Polski - Katedra gnieźnieńska. Obecna gotycka budowla pochodzi z przełomu XIV i XV w. i jest trzecim w kolejności kościołem wzniesionym na Wzgórzu. Pierwsza świątynia powstała w latach 970-977. Po zniszczeniach, będących następstwem walk wewnętrznych i najazdu Brzetysława (1038 r.) odbudowano katedrę w stylu romańskim. C. B]

Na północy – Gniezno, główne sanktuarium Polan, religijne i polityczne centrum Wielkopolski i Kujaw. Jego główna świątynia wznosiła się na wierzchołku wzgórza Lecha. Razem z Kruszwicą i Ostrowiem Lednickim Gniezno tworzyło zespół trzech świętych miejsc, do których odnoszą się do nich trzy narodowe legendy: o Lechu, Czechu i Rusie, o odnalezieniu przez Lecha gniazda orła, oraz legenda o Popielu i Piaście, założycielu najstarszej, polskiej dynastii. W Gnieźnie rozpoczęła się chrystianizacja księstwa Piastów, tu też znajduje się siedziba pierwszego arcybiskupstwa. W gnieźnieńskiej katedrze spoczywają prochy świętego Wojciecha, patrona Polski, nawiedzane przez pielgrzymów od czasu gnieźnieńskiego zjazdu w roku 1000.

Łysiec, Ślęża, Gniezno i Wawel nie były oczywiście jedynymi pogańskimi sanktuariami słowiańskich plemion żyjących w dorzeczu Wisły i Odry. Pogańskie świątynie wznosiły się w wielu innych miejscach, jak chociażby na górze Dobrzeszowskiej, górze Grodowej w Tumlinie  ( region kielecki ), Świętej Górze koło Polanowa, górze Rykowół nieopodal Smołdzina, górze Chełmskiej pod Koszalinem, w Jazdowie ( region mazowiecki ), a przede wszystkim na zamkowym wzgórzu w Płocku, gdzie w miejscu dawnego sanktuarium stanęła katedra, „stołeczna” świątynia tamtejszych biskupów. Warto jednak zauważyć, że sanktuaria te nigdy nie odegrały tak wielkiej roli w dziejach Polski jak Wawel czy Gniezno. Część z nich  ( np. Gora Dobrzeszowska i Tumlin ) wchodziło w skład większego kompleksu sakralno-terytorialnego ( jego  najważniejszym ośrodkiem był Łysiec ), inne  pełniły funkcje lokalnych świętych miejsc. Wszystkie te pogańskie centra nie odegrały po chrystianizacji żadnej roli, uległy desakralizacji i degradacji. Jedyną „konkurencję” dla Gniezna, Świętego Krzyża, Wawelu i Ślęży stanowi Płock, będący od końca IX wieku kultowym centrum Mazowszan. Fakt ten wszelako nie został dostatecznie udokumentowany, zaś po przyjęciu chrześcijaństwa płocki ośrodek pełnił rolę miejsca pielgrzymkowego o lokalnym znaczeniu i nigdy nie urósł do rangi Gniezna, Świętego Krzyża i Wawelu, ośrodków uświęconych relikwiami i tłumnie nawiedzanych przez pątników z całej Polski.

[Wzgórze Lecha, Góra Królewska, Gnieźnieńska Góra, Góra na Gnieźnie, Góra Lecha – wzniesienie (wysokość ok. 120 – 123 m n.p.m.) będące najstarszą częścią Gniezna. Prowadzone w okresie międzywojennym, a szczególnie od 1948 prace wykopaliskowe odkryły świadectwa istnienia zespołu grodowego, istniejącego tu prawdopodobnie od ok. 940, tuż obok starej, pochodzącej z VIII wieku osady na Wzgórzu Panieńskim. Według źródeł uprzednio na Wzgórzu Lecha znajdowała się świątynia pogańska (wg Długosza będąca miejscem kultu boga Nija), której zniszczenie datuje się (na podstawie badań dendrologicznych przeprowadzonych m.in. przez prof. Kurnatowską) również na lata czterdzieste X wieku. Na terenie tzw. pierwszego podgrodzia wzniesiono w końcu X w. kościół, podniesiony w 1000 r. do rangi archikatedry.

Wzgórze Panieńskie - drugie (poza Wzgórzem Lecha) najwcześniej objęte osadnictwem wzgórze (wysokość ok. około 120 – 123 m n.p.m.) gnieźnieńskie, jedno z siedmiu wzgórz, na których według podania założono miasto; obecnie Rynek. Na terenie wzgórza odkryto pozostałości pochodzącej z VIII wieku osady, której mieszkańcy zajmowali się głównie rzemiosłem i handlem. Na tych terenach ślady osadnictwa sięgają jednak znacznie dalej bo nawet okresu wpływów rzymskich i wędrówek ludów (pocz. n.e. do ok. 570 r.).Nazwa wzniesienia najprawdopodobniej związana jest z położonym dawniej na wzgórzu klasztorem klarysek. C.B.]

Wyjątkowość Łyśca, Wawelu, Gniezna i Ślęży poświadcza fakt, że jedynie te cztery pogańskie sanktuaria można uznać za ponadlokalne centra kultowe federacji plemiennych. Amfiktionie owe obejmowały swym zasięgiem najważniejsze dzielnice Polski – ziemię sandomiersko-kielecką, Małopolskę, Śląsk oraz Wielkopolskę i do drugiej połowy X wieku były samodzielnymi organizmami społeczno-politycznymi. Święty Krąg Polski składał się zatem pierwotnie z czterech odrębnych, acz związanych ze sobą wspólnotą idei mandal okalających sakralne ośrodki, z których każdy usytuowany był na wierzchołku naturalnego wzniesienia i symbolizował kosmiczną górę. Każdy z nich ponadto stanowił sakralny zespół złożony z trzech świętych miejsc: dwóch mniej ważnych i jednego naczelnego. Ślężański i łysogórski ośrodek wiązało podobieństwo architektonicznych konstrukcji (otoczenie szczytów kamiennymi wałami ). Natomiast Gniezno i Wawel łączyła inna analogia – były one ośrodkami politycznej władzy książąt i z tej racji zrodziły się w nich dynastyczne legendy czerpiące inspirację z kosmogonicznych mitów.

[Święte figury Świętej Ślęży, sanktuarium Lęgów-Lugiów, od tysięcy lat C.B]

Po roku 966 federacje Ślężan, Wiślan, Polan oraz łysogórskich plemion weszły w skład scentralizowanego państwa, w którym chrześcijaństwo posłużyło Piastom do uprawomocnienia książęcej, a potem królewskiej władzy. W skutek przejęcia przez Kościół trzech z czterech pogańskich miejsc kultowych i przetrwania czwartego ośrodka jako reliktu starej mandali doszło do symbolowej reorientacji Kręgu. Chrystianizacja nie zaowocowała zatem jego rozbiciem. Przeciwnie. Nowa religia scaliła Krąg. W drugiej połowie XIV stulecia książę Władysław Opolczyk ufundował na Jasnej Górze koło Częstochowy klasztor pod wezwaniem Najświętszej Maryi Panny, który z biegiem lat stał się najważniejszym miejscem pielgrzymkowym, polską „kosmiczną górą” i „duchową stolicą” Polaków. Dziwnym zbiegiem okoliczności świątynia ta położona jest kilka kilometrów od centralnego punktu Świętego Kręgu Polski, na skrzyżowaniu linii spinających Wawel i Gniezno oraz Ślężę i Święty Krzyż (Łysiec ). Sąsiaduje ona z dwoma innymi miejscami świętymi – z sanktuarium Świętej Anny oraz Gidlami, gdzie czci się „cudowną” figurkę Matki Boskiej Gidelskiej. Podobnie więc jak w przypadku czterech starszych centrów Jasna Góra formuje zatem ośrodek złożony z dwóch mniejszych i jednego najważniejszego. Umiejscowiona w środkowym punkcie „polskiej mandali” najprawdopodobniej nigdy nie była pogańskim locum sacrum, zyskała natomiast nadrzędne znaczenie po Potopie Szweckim, w okresie rozkwitu baroku, kiedy to ostatecznie ukształtowała się, do dziś żywa, „polska religijność”.

Czy ktoś widział osoby dosiadające tak Chrystusa? [Nie potępiam tych sympatycznych młodych ludzi, którzy  - skoro tutaj dotarli - zapewne interesują się korzeniami Słowiańszczyzny i mają dobre intencje - tylko wychowanie szkolne i domowe, a także kościelne w Polsce, które do tego prowadzi. C. B.]

Święty Krąg Polski nie jest więc produktem wyobraźni badacza zafascynowanego świętymi miejscami i teoriami Karola Gustawa Junga. Tym bardziej też nie jest wynikiem rozmyślnie podjętych działań mitycznych „mędrców” i „magów”, jak chcieliby zapewne domorośli „ezoterycy” oraz znawcy dziejów „tajemnych nauk” przypisujący im najrozmaitsze dokonania, począwszy do budowy piramid w Gizie, skończywszy na zakodowaniu w gotyckich katedrach „tajemnej wiedzy” Atlantów i umiejscowieniu w Polsce „czakramu wawelskiego”. Krąg jest pewnym faktem natury sakralnej, który coś znaczy. Po pierwsze dlatego, że przestrzenna struktura Kręgu jednoznacznie kojarzy się z klasyczną mandalą i z kosmiczną górą ( przypomina owal i nieforemny czworokąt zarazem, co oznacza, że zawiera w sobie dwie geometryczne figury: koło i czworobok ).

Ślęża 2010

I tak wypełniła się wróżba poety Romana Zmorskiego (1822-1867), który odwiedziwszy Ślężę napisał:

„Na słowiańskiej góry szczycie,
Pod jasną nadziei gwiazdą,
Zapisuję wróżby słowa:
Wróci, wróci w stare gniazdo
Stare prawo, stara mowa
I natchnione Słowian życie.”

Po drugie z tej przyczyny, że ukształtował się on w wyniku długotrwałego historycznego procesu i „wchłonął” w siebie najrozmaitsze idee religijne, społeczne i polityczne. Stanowi tedy „odciśnięty” w geograficznej przestrzeni  archetyp całości  – „polskiej całości” oczywiście, z wszystkimi jej przymiotami, wadami i charakterystycznymi wykoślawieniami, które znajdują odbicie w zachowaniach społecznych Polaków, w ich historii, w narodowych mitach, w religijności i w tym rodzaju imago mundi jakim Polacy dysponują, a które wpisane jest w ich zbiorową nieświadomość.

 

Warszawa-Radość 03. 2006

Symbole ogniowe i słoneczne na pieczęci polskiej

Krzyż – Prastary znak Wiary Przyrod(zone)y Słowian – symbol pogański

Przytaczam istotny fragment ze strony WWW która ma istotne znaczenie nie tylko w sprawie znaku chrześcijańskiego krzyża, który jest starym znakiem Słońca i Baala, a więc i Peruna. Zainteresowanych szerzej tematami zapożyczeń, ale i tematem dalszego kultywowania naszych obrzędów w Kościele zachęcam to zapoznania się z tą oto stroną:

http://www.krzyjahu.pl/page19810651924924614f78d71.html

To może pomóc w odtworzeniu wielu istotnych elementów Księgi, którą spalono i odtworzeniu Rytów Dzbana, który zdawało się bezpowrotnie rozbito.



Krzyż – Cała Prawda

Zniszczę wasze wyżyny słoneczne, rozbiję wasze stele, rzucę wasze trupy na trupy waszych bożków, będę się brzydzić wami 3 Moj 26,30 BT

w jego obecności burzono ołtarze Baalów, zwalił on stele słoneczne, które były na nich u góry, połamał aszery , posągi rzeźbione i odlewane z metalu, pokruszył je zmiażdżył, a szczątki ich rozsypał na grobach tych, którzy im składali ofiary 2 Kronik 34,4 BT

Zadajmy sobie pytanie; „co mają wspólnego ze sobą, tak znienawidzone przez Jahwe wyżyny słoneczne, oraz stele, z krzyżem, jako przedmiotem kultu religijnego?”

Otóż, okazuje się, że „stele słoneczne” i „wyżyny słoneczne” mają bardzo dużo wspólnych cech z krzyżem, gdyż pochodzą, z tego samego źródła, które co najmniej 4000 lat wcześniej  było przedmiotem kultu. Krzyż, znany daleko przed przyjściem Chrystusa, ma bezpośredni związek z kultem, którego Bóg Niebios, Jahwe, kategorycznie zabronił i potępił. Prześledźmy, jak rozwijała się potęga krzyża w wierzeniach pogańskich ludów.

Dla większości ludzi na naszym globie jest rzeczą oczywistą, że krzyż „od zawsze” był znakiem i symbolem chrześcijaństwa. Przeciętny człowiek ma takie właśnie przeświadczenie, ugruntowane przez Kościół rzymsko-katolicki i jego duchowieństwo. Sprawdźmy, czy krzyż faktycznie był symbolem religijnym pierwszych chrześcijan, czy uznawali go za swój symbol oraz czy krzyż istniał wcześniej w różnych kulturach, jako obiekt kultu.

Czy symbol krzyża pochodzi od pierwszych chrześcijan?

Źródła naukowe nie pozostawiają cienia wątpliwości co do tego, że znak krzyża wcale nie pochodzi z chrześcijaństwa, i przynajmniej do IV stulecia po Chrystusie nie był symbolem chrześcijańskim! Stwierdzają natomiast stanowczo, że „krzyż był od dawien dawna świętym znakiem solarnym”, „boskim symbolem słońca i ognia”, a także „symbolem płodności” – o czym jednoznacznie świadczą ustalenia historyków, potwierdzone odkryciami archeologów.

Krzyż „zodiakalny” stawał się powoli pogański symbol kultu solarnego

Prastary kamień z krzyżem solarnym w kościele katolickim w Sierpcu

Krzyż solarny – cmentarz Ołpiny

Zaadaptowany przez chrześcijaństwo symbol pogańskiego kultu solarnego

Typowy pogański krzyż solarny z koroną słoneczną

Współczesne chrześcijańskie krzyże z koroną solarną

„Słoneczne koła królewskich rydwanów toczyły się na kamiennych reliefach Niniwy i Uru, Teb i Memfisu, Kalkuty i Pekinu – narodziny krzyża zależne już były jedynie od ilości i układu szprych. Symboliczne słońce miewało ich ilość bardzo rozmaitą, ale najczęściej tylko cztery spotykające się pod kątem prostym. Stąd właśnie powstał krzyż równoramienny, tak zwany „krzyż solarny”;

Krzyż solarny wkomponowany w koło rydwanu

Pogańskie znaki solarne zaczęły być wykorzystywane setki lat przez narodzinami chrześcijaństwa

Wizerunek pogańskiego boga Baala i Chrystusa z symbolem solarnym – aureolą

Apollo oraz Chrystus z aureolą solarną

Czy coś się zmieniło przez te kila tysięcy lat, kiedy to oddawano cześć bogu słońca? Tak! Tylko nazwy, gdyż kult potępiony w Biblii pozostaje niezmienny. TO NIESAMOWITE, że sens II przykazania tak jak niegdyś Izraelitów, bezpośrednio dotyczy dziś miliardy ludzi zamieszkujących naszą planetę. A Ciebie też?

Trudno wprost uwierzyć, że prawie jednocześnie, bo w epoce brązu, około 2 tysięcy lat przed nasza erą, we wszystkich prawie miejscach globu wystąpiła ta sama dekoracyjna czy też kultowa forma solarna.

Znane są opowieści hiszpańskich konkwistadorów, którzy ze zdziwienia szeroko otwierali oczy, znajdując na murach azteckich świątyń przepięknie rzeźbione krzyże. Byli przekonani, że ktoś tu już był i ubiegł ich w krzewieniu chrześcijaństwa – tymczasem jak się później okazało, były to symbole deszczu i płodności. Takich samych znaków znajdziemy pełno w grotach Szwecji i Francji, a nawet dalekich Indiach, gdzie bogowie Wisznu i Sziwa nieraz trzymają w kamiennych dłoniach znak wieczystego ognia, który nie jest niczym innym, jak wyobrażeniem palącego słońca. Takie same krzyże oglądamy na sztandarach kultowych cesarstwa Hetytów (Anatolia). Pośród egipskich hieroglifów również mamy kilka podobnych do krzyża. Tylko jeden z nich przetrwał w użyciu aż do czasów chrześcijańskich, rysowano go mianowicie na drzwiach prywatnych domów w Memfisie, na pomyslność i szczęście – jest to tak zwany Nefer. Niemniej wymowne są późniejsze, w całej pełni już rozwinięte i dojrzałe w formie krzyże – emblematy władzy zawieszane na piersiach asyryjskich królów.”

Przedchrześcijański wizerunek asyryjskiego króla z krzyżem na szyi

Ten bogaty w treść symbol występował w Eurazji, Afryce i Ameryce. Już w epoce neolitu spotykamy go około 2000 p.n.e. na glinianych walcach, a w Asyrii jako symbol słońca. Wiele przemawia za tym, że w rejonie śródziemnomorskim, punktem wyjścia wędrówki krzyża był staroegipski symbol-hieroglif życia, ankh. To duże T z uchwytem u góry, zwane krzyżem z uchwytem. Wielu bogów, kapłanów i władców egipskich dzierży go na rzeźbach, płaskorzeźbach i malowidłach. Później zaczął oznaczać magiczną siłę witalną.

Staroegipski krzyż Ankh do dziś kupowany nieświadomie jako chrześcijański

Egipski krzyż zwany Ankli, Ankh lub Anch (zwany także krzyżem z kokardką). Do Egiptu przywędrował w okresie przed dynastycznym, na długo przed powstaniem piramid. Był atrybutem boskiej siły twórczej, a jego nazwa oznacza „Życie”. Na swej powierzchni zawiera dżety i laskę Ozyrysa. Późniejsi egipscy bogowie często byli przedstawiani trzymając go w ręku za pętlę, lub mieli zawieszony na piersi.

Faraon z krzyżami Ankh

Egipska „księga umarłych”

bóg Ra w barce trzymający krzyż Ankh

bogowie Anubis i Amun z krzyżami Ankh

Chryzma – „zwycięski krzyż”. Scena centralna sarkofagu pasyjnego; druga połowa IV wieku. Połączenie krzyża egipskiego Ankh z chrześcijańskim

W Księdze Rodzaju 6;4 znajduje się fragment mówiący: ,,A w owych czasach byli na ziemi giganci; a także później, gdy synowie Boga zbliżali się do córek człowieczych, te im rodziły. Byli to więc owi mocarze, mający sławę w owych dawnych czasach”.

Giganci określeni są słowem Nephilim, co znaczy również jako „ci, którzy zostali zrzuceni” [z gwiazd]. Co ciekawe libańskie legendy dużo mówią o olbrzymach zwanych Marada, którzy kiedyś przemierzali ten kraj. Na Wzgórzach Golan znajduje się wielki krąg kamienny Gigal Refaim. Apokryficzna Księga Henoha mówi, że grupa upadłych aniołów wylądowała na Górze Hermon (Golan) i zaczęła się mieszać z ludźmi przekazując im swoją technologię. Byli oni nazywani w Księdze Henoha „strażnikami”. Egipcjanie nazywali swych bogów Neteru – „strażnikami”. Kraj Strażników nazywał się Szumer. Sumeryjscy bogowie to Annunaki – Ci, którzy zostali zrzuceni z gwiazd [którzy powalają] po hebrajsku Nephilim.

 

Ci, którzy należą do gwiazd, ciągną łódź z wizerunkiem twarzy Boga Słońca – trzymają w ręku krzyże Ankh

Wszystko zaczyna układać się w logiczna całość, która mówi nam, że „Ci, którzy należą do gwiazd”, (ciągnący łódź z wizerunkiem twarzy Boga Słońca), a którzy trzymają w rękach krzyże Ankh mają bardzo dużo wspólnego z Nephilimami – synami zbuntowanych aniołów. Od nich to, upadłych aniołów, pochodzi symbol krzyża jako element kultu szatana. W różnych religiach na całym świecie, poprzez ten właśnie niepozorny wizerunek miliardy ludzi przez całe tysiąclecia oddawali i do dziś oddają pokłon demonom, czyli zbuntowanym aniołom.(Zobacz rozdział Świat przeznaczony do zagłady aby więcej dowiedzieć się o zbuntowanych aniołach)

Inny wariant schematu krzyża przekazała kultura indyjska. Zgodnie z ideą cyklicznego czasu obdarzyła go złudą ruchu, zginając mu linią prostą albo łukiem w prawo każde ramię. Ten krzyż nazwano swastyką (od su asti = dobre jest). Odnajdujemy go już w prakulturze znad Indusu. Tradycja hinduistyczna, męsko-żeńska, przydała swastykę bogu inicjatywy – Genesi, a odwrotną swastykę, w lewo, zwaną sauwastika – dzikiej i niszczycielskiej Kali.

Swastyka Indyjska u góry – Polski herb szlachecki Boreyko ze swastyką – na dole (kultura i religia euroazjatycka zagościła na polskich ziemiach zanim narodził się Chrystus)

Kościół w Kruszwicy – Swastyka, zwana wirującym krzyżem

Buddyzm umieścił swastykę na rzeźbach i odciskach podeszew swego Nauczyciela. Największy użytek zrobił dżinizm, gdyż umieścił ją jako trzeci składnik głównego symbolu religijnego z wykładnią: byt niebiański, piekielny, ludzki i zwierzęcy, oraz jako emblemat siódmego z 24. świętych tirthankarów.

Dorje buddyjski solarny krzyż Tybetański

To nie jest chrześcijańska monstrancja lecz jej buddyjski odpowiednik – źródło jednak jest to samo „kult boga słońca”

Największa „kariera” czekała go w tradycji chrześcijańskiej, jako krzyż z wydłużonym ramieniem dolnym a skróconym górnym.

Poprzez Galię krzyż w kształcie T dotarł do Germanów. I tu utożsamiono go z „mielnirem”, druzgocącym młotem boga Tora. Zaczął służyć żywiołowi błyskawicy.

 

Mielnir – młot boga Tora

W rodzimych kulturach Ameryki Łacińskiej odnajdujemy zarówno krzyż z uchwytem, jak i w postaci odgiętej, jak wreszcie symetrycznej, równoramiennej. A nawet wariant krzyża zredukowany do pionu z malutką poprzeczką. Indianie kalifornijscy zastosowali go do idei drzewa życia (odpowiednik germańskiego wieszczego jesionu, Ygdrasilu). Na tym stylizowanym pniu drzewa życia umieszczali ptaka, albo ptaki jednego na drugim, co dało sławny totem, umieszczany obok szałasu modlitwy.

W Ameryce Środkowej wstrząsający był moment, gdy oficerowie Corteza natknęli się na krzyże. Były wysokie na metr i znajdowały się z reguły w zabudowaniach przyświątynnych. Zaczęto snuć najdziksze domysły. Misjonarze franciszkańscy uwierzyli, że dotarł tu św. Tomasz apostoł lub uciekinierzy hiszpańscy przed Maurami. A podobizny ofiar z ludzi, tak charakterystyczne dla Azteków, brano za rzekome echo ukrzyżowania Jezusa.

Aztecki  motyw solarny oparty na krzyżu zodiakalnym

bóg inków Inti Inti, zwany również Tayta Inti (Ojciec Słońce) oraz Apu Punchau  (Przewodzący za Dnia) w koronie solarnej

Tysiące lat przed powstaniem chrześcijaństwa wiele starożytnych narodów czciło krzyż, jako znak magiczny. Niezwykle wymowna jest ilustracja, jaką zamieszcza Marcel Simon w „Cywilizacji wczesnego chrześcijaństwa”. Malowidło pochodzące z Pompejów przedstawia „Procesję dzieci do posągu Artemidy”. Osoby nie wtajemniczone w malowidle bez wątpienia widziałyby procesję chrześcijańską.

Istniało wiele różnych odmian krzyża. I tak np. krzyż znany dziś jako grecki (zwany też „bizantyjskim”), był znany i używany również w starożytnym Egipcie.

Krzyż bizantyjski z motywami solarnymi

Krzyż jest prastarym symbolem religijnym i wywodzi się z czasów znacznie poprzedzających chrześcijaństwo. Czteroramienny krzyż wpisany w koło był przedchrześcijańskim symbolem światła i słońca; używały go zarówno ludy azjatyckie, jak i dawni Germanowie. Był również symbolem cyklu rocznego, oznaczał zasadę biologiczną oraz zdrowie i życie. [...] Krzyż w kształcie litery  T (tau od boga Tamuza) dla starożytnych znamionował centrum świata i wyobrażał panującą nad wszystkim siłę słońca. Nosili go na szyi królowie asyryjscy. Dla ludów staroamerykańskich symbolizował deszcz. Krzyż z uchwytem (anhi) oznaczał – życie albo zapłodnienie przez słońce. Swastyka – krzyż gamma – była pierwotnie znakiem ognia i słońca, a u buddystów wyobrażała klucz do raju. Heraldyka wyróżnia prawie trzysta odmian krzyża.

Krzyż był narzędziem potwornych zbrodni!

Przeciętny człowiek nie rozumie do końca (i trudno się temu dziwić, wszak żyjemy w zupełnie innej rzeczywistości!), czym naprawdę był krzyż i śmierć na nim, i jak w konsekwencji tego, patrzyli nań współcześni Jezusa. Należy podkreślić, że w czasach Chrystusa i apostołów krzyż był narzędziem dokonującej się wciąż wokół zbrodni.  Krzyżowano wówczas na prawo i lewo, bez racji, czy też z racją; dla postrachu albo dla przykładu, złoczyńców i niewinnych. A jeśli komu zależało jeszcze na szczególnym splugawieniu czyjegoś imienia, wówczas krzyżowano nawet martwe ciało. Gdy na przykład zdobyto miasto, rozgniewany lub pijany z radości dowódca krzyżował masowo niewinnych mieszkańców lub niewolników. Cesarz Rzymski Licyniusz ukrzyżował 6000 jeńców, stawiając co dwa metry krzyż wzdłuż pięknej Via Appia w Rzymie.

Tych parę przykładów chyba wystarczy, aby uzasadnić istniejącą wówczas nienawiść do krzyża. Pamięć o tym narzędziu tortury była jeszcze wciąż świeża i lepka od krwi. Wieki musiały minąć, zanim powstał „krucyfiks”, pojęcie zupełnie odmienne i nowe.

W czasach prześladowań myśl o apoteozie tego znaku wydaje się nie do przyjęcia. Trzeba się wczuć w ówczesną atmosferę, aby zrozumieć w pełni niedorzeczność podobnego przypuszczenia. Utwierdzi nas jeszcze w tym przekonaniu fakt, że ta nienawiść, to obrzydzenie do krzyżowych kaźni, a nawet do widowisk cyrkowych była tak silna, że okres prześladowań, zdawałoby się tak bogaty w wydarzenia i przeżycia, nie znalazł zupełnie odbicia w sztuce owych czasów. Dopiero później, znacznie później zaczęto ukazywać mękę Chrystusa i męczeństwa świętych, nie oddając jednak nigdy ich całkowitej grozy.

Gdyby Jezus Chrystus miał dzisiaj umrzeć, to śmiercią najbardziej hańbiącą byłaby śmierć na szubienicy. Wyobraźmy sobie, że tak się stało, mówią przeciwnicy czczenia krzyża, to czy równie chętnie używalibyśmy symbolu szubienicy, podobnie jak dzisiaj używa się krzyży?  Wbrew czyimkolwiek zaprzeczeniom, istnieje tutaj pełna analogia!

W związku z tym trzeba stanowczo powiedzieć, że z okresu apostolskiego i pierwszych wieków chrześcijaństwa nie pozostały żadne materialne wytwory sztuki. Natomiast ślady kultów solarnych do dziś istnieją także w Polsce. Na Śląsku osiedli się rzymscy kupcy i srodzy Scytowie, a przede wszystkim Słowianie. Kult solarny na Ślęży trwał aż do XIII wieku. Symbole słonecznego boga, skośnoramienne krzyże, znaczą drogę do sanktuarium na szczycie. Na Ślęży liczne rzeźby kultowe, zaopatrzone znakami solarnymi są zjawiskiem unikatowym w skali europejskiej.


 

Przedchrześcijańskie słowiańskie krzyże solarne z okolic Ślęży

Trzeba wyraźnie zaznaczyć, że archeolodzy nie mogą ponad wszelką wątpliwość stwierdzić czym tak naprawdę są owe tajemnicze krzyże w postaci X. Prawdopodobnie są symbolami słońca i wykuto je w związku z obrzędami solarnymi. Jeżeli tak, to są współczesne kręgom kultowym i, być może, rzeźbom kamiennym. Krzyże mogą być również symbolami pisma runicznego, być może runą odpowiadającą , co byłoby skrótem od gebu (dar składany bogom lub od nich otrzymywany); oznaczałyby zatem miejsca składania ofiar w okresie przedchrześcijańskim. Prawdopodobnie, krzyże pochodzą z VII wieku, a więc kiedy jeszcze nie było chrześcijan.

Ogromna większość archeologów wiąże skośne krzyże z symbolami boga słońca i ognia. Stare granitowe ciosy z symbolami boga słońca wbudowano w ściany kościołów. Taktyka kompromisów ułatwiała chrystianizację. Głazy zaopatrzone „świętym znakiem swastyki” znajdują się na ścianie kolegiaty w Kruszwicy w Strzeliniu. Ryt swastyki tkwi w murach rotundy św. Prokopa. W romańskim kościele Inowrocławia solarny znak umieszczono na ścianie południowej, czyli dobrej, bo na północnej budowniczowie wyrzeźbili maski demonów.

Znak krzyża wprowadzono do chrześcijaństwa dopiero w IV wieku!

Zaznaczono już, jak nieprawdziwa okazała się obiegowa opinia, że krzyż jest symbolem chrześcijaństwa od początku istnienia Kościoła. Równocześnie historycy zauważają, że „istniały tajemne znaki służące porozumiewaniu się współwyznawców, ale nic nie przemawia za tym, aby komuś mógł przyjść do głowy pomysł obierania za godło lub symbol znienawidzonego przez społeczeństwo szubienicznego słupa! Narzędzie tortury mogło jedynie budzić lęk i zgrozę. Od tego widoku ze wstrętem odwracano głowy. Pamiętajmy, że jeszcze za czasów Konstantyna Wielkiego wieszano nieustannie za byle co, nawet za przeklęty a smutny los, że ktoś miał nieszczęście urodzić się niewolnikiem, za przegraną bitwę, a nawet po zwycięstwie.

Historia dowodzi natomiast, że porozumiewaniu się chrześcijan służyły na początku znak ryby i znak kotwicy: „Jednym z najstarszych symboli chrześcijańskich była ryba. Warto zauważyć, że o takim właśnie znaku, używanym przez chrześcijan w czasach Nerona, pisze Henryk Sienkiewicz w „Quo vadis?”!

Innym symbolem chrześcijaństwa była kotwica, która jako znak występuje na grobowcach najstarszych katakumb. Wiemy, że Klemens Aleksandryjski (150-215) był inicjatorem wprowadzenia kotwicy jako oficjalnego emblematu chrześcijaństwa i propagował szeroko noszenie tego znaku w pierścionku na małym palcu lewej ręki. POMYŚL LOGICZNIE; gdyby za czasów Klemensa istniał już emblemat krzyża, jako symbolu chrześcijaństwa, to czy do pomyślenia byłaby forsowanie wprowadzenia w jego miejsce kotwicy?

Nie! Po prostu wtedy nikt jeszcze nie myślał, aby z narzędzia zbrodni zrobić symbol kultu. Nikt – oprócz Tego, który już kilka tysięcy lat wcześniej wymyślił krzyż, poprzez który ludzie oddawali mu i nadal oddają cześć – Szatanowi, Diabłu.

A jednak w niektórych polskich encyklopediach napisano, że „krzyż był przedmiotem ogólnej czci chrześcijan pierwszych wieków. [...] wyrabiali go oni na sprzętach domowych, narzędziach, księgach, itp.” Niestety, jest to nierzetelna informacja!

Trzeba z naciskiem powiedzieć, że szereg stwierdzeń o używaniu znaku krzyża przez chrześcijan w pierwszych wiekach, to informacje pozbawione realnych podstaw, nie są udokumentowane. Takich starożytnych przedmiotów, znaczonych chrześcijańskimi krzyżami, nie było.

Krzyż rysowany lub rzeźbiony nie występował u chrześcijan przed soborem nicejskim w 325 rok.

Jak mówią zapiski; na sali obrad soboru, przed tronem cesarskim leżała jedynie otwarta księga Ewangelii, innego symbolu nie było.

Pomyślmy: czyż na sali obrad soboru mogłoby brakować krzyża, gdyby symbol ten był już wówczas w użyciu? Najpoważniejsze źródła na świecie, z Encyclopedia Britannica na czele, stwierdzają jednoznacznie, że krzyż, jako znak, wprowadzono do chrześcijaństwa dopiero w I połowie IV wieku po Chrystusie: „Encyklopedia Brytyjska bez żadnych wahań i wątpliwości podaje, że symbol krzyża ustanowił Konstantyn (312 rok!)…” (11)

Jezus Chrystus nigdy nie używał krzyża jako znaku w jakiejkolwiek materialnej formie. Nie robili tego również Apostołowie. Oto dwa wymowne świadectwa;

  • W sztuce sakralnej wyobrażenia krzyża występują od III i IV wieku (sarkofagi, wczesnochrześcijańskie katakumby)
  • Krzyż, jako godło chwały ukazuje się dopiero na początku V wieku.

Wniosek jest oczywisty: materialne wyobrażenie krzyża i używanie tego znaku jako symbolu, nie ma nic wspólnego z Chrystusem, a co za tym idzie z prawdziwym chrześcijaństwem. Dopiero w IV wieku po Chrystusie, gdy zwyczaje pogańskie zaczęły się wlewać szerokim strumieniem do wierzeń i praktyk Kościoła, krzyż, za sprawą cesarza Konstantyna, a potem jego matki, Heleny (która rzekomo odnalazła w Jerozolimie oryginalny krzyż Chrystusa – podobnie jak krzyże obu złoczyńców pośród których Chrystus był ukrzyżowany!), znalazł dla siebie uprzywilejowane miejsce. Legenda głosi, że Konstantyn miał proroczy sen, w którym bóg obiecał mu zwycięstwo, jeżeli żołnierze umieszczą znak krzyża na swoich tarczach przed bitwą ma moście mulwijskim. W dziele „Cywilizacje starożytne” (14) czytamy: „Po kilku latach monogram Chrystusa zaczął się pojawiać na monetach, czasem obok symboli pogańskich”.

Zobacz dwie ilustracje przedstawiające cesarza Konstantyna na awersie dwóch medali, złotego i srebrnego obu wybitych w r. 313:

Konstantyn i Sol, bóg Słońca, szczególnie czczony przez cesarza na początku panowania; złoty medal z Ticinum (Pavia) z 313 r.; na tle głowy boga Słońca w promienistej koronie popiersie cesarza w zbroi w wieńcu laurowym, z włócznią i tarczą, którą zdobi kwadryga boga Sol i postacie bóstw: mórz Oceanus i ziemi Tellus; legenda z rewersu: felix adwentus augustorum nostrorum, wyjaśnia okazję wybicia medalu – było nią przybycie Konstantyna z Licyniuszem do Mediolanu po zwycięstwie nad Maksencjuszem, kiedy wydali wspólnie tzw. edykt tolerancji wobec chrześcijan. (Ze zbiorów Cabinet des Medailles, Paryż);

Konstantyn z symbolem chrześcijańskim; srebrny medal z Ticinum z 313 r.; cesarz (popiersie) na koniu, którego cugle trzyma w prawej ręce, w pancerzu z tarczą ozdobioną wizerunkiem wilczycy kapitolińskiej i ze sceptrem w ręce, ma na głowie paradny hełm z piórami, zwieńczony dyskiem z greckim monogramem Chrystusa, chrismonem. (Ze zbiorów Staatliche Muenzensammlung, Monachium).(15) Uważny czytelnik łatwo zauważy, że krzyż z medalu łudząco przypomina staroegipski symbol-hieroglif życia, ankhi! Jest tak, gdyż stanowi on jego odmianę.

Tak oto, w drodze synkretyzmu religijnego wierzenia, praktyki i symbole pogańskie zaczęły się szerzyć w chrześcijaństwie.

Jak już powiedziano, krzyż jest staropogańskim symbolem słońca i płodności. Od współczesnego wyobrażenia, czczonego w świecie zachodnim niektóre formy różniły się tylko tym, że poprzeczki tego znaku krzyżowały się ukośnie („X”). W innych przypadkach były to formy zbliżone do obecnie istniejących, szczególnie krzyża greckiego (równoramiennego). Ich wspólną ideą było, aby, tak jak słońce góruje nad światem, krzyż górował nad okolicą, stąd umieszczano je na szczytach świątyń pogańskich, a dziś na wieżach kościelnych i innych wzniesieniach.

Jest to wierna kontynuacja idei i praktyki starożytnych kultów solarnych, z którymi Bóg walczył już w czasach królów izraelskich: „Zniszczę wasze wyżyny słoneczne, rozbiję wasze stele, rzucę wasze trupy na trupy waszych bożków, będę się brzydzić wami.” 3 Moj 26,30 BT.

W okresie reformy religijnej króla Jozjasza, „w jego obecności burzono ołtarze Baalów, zwalił on stele słoneczne, które były na nich u góry, połamał aszery , posągi rzeźbione i odlewane z metalu, pokruszył je zmiażdżył, a szczątki ich rozsypał na grobach tych, którzy im składali ofiary.” 2 Kron 34,;4 BT

Interesujące jest poznanie innych elementów staropagańskich kultów solarnych, których kontynuacją jest „chrześcijańska tradycja”; dziś niewiele osób wie, że należą do nich takie „chrześcijańskie” urządzenia, jak:

  • budynki kościelne stawiane na wzniesieniach, na wieżach których błyszczą krzyże;
  • ołtarze, usytuowane w większości kościołów na wschodniej stronie, skąd każdy kłaniający się (klęczący) przed ołtarzem, kłania się „wschodzącemu słońcu” (co Bóg uznał za jeden z najgorszych objawów bałwochwalstwa – por. Ezechiela 8,16-18;

Ez 8;16-18 Zaprowadził mnie także do wewnętrznego dziedzińca świątyni Pańskiej i oto u wejścia do świątyni Pańskiej, pomiędzy przedsionkiem a ołtarzem, znajdowało się około dwudziestu pięciu mężów, obróconych tyłem do świątyni Pańskiej, z twarzami skierowanymi ku wschodowi: zwróceni na wschód oddawali pokłon słońcu. (17) I rzekł do mnie: Czy widzisz, to synu człowieczy? Czyż nie dosyć domowi Judy dokonywać tych obrzydliwości, które tu popełniają? Napełniają kraj ten przemocą i stale Mnie obrażają. I oto wciąż podnoszą gałązkę do nosa. (18) Również i Ja będę postępował z nimi z zapalczywością; oko moje nie okaże litości i nie będę oszczędzał. A będą wołać do moich uszu donośnym głosem, lecz Ja ich nie wysłucham.

  • monstrancja, która jest wręcz modelem słońca;

  • opłatek komunijny w kształcie słońca…

  • aureola [słoneczna] wokół postaci „świętych”

Niewielu nominalnych chrześcijan wie też, choć w tym przypadku informacja ta jest systematycznie upowszechniana przez publicystów w okresie świąt grudniowych, że święto Bożego Narodzenia, to naprawdę obchodzony uroczyście przez pogan Dies Natalis Solis Invicti (Dzień Narodzin Niezwyciężonego Boga Słońca)! (zobacz artykuł Boże Narodzenie – Pochodzenie)

Podobnie niewielu wie, albo nie chce przyjmować do wiadomości, że niedziela, uznawana za typowo chrześcijański dzień święty, nie była bynajmniej ustanowiona na pamiątkę zmartwychwstania Jezusa Chrystusa, ale także ma rodowód solarny. Jest to obchodzony od zamierzchłej starożytności Dies Solis (dzień słońca; porównaj w języku niemieckim Sonntag, ang. Sunday), który wprowadził do chrześcijaństwa na mocy wydanego przez siebie edyktu, cesarz Konstantyn Wielki w roku 321 po Chrystusie! (zobacz artykuł Sabat czy niedziela)

W „Historii Starożytnego Rzymu” Maria Jaczynowska pisze:

„Religie solarne zatriumfowały w pełni w wieku III. [...] Były to kulty pochodzenia bądź syryjskiego (Baal, Jupiter, Dolichenus), bądź irańskiego (Mitra). [...] Największe jednak wpływy w świecie rzymskim uzyskał kult irańskiego boga Mitry. [...] Rzymianie poznali Mitrę, jako boga światłości i słońca, związanego z porządkiem kosmicznym, który miał się narodzić ze skały w dniu 25 grudnia i wychowywać wśród pasterzy. [...] Mitraizm osiągnął szczyt popularności w wieku III [...] świętowana przez wyznawców Mitry data jego urodzin (25 grudnia) obchodzona jako główne święto w kulcie solarnym Słońca Niezwyciężonego, została w nominalnym chrześcijaństwie uznana za dzień Bożego Narodzenia. [...] Pełny triumf kultów solarnych przypada dopiero na rządy Aureliusza (270-275), który uczynił ze Słońca Niezwyciężonego (Sol Invictus) głównego boga Imperium. [...] Uważany za inspiratora nowej polityki religijnej cesarz Konstantyn nie przestał być najwyższym kapłanem kultów pogańskich, czyli Pontifexem Maximusem. W dalszym ciągu lansował kult najwyższego boga – Sol Invictus, którego tradycje przejął na wzór Aureliana.”

ciąg dalszy i wszelkie odniesienia patrz str: http://www.krzyjahu.pl/page19810651924924614f78d71.html

Szczep Rogate Serce – Nieznany list Stanisława Szukalskiego


Nieznany list Stanisława Szukalskiego do Antoniego Michalaka

JERZY WYCZESANY

Przyczynek do historii bohemy Kazimierza nad Wisłą

Stanisław Szukalski – Świątynia

Spośród niezwykle interesującego i różnorodnego zbioru korespondencji do Antoniego Michalaka, na który składają się listy malarzy, literatów i naukowców, wyróżnia się jedyny list Stanisława Szukalskiego (1893-1987).

Ten rzeźbiarz, rysownik, grafik, trochę malarz i literat, twórca grupy artystycznej Szczep Rogate Serce – należał obok Witkacego do najpopularniejszych i najbardziej kontrowersyjnych postaci świata plastyki okresu międzywojennego. W wieku lat dwunastu wyjechał wraz z rodziną do Stanów Zjednoczonych, tam też kształcił się na Wydziale Rzeźby w chicagowskim Institute of Art. Lata 1910-1913 spędził natomiast w Krakowie, studiującw krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych w pracowniach Konstantego Laszczki i Jacka Malczewskiego. W 1913 r. przerwał studia i powrócił do Chicago. Później dzielił swe życie pomiędzy Polskę (Kraków, Warszawa, Katowice), Francję i Stany Zjednoczone, gdzie osiadł na stałe w 1939 r. Na emigracji nie zdobył wielkiego rozgłosu, choć wielu krytyków amerykańskich i zachodnioeuropejskich określało jego twórczość jako nieprzeciętną, odrębną, a nawet genialną. Holenderski tygodnik “Furore” w artykule “Pool en geniaal denker” porównał nawet Szukalskiego z Michałem Aniołem. Były jednak lata, kiedy biedował tak bardzo, że zjadał papier, by zaspokoić uczucie głodu. Wytrwał jednak w swych heroicznych wizjach i marzeniach do końca. Mimo niezaprzeczalnej genialności, w świadomości Polaków pozostał głównie jako fanatyczny wielbiciel prasłowiań
szczyzny, wielki admirator marszałka Józefa Piłsudskiego, zdecydowany przeciwnik sztuki francuskiej oraz wieczny skandalista i wichrzyciel. 1

Adresatem listu Szukalskiego był Antoni Michalak (1902-1975) – malarz scen religijnych i portretów, rysownik, rzeźbiarz, konserwator, pedagog, kolekcjoner, członek ugrupowania Bractwo św. Łukasza oraz animator środowiska artystycznego Kazimierza nad Wisłą. Studia artystyczne odbywał w Chudożestwiennym Uczliszczu w Odessie (1915-1918) u Tita Dwornikowa, Andrieja Popowa, Krajniewa, Konstandiego i Marmone, a następnie w latach 1918-1919 w Klasie Rysunkowej w Warszawie u Jana Kausika i Miłosza Kotarbińskiego. Kolejnym etapem jego edukacji była od 1919 r. warszawska Szkoła Sztuk Pięknych, w której kształcił się u wspomnianego Kotarbińskiego, Adama Rychatarskiego, a później w latach 1923-1925 u Tadeusza Pruszkowskiego i Władysława Skoczylasa. Lata 1925-1926 spędził we Włoszech i Austrii oraz w Paryżu, gdzie poznał m.in. Józefa Pankiewicza, Eugeniusza Zaka, Tadeusza Makowskiego, Mojżesza Kislinga i Ferdynanda Legera. Po powrocie do kraju zamieszkał w Kazimierzu nad Wisłą, gdzie w latach 1928-1929 wybudował dom i osiadł na stałe. Część swego życia spędził we Lwowie (1933-1939), nauczając malarstwa i rysunku na Wydziale Sztuk Zdobniczych i Przemysłu Artystycznego w tamtejszej Państwowej Szkole Technicznej, a później w Instytucie Sztuk Plastycznych. Po wojnie wykładał natomiast w Instytucie Artystycznym Tadeusza Byrskiego w Kazimierzu oraz
w Sekcji Historii Sztuki Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. 2

Wspomniani artyści poznali się latem 1923 r. w Kazimierzu. 3 Szukalski – zapewne przyjechał tam zwabiony prapolskimi i narodowymi elementami w architekturze miasteczka i nadwiślańskim pejzażu, które tak często podkreślano w pierwszych latach polskiej państwowości. Równocześnie zjechali do Kazimierza na swój pierwszy plener uczniowie T. Pruszkowskiego, późniejsi członkowie założonego w 1925 r. Bractwa św. Łukasza.4 Szukalski nawiązał wówczas szereg przyjacielskich kontaktów z tamtejszą kolonią artystów, m.in. Pruszkowskim, Antonim Michalakiem, Janem Zamoyskim, Janem Gotardem, Edmundem Johnem, Janem Karmańskim, Karolem i Wacławem Husarskimi oraz księdzem Stanisławem Szepietowskim, mecenasem młodych malarzy i jednym z założycieli Towarzystwa Przyjaciół Kazimierza.

Stanisław Szukalski – 1914

Niezwykłe walory krajobrazowe i klimatyczne miasteczka sprawiły, że Szukalski zakupił w 1924 r. na Górze Wapiennej zwanej “Albrechtówką” eklektyczną willę od inż. Jana Albrychta, właściciela fabryki betonów w Puławach, w której zamierzał stworzyć “Twórcownię” – potężny ośrodek międzynarodowego życia artystycznego. Projekt ów nie doszedł do skutku, jednak willa przetrwała do dziś, strasząc przygodnych turystów ponurą malowniczością niszczejącej ruiny.

Ukształtowana niemal już w pełni osobowość artystyczna Michalaka musiała przypaść Szukalskiemu do gustu, skoro właśnie jemu oddał na przechowanie ulubionego owczarka imieniem “Koko”. Ten wieloletni kontakt obu artystów przerwała wojna i pobyt Szukalskiego na emigracji. Michalak będąc w latach 1958 i 1964-1965 w Stanach Zjednoczonych, obok Marii i Jerzego Kuncewiczów, Jana Henryka Rosena i byłych kolegów z Bractwa św. Łukasza – Eliasza Kanarka i Bernarda T. Frydrysiaka, odwiedził również Szukalskiego, mieszkającego wówczas w swej posiadłości w Granada Hills w Kalifornii.

List Szukalskiego o wymiarach 34,0 x 20,7 cm pisany charakterystycznym dla niego stylizowanym pismem należy dziś do spadkobierców A. Michalaka. Jest on cenny, gdyż większość dorobku epistolograficznego Szukalskiego uległa rozproszeniu bądź zaginięciu podczas ostatniej zawieruchy wojennej. Poza bowiem dokumentem czasów, poza sporym zakresem wiadomości biograficznych, informuje on o mającej się odbyć wystawie Szukalskiego w krakowskim Pałacu Sztuki oraz jego zamierzeniach artystycznych. Ponadto list ten zawiera sporo spostrzeżeń dotyczących sztuki polskiej, a także roli Krakowa w życiu artystycznym i kulturalnym Polski. Jest wreszcie wskazówką do dalszej drogi twórczej dla młodych malarzy zgrupowanych w Bractwie św. Łukasza.

Publikowany poniżej list Szukalskiego opatrzony jest wyłącznie datą dzienną i miesięczną (23 września). Na podstawie zawartych w nim informacji, m.in. przygotowań do wystawy monograficznej artysty w krakowskim Pałacu Sztuki, budowy domu Michalaka w Kazimierzu, czy wyprowadzenia się Klarnerów z kazimierskiej willi rzeźbiarza, można datować go z całą pewnością na r. 1928.

Charakterystyczny styl listu nie został naruszony, unowocześniono jedynie ortografię i interpunkcję.

Kraków, 29 września

… strasznie żałuję, że nie będę z Wami w Kazimierzu tego lata. Jak wspomniałem w pocztówce z Paryża, będę musiał być cały czas w Krakowie aż do wystawy, aby rozpakować rzeźby i poreperować je – gdyż przez parę lat były pod mostem Zygmuntowskim w wilgoci.

Prosiłem, aby dano mi w Pałacu na Szczepańskim placu trzy sale, dano mi jedną, ale i to wystarczy – lecz teraz będę musiał sporo prac nie pokazać. 5

Stanisław Szukalski – Exlibris Johna Paula Wellinga

Jeżeliby któryś z Was zechciał u mnie na górze Wapiennej pracować i siedzieć przez zimę – lub paru – to możecie to natychmiast zrobić 6 – bo zdaje się, że państwo Klarnerowie 7 już się wyprowadzili. Lepiej, że tam ktoś mieszka niżeli ma dom pustką stać. Macie tam pracownię i pokoików sporo.

“Koko” 8 wam tam przeszkadza, a ja nie mogłem słowa dotrzymać i przyjechać po niego. Możebyście go oddali mojemu stróżowi i powiedzieli, żeby mu ziemniaków nie dawał, lecz jakąś najtańszą kaszę a czasem ochłapki od rzeźnika – a ja będę mu miesięcznie za to płacił. Tylko niech nie da go sobie ukraść, gdyż będę żądał za to wielkiej sumy.

Pisałem do mego przyjaciela w Chicago o książce Waszej 9 – jeszcze nie miałem odpowiedzi – choć nie chcę ich interesować jeszcze zanim moja będzie gotowa.10 Przypuszczam, że moja będzie najpóźniej w dwóch miesiącach, głównie więcej jestem zadowolony z przedmowy, niżeli z materiału reprodukowanego. Miałem możność skoczyć z obcasami w wiele rzeczy.

Chciałbym wiedzieć, co jest posunięte w budowie pańskiego domu. W każdym razie wiosną będziemy widzieli najprzyjemniejszą część pracy – kończenie.11

Będzie trzeba umówić się i w razie potrzeby sygnalizować między sobą, skoro możemy wyraźnie widzieć nasze domowiska.

Podobno profesor Pruszkowski 12 był w Krakowie podczas mojego pobytu w Paryżu – bardzo żałuję, że nie udało mi się z nim spotkać.

Strasznie bym chciał, byście zaczęli ciążyć ku Krakowu – Was paru – trochę chłopaków Stryjeńskiego 13 – może Jastrzębowskiego 14 i ja, byśmy zrobili lawinę polskiej sztuki – jeden drugiego zachęcał, ganił za wady, doradzał, dyskutował, byśmy Kraków Polsce wrócili jako Piast sztuki i kultury.

Fizycznie miasto jest najpiękniejszym, a zatem jako ludzie byśmy byli zadowoleni. Warszawa jest lepszym rynkiem zbytu – lecz dla ludzi bezwartościowych. Przybądźcie tutaj, a za wami przyjdą i obstalunki – tam gdzie my jesteśmy, tam jest centrum ziemi. Kraków jest małem miastem, a zatem nasze zbiorowisko będzie miało mniej świństw zorganizowanych do zwalczania i prędzej nadamy koloru miastu.

Mam kilku upatrzonych ludzi, młodych i ideowych, którzy tutaj ściągną z zagranicy. Musimy o sobie wiedzieć jako rozsadników lepszego i rozsądnego prądu. Musimy inicjatywę w swoje ręce brać i nie prosić o zgodę starszych. Każde nowe pokolenie musi walkę wypowiadać swoim ojcom o przyszłość swoją, a zatem i naszej kultury.

Musimy się skupiać, by pogłębić uczucia, które są motorem twórczości – Wy macie technikę malarską o dawno zapomnianym poziomie – jesteście lepsi od najlepszych profesorów, lecz czuć w waszych pracach ostatnich płytkość odczuć – to znaczy, że jesteście więcej mistrzami zawodu niżeli ludźmi o rzadkim człowieczeństwie.

Otóż teraz musicie zwrócić uwagę na posunięcie swoich widnokręgów, aby pojęcia swoje poklasyfikować i podzielić wedle kompasu osobowości krystalizującej się. A krystalizować możemy się przez dyskusję – bo tylko przez wytłumaczenie swych zamiarów, definicji i dążenia dowiadujemy się po raz pierwszy o sile swych uczuć i sposobów myślenia. Musimy zerwać z tą śpiączką umysłową, bo tenorzy operowi zrzucili z siebie przysłowiową głupotę i mówi się teraz “durny jak malarz”. Wy nie jesteście malarzami, to jest wasz uboczny zawód, wy należycie do zaginionej rasy artystów, więc musicie inne troski w głowie przechowywać i inaczej o sobie myśleć. Naszym obowiązkiem jest być twardymi – lecz, na Boga, nie zarozumiałymi, a człowiek
o małej kulturze osobistej jest zawsze zarozumiałym. Człowiek zasługujący na talent nie będzie się chełpił ze swojego talentu, gdyż jest on równy jemu – ludzie zaś drobnego kalibru nos zadzierają do góry, myśląc że mają coś, co jest ponad ich jakość, coś, co im zaszczyt przynosi. Ja zaś przynoszę zaszczyt mojemu talentowi – bo coś potrafię z niego zrobić, mój talent niechaj będzie dumny ze mnie, jak był mój ojciec – kowal.

Przyjaciel Pana – (Hogarth – myli mi się jego nazwisko) 15, ten co wykrzywia usta, twarze, ręce w swych obrazach – ma na przykład technikę czarodzieja, lecz płakać mi się chce nad jego nieszczęściem – nie ma on czego śpiewać – nie ma tematów, pomysłów, usta wykrzywione w prawo lub lewo wystarczają mu za kompozycję jajka lub paralitycznie złamana ręka jest treścią obrazu cudownie namalowanego. Czemuż on marnuje taką wiedzę zawodową na “nic” za “nicem”. Umie on tak wiele, że może się porównać z Van Dyckiem czy Memlingiem, lecz jako twórca jest on równy tym wszystkim innym, co umartwiają “nature”. Czegoż mu brak ! Brak mu pierwiastka myślowego – jeżeli on ma myśli i umysł artysty, dlaczego u diabła nie maści nim swych prac ? Tutaj leży kamień i na nim zahaczył się jego rozwój. Brak mu umiłowań, brak mu celów, uniesień, brak nienawiści nieosobistej, brak dążenia, chyba że z prywatnych pobudek, ale i w takim razie niechże maluje swych nieprzyjaciół – niech używa swych uczuć jako tematu.

Święte obrazy niechaj maluje ten, kto czuje się religijnym, lecz mamy wiele innych tematów, daleko bliższych. Nasze prywatne poglądy dadzą wiele tematów, lecz trza te poglądy wystawić na publiczny egzamin, a bronić ich logiką i walczyć o nie w razie racji wszelką bronią, a jedną z nich jest nasz zawód – a protest nasz czy atak, czy apoteoza na cześć czegoś czy kogoś, będzie maszerować przed sądem pokoleń, kiedy nas zabraknie.

Zapomnijcie o malarstwie i sztuce – ćwiczcie się w człowieczeństwie – czytajcie ważne dzieła informacyjne, dyskutujcie i wyprzedzajcie myślą swój zawód.

Mniejszej wagi jest to czy mam rację lub nie, lecz ważnem jest, że prace wasze robią wrażenie takie – małej kultury – a przecież jestem waszym przyjacielem – bez rezerw.

Macie wszystko co plastyk może pragnąć umieć – co umiecie nie zginie – lecz prawie że zginie, jeżeli wasz “poziom” nie będzie się wyciągał, jeżeli przestaniecie ciągnąć myślą wzwyż.

Realnie biorąc – potrzeba wam – mnie i nam ciągłej, a wytężonej pracy nad uświadomieniem się w dyskusjach z ludźmi więcej wiedzącymi od nas samych. Niekoniecznie by im podlegać, boć informacja jest zdobywalną wiedzą i ten kto więcej wie, niekoniecznie mądrzej myśli, lecz by gimnastykować umysł i odświeżać swą wiedzę.

Tutaj w Krakowie czuje się ten brak wiedzy pomiędzy artystami – w konsekwencji nie ma z nimi o czem mówić, nic nie wiedzą, jeszcze mniej czują, a talent zaniedbują. Lecz pragnę, by “ktoś” coś zaczął, by oni mogli się obudzić.

Dążcie, abyśmy się w Krakowie mogli zejść i zmusić bandę innowierców do porzucenia naszego zawodu – abyśmy mogli połączeni w cech podnieść poziom sztuki i konsekwentnie zrobić ją polską. 16

… nie wiem jak się nazywa stróż – niech mu Pan powie, żeby napisał ile mu dać na utrzymanie “Koka”. I chcę do niego napisać.

Przesyłam fotografie – także dla przewoźnika, mojego sąsiada mieszkającego na “Graniczniku”.
Co się dzieje z księdzem przyjacielem Szepietowskim ? 17 Coście pozwolili z nim zrobić Kazimierzowi ?
Uściski dłoni dla mych Przyjaciół i obiecanie, że wiosną się zobaczymy.

Wasz
Stach Szukalski

Stanisław Szukalski – 1984

Przypisy

1. Zob. L. Lameński, Stanisław Szukalski – życie i twórczość, Biuletyn Historii Sztuki 1976, nr 4, s. 308-327; – W. Szewczyk, Syndrom śląski. Szkice o ludziach i dziełach, Katowice 1985, s. 115-128; – L. Lameński, Stach z Warty Szukalski, Sztuka 1987, nr 4, s. 35-41 i 57; – tenże, Stanisław Szukalski (1893-1987) rzeźbiarz znany i nieznany [w:] Rzeźba Polska R. 1987, s. 328-336; – tenże, Twórcownia Stacha z Warty Szukalskiego [w:] Sztuka lat trzydziestych, Warszawa 1991, s. 131-144; – B. Szczypka-Gwiazda, Śląska pracownia Stanisława Szukalskiego [w:] Nieznane oblicze sztuki polskiej. W kręgu sztuki województwa śląskiego w dobie II Rzeczypospolitej, Katowice 1996, s. 37-51.
2. Zob. A. Ściepuro, Antoni Michalak (Katalog wystawy), Toruń 1972; – K. Szurowski, Antoni Michalak jako portrecista, Roczniki Humanistyczne KUL. Historia sztuki, t. XXII, z. 6, 1974, s. 65-75; – tenże, Antoni Michalak 1899-1975 (Katalog wystawy), Kazimierz Dolny 1975; – J. Wyczesany, Antoni Michalak. Rysunki (Katalog wystawy). Kazimierz Dolny 1982; – Antoni Michalak (1902-1975). Z pracowni
w Kazimierzu (Katalog wystawy, wstęp W. Odorowski), Muzeum Nadwiślańskie w Kazimierzu 1995; – L. Lameński,
Z pracowni w Kazimierzu, Art & Business 1995, nr 10, s. 62-63; – tenże, Antoni Michalak jako pejzażysta, “Akcent” 1996, nr 2, s. 153-161; – tenże, Antoni Michalak – Malarz mistycznego światła, Biuletyn Historii Sztuki 1996, nr 1-2, s. 71-81; – I. Ł. Kossowscy, Kilka uwag o twórczości Antoniego Michalaka. Wydano w 25. rocznicę śmierci Artysty, Kazimierz Dolny 2000.
3. O pobycie Szukalskiego w Kazimierzu zob. I. J. Kamiński, Całe życie szukam przyjaciela, Kamena 1972, nr 20, s. 6-7; – Lameński, Stanisław Szukalski – życie i twórczość …, s. 313; – I. J. Kamiński, Kazimierz nad Wisłą. Miasto i ludzie, Warszawa 1983, s. 122-125; – Lameński, Stach z Warty Szukalski …, s. 36.
4. O Bractwie zob. m.in. M. Szewczyk, Bractwo św. Łukasza, Akcent 1985, nr 4, s. 167-172; – J. Zamoyski, Łukaszowcy. Malarze i malarstwo Bractwa św. Łukasza, Warszawa 1989.
5. Wystawa była planowana na listopad 1928 r., jednak na skutek nieporozumienia, wynikłego pomiędzy Szukalskim
a Zarządem Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych otwarta została dopiero w maju 1929 r. dzięki pomocy ze strony Cechu Artystów Plastyków “Jednoróg”. Artyści ci prezentujący swój dorobek na ósmej wystawie Cechu, zorganizowanej w Pałacu Sztuki, zdecydowali się potraktować Szukalskiego jako swego gościa i udostępnili mu jedną z sal pałacu. Zob. m.in. Ósma wystawa Cechu Artystów Plastyków Jednoróg, Kraków 1929, s. 26-41. (Katalog wystawy); Wystąpienie S. Szukalskiego
w Pałacu Sztuki. O uzdrowienie stosunków w świecie artystycznym Krakowa, Głos Narodu 1929, nr 131, s. 4; – Otwarcie wystawy “Jednorogu”, IKC 1929, nr 131, s. 8.
6. Szukalski ma na myśli członków Bractwa w. Łukasza: Bolesława Cybisa, Jana Gotarda, Aleksandra Jędrzejewskiego, Eliasza Kanarka, Edwarda Kokoszkę, Antoniego Michalaka, Janusza Podoskiego, Mieczysława Szulca, Czesława Wdowiszewskiego, Jana Wydrę i Jana Zamoyskiego.
7. Romuald Czesław Klarner (1872-1956), inż. technolog, działacz gospodarczy, absolwent Instytutu Technologicznego w Petersburgu. W l. 1918-1920 dyrektor departamentu,
w l. 1924-1925 wiceminister skarbu, w 1925 r. minister przemysłu i handlu, w 1926 r. minister skarbu, a od 1928 r. prezes Izby Przemysłowo-Handlowej w Warszawie. Przez pewien czas Romuald i Florentyna Klarnerowie zamieszkiwali w willi Szukalskiego. W 1928 r. przenieśli się do położonego opodal własnego domu zw. Klarnerówką, wybudowanego
w l. 1927-1928 wg projektu Bolesława Żurkowskiego.
8. “Koko”, ulubiony pies Szukalskiego, nad którym Michalak sprawował pieczę.
9. Prawdopodobnie chodzi tu o książkę o Bractwie
św. Łukasza, która nigdy jednak nie została napisana.
10. Mowa o książce “Szukalski Projects in Desing”, wydanej w 1929 r. przez Uniwersytet w Chicago.
11. Dom “Pod basztą” Michalaka, zbudowany wg projektu arch. Jerzego Sinnickiego, został ukończony 3 lipca 1929 r.
12. Tadeusz Pruszkowski (1888-1942), malarz, pedagog, literat. Kształcił się u Konrada Krzyżanowskiego w Szkole Sztuk Pięknych w Warszawie oraz w l. 1910-1911 w Paryżu. Od 1922 r. profesor, a następnie rektor i prorektor ASP
w Warszawie. Odkrywca walorów krajobrazowych Kazimierza dla plenerów malarskich. Odegrał ważną rolę jako animator życia artystycznego stolicy. Współzałożyciel
i członek ugrupowań artystycznych: Młoda Sztuka, Rytm, Bractwo św. Łukasza, Szkoła Warszawska, Loża Wolnomalarska i Grupa Czwarta.
13. Karol Stryjeński (1887-1932), architekt, pedagog, absolwent Politechniki w Zurychu oraz École des Beaux Arts w Paryżu. Dyrektor Szkoły Przemysłu Drzewnego
w Zakopanem, następnie prof. ASP w Krakowie i Warszawie.
14. Wojciech Jastrzębowski (1884-1963), architekt wnętrz, malarz, grafik, pedagog, uczeń Józefa Mehoffera
w krakowskiej ASP, następnie prof. ASP w Warszawie.
15. Jan Gotard (1898-1943), malarz, grafik, pedagog, uczeń prywatnej Szkoły Malarstwa Konrada Krzyżanowskiego, następnie Tadeusza Pruszkowskiego w Szkole Sztuk Pięknych w Warszawie, członek Bractwa św. Łukasza.
16. Szukalski, projektując powstanie nowego ugrupowania, bezskutecznie namawiał Łukaszowców, by do niego wstąpili. Szczep Rogate Serce powstał w 1929 r. w Krakowie, a w skład niego weszli m.in. Franciszek Frączek, Stanisław Gliwa, Czesław Kiełbiński, Marian Konarski, Antoni Bryndza, Stefan Żechowski, Wacław Boratyński, Norbert Starssberg. Zob. Lechosław Lameński, Szczep Rogate Serce, BHS 1974, nr 3,
s. 303-322.
17. Ks. Stanisław Szepietowski (1885-1977, kapelan wojskowy, w l. 1922-1928 rektor kościoła Reformatów
w Kazimierzu, współzałożyciel i pierwszy prezes Towarzystwa Przyjaciół Kazimierza (1925-1928). Przyjaciel wielu malarzy, miłośnik zabytków i walorów krajobrazowych Kazimierza.

Strona: http://www.brulion-kazimierski.pl/index.php?s=964&t=47&strona=1

Świątynie Światła Świata – Czerna koło Krzeszowic


Czerna koło Krzeszowic – Sanktuarium Perunowe albo Dolina Trzech Bogiń: Perperuny – Władczyni Burz i Chmur, Mokoszy – Pani Wyroków Nieba i Wodycy-Śląkwy – Pani Wód Spadających

Klasztor w Czernej – Pierwsza Górna Studnia-Źródło Świętej Wody

Dlaczego tak? Jeśli porównacie poniżej zestawione teksty, a do tego dodamy fakt iż w samym klasztorze w Czernej w trzech specjalnych miejscach – oraz w dolinie na rzeczce Eliaszówce w trzech specjalnych miejscach –  znajdują się nad wodą kaplice oraz w dwóch miejscach tryskają Święte Źródła to jest oczywiste, że właśnie tak i na pewno nie inaczej. To jest Sanktuarium Wiary Przyrodzonej poświęcone Wodom Spadającym, Sanktuarium Deszczu – które dzisiaj poświęcone jest Świętemu Eliaszowi przez Katolików, ale przez Nas jest czczone nadal pod swoją dawną postacią. Nie przeszkadza nam że oni postawili tutaj swoje święte figury – ważne że to miejsce czczą i dopóki pozwalają nam uprawiać tutaj nasze Wierzenia Rodzime dopóty wszystko jest w porządku.



Czerna – Drugie Górne Święte Źródło w obrębie Klasztoru. Trzecie Święte Źródło na Górze tryska obok parkingu.

Perun a kult Baala i Aszery

Baal

w mitologii ugaryckiej najwyższy bóg, władca świata, który podstępem przejął władzę nad własnym ojcem, zdetronizował go i zepchnął na drugi plan. Jego imię znaczy „Pan”. Pojął za żony Anat i Aszerę.
Baal był personifikacją sił natury i zjawisk atmosferycznych. Nosił przydomek Hadad co oznacza „Pan piorunów”, w tej postaci był władcą sezonowych opadów deszczu.

Eliszówka – czyli Baalówka albo Perunówka

Aszera

(Atirat, Aszirat) w mitologii ugaryckiej bogini wybrzeża morskiego, utożsamiana z planetą Wenus i jej aspektem jako Gwiazda Poranna, początkowo żona najwyższego boga Ela, później żona Baala.
Przeszła także do mitologii hebrajskiej. W Biblii jest wymieniana 49 razy, raz z dużej litery jako bogini, innym razem z małej jako stela świątynna. Salomon kazał zbudować ołtarz Aszery, jedna z jego żon była wyznawczynią jej kultu.
Tysiące wotywnych figurek Aszery odkryto na terenie całego Kanaanu, co świadczy

o jej ogromnej popularności.

Czerna – Czwarte Święte Źródło – tym razem dolne w nurcie rzeczki Eliaszówki

Perun

ze Zgapa.pl

Perun – najwyższy bóg panteonu słowiańskiego, modelowy przykład Gromowładcy, według klasyfikacji G. Dumezila, bóg I funkcji (władza prawna) i II funkcji (siła fizyczna i militarna), klęli się na jego imię członkowie drużyn (rus.); atrybuty: góra, dąb, niebo (w językach indoeuropejskich łączące się z pojęciem kamienia – „kamienne sklepienie”), koń, wóz, broń kamienna potem metalowa (młot, topór, strzała), ogień.
Ssł. per-unъ „słow. bóg Perun, piorun” < *per-oun-os (gr. keraunós „t.s.”), imię „mówiące” (stanowiące jądro mitologicznego zespołu powstałego wokół pojęcia Gromowładcy), opisujące czynność dystynktywną dla tego bóstwa: „ciskanie skałą” (per- perun-a ?); ssł. pьr-a-ti < *per-a-ti „prać, uderzać, bić”; ssł. pьr-e-ti < *per-ti „przeć, popychać, naciskać silnie”; lit. per-ti „uderzać, bić, biczować”; trac. per(u) „skała”; het. peruna(š) „t.s., bogini Perunaš”.
Mit – odtwarzany na podst. danych folklorystycznych: walka Peruna z demonicznym przeciwnikiem (głównym – Żmijem ? Wołosem ? Smokami (Wijem) powietrznymi i czeredą pomniejszych duchów: biesów, czartów, latawców, porońców itp.) zawłaszczającym wody, bydło, partnerkę boga (patrz: Perperuna), kryjącym się przed gniewem Gromowładcy pod/w człowiekiem, koniem, krową, drzewem, kamieniem, w końcu w wodzie. W walce pomagają Perunowi płanetnicy, chmurnicy, obłocznicy (pol.), stuhy, zduhy, stuhače, zduhače, vjetrogonje, jedogonje (serb.) oraz, po przeniesieniu nazwy z demonicznego przeciwnika, zmaje, zmĕje (bułg.) i żmije (pol.) (duchy, ludzie żywi – duchem lub ciałem – wznoszący się ku niebu podczas burzy, a nawet zwierzęta) walcząc ze smokami (pol.), zmĕjami (rus.), aždahami (pdsł. z pers. Aži Dahaka), (ch)ałami (pdsł.).

Czerna pośród borów

Peruna przedstawiano ze srebrnymi włosami i złotymi wąsami (rus.). Bronią były: kamienie, kamienne strzały – ich pozostałościami wg wierzeń ludowych są fulguryty i belemnity, a czasem archaiczne narzędzia, wszystkie one występują jako: kamień piorunowy, gromowy, klin piorunowy, strzała piorunowa, piorunowiec, iskra pérunova, palec diabła, czarta, ale i palec Boży, a nawet palec Matki Boskiej (pol.) (por. żmudzkie: „palec Berkuna” – sic!) – potem także młot i topór. Kamienie piorunowe bywają przenoszone z powrotem do nieba (przez wiatr lub płanetników). Broń Perunowa chroniła przed nieszczęściem, złymi mocami, chorobą i samym piorunem.
Roślinną hipostazą bóstwa był dąb (o czym wspomniano wyżej), szczególnie wyróżniający się (nastarszy, największy, rosnący na wzgórzu) – powszechne miejsce kultu i składania ofiar (z byka, wołu, barana, koguta, jaj); dęby znaczone stały na granicach wiejskiej wspólnoty, „stacje” te obchodzono podczas święta wsi późną wiosną i latem (pdsł.) (por. Iupiter Quernus, patrz też: Perkunas). Z Perunem wiązano także inne rośliny o nazwach: perunika, perin (serb., rus.).
Przykłady toponimów: Perun, Perunac, Perunovac, Perunika, Perunićka Glava, Peruni Vrh, Perunja Ves, Peruna Dubrava, Perunuša, Perušice, Perudina, Perutovac (pdsł.), Prohn, Pronstorf (połab.; z Peron ?).Trudny do wyjaśnienia stopień pokrewieństwa (etymologicznego)z niemal identycznym: Perkūnas.

Prokopiusz z Cezarei uważa go za głównego boga Słowian w swoich kronikach pisze: Uważają bowiem, że jeden tylko bóg, twórca błyskawicy, jest panem całego świata i składają mu w ofierze woły i wszystkie inne zwierzęta ofiarne. O przeznaczeniu nic nie wiedzą, ani nie przyznają mu żadnej roli w życiu ludzkim, lecz kiedy śmierć im zajrzy w oczy czy to w chorobie, czy na wojnie, ślubują wówczas, że jeśli jej unikną, złożą bogu natychmiast ofiarę w zamian za ocalone życie, a uniknąwszy, składają ją, jak przyobiecali, i są przekonani, że kupili sobie ocalenie za tę właśnie ofiarę.

Czerna, okolica Piątego Świętego Źródła – na rzeczce Eliaszówce, Szóste znajduje się kawałek dalej po drugiej stronie szosy.

Perun i Eliasz oraz Dana i Mokosza

– ze strony Toporzeł: Ukraińska Wiara Rodzima, autor – Halina Łozko:

Perun/Eliasz i inni

„…Oczywiście, chrystianizacja wiązała się z nawracaniem przemocą, ogniem i mieczem jak chociażby pacyfikacja pogańskiego Nowogrodu przez miejscowego księcia Dobrynię i włodzimierzowego namiestnika Putiatę, przytoczona w „Latopisie joachimskim”. Także cerkwie zakładane były na miejscu dawnych pogańskich świątyń, np. cerkiew św. Eliasza na miejscu kapiszcza Peruna, św. Własija  na miejscu chramu Welesa, Bogurodzicy na miejscu świątyni Mokoszy itp.

Oprócz starych miejsc kultowych postacie nowej wiary przejmowały funkcje i atrybuty dawnych bogów. Bogurodzica i św. Paraskewia zajęły miejsce żeńskich bóstw- Mokoszy i Dany i to do niej wznoszono modły jak do niebiańskiej matki. Prorok Eliasz  wziął od Pioruna jego błyskawice i grzmoty, a święci Mikołaj, Własij i Jerzy przejęli funkcje Welesa -słowiańskiego Hermesa.

Pod Diabelskim Mostem, który jest Mostem Dyja opisanym w jednej  z Taj Księgi Ruty

Niniejsza praca nie ma za celu całościowej syntezy wskazanej w tytule problematyki. Stanowi jedynie próbę przybliżenia tematu, z uwzględnieniem najbardziej charakterystycznych postaci.

Szczególnie obecna w folklorze, legendach i opowieściach nie tylko Ukraińców ale i wszystkich Słowian Wschodnich jest postać św. Jerzego. Występuje on w dwóch, niewiele mających ze sobą wspólnego postaciach- jako wielki męczennik i ludowy święty o imieniu „Юрко”, „Юр”, „Юра”, „Юрай”, „Урай” czy wreszcie po prostu „Рай”.

W oficjalnej nauce cerkwi św. Jerzy był rzymskim żołnierzem, urodzonym w bogatej rodzinie w Kapadocji. Uwierzył w podczas wielkich prześladowań chrześcijan za cesarza Dioklecjana którego był przyjacielem i ulubieńcem. Rozdał swój majątek ubogim wypuścił na wolność wszystkich niewolników, a sam stanął przed cesarzem i potępił go. Poddano go ciężkim torturom (według niektórych trwały one aż siedem lat), które zniósł z honorem, nie wyrzekając się wiary. Rozwścieczony cesarz wydał rozkaz ścięcia Jerzego oraz swojej żony, chrześcijanki Aleksandry, odtąd czczonej razem ze św. Jerzym.[1]

Zygmunt Vogel – Diabelski Most w roku 1797

Ludowy św. Jerzy różni się od swojego kapadockiego pierwowzoru – przypisuje się wiele niekanonicznych, niemalże boskich funkcji W ludowej ikonografii przedstawiany jest jako jasnowłosy młodzieniec w pięknej białej szacie  na białym koniu, w otoczeniu trzech wilków lub psów. Dwa największe święta obchodzone w cerkwi na jego cześć to  tzw. Jerzy wiosenny 23 kwietnia starego stylu) i tzw. Jerzy jesienny (3 i 26 listopada starego stylu).

Tzw. Wiosenny Jerzy to wielkie święto wiosny, sięgające swoimi korzeniami czasów przedchrześcijańskich. Św. Jerzy to męska personifikacja wiosny – otwiera jałową ziemię na  deszcz, zapładnia ją życiodajną rosą. Rosa tego dnia miała cudowne właściwości- dawała zdrowie i urodę. [2] Jurija zwie się również klucznikiem, który na polecenie Boga otwiera nie tylko niebo, by świeciło na niej wiosenne słońce ale i ziemię by zazieleniła się trawą i przyjmowała deszcz i rosę. [3] W jednej z ludowych pieśni ukraińskich św. Jerzy nakazuje swojej matce:

„Ти подай матко ключі

Одімкнути небо

Випустити росу

Дівоцкую красу”[4]

Obrzędy ku czci wiosennego Jerzego miały pasterski charakter, wiązały się z pełnieniem przez świętego funkcji obrońcy trzody, patrona pasterzy. Na wiosennego Jerzego wypędzano bydło na pastwiska i hale[5] Obok tańców i świątecznych korowodów urządzanych tego dnia  na pastwiskach kropiono stada święconą wodą , a następnie cała wiejska gromada jadła wspólny obiad.[6] Na Łemkowszczyźnie w dzień „Святого Юри” wypędzanym na pastwiska krowom i wołom majono rogi wiankami ze święconych ziół. Po powrocie do zagrody okadzano je starannie dymem z palonej wielkanocnej paschy i wonnych ziół.[7]

Ale św. Jerzy to również ludowy symbol płodności, odpowiednik dawnego bóstwa Jaryły., którego imię zawiera w sobie rdzeń „jar”, mający znaczenie „silny” „męski”, „namiętny”.  Według starych łemkowskich zwyczajów do św. Jerzego dziewczyna sypiała w chyży z rodzicami, zaś po tym dniu sama w stodole lub pod brogiem, gdzie chłopiec mógł się z nią swobodnie spotykać. [8]

Widok ze Świętego Bukowego Boru na szczycie góry – z Królestwa Borany

Z kolei tzw. jesienny Jerzy to tzw. wilcze święto, wierzono bowiem ze święty Jerzy kieruje wilkami, jest „wilczym pasterzem” i do niego modlono się do o opiekę przed dzikimi watahami. Wilk, będąc w kulturach indoeuropejskich zoomorficznym wyobrażeniem demona był atrybutem dzikiego, nieprzewidywalnego bóstwa wojny – antycznego Aresa Marsa i skandynawskiego Odyna, w którego orszaku biegły dwa wilki- Geri i Freki , symbolizujące wściekłość i nienawiść towarzyszące wojnie[9]. Św. Jerzy, podobnie jak na Zachodzie św. Hubert,  jest opiekunem dzikiej zwierzyny, stąd z czasem uznany został za patrona myśliwych i myślistwa.

Św. Jerzy jest kolejnym po Eliaszu świętym walczącym ze smokiem (żmijem). Początki tej legendy sięgają w ikonografii i literaturze IX-X w….

Okolica VI Źródła – przy Diabelskim Moście

Dana/Mokosza

… Mokosza. Jedyna przedstawicielka bóstw kobiecych w panteonie księcia Włodzimierza. Mokosza (inne warianty: Mokosz, Moksza) wiąże się z kobiecą sferą działalności w gospodarstwie: rękodziełem, przędzeniem, tkactwem i in. Składano jej żertwy ze snopów lnu, wyszywanych ręczników. Mokosza, jak się zdaje, była bliską Rodzanicom (Dziewom Życia) patronką położnictwa, stróżką porodów. Stąd u kobiet kult Mokoszy przetrwał najdłużej: nawet w XVI wieku popi mieli obowiązek pytać kobietę, czy nie chodziła do Mokoszy. Na Nowogródczyźnie kult Mokoszy zachował się aż do XIX stulecia. Do Mokoszy na Górę Starokijowską (panteon Włodzimierza) przychodzili z pokłonem żercy, wróżki, znachorki. Chociaż uważano ją za opiekunkę kobiet, to jednak była czczona przez wszystkich, dlatego Włodzimierz wprowadził ją do swego panteonu. Według legend właśnie Mokosza przędła nić żywota, przeto upatrywano w niej także patronkę przędzenia. Inną funkcję Mokoszy stanowiła troska o wodę: deszcz, rzeczki, strumyki. Uwidoczniło się to w imieniu bogini. Badacze sądzą, że pochodzi ono od: „mokry”, „moknąć”. Rzecz ciekawa, że w języku litewskim występuje słowo maksi, co znaczy „wiązać, splatać”, a także słowo makasz – „pleciona portmonetka”. Otóż może to wskazywać na jedną z funkcji bogini, którą mieli również Litwini.
Pochodzenie Mokoszy wygląda na bardzo dawne: jak większość żeńskich bóstw znana była już w epoce trypolskiej. W obrazie Mokoszy widzimy ślad starodawnego kultu Wielkiej Bogini – Matki. Jej podobizny, w znacznej mierze stylizowane, doszły nas przeważnie na ręcznikach: bogini stoi pod odkrytą kopułą świątyni wznosząc ręce ku górze (postawa orantki), na głowie ma rogatą czapkę. Z obu stron Mokoszy – dwaj jeźdźcy na koniach. Na niektórych wyszywankach pod końmi widać swastyki, czasem ubiór głowy bogini przypomina kwitnący krzak. Statuetki scytyjskich bogiń (VII wiek p.n.e.) przypominają postawę Mokoszy i orantki z podniesionymi w górę rękami, jak w modlitwie. Przypuszczalnie również w kijowskiej Sofii wcześni chrześcijanie widzieli swą odwieczną boginię z rękami wzniesionymi ku niebu.
Mokosza pochodzi od jeszcze starszego kultu wody – bogini Dany. Zdaniem Nikołaja Marra, profesora Akademii Nauk, imię Dana składa się z dwóch części: da (śródziemnomorskie „woda”) i na („nenia”, „macierz”), czyli znaczyło Matka-Woda. Słowo „Dana” już w okresie scytyjsko-sarmackim przestało być imieniem bogini, a oznaczało po prostu rzeczkę. Takież znaczenie ma słowo don („woda”, „rzeka”) albo dunaj – nazwy ukraińskich rzeczek, opiewanych w wielu pieśniach.

Diabelski Most dzisiaj

Już Herodot zapisał przekaz o bogini Danie: niezrównanej piękności niepokalana dziewica i macierz wszystkiego, co żyje, bogini rozrodczości. Dniem jej poświęconym był piątek, w którym surowo sądziła tych, co naruszali zwyczaje. Do takich występków należało przędzenie i szycie w piątek, jak wspomniano wyżej – dzień świąteczny. Danie składano ofiary przez wrzucanie kosztowności do rzek i jezior, źródeł i krynic. Prawdopodobnie słowo danina pochodzi od żertw składanych bogini Danie. Ten zwyczaj i dzisiaj istnieje u wielu narodów, a mianowicie wrzucanie monet do wody, by móc powrócić do tych miejsc na naszej ziemi, w których jednostka czuła się szczęśliwa. Boginie identyczne z Daną istniały u wielu narodów: Duna, Dojna, Diana. Zdaniem Ołeksandra Znojki należy tu i Ma-Donna, czyli „matka-woda”, oraz Tana (Dana).
Przyśpiewem do wielu ukraińskich pieśni jest praindoeuropejska forma, jakiej już sam lud nie rozumie, ale wykonuje jako pewien element rytmu, po prostu tradycyjne:

Szidi ridi,
Szidi ridi,
Szidi ridi,
Dana!

Ołeksandr Znojko przypuszcza, że szi znaczy „ona”, di – „działa”, ri – „rzeczka”. Z tego wychodzi: „Ona działa, rzeczkę tworzy – Dana!”
Otóż istnieją podstawy pozwalające sądzić, że kult tej bogini rozwijał się od Dany do Mokoszy, a od Mokoszy do chrześcijańskiej Paraskiewy-Piątnicy, przy czym nierzadko czczono je równocześnie. Święta Paraskiewa również była opiekunką wody, rękodzieła, spraw kobiecych. Jej podobizny stawiano koło krynic (bliżej o tym patrz rozdział „Kultura religijna Ukraińców”).
O ile Dana pozostawiła swe imię w nazwach rzeczek, to Mokosza przeważnie w nazwach miejscowości: Makoszyne w Czernihowszyźnie, Mokoszyn w Czechach. Podobne nazwy istnieją u wszystkich ludów słowiańskich. …

Most i resztka domu – okolica Szóstego Źródła

Z witryny Krakowskiej Prowincji Karmelitów Bosych

Karmelici Bosi – Wzgórze Karmel i kult Eliasza jako następcy Peruna

http://www.karmel.pl/historia/baza.php?id=04

Prorok Eliasz i wzgórza Karmelu
Jerzy Zieliński OCD

W czasach biblijnych skaliste wzgórza Karmelu były niemymi świadkami pogańskiego kultu Baala i Aszery, kananejskich bóstw wegetacji. Byk, święte zwierzę Baala, symbolizował siłę męską, płodność i burze przynoszące deszcz. Kult Baala i Aszery sprawowano na „wyżynach”, a więc na wzniesieniach i pagórkach Karmelu, gdyż wierzono, że jest się wówczas bliżej bóstwa. Do takich kultowych wyżyn należały również ofiarne ołtarze, drewniane lub kamienne słupy, zwane odpowiednio aszerami (od imienia bogini) lub masebami oraz stare święte drzewa – symbol siły życia, trwalszej niż zmieniające się pory roku.

Historia narodu wybranego, po przybyciu do Ziemi Kanaan, pełna jest świadectw nieustannej walki proroków Eliasza, Ozeasza i Jeremiasza z praktyką składania ofiar na wyżynach. Szczególnie dramatyczny obrót przybrała ona za czasów proroka Eliasza w IX w. przed Chr. Wraz z kultem Baala, promowanym przez królów z dynastii Omriego, Izrael wkroczył w pełni w politeizm, wyrzekając się wiary w Jedynego Boga. Łatwo więc zrozumieć gwałtowną reakcję proroka Eliasza, jednego z ostatnich, którzy zachowali wiarę w Jahwe. Zgromadził on naród na wzgórzach Karmelu i wypomniał mu zdradę: „Dopókiż będziecie chwiać się na dwie strony. Jeżeli Jahwe jest prawdziwym Bogiem, to Jemu służcie, a jeżeli Baal, to służcie jemu!” (1Krl 18,21).

Szkaplerz Karmelitański
szata Maryi

Prorok Ognia

W czasach proroka Eliasza wyznawcy jedynego Boga doznawali ciężkich prześladowań. To właśnie Eliasz był tym, który podjął walkę w obronie prawdziwej wiary.
Ogień i deszcz
Częścią królestwa Izraelitów władał wtedy król Achab wraz z żoną Izebel. Królowa Izebel popierała szerzący się w państwie kult pogańskich bożków Baala i Aszery. Pewnego dnia na królewskim dworze zjawił się Eliasz. Przepowiedział, że Jahwe ześle na kraj karę – trzy lata suszy. Jego słowa się sprawdziły. W trzecim roku wielkiej suszy Eliasz zgromadził na Górze Karmel cały lud Izraela. Następnie zażądał, by wyznawcy Baala złożyli swemu bogu ofiarę z młodego cielęcia i prosili go, by ją przyjął. Fałszywi prorocy przez wiele godzin wzywali Baala. Nadaremnie! Nie było żadnej odpowiedzi. Wtedy Eliasz złożył ofiarę Bogu Jahwe. I wówczas – jak czytamy w Biblii – „spadł ogień od Pana” (1Krl 18,38) i ofiara została przyjęta. Po tym niezwykłym wydarzeniu na wyschniętą od dawna ziemię spadł obfity deszcz.

Czas próby

Jednak mściwa królowa Izebel się nie nawróciła. Pragnęła śmierci Eliasza. Prorok musiał uchodzić przed jej gniewem na pustynię. Był to dla niego czas wielkiej próby. Pan nie pozwolił jednak, by Eliasz umarł z głodu i pragnienia. Z Jego rozkazu pożywienie przynosił mu Anioł. Później pomocy Eliaszowi udzieliła pewna uboga wdowa. Przyjęła Proroka pod swój dach i żywiła go. I znów stał się cud. Dzban mąki i baryłka oliwy w cudowny sposób napełniały się po każdym posiłku. A kiedy syn wdowy ciężko zaniemógł i umarł, Pan na prośbę Eliasza przywrócił go do życia.

Pierwszy pustelnik

W końcu Bóg postanowił powołać Proroka do siebie. Pewnego dnia przysłał po Eliasza rydwan ognisty nad rzekę Jordan. W ten sposób, jak mówi Pismo Święte, „Eliasz wśród wichru wstąpił do niebios” (2Krl 2,11).
Zmuszony przez długie lata do ukrywania się i odosobnienia prorok Eliasz uważany jest za pierwszego pustelnika.
Niezwykła więź łączy Eliasza (który żył blisko 1000 lat przed narodzeniem Chrystusa) z Matką Bożą. Gdy Prorok oczekiwał na znak od Boga potwierdzający, że susza dobiegnie końca, ujrzał niewielką chmurkę. Karmelici uznali, że obłok symbolizował Maryję.

Czerna

Dolina Eliaszówki

Z Wikipedii

Klasztor w Czernej

Dolina Eliaszówki (Dolina Eliasza) – dolina na Wyżynie Krakowsko-Częstochowskiej rozciągająca się pomiędzy miejscowościami Czerna i Paczółtowice. Nazwa doliny pochodzi od płynącego jej dnem potoku Eliaszówka. Druga nazwa doliny – Dolina Eliasza – pochodzi od imienia biblijnego proroka Eliasza, którego imię nosił ojciec duchowny Klasztoru w Czernej znajdującego się na zachodnich zboczach doliny. Dawniej na terenie doliny istniało kilkanaście pustelni, obecnie istnieje jeszcze odnowiona pustelnia św. Agnieszki i kilka ruin innych pustelni.

Jedną z większych atrakcji są ruiny przerzuconego przez głęboki jar tzw. Diabelskiego Mostu, łączącego klasztor w Czernej z wzgórzami siedleckimi, stanowiąc połączenie klasztoru z miejscowością Siedlec, która stanowiła uposażenie klasztoru. Wybudowany został w latach 1671-1691. Zbudowany został z kamieni i przypomina swoim wyglądem rzymskie akwedukty. Zaraz za mostem znajdowała się Brama Siedlecka, kapliczka, w której odprawiano nabożeństwa dla ludności oraz budynek z pokojami mieszkalnymi i pralnia. Od 1889 r. z powodu znacznego już uszkodzenia most przestał być używany. Powyżej mostu znajduje się (po wschodniej stronie) niewielka Grota Hieronima.

Dolina o powierzchni ok. 110 ha to wąwóz o przeważnie stromych zboczach, zbudowany z szarych wapieni z dolnego karbonu, w których skamieniałością przewodnią jest ramienionóg Productus cora. Jest całkowicie zalesiona. Występują w niej ciekawe ostańce skalne i groty (grota św. Hilarona i św. Onufrego). Dnem doliny płynie potok Eliaszówka. W dolinie kilka źródeł: ocembrowane źródło proroka Eliasza, źródło proroka Elizeusza, źródło św. Józefa. Walory krajobrazowe i przyrodnicze spowodowały, że dolina włączona została w obszar Parku Krajobrazowego Dolinki Krakowskie, a w 1989 r. utworzono tutaj leśny rezerwat przyrody Dolina Eliaszówki.

U wylotu doliny znajduje się duży (czynny) kamieniołom wapienia „Czatkowice”.

Szlaki turystyczne

– żółty szlak Dolinek Jurajskich. Prowadzi przez: Krzeszowice, Dolinę Eliaszówki, klasztor w Czernej, Dębnik, Dolinę Racławki, Paczółtowic, Żary, Szklary, fragment Doliny Będkowskiej, Dolinę Kobylańską, zabytkowy dwór z 3 ćw. XVIII w. w Karniowicach, Dolinę Bolechowicką, Zelków, Wierzchowie, koło Jaskini Mamutowej i Jaskini Wierzchowskiej Górnej, Murowni, następnie przez Ojcowski Park Narodowy (wezęł szlaków), potem przez Dolinę Sąspowską, Sąspów, Kalinów, Maczugę Herkulesa, a szlak kończy swój bieg przy zamku w Pieskowej Skale.

W Czernej znajduje się klasztor karmelitów bosych, w którym czczona jest Matka Boża Szkaplerzna i św. Rafał Kalinowski. Klasztor został ufundowany jako erem w 1629 roku przez Agnieszkę z Tęczyńskich Firlejową. Na dziedzińcu klasztornym znajduje się charakterystyczna studnia o głębokości 21,5 m, wykuta w skale.

Przy drodze do klasztoru widać ruiny arkadowego mostu eremickiego, wybudowanego przez pustelników. Miał on 18 metrów wysokości, 120 metrów długości i 9,5 metra szerokości, nazwano go „mostem anielskim”, zaś okoliczna ludność „diabelskim” z uwagi na wiele podań z nim związanych – taką nazwę nosi do dziś.

Kamieniołom Czatkowice/Czerna

Turystyka

Miejscowość położona jest na Wyżynie Olkuskiej wchodzącej w skład Jury Krakowsko-Częstochowskiej. Ze względu na piękno krajobrazu i walory przyrodnicze tereny te włączone zostały do obszaru chronionego Parku Krajobrazowego Dolinki Krakowskie obfitującego w liczne doliny będące popularnym miejscem turystyki i rekreacji. Miejscowość znajduje się w Dolinie Czernki i u wylotu Dolinie Eliaszówki, w której utworzono rezerwat przyrody Dolina Eliaszówki.

Diabelski Most


Z Wikipedii

Skocz do: nawigacji, szukaj

Współrzędne: 50°09’57″N 19°38’05″E / 50.16583, 19.63472

Ruiny Diabelskiego Mostu, 2007

Diabelski Most pod koniec XVIII wieku. Akwarela Zygmunta Vogla, 1787

Diabelski Most – były most (obecnie ruiny) w miejscowości Czerna w Dolinie Eliaszówki w województwie małopolskim.

Przy drodze do klasztoru w Czernej i przy drodze z Krzeszowic przez Gorenice do Olkusza, widać ruiny arkadowego mostu eremickiego, wybudowanego przez pustelników. Miał on 18 metrów wysokości, 120 metrów długości i 9,5 metra szerokości. Nazwano go mostem anielskim, zaś okoliczna ludność – diabelskim ze względu na wiele podań z nim związanych – taką nazwę nosi do dziś.

Powstał w latach 1671-1691, stanowił dojście do klasztoru od drogi siedleckiej, prowadzącej do majątku karmelitów w Siedlcu. Na przeciwległym brzegu Eliaszówki zachowały się ruiny XVII-wiecznej furty klasztornej, kaplicy i bramy wjazdowej tzw. Bramy Siedleckiej. Na kamiennych filarach, dwumetrowej grubości, ponad głębokim jarem budowniczy przerzucił 11 arkad z kamiennymi balustradami i figurami świętych, przy wjeździe i u wylotu mostu.

Przy furcie za mostem znajdował się budynek, gdzie były pokoje gościnne oraz pralnia. Za mostem znajdowała się także kapliczka, w której była odprawiana msza św. dla ludności świeckiej i służby. Most przez wiele lat służył zakonnikom jak i osobom świeckim. Z biegiem lat budowla uległa powolnemu niszczeniu, już w 1843 roku most był środkiem uszkodzony. Od 1889 r. z powodu osunięcia się w części łuku środkowego i ogólnego złego stanu technicznego został wyłączony z użytkowania. Most Diabelski przypominający swoim kształtem rzymskie akwedukty jest unikatową tego typu budowlą na skalę europejskąPotrzebne źródło. Na początku XX wieku jego restaurację wyceniono na 80 000 koron.

Legendy

Jedno z podań głosi, że raz do roku odbywa się tutaj zjazd diabłów i wszystkich złych duchów, któremu przewodzi sam Lucyfer z pomocą Belzebuba. Obradom przysłuchują się czarownice. Inna legenda mówi, że pod mostem zakopany jest ogromny skarb, złożony ze złota, srebra i diamentów, którego pilnuje sam diabeł, a inny duch czyha na moście na największych grzeszników, a gdy którego złapie – leci nad Czarny Staw w Tenczynku i tam go topi[1].


Sanktuarium Trzech Bogiń Wód Spadających: Perperuny, Mokoszy i Wodycy

Dolina Czernki

Z Wikipedii

Skocz do: nawigacji, szukaj

Dolina Czernki – niewielka dolina na Wyżynie Krakowsko-Częstochowskiej, w której płynie Czernka, nad nią położona jest miejscowość Czerna. Po lewej stronie doliny znajduje się las na wzgórzach sięgajacych 440 m n.p.m. i ponad 100 m ponad dno doliny. Rozpoczyna się koło ostatnich zabudowań wsi (na północy), kończąc po 5 km na południu w krzeszowickim osiedlu Czatkowice Dolne, gdzie łączy się ze wschodnią Doliną Eliaszówki. W odgałęzieniach doliny znajdują się liczne wąwozy np. Wąwóz Krzyk, Wąwóz Zakopane, Wąwóz Wądole czy Wąwóz Buce.

Ołtarz Bogini Wodycy

Las Hrabski – fragment lasu położonego na obszarze południowej części Wyżyny Olkuskiej w gminie Krzeszowice na terenie Doliny Eliaszówki, którą płynie Eliaszówka. Las przecina droga z Krzeszowic do Olkusza.

Nazwa pochodzi od jego właścicieli hrabiów Potockich z pobliskich Krzeszowic.

Od 1815 do lata 1914 r., przez blisko 100 lat, jeśli nie liczyć krótkiego okresu formalnie niepodległej Rzeczypospolitej Krakowskiej, przy północnym skraju lasu przebiegała granica dwóch cesarzy – austriackiego i rosyjskiego. Oficjalnie te części imperiów Romanowów i Habsburgów nosiły nazwy Królestwo Kongresowe oraz Królestwo Galicji i Lodomerii. Popularnie zwano je po prostu Kongresówką i Galicją. Przez cały okres międzywojenny „granica dwóch cesarzy” była granicą województwa krakowskiego i kieleckiego, jeszcze do dzisiaj tędy przebiega podział obszarów diecezji krakowskiej i kieleckiej, a do 1975 powiatu chrzanowskiego i olkuskiego, a obecnie gminy Krzeszowice i gminy Olkusz oraz powiatu krakowskiego i powiatu oluskiego [1].

Ołtarz Bogini Wodycy-  inne ujęcie

Wokół Klasztoru w Czernej krążą liczne historie. Niektóre z nich sięgają jeszcze powstania miejsca kultu – czyli wieku XVII. Obchodzę pozostałości kamiennego muru otaczającego niegdyś teren klasztoru i szczerze mówiąc nie dziwię się. Ten kto był tu choć raz na pewno czuł atmosferę pełną niesamowitości unoszących się w powietrzu.

Pośród ciemnego lasu wije się asfaltowa droga. Przystajemy na moment przy ruinach Diabelskiego Mostu. Podobno raz do roku pod przewodnictwem Lucyfera odbywa się tu zlot przedstawicieli strony ciemności, którym przysłuchują się także czarownice. Inna legenda podaje, że pod mostem zakopany jest drogocenny skarb, pilnowany przez diabła, jeśli tylko jakiś śmiałek pokusi się by wydobyć go na światło dzienne – zostaje porwany nad Czarny Staw w Tenczynku i tam utopiony.

Figura Kapliczna Bogini Mokoszy – Pani Wyroków Nieba

Zespół klasztorny znajduje się w Dolinie Eliaszówki na zboczu góry, która liczy około 430 m n.p.m Ufundowany został przez rodzinę Tenczyńskich, których nazwisko doskonale znane jest mieszkańcom okolicznych wsi. Aż do roku 1805 miejsce to stanowiło pustelnię, bez możliwości wstępu dla wiernych.

Obecnie Czerna jest miejscem kultu Matki Boskiej Szkaplerznej i św. Rafała Kalinowskiego. Ogromne wrażenie na przybywających tu z różnych stron Polski i świata pielgrzymach robią czarne marmury dębickie, z których wykonane są ołtarze i portale wejściowe do kościoła, cisza odbijająca się echem od biało – czarnej posadzki, relikwie świętych obecne przy każdym ołtarzu i przestrzeń jaka otacza zalany słońcem plac klasztorny.

Święty Obraz – Matki Chmur i Burzy, Perperuny (przesz katolików nazywany Matką Boską SZKAPLERZNĄ – jak widać po czarnej skórze „spaloną” od ognia piorunów, czyli od bliskości swego męża Peruna-Eliasza-Baala)

Staram się ogarnąć wzrokiem każdy szczegół tego miejsca. Przy klasztorze cmentarz z kamiennymi krzyżami, oplecionymi kwitnącymi właśnie różami, na wzniesieniu stacje Drogi Krzyżowej wykute w kamieniu, liczne figury świętych spoglądające na nas z murów, ołtarzy, kapliczek i czarny ptak, który gotów jest wyczarować źródlaną wodę dla spragnionych wędrowców. Budynek klasztoru wyrasta delikatnie ponad korony drzew, owiany tajemnicą i milczeniem – o którym przypomina napis na portalu wejściowym. Schodząc ze zbocza góry natknąć się jeszcze można na źródło św. Eliasza. Woda przepływa w tym miejscu między kamieniami ułożonymi w ogromne serce. Tu jeszcze jedna legenda – wystarczy ponoć obejść serce dookoła, a spełni się marzenie o nieśmiertelnej miłości.

Info turystyczne:

… Dolina Eliaszówki – rezerwat leśny o pow.107,2 ha, obejmujący część doliny potoku Eliaszówka. Chroni skaliste zbocza zbudowane z wapieni dolnokarbońskich i jurajskich, porośnięte naturalnymi drzewostanami (buczyna karpacka, grądy, łęgi olchowo-jesionowe). W dolinie wypływa kilka źródeł krasowych, m.in.źródło św.Eliasza, które uznawane jest za zdrój o właściwościach leczniczych….

Dolina Eliaszówka, czyli Świętego Ilji-Peruna

Świątynie Światła Świata – Sanktuarium Matki Ziemi i Borany w Dolinie Mnikowskiej


Dolina Mnikowska – Sanktuarium Matki Ziemi  (Siemi) i Królowej Borów – Borany

Byliśmy tutaj dzisiaj

Z Wikipedii

Dolina Mnikowska – krajobrazowy rezerwat przyrody położony na zrębie tektonicznym Grzbietu Tenczyńskiego w obrębie Wyżyny Krakowsko-Częstochowskiej. Obejmuje wąwóz w dolinie niewielkiej rzeki Sanki w obrębie miejscowości Mników, leżącej w gminie Liszki w województwie małopolskim (dolna część Doliny Sanki). Rezerwat utworzony został w 1963 r., ma powierzchnię 20,41 ha.


Święte Źródło u wejścia do Doliny

Rezerwat znajduje się na obszarze Tenczyńskiego Parku Krajobrazowego. Głębokość wąwozu wyciętego w wapieniach jurajskich dochodzi do 80 m. Skały tworzą bardzo strome ściany, wrota skalne lub pojedyncze iglice. Znajduje się w nich ok. 10 jaskiń, jedna z nich ma długość 82 m. W środkowej części rezerwatu znajduje się polanka, a ponad nią w południowych ścianach w zakolu zwanym Cyrkiem, we wnęce skalnej znajduje się ołtarz z dużym obrazem Matki Boskiej Skalskiej. Obraz ten namalowany został na skale przez Walerego Eljasza-Radzikowskiego w 1863 r. Niestety oryginalny obraz został zniszczony, później nieudolnie namalowany na nowo (ma być ponownie zrekonstruowany w pierwotnej wersji). Na polance znajdują się ławeczki dla turystów, zwykle zatrzymujących się tutaj na odpoczynek. W skład krajobrazu kulturowego Doliny Mnikowskiej oprócz ołtarza i obrazu wchodzą również stacje drogi krzyżowej, krzyż na szczycie skały, tablice informacyjne dla turystów, a także sama polanka i bezleśna część wąwozu, które powstały w wyniku prowadzonej tu od wieków gospodarki rolniczej – wypasu i koszenia.


Niedaleko Bielan posiadają XX. kameduli wioskę zwaną Mników. Ze szczytu bielańskiej góry przenieśliśmy się w jej rozkoszną dolinę, najmilszą jaką sobie tylko wyobrazić można. I czyjeż pióro odmaluje ten świeży powab jedwabiącej się zieleni traw i kwiecia co się tu po obojej stronie srebrzystego rozesłały strumienia, i te piękne sterczące skały co otoczyły dolinę? – Dziwny, niewysłowiony urok ogarnia zmysły, kiedy przy rubinowem oświetleniu zaranka, wpatrzysz się w ten amfiteatr skał, w których wyobraźnia odkryje ci wielorakie kształty i barwy tych ślicznych olbrzymich postaci malowanych tylko na tle różnowzorowej fantazyi[2].

W skład krajobrazu naturalnego wchodzą porastające ściany wąwozu i dolinkę rzeki lasy (grąd, łęg i buczyna) oraz naskalne murawy kserotermiczne. Roślinność runa leśnego najobficiej kwitnie wczesną wiosną, przed rozwojem liści przez drzewa. Całymi płatami zakwita tutaj przylaszczka pospolita, zawilec gajowy, kokorycz pełna, a wśród nich szczyr trwały, fiołek wonny, zawilec żółty, złoć żółta, zdrojówka rutewkowata i miodunka ćma. W rezerwacie występuje 17 gatunków roślin chronionych, m.in. buławnik, lilia złotogłów, konwalia majowa, wawrzynek wilczełyko, naparstnica zwyczajna. W skład naskalnych muraw wchodzą koniczyna długowłosa, oman szorstki, fiołek kosmaty, parzydło leśne i kozłek trójlistkowy. Licznie występują nietoperze, a z ptaków m.in. pustułka, ortolan, słowik rdzawy.

Stąd o dwie mile w zachodniej stronie
Śliczna Mnikowska dolina;
Wypieszcza kwiaty na swoim łonie,
Jak młoda wiejska dziewczyna.[3]

Przez dolinę prowadzi wygodna trasa rowerowa i ścieżka turystyczna, przystosowana również dla turystów niepełnosprawnych. Dla turystów zmotoryzowanych znajduje się przed wejściem do doliny parking w Mnikowie, na przysiółku Skały. Zamontowane tutaj w ramach projektu Małopolski Szlak Geoturystyczny tablice opracowane przez specjalistów z Akademii Górniczo-Hutniczej z Krakowa informują o budowie i genezie powstania tej doliny.

Wiersz Gustawa Ehrenberga w całości

Ani trochę nie przesadzony

Dolina Mnikowska pod Krakowem

Stąd o dwie mile w zachodniej stronie
Śliczna Mnikowska dolina;
Wypieszcza kwiaty na swoim łonie,
Jak młoda wiejska dziewczyna.
Między skałami jak łza na twarzy,
Jak wąż na posłaniu z kwiatów,
Tam przez sen gada i ciągle marzy,
Strumień na łożu z bławatów;
A w prawo, w lewo skaliste grody,
Strumień w objęciu chwyciły;
Zamki to z głazu, herb to przyrody,
Związek harmonii i siły.
Tam w dnie świąteczne w wiosennej porze,
Jadą paniątka z Krakowa,
Ażeby ujrzeć (żal się mój Boże!)
Uroczą dzikość Mnikowa.
Jadą więc, jadą wygodnym koczem,
I przyjeżdżają w południe;
Przez chwilę patrzą, pochwalą, – poczem
Mówią: że na wsi jest nudnie.
Więc przywiezione wypiwszy wino,
Wracają znowu do miasta;
Ah! nie dla takich, śliczna dolino,
Twe łono trawa porasta.
Ten tylko godnie wielbi twe wdzięki,
Kto pieszo zwiedza twe skały;
Kto z ich wierzchołka wschodu jutrzenki
Ogląda widok wspaniały.
Kto się nie boi, żeby kamienie,
Ciernie, lub urwiska skały;
Rozdarły jego modne odzienie,
I białe ciało zdrapały.

- Gustaw Ehrenberg

Wysoko na skale wąwozu znajduje się kilkumetrowej wysokości obraz Matki Boskiej Skalskiej namalowany przez Walerego Eljasza-Radzikowskiego w 1863 roku. Oryginał nie był już w najlepszym stanie, więc ktoś próbował go trochę odświeżyć i … przemalował go na nowo. Wysoko pod samą skałę poprowadzono schody, a na ich szczycie urządzono ołtarz.

Obraz bardzo rzuca się w oczy poprzez swój intensywny koloryt, oraz poprzez ogromny, stary, zimozielony bluszcz porastający sąsiednią skałę.

Jest tam jeszcze jedna ciekawa rzecz. W 1863 roku krakowski malarz i taternik Eliasz Radzikowski namalował wysoko na skale kilkumetrowy wizerunek Matki Boskiej zwanej Madonną Skalską. Pod tym obrazem ponoć modlili się, szukający tu schronienia, powstańcy styczniowi. Niestety w latach chyba 80 tych XX wieku został zamalowany. W jego miejscu jest inny, nowy. U jego podstawy postawiono ołtarz.

Wizerunek z roku 1952

Czar podkrakowskich dolinek

Ryszard Jakubowski

Ich niezwykłym urokiem zachwycali się wszyscy. „Kraina to wspomnień, czarodziejska swą pięknością, malarska i romantyczna…” pisał w połowie XIX wieku publicysta „Kalendarza Warszawskiego”. W tym czasie „Rozmaitości Lwowskie” tak opisywały ich piękno: „Okolice Krakowa są nadzwyczaj powabne i mówić można, że ze szczególnym przymileniem podróżnemu się przymawiają, aby na nie uważne zwrócił oko”.


Choć nazywa się je pieszczotliwie „dolinkami”, mają całkiem spore rozmiary. Długość największej z nich dochodzi do 40 km, choć są i znacznie krótsze, jak leżąca koło Tomaszowic Dolina Podskalańska, zwana także Doliną Wedonki, o długości poniżej 1000 m. Większość z nich należy do zlewiska Rudawy. Cztery, rozcinające Garb Tenczyński, płynące nimi wody kierują wprost do Wisły. Są to, kolejno od zachodu: Dolina Mnikowska, Dolina Brzoskwinki, Dolina Aleksandrowicza i Dolina Rudawy.

  • Dolina Mnikowska, zwana także od płynącej jej dnem rzeczki, Doliną Sanki ma długość około 7 km. Dolna jej część, o długości około 1,5 km występuje pod nazwą Wąwozu Mnikowskiego, od leżącego w jej wylocie Mnikowa. Nieco wyżej rozszerzenie doliny tworzy unikalny amfiteatr skalny. U stóp jednej ze skał znajduje się kapliczka, której zasadniczą część stanowi dużej wielkości naskalne malowidło sakralne, przedstawiające postać Matki Boskiej. Przyjęto, że jego autorem jest Walery Eljasz – znany także jako Eljasz-Radzikowski. Za datę powstania malowidła uważa się rok 1863. Eljasz przebywał jednak od 1862 do 1865 roku w Monachium, do Krakowa wrócił dopiero w 1866 roku. Kto więc namalował ów osobliwy obraz? W dolinie znajduje się kilka grot i jaskiń. Jedna z nich, Jaskinia nad Matką Boską, zasłynęła z „cennych” znalezisk archeologicznych, które okazały się podrzuconymi przez dowcipnisiów falsyfikatami.

NADGORLIWI ROBOTNICY

W Dolinie Mnikowskiej na Wyżynie Krakowsko- Częstochowskiej znajduje się aż dziesięć jaskiń, zamieszkanych przez 15 tys. lat w okresie paleolitu górnego. To właśnie tutaj doszło do najgłośniejszego fałszerstwa w historii polskiej archeologii. Główną rolę odegrał jeden z najbardziej znanych polskich archeologów drugiej połowy XIX w. – Gotfryd Ossowski.

W 1880 r. rozpoczął on badanie jaskiń Doliny Mnikowskiej i wyznaczył robotnikom nagrody pieniężne za wykopanie ciekawych zabytków. Na efekty nie trzeba było czekać. Robotnicy znajdowali coraz więcej rzeźb z kości. Te „unikalne” figurki ludzi, ptaków i zwierząt trafiały potem nawet na wystawy zagraniczne. Sam Ossowski datował je na okres neolitu. Jednak pojawiły się głosy podważające autentyczność znalezisk. Jednym z pierwszych krytyków był znany historyk sztuki i archeolog krakowski Józef Łepkowski. Według niego prehistoryczne figurki wykonali… okoliczni chłopi.


Rozgorzała naukowa dyskusja. Najcięższym ciosem dla reputacji znalezisk Ossowskiego stał się artykuł „Fałszerstwa z jaskiń polskich”, opublikowany w fachowej prasie francuskiej. Jego autor orzekł: „Rysunki na rozmaitych wisiorkach przypominały motywy ornamentacyjne powszechne u tegoczesnego ludu polskiego”. Następnie zdecydowanie podważał autentyczność mnikowskich zabytków i apelował do polskiego świata naukowego o natychmiastowe usunięcie ich z ekspozycji, ponieważ są kompromitacją dla ich odkrywcy i środowiska naukowego Krakowa.

Na reakcję patriotycznie nastawionej prasy na „francuskie” zarzuty nie trzeba było długo czekać – w obronie Ossowskiego wystąpił „Dziennik Poznański”: „Zdawałoby się, że praca taka powinna wzbudzić dumę w każdym Polaku i natchnąć go uczuciem szczerej radości połączonej z chęcią wspierania tychże prac tym bardziej, gdy one i w obcym dla nas świecie obudziły najwyższy interes. I tak też było. Ale jednocześnie znaleźli się ludzie, którzy dogadzając chęci lekkomyślnego dowcipkowania lub zbrodniczej zawiści poczęli pół żartem, pół serio puszczać w świat pogłoski, że wyroby strugali niedawno chłopcy wiejscy”.

W listopadzie 1884 r. Akademia Umiejętności powołała specjalną komisję do zbadania autentyczności wykopalisk mnikowskich. Po odbyciu 20 posiedzeń jej członkowie uznali autentyczność figurek, choć nie doszło do zgody ekspertów w sprawie ich wieku. Raport komisji przedstawiał kuriozalną konkluzję, że fałszerstwa archeologiczne są w Polsce niemożliwe, gdyż „u nas wszelkie nauki uprawiają się spokojnie, bez walk namiętnych, które gdzie indziej zdolne są posuwać się aż do podstępnej strategii kompromitowania przeciwników przez podsunięte falsyfikaty”. Sprawa mnikowskich figurek ucichła na następne kilkadziesiąt lat. Powróciła, gdy w 1929 r. krakowscy archeolodzy – Jan Fitzke, Tadeusz Reyman i Gabriel Leńczyk – postanowili rozwiać wątpliwości dotyczące znalezisk. Odszukali kilku z żyjących jeszcze robotników Ossowskiego. Stwierdzili oni, że poza dłutami i kościanymi szydłami, wszystkie inne znaleziska były wykonane przez nich samych. Później, przed specjalną komisją Polskiej Akademii Umiejętności, dokładnie opisali, jak rzeźbili figurki w plejstoceńskich kościach, wydobywanych z jaskiń.

W Muzeum Archeologicznym w Krakowie do dziś przechowuje się wycinane scyzorykiem „zabytki” – dowód mistyfikacji, która pół wieku musiała czekać na wyjaśnienie.

Przeczytajcie też na tym blogu o Witoldzie Pruszkowskim Strażniku Wiary Słowiańskiej który tutaj zamieszkał

…. Witold Pruszkowski (ur. 1846 r. w Berszadzie koło Odessy, zm. 1896 r. w Budapeszcie) – polski malarz.

Urodził się w Berszadzie, dzieciństwo spędził w Odessie i Kijowie. Uczył się malarstwa i rysunku początkowo w Paryżu u Tadeusza Góreckiego, zięcia Adama Mickiewicza. W latach 1869-1872 studiował w Akademii monachijskiej, w latach 1872-1875 u Jana Matejki w krakowskiej SSP. W 1882 osiadł w miejscowości pod Krakowem – w Mnikowie. …

Skoro mieszkał w miejscu tak czarodziejskim to czy mógł myśleć i malować inaczej niż to miało miejsce?


Kira – Czary wiosenne


Żywioły – woda, drzewo – łąka, która łączy

Żywioły – Nieba/Światła, Wiatru, Burzy, Wody, Drzewa i Ziemi – Wenus Nocą w mieście

Wiosenne czary

Światło

Twarde/Miękkie – Jasne/Ciemne – Działowie

Święta Skała

Kolory

Kolory

Kolory

Buki

Korzenie

Korzenie

Korzenie

Wierzeje

Drogowskazy

Jaruna

Krasatina

Dziewanna

Kupała

Dzieldzielija

Kwiat Paproci – dzisiaj

Z bliska

Owoce


Miejsce Święte (powiększ)

Portret

Portret

Portret

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 661 obserwujących.